środa, 15 marca 2017

Z Tyśkowego punktu widzenia

Tysiek przed momentem odrabiał lekcje. Miał ułożyć krótkie rymowanki z różnymi wyrazami. Między innymi ze słowem hipopotam. W końcu szczęśliwy przybiegł do mnie do kuchni i oznajmił, że skończył.
- No to daj, zobaczę - powiedziałam biorąc od niego ćwiczenia.
I zobaczyłam. Rymowanka z "hipopotamem" brzmiała tak:
Hipopotam stary koziół
Przygryzł sobie wielki ozór.
- Tysiek, ale to tak nie może być - mruknęłam chwilę później gdy już opanowałam chęć do śmiechu.
- Może, może - uspokoiło mnie moje dziecko. - To jest rym nieskładny.
- Trudno się nie zgodzić. Niedokładny - poprawiłam odruchowo.- Ale chodzi mi bardziej o słowo "koziół".
- A co z nim nie tak? - zdumiał się Tysiek.
- Nie ma takiego. Jest kozioł.
- Mamo nie było ale jest. To się nazywa słowotwórstwo - wyjaśnił mój syn ze stoickim spokojem.
Nie muszę dodawać, że Tymek nadal nie rozumie dlaczego jego wyrodna matka uparła się, że koziół musi zniknąć z zeszytu :)  

wtorek, 14 marca 2017

Wilczy Dwór poleca się uwadze. Zadajemy pytania!

Moi kochani wczoraj podzieliłam się z Wami okładką Wilczego Dworu i okazało się, że macie mnóstwo pytań. Zapraszam więc do ich zadawania. Do jutra, do południa wpisujcie pod tym postem pytania dotyczące "Wilczego Dworu" lub moich innych powieści. Będzie łatwiej jak zbierzemy je w jednym miejscu. W czwartek rano będą na Was czekały odpowiedzi. Rano czyli koło 11 :) Jak to śpiewał Andrzej Piaseczny:



I do południa budzikom śmierć 
a po północy niech dzwoni kto chce 
rano trzeba wstać, rano to jest 
tak gdzieś po pierwszej, bo później już nie.


Też jestem nocnym markiem :)Ale wracając do tematu, ktoś coś? Pytajcie o wszystko :)

 




poniedziałek, 13 marca 2017

Wilczy Dwór czyli kilka słów o najnowszej powieści

Właściwie żeby napisać o "Wilczym Dworze" powinnam zacząć od słów: dawno, dawno temu... 


Trudno dokładnie określić kiedy dokładnie zbudowano pierwszy Wilczy Dwór. Zawsze jednak, odkąd najstarsi pamiętają, temu miejscu towarzyszyła ta nazwa. I kolejne pokolenia dzieci, wieczorami słuchały tej samej opowieści. Nikt nie wie, ile w niej jest prawdy… Wiadomo jednak, że do dzisiaj w okolicach Wilczego Dworu nikt nie śmie polować na wilki… A i one mieszkańcom tego domu nigdy nie zrobiły krzywdy.

Tak zaczyna się opowieść. Legendą o "Wilczym Dworze". A poniżej kolejny fragment:

Kaśka w te pędy pobiegła do drzwi wejściowych. Całkiem już duże szczenię na jej widok zatańczyło z  radości na tylnych łapach.
      - No co ty, Drzazga – tak nazywała młodą wilczycę Katarzyna. - Gdzie mama, gdzie rodzice. Chodź! - wilk posłusznie wszedł do dworu i podążył do jej sypialni.
Katarzyna szybko ubrała się i podążyła do pobliskiego lasku. Ale jama była pusta. Widać wilki poczuły zew i odeszły i tylko jeden z nich postanowił inaczej. Przywołała Drzazgę i zmierzwiła jej włosy na karku.
-       To co, ty już moja jesteś? 
Szczeniak zapiszczał cicho.
-       No to chyba oznacza że tak.
Minęło kilka miesięcy, za przyzwoleniem księcia Zbigniew i Katarzyna pobrali się. On zakończył zaszczytną służbę, a ona żałobę po utraconym mężu. Nowy dwór rozbrzmiewał głosami służby i nowych, pojawiających się na świecie dzieci. Pamięć o strasznych chwilach powoli bladła, ich dowodem były jedynie wspomnienia, nowe, powoli szarzejące ściany dworu i towarzysząca na każdym kroku najstarszej dziewczynce wielka wilczyca... I nazwa, bo gdy wilki odeszły, Katarzyna postanowiła, że nazwie nową siedzibę ich imieniem – od tego dnia nikt nie mówił o ich dworze inaczej jak Wilczy Dwór.

Całą legendę poznacie gdy otworzycie powieść. To tylko wstęp, bo potem... Potem będzie się działo.  
Wilczy Dwór otworzy przed Wami stare drzwi. Dopuści Was do sekretów, odkryje tajemnice. Choć jeżeli chodzi o te ostatnie to będzie dość oszczędny, bo tajemnic, wątków, sekretów jest mnóstwo.
Na zachętę zapraszam do przeczytania fragmentu :) 

Przybycie pana Dionizego poskutkowało nieoczekiwanie tym, że po raz pierwszy od niepamiętnych dni kuzynka Jadwiga i ciotka Marta nie zaczęły posiłku od skakania sobie do oczu. Najzwyczajniej w świecie nie miały na to czasu, zajęte bawieniem gościa rozmową. Oczywiście nie znaczyło to wcale, że zaprzestały rywalizacji. Co to, to nie, ale tym razem skupiły się głównie na tym żeby odciągnąć uwagę przybyłego od rywalki. Każda robiła to w charakterystyczny dla siebie sposób. Ciotka Marta uśmiechała się i szczebiotała, Jadwiga natomiast usiłowała zjednać go powagą i pilnym słuchaniem. A pan Dionizemu było w to graj. Ewidentnie damskie towarzystwo mu służyło, rozochocił się i prawił paniom komplementy, tak zdatnie, że nawet na wychudłych policzkach kuzynki Jadwigi wykwitł blady rumieńczyk. 
- Nie jesteś zazdrosny? – szepnęła konspiracyjnie Konstancja do Jana i sugestywnie spojrzała na ożywione matrony. – Rano to ty byłeś ich bawidamkiem i ulubieńcem…
- I chwała mojemu wybawicielowi – odszepnął jej rozbawiony. – Chętnie odstąpię mu pola w tym względzie.
- Dobrze, to skoro panie są zajęte, korzystajmy z chwili spokoju i porozmawiajmy o pojedynku, bo…
- Czy ja dobrze słyszę? – widać Dionizy miał niesamowitą podzielność uwagi.– Pojedynek? Jestem znawcą pojedynków, w niejednym brałem udział i nie chwaląc byłem postrachem okolicy! Wyobraźcie sobie mości panowie i panie, że pewnego razu przybyli do mojego dworu Francuzi. To było wtedy, gdy Napoleon jeszcze jawił nam się zbawicielem dla naszego biednego kraju. Jako człowiek szanujący tradycje i obyczaje, sami rozumiecie gość w dom, Bóg w dom, otworzyłem szeroko drzwi przed jego żołnierzami, ugościłem czym chata bogata, nawet piwniczkę zostawiłem do ich dyspozycji. A miałem tam skarby nie lada! Panie może nie docenią, ale panowie na pewno poczują tęsknotę na samą myśl o tych miodach, winach i najprzedniejszych likierach!
- Och – wymknęło się ciotce Marcie. – Nie doceniasz pan niewiast, które też owe czasy pamiętają! Za taką naleweczkę z piwnicy mojego dziadunia to bym i dzień życia oddała!
- Zawsze byłaś rozrzutna ponad miarę. Ciekawe co by było gdyby okazało się, że oddałaś swoje ostatnie godziny. Wszak w twoim wieku jest to wielce prawdopodobne – sarknęła kuzynka Jadwiga robiąc złośliwą minę.
- Ach! Jak to dobrze wiedzieć, że się tak o mnie troszczysz – uśmiechnęła się uroczo ciotka Marta jednocześnie nachylając się w stronę starej panny i z całych sił szczypiąc ją w kościste biodro.
Konstancja z całą pewnością by w to nie uwierzyła, gdyby nie widziała na własne oczy szczypnięcia i tego jak kuzynka Jadwiga, cała purpurowa odpłaca swojej sąsiadce pięknym za nadobne. 
- Ałła! – wyrwało się ciotce Marcie ale wystarczyło jedno spojrzenie rzucone w stronę pana Dionizego żeby w tempie natychmiastowym  przywołała na twarz uroczy uśmiech. – Ehem… - zamarkowała okrzyk  kaszlnięciem. – Domyślam się jakie to było trudne tak zostawić te wszystkie dobra obcym ludziom. I dlatego powtórzę raz jeszcze ała! – dodała a Konstancja pomyślała, że ciotka Marta ewidentnie dysponuje talentem aktorskim połączonym z błyskawiczny refleksem.
- E tam, wtedy to o nich nie myślało się jak o obcych, ale jak o tych, którzy nieśli nadzieję na niepodległość i wolność. Dlatego też nie żal mi było tego dobra. Aż do momentu, gdy okazało się, że drwią ze mnie za plecami, uważają za pierwsze z brzegu byle co! Ale i wtedy nakazałem sobie spokój. Żołnierzem się jest przez całe życie, a wiadomo, że żołnierz musi i wobec siebie umieć stosować najsurowszą dyscyplinę. Tedy zęby zacisnąłem i nakazałem sobie, żeby uwagi na te zbytki i zaczepki nie zwracać. Aż do momentu, gdy dla uciechy wyzwali mnie na strzelanie. Przyszli i powiedzieli, że pułkownikowi ich uchybiłem i stawić się muszę na jego wezwanie. Szczerze mówiąc uchybienia żadnego sobie nie przypominałem i od początku wiedziałem, że to tylko takie niesmaczne żarty się ich trzymają. Nawet trochę rozumiałem skąd to się brało, bo chłopcy unieruchomieni w głuchej wsi, nudzili się okrutnie. Ale wyzwania nie sposób było zlekceważyć.
- I co poszedł pan się strzelać? – ciotka Marta złożyła pulchne ręce na stole i aż cała wychyliła się w stronę Dionizego.
- A pewnie, że poszedłem. Chciałem jeszcze sprawę załagodzić i powiedziałem pułkownikowi, że jeżeli sobie życzy to żeby rozlewu krwi uniknąć ja go pięknie za tę zniewagę, czymkolwiek była, przeproszę. A na to jego żołnierze w głos, że jeżeli już, to na kolanach mam prosić o wybaczenie. I muszę państwu powiedzieć, że o ile do tego momentu brałem to wszystko z przymrużeniem oka to gdy usłyszałem „na kolana”, to krew we mnie zawrzała. O niedoczekanie wasze jak mnie klęczącego przed kimkolwiek poza Bogiem zobaczycie – pomyślałem i wystąpiłem na plac. Wymierzyłem strzeliłem. Pułkownik padł na ziemię zalany krwią…
- Zabiłgoś pan – wyszeptała kuzynka Jadwiga z głośno przełykając ślinę.
- To samo zakrzyknęli przerażeni wojacy. Ale ani oni ani pani nie mieliście racji. Odstrzeliłem mu tylko kawałek ucha. Lewego.  To co wszyscy brali za śmierć było tylko skutkiem ogłuszenia. I od tamtego momentu z miejsca szacunek ich zyskałem a z pułkownikiem przyjaźniłem się długie lata. Niestety odszedł już na drugą stronę i zapewne tam Świętemu Piotrowi pomaga bitwy z czartami staczać… A teraz powiedz mi pan, z jakiej to okazji będziesz się strzelał – zwrócił się następnie do Jana.
I Jan w skrócie mu opowiedział o Sępińskim i zniewadze jakiej w jego domu doświadczył. 
- A no tak, dobrze przynajmniej, że powód jest solidny. Bo jak się teraz słucha o tych wyzwaniach to aż wstyd człowieka bierze – mruknął w zamyśleniu Dionizy. – Ot, wiem, że to zwyczaj starców mówić o tym, że kiedyś bywało lepiej, ale dawniej rzeczywiście inne bywały pojedynki, inaczej krew w żyłach nam grała. Nie przeczę, że od kielicha do szpady nie było daleko, ale nie miało to nic wspólnego ze słabymi nerwami. Może dlatego, że biło się tak jak się żyło i piło. Na całego, z fantazją, z pełnym kielichem… Czasem i krew jak z przepełnionej winem czary się polała ale to też miało głęboki, wyborny smak. A jak się otwierało dom przed gośćmi to jednocześnie otwierało się też serce. I pojęcie honoru było we właściwym miejscu i większe poszanowanie człowieka. Nie tak jak teraz…  Hulaj dusza bez kontusza, szukaj pana bez żupana! Wszystkim wszystko wolno, wstydzić za nic się nie trzeba. Wystarczy spojrzeć na takiego Sępińskiego, o którym tu słyszałem…
- Oj tak, strasznie to wszystko przeżywamy, boimy się o naszego kochanego Sokołosia – wtrąciła ciotka Marta. 
- Strach tu niewiele pomoże, lepiej zdać się na modlitwę – burknęła Jadwiga, zła że to na pulchnej postaci konkurentki zawiesił się wzrok pana Dionizego.
- Dobrze moi drodzy, to sobie pogwarzyliśmy, powspominaliśmy a teraz zajmijmy się przede wszystkim jedzeniem żeby nie rozsierdzić Pelasi – zarządziła Konstancja.
- Skoro gospodyni nakazuje - sprzeciwiać się nie wypada – skłonił się w jej stronę Dionizy i za jego przykładem wszyscy pochylili się nad talerzami. 

Mam nadzieję, że czytało się Wam dobrze i że macie ochotę na więcej :) Dobrej nocy Wam życzę! 





czwartek, 2 marca 2017

Wielkimi krokami nadchodzi KONIEC!

Jeszcze chwileczka, jeszcze momencik i napiszę magiczne słowo "koniec". Trzymajcie kciuki, żeby doba była dłuższa, a wszelkie bóstwa opiekujące się piszącymi patrzyły na mnie przychylnie. Jak na razie o powieści mogę powiedzieć tyle, że z pierwotnego pomysłu zostały lata, w których toczy się akcja i dwór, w którym mieszka bohaterka. Reszta... No cóż, nie ma nic wspólnego z początkowym konspektem i założeniami. Poza tym mam wrażenie, że napisałam powieść zupełnie inną, niż wcześniejsze. Jestem bardzo ciekawa, jak ją przyjmiecie. Mogę Wam jeszcze zdradzić, że ten wilk, który pojawia się przy wzmiankach o najnowszej książce, pojawia się nie bez kozery:). Już niedługo zdradzę Wam tytuł, a na razie zapraszam na krótki fragment.

I już w zupełnym milczeniu pokonywały wąziutką ścieżkę, która niczym cienka wstążka położyła się na uginającej się złowrogo powierzchni. 
Nad bagnami zachodziło słońce. Konstancja miała wrażenie, że jego wielka, czerwona kula desperacko chwyta się ostatnimi promieniami powierzchni, usiłując nie zniknąć w ciemnej, gnijącej czeluści. Nagle ciszę przerwał dobiegający z oddali i zwielokrotniony echem śpiew:



A jak ona cię zamówi,
Zapisze na niebie,
Potem włosów twoich złowi,
Pod krzyżem zagrzebie;

Poznasz wtedy jak to zwodzić
Miodowym wyrazem;
Będziesz wiedział, jak to chodzić
Do dwóch dziewcząt razem.

Jeśli puścisz się na wody, 
Łódź z tobą zatonie;
Jeśli puścisz się na gody,
Rozniosą cię konie;

W lesie zginiesz w ciężkim bólu,
Bo cię dąb przywali;
A przy żniwie w ciężkim polu
Piorun cię wypali!

Ach i potem nieraz Stasiu
Z grobu już zapłacze:
Ach! przebacz mi, droga Kasiu!
Lecz ja nie przebaczę!

- Matko Boska, Pelasiu, wyjdźmy już stąd – jęknęła zduszonym głosem. – Mam wrażenie, że  tutaj wszystkie upiorne opowieści, które mi opowiadałaś w dzieciństwie, ożywają. 
- Zaraz będziemy na miejscu – Pelagia całą sobą stłumiła chęć powiedzenia „a nie mówiłam”. 
Co by to teraz dało? – pomyślała, ściskając w rękach zioła, które odebrała od swojej ukochanej dobrodziejki. Ale rację miałam, bagna nie są dla każdego i nie każdy powinien się po nich włóczyć. Szczególnie w zapadających ciemnościach i bez krzyżyka – wzdrygnęła się i sięgnęła do kieszeni kubraka. Wyciągnęła z niej różaniec i wcisnęła kobiecie w rękę.
- Niech dobrodziejka trzyma – mruknęła. – Ja mam krzyżyk na szyi – dodała uspokajająco, nie zdając sobie sprawy, że wbrew swoim intencjom, zdenerwowała Konstancję jeszcze bardziej.

P.S. wyniki konkursy z "Córką Stalina" jutro popołudniu :)


piątek, 24 lutego 2017

Historia, sensacja, romans i kryminał czyli Córka Stalina. Uwaga konkurs!

Mówi się, że w momencie narodzin jesteśmy niczym białe, czyste karty, które tylko czekają na zapisanie. I że w dużej mierze to od nas zależy co się na nich znajdzie. Ale czy rzeczywiście zawsze przyszłość spoczywa w naszych rękach? Czy my ją kształtujemy? Czy jednak bywają wyjątki?
Jak to jest urodzić się córką dyktatora? Nieść na swoich barkach odpowiedzialność nie tylko za własne wybory i czyny ale też za to co uczynili rodzice? Jak to jest być córką Stalina?

"Nie łudzę się już ani trochę, że kiedykolwiek uda mi się uwolnić od tej łatki – że przestanę być córką Stalina. […] Rodziców się nie wybiera, ale żałuję, że moja matka nie wyszła za cieślę” 

Małe dziecko przyjmuje świat takim jakim jest. To co się wokół niego dzieje uważa za naturalne i nie poddaje tego w wątpliwości. Ale gdy dorasta zaczyna widzieć więcej. Rozumieć pewne zawiłości i niebezpieczeństwa jakie niesie ze sobą codzienność. Swietłana musiała dorosnąć o wiele szybciej niż jej rówieśnicy. Musiała nauczyć się żyć w sieci intryg i w poczuciu ciągłego zagrożenia. Wystarczyło jedno niefortunne słowo a bliscy jej ludzie bezpowrotnie znikali.Spędzali wiele lat w więzieniach albo nigdy nie wracali skazani na śmierć. Stalin był nie tylko jej ojcem. Był panem i władcą. Kiedy dowiedział się o pierwszej, wielkiej miłości córki (Swietłana spotykała się ze scenarzystą filmowym Aleksiejem Kaplerem), bez mrugnięcia okiem skazał mężczyznę na dziesięć lat łagru. Jak to było być kremlowską księżniczką?
Książka "Córka Stalina" autorstwa Rosmery Sullivan zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Jest tam wszystko: polityczne intrygi, przeszłość, która kształtuje teraźniejszość, paraliżujący, wszechobecny strach i ogromna wola walki. To wszystko sprawia, że opowieść o życiu Swietłany, córki Stalina, czyta się z zapartym tchem. Co więcej to powieść dla każdego. Dla miłośników historii ale też dla tych, którzy lubią sensację, kryminał, romans i przygodę. W tej książce jest to wszystko. Tym bardziej wartościowe, bo prawdziwe. Czasem po prostu życie pisze takie scenariusze jakich najlepszy pisarz czy scenarzysta by nigdy nie wymyślił.

Uwaga mam dla Was dwa egzemplarze książki. Zapraszam do udziału w konkursie. W komentarzu napiszcie dlaczego chcielibyście ją przeczytać i czemu "Córka Stalina" powinna trafić właśnie do Was. Konkurs trwa do 1 marca włącznie. Spośród odpowiedzi wybiorę dwie, które najbardziej przypadną mi do gustu.

sobota, 4 lutego 2017

Boskie, kudłate oblicze :)

Człowiek przez całe życie się uczy i dowiaduje nowych rzeczy. Ja na przykład wczoraj, przy okazji przeglądania fotografii z dzieciństwa moich dzieci dowiedziałam się jak moja córka wyobrażała sobie Boga :) Otóż dokładnie tak jak tego jegomościa, którego dzierży pod pachą na poniższym zdjęciu. Tyle tylko, że był ogromny i siedział na wielkiej chmurze. Jednym słowem ogromny żubr. Cóż chyba w końcu zrozumiałam dlaczego go tak ze sobą wszędzie targała :) Buziaki dla wszystkich i miłej soboty :)


To tak dla kontrastu :) Wyrosła, prawda? :)