Świąteczny zakątek

Kochani mamy pierwsze opowiadania! Tak jak sugerowaliście do czasu głosowania będzie anonimowo. Żeby było sprawiedliwie. A oto pierwsze świąteczne opowieści:


Opowiadanie wigilijne
-Marysiu, czy to aby dzisiaj na pewno jest Gwiazdka?
-Tak kochanie, na pewno.
-To dlaczego nie ma śniegu?
-Bo w tym roku skarbie, wszystko będzie inaczej.
Marysia popatrzyła na nieubraną choinkę, na rozgotowane pierogi, na spalone ciasto i łzy popłynęły jej po policzku.
      *             *         *
Poranek wigilijny.
-Natalia nie piszcz tak! Jest 7 rano! Ludzie chcą spać!
-Marysiu! Ależ dzisiaj jest Gwiazdka!
-To zrób mi prezent i się ucisz!
-Natalka ma rację, Marysiu wstawaj i pomóż młodszej siostrze ubrać choinkę.
-Ale mamoo!
-Raz, dwa! Bo nie dostaniesz pierniczków!
-To się nazywa szantaż! W dodatku skuteczny!
Narzuciła na piżamę szlafrok i zeszła na dół. Od razu poczuła pięknie pachnące ciasto. „Jak mamie chce się tak wcześniej wstawać żeby piec te wszystkie pyszności?” –pomyślała.  Zaczęła ubierać choinkę, podśpiewując świąteczne pieśni.
-Tato! Nie łaskocz! Tato! Bo upuszczę bombkę! Mamooo! Powiedz coś Tacie!
-Skarbie, przecież wiesz, że na Tatę nie ma mocnych.
-Ja też chcę łaskotki! Ja też chcę! -upominała się Natalka.
-Czy wy doprawdy nie macie nic pożyteczniejszego do roboty?- próbowała przekrzyczeć śmiechy dziewczynek mama.
Zadzwonił dzwonek.
-Babcia! Dziadziu!
Jak zwykle w środku największego bałaganu i hałasu do domu przychodzili dziadkowie. Babcia pouczała mamę, że chociaż raz mogłaby wcześniej zacząć przygotowania. Dziadek natomiast pomagał młodym damom przystrajać choinkę.
Kolejne godziny każdy członek rodziny spędził biegając po domu i krzycząc, że z pewnością nie wyrobią się nawet do północy.
Ale wybiła osiemnasta i wszystko było już dopięte na ostatni guzik.
-Mamusiu, mogę zapalić świeczkę? Proszę! –dopominała się Natalka
-Myszko, obawiam się ,że ogień w Twoich rączkach jest iście niebezpieczny. Witek, może Ty byś  się wreszcie wykazał jakąś pomocą?
-Ja?! Przecież ja Reniu cały dzień się czymś zajmuję! Nawet się niedokładnie ogoliłem, taki jestem zapracowany!
-Jak zwykle zresztą, najwięcej mówi, najmniej robi!  - uśmiech na jej twarzy zdradzał jednak, że wcale się na niego nie gniewa.
-Dobra, dobra! Poświęcę się!- uznając to za bohaterski czyn, Małgosia zapaliła świeczkę.
-W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta,
żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie[…]
Ojciec przeczytawszy modlitwę, rozdał wszystkim opłatki i  się zaczęło. Życzeniom, uściskom, całusom nie było końca. Ze łzami w oczach każdy życzył sobie, aby zawsze było tak jak jest.
Po obfitej kolacji, przy której nie obyło się bez sprzeczek, kto ma dostać więcej uszek z barszczykiem, wszyscy udali się przed kominek, obok którego stała choinka.
-Jeżeli w tym pięknym opakowaniu w gwiazdeczki, znajdę kolejne skarpety to obiecuję przy świadkach, że potnę je na kawałki!- ostrzegał tata
-O proszę! Jaki nasz tatuś jest wymagający!- wykrzywiała buzię Małgosia-ale jak prosiłam o jakiś pomysł na prezent dla mamy to nie było żadnych propozycji!
-Włączcie lepiej „Kevina samego w domu”- wykrzykiwała Natalka
-To oglądajcie sobie, a my z tatą idziemy się zdrzemnąć przed pasterką. Tylko nie zjedzcie wszystkich placków!
                                                                    *              *               *
Marysia zobaczyła spadającą gwiazdę.
-Natalko! Bierzemy się do pracy! Rodzice się już niecierpliwią w niebie!





Pierwsza Wigilia, czyli jak samodzielnie doprowadzić się KRESU.

W tym roku Wigilia u nas- postanowiłam JA , czyli chory ambit , niedługo po ślubie, przypalająca gary perfekcyjna pani domu, która po wyprowadzce spod opiekuńczych skrzydeł tatusia i mamusi umiała ugotować:
-budyń z torebki
-grochówkę (też z torebki) i naleśniki- grube jak dywan i giętkie takoż.
-Weź przepis-od razu poradził ŚLUBNY ,który preferował KUCHNIĘ KOCHANEJ MAMUSI, ale zanim szanowna teściowa otwarła wrota ,z których miała popłynąć bezcenna struga wiedzy tajemnej ( przynajmniej dla mnie) i teoretycznie przeze mnie pożądanej- sama strzeliłam sobie samobója:
-No, coś ty?! Wigilii bym nie umiała przygotować?- i potoczyłam niewinnym, z lekka urażonym wzrokiem po zgromadzonych przy teściowym stole gości .
Nie ugięłam się (jak stół pod frykasami, które właśnie docenialiśmy organoleptycznie) pod pytającym wzrokiem SZWAGIERKI(jak wiadomo niedaleko pada jabłko... i niech tam leży!) i z wrodzonym sobie optymizmem pomyślałam: „A co!”, bo na resztę nie starczyło mi już ułańskiej fantazji.
Chwila konsternującej ciszy i... załatwiłam sobie zajęcie na najbliższe dni.
Po pierwsze dekoracje , no i porządki oczywiście.
Powiem tylko, że z lekka mi „zeszło”. Czyszczenie mebli na szczęście okazało się niekonieczne, bo w prezencie kupiliśmy sobie piękny, jasny zestaw z brzozowej sklejki. Na biurku stanęła choinka wielkości siedzącego psa, ale za to w doniczce, co niewątpliwie przedłużyło jej żywot a skróciło mój. Obok pysznił się zestaw uroczysto – dekoracyjny, własnoręcznie zestawiony z bombek, którym nieznany sprawca ukręcił łebki, malowniczo ozdobiony własnoręcznie ukręconą z ogniście czerwonej bibuły kokardą- jednym słowem bogato!
-Nie zapomnij podlać choinki- przypomniał ŚLUBNY wychodząc do swojej lżejszej niż sen pracy.
-JESZCZE JAKIEŚ ZLECENIA?- podniesiony głos sugerował,że kolejne dobre rady poskutkują co najmniej rozwodem.
-Nic, nic, rób tam sobie- przypominam tylko, że Wigilia jest DZIŚ-i złośliwie chichocząc uciekł windą.
A miał mi taaaak pomagać-myślałam podlewając choinkę.
Na szczęście mord na karpiu miał wykonać osobiście, bo MUSIAŁO być jak u mamusi- bez żywego biedaka w wannie ( a rodzina zarasta brudem) ŚWIĄT NIE MA!
-Jak się masz Ziutek?- pozdrowiłam skazańca, jednocześnie postanawiając, że kogo jak kogo, ale znajomego nie tknę!
Ziutek nie za bardzo się miał. Zbielał jakoś i pływał stylem grzbietowym. Migiem przypadłam do wanny:
-ŻYJ Ziutek , żyj- błagałam napowietrzając basen obfitym strumieniem chlorowanej kranówy, niepomna na jego tragiczny koniec, który i tak miał nastąpić wkrótce.
Ale on jakoś nie chciał.
-Musisz go SAMA sprawić- telefon DO PRZYJACIELA okazał się pomyłką- JA PRZECIEŻ JESTEM W PRACY-dodał Ślubny a ja zaczęłam się zastanawiać nad kosztami rozwodu.
Dokonałam egzekucji, obsmarkując obficie i siebie i jego. Moje zawodzenie słychać było chyba u sąsiadów, ale przypomniałam sobie powiedzenie babci- „Jaki, kto w Wigilię, taki cały rok” i starałam się przynajmniej nie zanosić.
-Będą jedli karpia ze smarkami- myślałam mściwie, faszerując denata pieczarkami.
Gdy zwłoki bezpiecznie spoczęły w sarkofagu piekarnika , wykończona Śnieżynka w swojej puszystej postaci malowniczo opadła i zaległa na całe pięć minut na kanapie.
-Dobrze, że stół nakryłam dzień wcześniej- pogratulowałam sobie w myślach, zanim cofnęłam wszelkie gratulacje, przypominając sobie o grzybach, które w dalszym ciągu suche jak pieprz czekały w papierowej torebce na swój wielki dzień.
Zalałam je wrzątkiem- umiejętność korzystania z internetu też się czasem przydaje. Nie wiem czy wyprostowało im to błyskawicznie wszystkie zmarszczki, bo zostawiłam je w tym SPA samym sobie i pomknęłam do łazienki, żeby posprzątać miejsce kaźni i usunąć ślady zbrodni.
-Ziuuuuu-gwizdnęły na zakręcie moje kapcie wykonując aksla, czy innego „Haselhofa” na mokrej podłodze. A jeszcze nawet nie zbliżyłam się do celu.
-ZALALI NAS!- ucieszyłam się jak głupia –WIGILIA ODWOŁANA-popatrzyłam z nadzieją w górę ( nie w kierunku STWÓRCY, tylko litościwych sąsiadów)- sucho!
W dole dalej mokro! To choinka przeciekła. Gdy już zaczęłam odczuwać satysfakcję z dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty, po tańcu na szmacie ,wzrok mój zdumiony omiótł biurko z pyszniącą się na nim do niedawna dekoracją. Kokarda spłynęła zostawiając po sobie niezatarty ślad nie w moim sercu, a cholera jasna – na biurku!
Kto szorował jasną brzozę- ten wie jak wygląda GROZA! Po godzinie biurko przypominało rekwizyt z nie nakręconego jeszcze filmu produkcji rosyjskiej ( wiadomo – brzoza!) „NAS ZDIES RASTRIELIALI” a czyścicielka wyczerpała cały zapas słów powszechnie uznawanych za obraźliwe, których absolutnie NIE WOLNO UŻYWAĆ W TAKIM DNIU!
PORADA DNIA- NIE UŻYWAJ DOMESTOSA- skutek żaden ( oprócz dziury w politurze)- lepiej go wypij- przynajmniej CIĘ pożałują!
Trochę dziurawe biurko, przykryłam serwetką w zajączki ( bo tylko taką miałam) i w miejscu dowodu zbrodni grzmotnęłam donicę z choinką. Prezentowało się nieźle ( jak na dziurawe biurko).
-Co tu tak dziwnie pachnie?- ŚLUBNY pojawił się jak zwykle w najnieodpowiedniejszym momencie i NA GOTOWE!
-A , tak sobie sprzątam- próbowałam go zbyć, ale mój zmącony oparami wszelkich środków czyszczących (ze spirytusem włącznie) wzrok, nie uszedł jego uwagi.
-Płakałaś? Czemu?- dociekliwy zawsze wtedy, kiedy nie trzeba.
Smarki znowu dały upust swojej fantazji płynąc ze mnie malowniczymi falami.
-Nie martw się, Ja wszystko ogarnę! Posadził mnie na kanapie i poszedł ogarniać.
Z łazienką uwinął się w kilka minut. Nad biurkiem pokiwał tylko w zamyśleniu głową
- Co ty tu robiłaś?- sam jakoś nie mógł wykoncypować.
- Zabijałam karpia ! NA ŻYWCA! A TO JEGO KREW!- dodałam jeszcze jedną cegiełkę do piekielnego bruku moich grzechów a ŚLUBNY zamilkł na dłuższą chwilę, czcząc minutą ciszy tych, co w piekarniku!!!! POWINNI OD GODZINY SIĘ PIEC!!!
Niczym rącza sarenka pomknęłam do kuchni. Pstryk i śladu nie będzie! Myk i zupka już się gotuje (łazanki przyniesie w darze mamusia). Wprawdzie w zupce pojawiły się jakieś białe szumowinki, ale nic to- wyłowi się.
Z każdą chwilą grzybków było jakby mniej a szumowinek więcej- i nawet miały oczy!
Ale od czego ma się apteczkę i gazę wyjałowioną oraz durszlak. Po białku w zupie wigilijnej nie został nawet ślad.
-Co z oczu to z serca- pomyślałam, zastanawiając się, czy naruszam obowiązek postu, ale zaraz moją uwagę odwrócił skwierczący karp- pachniał nawet obiecująco!
Pełna nadziei włączyłam zmiksowane kolędy i włożyłam odświętną kieckę dokładnie kilkanaście sekund przed przedwcześnie przybyłymi teściami.
-Przyszliśmy wcześniej, bo zapomniałam wam powiedzieć, że będzie jeszcze Romek ( brat Ślubnego) z rodziną- zagaiła teściowa- Ale to nie problem, bo przywiozłam jedzenie- WŁASNE!- obwieściła , zgrabnie omijając zdradliwe rafy swojej synowej i lokując półmiski w kuchni.
-A i jeszcze ELUNIA (żona Romana) przywiezie swoją mamusię, bo nie może jej przecież zostawić samej-dodała.
-Nie może- powtórzyłam jak echo, jednocześnie zastanawiając się, ile trwałby lot z jedenastego piętra.
-Masz WSZYSTKO?- dociekliwa SZWAGIERKA zainteresowała się stołem.
-Pastę do zębów też?- w osłupieniu zdolna byłam tylko skinąć głową.
-To daj, bo te sztućce, jakieś niedoczyszczone- dodała, ale nie zdążyłam uczcić tego dnia jeszcze LUDOBÓJSTWEM, bo od drzwi rozległo się długie:
-Czeeeeeść- ulubienica całej rodziny ( czyli teściowej)- Elunia pojawiła się w całej swojej perfekcyjnie tlenionej postaci w drzwiach.
-A gdzie twoja mamusia?- teściowa postanowiła pełnić honory domu. I słusznie- większość potraw w tym domu WYSZŁA Z JEJ KUCHNI! A najbardziej udany PRODUKT stał właśnie jak CHOINEK (bo przecież nie choinka) obok mnie!
-Mamusia miała przyjechać, ale nie widziała JAK tu będzie. Wiecie jaka jest SEPTYCZNA- zagruchała ELUNIA a ja pożałowałam, że „MAMUSIA” jednak się nie zdecydowała, bo zapach domestosa i innych środków czyszczących był jeszcze wyczuwalny w tej miłej i świątecznej atmosferze.
-W czym ci pomóc?- własna siostra pojawiła się jak zwykle niczym dżin z lampy i zanim zdążyłam zebrać myśli już jej nie było, za to z kuchni zaczęły dobiegać obiecujące szurania i stuki.
-Nikt ci nie powiedział, że karpia trzeba oskrobać z łusek?- zapytała z czeluści pieca a ja pomimo dozgonnej wdzięczności miałam ochotę kopnąć ją w wypięty apetycznie tyłeczek i zobaczyć czy zmieści się w moim piekarniku.
Przewidziała to widocznie, bo wychynęła z karpiem w rękach.
-To nic- uspokoiła mnie –widząc czające się w moich oczach szaleństwo- skórę się zdejmie i zrobimy go w ziołach, bo i tak jest surowy w środku. Ty zajmij się gośćmi i naszą mamusią, bo jak tu wpadnie to cię wysypie przed wszystkimi- dodała ja poczułam, że kocham święta i kocham rodzinę, bo z jej pomocą ZAWSZE DAM RADĘ!

Dom z duszą

W wigilijny poranek wszyscy obudzili się dziwnie podekscytowani – większość bagaży leżała już w korytarzu, między ostatnimi pudłami, których nie zdążyli rozpakować po przeprowadzce. Wciąż jeszcze zostało wiele do zabrania: zabawki, pluszaki do spania, ulubiona piżamka Zośki, niekończące się akcesoria Wojtusia: jakieś smoczki, jakieś butelki, jakieś kubeczki-niekapki, a jeszcze miski dla psów, bajeczki od czytania w samochodzie, kredki do rysowania w samochodzie i płyty do słuchania w samochodzie... Rodzinę Marysi czekała kilkugodzinna podróż do jej rodziców, przez zaśnieżone polskie drogi, pełne samochodów wiozących ludzi na święta. Przygotowanie wszystkich do tego przedsięwzięcia kosztowało zawsze wiele czasu i nerwów, dopiero zatem po dwóch godzinach załoga rodzinnego vana siedziała w nim na swoich miejscach: za kierownicą podenerwowany Tomek, obok sama Marysia, z gigantyczną torbą na kolanach, z tyłu roczny Wojtuś i sześcioletnia Zośka, przypięci do swoich fotelików, a za nimi w transporterach dwa psy: Laura i Filon, które przygarnęli w ubiegłym roku.
Pierwszego roku w nowym domu, to znaczy w bardzo starym domu, który wciąż jeszcze czekał na przywrócenie mu odpowiedniego wyglądu. Robili co mogli, ale lata zaniedbań i dokonania okolicznych wandali niemalże doszczętnie zrujnowały to stare siedlisko. Mimo to jednak postanowili je kupić, wspólnie zdecydowali, że to właśnie tutaj chcą mieszkać i żyć. I choć ilość koniecznych prac przerażała ich zupełnie, nie poddawali się... Mimo, że dom posiadał już sprawne ogrzewanie i zamontowali nowe okna, w wielu pomieszczeniach wciąż jeszcze panowało dokuczliwe zimno, a jedynymi umeblowanymi jako tako pomieszczeniami była duża kuchnia i pokój dzieci. Oni sami spali wciąż w „salonie”, jak szumnie nazywali pustą przestrzeń obok kuchni. Stało tam jedynie łóżko, przysunięte maksymalnie do kominka, w którym najczęściej nad ranem lądowali już wszyscy, łącznie ze spanielką Laurą i kundlem Filonem. Nie mogli przecież w takich warunkach spędzić Świąt. Tym bardziej, że chcieli być razem z dziadkami, którzy tak bardzo kochali swoje wnuczki i tak za nimi tęsknili... Ale zaprosić ich do tego domu, w którym wszędzie stoją pudła i wiaderka z farbami? – nie za bardzo. Dlatego nie kupili nawet choinki, obiecując dzieciom, że prawdziwe drzewko będzie u dziadków i że wszyscy razem ją ubiorą. Zośka nie mogła spać z przejęcia, dziadkowie mieszkali ponad 300 km od domu, taka podróż to było coś.
Gdy w końcu, po dokładnym sprawdzeniu, czy na pewno jest wszystko: ulubione zabawki, lekarstwa i smoczki, ruszyli sprzed bramy, którą z wielkim trudem Tomek domykał sobie tylko znanym sposobem, Marysia swoim zwyczajem chciała zadzwonić do rodziców i zameldować odjazd. Długo i nerwowo szukała telefonu w torbie, ale mimo wkładania do niej całej głowy i podświetlania jej czeluści latarką umieszczoną w sprytnym długopisie, nie znalazła.
- Nie mam telefonu, musimy wrócić. – Powiedziała w końcu zrezygnowanym głosem.
- Dlaczego mnie to nie dziwi? – miauknął tylko Tomek i spojrzał w lusterko. Nie zdążyli na szczęście zbytnio oddalić się od domu, szosą jednak sunęło wiele aut spieszących na wigilijnego karpia, a w każdym z nich pewnie, tak jak i u nich, Chris Rea śpiewał, że jedzie do domu na święta.
Z trudem otworzyła starą bramę. Tomek pojechał pod kościółek, żeby zawrócić, nie ryzykując ugrzęźnięcia w zaspie. „Sprawdź jeszcze, czy zakręciłem wodę! – krzyknął jej przez okno. Zośka zaczęła marudzić, Wojtek zaczął płakać – „O mój Boże” – jęknęła do siebie. Weszła do domu, a drzwi mocno się za nią zatrzasnęły, jakby pchnięte silnym przeciągiem. „Wiatr w tym domu hula jak w starym zamczysku” – pomyślała Marysia i poszła wprost do kuchni, gdzie na stole leżała pozostawiona komórka. Szybkim ruchem włożyła ją w kieszeń i zajrzała do schowanka na główny zawór wody – zakręcony. Obrzuciła dom lustrującym spojrzeniem, „wszystko gra” – pomyślała i chwyciła za klamkę. Nacisnęła – drzwi pozostały zamknięte.
„No ładnie!” – pomyślała – „akurat teraz” – głośno zaś wypowiedziała kilka mocnych słów. Drzwi nie ustępowały. Wyjęła więc z kieszeni komórkę już obliczając spóźnienie, jakie będą mieli dzięki tej przygodzie, gdy nagle poczuła na sobie czyjś wzrok. Zesztywniała. Stała jak wryta, nie mogła się ruszyć, gapiła się uparcie w telefon i bała się podnieść oczu i spojrzeć przed siebie. Mijały sekundy, długie jak godziny. W końcu usłyszała cichy kobiecy głos:
- Nie bój się, przecież jesteś u siebie.
Krzyknęła, ale wciąż nie podnosiła wzroku. Chryste, jak bardzo się bała.
- Nie usłyszą cię, przecież, chodź do kuchni, musimy porozmawiać.
Marysia stała oniemiała i walczyła z sobą: czy szarpać za klamkę i wrzeszczeć, czy też iść do kuchni i przekonać się, kto to, czy co to. Nie czuła już zagrożenia, gdyby ten ktoś chciał zrobić jej krzywdę, już by to zrobił. Poza tym głos był miły i spokojny, a z kuchni dobiegał dźwięk gotowanej wody. Jak to? Wyłączyła przecież prąd... Wzięła głęboki oddech i weszła do kuchni. Przy stole, rozkładając filiżanki, stała staruszka ubrana zwyczajnie, jak tysiące innych staruszek, siwe włosy miała zwinięte w mały koczek z tyłu głowy.
- Siadaj – powiedziała, a Marysia usiadła, wolno rozpinając płaszcz.
- Masz tu herbatę, jaką lubisz: z cytryną, bez cukru – wszystko wiem, a teraz pozwól, że się przedstawię: Mam na imię Jadwiga i mieszkałam w tym domu czterdzieści lat. Umarłam dziesięć lat temu, a od tej pory zawsze marzyłam o kimś, kto tu zamieszka i w końcu wymieni te potłuczone szyby. Reszty nie powybijali, bo zaczęłam straszyć – ja, straszyć!
Marysia poruszyła się niespokojnie: przypomniała sobie, że pośredniczka nieruchomości wspominała coś o duchu, ale uznała to za żart. A tymczasem...
- Tak, jestem duchem, co w tym dziwnego, każdy kiedyś będzie. A w życiu byłam akuszerką, pomagałam rodzić dzieci, urodziłam całą okolicę! Tyle dzieci przeszło przez moje ręce, tyle kobiet. Ludzie mnie szanowali, dobrze mi się żyło. Mój mąż miał kuźnię, nie tutaj, w miasteczku. Zapytaj ludzi. Ale on nie straszy ze mną, zginął na wojnie, jego dusza została w tamtym lesie, taki rozkaz. A mieliśmy czworo dzieci, wszystkie rozjechały się po świecie, najmłodszy mieszka najbliżej, we Francji, to ten, od którego kupiłaś dom. Dawno do niego nie zaglądałam, bo to kawał drogi, a ja lubię wszystkiego w domu przypilnować, no wiesz, te remonty, ci majstrzy, jeden chciał wam psikusa zrobić, musiałam go z drabiny zrzucić. Tak mnie zdenerwował. Ale przecież bym nie zabiła, gdzie tam – akuszerka! – no za nogi go pociągnęłam, wielkie rzeczy. A tu zaraz: wypadek na budowie i wielki szum.
Istotnie – jeden z dekarzy spadł z drabiny, ale na szczęście na przyczepę wełny mineralnej – nic mu się nie stało, ale nie chciał więcej wchodzić na ten dach, poszedł robić na stodołę. Ale szum był i Tomek miał wiele nieprzyjemności z tym związanych...
- Dlaczego zabierasz rodzinę na święta gdzie indziej? Tak się cieszyłam, że zostaniecie, będzie choinka i pośpiewamy razem kolędy, i znowu będzie wesoło... Zrozum też ducha starej kobiety – chciałam być z wami. Odkąd się wprowadziliście czekałam na ten dzień... Naprawdę was pokochałam, jesteście dobrzy dla tego domu, nie krzywdzicie nikogo, psy przygarnęliście. Ta Laura to głupiutka jest, ale Filon-cwaniak, widzi mnie nawet jak jestem niewidzialna... Mądra sztuka, dbajcie o niego. Dlatego jeszcze nigdy nie mogłam ci się pokazać, bo zawsze ktoś i coś, a to pies, a to mąż, a to dzieci... A ja muszę mieć spokój, żeby się tak mocno zagęścić, by mnie było widać. No ale dzisiaj to przesada. Wyjechać w Wigilię! Zdenerwowałam się i z tych nerwów tak cię zatrzasnęłam. Nawet ten telefon czy tam coś musiałam ci wcześniej schować. Nie możecie tak robić. Macie dom, jest duży, masz rodzinę, zapraszaj gości do siebie! Ja chcę tu mieć dużo ludzi! Napieczemy pierników, będzie wesoło. Poradzimy sobie. Zajmę się dziećmi, i tak zawsze je budzę, gdy u nich w pokoju robi się za zimno, to delikatnie budzę: Zosia idzie sama, no a po Wojtka to wołam kogoś z was. Tylko ten pies czasem wyje na mnie, więc muszę się bardzo skradać. Jesteś mądrą kobietą, rozumiesz mnie chyba. Po prostu się zdenerwowałam, a dla ludzi to nie jest dobrze... Ale – rozumiem, chcesz jechać do rodziców, zgoda. Ostatni raz. Za rok urządzisz wielką wigilię tutaj: choćby na podłodze. Teraz to wszystko ludzie od razu by chcieli mieć, kiedyś to kobity na sianie rodziły, a dzieci z jednej miski jadły i szacunek był, i nikt o rozwodach nie słyszał! A teraz – najpierw dom, potem meble – masz pełno mebli, po co ci lepsze? Twój mąż ma rację – odmalować i wystarczy. Słuchaj, nie chciałam cię przestraszyć, ale nie miałam wyjścia. Rozumiesz mnie? Najważniejsze już masz: kogoś, kto cię kocha, serce do zwierząt, dom, o który dbasz. I nie myśl jechać na te pół roku do Anglii – stracisz tylko czas i będziesz umierać z tęsknoty, no a poza tym, ja też nie ogarnę tu wtedy wszystkiego, przecież jestem już stara. Żadne pieniądze tego nie są warte.
„Skąd ona wie o szpitalu w Anglii? – zastanawiała się Marysia, sama nie za bardzo chciała jechać, ale te pieniądze tak przydałyby się teraz...
- Nawet o tym nie myśl. Nie opłaci się. I tak ci tyle nie zapłacą, ile obiecują. Słuchaj, nie masz wyjścia, musisz się zgodzić na taką propozycję: w przyszłym roku duża rodzinna wigilia, a potem zdecydujesz, czy chcesz mnie tu zatrzymać, czy nie. Nie mów nic, czego mogłabyś później żałować, zastanów się, masz rok. Jeśli za rok zdecydujesz, że mnie nie chcesz – odejdę. Choćby do syna, we Francji pełno duchów, ale co tam. Tylko, że ja uwielbiam ten dom. Jeśli zdecydujesz mnie zatrzymać, pomogę ci. Będziesz miała dom z duchem, to jest – z duszą. Nikomu nie mów. Nic nie mów. Jedźcie i uważajcie na siebie. A to – staruszka sięgnęła do kieszeni fartucha – to dla ciebie. Od wczoraj myślę, że coś by ci się przydało do tej czarnej sukienki. Miałam ci dać pod choinkę, ale skoro nie ma w tym roku choinki, dostaniesz teraz.
Marysia oniemiała – przed nią na stole leżała piękna kamea – delikatny kobiecy profil na perłowo beżowym tle, wokół złota koronka. Bała się dotknąć broszki, żeby nie zniknęła.
- Nie zniknie – powiedziała Jadwiga – jest najprawdziwsza i bardzo stara. Moja mama, też akuszerka, dostała ją od jednego hrabiego za szczęśliwy poród jego żony i uratowanie pierworodnego syna, teraz ja daję ją tobie, bo córki nigdy nie miałam, a ty przecież też jesteś akuszerką, to jest – położną. Nasz zawód jest trudny, ale potrzebny. Zawsze mnie najbardziej bolało, że Matka Boska rodziła sama... Nic nie mów. Musisz się zgodzić. Nie dziękuj. Bierz telefon i idź do auta. A Tomek wody nie zakręcił, sama musiałam zakręcić. Idź, drzwi otwarte. No idź! A przypnij sobie broszkę, bo zgubisz. Wesołych Świąt!!!
Marysia w milczeniu przypięła broszkę do sukienki i zapięła płaszcz. Podeszła do drzwi i lekko nacisnęła klamkę. Drzwi otworzyły się delikatnie, a Marysia ściskając w kieszeni telefon szła do bramy, ogarniając natłok myśli, ale przede wszystkim zastanawiając się, jak wytłumaczy to, że nie było jej tyle czasu. Gdy wychodziła na drogę, auto z dziećmi i Tomkiem właśnie zawracało pod kościółkiem.
- Tak szybko? – zdziwił się Tomek, gdy wsiadła do samochodu. Chris Rea wciąż śpiewał swoją najpiękniejszą piosenkę.
- Tak – wyjąkała niepewnie.
- Wszystko gra? Zakręciłem wodę? – spytał ruszając z miejsca.
- Tak – odpowiedziała mechanicznie.
- Ale nie zamknęłaś bramy! – spojrzał w lusterko – wracamy znowu?
- Nie, jedź, są przecież święta, nic nie zginie. – „Dom jest dobrze strzeżony” - chciała dodać, lecz ugryzła się w język.
- A skąd to masz? – spytał Tomek lekko odchylając jej szal i dotykając broszki...



Perfekcyjna Pani Domu
W powietrzu unosił się zapach karmelu, wanilii i przyprawy korzennej. Przygotowania do wieczerzy wigilijnej szły pełną parą. Przy stole stały matka i córka. Starsza z kobiet wykrawała kółeczka w cieście kieliszkiem do białego wina. Nastolatka nakładała na każde kółko farsz z grzybów z kapustą, po czym zamoczywszy palce w szklance z woda, zlepiała równo uszka.
W tym czasie młodszy o kilka lat od dziewczyny chłopczyk, siedział w pokoju i na 55-cio calowym telewizorze oglądał kreskówkę o świętym Mikołaju, pojadając chipsy prosto z paczki.
Mąż w tym czasie robił ostatnie świąteczne zakupy w jednym z większych sklepów pod miastem. A kiedy przyszedł, uszka robione przez „jego dziewczyny” prawie „doszły” i można je było odcedzać.
Wszystkie blaty były pozajmowane przez wigilijne dania  na półmiskach pysznił się karp w galarecie, który jeszcze wczoraj okupował wannę, trzej jego panierowani kompani stali nieopodal zupy z własnych łbów, śledzie pływały w śmietanie, a małe uszka czekały na barszcz, który delikatnie bulgotał na wolnym ogniu. W dużej misce z arcorocu piętrzyła się góra sałatki kartoflanej, dalej na blatach były słodkości; makówki, moczka, różnorodne ciasta i całe stosy pachnących, korzennych ciasteczek z kolorowymi polewami. Słowem  plan był taki, by na jedno posiedzenie zjeść tyle, ile zjadają w dwa tygodnie, a potem z poluzowanymi spodniami zalec przed telewizorem i rozpakowywać prezenty delektując się kawą z ekspresu.
Matka zastanawiała się podczas wykrawania uszek, czy bon na tysiąc złotych do sklepu odzieżowego, to dobry prezent dla nastolatki? Ojciec już w myślał grał z synkiem na nowej konsoli w nowiutkie gry.
Tuż przed tym, jak rodzina zasiadła do uroczystej kolacji, wszystko trzeba było powyciągać, poprasować i przygotować. Na ten wieczór matka specjalnie kupiła specjalnie pakowane w małe paczuszki sianko w jednej z mydlarni. Obrus miał już co prawda kilka lat, ale prezentował się jak nowy; piękny, biały, w tłoczone róże, wykonany był z tkaniny plamoodpornej, dzięki czemu nawet po zachlapaniu barszczykiem wyglądał idealnie!
Pod każdy z pięciu talerzy trzeba było włożyć pieniążek. Oczywiście każde z dzieci dostało pod swój po symbolicznym grosiku, „żeby im się w dupach nie poprzewracało”. Tak, talerzy miało być pięć, „bo według tradycji jeden zostaje dla zbłąkanego wędrowca”  wytłumaczył dzieciom ojciec.
Kiedy wreszcie po wielu przygotowaniach zmieli zasiąść do wieczerzy, z pokoju dochodził wielobarwny blask. To duże drzewko przyozdobione złotymi bombkami, kolorowymi łańcuchami i milionem pobłyskujących światełek LED. Z płyty dobiegały ciche dźwięki kolęd w wykonaniu zespołu Mazowsze. W szopce otoczone bydlątkami, uśmiechało się dzieciątko Jezus i tym uśmiechem niosło światu pokój, radość i nadzieję.
Domownicy zgromadzili się przy suto zastawionym stole.
 No, to może najpierw podzielimy się opłatkiem?  powiedział ojciec.
Wszyscy wstali i z uśmiechami na twarzach sięgnęli po cieniutki opłatek z wytłoczonym wizerunkiem świętej rodziny.
Ojciec zwrócił się do żony:
 Kochanie, życzę ci, byś w tym roku…
Ostatni wyraz został zagłuszony przez elektryczny dzwonek u drzwi.
 O tej porze?!
 Kto to może być?
 Może święty Mikołaj?
 Eee, debilu jeden, sam jesteś święty Mikołaj!
 To pewnie jakaś sąsiadka. Cukier pożyczyć. Czy coś. Weź no zobacz.
Ojciec odłożył opłatek na talerzyk, podciągnął spodnie i ruszył w stronę przedpokoju. Wrócił po chwili i konfidencjonalnym tonem wyjaśnił:
 Jakiś facet tam stoi.
 Jaki?
Mężczyzna stojący pod drzwiami miał na sobie sfatygowaną granatową kurtkę, którą ktoś kiedyś wyrzucił na śmietnik. Na uszy głęboko nasunięta miał czapkę. Ręce i twarz miał brudne i sfatygowane. Ciężkie życie wyżłobiło na jego obliczu niejedną zmarszczkę.
 Patrz, mama, a my mamy dodatkowe nakrycie, może by go zaprosić?
 Idę zobaczyć kto to  matka ruszyła zza stołu.
Obejrzała mężczyznę przez rybie oko judasza. Po czym zdenerwowana wywołanym w niej odczuciem zawodu wróciła do pokoju.
 E tam, jakiś żebrak.
 Mamo, mamo, zaprośmy go, może to zaczarowany Mikołaj!  zakrzyknął podekscytowany chłopczyk.
 Natychmiast przestań! Jak ty się zachowujesz przy stole! To jakiś pijak, jeszcze nas pozabija i okradnie  ciągnęła zirytowana matka.
 Albo obrzyga  dodała sarkastycznie córka.
Na półpiętrze czekała towarzyszka życia brudnego mężczyzny. Przysiadła na niewysokim parapecie, bo bardzo dokuczały jej opuchnięte nogi. W dziewiątym miesiącu ciąży to normalne  myślała wpatrując się we wzorzyste linoleum na klatce schodowej.


Perkal i siekierka

Dwadzieścia po czwartej. Oparła łokcie o balustradę i spojrzała w dół. Widok zeszłorocznych bombek na gałęziach wywołał nikły uśmiech. Coś co powtarza się rokrocznie staje się tradycją, bombki zostały wpisane do księgi tradycji – pozwoliła sobie na nutę ironii.
Póki nie pobrzmiewają w sklepach kolędy i Last Christmas, plastikowa choinka nie przeszkadzała jej. Rozumiała potrzebę komercji, tego wiecznego nakręcania. To handel dał nam kakao i chili, wymieszał kultury, przekonał do nowych działań.
Poprawiła bransoletkę, chociaż nie wiedziała, dlaczego czerwone serduszko powinno być widoczne. Bo z YES'a? Bo od Margerytki?
Zawróciła do wyjścia. Znowu ktoś ją potrącił.
Nie widzisz, że sunę? - kiedyś odważy się i wygłosi tę filmową kwestię.
- Czy mnie nie widać? Blednę, wtapiam się w otoczenie? To co dzieje się z ubraniami? Też nikną?
Narastającą irytację wymazał powoli odsłaniający się obrazek, zawsze ten sam: dziewczynka z nieco upiorną szmacianą lalką w dłoni. W popielatej perkalikowej sukience i za dużych butach. Mysie włosy nierówno zaplecione w krótkie warkocze. Twarzy nie widać, może dlatego, że dziewczynka milczy. Ina nigdy nie malowała, ale wie, jak trudno naszkicować milczącą twarz. O jej wyrazie stanową ruch, mimika, w uśmiechu przymrużone oczy. A dziewczynka nic nie mówi - patrzy, słucha, zapamiętuje, przypomina.
Z ulgą powitała wyrafinowany wybryk swojej wyobraźni z towarzyszącą mu kolorystyką zgniłej zieleni, antracytu, paru odcieni bieli i muzyką. „Sweet thing”, najpiękniejsze, obok ciszy, dźwięki.
Uspokoiła się, że przetrwa. Przetrzyma ho ho ho ho dzwoneczki, mikołaje czy byłaś grzeczna, lampki jakież to w tym roku, co na stół, co pod choinkę, a nawet makową panienkę.
Inusia, dzień dobry - Czarna Jola szybkim krokiem zmierzała w jej stronę, każdy zna jakąś Czarną Jolę. Ta trzymała w dłoni papierowy kubek z kawą. Tak, ten kubek, uchodzący za wizytówkę usprawiedliwionego pośpiechu i sukcesu. - Co u ciebie? Nadal ignorujesz święta? Ale do Borysów wpadniesz?

- Dzień dobry, kochana – uśmiechnęła się z postanowieniem, aby w uśmiechu było możliwie dużo sympatii i podziwu.
Czarna Jola zadawała kolejne pytania, sama sobie na nie odpowiadała, przekazała kilka zbawiennych świątecznych rad, parę opinii i pomknęła do swoich wielkich spraw.
Nie przyzwyczaję się nigdy do tego kretyńskiego zdrobnienia. Jaka moc je przenosi? Inusia, Inulka. Wiejski głupek – zżymała się.
Szybko nałożyła rękawiczki, zimno, zawsze marzły jej dłonie i ruszyła w stronę domu. Niedaleko, mieszkała w tej części miasta, która przypominała małe miasteczko. Zaczęło padać, omijała atramentowe kałuże na nierównych chodnikach wąskich uliczek.
wielkie strachy małych miasteczek
na niebiesko upijają oczy/.../”
Pamięć podsunęła jej fragment wiersza.
Kiedy to było, gdy czytała jego wiersze, gdy pisał tylko dla niej? Oddaliła się od tamtej dziewczyny i jej marzeń o zyciu, by żyć naprawdę. W odpowiednio cynicznym podziale na minuty, godziny, lata.
Nie kupiłam kremu do twarzy, zapomniałam, do jutra wyschnę na wiór – oceniła sytuację.
Rozmowa z Jolą uświadomiła jej działanie magii przywoływania pełnego grozy obrazu milczącej dziewczynki. Uzbrojona w jej absurdalny wizerunek mogła stawiać czoło wyzwaniu gwiazdkowych spotkań, rozprawianiu o wigilii, świątecznej modzie, hołdowaniu tradycji, nowym trendom przyrządzania i serwowania.
Nigdy nie podjęła wysiłku, aby jednoznacznie określić moment pojawienia się wyobrażanej postaci. Może poprzedzał go tamten grudniowy poranek, kiedy obudziła ją krzątanina domowników.
To już dzisiaj, dzisiaj są święta – uradowała się pierwszą, jeszcze senną myślą.
- Nie było tych świąt wiele w jej dotychczasowym życiu, ledwie pięć, pamiętała ostatnie. Duże pudło z kokardą, w nim strojna lalka z lokami, która mówiła mama. I mniejsze, owinięte w kolorowy papier, z niedźwiadkiem nakręcanym na kluczyk. Lalce nigdy nie nadała imienia, miś od początku został Mukim.
Przestawiła mu mechanizm; już nie chodził dostojnie kołysząc się na boki. Biegł prędko do tyłu spełniając jej prośbę: - Idź po miłość, Muki, idź po miłość.
- Ciekawe, czy tam jeszcze jest, czy karp jest jeszcze w wannie, tyle zabawy – obiecywała sobie Ina. Potem ojciec wróci z pracy, będą we dwoje ubierać choinkę: najpierw lampki, potem bombki, tylko srebrne, wata i lameta. Ojciec, małomówny, zamyślony, lubił, aby choinka stała jedynie w bieli i srebrze.
- Jeśli nie naprawił siekierki, to będzie problem z ostruganiem pieńka drzewka i wstawieniem go w stojak. Użyje tasaka i znowu dostarczy mamie powodu do narzekania – niepokoiła się. Majsterkowanie nie było jego dobrą stroną, ale potrafił grać na wielu instrumentach, chociaż nigdy się nie uczył. Wypełniał skromne mieszkanie dźwiękami akordeonu czy mandoliny przeganiając monotonię codzienności.
- Może przyniesie gitarę – marzyła. Tak jak marzyła o pierwszej gwiazdce wyglądanej przez okno. Dobrze, że mama zdjęła już zająca, wisiał tak, i wisiał oszroniony. Zostanie po nim tylko odrażająca łapka do ścierania kurzu.
- Zatopiona w półsennych rozmyślaniach ubierała się pospiesznie i niedbale. Prezenty, czy rozerwana bibułka ukaże wytęsknioną książkę, nieźle już czytała. „Dziadek do Orzechów”, chciała, żeby to był „Dziadek do Orzechów i Król Myszy”. Na całe święta do czytania i przeglądania, wie, widziała książkę w księgarni. Wiersze pana Jachowicza stały się już takie nudne, a dzieci ze strof – Stasia, Wandzi - po prostu się bała.
Ale teraz do kuchni. Zastanawiała się, czy mama uderzyła już karpia pałką do ziemniaków. Tego nie lubiła, nie lubiła patrzeć, jak mama tłucze rybę w głowę. W rybiej egzekucji wybierała moment rozkrawania nożem brzucha. W jego wnętrzu ukazywał się idealny do zabawy skarb - pęcherz, śmieszny, składający się z dwóch części, wypełniony powietrzem jak mały balonik.
Kręciła się po kuchni, zagadywała mamę, próbowała drobin surowego ciasta, zaglądała do spiżarni. Cudownie pachnie piernikiem. Może w tym roku pozwolą jej samodzielnie nakryć do stołu, talerze z niedzielnego serwisu stały na brzegu szafki. Zachwycona deseniem zastawy przesunęła po nim palcem. Nie zauważyła stojącej obok torebki z mąką, potrąciła, ta upadła i rozsypała się.
Mama, jej piękna mama, odwróciła się i ostrym tonem skarciła Inę. Po czym nagle wyszła z kuchni, mała podążyła za nią na schody prowadzące na strych. Po drodze minęły małe okienko, właśnie cicho zaczął sypać śnieg. Na szczycie schodów mama pochyliła się, podniosła z podłogi jakiś przedmiot i energicznym ruchem wręczyła Inie.
- Masz od gwiazdora i nie przeszkadzaj. Że też takie dziecko nie posiedzi spokojnie - tylko tyle usłyszała.
Żadnego papieru, żadnej bibułki, nic nie szeleściło. Idąc w dół ostrożnie stawiała stopy na stopniach, w nikłym świetle najkrótszego zimowego dnia widziała niewiele. Weszła do pokoju, usiadła na dywanie ostrożnie stawiając obok otwartą z góry drewnianą skrzynkę.
Znalazła w niej kilka klocków imitujących meble: buraczkowe łóżko, ciemnozielony stół, granatowe krzesło, brązowa szafa. Okno, drzwiczki z boku skrzynki. Ina nie miała lalki, która mogłaby tu zamieszkać. Nie miała lalki, która zechciałaby tu zamieszkać. Siedziała w bezruchu do zmierzchu.
Na pewno wrócił ojciec, na pewno ubierali choinkę. Siedli do kolacji, podczas której przegarniała po talerzu kawałek tłustej ryby, śliską kapustę, jakiś pieróg. Nie wie, nie pamięta.
Jak spędziła tamte święta? Może ze starą porcelanową lalką, bo nie sięgnęła po skrzynkę z klockami. Nie śmiała wstawić tam nawet Mukiego.
Czy już wtedy przekonała się, że nagle dorosła? - nie zna odpowiedzi. Dowiedziała się, że za świątecznymi dniami stoi nieprawda - mikołaj nie istnieje, karpie źle czują się pływając w wannie, a zające wisząc za oknem. Ludzie wymyślili otoczkę świąt jedynie dla rozjaśnienia krótkich zimowych dni. Z uporem tkwiła w tym przekonaniu.
Otworzyła drzwi mieszkania, powitało ją przyćmione światło lampy. Stal, biel, szkło, aluminium, jaskrawe poduszki, obraz, żadnych pamiątek, żadnych marzeń. Zatrzymała wzrok na wyłaniającym się z półmroku biureczku, obok regał z płytami, zegar, stosik książek, skórzany fotel przyrzucony pledem. I nagle ogarnęło ją gwałtowne uczucie szczęścia towarzyszące świadomości przemijania. Silne przeczucie podpowiadało, że nie będzie trzymała ręki na mosiężnej klamce, że nie będzie już księżyca prześwitującego przez siatkę firanki. Jej świat, dla niej najważniejszy, pozostanie jedynie czyimś wspomnieniem. Czym podeprze się, gdy słońce przestanie zaglądać jej w oczy, jeśli nie refleksem chwili. Nawet jeśli stanowi składową ukojenia, a nie – upojenia. Powoli zdjęła płaszcz, poprawiła nierówno zagięte mankiety.
Miała sporo czasu, aby przygotować się do dyżuru. Muzyka: Sting – nie, Lana – nie, Alicia – nie, „Usher, Usher , baby”. Yammy – zaaprobowała wbrew sobie. Cieszyła się muzyką, nie słuchała słów. Cul-de-Sac pozostawiła na tamtej mglistej wyspie.
Sięgnęła po notatnik: lanolina, biały wosk, masło kakaowe, olejek ze słodkich migdałów, woda różana – sprawdzała zawartość szuflady w lodówce. Podgrzać, wymieszać, dodać, dolać, miksować. Ostudzony krem nazwie Simon, a może narciarski – próbowała dokonać wyboru. Umiarkowane zadowolenie z efektu podpowiadało tezę o potrzebie i przyczynie powstawania. Nie rozwijała jej zdecydowana brać rzeczy weselej, niż tego wymagają. Zbyt długo brała je poważniej, niż na to zasługują.
Namaże się tym kremem, nabłyszczy, roztoczy wokół siebie woń migdałów. Witający ją pracowi koledzy będą pytać z nadzieją w głosie – Piekłaś, piekłaś już makowe?
Wyjęła z firmowej torby niewielkie pudełko. Dla Maksa, przeciez dzieci teraz rodzą się z umiejętnością posługiwania się wszystkimi tymi gadżetami – szukała usprawiedliwienia zakupu dla czterolatka. Papier czy torebeczka, papier, ten w bałwanki. Karnecik z życzeniami i datą, gwiazdka.
Nawet nie zauważyła odejścia bladej dziewczynki w popielatej sukience, nie była jej już potrzebna.



Sroga zima
- Mamo? - Ośmioletnia dziewczynka przepasana fartuszkiem z wizerunkiem Rudolfa stała przy kuchennym stole i z zaangażowaniem lepiła pierogi.
- Słucham, kochanie - kobieta podeszła do córki i ucałowawszy małą w umazane mąką czoło, zaczęła rozwałkowywać ciasto.
- A czy tata znów jutro wyjedzie na cały dzień, jak co roku?
- Z tego co mi wiadomo to tak właśnie będzie.
- Ale dlaczego? Przecież to Wigilia? Gdzie on w ogóle jeździ? - dopytywała dziewczynka.
- Co roku w Wigilię tata jeździ do szpitala, Madziu.
- Więc jest chory? - w oczach dziecka pojawił się strach.
- Nie, nie jest chory, ale niektórzy ludzie są chorzy i muszą być w szpitalu. A Wigilia to taki szczególny dzień, który każdy chciałby spędzić we własnym domu.
- Tata nie chce?
- Oczywiście, że chce.
- To dlaczego wyjeżdża? Ja już nic nie rozumiem.
- Myślę, że zrozumiesz, kiedy opowiem ci pewną historię. To będzie długa historia - ostrzegła kobieta, uśmiechając się ciepło do córki.

Kobieta przerwała pracę i zamyślona wpatrywała się w wirujące za oknem płatki śniegu. Wracała pamięcią do wydarzeń sprzed wielu lat. Przenosiła się w tamtą rzeczywistość i w jednej chwili znów miała osiemnaście lat. Zupełnie zatraciła się we własnych wspomnieniach.

- Tamtego roku zima była wyjątkowo sroga. Przyszła szybko i nie odpuszczała, aż do marca. Śnieg spadł już na początku listopada i tworzył wysokie zaspy, które powiększały się praktycznie każdego dnia. Ta historia zaczyna się na początku grudnia. To był najzimniejszy dzień w tamtym roku. Powietrze było tak mroźne, że płuca bolały przy każdym oddechu. Nam to jednak nie przeszkadzało. Właśnie tego dnia postanowiliśmy wybrać się do miasta w poszukiwaniu najpiękniejszej sukienki, którą miałam ubrać na zbliżającą się studniówkę. Warunki na drodze nie były najgorsze, a mróz szybko przestał mieć znaczenie, kiedy w aucie się nagrzało, a z radia zaczęły płynąć piosenki, wprawiające nas w świąteczny nastrój. Zakupy nam się udały. Znalazłam idealną sukienkę. Muszę przyznać, że wyglądałam w niej jak gwiazda na czerwonym dywanie. Wiedziałam, że kiedy wkroczę w niej do sali balowej, będę czuła się jak na rozdaniu Oscarów. Świadomość, że będzie mi towarzyszył najprzystojniejszy chłopak w całej szkole radowała mnie jeszcze bardziej. Nie mogłam już doczekać się tej wielkiej chwili. Przed powrotem do domu poszliśmy jeszcze na kawę, a ja nie wypuszczałam z rąk torby, w której skryta była moja zdobycz. Bartek śmiał się, że sukienka jest dla niego konkurencją, bo najwyraźniej zakochałam się w niej od pierwszego wrażenia. Byliśmy w znakomitych humorach. To mogła być wspaniała sobota... Potem stało się to, o czym nie da się zapomnieć. W jednak chwili tanecznym krokiem zmierzaliśmy do samochodu, w drugiej wirowaliśmy na koszmarnej karuzeli. Kolejnym okrążeniom towarzyszył coraz głośniejszy krzyk. Dopiero po kilku dniach zrozumiałam, że to ja krzyczałam. Byłam bezsilna. Widziałam jak Bartek próbuje zapanować nad autem, ale jego desperackie ruchy nie przynosiły żadnych efektów. A potem potworny trzask i cisza, a zaraz za nią ciemność. Ocknęłam się kiedy mnie wyciągali. Bartka nie było obok mnie. Pytałam o niego, krzyczałam, wyrywałam się żądając odpowiedzi. W zamian za nie dostałam zastrzyk uspokajający i zostałam zawieziona do szpitala. Niewiele pamiętam z tego, co działo się tamtej nocy. Na przemian odzyskiwałam i traciłam przytomność. Widziałam nad sobą wiele obcych, zatroskanych twarzy, słyszałam ściszone głosy lekarzy szepczących coś nad kartami papieru. Byli tam rodzice, próbujący dostać się do mnie, mimo zakazu lekarzy. Jednak, co mnie najbardziej interesowało i niepokoiło zarazem, nie zarejestrowałam śladu obecności Bartka. To właśnie o niego zapytałam, kiedy rano obudziłam się ostatecznie. Pielęgniarka odpowiedziała mi tylko, że tak jak ja jest pacjentem tego szpitala. W jej oczach zobaczyłam coś, co tylko spotęgowało mój niepokój. Nikt jednak nie chciał udzielić mi żadnych informacji. Wypisali mnie po trzech dniach obserwacji. W między czasie rozmawiałam z policją, jednak nie byłam w stanie wyjaśnić im co się właściwie stało. Pamiętałam jedynie, że jechaliśmy bardzo ostrożnie i nagle wszytko zaczęło wirować, tak jakby coś pchnęło auto z boku. Dowiedziałam się też, że stan Bartka jest bardzo poważny, więc jak tylko zdołałam się wymknąć, pognałam do jego sali. Nie wpuszczono mnie do środka, jednak to co zobaczyłam przez szklane drzwi OIOM-u dosłownie zwaliło mnie z nóg. W chwili, kiedy osuwałam się na kolana, a łzy zaczęły płynąć mi po policzkach, zrozumiałam co znaczy "bardzo poważny stan". Bartek umierał. Były mikołajki, a życie mojego ukochanego zależało od zestawu medycznych sprzętów. Czułam jak pogrążam się w rozpaczy, jak rozpadam się na kawałki, mając świadomość, że nic nie mogę zrobić, że jestem bezużyteczna. Rodzice z trudem zabrali mnie do domu. Tłumaczyli, że nie mogę siedzieć przy tej szybie, bo to w niczym nie pomaga, ale ja nie rozumiałam ich słów. Kiedy weszłam do swojego pokoju, ujrzałam leżącą na łóżku sukienkę. Jej butelkowa zieleń odznaczała się wyraźnie na tle czerwonej narzuty. Suknia była nienaruszona, tak samo piękna jak w chwili, kiedy przymierzałam ją w sklepie. Wyszła z wypadku bez szwanku, podczas gdy Bartek walczył teraz o życie. To sprawiło, że jeszcze dotkliwiej poczułam ból, rozdzierający moje serce. Kolejne dni były dla mnie koszmarem. Nie jadłam, nie spałam, nie wychodziłam ze swojego pokoju. Całe dnie siedziałam przy oknie i wpatrując się w padający śnieg, modliłam się o jego życie. Chciałam być w chyba jedynym miejscu, w którym być nie mogłam - przy Bartku. Tęskniłam za nim. Bałam się wtedy tak, jak jeszcze nigdy w życiu. Na dźwięk dzwonka telefonu moje serce zaczynało bić szybciej, w obawie, że już za chwilę ktoś przekaże mi złe wieści. Każdy dzień podobny był do poprzedniego. Nic się nie zmieniało. Jego stan nie ulegał poprawie, a lekarze przekonywali, że skoro się nie pogarsza, to nie należy tracić nadziei. Wiedziałam jednak, że w tym przypadku potrzebny jest cud. Rodzice niepokoili się o mnie coraz bardziej, więc zaczęłam udawać, że czuję się lepiej. Nie wróciłam jeszcze do szkoły, ale uczestniczyłam w świątecznych przygotowaniach i choć nie potrafiłam się uśmiechać, widziałam w oczach mamy ulgę. Odtąd płakałam tylko w poduszkę. Nie przestawałam się jednak modlić o cud, którego wszyscy tak bardzo potrzebowaliśmy. Nadeszły święta, ale w panującej wokół atmosferze zabrakło nieskażonej radości, która powinna nam towarzyszyć w te dni. Nic nie cieszyło tak, jak powinno. Ani stojąca w kącie przepiękna choinka, ani cichutko grające kolędy, ani zapach świątecznych potraw. Nie składaliśmy sobie życzeń. W milczeniu podzieliliśmy się opłatkiem, a potem wspólnie pomodliliśmy się. Nie spuszczałam wzroku z dodatkowego nakrycia. Puste miejsce przy stole miało w tym roku wyjątkowe znaczenie. Chwilę po tym, jak zasiedliśmy do wieczerzy zadzwonił telefon. Przestraszona upuściłam trzymaną w dłoni bulionówkę. Na białym obrusie leniwie rozprzestrzeniała się czerwona plama rozlanego barszczu, a brzęk tłuczonej porcelany trwał całą wieczność. Zerwałam się od stołu. W słuchawce usłyszałam łamiący się głos mamy Bartka, która kazała mi przyjeżdżać do szpitala. Upuściłam telefon i opadłam na stojący obok fotel. Wiedziałam, że możliwość wejścia do jego sali oznacza tylko jedno. To był koniec, a ja dostałam szansę żeby się pożegnać. Musiałam znaleźć się tam jak najszybciej. Musiałam zdążyć. Rodzice nie protestowali. Zawieźli mnie do szpitala, a ja jak szalona biegłam korytarzem, potrącając po drodze pielęgniarki i pacjentów. Nie mogłam się spóźnić. W pośpiechu zakładałam ubranie ochronne, na które upierała się pielęgniarka strzegąca wejścia na OIOM. Dobiegłam do sali i stanęłam nieruchomo przed drzwiami. Łóżko było puste. Zabrali go, zanim zdążyłam przyjechać. Moje serce pękło. Wpatrywałam się w wyłączoną aparaturę i zupełnie straciłam kontakt z rzeczywistością. Jak przez szklaną szybę docierały do mnie dźwięki, wśród których po chwili rozpoznałam swoje imię. Rozejrzałam się wokół i zauważyłam rodziców Bartka. Wołali mnie, więc podeszłam do nich. Szłam ze spuszczoną głową, w ogóle nie wiedząc co mam im w tej sytuacji powiedzieć i czy w ogóle powinnam coś mówić. A wtedy oni wskazali mi inne łóżko. I stał się cud. Wpadłam w jego objęcia nie zwracając uwagi na wszystkie rurki, kable i bandaże. Płakałam głośno i czułam, że lód ogarniający moją duszę od kilku tygodni  w tej chwili ustępuje. A wtedy on, zachrypniętym i słabym jeszcze głosem, wypowiedział moje imię w sposób, w który nikt tego nie robił. I dostałam najpiękniejszy prezent świąteczny. Cud, o który tak długo i żarliwie się modliłam zdarzył się właśnie w wigilijny wieczór.

Kobieta ocknęła się nagle i spojrzała na córkę. W oczach dziewczynki szkliły się łzy.

- To dlatego tata tam jeździ? Z wdzięczności za uratowanie mu życia? - zapytała mała.
- Tak, kochanie, ale nie tylko.
- Chce wspierać tych, które na te święta nie będą we własnych domach i pocieszać ich rodziny, czekające na cud, tak jak ty kiedyś?

Kobieta uśmiechnęła się i potwierdziła słowa córki. W tej samej chwili usłyszały dźwięk klucza przekręcanego w zamku.

- Tata wrócił z choinką - powiedziała dziewczynka, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Co porabiały moje śnieżynki? - zapytał wesoło mężczyzna, zaglądając do kuchni.
- Rozmawiałyśmy o tym, że niezależnie od tego jak bardzo sroga jest zima, to święta zawsze przynoszą jakiś cud - odparła Madzia. - Cieszę się, że już jesteś, tatusiu.

Podbiegła do niego i przytuliła się z całych sił. Bartek spojrzał na żonę, a ona skinęła głową, odpowiadając na niewypowiedziane pytanie.

- Ubierzemy teraz choinkę? - zapytała dziewczynka, spoglądając tacie w oczy.
- Oczywiście, że ubierzemy. Wikuś, dołączysz do nas?
- Z przyjemnością. Nie może mnie przecież ominąć tworzenie najpiękniejszej choinki w mieście.
- Najpiękniejszej na świecie, mamo! - poprawiła ją córka.


Powrót
24 grudnia. Wigilia. Daria unosi się nad ziemią. Od roku nie miała okazji być tak blisko ….. miała dokładnie dwadzieścia cztery godziny na naprawienie tego co zepsuła dwanaście miesięcy temu. Cały rok rozmyślała nad tym jak wynagrodzić krzywdy wyrządzone zeszłej Wigilii i gdy wreszcie dostała szansę wcielić swoje plany w życie, nie potrafiła się ruszyć. Co prawda była tylko duchem. Duchem zmarłej kobiety, której ani się śniło pomagać ludziom w potrzebie czy świętować z nimi Boże Narodzenie. Była samolubna, drażliwa i chyba nikt tak jak ona nie chował urazy. Teraz miała to zmienić. Wiedziała, że wystarczy tylko postawić swoją nogę na mieniącej się w porannym słońcu pierzynie śniegu, a będzie taka jak kiedyś. Stanie się kobietą z krwi i kości, a nie tylko metafizycznym obłokiem. Ma tylko dobę, musi się śpieszyć. Zleciała jeszcze niżej i delikatnie postawiła nogę na ziemi. Momentalnie zrobiło jej się zimno. Zanim się spostrzegła cała się trzęsła. Obięła się rękoma i zaczęła energicznie rozcierać różową skórę ramion. Na sobie miała szarą koszulę nocną, tą samą, w której umarła. „To tak jakbym cofnęła się w czasie i nigdy nie straciła życia”- myślała. Skierowała się w stronę kościoła. Doskonale pamiętała drogę, w końcu kiedyś przemierzała ją kilka razy dziennie. Niestety wiara nie poleca na codziennej obecności na mszy, ale na byciu prawdziwym człowiekiem. Ludzie na ulicy spoglądali na nią dziwnie. Gdy tylko zauważali, że Daria kieruje swoje spojrzenie w ich stronę, odwracali wzrok. Przed kościołem siedziała kobieta. W rękach trzymała małe zawiniątko. Dziecko spokojnie spało w obięciach matki. Miało różowiutkie policzki i uśmiechało się przez sen, co sprawiło, że było widać jego dołeczki. Tym razem Daria nie przeszła obojętnie obok potrzebujących. Wróciła się do sklepu i zakupiła bochenek chleba za pieniądze cudem znajdujące się w jej starej koszuli. Prawie biegiem zaniosła jedzenie kobiecie. Ta tylko na nią spojrzała i pokiwała głową na znak wdzięczności. Daria jakby widziała iskierki w jej oczach, gdy po cicho szepnęła śpiącemu dziecku, że w te Święta nie będą głodować. Darię ścisnęło coś w sercu. Pozostały dwadzieścia trzy godziny. Ruszała dalej. Prosto przed siebie. Nie mogła zwlekać, musiała jeszcze tyle odpokutować.
Nastał zmierzch. Słońce ginęło gdzieś za horyzontem. Śnieg nie błyszczał już tak jak wcześniej. Teraz uliczki oświetlały tylko latarnie, lampki, którymi mieszkańcy ozdobili wejścia domów i księżyc. Daria czuła się szczęśliwa. Przez tyle lat bycia egoistką w końcu zrobiła coś dla innych. Pomogła nawet biednemu, kulawemu psu. Miała już czyste sumienie. Mogła spokojnie powrócić do nieba. „Jeszcze tylko jedna rzecz. Muszę ją zobaczyć”- pomyślała. Idąc powoli znalazła dom, na którym widniała tabliczka z numerem 7. Tu kiedyś mieszkała… ze swoją siostrą. Tak, miała cudowną, troskliwą i hojną siostrę bliźniaczkę. Przez całe życie się kłóciły. Choć Anna zrobiła wszystko co tylko mogła dla Darii, ona nigdy jej się nie odwdzięczyła. Wręcz przeciwnie. Zawsze miała do niej pretensję, że za mało się stara. Daria zajrzała przez okno do oświetlonego pomieszczenia. Przy stole siedział tęgi mężczyzna ze spodniami na szelkach. Z boku przy kominku biegała dwójka dzieci. Daria doskonale je pamiętała. To te dwa małe bachory nigdy nie pozwalały jej się wyspać. Teraz dziewczynka i chłopiec wcale nie wyglądali jakby mieli krzyczeć na cały głos jak to kiedyś mieli w zwyczaju. Uśmiechali się od ucha do ucha i tańczyli na około choinki. Pięknej zielonej, ozdobionej dziesiątkami błyszczących bombek. Do pokoju weszła spokojnym krokiem Anna. Prawie nic się nie zmieniła odkąd ostatnio widziała ją Daria. Długie blond włosy spięła z tyłu w kok. Na jej twarzy było widać kilka dodatkowych zmarszczek, ale nic po za tym nie wskazywało na jej wiek. Anna postawiła tacę z ciasteczkami na stole przy mężu i zawołała dzieci, które na raz wsadziły do buzi kilka sztuk w obawie, że ciastka zostaną im zabrane. Pogłaskała córeczkę po głowie i wróciła do kuchni. Daria posunęła się w prawo, zaglądając do kolejnego okna. W tym samym momencie weszła Anna. Oparła łokcie o blat i schowała twarz w dłoniach. Po jej policzkach spłynęły dwie wielkie łzy.
- Tak mi ciężko bez ciebie Dario….- powiedziała cicho. Po tych kilku słowach podniosła głowę i ujrzała postać w oknie, która natychmiast zaczęła się zamazywać. Daria się rozpływała, minął jej czas. Anna myślała, że to jakieś zwidy, ale gdy następnego dnia na parapecie znalazła list z jej imieniem zaczęła wierzyć w to co widziała.
„Droga Anno,
Widziałam jak jesteś szczęśliwa. Jak dzielisz się opłatkiem z rodziną, jak śpiewasz kolędy z dziećmi. Tak wiele Ci zawdzięczam, a tak naprawdę nigdy nie miałam odwagi podziękować Ci za to wszystko co dla mnie zrobiłaś. Zmieniłam się i mam nadzieję, że na lepsze, bo gdy znów się spotkamy chcę Cię mocno przytulić i nie chce myśleć o tym, że mnie odtrącisz.
Twoja Daria”
Daria patrzyła z góry jak Anna zamyka kopertę i całuje jej brzeg. Zanim wzniosła się na taką wysokość, żeby nie widzieć już domów w swoim rodzinnym miasteczku zauważyła jak jej siostra kładzie list pod poduszkę i udaje się do salonu, aby razem z dziećmi rozpakowywać prezenty. „Boże Narodzenie to czas kiedy trzeba wybaczać, a ona mi wybaczyła”- pomyślała. Teraz Daria mogła odejść. Czyste sumienie pozwalało jej na to, aby udać się od razu w drogę do nieba.






Mojemu Tacie,

Panu Jurkowi

i wszystkim bliskim, którzy odeszli,

dedykuję



Pociąg do wieczności
Pociąg do wieczności odjeżdża codziennie, nawet kilka razy dziennie, niezależnie od sobót, świąt i wakacji. Nie ma w nim wagonów pierwszej i drugiej klasy. Jest tylko jedna klasa - uniwersalna. Nie liczy się też to, czy ktoś ma, czy nie, pieniądze na podróż. Pociąg zabiera każdego, bez wyjątku. Jadą w nim dzieci, młode dziewczęta, dorastający chłopcy, panie i panowie w średnim wieku, energiczne staruszki i dziarscy dziadkowie. W pociągu do wieczności wszyscy są równi, młodzi duchem i wolni od trosk życia codziennego.


***
 Stoję na peronie z moim ukochanym tatą. Pociąg powoli wjeżdża na stację Wrocław Główny. Wypatrujemy,czy nie ma znajomych twarzy i wolnych miejsc. Tato, mimo swoich 76-ciu lat i ciężkiej choroby, uśmiecha się do mnie radośnie.
  – Córeczko, wejdź ze mną do środka i poszukaj  dobrego miejsca, najlepiej przy oknie. Wiesz, jak lubię patrzeć na lasy, pola i łąki.Jestem bardzo przywiązany do tej ziemi, która przypomina mi rodzinne strony, te na Wołyniu.
Trzymam tatę za rękę. Jest taka ciepła i miękka. Spoglądam na jego twarz rozświetloną uśmiechem
i  jasnoniebieskie oczy, które z radością patrzą na mijające nas wagony.
Pociąg w końcu bezszelestnie zatrzymuje się na stacji. Drzwi wagonu otwierają się. Wsiadam pierwsza, aby podać tacie rękę.
  – Nie trzeba, córeczko. Mogę wsiąść sam. Czuję się tak sprawny i zdrowy jak za moich młodych
lat.
Ze zdziwieniem patrzę, jak tato z lekkością wskakuje na żelazne stopnie pociągu i po chwili stoi już w korytarzyku. – dodaje przy tym – Uff! Udało mi się to zrobić, tak jak kiedyś i czuję się z tym świetnie!
Jesteśmy w wagonie numer siedem, nazwanym niedzielą, tak jak siódmy dzień tygodnia. Otwieram szklane drzwi prowadzące do jednego, dużego przedziału. Mimo że część miejsc jest już zajęta, tu
i ówdzie widnieją jeszcze wolne siedzenia. Rozglądam się uważnie. Spośród kilku wolnych miejsc, staram się wyłowić to, które będzie najlepsze. Chcę, aby było przy oknie, w miłym towarzystwie, bezpieczne, ciche i ciepłe. Niech ta ostatnia podróż przebiega bez zakłóceń. Chcę też, aby
w ciągu tej długiej drogi, tato był otoczony bliskimi i znanymi mu osobami. Mnie, siostry i mamy przy nim nie będzie. Nie możemy jechać …, jeszcze nie teraz.
Nagle, w oddali, spostrzegam znajomą mi twarz. Przez chwilę zastanawiam się, kto to? Podchodzę bliżej. Pan Jurek uśmiecha się do mnie szeroko, mruga porozumiewawczo okiem.
  – Cześć Ewka! Co słychać? Jak się czuje Twój synek? A jak cała rodzina?
Czuję jak wzbiera we mnie wielka fala radości.
  – Panie Jurku, pan tutaj? Co za spotkanie? Jak miło pana widzieć. Tak, tak u mnie wszystko
w porządku. Michałek rośnie zdrowo, pozostała rodzina też czuje się dobrze.
Po tych słowach serdecznie ściskam ręce pana Jurka i całuję go w oba policzki. A on  wyraźnie zadowolony z  naszego spotkania, potrząsa głową. Jego jasne oczy skrzą się, tak dobrze mi znaną radością i dobrocią, a duże okulary przekrzywiają się zawadiacko, co przez chwilę nadaje mu wygląd małego, rozbrykanego chłopca.
  – Panie Jurku, jak ja się cieszę, że pan też jedzie tym pociągiem. Martwiłam się, że mój tato nie będzie miał towarzystwa, a tu taka miła niespodzianka. 
Wołam tatę, który pozostał trochę w tyle i zajął się rozmową z małą, nieznaną mi dziewczynką.
  – Tato! –  wołam – Tatusiu, chodź tu szybko! Zobacz, kogo będziesz miał za towarzysza podróży?
Zdziwiona widzę, że tato bierze walizkę dziewczynki, małą chwyta za rękę i idą w moim kierunku.
  – Córeczko, poznaj moją ukochaną kuzynkę Helusię .Pamiętasz, tę która zginęła z całą rodziną
w pożarze Rudni Łęczyńskiej.
  – Tak, pamiętam. Pamiętam ją z opowieści taty i babci.
Mała dziewczynka z kruczoczarnymi warkoczami i jasnymi jak niebo oczami śmieje się do mnie
i wyciąga rączkę .
  – Cześć, Zygmuś zdążył mi już o tobie opowiedzieć. A zresztą - dodaje po chwili - znam dobrze waszą historię od cioci Marianny, a twojej babci.
Pan Jurek z ciekawością przygląda się całej tej scenie i zaraz wita ojca:
  – Dzień dobry, panie Zygmuncie. Jak zdrowie?
  – Dobrze, już dobrze. Dziesięć lat choroby Alzheimera, zostawiłem na peronie, a tutaj czuję się jak nowo narodzony. Po tej wymianie zdań, panowie ściskają się wylewnie, tato siada koło okna,
a Helusia obok niego. Cała trójka pogrąża się w wesołej rozmowie, przerywanej, od czasu do czasu, salwami śmiechu i żywą gestykulacją. Nie zwracają już na mnie uwagi – są gdzie indziej. Zostawiam ich spokojna, że razem bezpiecznie i w dobrych nastrojach dojadą do celu. Wiem, że po drodze na kolejnych stacjach dosiądą się do nich członkowie rodziny, przyjaciele i znajomi, którzy też jadą stąd do wieczności. To na pewno nie będzie smutna podróż, o nie!
Wychodząc z pociągu, spotykam konduktora. Jego twarz też wydaje mi się znajoma.
  – Cześć Ewuniu – słyszę. I wtedy rozpoznaję w nim mojego serdecznego przyjaciela z liceum. Ściskamy się mocno, po czym Tomek wskakuje na stopnie pociągu i daje znak do odjazdu. Pociąg rusza. Stoję na peronie patrząc, jak mijają mnie kolejne wagony. W niektórych z nich udaje mi się dostrzec znajome twarze. Na dworze już ciemno. Noc jest mroźna i rozgwieżdżona. Przypominam sobie słowa ulubionej kolędy taty:

"Panie, ta gwiazda co Mędrców wiodła 
Do Chrystusowej kołyski,
Niech nas do Twego prowadzi źródła,
Światowe przyćmi połyski.
Do ostatniego życia zaniku
Boskiego światła udziela,
Byśmy tam zaszli po jej promyku,
Do świętych stóp Zbawiciela".

                                                                               ***
 Dwa czerwone punkciki widoczne na horyzoncie przypominają, że pociąg, który przed chwilą stał na stacji, już odjechał. Peron jest pusty. Duża, ciepła łza spływa po moim policzku,  spada na kamienną posadzkę i zamarza. Błyszczy w świetle księżyca niczym Gwiazda Betlejemska. Przypominam sobie, że czas wracać do domu i zasiąść przy świątecznym stole z rodziną
i przyjaciółmi. W mojej torebce odzywa się dzwonek telefonu komórkowego. Odruchowo przykładam słuchawkę do ucha, nie patrząc, kto to.
"Mamo, gdzie jesteś? Wszyscy na ciebie czekamy. Ciocia Agata i jej mama też są tu z nami. Przychodź szybko. Kochamy cię."
Wracając do domu, myślę o pociągu do wieczności, o moim tacie, o panu Jurku i innych bliskich osobach. Mimo że odjechali, nadal są wśród nas. Otulają  swoim dobrem i ciepłem. A w tę świąteczną noc są z nami w szczególny sposób. Przypominają  o tym wolne miejsca przy stole, ich ulubione potrawy i kolędy oraz radosny śmiech dobiegający z Pociągu do wieczności.
 



Przepowiednia mamy
Odkąd pamiętała jej święta zawsze były naznaczone smutkiem. Każdego roku miała nadzieję, że te będą inne. Radosne i spędzone razem z rodziną, a nie każde osobno. Na nadziei się jednak kończyło. Co roku zawsze to samo. Wigilijny poranek był radosny: mama i tata budzili dzieci by te mogły ubrać choinkę. Nawet ona mogła to robić tam gdzie dała radę sięgnąć. Nie było wrzasków i wyrywania sobie bombek, łańcuchów i innych drobiazgów. Każdy miał swoje zadanie do wykonania. Po jej ozdobieniu była najweselszym i najdziwniej ustrojonym drzewskiem. Lecz nikomu to nie przeszkadzało, ważne, że dzieło, jak mawiała mama powstawało razem, w śród radosnych pisków i przekomarzaniu się. Lubiła patrzeć wtedy na mamę, na ten radosny błysk w jej oku, który tak rzadko się tam pojawiał. Po porannym rytuale rodzeństwo ubierało się w co popadło i zabierało za swoje zadani: chłopcy mieli nanosić drzewa i ośnieżyć podwórko, a ona wraz z siostrą szła do kuchni by pomóc w ostatnich przygotowaniach. W ich domu były etapy powstawania potraw, wszystko miało swój czas i miejsce. Najpierw robiło się to co mogło poleżeć, a na samym końcu to co musi być świeże. W wigilie trzeba było przygotować barszcz domowej roboty, sałatkę warzywną i makowca. Tak się jakoś przyjęło z tym ciastem… Do jej obowiązków należało przygotowanie wszystkiego do sałatki. Zajmowało jej to dwa razy dużej niż innym, ale mama nigdy nie miała nic przeciwko. Wiedziała, że jej najmłodsza pociecha potrzebowała takich chwil by poczuć się potrzebną. No i dzięki temu się uczyła. Zawsze wtedy głaskała ją po głowie z rozczulonym wzrokiem i mówiła „zobaczysz, że będzie dobrze”. A co robił tata gdy cały dom przygotowywał się do wyczekiwania pierwszej gwiazdki? Wychodził… co sprawiało, że innym psuły się humory. Bo oni już wiedzieli co będzie, już znali dalszy przebieg dnia. Dnia, który miał być jedyny w roku, a będzie taki sam. Ale dopóki nie wrócił na kolację tliła się w nich mała iskierka nadziei, która gasła wraz z jego wejściem, a raczej wtoczeniem się do domu. Pijany i cały mokry bełkotał coś o… w sumie nikt go nie rozumiał. Mama z smutnym westchnieniem prosiła by nakryli do stołu, a sama szła pomóc ojcu choć trochę otrzeźwieć przed wieczerzą. Dzieci robiły co mama kazała, ale już bez entuzjazmu. Szykowali się na to co ma nastąpić. Woń alkoholu, która nawet po kąpieli nie minie, wieczne docinki, że nic nie jest dobre i pokrzykiwanie. Ona zaś wiedziała, że znowu usłyszy te same gorzkie słowa wypowiedziane w ucho przy dzieleniu się opłatkiem, tak żeby tylko ona je słyszała. Miała tylko dziewięć lat, ale wiedziała, że tatuś jej nie kochał. Może gdyby nie ten…

***

Z rozmyśleń wyrwał Magdę dźwięk telefonu. Gdy spojrzała na wyświetlacz smutek z jej oczu momentalnie uleciał i już z radosnym uśmiechem przycisnęła guzik trybu głośno mówiącego, a następnie zieloną słuchawkę.
- Cze… - nie zdążyła się nawet przywitać gdy po pomieszczeniu rozniósł się radosny trel młodszej siostry jej… chłopaka. Nadal trudno było jej uwierzyć, że Kamil jest z nią od dwóch lat i akceptuje wszystko… nawet to - pomyślała szybko, zerkając na dół.
- Cześć siostrzyczko! Gotowa? Ojeju! Ja już dłużej nie wytrzymam! Strasznie cieszę się, że zgodziłaś się na ten wypad, bo bym chyba umarła! Nie mam trzech prezentów, skończył mi się papier do pakowania i… - dziewczyna przerwała na chwilę by posłuchać tego co mówi do niej męski głos. - Tata mówił, że podrzuci mnie pod centrum i pyta czy poradzisz sobie sama? Wiesz wszystko jest zasypane i takie tam… A mówiłam Ci…
Magda nie wytrzymała i wybuchła niepohamowanym śmiechem, a gdy się trochę uspokoiła powiedziała:
- Oj Kinia… - ale ta jej ponownie przerwał i oburzonym głosem stwierdziła, że ma na imię Kinga, a nie Kinia i że czeka pod centrum za pół godziny… poczym jak gdyby nic się rozłączyła.
Dziewczyna ponownie zachichotała i z czułością pomyślała o tej roztrzepanej nastolatce, która zawsze ją rozśmiesza i w jakiś dziwny sposób wie kiedy ma wkroczyć do akcji. Nawet teraz gdyby nie ona Magda nie wyrwałaby się ze szponów niewesołych wspomnień. Pokręciła szybko głową by pozbyć się resztki złych myśli i spojrzała na zegarek, a następnie na zdjęcie chłopaka stojącego na biurku. Pewny uśmiech, piwne oczy, z których biła pewność siebie oraz upór i kruczo czarne włosy. Jej mężczyzna. Za około sześć godzin znowu go zobaczy i tym razem już nigdzie nie wyjedzie. Kamilowi skończył się właśnie pół roczny staż w Anglii. Oboje się bardzo z tego końca cieszyli ponieważ ta rozłąka była straszna. Ale jeszcze trochę i wtuli się w jego opiekuńcze ramiona. Jej buntownik z trudnym charakterem przy niej stawał się opiekuńczy i czuły. Choć chuchał na nią i dmuchał potrafił postawić na swoim.
Nie ma co…Jak zaraz się nie zacznę zbierać, to młoda nie da mi żyć - zapisała dotychczasowy efekt swojej pracy na laptopie i go wyłączyła. - Żegnaj praco na tydzień - ponownie pomyślała z uśmiechem na twarzy. Po czym odhamowała wózek i odjechała nim od biurka. Przejechała przez korytarz i zatrzymała się przy drzwiach by się ubrać i sprawdzić czy wszystko ma. Gdy się upewniła, że niczego nie zapomniała z radosnym oczekiwaniem wyruszyła na zakupy, a potem…

***

Trzy, a może cztery godziny później w innej części miasta do jednego z rodzinnych domów wkroczyły dwie roześmiane i przemarznięte dziewczyny. Ta na wózku była prowadzona przez młodszą bo ona miała zajęte ręce. Trochę zaszalały na ostatnich zakupach i ich efekt piętrzył się teraz na jej kolanach. Obydwie pomknęły od razu do pokoju Kingi by nikt nie zobaczył tych cudowności. Po rozpakowaniu wszystkiego Magda udała się na poszukiwanie Pani domu. Pani Basia jak zwykle w Wigilię szalała w kuchni, ale gdy tylko zobaczyła wjeżdżającą dziewczynę swojego syna uśmiechnęła się do niej wesoło.
- Witaj, Madziu. - początkowo nie akceptowała nowego związku syna, ale z czasem się z nim pogodziła. Zobaczyła też, że ta mimo niepełnosprawności jest bardzo samodzielna i samowystarczalna. Zaimponowała jej swoim uporem. Oczywiście zdarzały się im kłótnie. Teraz są jednak święta no i wszystko ma się niedługo zmienić. Musi zaakceptować decyzje Kamila. Magda nie jest też taka zła. - Przetrwałaś zakupy z moją córką? Ta dziewczyna ma tyle energii, że nie wiem już czasem skąd ona ją bierze!
- Przetrwałam zakupy, zresztą lubię przebywać z Kingą. Jest taka energiczna i zadziorna. Pani dzieci… one dały mi nadzieję i siłę by walczyć. Nauczyli na nowo żyć i wierzyć, że jestem… Ale przecież Pani wie co ja myślę o tym wszystkim.
- Wiem, wiem - przerwała jej kobieta. – Nie rozmawiajmy jednak dziś o tym. Mamy święta i spędźmy je w rodzinnej atmosferze. Pomożesz mi trochę w kuchni, a potem pomogę Ci z fryzurą. Słyszałam Waszą rozmowę z Kinią. Różnie między nami bywa, ale lubię Cię i naprawdę możesz zwracać się do mnie w niektórych sprawach.
- Do…dobrze – wydukała zaskoczona dziewczyna. Ich stosunki się ostatnio poprawiły, ale żeby aż tak?

***

Obydwie kobiety zgodnie pracowały w kuchni kończąc wszystko powoli. Nagle młodszej ktoś zasłonił dłońmi oczy i zachrypniętym głosem powiedział
- Zgadnij kto? - To nie możliwe! - pomyślała! To już ta godzina? Już jest. Jej…
- Kamil - powiedziała z czułością głosie. Następnie poczuła tylko jak wózek się odwraca, a ona tonie w ramionach ukochanego. Przytuliła go z całej siły i… się rozpłakała. Miesięczna rozłąka sprawiła, że strasznie się za nim stęskniła.
- Dzieci, idźcie do pokoju Kamila i nacieszcie się sobą. Ja tu dokończę, a potem przyjdę Ci pomóc z włosami. - powiedziała do nich matka chłopaka z wyrozumiałym uśmiechem. Może jednak dobrze, że tych dwoje się spotkało... Ciekawe jak Magda zareaguje na rewelacje Kamila. - pomyślała wracając do pracy przy kuchni.

***
Magda dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że jest niesiona i cicho zaprotestowała. - Posadź mnie z powrotem, sama pojadę do Twojego pokoju. - mężczyzna nic jednak sobie nie robił z jej słów tylko delikatnie musnął ją w usta i mocniej przycisnął do siebie. - Ani mi się śni, piękna. Już nigdy Cię nie wypuszczę. - Pomyślał wchodzą do własnego pokoju i siadając na fotelu. Zaczął studiować jej twarz jakby nie widzieli się nie miesiąc, a lata. Po chwili przygarnął ją do siebie i czule pocałował.
- Nawet nie wiesz jak za tobą tęskniłem - Wyszeptał po chwili z przyspieszonym oddechem.
- Ja za tobą też, mój mężczyzno - wymruczała wtulając się w niego wiedząc, że tu jest jej miejsce.
Para nie rozmawiała ze sobą, wiedzieli, że będzie jeszcze na to czas. Teraz liczyło się to, że są razem, że mogą się dotknąć, pocałować. Kolejne święta spędzone razem, które mogą stać się tradycją. Kamil głaskał ją delikatnie po plecach mrucząc coś do ucha, a ona z lekkim uśmiechem go słuchała. Uwielbiała te chwile gdy byli sami, zapominała wtedy nawet o niepełnosprawności. Czuła się taka szczęśliwa! Ale gdzieś w środku błąkała się myśl, że to tylko sen… Piękny sen.

Tak półgodziny później zastała ich Pani Basia już przebrana odświętnie. Wygnała syna by się trochę odświeżył i przygotował, a sama pomogła bujającej w obłokach dwudziesto czterolatce. Poczekała gdy ta się przebierała, a potem zabrała się za fryzurę i makijaż. Skoro to ma być jeden z piękniejszych dni dziewczyny niech czuje, że ładnie wygląda pomyślała.

***

Trochę później cała rodzina spotkała się przy stole wyczekując informacji od Kingi o pierwszej gwiazdce. Razem z nią przy oknie balkonowym stali zakochani patrzący na spadające płatki śniegu. Obydwoje się uśmiechali pogrążeni w swoich myślach. Nagle rozległ się radosny krzyk.
- Jest! Widzicie? Tam, tam! - wskazywał uniesiony palec podekscytowanej nastolatki.
- Widzimy, młoda. - odpowiedział Kamil puszczając dłoń ukochanej by chwycić za rączki wózka i podjechać nim do czekających już rodziców. - Chodźcie, rodzice czekają.

Wszyscy stanęli obok siebie i każdy chwycił kawałek opłatka z talerzyka. Po czym zaczęło się składanie życzeń. Trochę wesołych, poważnych, wzruszających. Pełnych ciepła szczerości. Magdzie łzy stanęły w oczach i z żalem pomyślała o mamie, której już nie ma wśród nich, podobałoby się jej tu. Nie było dane jej jednak długo o tym myśleć bo Kamil zaczął składać jej życzenia patrząc głęboko w oczy, a ona zatraciła się w jego wzroku. Nie uroniła jednak ani jednego słowa z tego co powiedział, następnie przełamali się opłatkiem i pocałowali.

Gdy życzenia zostały złożone wszyscy w radosnej atmosferze siedli do stołu by zjeść. Trochę to trwało, każdy miał coś do powiedzenia i jedzenie odchodziło na drugi plan. Wokół stołu było głośno i wesoło, wszyscy się przekrzykiwali. Było swobodnie i… tak ciepło. Rodzinnie i szczęśliwie. Magda czuła się jakby to był jej dom i jej rodzina. Gwiazdki u rodziców chłopaka zacierały te z dzieciństwa. Gdy tak rozmyślała niewiadomo skąd padło słowo „Kolęda”. W tym samym momencie wszyscy spojrzeli na nią z wyczekiwaniem.
- O nie! W tamtym roku ja zaczynałam! - jęknęła podenerwowana.
- Ale kotku, masz taki śliczny głos - przymilał się Kamil wiedząc, że jak ona się wykręci, to on będzie musiał zacząć. No i lubił słuchać jej głosu.
- Policzymy się później - syknęła cicho mu do ucha i po chwila zaczęła śpiewać swoją ulubioną kolędę.
- Cicha noc, święta noc,
Pokój niesie ludziom wszem,
A u żłóbka Matka Święta
Czuwa sama uśmiechnięta
Nad dzieciątka snem,
Nad dzieciątka snem…

Jakiś czas później jej chłopak stwierdził, że czas na prezenty. Trochę ją to zdziwiło, bo to była zawsze Kingi inicjatywa, ale nic nie podejrzewając ochoczo się z nim zgodziła. Szybko chwyciła to co miała dla nich i rozdała pakunki. Z oczekiwaniem patrzyła na twarze obdarowanych by upewnić się czy trafiła z prezentami. Jako mol książkowy zrobiła każdemu pakiet książek z tym co lubią. Tylko Kamil dostał co innego. W sam raz do nowej pracy. Ona sama też dostała książki, a do tego kosmetyki i piękny szal. Po rozpakowaniu wszystkiego kobiety pozbierały papiery i poszły zrobić coś do picia by wyczekiwać momentu gdy będą wyruszać na pasterkę. Gdy wróciły do pokoju Magda wyczuła panujące w nim napięcie.
- Magdaleno? - usłyszała.
- Tak?
- Jest coś jeszcze czego ci nie dałem - powiedział podenerwowany Kamil, podchodząc z nerwowym uśmiechem i klękając przed nią.
- Wariacie, co ty wyprawiasz? - zapytała trochę zdezorientowana.
- Ciii… Wiesz, że cię kocham i nie wyobrażam sobie życia bez ciebie?
- Tak. Chyba tak.
- Kochanie, nie ma chyba. Jesteś moim powietrzem. Uwielbiam każdą chwilę spędzoną z tobą, nawet gdy się kłócimy. Ja… Magdaleno Dworek, kocham Cię. Wyjdziesz za mnie? - powiedziawszy to wyjął małe etui i je otworzył.
W środku był najpiękniejszy pierścionek jaki widziała. Delikatny, z błękitnym kamykiem. Magda była jednak tak zaskoczona, że nie mogła wydobyć słowa i tylko łzy zaczęły jej lecieć ciurkiem z oczu. No bo tego się nie spodziewała! To nie możliwe! A może?... Boże! On naprawdę to robi, klęczy przede mną i prosi mnie o rękę... Nawet nie wie...
- Wiesz… wolałbym, żebyś coś odpowiedziała za nim się rozpłaczesz - powiedział z czułością w głosie i zaczął osuszać jej twarz.
- Ty… ty.. nie żartujesz? – zapytała cicho i gdy to potwierdził krzyknęła to na co tak długo czekał. - Tak! Tak!

***

Magda siedząc już w kościele myślała o mamie, która zawsze wierzyła, że jej najmłodsza latorośl mimo przeciwnością losu będzie szczęśliwa. I miałaś racje mamo. Jestem szczęśliwa. Tak bardzo szczęśliwa. Teraz, mając Kamila nic nie będzie dla mnie straszne. Tylko szkoda, że ciebie tu nie ma. Wierzę jednak, że patrzysz na mnie i cieszysz się wraz ze mną. Kocham Cię i dziękuję za wszystko. Pomyślała i przytuliła się do siedzącego obok narzeczonego, który patrzył na nią roziskrzonym wzrokiem.



Rodzinne świąteczne rozmowy.

Tadzik:
- Nogi wlazły mi w zadek i wyjść nie chcą. A gdzie tam w zadek, już dawno na szyi mi się zatrzymały że ledwo powietrze łapię. Jak tak dalej pójdzie to z wytrzeszczem oczu zostanę. W krzyżu rąbie mnie jak nigdy i pasek chyba się skurczył bo pije niemiłosiernie. A może to przepuklina mi wyszła bokiem od kolejnego pakunku władowanego do kolejnej siateczki i wrzuconego na moje plecy. Jejku jak ja nie znoszę tych świąt …do następnych nie dożyję, to pewne. Już ledwo zipie a ona nadal pełna energii i entuzjazmu. I czym się tak ekscytować? Tłumy wszędzie gdzie okiem sięgnąć. Biegają jak nakręceni. Skąd oni tyle energii mają. Może cos biorą? Jezu ja tez chce przynajmniej bym się zjednoczył ze zbiorowa świadomością. A tak jak alien się czuje. Witaj nieznana planeto!
Kicia: 
- Rany jak tu przytulnie. Wszyscy roześmiani i życzliwi. Jak jedna wielka rodzina na imprezie u babuni. Święta jednak wyzwalają ogólna radość. Co za wspaniała atmosfera, aż chce się żyć! Nawet Tadziowi się udzieliło taki zafascynowany ze nawet nie marudzi. I jak uważnie obserwuje wszystkich. Chyba w końcu poczuł tą atmosferę. To będą wspaniałe święta!
Tadzik:
- Ile ten sklep ma pięter. Pół dnia już tu zalegamy a końca nie widać. Człowiek nie samymi zakupami żyje chyba? Kiedyś duch się liczył ale chyba komercja już go zżarła na amen. Od czego do cholery jest Mikołaj. Kapitalizmu nam się zachciało to i Mikołaj nauczył się delegować zadania. Tylko dlaczego padło na mnie! Co ja renifer jakiś na etacie czy co?
Kicia:
- jak ten czas szybko zleciał. Ledwo weszliśmy a tu już po zakupach. Szkoda ze większych tych centrów  nie robią, tak tu miło ze aż szkoda wychodzić. Chyba jeszcze jedną rundkę zrobimy.
Tadzik:
- Jak oni robią te sklepy. Żeby do kibla latać przez 2 pietra to chyba duża przesada. A najpierw znaleźć sracz to też wyzwanie. Niby Europę wprowadzili do naszych siermiężnych progów. Tabliczki informacyjne i owszem są tyle ze chyba dla ludzi o sokolim wzroku. No przecież nikt normalny nie widzi co jest napisane na drugim końcu sklepu. Gna człowiek do tabliczki a tam i owszem masa informacji tylko nic o WCecie, wiec leci do następnej, z pęcherzem w pełnym naprężeniu, a tam znowu nic..do kolejnej już jak Małysz przed wybiciem z progu szybuje  nogi zaciskając aby czegoś nie popuścić czasem bo skandal będzie i wreszcie jest!  Człowiek tak się cieszy ze z radości..a pomińmy te szczegóły
Kicia:
- jaki ten Tadzio kochany i jak się zaangażował. Chyba mi niespodziankę szykuje bo jak zniknął to wrócił po 30 minutach i z taka zadowolona minką …ze ho ho.
Tadzio:
Wiara może góry przenosi a medytacja wznieść nas na wyżyny. Jezu tylko jak u się wyciszyć w tym tłumie. Może Kolendę zaintonuję? E ,lepiej hymn to wszyscy na baczność staną przynajmniej chwila spokoju będzie.
Kicia:
I ta muzyka wszędzie, co za atmosfera! Nawet Tadzio zaczął podśpiewywać pod nosem. Oj jak ja się cieszę, że w końcu chłop mi się otworzył na świąteczne klimaty.
Tadzik:
Cierpliwość jest cnota a cierpienie uszlachetnia. Chyba świętym zostanę i to poza kolejką. Wszystkich zdeklasuję . Przynajmniej tam mnie tłumy ominą Niech żyją święta!
Kicia:
Tadzio złapał bakcyla. To takie rodzinne i miłe z rodakami przezywać ten nastrojowy czas. Kocham Święta!


Święta i inne nieszczęścia
24 grudnia, dom Marty i Grześka, 6 godzin przed Wigilią.
Ostatnie spojrzenie na dom, zerknięcie w lustro, poprawa fryzury, idealnie.
Marta zamierzała założyć kozaki do kolan, kiedy jej wzrok padł na stojące obok szpilki.
A gdyby tak…?, przemknęło jej przez myśl. Delikatnie wsunęła zgrabne stopy w pantofelki, okręciła się przed lustrem i zadowolona uśmiechnęła się do swojego odbicia. Może nie były to najlepsze buty na kilkustopniowy mróz i dwugodzinną podróż autem, pewnie od razu będzie musiała je zdjąć, gdy tylko przekroczy próg rodzinnego domu, ale i tak uznała ten wybór za strzał w dziesiątkę. Będę mieć paskudny humor i oszałamiające nogi, przyznała w duchu. A potem głośno westchnęła i niechętnie wyszła na korytarz. Zamknęła drzwi na klucz i niespiesznie oddaliła się po schodach na dół. W aucie już od kilku minut czekał na nią Grzesiek.
Tak naprawdę wcale nie lubiła świąt.
Odkąd trzy lata temu padło pytanie o dzieci, w tej jednej krótkiej chwili czar Bożego Narodzenia prysł niczym dotknięta palcem mydlana bańka.
 Jesteście już tyle czasu po ślubie i co…?, oczy wszystkich skierowały się w ich stronę.
I nic, miała ochotę wzruszyć ramionami. Zamiast tego wykręciła się pracą, kredytem i czasem, który jeszcze jest. Jeśli zechcemy, możemy mieć i szóstkę dzieci, zasugerowała z pewnością siebie przebojowej pani redaktor. Ale prawda była inna. Z całych sił pragnęła zobaczyć dwie kreski na teście, niteczki układające się w jej prywatny znak równości szczęścia.
Westchnęła głośno, przecież nie będzie spowiadać się rodzinie. Wystarczy, że bliscy co roku wypominają: od ślubu cztery lata… pięć… sześć…  Miałaby przyznać, co zrobiła w tym czasie? A więc tak, zasikała tysiąc testów. Uprawiała seks w dni płodne, w pozycji ułatwiającej przemieszczanie się plemników i spotkanie z komórką jajową. Spożywała produkty, które miały znacząco wpływać na płodność kobiety. Kilka razy myślała, że się naprawdę udało. Miała obrzmiałe piersi, było jej niedobrze i co chwilę biegała do łazienki.
Do czasu, gdy na majtkach nie pojawiła się czerwona plama miesiączki mówiąca jasno i dobitnie: DZIECI - STOP.
Och, daj spokój, skarciła siebie w myślach. Boże Narodzenie jest tylko raz w roku.
No właśnie, Boże Narodzenie.
Boże.
NARODZENIE.
Maryja była w ciąży i urodziła zdrowego pięknego chłopca. Bóg sprawił cud, bo poczęła będąc dziewicą. W jej przypadku Bóg nie chciał uczynić cudu, dziewictwo straciła dawno temu, a mimo to nadal nie mogła zostać matką.
- Ale sypie, chyba się spóźnimy. – Grzesiek wytężył wzrok, aby lepiej widzieć drogę.
- Trudno. – Odparła bez entuzjazmu.
Czy to nie dziwne, że nigdy o tym nie rozmawiali? Zupełnie jak gdyby doszli do wniosku, że nie ma o czym gadać. Jeżeli już poruszali ten temat, to omijali niewygodne wątki i skupiali się na bliżej nieokreślonej przyszłości.
- Moglibyśmy nazwać go Jan, po moim dziadku. – Mówiła ona.
- Chciałabym, aby maluch miał twoje zielone oczy i taki sam uśmiech. – Marzył on.
Żadne nie miało odwagi przyznać: mamy problem. Tłumaczyli to po swojemu: najpierw zmęczeniem, stresem, potem z nadzieją, że następny raz będzie szczęśliwy. Tymczasem oczekiwanej ciąży nie było. Z trudem ukrywali rozczarowanie. Ona bezgłośnie łkała w poduszkę, on w tajemnicy przeczesywał strony poświęcone bezpłodności. Coraz częściej górę brała bezsilność. Ostatnio wpadli na pomysł, by kupić sobie psa. Co z tego, że pies nigdy nie powie „Kocham cię mamo” i nie wręczy laurki z okazji jej święta? W końcu psa też można przytulić, śpiewać mu kołysanki i nazwać imieniem Jan. Tak po ukochanym dziadku.
Dlaczego do cholery, nie pójdą do jakiegoś lekarza, nie przebadają się, nie naprawią felernych jajników i niepełnowartościowej spermy, tylko myślą o jakimś czworonogu, który miałby zastąpić im dziecko???
- No pięknie. – Grzesiek uderzył pięścią w kierownicę. – Stoimy.
- Co? – Ocknęła się po chwili. Znajdowali się na jakiejś pustej drodze między polami, intensywnie padający śnieg uniemożliwiał dostrzeżenie jakichkolwiek domów.
- Sto – i – my. – Mężczyzna zaakcentował każdą sylabę. – Gruchot się rozwalił, utknęliśmy.
Marta otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. Utknęli. Na rzadko uczęszczanej trasie, w zaspach białego puchu, w porze, kiedy wszyscy zasiadają do wieczerzy. Czyżby więc tegoroczna Wigilia miała odbyć się w oplu, rocznik dwa tysiące pięć?
- Może zadzwonię po pomoc… - zaczęła nerwowo szperać w torebce w poszukiwaniu komórki. Kiedy jednak znalazła telefon, nie potrafiła ukryć rozczarowania.
- Tu nie ma żadnego zasięgu… - jęknęła.
Czyli jednak Wigilia w oplu. Zamiast opłatka, dzielenie się przemyśleniami. Rodzinne świętowanie ograniczone do „ja” i „ty”. A jako prezent dwa magiczne słowa „kocham cię”. Bo przecież, mimo niespełnionego marzenia i zawiedzionych nadziei, kochali się jeszcze, prawda?
Przez moment trwali w milczeniu, pogrążeni we własnych myślach. Po chwili pierwszy odezwał się Grzesiek:
- Lubisz ubierać choinkę?
Zaskoczyło ją to pytanie. Przypuszczała, że mąż najpierw sklnie akumulator i charczący silnik, a dopiero potem podejmie temat obchodzenia świąt.
- Tak. – Uśmiechnęła się sama do siebie. – Lubię.
- A mi ubieranie choinki kojarzy się z naszymi pierwszymi świętami po ślubie. Zakładałem czerwone bombki i, może to wyda się tobie głupie, ale naprawdę czułem się szczęśliwy. Wyobrażałem sobie jak za kilka lat ubieram ją z naszym synkiem. Widziałem małego Janka, który chciałby powiesić cukierki na najwyższej gałązce, ale nie jest w stanie jej dosięgnąć, dlatego  prosi o pomoc tatę… Od tamtej pory co roku przypominam sobie to marzenie i… mam ochotę stłuc wszystkie ozdoby, które mamy. – Grzesiek utkwił wzrok w kierownicy.
Marta przygryzła dolną wargę. Doskonale wiedziała, co teraz czuje mąż.
- A ja zawsze chciałam powiedzieć rodzinie w wigilię, że spodziewamy się dziecka. Zaplanowałam wszystko, nawet reakcje naszych rodziców. – Uśmiechnęła się nieśmiało – A potem po prostu chciałam im powiedzieć. Bez względu na datę… - Marcie zaszkliły się oczy. Szybko odwróciła głowę, nie chciała by mąż widział, że płacze. Wystarczyło, że stali na jakimś pustkowiu w zepsutym aucie bez pomysłu na to co dalej.
- Jaki jest sens obchodzenia świąt, jeżeli one tak bardzo odbiegają od naszych marzeń? – Usłyszała po chwili.
- Nigdy nie będzie tak jak w reklamie, jeśli o tym myślisz. – Odparła z przekąsem. W życiu zdarzały się nietrafione prezenty, brakowało najbliższych, teściowa nie doceniała smaku własnoręcznie lepionych pierogów, a stryjostwo niemiłosiernie fałszowało w trakcie śpiewania kolęd. Rzeczy nie do pomyślenia w przesłodzonych spotach puszczanych rokrocznie w telewizji.
- W sumie racja, wszystkie rozdarte dzieci tylko mnie drażnią. – Grzesiek nie potrafił ukryć irytacji. Była pewna, że przy słowie „dzieci” znacząco przewrócił oczami, jak gdyby chodziło o małe szkodniki zdolne co najwyżej stłuc komplet bombek albo wylać barszczyk na najlepszy świąteczny obrus.
Tylko, że tak naprawdę jej mąż był ukochanym wujkiem, takim który na poczekaniu wymyśla bajki o robotach i nie marudzi, gdy najmłodsze pociechy z krzykiem żądają przejazdu „na barana”.
- Przesadzasz, dzieciaki cię uwielbiają. – Uśmiechnęła się mimowolnie.
Była to jednak kiepska próba pocieszenia, Grzesiek nawet na nią nie spojrzał. Na dworze przestało padać, mężczyzna wysiadł więc z auta, oparł się o maskę i zapalił. Marta podążyła za nim, czując jak mróz coraz mocniej dobiera się do jej stóp. Już miała ochotę przypomnieć mężowi, że palenie wpływa na osłabienie męskiej płodności, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. Prawdę mówiąc, sama mogłaby teraz zapalić.
Stali tak we dwoje w milczeniu, wpatrując się w niebo i czekając już chyba tylko na cud. Ich cud.
- Ale nam się udały święta, co? – Grzesiek wypuścił kółeczko z dymu.
- Skoro nie mieliśmy nastroju do świętowania, to powinniśmy być zadowoleni. – Marta utkwiła wzrok w czubku buta. Gdyby dzień wcześniej ktoś zaproponował jej spędzenie Wigilii we dwoje, bez kłopotliwych pytań i ukradkowego zerkania na brzuch, to z radością powiedziałaby „tak”. Teraz jednak, kiedy nieoczekiwanie ziściło się powtarzane co roku marzenie, czuła się głupio. Ich bliscy najprawdopodobniej wypatrywali nie pierwszej gwiazdki, a ostatnich gości, bez których nie chcieli rozpoczynać uroczystej wieczerzy. Oni zaś zachowywali się jak dwójka nieporadnych mieszczuchów, upośledzonych bez komórki i samochodu.
- Zróbmy coś. – Stanęła naprzeciw męża.
- No?
- Chodźmy w tamtą stronę, tam widać maleńkie światełka domów. Może złapiemy zasięg, a jeżeli się nie uda, to zapukamy do pierwszych drzwi i poprosimy o pomoc. Chyba w taki dzień jak ten nikt nam nie odmówi…
- No dobrze, a co potem? – W głosie Grześka wyczuła powątpiewanie. Przez chwilę milczała, zastanawiając się, czy rzeczywiście jest sens jakiegokolwiek działania. Może lepiej byłoby poczekać, aż jakieś auto pojawi się na drodze i zabierze ich stąd w bardziej cywilizowane miejsce? Z drugiej strony zbliżały się święta, czas, kiedy ludzie dobrej woli oczekują przyjścia na świat małego Dzieciątka i pojawienia się ukochanych dzieci przy wigilijnym stole.
- A potem powiemy, że nasze starania jak na razie nie przynoszą skutku – Marta przełknęła ślinę – I, że zamiast pytań „kiedy” wolelibyśmy by trzymać za nas kciuki. Za to, żeby się udało. – Ostrożnie zerknęła na męża. Nie była jednak w stanie dojrzeć jego twarzy, bo spuścił głowę i w milczeniu kreślił wypastowanym butem kółka po śniegu.
- Trochę się boję… - Odparł po chwili - No wiesz...,  że coś jest ze mną nie tak…
- Myślisz, że ja się nie boję?  - Marta z trudem zapanowała nad głosem. - Z jednej strony wyobrażam sobie wspólne święta z naszym dzieckiem, a z drugiej…  zastanawiam się, czy kiedykolwiek to w ogóle nastąpi. – Stanęła tak blisko, że czołem dotykała jego podbródka. – Ale muszę coś zrobić. Nie chcę ciągle tkwić w tym samym punkcie.
Mąż powoli podniósł głowę i dopiero teraz mogła dostrzec jakiś dziwny błysk w jego oczach. – Chciałem, żebyśmy po świętach poszli do schroniska… - Powiedział cicho.
- Myślę, że sobie poradzę i z wózkiem, i z psem. – Przytuliła się do niego mocniej. Czuła jak jej stopy sztywnieją od zimna, a ciało pokrywa się gęsią skórką. Ale ten moment, gdy stali samotnie w wigilijny wieczór, po raz pierwszy próbując zmierzyć się z ICH problemem znaczył więcej niż długo wyczekiwany prezent. To było jak podzielenie się opłatkiem i złożenie życzeń, których nikt dotąd nie miał śmiałości wypowiedzieć na głos.
- Chodźmy – Grzesiek ujął delikatnie jej dłoń, a Marta pozwoliła mu się poprowadzić.
Po chwili dwie sylwetki zaczęły oddalać się od auta.
Na niebie rozbłysła pierwsza świąteczna gwiazdka.



 … Która gładzisz grzechy…
- Pieprzony samarytanin! – mruknął bezgłośnie do siebie, wlokąc się jak pątnik pustawą uliczką. – Po co ci było wyręczać Baśkę w tej delegacji? Myślałeś, że od czegoś uciekniesz? Czegoś unikniesz?
Nawet pociąg stukotał nachalne „Idą święta, idą święta”, a zwykle tylko przykre zgrzyty taboru dziś wydały mu się sardonicznym chichotem. Prowincja przywitała go równie mocno rozjarzona jak Miasto.
- Co za różnica, czy świetlne girlandy wiszą na szopach czy wielkomiejskich balkonach, stary? – zapytał sam siebie. – Wyścig na ilość zużytych kilowatów taki sam. Wszędzie. I wszędzie z każdej witryny atakuje czerwień niby zwielokrotniony Krzyk Edvarda Muncha. Jest jak jodyna na świeżą ranę. Tak trudno ją znieść.
- Jak można czerwienią wyrażać radość? Czy naprawdę tylko dla mnie jest znakiem tej najstraszniejszej, rozdzierającej rozpaczy? – rozważał poirytowany. – Rozpaczy, która, zbyt wielka, dławi gardło, bo nie pozwala się wykrzyczeć… Choćby wyłkać.
Nie. Nie jest w stanie uwierzyć w ludzi tak, by przypuścić, że widzą rozpacz Pańskich Narodzin. Nikt nie widzi, że ten bezbronny noworodek urodził się, by żyć tylko 33 lata. I by umrzeć w cierpieniu. Nikt nie widzi w szczęśliwej Matce tej, której będzie tak niedługo dane trzymać w objęciach Umęczonego, Martwego Syna. Tej, która urodziła, by pochować.
Hura! Narodził się nam Zbawiciel!
- Cieszcie się samolubni ludkowie. Skoro potraficie – warknął w duchu. -A przecież i Jezus i Matka Jego byli ludźmi. W ludzkie, unerwione ciało wbito gwoździe, z ludzkich, umęczonych ust wyrwały się słowa, których wolicie nie pamiętać.
Eli, Eli lama sabachtani?
Cieszcie się samolubni ludkowie.
Skoro potraficie.
I racja, czerwono się cieszcie!

* * *

Były przecież takie czasy, kiedy i on odczuwał świąteczną euforię. Znał przyjemne mrowienie radosnego oczekiwania. Wreszcie siadał do wigilijnego stołu przepełniony Miłością i Pokorą. Ale to było kiedyś.
Teraz wlókł się bez celu, próbując zabić trzy godziny do odjazdu powrotnego pociągu. Wczorajszy śnieg stał się mlaskającą pod butami breją.
- Do wieczora będę miał gorączkę – pomyślał. - Te buty za pięć stówek przemakają równie szybko jak te za pięćdziesiąt złotych!
Kupił je zaledwie tydzień temu, w rozpaczliwym akcie udowadniania samemu sobie, że nadmiar gotówki w portfelu nie uwiera go swoim bezsensem. Heh.
Tak czy siak rozsądnie byłoby wejść gdzieś na chwilę, ogrzać się nieco. Zwiedzanie sklepów obwieszonych czerwonym badziewiem nie wchodziło w grę. Knajpka, którą widział w rynku, wyglądała na mordownię – goście wypływali zeń jak z akwarium. Odpada. Dworzec? Taaa…k. Typowy, szaro-brudny, z liszajami po niegdysiejszych farbach i wiatrem hulającym na przestrzał. W sam raz, by go dobić!
ach ślepi ach głodni przykryci gazetą
po bramach śpią ludzie centurie chór
im sianem stajenki jest asfalt i beton
z ciał można ułożyć piękny wzór
lulajże człowieku lulajże lulaj
ulubione pieścidełko samotności”

- Świat pędzi w przód na złamanie karku, ale nic się, Panie Czechowicz, nie zmieniło. Nic.

* * *

Z zamyślenia wyrwał go kojący powiew ciepłego powietrza z właśnie otwieranych drzwi poczty. Otulił jego przemarznięte i przemoczone ciało. Przywabił. Wszedł prawie bezwiednie.
Naprawdę było tu ciepło, ale poczuł się z lekka zmieszany tłumem stojącym w kolejce do jedynego czynnego okienka. Przysiadł przy stoliku. Pod wnikliwym obstrzałem spojrzeń zaciekawionych Miejscowych musiał jakoś swoją tu obecność umotywować. Wyjął z aktówki kartkę i długopis. Położył przed sobą, starannie niwelując ukosy. Z pewnym wahaniem sięgnął po długopis i zawiesił go nad papierem, po czym powoli zapisał:
Maleńka Moja
- To bez sensu – zadudniło mu w głowie, a jednocześnie na kartkę zaczęły spływać długo tłumione słowa. Był jak w transie, by po chwili ocknąć się na dźwięk gwałtowniej zatrzaśniętych drzwi.
Boleśnie się ocknął. Z niekłamaną złością przeczytał niedokończony list. Zdecydowanym ruchem porwał kartkę, chcąc ją natychmiast podrzeć.
- Niech pan tego nie robi!
Odwrócił się zaskoczony i zobaczył staruszkę pospiesznie zmierzającą w jego stronę drobnymi kroczkami.
- Przepraszam pana najmocniej. To list? – spytała, wskazując na papier.
- Tak, ale nieudany.
- Więc go pan nie wyśle! Cudownie! Czy – zawahała się – nie mógłby pan podarować go mnie?
Spojrzał na nią uważniej. Nie wyglądała na wariatkę. Schludna, nawet elegancka. Taka Starsza Dama.
- Po co pani cudzy, w dodatku kiepski list?
- Bo widzi pan, ja kolekcjonuję właśnie niewyspane listy. To nawet nietrudne, jest ich pełno. W autobusach, w koszach na śmieci, czasem wyrzucane z balkonów. Tylko oczy mam już słabe i jeśli znajdę podarty list, długo schodzi mi zanim go ułożę na powrót i posklejam, więc pozwoliłam sobie powstrzymać pana… Więc jak? Da mi go pan? I tak już przecież niepotrzebny.
- Owszem, proszę bardzo – odrzekł i rozbawiony i zaintrygowany nieco. Kobieta szybkim ruchem porwała kartkę i starannie złożywszy, schowała do torebki a’la Margaret Thatcher. Odwróciła się ku drzwiom, ale nie wytrzymał.
Zapytał.
- Naprawdę chciałby pan wiedzieć, po co mi to? Zanudziłabym pana – odrzekła wyraźnie ubawiona. Ze zdziwieniem odnotował łobuzerski błysk w jej oku.
- Uwierzy mi pani jak powiem, że nie będzie mi to dawało spokoju?
- Hmm… Może się to faktycznie panu przyda? W takim razie zapraszam do mnie na chwilę, ma pan zupełnie przemoczone buty. Postawimy je przy piecu, a ja zrobię coś gorącego do picia.
Ociągał się chwilę, ale ponieważ staruszka zapewniła, że sprawi jej tym przyjemność, wstał w końcu i wyszli. Nie szli długo, ( bo i gdzież można by iść długo w Małym Miasteczku) wspięli się na piętro przedwojennej kamienicy i już byli w mieszkaniu. Gęstniał w nim mrok, więc podszedł do okien, by rozsunąć ciężkie, aksamitne story, ale gospodyni powstrzymała go zdecydowanie i włączyła światło.
- Widzi pan, ja nie lubię mierzyć czasu. Nigdy nie rozsuwam zasłon, dzięki czemu nie wiem, kiedy dzień, kiedy noc. Niepotrzebne mi to. Zegarki też.
Proszę się nie krępować, niech pan naprawdę podsuszy te buty koło pieca, ja tymczasem zaparzę kawę z cynamonem na rozgrzewkę i już będę do pana dyspozycji.
Wyszła zaskakująco żwawo do ciemnego nadal przedpokoju. Słyszał, jak się rozbiera i hałasuje w kuchni. Rozejrzał się po pokoju. Faktycznie, czas tu nie miał żadnej władzy. Stare meble kokietowały dyskretną elegancją. Zielony piec rozsiadł się w kącie niby kocur. I ogromny regał. Regał pełen nie książek, a kopert. – Niezła kolekcja – pomyślał i zaczął przeglądać listy. Było w nich wszystko. Żarliwe uczucia. Żarliwe wymówki. Uczciwe tłumaczenia win niezawinionych i zawinionych. Tragedie, komedie, tragifarsy. Łzy szczęścia. Łzy rozpaczy. Wszystko.
Zajęty lekturą nie słyszał wejścia kobiety, dopiero intensywny aromat kawy sprawił, że przerwał czytanie. Odwrócił się i oniemiał. Stała przed nim śliczna i niezmiernie dystyngowana młoda kobieta.
- Przepraszam, - wyjąkał – jestem gościem pani babci.
- Bzdura! – odparła mocno. – Jest pan moim gościem. Czy teraz rozumie pan, do czego potrzebne mi niewyspane listy? To najcenniejsze listy świata. Gdyby ludzie nie bali się ich wysyłać, o ileż łatwiejszą mogliby iść drogą…
A tak, karmią moje życie!
- Proszę pić kawę, póki gorąca! – poleciła z uśmiechem i usiadłszy naprzeciw niego, ciągnęła dalej. – Kiedy znalazłam swój pierwszy niewyspany list miałam pięćdziesiąt kilka lat. Był tak piękny, że płakałam jak nastolatka z żalu, że nie do mnie. Och! Ja także bywałam kochana, podziwiana, ale jakoś Pan Bóg nie stworzył mnie do rozpieszczania. Nie. Nigdy nie dostałam takiego listu, choć Bóg mi świadkiem, że zasłużyłam sobie na niego! – zamyśliła się, a on, wpatrzony w dno filiżanki, nie ważył się przerwać ciszy.
- Wstyd przyznać, - zaczęła po chwili - ale rozczuliłam się wtedy nad sobą. Na krótko! – dodała z uśmiechem. – Człowiek nie musi się zgadzać ze swoim losem. No i widzi pan? Udało się! Żyje ktoś, kto jest mi winny list. Piękny list. A ja jestem cholernie uparta i cholernie cierpliwa. Nie umrę, dopóki go nie dostanę, bo postanowiłam umrzeć szczęśliwa. Dzięki moim zbiorom mogę czekać, jak długo zechcę. Czas jest mi wrogiem wyłącznie na ulicy – roześmiała się w głos niby sztubak zadowolony z figla. – Tak więc pański list jest bezcenny – powiedziała po chwili z powagą. – Może nie tylko dla mnie.
W milczeniu grzebał łyżeczką w fusach. Wreszcie cisza stała się kłopotliwa.
- Dziękuję pani – rzekł, wstając. – Wlała pani we mnie nowe siły. Nowe nadzieje. Za głupi jestem, by jaśniej to wyrazić… a zresztą, muszę iść. Pociąg mam.

* * *

Nawet pociąg stukotał zabawne „Idą święta, idą święta”, a zgrzyty taboru były przykre w swój zwyczajny sposób. Wyjął z aktówki kartkę i długopis. Położył przed sobą, starannie niwelując ukosy. Z pewnym wahaniem sięgnął po długopis i zawiesił go nad papierem, po czym powoli zapisał:
Maleńka Moja…



Gwiazdka na Pogórzu.
Kiedy wyszedł wreszcie z lasu na Poręby miał już serdecznie dość. Trzy godziny marszu w dół i w górę przez zaśnieżony las, ot tak, bez żadnego przygotowania to i dla niego było dużo. Psy już go wyczuły i wszczęły alarm.
Zsunął się po skarpie na drogę. I tak już, z godzinę przynajmniej, od pasa w dół był kompletnie przemoczony. Dodatkowa warstwa śniegu na spodniach nie miała doprawdy najmniejszego znaczenia. Trzeba się ruszać. To nie żart.
Jednak wbrew temu, co podpowiadało mu doświadczenie i wiedza, stanął i wygrzebał z kieszeni papierosy. Zapalił. Tym szybciej trzeba decydować, co dalej – pomyślał i zaciągnął się łapczywie gorącym dymem.
Ech, jak zapiekły go jarzące się w ciemności okna tych wszystkich pięciu porębskich chałup. Psy, spełniwszy swój obowiązek, ucichły. Jeden tylko, z najbliższej chałupy wciąż nie dawał za wygraną. Ludzie tam przy kolacji, a on, jak ten wilk po krzakach.
Nawet przeklinać mu się nie chciało. W końcu i tak przeklinał większą część drogi - od kiedy ostatnim wigilijnym autobusem dojechał do największego Miasteczka i postanowił iść dalej pieszo, skoro w wigilię na takie zadupia jak jego nie jeździ już nic.
Przeklinał niemal wszystko i wszystkich. Wulgarnie i metodycznie. Z zaciśniętytmi wargami. Robiąc regularne przerwy na oddech.
Te cholerne święta, Baśkę, siebie, swoją głupotę, jej ośli upór, debilne kłótnie o pierdoły, i pełne urazy milczenie na tematy najważniejsze, to, że ma rację i, to, że się mylił, tę całą ich popieprzoną miłość, pierdolone jeżyny pod śniegiem, o które co chwila zaczepiał butami, ten zaspany, cicho oddychający zimowy las i opierające się na nim spuchniętym brzuchem śniegowe ołowiowoszare Niebo.
Przestał, kiedy, przy przechodzeniu przez płynący głęboką paryją płytki wisłok pękł mu pod butem lód i woda wlala się do środka. Wydrapał się na czworakach na drugi brzeg i stanął, żeby wycisnąć skarpetkę. Był tak wściekły, że potrafił już jedynie sapać.
Tylko Małego w tym wszystkim nie potrafił ubabrać. Jakoś tak odruchowo omijał Go w myślach. Kiedy naciągał mokrego buta z powrotem na mokrą skarpetę, Mały, jak niewielka, ale bardzo jasna wigilijna gwiazdeczka, pojawił się przed nim. Zawstydził się i pożałował tego brudu. Nigdy przy Młodym nie przeklinał. Pzynajmniej się starał i zawsze przepraszał, kiedy mu się wyrwało.
Resztę drogi milczał, tak, jak pocięty zwierzęcymi tropami bajkowo-bukowy las dokoła niego. Szedł wpatrzony w rozzłoconą, roześmianą Twarzyczkę przed sobą.
Mierz siły na zamiary! - upomniał się. Zaraz pewnie będzie sypać. Ciemno jak w … Tfu! Tymczasem stoi jak słup, mokry na mrozie i myśli o pierdołach. A nogi drętwieją pomału. Szybko.
Drogą mógłby zejść na Jeleniowe, a tam ludzie niestrachliwe i jeszcze w samą wigilję! Cywilizacja, ze swoim strachem Człowieka przed Człowiekiem jeszcze tam nie dotarła na tyle, żeby obawiać się, że go ktoś nie przygarnie. Jurków mógłby poszukać, choć oni gdzieś z boku wsi mieszkają. Ci go na pewno nie wyrzucą.
Tak byłoby najrozsądniej. Do Domu jeszcze przynajmniej drugie tyle, we wcale nie łatwiejszym terenie, i też przez gęsty las, a mięśnie ud już przy schodzeniu dygotały ze zmęczenia. Cholera! Mały będzie na pewno spał. Ciekawe, jak Baśka wytłumaczyła nieobecność Taty.
W chałupie zaczęto śpiewać kolędę. W kilkanaście glosów i akordeon. Chwilę słuchał z uśmiechem, a potem rzucił niedopałek w śnieg i z tym samym uśmiechem zszedł z drogi w las i przydrożne zwały.
To tylko trzy, może cztery godziny. Niech będzie cztery i pół. Z wysiłkiem wyciągał nogi z zasp. W lesie tyle śniegu nie będzie. Do Domu prosto, jak strzelił. W górę i w dół.
Ej, Maluśki. Maluśki, Maluśki. Kieby renkawicka...”
Gwiazdeczka przed nim zanosiła się od radosnego śmiechu. Uśmiechnął się do Niej.

Kiedy doszedł, było już dobrze po północy. Mały oczywiście spał. Baśka nie. Siadł ciężko, bez słowa w kurtce i butach przy zasłanym białym obrusem stole. Zdjął czapkę i walcząc ze zmęczeniem i sennością, zastanawiał się, co powiedzieć.
Okazało się, że nie musi. Baśka nie kryła łez i uśmiechu. Podgrzeję barszcz – powiedziała. Kiedy wróciła postawiła talerezyk z opłatkiem obok i uklękła przed nim. Też mu się chciało płakać.
Mocno, bez słowa się przytulili. Najlepszego Kochanie! Powiedzieli to niemal równocześnie.




„Opowiastka babci Zosi – gdy historyjka staje się prawdziwa.”
Odkąd Kazio sięgał pamięcią swojego siedmioletniego umysłu, na Święta Bożego Narodzenia przyjeżdżali na wieś, do babci Zosi. On, mama, tata i jego mała siostrzyczka Dorotka. Chłopiec zawsze był bardzo uradowany, gdy wybierali się do staruszki. Przez całą jesień musiał mieszkać w ponurym i szarym mieście, a gdy nadchodził czas gwiazdki napawał się widokiem wiekowego domku, takiego z kominkiem, który drzemał sobie cichutko pod puchową pierzynką ze śniegu.
Gdy przyjeżdżali, babcia zawsze miała przygotowaną gorącą i pyszną czekoladę oraz cynamonowe ciasteczka, które tak uwielbiał chrupać wraz z Dorotką. Potem ubierali choinkę, szli z tatusiem walczyć śnieżkami i wracali cali mokrzy i szczęśliwi do domku. Gdy już siedzieli grzejąc się przy kominku, staruszka opowiadała im najpiękniejsze historie na świecie.
Kazio zawsze się cieszył na te wyjazdy, jednak w tym roku było zupełnie inaczej. Był smutny, bo w czasie Świąt po raz pierwszy miało z nimi nie być taty. I jak tu się radować, gdy nie będzie z kim iść pozjeżdżać na sankach, na takiej wielkiej górze za domem babci? Albo porzucać się śnieżkami? Kto przeczyta ewangelię za dziadka Kazika, który umarł dawno temu? Do kogo się przytulimy przy łamaniu opłatka?
Chłopiec strasznie łamał sobie głowę tymi pytaniami, tym bardziej, że widział jak bardzo smuci się mamusia. To ona tłumaczyła mu, że tatusia nie chcą puścić z pracy tak żeby zdążył, że Anglia jest daleko, daleko i nie da się z niej wrócić w parę minut i tata przyjedzie najwcześniej w lutym, albo marcu.
Do babci dojechali w południową porę dnia wigilijnego. Jak zawsze usiedli przy kominku, babcia trochę porozmawiała z mamą, wyściskały się, wyprzytulały, włączyły radio, żeby sobie muzyczka świąteczna grała. Dorotka po wypiciu czekolady usnęła zmęczona podróżą na fotelu, a Kazio patrzył smutno na palące się drewno. Gdy do mamy zadzwonił telefon, staruszka przyjrzała się dokładnie swojemu wnusiowi. Martwił ją smutny wyraz jego twarzy. Przecież w święta należy się radować! Rozumiała, że trapi się tym, iż niema dziś z nimi jej syna, ale znała na to idealne lekarstwo, które zawsze się sprawdzało.
- Kaziku może napijesz się jeszcze troszkę czekolady? I ciasteczko byś zjadł? Strasznie markotny dzisiaj jesteś. – chłopiec spojrzał na nią z żalem.
- Bo jak tatusia nie ma, to jak to tak może być. To nieprawdziwe święta są.
- Oj wnuniu, ważne, że zdrowi jesteście i tatusiowi też nic nie dolega, reszta już nie jest taka ważna…
- A ja i tak wolałbym chorować, ale żeby tatuś tu był! – zdenerwował się malec.
- Hm… może w takim razie opowiem Ci historię o innym chłopcu, który też w dzień taki jak ten czekał na swojego tatusia?
- Dobrze. – Kazio ochoczo pokiwał małą główką.
- Dawno, dawno temu, za górami za lasami, w małej wiosce, o której istnieniu niewiele osób miało pojęcie stał sobie mały domek. W tym domku mieszkała staruszka Stefcia, jej syn wraz z żoną Beatą , wnuczek Kazio i piesek , który wabił się Burek.
- To tak jak ja!
- Owszem, owszem. – babcia uśmiechnęła się ciepło do chłopca.
- Ale co miałeś robić, gdy opowiadam ? – spytała.
- Milczeć najciszej , jak potrafię – powiedział szybko siedmiolatek i przytkną obydwie rączki do ust, na znak, że nie piśnie już ani słówka.
- Dobrze. Wracamy do historyjki?
- Oczywiście babciu, szybciusieńko – powiedział na wydechu i po raz kolejny zasłonił buzię.
- Na czym to ja stanęłam? A tak… wnuczek Kazio. Żyli sobie spokojnie i szczęśliwie w czwórkę, ciesząc się miłością i dobrocią jaka panowała w ich domostwie. Właśnie, wielkimi krokami, zbliżało się Święto Bożego Narodzenia. Wszędzie było pełno śniegu, przy ścieżkach tworzyły się wielkie zaspy, a z kominów stale leciał siwy dym. Starym zwyczajem, przy choince na placu układano rozmaite warzywa , oraz trochę słomy dla zwierząt, które mogą się przybłąkać. Tego dnia ich nie przepędzano, lecz karmiono. Każdy liczył na to, że może któreś się do niego odezwie.
Przygotowania do Wigilii szły pełną parą. Stefcia wraz ze swoją synową starały się , jak najlepiej przyrządzić tradycyjne dania, Kazio dekorował choinkę , a Burek radośnie poszczekiwał, gdy słyszał , jak ludzie podśpiewują sobie Kolendy. Brakowało tylko jego tatusia. Jak już ci wiele razy mówiłam, mój kochany wnuniu, w dawnych czasach, aby jakieś mięsko, albo rybka wypełniało brzuszek, trzeba było je sobie złowić i upolować. We wsi, w której mieszkał nasz bohater Kazio, obowiązek taki ciążył na jego tacie. Był on łowczym zaopatrującym wszystkich mieszkańców w mięso.
Tak więc, gdy zbliżał się okres świąt, wyruszał on na najtrudniejsze łowy w roku. Czasem nie było go dwa, trzy dni. Nie dłużej. Teraz sprawa miała się inaczej. Mężczyzny nie było ponad tydzień.
Gdy mijał tak długi okres nieobecności, zwykle uznawano, że osoba, która się nie pojawia, poszła do Nieba.
- Umarła?! – wykrzyknął Kazio.
- Tak wnuniu. Uznawano, że nie żyje i szło się na poszukiwania. Gdy pogoda była niesprzyjająca tak jak tej zimy, nie ryzykowano i stawiano symboliczny grób. Jednak rodzina łowczego nie chciała myśleć o tak smutnym losie taty Kazia, każdy z nich miał wielką nadzieję, że nic złego mu się nie stało. Chłopiec oczywiście również.
W Wigilię Bożego Narodzenia, jak wiadomo wszystkim ludziom, spełnia się jedno najbardziej skrywane, głęboko w serduszku życzenie. Najpiękniejsze życzenia zaś, zawsze mają dzieci, gdyż ich uczucia są czyste i nieskażone złem.
Gdy trzeba było się szykować do świętowania, tak jak obyczaj nakazuje, Kazio spojrzał na Niebo w poszukiwaniu pierwszej gwiazdki. Gdy ją ujrzał zacisnął mocno swoje małe rączki, zamknął oczka, skupił się mocno i w myślach poprosił Boga i dzieciątko Jezus, aby jego tatuś wrócił i uściskał go mocno.
Po chwili otworzył oczy z nadzieją, że tata, nagle otworzy drzwi na rozcież, uśmiechnięty od ucha do ucha, z Kolendą na ustach. Niestety tak się nie stało. Smutny chłopiec pobiegł do mamy przytulił ją mocno i cichutko zapłakał. Wtedy jego babcia podeszła do nich i wyręczyła im po kawałku opłatka. Gdy mięli się nim podzielić, ktoś załomotał do drzwi.
Bum, bum.
Jak myślisz kto to był Kaziu?
- To musiał być… - chciał odpowiedzieć Kazio, gdy nagle przerwało mu pukanie do drzwi. Czyżby mama je zatrzasnęła i nie mogła dostać się do domu?
Kazio poszedł szybko żeby otworzyć. Gdy chwycił za klamkę, jego oczom ukazał się…
- Tatuś! Babciu tatuś tu jest!
Do domu wszedł wysoki mężczyzna, za nim stała jego żona. Na jego twarzy gościło zmęczenie oraz wielka radość. Uznał, że ma gdzieś pracę, która nie pozwala mu przebywać z rodziną w tak ważnym dniu – tak powiedział szefowi. Z racji tego, że był jednym z najlepszych pracowników przełożony nie śmiał przeciwstawić się tak wystosowanemu postanowieniu i pozwolił mu na przyjazd do domu. Gdy zobaczył synka od razu porwał go w ramiona.
- Słyszałem, że ktoś bardzo się tu smucił? Co to za zachowanie? – powiedział nadając głosowi srogi ton, jednak jego oczy uśmiechały się serdecznie do chłopca.
- Tatusiu, tatusiu, bo ja myślałem, że Ciebie nie będzie i …
- I nawet nie ubrałeś choinki, a tu już pierwsza gwiazdka zaraz wzejdzie! Szybko, szybko musimy działać, bo się na nas Bozia obrazi i co wtedy?
Gdy mężczyzna podszedł do swojej starej mamy, obudziła się Dorotka. Wszyscy zaczęli się śmiać , śpiewać Kolendy i świąteczne piosenki oraz w pośpiechu ubierać choinkę i szykować wigilijny stół. Bo prawdą jest, że gdy kogoś nam brakuje nie potrafimy się cieszyć. Nie ważne są prezenty, potrawy czy ładnie ubrane drzewko. Najważniejsza jest obecność najbliższych.
Tak było kiedyś, gdy Kazio z bajki czekał na swojego tatusia - Zapomniałabym! Kto w tedy, w historyjce babuni łomotał w drzwi? Oczywiście, że tata chłopca! – tak jest i teraz.
Wesołych rodzinnych Świąt, pełnych uśmiechu, życzliwości i prawdziwego szczęścia;)



Bożonarodzeniowy cud
Ogromy ból, krzyk z głębi duszy, jedna chwila... Wiedział, że nikt mu nie pomoże, że to jego czas. Tak zdecydował Bóg – wszystko zostało postanowione. Kolejny ucisk w klatce piersiowej. Czuje, że jego serce pęka, mimo to jest gotowy. Wie, że wszystko będzie dobrze. Przecież on im pomoże.  I tylko jedno życzenie – Panie Jezu daj im siłę i opiekuj się nimi, skoro ja nie mogę. Krótkie tchnienie, płytki oddech i łza płynąca po policzku. Koniec.
*
Blanka, siedząc w czwartej ławce,, co po chwilę spoglądała na, zawieszony nieopodal tablicy, na pomalowanej olejnicą ścianie, zegar. Dobrze wiedziała, że wskazówki ni w ząb nie przyspieszą, choć straszliwie tego pragnęła. Na dodatek ta fizyka. Widać było, że ostatni przedświąteczny piątek, dłuży się nie tylko uczniom. Na dodatek czuła, że stało się coś niepokojącego. Nie wiedziała skąd te przeczucia, jednak kiedy zabrzmiał dzwonek po ostatniej lekcji, z ulgą ruszyła do domu. Wchodząc po schodach do góry zobaczyła, że drzwi są uchylone. „Babcia pewnie zapomniała zamknąć” - pomyślała naciskając klamkę i wchodząc do środka. Pospiesznie ściągając ciepłe ubranie i odkładając czapkę na półkę, weszła do kuchni. Nieco zdziwił ją półmrok panujący w pomieszczeniu, gdyż spodziewała się, że wrze tu praca. Zapaliła światło i jej oczom ukazały się babcia i mama siedzące przy stole. Widok ten może i nie byłby dziwny, gdyby nie fakt, zę obie trzymały chusteczki w rękach, a ich twarze były czerwone od łez. Wiedziała, że coś jest nie tak.
- Bianka, lepiej usiądź. To co zaraz Tobie powiem – mówiła przecierając zapłakane oczy, jednak córka nie dała jej skończyć.
- Mamo proszę Cię mów! - niewytrzymała nastolatka – coś się stało?
-Tata miał zawał. Kiedy wezwałam pogotowie było już za późno. Zmarł w karetce, w drodze do szpitala. - powiedziała, a jej słowa zagłuszało szlochanie babci.
- Ale... - Biance nie mieściło się to w głowie – Tata? Co?! Dlaczego? - w niej także coś pękło. Czuła się bezsilna.
- Kochanie, nie płacz. Choć do mnie, wszystko będzie dobrze. Jasio jest u sąsiadki, a z Tobą chciałam porozmawiać. - starała się uspokoić córkę Zofia.
- Porozmawiać?! Ale o czym?! Przecież... - mówiła, a jej głos strasznie się łamał.
- Córeczko, musimy sobie jakoś poradzić. Nadchodzą święta.
- Ja też wam pomogę – wtórowała już nieco opanowana babcia.
- Święta? Teraz?! Przecież on nie żyje! - opadła na zimne kafelki w kuchni, ukrywając głowę w kolanach.
Kobiety starały się wesprzeć dziewczynę, wiedziały ile znaczył dla niej ojciec, że zawsze byli nierozłączni. Bianka nie mogła tu dłużej siedzieć. Wśród zapachu igliwia, pieczeni, którą tata zostawił w piekarniku. Sprawiało jej to jeszcze większy ból. Poderwawszy się gwałtownie, zabrała ciuchy i wybiegła z domu, mimo krzyków dwóch najważniejszych kobiet w jej życiu.
*
Nad Poznaniem zapadał właśnie zmrok. Mimo to, na ulicach kłębiło się wiele ludzi, którzy ostatkiem chwil poszukiwali prezentów dla swoich pociech, żon, mężów, dziadków. Wśród nich błądziła zagubiona dziewczyna. Z daleka było widać, że nie pasuje do otaczającego świata, że coś ją trapi. Zapłakana twarz i posklejane jasne loczki, utwierdzały w przekonaniu, że dla niej zakończył się właśnie świat, że wszystko o czym marzyła, czego pragnęła, stało się nagle tak dalekie. Potrzebne było coś, co nada jej życiu sens. Potrzebny był bożonarodzeniowy cud.
*
Szła chodnikiem przed siebie, zupełnie nie zastanawiając się gdzie zmierza. Czekoladowo-brązowe kozaki, bordowy szalik, owinięty szczelnie wokół szyi, kraciasty płaszczyk zapinany rzędem guzików, skórzane rękawiczki – to wszystko założyła w pośpiechu, wybiegając z domu i nie zważając na krzyki zdenerwowanej mamy i babci. Wiedziała, że one chcą dla niej dobrze, że ją kochają, ale nie mogła udawać, że wszystko jest dobrze. Nie mogła tam dłużej być. Zostać z nimi, kiedy dowiedziała się o czymś takim. Bo po co takie święta? „Dlaczego mi go zabrałeś?” – starała się zapytać Boga. „Mieliśmy tyle wspólnych planów. Chciał jechać razem ze mną do Pana Ignacego, jak co roku, łowić karpie w przerębli. Razem mieliśmy piec makowca, wygłupiając się jak w każde Boże Narodzenie. To nic, że kuchnia byłaby cała od mąki, a mama pewnie byłaby zła, kiedy wróci z biura. Mieliśmy być razem. Ja, mój tata, mama i Jasiek” - myślała, ocierając kontem dłoni kolejne kropelki łez, opadające na jej policzek. „Dlaczego mama poszła do pracy nawet dziś?! Przecież za dwa dni święta. Gdyby została, gdyby pomogła tacie w przygotowaniach do świąt, gdyby...” - w kąciku oczy zbierało jej się coraz więcej łez. Blanka dobrze wiedziała, że to nie jest wina mamy, ale nie potrafiła pojąć, dlaczego właśnie jej tata i dlaczego właśnie teraz, kiedy tak bardzo go potrzebowała. Kiedy wszyscy go potrzebowali.
Wydawało jej się, że życie, nie ma sensu, a z pewnością już nic nie przywróci w niej tej radości, którą czerpała z najpiękniejszych świąt. Właśnie – wydawało się. Z rozmyślań podczas samotnej wędrówki wyrwał ją głos:
- Uważaj jak chodzisz! Lepiej pomogłabyś rodzicom, a nie włóczyć się po mieście – odezwała się pełna złości jakaś starsza Pani, w którą wpadła.
- Przepraszam. Nie zauważyłam Pani – odpowiedziała zgodnie z prawdą.
- Nie zauważyła... Ach, ja już wiem jaka to jest ta polska młodzież – poczęła mówić do siebie kobieta, odchodząc w wir przedświątecznych zakupów, jednocześnie prowadząc ze sobą monolog.
Zatrzymała się na środku chodnika. Rozglądając się wokół, zastanawiała się gdzie jest. Kolorowe witryny sklepów, na których zewsząd błyszczały kolorowe lampki choinkowe, w ogólnie nie było znajome, chociaż miasto znała jak własną kieszeń. Czuła się, jakby była w innym świecie. Mijani ludzie, nie zwracali na nią uwagi – każdy był pochłonięty wigilijnymi przygotowaniami. Jedni chodzili z roześmianymi dziećmi, kupując łakocie do powieszenia na świątecznym drzewku, inni szukali tego, wyjątkowego prezentu. Kilku mężczyzna szło także z choinką na ramieniu. Dopiero po chwili zauważyła mężczyznę, siedzącego w bocznej ulicy, na schodach jednego z opustoszałych na święta domów. Wydawał jej się znajomy. Nie wiedziała jednak dlaczego. Połatana kufajka, wytarte spodnie i dziurawa czapka – na pierwszy rzut oka wyglądał na bezdomnego. Wyglądał, jak człowiek, od którego ludzie odsuwają się z obrzydzeniem. Mimo to postanowiła podejść, wyciągnąć bezinteresownie dłoń. Czuła, że nie może przejść obojętnie obok kogoś, kto z pewnością czuje się w te niezwykłe święta tak, jak ona.
- Przepraszam Pana – podchodząc w kierunku wąskiej, bocznej uliczki, poczęła mówić – Czy mogę Panu jakoś pomóc?
Mężczyzna aż podskoczył na dźwięk jej słów, a na twarzy malowało mu się zmieszanie, a jednocześnie życzliwość.
- Tyle ludzi tu przechodzi, a dopiero ty, dziewczynko zainteresowała się mną – powiedział, a Bianka mimowolnie poczuła ciepło, jakie płynęło z jego spojrzenia – Zastanawiam się dlaczego. Przecież wglądam odrażająco – mówił dalej – a Ty jednak nie ominęła mnie szerokim łukiem.
- Nadchodzi przecież Boże Narodzenie – najpiękniejsze święto miłości. - odezwała się niepewnie dziewczyna.
- Też kiedyś kochałem. Miałem rodzinę, nawet córkę mniej więcej w Twoim wieku. - uśmiechał się do wspomnień – Jednak chwila sprawiła, że wszystko straciłem. Umarła moja żona i by zabić smutki, zacząłem pić. Ania, chcąc niejako uciec ode mnie, wyjechała na studia do Monachium. Wtedy mój nałóg tylko się nasilił. Nie mogłem sobie z nim poradzić. Straciłem pracę, dom. Dopiero wtedy, kiedy wylądowałem „na bruku” zrozumiałem, ile one dla mnie znaczyły. Jednak czasu cofnąć się nie dało – pochylił głowę, ukrywając ją w dłoniach.
Bianka, będąc pewna, że mężczyzna płacze, usiadła się obok niego na schodach i przytuliła. Wiedziała ile ciepła potrzeba w takiej chwili. Wiedziała, bo sama też go potrzebowała. Bezdomny po chwili odezwał się:
- Dziękuję. Ale widzę, że Ciebie też coś trapi Bianko.
Nastolatka, nie spostrzegłszy że ten zna jej imię postanowiła wyżalić się mu, wyrzucić z siebie ten cały żal, ból po stracie ojca i niepewność. Kiedy tylko skończyła, wytarła nos, z którego kapały kolejne kropelki i przetarła oczy, usłyszała mocny głos mężczyzny:
- Też straciłem to, co tak bardzo kochałem. Umarła moja żona. Wewnątrz czułem ogromny ból i chciałem go zabić alkoholem. Kiedy moje życie wydawało się nie mieć sensu spotkałem. GO. I cały czas czuje, jakby był obok i choć nadal ciężko mi w życiu, wyglądam obskurnie, to dzięki NIEMU mam nadzieję. Podarował mi to. - Każąc dziewczynie zamknąć oczy, wsunął w jej drobną dłoń maleńką karpiom łuskę.
- Powiedział mi wtedy, że sam był taki jak ja. Ale pomógł mu pewien człowiek. Dał plik banknotów i kazał nieść pomoc innym. ON opowiadał, że początkowo czuł zmieszanie, nie wiedział co zrobić. Dopiero kiedy spał nocą na ławce przyśniło mu się to, co miało być jego powinnością. Założył Dom dla bezdomnych, takich, jak on. Dzięki temu człowiekowi zrozumiał, że kiedy straci się wszystko najważniejsze jest czuć blisko drugiej osoby, czuć się kochanym. Choć nigdy nie spotkał tego mężczyzny, wiedział, ze zrobił właściwie. - mówił z nieukrywaną radością w głosie. - Pewnie zastanawiasz się dlaczego to wszystko Tobie mówię i jak może to Ci pomóc. - dziewczyna patrzyła na niego pytającym wzrokiem – Kiedy spałem już którąś noc z rzędu na tych właśnie schodach, na schodach mojego dawnego mieszkania, przyszedł ON. Opowiedział mi swoją historię, zaprosił do wspólnego Domu, pokrzepił nadzieją. I podarował tą łuskę. Powiedział, że jest ona największym symbolem miłości. Wspominał, że miał ich kilkadziesiąt, wszystkie od tej samej ryby. Dając mi ją, przekazał troskę, uczucie i ciepło wszystkich ludzi, których łączył jeden karp, od którego pochodziła. Dzięki NIEMU zrozumiałem, że są na świecie ludzie, którzy cierpią tak jak ja i też potrzebują pomocnej dłoni. Zacząłem MU pomagać. Już od kilku lat mieszkam w Domu, pomagam MU w wydawaniu posiłków dla takich, jak my. Znalazłem pracę. Co roku, właśnie kilka dni przed Bożym Narodzeniem przychodzę tu, ubrany jak wtedy, przed kilkoma laty, pełen nadziei, że dostrzeże mnie jakaś strapiona dusza, której będę w stanie pomóc i dać nadzieję, że miłość i ciepło bliskich nie tylko uleczą rany, ale i dadzą radość w nawet najtrudniejszych chwilach. - skończył, a po twarzy Bianki zaczął wić się pojedynczy strumyczek wody. Nie była to jednak łza pełna żalu, ale łza szczęścia.
- Dziękuję Panu. Dziękuję, za to co Pan dla mnie zrobił. W takim razie pójdę już do domu, bo mama i babcia na pewno się o mnie martwią. Ja potrzebuję ich, a one - mnie. Bo przecież rodzina to całość – choć każdy lubi coś innego, choć każdy czymś innym się interesuje , co innego potrafi, łączy ich wzajemna miłość, szacunek, troska. Uczucia te nie maleją, nie gasną nawet w chwili kiedy ktoś umiera, bo przecież tam do góry nadal spogląda na nas ten sam, kochający człowiek, a my okazujemy mu swoje przywiązanie pamięcią.
Poczęła odchodzić, kiedy nagle coś jej się przypomniało:
-A może przyjdzie Pan do Nas na Wigilię? - odwracając się zapytała.
Jednak mężczyzny już nie było. Na schodach stał jedynie czarny, zziębnięty kot, który mruczał do niej przyjaźnie. Wzięła go na ręce, przytuliła i powiedziała:
- Chodźmy do domu kiciu. Tak, od teraz będziesz częścią naszej rodziny.
W głębi duszy krążyła jej jedna myśl: „To musiała być Twoja sprawka tato. Wigilijny cud. Dziękuję”.  



Bajka o życiu 
Za górami, za lasami... nie, stop, to zły początek dla tej bajki. Zacznę inaczej.
Nienawidziła świąt. Kategorycznie i od zawsze. Wszędzie pełno było różnych kolorowych choinek, światełek, Mikołajów i pachnących pierniczków. W sklepach rybnych kolejki przybierały nieprawdopodobne rozmiary, a radia w galeriach handlowych wygrywały wesołe "Jingle Bells". Ludzie byli pogodni, roześmiani i jacyś tacy pokojowo nastawieni. Wszystko zaczynało się, o zgrozo, już w połowie listopada, a kończyło (z wielkim hukiem) po Nowym Roku. Okropieństwo. Trzy lata wcześniej na kilka dni przed Gwiazdką postanowiła wyjechać. Doszła do wniosku, że nie wytrzyma tego dłużej i że od tej pory Boże Narodzenie będzie spędzała w jakichś ciepłych krajach. Nie ma atmosfery, nie ma świąt - tłumaczyła sobie. Wybrała RPA. Okazało się, że święta tam wypadają w środku lata, kwitną kwiaty i... i niczym poza tym nie różnią się od tych w Polsce. Na ulicy bez problemu można było spotkać panów przebranych w charakterystyczne czerwone stroje, a na niemal każdych drzwiach wisiały znane z amerykańskich filmów wieńce. Rozczarowana pierwszym spacerem wróciła do hotelu (wyposażonego, a jakże, w gigantycznych rozmiarów choinkę) i na resztę swojego pobytu zamknęła się w pokoju. Było jak co roku. Oglądała "Gwiezdne wojny" i jadła popcorn. Raz chciała dostać na obiad spagetthi z sosem bolońskim, ale przypomniała sobie scenę z "Kevina..." i ostatecznie zdecydowała się na meksykańską tortillę. Wróciła do kraju i uznała, że takie wyprawy nie mają sensu. To samo może robić w swoim mieszkaniu. A mieszkanie miała fajne. Było w nim kino domowe, wanna z hydromasażem i wielka szafa pełna ubrań z bezcennymi metkami. Od kilku lat pracowała w dużej firmie. Ciężko harowała, żeby dostać tam posadę. Potem już poszło łatwo. Miała zaledwie dwadzieścia dziewięć lat i była kimś ważnym. Kimś naprawdę ważnym. Awansowała niemal błyskawicznie, bo była zdolna, pracowita, a przede wszystkim dysponowała nieograniczoną ilością wolnego czasu. Nie miała męża, dzieci czy innej rodziny, której należałoby poświęcić chwilę. Nie miała nawet psa, więc nie musiała codziennie wyprowadzać go na spacer i dawać jeść. Tylko kilkoro znajomych z pracy. To wszystko. Pracowała więc, ciągle i ciągle. Kiedy jej szef pytał czy może zostać dłużej, prawie wpadała w euforię. Nie uznawała urlopów i długich weekendów. Nie znosiła ich. Nie dlatego, że kochała swoją pracę. Nie. Właściwie za nią nie przepadała. Po prostu nienawidziła swojego mieszkania. Było piękne i puste. Przerażająco puste. Wychowała się w domu dziecka. Jej mama zmarła na raka, gdy ona miała trzy lata. Ojciec całe życie pił. Skończył marnie - udusił się własnymi wymiocinami. Nigdy jej nie odwiedził. Odzwięczyła się tym samym. Do dzisiaj nie miała pojęcia, gdzie został pochowany. I nie obchodziło jej to. Zawsze wiedziała czego chce, więc po opuszczeniu domu dziecka nie rzuciła szkoły. Zatrzymała się w ośrodku pomagającym takim jak ona - niechcianym. Znalazła kiepsko płatną pracę i uczyła się. W końcu wzięła kredyt studencki... Pracę w firmie zaczęła na ostatnim roku studiów. Pożyczkę spłaciła już dawno. Zarabiała świetnie. Osiągnęła swój cel. Nie poddała się losowi i udało jej się. Na ogół było jej w życiu dobrze, ale kiedy nadchodziły święta, czuła jak czas się cofa. Znowu była w domu dziecka, całkiem bezosobowa. Zagubiona w tłumie innych. Dla nikogo szczególnie ważna. Jedyne świąteczne prezenty jakie dostawała, to te, które szef kupował wszystkim. Hurtowo. Zupełnie jak kiedyś. Wyrzucała je konsekwentnie, nawet ich nie otwierając. Jakiś czas temu kupiła sobie sukienkę. Była krwisto czerwona, ale bardzo elegancka. Zapłaciła za nią fortunę. Przyniosła do domu i powiesiła w szafie. Drzwiczki do niej zostawiła otwarte, usiadła na łóżku i patrzyła na swój zakup. Zastanawiała się kiedy ją włoży. Miała to zrobić z okazji pewnej firmowej imprezy, ale w ostatniej chwili wydało jej się nagle, że ten strój nie będzie odpowiedni. Kupiła więc inną sukienkę, prostą, czarną i bardzo w jej stylu. Poszła w niej, a "wyjątkową" (jak ją wkrótce zwykła nazywać) zostawiła na inną okazję. Okazję, która nigdy nie nadeszła.
Nienawidziła świąt. Kategorycznie i od zawsze. Aż do teraz. Aż do tego roku. Bo tym razem będzie inaczej - mówiła sobie. Piętro niżej, dokładnie pod nią, mieszkał pewien mężczyzna. Nigdy nie znała go zbyt dobrze. Ot, zwykłe "cześć, co słychać?" albo "ależ koszmarną mamy dzisiaj pogodę". Normalne sąsiedzkie uprzejmości. Nie zwracała na niego uwagi, na nikogo zresztą nie zwracała. Właściwie nie miała pojęcia dlaczego, przecież był to facet niczego sobie. Wysoki, nieźle zbudowany. Miał ciemne oczy i włosy. Ładnie się uśmiechał... miał nieco krzywy nos, ale umówmy się - nie ma ideałów. I był miły. Skoro stać go było na mieszkanie w takiej dzielnicy, musiał też nieźle zarabiać. Pewnego dnia, a właściwie wieczoru, odwiedził ją. Tak zwyczajnie. Zadzwonił do drzwi, a ona otworzyła. Przyniósł jej list, który listonosz przez pomyłkę wrzucił do jego skrzynki. List okazał się być rachunkiem, bo czymże innym mógłby się okazać? Nikt przecież do niej nie pisał prawdziwych listów. Ale nie w tym rzecz. Zaprosiła go do środka. Zupełnie spontanicznie. Ona! Wyrwało jej się to automatycznie i była tym wręcz zaszokowana. Mieszkała tu od dwóch lat, ale przez ten czas nikt jej jeszcze nie odwiedził. Zachowywała się zupełnie niepodobnie do siebie. Uśmiechnęła się, zaproponowała kawę, a nawet poczęstowała go ciastem, które kupiła dla siebie w cukierni na rogu. On wszedł, usiadł, podziękował. Rozmawiali do trzeciej w nocy! Pierwszy raz w życiu zaspała. To było niesamowite. Potem spotkali się jeszcze raz, i jeszcze. A później następny. Raz poszli nawet do kina. Wreszcie nadszedł grudzień i zaczęła dopadać ją chandra. Zbliżały się święta. Znienawidzony przez nią okres. Kiedy nowy przyjaciel zapytał ją jak planuje spędzić ten czas, powiedziała mu. Nie opowiadała, jak szefowi, żadnych historii o wyjeździe do rodziny na Śląsku. Powiedziała całą prawdę. Od początku do końca. Opowiedziała mu historię swojego życia. Milczał przez chwilę, a potem powiedział: "Wiesz, to się dobrze składa, bo chciałbym zaprosić cię do siebie. Nie miałbym serca pozbawiać rodziny twojego towarzystwa, ale skoro jej nie masz, mam czyste sumienie. Będzie z nami mój tata. Trochę choruje, ale jest raczej sympatyczny i ucieszy się, kiedy cię pozna. Bardzo się ucieszy.". Tak powiedział. Ani słowa o tym, że mu przykro z jej powodu. Ani śladu litości. Tuż przed świętami kupili razem dwie choinki. Jedną dla niej i jedną dla niego. Ubrali je własnoręcznie. Odstali swoje w kolejce po karpia, a ona nawet upiekła piernik. Koleżanka z pracy była bardzo zdziwiona, kiedy zapytała ją czy zna jakiś dobry przepis. W ostatni dzień pracy urwała się wcześniej (naprawdę to zrobiła) i w pobliskiej galerii kupiła prezenty dla swojego przyjaciela i dla jego ojca. W Wigilię niemal oczekiwała jakiejś katastrofy. Była przekonana, że wydarzy się coś, co sprawi, że wszystko będzie jak dawniej. Nic takiego się nie wydarzyło i punkt 17.00 stała przed drzwiami do mieszkania swojego przyjaciela. Przywitali się, a on zapoznał ją ze swoim ojcem. Ten wydawał się uradowany jej widokiem. Powiedział, że jest piękna. Piękna. To były cudowne święta. Piernik okazał się bardzo smaczny, a po kolacji śpiewali nawet kolędy. Oboje ze starszym panem uzanali zgodnie, że jej przyjaciel nie ma za grosz słuchu. On natomiast udawał urażonego ich docinkami. Później jednak, kiedy jego ojciec słuchał w pokoju kolęd, a oni wkładali naczynia do zmywarki, zaprosił ją na bal. Na prawdziwy bal sylwestrowy. W nocy nie mogła zasnąć. W głowie kłębiło jej się tysiące myśli. Wstała więc i wyciągnęła z szafy "wyjątkową" sukienkę. Wiedziała, że nadszedł jej czas. 
Niedawidziła świąt. Kategorycznie i od zawsze. Ale to było dawno temu...
- Kochanie, mogłabyś się pospieszyć? Nie mamy całego dnia na te zakupy. 
No tak, rozpisałam się. Święta za pasem, a ktoś przecież musi kupić dzieciom prezenty. Ania byłaby rozczarowana, gdyby nie dostała nowego domku dla lalek, a Michał pewnie rozpłakałby się myśląc, że był niegrzeczny i Mikołaj o nim zapomniał. Jak skończyła się historia? No cóż...
- Ania! Michał! Dziadek przyszedł. Zostanie z wami, kiedy my pojedziemy na zakupy.
Chyba nie dane mi będzie skończyć. Wybaczcie więc, ale was opuszczę. Muszę przywitać się z teściem.
- Cześć, tato.
- Witaj, kochana. Ach, piękna jak zawsze... 


Gabriel II
Gabriel był zmęczony. Był zmęczony oczekiwaniem. Jak długo jeszcze? Kiedy wreszcie przestanie być aniołem najniższej trzeciej kategorii? Kiedy dostanie zasłużony awans? Gabriel nie miał najmniejszych wątpliwości, że awans jest zasłużony. To, że nie uzyskał go do tej pory, to jedynie smutny dla niego oraz nieszczęśliwy dla ludzi i innych aniołów los. Tak, tak. Jemu było przykro. A cała społeczność – i ta ziemska, i ta niebiańska – pozbawiona była możliwości poznania zasług Gabriela. Zasługi te były wielkie, wręcz nieziemskie (co zresztą jest logiczne w przypadku anioła, nawet najniższej trzeciej kategorii). Jednak zawsze coś niweczyło te zasługi. Nie mogły zatem zostać docenione.
I tak oto Gabriel z zazdrością (uczuciem, które nie przystoi wszak aniołom, nawet najniższej trzeciej kategorii) myślał o swoim imienniku – archaniele Gabrielu. To samo imię, a jak inny los. Archanioł Gabriel – anioł nad aniołami, przedstawiciel niebiańskiej ekstraklasy. I on, Gabriel – anioł najniższej trzeciej kategorii. A między nimi przepaść (mierzona dwiema kategoriami aniołów, hierarchia aniołów była bowiem następująca – ekstraklasa, a następnie trzy kategorie: pierwsza, druga i trzecia).
Aby to zmienić, Gabriel musi czymś się wykazać. Ale czym? Próbował już tyle razy. Chciał pomagać ludziom. Wybierając sobie specjalizację, w której miał wspierać śmiertelników, postawił na sprawy sercowe (sam był bardzo uczuciowy i łatwo się wzruszał).
Przypomniał sobie jedną ze swoich poprzednich interwencji. Śmiertelniczka Daniela marzyła o poznaniu atrakcyjnego mężczyzny. Gabriel pomógł kobiecie takiego spotkać, stawiając na jej drodze (a dokładnie: na parkingu przed kinem, z którego Daniela wyszła po obejrzeniu kolejnej komedii romantycznej, której to tytułu Gabriel nie był w stanie powtórzyć) wyśniony ideał. Mężczyzna był taki, jak wymarzyła sobie Daniela: wysoki, śniady i przystojny. Wysoki, gdyż Daniela miała blisko 180 cm wzrostu, a uwielbiała nosić buty na wysokich obcasach. Śniady, bo sama Daniela była stałą bywalczynią solarium. Przystojny, ponieważ Daniela uważała się za atrakcyjną dziewczynę i chciała, by jej ukochany pasował do niej wizerunkowo. Niestety, Gabriel nie sprawdził innych cech owego ideału. Nie wiedział, że mężczyzna był także próżny, samolubny i – nazwijmy rzecz po imieniu – głupi. Szybko okazało się, że Daniela oraz jej przystojniak nie mają o czym rozmawiać i właściwie nic ich nie łączy. Daniela popadła w apatię i zniechęcenie.
Ale czy wspomniana sytuacja była winą Gabriela, czy Danieli? Wszak to ona nie doprecyzowała swoich marzeń. Nie zastanowiła się nad walorami intelektualnymi wymarzonego ideału, skupiając się wyłącznie na jego fizyczności. Cóż, było, jak było. Konsekwencje poniósł on – Gabriel. Daniela, pocierpi i przestanie, a jemu szansa na wymarzony awans w anielskiej hierarchii przeszła koło nosa.
Gabriel powrócił myślami do sprawy Tomasza. Ten podszedł do sprawy… hmmm… chciałoby się powiedzieć racjonalnie. Jakkolwiek dziwnie to brzmi w odniesieniu do kwestii miłosnych. Ale, ale… Tomasz, kreując ideał swojej ukochanej, pomyślał o kwestiach związanych z wykształceniem. W przypadku jego lubej miało ono być koniecznie wyższe. No i wykonywany zawód… Oczywiście popłatny. Skoro się dziewczyna uczyła, niech ma z tego jakieś korzyści. Profity udzieliłyby się również, naturalną koleją rzeczy, jemu – Tomaszowi. On nie miał szczęścia, na jego drodze „naukowej” piętrzyły się same przeszkody: nauczyciele oceniali go niesprawiedliwie (kilku nawet wręcz uwzięło się na niego), a tematy i zagadnienia na egzaminie dojrzałości… Dość powiedzieć, że nie przystawały do posiadanej przez niego wiedzy. Wiedzy jakże szerokiej i umiejętności jakże dużych. Niestety nie pokrywających się z problematyką maturalną. Zniechęcony chłopak zakończył edukację na etapie, z trudem zdanych (w trybie poprawkowym), egzaminów maturalnych.
Dzięki Gabrielowi Tomasz spotkał Natalię – chirurg. Niestety poznał ją w okolicznościach niezbyt sprzyjających rozwojowi romansu. Tomasz trafił w trybie nagłym na stół operacyjny – ostre zapalenie wyrostka robaczkowego. Natalia go operowała. Tuż przed zabiegiem zamienili kilka zdań: Natalia przedstawiła mu diagnozę i poinformowała
o konieczności zabiegu. Ból był zbyt silny i Tomasz czuł się zbyt wyczerpany, by próbować flirtować z panią doktor (pomyślał jedynie, że musi być wykształcona i zauważył, że jest całkiem atrakcyjna). Dzięki krótkiej rozmowie ze spotkanym w izbie przyjęć innym pacjentem, dowiedział się, iż Natalia ma dobrze rozwijającą się praktykę prywatną. Gdy po operacji, odurzony jeszcze środkami zastosowanymi do znieczulenia ogólnego, zobaczył Natalię, nie zwlekając przeszedł do rzeczy i zadał jej trzy nurtujące go pytania. Po pierwsze: czy jest wolna? Po drugie: ile zarabia miesięcznie? Po trzecie: czy wyjdzie za niego za mąż? Nie wiadomo dlaczego, na żadne z tych pytań nie uzyskał odpowiedzi, a opiekę nad nim Natalia przekazała koledze po fachu. I znowu: gdzież tu wina Gabriela? Zrobił co mógł,
w „nadarzających się” okolicznościach. Gabriel na stan wyrostka Tomasza wpływu nie miał. Powstał stan zapalny, konieczna była operacja. Cóż, przypadek Tomasza nie był ani pierwszy, ani ostatni. Zarówno przed nim, jak i po nim mnóstwo ludzi trafiło i trafi na chirurgię
z zapaleniem wyrostka robaczkowego. Ba, nawet, tego samego dnia co jemu, wyrostek usunięto również innemu pacjentowi (Januszowi, z którym Tomasz rozmawiał w izbie przyjęć). Gabriel, wykorzystał powstałe możliwości. To dzięki niemu, Tomaszem zajęła się Natalia, a Januszem – inny lekarz: Krzysztof. Fakt, Tomasz nie potrafił umiejętnie „rozegrać” sytuacji. Ale oczywiście, to Gabriel stracił okazję na awans. A Tomasz? Tomasz, niestety, ma jeszcze szansę spotykać wymarzoną kobietę… Dlaczego niestety? Ponieważ Gabriel dopiero wówczas, gdy umieścił Tomasza pod opieką Natalii, w pełni zdał sobie sprawę
z wyrachowania mężczyzny. Wzburzyło go to i wprawiło w niesmak. Wprawdzie był aniołem najniższej trzeciej kategorii i bardzo zależało mu na awansie, jednak nade wszystko cenił sobie uczciwość w stosunkach międzyludzkich, międzyanielskich i ludzko-anielskich.
Ale oto zbliżało się Boże Narodzenie. Czas miłości. Miłości tej zdawało się brakować w związku Julii i Romana. Kiedyś wielkie uczucie, teraz ogromna obojętność. Dawniej całonocne rozmowy, dziś zaledwie wymieniane informacje: co kupić, co załatwić… Julia podejrzewała, że nie jest już jedyną kobietą w życiu Romana. Czuła, że pojawiła się ta druga. Mało tego, ta druga stała się tą pierwszą. A ona, Julia, nie jest już nawet tą drugą. Ona nie liczy się dla Romana już wcale. Chodzi taki zamyślony i w ogóle jej nie zauważa. Roman był przekonany, że w życiu Julii pojawił się inny mężczyzna. Żona zaczęła bardziej dbać o siebie, przywiązywać większą wagę do wyglądu… Żadne z nich nie pomyślało, że zachowanie drugiej strony wynika z (nieuświadomionego może do końca) pragnienia ratowania małżeństwa. Roman w myślach szukał rozwiązania, sposobu na przełom. Julia chciała udowodnić mężowi i sobie (a może nawet – przede wszystkim sobie), iż nadal jest atrakcyjną kobietą.
Każde z nich patrząc na to drugie, w każdej chwili spodziewało się usłyszeć słowa
o rozstaniu. Każde z nich przeczuwało, że to ostatnia wspólna Wigilia. Julia zastanawiała się, czy mąż dopiero po świętach powie jej, że odchodzi do innej kobiety. Czy wytrzyma, czy wyrzuci to z siebie wcześniej? Podobne myśli nachodziły Romana. W pewnym momencie chciał nawet zapytać Julię o nowego mężczyznę w jej życiu. Szybko jednak uznał ten pomysł za głupi. Żadne nie chciało być tym porzuconym i każde postanowiło wyprzedzić zamysły drugiego. Może tak będzie lepiej? Po co się męczyć wzajemnie dłużej niż to konieczne? Trzeba przeciąć ten węzeł… i dalej cierpieć samemu… dając tej drugiej stronie szansę na szczęście. Tak myślało każde z nich. Ale żadne z nich nie podzieliło się tymi przemyśleniami z drugim.
W oczekiwaniu na święta, razem – chociaż w rzeczywistości osobno (odzywali się bowiem przy tym do siebie niewiele i zdawało się, iż ledwie się zauważają) – ubrali choinkę
i przygotowali świąteczne potrawy. Dawniej wszystko robili RAZEM – w pełnym znaczenia tego słowa. Towarzyszyło temu zawsze mnóstwo radości, śmiechu i zabawy. Tak było jeszcze rok temu. Ale nie tym razem, nie w tym roku. Kiedy wszystko zaczęło się psuć? Co stanowiło impuls? Jakie wydarzenie było przełomowe? Żadne z nich nie było w stanie wskazać dnia, kiedy codzienność przestała być niecodzienna, a rzeczywistość – nierzeczywista; dnia, gdy przestała działać magia. Wydaje się, że następowało to stopniowo, z dnia na dzień się pogłębiało. Aż osiągnęło stadium krytyczne.
Nadeszła Wigilia. Julia i Roman złożyli sobie życzenia. Wzajemnie życzyli sobie zdrowia. Co znamienne żadne z nich nie wspomniało o szczęściu i miłości. Zasiedli do stołu.
- Muszę Ci coś powiedzieć… – zaczęli równocześnie, nie wytrzymując gromadzącego się od miesięcy napięcia. Każde z nich zdesperowane, nie widząc szansy na zmiany w ich małżeństwie, podjęło bowiem nagle decyzję o odejściu i chciało powiedzieć o tym drugiemu.
W tym momencie usłyszeli cichy chrobot i delikatny pisk. Odgłosy dochodziły
z okolicy drzwi wejściowych. Oboje pobiegli w tamtym kierunku. Roman otworzył drzwi. Na wycieraczce leżała piszcząca, zwinięta kulka. Był to mały psiak. Zziębnięty i chyba przestraszony.
- Skąd on się tu wziął? – Julia i Roman jednocześnie zadali identyczne pytanie.
Julia nachyliła się , wzięła pieska na ręce i weszła z powrotem do mieszkania. Tuż za nią próg przestąpił Roman. Mężczyzna nalał psu wody do miski, a Julia wyjęła z lodówki parówkę. Kiedy zwierzę zjadło i się napiło (okazało się, że było także głodne i spragnione), Roman i Julia usiedli na podłodze koło pieska. Chcąc je oswoić i przekonać o swych dobrych intencjach, delikatnie tulili zwierzę i głaskali. Wtedy ich ręce się spotkały. Spojrzeli na siebie. Ale nie tak, jak przy wcześniejszym składaniu życzeń. Ten dotyk i spojrzenie były całkiem inne – gorące i czułe, w odróżnieniu od tamtych: obojętnych.
- Muszę Ci coś powiedzieć… – ponownie zaczęło każde z nich.
- Kocham Cię. Nie zostawiaj mnie.
- Kocham Cię. Zostań ze mną.
Głody Julii i Romana wymieszały się tak, iż trudno byłoby określić, którą
z powyższych kwestii wypowiedziało, które z nich.
- Ale o czym ty mówisz?! – to już wykrzyknęli obydwoje, równocześnie.
Gabriel bowiem, podarował im anielski prezent (w końcu Gabriel był aniołem, nieważne, której kategorii) sprawiając, że ich wzajemny dotyk i spojrzenie stały się magiczne. Ich wcześniejsze przemyślenia i wnioski wydały im się nierealne, jak sen. Resztę Julia
i Roman zawdzięczają sobie: zaczęli rozmawiać. Każde z nich pojęło, iż rozmawiać trzeba zawsze, nigdy nie wiadomo, co myśli druga osoba.
A co było dalej? Spełniły się marzenia – zwierzęce, ludzkie i anielskie. Pies
(z wiadomych przyczyn nazwany Wędrowcem) znalazł dom i państwa, którym na sercu leży jego los. Julia i Roman odnaleźli się na nowo. Zyskali też wiernego i oddanego przyjaciela: Wędrowca. Gabriel dostał zasłużony awans. Docenione zostało, że pomógł nie tylko Julii
i Romanowi, ale również zwierzęciu. W nagrodę przeskoczył jedną anielską kategorię i od razu został aniołem pierwszej kategorii. Teraz podejmuje działania, by awansować do niebiańskiej ekstraklasy.
A jak pies znalazł się pod drzwiami Julii i Romana? Tego małżeństwo nie dowiedziało się nigdy. Do dziś nie wie tego nawet Gabriel, on wykorzystał jedynie nadarzającą się okazję: widząc ludzi pochylających się nad zwierzęciem zaczarował ich dotyk i spojrzenie. I pomógł im zrozumieć… I „znalazł” dom dla Wędrowca.
W ten oto sposób wigilijny wieczór okazał się naprawdę magiczny: samotnym wędrowcem okazało się zwierzę, ludzkim głosem przemówili ludzie, a Mikołajem został anioł.


Ona.
Obudziła się w środku nocy , grudniowej nocy, przykryła kołdrą pod same uszy. Odwróciła się w stronę okna, była piękna noc gwiazdy i księżyc świeciły niczym lampki na choince. Przez myśl przebiegło jej, że do świąt Bożego Narodzenia zostało aż bądź tylko 5 dni… Na stoliku obok łóżka ręką poszukała komórki spojrzała na czas, była 2.30. Jako młoda kobieta powinna być szczęśliwa, zdrowa, niezależna, wykształcona, miała pracę lecz nie miała nikogo z kim mogłaby dzielić swoje pomysły, myśli i smutki, których ostatnio było nawet sporo. Przewracając się z boku na bok dotrwała do świtu, był piękny zimowy ranek. Słońce wschodziło delikatnie nad lasem, śnieg iskrzył się na dachu stodoły. Niby mieszkam w mieście a jakby na wsi- pomyślała.
- Już nie śpisz- usłyszała za plecami, przy łóżku stała jej młodsza siostra, odwróciła się i tylko uśmiechnęła. Z kuchni doszedł zapach kakao, smak dzieciństwa, beztroskich lat lenistwa… wstała założyła szlafrok, lubiła te dni gdy mogła leniuchować w szlafroku, piżamie i kapciach z kakao w dłoniach. Przypomniało się jej jak kiedyś lubiła święta te grudniowe, zapach pomarańczy, świerku, śnieg, ciasta, wszystkie przygotowania do świąt. Teraz życie wygląda inaczej ludzie pędzą gonią za nieosiągalnymi marzeniami, pieniędzmi i wszystkimi materialnymi potrzebami.
- Już 11 więc coś trzeba zrobić- zwróciła jej uwagę siostra.
- No dobra – odpowiedziała, odstawiła kubek, poszła do łazienki się ubrać. Później nałożyła płaszcz, czapkę i rękawiczki, wyszła na spacer, idąc ulicami miasta doszła nad jezioro w środku pięknego słonecznego zimowego dnia, w środku tygodnia nie powinno być tam nikogo. Na ławce przy brzegu siedziała chłopak. Usiadła kilka metrów od niego na następnej ławce, ukradkiem spoglądała z ciekawości kim on był. Miał może 30 lat, ciemne włosy, poważny wyraz twarzy. W myślach się do niego uśmiechnęła.
- Może jak ja nie mógł ten nocy spać- pomyślał, oparła się i wyciągnęła nogi. Cisza, spokój, tego latem tutaj nie zastaniesz. Gdy wróciła na ziemię ze swoich marzeń, chłopaka już na ławce nie było.
- Co za szkoda- powiedziała na głos i się uśmiechnęła do siebie. Za swoimi plecami usłyszała:- a czego?- podskoczyła z wrażenia.
- Tak tylko głośno myślę- odpowiedziała -za jej plecami stał chłopak, usiadł obok,
- Jestem Arek- wyciągnął rękę,
- A ja Nina- odpowiedziała, podając mu dłoń
Siedzieli przez chwilę w ciszy ona zapatrzona w zamarzniętą taflę jeziora a on nie wiedziała gdzie, bała się spojrzeć na niego.
-To czego ci szkoda Nino?
Przez chwilę nie wiedziała co mu odpowiedzieć, jeśli się przyzna do tego co pomyślała to pewnie ja wyśmieje, a jak skłamie to będzie jej wstyd przed samą sobą. Jak nie lubię na szybko wymyślać jakiś odpowiedzi…
- Hm szkoda mi tych lat co tak szybko uciekają, tych pięknych świąt, które zeszły na ścieżkę materialną. Ludzie bardziej chcą pokazać na co ich stać niż to, że mają rodzinę której nie potrzeba bardziej rzeczy tylko wspólnych chwil - uff udało się pomyślała….
-może masz rację, lubisz widać stare święta te co były kiedyś gdy tak wiele trzeba było stać w kolejce pod sklepem a w sklepie był ocet i musztarda – szczerze się uśmiechnął.
Zapadła cisza między nimi tego pięknego zimowego dnia. Dnia który odmieni życie jej i jego… siedzieli tak w ciszy aż głupio się jej zrobiło, że nie mogła znaleźć punktu zaczepienia żeby wymyślić o czym z nim rozmawiać. W końcu zapytała czy kupił już choinkę i wewnętrznie stukała się palcem w głowę „ty głupia o co go pytasz”?
- Wiesz, że nie nawet nie pomyślałem jeszcze o tym, zresztą wróciłem do kraju dwa dni temu i napajam się urokiem mojego rodzinnego miasta. Lubiłem tu wracać mimo, że mieszkałem w pięknym kraju jakim jest Holandia- uśmiechnął się – nie myśl o mnie jako o tym który lubiła Holandię jako kraj używek. Podobało mi się życie tam, było prawie jak tu też dużo rowerów i wody ale to nie to samo co moja mieścina.
Patrzyła na niego jak na kogoś dziwnego, po co jej to opowiada? Przecież jej nie zna, nic o niej nie wie ani ona o nim. Jak można tak rozmawiać z obcym człowiekiem o sobie. Ona zawsze z dystansowana do obcych nigdy nie mówiła za dużo o sobie, bo po co mają wiedzieć za dużo albo jeszcze się z niej śmiać może, bo nigdy niewiadomo co komu do głowy przyjdzie. Pamiętała jak w szkole podstawowej wyśmiewał się z niej kolega z klasy, że ma usta zbyt wypukłe. Jak ona tego wspomnienia nie lubiła.
-O czym znów myślisz?
Przebiegła jej myśl o kurcze znów nie wiem co odpowiedzieć, myśl, myśl szybko…
- Wspominam lata szkoły, te lepsze i gorsze. Musze jeszcze dziś zrobić kilka rzeczy, będę uciekała. Pośpiesznie wstała z ławki i pragnęła zniknąć jak kiedyś jako małe dziecko. Złapał ja za rękę
-Poczekaj- szepnął, patrzył na nią swoimi pięknymi brązowymi oczami, w których widziała prośbę aby nie odchodziła, nie znikała tak szybko. Czuła się jak krew w jej żyłach przyspiesza, a jak mi coś zrobi, rozejrzała się dookoła nikogo nie było.
- Nie bój się nic ci nie zrobię, chce tylko z kimś się poznać tyle lat mnie nie było tu, nie mam zbyt wielu znajomych, nie chciałem cię przestraszyć. Może umówimy się na kawę albo herbatę, sok co będziesz chciała tylko proszę daj mi szanse.
- Dobrze ale naprawdę nie dziś, mogę dać ci numer komórki, tylko mnie nie prześladuj- uśmiechnęła się tym razem ona do niego.
Puścił jej dłoń, poczuła ulgę znów czuła się pewniejsza siebie, zawsze mogę uciekać. Nie bój się mnie naprawdę nic ci nie zrobię nie mam takich zwyczajów.
-Mogę cię kawałek odprowadzić- znów się do niej uśmiechnął w taki dziwny sposób, niby zaczepiał ją, jakby przyjaciel z lat dzieciństwa. Do bramy było 100 metrów, 100 metrów ciszy pomyślała ale się zdziwiła, mówił o sobie, że za czasów dzieciństwa bawił się w parku, jeździł po nim rowerem, było spokojnie i bezpiecznie, bawił się na placu zabaw przy przedszkolu. Minęli bramę, chciała się pożegnać, lecz w jego spojrzeniu wyczytała, pytanie czy może ją odprowadzić jeszcze? Szli ulicami miasta, spacerkiem, nie odzywając się do siebie czasem ukradkiem patrzyła na niego. Miasto było pięknie przystrojone na te święta przy lampach wisiały świeczki z żarówek, pomiędzy domami wisiały girlandy z napisem wesołych świąt. Na rynku wybrukowanym po kilku latach brzydkich płyt, teraz wyglądał pięknie, pośrodku stała piękna, wysoka choinka, świerk przystrojony, kokardkami, zrobionymi przez dzieci ozdobami i ogromną ilością lampek. Gdy do niego doszli zapytał od ilu lat stawiają taką choinkę?
- Od chyba 10 lat na pewno wcześniej nie pamiętam, aby była co roku- odpowiedziała.
-Rany jak ja dawno tu nie byłem, spędzałem każde święta gdzieś daleko od rodzinnych stron w Alpach z przyjaciółmi ale przestało mi odpowiadać, chciałbym mieć już swoją choinkę i rodzinę. A ty masz swoją rodzinę Nino?
- Tak mamę i siostrę , i żadnych konkretnych celów na najbliższe lata.
- To kiedy spotkamy się znów?
- Może w tym roku- odpowiedziała z przekąsem.
- Ależ ty jesteś dowcipna.
Pozwolił jej spokojnie odejść, idąc do domu, oglądała wystawy, były piękne, takie świąteczne, ciepłe. Myślała o tym chłopaku, że przywołała go chyba nad tym jeziorem myślami. Nie mogła sobie przypomnieć jak miał na imię? Kurcze szybko, chyba Arek. Cóż pewna nie mogę być .
W tym momencie poczuła wibracje komórki w kieszeni płaszcza, nieznany numer, pewnie znów ktoś jej robi głupie żarty. Otworzyła tego sms’a : „Miło było Cię poznać. Arek. P.S. Proszę spotkaj się ze mną jeszcze .” Może kiedyś się spotkamy. Teraz mam inne zajęcia. Znów szła tą samą ulicą co dwie godziny wcześniej nic się tu nie zmieniło przez ten czas. Znów poczuła tą samą wibrację , tylko tym razem sms był od siostry : „ jedziemy po choinkę?” . Odpisała „no”. Reszta dnia pachniała jej choinką, tak bardzo lubiła ten zapach, i zapach pierników… Wieczorem odszukała komórkę miała kilka nieprzeczytanych smsów… od niego. Czego on chce ode mnie przecież w ogóle się nie znamy. Wchodząc do łazienki popatrzyła na szlafrok ciepły, puchaty, duży szlafrok powiernik jej łez, pragnień, marzeń, jej złych i dobrych dni z ostatnich lat tak to w życiu było, że się nic nie układało po jej myśli. Nie zwracali uwagi na nią mężczyźni, chłopacy już w ogóle, ciągle prześladowało ja wspomnienie z podstawówki, że jest brzydka.... Otworzyła pierwszego sms’a „ Jesteś świetną dziewczyną ”, „ Spotkajmy się , proszę” , „Daj mi szanse cię zauroczyć”, co za snob- przebiegła jej chytra jak lis i przebiegła myśl. Usiadła na wannie i otworzyła ciepłą wodę, zaczęła zapełniać wannę dolała płynu do kąpieli i wraz z wodą przybywało piany, pachnącej zielonym jabłuszkiem. Ściągnęła z siebie kilka warstw ciuchów w końcu to zima a jej ciągle było zimno. Zanurzyła się jak potrafiła po same uszy, w gorącej wodzie. Poczuła się znów jak dziecko, które pragnie przytulania, aby czuć się bezpieczne i kochane , w końcu każdy ma coś z dziecka w sobie… A w święta to dziecko znów się w nas odzywa. Po godzinie wylegiwania się postanowiła wyjść, otuliła swoje filigramowe ciało w ciepły puchaty ręcznik, wytarła się, ubrała ulubioną piżamę z żyrafą i ten szlafrok, który tak uwielbiała, w swoim pokoju wcisnęła się pod kołdrę, i znów było jej przyjemnie. Przypomniało jej się spotkanie z rana i co mu odpisać? Sięgnęła po telefon, wystukała szybko „ Dobrze spotkajmy się za dwa dni o 17, w restauracji tego nowego hotelu. Będę czekała w holu. Miłego wieczoru Nina.” Odpowiedz była natychmiastowa „ Będę na pewno!”. W myślach my czyta czy jak? Dwa dni minęły szybciej niż myślała, dopadało śniegu, zrobiło się pięknie ale i zimno… O 16 dostała sms’a „ Mam nadzieję, że się nie rozmyśliłaś?” odpowiedziała „ Chyba nie.” Popatrzyła na siebie w lustrze, aż się skrzywiła, pewnie ze mnie drwi. Włożyła płaszcz, szalik, kozaki rękawiczki i ruszyła nieświadoma na podbój swojego życia. Gdy doszła do hotelu zauważyła, że stoi ubrany w białą koszulę i czarne spodnie wyglądał bardzo elegancko. Podeszła zdecydowanym krokiem do drzwi rozsunęły się przed nią , w tym momencie on się odwrócił w dłoniach trzymał ogromny bukiet czerwonych róż. Pomyślała, że dni w tygodniu pomyliła, ale na kalendarzu w recepcji był czwartek, zegar wskazywał 17. Może to mi się śni pomyślała… dobiegły ją słowa
– To dla ciebie Nino.
- Dla mnie, z jakiej okazji? Dziękuję!- zaczerwieniła się.
- Dla ciebie, nie masz za co dziękować, to takie moje podziękowanie za tamto spotkanie nad jeziorem. Mam nadzieję, że nigdy mnie nie opuścisz, że nie obawiasz się mnie już, naprawdę uważam cie za wspaniałą dziewczynę, taką która poznaje się raz na całe życie. Nigdy do niczego się nie spieszyłem ale teraz te dwa dni myślałem o tobie o tym, że pojawiłaś się tak nagle jak cud w święta. Sprawiłaś w moim życiu cud , znów świeci dla mnie słońce.
Stała i patrzyła na niego w głowie miała pustkę, serce waliło jej jak oszalałe, krew płynęła szybko, aż się jej zrobiło ciepło. Patrzyła na kwiaty na niego, znów na kwiaty na niego. Chętnie by uciekła stamtąd, ale miała 25 lat a to było by nie rozważne.
- Nino pewnie uznasz mnie za szaleńca, wariata kogo tylko chcesz tylko proszę daj mi szanse, żebym mógł ci pokazać jak bardzo mnie zauroczyłaś, jaką jesteś wspaniałą, piękną kobietą, ogromnym darem od losu dla mnie. Zostań ze mną, gdybym miał więcej odwagi to dziś bym ci się oświadczył.
Dotarło do niej jedno ostatnie zdanie o tym, że się chce jej oświadczyć
- Jesteś niepoważny, wcale się nie znamy.
- To nic nie szkodzi, będziemy mieli całe życie, aby się poznać, tylko daj nam szansę.
Uśmiechnęła się. Podszedł przytulił ją najmocniej jak potrafił, odwzajemniła jego uścisk. Pomyślała magia świąt, jednak działa.



Świąteczny cud zaliczeniowy.
Wedy On powiedział „ Ludzie obchodzą rocznicę narodzin syna mego. Zejdź więc na ziemię i daj im radość. W ręce twe oddaje tegoroczny świąteczny cud w kraju zwanym Polska. Niech będzie to sprawdzian twój, a gdy wrócisz imię dostaniesz i dołączysz do zastępów mych”. To rzekłszy pobłogosławił sługę swego i zesłał go na ziemię, a dwudziesty trzeci dzień grudnia to był. Zszedł, więc Anioł między ludzi, przepełniony chęcią pomocy i cichą nadzieją na szybki awans.
*
-Ty cholerny patafianie! To nie autostrada- krzyknął Anioł za odjeżdżającą ciężarówką.
Właśnie przeżył najgorsze doświadczenie w swoim życiu. Dokładnie przed sekundą zstąpił z nieba, a ta przeklęta machina wjechała w niego. Nie żeby doznał specjalnej szkody. Ciało miał tylko prowizoryczne. Niby działało, ale wciąż przenikało przez wszystko na swojej drodze. Za to smak spalin w ustach… No cóż, mając na trzy dni ciało, planował spróbować innych smaków niż wydaliny z rury wydechowej.
-Cześć- zapiszczał delikatny głosik, gdzieś w okolicach podłogi.
Anioł schylił się i zaczął uważnie przypatrywać przestrzeń w okolicach dołu swojej tuniki.
Już wcześniej zdarzało się, że ważne sprawy ginęły gdzieś w gęstych połach szaty, dlatego postanowił nie ignorować niewidzialnego właściciela głosiku (Gwoli jasności, dla Anioła tunika to nie jedynie ubranie. Tunika to najważniejszy skarbiec, gdzie wśród zawijasów materiału można znaleźć najcenniejsze rzeczy właściciela. W niebie nie było pokojów, za to istnieli wścibscy pobratymcy i chciał nie chciał, radzić sobie było trzeba).
-Cześć- powtórzył głosik- Czego szukasz?
Anioł uniósł nieco głowę i przestał przeszukiwać pozaszywane skrytki. Przez chwilę pomyślał, że musi strasznie głupio wyglądać. W końcu, kto normalny na dźwięk powitania nurkuje w swojej szacie i zawzięcie czegoś szuka? Gdyby był zwykłym człowiekiem to, co mógłby tam mieć?
-Dziwny jesteś- pisnął głosik.
Anioł zmusił się, by skupić wzrok na istotce wypowiadającej te słowa. Wielkie błękitne oczy wlepiały się w niego wyczekująco. Jasna, pyzata buzieczka otoczona była falami niemal czarnych kosmyków. Dziewczynka wydęła usteczka i zmarszczyła nosek.
-Mama cię zgubiła?- zapytała wolno, jakby jej rozmówca był niedorozwinięty.
-Mama?- zdziwił się Anioł- Zgubiła mnie?
-O rany. Dziwny jesteś. Pokaż rączki- zarządziła dziewczynka i nie czekając na jego reakcję uważnie obejrzała oba nadgarstki.
Patrzył na nią oniemiały. Była szczuplutka i niezbyt wysoka, co śmiesznie kolidowało z okrąglutką buźką.
Westchnęła ciężko i przysiadła na murku, co wcale nie było łatwe - najpierw musiała się na niego wdrapać - ale gdy tylko tego dokonała, popatrzyła na Anioła z troską zmieszaną z dezaprobatą i znów zmarszczyła nosek. Jej krótkie nóżki obute w butelkowo-zielone lakierki zabawnie dyndały nad ziemią.
- Twoja mama to pierdoła. Nie masz adresiaka na blaszce, ale nie musisz płakać- oznajmiła pokazując swój nadgarstek z metalową blaszką i wyrytymi na niej ozdobnymi literkami- Twoja mama się znajdzie. Pomogę ci.
-Dziękuję- Anioł uśmiechnął się.
Wreszcie dotarło do niego, co tak naprawdę się dzieje. Wcześniej oszołomiony dziwnym „niepotrąceniem” nie do końca przyswajał rzeczywistość. Spotkał ludzką dziewczynkę, ot cała filozofia. Tylko, dlaczego ta dziewczynka go widzi? Nie powinna. Mizareal mówił na szkoleniu, że nikt go nie zobaczy. No, ale była dzieckiem. Dzieci widzą więcej. Rochel opowiadał kiedyś, że jakiś smarkacz zauważył go i wyrwał mu kilka piór ze skrzydła. Spojrzał na dziewczynkę. Nie wyglądała na łobuza. Przyjrzał jej się jeszcze raz badawczo, ale nie zwracała uwagi na skrzydła. Uspokojony postanowił dowiedzieć się o niej czegoś więcej.
-Ile masz lat?
-Pięć - ucieszyła się pokazując rączkę z krótkimi paluszkami- A ty?
-Serio pytasz?
- No
- Hm, nie wiem- Anioł zamrugał zdezorientowany- Myślę, że kilka miliardów.
- Straszny ściemniacz z ciebie, ale lubię cię. Ładny jesteś.
Wydęte do tej pory usteczka, ułożyły się w słodki uśmiech, odsłaniając białe ząbeczki, nieco przerzedzone w kilku miejscach. W policzkach pojawiły się małe dołeczki.
- To jak masz na imię?
- Anioł.
- Ładnie. Taki czarny pan w kościółku krzyczał, że Anioły są dobre. Pewnie dlatego taki ładny jesteś- poprawiła grzywkę uparcie opadającą na czoło- Ja jestem Roksana
Anioł uśmiechnął się, ale kąciki jego ust powoli opadły, gdy zdał sobie sprawę z jednej niejasności. Mimo, że ciało miał prowizoryczne, poczuł śnieg wolno przelatujący przez niego. Rozejrzał się ostrożnie. Fakt, śnieg. Ale nie zaczął padać teraz. Ulice i chodniki mieniły się iskierkami światła, odbijanego od zmrożonych kruszynek. Drzewa uginały gałęzie pod ciężkimi, białymi czapami. Ptaszki na gałęziach stroszyły piórka, a ludzie… Tak ludzie… Przecież mijali ich, idąc zaśnieżonym chodnikiem. Mieli na sobie grube kurtki, czapki i rękawice. Czerwone nosy wyglądały znad szalików. Anioł nie czuł chłodu, ale słyszał kiedyś, że „mróz szczypie w uszy”. Szczypania też nigdy nie czuł, ale domyślał się, że nie było to przyjemne uczucie. Skoro był śnieg, to mróz też gdzieś tu musiał być. Zerknął jeszcze raz na swoją towarzyszkę i przysiadł skonsternowany. Dzieci są delikatne - to też wiedział ze szkolenia - więc dlaczego mała Roksanka siedziała na grubej warstwie śniegu, na zimnym betonie, machając wesoło nóżkami? Powinna się trząść z zimna. W sumie nie tylko dlatego. Miała na sobie czerwoną, sztruksową spódniczkę nie sięgającą kolanek, kremowe rajstopki w jodełkę i sweterek takiego samego koloru. No i lakierki. Zieloniutkie jak choinka i takie nie odpowiednie na czający się gdzieś w śniegu mróz.
- Anioł - zagadnęła znowu –Co ty tu robisz?
-Wiesz dziecinko- patrzył na nią zbolałym wzrokiem- Pan przysłał mnie tu, żebym sprawił jeden cud. Jeden dla was. Taka tradycja - dodał, nie do końca pewny, czy mała wie, czym jest tradycja.
-Ten czarny w kościółku mówił nam o Panu i o cudu!- ucieszyła się- Ty jesteś trochę jak dżin z bajki o Alladynie! Ty spełnisz życzenie tak?
- Tak, ale tylko jedno- Anioł wiedział już czemu mała siedzi spokojnie na zimnie, bez kurtki i szalika. Jego serce powoli pękało ze smutku, gdy patrzył w wesołe oczy i dołeczki w pyzatych policzkach. Tylko jeden cud. Tylko jeden, pomyślał ze smutkiem. Wiedział już co powinien zrobić z tą szansą, jak wykorzystać tegoroczny cud. Problem w tym, że nie tego od niego oczekiwano. W zasadzie miał w zamyśle coś dużego. Wizerunek Pana na nocnym niebie, albo coś… A za to, co powinien zrobić, nie dostanie awansu. Ani imienia. Ani miejsca w Chórze.
-Co taki smutny jesteś Anioł? Ja wiem! Pewnie pomysła na tego cuda nie masz! – pokiwała główką ze zrozumieniem- Ja wiem Anioł, ja wiem. Nam jak pani w przedszkolu kazała narysować obrazek, to Kasia też nie miała pomysła. Mama mówi, że trzeba być kreowanym. Wiesz Anioł, że pomysłów trzeba mieć dużo, na wszystko. Ja jestem kreowana- Pochwaliła się.
- Choć Anioł, pokażę ci pomysł na cuda- westchnęła widząc jego wciąż smutną minę.
Ze stęknięciem zeskoczyła z murku i odgarnęła niesforną grzywkę z czoła. Złapała zimną rączką, ciepłą dłoń Anioła i pociągnęła go w kierunku ulicy pełnej domków jednorodzinnych.
-Zobacz Anioł- zaszczebiotała zatrzymując się przy pierwszym.
Przez duże okno jak na dłoni widać było salon. Mała, sztuczna choinka stała w rogu, migając leniwie lampkami. Chłopiec, na oko dziesięcioletni, siedział z padem w dłoni. Na ekranie telewizora przesuwały się obrazy brutalnej gry. Z głębi domu doszły ich krzyki. Chłopiec odwrócił się nieśmiało w tamtym kierunku. Wstał powoli, ale szybko usiadł i wrócił do gry. Krzyki nie ucichły, ale on nie drgnął ocierając jedynie łzy z policzków.
-Widzisz Anioł – szepnęła Roksana- To Alek. Moja mamunia mówi, że męż cioci Kryni to straszny d-u-p-e-k. Ale pamiętaj Anioł! Tak mówić nie wolno! Wujek Józuś już nie kocha cioci Kryni, tak mówi mamunia i oni wezmą tego, rozwoda. I Alek płacze. Weź zabierz im tego rozwoda. Niech nie mogą go wziąć i wtedy Aluś już nie będzie płakał.
Anioł stał oniemiały.
-Anioł, nie stój. Ja pokażę ci gdzie jeszcze tego cuda możesz wyprawić. Mamunia mówi, że trzeba dać każdemu wybór.
-A może ty byś chciała coś dla siebie co? Zabawkę jakąś? Pieska? Konika?
-Anioł! Głupoty się pytasz- postukała się krótkim paluszkiem po czole - Od zabawek jest Mikołaj, a my tu szukamy pomysła na cuda!
Podreptała dalej śpiewając pod nosem jakąś skoczną piosenkę, ciągnąc za sobą chichoczącego Anioła.
-A tu Anioł masz…- postać dziewczynki mignęła.
Pomachała główką i ziewnęła. Anioł zauważył, że nie jest już tak wyraźna jak przed chwilą. Zaczęły przelatywać przez nią płatki śniegu, ale zdawała się tego nie zauważać, tłumacząc gorliwie.
-… i pani Luńcia, to ona tak kocha swojego męża. Oni by nie chcieli brać tego rozwoda, wiesz? Ona mówi, że dobrze się czuje, ale czasem jak jest u mamuni to płacze. Nie chce żeby pani Luńcia płakała. Ona jest dobra. Niech męż pani Luńci już wróci z tej wycieczki, dobrze? On pojechał bardzo daleko, ale jak mu powiesz, że pani Luńcia płacze to na pewno wróci!
Roksanka znów mignęła.
-Anioł, ja ci jeszcze pokaże… Tylko śpiąca jestem.
-Wiem dziecinko- wyszeptał głaskając ją po główce.
-Anioł, ja ci pokażę… Tylko ty zaczekaj, aż ja wstanę dobrze?
-Oczywiście cukiereczku. Chodźmy do twojego domku. Ułożę cię do spania.
Mała przytaknęła i nie puszczając ręki Anioła, skierowała się w kierunku swojego domu. Zanim doszli zapadł już wieczór. Lampy przy ulicy zapaliły się, oświetlając okolicę miodowym blaskiem. Śnieg wyglądał jak złoto, skrząc się i mieniąc.
Dom dziewczynki znajdował się na końcu ulicy, był biały i nie duży. Na drzwiach wisiał stroik z lampeczkami. W ogrodzie wszystkie choinki poobwieszane były ozdobami.
Przeniknęli przez ścianę. Roksana skierowała się prosto na górę, do swojego pokoju. Zanim jednak weszli na po schodach Anioł kątem oka zobaczył salon, z wielką, żywą choinką i przystrojonym kominkiem. Z drugiej strony korytarzyka zauważył uchylone drzwi od kuchni. Przy stole zgarbiony mężczyzna tulił swą drobną, ciemnowłosą żonę. Po jej pyzatych policzkach gęsto płynęły łzy. Naprzeciwko nich, przy oknie stał jeszcze jeden, w odświętnym garniturze i z poważną miną.
-Przykro mi kochani. Nic już nie mogę zrobić. Oczywiście sekcja zwłok wykaże…
Kobieta zaniosła się szlochem zagłuszając dalsze słowa lekarza.
Roksana wdrapała się na łóżko przykryte pościelą w kolorowe misie. Zrzuciła lakierki i wsunęła się po kołdrę.
-Anioł…
-Mhm?
-Mamunia chyba płakała, wiesz? Jak będziesz wyprawiał tego cuda… To weź do wyboru też, żeby mamunia nie płakała, obiecujesz?
-Obiecuję.
Zamknęła powieki i zastygła w bezruchu. Anioł patrzył na małe ciałko. Klatka piersiowa nie poruszała się. To był ten moment. Musiał wybrać. Awans, czy życie przypadkowej dziewczynki.
*
Znów to samo- sapnął Mizrael z Chóru VIII- Wiesz młody, nie bierz tego osobiście. Nie żebym się czepiał, ale z takim podejściem to my nigdy za wiele nie zwojujemy.
Anioł milczał wpatrując się z pełną determinacją w swoje jasne dłonie.
-Słuchaj, limit roczny cudów mamy ograniczony. Najwięcej Pan zostawił dla was, żółtodziobów. Nie żebym się czepiał młody- westchnął.
- Nie żebym podważał wolę Pana!- dodał pośpiesznie, wykonując niedbale znak krzyża.- Musimy chyba zmienić formę szkolenia. Powtarzamy wam w kółko, macie jeden cud na wejście. Żeby się wykazać, zapulsować. No dużych możliwości to wy nie macie… fakt
Ciche chrząknięcie przerwało monolog Mizraela.
- Och- jęknął.
Szybko zgarnął niewidoczne pyłki z ramienia Anioła i czmychnął kiwając Jemu głową.
Anioł nastroszył się. Zasadniczo uważał, że zawalił, ale nie żałował tego jak wykorzystał cud. Możliwości może nie miał zbyt wielkich, niby mógł, zrobić coś bardziej wzniosłego, o czym dowie się więcej ludzi. Ale jak wstąpić potem do Chóru. Kim by był? Nie umiałby spojrzeć w oczy sobie, co dopiero innym. Taka mała… Taka bezbronna… A kij to! Najwyżej powtórzy rok. Tak. Właśnie! Jemu rok nie zrobi różnicy, a mała miała przed sobą wspaniałe życie. Za to, za rok zrobi coś, po czym cały naród będzie chwalił imię Pana.
-Małymi kroczkami. Małymi –zaśmiał się Pan słysząc te niewypowiedziane wątpliwości. Pogładził Anioła z czułością po prawie czarnych kędziorkach – Dobrze się spisałeś Sealiah`u z Szóstego Chóru Aniołów.
*
Jan wszedł cicho do pokoju. Zupełni jakby bojąc się żeby nie obudzić małej. Tak bardzo chciałby żeby się obudziła. Zaczęła płakać. On utuliłby ją i pogładził po włoskach, ucałował i znów ułożył do snu obiecując, że Mikołaj przyjdzie z prezentami tylko wtedy, gdy będzie spać.
-Tatuniu?- szepnęła cichutko Roksana.
-Roksana? Rumianeczku! Gosia! Gosia! To cud!- krzyczał Jan ściskając córkę i potrząsając nią jakby chciał sprawdzić, czy na pewno nie śni.
Gosia wbiegła po schodach i stanęła w drzwiach oniemiała. Wielkie, zdezorientowane oczy Roksany wpatrywały się w nią. Rzuciła się na łóżko obejmując męża i córkę. Oboje z Janem szlochali, ale co tam. Roksana oddychała, ten lekarz! Och jak mógł się tak pomylić. Napędził im tyle strachu, tymczasem mała widocznie spała. Mocno. Bardzo mocno. Cud!
-Ach ten Anioł- stęknęła mała uwalniając się z uścisków rodziców- Straszny partacz! Obiecał, że mamunia nie będzie płakać. A tu płacze też tatunio. Mówiłam, że ściemniacz z niego.
Sealiah siedzący w koncie pokoju zachichotał cicho i otarł łzę wierzchem dłoni.

Pierwsze takie święta


Justyna zaprosiła mnie do siebie dzień przed Wigilią. Byłam zaskoczona, ponieważ do tej pory, a znamy się osiem lat, spotykałyśmy się w kawiarni. Posadziła mnie w salonie i poszła do kuchni zaparzyć kawę. Rozejrzałam się po ciepłym, gustownie urządzonym wnętrzu. W rogu pokoju stała, dwumetrowa, rozłożysta choinka. Uśmiechnięte dzieci Justyny wieszały na jej gałęziach własnoręcznie zrobione zabawki: kulki z orzechów włoskich pomalowanych na złoty kolor, wycięte z tektury i posypane brokatem gwiazdki, papierowy łańcuch, a do tego lukrowane pierniczki i cukierki owinięte w różnokolorową, błyszczącą folię. Z radiowego głośnika sączyły się nastrojowe dźwięki White Christmas. Kiedy zaczęłam nucić razem z wokalistą, pojawiła się Justyna niosąca na tacy dwie filiżanki z aromatycznym napojem i usiadła naprzeciwko mnie. Przez dłuższą chwilę obracała w palcach łyżeczkę, a potem oparła ją o spodeczek i spojrzała mi prosto w oczy.
- Zrobiłam to – oświadczyła, a w jej głosie pojawiła się twarda nuta.
Spojrzałam na nią z ciekawością.
- Co zrobiłaś?
- Wezwałam policję. W Święto Zmarłych, pierwszego listopada.
Zakrztusiłam się kawą.
- I dopiero teraz mi mówisz? Prawie dwa miesiące później?
- Bo jeszcze sama nie mogę w to uwierzyć – odpowiedziała Justyna ze zdumieniem w głosie.
- Nareszcie. - Odetchnęłam głęboko. - Opowiesz mi?
- Tak, tylko muszę zebrać myśli… Napięcie narastało od połowy października. Znów, jak co roku pokłóciliśmy się o to, u których rodziców spędzimy Wigilię. Właściwie to nie była kłótnia, bo wiesz, że ja się nie kłócę… On po prostu jak zwykle zdecydował jednoosobowo, że spędzimy ten wieczór z jego rodziną. Jak co roku, od dziesięciu lat. Nie pytał o moje zdanie tak, jak nie pyta, gdzie i kiedy chciałabym pojechać na urlop, dokąd wyślemy nasze dzieci w czasie ferii lub wakacji, czy chciałabym pójść na imieniny do Iksińskich... Ma w nosie moje uczucia, podobnie jak ignoruje to, że wieczorem mam ochotę poczytać książkę. Wychodząc z salonu gasi wszystkie światła i zarządza, że pora spać… Tak samo, jak decyduje o długości mojego snu, trzymając mnie do trzeciej rano przy zapalonym świetle i wygłaszając przemowę na temat tego, jaka jestem głupia, bezwartościowa i na niczym się nie znam. I jakie mam cholerne szczęście, że trafiłam na niego, bo inaczej zginęłabym w tym świecie pełnym zastawionych na mnie pułapek. Tak samo, jak nie obchodzi go moje zdanie w kwestii świąt, tak samo nie dba o to, że muszę wstać o szóstej rano i będę nieprzytomna przez cały dzień. On chodzi do pracy kiedy chce. Ludzie za niego robią. Może się wyspać… Nie interesuje go również to, co zrobię z ubraniami, które wyrzuca mi z szafy po każdej kłótni, a ja wtedy nie wiem, co zrobić. Czy lepiej będzie zostawić je na podłodze, czy może sprzątnąć? Co go mniej rozwścieczy? Nie rozumie związku między szarpaniem i rzucaniem we mnie przedmiotami a moją niechęcią w łóżku. Nazwa mnie wtedy oziębłą krową… – Justyna przerwała na chwilę i spojrzała niewidzącym wzrokiem gdzieś ponad moją głową. – Pierwszy raz postawiłam się pod koniec października. Powiedziałam, że w tym roku zostaję na święta w domu z dziećmi i nic poza tym mnie nie obchodzi. Zrobił straszną awanturę, szarpał mnie, a potem trzasnął drzwiami i zniknął na cały weekend. Pojechał do swoich rodziców. Pierwszy raz od lat miałam spokojną sobotę i niedzielę. Czytałam, bawiłam się z synami, poszliśmy na długi spacer. Kiedy wrócił, czułam jego irytację na każdym kroku. Wybuchał o byle co, czepiał się dzieci. Pierwszego listopada, gdy wróciliśmy z grobów, wściekł się na starszego syna, który unika go jak ognia. Znów chodziło o zbyt małe – jego zdaniem – osiągnięcia sportowe. On ma jakąś obsesję na punkcie sportu. Nie pozwala dzieciakowi po prostu cieszyć się aktywnością fizyczną. Mają być medale i bicie rekordów! Nazywa go minimalistą. Tak było i tym razem. Stanęłam po stronie syna, a on wtedy zaczął krzyczeć. Zarzucał mi, że bronię „tej ofermy życiowej”, że przeze mnie syn jest „nieudacznikiem”. To jego słowa. Potem zaczął mnie szarpać i uderzać pięścią w ramię... – Justyna umilkła na chwilę. Przez moje ciało przeszedł dreszcz, a dłonie mimowolnie zacisnęły się w pięści.
- Wtedy wezwałaś policję? – zapytałam ostrożnie.
- Jeszcze nie. Bałam się, że wyrwie mi telefon z ręki. Zaczęłam łagodzić sytuację. Powiedziałam, że porozmawiamy później, bo muszę wyjść na chwilę do sklepu, ponieważ zabraknie chleba na kolację. Uwierzył. Nie skojarzył, że w Święto Zmarłych sklepy są zamknięte. Ubrałam się, wzięłam torebkę, do której schowałam komórkę i zeszłam na parter. Stojąc przed klatką schodową, zadzwoniłam na policję. Wreszcie zrozumiałam po dziesięciu latach, że jeśli sama sobie nie pomogę, nikt mi nie pomoże, że to wszystko samo się nie skończy. Przypomniały mi się twoje słowa… Kiedyś zapytałaś mnie, dlaczego robię to swoim dzieciom. Poczułam się wtedy dotknięta… Powiedziałaś mi, że matka ma obowiązek chronić swoje dzieci i że ty do dziś nie możesz wybaczyć matce, że nie odeszła od męża alkoholika i awanturnika. Dotarło do mnie, że on czuje się całkowicie bezkarny. Nie wierzy mi, że mogę coś zrobić, ponieważ za moimi słowami nie idzie zmiana zachowania. Dotarło do mnie to, co mówiłaś mi wiele razy. Policja przyjechała po dziesięciu minutach. Czekałam na nich na dole. Poszli ze mną do mieszkania a on osłupiał na ich widok. Nawet nie próbował się stawiać. Odbyli z nim rozmowę ostrzegawczą i założyli niebieską kartę. Niedawno odwiedził nas dzielnicowy, a ja rozmyślam nad podjęciem kolejnego kroku. Wiem, że teraz już nie mogę się cofnąć. Rozmawiałam z prawnikiem i chcę złożyć pozew o rozwód. Ale najpiękniejsze jest to, że on wyjechał na całe święta. Ma wrócić po Nowym Roku. Jesteśmy sami, ja i dzieci. Pierwszy raz od dziesięciu lat będę miała to, czego ludzie sobie zazwyczaj życzą, a co dla mnie było do tej pory pustymi słowami: miłe, ciepłe i spokojne święta. Popatrz… – Wskazała na synów śmiejących się i skaczących przy choince, w drugim końcu pokoju. – Dzieci pierwszy raz w życiu same ubrały drzewko. Zgromadziły ozdoby zrobione w szkole i w domu. Do tej pory on wyrzucał wszystko do śmieci mówiąc, że to badziewie. Nie dbał o dziecięce łzy i sam ubierał choinkę. Granatowe bombki, srebrny łańcuch, białe lampki. Drzewko sztywne i chłodne, jak on sam. Wczoraj, gdy wyjechał, kupiłam różnokolorowe światełka… Będziemy siedzieć razem, rozmawiać swobodnie i pękać ze śmiechu. Jeśli coś wyleje się, nikt nie będzie krzyczał, bo to tylko obrus, który można uprać. Rozpakujemy prezenty, a potem pośpiewamy kolędy i obejrzymy świąteczny film. W piżamach, na dywanie, z poduszkami pod plecami i miską orzechów włoskich.  


Nawrócenie bibliofilki

Nienawidziła tego dnia. Wszędzie te cholerne aniołki, Mikołaje, choinki i inne tego typu pierdoły. Odkąd sięga pamięcią nie lubiła świąt. Może dlatego, że w jej domu nieszczególnie obchodziło się te chwile? Włączyła radio, z konieczności, ponieważ żadnego urządzenia typu komputer czy telewizor nie posiadała. Ale zamiast tego miała dokładnie tysiąc dwadzieścia osiem książek. Prawie cały Empik. Kobieta uśmiechnęła się, spojrzawszy na swoją biblioteczkę. Nagle w jej małym mieszkaniu rozległ się dźwięk starego telefonu, pamiętającego czasy PRL-u.
- Cześć córeczko. Jak tam święta? - spytała pięćdziesięcioletnia mama Leny.
- Jak zwykle. - odburknęła dziewczyna.
- Lenko, skarbie, może chciałabyś zajrzeć do nas w święta? Przygotowaliśmy coś specjalnego. - rozpromieniła się Anna.
- Postaram się być. Ale nie obiecuję. - powiedziała dwudziestodwuletnia dziewczyna. - Dobra, ja już kończę, bo mam sporo nauki- skłamała.
- Pa kochanie. O 17, jeśli chciałabyś zajrzeć. - po tych słowach matka dziewczyny rozłączyła się.
- A na cholerę mnie te wasze święta! Przed cztery lata macie mnie w dupie, a teraz kochana córeczko! - krzyczała dziewczyna do swojego ukochanego kotka, który ochrzczony został oryginalnym imieniem - Leo. Zwierzę zaczęło obcierać się o nogi właścicielki. Uspokoiło ją to. Podrapała kota za uchem i skierowała się ku kuchni. Wstawiła wodę na herbatę. Gdy ta już się zagotowała, zalała swój ulubiony napój o smaku malinowo-karmelowym. Chwyciła kubek i poszła w kierunku swojej biblioteczki. Postawiła to co trzymała w ręce na stolik z tysiąc dziewięćset pierwszego roku. W swoich zbiorach zaczęła szukać słynnej książki Karola Dickensa . Spojrzała na nią z niechęcią, jednak wzruszyła ramionami i zagłębiła się w lekturze.
" Co z tego, moja droga? - odparł Fred. - Przecież bogactwo nie daje mu żadnego pożytku. Ani innym nie czyni przy jego pomocy dobra, ani sam nie czerpie zeń nijakich korzyści. Nie znajduje nawet pociechy w myśli przyjemnej... cha, cha, cha... że nas kiedyś tym bogactwem obdarzy." [s. 44]
Dziewczyna zaczęła zastanawiać się nad tym zdaniem. Mimowolnie popłynęły jej łzy. Zamknęła książkę i skończyła herbatę. Po chwili zamykała drzwi mieszkania. Miała wszystko: pieniądzę, komórkę i książkę. Pobiegła do najbliższej galerii. Zdążyła. Ma pół godziny na kupienie dwóch prezentów. Dla mamy i taty. W sklepie jubilerskim zakupiła kolczyki dla mamy i zegarek słynnej firmi dla ojca. Udała się do księgarni, gdzie znalazła książkę o samochodach z ojcowskich czasów. Mamie kupiła płytę z kolędami. Z zakupami udała się do domu rodziców.
- Jednak przyszłaś... - rozpłakała się mama. Dziewczyna przytuliła ją i wręczyła prezent. Przytuliła również ojca i podała mu torebkę z prezentami.
- Ojej, nie trzeba było. - powiedział ojciec Leny trochę sztucznie.
- Trzeba. - zakończyła dyskusję dziewczyna. Wyjęła opłatek, który tradycyjnie zjadała czytając książkę. Jednak dziś podzieliła się nim z rodzicami. Polały się hektolitry łez. Chwilę później cała rodzina siedziała przy stole zajadając się karpiem w kalarecie, pierogami czy kutią.
- Wiesz... chcieliśmy ci coś pokazać. To pamiętnik twojej prababci. Nie znałaś jej, wiem. Ale kazała wręczyć go swojej prawnuczce, w Wigilię, kiedy ta ukończy dwadzieściadwa lata. - powiedziała Łucja.
- Baliśmy się go otworzyć. - dodał ojciec Leny, Przemysław.
- Przeproszę was na chwilkę. Wybaczcie. - uśmiechnęła się Lena. Wraz z pamiętnikiem, a właściwie pożółkłym zeszytem, udała się do salonu. Rozsiadła się wygodnie w fotelu i zaczęła czytać:
12 listopada 1920 – Mamusia zaczęła przygotowywać się do świąt. Kupiła już maleńkiego karpia. Chce go wyhodować w bali z wodą. Nie mam pojęcia czy jej się to uda. Ojczulek właśnie wrócił zza morza. Przywiózł jakieś cukierki i takie małe, pomarańczowe owoce. Nie wiem jak się nazywają, ale są bardzo smaczne.”
19 listopada 1920 – Karp rośnie jak na drożdżach. Mamula kupiła mąkę i cukier. Chyba będzie piekła ciasto na święta. Och, jak ja dawno nie jadłam drożdżówki. Mam nadzieję, że to będzie to ciasto.”
6 grudnia 1920 – Kochany pamiętniczku! Dawno nie pisałam, ale musiałam pomóc mamie utuczyć rybę. Dzisiaj Mikołajki. Dostałam prezent! Po raz pierwszy od siedmiu lat! Tatulo podarował mi nowy zeszyt i atrament!”
22 grudnia 1920 – Mama umarła... dwa dni przed świętami. Wszystko już gotowe. Odeszła nagle, chyba sercowy zawał dostała. Nie wiem co mam zrobić...”
24 grudnia 1920 – PRZYSZEDŁ TAJEMNICZY WĘDROWIEC! Jaki przystojny! Podobno zbiegły Litwin, słabo po polsku mówi, ale dużo rozumie.”
25 grudnia 1920 – Karp był przepyszny! Dzisiaj o 14 pogrzeb Mamusi. Skromny, przyjedzie tylko jej siostra z sąsiedniej wioski. I Tatuś powiedział, że wyda mnie za mąż za Litwina! ”
Dziewczyna popłakała się. Nie zważała na nic.
- Dlaczego ja byłam taka niedobra? To się musi zmienić! - pomyślała dziewczyna. - Mamo, pakuj potrawy, idziemy do mnie!
Chwilę później byli już w mieszkaniu Leny.
- Mamo, tato. Chciałbym żebyście pomogli mi w udekorowaniu choinki i wprowadzeniu choć trochę świątecznego klimatu – powiedziała dziewczynę. Chwilę potem choinka już stała w rogu pokoju, na stole leżały łupiny mandarynek i pomarańczy, z piekarnika dochodził zapach ciasteczek z cynamonem. Na półkach zostały ustawione aniołki i Mikołaje. Cała rodzina zasiadła przy stole pijąc herbatę, jedząc ciasteczka i pomarańcze. W końcu było czuć klimat świąt. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Lena uśmiechnęła się. Tajemniczy wędrowiec...


Kawa z kardamonem
Drrr, drrr, drrr... W rozkoszną ciszę poranka wdarł się brutalnie dźwięk budzika. Siódma trzydzieści. Pora wynurzyć się z objęć Morfeusza, ale kto powiedział, że będzie łatwo... Sen czepia się powiek, cieplutka kołderka nie zamierza przerwać przytulania, a poduszka wciąga z powrotem w miękką otchłań. Jeszcze pół godzinki... Matylda była typową sową. Wieczorami nabierała energii i rzucała się w wir zajęć domowych, przesiadywała godzinami przy komputerze dryfując po blogosferze albo zarzucając sieci w sieci. Łowiła nie tyle nowe znajomości, co ciekawe dyskusje, zwłaszcza dotyczące książek i tematów związanych z czytelnictwem. Literatura stanowiła jej pasję. Nieraz czytała do bladego świtu, by potem nieprzytomna z niewyspania podpierać się rzęsami nad kubkiem kolejnej kawy. Koniecznie z kardamonem. Wczoraj właśnie dała się porwać Fanny Flagg. Powieść „Boże Narodzenie w Lost River” wciągnęła ją bez reszty i bez skrupułów skradła jej cenne godziny snu.
Drrr, drrr.... budzik nie poddawał się. Ósma. Dwudziesty czwarty grudnia. Wigilia. Imieniny Adama i Ewy. Matyldzie nie dane było dziś pospać. Co prawda miała akurat w pracy wolne ale wyjeżdżała na święta do rodziny, a autobus przecież nie będzie czekał. Dobrze, że w ogóle był kurs, bo z komunikacją w dni świąteczne i szczególne bywa krucho. Tak, najwyższa pora wstać. Powoli spod kołdry wynurzyła się krótka ruda czupryna, z przeciwnej strony zaś jedna matyldzia noga, potem leniwie dołączyła druga... i hop, ukazała się cała Matylda odziana w fioletową piżamkę w żyrafki. Z odrzuconej z impetem pościeli spadła książka, i ten stuk otrzeźwił zaspaną czytelniczkę na tyle, by zdała sobie sprawę, że ma tylko godzinę do odjazdu. Odruchowo włączyła radio. Piosenki z dzwoneczkami cudnie się sączyły wprowadzając wyjątkowy nastrój. Niestety za oknem nie było śniegu na całej połaci. Ba, nie było go wcale. Matylda zanuciła, że marzy o białych świętach „where the treetops glisten and children listen to hear sleigh bells in the snow...” Wtem rozległy się dzwonki- bynajmniej nie te przy saniach świętego Mikołaja- lecz polifoniczne naśladujące melodię „Last Christmas”. Telefon zakłócił poranną krzątaninę między łazienką i kuchnią.
- Halo, córciu, już wstałaś? - mama była czujna jak zawsze. - Ciepło się ubierz na drogę, bo w pekaesie może być ziąb, dobrze, że nie pada i nie ma ślizgawicy, to nie będzie problemów z dojazdem. O której dotrzesz? Pomożesz trochę, pierogi już zrobiłam, ale zawsze się przydadzą czyjeś ręce do pomocy, nie, choinka ubrana, wiesz, w te nowe bombki od Michalskiej, a tak w ogóle to dzwonię, bo chciałam zapytać, czy nie przywieziesz może ze sobą jakiegoś zbłąkanego wędrowca...
- Phhhhrrrrrfffff!!!! - Matylda parsknęła kawą w dzikim ataku śmiechu. - Wędrowca, hihihihi, zbłąkanego hohohooo, postaram się poszukać po drodze, cha cha cha.
- Nie komikuj mi tam, dobrze wiesz, o czym mówię. Sama i sama, zaprosiłabyś kogoś, może nie na Wigilię, ale na świąteczny obiad... – pani Łucja przybrała urażony ton. Nie pochwalała singielskiego trybu życia latorośli i co i rusz czyniła jej wymówki. Nawet z okazji Bożego Narodzenia nie stosowała taryfy ulgowej.
Matylda przywykła do tych wszystkich uwag i aluzji, niby puszczała je mimo uszu, ale było jej przykro. Samotność nie wynikała z jej wyboru. Po prostu tak wyszło i trwało, wbrew pragnieniom samej zainteresowanej.
*
Po drodze na dworzec Matylda wstąpiła do delikatesów po kardamon. W rodzinnym domu nie używali go, a ona nie potrafiła się obyć bez tej aromatycznej przyprawy. Nie chciała zabierać z mieszkania napoczętego opakowania, już raz tak zrobiła i potem długo nie mogła wyczyścić torebki, nie mówiąc o obsypanej brązowym pyłem komórce, kosmetyczce, kalendarzu i innych babskich szpargałach. W sklepie panował przedświąteczny nastrój, ale i pośpiech. Kilka osób robiło ostatnie zakupy, pieczywa już brakło, do stosika z wędlinami kolejka jak za PRL-u. Matylda odstała swoje przy kasie i przypomniała sobie, że nie zabrała żadnej książki na podróż. Ponad dwie godziny bez czytania? Niemożliwe! Prasy w delikatesach było jak na lekarstwo, plotki o gwiazdach jej nie interesowały. Na szczęście niedaleko był antykwariat. Kto wie, może dziś czynny?
Świąteczna magia już działa – pomyślała dziewczyna widząc z daleka wywieszkę „Otwarte”.
- Dzień dobry, panie Józefie, wesołych świąt! Nie spodziewałam się, szczerze mówiąc, że zastanę tu pana, dziś sporo obiektów pozamykanych, święta idą....
- Witam, moje uszanowanie pani. Żona piecze makowiec, kazała mi się nie szwędać po kuchni, to zszedłem na dół i otworzyłem, jak to dobrze mieszkać piętro wyżej nad miejscem pracy, prawda? Ale kto dziś ma głowę stare książki kupować! Tak tylko siedzę, przeglądam półki, opłatka molom książkowym nakruszę... - antykwariusz uśmiechnął się i pokiwał siwą głową.
- Dawno pani u nas nie było, a ja coś specjalnie dla pani odłożyłem. Zaraz, zaraz, gdzie ja to mam...
Starszy pan rozejrzał się po zakurzonym nieco bibliofilskim królestwie i ze znanego tylko sobie zakamarka wyciągnął książkę owiniętą w błyszczący papier w aniołki.
- To na Gwiazdkę. Prezent dla stałej klientki.
- Dziękuję, jestem zaskoczona... wstąpiłam właśnie... po drodze... jadę do rodziców... taka niespodzianka.... - Matylda gadała nieskładnie z niecierpliwością dobierając się do paczuszki. Z szeleszczącego ubranka wyłonił się tomik opowiadań Trumana Capote.
- O Boże! Nie wierzę! Marzyłam o tym! Skąd pan wiedział....Dziękuję, dziękuję!
Cieszyła się jak dziecko i omal nie rzuciła się panu Józefowi na szyję. Nie na darmo na drugie mam Mikołaj, pomyślał antykwariusz.

*
Unosząc się z radości kilka centymetrów ponad chodnikami, mimo taszczenia walizki na kółkach i sporej torby podróżnej, Matylda dotarła na dworzec, by po chwili dezorientacji dowiedzieć się, że jej kurs został odwołany. Bagaże nagle stały się cięższe o tonę, a skrzydła zwiędły jak niepodlewane kwiaty. Ogarnęła ją bezradność, a zarazem złość, zaczęła się gonitwa myśli. Wrócić się, wziąć taksówkę, za drogo, wyruszyć jutro, czy będą autobusy, może pociągiem... Matylda szła przed siebie, szukając wyjścia z sytuacji. Z rozmyślań wyrwał ją straszny pisk. Tuż przed nią zatrzymał się samochód. Wyskoczył z niego równie przerażony jak ona kierowca.
- Co ty wypra...Matylda?? To ty?
-Jurek? Co ty tu robisz? - dziewczyna była w podwójnym szoku. Nie codziennie bowiem wpadała w tarapaty i spotykała starych znajomych. I to w dodatku tak przystojnych. Gdyby ktoś potrzebował ilustracji do powiedzenia „stanąć jak wryty” a raczej „jak wryta”, to Matylda była akurat żywym przykładem. W dodatku nieomal „zapomniała języka w gębie” jak już o przysłowiach mowa.
- Ja? Ja sobie jadę spokojnie, a ty mi prawie pod koła weszłaś! Coś się stało? Tak dziwnie wyglądasz....
Faktycznie, Matylda była blada jak ściana. Kłopot z transportem, scena na jezdni, a teraz to spotkanie... Jerzy pochodził z jej rodzinnej miejscowości, kiedyś się nawet kolegowali, ale potem ich drogi się rozeszły. Nie widziała go od paru lat. Teraz patrzyła jakby na całkiem innego człowieka. Nieprawdopodobne, jak się zmienił. Nowa fryzura. Wyszczuplał, zmężniał. Tylko oczy te same. Takie... kawowo-kardamonowe. Spokojne, łagodne, ale wyraziste. Budzące zaufanie.
- Spadłeś mi z nieba, właśnie dowiedziałam się, że nie mam jak dojechać do domu, odwołali autobus, i nie wiem... zagapiłam się... - zaczęła tłumaczyć Matylda i nagle poczuła się pewnie i bezpiecznie. Wiedziała, że Jerzy nie zostawi jej bez pomocy. Nie myliła się. Niemal nie pytając, młody mężczyzna wrzucił jej toboły do bagażnika, a ją samą posadził na przednim fotelu swojego opla. Nigdy by nie pomyślał, że na Gwiazdkę dostanie taką niespodziankę. Matylda zawsze była w jego sercu, choć z czasem przestał mieć nadzieję na cokolwiek, odsunął od siebie myśli o niej, a tu proszę! Przypadek, a może zrządzenie losu?
- Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Cieszę się, że będę miał taką pasażerkę. Zyskałem miłe towarzystwo, a ty transport. Opowiadaj, co u ciebie....
I ruszyli... bez pisku opon.
*

Z radia płynęło „Driving home for Christmas”. Matylda i Jurek czuli się tak, jakby widzieli się wczoraj, jakby nie dzieliły ich lata rozłąki. Przegadali całą drogę. Dwie godziny zleciały jak z bicza strzelił. Oczywiście o czytaniu nie było mowy, Capote zginął w czeluści torebki.
- Wstąpisz na kawę? - Jurek zaparkował pod swoim domem, rodzina Matyldy mieszkała dosłownie dwa kroki stąd.
- Jasne. - odpowiedziała bez wahania. Po chwili siedziała w pokoju przy wielkim regale z książkami, a jej „wybawca” urzędował do kuchni, by powrócić z dwiema filiżankami gorącego napoju. Unosił się nad nimi aromat.... kardamonu. Działo się coś dziwnego. Splot wydarzeń układał się nadzwyczaj pomyślnie, czyżby magia świąt? Za oknem rozległ się dźwięk dzwonków. Niemożliwe! Przecież nie ma śniegu, nikt nie jedzie saniami. Nie stukają kopytka reniferów, nie szeleszczą opakowania prezentów w worze Świętego Mikołaja. To tylko ten zapach tak działa sennie- rozmarzająco.... Zaraz zaraz, gdzie ja jestem?
- Lubisz kawę z kardamonem? - zapytała zdziwiona Matylda.
- Nie pijam innej – odrzekł mężczyzna. - Masz jakieś plany na sylwestra?
- Czyżbym już miała? - uśmiechnęła się i sięgnęła po łyżeczkę. On uczynił to samo Ich dłonie się spotkały i jak magnes przywarły do siebie.
Last Christmas
I gave you my heart
But the very next day
you gave it away
This year
To save me from tears
I'll give it to someone special...
Tym razem nikt się nie przesłyszał. Jurek będąc w kuchni odruchowo przekręcił gałkę radia i teraz głosem George'a Michela przypłynęła właśnie ta melodia. Nieodłączna towarzyszka przedświątecznej krzątaniny. Uroczy kicz, jak walentynkowe serduszka iskrzące czerwienią.
Matylda i Jerzy spojrzeli sobie w oczy. Poczuli, że są dla siebie nawzajem kimś wyjątkowym. Kawa z kardamonem otuliła ich zmysłowym aromatem. Za oknem zawirowały pierwsze płatki śniegu. 


Dom przez duże D

Boże Narodzenie kojarzy mi się z Domem. Z domem przez duże D, do którego zawsze się chce wracać. 
Jako mała dziewczynka miałam wspaniały Dom ze wspaniałymi rodzicami. Zawsze starali się by niczego nam nie brakowało. Nie tylko w święta, ale  ina co dzień. Od samego wigilijnego ranka, mama krzątała się po kuchni przygotowując 12 potraw. W całym domu roznosił się cudownie magiczny aromat. Kompozycja zapachów, która występuje tylko podczas Bożego Narodzenia. W tle zawsze słychać było kolędy. Na naszym stole stało pachnące, tradycyjne jadło. Siostra dbała o nakrycia, pamiętając zawsze o dodatkowym nakryciu dla niespodziewanego gościa, choć nigdy taki do nas nie zawitał. Biały serwis z delikatnej porcelany wykończony delikatnym złotym paseczkiem tego dnia zawsze pojawiał się na stole zasłanym białym obrusem. Gdzieniegdzie leżały gałązki świeżego pachnącego świerku, zaś na samym środku królował stroik przygotowywany i dekorowany przez moją utalentowaną siostrę. Tuż obok na małym talerzyku leżał opłatek. Taty obowiązkiem był zakup pięknej i pachnącej choinki, którą wraz z bratem zawsze ubierałam. Jak sięgam pamięcią tatuś zawsze podsadzał mnie, bym na czubku zawiesiła aniołka – taka nasza mała tradycja… Potem wspólne wyjście na Pasterkę. Szliśmy razem po białym i skrzypiącym puchu. 
 Lecz wszystko skończyło się, gdy pewnego styczniowego, jakże zimnego dnia. Za oknem skrzył się biały puch. Dopiero co zdążyliśmy wrócić ze śniegowego szaleństwa. Niedaleko nas była ogromna górka, z której jak tylko aura pozwalała, zjeżdżaliśmy na sankach. Po powrocie, przebraniu się z mokrych rzeczy, wypiciu ciepłej herbaty z malinami, rodzice zawołali nas do pokoju, kazali usiąść. 
Mama oznajmiła:
- Tata się wyprowadza, rozwodzimy się! Zostajecie ze mną, ale ojciec będzie was odwiedzał, kiedy tylko będzie chciał. Wakacje, ferie i wszelkie inne dni wolne i święta możecie spędzać z nim.
A ojciec? Siedział z opuszczono nisko głową i nie był w stanie powiedzieć nawet słowa.
W końcu z trudem wstał, powiedział: przepraszam i zwyczajnie wyszedł… 
Później dowiedzieliśmy się, że od dawna nie było dobrze, rodzice starali się nie kłócić przy nas, ale jednak nie doszli do porozumienia i postanowili oficjalnie się rozejść. 
Tego dnia rozwalił się nam nasz mały poukładany świat. Rozsypały puzzle, gdzieś zaginął jeden element i NIGDY już obrazek, a w naszym przypadku rodzina, nie złożył się w całość. Już zawsze brakowało tego jednego spajającego fragmentu. 
Od tego czasu święta Bożego Narodzenia nigdy nie były takie same, spędzaliśmy je na zmianę, raz z matką, raz z ojcem i jego nową żoną. Nigdy nas już nie cieszyły. Zaginęła tradycja i magia… Z czasem zapomnieliśmy jak pachnie kompozycja bożonarodzeniowa, jak smakują rodzinne i ciepłe święta.
Ale ja wciąż marzyłam... O szczęściu i o tym, że kiedyś na nowo zapachnie w moim domu magią. O pełnej, zgodnej rodzinie.  Taką założyłam, jako ostatnia i najmłodsza z rodzeństwa. Oni wcześniej pomyśleli i „uciekli” z domu „na swoje”. Byli szczęśliwi. Mieli swoje rodziny. Ja też pragnęłam się wyrwać, bo Dom, do którego zawsze chętnie wracałam, przestał tamtego pamiętnego dnia istnieć. Wszystko się zmieniło… Ja się zmieniłam.
Poznałam go przypadkiem. Zaczęliśmy się spotykać, zakochałam się. Jego rodzice tak jak i moi byli po rozwodzie. Po kilku miesiącach zostałam oficjalnie przedstawiona przyszłym teściom. Wydawali się być niezwykle sympatyczni, mili i zaakceptowali mnie taką, jaką byłam. Szczęście mi sprzyjało, Marek mnie kochał. Czegóż więcej chcieć? Teściowa miła i zawsze chętna do rozmów. Wydawała się być wręcz teściową idealną – do czasu. Zaręczyny, ślub i wspólne mieszkanie. Marek od mamy otrzymał pół domu. Zamieszkaliśmy na parterze, teściowa na piętrze. Miało być tak pięknie. Marzenia przecież się spełniają. Uwierzyłam, że wszystko się ułoży. Szczęście z Markiem zamieniło się w koszmar z teściową – taką z dowcipów. Już po kilku dniach po tym jak wprowadziłam się do męża, teściowa zaczęła kontrolować porządek w mieszkaniu, czy gotuje odpowiednie obiady, by synuś jadł to, co lubi, potrafiła przynieść własne danie i postawić przed synkiem, który nie patrząc na mnie wcinał „maminy” obiad, aż się uszy trzęsły, podczas gdy mój lądował kolejny raz w śmietniku. Podobnie było z praniem i prasowaniem - przecież mamusia potrafi lepiej, ma doświadczenie, lata praktyki. Dość! Jak ja miałam dość! Próbowałam to wszystko powstrzymać, moje prośby, groźby nie robiły wrażenia na Marku. Bo przecież mamusia…
Pierwsze wspólne święta. Chciałam by było jak dawniej w moim rodzinnym Domu, tym przez duże D! Prawie było, ale wtedy okazało się, że nie potrafię gotować, że źle sprzątam, a choinka ubrana jest niemodnie. Że nie potrafię wyprasować własnemu mężowi prawidłowo koszuli, obrus ma zgniecenia, a zastawa jest mało reprezentacyjna. Dlaczego nie zauważyłam przed ślubem, że mój osobisty mąż jest maminsynkiem, który nie ma własnego zdania, we wszystkim słuchał i słucha się mamusi, która i tak ma odmienne zdanie od wszystkich? Kobieta robiąca wszystko idealnie. Zresztą sama jest ideałem matki, żony i kochanki. Teraz bardzo dobrze rozumiem teścia, który jest człowiekiem spokojnym, dowcipnym, ale przede wszystkim inteligentnym. Zmienił swoje życie, założył nową rodzinę i jest szczęśliwym i docenianym mężczyzną. Szkoda, że mnie nie ostrzegł. 
W domu mojego męża i jego mamusi wytrzymałam 5 lat. 5 bardzo długich lat trwało, zanim zrozumiałam, że nigdy nie wygram z teściową. Pewnego pięknego, zimowego dnia spakowałam swoje rzeczy i odeszłam. Nie żałuję. 
Mam prawo do szczęścia, do miłości i szacunku – tego będę szukać. Może kolejne święta Bożego Narodzenia spędzę w swoim własnym DOMU. Szczęśliwa i spełniona. Przecież marzenia się spełniają – nie tak jak chcemy - ale jednak. Zawsze trzeba mieć nadzieję na lepsze jutro. 


Gabriel
Poranek był mroźny. Przez zamarznięte szyby nie było widać nawet małego skrawka świata za oknem. Majka przytknęła nos do szyby i zaczęła chuchać. Powoli zrobiła się mała dziurka, która urosła na tyle, że można było wyjrzeć jednym okiem. Stado sikorek poderwało się spłoszone z karmnika zawieszonego za oknem. Od strony studni słychać było skrzypienie pokrętła. Ktoś nabierał wody. Zapewne mama, ponieważ tata krzątał się między stodołą, a składzikiem na węgiel. Ładował na taczkę czarne bryły i solidne drewniane kloce. Stuknęły drzwi. Przez chwilę było słychać szuranie w sieni i przelewaną wodę.
- O, już wstałaś - młoda kobieta z figlarnie opadającą grzywką na czoło zajrzała do kuchni i zobaczyła swoje dziecko wpatrzone w pejzaż za oknem – nie siedź tu tak z bosymi stopami. W piecu jeszcze dobrze się nie rozpaliło. Zaziębisz mi się.
- Sikorkom kończy się słonina. Trzeba im nową powiesić.
- Po śniadaniu pójdziesz. Najpierw się ubierz i umyj. Przyniosłam wiadro wody.
Dziecko zeskoczyło z taboretu przystawionego do okna i niechętnie poszło po ubrania. Przemknęła przez zimną sień do pokoju. Stojący w kącie piec trzymał jeszcze resztki żaru. Zatrzymała się przy nim i przez chwilę łapała resztki ciepła.
Dom był nieduży. Murowany, z cegły, kryty eternitem, jak wszystkie domy we wsi. Miał dwa pokoje przylegające do siebie, połączone z kuchnią przedsionkiem. Sień była podzielona na pół zasłonką, za którą znajdowała się „łazienka”, czyli wiadro z wodą i poobijana miska na krześle. Maja dygocząc z zimna opłukała szybko twarz w lodowatej wodzie, wciągnęła ubranie i wsunęła się do kuchni, gdzie ogień huczał już wesoło w piecu. Tata kończył układać pod piecem szczapy drewna. W kącie obok stał koszyk pełen szyszek, które jeszcze latem były zbierane w lasku za drogą. Teraz wysuszone stroszyły się obok pieca.
- Będzie z dziesięć stopni. W nocy to i piętnaście mogło być – powiedział ojciec otrzepując ręce i siadając do stołu.
- No to szykują się nam mroźne święta. A śniegu, jak nie było, tak nie ma – przytaknęła kobieta nalewając do szklanek gorącą herbatę.

Tego roku jesień zaczęła się wcześnie i była wyjątkowo długa. Najpierw drzewa obsypały się złotem i czerwienią, a potem po pierwszych przymrozkach zrzuciły wszystkie liście. Ale zima skończyła się wraz z pierwszymi przymrozkami. Przyszły za to dni ponure i deszczowe. Pod koniec listopada nad wsią przeciągnęła wichura. Połamała drzewa i zerwała linie elektryczne. Andrzejkowa zabawa skończyła się przy świecach. Na szczęście ktoś przyniósł akordeon, ktoś inny gitarę i można było bawić się dalej, aż do północy. Do początku adwentu. Wiatry w końcu ustały, ale deszcz padał nadal. Wszystko pokryło się szarym nalotem wilgoci. Wystarczyło wyjść na chwilę, by wrócić ubłoconym i przemarzniętym. Lepkie, przenikliwe zimno dokuczało wszystkim. Aż gdzieś w połowie grudnia deszcze ustały. W nocy zatrzeszczały drewniane płoty i gałęzie drzew. Świat poczuł na sobie mroźny oddech. I wszystko zamarzło. Kiedy rankiem ludzie zaczęli się krzątać koło swych obejść mrużyli oczy od srebrnego blasku szadzi, którym wszystko było pokryte. Mróz złapał i nie zamierzał puścić.

Maja patrzyła roziskrzonym wzrokiem na choinkę. Dziewczynka skończyła wieszać łańcuch z kolorowych, papierowych kółek, który sama cierpliwie składała w długie jesienne wieczory. Drzewku brakowało już tylko gwiazdy na czubku. Ale gwiazda, zgodnie z domową tradycją, miała zostać umieszczona na szczycie choinki dopiero w wigilijny poranek. Kajtek zaczął ujadać na dworze. Matka podniosła głowę z nad cerowanej skarpety.
- Kogo tam do nas niesie?
Przez uchylone drzwi wpadło do pokoju zimne powietrze.
- Anka, wyjdź na chwilę – poprosił zatroskanym głosem mąż, zaglądając do środka.
Kobieta wyszła na ganek.
- Co się stało! – Zakrzyknęła na widok sąsiadki, która stała zapłakana przed domem. Tamta szlochając ledwo była w stanie mówić. Co chwilę zdania jej się rwały, a z oczu lały się grube łzy.
- Na Andrzeja drzewo się zwaliło... Mróz trochę zelżał, to pojechał z chłopakami do lasu ściągnąć parę sosenek... Młodszy został z ojcem, starszy pojechał po pomoc. Spotkał po drodze Kuternogę i dał znać co się stało... Karetka już go zabrała... Boże, co ja zrobię? Co ja zrobię? – Anna podbiegła do niej i podtrzymała roztrzęsioną kobietę.
- Niech tu zostanie, pojadę do szpitala dowiem się co i jak – zdecydowanym głosem powiedział gospodarz.
- Nie! Jadę z wami sąsiedzie! – Kobieta uczepiła się jego ramienia i ścisnęła bojąc się puścić. – Po to przyszłam, muszę jechać, a nie mam jak. Janek z nim pojechał, ale to ja muszę być przy nim. Ja!
- Dobrze już, puśćcie. Jak mamy jechać to musimy się zbierać. Naszykuję motor, a wy idźcie do domu i ubierzcie się grubo. Ciemno się zaraz zrobi, nie ma na co czekać.
- Motor? – Anna pobladła – Chcesz jechać motorem? Na takie zimno?
- Pojedziemy borem. Dowiozę sąsiadkę do Adama. Weźmiemy auto brata i pojedziemy do szpitala. Nic się nie martw, jak dobrze pójdzie to jeszcze dziś wrócę.
- Nie, lepiej przenocuj u szwagra. Wrócisz jutro za dnia.
- Jutro Wigilia, trzeba od rana wziąć się za robotę, żeby do południa się uwinąć. Zresztą zobaczę, jaka będzie droga.
- Romek, proszę, uważaj na siebie.
Mężczyzna przygarnął ją do siebie i pocałował w czoło.
- Będzie dobrze.

Pod wieczór zaczął padać śnieg. Najpierw to były pojedyncze płatki wirujące leniwie w powietrzu. Ale z czasem było ich coraz więcej i więcej. Aż rozszalała się prawdziwa śnieżyca. Anna położyła spać córkę. Siedziała teraz przy piecu i niemo powtarzała modlitwę. Zegar tykał miarowo, było już dawno po północy. Uchyliła lekko zasłony i wyjrzała na zewnątrz. Zadymka się skończyła. Śniegu napadało po kolana, porobiły się zaspy. Gdzieś w oddali mignęło światełko ale zaraz zgasło. Westchnęła. Romek nie dojechał, znaczy to, że został na noc u brata. Zgasiła lampę i położyła się do łóżka.

Pierwsze płatki wirowały już w powietrzu, gdy zajechali na podwórze. Adam zaparkował w garażu.
- Trzeba przyznać, że z tego Andrzeja to niezły farciarz.
- Złamane nogi to nie żarty.
- Nie, ale przynajmniej żyje. Do wiosny dojdzie do siebie. Zimę w chałupie spędzi. A ilu było takich co pojechali na wyręby do lasu i dębowym czółenku potem wracali? Dobrze, że tak tylko się skończyło.
- Dobrze.
- Wejdziesz na herbatę?
- Nie, zaczyna śnieg padać, czym szybciej dotrę do domu tym lepiej.
- Jak uważasz. Ale stara mi głowę będzie suszyć, że cię nie zatrzymałem do rana.
- Nie ma potrzeby. Za godzinę będę w domu. Najwyżej trochę zamoknę. Ucałuj ode mnie Baśkę. W święta zajrzymy.
- Koniecznie. Najlepiej z kolędą, tylko taką wiesz... z procentem!

Śnieg sypał coraz mocniej, a droga przez bór wydawała się w ciemności zbyt niebezpieczna. Leśny dukt, pełen wykrotów ciężko było przejechać za widoku w poprzednią stronę, a co dopiero teraz. Romek skręcił w lewo i zamiast na las skierował się na groblę między stawami leżącymi przy borze. Droga tam była równa i bezpieczniejsza. Nie spodziewał się tylko, że śniegu już tyle napadało. Ledwo widział ścieżkę. Jadąc między stawami przeszył go strach. Znał ten skrót, jak własną kieszeń, ale teraz ledwo rozróżniał, gdzie kończy się droga, a zaczyna woda. Śniegu przybywało i jechało się coraz trudniej. Zatrzymał się zdezorientowany. Śnieżyca przybrała na sile i już nie widział niczego wokół siebie. Pchnął motor i zrobił kilka kroków do przodu. Usłyszał złowróżbny trzask pękającego lodu. Wycofał się z trudem. Po deszczowej jesieni stawy były pełne wody, aż po brzegi. Wprawdzie zamarzły porządnie, ale najwidoczniej ostatnie, cieplejsze dni podtopiły lód. Z przerażeniem uświadomił sobie, że znalazł się w pułapce. Stracił orientację. Nieuważny krok mógł kosztować go życie. Zaparł pojazd i usiadł skulony obok niego próbując się osłonić przed śniegiem i silnym wiatrem. Po chwili był już cały zasypany. Zacisnął powieki i zaczął się modlić. Wiedział, jakie ma możliwości. Może iść licząc na to, że nie wpadnie do wody. Może zostać i czekać do świtu – prawdopodobnie zamarznie i znajdą go dopiero, jak śnieg spłynie. Może też modlić się o cud. Wybrał to trzecie. I nadzieję, że może nie zamarznie. Pamiętał, że nie może zasnąć, bo to będzie oznaczało koniec. Liczył na to, że do świtu przetrzyma.

Poczuł szarpnięcie, jedno, a potem drugie.
- Nu, nie śpi! Wstaje, bo mróz coraz większy. Nie śpi. – z ledwością rozchylił powieki, ktoś potrząsał jego ramieniem świecąc mu lampą po oczach.
- No już, wstaje. Wstaje.
Dźwignął się z trudem, ale zaraz upadł w miękki puch. Nie czuł zdrętwiałych nóg. Księżyc świecił jasno, po chmurach nie było już śladu. Śnieg migotał srebrnym światłem sprawiając, że ciemna noc nabierała blasku. Obcy pochylił się nad nim i ciężko sapiąc pomógł mu wstać.
- Idziemy – podparł go swoim ramieniem i zmusił do zrobienia kroku.
- Motor...
- Ni ma. Motor poszedł do wody. Zapłata.
Romek obejrzał się po paru krokach. Wszędzie roztaczała się nieskażona biel, tylko tam, gdzie jeszcze przed chwilą leżał, był wydeptany śnieg. Obok wystawała kierownica, reszta motocykla zapadła się w przerębli. Mężczyzna, który go prowadził, wyglądał na starca. Podpierał się kijem, z którego wisiała lampa. Długa, biała, poplątana broda skrzyła się od mrozu. Miał na sobie ciężkie palto i porządną czapę. Szedł pewnie, sapiąc przy tym z wysiłku. Kiedy mówił zaciągał obcym akcentem.
- Masz ty szczęście, że ja tam dzisiaj szedłem. Masz ty szczęście. Ja widział twoje światełko, jak jechałeś od wioski. Na stawach widział. Ale ja sobie myślał, że to, jaka dusza zbłąkana. Tu zanim stawy wykopali były bagna. Jak ludzie jechali od wioski do wioski przez bory, to i czasem błądzili, bo tu wszędzie lasy były. A, jak zbłądzili to już koniec. Zły wyprowadzał na bagna. Ratunku nie było. I ot, teraz się błąkają dusze i szukają ratunku. Ale ja też słyszał twój motor. I myślem sobie, że wielem już widział, ale żeby jaka zbłąkana dusza tak hałasowała to, żem nie widział. Wziołem więc lampkę i poszłem sprawdzić. Masz ty szczęście, oj masz. Albo dobrego anioła stróża, co mnie dziś nakierował. O, już chałupy widać. Śpią już wszyscy, wszystko wygaszone. Nawet burki śpią, bo żaden nie zaszczeka. A to i dobrze, po co mają szczekać, ja swój, one mnie znają, na mnie nie zaszczekają.
- Ty swój? Nigdy cię nie widziałem we wsi.
- Widział, nie widział. Pomogłem? Pomogłem. No to, żem swój. O, jest i wasz dom. No, to was tu zostawię. Mróz coraz mocniej chyta.
- Nie wejdziecie? Ogrzejecie się. Ciepłej herbaty naszykuję.
- Mi tam nie zimno. Ogrzewać się nie trzeba. Bywajcie. Ino uważajcie na przyszłość, bo to szkoda tak dzieckom ojca głupio tracić.
- Córkę mam tylko. A motor...
- A motor trudno, motor wam zbędny. Rower se lepiej kupcie. Chm, córka. Może i córka, a może i syn. Na mnie czas już.
- Czekajcie. Jak was zwią? Komu zawdzięczam moje życie?
- Gabriel. Tak mnie zwią. Gabriel – starzec odwrócił się na pięcie i odszedł raźno przedzierając się przez zaspy i pogwizdując z cicha kolędę.

Tęgi mróz trzymał cały dzień. Romek doszedł do siebie koło południa. Odmrożenia okazały się niegroźne. Anna, gdy jej wszystko opowiedział, najpierw zrobiła mu awanturę za jazdę po nocy, a potem zamknęła się w komórce, żeby porządnie się wypłakać. Wyszła ocierając łzy. Z zaciętym wyrazem twarzy milczała do wieczerzy, dopiero łamiąc się opłatkiem objęła go w pasie i przytuliła mocno.
- Co ja bym zrobiła, gdybyś nie wrócił? Sama z dwójką dzieci?
- Wróciłem, na szczęście... – gdy jej słowa dotarły do niego zakręciło mu się w głowie. Zalała go fala czułości. Złapał swoje dziewczyny i przycisnął mocno do piersi. Dotarło do niego, jak bliski był tego, by przez własną głupotę, skrzywdzić najdroższe mu osoby. Przed oczami stanął mu wystający z przerębli motor i jego ślady w śniegu, gdy obejrzał się za siebie. Tylko jego.
- Gabriel – wyszeptał.
- Co takiego?
- Damy mu na imię Gabriel.
- Jak ten anioł? – zapytała Majka
- Tak, jak ten anioł.

On i Ona

Są takie zapachy co przywołują mnóstwo wspomnień. Skrawki chwil, uczuć, emocji. Przypominają się gesty, urywki rozmów, szczegóły na pozór nic nie znaczące. Wystarczy poczuć zapach suszonych pomarańczy, przyprawy do piernika, intensywnie pachnącego świerku czy gorącego kakao. Wtedy tylko oczy zamknąć i powoli, delikatnie, oddychając tym wszystkim można przenieść się gdzieś daleko, w przestrzeń minioną, na nowo ją odkrywać i przeżywać…
Idąc ścieżkami już kiedyś wydeptanymi można ujrzeć stół z białym obrusem przepięknie przystrojony, a na nim odświętna porcelana i mnóstwo dań smakowitych. Jakby dobrze policzyć, to pewnie wyjdzie nam ich ze dwanaście. Każdy talerz gałązką jemioły przyozdobiony, a pod tym białym obrusem sianko się majaczy.
 Jednak za nim te dania i ten stół to jeszcze musi być rodzina. Radosna, szczęśliwa i gwarna. Prawdziwa taka. Za nim zaś rodzina to musi być On i Ona….
Skończyła się wojna. Ulice nadal szare, gruzy wszędzie i mimo, że to koniec to i tak niepokój w sercu wszystkich gości, i jeszcze na długo pozostanie. Od nowa trzeba mozolnie codzienność odbudowywać ale przecież nic już nigdy zwyczajne nie będzie. Marzyć trudniej i póki co nikt tych marzeń nawet nie ma odwagi snuć jawnie…
On biega jak to młody chłopiec, z innymi powojennymi chłopcami po tych gruzach, szukając łusek amunicji i innych „skarbów” co to do zabawy im służą, czasami też udaje je się sprzedać za kilka drobniaków. Ona zaś jeszcze maleńka, ledwo co będzie później te czasy pamiętać,  a mimo to często będą gościć w rozmowach i wspomnieniach.
Kilka lat później On zatrudnia się w warsztacie jej ojca. Nosi garnitur, pracuje do późna, a wieczorami czasami gdzieś na proszone kolacje i wódkę wpada. Ona zaś na fryzjerkę się kształci, a w domu jako najstarsza z rodzeństwa mnóstwo obowiązków dzierży. Tak żyją obok siebie, równolegle jakoś, nic o sobie jeszcze nie wiedząc, nie przeczuwając nawet, że już kartki historii szybko zapisują się drobnym maczkiem łącząc ich koleje losu…
Pewnego dnia jej Ojciec co to Jego szefem był, na kolację Jego do swojego domu zaprasza. Wyróżnieniem to spore, ale że już wcześniej mocną przyjaźń w pracy zawarli to nie dziwi Jego ono wcale. Przychodzi punktualnie, stół syto już jak na tamte czasy zastawiony. Co chwilę coś zresztą jest dostawiane, a to kapustka, a to ziemniaczki, alkohol też jakiś, a wszystko to przynosi Ona. Zerka na niego nieśmiało acz zadziornie, a On się napatrzeć na Nią nie może. I tak kolacja mija, a oni oboje tysiąc myśli w głowie.
On pewny siebie niesamowicie, urodą jej zachwycony postanawia w myślach, że Ona jego żoną zostanie. Zadowolony z tego pomysłu bardzo, uśmiecha się do niej. Ona zaś zaintrygowana nowym gościem ojca, co raz jawniej przypatruje mu się. I tak historia się powtarza, kilka kolacji kolejnych mija, pełnych wymienianych spojrzeń, uśmiechów, słów zdawkowych aż w końcu na spacer się wybierają, a później na kolejny i kolejny.
Ona jest młodziutka niesamowicie, infantylna, zabawna. On pewny siebie, przystojny lecz wzrostu średniego chodzi dumny jak paw i wszystkim kolegą Nią się chwali. Zwariowani, młodzi, szczęśliwi. Tysiące marzeń i planów w głowie. Kochają taniec, muzykę, zabawę. Ona w tamtych czasach farbuje włosy na zielono, a i tak wszyscy mężczyźni odwracają się za Nią na ulicy i to wcale o te włosy nie chodzi.
Później ślub, wesele i małe mieszkanko. Pierwsze dziecko, drugie, następne mieszkanie trochę większe, samochód czerwony. Oni zaś zakochani jak pierwszego dnia. Codzienność z uśmiechem witają, wspólne wspomnienia budują i tak leci rok za rokiem. Nie zawsze wszystko łatwo i prosto ale budują to życie wspólnie, mozolnie i uparcie. Dzieci coraz starsze, czasy też się zmieniają, a oni razem, szczęśliwi.
Kolejne lata, kolejne zmiany. Kilka włosów siwych i pęd dnia codziennego. Nadal razem, rodzinę wspólnie tworzą, dzieci wychowują. Na pozór mają wszystko i wciąż szczęście im wiernie towarzyszy…
Tylko pewnego dnia Ona nagle dostrzega, że On nie patrzy na Nią tak jak dawniej. Zaczyna różne drobiazgi analizować. Pewne iluzje podstępnie zaczynają kruszyć się powoli lecz z siłą taką, że nie sposób przejść obok tego obojętnie. Pośpiech dnia codziennego, obowiązki, zmiany, przyczyniły się do tego wszystkiego co nieuchronne.
Ona uśmiecha się coraz rzadziej. Niby dzień taki sam, a cieszy jakby mniej. Blednie powoli, gaśnie lecz przecież nie może sobie na te smutki pozwolić bo dzieci, bo dom i ten obiad tak prozaicznie najważniejszy. Odsuwa więc wszystkie myśli na bok, udaje ciągle przed samą sobą, oczy zamyka i stara się nic nie widzieć.
I kolejne lata lecą. Dzieci jeszcze większe niż były i samochód nowy, lepszy, i meble coraz piękniejsze, a mimo, ze komuna to u nich w domu pomarańcze bo on po ścieżkach kariery co raz wyżej wspina się i wspina.
Raz On spóźnia się na kolację i to nie byle jaką bo Wigilijna. W niej pęka wszystko. Na stole zimny karp i jeszcze jakaś inna ryba w galarecie, pierogi co pół nocy lepiła i barszcz czerwony, Jego ulubiony, co to wystygnąć już zdążył. W Niej zaś pęka wszystko co wzbierało się i wzbierało jak rwąca rzeka. Płacze, wyzywa i wszystkie smutki wyżala. Włosy niezdarnie do tyłu odgarnia i stwierdza, że nigdy więcej, że nie tak, że ona chce żyć, oddychać, a nie skrawkami złudzeń się karmić. On nic nie rozumie ale w końcu patrzy na nią uważniej. Przygląda się ze zdziwieniem. Zauważa zmęczenie, strach i myśli, które już od tak dawna w jej głowie się kłębią, że sama Ona ich początku nie pamięta. Zawstydza Go to wszystko lecz nic powiedzieć jej nie potrafi. Może jeszcze sam przed sobą do wszystkiego przyznać się nie chce, a może i słów mu brakuje. Gdzieś tylko w głowie tli Mu się żal i smutek… W każdym razie wychodzi z domu nie zastanawiając się wiele, szybko, desperacko ucieka wręcz z tego ich pięknego, wspólnie domu budowanego i zostawia ją samą. Samą, samotna, samiusieńka. Nagle znów są osobno jak wtedy gdy się nie znali, jak gdyby nigdy On i Ona, jedność na tysiące elementów się rozsypuje.
Mija dzień, drugi, trzeci. Ona coraz bardziej dumna i zawzięta obiecuje sobie, że nie wybaczy. Jak kwiat pragnie rozkwitnąć na nowo i odszukać szczęścia. Mimo to tęsknie zerka w okno co na ulicę wychodzi… On też tęskni. I to w dodatku bardziej niż sam by się chciał przyznać do tego. Pija wieczorami, mnóstwo kolegów odwiedza i wciąż wszystkie dręczące myśli próbuje od siebie odsunąć.
Każdy kolejny dzień, każda kolejna chwila, rozdziela ich co raz bardziej i bardziej. Już oboje zdają sobie sprawę, że powrót coraz trudniejszy się robi. Są uparci, zranieni, pełni swoich racji i przekonań.
Któregoś poranka z kolei, Ona sprząta dom na żadne łzy sobie nie pozwalając. Powtarza czynności do znużenia. Sypialnia, pokój, kuchnia, łazienka, kurz tu i tam ściera, wygładza obrusy; takie z zieloną lamówką co to sobie sama je na maszynie obszyła, następnie poprawia ramę obrazu co się przekrzywiła znacznie… Nagle skądś tam  stare zdjęcie wypada. Czarno-białe, które kiedyś to ukradkiem zostało wykonane. Na nim Oni. Tacy jacyś inni. Szczęśliwi. Patrzy na nie z zafascynowaniem. Próbuje wczytać z niego przyczynę ale niczego dostrzec nie potrafi. Żadnych wskazówek, szczegółów co by przed nieuchronnym ostrzegło. Na fotografii w tle choinka piękna, dorodna i świeczki się na niej palące. Mimowolnie do wspomnień się uśmiecha. Przypomina sobie jak to On z chłopcami do lasu z siekierką po tą choinkę się wybrał, jacy dumni z siebie wrócili z okrzykiem, że to specjalnie dla niej pół lasu przeszli w poszukiwaniu tej najidealniejszej takiej. Później do później nocy wieszali na niej ozdoby; szyszki kolorowo pomalowane, aniołki, bombki szklane i pierniczki co to chłopcy podjadali cały czas po cichu, a ona wciąż ich karciła ze śmiechem. Na końcu zaś świeczki przymocowali co to już raz przez nie prawie by pożar mieli i obiecała sobie wtedy, że więcej nie pozwoli nimi choinki stroić, a teraz znów się dała do nich przekonać…
Pogrążyła się w tych myślach całkowicie. Biegała szybko po tych swoich wspomnieniach, obraz po obrazie. Ze łzami w oczach oglądała ich tysiące wspólnych chwil, które jak lawina ją zalały… Tyle świąt, radości, uśmiechu… Tyle zmian, wspólnych ścieżek, przeżyć… Narodziny chłopców, przeprowadzki, wspólny wyjazd pod namioty i bale w Grand Hotelu… Burzliwe czasy wciąż się zmieniające i zawsze wspólne wieczory kiedy to on zasiadał z książką w ulubionym fotelu, a ona będąc obok coś tam sobie wyszywała i zerkała co chwilę z przyjemnością na Niego, zaczytanego takiego, a i on co jakiś czas patrzył na jej ręce smukłe co tak zręcznie wyszywać potrafią cuda prawdziwe…
On tymczasem coraz bardziej gryzł się z myślami swoimi. Niepokój zaczął go osaczać z każdej strony i nie chciał odejść od niego żadnymi sposobami. Tęsknota zaczęła przytłaczać i nagle nic prócz niej nie miało znaczenia. Żadne słowa, racje, argumenty, duma… W każdej myśli było tylko Ona… Piękna, mądra, czuła, troskliwa, cała Jego. A może już nie jego? Pomyślał w panice. I aż ta myśl dusić go zaczęła. Nieznośna taka, paląca, na niczym skupić się mu nie dała, ciągle echem uderzała, co raz głośniejszym i głośniejszym…
Już sobie właściwie nie mógł nawet przypomnieć czemu On tu, a Ona tam. Czemu tak tęsknić i cierpieć musi. Przecież wystarczy tylko kilka kroków, pięć przecznic przejść, drzwi otworzyć… Przecież wystarczy… Jednak nie potrafił ruszyć się z miejsca.  I pewnie nigdy by już w sobie sił na to nie zdobył gdyby jego wzrok nie padł na nią… Błyszcząca taka, piękna w swej prostocie, mówiąca tak wiele i znacząca jeszcze więcej.. Od lat mu towarzyszy, a mimo to już od tak dawna na nią uwagi nie zwracał, nie przypominał sobie jej wagi i znaczenia… Obrączka… Z miłości dana i również z niej przyjęta. Symbol ich związku i ich samych. Dotarło do niego wszystko z siłą wielką, dotarło jak wiele ma i ile stracić może.
Nawet kwiatów nie kupił choć ktoś by może pomyślał, że by tak wypadało. Pobiegł do Niej ile sił w nogach, modląc się w duszy, z sercem na ramieniu… Biegł bez tchu, ze wszystkimi ich wspólnymi latami w głowie, a Ona… Ona czekała. Czuła. Wiedziała. Bez słów drzwi otworzyła, Jego oczu odszukała. Tak znanych, bezpiecznych, w których niejednokrotnie odnajdywała najlepszą wersję siebie samej.
Od tej pory już zawsze razem szli za ręce się trzymając, dbając o siebie każdego dnia jakby to był ich pierwszy wspólny. Ciesząc się sobą, życiem i wspólnymi chwilami. Każde święta zaś już zawsze były celebrowane tak jak najlepiej i najpiękniej potrafili. Tworzyli zapachy i wspomnienia, tworzyli rodzinę i miłość, z której ta historia się zrodziła… Za oknem zaś prószy śnieg. Biały, miękki, co roku tak samo magiczny. Gdzieś w oddali na niebie pierwsza gwiazdka się świeci i tą gwiazdkę właśnie Im dedykuję co to dzięki Nim Boże Narodzenie może być takie pełne tradycji, pokoju i wspomnień otulających nas wszystkich co to tworzymy kolejne pokolenie…


ZBŁĄKANY WĘDROWIEC

Szare do tej pory niebo przebrało się w granatową szatę. Choć chmur nie było już widać, ja i tak wiedziałam, że lada chwila świat okryje się miękką pierzynką puchu. Zawsze wiedziałam, kiedy ma spaść śnieg. Powietrze pachnie wtedy zupełnie inaczej niż zwykle. Pachnie… radością beztroskiego dzieciństwa, podnieceniem oczekiwania i szczęściem ulotnym jak, jak…
Zasunęłam ostrożnie ciężkie złote story. Zostawiłam jedynie szparkę między nimi, by móc obserwować pierwszą gwiazdkę, która jeszcze się nie pokazała, a może czekała na jakiś lepszy moment, ukryta pośród chmur.
Na śnieżnobiałym obrusie zaczęłam ustawiać talerze, wyjęte jakiś czas wcześniej z dębowego kredensu stojącego w kuchni. Do tego czarki, w których za moment będzie czerwienił się barszcz, prawie tak dobry jak mojej babci. Jeszcze półmisek z karpiem, drugi z pierogami, Na środku stołu postawiłam dzbanek napełniony po brzegi kompotem z suszu. Nie mogłam się powstrzymać i szczodrze nalałam go sobie do filiżanki. Przepyszny! Pachnący goździkami z lekko wyczuwalną nutą dymu, w którym wędziły się owoce. Jeszcze pięciopiętrowa patera z ciastami, pieczołowicie pieczonymi przeze mnie przez dwa ostanie dni. Maleńkie talerzyki w różyczki już czekały, by spoczął na nich kawałek sernika, makowca albo tortu orzechowego.
Wzięłam jedno z kruchutkich naczynek do ręki. Uwielbiałam ten serwis z miśnieńskiej porcelany. Babcia wyjmowała go z kredensu zawsze wtedy, gdy przychodziłam do niej w odwiedziny. Byłam dla niej najcenniejszym skarbem. Tak właśnie do mnie mówiła: „mój najcenniejszy skarbie”…
Gniewnym ruchem otarłam oczy. Pod powiekami zaczęłam czuć znajome pieczenie.
- Przestań się mazać, idiotko! – zganiłam srogo samą siebie. Uspokojona, położyłam na stole opłatek. Pismo Święte już dawno zaszeleściło stronicami ewangelii według świętego Mateusza.
Odsunęłam zza stołu krzesło i ostrożnie przysiadłam na jego brzegu. Potoczyłam wzrokiem po pokoju. Mój wzrok zatrzymał się na choince. Pachniała lasem i żywicą. Pośród ciemnozielonych gałązek złoto błyszczały lampki w kształcie świeczek. Zwróciłam spojrzenie ku suto zastawionemu stołowi. Były na nim cztery nakrycia. Jedno dla mnie. Drugie dla nieobecnej babci. Trzecie dla kota, z którym zawsze dzieliłam się nie tylko opłatkiem, ale i potrawami wigilijnymi. Czwarte dla zbłąkanego wędrowca.
Zerwałam się gwałtownie z krzesła. Nic nie widziałam, bo świat przesłoniła mi słona mgła łez. Mruczek zamiauczał żałośnie, gdy w biegu nadepnęłam na jego puszysty rudy ogon. Nie zwróciłam na to uwagi, biegłam dalej, byle jak najdalej stąd. Byle Mruczek nie widział, że płaczę.
Wypadłam na dwór tak jak stałam. Gnałam prosto przed siebie. Nie wiem ile to trwało. Wiem jednak, że nagle stanęłam. Tłumiony od wielu miesięcy szloch znalazł wreszcie ujście. Osunęłam się na kolana, bezwiednie opierając się o barierkę. Skuliłam się w sobie. Płakałam jak małe skrzywdzone dziecko, którym w istocie byłam.
Łzy, równie nagle jak przyszły, równie nagle ustały. Miałam zamiar otrzeć je wierzchem dłoni, kiedy naraz poczułam jak ktoś delikatnie unosi mnie z ziemi.
- Proszę – do moich uszu dotarł ciepły męski głos. Wytarłam twarz chusteczką higieniczną, którą włożył mi do ręki.
- Dziękuję – odparłam zmieszana. Nieznajomy był mimowolnym świadkiem mojej rozpaczy. W powietrzu poczułam woń powietrza nasyconego jodem oraz soli. Niepowtarzalny zapach morza. Morze… Instynktownie przybiegłam do miejsca, gdzie nogi niosły mnie zawsze, kiedy nie mogłam schronić się w babcinych serdecznych ramionach. Morze. Mój ukochany żywioł.
W oddali zamigotała latarnia, która pośród wzburzonych sztormem fal wskazywała marynarzom drogę do domu.
Dom.
- Muszę już iść – rzekłam do nieznajomego mężczyzny. Zrobiłam krok do przodu i zachwiałam się lekko.
- Gdzie pani mieszka? – zapytał, jakby instynktownie wyczuwając, że chcę iść do domu. – Czy mogę pani jakoś pomóc?
- Proszę mnie odprowadzić – powiedziałam, czując dziwną słabość w nogach. Drogę przebyliśmy w milczeniu. Nieznajomy cały czas podtrzymywał mnie, bym nie upadła.
- To tutaj – rzekłam w końcu. Drzwi domu stały otworem, jakby zapraszając do środka.
- Napije się pan herbaty? – moje pytanie było próbą odwdzięczenia się za pomoc, okazaną mi przez nieznajomego. – Noc jest mroźna – dodałam, chcąc go ośmielić. Niepotrzebnie, gdyż usłyszałam:
- Chętnie. Jestem strudzony po bardzo dalekiej podróży. –Zdziwiłam się nieco, gdyż mężczyzna nie miał przy sobie żadnej walizki, nie dociekałam jednak. Nieufny wobec obcych Mruczek otarł się o nogi nieznajomego mężczyzny, po czym wskoczył mu na kolana, mrucząc z częstotliwością silnika diesla. – Lubię koty – mężczyzna delikatnie pogładził kocurka po kształtnym łebku.
- Ja także – tym stwierdzeniem potwierdziłam swą wprost absolutną miłość do mruczących czworonogów. – Przyniosłam herbatę – dodałam. – Może ma pan ochotę coś zjeść? Potrawy są jeszcze ciepłe. Proszę się śmiało częstować.
- Lepiej się pani czuje? – zapytał mężczyzna, biorąc kubek z parującą herbatą do rąk.
- Tak, dziękuję. Nie wiem, co mi się stało. A tak właściwie to wiem – dawno niewypowiadane słowa same zaczęły płynąć z mojego wnętrza. Nie wiedziałam jak to się stało, jednak bezwiednie opowiedziałam nieznajomemu o swoim życiu. O samotności. O późnych powrotach z pracy do czterech ścian straszących pustką. Nieznajomy milczał. Ani razu mi nie przerwał. Otaczało mnie ciepłe spojrzenie jego czekoladowych oczu. Kiedy skończyłam opowiadać, przełamał opłatek na pół, i złożył mi życzenia, bym już nigdy nie była samotna.
- A ja nie wiem, czego mam życzyć panu. I nawet nie wiem, jak ma pan na imię.
- Jestem Gabriel. A proszę życzyć mi tego, bym… - zamilkł w pół słowa.
- Ja mam na imię Weronika. I z całego serca życzę ci Gabrielu, by spełniło się to, o czym mi nie powiedziałeś.
Echo przyniosło dźwięk dzwonów bijących w dalekim kościele.
- Cicha noc, święta noc… – zaśpiewałam nieśmiało. Po chwili do mojego dźwięcznego, dołączył przyjemny męski głos - … pokój niesie ludziom wszem…
Gabriel podszedł do mnie, objął mnie z tyłu za ramiona. Nie bałam się. To, co wydarzyło się potem, było tak naturalne jak to, że po zimie następuje wiosna. Tej nocy po raz pierwszy od bardzo długiego czasu zasypiałam spokojnie, otoczona oddechem i ciepłymi ramionami mężczyzny.
Gdy obudziłam się następnego dnia, Gabriela już przy mnie nie było. Tylko na okiennej szybie przycupnął namalowany mrozem anioł…

DZIEWIĘĆ MIESIĘCY PÓZNIEJ

Anielko, urodziłaś się pod koniec września. Do Świąt Bożego Narodzenia zostało jeszcze sporo czasu. Już teraz wiem jednak, że będą one zupełnie inne od wszystkich dotychczasowych. Już nigdy nie będę sama, tak jak życzył mi mężczyzna, który tamtej pamiętnej nocy sprawił, że się we mnie poczęłaś. Dziękuję mu za to każdego dnia, mimo iż tak naprawdę nie wiem nawet, kim był.
Wiem też, że i Ty nigdy nie będziesz samotna…

Babcia Bronia
Świąteczną opowieść czas zacząć
Razu pewnego w malutkim domu na skraju wsi mieszkała babcia Bronia, staruszka i owszem miała rodzinę gdzieś daleko w mieście która tylko w świąteczny czas przypominała sobie o niej, a babcia z utęsknieniem wyczekiwała tego spotkania. Codzienną jej pociechą był stary wysłużony telewizor jej okienko na świat, którego była tak ciekawa, na ręczne robótki które kiedyś tak lubiła wzrok już nie pozwalał.
Dawniej staruszka nie była tak samotna miała córkę i syna oraz swojego ukochanego męża z którym przez wiele lat w zdrowiu i chorobie w szczęściu i niedoli szła przez życie, ale nic nie trwa wiecznie dzieci dorosły poszły w świat, miały swoje rodziny swoje sprawy, i tak babcia z dziadkiem zostali sami w swoim domku.
Lata mijały głowy przyprószyła siwizna, zdrowie już nie te, ale cieszyli się swoim domkiem z kawałkiem ogródka i maleńkim inwentarzem w postaci pięciu kurek i jednego starego koguta.
Dzieci kiedy miały potrzebę przypominały sobie o swoich coraz to starszych rodzicach i pojawiali się z wnukami, aby dziadkowie sypnęli groszem od czasu do czasu z niewielkiej renty, a że dziadkowie byli dumni z wnuków ostatni grosz by dali aby wnusiów nie zawieść.
Rok za rokiem mijał wnuki założyły swoje rodziny, poszły jeszcze w dalszy świat, zmarło się również dziadkowi, i tak babcia została sama, ogródek zarósł chwastami, kurnik opustoszał jedynie zamieszkał i hulał w nim wiatr, chatka miała również jak i babcia swoje lata, ale  Bronia była w niej szczęśliwa, siadała w swoim ulubionym fotelu i zatapiała się w swoich wspomnieniach rozpamiętywała czasy swojej młodości, coś czego  nie ma i już nie wróci .....
Wielkimi krokami zbliżały się kolejne już święta, wszyscy gonili za świątecznymi przysmakami, dekorowali wymyślnymi ozdobami swoje domy  jedynie w domku na skraju wsi u Broni życie biegło swoim rytmem  aż do chwili gdy zadzwonił telefon, staruszka podreptała do aparatu, a po drugiej stronie odezwała się jej ukochana wnuczka, która chciała babci przekazać wiadomość 
że wraz z  dziećmi postanowili przyjechać do babci na święta.
Bronia się strasznie z tej wiadomości ucieszyła, a potem przyszła obawa, czy sobie ze wszystkim poradzi, wszak dzierlatką już nie jest lata nie te, ale postanowiła poprosić sąsiadkę o pomoc.
Jak pomyślała tak zrobiła sąsiadka wysłuchawszy nowiny, pokręciła znacząco głową po czym zawołała swojego małżonka aby wspólnie uradzić jak pomóc staruszce w przygotowaniach świątecznych, czasu mało a roboty dużo.Mąż sąsiadki miał zająć się opałem i przygotować piece które w pokojach na górze dawno nie były używane, natomiast uczynna sąsiadka  miała 
pomóc Broni przygotować dom na przyjęcie tak długo niewidzianych gości, staruszce oczy zaszkliły się od łez wzruszenia i radości. O każdych  zbliżających  się świętach  myślała jak o swoich ostatnich, wielu jej znajomych już dawno odeszło,więc te tegoroczne święta chciała spędzić wyjątkowo wśród, tych których kocha, choć na co dzień mieszkają daleko stąd, to zawsze ich ma w swoim sercu.
Do wigilii zostało tylko dwa dni sąsiadka jak obiecała, to pomagała Broni od rana w kuchni, aby sprostać tradycyjnym dwunastu potrawą, które choć pracochłonne to na stole muszą być.
Bronia poszła na strych na którym w starej szafie ukryte były leciwe dekoracje świąteczne pamiętające młodość Bronki , choć niekompletne i podniszczone to dla niej najpiękniejsze, każda łączyła się ze wspomnieniem ...... Choć od lat Bronia zamiast choinki miała tylko niewielki stroik to teraz musiała być  prawdziwa choinka pachnąca lasem, i miała stanąć jak kiedyś przy oknie, o taką miał się postarać mąż sąsiadki. Staruszka przy pomocy sąsiadki odświeżyła swoją porcelanową zastawę, która już dawno nie była używana, gdyż nie było stosownej okazji, z szafy wyciągnęła odświętną suknię z koronkowym kołnierzykiem, która idealnie będzie pasowała 
na jutrzejszą wigilię .
Wigilijny poranek za oknem,  wcale nie był biały choć mroźny z pewnością, dla Broni to nie miało znaczenia, ona już odmierzała godziny do spotkania z wnuczką i prawnukami, których nawet nie znała, co prawda miała parę fotografii , ale przytulić do serca  te małe istoty to zupełnie coś innego. Sąsiadka przyniosła jeszcze świąteczne ciasto które obiecała upiec, pomogła Broni dokończyć pachnącą zupę grzybową, którą tak wnuczka uwielbia, z rybą też szybko im poszło, w starym piecu radośnie fikał ogień, zegar z zepsutą kukułką odmierzał spokojnie 
upływający czas, Bronia już odświętnie ubrana dreptała od okna do okna wyglądając długo oczekiwanych gości. Pomału zapadał zmierzch staruszka coraz to bardziej zaniepokojona spoglądała tęsknie w okno tysiące myśli przelatywały przez jej siwiuteńką głowę od smutku że może nie przyjadą, po niepokój że coś się stało? Bronia usiadła w swoim fotelu, patrzyła na pięknie zastawiony stół z śnieżnobiałym obrusem, podziwiała jeszcze stojącą przy oknie jak kiedyś piękną z  kolorowymi lampkami choinkę pachnącą żywicą i lasem i tak zatopiona w swoich myślach zasnęła, może śniła o swoim dzieciństwie, młodości, życiu, lecz tego już nam nie powie, gdyż z tego snu już się nie obudziła  ....
Nazajutrz spadł tak, długo oczekiwany śnieg, sąsiadka zaniepokojona tym że przed domem Bronki nie ma samochodu wnuczki, już wiedziała że nikt do niej na święta nie przyjechał, że była sama, była zła na siebie że mogła choć zajrzeć do staruszki czy goście przyjechali, ale tego nie zrobiła, a teraz postanowiła udać się do Broni aby zaprosić ją do siebie na świąteczny obiad, zbliżając się do domu zobaczyła zapalone światła, dzwoniąc do drzwi nikt nie wychodził więc wołając sąsiadkę weszła do pokoju i zobaczyła ją, na swoim fotelu, biedaczka pomyślała tyle czekała że ze zmęczenia zasnęła w tak niewygodnej pozycji, lecz  już miała Bronię obudzić lecz dopiero po chwili dostrzegła że jest nienaturalnie blada, po dotknięciu jej zimnego policzka  nie miała wątpliwości że staruszka w tę świąteczną noc odeszła .....
Ukochana przez nią wnusia nie przyjechała do babci, Bronia już nie przytuli do serca swoich prawnuków, za parę lat i stary domek ze starości się rozsypie, życie dalej pójdzie swoim rytmem, czy ktoś będzie wspominać Bronię czas pokaże .......
Pamięci mojej wspaniałej prababci Bronisławie .


Anielskie skrzydła
Miałam sześć lat, gdy spotkałam ją po raz pierwszy. Widziałam świat i tłumaczyłam go sobie na swój własny, dziecięcy sposób. Być może dlatego, w ciemnym wnętrzu starego kościoła, wydała mi się istotą pozaziemską. Pamiętam ją, jak trwała bez ruchu, pogrążona w zadumie i wpatrzona w stajenkę, otoczoną rzędem zielonych, kolorowo przystrojonych choinek. Migoczące światełka odbijały się od jej zielonych, jak mech oczu. Nie zapomnę ich nigdy. Głębokie, niby studnia bez dna, rozświetlały się tysiącem iskierek kiedy się śmiała, a zachodziły mgłą, kiedy była zamyślona. Włosy, w których pomieszały się wszystkie barwy zachodzącego słońca, opadały jej lekkimi falami na ramiona i odbijały się od długiego białego szala. Samotna dziewczyna, siedząca w Wigilijny wieczór przed żłóbkiem. O czym wtedy myślała? Tego nigdy się nie dowiedziałam. Doskonale jednak pamiętam, co przyszło na myśl sześciolatce siedzącej tuż obok, w towarzystwie swojej matki.  
- Mamo, tam jest anioł!-  szepnęłam zachwycona swoim odkryciem i pociągnęłam mamę za rękaw wysłużonego płaszcza.
W przeciągu jednej chwili, moja matka oblała się rumieńcem i gwałtownie rozejrzała się po wnętrzu kościoła. Nie pamiętam dokładnie, ale widocznie szeptanie musiało mi nie wyjść, ponieważ mój głos rozszedł się echem po głównej nawie. Kiedy mama z ulgą stwierdziła, że kościół jest praktycznie pusty, nie licząc nas i dziewczyny, przyłożyła sobie palec do ust, dając mi tym samym znak, żebym się więcej nie odzywała. Jak na porządną marzycielkę przystało, oburzyłam się i naburmuszyłam swoją dziecięcą twarzyczkę. „No wiecie co?!”- pomyślałam ze złością- „To pierwszy, a może i ostatni anioł, jakiego w życiu spotkałam, a ona każe mi być cicho!”
- Ale naprawdę!- powiedziałam jeszcze głośniej i ręką wskazałam na dziewczynę siedzącą obok. 
- Uspokój się natychmiast!- mama wyglądała na rozeźloną- Tu nie ma żadnych aniołów. Nawet przy stajence nie ustawili ani jednego. 
- Ale prawdziwy, mamo!
Chcąc się lepiej przyjrzeć obiektowi mojego zachwytu, przechyliłam się przez starą jak świat ławkę. Antyk zaskrzypiał niebezpiecznie i byłabym runęła głową w dół, gdyby mama w ostatniej chwili nie złapała mnie za rąbek sukienki, wystający spod wytartego płaszczyka w bałwanki. 
- Klaro!- ani się spostrzegłam jak wylądowałam na maminych kolanach- Jeśli zaraz nie przestaniesz, to będziemy musiały wyjść, a tego chyba nie chcesz, prawda?
W rzeczy samej, nie chciałam. Groźba opuszczenia ogrzewanego kościoła była jedyną rzeczą, która mogła mnie doprowadzić do porządku. Usiadłam więc grzecznie obok mamy i poczęłam obskubywać nitki, które wystawały z mojego podartego szalika. Być może miałam sześć lat. Być może wielu rzeczy jeszcze nie potrafiłam zrozumieć. Być może wierzyłam we wróżki, anioły i inne stworzenia, które w świecie dorosłych nie miały prawa bytu. Jednak doskonale zdawałam sobie sprawę z tego co mnie czeka na zewnątrz. Zimno. I śnieg, który mnie przerażał. Tym różniłam się od innych dzieci. Pierwsze płatki spadającego puchu wywoływały w nich radość. We mnie- przerażenie. Odkąd sięgałam pamięcią, nie miałam dachu nad głową. Cztery ściany nigdy nie kojarzyły mi się z domem, ale z przytułkami, jadłodajniami lub w taki wieczór jak tamten, z kościołami. Ten podobał mi się najbardziej ze wszystkich, które wybudowano w naszym miasteczku. Mama mówiła, że czuje się tu prawie jak w domu. Jasny kolor drewna, z którego było wykonane jego wnętrze, przywodził jej na myśl przytulną chatkę, gdzie można się schronić przed całym złem tego świata. Jednym z moich ulubionych zajęć było wyobrażanie sobie, że wraz z mamą mieszkamy w takiej chatce i już nic, ani nikt nie może nas skrzywdzić. Tamtego wieczoru, w małym kościółku, również próbowałam to zrobić, jednak moje marzenia przerwał dźwięk czegoś, co upadło na drewnianą podłogę. Kiedy podniosłam głowę znad mojego całkiem już sprutego szalika, szybko się zorientowałam, że tym czymś, a właściwie kimś, była rudowłosa dziewczyna. Mój anioł. Poderwałam się prawie tak szybko jak mama. Kiedy podbiegłyśmy, siedziała już, oparta o laskę św. Józefa. Zamrugała nieprzytomnie zielonymi oczami i uśmiechnęła się lekko. 
- Prawdziwy dżentelmen zawsze poda damie pomocną dłoń.- zażartowała i wsparła się na ogromnej figurze świętego- Dobrze, że tu stał. O mały włos, a pocałowałabym podłogę. 
- Nic pani nie jest?- zapytała mama, a w jej głosie słychać było troskę- Jest pani bardzo blada. 
- Wszystkie anioły są blade, mamusiu.- powiedziałam najpoważniej w świecie. 
- Prosiłam cię, żebyś skończyła z tymi bzdurami, Klaro.- mruknęła niecierpliwie mama- Ani tutaj, ani nigdzie na ziemi nie ma żadnych aniołów. Możliwe, że w ogóle nie istnieją.
- Ależ oczywiście, że istnieją!- zawołała dziewczyna i wbiła w nią przerażone spojrzenie. 
Przez całe lata, po tym wydarzeniu, moja matka wspominała, że pomimo iż dziewczyna bez wątpienia była dorosła, wtedy wydała jej się dzieckiem, któremu odbiera się ostatnią nadzieję. 
- Widzisz? Mówiłam ci.- zwróciłam się wyniośle do mamy i zadarłam podbródek. 
- Niech wam będzie.- uniosła ręce w geście kapitulacji- Tak czy inaczej, nie wygląda pani dobrze. 
- Bo nie czuję się dobrze.- uśmiechnęła się blado i jakby na potwierdzenie tych słów zatoczyła się lekko do tyłu- Czy odprowadzicie mnie do domu?- zapytała- Wiem, że jest Wigilia, ale…
- Oczywiście.- przerwała jej matka- Odprowadzimy panią. 
- Mam na imię Aniela.- przedstawiła się- Ale znajomi mówią na mnie Nela. Mieszkam tu, niedaleko.
Bez zbędnych słów, moja mama chwyciła dziewczynę pod ramię i wyprowadziła ją na zewnątrz. Pomimo, iż wcześniej dałabym się pokroić za możliwość pozostania w kościele, teraz nie odczuwałam, żadnego lęku przed zimnem i posłusznie podreptałam za nimi. W zachwycie napawałam się widokiem „swojego anioła”, w końcu mogłam już nigdy żadnego nie zobaczyć. Właśnie zaczęłam sobie wyobrażać jak to jest być prawdziwym wysłannikiem niebios, kiedy znalazłyśmy się przed drzwiami mieszkania Neli. Mama pożegnała uprzejmie dziewczynę, życzyła jej szybkiego powrotu do zdrowia i chwyciwszy mnie za rękę pociągnęła w stronę szarej klatki schodowej. 
- To niemożliwe.- szepnęła Aniela, jednak zrobiła to na tyle głośno, że usłyszałyśmy słowa bardzo wyraźnie. 
- Co jest niemożliwe?- zdziwiła się mama i zatrzymała się w pół kroku. 
- Pani życzenie.- odpowiedziała smutno i spuściła głowę.
- Moje życzenie?- matka powtarzała jej słowa, nic z tego nie rozumiejąc.
- Nie wrócę do zdrowia.- powiedziała, a jedna łza spłynęła po jej policzku- Jestem chora. Śmiertelnie. To moje ostatnie święta.- wyrzuciła z siebie, po czym znowu się uśmiechnęła. 
Zaczęłam się poważnie zastanawiać nad możliwością, czy ona aby nie żartuje. Przez kilka sekund, które wydawały się być wiecznością, stałyśmy we trzy na schodach i patrzyłyśmy na siebie. My na nią, a ona na nas. 
- Zostaniecie na kolacji?- zapytała po prostu i otworzyła drzwi mieszkania. 
Zostałyśmy. Małe mieszkanko pachniało piernikami i świerkiem. W pokoju stała najbrzydsza choinka jaką kiedykolwiek widziałam, ale jej zapach był tak intensywny, że powodował zawrót głowy. Kiedy zapytałam Anielę, dlaczego wybrała to właśnie drzewko, odpowiedziała:
- Bo nikt go nie chciał. Tak jak mnie. Jestem sierotą, nie mam rodziny, ani nawet dobrych znajomych. Ta choinka stała samotna pośród dziesiątek innych pięknych drzewek, ale wszyscy omijali ją szerokim łukiem. Zobaczyłam w niej cząstkę siebie. A poza tym, pachnie ładniej niż wszystkie tamte drzewka razem wzięte. Mam w domu zapach lasu, a moi sąsiedzi mogą co najwyżej powiesić sobie odświeżacze do samochodu o zapachu leśnym, zamiast bombek. 
Po tych słowach roześmiała się serdecznie i zaczęła nakrywać do stołu. Za całe święto musiał wystarczyć nam garnuszek barszczu z uszkami i czternaście pierników. Nie miałyśmy nawet opłatka, bo mnie i mamy nie było na niego stać, a Aniela nie miała się z kim dzielić, dlatego zastąpiłyśmy go kromką chleba. Była to jedna z uboższych wigilii jakie pamiętam, jednak wniosła w moje życie tyle bogactwa, że nie zamieniłabym jej na żadną inną. Ostatnim moim wspomnieniem, związanym z Anielą, moim „aniołem”, była rozmowa, którą podsłuchałam, udając że śpię w drugim pokoju. 
- Czasem trudno mi wierzyć w Boga.- wyznała mama- Wstydzę się tego, że tak jest, ale są chwile, kiedy nic nie mogę na to poradzić.- szepnęła- A Ty? Wierzysz w niego?
Aniela milczała przez chwilę po czym odpowiedziała:
- Jestem samotna. Nie znam swoich rodziców, nie mam przyjaciół. Od jakiegoś czasu, powoli umieram.- choć tego nie widziałam jestem pewna, że uśmiechnęła się wtedy- Muszę wierzyć, że tym wszystkim kieruje jakaś większa myśl, że ma to jakiś sens.- zamilkła, żeby zaraz dodać- Właściwie, to nie muszę wierzyć. Ja chcę to robić. Chcę wierzyć. 
Wstałam z łóżka i wychyliłam głowę za próg pokoju. Widziałam jak Nela podaje mamie grubą książkę, po czym bierze torebkę i wychodzi. Stwierdziwszy, że nic ciekawego już się nie stanie, wróciłam do łóżka i zasnęłam. Nazajutrz zastałam mamę siedzącą w kuchni nad księgą, którą widziałam poprzedniego wieczoru. Po jej policzkach spływały łzy. Naprzeciw niej siedział mężczyzna w garniturze, który przedstawił się jako prawnik, znajomy Anieli. Na maminych kolanach spoczywał dokument opatrzony wczorajszą datą oraz nagłówkiem „testament”. Spisany był pochyłym, pospiesznym pismem. W drżącej dłoni mama trzymała pęk kluczy. Na stole leżała księga, w którą wetknięta była zakładka w kształcie anielskich skrzydeł. Mama otworzyła książkę, która nosiła tytuł: „Biblia” i odczytała drżącym głosem zdanie zaznaczone kolorem: „Nie zostawię was sierotami.”- powiedziała i ukryła twarz w dłoniach. Mój anioł odszedł po cichu, w nocy. Jednak do dziś widuję go w moich snach.  


Bajanka wigilijna

Czuł, że zaczyna go ogarniać ów dziwny nastrój, niepokój . Odkąd sięgał pamięcią to, im bliżej było świąt, pierwszej gwiazdki na niebie, pierwszej zapalonej na świerku świeczki, tym bardziej robił się samotny, wyobcowany, melancholijny by nie rzec smutny. Chociaż nie. Smutek nie miał tu nic na rzeczy. Przecież cieszył się ze świąt, wręczanych i otrzymywanych prezentów, śpiewu kolęd i tego szczególnego nastroju. Cieszył się też, gdy tuż przed świętami ,a najlepiej w wigilijny wieczór zaczynał padać obficie śnieg skrywający świat pod białą kołdrą i oferujący piękny prezent – tak cudowną ciszę. Ta cisza brzmiała dla niego szczególnie. Była jedyną w swoim rodzaju. Nie była absolutną, raczej tłumiącą odgłosy taką, która oddalała dźwięki codziennego życia. Była ciszą dzięki której, mógł słyszeć własne myśli i postrzegać wszystko inaczej, patrzeć na świat duszą, w zwolnionym tempie.                               Od dziecka lubił, wymykać się tuż po wigilijnej kolacji na dwór. Chodził słuchając jak śnieg skrzypi pod jego stopami, patrząc jak wirujące płatki śniegu omiatały światła ulicznych lamp i dyskretnie zerkał  w okna domów, gdzie czasami widział tylko blask świeczek ,a czasami cienie przytulających się do siebie osób. To były miłe chwile. Lubił też zatrzymać się i stanąć pod uliczną lampą, zdjąć rękawiczkę i patrzeć jak pojedyncze płatki śniegu, spadając na jego dłoń, topniały zamieniając się drobniutkie kropelki wody. Śmiał się wówczas do nich i coś tam sobie szeptał pod nosem.                                              
Pewnego razu, gdy tak śmiał się i szeptał ,stojąc pod uliczną latarnią, opodal przystanku autobusowego , był tak sobą zajęty, że nie zauważył dziewczyny, która przez wytarty rękawiczką, okrągły otwór w zmarzlinie oszronionej szyby, patrzyła na niego wielkimi brązowymi oczami. Miała długie czarne włosy , które niczym  fala wypływały spod czerwonej wełnianej czapki i śliczne pełne usta, które właśnie dla niego ,układały się w piękny uśmiech. Spojrzał na dziewczynę  w ostatniej chwili, chwili, w której autobus po zamknięciu drzwi ,właśnie ruszał w dalszą drogę. Ich oczy spotkały się. Stał zdziwiony, zaskoczony, machinalnie machając dłonią w rewanżu za ten sam gest, który wcześniej uczyniła czarnowłosa dziewczyna. Autobus właśnie skręcał wzbijając za sobą tumany śniegu, a on dostrzegł jeszcze jak ręka dziewczyny szybko trąc powierzchnię ciągle oszronionej szyby, próbowała zrobić miejsce, przez które mogłaby patrzeć.  Stał. Spojrzał na swoją dłoń pokrytą kropelkami, zdziwił się, że było ich aż tyle. Założył rękawiczkę ciągle spoglądając na daleki już tył autobusu. Zaczął biec. Biegł szybko, coraz szybciej i jeszcze szybciej. Niestety. Autobus  znikł z pola widzenia. Dotarł do dwóch kolejnych przystanków autobusowych, mając nadzieję, że na którymś z nich spotka dziewczynę w czerwonej czapce na głowie. Nie było jej.                                                                  Zdjął rękawiczkę, wystawił dłoń na śnieg i obserwował jak płatki śniegu zamieniają się w kropelki, maleńkie kropelki wody. Uśmiechnął się sam do siebie i coś tam poszeptał.  Spojrzał na ulicę zasypaną śniegiem i zdziwił się, że nie widzi na nim śladów autobusowych kół.                                                                          
 Kolejne święta, samotne wigilijne wieczorne spacery. Któregoś roku, gdy szeptał do kropelek ,które przed chwilą były jeszcze pięknymi płatkami śniegu, a teraz spoczywały na jego dłoni, zrozumiał wszystko. Zrozumiał, dlaczego zawsze im bliżej świąt, tym częściej popada w ten dziwny nastrój. Już wiedział - to ludzie . Pojął, bowiem, że życzenia, jakie sobie wszyscy składają w tym szczególnym dniu, są pewnie i szczere, ale też bardzo, ale to bardzo krótkotrwałe. Tak naprawdę ludzie już kilka dni po świętach, życzeniach, przełamaniu się opłatkiem zaczynają wracać do swoich skorup, z których na kilka wigilijnych i świątecznych chwil wyzwolili się, by teraz ponownie być sobie obcym, wrogim, obojętnym, nieczułym i złym. Jak w kościele – pomyślał sobie – najpierw przekazujemy sobie znak pokoju ,a już chwilę po wyjściu z kościoła … ech .Pomyślał, że to jakieś jedno wielkie oszustwo, że przecież nie można żyć w ten sposób, że tak nie powinno być, że tak zwyczajnie żyć nie godzi. Gdzie ludzkie serca, godność, honor, dobro, zrozumienie drugiego człowieka? Gdzie chwila by przystanąć i wysłuchać kogoś, nawet obcego, gdy ten ma nam coś bardzo ważnego do powiedzenia? Jak można łamać się opłatkiem ,skoro za oknem pies na krótkim łańcuchu siedzi trzęsąc się z zimna i patrzy w okno, za którym jest ciepło? Jak człowiek może łamać się z drugim człowiekiem opłatkiem, choć kilka miesięcy wcześniej wyrzucił swego psa na polnej drodze, by się go pozbyć raz na zawsze?  Jak mąż może łamać się opłatkiem z żoną skoro za kilka dni, gdy wróci pijany do domu, po raz kolejny ją uderzy? Jak ojciec śmie kupować prezenty swoim dzieciom i łamać się z nim opłatkiem skoro za kilka dni przy byle okazji, tylko, dlatego, że go „zdenerwują „ zacznie je bić?  Zrozumiał, że jego poczucie samotności nie jest związane z bliskimi, ale z wszystkimi innym, którzy otaczają go, na co dzień od bliskich sąsiadów, znajomych przez znajomych z widzenia po obcych. Przecież – powtarzał sobie – Jesteśmy ludźmi! Zwyczajnie poczuł się oszukany. Zrozumiał także, że ten dzień, ten szczególny dzień jest dla wielu ludzi dniem, w, którym oni sami chcą ofiarować sobie czystość sumienia, zrzucić z siebie zło i udawać, że wszystko jest dobrze. Poczuł, że to wszystko jest tak banalne, że aż boli. Boli, bo przecież święta powinny być jednak czymś więcej. Tak go wychowano, w to wierzył i dlatego gdy wszystko to zrozumiał, zrobiło mu się bardzo przykro. Przecież święta to nie tylko dni w roku, kartki w kalendarzu, ale także coś, co powinno w ludziach zostać na dłużej, znacznie dłużej niż kilka świątecznych dni.                                                                                                                                                            Zdjął rękawiczkę, wystawił dłoń pod spadające płatki śniegu. Bardzo długo patrzył, aż w końcu uśmiechnął się na widok jak pod wpływem ciepła jego dłoni płatki śniegu zamieniały się w maleńkie kropelki wody, które teraz ze względu na ich ilość na dłoni ,zaczęły dążyć jedna do drugiej ,łącząc się małe strumyczki. Coś tam - jak to on ,zaczął szeptać sobie pod nosem.                                                                                       
Tego wigilijnego wieczoru śnieg po kilku latach przerwy znowu zagościł za świątecznymi oknami. Widząc to, widząc jak „ jego „ płatki śniegu wirują ,podobnie jak lata wstecz wokół świateł lamp ,nie mógł się powstrzymać i wyszedł na spacer. Uśmiechnął się sam do siebie słysząc skrzypienie śniegu pod butami. Wspomnienia. Szedł przed siebie i grzecznie odpowiadał na świąteczne życzenia, jakie składali mu nieliczni przechodnie idący z przeciwka. Od czasu, gdy „ zrozumiał „ uspokoił się i próbował być radosnym. W końcu, dlaczego by nie? Niech świat jest sobie, jaki jest. Zrozumiał przecież także, że sam go nie zmieni.                                                                                                                            
   To dziwne – pomyślał – śnieg wcale nie jest biały. Śnieg jest złoty w świetle lamp, jasnoniebieski w cieniu a biały tylko w dzień. Przypomniały mu się spadające na jego ciepłą dłoń płatki śniegu i stanął przy pierwszej lepszej ulicznej latarni. Zdjął rękawiczkę i śmiejąc się sam do siebie obserwował jak płatki śniegu zamieniają się w kropelki wody. Wspomnienia. Zaczął coś szeptać sam do siebie ,a tak był tym zaaferowany, że nie usłyszał jak obok, tuż przy krawędzi ulicy zatrzymał się samochód. Padający śnieg przytłumił charakterystyczny dźwięk zamykanych drzwi.  
- Witaj Mój Szepczący Panie – usłyszał głos i bardzo miły , delikatny śmiech . 
Podniósł wzrok , spojrzał w brązowe oczy, ujrzał cudowny uśmiech. Spod czerwonej chusty, czy też szala, jaki miała na głowie mówiąca do niego kobieta, niczym fala wypływały ciemne jak noc włosy. 
- My … się ….znamy ….Zaczął nieśpiesznie, a w odpowiedzi usłyszał:  ….ci….chodź …Mój Szepczący Panie , mam Tobie tyle do powiedzenia. Wzięła go pod rękę, a on jej posłuszny,  ruszył u jej boku przed siebie. Rozmowa była chyba bardzo miła, gdyż dało się słyszeć śmiechy, jej włosy tańczyły i skrzyły płatkami śniegu w świetle lamp, razem wyciągali dłonie pozbawione rękawiczek pod padający śnieg. W pewnym momencie, szeptem powiedział jej, że w wigilijny wieczór każda spadająca na dłoń śnieżna gwiazdka, topiąc się w jej cieple, zdejmuje z ludzi jedno cierpienie, jeden żal, jedno zmartwienie. Szeptał jej na ucho cały czas, a jej perlisty śmiech razem ze śniegiem omiatał światła ulicznych lamp. Przez pewien moment wydawać by się mogło, że się do siebie przytulili. Moment? Może na dłużej, ale nie było tego widać gdyż padający śnieg, całkowicie zasłonił ich sylwetki.  Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że mimo iż szli razem, przytuleni do siebie, na chodniku zasłanym złotym śniegiem było widać ślady tylko jego butów.                               
Za oknami domów widać było światła, kolorowe światełka zawieszone na bożonarodzeniowych drzewkach, czasami dało się zobaczyć cienie ludzi tulących się do siebie. Było też bardzo cicho. Tak cicho jak tylko może być, gdy śnieżna pokrywa zakrywa świat w wigilijny wieczór.




"Święta, święta, i po..."

Całe życie słyszała, że na co to i po co? Tyle się człowiek narobi, naszykuje, nagotuje, a później trzeba się opychać! A wcale nie trzeba.

Gdzieś zagubili wszyscy znajomi istotę tych dni, to, co najważniejsze. Teraz liczy się tylko suto zastawiony stół, a w domach panuje napięta atmosfera, by tylko ze wszystkim zdążyć, by było idealnie, doskonale, bez zarzutu. Już na początku listopada w sklepach pojawiają się ozdoby, słychać kolędy, a w telewizji na kanałach dziecięcych reklama goni reklamę, z dopiskiem, że jeśli chcesz taką zabawkę to napisz list do Mikołaja na takiej, a takiej stronie internetowej.  Synek szarpie cię za rękaw, z krzykiem, prosi, błaga. Nie może doczekać się i wypytuje codziennie, czy już jest zima, kiedy ona nadejdzie, wcale nie po to, by ulepić bałwana, czy porzucać się śnieżkami, czeka tylko na wymarzone klocki. A kiedyś tak nie było...
Patrycja pamięta doskonale swoje święta w domu rodzinnym. Zbierali się wtedy wszyscy razem, dzielili się opłatkiem, składali sobie życzenia, jedli dwanaście potraw, nucili wspólnie kolędy, chociaż żadne z nich nie potrafiło śpiewać. Później było rozpakowywanie prezentów i wielka radość. Nie było co roku tych samych skarpetek, czy wody toaletowej. Ona sama uwielbiała podarki ręcznie wykonane, bo w takich czuć było serce, miłość, widać było, że obdarowujący włożył w to mnóstwo pracy, czasu, a przecież czas teraz, w tym naszym zabieganym świecie jest najważniejszy.
Jedne święta pamięta bardzo dobrze, bo były dużo smutniejsze od pozostałych, dzień przed wigilią zmarła jej babcia. Tak naprawdę nigdy wcześniej nie wierzyła w to, że tej osoby może zabraknąć, bo babcia jeździła na rowerze, była taka energiczna, szybka, wszędzie jej było pełno i zakląć też potrafiła, gdy coś było nie po jej myśli.  Nawet gdy znajoma lekarka powiedziała, że babci  koniec jest bliski nie chciała przyjąć tego do wiadomości i nakrzyczała na nią, bo to niemożliwe, jej babcia nie umrze! Nie i koniec. Tylko, że wnuczki o zdanie w tej sprawie nikt nie pytał.

Były też święta dziwne, z dala od domu rodzinnego pierwsze, w szpitalu spędzone. Jej córeczka przyszła na świat 20 grudnia i niestety w tym ponurym miejscu musiały zostać na wigilię. Wieczerza była skromna, tylko ryba i jakiś barszczyk, z rodziną rozmowa telefoniczna z budki i wielkie łzy. Na szczęście tata córeczki był tu razem z nią, a panie pielęgniarki jak nigdy okazały troszkę serca i pozwoliły młodym rodzicom posiedzieć chwilkę w magazynie.
Święta były różne, czasem niebywale biednie było, innym razem dosyć bogato. Jednak zawsze razem, choćby przez chwilę, inaczej być nie mogło.
Teraz co roku jest gwar, radość, może i trochę nerwów, ale nie musi być idealnie. Razem ubierają choinkę, nieważne, że dzieci  wieszają obok siebie dwie identyczne bombki, a z boku drzewko jest "łyse". Choinka jest najpiękniejsza, bo przystrojona wspólnymi siłami. Tu i ówdzie wiszą łańcuchy własnoręcznie wykonane, to nic, że krzywe, za to jakie kolorowe, barwne. I cukierki, musi być dużo słodkości, które znikają szybciej niż się pojawią, ale nikt nie widzi tego, przymruża na to oko i mama i tata. Wcześniej robią razem ciasteczka, raz wychodzą przepyszne, innym razem można sobie na nich zęby połamać, ale zawsze wyglądają ślicznie, przyozdobione są kawałkami czekolady lub polewą, wiórkami, orzechami. Pomarańcze ozdobione są goździkami i pachną nieziemsko.  Dzieci wspólnie kroją tępymi nożykami, każde na osobnej deseczce, składniki sałatki, nie jest istotne, że niektóre kawałki rodzice muszą przekrajać na pół, inne na cztery części, ważne, że mają z tego nie lada zabawę, że robią to wspólnie. Ubijają pianę do ciasta, nawet malutka  trzyma wraz z tatą mikser i jest z siebie taka dumna, bo i ona uczestniczy w przygotowaniach świątecznych. Później wylizują resztki ciasta, brudząc się przy tym niesamowicie, ale to wszystko jest mało ważne. Ubierają się odświętnie i idą szukać pierwszej gwiazdki, lecz wcześniej szykują smakołyki dla świętego Mikołaja. Gdy wracają z podwórka czekają na nich na talerzyku tylko okruszki po ciasteczkach i szklanka z niedopitym mlekiem, ależ ten święty się spieszył!  Za to zostawił pod choinką wielkie pudła, które zaraz po kolacji zostaną rozpakowane wśród okrzyków radości. Dzielą się opłatkiem, tak jak umieją życzą sobie zdrowia, bo to dla nich najistotniejsze, poza tym spełnienia planów i spokoju, większej ilości czasu dla siebie i wyrozumiałości na co dzień. Zjadają co kto lubi, śpiewają razem kolędy i pastorałki. W tym roku na pewno posłuchają ślicznego utworu zatytułowanego "Babci zegar" Magdy Welc, której wszyscy swego czasu kibicowali w popularnym talent show i który kojarzy się kobiecie z jej babcią, skłania do refleksji, do zastanowienia, do zadumy. Dzieci bawią się wymarzonymi zabawkami, nie jest tego zbyt wiele, ale za to podarowane z sercem. Nikt się nie objada, nie kłóci, nie ma "marnowania jedzenia, bo po co tyle gotować", jak mawiają inni... Jest miłość, radość i spokój, wspólna modlitwa, spędzony razem wieczór bez telewizji, bez komputera, bez telefonów. Wszystko inne jest odłożone na później, bo rodzina to jest to, o co należy dbać, co trzeba pielęgnować, wspólne posiłki, rozmowy o wszystkim i o niczym, szczerość, szacunek i miłość, wybaczanie i zapominanie wszelkiego zła, słów, które w złości się powiedziało, choć wcale tak nie myślimy. Święta, święta, i po... każdy dzień powinien być świętem, jedzenie razem, wspólna zabawa, granie w chińczyka, lepienie bałwana, spacery. Kochać można cały rok, bez okazji...


"Moje wymarzone święta."
Najszczęśliwszą dziewczynką na świecie byłabym wtedy, gdybym dostała w prezencie świątecznym szczeniaczka rasy mops. Chciałabym również, żebyśmy byli wszyscy razem i spędzili ze sobą ten magiczny i cudowny czas. Poszlibyśmy, jak co roku, szukać pierwszej gwiazdki na niebie. Podzielilibyśmy się opłatkiem, zjedlibyśmy wigilijną kolację, wcześniej wspólnie przygotowaną, znaleźlibyśmy pod choinką wymarzone prezenty. Ja cieszyłabym się ogromnie z tego, że spełniłoby się moje największe marzenie o piesku. Byłby maleńki, beżowy i troszkę zagubiony w nowym miejscu, ale szybko przyzwyczaiłby się do mnie i mojej rodziny, pozwalałby mi się przytulać i głaskać. Wychodziłabym z nim na spacery, a nazwałabym go Asterix. Po kolacji śpiewalibyśmy kolędy, a mój nowy psi przyjaciel szczekałby do rytmu i machał ogonkiem. Wtedy moja mała siostrzyczka Zuzia klaskałaby z radości. Następnego dnia mama, tata, ja i mój brat Kamil gralibyśmy w gry planszowe, nikt nigdzie by się nie spieszył, nie spoglądałby na zegarek, a Zuza by spała. Wspólnie czytalibyśmy nasze ulubione książki, śmialibyśmy się i opowiadalibyśmy śmieszne historyjki. Gdyby na  dworze leżał śnieg, poszlibyśmy zrobić bałwana. Najpierw ulepilibyśmy trzy kule: małą na głowę, średnią na brzuch, a największą na sam dół. Miałby on nos z marchewki, czapkę z garnka, ręce z patyków, uśmiech i oczka z węgielków i guziczki z kamyczków. Moglibyśmy też bawić się, rzucając w siebie śnieżkami, oczywiście staralibyśmy się nie trafić nikogo w głowę. Byłoby przy tym dużo śmiechu. Wrócilibyśmy w końcu do domu, ponieważ na pewno bylibyśmy już zmarznięci. Wypilibyśmy wtedy ciepłe mleczko lub kakao i zjedlibyśmy przepyszne pierniczki, które wcześniej razem przygotowaliśmy i ozdabialiśmy, jak kto chciał. Tak wyglądałyby moje wymarzone Święta Bożego Narodzenia.

  Pudełko ze Świętami

   Wracam przez mgły minionego czasu, przez bory dni i jeziora tęsknot do Tych Świąt… Góry- usta Ziemi pełne krzyku… i wśród nich Nasz Dom Marzeń,  otulony puchem śniegu… Nasza przytulna, rajska wyspa, gdzie pachną wonią tęsknoty nieskończone chwile. Dom pięć mil od zachodu słońca i dwie mile od wschodu księżyca. I pierwsze Nasze wspólne Święta Bożego Narodzenia z cukrową nocą marzeń i miodową jadalnością zjawisk…  Wigilia- niczym konfitura Naszej kultury i wieków, Nasz wspólnych Zmierzch, napełniający wnętrze Domu refleksem Dalekiej Krainy. Włada mną błogi spokój, a moja dusza wygina się z radości. Zza gór wstaje nowy wieczór iskrzący gwiazdami, wirujący kolorami i dźwiękiem Świąt. Obdarza Nas łamaniem opłatka, słowami pachnącymi kolędą, rajem objęć i tęczą uścisków. Roztacza czar blasku Naszych oczu, rozpala ogień oczekiwania w Naszych sercach. Wypełniamy ten wieczór dobrym światłem i budzimy chęć życia. Czyścimy Nasze serca z osadu smutku. Dzięki Wam dostrzegam otaczające mnie kolory i aromaty. A czas chowa się ukryty za kominem marzeń. I gaśnie szarość dnia, a tkliwości i wzruszenia ognik lśni. Pozostawiamy za sobą banalne zdarzenia, odruchy, trzęsawiska upiornych myśli. A życie zwalnia, odcedza chorobę samotności i trosk niczym głodne kruki od falującego dobra. Ogrzane światłem uroczyste, lukrowe pomieszczenia koloru młodego tataraku, letnich chmur i turkusów, zapraszają, by usiąść wygodnie. I wpatrywać się w snujące się po wnętrzu rubinowe blaski od zapalonych w kominku ogni. Nakryty stół pełen lśniących cukrów, otoczony aureolą słońca świec, rozlewa swe purpurowe farby jaskrawym oceanem, niesie blachy rubinowego złota. Wabi zapachem cynamonu, migdałów, kipi od wonnych korzennych pierników i wybornych keksów, topnieje w skrzypiącym maku, ciepłym barszczu; obraca cytrynowe i imbirowe promienie w gorącej herbacie. Chłonę ten nektar i kąpiel zapachów, której potop zalewa mój świat. Wsłuchuję się w wir Naszych losów, stworzoną historię, odsłaniającą kolejne warstwy żelaznego czasu i odpryski marzeń. Z trudem ogarniam egzotykę tego obrazu, opędzając się od szarego przyzwyczajenia, niedopatrzenia. Jestem ożywiona, oczarowana, otwarta nagle na cały świat wrażliwością. Czuję dreszcz jak na seansie spirytystycznym. Wieczór staje się miękki i pełen zamglonej słodyczy. Dosięga nagle białego maku drżących gwiazd i meteorów poprószonych w głębinach nieba. Rośnie w olbrzymie winogrona ciemności i wypełnia się mdłym sokiem. Choinka- niczym Zielona Pani leniwie ugina się od ciężaru piękna. Opryskana jagodowym sokiem i obsypana kolorami bratków i motyli, upstrzona pszczołami barw, lśniącymi bańkami mydlanymi. Otulona delikatnymi fiołkowymi i szafirowymi łańcuchami, niczym rojem skrzydlatych motyli. Zanurzona w słodkiej woni lasu, rozsiewa słoneczny blask  wirujących, wielobarwnych lampek- niczym robaczków świętojańskich.  Mieni się tęczą barw szafranu, szkarłatu, kobaltu, karminem i ametystami oraz wieloma odcieniami, na które jeszcze nie znaleziono właściwej nazwy. Jest niczym ognisty, rajski klejnot. A pod nią nadziei cały worek, pieczęcie tajemnic, wstęgi ukrytych pragnień, dary dobrych wróżek, bajki przyniesione od elfów. Za oknami wiatr dmucha chłodem, nadchodzi głuchym krokiem mróz  i zamieć ogarnia świat. Przepojona poezją starych kolęd, uskrzydlona mocą wrażeń, zasypiam w gorącym oparze miłości i w szeleście anielskich skrzydeł.


 Stary człowiek, a może…
Z łóżka ustawionego w szpitalnej sali, zerkając przez niewielką, pozostawioną przez wychodzącą pielęgniarkę szparę, świetnie było widać korytarz. Staruszek, a w zasadzie nobliwy starzec, który od wczoraj okupował to łóżko nerwowo zerkając na korytarz unosił się na łokciach.
Leżąca u jego stóp karta pacjenta wystawiona była na nazwisko Antoni Hucpiński. Równie zresztą nie prawdziwe, jak i powody dla których starzec znalazł się w szpitalu. W drzwiach sali wreszcie ukazała się obleczona w lekarski kitel młoda kobieta.
- No co tam się stało panie Antoni? Dlaczego pan nie daje żyć moim pielęgniarkom? Źle tu panu?
- No jak może być źle, gdy dookoła tyle pięknych kobiet. Ale wie pani, pani doktor święta się zbliżają, trzeba do domu, do rodziny...
- Ale z pana sercem nietęgo, teraz niby jest dobrze, ale jak pana przywieźli to prawie stało. Myślałam że już po panu... Nie mogę teraz pana ot tak wypuścić!
- Może pani i musi nawet, bo ja to sam, jak palec zostanę.

Rzeczywiście na sali, w której leżał Hucpiński, nie było żywego ducha. Puste łózka stały niemal wyczekująco. Jedynie miarowe popiskiwanie aparatury, do której podłączony był Antoni, zakłócało ciszę.
- Nie wiem, panie Antoni. Sam pan nie będzie, bo i personel jest, a i ja mam dyżur w Wigilię. To pewnie spędzimy te święta razem. No chyba że coś się zmieni.
- A dlaczego pani ? Nie ma jakichś samotnych kawalerów? - spytał i zaraz pożałował. W oczach lekarki pojawiły się łzy.
- Są, ale ja wolę zostać, bo wtedy ta obrączka mniej parzy – wyciągnęła ku Antoniemu prawą dłoń, gdzie, tak jak mu się wydawało, połyskiwała skromnie obrączka.
- Sławek, mój mąż, jest na misji. Codziennie boję się, że dostanę telefon, że jest im przykro, albo że był dzielny, albo inne równie głupie, nic dla słuchającego nie znaczące hasło. Powiedzą, ze tak trzeba było i  że był prawdziwym bohaterem. A ja wolałabym, aby bohaterem nie zostawał, tylko siedział ze mną w domu. I zrobił mi wreszcie te bliźniaki! - lekarka sama nie wiedziała dlaczego, opowiadała tak intymne szczegóły obcemu facetowi. Wiedziała tylko, że tak te pełne pasji słowa, jak i łzy, które kroplami jak grochy toczyły się jej po policzkach dały sporą ulgę.
- On wróci pani doktor – cicho odpowiedział mężczyzna. - Wróci... Ale widzi pani, ja też muszę do siebie, prawda? Każdy musi... zwłaszcza w Wigilię.
 - No co mi tu pan opowiada – lekarka otarła policzki mankietem kitla. - Nie wiem po co ja to panu mówię. Jeszcze mi się tu pan  zestresuje... - wyraźnie było jej głupio, że przed obcym mężczyzną otworzyła duszę. Wszystkiemu winne te cholerne bonusowe dyżury – pomyślała. Bo brała wszystko jak leci, by nie siedzieć samotnie w domu i nie ryczeć w poduszkę, do póki rozsądek nie mówił jej, że primum non nocere, a ona tę granicę już przekraczała. Nie darowała by sobie, gdyby przez zmęczenie mogła komuś zaszkodzić. Podeszła do łóżka i poprawiła poduszki. Mężczyzna złapał ją za rękę i pogładził.
- No to co, jutro Wigilia – puści mnie pani?
- Zobaczymy jak się pan będzie czuł. No proszę już spać, zaraz siostra przyniesie leki. Poklepała starca po ramieniu, zwykle nie dopuszczała do takiej konfidencji, ale ten człowiek jakoś wpływał dobrze na jej duszę. Po raz pierwszy od dawna zastanowiła się, czy nie oddać jutrzejszego dodatkowego dyżuru jakiemuś koledze lekarzowi. Wbrew pozorom bowiem, całkiem sporo osób miało chrapkę na taki dyżur. Zwłaszcza, od chwili, gdy dyrekcja sprywatyzowanego szpitala zaczęła dawać całkiem spore premie za dyżury świąteczne. Postanowiła, że zadzwoni do Andrzeja – jemu ten dyżur bardziej się przyda.
Do pokoju chorego weszła pielęgniarka i niezbyt zdziwiła się widząc tam lekarkę. Anka w przeciwieństwie do wielu lekarzy, spędzała więcej czasu u pacjentów niż w lekarskim.
- Witam pani doktor. Jak tam, jakieś dobre wieści? – cały oddział widział, że Anka jak kania dżdżu czekała na powrót męża, a ta misja rozbiła jej psychikę na atomy.
- Nie – lekarka pokręciła głową. – Pani Zosiu, przyjdzie pani do mnie za chwilę?
- Tak jasne. – Pielęgniarka zachodziła w głowę o co chodzi. Może ten pacjent? Coś z nim nie tak? Wczoraj przywieziono go w stanie niemal agonalnym, ale dzisiaj wyglądał całkiem rześko. Zwłaszcza jak na staruszka…
- Panie Antoni, to pana leki.
Staruszek uśmiechnął się i wziął tabletki do ust. Pielęgniarka ogarnęła spojrzeniem łóżko. Widac było, że ktoś właśnie poprawił poduszki. Pokręciła głową, ta to się ma – pomyślała – każdy pacjent jak wujek, stryjek, albo brat.
– Połknął pan? – starzec pokiwał głową. – Dobrze, jakby co, to proszę dzwonić. Dobranoc.
- Dobranoc. – Odpowiedział mężczyzna. Gdy siostra Zofia opuściła pokój wyjął z ust tabletki i wcisnął je pod materac. Na cholerę mi to – pomyślał śmiejąc się w duchu, serce to ja mam jak dzwon.
Tymczasem w pokoju lekarskim trwała narada.
- Nie powinnyśmy go puszczać, ale z drugiej strony wyniki badań krwi ma lepsze niż ja, wygląda jak okaz zdrowia – perorowała pielęgniarka.
- No właśnie. A ktoś u niego był? Jutro święta…
- No nie, ani nikt nie dzwonił… Puśćmy go, moim zdaniem nic mu nie grozi.
- Dobrze, damy mu leki, pani Zofio – dziękuję za pomoc.
- Da pani spokój, pani doktor. Jedziemy na jednym wózku. Chce pani kawy?
- Poproszę, ale siekierę i bez mleka. Za to z cukrem…
Dyżur minął spokojnie. Rano Anka poszła do Antoniego.
- No to niech panu będzie. Wypuścimy pana za chwilę. Siostra panu pomoże, a po wypis niech się pan zgłosi już po świętach, bo jakby co jest pan na przepustce, więc gdyby coś się działo – to proszę do nas od razu przyjechać.
- tak , tak... bardzo pani doktor dziękuję.
Lekarka poklepała go po ramieniu, a w sali pojawiła się pielęgniarka.
- Proszę się ubierać, panie Antoni.
Mężczyzna nie tracił czasu. Widać było, ze bardzo mu się śpieszy. Szybko więc zabrał swoje rzeczy i wyszedł ze szpitala. Wigilijne przedpołudnie nie nastrajało optymistycznie. Nisko wiszące chmury łączyły się z poranną mgłą. Starzec wyprostował się i dziarsko wszedł w małą uliczkę tuż obok szpitala. Wsadził dwa palce do ust i przeraźliwie zagwizdał. Dobrze, że potrafię tak przekonująco kłamać. Te dzieci, wnuki, hm… Przynajmniej wypuścili mnie po dobroci – bo ani chybi musiałbym na stare lata uciekać – pomyślał. W oddali rozległo się dzwonienie dzwonków, w gęstej mgle zamajaczył rogaty łeb renifera, za nim podbiegły inne. Mężczyzna starał się poklepać każdy aksamitny nos i podrapać każde ucho. Przeciągnął się i dziarsko wskoczył do przyciągniętych przez zaprzęg sań.
- No wio, kochane! – zawołał i strzelił z bata. Wyjeżdżając z uliczki i rozmywając się we mgle niemal wpadł na wysiadającego z wojskowego samochodu młodego oficera. Facet rozejrzał się, jakby coś wyczuł. Wyciągnął z tylnego siedzenie wielki worek i uścisnął kierowcy dłoń.
- Wesołych świąt sierżancie!
- Dziękuję panie kapitanie! Fajnie że pan zdążył. Żona się ucieszy, prawda?
- Mam nadzieję, że tak, bo jeszcze nic nie wie, chciałem zrobić jej niespodziankę. Oby tylko nie miała dyżuru… No jedźcie już, do zobaczenia.
- Do widzenia.
Mężczyzna dźwignął worek i wszedł w drzwi szpitala niemal przewracając wychodzącą lekarkę.
- Aniu! – rozchylił ramiona i złapał ją na ręce.
- Sławek! Boże jak się cieszę… - z oczu lekarki popłynęły łzy.
Starzec w saniach dyskretnie otarł powieki, strzelił batem nad głowami reniferów i rozmył się w powietrzu. Razem z nim zniknęła zalegająca mgła, i rozproszyły się nieco chmury. Zaczął padać śnieg, a z pomiędzy chmur przebijało się słońce.

Wigilia na Saharze.
Być w Afryce i nie dotknąć, nie poczuć Sahary, to naprawdę grzech. Nie jeździ się na pustynię latem, chyba, że to krótka wycieczka. Dziki upał, suchy wiatr, który nawet nie pozwala się spocić, fatamorgana, pozwalają odczuć na własnej skórze, co mogli tam przeżywać Staś i Nel.
Setki kilometrów piachu pofałdowanego mniej lub bardziej, z rzadka jakieś rachityczne, kompletnie suche roślinki, czasem niewielkie stadko wielbłądów, podążających dostojnie i niespiesznie nie wiadomo dokąd. Czasami nagle pokrywające się granatowoczarnymi chmurami niebo, z którego nic nie wieje, a mimo to piasek przesypuje się przez szosę z zastraszającą prędkością…i ta pustka. Nikogo tu poza nami nie ma… Jesteśmy sami na tej bezkresnej plaży, nikt nie usłyszy naszego wołania, a gdyby coś nam się stało, nasze przypominające wyschniętą skorupę żółwia auto ktoś może znajdzie po latach…
A jednak ciągnie, przyzywa, woła… Jeździliśmy często choć na skraj pustyni, żeby poczuć tę magię. I my i nasi przyjaciele odkrywaliśmy nowe drogi, zagubione wśród diun maleńkie wioseczki, z daleka przyciągające oczy zielone oazy.
Madzia i Zenek z synem postanowili raz spędzić święta z daleka od zastawionego stołu, od kasetowego kolędowego zawodzenia tak nieadekwatnego do upału za oknem, od sztucznej choinki z oblazłymi bombkami, pozostawionymi przez poprzednich kontraktowiczów.
Wybrali się jednym (!!!) autem do Ghadamesu, tam zatrzymali się w hotelu, bo ta właśnie miejscowość na granicy libijsko-tunezyjsko-algierskiej jest ostatnim cywilizowanym przystankiem przed wyprawą na pustynię.
Następnego dnia przydzielono im dżipa z kierowcą i przewodnikiem i ruszyli. Jazda trwała cały dzień, w zasadzie turyści nie zatrzymywali się nigdzie na dłużej i tylko z okien auta podziwiali bezkres i magię pustyni. Trudno było powiedzieć, w którym SA kraju, co zobaczą za zakrętem, dokąd dotrą… Dopiero wieczorem, a był to dzień wigilijny, przewodnik zarządził posiłek i nocleg.
Zatrzymali się na płaskim terenie, sam piasek i piasek, tylko gdzie niegdzie prześwitywały szare połacie płaskich, zagłębionych w piachu głazów. Kiedy już wszystkie bagaże, potrzebne na ten wieczór i nadchodzącą noc, zostały wyjęte z dżipa, przewodnik zarządził szaj. Rodzina Madzi poważnie się zastanawiała, gdzie i jak ten szaj zostanie przyrządzony? Szaj jest to po prostu pyszna, piekielnie mocna herbata, którą, w dużej ilości sypie się do imbryka z gotującą wodą, mocno posłodzoną i zaprawioną listkami świeżej mięty. Herbata musi trzy razy zawrzeć w czajniczku, a gdy jest gotowa, nalewa się ją do „szajówek” – małych szklaneczek z grubego szkła – z wysoka tak, aby na powierzchni szaju utworzyła się aromatyczna brunatna pianka.
Przewodnik, zapowiedziawszy szaj, pogrzebał pod burnusem, wydobył stamtąd imbryk, wiązkę gałązek, zapałki, zawiniątko z cukrem, drugie – z herbatą, bukłak z wodą i bukiecik trochę już przygniecionej mięty. Raz-dwa zapłonęło maleńkie ognisko, a w ustawionym na nim imbryku smakowicie bulgotał szaj.
Dopiero po wypiciu kilku szklaneczek orzeźwiającego napoju, można było zorganizować biwak. Syn Madzi i Zenka, wówczas piętnastoletni, wybrał sobie najgładszy kamień na legowisko, ale przewodnik stanowczo odciągnął go od głazu – nocą, kiedy powietrze szybko stygnie, ciepło najdłużej utrzymuje się w kamieniu, a więc to właśnie tutaj układają się na nocny spoczynek skorpiony!
Kolacja wigilijna składała się z niewyszukanych, odpornych na działanie czasu i wysoką temperaturę produktów, zabranych z domu. Jak zwykle była to usmażona i zamarynowana w occie ryba, jakieś śledziki, które tak naprawdę śledzikami nie były, hobza (chleb), nieduży słoiczek sałatki warzywnej, kilka kawałków ciasta. Do picia bengashir (woda mineralna), bitter (tonik) wiśniowy, pepsi, 7up. Zenkowie nie chcieli wtajemniczać towarzyszących im Arabów w tradycje chrześcijańskie, więc podzielenie się opłatkiem i złożenie sobie życzeń odłożyli na później. Tymczasem, ponagleni przez przewodnika, ułożyli się wygodnie w stygnącym powoli piasku i zapatrzyli w niebo. Nad nimi stał nieruchomo głęboki granat nieba, gęsto posiekany drobniutkimi gwiazdkami. Wydawało się, że ludzie ułożeni na piasku, są jedynymi istotami między ziemią a niebem, że między nimi nie ma nic, prócz ciszy. I ta cisza aż dzwoniła... Nie odzywał się nikt. Wszyscy zasłuchali się w swoje myśli, zapadli w tę głęboką, granatową, aż straszną ciszę i kiedy Zenkom wydawało się, że towarzyszący im Arabowie zasnęli, przewodnik odwrócił się bezszelestnie na bok, przez chwilę czegoś nasłuchiwał, a potem spytał: słyszycie? Niestety, Zenkowie, poza dzwonieniem ciszy, nie słyszeli nic. –Idą – powiedział przewodnik. –Kto? – Przemytnicy. Tu niedaleko jest granica. Nie widać jej i nikt jej nie pilnuje, przecież to pustynia, więc przemytnicy czują się tu bezpiecznie. – A co przemycają? – Narkotyki, haszysz. Z Nigerii i Nigru przez Libię gdzieś dalej. Idzie ich kilku, chyba siedmiu.
Zenkowie nic nie słyszeli i przez chwilę mieli wrażenie, że przewodnika nękają omamy słuchowe. – Patrzcie! Patrzcie tam! Zaraz pokaże się księżyc i zobaczycie ich! – wyszeptał przewodnik.
I rzeczywiście, po kilku chwilach srebrne światło księżyca zalało piaskowe diuny kilkadziesiąt metrów od biwakowiczów i w jego blasku zobaczyli leniwie, ale miarowo poruszające się wielbłądy z kiwającymi się na ich grzbietach jeźdźcami. Przewodnik ruchem dłoni nakazał absolutną ciszę. Przemytnicy chyba drzemali, gdyż żadnym gestem nie dali po sobie poznać, że zauważyli stojące nieopodal auto. Miękko i cicho stąpając po chłodnym piasku pustynna karawana oddaliła się w kierunku północnym.
A saharyjska wigilia Zenków otuliła ich bezgłośnym granatem, rozświetlanym srebrem księżyca. Myśli Polaków popłynęły do kraju, do bliskich, niosąc ze sobą najlepsze, z serca płynące, świąteczne życzenia.



Gwiazdka z niespodzianką
Ciekawe, czy tej zimy w ogóle spadnie śnieg? - Pomyślała Marta patrząc przez okno na szarą breję, w której tonęli liczni przechodnie. Co niektórzy usiłowali bez powodzenia omijać kałuże. Nawet pies sąsiada z wyraźnym obrzydzeniem stawiał łapy. Marty nastrój niczym nie różnił się od aury za oknem. Bo zapowiadało się, że spędzi w tym roku samotne święta I swoje 22 urodziny, które przypadały w wigilię. No, niezupełnie samotne, bo jej jedynym towarzyszem był Kotek. Przy czym Kotek bynajmniej nie był przedstawicielem kociego rodu. Mierzył dobre 70 cm w kłębie I ważył jakieś 60 kilogramów. Krótko mówiąc Kotek był berneńskim psem pasterskim, oczkiem w głowie mamy Marty, która mówiła, że skoro córka wyjechała na studia, ona musi mieć w domu jakieś “dziecko” do rozpieszczania. Na widok małej, kudłatej kuleczki, która niezgrabnie wgramoliła się na mamine kolana, ta zakrzyknęła:
- O mój ty kotku maleńki! I tak już zostało. Rodzice postanowili nacieszyć się prawdziwą zimą i wypuścili się w góry, a Kotka podrzucili jedynej córce. Córka bynajmniej nie miała w planie samotnych świąt. Zamierzała spędzić je razem ze swoją pierwszą, najjedyńszą miłością. Niestety – pierwsza i najjedyńsza miłość okazała się być nie do końca prawdziwa. Już od jakiegoś czasu Martusia obserwowała dziwne symptomy. Adam najwyraźniej był zamyślony, na nieśmiałe próby drążenia tematu odpowiadał półgębkiem, albo wcale.
A przecież już prawie kupili wspólny dom! Już meblowali swoje gniazdko ( no przynajmniej Marta je meblowała w wyobraźni). Już załatwiali kredyt. Ba – obejrzeli kilkanaście domostw w różnych wsiach i wioseczkach. Szczególnie jeden z domów ich zauroczył. Niedaleko od miasta, nieco na uboczu niedużej wsi stał stary dom. Drewniany, z otynkowanymi szczytami, pokryty czerwoną dachówką. Usytuowany na wzniesieniu górował nad okolicą. Do domu wiodła piaszczysta droga, obok niej płynął niewielki strumień. Kiedy pierwszy raz tam pojechali leciutko uchylona, żelazna furtka jakby zapraszała ich do środka. Weszli. Przed maleńkim, drewnianym gankiem, wykończonym urokliwą, rzeźbioną “koronką” stała ławka, wyślizgana od ciągłego przesiadywania na niej dawnych mieszkańców. Bo i widok z ławki był piękny. Jak okiem sięgnąć rozciągały się pofalowane wzgórza łąk, a na horyzoncie rysowała się ściana lasu. Marta rozejrzała się wokół roziskrzonym wzrokiem.
- Adaś, to chyba jest TO... - wyszeptała. Adaś wziął ją za rękę I razem weszli przez stare, skrzypiące drzwi. W kuchni już czekała na nich właścicielka.
- Nie mogę tu już dłużej sama mieszkać, chociaż kocham ten dom – powiedziała. Ale swoje lata mam. A tu trzeba w piecach napalić, i pod kuchnią, a i odśnieżyć już nie ma komu. Trzeba mi się do miasta przenieść. - Westchnęła z głębi duszy. - Ale was ten dom chyba przygarnie – uśmiechnęła się ciepło. - Chodźcie, zobaczymy, czy się sobie spodobacie.
I poszli za nią. Minęli kuchnię kaflową, w której pod fajerkami buzował ogień, przeszli do pierwszego z pokoi. Na drewnianej podłodze z malowanych, szerokich desek leżały kolorowe chodniczki.
- Jeszcze moja mama je tkała, z gałganków – powiedziała pani, widząc ich zachwycony wzrok – jak będziecie chcieli to wam kilka zostawię, bo one pasują do tego domu.
Pokiwali głowami w oszołomieniu. Chcieliby, to jasne. W tym pokoju też od kaflowego, zielonego pieca biło przyjemne ciepło. Dalej były następne pokoje, a każdy opowiadał jakąś historię. W jednym urodziła się starsza siostra właścicielki
– Kochani, ale to był charakterek... dobrze, że do Ameryki wyjechała, bo by tu całą wieś rozniosła!
W innym kiedyś przez komin i otwarte drzwiczki pieca nietoperz wleciał, a w kolejnym, w czasie wojny podobno jacyś uciekinierzy mieszkali. Po godzinie i Marta i Adam już czuli, że mogliby tu zostać na zawsze. Było tylko jedno “ale”. Pieniądze. Bo skąd dwójka młodych, na dorobku, ma wziąć nagle 180 tysięcy? Niby niewiele za dom. Ale dla nich – majątek!
- Wiesz kochanie – powiedział Adam – jestem żołnierzem. Mógłbym pojechać na misję. Ty też przecież chociaż studiujesz, w tej agencji reklamowej zarabiasz całkiem nieźle. Ja miałbym wyższy żołd i wiesz, jakbyśmy się pobrali, to może byśmy dostali kredyt na ten dom...
- Adaś, czy ty mi się oświadczasz? - Marta spojrzała na niego z niedowierzaniem.
Adaś skonfundował się nieco.
- No, tak jakby... Ja wiem, że to mało romantycznie, ale ja konkretny chłop jestem! Nie bacząc, że kierowcy nie należy z nagła rzucać się na szyję Marta przytuliła się mocno do niego. - Rozumiem, że to znaczy tak? - Zapytał Adaś uszczęśliwiony.
A potem coś zaczęło “ zgrzytać”. Adam późno wracał do domu z jednostki, Marta też całe dnie spędzała w pracy i na uczelni. Nie mieli kiedy nawet porozmawiać. - Może on żałuje, że mi się oświadczył? - Myślała coraz częściej. - Może nie chce już ani mnie, ani tego domu? - Zastanawiała się. I kiedy trzy tygodnie temu wyjechał na ćwiczenia – poczuła, że jej świat rozsypuje się jak domek z kart. Siedziała teraz z Kotkiem na kolanach ( konkretnie siedziała przywalona Kotkiem ) i rozmyślała patrząc beznadziejnie w zasnute deszczem okno. I znowu widziała w wyobraźni przed sobą ten stary dom na wzgórzu. I siebie z Adamem na wytartej ławce. Ech! Dzwonek telefonu wyrwał ją z odrętwienia.
- Cześć Laska! - usłyszała głos swojej najdawniejszej przyjaciółki. - Co robisz?
- Smęcę – odparła Marta głosem wypranym z energii.
- Słyszę, że smęcisz. Co robisz w święta? Bo słyszałam, że staruszki pojechali w świat daleki, a Adaś na wyjeździe.
- Sama będę. Z Kotkiem.
- Bo ja mam pomysł – na dźwięk tego słowa Marta zamarła. Aśka zawsze miała jakieś pomysły. Niemal bez wyjątku były to pomysły interesujące. I bezwarunkowo męczące, no i z reguły o nieprzewidywalnych skutkach. Albowiem Aśka była wysokoenergetyczną wariatką. - A może właśnie lekkiej dozy szaleństwa mi teraz trzeba – przemknęła Marcie przez głowę nieśmiała myśl.
- No, słucham ciebie – rzuciła do słuchawki. 
- A jakbyśmy zabrały Kotka i pojechały na wieś do moich znajomych? Mają bardzo urokliwy domek, w fajnej okolicy. I tam zapowiadają śnieg!
- A mogę się zastanowić? - Zapytała Marta słabym głosem, bo w jej obecnym stanie ducha energia przyjaciółki nieco ją przerażała.
- Zastanów się kochanieńka, byle nie za długo. Jutro muszę dać odpowiedź, bo chcą wiedzieć ile osób będzie.
- Jak to ile osób? To tam będzie więcej ludzi?
- No pewnie, że więcej! Nie myślisz chyba, że w twoje urodziny, i w wigilię będziemy smęcić we dwie!
- Nie we dwie. Z Kotkiem.- Zaprotestowała Marta.
- No dobra, niech będzie, że z Kotkiem. Nie, no co ty mnie tu zbijasz z pantałyku! Zastanowiłaś się! Jedziemy! Zaklepuję miejsca! Pa! - I tym energicznym okrzykiem Aśka zakończyła rozmowę. Marta popatrzyła na milczącą słuchawkę nieco ogłuszona.
- Kotek, to chyba jutro jedziemy, co? Kotek w odpowiedzi zamachał puchatym ogonem z białym pędzlem na końcu I uśmiechnął się całą paszczą.
Nazajutrz po południu pod wynajmowaną przez Martę kawalerkę podjechał klekoczący garbus Aśki. - Wyskoczyła z niego jak zawsze uśmiechnięta I zacierająca ręce.
- Wsiadajcie, bo zimno okrutnie. Ja chcę już do ciepełka!
- A ogrzewanie w samochodzie nie działa? - zapytała Marta.
- Niestety, wysiadło w zeszłym miesiącu. Jak jest mróz, a chyba będzie  trzeba szyby od środka ze szronu odskrobywać, bo nic nie widać. Ale nic to. Damy radę.
- Czym odskrobywać? - Martę zainteresował problem widoczności.
- Kawałkiem plastiku od CD. O tu masz, świetnie działa!
- To ja mam odskrobywać?
- No a kto, przecież nie ja. Ja jestem kierowcą...
Marta westchnęła tylko, uściskała swoją przyjaciółkę, wepchnęła z trudem mieszczącego się Kotka na tylne siedzenie I wgramoliła się do przodu.
- A gdzie my właściwie jedziemy?
- Niespodzianka! - Usłyszała w odpowiedzi. - W ogóle w odpowiednim momencie musisz zakryć oczy czapką, bo niespodzianki nie będzie!
- Jezu, ty już kompletnie zbzikowałaś?
- Ale dlatego tak się dobrze uzupełniamy, co nie?- Aśka puściła do niej oczko i z klekotem ruszyły w drogę. Droga wydawała się Marcie znajoma. Już kawałek za miastem zniknęły paskudne góry brudnego błota. Gdzieniegdzie nawet bielił się nie roztopiony śnieg.
- Ale pięknie! - zachwyciły się obie. Temperatura wyraźnie spadała, bo na szybach niemal niezauważalnie zaczął osiadać bielutki szron.
- Skrob kochana! - Aśka wręczyła Marcie narzędzie w postaci kawałka plastiku I skupiła się na coraz bardziej śliskiej drodze.
Po pół godzinie skręciły gdzieś w bok. Marta w bocznej szybie nie widziała praktycznie nic, a z przodu w zasadzie była tylko ciemność z lekka rozświetlona słabymi reflektorami wiekowego autka przyjaciółki.
- Dobra. Czapka na nos! - zaordynowała ta bez ogródek. Marta znając swoją przyjaciółkę uczyniła to bez sprzeciwu. W końcu jak niespodzianka, to niespodzianka!
Samochód wyraźnie podjeżdżał pod górkę. Zatrzymał się. Po czym ruszył z mozołem dalej. Kotek z tyłu wiercił się I popiskiwał wyraźnie podniecony. - Coś się kroi- pomyślała Marta. Stanęły.
- Tylko nie wysiadaj! Zaprowadzę cię! - Aśka powstrzymała ją przed odsłonięciem oczu. Marta posłusznie zastygła w bezruchu. Po chwili przyjaciółka pomogła jej wysiąść. - Kotek! Ty na razie zostajesz! - Powstrzymała psa przed wybiegnięciem w podskokach z samochodu. Marta poczuła na policzkach powiew mroźnego powietrza I zapach dymu z komina.
- Uważaj, schodki będą – usłyszała. Po chwili skrzypnęły drzwi I Marta poczuła inny zapach. Pachniało piernikiem, kominkiem I...domem? Zatrzymała się.
- Idziemy, idziemy! - Aśka pociągnęła ją energicznie. Zapach choinki stał się nieco bardziej intensywny. Ponad nim, obok pachniało coś jeszcze. Ten zapach był znajomy, bliski. Mama, Adaś? Co tu się dzieje? -  W tej chwili czapka przysłaniająca Marcie oczy zniknęła. - Niespodzianka! - Usłyszała chóralny okrzyk. Przy zielonej, jeszcze nie ubranej choince stali wszyscy jej najbliżsi. Rodzice, Adaś, i jego rodzice. Marta rozejrzała się z niedowierzaniem
- Jezu, gdzie my jesteśmy? Mama? Adaś? Co wy tu robicie? Przecież to...to jest ten dom!
- Nasz dom, kochanie! - Adaś doskoczył do niej. Cały czas głowiłem się jak to zrobić, żebyśmy mogli go kupić. I żebym nie musiał wyjeżdżać od ciebie na kilka lat. I wtedy spotkałem twojego tatę. A on zadzwonił do mojego taty.
- No i uradziliśmy – rzucił tubalnie tata Marty – że my sprzedamy letnisko I nie pojedziemy na wycieczkę.
- A my wyciągniemy zaskórniaki I nie kupimy wam prezentu ślubnego. Wystarczy na zaliczkę, wkład własny I jeszcze troch ę. A na resztę wspólnymi siłami weźmiemy kredyt.
- Kocham was! Marta rzuciła się Adasiowi na szyję ( widać jego kochała w tej chwili najbardziej... ) i rozszlochała się jak małe dziecko. Mama popatrzyła na swoją córkę I zięcia in spe – chodźcie – machnęła ręką. Weźmiemy Kotka I pójdziemy na spacer pod gwiazdami. A oni może przez ten czas ubiorą choinkę...
I w tej chwili za rozświetlonymi oknami starego domu zaczął padać drobniutki, puszysty śnieg. A na niebie zaświeciła pierwsza gwiazda...

Ona jest ze snu
Mieszkanie rodziców na Muranowie nigdy nie było moim domem. Może to przez fakt, że tam tylko "bywałam", a nie mieszkałam; może przez to, że zawsze domem dla mnie było mieszkanie prababci, znajdujące się w innej części Śródmieścia. U niej miałam wszystko, począwszy od sycących śniadanek przed wyjściem do szkoły, poprzez ulubione zabawki, a na godzinnych rozmowach z nią kończąc. Teraz, w przerwach między piątym rokiem studiów prawniczych a praktykami w kancelarii, odwiedzałam prababcię rzadziej, lecz kiedy się tylko spotkałyśmy, nie mogłam się z nią nagadać.
Zbliżała się Wigilia. Co prawda pierwsze ozdoby świąteczne pojawiały się w witrynach sklepowych już na początku listopada, a wielka choinka na Placu Zamkowym była ubrana od pierwszych dni grudnia, ja zawsze bliżej samych świąt wyczuwałam ich atmosferę. W przeddzień świąt zamierzałam ukończyć ostateczne przygotowania do wigilii Bożego Narodzenia. Idąc przez Plac Zamkowy poczułam wibracje w kieszeni płaszcza. Na wyświetlaczu zobaczyłam: „Filip”.
- Słucham? – powiedziałam i lekko odkaszlnęłam.
- Maria, czy możemy się spotkać? Jestem w pijalni czekolady na Szpitalnej.
- Mam się wracać?- mój głos zabrzmiał dość ostro.- Chyba cię popieprzyło…- dodałam szeptem.
- Maria, jak ty się wyrażasz! - z kolei w jego głosie nie było dostrzegalnej nuty kpiny wymieszanej z dozą humoru, nie brzmiał jak zawsze.
- Nie jesteś moim ojcem. Będę za dziesięć…- zawahałam się.- Nie, nie. Za dwanaście minut.
Rozłączyłam się zdenerwowana, nie chciałam ani z nim rozmawiać, ani się z nim spotykać, choć obiecałam. Stukając obcasami, na których ledwo chodziłam, doszłam do mojego wysłużonego Citroena, zaparkowanego nieopodal Pomnika Małego Powstańca. Wyjechałam szybko na Kilińskiego, później kierując się Długą w końcu dotarłam na najbardziej „reprezentacyjną” ulicę stolicy - Marszałkowską. Pieprzone korki, moje dwanaście minut piorun strzelił… Gdy tylko światła uliczne zdążyły się pozmieniać, ja już gnałam, aby jak najszybciej dojechać na Szpitalną. Filip nienawidził spóźnialskich. Choć byliśmy tak od siebie różni, udawało nam się być całkiem dobraną parą. Czasem jednak zastanawiałam się, czy to nie przyzwyczajenie dawało o sobie znać… Pogrążona w rozmyślaniach ledwo zauważyłam, że dotarłam na Szpitalną. Szukając wolnego miejsca parkingowego, klęłam w myślach. Filip nigdy nie był… taki. Nigdy nie prosił o spotkanie nieumówione wcześniej, niezapisane w jego skórzanym kalendarzu! Kiedy udało mi się zmieścić moje małe autko na parkingu niedaleko pijalni, byłam już lekko zdenerwowana. Cholera… Co się stało?
- Cześć, kochanie - gdy weszłam do kawiarenki, od razu zauważyłam narzeczonego. Miał tępą minę, którą najwyraźniej chciał coś wyrazić, lecz chyba nie wiedział jak. - Coś się stało?- siadłam na wiktoriańskim krzesełku naprzeciwko niego. W głośnikach słychać było przytłumione „Last Christmas”. Jeszcze tego brakowało.
- Słuchaj, Maria, ja…- zaczął niepewnie Filip.- Chciałem ci powiedzieć…
- Wyduś to z siebie, do cholery! - drżącą ręką sięgnęłam do torebki, namacałam szybko paczkę papierosów i zapalniczkę. Cholerne Chesterfieldy, jeden z wielu moich nałogów.
- Nie pal przy mnie. – Filip starał się okazać opanowanie, jednak najchętniej pewnie wydarłby się na mnie na środku kawiarni.
- Nie bądź porcelanowy, Kornacki- zaciągnęłam się papierosem i perfidnie wypuściłam cały dym na niego, uśmiechając się szyderczo. Jaka byłam okropna… Jak nigdy.
- Maria, poznałem kogoś.- Zakrztusiłam się dymem, który przenikał głęboko w moje płuca. Na chwilkę akcja mojego serca zatrzymała się a oczy skierowały się automatycznie prosto na niego.
- Coś ty powiedział?- Zjadałam go wzrokiem.
- Maria, ja… Posłuchaj, nie zrozum mnie źle, ale…
- Filip, do jasnej cholery! Co to ma znaczyć? Jesteśmy ze sobą dwa lata, a ty nagle, dzień przed wigilią, wypieprzasz mi z jakąś laską? Kto to jest? Gośka, ta od ciebie z wydziału? Już zaszła?- byłam wredna, chamska, ordynarna, ale tak zdenerwowana, że aż mówiłam szeptem.
- Marysiu, to jest… To jest „on”.
Jasna cholera, ja zaraz zemdleję. Czy on chce mi powiedzieć, że jest… Gejem?! Przez dwa lata spotykałam się z gejem?!” Wypuściłam głęboko powietrze, prawie gasząc świeczkę, która nas dzieliła.
- Filip… Wyjdź stąd. Już. Nie chcę cię więcej widzieć, a to - ściągnęłam złoty pierścionek z małym szmaragdem z palca - możesz sobie dać swojemu facecikowi!
Posłuchał mnie; nie próbował nic wyjaśniać, tłumaczyć, po prostu wyszedł regulując rachunek za swoją niedopitą czekoladę. Gdy usłyszałam charakterystyczny dzwoneczek oznajmiający, że Filipa nie ma już w pijalni, ukryłam twarz w dłoniach i mocno zaszlochałam. Niewiele obchodziło mnie to, że połowa kawiarni patrzy się w kierunku mojego stolika a barman z kelnerką zapewne chichoczą snując domysły na mój temat. Nie wiem, ile czasu minęło zanim sięgnęłam po drugiego papierosa; znów ten sam rytm: paczka- papieros - zapalniczka - wdech. Pomiędzy palcami prawej ręki trzymałam fajkę, lewą natomiast przykryłam podpuchnięte oczy.
- Może chusteczkę? - Usłyszałam po chwili i popatrzyłam znad bukieciku róż stojących tuż obok mojej twarzy, a którego wcześniej w ogóle nie zauważyłam.
- Posłuchaj, jeśli chcesz mnie pocieszać, to błagam, nie trudź się!- Byłam oschła i zimna, a ten chłopak nawet się tym nie przejął. A wręcz przeciwnie - wzruszył tylko ramionami i powiedział:
- Ja tylko proponowałem chusteczkę. - Już miał odchodzić, gdy ja odwarknęłam:
- Siadaj. Ja cię skądś znam.
- A ja cię znam, czy to dziwne? Michał Ślesicki, z prokuratorskich - podał mi rękę i, ku mojemu zdziwieniu, usiadł nie naprzeciwko, lecz tuż obok mnie. Szukałam w pamięci jego nazwiska, lecz nie mogłam skojarzyć, skąd znam te szarozielone tęczówki oraz dołeczki w policzkach, ujawniające się tylko podczas uśmiechu.
- Ach!- Przypomniałam sobie.- To ty wpadłeś na adwokackie z zapytaniem, gdzie jest Grigorij!
- Grigorij?- uśmiechnął się, znowu, a ja, jak głupia smarkula, poczułam mrowienie na plecach.
- Ten, od prawa karnego. Wygląda jak ten z „Czterech Pancernych”, nie zauważyłeś? - Zaśmiałam się serdecznie i spoglądając znad głowy Michała zobaczyłam zbliżającą się kelnerkę.
- Co chcesz?- spytał szybko.
- Ja…
- Raz miętową, raz różaną na gorąco poprosimy - wyrecytował szybko, a Olga, jak nazwałam w myślach kelnerkę, przypominającą dorodną Rosjankę, zapisała wszystko w małym notatniku i odeszła.
- Skąd wiedziałeś, że lubię różaną?
- Nie wiedziałem, sugerowałem się instynktem. Cieszę się, że trafiłem. – Odpowiedział rozbawiony.
Nagle poczułam palącą czerwień na policzkach.
- Ja… Michał, nie przedstawiłam się. Sam pewnie mnie nie kojarzysz.
- Zawstydziłam się na chwilkę. - Maria Rozwadowska. - I zamrugałam oczami podwójnie, jak to miałam w swoim zwyczaju. Pewnie śmiesznie to wyglądało.
- Tak, masz rację, nie kojarzyłem. Teraz będziemy się znać.- Uśmiechnął się. „Cholera, jak on na mnie działa! Dopiero co zerwałam z narzeczonym, a czuję się zdolna do wszystkiego.”
- Widziałeś całą sytuację? - Zauważając, że wyciąga z kieszeni marynarki paczkę Dunhilli, również zapaliłam.
- Jaką sytuację? - Przez jego twarz przebiegł cień uśmiechu.
- Nie rób z siebie głupa! - Zaśmiałam mu się dymem w twarz.
- Chciałem być delikatny - Usprawiedliwił się ze śmiechem. - A tobie chyba już przeszła złość, co?
- Człowieku, przez dwa lata spotykałam się z pedałem, nic o tym nie wiedząc. Szczęście, że nie studiujemy razem, wyobrażasz to sobie?!
Zaśmiał się głęboko, zaciągając petem.
- Daj pociągnąć.- Bez słowa podał mi fajkę, a ja pozwoliłam, by ciężki dym podszedł aż pod żołądek. Oddałam papierosa również bez słowa.
- Chcesz może?- Zaproponowałam swojego. On tylko spojrzał pogardliwie, po czym powiedział:
- Slimy?- Popatrzył na paczkę.- Mentolowe?! - jego śmiech przeszył mnie na wylot.
Zamilkliśmy na chwilę, dopalając papierosy, gdy Olga przyniosła czekoladę. Upiłam trochę z pucharka, po czym popatrzyłam na Michała. On spojrzał na mnie i wpatrując się kurczowo w moje usta i nos, wybuchł niepohamowanym chichotem.
- O co ci chodzi?- Fuknęłam, udając obrażoną.
- Po prostu masz płatek… Tutaj.- Dotknął zagłębienia między nosem a wargami, a ja poczułam się odrobinę zmieszana, choć też i szczęśliwa…
- Dziękuję.- Odpowiedziałam miękko, a chwilę potem, niewiele myśląc, dodałam:
- Może zmienimy miejscówkę?
Michał odpowiedział mi tylko śmiechem, po czym wyszliśmy z restauracji i skierowaliśmy się moim samochodem w stronę rynku Starego Miasta. Dwadzieścia minut później już siedzieliśmy w znanej knajpie, wypełnionej ludźmi, którym najwyraźniej święta były wybitnie nie w smak.
Popijaliśmy wermuta. Michał niestrudzenie zabawiał mnie anegdotkami z wydziału prokuratorskiego.
- Tak w ogóle - zaczęłam, trzymając kieliszek przy ustach - coś ty robił na Szpitalnej?
- Dziewczyna ze mną zerwała, kilka dni temu… Zaszła w ciążę z innym, gówno mnie nawet obchodzi, z kim. Barman w pijalni to mój kumpel, pomagałem mu, by zapomnieć chociaż na chwilę.
Byłam porażona. On był w takiej samej sytuacji jak ja! Wiedziałam, że chociaż udawaliśmy zadowolonych i obojętnych, bolało nas tam, w środku. Przesiedzieliśmy w knajpie kilka godzin, aż się ściemniło. Nie byliśmy pijani, choć kilka kieliszków wermuta i dwie kolejki żurawinowej Finlandii dały o sobie znać.
- Michał…- wyszeptałam powoli. - Chodźmy do mnie.
Po jego minie widziałam, że wiedział, o co mi chodzi. Czy tego właśnie chciałam, chcieliśmy? Czy dzień przed Wigilią był odpowiednim dniem na jednoczesne zerwanie z narzeczonym, odejście od dotychczasowego, nudnego życia i rozpoczęcie nowego, które mogłabym zacząć seksem z Michałem Ślesickim? Uznałam, że to potrzebne. Nawet jeśli miałabym tego żałować aż do grobowej deski.
- Gdzie mieszkasz?- Spytał, gdy wyszliśmy z knajpy.
- Na Muranowie. To całkiem niedaleko, ja…- Nie dał mi dokończyć. Wziął mnie na ręce i zaczął biec jak szalony.
- Ty wariacie! Gdzie idziesz?! - zaczęłam okładać jego barki pięściami gdy dotarło do mnie, że idziemy w przeciwną stronę, a on tylko się śmiał, aż w końcu i ja dołączyłam do niego.
- Do mnie…
- Dobrze.- Wyszeptałam prosto w jego usta.
Gdy dotarliśmy do jego kamienicy, Michał z niecierpliwością otworzył drzwi mieszkania.
- Michał…- Szepnęłam, tuląc się do niego i ulegając jego ustom coraz bardziej…
- Ciii…- odpalił papierosa, a dym z pierwszego zaciągnięcia wpuścił prosto w moje usta.- Nie potrzebne nam są słowa.
Po chwili poczułam, jak położył mnie na zimnym łóżku. Byłam świadoma tylko dwóch rzeczy - tego, że pościel jest satynowa i gładka oraz tego, że w pokoju panuje niezwykle przyjemny półmrok. Zachłanne ręce Michała chciały poznawać moje ciało odrobinę zbyt łapczywie; nie pozwoliłam na to. Wtedy po raz pierwszy pojawiły się wątpliwości. Czy aby na pewno dobre robię oddając się urokowi chwili? Powinnam być teraz u babci, rozmawiać z nią o Wigilii, cieszyć się z przyjazdu rodziców i kuzynostwa, a co robię? Tracę resztki godności z Michałem Ślesickim!
- Przestań tak rozmyślać!- Nakazał mi zaborczo, a ja poddałam się mu z lekkością szmacianej lalki.
***
Poczułam się lekko obolała. Otworzyłam oczy i zasyczałam cicho, a po chwili usłyszałam, jak Michał przekręca się na prawy bok, tyłem do mnie. Nie chcąc go obudzić, podniosłam się na ramionach, rozejrzałam uważnie po pokoju, w którym nadal panowało przyciemnione światło lampy. Mój wzrok skierował się na elektroniczny zegarek stojący na biurku. 7:18. Wigilia Bożego Narodzenia. Co mam robić?
Postanowiłam wstać z łóżka, ubrać się i zrobić kawę. Podniosłam się nie wydając z siebie żadnego dźwięku, po czym ubrana tylko w bieliznę wyruszyłam na poszukiwania swoich ubrań. Jak wydedukowałam po chwili, były gdzieś dobrze schowane. Nie chciałam szperać w szafkach Michała, więc poszłam od razu do łazienki w nadziei, że znajdę jakąś starą, zapewne spraną koszulkę. Nie pomyliłam się. Od razu rzuciła mi się w oczy czerwona koszulka leżąca na pralce. Wzięłam ją do ręki, rozpostarłam i zobaczyłam wielki złoty herb Manchesteru United. Mimowolnie zanurzyłam w niej twarz i zakrztusiłam się intensywnym zapachem, który tak dokładnie pamiętałam z poprzedniej nocy. Na myśl o tym, co robiliśmy w jego sypialni, aż się zaczerwieniłam. Założyłam koszulkę. Była na mnie przydługa, sięgała do połowy uda. Wyszłam z łazienki cicho, na palcach, a w drodze do przestronnej kuchni zajrzałam do sypialni. Michał spał. Wyglądał jak mały, niegroźny urwis. W kuchni od razu włączyłam ekspres i naszykowałam pierwsze dwa kubki, które rzuciły mi się w oczy. Kuszona przez żołądek zajrzałam do lodówki, w której - ku swemu zaskoczeniu - znalazłam zadziwiająco dużo jedzenia. Jak nie u faceta. Pochyliłam się nad lodówką i wzięłam z pudełeczka kawałek serka feta. Nagle poczułam się głupio. Grzebię obcemu mężczyźnie w lodówce! Zamknęłam ją szybko i podeszłam do ekspresu, w którym zdążyła się już zaparzyć kawa. Przy urządzeniu stały bambusowe deski, na których zamierzałam zanieść aromatyczny napój do sypialni. Kuszący zapach rozniósł się po całej kuchni; westchnęłam głęboko i biorąc deskę, na której postawiłam kubki, skierowałam się do sypialni. Michał nadal spał. W białej pościeli wyglądał kusząco. Stanęłam w wejściu do pokoju, oparłam się o framugę i wpatrywałam się w niego uporczywie. Ten chyba czuł mój świdrujący wzrok na sobie, bo jak na komendę zaczął przecierać oczy. Podniósł się na ramionach, popatrzył na mnie nieprzytomnie, lecz po chwili się uśmiechnął.
- Co za piękny widok - wymruczał.- Kobieta, w dodatku taka, United i kawa. Czego chcieć więcej?
Nagle przypomniałam sobie o kawie.
- Właśnie, Michał, kawa. Wypiję ją i będę musiała uciekać.- Wydukałam bardziej do siebie, niż do niego i postawiłam deskę na nocnym stoliku.- Jesteś zły za koszulkę?
Nasze spojrzenia się spotkały. Po chwili piorunowania się wzrokiem, poczułam, że muszę mrugnąć.
- Przegrałaś.- Dotknął moich bioder i zbliżył swoje usta do moich.- Teraz będziemy kończyć to, co zaczęliśmy wieczorem…
- Michał, chwileczkę.- poczułam lekką konsternację.- Słuchaj, tak właściwie to się nie znamy, ale… Poszedłbyś ze mną na rodzinną wigilię?
Speszył się, lecz po chwili odpowiedział mi śmiechem.
- Jasne.- popatrzył się na mnie wzrokiem takim jak podczas wczorajszego wieczoru.- O której zaczyna się kolacja?- wyszeptał mi do ucha i delikatnie je przygryzł.- Bo wydaje mi się, że mamy jeszcze trochę czasu…
Nie miałam odwagi ani ochoty kwestionować.
***
Przed drzwiami domu prababci Julianny niemiłosiernie trzęsły mi się nogi. Nie, nie z zimna. Do tego akurat byłam przyzwyczajona. Byłam zestresowana. Końcem mojego związku z Filipem, Ślesickim, który stał tuż obok mnie z przeogromną torbą prezentów, tym, jak zareaguje na niego rodzina.
- Spokojnie.- Michał chciał dodać mi otuchy spojrzeniem.- No, już. Jeśli ty nie zadzwonisz, ja to zrobię.
Kiwnięciem głowy dałam mu pozwolenie, a on sięgnął dłonią do dzwonka. Usłyszeliśmy kroki, a ja poczułam się jakbym zaraz miała skurczyć się do rozmiarów igły. Nadchodziła świąteczna katastrofa. W momencie szczęknięcia zamka, było już za późno.
- Maria, jesteś… Jesteście wreszcie!- radosny krzyk prababci Julianny dotarł do najdalszych zakamarków moich uszu. Widać, chciała trzymać fason.- Kto to jest? Gdzie jest Filip?- syknęła mi do ucha, gdy rozbieraliśmy się w przedpokoju. Postanowiłam jednak wyjaśnić nie tylko babci, kim jest ów przystojny pan, który przyszedł ze mną na wigilię zamiast mojego byłego faceta- geja. Kiedy weszliśmy do salonu, gdzie siedzieli moi dziadkowie, rodzice, wujostwo, mój brat oraz jego żona wszystkie spojrzenia momentalnie skierowały się na nas.
- Droga rodzino…- pomyślałam, że najlepiej będzie prosto z mostu.- Zerwałam z Filipem.
Nie dając rodzinie dojść do słowa, nie mogłam również wyzbyć się wrażenia, że Michał cały czas się śmieje.
- Zapewne się zdziwiliście, lecz nie to jest największą niespodzianką. Filip jest gejem.- przysięgam, prawie wybuchłam gorzkim śmiechem.- A to jest…
- Michał Ślesicki. Przyjaciel.- teraz nie mogłam się nie roześmiać. Przyjaciel, do cholery?!
- No cóż, tak się składa, że poznaliśmy się wczoraj…- obdarzył najpierw mnie, później całą moją rodzinę, szczególną uwagę zwracając na kobiety, powalającym uśmiechem. Gdy tylko zobaczyłam minę mojego brata Arka, cały mój stres zdążył ulecieć. Nigdy nie lubił Filipa.
- Siadajcie, kochani- moja mama jak zwykle potrafiła wyjść nawet z najtrudniejszej opresji.
Nagle usłyszeliśmy krzyk zziajanego dziecka.
- Mamo, tato! Pierwsza gwiazdka! Zobaczcie, no…- kiedy tylko mała istotka- moja bratanica Anastazja zobaczyła, że w pokoju znajduje się dwie osoby więcej niż powinno, od razu się speszyła.- Ciocia Maria!- spytała nieśmiało, cały czas patrząc na Michała.
- Tak, i wujek Michał- ten z kolei uśmiechnął się do niej zawadiacko i wziął na ręce. Skubana, czy rodzice nie uczyli jej żeby nie spoufalać się z nieznajomymi? Zaczęła zaśmiewać się w głos, a cała scena rozczuliła zarówno mnie, jak i Arka i Magdę.
- Anasiu, chodź tutaj, połamiemy się opłatkiem.- Michał posłusznie postawił małą na ziemi, a ta od razu pognała do rodziców, podczas gdy my zajęliśmy miejsca przy stole.
- No, to kochani- zaczęła prababcia Julianna.- Skoro malutka mówi, że na niebie już pierwsza gwiazdka, trzeba wziąć opłatek.
- Marysiu, chciałam ci życzyć wesołych świąt. Bądź zdrowa i szczęśliwa z… Michałem. A Ty- wskazała na niego.- Masz szczęście, że nie muszę chodzić o lasce, bo gdybyś skrzywdził Marię, poczułbyś ją bardzo daleko.- prababcia próbowała przybrać groźną minę, lecz wszystko wyszło przekomicznie.
Po kilku minutach wypełnionych rodzinną szczerością, szmer składanych życzeń przerwał wrzask Anastazji:
- Czas na prezenty!
- No, to bierz się za rozpakowywanie, jak taka jesteś mądra!- zaśmiałam się, i już chciałam chwycić małą za rękę, kiedy zostałam zatrzymana… Przez Michała.
- Hej, mała, mogę pożyczyć twoją ciocię na chwilę?- znów posłał jej ten swój szelmowski uśmiech.
- Oby szybko!- złożyła rączki na piersiach i lekko tupnęła nogą, by sprawiać wrażenie surowej.
Odeszliśmy na chwilę od rodziny, która była zajęta praktycznie wszystkim- prezentami, przynoszeniem potraw do stołu oraz doglądaniem, czy wszystko jest już gotowe.
- Maria…- zaczął Michał niepewnie. Kiedy przypomniałam sobie jego z poprzedniej nocy, wydał mi się teraz takim malutkim, bojaźliwym chłopcem. Wyjął z kieszeni marynarki welurowe pudełko.- Mam nadzieję, że ci się spodoba.
Otworzyłam wieczko, a to co ujrzałam, przerosło moje oczekiwania. Nie była to pełna przepychu kolia z dwudziestoczterokaratowego złota. Był to piękny, brylantowy wisiorek w kształcie serca.
- O Boże, Michał, on jest…
- Cichutko.- pocałował mnie dyskretnie w usta.- Maria, po prostu powiedz, że będziemy razem.
- Ślesicki, czy nikt ci nie powiedział, że w zawodzie prokuratora nie zadaje się głupich pytań?
Obejmując jego szyję i dotykając wargami jego ust, wiedziałam, że będą to najlepsze święta w moim życiu.

Melodia życia
Święta, to ten najpiękniejszy czas w roku, kiedy wszystko wydaje się łatwiejsze, ludzie są sobie milsi, a w wigilijny wieczór przemawiają nawet zwierzęta. Jednak dzień wcześniej panuje jeszcze chaos. W domach pachnie świątecznymi potrawami, podróżni spieszą by pierwszą gwiazdkę przywitać z najbliższymi. Miejskie uliczki także są skrzętnie wypełnione ludźmi. Zabiegani robią ostatnie zakupy, niektórzy szukają prezentów dla bliskich. Może ktoś w tym roku dostanie dziesiątą parę wełnianych skarpet, albo pięknie oprawioną książkę, która będzie pamiątka na długie lata. W czasie świąt każdy z nas jeszcze usilniej poszukuje szczęścia. Chcemy odnaleźć to ciepło rodzinne, czasem wyprostować ścieżki swojego życia lub po prostu odnaleźć drogą, którą powinniśmy kroczyć.
Także on samotny, uliczny grajek siedzący na ławce pośród zabieganych ludzi. Nie zwracają oni na niego większej uwagi. Wydaje się, że wtopił się już w świąteczny krajobraz i jest tak samo powszedni jak migotające światełka czy nieustannie padający śnieg. Ale on jest niewzruszony. Mimo chłodu siedzi i przygrywa różne melodie. Obserwuje wszystko i wszystkich, bo to tutaj rozgrywają się najważniejsze historie, napisane przez życie.
Kapelusz jest wciąż pusty, a tyle tu ludzi. Jeden przechodzi ze zwieszoną głową, inny idzie w pośpiechu nie patrząc na boki. Czasem ktoś spojrzy ze smutkiem. Być może sam chciałby taki wystawić, ale nie ma odwagi. Boi się opinii innych ludzi, wytykania palcami, ale co robić kiedy portfel jest pusty a w domu czekają najbliżsi. Oni przecież też chcą mieć święta takie jak inni.
 Nagle pojawia się pierwsza moneta. To mała dziewczynka stoi przed grajkiem. Jej uśmiech, zachwyt w oczach mówią wszystko. Jest w nich dziecięca ufność i radość.  Dziewczynka ciągnięta przez matkę wciąż się ogląda tak jakby chciała tu zostać. Nie jest jeszcze przesiąknięta tym wszystkim co rządzi dzisiejszym światem. Najważniejsze, co przez nią przemawia, to prawdziwość. Grajek zastanawia się jakby brzmiała muzyka tworzona przez nich oboje. Dwa pokolenia, dwie różne historie…
Coraz obfitsze opady śniegu wprawiają ludzi w popłoch. Wszyscy chcą być pierwsi, załatwić wszystko jak najszybciej i czym prędzej wrócić do domów. Biegną byle gdzie, byleby się schronić, uciec od tego wszystkiego. Jednak schronienia przed natrętnym śniegiem nie wystarczy dla wszystkich, zawsze ktoś zmoknie. Ludzie uciekają przed problemami. Chronią się byle gdzie, pod byle czym, często z byle kim. A tak naprawdę to nic nie daje. Nie warto uciekać, czasem trzeba zmoknąć.
Grajek dalej siedzi i przygrywa. Na przekór padającemu śniegu. Nie ucieka, a dźwięki wydobywane z jego harmonijki podnoszą się o kilka tonów, by ludzie go usłyszeli. Ci, którzy się nie ukryli mogą znaleźć swoje schronienie tutaj, z nim. Mokną, napotykają problemy, ale są razem. Starsza kobieta siedząca przy straganie dopiero teraz zauważa grajka. Odczuwają między sobą nić sympatii, przecież spotkało ich to samo. Oboje mają ten sam problem. Ona także spędzi te święta samotnie. Kiedy sprzeda już wszystko, wróci do domu. Do pustego domu.  Kolejna moneta ląduje w kapeluszu, pochodzi właśnie od niej. W taką pogodę dużo nie zarobiła, to jest jej cały majątek, ale dzielenie się z innymi sprawia jej radość. A ona przecież nie ma się z kim podzielić. Grajek w podziękowaniu uśmiecha się szeroko.
I wtedy śnieg przestaje padać. Wydaje się robić ciepło. To wszystko dzieje się w sercu ulicznego Grajka. Chciałby on, żeby w ten czas takie ciepło zagościło u każdego. Bez względu na wiek, majątek czy wyznawaną religię. Bo przecież każdy ma prawo do tego, by być szczęśliwym.
Ulicą przechodzi grupa młodych ludzi. Są mokrzy od stóp do głów, ale promienieją radością, dlatego, że są tutaj razem. Żywo dyskutują i głośno się śmieją. Przystają i patrzą na grajka, który zmienia graną melodię. Ale w kapeluszu nie ląduje żadna moneta. Młodzi szydzą z Grajka. Mają oni wszystko to czego jemu brak, ale nie potrafią tego docenić. Nie wiedzą, co to szacunek, ból, samotność. W ich życiu panuje beztroska.  Niewzruszony Grajek nie przerywa gry. Młodzi znudzeni i zniechęceni jego obojętnością odchodzą.
Tłum na ulic jest wielki i wciąż się powiększa. Ktoś biegnie, ktoś idzie, ktoś się cieszy, ktoś płacze, każdy z nich szuka szczęścia.
Pewna para przechodzi spierając się. Ona płacze, on tłumaczy. Przystają nieopodal grajka. On wie co zrobić, by się pogodzili, dlatego zmienia melodię by nieco im pomóc. Chłopakowi wreszcie udaje się przytulić dziewczynę. On pokazuje jej małe pudełeczko. Mówi i wyjaśnia, ale ona milczy. On przyklęka, już wiadomo jaki ma dla niej prezent. Niektórzy przystają, a grajek znów zmienia melodię, z którą mieszają się oklaski. Drobna rzecz błyszczy na palcu dziewczyny. Te święta spędzą razem, na pewną będą jedne z piękniejszych w ich życiu, ale kolejne będą jeszcze bardziej wyjątkowe, bo spędzą je już we trójkę. Patrzą sobie w oczy i widzą, że oni już znaleźli swoje szczęście.
Każdy z nas szuka takiego szczęścia. Chcemy odnaleźć drugą połowę, swoje miejsce na ziemi, zrealizować marzenia i dojść do wszystkich postawionych sobie celów.  Szczególnie w czasie świąt. Nikt nie chce być nieszczęśliwy, ani samotny, a to wszystko zależy od nas. Zależy od tego jak sobie zagramy w szczęściu i w nieszczęściu. Bo każdy z nas jest tak jak ten grajek. On zobaczył dziś wiele historii innych ludzi. On, który przegrał swoją historię. Nie potrafił jej zagrać, a kiedy już się tego nauczył, było za późno. Teraz może przygrywać innym. Nie popełniajmy tego błędu i wsłuchujmy się w to co gra nasze serce. Wsłuchajmy się szczególnie wtedy, gdy podczas świąt mamy chwilę by się zatrzymać i zastanowić. Bo to właśnie nasze serce przygrywa nam najpiękniejszą melodię życia.



56 komentarzy:

  1. Brawo za odwagę pierwszym Pisarzom:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale wspaniale się czyta !
    Też brawa za odwagę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Podziękuję w imieniu uczestników bo zapewne związani anonimowością boja się bidulki odezwać:) I wszystkim czytającym też dziękuję bardzo, bardzo serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Kotek psem będący;););) Świetne opowiadania;);)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak książka się ukaże, to ja już stoję w kolejce po nią :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książka na pewno nie będzie w pierwszym obiegu (to znaczy nie będzie w księgarniach) bo mamy na to za mało czasu i się po prostu nie da:) Ale jeżeli pomysł będzie się podobał to przygotujemy taką rzecz na następny rok:) Teraz będzie ją można po prostu zamówić, po kosztach, coby nam się cena druku zwróciła:) Pozdrawiam

      Usuń
    2. Więc ja już zamawiam :P W ciemno

      Usuń
    3. to ja też pal licho ile zaśpiewa drukarnia!!

      Usuń
  6. Cieszy mnie, że opowiadań przybywa:-)))
    Asia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też:) A zastanawiałam się czy będzie jakikolwiek odzew a tu taka niespodzianka:)

      Usuń
  7. Ja tylko chciałam powiedzieć, że na zdjęciu, przy opowiadaniu Moje wymarzone święta, jest zły piesek. Wiem, wiem czepiam się :)

    Chciałam pogratulować opowiadania Ona jest ze snu, piękne naprawdę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to proszę mops jak malowanie z tym że niestety nie znalazłam świątecznego:)

      Usuń
  8. tak, juz był u mnie płacz z powodu nie tego pieska

    OdpowiedzUsuń
  9. Mops jest tylko trochę z konwencji się wyłamał bo nie jest świąteczny, ale za to z całą pewnością jest mopsem:)

    OdpowiedzUsuń
  10. tak, ten się podoba

    OdpowiedzUsuń
  11. Widzę, że opowiadań przybywa, czyli jednak coś tam pisać ludzie potrafią... a mówią, że szerzy się analfabetyzm, nawet w przedszkolu na zebraniu o tym ostatnio słyszałam, trzymam kciuki za odważnych!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E tam! Ten analfabetyzm to pomówienia i złe języki ludzkie:) Toż tu mamy dowody, czarno na białym stoi, że lubimy i czytać i pisać:)

      Usuń
    2. szkoda tylko, że dzieci tak rzadko po książkę sięgają, moja Gosia jak była w zeszłym roku na kolonii i wyciągnęła książkę to ją "koleżanki" wyśmiały, na szczęście jest na tyle mądra, że nie przejmowała się tym, wiem, wiem, nie jestem obiektywna, bo to moje dziecko... przykro mi tylko czasem, gdy w szkole czy wśród innych znajomych patrzą na nas jakoś tak dziwnie, albo mówią: "Ile Wy macie książek, na co Wam tyle???" Teraz to tylko komputer i komputer i gierki bezsensowne i zabijające w nas ludzi!

      Usuń
    3. Kochana, wpadnij do mnie z córką od razu przestaniesz się czuć dziwnie:) U nas książki są wszędzie i mam w nosie co o mnie myślą. Lubię i już i to moja sprawa:)Zresztą takich jak my wbrew pozorom dużo jest tylko rozsypanych po świecie. Wystarczy blogi o książkach poczytać. A jeżeli chodzi o brak zainteresowania książkami u dzieci to jednak dużą odpowiedzialność ponoszą za to dorośli. Dziecko, które nie zna książki nie umie się rozkochać w czytaniu. Ło matko ależ to zabrzmiało:), ale w sumie tak jest. A gierki komputerowe, hmmm.... Jak by to powiedzieć:) Wszystko jest dla ludzi byle z umiarem, sama czasami pogrywam:)

      Usuń
    4. Zgadzam się z tym, że wiele zależy od dorosłych. Zamiłowanie do czytania książek zawdzięczam rodzicom. Wieczorami tata siadał przy moim tapczanie i czytał na głos różne opowieści. Natomiast mama przynosiła do domu książki z istniejącej jeszcze zakładowej biblioteki. To były wspaniałe chwile...

      Pozdrawiam
      Lena

      Usuń
    5. cieszę się, że rodzice przekazali Ci miłość do książek, u mnie też w domu była spora biblioteczka, która jak na kawalerkę zajmowała bardzo dużo miejsca...

      Usuń
  12. ja też czasem gram, nie powiem, ostatnio rzadko, ale myślę podobnie, wszystko powinniśmy sobie dawkować, co za dużo to niezdrowo przecież, ludźmi się nie przejmuję, tylko tak bym chciała, by więcej czytali...

    OdpowiedzUsuń
  13. co zaglądnę jest jedno lub dwa opowiadania więcej;-)
    co mnie bardzo cieszy oczywiście, że pomysł z takim wielkim odzewem się spotkał;-)
    muszę przysiąść na weekendzie i wszystkie przeczytać, ale uczta literacka mnie czeka;-)
    żebym się tylko w tym świątecznym klimacie nie rozpędziła i miesiąc wcześniej nie zaczęła choinki ubierać;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. właśnie! ja przez te opowiadania też już o świętach myślę...

      Usuń
    2. Ja w sekrecie Wam powiem dziewczyny, że nawet lubię tak wcześnie się świątecznie zakręcić:) Planować, te prezenty po szafkach upychać, to wszystko tworzy taki klimacik, którego im więcej tym lepiej:)

      Usuń
  14. Basieńko jak ubierzesz to najwyżej folią okryjesz, coby się nie przykurzyła i będzie jak znalazł na 24 grudnia:) Ja już popadłam w przedświąteczny nastrój ale ograniczam się chwilowo do tworzenia jadłospisu świątecznego:) A opowiadań rzeczywiście przybywa, dużo nas się tu zrobiło co uszczęśliwia mnie nieziemsko:)
    Całusy nieustające, bardzo nam ten dzień całuśnie się zaczyna:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a co tam u pani pisarki w tym menu będzie, jeśli można spytać... może coś i mi się spodoba...?

      Usuń
    2. Można:) Tylko wieczorkiem napiszę, bo teraz znikam dziewczynki, bo dzisiaj mam tyle planów, że nie wiem czy połowę uda mi się ogarnąć:) A jak się coś spodoba to będziemy miały taką troszkę wspólną wigilię, połączą nas potrawy, no i opłatek rzecz jasna:)
      No to się narobiło, teraz to już zupełnie świąteczny nastrój mnie ogarnął!
      Cieplutkiego piątku życzę i znikam niczym jakowyś dżin albo inne znikające stworzenie:)

      Usuń
    3. i mnie nie było, ale już jestem, mój piątek był dosyć zaskakujący, a mąż prawie brał udział w wypadku, na szczęście tylko prawie...

      Usuń
    4. Dobrze, że nie tylko w reklamie prawie czyni różnicę. Pewnie było nerwowo, ale z tego co piszesz na nerwach się skończyło dzięki Bogu. Ja też miałam niesamowity dzień, zaskakujący nieziemsko:) Napiszę o tym w poście, bo ubawiłam się dziś serdecznie. Co do jadłospisu to jeszcze jest w trakcie tworzenia i modyfikowania, ale na pewno jak co roku będzie kapusta wigilijna (robię z grzybami i olejem), zupa rybna (mąż po prostu nie daje się od garnka odgonić) robię taką z wędzonym łososiem i dorszem, z dodatkiem mleka. Karp smażony i pieczony, śledzie w curry, sałatka jarzynowa, pierogi i krokiety z pieczarkami, pierniczki takie jak alpejskie, makowiec, na pewno tez upiekę chleb mam bardzo prosty i szybki przepis, z którego chlebek wychodzi boski, no i jeszcze kompot z suszu:) A i kaczka na obiad pierwszego dnia świąt, resztę jeszcze opracuję:) A co Ty panujesz? Uchylisz rąbka tajemnicy?

      Usuń
  15. Oj, jak się smakowicie zrobiło, chyba blog kulinarny pora założyć! Ja tradycyjnie, nic specjalnego, moje dzieciątka i tak za wieczerzą wigilijną nie przepadają, ważniejsze jest śpiewanie kolęd, a przede wszystkim prezenty oczywiście,a czy mogę prosić o przepis na tę zupkę, bo może i mąż, i dzieci by skonsumowały, bo ryby lubią? Kompot z suszu jest też i u mnie na stole, pierogi z kapustą i grzybami suszonymi, z naszych lasów, ale nie przeze mnie niestety zbierane, tylko przez moją siostrę, gołąbki z tymi samymi grzybami, uwielbiam! Do kaczki to chyba nie mam talentu, pamiętam jak kiedyś z jabłkami próbowałam upiec, nie za bardzo to mi wyszło... pozdrawiam serdecznie, a z tego wczorajszego wypadku najlepszy był tekst młodego kierowcy: "Kurcze, samochód skasowałem". Nie było istotne to, że przeżył i nie zrobił krzywdy innym uczestnikom ruchu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może to taka pierwsza reakcja, podyktowana stresem. Ja sobie przypominam jak dwa lata temu w górach poszliśmy na szlak, po tym jak w nocy padało. Ślisko było piekielnie no i w pewnym momencie nawet nie wiem jak i kiedy noga mi zjechała po korzeniu i poleciałam w dół. Jakie były moje pierwsze słowa gdy dopadł do mnie półżywy ze strachu mąż? Sprawdź co z aparatem:), i nie wiem dlaczego, ale to była moja pierwsza i jedyna myśl, która przebiła się przez piekielny ból: czy aby aparat ocalał:)
      A przepis na zupę podam za momencik w poście:) Może ktoś jeszcze skorzysta:)

      Usuń
  16. Jak nadejdzie czas głosowania będzie trudno... Oj trudno...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście jest w czym wybierać:) Irenko skoro już się przyznałaś, że napisałaś to ja czekam i nie przyjmuję odmowy:)
      Pozdrawiam serdecznie:)

      Usuń
    2. Ha ha, no to jest argument nie do pobicia. ;)) Zgrzyta mi w nim jedna scena. Dzisiaj ją poprawię i muszę kogoś poprosić by mi sprawdził czy jakiś byków nie porobiłam i wyślę ;)

      Usuń
  17. Koniec. Nie czytam już tych opowiadań, bo im dalej w las tym częściej łezka kręci mi się w oku. Piękne i bajeczne świąteczne;) Trudno wybrać jedno czy nawet trzy najlepsze, gdyż każde zawiera w sobie to co w opowiadaniu świątecznym najważniejsze - magię;)
    Pozdrawiam;)

    OdpowiedzUsuń
  18. Dziennie przybywa nawet kilka opowiadań, a mnie brak czasu na czytanie wszystkich i wybranie tego najlepszego :(

    OdpowiedzUsuń
  19. Wybór z pewnością będzie trudny.

    Pozdrawiam
    Lena

    OdpowiedzUsuń
  20. Sporo tych opowiadań się nazbierało, a niektóre to takie, że jakbym wcześniej je przeczytała, to bym swojej słabizny nie wysłała.
    Pozdrawiam andrzejkowo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    2. Nie piszemy czyje opowiadanie jest czyje. Głosowanie ma być anonimowe!

      Usuń
    3. Wybacz :) Tak czy siak i tak nie wygram, więc mi to bez różnicy. :P

      Usuń
    4. Ale czy to chodzi tylko o wygraną??? Nic więcej się nie liczy w tym wszystkim?

      Usuń
    5. A ja tam lubię pisać. Dopiero się uczę pisać (śmiesznie to brzmi, he he), ale bardzo wielką frajdę mi to sprawia. Uczę się również odwagi, by jednak nie chować wszystkiego "do szuflady".
      Dziękuję bardzo za zabawę i możliwość rozwijania warsztatu:)

      Usuń
    6. i tu się właśnie zgadzam, brawo!
      ale prawda jest taka, że nigdy wszyscy nie będą zadowoleni, nawet moja 11-letnia córka rozumie, że nie wszystko się wszystkim musi podobać

      Usuń
  21. to ja też bym taką książkę z tymi opowiadaniami chciała, mimo że nie pisałam swojego

    OdpowiedzUsuń
  22. ja też chętnie ją kupię:)

    OdpowiedzUsuń
  23. Ja też kupię, jeśli będzie można

    OdpowiedzUsuń
  24. już widać, kto wygra, mi jest przykro, ale nie ze względu na siebie...

    OdpowiedzUsuń
  25. Przez zupełny przypadek trafiłam na bloga i wsiąkłam na dłużej wczytując się w te piękne opowiadania. Aż się łezka się w oku zakręciła. Bardzo żałuję że za pózno dotarłam ponieważ bardzo chętnie sama napisałabym opowiadanie.
    Pozostaje mi teraz zagłosować a muszę przyznać że wybór ciężki.
    Pozdrawiam Wszystkie autorki :)

    OdpowiedzUsuń
  26. no i tym razem "rzutem na taśmę" nie załapałam się do finałowej piątki, a tak niewiele brakowało- idę koić rozpacz pracując sumiennie, bo zaraz koniec przerwy:) Dziękuję tej dwunastce, która na mnie głosowała:)

    OdpowiedzUsuń
  27. Pani OLQO.

    Wydaje mi się, że skoro jedno z najwyżej ocenionych opowiadań (zresztą bardzo dobre), "Ona jest ze snu", zdobyło już kiedyś inną nagrodę, i skoro nie zostało napisane specjalnie z TEJ właśnie okazji, może się Pani spokojnie czuć "wygraną". Pani opowiadanie jest znakomite!
    http://www.dkkozienice.pl/?id=4834
    Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  28. Kurczaki:))niedługo wigilia,a ja zamiast w kuchni siedzę przed kompem i ryczę jak głupia czytając Wasze opowiadania:))świetne są:)))wszystkie,bez wyjątku,więc nie każcie mi wybierać:))))

    OdpowiedzUsuń
  29. Potrzebowalam tego...siedze od 5 czytajac te opowiadania i wyje jak bobr...troche za tym czego juz nie ma,troche za tymi ktorych juz nie ma...a troche z wdziecznosci ze jest dobrze:)Dziekuje:*

    OdpowiedzUsuń