Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wilczy Dwór. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wilczy Dwór. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 lipca 2019

Słów kilka o planach i o innych różnościach

Zacznę od tych innych. Otóż moi kochani jutro oficjalna premiera Antolki, choć wiem, że część z Was już ma książkę u siebie, część już przeczytała, część czeka aż doleci.
A ja chciałam jutro Was zaprosić do Wrocławia, do Empiku (Wrocław Renoma) na ulicy Świdnickiej 40 o godzinie 18:00. Będzie to pierwsze spotkanie, na którym będziemy rozmawiać o najnowszej powieści oraz o tym o czym tylko będziecie chcieli :) Kto mnie zna wie, że gaduła ze mnie nieziemska :)
Spotkań w tym roku ogólnie jest niewiele, ale za tydzień będzie jeszcze jedno w Łódzkiej Manufakturze, również w Empiku i również o 18:00.
Poza tym jak zwykle w środku lata u mnie zapanowały listopadowe chłody i za moment zacznie się grudzień. Powieść zimowa rządzi się swoimi prawami i właśnie się pisze. Na dowód, że mówię prawdę poniżej znajdziecie mały fragmencik.

A potem potem moi kochani jadę na urlop i ogłaszam wszem i wobec, że nie napiszę ani słowa (dobra, wiadomo, że kłamię) ale tak na serio zamierzam odpoczywać, leżeć, gapić się w niebo, podglądać ludzi i obserwować toczące się wokół mnie życie. I jeść pyszne sery i pić wino i  nagadać się z córką i grać z Tyśkiem w Talizman i w ogóle robić wszystko to na co będę miała ochotę. A z tym podglądactwem i obserwacją to trzymajcie kciuki żeby mi poszło jak najlepiej, bo w przyszłym roku i Wy będziecie czerpać z tego korzyści :) Obiecuję :) Tak, hmmm... To by było tyle w kwestii nie pracowania na urlopie :) Zamysł z góry skazany na niepowodzenie.
Ale tak jakoś samoistnie wrócił temat planów.
Uporządkuję to, jeżeli pozwolicie:
Antolka już jest :)
Powieść zimowa się pisze.
Potem jadę na wakacje i będę sobie układać w głowie powieść majową :)
A we wrześniu... We wrześniu nie będzie żadnej nowej powieści, bo chyba musiałabym zacząć pisać hurtowo ale za to dla tych, którzy czekają na "Wilczy Dwór" będę miała fragment do podczytania. A jedno mogę Wam zdradzić, będzie wstrząsający. Konstancja wróci z podróży, umęczona i ledwo żywa ale nie będzie jej dany wypoczynek i relaks. Zastanie w dworze makabrczną sytuację. To tak w ramach uspokojenia tych wszystkich, którzy podejrzewają, że już nigdy nie doczekają się kontynuacji :)
Potem będzie pisało się ostatnie już "Serce". Tytuł jeszcze nie znany, szczerze mówiąc nie wiem czy uda mi się jeszcze coś sensownego z sercem w tytule wymyślić :) Zobaczymy.
A zapomniałam o jeszcze jednym. Na początku przyszłego roku planowane jest wznowienie "Okna z widokiem".
No i znowu pokręciłam.
Najpierw będzie "Okno", potem "Serce".
A później powieść majowa.
A jeszcze później, w drugiej połowie roku zimowa. Coś mi chodzi po głowie, coś nastrojowego, klimatycznego ale zupełnie innego od dotychczasowych, ale jak na razie nie wybiegam zbytnio naprzód, bo nie chcę żeby mi się poplątało z tym co teraz piszę.
No i oczywiście w przyszłym roku, tak jak wielokrotnie wspominałam  pojawi się "Wilczy dwór". Nie wiem jeszcze w którym miesiącu (obawiam się, że jak tutaj zajrzy moja Pani Redaktor, to potem mnie zamorduje, jakbym nagle zniknęła to wiecie kogo pytać w pierwszej kolejności:) ).
Tak to wszystko poplątałam, że nie wiem czy się połapiecie :)

Tak czy inaczej starałam się ze wszystkich sił i bardzo proszę docenić chęci :)
Buziaki przesyłam i do zobaczenia! We Wrocławiu? W Łodzi? Kto przyjedzie?

A poniżej malutki fragmencik tej, która dopiero nabiera kształtów :)

Pucułowaty, niebieskooki chłopiec stał przed zamkniętą furtką, ściskając w rączce nieznacznie wymiętą kopertę. Piegowaty i nieco zadarty nosek miał zsiniały z zimna, czapka, zawadiacko nasunięta na jedno ucho sprawiała, że wyglądał czupurnie ale jednocześnie odsłaniała drugie, które było już solidnie zmarznięte.
Ale co zrobić. Coś za coś. Już dawno zauważył, że dorosłych rozczulała taka zadziorność. A tutaj gra była warta świeczki. Gość, który poprosił go o przekazanie listu wręczył mu dwudziestozłotowy banknot. Julek cały czas nie mógł uwierzyć w tak wielkie szczęście i co chwila sprawdzał, czy pieniądz na pewno jest w kieszeni kurtki. Był i szeleścił obiecująco w zmarzniętych palcach.
Jak dobrze pójdzie to może ta pani, której miał doręczyć list, też dorzuci coś od siebie – rozmarzył się. – Nawet piątka byłaby niezła. A gdyby dała dychę byłby prawdziwym szczęściarzem.
Ale żeby którakolwiek z tych fantazji mogła się ziścić przede wszystkim musiała się pojawić.
- Zwykle wraca koło piątej ale może się trochę spóźnić. To bardzo ważna wiadomość i naprawdę musi trafić we właściwe ręce. Poczekasz? – upewnił się facet wręczając mu kopertę.
- No przecież obiecałem. A ze mnie proszę pana jest solidna firma – odpowiedział poważnie.
Tak zwykle mówił jego tata gdy rozmawiał z potencjalnymi klientami i to zapewnienie zazwyczaj działało. Ale temu Julek w ogóle się nie dziwił. Już dawno zauważył, że jego ojciec miał w sobie coś takiego, co z miejsca przekonywało do niego ludzi. Po prostu, od czubka głowy aż do pięt był wcieleniem stabilności i pewności. Budził zaufanie. 
I Julek marzył, że gdy dorośnie będzie do niego podobny. Pewny siebie, zaradny i zawsze gotowy do tego żeby się wziąć z życiem za bary. 
Ale niestety. Nie zdążył dorosnąć a już na jego dziewięcioletnie barki spadł ogromny ciężar. Na początku jakoś lepiej sobie radził, ale teraz z dnia na dzień sytuacja coraz bardziej się komplikowała.
I znikąd pomocy – pomyślał ze smutkiem. – Jak tak dalej pójdzie będę musiał rzucić szkołę, a to na pewno nikomu nie wyjdzie na dobre – pociągnął nosem, ale gdy tylko poczuł, że coś drapie go w gardle podniósł głowę i zmusił się do dziarskiego uśmiechu.
Facet, który stał przed nim za nic nie mógł zauważyć, że Julek się smuci. Po pierwsze mógłby uznać go za mazgaja i poszukać kogoś innego do wykonania zadania, a po drugie nie wyglądał na kogoś, kto jest zainteresowany problemami innych. To nie był gość, któremu można by było się zwierzyć. A poza tym nawet gdyby był idealnym słuchaczem Julek doskonale wiedział, że nie może pisnąć o tym co go spotkało ani słówka. Za nic na świecie. Nie teraz.
Skoro wytrzymałem tyle to wytrzymam jeszcze trochę.
Ostatecznie bycie synem takiego ojca zobowiązuje – pomyślał usiłując odgonić od siebie poczucie beznadziejności i potwornego osamotnienia.
- Tak jak mówiłem, nie musi się pan martwić, dostarczę wszystko co trzeba, przekona się pan. Spokojna głowa – odchrząknął wypinając pierś obleczoną puchową kurtką.
Na całe szczęście drapanie w gardle, które zawsze było oznaką zbliżających się łez ustało, sytuacja została opanowana, a na twarzy mężczyzny od koperty pojawił się lekki uśmiech.
- Przekonałeś mnie, tak trzymaj. Takich ludzi nam potrzeba – poklepał go protekcjonalnie po ramieniu i nareszcie sobie poszedł.
Gdy zniknął za rogiem ulicy Julek odetchnął z ulgą. W tym gościu było coś, co mu się nie podobało. Niby elegancki, miły i uprzejmy ale taki jakiś… Picuś glancuś, tak powiedziałaby o nim babcia.
- Pamiętaj Juluś, nie to złoto co się świeci – mówiła mu często. – Bo człowieka to nie po ubraniu poznasz ani nie po tym co mówi.
- A po czym babciu? – zapytał zaciekawiony.
- A po różnych rzeczach, ale tak na pierwszy rzut to po oczach – odpowiedziała po krótkim namyśle.

sobota, 22 kwietnia 2017

Córka wiatrów zaprasza do błękitnego salonu - czyli w oczekiwaniu na "Wilczy Dwór"

Dzisiejsze popołudnie aż prosi się o to by poczytać. A co powiecie na fragment "Córki wiatrów"? Taki z tajemnicą w tle. Zróbcie więc sobie kawę, otulcie się kocem i wejdźcie razem z Konstancją do błękitnego salonu :)

W zamyśleniu zapatrzyła się na przywieszony naprzeciwko drzwi obraz przedstawiający bladą kobietę z zapadniętymi policzkami. Kąciki jej ust opadały ku dołowi. Nie była ładna, lecz ten, kto ją malował, widocznie umiał patrzeć w głąb duszy, bo poza tym, co było widoczne gołym okiem, uchwycił również głęboki smutek wyzierający z jej spojrzenia. Żałość w oczach sportretowanej rozpraszała się po całym jej obliczu, sprawiając, że patrzący zapominał o bladości i kanciastych rysach wychudłej twarzy. Z rzeczy pewnych Konstancja wiedziała o niej tylko tyle, że była daleką krewną ze strony ojca i mieszkała w Wilczym Dworze na długo zanim Konstancja pojawiła się na świecie. Nazywała się Izabela. I tyle – na tym wiedza o właścicielce smutnego wejrzenia się kończyła. 
Mimo to kiedy już zdarzało jej się bywać w błękitnym saloniku, Konstancja zawsze starała się patrzeć przede wszystkim na nią. Jej zdaniem owa Izabela była najprzyjemniejsza i najbardziej ludzka spośród wszystkich sportretowanych przodków. Teraz też odruchowo popatrzyła właśnie w tym kierunku i nagle wróciło do niej zepchnięte na dno świadomości wspomnienie.
To było tuż po śmierci Tadeusza. Szalała wówczas z rozpaczy, lecz musiała to skrzętnie ukrywać, bo przecież była przede wszystkim matką siedmioletniego chłopca, który właśnie stracił ojca. Jak strasznie wtedy nienawidziła tych wszystkich ciotek i wujów, powtarzających jej na okrągło, że musi pamiętać, iż jest matką. „Nie możesz się załamywać, jesteś matką! Musisz być silna, przecież masz syna!”. Zdawali się zupełnie ignorować fakt, że poza tym, iż była matką, była też żoną, która straciła właśnie najdroższą osobę na świecie. Wraz z mężem z jej życia odeszła miłość i poczucie bezpieczeństwa. 
Całą sobą pragnęła choć na chwilę dać upust rozpaczy i zapomnieć o tym, o czym jej non stop przypominali troskliwi krewni. Chciała po prostu być tym, kim się czuła: zrozpaczoną młodą kobietą. Pragnęła rwać włosy z głowy, tłuc pięściami o podłogę i rozdzierająco krzyczeć. Przez jakiś moment udawało jej się trzymać te wszystkie uczucia na wodzy. Ale do czasu. 
Miała wtedy za sobą nieprzespaną noc. Mały cały czas się budził i dopytywał, czy ojciec do nich wróci. Tłumaczyła mu, że tak naprawdę Tadeusz ich nie opuścił i że zawsze będzie nad nimi czuwał. Powtarzała wszystko to, co powinien usłyszeć mały chłopiec. Mówiła i nie wierzyła w ani jedno słowo. Wręcz przeciwnie – z każdym kolejnym zapewnieniem narastała w niej wściekłość na Tadeusza. Za to, że ją zostawił na pastwę losu, porzucił i ją, i Adasia, a przecież miał się nimi opiekować, miał być i trwać. Gdy w końcu nastał ranek, półprzytomna ze zmęczenia zeszła do jadalni i zastała w niej kuzynkę Jadwigę oraz jedną z ciotek, która po pogrzebie Tadeusza została we dworze na dłużej, by pomóc Konstancji dojść do siebie.
– Słyszałam, że Adaś znów płakał w nocy. Nie wiem, jak ty to wytrzymujesz – kuzynka Jadwiga pokiwała cierpiętniczo głową. 
– Wy, stare panny, nigdy tego nie zrozumiecie. Trzeba być matką, żeby to pojąć – oznajmiła moralizatorskim tonem ciotka Dusia, a Konstancja poczuła, że coś w niej pęka i jeżeli natychmiast się nie wykrzyczy, stanie się coś strasznego.
Przez moment wpatrywała się w ciotkę, myśląc o tym, że najchętniej złapałaby ją za starannie ufryzowane włosy i wywlekła na podwórze, a następnie wytarzała ją w błocie i zakazała jej używania słowa matka. Na myśl o pulchnej pani uwalanej w czarnej, lepkiej mazi zachciało jej się śmiać. Poczuła, że ten histeryczny chichot podchodzi jej do gardła i za moment nie zdoła go powstrzymać. Zerwała się od stołu i obrzuciła jadalnię spanikowanym, lekko szalonym wzrokiem, ale nawet w stanie, w jakim się znajdowała, wiedziała, że tutaj nie znajdzie schronienia. Prawie na oślep wbiegła na schody i wpadła na piętro. I wtedy jej wzrok padł na pokój na końcu korytarza.
Właściwie nie pamiętała, jak się znalazła w błękitnym saloniku. Wiedziała tylko, że drzwi zatrzasnęły się za nią, a ona upadła na sofę i rozpłakała się rozpaczliwe. Miała wrażenie, że nie tylko płacze, ale i krzyczy, i złorzeczy, i wyzywa Tadeusza… Była praktycznie pewna, że tak się stało, ale później Pelasia, która wbiegła za nią na górę, twierdziła, że z salonu nie dobiegał ani jeden dźwięk. 
– Toć stałam pod drzwiami i umierałam z niepokoju, bo nie było nic słychać! Ani szlochu, ani jęku, ani słowa jednego – przysięgała, przyciskając ręce do piersi. – A potem, jakby tego było mało, okazało się, że drzwi nie można otworzyć… 
I właśnie teraz, patrząc na portret Izabeli, Konstancja uświadomiła sobie coś, z czego do tej pory nie zdawała sobie sprawy: wtedy, gdy zrozpaczona schroniła się w błękitnym saloniku, nie czuła strachu ani tej dziwnej, niepokojącej aury. Wręcz przeciwnie – miała wrażenie, że pokój ją przygarnął, otulił, otoczył zrozumieniem i opieką. Ten jeden, jedyny raz, bo potem wszystko wróciło do normy.

Na koniec powiem nielitościwie, że mam nadzieję, że narobiłam Wam apetytu i że na Waszych półkach znajdzie się miejsce dla "Córki wiatrów" :)