Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieszczady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieszczady. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Gęsi Zakręt, miejsce gdzie można dotknąć nieba

Gęsi pod chmurami.
Są takie miejsca, które wpisują się w człowieka. Dopasowują, idealnie leżą, wtulają się w nas. Znalezienie ich nie jest łatwą sprawą. Mi w tym roku się poszczęściło.
Ogólnie uważam, że domy, miejsca dzielą się na te w których niezbędni są ludzie. To pierwszy typ. To oni tworzą klimat, sprawiają, że człowiek przekracza próg, widzi czyjś przyjazny uśmiech, ściska wyciągniętą dłoń i oddycha z ulgą. Bezpiecznie dotarł do celu podróży. Drugi typ to sam dom. Są takie, które specyficzną atmosferą przywabiają. Staje się w drzwiach takiego budynku i nieomal się słyszy słowa powitania. Takie właściwości zazwyczaj mają stare, doświadczone domy. Które już niejedno w życiu widziały i przeżyły. Zdążyły przesiąknąć atmosferą minionych lat ale wciąż niezłomnie trwają i bez lęku czekają na to co im los przyniesie. Nie boją się burz, bo przecież już niejedną przetrwały. Niekiedy typ pierwszy łączy się z drugim. I wtedy powstaje największa w świecie magia.
Jest też typ trzeci. Miejsca, które wyraźnie nie życzą sobie żadnych przybyszów. Dobitnie mówią: idźcie sobie, zostawcie mnie w spokoju. Ale tymi zajmiemy się innym razem, bo w tym roku na całe szczęście nie spotkałam się z takim opryskliwym odludkiem.
A tam wystarczy wejść po schodach i już jest nasz
ulubiony taras.

Natomiast ewidentnie w Bieszczadach trafiłam na typ pierwszy. Takiego miejsca szukałam bardzo długo. Przeglądałam ogłoszenia, oglądałam zdjęcia. Aż w końcu trafiłam na stronę Gęsiego Zakrętu. Najpierw zaintrygowała mnie nazwa, potem fotografie. Ale w związku z tym, że miałam już za sobą niezbyt pozytywne doświadczenia z fatalnymi kwaterami nadal byłam nieufna. Poczytałam opinie gości. Więcej niż pozytywne. Ale przeważyły słowa gospodarzy, które znalazłam na ich stronie:

Jak bardzo bym się nie namęczył, jakkolwiek bym się nie prężył, żeby zgrabnie opisać, co mamy do zaoferowania, to i tak skończy się na tym, że uśmiechniecie się pod nosem z powątpiewaniem. Jak wymienię, czego nie mamy, to niepotrzebnie skupicie się na negatywach. Fakty są takie, że Gęsi Zakręt powstał na bazie naszych przekonań, zamysłów, idei, poczucia estetyki, no i, rzecz jasna, wedle możliwości. Lubimy nasz dom i dobrze nam w nim. Bo kto by chciał mieszkać na końcu wszechświata, wokół wilków, niedźwiedzi, rowerzystów, artystów i innych leśnych stworów, gdyby tego nie lubił. Dodam również, że ludzi też lubimy dlatego... cóż... Zapraszamy. Ania i Paweł.

Trafiły do mnie całkowicie. Zarezerwowałam pokój. I jak się domyślacie nadszedł lipiec i pojechaliśmy. I wrócimy tam jeszcze nie raz. Po to żeby móc choć na chwilę zobaczyć się z Anią i Pawłem, by posiedzieć z innymi gośćmi na tarasie, by o poranku w nieco sennej atmosferze pić kawę i czytać książki, by wyciągnąć się po długiej wędrówce na leżakach, pić piwo i na nowo odkrywać w sobie to wszystko, co pęd życia na co dzień skrzętnie ukrywa pod słowami"trzeba", "muszę", "koniecznie". W Gęsim Zakręcie koniecznie to trzeba oddychać pełną piersią i koniecznie trzeba po prostu żyć.


Gdy wieczory niepostrzeżenie zmieniały się w noc a niebo nad Gęsim Zakrętem rozbłyskiwało milionem gwiazd, miałam wrażenie, że wystarczy wyciągnąć rękę by zanurzyć ją w ciemnym granacie. Chyba nie byliśmy w tym odosobnieni, bo wieczorami taras się zapełniał. I robiło się ciepło, rodzinnie i tak, że nie chciało się wychodzić.
niebo, sami przyznajcie, że nieziemskie :)

Paweł i Ania dokonali czegoś pięknego: sprawiają, że ludziom którzy do nich przyjeżdżają po prostu jest dobrze. Z nimi, pod ich dachem, z innymi gośćmi, którzy nie wiedzieć kiedy stają się zaprzyjaźnioną, zżytą grupą. Przesadzam? Nie sądzę. Na potwierdzenie moich słów dodam, że ludzie których poznaliśmy u Ani i Pawła wracają do nich rok w rok. Bo Gęsi Zakręt przyciąga. Bo kusi i wabi. I ja się temu kuszeniu całkowicie poddaję :) I tęsknię. Za Bieszczadami, cykaniem świerszczy, bocianami spacerującymi tuż koło domu (widzieliśmy nawet czarnego), za tarasem, długimi pogaduchami. Jeżeli szukacie miejsca z duszą to koniecznie zajrzyjcie do Gęsiego. Myślę, że jedynym rozczarowaniem jakiego doznacie będzie to, że czas wam ucieknie zbyt szybko. I że potem będziecie czekać na kolejny raz, na kolejne dotknięcie nieba.

Aniu, Pawle dziękujemy!

A gdyby ktoś planował wybrać się w Bieszczady i chciał sam sprawdzić ile Gęsi Zakręt ma w sobie czaru to podaje wolne terminy (wypytałam Pawła:)):

Terminy na wrzesień
06-11
13-18
20-25
27-30

Tak było kilka dni temu, ale jeżeli ktoś miałby ochotę zajrzeć na stronę "Gęsiorów" to wystarczy kliknąć TUTAJ 

Zdjęcia wycyganione od gospodarzy Gęsiego :)


niedziela, 30 sierpnia 2015

Mój własny bieszczadzki anioł

To tutaj podziwialiśmy i się posilaliśmy.
fot.jkordel
Tak, własnie tak. Poza niesamowitymi wrażeniami z Chocenia, o którym pisałam w poprzednim poście, tej wędrówce zawdzięczam, że bieszczadzkie anioły, o których do tej pory jedynie słuchałam i czytałam nabrały bardziej realnego kształtu. Ale od początku. Opuściliśmy teren wioski i powędrowaliśmy dalej. Z lasu, wielkich, wyrośniętych traw wyszliśmy nagle w miejsce gdzie drzewa już nie zasłaniały widoków i stanęliśmy oniemiali z zachwytu. Wokół nas panowała cisza,szumiał wiatr a przed nami rozpościerały się góry. Kuszące swym bezkresem, wabiące niezdobytymi szczytami. Mogłabym napisać, że staliśmy tak jeszcze długo napawając się pięknem i tą specyficzną atmosferą, która pojawia się zawsze, gdy zdobędzie się jakiś szczyt. Nieważne czy górski, czy ten który wytyczyliśmy sobie w życiu. Mogłabym, ale nie napiszę, bo zwyczajnie bym skłamała. Może i by tak się stało gdyby nie Tysiek. Nasz syn spojrzał dookoła, nareszcie się uśmiechnął (bo większość drogi patrzył na nas jak na osoby, które postradały resztki rozumu i nie wiedzieć czemu ciągną go w skwarze i w pełnym słońcu nie wiadomo gdzie, po co i na co), jemu też spodobało się to co zobaczył i głosem nieznoszącym sprzeciwu zażądał:
- To teraz kiełbasa, musztarda i chleb!
Tysiek najedzony to znaczy szczęśliwy :)
fot.jkordel

urokliwa łąka
fot.jkordel

Sami rozumiecie, że w takich warunkach trzeba było zająć się bardziej przyziemnymi sprawami niż podziwianie widoków. Ale jeżeli byście się skusili i poszli naszym śladem koniecznie trzeba iść z Chocenia dalej, nie zawracać. Widok zapiera dech w piersiach. A kiełbasę i musztardę też koniecznie należy zabrać do plecaka :) Po intensywnym, szybkim marszu smakuje wybornie :) Zjedliśmy, posiedzieliśmy (a zapomniałam wspomnieć, że okolica jest ostoją żubrów, my tylko słyszeliśmy, nie udało nam się zobaczyć, ale może ktoś z Was będzie miał więcej szczęścia) i poszliśmy dalej. W pierwszym momencie trochę się zgubiliśmy, nie mogliśmy znaleźć szlaku, ale czasem warto,bo dzięki temu natrafiliśmy na wspomnianego wyżej anioła. Bieszczadzkie anioły kojarzą mi się głównie z piosenką SDM:

Anioły są takie ciche
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Gdy spotkasz takiego w górach
Wiele z nim nie pogadasz

Najwyżej na ucho ci powie
Gdy będzie w dobrym humorze
Że skrzydła nosi w plecaku
Nawet przy dobrej pogodzie

Anioły są całe zielone
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Łatwo w trawie się kryją
I w opuszczonych sadach

W zielone grają ukradkiem
Nawet karty mają zielone
Zielone mają pojęcie
A nawet zielony kielonek 
najpierw wyłoniły się owce
fot.jkordel

Ten mój jest całkowicie inny. Może ten kielonek by się zgadzał, ale ręki nie dam sobie uciąć bo nie sprawdzałam. Mój anioł pojawił się znienacka. Najpierw wyszły owce. Kilka sztuk, rozpierzchły się po obu stronach drogi, widzieliśmy je z pewnego oddalenia, potem pojawiły się kolejne w towarzystwie wielkiego psa, a potem wyszedł on. Z długim mocnym kijem. Kroczył wśród owiec, wokół niego biegały psy, wyglądał nieziemsko. Naprawdę, to nie jest ekscytacja mieszczucha widzącego owieczki i pasterza. Takie widoki nie są mi obce, natomiast ten... Był szczególny.  I na pewno, wbrew temu co mówi piosenka nie był cichy. Krzyczał, gadał z psami i klął jak szewc. Z nami wymienił uścisk dłoni, zaklął szpetnie, kazał się zatrzymać. Jak anioł stróż dbający o to by każdy pod jego opieką przebył bezpiecznie drogę, która jeszcze przed nim. Nadal klnąc wyjaśnił, że ten .... i ...... kropkuję żeby nie gorszyć wrażliwych uszu, został mu w lesie z ..... i...... A na pewno nie da do siebie podejść, bo tutaj coś niezrozumiale zamruczał. Stawiam na kolejne kropki :) Jak się potem okazało chodziło mu o psa, który został w tyle umizgując się do psiej dorodnej panny. Rzeczywiście pojawił się po chwili, ogromny kudłacz i czarna suczka. Pasterz najpierw wykrzyczał mu co o nim myśli, potem zebrał stado, popatrzył na nas wyblakłymi, mądrymi oczami i uniósł do góry rękę.
Poczułam się jakbym własnie otrzymała błogosławieństwo. Nie powiedział już nic. Odszedł niespiesznie. Wyglądał tak jakby od setek lat przemierzał bieszczadzkie bezludne ścieżki i tak jakby miał tam zostać na zawsze. I właśnie teraz gdy myślę o bieszczadzkich aniołach widzę ten obraz opisany powyżej. Mój Anioł, ma zmarszczki, klnie potwornie i jest tak przesiąknięty Bieszczadami jak tylko można. Wędruje wśród owiec z psami przy boku. Być może i Wam się objawi z ludzko-anielską twarzą... Już pod koniec wędrówki znaleźliśmy starą, powyginaną podkowę. Miałam wrażenie, że to własnie on nam ją zostawił. Nasz prywatny, bieszczadzki anioł.
odchodzące stado
fot.jkordel

oddalający się niespiesznie anioł
fot.jkordel
 
   

piątek, 7 sierpnia 2015

Choceń i wycieczczka w namacalną przeszłość...

tak wygląda droga
fot. j.kordel
Od wielu już lat tęskniło mi się do Bieszczad i  Beskidu Niskiego... Wspominałam już kiedyś, że Beskid kojarzy mi się z moim tatą. Urodził się tuż pod Duklą, jeździliśmy tam do rodziny na wakacje, wiele moich wspomnień z dzieciństwa i nieco późniejszych czasów wiąże się właśnie z tamtymi miejscami. Z kuzynką Danusią, z którą bawiłyśmy się na strychu. Panował tam półmrok i tajemnicza atmosfera. Stały stare pudła ze skarbami, w których można było do woli grzebać i odkrywać coraz to nowe cudowności. Czasem w kącie leżała sterta ziarna, które cudownie było przesypywać przez palce. Mieniło się złotem. Prosto z domu cioci Marysi szło się w góry, pachniało tam... Wtedy bym tak tego nie określiła ale swobodą. Może dlatego w tej chwili gdy biorę głęboki oddech stojąc pośród łąk i pól zawsze mam poczucie wolności. Tak dla mnie pachną Bieszczady i Beskidy. Dzikością, nieskrępowaniem, wolnością i... Ojcem. Tam mi do niego najbliżej. Nie na cmentarzu, przyznam się szczerze, że ostatnio rzadko zaglądam, tylko tam. Wśród gór, ciszy i tego oszałamiającego zapachu polnych kwiatów i traw. Chyba wolę widzieć go właśnie tam, takim jakim go pamiętam, zadziornym, pełnym życia i planów. Z tym błyskiem w oku, którego bali się wszyscy chłopcy, którzy przychodzili do mojej siostry:). Uwierzycie, że odstawiali ją pod drzwi domu co do umówionej minuty? Bali się taty jak diabeł święconej wody i żaden nie zaryzykował spóźnienia.
a taki był początek
fot. j.kordel

fot. j.kordel

Ale wracając do gór.  Z roku na rok tęskniłam coraz bardziej. Tęsknota napierała, nie można już było jej zignorować. I udało nam się w tym roku pojechać. Na tydzień. Plan był prosty: chcieliśmy odetchnąć pełną piersią, odpocząć. To razem. Ja osobiście chciałam się zmierzyć ze wspomnieniami, bo ostatnio coraz częściej dopada mnie nostalgia. Wiedziałam, że będę chciała odwiedzić Duklę, Pustelnię św. Jana, wejść na Cergową... Ale w związku z tym, że zatrzymaliśmy się w Bieszczadach (w Gęsim Zakręcie, o którym będzie w całkiem innym poście) wypad do Beskidu mieliśmy zaplanowany precyzyjnie czyli na któryś dzień:) Nie pierwszy.

Natomiast wędrówkę zaczęliśmy od miejsca, które znalazłam gdy szperałam w internecie w poszukiwaniu interesujących miejsc. Znalazłam artykuł. Przeczytałam kilka zdań i już wiedziałam, że koniecznie musimy tam dotrzeć.
fot. j.kordel


"Kobieta stanęła na gruzach domu. Drżącą dłonią dotknęła ziemi. Objęła pochyloną jabłoń, przytuliła do niej siwą głowę. To była jej modlitwa za spaloną wieś. Pierwsza po 60 latach. 
Obrazek pierwszy. Na wyblakłej fotografii z 1924 r. widać drewnianą cerkiew z trzema kopułami i fragment dzwonnicy. Obok rosną chude brzozy pozbawione liści, pod nimi leżą żerdzie do grodzenia świątyni."

Po tych zdaniach wyobraźnia mi się rozszalała. Widziałam tę kobietę, jabłonkę, łzy w jej oczach. Chciałam pójść jej śladem.Wsiedliśmy do samochodu, dojechaliśmy do miejscowości Średnie Wielkie i stamtąd ruszyliśmy by zobaczyć, może bardziej poczuć atmosferę dawnej wsi Choceń. Wioska leżała w małej, trudno dostępnej kotlince. Miejscowi żyli z uprawy żyta i jęczmienia, hodowali owce, kozy. W międzywojniu tętniło tam życie. Wokół domów kwitły umajone sady, pachniało kwiatami, trawą, bujnym życiem. Na podwórzach bawiły się dzieci. A potem... Potem przyszłą wojna i jej konsekwencje. Nie ominęły też Chocenia. Wystarczyło kilka godzin i wioskę zmiotło z powierzchni ziemi. Mieszkańcom dano trzy godziny na spakowanie najbardziej potrzebnych rzeczy i wywieziono. Chaty częściowo strawił ogień. Wraz z nimi lata wspomnień, śmiech i łzy dawnych mieszkańców. Echo śmiechu dziecięcego, dawnych rozmów, planów można wyczuć tam do dziś.  To miejsce ma specyficzną atmosferę. Nie ma już domów, ludzi ale gdzieniegdzie widać drzewa owocowe, zarośnięte wysoką trawą, skrzętnie ukryte śpią pozostałości domów, studni, piwnic...
Tutaj udało nam się odnaleźć fragment
wśród traw.
fot. j.kordel

tu również fragmenty
fot. j.kordel

Właściwie wchodząc do malowniczej doliny spodziewałam się czegoś innego. Opisy w Internecie mówią o tym, że to jedna z nieistniejących wiosek, którą przywrócono do życia. Po części rzecz jasna. Ponoć kilka lat temu oczyszczono teren, odkryto dawne fundamenty, zaznaczono miejsca budynków... Teraz, w środku lata nie znajdziecie tam tego wszystkiego. Trawa miejscami była wyższa ode mnie. Wioska znów otuliła się zielenią, skryła przed ciekawskimi oczami... Ale za to pozostała atmosfera, taka głęboka cisza, szczególny szum wiatru. Chciałabym tam jeszcze wrócić. Na spokojnie usiąść i popatrzeć. Przymknąć oczy mając w głowie słowa :

"Tu był dom, tam spichlerz, widać znakomicie zachowane piwnice. Kawałek dalej na wzniesieniu zobaczymy fundamenty cerkwi i pozostałości cmentarza..."

I wtedy na pewno za naszymi plecami dawni mieszkańcy powrócą, rozszczekają się psy, zakwitną tamte kwiaty...
Wydaje mi się, że to zwalony pień starej czereśni
fot. j.kordel

z tyłu za nami większa od nas roślinność :)
fot. j.kordel

Wiadomości i cytowane fragmenty pochodzą STĄD i STĄD