niedziela, 19 stycznia 2020

Witajcie kochani jak dobrze Was uścisnąć!

Dzień dobry :)
To po pierwsze, jeżeli ktoś miał wątpliwości czy jeszcze żyje, to owszem, żyję :) Mam nadzieję, że jeżeli ktoś poczuł się rozczarowany tą informacją, to będzie miał na tyle taktu, że się do tego nie przyzna :) 

Po drugie postaram się jakoś logicznie opowiedzieć gdzie byłam, jak mnie nie było :) W miarę po kolei, bo po takiej przerwie blogowej inaczej  się nie da. To chyba moja największa absencja w historii blogowania. 
Od tamtego czasu, gdy tu ostatni raz zaglądałam, jeżeli chodzi o sprawy zawodowe, to zdążyłam napisać "Antolkę" i "Nieświętego Mikołaja". I to zaliczam bezwzględnie do sukcesów. Udało mi się również część z Was zdenerwować informacją, że kontynuacji "Uroczyska" chwilowo nie będzie. Kolejną część też trochę zirytowałam, zapewniając, że "Antolka" i "Nieświęty" też będą pojedynczymi powieściami. Z tego można wyciągnąć wniosek, że mam niebywały dar irytowania innych. I jeżeli chodzi o to, to nie jestem z siebie zbytnio dumna. A chcąc być szczera, to obawiam się, że to nie koniec irytacji, bo pozmieniały mi się nieco plany wydawnicze. Ale to zostawimy sobie na później. Na jutro, albo pojutrze, albo za rok... Tak żebyście mnie nie znielubili zupełnie :)
Z wiadomości bardziej optymistycznych, to nowa powieść się pisze, czego dowodem jest zamieszczony poniżej mały fragment. A kolejna już też mocno zaplanowana i uwaga! częściowo już napisana. Jeżeli ktoś z Was mnie zna to wie, że to fenomen, bo ja nigdy nie miałam niczego zrobionego z tak dużym wyprzedzeniem. W sensie plany, notatki a i owszem, ale taki konkretny tekst, z tym było gorzej. dodatkowo wspomnę, że "Wilczy dwór też już doczekał się kilku pierwszych scen. I tu pytanie do Was: chcielibyście na zaostrzenie apetytu, za czas jakiś, kilka pierwszych stron "Wilczego"? Napiszcie proszę, a ja się dostosuję. Ogólnie rzecz biorąc jeżeli macie pytania dotyczące moich powieści to pytajcie pod tym postem. Odpowiem w przeciągu tygodnia. Z ręką na sercu, bowiem postanowiłam, że ten rok będzie wyjątkowy. W końcu dwudziesty dwudziesty do czegoś zobowiązuje. I dlatego moi kochani, po pierwsze wrócę na bloga, bo mam ogromną potrzebę powrotu, a po drugie będę regularnie odpowiadała na komentarze. No dobrze w miarę regularnie. Znając moją niesubordynowaną naturę lepiej zostawię sobie lekko uchyloną furtkę :) 



A teraz trochę z innej beczki, bardziej prywatnie. 
Otóż moi kochani jak mnie tu nie było to w moim życiu działo się naprawdę dużo. Po pierwsze się przeprowadziliśmy, do naszego pierwszego, własnego mieszkania. I nareszcie mam własne miejsce do pracy. I tak oto przestałam być kobietą zza biblioteczki (w naszym poprzednim mieszkaniu miałam wciśnięty właśnie za nią stolik) a stałam się kobietą z gabinetem, własnym biurkiem i kredytem - żeby nie było za słodko :) Ale mniejsza o większość. Własny pęk kluczy to coś niesamowitego! Szczególnie po dwudziestu kilku latach tułaczki. Mam nadzieje, że cieszycie się razem ze mną :) To jeden z powodów, dla których tak rzadko się tu pojawiałam. Ci którzy nigdy tego nie przeżyli muszą uwierzyć na słowo: przeprowadzka to coś przypominającego do złudzenia koszmar! Szczególnie jeżeli należy się do ludzi, którzy kochają książki, mnóstwo książek i jeszcze trochę na dokładkę. Dodatkowo uwielbiają starą porcelanę (to ja), szkło (Kuba, mąż mój własny), szklane ryby (Tysiek), anioły różnej maści (ja), wiekowe meble (wszyscy jak jeden mąż) i tak dalej i tak dalej. I nigdy nie wierzcie tym, którzy będą mówić, że przeprowadzka z jednej strony ulicy na drugą jest lepsza niż ta na nieco większą odległość. To złudne i mamiące. Bo jak się przeprowadzacie tak blisko to wydaje się Wam, że właściwie dużą część zrobicie sami. My porwaliśmy się w pierwszej kolejności na przenoszenie książek. Bo właściwie jaki to problem zapakować plecak i dużo wielkich siatek (ikea i takie tam) i je przy okazji przenosić. Żaden, poza tym, że przy trzecim takim kursie czułam, że spokojnie mogę położyć się na środku chodnika i wyzionąć ducha (a zapomniałam wspomnieć - przeprowadzka z trzeciego na trzecie, bez windy). I tak moi drodzy przez cztery tygodnie zostałam wyłączona z życia normalnego i przerzuciłam się na kształtowanie mięśni, tężyzny fizycznej, szorowanie, malowanie i koncentrowanie się na tym, żeby zupełnie nie oszaleć. Jak widzicie przetrwałam :) Choć na widok pudeł z bananami w marketach (idealnie nadają się do pakowania) nadal mam dreszcze i obawiam się, że wyraźnie widoczne, nerwowe tiki. Potem gdy już ogarnęliśmy przeprowadzkę trzeba było błyskawicznie wziąć się do pisania. A potem były wakacje i...  Znów trzeba było wziąć się do pisania, bo "Nieświęty" czekał. I tak moją zeszłoroczną powieść zimową pisałam w toskańskim słońcu i na chorwackich plażach. Raz ubrałam moją bohaterkę w kostium i niefrasobliwie wypuściłam ją tak na ulice. Dobrze, że w porę sobie uprzytomniłam, że przecież u niej, na litość boską, jest grudzień, nasz polski, który być może nijak się ma do tych sprzed lat ale jednak do noszenia li i jedynie bikini nie nastraja. A potem wróciliśmy i trzeba się było uporać ze smutkiem, bo pożegnaliśmy się z naszymi kotami Michelem i Mordem. Jeden zginął tragicznie, drugi zachorował na raka i nie dało się go uratować. Byłam stale obecna na fb i na insta ale na bloga nie starczało mi czasu i chyba pogody ducha, bo tutaj staram się zawsze żebyście po lekturze byli choć trochę pokrzepieni. 



Ale widać uporałam się już z tym jako tako i najzwyczajniej w świecie zatęskniłam. Za pisaniem tutaj, tak odmiennym od tego co pisze się na fb. Za tym, żeby znów pisać o wszystkim i trochę o niczym. Za Wami, którzy tu zaglądacie. Reasumując pora na nowe :) I korzystając z okazji dziękuję, że cały czas tutaj zaglądacie. I że jesteście ze mną na targach, spotkaniach autorskich, fb, Instagramie. To bardzo dużo dla mnie znaczy. 
I dobrze, że w tym nowym nie zabraknie też tego starego, dobrze znajomego.  
I w myśl tego obiecany fragment tej, która dopiero się pisze :) A zdjęcia nieprzypadkowe. Jak myślicie dlaczego właśnie takie? 








Kręte, wąskie uliczki powoli znikały w mlecznej mgle. Niebo zasnute ciężkimi chmurami tylko w jednym miejscu, tam gdzie ukrywał się księżyc, jaśniało srebrzyście. Nicoletta patrzyła na to siedząc na szerokim parapecie i wychylając się coraz bardziej, zafascynowana tym jak bezgłośnie i szybko biała poświata pochłania wszystko wokół. Bruk, wieżę kościoła, figurkę Matki Boskiej ukrytej w zacisznym wgłębieniu ściany sąsiedniego domu. Wielokrotnie zachodziła w głowę kto umieścił ją właśnie tam. Co nim kierowało? Czy specyficzne poczucie humoru? Czy chęć posiadania Marii na własność? Bo widoczna była tylko z dwóch miejsc: okna z budynku naprzeciwko, czyli właśnie tego, z którego wyglądała i małego balkoniku, z którego można było do niej sięgnąć. Ta bezpośrednia bliskość podarowana została signorze Giovannie, małej, drobnej i pomarszczonej niczym przejrzałe jabłko staruszce, która w każdą sobotę wychodziła na balkon i stawiała przed Marią świeże kwiaty i zapalała świeczkę.

Może to właśnie dzięki temu rytuałowi i chybotliwemu światełku Nicoletta zwróciła na figurkę uwagę. A może to, że z signorą Giovanną miały ją na wyłączność sprawiło, że to właśnie ta konkretna Maria zajęła szczególne miejsce w jej sercu.  A teraz po raz pierwszy to ona miała zastąpić swoją sąsiadkę i zadbać o to, żeby tradycji stało się zadość.

-      Widzisz skarbie, jeszcze tak nie było, żeby w sobotę po zmroku Ona nie dostała swojego światełka. A jak na złość moja kuzynka,  Clotilda, raczyła właśnie teraz złamać nogę. To już taki typ, który zawsze, odkąd pamiętam, musiał być w centrum uwagi. Jestem pewna, że tego swojego kulasa, to też pokiereszowała tylko i wyłącznie z nudów! A jeszcze bardziej prawdopodobne, że zwyczajnie chciała mi sprawić kłopot! Bo tylko ja jej zostałam. Wszyscy inni, których Bóg obdarzył choć odrobiną rozsądku i instynktu samozachowawczego uciekli od niej jak najdalej, a tych, którym zbywało rozumu i nie wzięli nóg za pas wpędziła do grobu. Znaczy przepraszam – zerknęła na Nicolettę w popłochu. – Zawsze mi powtarzali, że w domu powieszonego nie mówi się o sznurze… Hmmm, chyba jednak nie polepszam sytuacji – zmitygowała się po niewczasie przytykając pomarszczoną rękę do ust, jakby miała nadzieję, że cieniutka, pergaminowa skóra powstrzyma potok słów, nad którym straciła panowanie.

-      Ale naprawdę nic takiego się nie stało. Ostatecznie to, że przemilczy się pewne rzeczy nie sprawi, że znikną – uspokoiła ją i pomyślała, że gdyby mogło być inaczej bez wahania złożyłaby dozgonne śluby milczenia.

Ledwo przemknęło jej to przez głowę z ogromną siłą uderzyło ją, że ostatnio wszystko zamyka się w tych dwóch, konkretnych słowach: „ostatecznie” i „dozgonnie”. Chociaż nie, było jeszcze jedno: „nigdy”, które nagle nabrało zupełnie innego, strasznego znaczenia.

-      To dobrze dziecko, że cię nie uraziłam – głos signory Giovanny zmusił ją do oderwania się od niewesołych myśli. – Niestety to jedna z moich głównych wad, plotę trzy po trzy i przez to wpadam w tarapaty. Ale biorąc pod uwagę ile już lat przeżyłam, to nie sądzę, że miałoby się to zmienić. Ale wracając do tematu, to niestety ale byłam na tyle nierozsądna, że odebrałam to cholerne ustrojstwo, które kupił mi mój syn – tu przerwała i wygrzebała z kieszenie rozłożystej, długiej do ziemi spódnicy telefon komórkowy i podsunęła ją pod nos swojej rozmówczyni, z miną jasno mówiącą co myśli o współczesnej technologii. – No i nacisnęłam ten zielony guzik i stało się. Dowiedziałam się o rzekomym nieszczęściu Clotildy. Oraz o wielu innych, z którymi musi się zmagać kulejąc i ledwo wstając z łóżka. O tych, których sama jest sprawczynią, oczywiście jakoś nie kwapiła się opowiadać – parsknęła ironicznie. – Tak czy  siak  sama, skarbie rozumiesz, że skoro już wiem o tym co się wydarzyło, nie mam innego wyjścia jak pojechać do niej. Bo gdybym nie wiedziała… - marząco zawiesiła głos i z niechęcią spojrzała na trzymany w ręku telefon. – Narzędzie piekieł i szatana – westchnęła głęboko.

-      Jak trzeba to trzeba – Nicoletta pokiwała ze zrozumieniem głową.

-      Tyle to i ja wiem, ale szkopuł w tym, że do soboty nie wrócę i…

-      I trzeba zapalić świeczkę naszej Marii – weszła jej w słowo.

Po plecach przebiegł jej dreszcz podekscytowania. Nagle to o czym myślała od wielu tygodni zaczynało nabierać realnych kształtów. Ostatnia przeszkoda miała zniknąć. A dodatkowo po raz pierwszy i zapewne ostatni będzie mogła przyjrzeć się z bliska figurce.

-      Dokładnie, chodzi mi o sobotę – przytaknęła signora Giovanna. – Nie zawracałabym ci tym dziecko głowy, ale obawiam się, że tylko ciebie mogę o to poprosić. Widać mamy coś z nieszczęsną Clotildą wspólnego. Jej zostałam jedynie ja a mi z kolei ty. Oczywiście w grę wchodziliby jeszcze moi chłopcy, ale…  Sama rozumiesz, to nie na ich męskie, pragmatyczne głowy  – zamachała gwałtownie ręką. – Dobrych mam synów, silnych, przystojnych, mądrych ale to i tak nie zmienia faktu, że  o Marię od dawien dawna dbają kobiety i nie wiem jak by bidulka przyjęła gdyby w okolicach jej sukni zaczęły gmerać męskie łapy… Znaczy nic zdrożnego nie miałam na myśli – zachichotała tym samym zaprzeczając dopiero co złożonemu zapewnieniu. – Chodziło mi tylko o brak finezji. Mężczyźni są raczej toporni, jeżeli wiesz co mam na myśli…

Nicoletta nie wiedziała ale rozsądnie postanowiła się do tego nie przyznawać.

-      No właśnie – signora Giovanna zinterpretowała jej milczenie po swojemu. – A dodatkowo, pomijając kwestię płci, w tę sobotę w telewizji leci transmisja jakiegoś arcyważnego meczu.

-      No tak, tej konkurencji Maria może nie wygrać – uśmiechnęła się przestępując z nogi na nogę z niecierpliwością a jednocześnie z całych sił starając się nie dać po sobie poznać jak bardzo jest poruszona.

wtorek, 16 lipca 2019

Słów kilka o planach i o innych różnościach

Zacznę od tych innych. Otóż moi kochani jutro oficjalna premiera Antolki, choć wiem, że część z Was już ma książkę u siebie, część już przeczytała, część czeka aż doleci.
A ja chciałam jutro Was zaprosić do Wrocławia, do Empiku (Wrocław Renoma) na ulicy Świdnickiej 40 o godzinie 18:00. Będzie to pierwsze spotkanie, na którym będziemy rozmawiać o najnowszej powieści oraz o tym o czym tylko będziecie chcieli :) Kto mnie zna wie, że gaduła ze mnie nieziemska :)
Spotkań w tym roku ogólnie jest niewiele, ale za tydzień będzie jeszcze jedno w Łódzkiej Manufakturze, również w Empiku i również o 18:00.
Poza tym jak zwykle w środku lata u mnie zapanowały listopadowe chłody i za moment zacznie się grudzień. Powieść zimowa rządzi się swoimi prawami i właśnie się pisze. Na dowód, że mówię prawdę poniżej znajdziecie mały fragmencik.

A potem potem moi kochani jadę na urlop i ogłaszam wszem i wobec, że nie napiszę ani słowa (dobra, wiadomo, że kłamię) ale tak na serio zamierzam odpoczywać, leżeć, gapić się w niebo, podglądać ludzi i obserwować toczące się wokół mnie życie. I jeść pyszne sery i pić wino i  nagadać się z córką i grać z Tyśkiem w Talizman i w ogóle robić wszystko to na co będę miała ochotę. A z tym podglądactwem i obserwacją to trzymajcie kciuki żeby mi poszło jak najlepiej, bo w przyszłym roku i Wy będziecie czerpać z tego korzyści :) Obiecuję :) Tak, hmmm... To by było tyle w kwestii nie pracowania na urlopie :) Zamysł z góry skazany na niepowodzenie.
Ale tak jakoś samoistnie wrócił temat planów.
Uporządkuję to, jeżeli pozwolicie:
Antolka już jest :)
Powieść zimowa się pisze.
Potem jadę na wakacje i będę sobie układać w głowie powieść majową :)
A we wrześniu... We wrześniu nie będzie żadnej nowej powieści, bo chyba musiałabym zacząć pisać hurtowo ale za to dla tych, którzy czekają na "Wilczy Dwór" będę miała fragment do podczytania. A jedno mogę Wam zdradzić, będzie wstrząsający. Konstancja wróci z podróży, umęczona i ledwo żywa ale nie będzie jej dany wypoczynek i relaks. Zastanie w dworze makabrczną sytuację. To tak w ramach uspokojenia tych wszystkich, którzy podejrzewają, że już nigdy nie doczekają się kontynuacji :)
Potem będzie pisało się ostatnie już "Serce". Tytuł jeszcze nie znany, szczerze mówiąc nie wiem czy uda mi się jeszcze coś sensownego z sercem w tytule wymyślić :) Zobaczymy.
A zapomniałam o jeszcze jednym. Na początku przyszłego roku planowane jest wznowienie "Okna z widokiem".
No i znowu pokręciłam.
Najpierw będzie "Okno", potem "Serce".
A później powieść majowa.
A jeszcze później, w drugiej połowie roku zimowa. Coś mi chodzi po głowie, coś nastrojowego, klimatycznego ale zupełnie innego od dotychczasowych, ale jak na razie nie wybiegam zbytnio naprzód, bo nie chcę żeby mi się poplątało z tym co teraz piszę.
No i oczywiście w przyszłym roku, tak jak wielokrotnie wspominałam  pojawi się "Wilczy dwór". Nie wiem jeszcze w którym miesiącu (obawiam się, że jak tutaj zajrzy moja Pani Redaktor, to potem mnie zamorduje, jakbym nagle zniknęła to wiecie kogo pytać w pierwszej kolejności:) ).
Tak to wszystko poplątałam, że nie wiem czy się połapiecie :)

Tak czy inaczej starałam się ze wszystkich sił i bardzo proszę docenić chęci :)
Buziaki przesyłam i do zobaczenia! We Wrocławiu? W Łodzi? Kto przyjedzie?

A poniżej malutki fragmencik tej, która dopiero nabiera kształtów :)

Pucułowaty, niebieskooki chłopiec stał przed zamkniętą furtką, ściskając w rączce nieznacznie wymiętą kopertę. Piegowaty i nieco zadarty nosek miał zsiniały z zimna, czapka, zawadiacko nasunięta na jedno ucho sprawiała, że wyglądał czupurnie ale jednocześnie odsłaniała drugie, które było już solidnie zmarznięte.
Ale co zrobić. Coś za coś. Już dawno zauważył, że dorosłych rozczulała taka zadziorność. A tutaj gra była warta świeczki. Gość, który poprosił go o przekazanie listu wręczył mu dwudziestozłotowy banknot. Julek cały czas nie mógł uwierzyć w tak wielkie szczęście i co chwila sprawdzał, czy pieniądz na pewno jest w kieszeni kurtki. Był i szeleścił obiecująco w zmarzniętych palcach.
Jak dobrze pójdzie to może ta pani, której miał doręczyć list, też dorzuci coś od siebie – rozmarzył się. – Nawet piątka byłaby niezła. A gdyby dała dychę byłby prawdziwym szczęściarzem.
Ale żeby którakolwiek z tych fantazji mogła się ziścić przede wszystkim musiała się pojawić.
- Zwykle wraca koło piątej ale może się trochę spóźnić. To bardzo ważna wiadomość i naprawdę musi trafić we właściwe ręce. Poczekasz? – upewnił się facet wręczając mu kopertę.
- No przecież obiecałem. A ze mnie proszę pana jest solidna firma – odpowiedział poważnie.
Tak zwykle mówił jego tata gdy rozmawiał z potencjalnymi klientami i to zapewnienie zazwyczaj działało. Ale temu Julek w ogóle się nie dziwił. Już dawno zauważył, że jego ojciec miał w sobie coś takiego, co z miejsca przekonywało do niego ludzi. Po prostu, od czubka głowy aż do pięt był wcieleniem stabilności i pewności. Budził zaufanie. 
I Julek marzył, że gdy dorośnie będzie do niego podobny. Pewny siebie, zaradny i zawsze gotowy do tego żeby się wziąć z życiem za bary. 
Ale niestety. Nie zdążył dorosnąć a już na jego dziewięcioletnie barki spadł ogromny ciężar. Na początku jakoś lepiej sobie radził, ale teraz z dnia na dzień sytuacja coraz bardziej się komplikowała.
I znikąd pomocy – pomyślał ze smutkiem. – Jak tak dalej pójdzie będę musiał rzucić szkołę, a to na pewno nikomu nie wyjdzie na dobre – pociągnął nosem, ale gdy tylko poczuł, że coś drapie go w gardle podniósł głowę i zmusił się do dziarskiego uśmiechu.
Facet, który stał przed nim za nic nie mógł zauważyć, że Julek się smuci. Po pierwsze mógłby uznać go za mazgaja i poszukać kogoś innego do wykonania zadania, a po drugie nie wyglądał na kogoś, kto jest zainteresowany problemami innych. To nie był gość, któremu można by było się zwierzyć. A poza tym nawet gdyby był idealnym słuchaczem Julek doskonale wiedział, że nie może pisnąć o tym co go spotkało ani słówka. Za nic na świecie. Nie teraz.
Skoro wytrzymałem tyle to wytrzymam jeszcze trochę.
Ostatecznie bycie synem takiego ojca zobowiązuje – pomyślał usiłując odgonić od siebie poczucie beznadziejności i potwornego osamotnienia.
- Tak jak mówiłem, nie musi się pan martwić, dostarczę wszystko co trzeba, przekona się pan. Spokojna głowa – odchrząknął wypinając pierś obleczoną puchową kurtką.
Na całe szczęście drapanie w gardle, które zawsze było oznaką zbliżających się łez ustało, sytuacja została opanowana, a na twarzy mężczyzny od koperty pojawił się lekki uśmiech.
- Przekonałeś mnie, tak trzymaj. Takich ludzi nam potrzeba – poklepał go protekcjonalnie po ramieniu i nareszcie sobie poszedł.
Gdy zniknął za rogiem ulicy Julek odetchnął z ulgą. W tym gościu było coś, co mu się nie podobało. Niby elegancki, miły i uprzejmy ale taki jakiś… Picuś glancuś, tak powiedziałaby o nim babcia.
- Pamiętaj Juluś, nie to złoto co się świeci – mówiła mu często. – Bo człowieka to nie po ubraniu poznasz ani nie po tym co mówi.
- A po czym babciu? – zapytał zaciekawiony.
- A po różnych rzeczach, ale tak na pierwszy rzut to po oczach – odpowiedziała po krótkim namyśle.

wtorek, 25 czerwca 2019

A gdzie ten murek, gdzie jezioro?

Stała tuż przy cmentarnym murku
porośniętym gdzieniegdzie mchem
a przed nią rozciągała się panorama jeziora tonącego
w blasku zachodzącego słońca.
Różowozłote pasma kładły się na wodzie, migocząc i drżąc zwodniczo. 
Po ostatnim wpisie i tutaj i na mailu i na fb pojawiły się pytania dotyczące murku, na którym siedzę. I ja już wiem, o co Wam moi kochani chodzi. Otóż znacie mnie jak własną kieszeń i zapewne w duchu zadajecie sobie pytanie, czy z "Antolką" będzie tak jak z Malowniczym, że gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie... I właśnie złapałam się na tym, że nucę:

Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie 
Świat, w którym baśń ta dzieje się, 
Maleńka pszczółka mieszka w nim 
Co wieść chce wśród owadów prym. 

Tę pszczółkę, którą tu widzicie, zowią Mają, 
Wszyscy Maję znają i kochają. 
Maja fruwa tu i tam 
Świat swój pokazując nam. (...) 

Myślicie, że skoro mi się pokojarzyło  właśnie z tym to jestem potwornie stara?  Dziś chyba już mało kto pamięta starą, dobrą Maję i Gucia i pajęczycę Teklę ... Oho, no i odpłynęłam, ale już wracam na właściwy kurs, czyli do Antolki i murku i Janka i zachodu słońca w Kalu... I tutaj właśnie mamy odpowiedź. Murek istnieje (dowód na zdjęciu) 

a w powieści wszystkie miejsca, w których będzie Antolka będą autentyczne, wymienione i całkowicie do zlokalizowania.
Tak żeby Wam przybliżyć klimat powieści wstawiam zdjęcia :) Możecie zerknąć na to, co widziała Antolka.

A poniżej mały fragment, ten jest trochę nostalgiczny, ale nie dajcie się zwieść. Antolka nie jest panienką, która zbyt często popada w taki nastrój, ale tym razem jej się zdarzyło :) 

Buziaki dla Was kochani!

A właśnie okładka Antolki pojawi się trzeciego lipca :) Czyli już nie licząc dzisiejszego, za osiem dni :) 



Z "Pięknego Brzegu" wracali na jacht krętą, wąską ścieżką, z obu stron malowniczo przyozdobioną kwitnącymi dzikimi różami i głogami, które jeszcze gdzieniegdzie pomiędzy liście wplatały ostatnie płatki kwiatów.
- Pięknie tutaj. – Antolka przystanęła i rozejrzała się dookoła. – Zobacz, ile tu rośnie zdziczałych jabłonek! Szkoda, że już przekwitły! 

- A jakie dają jabłka! Tego się nie da opisać. Słodycz nagrzana słońcem i smakująca wspomnieniem lata. –  Uśmiechnął się Janek. – Właściwie chciałbym tu wrócić jesienią i znów zobaczyć jabłonki pochylone pod ciężarem owoców, głóg, który tak pięknie odznacza się purpurą na tle ciemnozielonych liści. Bo teraz ta zieleń jest jeszcze młoda, niepoważna a później, we wrześniu, październiku staje się głębsza, dojrzalsza. Ale to chyba nie jest w dobrym tonie podczas wiosny tak jawnie tęsknić za jesienią. – Roześmiał się. – Lepiej skupić się na tym, co jest tu i teraz. Chodź, pójdziemy kawałek pod górę, pokażę ci coś naprawdę wyjątkowego. – Uśmiechnął się i jak gdyby nigdy nic, wziął ją za rękę. 
To tylko zwykły, miły gest – przekonywała sama siebie, usiłując nie zwracać uwagi na bijące w oszalałym tempie serce. Pewnie robi tak z każdą dziewczyną, którą tutaj zabiera. Ot tak po prostu, zamyka jej dłoń w swojej ręce, żeby im się przyjemniej szło. No i rzeczywiście jest miło… Ale czy jakoś nadzwyczajnie? Usiłując nie dać się ponieść wyobraźni, zajęta swoimi myślami, z oczami wbitymi w ziemię, nie zauważyła, że doszli na szczyt wzgórza.


- Chciałem, żebyśmy dotarli tu tuż przed zachodem słońca, i się udało. To magiczne miejsce, jedno z moich ulubionych – powiedział, podprowadzając ją do kamiennego muru, za którym rozciągał się stary cmentarz wojenny. 
Dookoła niego zasadzono sosny, które zupełnie nie przypominały Antolce tych mazowieckich, długich i strzelistych. Te były niższe, bardziej rozgałęzione, sprawiały wrażenie, jakby wcale im nie zależało na tym, by piąć się do słońca, raczej skupiły się, żeby otulić swoimi pochylonymi ramionami śpiących snem wiecznym wojaków.
- Leżą tu żołnierze wrogich armii – powiedział cicho Janek. – Niemcy, Rosjanie. Jak popatrzysz na nagrobki uważnie, to zobaczysz też i polskie nazwiska. Kiedyś zastanawiałem się, czy teraz, gdy już wreszcie wszystko skończone, umieją dogadać się między sobą.



- Mnie się wydaje, że się całkiem nieźle dogadują – szepnęła nagle wzruszona Antolka, podchodząc do ogromnego, drewnianego krzyża. – Tu jest taki głęboki spokój, taka cisza pełna znaczeń, że inaczej być nie może. To się czuje w powietrzu, że oni już nie są na wojnie, że im tam gdzieś, gdzie teraz są, jest dobrze i spokojnie. Pewnie siedzą na drewnianych ławeczkach, stojących pod bielonymi ścianami domów, i opowiadają swoje wojenne dzieje dzieciom, których nie zdążyli mieć. I nie pozwalają swoim synom nawet myśleć o wojnie. Palą fajki, a wieczorami piją koniak dla kurażu… – Zamilkła, nagle zawstydzona tym, że głośno wypowiedziała to wszystko co w tej chwili ją przepełniało. 


Zerknęła spod oka na Janka, ale w jego twarzy nie było niczego, czego się obawiała. Ani śladu kpiny czy zdziwienia. Za to oczy miał pełne ciepła i zrozumienia. I właśnie w tym momencie dotarło do niej, że oto zupełnie nieoczekiwanie spotkała kogoś, kto po prostu ją rozwiązał jak krzyżówkę, i to mimo tego, że miała tak potwornie trudne hasła. Przed Jankiem nie musiała niczego udawać. Wystarczyło, że jest taka, jaka jest. Ot, po prostu, zwyczajnie. 
- Chodź, bo to jeszcze nie koniec, to jest jedno z tych miejsc, których nie można pominąć, będąc na Mazurach, nie tylko ze względu na to wszystko. – Janek znacząco powiódł wzrokiem wokół siebie, jeszcze mocniej ujął jej dłoń i pociągnął za sobą w stronę murku. – Zamknij oczy i otwórz dopiero, jak powiem. Jeszcze moment, zrób krok, no nie bój się, przecież cię trzymam i nie puszczę. – W jego głosie słychać było czułość i pewność. – Teraz spójrz! – Antolka otworzyła oczy i znieruchomiała.
Stała tuż przy cmentarnym murku porośniętym gdzieniegdzie mchem a przed nią rozciągała się panorama jeziora tonącego w blasku zachodzącego słońca. Różowozłote pasma kładły się na wodzie, migocząc i drżąc zwodniczo. 

czwartek, 20 czerwca 2019

Hop, hop kochani żeglarze! Czyli kilka słów o Antolce, o mnie i w ogóle stęskniłam się!

W tamtym tygodniu ruszyliśmy śladami Antolki :)
Dokładnie na tym murku i ona będzie siedzieć, tam gdzie
ja :)
Dzień dobry
To chyba moja najdłuższa przerwa blogowa. Pocieszam się tym, że cały czas jestem obecna na facebooku choć tam wpisy niejako wymuszają krótszą formę. A ja jestem gaduła, kto mnie zna ten wie. A kto nie zna, cóż, nie pozostaje nic innego jak uwierzyć na słowo. Na pocieszenie dodam, że jestem raczej z tych prawdomównych, co niejednokrotnie sprawiało, że wpadałam w tarapaty. Tak czy siak jestem, tuż po skończeniu książki, po długotrwałym siedzeniu przy biurku. A co za tym idzie cierpię na słowotok, którego właśnie niniejszym padacie ofiarą. W domu doprowadziłam do tego, że syn na mój widok dyskretnie zamyka się w pokoju, starsze dziecko wyjechało w siną dal, wymawiając się długim weekendem (aha, ja już tam swoje wiem) a mąż znosi cierpliwie katusze, które mu zadaje ja i moja nieustająca paplanina. Niby może umknąć ale jednak mu nie wypada. Wiecie na dobre i na złe, w milczeniu i słowotoku i takie tam :)I właśnie tak przebiegłam wzrokiem po tym co napisałam i po raz kolejny utwierdziłam się, że nie mam szans zostać drugim Hemingwayem, biedak jeżeli w zaświatach widzi to co właśnie tu tworzę, jęczy ze zgrozą. Mistrz krótkiej formy musi nieziemsko cierpieć widząc to co tutaj wyprawiam. Biorąc pod uwagę, że już dawno nie żyje, to określenie "nieziemsko" jest jak najbardziej na miejscu. Właściwie to zamierzałam ten wpis zacząć zupełnie inaczej ale jakoś tak popłynęłam. Ogólnie to chciałam napisać, że nigdy nie powinno się mówić nigdy. Naprawdę! Na przykład weźcie ot taką Magdalenę Kordel. Zarzekałam się, że w życiu nie napiszę książki stricte o miłości. Bo się nie nadaję, bo to nie dla mnie, bo u mnie miłość to i owszem ale jakoś tak w tle, jako coś naturalnego. No to mówiłam, zarzekałam się i mam za swoje. Bo w najnowszej powieści jakoś tak niepostrzeżenie ta miłość mi się na ten pierwszy plan wysunęła. No i spadła na moich bohaterów jak grom z jasnego nieba.  Na jeziorach ich dopadła, na żaglach w bardzo romantycznych warunkach. I dramatycznych okolicznościach. A właśnie skoro o żaglach mowa. Po raz pierwszy zabieram Was ze sobą na Mazury. O Antolce, która jest główną bohaterką powieści, myślałam już od dawna. Zaprzyjaźniałam się z nią powolutku, krok po kroku. Ale za Boga nie wiedziałam, gdzie ma się wydarzyć to wszystko co plątało mi się po głowie. Aż tu znienacka, we wrześniu zeszłego roku pojechaliśmy z przyjaciółmi na żagle.  Łódka była super, pogoda rewelacyjna, a ja stałam na kei i zachodziłam w głowę jak mam pokonać tę niewielką odległość pomiędzy keją - jeziorem - pokładem. Jakoś tak wydawało mi się, że za nic nie uda mi się przeskoczyć, że z całą pewnością wyląduję jedną nogą gdzieś pomiędzy i pacnę w to jezioro jak kamień. A pacnięcia obawiałam się jak ognia, bo pływać nie umiem. Jednakowoż coś z tym trzeba było zrobić, bo jak sami rozumiecie żeglować należy na łódce. Keja jest tylko elementem przejściowym i nijak nie można nic na to poradzić.
Gdzie ta keja przy niej ten jacht...

Nasz przyjaciel Błażej widząc jak drobię uniósł wysoko brwi i stwierdził, że nie przypuszczał, że mogę mieć z tym problem. Też nie przypuszczałam. Ostatecznie w górach bez problemu przeskakiwałam szczeliny, strumyczki i ogólnie takie, takie... No ale w końcu zamknęłam oczy (nie radzę tego próbować) i pomyślałam, że raz kozie śmierć i skoczyłam. Ze zdumieniem stwierdziłam, że wylądowałam tam gdzie powinnam. I rzeczywiście tutaj najtrudniejszy okazał się pierwszy krok. Znalazłam się na jachcie i natychmiast się zakochałam. W kołysaniu, w wodzie, w tym specyficznym poczuciu wspólnoty z innymi, którzy też na tych jachtach, w tym porcie. Krótko mówiąc popadłam w zachwyt. I wtedy spłynęło na mnie olśnienie. Że Antolka też powinna się znaleźć, podobnie jak ja na łódce. No i potem poszło.
Wróciliśmy na jeziora :)

A przez tę furtkę wejdą Janek i Antolka
A może ktoś z Was też tam zawita?

Ale wracając do mnie. Nasi przyjaciela, Iga i Błażej naprawdę byli cudowni. Wykazali się niesamowitą cierpliwością i tolerancją. No bo wiadomo (przynajmniej tym, którzy pływają), że na takim jachcie to trzeba pewne rzeczy robić. I ja też miałam coś tam luzować, coś ciągnąć, na coś patrzeć. Błażej mi to wszystko rzecz jasna tłumaczył ale ja większość tego zapomniałam w przeciągu piętnastu minut. Do tej pory nie jestem pewna czy robiłam to co powinnam. Właściwie to łapałam to co akurat było najbliżej licząc na to, że się wstrzelę. Kocham moich przyjaciół, bo bez mrugnięcia okiem akceptowali to co ja tam wyprawiałam. Złoci ludzie, mówię wam.
I tak właśnie Antolka została obdarowana moim doświadczeniem czterodniowego wilka jeziornego :) Wsadziłam ją na jacht, tak jak ja w życiu nie pływała, tak jak ja wszystko dla niej było nowe. I chyba podobnie jak ja zakochała się w jeziorach i zupełnie odmiennie ode mnie w...
No a bocian, bo jest cudny :) I też mazurski :)

No przecież mówiłam, że to będzie książka o miłości :) Ciepłej, wakacyjnej i okraszonej humorem, nostalgią, wzruszeniami i dylematami. Dołączycie do rejsu? Premiera już siedemnastego lipca. 

niedziela, 17 lutego 2019

Serce w obłokach - nadciągają ciemne chmury

Dobry wieczór moi kochani Czytelnicy!
Piszę do Was z wiadomością, że "Serce w obłokach" już naprawdę niedługo trafi do Waszych rąk. A w nim poznacie również inną odsłonę Magdaleny Kordel. Spokojnie, będzie Klementyna i będzie Miasteczko. I Dobrochna i doktor Piotruś i policjanci. Będzie też kilkoro gości, którzy pojawią się w różowej kamieniczce niespodziewanie i zapewnią jej mieszkańcom mnóstwo wrażeń i emocji. A co za tym idzie Wam również.
Ale o tym jutro a może pojutrze. Dziś chciałam opowiedzieć o nowym wątku. O starym dworze, który pojawi się w powieści i przyniesie nowe historie i wywoła dreszcze i dzięki niemu poznacie pewną opowieść. Taką której z wypiekami słucha się siedząc przy ognisku, a potem aż strach położyć się do łóżka :)

A to tak na rozbudzenie apetytu:




Poznajcie proszę Lenę, jedną z mieszkanek dworu:

Lena powitała nadejście burzy z wdzięcznością. Była jej nieoczekiwanym sprzymierzeńcem. Szalejący wiatr i bijące o ziemię pioruny, zagłuszały wszystkie odgłosy i odwracały uwagę od tego, co działo się w ciemnych czeluściach dworskich korytarzy. Wydawało jej się, że minęła cała wieczność , gdy w końcu w drzwiach pokoju, który przez ostatnie miesiące stał się jej więzieniem, zazgrzytał klucz. 
Drzwi się uchyliły i do wnętrza ktoś się wsunął.

A to przepowiednia, której nikt z nas nie chciałby usłyszeć:

Nie miała umiejętności rozumienia tego, co wyśpiewuje wiatr. Gdyby potrafiła w nim czytać, usłyszałaby złowieszcze słowa, które już wcześniej padły z ust złożonej maligną kobiety: „Za późno, na wszystko za późno”.

A to... Ktoś kto ściągnął na siebie spore nieszczęście. Słusznie? Niesłusznie? Tajemnica. A tych będzie w "Sercu w obłokach bardzo wiele. 

Noce były więc potworne, ranki nie przynosiły ukojenia, bo z nocnych koszmarów płynnie przenosiły go w te realne. Przyjaciele wyraźnie go unikali, służba przemykała pod ścianami, kuląc się po kątach. Tylko ta niemowa zachowywała się tak jak zwykle. To ona teraz przynosiła mu posiłki i herbatę. Żona jadała osobno, o ile w ogóle coś przełykała, bo straszliwie wychudła. Zrobiła się taka ptasia , ostra. 

Dwór który patrzy i nabiera umiejętności... Też go poznacie i zapewniam nie zapomnicie go prędko.

A dwór słuchał i uczył się swej nowej roli. 

A to stara niania, Eleonora. A nianie jak to nianie...  Są od tego by trwać:

Ale była nianią. A nianie nie opuszczają swoich dzieci. 

To taka przystawka, do tego co dla Was przygotowałam :) Mam nadzieję, że już niedługo spotkamy się w różowej kamieniczce i starym lesie w zrujnowanym dworze, który doskonale wie czego chce ale również jest świadomy tego czego sobie nie życzy. 

niedziela, 20 stycznia 2019

Ruda Fela, gdybyście pisali jej historię...

Pamiętacie Rudą Felę z "Serca z piernika" i Serca w skowronkach"? Jakbyście nie pamiętali to mała przypominajka poniżej. Ale zmierzam do czegoś zupełnie innego. Gdybyście mogli zadecydować o jej losie... No właśnie wyobraźcie sobie, że piszecie jej historię. I wszystko chwilowo jeszcze jest możliwe. Możecie podarować jej szansę na nowe lepsze, choć wcale nie pozbawione wybojów i zakrętów życie. Albo możecie zdecydować, że znów spotka ją rozczarowanie. Że zapłaci za to, że kiedyś, wiele lat temu zdecydowała tak a nie inaczej. Którą ścieżką byście ją poprowadzili?

Uwaga! Być może Wasze odpowiedzi nagle okażą się wiążące! Masz mój drogi czytelniku moc, moc pokierowania czyimś życiem. Co zrobisz? Jakie decyzje podejmiesz? I najważniejsze jak potem będziesz się z tym czuł?
Gra się rozpoczyna!

Zerknijcie jeszcze raz na Felę. Przypomnijcie sobie kim była i zadecydujcie co ma się z nią stać potem. Wystarczy, że wybierzecie pomiędzy szansą na szczęście a rozczarowaniem. No więc mój drogi Czytelniku... Co wybierasz?

Klementyna na ten widok uśmiechnęła się lekko do siebie. Nie mogło być mowy o pomyłce, takie włosy miała tylko Ruda Fela, gdy były małe, poznały się na jednym z letnich przykościelnych festynów. Połączyła je miłość do plastikowych pierścionków z błyszczącymi kusząco oczkami. I od tamtego momentu, gdy Klementyna przyjeżdżała do ciotki, były nieomal nierozłączne. Aż do chwili gdy Ruda Fela wyjechała do dużego miasta uczyć się na krawcową. Zaczęły się odtąd rozmijać, a w końcu Klementyna przestała w ogóle przyjeżdżać do miasteczka. Dorosłość i babka upominały się o czas i tego dla siebie zaczęło brakować. Wakacyjne przyjaźnie zostały wrzucone do pojemnego, pokrywającego się kurzem worka ze wspomnieniami.


 – A dajże mi spokój z tą twoją babką! – fuknęła Ruda Fela. – Lepiej podaj mi karton marlboro i pół litra. Stary dzisiaj wraca. Po tylu dniach harówki będzie chciał w końcu po ludzku się napić – dodała i drżącymi palcami wysupłała ze zniszczonej skórzanej portmonetki ostatni banknot. Józek już bez słowa sięgnął po papierosy i zawinął butelkę w szary papier. Potem razem z panią Alinką patrzyli, jak za Felą zamykają się sklepowe drzwi.
 – To teraz rozumiem, dlaczego była zła jak osa i tak wsiadła na Bogu ducha winną Annę. Mężulek wraca i znów Ruda będzie chodziła w ciemnych okularach.


Ruda Fela była wściekła. Gnała przez zaśnieżony rynek w takim tempie, że jej długie rude włosy tylko furkotały. Cienką kurtkę miała niezapiętą, ale nie czuła zimna. Gniew rozgrzewał ją sto razy bardziej, niż mógłby to uczynić jakikolwiek, nawet najgrubszy, kożuch. Już ja jej powiem tak, że jej w pięty pójdzie! Cholerna miastowa dama! Wydaje jej się, że przyjechała z tego swojego dobrego, poukładanego, nieskomplikowanego świata i może wściubiać swój głupi nos w nie swoje sprawy! Idiotka, pewnie jeszcze jest z siebie dumna! Zadyszana, stanęła przed różową kamieniczką i z nienawiścią popatrzyła na oświetlone gęsto okna. Potem obrzuciła spojrzeniem wystawę na parterze, piernikowe kamieniczki, oświetlone lampkami choinkowymi, wyglądały uroczo i bajkowo. Gdyby tylko miała pod ręką jakiś kamień, chętnie z całych sił rzuciłaby nim w ten zakłamany, słodki świat. Przynajmniej okruchy szkła byłyby tym, co realne, tym, z czym normalni ludzie muszą sobie radzić na co dzień. Z impetem otworzyła drzwi kamienicy i wbiegła na piętro. Nie zawracała sobie głowy pukaniem, tylko wparowała do środka i z miejsca w korytarzu natknęła się na tę skończoną idiotkę, pochylającą się nad leżącym na posłaniu wielkim niczym niedźwiedź psem, który na jej widok wyszczerzył zęby. Ten widok trochę ją ostudził i skłonił do zmiany planów, bo w pierwszym momencie miała ochotę złapać tę durną babę za łeb i porządnie wytargać.
 – Spokój – nakazała Klementyna psu, kładąc rękę na jego ogromnym łbie. – Felu…
 – Ja ci dam Felu! Wiesz, co ty, durna pipo, narobiłaś? Nie wiem skąd wiedziałaś, że Jarek… – Tu nagle zamilkła, bo nie wiedziała, jakich słów użyć, żeby opisać zamiary pijanego, wściekłego męża. Szczerze mówiąc, dawno już nie widziała go w takim stanie. Gdyby nie przyjechała policja, prawdopodobnie zlałby ją do nieprzytomności. Ale to, że przyjechała i złapała go dopiero zaczynającego zabierać się do dzieła, wcale nie było lepsze. Fela wiedziała, co ją czeka, gdy tylko jej mąż opuści areszt. Na trzeźwo był jeszcze gorszy. Tak, to wódka robiła swoje, i w pewnym momencie odpuszczał. Teraz nie miała co liczyć na taki cud. 
 – Czy ty wiesz, co będzie, jak go wypuszczą? A wypuszczą go po dwudziestu czterech godzinach! Pusta, próżna idiotko, po co się wtrącałaś? I kto ci w ogóle powiedział? Ktoś prosił cię o pomoc? Pies, zdenerwowany krzykami, znów uniósł się na posłaniu. Fela dopiero teraz zauważyła, że łapy obwiązane ma bandażami. Pewnie jego też przygarnęła i leczy. Widać ta głupia miastowa pipa ubzdurała sobie, że będzie ratować świat! 
– Cholerna święta Franciszka! Wynoś się tam, skąd przyszłaś! – wypaliła ze złością i dopiero w tym momencie zauważyła, że nie są w korytarzu same. Skupiona na Klementynie i psie, nie rozejrzała się wokół siebie. Tymczasem w półprzymkniętych drzwiach prowadzących do dużego pokoju zobaczyła doktora Piotra, który dziwnie blady i z zatroskaną miną przyglądał się jej bacznie. Z drugiej strony, chyba z kuchni, wyszli nieznany Feli mężczyzna i jakaś starsza pani. Tuż za nią stała Julka, obejmując za ramiona babkę Klementyny. Ruda Fela poczuła, że coś tutaj wyraźnie się nie zgadza. Był środek nocy, niemożliwe, żeby wszystkie te osoby wpadły z nieoczekiwaną wizytą. 
 – Felu – w głosie doktora Piotra było coś takiego, że kobieta poczuła, jak złość ją opuszcza, a zamiast niej od stóp do głów zalewa ją lodowaty strach. – Felu, czy ty wiesz, gdzie jest twoja najstarsza córka? – zapytał, patrząc jej prosto w oczy.