Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 sierpnia 2020

Zielone wzgórza nad Korčulą czyli mały miszmasz i o tym jak zacząć od środka :)

Miasto Korčula przepiękne! Średniowieczne uliczki, cieniste zaułki, będzie
o nim duży materiał :)
Te wakacje od samego początku stały pod ogromnym znakiem zapytania. Rok dwudziesty dwudziesty postawił wszelkie plany na głowie. Najpierw nie wiedziałam, czy w ogóle gdzieś pojedziemy, potem wraz ze zmianami w sytuacji doszłam do wniosku, że jednak tak, ale w takim razie do Polski. No i rzeczywiście... Pojechaliśmy na wspólny wyjazd z mężem w nasze ukochane Sudety. Na wakacje z synem też mieliśmy tam wrócić. Ale potem przyszły deszcze, padało i padało (mówię tu o wczesnym lecie) i nagle zaczęły nękać mnie wizje nas uwięzionych w kwaterze, wsłuchanych w melancholijną melodię uderzających o dach kropli deszczu, które miarowo przechodziły w jednostajny szum zwiększającej się ulewy. Wizje były bardzo realistyczne i przerażające. Bo o ile ja i Kuba (mąż) nie mamy kłopotu ze znalezieniem sobie zajęcia i właściwie nie istnieje dla nas coś takiego jak zła pogoda, to z Tyśkiem sytuacja przedstawiała się nieco inaczej. Z naszym ukochanym trzynastolatkiem, zamknięci w domu siedzieliśmy już od marca i jakoś tak nie kwapiliśmy się do wakacyjnego uwięzienia na mniejszym metrażu :) Kto ma dzieci, na pewno mnie zrozumie. Ten kto nie ma, cóż, musi użyć wyobraźni, albo dla zwizualizowania sobie tego co byśmy czuli niech obejrzy lub przeczyta jakiś dobry horror :) No i właśnie wtedy wzięłam głęboki oddech i postanowiłam, że będzie jednak Chorwacja.
Podczas pisania tego postu :) Nieco nieuczesana :)

Widok z pokładu promu.


A to chyba opuncja??? Gigant :) Tuż koło naszego domu :) 

Dziwicie się, że zdecydowałam się na wyjazd zagranicę w czasach pandemii? Nie dziwcie się. W niczym ten pobyt się nie różni od pobytu w Polsce. Poza tym, że najpierw się stresowałam czy na pewno wyjedziemy, a potem czy na pewno uda nam się przekroczyć granice, a potem to już odsunęłam na bok wszelkie zmartwienia i zwyczajnie odpoczywam. W miejscach gdzie pod żadnym pozorem nie wejdziecie do sklepu bez maseczki. Nie wystarczy zakrycie ust chusteczką, albo szaliczkiem. Zwyczajnie brak maseczki równa się wyproszeniem. W miejscach, gdzie nie widziałam kelnerów bez maseczek, gdzie wszędzie stoją płyny do dezynfekcji rąk. Nie będę kłamać, że na plażach pustki, bo tak nie jest, ale też ludzie nie leżą na sobie. No, ale post o warunkach podróży i tego co zastaliśmy na miejscu będzie później. Bo powinien być konkretny, a ja własnie dorwałam się do klawiatury i palce mnie świerzbią więc o konkretach i zwięzłości nie ma mowy :) Ale żeby trzymać się konwencji roku dwudziestego dwudziestego to i tu będzie pewien miszmasz. Bo chronologicznie to najpierw powinnam napisać o wyspie Brać. Bo ona była pierwszym (i to osiągniętym) celem naszej podróży. 
Widok z Korčulskiej knajpki.

Odkrywamy Korčulę.

Relaks w barze, już w Lumbardze :)

No to tak jakby dalsza część relaksu :)

Ale, jak już wcześniej wspominałam, wszystko jest postawione na głowie to i tutaj zaczniemy, nie od końca wprawdzie ale od środka :) Bo ja po prostu muszę, no muszę napisać o tym jak po kurortowym Bolu przyjechaliśmy na Korčulę. Bo to są kochani dwa światy! Bol ze swoją promenadą, gwarem, wypasionymi jachtami, najbardziej znaną z pocztówek i zdjęć plażą Złoty Róg; kipi emocjami, gra, hałasuje. Jest energetyczny i piękny w taki trochę bardziej cywilizowany sposób. W porównaniu z Lumbardą, w której się zatrzymaliśmy to Bol jest taką bogatą, ekscentryczną ciotką :) No to wyszło mi porównanie :) Ale tak właśnie to się przedstawia. Korčula to zielone wzgórza (to chyba najbardziej zielona część Chorwacji, jaką do tej pory widziałam), stoki porośnięte winoroślą, oliwkowe drzewa, dzikie zatoczki i zupełnie udomowione, plaże. Każdy znajdzie coś dla siebie. Tutaj jest spokojnie i cicho. Woda jest niebywale przejrzysta, krystaliczny lazur w płynie. Wystarczy się pochylić i tam gdzie wybrzeże jest kamieniste od razu widać jeżowce, małe rybki, ogórki morskie. Po kamieniach spacerują kraby. Pierwszego wieczoru po przyjeździe widzieliśmy jak miejscowy rybak wyciąga z wody złowione ośmiornice. Tu pomimo tego, że nie brakuje turystów życie płynie pierwotnym nurtem. Na poboczach dróg rosną granaty, figi. I wszędzie widać drogowskazy do lokalnych winiarni. Zamierzamy tam wstąpić i oczywiście wszystko Wam opowiedzieć. W mieście - Korčuli byliśmy wczoraj. Ludzi niewiele, knajpki wygodnie usadowione nad brzegiem morza zachęcają do tego żeby przysiąść i zagapić się w wielki błękit. Tak po prostu. Bez żadnego celu. To dopiero pierwszy post o wyspie Korčuli. Wstęp, takie wstąpienie w otwarte bramy wakacyjnej przygody :) Następny będzie już o wiele bardziej konkretny. 
Ot tak, sobie rośnie przy drodze :)

Przerwa w zwiedzaniu Korčuli

A to chwila relaksu w drodze.

O samym mieście Korčuli, o zapomnianej wiosce Dub - o ile uda mi się ją odnaleźć, bo własnie dziś do niej ruszamy, o plażach, które odkryjemy i różnych winach, które zamierzamy pić wieczorami. Zaglądajcie do mnie proszę, może ktoś z Was zarazi się szwędaczem i postanowi, że  koniecznie trzeba ruszyć w świat. No a gdyby już komuś przeszło to przez głowę to podaję kilka przydatnych informacji.
Czyli jednak wbrew poprzednim zapewnieniom będą konkrety :) 

W podróż na Korčulę wyruszyliśmy ze Splitu, promem. Jeżeli byście kiedykolwiek to planowali, pamiętajcie, że promy (przynajmniej teraz w roku 2020) odpływają dwa: jeden o 10:30 a drugi dopiero o 17:30. Bilety kupuje się w porcie w wyznaczonych miejscach, wszystko jest doskonale oznakowane i nie musicie się obawiać zagubienia (ja się bałam potwornie, bo to były nasze pierwsze tego typu przeprawy). I teraz uwaga: 
1) W sezonie, trzeba być sporo przed czasem żeby mieć pewność, że dostaniemy się na prom. My byliśmy o 8:00 i już staliśmy w puli rezerwowej. Udało nam się wjechać jako jednym z ostatnich.
2) Ze Splitu na Korčulę płynie się trzy godziny, warto o tym wiedzieć i uwzględnić czas podróży.
3) Bilet na prom ze Splitu na Korčulę kosztuje w przeliczeniu na złotówki około trzystu złotych (z mojego punktu widzenia to istotna informacja, bo trzeba tę kwotę uwzględnić w budżecie wakacyjnym :))
4) Wracając będziemy płynąć z innego miejsca i wtedy uzupełnię dane (w sensie skąd, jaki czas i jaki koszt) 

Buziaki Wam przesyłam i zapraszam na kolejny post o bezdrożach, odkryciach i zachwytach. 

Kolejka samochodów na prom, a to tylko te za nami,
z puli rezerwowej :) 

wtorek, 26 maja 2020

W pałacu przeszłość tęsknie wzdycha czyli o Bożkowie, Dolnym Śląsku i pewna zapowiedź

Dzień dobry :) Część z Was, którzy zaglądają do mnie na instagrama  widzieli wczoraj to zdjęcie:


Ba, niektórzy nawet odgadli jakie są nasze tegoroczne plany wakacyjne :) Mieliście racje, tym razem padło na nasz ulubiony Dolny Śląsk :) I bliższe i dalsze okolice Kłodzka. Powolutku zaczynają krystalizować się szczegółowe plany. Część miejsc już odwiedziliśmy wcześniej ale wrócimy do nich ponownie, część zobaczymy po raz pierwszy. Na pewno zaczniemy od Srebrnej Góry, bo tam się zatrzymamy. Twierdzę widzieliśmy już kilka razy ale zawsze wracamy, mamy do niej sentyment. Zresztą ze Srebrną Górą wiąże się pewna opowieść o tym jak o mało co nie wyzionęłam ducha, ale o tym opowiem kiedy indziej :) Chcemy też zahaczyć o nasz ulubiony, ogromny wiadukt w Srebrnej Górze i o pozostałe, których jeszcze nie widzieliśmy. Jednym z miejsc, które jest na liście zatytułowanej "na pewno, mus, nic nas nie powstrzyma" jest też pałac w Bożkowie. Byliśmy tak kilkakrotnie. W końcu w 2013 roku udało nam się wejść do środka. I dziś chciałabym zabrać Was w podróż sentymentalną, wspomnieniową, letnio jesienną i przypomnieć Wam tekst, który napisałam właśnie po tej wizycie. I już, awansem, zaprosić Was na kolejną, tegoroczną odsłonę tego miejsca :) Bo oprócz tego, że pojedziemy na wakacje, oprócz tego, że zamierzamy Was ze sobą zabierać i na wędrówki i na penetrowanie zamków i pałaców to dodatkowo zamierzamy spełnić obietnicę daną lata temu... Kochani otóż szykuje się nasza Kordelowa opowieść o Dolnym Śląsku :) Taka książkowa opowieść :) Przewodnik do czytania i zakochania. Nawet nie wiecie jak bardzo jestem podekscytowana na samą myśl o tym nowym, o tym, że będę mogła zabrać Was ze sobą, o tym, że blog zaroi się od ścieżek, ścieżynek, zakamarków, w które będziemy wspólnie zaglądać :) A teraz spójrzcie na Bożków z 2013 roku. Już nie mogę się doczekać aż będę mogła pokazać Wam jak to wygląda dziś... No właściwie jutro czyli w sierpniu :) Ale teraz już milknę i oddaję głos sobie sprzed kilku lat:



"Za oknem jest już jesiennie. Bez obaw nie zamierzam zamęczać Was narzekaniem jak to jest okropnie i ponuro. Nic z tego, bo ja jesień bardzo, ale to bardzo lubię. I to każdą jej odsłonę. I tę złoto - purpurową i tę z nostalgicznie wyjącym wiatrem i zacinającym w szyby deszczem. Zamęczę Was za to czym innym:)

Właściwie nie wiem dlaczego zaczęłam od jesieni. Być może dlatego, że siedzę przed oknem i cały czas widzę rudziejące liście. Albo dlatego, że zamierzałam w tym poście wrócić jeszcze na moment do lata, do wakacji i do pewnego miejsca, które odwiedzamy rok po roku. Oczywiście pewnie większość z Was na samą myśl, że znowu zamierzam nękać wszystkich moją dolnośląską obsesją jęknęła protestująco. Ale zanik krzykniecie: nie, nie chcemy, przeczytajcie choć kawałek, bo pałac o którym chce napisać naprawdę wart jest pamięci. I uwagi. Odkryliśmy go kilka lat temu. Zrobiliśmy wtedy objazd pałaców i dworów dolnośląskich. Po niektórych zostały tylko kupy gruzu (z takiej własnie ruiny wygrzebaliśmy kawałek marmuru i przechowujemy dla potomności:)), inne trzymają się i opierają czasowi, ale widać, że powoli z nim przegrywają, jeszcze inne mają się całkiem dobrze. I własnie wtedy na naszej trasie znalazł się też Bożków. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam poszukiwany przez nas pałac stanęłam przy ogrodzeniu oniemiała z zachwytu. Pałac choć nadgryziony zębem czasu wyglądał jak z bajki. Z białymi cylindrycznymi wieżyczkami, z urokliwymi okienkami, z widocznym zza ogrodzenia zarośniętym parkiem sprawiał wrażenie przeniesionego z jakiegoś innego świata. Przyklejeni do ogrodzenia (ja, mąż i córka) staliśmy usiłując sięgnąć wzrokiem jak najdalej, uchwycić jak najwięcej.  Dopiero po chwili zauważyliśmy, że brama jest uchylona i weszliśmy na teren. Obeszliśmy pałac dookoła, usiedliśmy na schodach przypałacowego parku i nie mogliśmy napatrzeć się na zbudowany w stylu francuskich zamków, przepiękny budynek. Kuba (mąż) poszedł zasięgnąć języka u miejscowych i tak dowiedzieliśmy się, że jest pewien pan, który opiekuje się pałacem i ma klucz. Ponoć czasem jak się go poprosi wpuszcza do środka. Oczywiście z miejsca ruszyliśmy na poszukiwanie owego pana klucznika, ale szczęście nam nie sprzyjało. Nie znaleźliśmy go. Ale pałac w Bożkowie zajął już miejsce w naszych sercach, rozkochał nas w sobie. Wiedzieliśmy, że będziemy do niego wracać, chociażby po to, żeby zerknąć na niego zza ogrodzenia, żeby oczy nasycić podupadającym , ale wciąż dominującym pięknem.  Poza pałacem obejrzeliśmy też kościół. Oczywiście potem ledwo wróciliśmy do domu zaczęłam szukać informacji na temat odkrytego cudu.
Pałac w Bożkowie kryje w swoich ścianach wiele wspomnień, wieczorami zapewne duma nad dawną świetnością, wspomina bale, które tutaj się odbywały, dostojnych gości, którzy bawili w jego wnętrzach. A i gościom i właścicielom rzeczywiście dostojeństwa nie można odmówić.Właścicielami Bożkowa byli Magnisowie, którzy przybyli tutaj w 1780 roku. Był to stary pochodzący ze Szwecji ród. Zanim trafili do Bożkowa mieszkali w Austrii. Ze Śląskiem związali się na dobre po ślubie hrabiego Aleksandra z córką gubernatora Kłodzka. Od tego momentu Magnisowie stali się właścicielami wielu okolicznych wiosek.  W Ołdrzychowicach Kłodzkich położonych niedaleko Bożkowa posiadali wspaniałą rezydencję, w której gościła sama królowa Prus - Luiza. Jej przyjazd wywołał spore poruszenie, żeby nie powiedzieć szaleństwo. Z myślą o szlachetnym gościu w Ołdrzychowicach wokół pałacu założono park, wybudowano grecką świątynię oraz sztuczną grotę i fontannę, którą ochrzczono imieniem pruskiej władczyni. Z myślą o zapewnieniu jej rozrywki Magnisowie zorganizowali też, uwaga! Pokaz dojenia krów, ale że obawiano się, że bez odpowiedniej oprawy widowisko może być zbyt szokujące dla delikatnej niewiasty, pokaz odbywał się w ludowych przebraniach. Ale nie tylko Ołdrzychowice przygotowywały się do przyjęcia królowej. W tym samym czasie i w Bożkowie zaczęto wprowadzać zmiany. Być może brano pod uwagę, że królowa Luiza i tam zechce zajrzeć. Tak czy inaczej wokół pałacu podobnie jak w Ołdrzychowicach założono park, wybudowano bażanciarnie i oranżerie. Zadbano o staw, do którego wpuszczono złote rybki. Na tym nie zakończono, bo po jakimś czasie wybudowano też romantyczne sztuczne ruiny, w których umieszczono wiekowe płyty nagrobne. I tam zwykle spędzano z gośćmi romantyczne i klimatyczne popołudniowe godziny.
Niestety w 1871 roku w pałacu wybuchł pożar i budynek został zniszczony.
Jednak myliłby się ten, kto by przypuszczał, że Magnisowie się załamali i poddali. Nic z tych rzeczy. Szybko otrząśnięto się z szoku i przystąpiono do odbudowy. I już w 1877 roku w miejscu spalonego pałacu stał nowy budynek, z urokliwymi wieżami, tarasami, balkonikami. Uważany był za najpiękniejszy i najbogatszy obiekt w ziemi kłodzkiej. Nie należy się zresztą temu dziwić. Pałac liczył 180 pokoi, jego powierzchnia wynosiła 400 metrów kwadratowych, stajnia mogła pomieścić 60 koni. Już samo to daje wyobrażenie o jego potędze, zasobności i wielkości. Poza tym Magnisowie byli zagorzałymi kolekcjonerami sztuki, w pałacu gromadzono obrazy, gobeliny, rzeźby.
Ale nie zapominajmy, że pałac to nie tylko budynek, ale też mieszkający w nim ludzie. W tym wypadku bogaty ród, który żył i bawił się tak jak na owe czasy przystało. W Bożkowie urządzano wspaniałe bale. Do dziś w pałacu zachowała się półtora kondygnacyjna przepiękna sala balowa, którą moi kochani hip, hip hurrrra, widziałam na własne oczy.
Wspomniana wyżej sala balowa fot jkordel

sala balowa fot jkordel

Bo tak jak wspominałam Bożków zapadł nam się w pamięć i w serca. Przez kilka lat co roku zajeżdżaliśmy pod pałac i co roku szukaliśmy kogoś kto by mógł pokazać nam wnętrze. Mówią, że kto szuka ten znajdzie i w tym wypadku można stwierdzić, że skoro mówią to wiedzą, bo w końcu nam się udało. Zajechaliśmy i pałac był otwarty, a w nim zastaliśmy pana, który oprowadził nas po wnętrzach. Był niesamowity. Opiekuje się pałacem od lat, zna w nim każdy kącik i ma wiele wspomnień z młodości związanych z tym terenem. Opowiadał o świetności pałacu, o tym jak wszystko zaczęło się sypać, zaprowadził nas do miejsca, w środku pałacu, gdzie wjeżdżały powozy, by w razie deszczu lub innych zawirowań pogody przyjeżdżający nie doświadczyli najmniejszego dyskomfortu. Obejrzeliśmy bibliotekę, salę myśliwską ze wspaniałymi płaskorzeźbami, zobaczyliśmy salę balową, która pomimo zniszczeń nadal promieniuje świetnością. Pan pokazał nam też gdzieniegdzie ukryte drzwi. Swoją drogą ciekawe ile jeszcze nieodkrytych tajemnic kryje w swoich wnętrzach bożkowski pałac. Na koniec weszliśmy też na wieżę i popatrzyliśmy z góry na Bożków i pałacowy park.
W pałacu nie ma już gobelinów, obrazów i wspaniałych mebli. Nie ma kosztownej porcelany, w stajniach nie słychać cichego, pełnego zadowolenia rżenia koni. W sali balowej nikt już nie tańczy, a wspaniała niegdyś podłoga straszy gdzieniegdzie dziurami. Ale niewątpliwie pałac nadal urzeka i bije od niego godność i gdziekolwiek się spojrzy widać jego urodę. Nieco w tej chwili przykurzoną, ale cały czas obecną. Warto koło niego przystanąć, popatrzeć, a potem przymknąć oczy i zobaczyć to wszystko takim jakim było kiedyś, gdy do Magnisów zajeżdżali powozami goście, park przesycony był wonią róż i orchidei, a z sali balowej płynęła na całą okolicę muzyka.

W czasie szukania wiadomości o Bożkowie znalazłam opis tego miejsca pochodzący z początków XX wieku, autorem tekstu był niemiecki przewodnik V. Viktor. Jego relację przetłumaczył J. Mądry, opracowała G. Wacławik. Drukowana była w "Wiadomościach Bożkowskich".. Przytaczam ją dla wytrwałych:)
"Równie wspaniałe jak zewnętrzna budowla jest wnętrze zamku. Aby je obejrzeć, należy wejść do zamku przez wspaniałą klatkę schodową. Wysokie okna, które w niej się znajdują, dają dużo światła, dzięki temu wyraźnie widoczne są gobeliny i zbroje. Schody zewnętrzne prowadzą w górę, gdzie przy końcu po ich obu stronach stoją pod kandelabrami posągi sfinksów. Wprost ze schodów idzie się do pomieszczenia, które wraz z pozostałymi tworzy obszerną amfiladę ciągnącą się wzdłuż budynku po lewej i po prawej stronie. Na prawo jest stylowa sala jadalna o owalnym kształcie ozdobiona marmurowymi filarami. Obok znajduje się wielka sala, w której odbywały się uroczystości, a także ważne narady elity krajowej. Pomieszczenie to sąsiaduje z biblioteką, w której było niegdyś tysiące tomów poukładanych w oszklonych regałach. W kolejnej sali znajduje się popiersie królowej Luizy związanej z zamkiem w Ołdrzychowicach. [...]
Zgubiłem się wśród tych wszystkich arcydzieł i dopiero z pomocą przyszedł mi kapelan zamkowy, który pokazał mi kaplicę zamkową. Prowadzą do niej podwójne drzwi [...]. Jest tam kielich, dzieło mistrzowskie starego kunsztu jubilerskiego, ozdobiony ornamentami i kamieniami, jest też wykonany ze srebra sprzęt chrzestny, są dzbanki i talerze. Wszystko to jest zdobione monetami złotymi i srebrnymi, dukatami i talarami. Same talerze maja około 300 takich monet. Sprzęt ten jest szanowany przez ród Magnisów, gdyż od 1821 roku korzysta się z niego przy chrzcie nowego członka.
Ważnym miejscem jest galeria przodków, w której odnosi się wrażenie, że zamek żyje. Wiszą tam obrazy naturalnej wielkości, których twarze zdają się przemawiać do nas, zwiedzających te sale. Gdyby mogły mówić, byłyby to wspaniałe opowiadania. Bracia Magnisowie, których portrety tu się znajdują, opowiedzieliby o wojnie trzydziestoletniej. Pierwszy Franz von Magnis brał udział w bitwie pod Białą Górą, a Johan Baptista von Magnis za czasów Rudolfa dowodził wojskiem katolickim, był szambelanem u biskupa wrocławskiego i biskupa w Brixen, ranny śmiertelnie zginął na polu bitwy. Bracia ich, Rudolf i Philip, walczyli przeciw Turkom. Jest tam też jeden obraz zatytułowany <<Długi mnich>>. Jest to portret Maksymiliana von Magnis, urodzonego w 1856 roku w Mediolanie, który przybrał skromne nazwisko Valerianus. Miał 15 lat kiedy wstąpił do Zakon u Wielkiego Biedaczyny z Asyżu. Za pokojową działalność papież Urban VIII mianował go apostolskim misjonarzem na Niemcy, Polskę i Węgry. Był doradcą cesarzy i królów, szczególnie Ferdynanda II i III oraz Władysława IV, króla polskiego, w imieniu których działał w ważnych sprawach dyplomatycznych. Jego wiedza była ogromna, zyskał sobie nawet podziw hrabiego Ernesta von Hessen, który wziął udział w dyspucie teologicznej w Giessen.
Idąc dalej podziwiamy salę brunatną z boazerią i wykuszami. Dookoła wysokich ścian osobliwy fryz przedstawiający doskonale utrwalone sceny myśliwskie. To własnie tu wracający z polowania zmęczeni myśliwi opróżniali wiele kufli piwa. znajduje się tam puchar szlifowany ze szlachetnego kryształu. Ów puchar został podarowany przez króla opatowi w Kamieńcu z podziękowaniami za to, że przez kilka godzin król mógł być przebrany za brata klasztornego. Dalej są ciekawe obrazki mówiące o dawnym wyglądzie zamku i portrety naturalnej wielkości pięciu czeskich książąt. Wszędzie znajdują się skrzynie, szafy, wazoniki, malowidła i rzeźby, wszystko o wybornym smaku, kosztowne, a przede wszystkim o niepowtarzalnej i nieocenionej wartości.
Dookoła zamku rozciągają się obszerne parki. Ku północy ogromne schody prowadzą do ogrodu ozdobnego. Rośnie w nim na powietrzu tysiące odmian róż, które o tej porze roku mają na sobie słomiane okrycia. W tyle ogrodu widoczne są kopuły oranżerii i bogate szklarnie. Ulubieńcami starego ogrodnika są stojące rzędem orchidee słynne w całym kraju. Za ogrodem rozciąga się park, a na jego końcu mały stawek, który latem stanowi miejsce pływania dzieci. Nieco dalej sztuczna ruina. Składa się na nią brama z 1588 roku oraz kilka tuzinów zwietrzałych grobowców z XVI i XVII wieku. Zebrała to wszystko w celu ocalenia przed zagładą hrabina Luiza von Gotzen, posiadająca zmysł artystyczny. Grobowce przedstawiają chłopów z mleczami i zielonymi kapeluszami, zawoalowane księżniczki z małymi dziećmi. Idąc dalej  napotykamy rząd kamieni. Na każdym z nich wyryte jest imię, począwszy od 1850. Mówiono mi, że są to pomniki pochowanych tu psów, które pilnowały zamku i parku[...]".   

A teraz trochę zdjęć, które zrobiliśmy. Popatrzcie i zobaczcie sami ile zostało ze świetności o której pisze pan V. Viktor. Wszystkie fotki autorstwa jkordela męża mojego.
Przy przygotowywaniu tekstu głównie korzystałam z książek:
Zamkowe tajemnice - Joanna Lamparska
Zamki, twierdze i pałace Dolnego Śląska i Opolszczyzny - Marek Perzyński




















wtorek, 22 sierpnia 2017

O tym, że wodniki mają samice i o tym jak znalazłam się na dachu świata, czyli Czeska Szwajcaria

Moi kochani pytacie gdzie jestem, w jakich górach. Otóż jesteśmy w Czeskiej Szwajcarii.  jest pięknie. Skaliście, zielono, górzyście, trochę dziko. Wróciliśmy tu po raz drugi (napiszę w kolejnym poście o naszej kwaterze, bo naprawdę jest godna polecenia) i właśnie dziś udało nam się to co w zeszłym roku nie wyszło. Ziściło się jedno z moich podróżniczych marzeń. dotarliśmy bowiem w trzy miejsca o których marzyło mi się dwanaście miesięcy: Mariina Skala, Vileminina Stena oraz Rudolfuv Kamen. W zeszłym roku wypatrzyłam je na zdjęciach i poczytałam relacje na blogach i zapragnęłam. Ale z nami już tak jest, że dość często musimy swoje odczekać zanim zdobędziemy to o czym zamarzymy. Tak samo było z Koruną, jedną z moich ulubionych gór (napiszę o niej wkrótce, bo też w tym roku udało nam się na nią wejść). Zobaczyłam ją w momencie gdy Tysiek miał roczek. I wtedy baliśmy się z nim wchodzić. A góra podobała mi się niesamowicie. Odczekałam rok i wspięliśmy się na szczyt :) Ale na razie wróćmy do Czeskiej Szwajcarii. Mariina Skala kusiła mnie niesamowicie. Jeżeli spojrzycie na poniższe zdjęcie pewnie mnie zrozumiecie :)

Skała Mariina (specjalnie dla Krzysia W :"na komin to na komin" nawiązując do ostatnio obejrzanych :Postrzyżyn" :)
Ta chatka na  górze to właśnie nasz cel :)  W 1856 roku książę Ferdinand Kinský polecił zbudować na wierzchołku skały prosty taras z balustradą i zadaszeniem, a jednocześnie skałę nazwał imieniem swojej żony księżnej Marii Anny Kinskiej. Oczywiście altanka, która tam teraz stoi to już kolejna wybudowana. Kilka poprzednich padło ofiarą pożarów.
Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy w Jetřichovicach. Zostawiliśmy tam auto i ruszyliśmy czerwonym szlakiem. I spełniłam swoje marzenie :)
Weszliśmy, widoki boskie, zapierają dech w piersiach. Naprawdę było warto. Następnie podążyliśmy dalej czerwonym szlakiem do Vilemininej Steny (Ściana Wilheliminy). Cała droga przepiękna, skały, podejścia, wąziutkie ścieżki. Te ostatnie niekiedy naprawdę wąskie i prowadzące tuż nad przepaściami, na całe szczęście Tysiek jest już coraz starszy i wie, że w niektórych miejscach nie należy szaleć. Ale mam wrażenie, że dla tych, którzy mają problem z wysokością ten szlak byłby niezłym wyzwaniem. Vileminina Stena przywitała nas przepięknymi widokami. Przez moment miałam ważenie jakbym właśnie znalazła się na dachu świata.
  


A potem dotarliśmy pod Kamień Rudolfa. Na szczyt prowadzą wykute w skale schodki, drabinki, drewniane schody, korzenie... Wchodząc w głowie zabłysła mi myśl, że właściwie to trzeba będzie odbyć tę drogę w drugą stronę i zejść... Ale tak jak Scarlett postanowiłam pomyśleć o tym później :) Na szczycie jest pięknie ale trzeba zaznaczyć, że nie ma tam żadnych barierek zabezpieczających (zobaczcie na zdjęciach poniżej, szczególnie na tym, gdzie Tysiek stoi na szczycie skały) więc jeżeli ktoś boi się wysokości albo zamierza wejść tam z małym dzieckiem trzeba mieć to na uwadze.

Wchodząc w głowie zabłysła mi myśl, że właściwie to trzeba będzie odbyć
tę drogę w drugą stronę i zejść...

Tysiek na szczycie :)

Widok z Rudolfa.

Dzieciaki w komplecie :) Kuba (chłopiec Zuzy, czyli właściwie już moje
trzecie dziecko) Tysiek i Zuza w drodze powrotnej z
kamienia Rudolfa.

A to już widok końcówki szlaku.

Ścieżki gdzieniegdzie są naprawdę wąskie.
I cóż, był moment przy schodzeniu, w którym poczułam serce w gardle ale tu prawdą okazało się powiedzenie "najtrudniejszy pierwszy krok". Potem już jakoś poszło i cała i zdrowa dotarłam na dół. Tak samo jak cała reszta. Swoją drogą muszę Wam powiedzieć, że Tysiek śmiga po górach jak mały koziołek (kozica jakoś mniej do niego pasuje :))
I wróciliśmy do Jetřichovic. A tam moi kochani, tam zjedliśmy najlepszy jak do tej pory obiad. Więc gdy będziecie w pobliżu, zejdziecie utrudzeni ze szlaku koniecznie wejdźcie do Penzion Svycarsky Dvur.
Penzion Svycarsky Dvur.


Karmią bosko, gulasz to nieomal poezja, wołowina w sosie koperkowym cudna, smażony syr (żelazne danie Tyśka po czeskiej stronie) również wspaniale opanierowany :) Obsługa przemiła, uśmiechnięta. Piwo idealnie schłodzone :) Jednym słowem kulinarny raj :)
A potem ruszyliśmy nie do domu tylko na kolejną wędrówkę :) Też czerwonym, wzdłuż rzeki, szlak cudownie relaksujący, z niewiarygodną ilością kładek i mostków i tylko z jednym mocniejszym podejściem. No i napotkaliśmy wodnika siedzącego na drzewie. Tutaj to dość częste, wodników jest sporo ale ten jako jedyny był samicą :) Tak nam się przynajmniej wydawało :) Zresztą oceńcie sami :) 
Buziaki Wam przesyłam i znikam, bo dziś mamy w planach Děčínský Sněžník i okolicę :)
Fotografie autorstwa mojego męża własnego Kuby Kordela.
A post zaczęłam pisać wczoraj, skończyłam dziś, dlatego na początku jest mowa o dniu dzisiejszym czyli tak naprawdę wczorajszym :) Ależ mam talent do gmatwania :)

   
 
Wodnik samica :)