piątek, 17 kwietnia 2015

Reymont ambasadorem pierdzenia i śmierdzenia?

Widzicie tego pana patrzącego na Was z fotografii? Tak, tak macie rację. To Władysław Reymont. Jeszcze spokojny. Bo dziś z całą pewnością, gdzieś tam gdzie teraz przebywa, najpewniej w niebiańskiej wsi, leży biedaczyna z ogromną migreną. I z niedowierzaniem spogląda na dzieci polskie, które los zawiał zagranicę. Uczące się tam o swoim kraju ojczystym. I o dokonaniach znanych Polaków. Uczą się owe biedne dzieciny z nowej aplikacji przygotowanej na zlecenie MSZ. I słusznie, że dba się o to by nie zapomniały o ojczyźnie. A jak wiadomo uczyć maluchy najlepiej przez zabawę. I tak w jednej z minigier wspomniany wyżej Władzio R., autor "Chłopów", Noblista, człek godny i poważany zachęca dzieciaki do zabawy w słowa. Wśród nich są zwroty (uwaga, bo to właśnie tu nasz Władysław padł powalony migreną) "pierdząca baba" i "śmierdzący chłop".
Źródło

Nie należę do przewrażliwionej części ludzkości. Przynajmniej ta mi się wydaje. Ale taki obraz polskiej wsi... Cóż. Jedyne słowo które mi przychodzi do głowy to "żenada". Tak jestem zażenowana. A wyjaśnienia, że dzieci śmieszą takie słowa jakoś mnie nie przekonują.
Zainteresowanych odsyłam do artykułu (TUTAJ).

środa, 15 kwietnia 2015

"Tajemnica bzów" skrywa w sobie niejedną tajemnicę. Wabię i kuszę fragmentem.

Czasami bywa tak, że przedmioty usiłują nam coś powiedzieć. Dać do zrozumienia, przestrzec przed czymś lub po prostu o czymś powiadomić. Szczególnie takie, które mieszkają z nami od lat. Niektórzy, tak jak pani Leontyna, mają dar, który pozwala im rozumieć. Ale niekiedy bywa tak, że nawet specjalne umiejętności nie pomagają. I zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Na przykład pierścionek, który do tej pory pasował jak ulał, zsuwa się i ginie... A to dopiero początek zdarzeń. Tak własnie wszystko się zaczęło w "Tajemnicy bzów". Wyobraźcie sobie magiczny sklepik pani Leontyny, sklepik, w którym każda rzecz znajduje dla siebie miejsce, pełen szydełkowych serwet i kap, półek z figurkami porcelanowym, takimi na sprzedaż i takimi poobtłukiwanymi, które mają tu zapewnioną spokojną starość... I Leontynę, która stoi przed sklepem z dużym kluczem w dłoni...

Starsza pani w końcu oderwała wzrok od pyszniącej się na środku wystawy lampy i wsunęła duży staroświecki klucz do zamka. Otworzył się ze swojsko brzmiącym zgrzytem. Leontyna weszła do środka, odłożyła paczkę z książkami na stolik i jeszcze raz spojrzała na mlecznozielony klosz lampy, po czym uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. Nigdy nikomu by się głośno do tego nie przyznała, ale wierzyła, że dopóki ma w sklepie kapryśne rzeczy, dopóty nie musi bać się o siebie. Tak jakby wszystkie te szczególne przedmioty, zanim znajdą swoje przeznaczenie, chroniły ją w tajemniczy sposób. Albo raczej osłaniała ją przeszłość, a zarazem przyszłość, którą musiała zapewnić tym drobiazgom szukającym u niej chwilowego schronienia.
Zdążyła zaparzyć herbatę i rozpakować paczkę z książkami, kiedy skrzypnęły sklepowe drzwi i do środka wpadła zdyszana i potargana Magda.
 – Pani Leontyno, zamierzałam dogonić panią jeszcze po drodze, ale, jak widać, nie udało mi się – wysapała.
 – Dziecko kochane, a co się stało, że aż ruszyłaś za mną w pościg?
Spojrzała na dziewczynę z zaciekawieniem pomieszanym z obawą, a nawet, do czego nie chciała się przyznać, z lekką niechęcią. Wolała uniknąć wścibskich pytań i wściubiania nosa w jej własne sprawy. Ledwo jednak to pomyślała, natychmiast się zawstydziła.
Od kiedy troska drugiego człowieka tak cię irytuje? Wstyd, Leośka, wstyd, skarciła sama siebie w duchu.
 – Nie chciałam, żeby pani się denerwowała. To na pewno pamiątka, wygląda na stary i cenny. Wprawdzie nie jestem specjalistką, ale tutaj nawet mnie wystarczył dosłownie jeden jedyny rzut oka…
 – Poczekaj, może najpierw usiądziesz – zaproponowała Leontyna. – Zupełnie nie wiem, o czym mówisz…
 – O tym.
Magda opadła na przykryty szydełkową kapą fotel i wyciągnęła dłoń z misternie rzeźbionym złotym pierścionkiem. Lśniące miniaturowe listki splatały się ze sobą, a wśród nich pyszniła się rubinowa kiść bzu. To był pierścionek, który Leontyna od lat nosiła na serdecznym palcu. Pierścionek, który zdawał się do niej przyrośnięty i do którego przywykła tak, że nawet nie zauważyła jego braku. Zupełnie jak wtedy, gdy… Gdy on umierał, zajmowała się normalnymi sprawami i mimo swej niezwykłej zdolności wyczuwania zmian nawet nie poczuła, że właśnie w tym momencie ktoś wydziera jej kawał serca i duszy.
 – Skąd się u ciebie wziął? – Z trudem otrząsnęła się z natłoku atakujących ją wspomnień i pochyliła się nad wyciągniętą dłonią dziewczyny.
Myśl o tym, co tu i teraz, nakazała sobie. Tylko o tym.
 – Musiał się zsunąć z palca, kiedy kładła pani pieniądze na moim biurku. Leżał na nich. – Madeleine zastygła z wyciągniętą ręką, czekając, aż starsza pani zabierze pierścionek.
Tymczasem Leontyna zamiast natychmiast go zabrać i podziękować za odniesienie kosztownego drobiazgu, wpatrywała się w niego, jakby na dłoni Magdy leżało coś dziwnego i niebezpiecznego.
 – Pani Leontyno, to pani pierścionek, prawda? – zapytała w końcu dziewczyna, skrępowana przedłużającą się ciszą. Pytanie było czysto retoryczne, bo wielokrotnie widziała go na jej palcu.
 – Ten pierścionek… – Leontyna w końcu sięgnęła po zgubę i z zadumą przyjrzała się jej pod światło – jest w naszej rodzinie od pokoleń. I to on sprawił, że wszystko potoczyło się tak, jak się potoczyło. Sporo mu zawdzięczam…
Uśmiechnęła się z roztargnieniem i przysiadła na drugim fotelu. W tym momencie przez okna sklepu wpadły pomarańczowe, ciepłe promienie zachodzącego słońca i zatańczyły wśród splecionych w kok włosów starszej pani, oblały jej twarz i dekolt łagodną poświatą, wygładziły zmarszczki, zarumieniły policzki i sprawiły, że nagle ubyło jej lat. Madeleine siedziała jak urzeczona, bała się poruszyć, by nie spłoszyć tej chwili oczekiwania na coś, dzięki czemu oczy Leontyny zalśniły młodzieńczym blaskiem.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Opowieści Lwowskie. O pewnym starutkim pudełku śniącym o dawno zapomnianej słodyczy

ulica Akademicka (Ze zbiorów Narodowego Archiwum
Cyfrowego)
Pewnego wieczoru prześladowana przez swoją najnowszą lwowską pasję weszłam do internetu w poszukiwaniu czegoś co by mnie zbliżyło do miasta, w którym Leośka przeżywała najpiękniejsze dziecięce lata. Najlepiej czegoś takiego co bym mogła zakupić i mieć. Większość z Was, przynajmniej tych, którzy odwiedzają mnie już jakiś czas pokiwa ze zrozumieniem głową. Wiecie przecież, że jestem zbieraczem rzeczy najróżniejszych. Najlepiej takich, które pamiętają. Im więcej mają wspomnień zachowanych w starych wgłębieniach, rysach, pęknięciach i przetarciach tym lepiej. W czasie pisania "Tajemnicy bzów" wzbogaciliśmy się o zdjęcia mogące przedstawiać Leośkę i jej rodzinę, o pocztówki przedwojenne przedstawiające Lwów, o zdjęcia z dawnym Lwowem, o książkach o tematyce lwowskiej nawet nie wspomnę. Ale że bakcyl został połknięty, bynajmniej nie wystarczało mi to co już miałam. Chciałam więcej. I niewątpliwie miałam szczęście. Wertując najróżniejsze ogłoszenia i aukcje znalazłam "coś"... Coś było tajemnicze. Brudne jak nieboskie stworzenie. Jedno co można było o tym czymś powiedzieć na pewno to to, że jest puszką. I ma napis" Lwów Akademicka". Tyle można było rozszyfrować na pierwszy rzut oka. Ale to wystarczyło. Akademicka to była jedna z najpiękniejszych lwowskich ulic. Skoro puszka miała na sobie jej nazwę musiała kryć w sobie niejedną lwowską tajemnicę. Było jasne, że muszę, po prostu muszę, ją mieć.
No i mam:) Przybyła do mnie zapakowana w kartonowe pudełko. Wyczyściliśmy ją z Kubą na tyle na ile się dało. Ale to wystarczyło, by puszka odkryła przed nami skąd dokładnie pochodzi.
Kiedyś kiedy była jeszcze młoda i lśniąca stała wśród podobnych sobie puszek i puszeczek. Wdychała przepiękne słodkie zapachy, patrzyła na przylegające do wystawowej szyby dziecięce buzie... Puszka ta bowiem stała na półce cukierni Zalewskiego.
To była cukiernia o której śniły wszystkie lwowskie dzieci. Pełna słodkich cudów, jej wystawa to było istne dzieło sztuki. Szczególnie dwa razy w roku gromadziła dzieciarnię i dorosłych: w grudniu gdy za szybą rozpoczynali swoje panowanie święci Mikołajowie, aniołki i diabły. Z marcepanu, z cukru, pierników powstawała cała zimowa sceneria, domy, ulice, ludzie. Ożywały cukrowe choinki, marcepanowe owoce a wyobraźnia dziecięca szalała. To
Cukiernia Zalewskiego (Ze zbiorów Narodowego Archiwum
Cyfrowego) 
samo działo się na wiosnę przed Wielkanocą. Tyle że zamiast Mikołajów pojawiały się zajączki, baranki, króliczki. U Zalewskiego zamawiało się też słodki wielkanocny stół dla dzieci (czekoladowe pisanki, kurczaki itd). Cukiernia zdobyła taką sławę, że jej wyroby były przewożone samolotem do Warszawy i Paryża.
Tak wspomina ją lwowianka Pani Wanda Niemczycka Babel:    

Kiedy nie miałyśmy jeszcze dziesięciu lat najbardziej pociągającym miejscem ul. Akademickiej była oczywiście cukiernia Ludwika Zaleskiego, sklep z zabawkami Klaftena oraz wystawa cukierni Welza, mieszczącej się w gmachu Banku Cukrownictwa, tuż naprzeciw bocznej fasady hotelu George'a.
Do cukierni Zaleskiego wchodziło się z nabożeństwem, tak tu lśniły marmurowe lady otoczone aluminiowymi uchwytami, szklane przegrody, za którymi piętrzyły się sterty najwspanialszych, a przede wszystkim doskonałych ciastek, ciast i tortów oraz np. (zwłaszcza w okresie Wielkanocy ) wyrobów marcepanowych imitujących wszystkie potrawy"Święconego", wykonywanych w skali mini. I ten cudowny zapach migdałów, ponczu, palonych orzechów, a może i kawy sprawiał, że miałyśmy ochotę wciągać powietrze nieomal głośno naszymi nosami. Ze wszystkich ciastek, które rodzice z różnych okazji tu kupowali, najbardziej lubiłam"murzynki"- dwa krążki biszkoptowe spojone masą śnieżno białej śmietany kremówki, oblane grubym lukrem z przepysznej czekolady, których smak pamiętam do dziś, no i oczywiście pączki, które stały się prawie legendą i wizytówką tej znakomitej firmy cukierniczej. Na rok czy może dwa przed II wojną wysyłał je Zaleski samolotem nie tylko do Warszawy, ale nawet do Paryża.
ŹRÓDŁO

O tym magicznym miejscu pisał też Stanisław Lem w autobiograficznej książce "Wysoki Zamek". Oto jak zapamiętał cukiernię Zalewskiego: 

 „W owym czasie z osobliwości i monumentów Lwowa uwagę moją przykuwała cukiernia Zalewskiego przy ulicy Akademickiej. Miałem widać dobry gust, ponieważ od tego czasu nie widziałem doprawdy nigdzie wystaw cukierniczych urządzanych z takim rozmachem. Była to zresztą właściwie scena, oprawna w metalowe ramy, na której kilkakrotnie w roku zmieniano dekoracje stanowiące tło dla potężnych posągów i figur alegorycznych z marcepanu. Jacyś wielcy naturaliści albo i Rubensowie cukiernictwa urzeczywistniali swoje wizje, a szczególnie już przed Bożym Narodzeniem i Wielkanocą działy się za szybami zaklęte w masę migdałową i kakaową dziwy. Cukrowi Mikołaje powozili zaprzęgami, a z ich worów kipiały lawiny smakołyków; na lukrowych półmiskach spoczywały szynki i ryby w galarecie, też marcepanowe z tortowym nadzieniem, przy czym te moje informacje nie mają czysto teoretycznego charakteru. Nawet plastry cytryny, przeświecające spod galarety, były udaniem cukierniczego rzeźbiarstwa. Pamiętam stada różowych świnek z czekoladowymi oczętami, wszystkie możliwe rodzaje owoców, grzyby, wędliny, rośliny, jakieś knieje i wertepy: można było dojść do przeświadczenia, że Zalewski potrafiłby Kosmos cały powtórzyć w cukrze i czekoladzie, słońcu przydając łuskanych migdałów, a gwiazdom lukrowego lśnienia; za każdym razem w nowym sezonie umiał ten mistrz nad mistrze zajść duszę moją, łaknącą, niespokojną i nie całkiem jeszcze ufną, od nowej strony, przeszyć mnie wymową swych marcepanowych rzeźb, akwafortami białej czekolady, Wezuwiuszami tortów rzygających bitą śmietaną, w których jak wulkaniczne bomby nurzały się ciężko kandyzowane owoce. Ciastka Zalewskiego kosztowały 25 groszy, straszny pieniądz, jeśli zważyć, że duża bułka kosztowała pięć, cytryna koło dziesięciu, ale trzeba było widać płacić za jego panoramy, za słodką odświętną batalistykę, kto wie, czy gorszą od tej, jaką ukazywała Panorama Racławicka”.


A to bohaterka naszej opowieści :)


Gdy to piszę puszka stoi przede mną. Nie mogę się oprzeć marzeniu i pragnieniu by choć na chwilę mogła przemówić. Opowiedzieć o tym kto ją kupił i do jakiego domu trafiła. Jakimi ulicami ją niesiono. Czy to mąż kupił  w niej ciasteczka i zaniósł w niedzielne popołudnie żonie i dzieciom? Czy może zakochany po raz pierwszy chłopak nieśmiało wręczał ją zarumienionej dziewczynie... Co było potem? Jaką drogę przebyła zanim trafiła do mnie? Och gdyby to było możliwe! Użyczyć choć na chwilę głosu przedmiotom... Ciekawe co by nam opowiedziały. Macie takie rzeczy w domu? A jeżeli tak to którą z nich poprosilibyście o opowieść? 





czwartek, 9 kwietnia 2015

Wszyscy ludzie przez cały czas... Czyli morderstwo którego nie popełniłam.

Wyobraźcie sobie kogoś okropnie zrzędliwego. Aroganckiego. Irytującego. Wiedzącego wszystko najlepiej. Niegrzecznego. Kąśliwego. Sfrustrowanego. Mającego w nosie opinie i uczucia innych.Wiecznie niezadowolonego. Już? To właśnie stanął przed wami nie kto inny ale Mario Ybl, bohater powieści "Wszyscy ludzie przez cały czas". Od siebie dodam, że można by śmiało rozwinąć tytuł i dodać parę słów. Brzmiał by wtedy: Wszyscy ludzie przez cały czas marzą o zamordowaniu Maria. I ci występujący w powieści i czytający. Gdybym spotkała go w realnym świecie najpewniej bym nie zdzierżyła i popełniła bezwzględny mord dając tym samym pani Marcie Guzowskiej, autorce, początek do kolejnej powieści kryminalnej:)
Ale jako bohater opowieści Mario sprawdza się rewelacyjnie. Poza niewątpliwie mało słodkim charakterem ma inne szczególne cechy i umiejętności. Jest świetnym antropologiem. Kości nie mają przed nim żadnych tajemnic. Ma też ogromny dar do zrażania do siebie ludzi. I cierpi na nyktofobie, czyli panicznie boi się ciemności.
To wszystko o czym wspomniałam będzie  miało ogromne znaczenie dla rozwoju akcji, która dzieje się na Krecie. Z pełnym rozmysłem nie napisałam pięknej, słonecznej greckiej wyspie. Jeżeli ktoś myśli, że Kreta widziana oczami Maria choć w części przypomina tę, którą znamy z folderów turystycznych jest w poważnym błędzie. Kreta Maria to zimne, ponure miejsce, przepełnione mrukliwymi, niesympatycznymi i ześwirowanymi ludźmi.
Mario zostaje ściągnięty do Grecji, przez swojego przyjaciela  Roberta,by pomóc ocenić znalezione podczas badań archeologicznych kości. Okazuje się, że teren wykopalisk to prawdopodobnie dawne miejsce składania rytualnych ofiar z ludzi. Mario z właściwą sobie przenikliwością na podstawie znalezionych szkieletów rekonstruuje przebieg wydarzeń sprzed setek lat.
Jednak mylił by się ten, kto myślałby że to jedyni martwi, których będzie nam dane poznać. Już następnego dnia pojawia się kolejna ofiara i jest nią dziewczyna, która spędziła z Mariem noc. I od tego momentu atmosfera się zagęszcza a akcja nabiera tempa. Razem z ekscentrycznym Mariem odwiedzamy skłócone ze sobą na śmierć i życie (dosłownie) greckie wioski, zaglądamy do miejscowego komisariatu, obserwujemy waśnie rodzinne... I cały czas zastanawiamy się kto i po co zabija? Czy to rzeczywiście miejscowe porachunki czy chodzi o coś więcej? I czy to, że wszystko rozgrywa się podczas Wielkiego Tygodnia, w czasie przygotowań do Wielkanocy ma znaczenie?
Muszę z miejsca się przyznać, że to moje pierwsze spotkanie z Mariem i twórczością pani Marty. Ale już poszperałam i wiem, że są jeszcze inne książki, w których nasz humorzasty antropolog gra pierwsze skrzypce. I koniecznie muszę je przeczytać. Bo pomimo, że jest wkurzający, zadufany w sobie to chętnie spędzę z nim kolejne wieczory.
Książka jest niesamowicie wciągająca, trzymająca w napięciu, wątek archeologiczny pasjonujący, Kreta zobaczona z innej, mniej bajkowej strony ciekawa, Mario jedyny w swoim rodzaju, a zakończenie zaskakujące. Powieść "Wszyscy ludzie przez cały czas" ma w sobie  wszystko to co powinien mieć dobry kryminał. Nic tylko siadać i czytać do czego niniejszym zachęcam z całego serca :)

niedziela, 5 kwietnia 2015

Wielkanoc w toku a ja Wam życzę...

Życzę Wam
Słowami K.I. Gałczyńskiego:

(...)
Dzwony biją stare:
"Mateusz" i "Marek",
dzwony strojne, strojniejsze niż lira;

w kadzidłach, w muzykach,
w szkłach, w modlitewnikach
światło dźwięczy, a w domu śpi Kira.

Kira, moja mała córeczka,
Kira, moja smagła córeczka.

Boże zmartwychwstały,
udziel nam swej chwały,
wszystkim święto daj w hiacyntach, w dzwonach,

żeby wszystkie dzieci
na tym groźnym świecie
                 mogły w rączki klaskać tak jak ona -

                                                  Kira, moja mała córeczka,
                                                      Kira, moja smagła córeczka.

Szczęścia Wam moi kochani życzę. Pełnego słońca, ciepła, przesyconego zapachem domowych ciast, brzmieniem ukochanych głosów. Spokojności, kolorów i miłości. Niech przyniesione w koszyczkach, zaklęte w pisankach pozostanie z nami przez kolejne lata.

czwartek, 2 kwietnia 2015

Opowieści Lwowskie. Kluczyki czyli kilka słów o Lwowie i lwowskiej Wielkanocy.

Pisząc Leośkę siłą rzeczy przeczytałam sporo pozycji o dawnym Lwowie. Zaczynałam z myślą, że skoro podjęłam się tego tematu, to muszę jak najlepiej poznać tamto miasto, jego klimat i mieszkańców. Podchodziłam do tego hmm... Jakby to określić? Poważnie? To chyba dobre słowo. Bo chciałam by Ci, którzy sięgną po książkę, poczuli się w dawnym Lwowie, jak u siebie. By został odczarowany. By nikt nie musiał mówić:
"A Lwów to dla mnie zagranica"
Znacie tę piosenkę? Jeżeli nie to wysłuchajcie jej proszę. Od początku do końca. Jest piękna od słów poczynając na wykonaniu kończąc.

Ale żeby temu sprostać najpierw ja musiałam się z Lwowem zapoznać. I im więcej czytałam, słuchałam, oglądałam, tym bardziej miasto, w którym Leontyna przeżyła swoje dzieciństwo mnie oczarowywało. W końcu doszło do tego, że Lwów mnie omamił, zaczarował i rozkochał w sobie. I to na amen. Do tego stopnia, że było mi żal go opuszczać. I tak praca nad Leośką sprawiła, że do moich licznych miłości i tęsknot doszła jeszcze ta jedna: lwowska. Tym gorętsza i bardziej paląca, że nie do zrealizowania. Wszak tamtego dawnego Lwowa już nie ma. Nie będzie można go dotknąć, powąchać posmakować. Więc jednak trochę zagranica... Zmiotła go z powierzchni ziemi wojna. Ale można o nim pamiętać wraz z tymi, którzy o miłości do tego miasta pisali, mówili i o nim śpiewali.
Pojutrze już Wielkanoc. We Lwowie przygotowywano się do niej z ogromnym wyprzedzeniem. Trzeba było nie tylko upiec baby i mazurki, ale także wszystko wysprzątać, wyczyścić, wyprasować. Dom miał pachnieć pastą do podłóg, ciastem i... kwiatami. Właśnie tak, bo symbolem nadchodzącej Wielkanocy był nie tylko cukrowy baranek (często zakupowany w cukierni Zalewskiego, cukierni jedynej w swoim rodzaju, czy wiecie, że codziennie rano wylatywał ze Lwowa samolot dostarczający słodkie cudowności Zalewskich do Warszawy i Paryża? Ale o tym kiedy indziej, bo mam coś co chciałabym Wam pokazać, coś co z cukiernią jest bezpośrednio związane), ale też kwiaty. Bukieciki fiołków, przylaszczek, prymulek zdobiły lwowskie domy. Pomyślcie sobie o Wielkanocy pachnącej fiołkami... Albo o barwach prymulek na świątecznym stole... Z tymi ostatnimi wiąże się sporo opowieści. Ponoć Święty Piotr pewnego razu zgubił klucze od bramy do raju i odnalazł je tylko dlatego, że z upuszczonych kluczy wyrósł pęk prymulek.
Wierzono także, że przypięte do sukni mają moc przyciągania mężczyzn i uwaga! Otwierania ich serc i budzenia ciepłych uczuć. Może stąd wzięła się ich ludowa nazwa "kluczyki"?
W każdym razie prymulki gościły na lwowskich stołach i parapetach. W Wielki Piątek Lwowianie wyruszali w odwiedziny na Boże Groby. Już od godziny 14 ulice wypełniały się ludźmi spieszącymi od kościoła do kościoła i podziwiającymi artystycznie wykonane Boże Groby. Pani Janina Augustyn - Puziewicz w swoich wspomnieniach zawartych w książce "Lwów wspomnienie lat szczęśliwych" tak pisze o tej tradycji:
"Zgodnie z być może tylko naszą domową tradycją należało odwiedzić dwanaście kościołów. Mój wiek nie był przyczyną do złagodzenia zwyczaju.Toteż wędrowaliśmy ręka w rękę, od kościoła do kościoła, od grobu do grobu. W każdym kościele Boży Grób był inny, co jeden to piękniejszy. Wszystkie tonęły w tiulach, muślinach, powodzi świateł i kwiatów. Hiacyntów i hortensji było najwięcej. Majestat cierpienia i śmierci sprawiał, iż charakter tych uroczystości był jedyny w swoim rodzaju".
Pozwolicie, że nie będę opisywać całej wędrówki, ale zacytuję jeszcze jeden fragment:
"Po odwiedzeniu Bożego Grobu w kościele OO. Bernardynów odwiedzaliśmy Boży Grób w kościele OO. Karmelitów na górce i schodziliśmy do kościoła OO. Jezuitów. W tym kościele był zawsze ogromny tłok. Przyczyną były maluchy, których nie sposób było od Bożego Grobu odciągnąć. Tu śpiewały kanarki! Chyba wolno latające. Kwiaty i ptaki sprawiły, że ten Boży Grób był dla mnie zawsze najpiękniejszy i taki, choć w mglistych wspomnieniach, pozostał. Hiacyntów było przy tym Bożym Grobie tak dużo, że cały kościół nimi pachniał. Były nie tylko w kolorach, ale każdy kolor był w odcieniach od najciemniejszego do najjaśniejszego."
Wyobrażacie sobie kościół tonący w kwiatach, dzieci nie mogące oderwać oczu od kanarków? Tłumy ciągnące od kościoła do kościoła? Ci którzy nie zdążyli odwiedzić Bożych Grobów w piątek mogli dokończyć wędrówkę w sobotę do godziny 18...
Jutro u nas też nastanie Wielki Piątek. Duża część z nas spędzi go na zakupach, pieczeniu, gotowaniu... A może ktoś z Was da się skusić i w czasie ostatnich zakupów sięgnie również po doniczkę z kwitnącymi prymulkami? I pomyśli o tym, że kiedyś w  wielu domach one kojarzyły się z wiosną, Wielkanocą i świętami. Może dacie się namówić i w ten sposób ocalicie kawałek pachnącego, barwnego Lwowa? Bo ja na pewno ulegnę temu pragnieniu.