czwartek, 29 września 2016

Dla tych którzy chcą przytulić Sezon :)


Kochani ruszył konkurs na moim fb. Tak jak zapowiadałam można przytulić mój ostatni wolny egzemplarz starego wydania. Zabawa nie jest skomplikowana, zapraszam do udziału. (TUTAJ)

środa, 28 września 2016

Rozpoczynamy Sezon na cuda :)

Będzie dokładnie tak jak w tytule tego posta. Nadchodzi zima. Wiem, wiem, dopiero co liście się wyzłociły i kasztany nadal spadają z drzew ale dla mnie zimowy czas jest coraz bliższy. A tam pachnie piernikami, prószy śnieg i ludzie czekają na nadchodzący cud. Cud, który tak naprawdę jest blisko każdego z nas, na wyciągnięcie ręki. Cud, w którym możemy mieć swój udział. Bo każdy może być czyimś aniołem...
No właśnie to pierwsza z rzeczy która sprawia, że dla mnie sezon na cuda się rozpoczął. To powieść, którą już Wam przedstawiałam. Pojawi się na półkach w księgarniach 9 listopada. Pracowałam nad nią przez całe lato. Chciałam, żeby opowiadała o tym co w życiu najważniejsze. O miłości ale takiej szeroko pojmowanej. I o takiej klasycznej, niby zwyczajnej ale upragnionej przez większość z nas. O tęsknocie, bo chyba każdy ją zna. O wybaczeniu ale nie takim oczywistym i nie przychodzącym na zawołanie. O smutku pustego miejsca przy wigilijnym stole i o radości z odnajdywania tego co najważniejsze. Niniejszym przedstawiam Wam "Anioła do wynajęcia". 

To właśnie ta powieść jest odpowiedzialna za to, że u mnie już od jakiegoś czasu pachnie zimą, świętami. I to właśnie jej zawdzięczam zdziwione spojrzenia mojego biednego sąsiada, który musiał razem ze mną od późnej wiosny słuchać kolęd i pastorałek. Sami rozumiecie w bloku są cienkie ściany :) Patrzył na mnie... No sami wiecie jak :) A ja musiałam wprowadzić się w nastrój. Rozważałam nawet przytachanie choinki ale w ostatniej chwili uznałam, że to może jednak lekka przesada :)

To moja druga zimowa książka. Pierwszą był "Sezon na cuda". Zima, pensjonat Uroczysko, Majka i jej szalone pomysły i dobre serce. Wiem, że część z Was czytała ale też jest grupa, która bardzo chciała ale nie mogła nigdzie dostać tej książki. I oto moi kochani wiadomość na którą czekałam od dawna i mam nadzieję, że i Was ucieszy. Sezon będzie wznowiony. Na sto procent, na pewno. I trafi do was już w styczniu :) Z nową szatą graficzną, w całkiem nowej odsłonie i z dobrze znaną Majką, Marysią i całym Malowniczym. Cieszy się ktoś choć troszeczkę? 
A to nowa okładka Sezonu. Jak Wam się podoba?

A żeby nie było, że to już koniec, to jakiś czas temu robiłam porządki i trafiłam na jeden zagubiony egzemplarz pierwszego wydania. I postanowiłam go komuś podarować :) Wydanie w tej odsłonie jest praktycznie nie do zdobycia więc mam nadzieję, że sprawię komuś trochę radości. A żeby było też anielsko (w końcu "Anioł do wynajęcia" już niedługo się pojawi w księgarniach) dorzucam ten kamyk: 

 Co zrobić żeby dostać ode mnie tę książkę? Wejść jutro na mój facebookowy profil TUTAJ i wziąć udział w konkursie :) Zapraszam serdecznie i mam nadzieję, że razem ze mną ciepło przyjmiecie anioła i Majkę i całkiem nowe opowieści, które rozgrzeją Wasze serca w zimowe wieczory :)         

piątek, 23 września 2016

Tomik rośnie w objętość :) Oto trzy nowe teksty :)

Kochani czytajcie, bawcie się, głosujcie na tytuł zbiorku. Ja pojawię się dopiero w niedzielę :) Miłego weekendu Wam życzę! I wspaniałe lektury oczywiście :)

Justyna Gross
Klątwa siedmiu pokoleń

Grudziądzki tramwaj szarpał pasażerami na ostrych zakrętach. Emil z trudem zachowywał równowagę, pomimo iż siedział na fotelu. Dawno już nie jechał publicznym środkiem lokomocji. Z podziwem spoglądał na siedzące naprzeciw niego staruszki, którymi pojazd tak nie poniewierał. Zaprzyjaźnione z krętymi uliczkami starego miasta poddawały się pokornie prawom fizyki i tym samym delikatnie kołysały się podczas jazdy. Emil zaś co chwilę chwytał siedzenie, by z niego nie wypaść.
Staruszki uśmiechały się pokrzepiająco. Młody pasażer wzbudzał w nich litość. Był wysokim, zbyt szczupłym brunetem z zapadniętymi policzkami, podkrążonymi oczami, niemodnym wąsikiem pod orlim nosem i widocznym brakiem w uzębieniu. Spoconą dłonią przeczesywał nerwowo przydługie i tłuste już włosy. Nie musiałby jechać tym szalonym zabytkiem komunikacyjnym, gdyby w nocy nie przesadził z alkoholem. Ostatnio często mu się to zdarzało. Przez ułamek sekundy w jego świadomości zakotwiczyła się myśl, że skończy jak jego ojciec. Otrząsnął się natychmiast z niechcianego wspomnienia.
− Przecież nie jestem alkoholikiem − myślał. − Jeden drink wieczorem to naturalny środek nasenny. Piwko czy szklaneczka whisky dla pobudzenia natchnienia nie jest jeszcze nałogiem. Nie moja wina, że od czasu wydania bestsellerowej powieści nic nie napisałem− próbował się usprawiedliwiać.
Emil Mazur był autorem kryminałów. Krytycy wychwalali jego talent, czytelnicy, w szczególności blogerzy, polecali jego książki, a wydawca chciał ciągle więcej. I tego „więcej” Emil nie potrafił z siebie wykrzesać. Tak jakby bestsellerowa książka wyssała z niego cały geniusz. Od miesięcy bezskutecznie wpatrywał się w pusty ekran monitora. Czasem zdarzało mu się, po kilku głębszych, odzyskiwać wenę i pisać do rana. Gdy wytrzeźwiał, kasował te bzdury zawstydzony pijackim bełkotem i niezrozumiałymi wizjami. Wydawca powoli tracił cierpliwość, a odłożone na koncie pieniądze topniały. Dlatego Emil przyjął propozycję spotkania autorskiego w Bibliotece Miejskiej im. Wiktora Kulerskiego w Grudziądzu. Pomimo tego iż dawno nie napisał nic nowego, nadal chętnie zapraszano pisarza na zjazdy miłośników kryminałów. Był też wykorzystywany przez miejscowych włodarzy, przy okazji różnych uroczystości, jako lokalny celebryta. Dzięki takim imprezom mógł opłacać czynsz, nie naruszając żelaznej rezerwy.
Problem w tym, że Emil nigdy nie lubił ludzi. Od dziecka był samotnikiem. Początkowo krył się za równaniami matematycznymi i nawet został inżynierem. Ukończył Politechnikę Gdańską, by zgodnie z oczekiwaniami matki zdobyć porządny zawód. Odkąd pani Mazur uciekła w środku nocy od męża alkoholika, który uderzył ją o jeden raz za dużo, całą miłość przelała na synka. Pragnęła, by osiągnął sukces i wydostał się z beznadziejnej toni ich nędznego życia. Poza naukami ścisłymi Emila od dziecka interesowało pisanie. Matka nie pochwalała tej pasji. Nie doczekała też wielkiego sukcesu syna. Umarła na raka mózgu kilka miesięcy przed wydaniem jego pierwszej powieści.
Literatura pomagała temu nieśmiałemu mężczyźnie znaleźć swój równoległy świat, którym mógł dowolnie sterować, być panem fabuły, więc i swojego losu. Ścisły umysł pomagał mu w konstruowaniu kryminalnych zagadek. Emil miał w życiu tylko jednego przyjaciela i kilka przelotnych, nic nieznaczących przygód miłosnych. Był bladym, chudym odludkiem, niedbającym o wygląd, modne ciuchy i reputację. Chodził najczęściej z notesem w ręku, by w każdej chwili móc zapisać swoje spostrzeżenia i co ciekawsze myśli. Wbrew pozorom imponował dziewczynom, szczególnie gdy obdarował wybrankę naprędce stworzonym wierszem. Po skonsumowaniu znajomości natychmiast nudził się zdobyczą. Każda z tych dziewczyn wydawała mu się zbyt głupia, a na ludzką głupotę Emil był uczulony.
Krople potu spływały po twarzy pisarza. Poluźnił nerwowo kołnierzyk koszuli.
− Strasznie tu duszno − powiedziała pulchna staruszka.
− Jo, siadłyśmy ze złej strony− odpowiedziała jej towarzyszka.− Mógłby pan szanowny otworzyć okno?− zwróciła się do Emila.
Mężczyzna nie odpowiedział ani nie zrobił żadnego ruchu. Pocił się coraz mocniej. Ręce mu drżały, serce łomotało okrutnie, a nogi dziwnie zmiękły. Czuł, że brakuje mu tchu. Patrzył na starsze kobiety z przerażeniem. Ich twarze wykręcał okropny grymas, oczy się wybałuszały, a kościste ręce sięgały po wystraszoną ofiarę. Emil zerwał się z miejsca i korzystając z okazji, że tramwaj zatrzymał się na przystanku, wybiegł na zewnątrz.
− Jaki narwany! I nieuprzejmy! − oburzyła się pulchna babcia.
− To jakiś narkoman! Widziałaś, jak się pocił i drżały mu ręce? Pewnie nie zdołałaby otworzyć okna. Ło, matko! On był na pewno po tych podpalaczach! − skwitowała szczuplejsza pani.
− Jo, jo. Masz ty rację, kochana − zgodziła się grubsza staruszka.
Na pustej ulicy starego miasta oddech Emila z wolna się uspokajał. Ręce jeszcze nieznacznie drżały.
− Co to było?− pomyślał. − Czy ja wariuję? Muszę przestać kupować tanie wino − obiecał w duchu.
Rozejrzał się wokół. Z ulicy Wybickiego, przy której stał, do zabytkowego gmachu biblioteki musiał pokonać jeszcze kilka przecznic.
− Czeka mnie szybki marsz − mruknął pod nosem, spoglądając na zegarek.
W drodze do biblioteki analizował wcześniejsze zdarzenie w tramwaju. Od wielu lat miewał lęki. Każde wyjście z domu było dla niego trudnym do pokonania wyzwaniem. Potrafił tygodniami nie opuszczać mieszkania. Jedzenie przywoził mu pan Tadziu − zaprzyjaźniony taksówkarz. Emil nie znosił publicznych wystąpień, gdy skupiała się na nim uwaga uczestników. Jąkał się wówczas i nie rzadko plótł głupoty.
Zwidy miał po raz pierwszy w życiu i czuł, że nadszedł czas, by udać się do specjalisty. W przeciwnym razie nie napisze nowej powieści, bo zamkną go w szpitalu psychiatrycznym w Świeciu.
Wbrew obawom spotkanie autorskie się powiodło. Przybyła na nie przede wszystkim młodzież. Emilowi pochlebiały komplementy i niekłamany zachwyt ze strony młodych czytelników. Panie bibliotekarki, znające nieśmiałość pisarza, stworzyły idealny nastrój sprzyjający dyskusji. Posadziły autora w głębokim, starym fotelu, jego słuchaczy zaś na podłodze, na wielkich poduszkach. Okna zostały zasłonięte, a mrok rozświetlała mała lampka ustawiona na biurku. Do pełni szczęścia i uzupełnienia iście angielskiego obrazka brakowało Emilowi tylko fajki.
Do domu pisarz wrócił taksówką i solennie sobie przyrzekł, że pójdzie jak najszybciej do psychiatry.

Dr Piotr Jakubowicz był jednym z najlepszych specjalistów mających prywatną praktykę lekarską w Grudziądzu. Pracował też w szpitalu psychiatrycznym w Świeciu. Wzbudzał zaufanie swoim ciepłym uśmiechem, przystojną aparycją i kolorowym ubraniem.
− Zastanawia się pan zapewne, dlaczego ten dziwny gość nosi czerwony sweterek – zaczął, wprawiając Emila w osłupienie. − Otóż dodaję sobie energii w ten ponury dzień. Kolorowe elementy garderoby pobudzają organizm do działania podobnie jak kawa, a nawet rzekłbym, że trwalej.
− Taa − wydukał Emil.
− Dobrze, przejdźmy do konkretów. Co pana do mnie sprowadza?− zapytał przyjaźnie lekarz.
− Myślę, że postradałem zmysły - stwierdził pisarz jak zawsze rzeczowo.
− Hm. − Pan Piotr uśmiechnął się krzepiąco. − Od stawiania diagnozy jestem ja. Od jak dawna pan pije?− zapytał.
− Skąd? Ja… − dukał Emil.
− Panie Emilu. Na wstępie powiem, że uwielbiam pana książki. Dodam też, że pomogę panu, pod warunkiem że będzie pan ze mną szczery. Zadam inne pytanie: Jak często sięga pan po alkohol?
Początkowo Emil miał opory i czuł dyskomfort, odpowiadając na pytania psychiatry. Szybko jednak zaczął opowiadać temu obcemu człowiekowi o swoim życiu, o ojcu alkoholiku, o przemocy w rodzinie, strachu, ambicjach matki i jej nagłym odejściu. Mówił o alienacji, braku potrzeby przebywania w grupie i pisaniu. Po dwóch godzinach dr Jakubowicz delikatnie przerwał monolog pacjenta.
− Musimy już przejść do podsumowania naszego spotkania, gdyż kolejny pacjent czeka na konsultację − powiedział.− Panie Emilu, nie postradał pan zmysłów. To, co panu dolega, nie jest chorobą psychiczną. To spadek nastroju, zwany depresją lękową, któremu towarzyszy irracjonalny strach.
− Nie jestem wariatem? − przerwał mu Emil.
− Nic mi o tym nie wiadomo. − Roześmiał się lekarz.− Nie zaproszę pana w moje skromne progi do Świecia, czego mocno żałuję. Moglibyśmy rozmawiać do woli o pana książkach. No cóż… − zastanowił się chwilę. − Na początek zapiszę panu delikatny lek antydepresyjny. Pozwoli on dotrwać do momentu powodzenia psychoterapii.
− Psychoterapii? − zdziwił się pisarz.
− Tak − potwierdził dr Jakubowicz. Moim zadaniem jest leczyć chore umysły. Pani Katarzyna, z którą współpracuję, jest specjalistką od chorych dusz. Myślę, że około dziesięciu spotkań z psychoterapeutką, połączonych z wysiłkiem fizycznym, postawi pana na nogi i przywróci też upragnioną wenę.
Emil wrócił do domu pieszo. Nie miał siły podziwiać uroków starówki. Był zmęczony rozmową z lekarzem. Jednocześnie czuł się dziwnie lekki, jakby lęki wypowiedziane głośno opuściły jego wnętrze.
Wieczorem zjadł skromną kolację, zaparzył herbatę i tym razem nie otworzył piwa.

Psychoanalityk Katarzyna Gil nie wzbudziła zaufania Emila ani swoim nazwiskiem, ani wyglądem hipiski. Podczas pierwszej sesji terapeutycznej nie mógł się skupić na istocie problemu, wyłapując z wypowiedzi terapeutki błędy językowe. Szczególnie drażniło go nadużywanie przez kobietę niektórych związków frazeologicznych. Nie rozumiał też, za co jej płaci, skoro zadaje mu tylko pytania i oczekuje od niego rozwiązań.
− Gdybym potrafił sobie pomóc sam, nie musiałbym marnować tu czasu i pieniędzy − myślał wielokrotnie, lecz odpowiadał posłusznie na stawiane mu pytania.
Po czwartej sesji Emil zrozumiał, że pytania Katarzyny kierują go na odpowiednie tory. Zaczął wierzyć, że potrafi rozwiązać własne problemy. Powoli, klocek po klocku budował w wyobraźni nowe życie. Nauczył się słuchać swojego wewnętrznego ja, określać jego pragnienia i spełniać marzenia dziecka, jakim kiedyś był i które musiało zbyt szybko dorosnąć. Po skończonej terapii był już innym człowiekiem.

Emil kochał Grudziądz. Potrzebował tętniącego życiem miasta do obserwacji mieszkających w nim ludzi, pierwowzorów swoich postaci literackich. Dlatego godzinami przesiadywał w jednym z licznych parków i zabytkowych skwerów, czyniąc notatki w małym notebooku. Już dawno zrezygnował z zapisywania w notesach.
Pisarz pragnął też ciszy i spokoju do pracy. Mieszkanie w blokowisku wiązało się z dobiegającym z podwórka i klatki schodowej gwarem dzieci, szczekaniem i wyciem psów uwięzionych samotnie w domach oraz z nieustającymi imprezami sąsiadów. Po wyprawach do centrum miasta brakowało Emilowi spokojnego gabinetu, w którym mógłby wykorzystać sporządzone notatki i stworzyć kolejny bestseller.
Nadeszła wiosna. Eksplodowała soczystą zielenią i przystroiła pierwsze gałązki białym i żółtym kwieciem.
Emil poświęcał każde popołudnie na wycieczki do okolicznych wsi. Szukał lokalu do wynajęcia, gdyż środki ze sprzedaży mieszkania i niewielkie oszczędności nie wystarczyłyby mu na zakup domu.
Po zwiedzeniu północnych kresów Grudziądza pisarz udał się na południe i przemierzał pieszo Biały Bór i Wałdowo Szlacheckie − wsie oddalone tylko kilka kilometrów od rogatek miasta. Z powodu bliskości aglomeracji teren przypominał przedmieście z osiedlami ekskluzywnych domów. Obawiał się, że nie będzie miał tu szans nawet porozmawiać o wynajmie mieszkania.  
Idąc dziurawą szosą wijącą się wśród zielonych łąk, zauważył niewielką kapliczkę i księdza wsiadającego do wysłużonego auta. Pomyślał, że miejscowy kleryk może mieć najlepszy ogląd na sytuację lokalową w okolicy. Podbiegł do ruszającego samochodu, wymachując chudymi rękami. Zaciekawiony duchowny wyszedł z auta.
− Niech będzie pochwalony − wysapał Emil.
− Jezus Chrystus − dokończył ksiądz.
− Gdzie?
− Mówi się: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” − wyjaśnił duchowny.
− Na wieki wieków − odpowiedział zdenerwowany pisarz, niezbyt biegły w kościelnej etykiecie.
− Amen. − Zrezygnowany ksiądz Adam machnął ręką. − Co cię sprowadza do mnie, synu?
− Nazywam się Emil Mazur… − zaczął.
− Ten od kryminałów? − przerwał mu ksiądz.
− Ten sam.
− Co? Myślisz, że ksiądz czyta wyłącznie Biblię?
− Przyznam się bez bicia, że tak. − Rozluźnił się już Emil.− Proszę księdza, poszukuję mieszkania do wynajęcia. Chciałbym mieszkać i pisać w spokojnej okolicy. Czy ksiądz wie, kto w jego parafii użyczyłby mi kąta? − przeszedł do sedna sprawy.
− A wiem! − Klasnął w ręce duchowny. − Marciniakowa wspominała, że przydałby się im dodatkowy dochód. To tam na górze. − Wskazał horyzont. − Jadwiga Marciniak z mężem Stanisławem mieszkają w Sarnowie, w starym młynie. To niedaleko plebanii. Ich dzieci wyprowadziły się do miasta i ciężko staruszkom wyżyć z rolniczych emerytur. Wsiadaj, zawiozę cię, synu Boży. Pieszo nie chciałbyś tam iść.

− Pięknie tu − westchnął Emil, spoglądając przez okno samochodu.
− Prawda? − ożywił się duchowny. − Pochodzę z Bieszczad i Bóg zrobił mi taki prezent…
− Nie rozumiem − pisarz spojrzał na księdza zdumiony.
− Wodospad, las, Młynówka, wąwozy…To moje małe Bieszczady pod Grudziądzem− wyjaśnił.
Silnik samochodu wydał z siebie niepokojące dźwięki: kaszlnął, kichnął i wyrzucił w przestrzeń chmurę czarnego dymu.
− Nie martw się, synu − uspokoił ksiądz Adam − Wjeżdżając pod  taką górę, staruszek ma prawo się zmęczyć.
Szczęśliwy, że ma słuchacza, ksiądz opowiedział Emilowi pokrótce historię Sarnowa. Wieś została założona przez Krzyżaków w XIII w. pod nazwą Szarno. W dolinie rzeki Szronki znajdował się zamek rycerski. Nad strugą Młynówką zbudowano dwa młyny, które następnie oddano szlacheckim rodom. Jeden z młynów przerobiony na dom mieszkalny państwa Marciniaków zachował się do dziś.
Samochód księdza z trudem wtoczył się na szczyt góry. Pośród starego drzewostanu, na skraju urwiska, zbudowany z granitowych kamieni mały gotycki kościół górował nad doliną. Na Emilu zabytkowy budynek sakralny zrobił większe wrażenie niż grudziądzka bazylika. Miał w sobie onieśmielającą prostotę i tajemniczą siłę, które uginały ludzkie kolana. Cmentarz okalający kościół zapewniał ciszę i skłaniał do refleksji. Barokowe wnętrze było skromne, gdyż świątynia została dwukrotnie zniszczona. W prezbiterium wisiała imponująca lampa z trzema orłami, ufundowana przez honorowego parafianina, generała Józefa Hallera.
W zimnym kościele pachniało starym drzewem i kadzidłem. Siedząc na drewnianej ławie, Emil po raz pierwszy od długiego czasu poczuł, że będzie znowu pisał. Spłynął na niego spokój i pewność pomyślnej przyszłości. Do oczu cisnęły się łzy. Ksiądz Adam, czując emocje swojego gościa, położył mu pulchną rękę na ramieniu.
− Będzie dobrze, synu. Chodź, zaprowadzę cię do Marciniaków − powiedział ciepło.

Stary młyn, wielokrotnie rozbudowywany i modernizowany utracił swój dawny charakter i wyglądał obecnie jak duży wielorodzinny dom. Cegłę pokrywały szare tynki, a dach wykonany był z eternitu. Budynek, usytuowany nad dużym, zarośniętym trzciną zbiornikiem wodnym sprawiał nieprzyjemne wrażenie.
− Z pewnością przydałaby się tu pomoc − pomyślał Emil.
Z domu wyszła drobna staruszka w chustce na głowie.
− A kogoż tu nam dobrodziej prowadzi? − zapytała z uśmiechem.
Ksiądz chwycił jej malutkie, pomarszczone dłonie, a potem ucałował kobietę w policzek, jakby witał własną matkę.
− Pani Jadwigo, lokatora wam znalazłem. To znany pisarz. Spokoju do pisania potrzebuje. Mógłby pomóc wam trochę w obejściu.
Jadwiga zdecydowanie złapała dłonie zaskoczonego Emila.
− A cóż tu ksiądz opowiada? Rączki jak u niewiasty. Do trzymania pióra się nadajo. One nie so do pracy stworzone.
Emil poczuł się urażony.
− Ciężkiej pracy się nie boję, wręcz potrzebuję wysiłku, pani Jadwigo − powiedział pewnie. − Proszę mnie nie oceniać po opakowaniu.
− O! Po ludzku też nie umie gadać. Jakieś metaflony mi tu sadzi. Nie wiesz, czy obraża, czy ni. Za mądre to, jak nasze dzieciaki. Ale co będziemy tak stać? Wejdźcie, to pogadamy.
Gospodyni przyjęła ich w dużej kuchni. Podała kawę w szklankach osadzonych w metalowych koszyczkach z uchwytem. Miała też ciepłe drożdżowe ciasto, jakby spodziewała się gości.
− Pani Jadwigo, miejsca macie pod dostatkiem. Emil zapłaci za wynajem mieszkania. Całe piętro po waszych dzieciakach stoi nieużywane. Dom wymaga remontu, więc trochę grosza wam się przyda − argumentował duchowny.
− Mam inną propozycję. − Usłyszeli mocny głos starszego pana. − Stanisław jestem. − Uścisnął dłoń Emila z zadziwiającą siłą. − Proponuję, by młodzieniec płacił za pół miesiąca, a drugie pół odrobił w gospodarstwie. Potrzebna mi każda para rąk. Nawet tak wątłych. Jadwinia dobrze gotuje. Nabierze pan ciała w trymiga.
Emil był zachwycony propozycją gospodarza. Nie musiałby się martwić stanem swojego konta, a ciężka praca pomogłaby mu w walce z lękami i nałogiem. Miał do dyspozycji dwa pokoje. Mógł jeden przeznaczyć na sypialnię, a drugi na gabinet. Plusem była własna łazienka i kuchnia.  Pani Jadwiga jednak, rada w duchu, że w domu znowu zatętni życiem, natychmiast wybiła Emilowi z głowy pomysł gotowania obiadów.

W ciągu kilku dni pisarz sprzedał mieszkanie w Grudziądzu i zamieszkał na wsi. Do południa pomagał staruszkom uporządkować obejście, a popołudniami spacerował po okolicy, by następnie w zaciszu gabinetu zapisywać swoje spostrzeżenia. Na twardym dysku pisarza pojawiły się opisy przyrody godne Elizy Orzeszkowej.
− Bocian dumnie kroczył po łące, a wokół niego białe motyle spijały nektar z kwiatów koniczyny − przeczytał na głos zapisane zdanie.
Przerwało mu zdecydowane pukanie do drzwi.
− Proszę! − zawołał pisarz.
− Ja wiem, że teraz pora u ciebie na pisanie, ale żem zapomniał pokazać ci robotę na jutro. Jadwiga się położyła, a ja nie chcę by poszła z nami − powiedział ciszej niż zwykle starszy pan.
Wyszli z domu jak para złodziei i udali się w okolicę Góry Świętego Jana. U podnóża wniesienia na zarośniętej działce stała chata, zmęczona życiem i burzliwymi dziejami regionu. Czas powyginał ją jak reumatyzm stawy. Grzyb wpełzł po jasnych niegdyś ścianach, sięgając dziurawego dachu. Pajęcze żaluzje zakryły  okna, a bluszcz próbował wtargnąć do środka zielonymi drzwiami.
− To dom mojej żony. Ona uważa, że jest przeklęty. Gada o tym na lewo i prawo i nikt nie chce mi pomóc w rozbiórce i uporządkowaniu tego ustrojstwa − przerwał ciszę Stanisław.
− A jest przeklęty? − zainteresował się Emil.
− Ja w takie głupoty nie wierzę. Ale Jadźka wierzy w różne przesądy. Postawiła w sieni niegdyś miotłę zrobioną z gałązek brzozy. Ubzdurała sobie, że dzięki mocy brzozowych gałęzi każda nieżyczliwa jej osoba poczuje się źle w naszym domu. Sąsiadkę dopadła u nas migrena i Jadźka zerwała z nią kontakt. Miotłę musiałem spalić, bo jeszcze, nie daj Boże, mnie głowa by rozbolała− zaśmiał się staruszek.− Wejdźmy do środka− dodał.
Wnętrze chaty przeraziło Emila. Popękane ściany groziły zawaleniem. Zbutwiały zapach domu drażnił nozdrza, a kurz i pył z odpadających tynków utrudniały oddychanie. Wyposażenie pokoi przypominało scenografię z filmu grozy. Pozostawione z całą zawartością meble, pootwierane szuflady i szafki oraz wystające z nich przedmioty i ubrania świadczyły o tym, że mieszkańcy tego domu pakowali się i wyprowadzali w pośpiechu. Na ziemi leżała połamana szuflada, a w niej szczotki i pasta do butów. Emil podniósł blaszane pudełko. Widniał na nim rok czterdziesty piąty ubiegłego wieku. Na kuchennym kredensie stały zapasteryzowane maliny i agresty. Nakrętki słoików zżerała rdza. Stojące w małym saloniku rzeźbione pianino było otwarte, jakby ktoś przed chwilą na nim grał. Obok leżały nuty z Hymnami Alexander. Pożółkła strona ściennego kalendarza wskazywała styczeń czterdziestego piątego roku. Porcelanowa misa oraz pasujący do niej dzban z motywem ptaka i kwitnącej jabłoni musiały być pamiątką z czasów przedwojennych. W zdobionych szkatułkach nie było biżuterii.
− Ciekawe, czy rozgrabili ją złodzieje, czy mieszkańcy tej chaty zabrali kosztowności ze sobą? − zastanawiał się pisarz.
− Wiem, że to sporo pracy − odezwał się pan Stanisław zaniepokojony milczeniem Emila.
− Nie ma sprawy − uspokoił go mężczyzna. − Co mam zrobić z tymi meblami i przedmiotami?
− W okolicy od niedawna mieszka taka nawiedzona artystka. Skupuje stare graty i je maluje w swojej galerii. Możemy jej sprzedać, co tylko się nada. Ona nie jest tutejsza i nie będzie bała się klątwy. Trochę grosza zarobimy, a jak uprzątniemy dom, to go zburzymy. Tylko nie mów na razie nic Jadwini. Ja jej powiem, jak przyjdzie na to pora.

Kolejne dni Emil pracował w starej chacie. Śmieci wynosił do zamówionego kontenera, a przedmioty nadające się do sprzedaży ustawiał w jednym z pomieszczeń. Zgodnie z oczekiwaniami Stanisława, mieszkająca pod lasem Adela była bardzo zainteresowana kupnem wszystkich mebli i starych przedmiotów. Nie dziwiło to Emila. Sam postanowił kupić dębowe biurko i fotel. Tylko co na to powie Jadwiga? Nie podobała mu się ta cała konspiracja. W końcu to staruszka była właścicielką siedliska i z jakiegoś powodu zostawiła je nienaruszone.
Wieczorami Emil opisywał dom i zastane w nim przedmioty. Przeglądając znalezione fotografie, wyobrażał sobie dawnych mieszkańców chaty i ich codzienność. W internecie szukał informacji na temat historii Sarnowa z lat okupacji. Czuł, że zdobyta wiedza pomoże mu nie tylko rozwikłać zagadkę, lecz także napisać nową powieść.
Kiedy myślał, że uprzątnął już wszystkie pomieszczenia, znalazł za kuchnią małą komórkę. Nie miała okna, więc musiał poświecić latarką. Na podłodze leżały stare koce poplamione parafiną. Pod jednym z nich mężczyzna odkrył dziennik zatytułowany „Klątwa siedmiu pokoleń” z ostatnim wpisem z 1 lutego 1945 roku i narysowanym drzewem genealogicznym na okładce. Z zeszytu wypadł dziewiętnastowieczny list.

Sarnowo, 1885 rok
Najdroższy Janie,
Nie sposób zliczyć łez, jakie wypłakały me oczy. Wprost nie mogę wyrazić i ująć w słowa tego, co się właśnie w moim życiu zadziało. Zdaje mi się, że takie nieszczęście może istnieć tylko w powieściach, jakie czytuję zapamiętale.  Mon chérie, jestem zgubiona i piszę za radą do Pana, gdyż jest pan człowiekiem wielkiego rozumu i charakteru.
Ojciec ponad wszelką wątpliwość umiłował alkohol i karciane gry. Matka przystawała na te, jak mawiała drobne słabostki, zajęta wyprawianiem przyjęć i herbatek oraz wprowadzaniem mojej młodszej siostry do towarzystwa. Mą głowę zaś przepełniały marzenia o naszej przyszłości. Skoro jesteśmy po słowie, zamierzałam pojechać do Gdańska, by nabyć odpowiednią garderobę wedle najnowszej mody. Choć przyznam szczerze, że w modnym ostatnimi czasy turbanie Julia Witkiewiczówna z Zawadzkich wyglądała jak straszydło. Nie wszystko, co modne, jestem skłonna przyjąć bezkrytycznie. Ale odeszłam zbytnio od meritum sprawy.
Z początkiem miesiąca zjawił się w naszym dworze jegomość o nieprzyjemnej aparycji i okazał zaskoczonej maman dokument, wedle jakiego nie byliśmy już w posiadaniu naszego majątku.  Tata przegrał w karty dom z przyległymi ziemiami. Nowy właściciel dał nam dwa dni na opuszczenie włości.
Takiej hańby nie sposób opisać słowami. Jaki los czeka moje młodsze rodzeństwo? Zabrawszy osobiste rzeczy, kosztowności i co lepsze meble pojechaliśmy do majątku wuja niedaleko Grudziądza. Wujaszek Roman okropnie się wściekł na nierozważnego brata. Nie pozwolił nam pozostać w swym obszernym dworku, tylko użyczył nam mniejszy dom po zarządcy. Całe dnie pochłonęło nam dostosowanie tych skromnych progów do naszych oczekiwań. Drogi Janie, wierzę, że nie zechcesz zawieść mej nadziei i zabierzesz mnie rychło z tego przybytku nędzy i rozpaczy. Nie podobna mieszkać w domu mniejszym niż moje dotychczasowe apartamenty. Il est impossible! W powietrzu unosi się tu smród zwierząt i stęchlizny.
Julia powiada, że w zaistniałej sytuacji wycofasz, Panie, dane mi słowo. Czyż uroda ma, dobre pochodzenie i solenne wykształcenie ucierpiały z powodu występku ojca? Czy umiłowałeś mój majątek bardziej ode mnie, mon chérie?
Wczoraj tatko uderzył wuja, wypiwszy uprzednio zbyt wiele, a ten w odwecie przeklął naszą rodzinę. Siedem pokoleń naszych ma nie zaznać spokoju za żywota. Rozum podpowiada mi, że to bzdury wierutne, ale strach ściska mą duszę. Wszakże wujaszek potrafił niegdyś wyczytać z kart przyszłe losy.
Dlatego spodziewam się, że mi za złe nie weźmiesz mojej prośby i przyjedziesz po mnie prędko. Pozwoli mi być spokojną Twoja natychmiastowa odpowiedź. Widzę już z niewymowną radością nasze wspólne życie. Nie wiem, co będzie z moimi bliskimi. Ja tylko wiem, że Ciebie ukochałam, Panie.
Twoja na zawsze Salomea.

01.02.1945 r.
Mając zaledwie 16 lat, robię ostatni wpis w tym dzienniku. Nie wiem, czy będzie mi dane jeszcze kiedykolwiek pisać. Przyszłość jest tak czarna i nieprzenikniona jak zbliżająca się właśnie noc. Tatuś kazał nam spakować tylko kilka osobistych rzeczy. Dziś pod osłoną nocy uciekamy do Grudziądza, do ciotki Janiny. Schronimy się w piwnicach kamienic i poczekamy na koniec wojny, na nowy porządek…
Kilka dni temu wyzwoliciele zajęli Wałdowo Szlacheckie. Weronika, przyjaciółka mamy, przybiegła do nas zapłakana, w podartej sukience, bez zimowego okrycia. Miała potargane włosy i opuchniętą wargę. Rodzice zamknęli się z nią w pokoju, ale podsłuchałam większość rozmowy. Do wsi przybyli głodni, obdarci i zmarznięci rosyjscy żołnierze. Grabili polskie domy, palili te, w których napotkali opór. Zabili męża pani Weroniki, ponieważ nie chciał im oddać zegarka, a ją zgwałcili. O Boże! Ponoć gwałcili nawet dziewczynki. Nie wiem, czy to wyzwoliciel, czy nowy najeźdźca nadchodzi. Nie wiem, która okupacja gorsza: niemiecka czy rosyjska.
Tata ukrył nas w kuchennej komórce. Jadwiga dopóty płakała, dopóki nie usnęła na maminych kolanach. Czekamy na sygnał do ucieczki. Ojciec sprawdza, czy na drodze nie ma żołnierzy. Zejdziemy w dół jarem Młynówki.
Nie wolno mi zabrać dziennika ani ulubionych nut i śpiewników. Zostawiam stroje, książki i porcelanowe lalki. Może zginiemy wszyscy, a klątwa się skończy na czwartym pokoleniu. Gdy przeżyjemy, to nasze dzieci, wnuki i dzieci naszych wnuków nie zaznają spokoju. Boże, dopomóż!
Barbara

− Widzisz ten szkic na okładce dziennika?
Emil podskoczył na krześle jak rażony prądem, słysząc za plecami głos pani Jadwigi.
− Nie bój się, chłopcze. Od początku wiedziałam, co z moim Stanisławem kombinujecie − dodała i wskazała palcem swoje imię na drzewie genealogicznym. – To ja, a obok moja siostra Basia. Miała 16 lat, gdy stąd uciekaliśmy. Zginęła miesiąc później podczas bombardowania Twierdzy Grudziądz. Moi dwaj bracia Józek i Bronek walczyli na froncie. Przeżył tylko Bronek. Jego córka i wnuczka mieszkają w Grudziądzu. Wszyscy przeklęci… Już sześć pokoleń… − Broda Jadwigi zaczęła drżeć ze wzruszenia.
− Przepraszam, nie chciałem pani zdenerwować − kajał się Emil.
− Cicho! − przerwała mu ostro staruszka. − Już czas rozprawić się z demonami. Ja ci opowiem naszo historie, a ty, młody człowieku, napisz o tym książkę.

„Gazeta Pomorska”
15.11.2016 r.

„Emil Mazur, grudziądzki pisarz i autor poczytnych kryminałów, zaskoczył czytelników swoją najnowszą powieścią. Klątwa siedmiu pokoleń jest sagą rodzinną, której początki sięgają XIX w. Zmiana gatunku literackiego nie przeszkodziła autorowi w osiągnięciu bestsellerowej sprzedaży. Książek brakuje już w księgarniach. Wydawca obiecał dodruk”.


Monika Romaniuk
Dolina Mgieł


         
Późne wakacje, w październiku. Co za głupi pomysł! Kto mnie na to w ogóle namówił? Niech pomyślę? – Wszyscy! „Miałaś trudny okres, musisz odpocząć, nabrać dystansu” itd.
             Dystans faktycznie by mi się przydał zwłaszcza, że wyleciałam z hukiem z ostatniej roboty i na odchodne kazałam szefowi „walić się”. No dobrze, nie był to szczyt finezji i dobrego wychowania… Szczęśliwym zbiegiem okoliczności znajomi rodziny ostatnimi czasy weszli w agroturystykę i serdecznie zapraszali wszystkich desperatów do urokliwej wioski niedaleko Londynu. Przynajmniej dla właścicieli to jakiś pomysł na sielską emeryturę, a ja zostałam przy okazji królikiem doświadczalnym : „Jedź, zobacz, jak będzie fajnie, to też się tam wybierzemy latem”. Ludzie jednak lubią nudę…

               I tak, jeszcze przed świtem siedziałam w pociągu do podobno niezwykle atrakcyjnej mieściny. Jak się jedzie gdzieś pierwszy raz, to wypadało by się czegoś dowiedzieć o miejscu do którego się człowiek wybiera. Niestety tym razem tego nie zrobiłam i dość szybko pożałowałam tego niedopatrzenia. Już na peronie zaspanymi oczami dostrzegłam grupkę dziwnie ubranych osób, a co gorsze na każdym kolejnym przystanku dosiadało się ich więcej. W panice postanowiłam szybko uzupełnić swoje luki w wiedzy. Dzięki Bogu za Internet! Choć o miejscowości, do której się udawałam nie było zbyt wiele informacji: mała, oddalona, zwana Doliną Mgieł, włości to takiego, a takiego, jakieś kwasy w trakcie wojny domowej i takie tam. Natomiast miejscowość obok: zgroza! Co roku, w październiku, największy w tej części kraju zjazd miłośników subkultury Gotyckiej! Koncerty, liczne atrakcje, obowiązkowe ekscesy. Ze strony na stronę, coraz bardzie wsiąkałam w tą mroczną rzeczywistość. Kolejne, coraz bardziej bizzarne fotki sprawiły,  że zaczęłam się zastanawiać jakie konsekwencje finansowo-prawne niesie za sobą pociągniecie hamulca bezpieczeństwa? Przez to wszystko nawet nie zauważyłam, że wagon już całkowicie zapełnił się stworzeniami z cmentarnych krypt. Czego tam nie było?: blade twarze, wampirze zęby, wiktoriańskie kreacje, skóra, lateks, i czerń, wszędzie czerń. Kiedy już wysiadłam z tego dyliżansu śmierci, dane mi było ujrzeć bodajże najobrzydliwsza scenę jaką kiedykolwiek ludzkie oko mogło zarejestrować. W krzakach za budynkiem stacji jakiś koleś w rozmemłanej byronowskiej koszuli ciął sobie rękę, wydając przy tym gulgoczące, spazmatyczne dźwięki. Przerywane co i rusz zaropiałymi klątwami i lamentami. Co dziwne zgromadzona wokół niego posępna gromadka młodzieży, patrzyła jedynie tępo w swą mroczną wieczność.
-No, to teraz już nic mnie nie zdziwi - pomyślałam i ruszyłam spacerkiem w stronę mojego letniska. Droga miała być dziecinne prosta: cały czas prosto przez las, liczyć zakręty po prawej stronie i ten czwarty miał prowadzić do domku Państwa Beileyów. Z nawigacja w telefonie nawet ja powinna trafić tam bez problemu. Niestety widocznie zadziałała klątwa „rozmemłanego” bo najpierw nawigacja, a zaraz potem ja, zgubiłam drogę. Żeby jeszcze było lepiej, początkowo słoneczna pogoda zamieniła się w zamgloną szarugę. Wspominałam już, że nie lubię października? Zaczęło ogarniać mnie zimno i przygnębienie. Na szczęście ostępy leśnie przerzedziły się i znalazłam się jak się zdawało w małej wiosce. Mgła była już tak gęsta, że trudno było zobaczyć coś na odległość większą niż kilka kroków, poza tym słyszałam stada wron krążące gdzieś nad moją głową, a niesympatyczne wrażenia dopełniał niszczejący dom pochylający się nad trawiastym poboczem.
- Raczej nie znajdę tu przewodnika – wymamrotałam pod osmarkanym  już nosem. Ale nie, chwila, nieopodal zniszczonego budynku stała młoda zamyślona Gotka.
- Hej, też się zgubiłaś? – krzyknęłam w kierunku małolaty.
Dziewczyna najpierw gwałtownie odwróciła głowę za siebie, a po chwili wahania, powoli i ostrożnie podeszła w moim kierunku. Ubrana była w suknie z ciemnej krepiny i beżowy szal, a blada twarz i popielato-blond włosy dopełniały starannej stylizacji. Jednak moja uwagę zwróciły przede wszystkim jej ciemne oczy, bardzo duże i bardzo zdziwione.
- Nie, jestem stąd, proszę Pani – odpowiedziała wyraźnie zawstydzona.
- Tak się cieszę. Całkowicie brakuje mi orientacji w terenie, a miejsce to jak się zdaje, jest bodajże najgorszym, by sobie to po raz kolejny uświadomić – siliłam się jak mogłam na żarty, bo dziewczyna była wyraźnie spłoszona, a mi było potwornie głupio, że zgubiłam się na wydawało by się prostej drodze. – Możesz wskazać mi drogę do Nowej Osady w Dolinie Mgieł?
-Mogę, proszę za mną – odparła cicho i ruszyła przed siebie.
Idąc tuż obok niej zwróciłam uwagę, że kuli się z zimna. Miała jakieś 15-16 lat, filigranową figurę i włosy spięte w mały koczek. Robiła warzenie kogoś melancholijnego i zagubionego.
- Dobrze, że nie poszłaś w przesadę. Wyglądasz, że tak powiem, prawie normalnie. – wymknęło mi się bezmyślnie.
-Nie rozumiem… – odparła, a mi zrobiło się głupio bo jeszcze bardziej skuliła się i spuściła wzrok ku samej ziemi.
Mgła w dalszym ciągu była gęsta, a szybujące ptaszyska nie przestawały się wydzierać, ale ku mojej uldze znalazłyśmy się już po środku niewielkiej wsi. Można było dostrzec nawet nielicznych mieszkańców pochłoniętych swoimi sprawami.
- W sumie ładnie miejsce, tylko trudno się stąd wydostać – zwróciłam się z uśmiechem na twarzy i chyba ciut za głośno do Gotki, bo dwie starsze Panie po przeciwnej strony ulicy spojrzały się na mnie z nieukrywaną dezaprobatą. Ich wzrok sprawił, że Gotka jeszcze szczelniej otuliła się szalem i zacisnęła płaczliwie wargi.
- Dalej nie mogę iść, następna droga doprowadzi Panią do celu – odezwała się po chwili.
- Super, dziękuję. – autentycznie się ucieszyłam – A ty, dlaczego kręcisz się po okolicy sama w tak obleśną pogodę?
- Koleżanki obiecały, że po mnie wrócą. – odparła ze smutkiem, odwróciła się i pośpiesznie zniknęła w mlecznych oparach.
Dziwnie się teraz rozmawia z młodzieżą. Są mili, ale wyobcowani. Jak bym chciała ponarzekać to pewnie powiedziałbym, że to przez Internet. A może po prostu jestem już stara?
               Pogrążona właśnie w tego typu myślach stanęłam na progu „Zielonego Przytuliska” Państwa Bailey. Właściciele okazali się przyjaźni, choć lekko zakręceni. Ona żwawa i gadatliwa, nie czekająca jednak na odpowiedz swego ewentualnego dyskutanta. On milczący, i pochłonięty całkowicie swoją nową pasją: Eko ogródkiem i zmiksowanymi napojami z jego płodów. Mającymi ponoć leczyć wszelkie, zwłaszcza urojone dolegliwości.
- Cudownie, będę miała aż dwa preteksty by spędzać dużo czasu na wycieczkach, dalekoooo od Zielonego Przytuliska.

                 Następnego dnia obudziłam się o jakiejś barbarzyńskiej porze. Było jeszcze ciemno, ale już Eko-kogut Państwa Bailey piał na cały swój gardziel. Może powinna zachęcać gospodarzy by przy najbliższej okazji uczynili go kapłonem, albo zaserwowali prawdziwy wiejski rosół? Mimo to pospałabym jeszcze trochę, tylko że kilka myśli nie dawało mi spokoju. Gotka którą spotkałam wczoraj: Co robiła sama, w taki ziąb, na takim odludziu? Była przestraszona i zdezorientowana. To dziwne kulenie się i zakrywanie szalem. Pocięła się jak ten gostek w krzakach? Czy co? I te koleżanki. Może coś nabroiły? Albo to jej się coś stało? Cholera, mogłam się jej spytać chociaż imię, i o to co tam robi? Jakieś to wszystko podejrzanie. Musze się dziś znowu tam przejść. Najwyżej wyjdę na wariatkę. Trudno, od czego są wakacje w październiku?
Mimo, że nadal wszędzie unosiła się mgła, droga w drugą stronę okazała się krótsza niż poprzedniego dnia. Bez problemów dotarłam do opuszczonego domu na skraju wsi. Dziś nie wyglądał ani odrobinę lepiej niż wczoraj. Obdrapany, z zapadniętym dachem, resztkami brudnych szyb, po środku zachwaszczonego ogrodu. Wszędzie tylko wilgoć i stada wron. A niech to, nie wiem jak ona ma na imię?:
- Mała! – krzyknęłam w stronę rudery (Ciekawe, czy się obrazi?).
Nic. Cisza.  To nie był najszczęśliwszy pomysł, ale jednak postanowiłam wejść na posesję i do środka domu. Nie lubię opuszczonych budynków. Zawsze przyprawiają mnie o ciarki. Nawet jak nie są tak zrujnowane jak ten. Gdy stoją niezamieszkałe tracą duszę, a ich pustka zdaje się pożerać cząstkę istnienia tych którzy wejdą w ich trzewia. Dom to ludzie, którzy w nim mieszkają. Bez lokatorów, pomieszczenia jałowieją. Straszą. Tu było to czuć z całą mocą. Co gorsza, to domostwo zostało najwidoczniej po prostu porzucone. Nie licząc odchodzących od wilgoci tynków i walącego się miejscami sufitu. Wyglądało to tak jakby gospodarze wyszli stąd w pośpiechu dosłownie przed chwilą. Meble, ubrania, bibeloty, wszystko zostało na swoim miejscu, pod grubą warstwą kurzu i pajęczyn. Nawet zastawa na stole i stosy papierów na sekretarzyku. Nieprzyjemnie zaschło mi w ustach. Nim w pośpiechu i duszą na ramieniu opuściłam ten straszny dom, wzięłam z parapetu w salonie pięknie oprawioną książkę. Już na zewnątrz po środku zapuszczonego ogródka zaczęłam wertować jej strony. Nazwisko jej autora nic mi nie mówiło, a treść stanowiły jakieś romantyczne opowiadania o pobożnych panienkach, ale ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że miedzy kartkami ktoś umieścił list. Jego kartki pożółkły, ale pismo nic nie straciło ze swej wyrazistości. Odręczne pismo z czasów kiedy jeszcze w szkołach uczono kaligrafii. Usiadłam na resztkach ogrodowej ławki i z zaciekawieniem zaczęłam czytać wiekowe zapiski.

              „Bardzo boję się że mój czas na tym świecie się kończy. Obawiam się też, że za nim nastanie mój koniec może ucierpieć jeszcze ktoś niewinny, bo ja podobno w pełni zasłużyłam na swój nędzny los, choć na Boga, nie wiem jakim sposobem mogłam to zrobić? Mimo, że czuje jedynie trwogę, spróbuję dziś wieczorem wyjaśnić tym którzy poznają treść tego listu, te wszystkie okoliczności które skierowały na mnie nagły gniew i podejrzenia.
            Nazywam się Evelyn Bell i urodziłam się w tym domu pod koniec zimy 1887 roku. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie okoliczności które temu towarzyszyły. Otóż wszyscy w osadzie twierdzą, że kiedy moja matka wydawała mnie na świat wokół domu i ogrodu zgromadziły się nieprzebrane stada wron. Ptaki te nie dawały się odpędzić, a kilka z nich usiłowało wedrzeć się do domu dziobać zawzięcie okna. Akuszerka była tak przerażona, że co chwila odmawiała modlitwę, bojąc się że na świat sprowadza samego czarta. Wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy urodziła się wątła dziewczynka, a wraz z jej pierwszym krzykiem wszystkie ptaszyska odleciały tam skąd przybyły. Co prawda na moim ciele widniało szpecące znamię, co niektórzy interpretowali jako ślad szatańskiego pazura, jednak moi rodzice jak i starsze rodzeństwo nigdy nie dali mi odczuć, że coś ze mną jest nie tak. Moje dzieciństwo było szczęśliwe, ale od zawsze towarzyszyło mi uczucie, że zapomniałam o czymś bardzo ważnym i że kończy mi się cenny czas. Czasami te odczucia były tak silne, że dławiły mnie w gardle i powodowały drżenie całego ciała. Kiedy zwierzyłam się z tego rodzicom, orzekli że to dlatego iż jestem zdolna i powinnam się uczyć. Szczęśliwym trafem kuzynka mojego ojca pracowała jako guwernantka w pobliskim dworze, a Pani tego domu bardzo ją lubiła.  Uzgodniono więc, że pójdę tam na służbę, a kuzynka w miarę możliwości będzie udzielała mi nauk.
               Już dwa lata pracuję u Państwa Alden i lubię to zajecie, a raczej lubiłam do momentu aż zjechał w odwiedziny daleki kuzyn Pani Henrietty,  Roderick Millis. Człowiek ten od samego początku napawa mnie lękiem i obrzydzeniem. Co gorsza dołączyli do niego jego przyjaciele, równie odpychający co on sam. Wszyscy plotkują, że zarówno on,  jak i jego towarzysze parają się jakąś podejrzana działalnością. Podobno chodzi tu o jakieś dziedziczne funkcje związane z tępieniem czarostwa, praktykowane od setek lat. Nie da się ukryć, że działalność przodków Pana Rodericka po dziś dzień budzi lęk w okolicznych wsiach. Ale to nie wszystko. Pan Millis jest wielce przesądny. Swój pobyt w posiadłości rozpoczął od umieszczenia jakiś dziwnych znaków i przedmiotów na terenie niemalże całych włości Państwa Alden. Podobno boi się klątwy, którą na cały jego ród nałożył niegdyś jakiś sabat. Już samo to powoduje, że wiele osób boi się Pana Millisa i omija jego osobę z daleka. Mi się to też udawało, aż do wczorajszego upalnego popołudnia. Zbierając w ogrodzie obrusy w wąskiej alejce wpadłam niechcący na Pana Rodericka, a on zdołał zobaczyć moje znamię. W jego oczach najpierw pojawił się lęk, a zaraz potem wściekła nienawiść. Ze strachu zamarło mi serce. Uciekłam w panice do domu rodziców. Teraz siedzę nad tą kartką papieru i zastanawiam się jak to wszystko wytłumaczyć rodzinie i Pani Alden. Mam bardzo złe przeczucia…”

                W tym miejscu list urywał się. Mając nadzieję, że gdzieś między kartkami książki skrył się ciąg dalszy zaczęłam je pośpiesznie wertować. Lecz zamiast listu z książki wypadło niewielkie zdjęcie. Było stare i wyblakłe, jednak widniał na nim wyraźny podpis: „Evelyn Bell”. Kiedy przyjrzałam się pożółkłemu portretowi szok zatrzymał powietrze w moich płucach. Przecież to Gotka, z którą rozmawiałam tu wczoraj! To jakieś szaleństwo!... Myśl racjonalnie. To mała miejscowość, zamieszkała od dziesiątków, a nawet setek lat przez te same rodziny. Ludzie są tu do siebie na pewno podobni. Nie, nie dam się zwariować! Poderwałam się by opuścić to przeklęte miejsce i nigdy tu nie wrócić, ale jednak mój talent do ładowania się w kłopoty wziął nade mną górę.
- Evelyn Bell, jesteś tu?! – krzyknęłam w stronę domu. I…, nic się nie stało. Uff… Co za ulga… Po za kilkoma wronami, które wzbiły się w powietrze absolutnie nic się nie wydarzyło.
- Jestem… – usłyszałam nagle tuż obok siebie, a kątem oka zobaczyłam najpierw mgłę, a potem znajomą sylwetkę. Pojęcia nie mam jaki wtedy ze strachu miałam wyraz twarzy, ale z przerażenia nie byłam w stanie się ruszyć. Słyszałam jedynie swój szybki oddech i pulsowanie w skroniach.
- Dlaczego tylko Pani mnie widzi? – znów ten cichy, smutny, dziewczęcy głos.
- Nie wiem, ale to chyba ja powinnam w tej sytuacji zadawać pytania? – absurdalność tej sytuacji przełamała gwałtownie mój strach. (Pewnie mam guza mózgu, albo niezdiagnozowaną schizofrenię albo Pan Bailey dodaje czegoś do swoich Eko-koktajlów?).
- Jest Pani ciekawa moich dalszych losów? – kontynuowała spokojnie Evelyn wpatrując się z ukosa w swój list.
- Ułatwmy psychiatrze diagnozę i powiedzmy, że tak. – wyskamlałam.
- Niestety, nic nie powiedziałam moim bliskim. Wieczorem, dnia następnego udałam się do mojej Pani, by wyjaśnić jej moją ucieczkę. Jednak nigdy tam nie dotarłam. Po drodze schwytał mnie Pan Millis. Zawlekł do lasu i próbował zasztyletować. Zaciekle walczyłam i udało mi się jakimś cudem mu uciec. Ranna pobiegłam znów w stronę domu wzywając rodziców na pomoc. Nikt mi nie pomógł. Mieszkańcy byli zbyt zastraszeni przez Rodericka i jego obmierzłych towarzyszy. Kiedy dotarłam na miejsce okazało się, że w domu nikogo nie ma. Wszystko niby wyglądało tak jak zawsze, tylko niewielkie plamy krwi w sieni świadczyły, że stało się tu coś naprawdę złego. Niedługo to trwało, aż moim śladem wpadł na posesję rozwścieczony Pan Millis. Znów próbowałam ucieczki, ale dopadł mnie w kuchni. Nie miałam już żadnych szans. Starałam się z całych sił bronić i podrapałam mu dotkliwie twarz, ale był silniejszy i kipiał wściekłością. Rzucił mnie na stół, brutalnie przytrzymał i obciął nożem dwa palce. Płakałam i błagałam go o litość. Wzywałam rozpaczliwie rodziców i rodzeństwo na pomoc. Na próżno…
- Zaraz do nich dołączysz, suko! - wycharczał Roderick, szarpiąc mnie drapieżnie za włosy. Zaczął miotać mną jak szmacianą lalką, bez litości, uderzając raz po raz nożem. A w końcu, w jednej chwili, po prostu, rozpłatał mi serce potężnym celnym ciosem. Skończywszy zaczekał na swoich towarzyszy i wraz z nimi pogrzebał mnie w lesie, daleko od mogiły moich bliskich. A moje odcięte członki wyrzucił byle gdzie. Nie było dla mnie i mojej rodziny sprawiedliwości. Dzięki pieniądzom, groźbom i wpływom udało się zatuszować oprawcom całą sprawę. Z ofiar zrobiono przestępców i zbiegów, a Pan Millis najzwyczajniej, nieniepokojony opuścił włości i kraj.
- Straszne… Współczuję. – pomyślałam wzdrygając się odruchowo z obrzydzenia. Nawet tego nie chcąc, nadal miałam przed oczami scenę zbrodni, która rozegrała się w opuszczonym domu Bellów.
- Mam do Pani olbrzymią prośbę… – z zamyślenia wyrwał mnie głos ducha nieszczęśnicy. - Czy mogłaby Pani pochować moje palce z resztą mojego ciała? Pokażę gdzie są.
Nadal odrętwiała skinęłam głową, a duch Evelyn niezwłocznie przemieścił się w najdalszy zakątek ogrodu. Przystanął, i wskazał bezpalcą ręką krzak mirtu. Podążyłam za nim i tak jak chciał  oderwałam kępę trawy pod rośliną. Bez problemu dostrzegłam, że korzenie mirtu szczelnie oplotły drobne poczerniałe kosteczki. W ten przedziwny sposób chroniąc je przed rozkładem. Udało mi się na szczęście wydobyć je wszystkie bez większego trudu z tego płytkiego grobu.
-O.K. Gdzie reszta? – zapytałam triumfalnie, owijając smutne znalezisko w papierową chusteczkę.
- Tam!  – Evelyn wskazała polanę i zagajnik za swoim domem. - Ale mi nie można tam iść. Znaki Pana Rodericka nadal działają. Moje koleżanki Pani pomogą. – zapewnił mnie duch dziewczyny.
Właśnie w  tym momencie dosłownie, zewsząd zleciały się rozwrzeszczane wrony. Niektóre podskakując, inne podfruwając kierowały się ku zamglonym drzewom. Ponaglając mnie kakofonią dźwięków. Nie pozostało mi nic innego jak wziąć z podwórka stary szpadel i podążyć ich śladem. W najdalszym zakątku polany ptaki nagle przystanęły i zaczęły na przemiennie łypać na mnie oczami i przeciągle krakać. Kiedy wbiłam łopatę w mokrą ziemie, zamilkły zupełnie. Na szczęście mogiła nie była głęboka i dość szybko ukazał się rąbek czarnej sukni, takiej w której ukazywała się Evelyn. A zaraz pod nim, fragment jej doczesnych szczątków. Wyjęłam z kieszeni drobne kosteczki i pogrzebałam powtórnie z ciałem. Dosłownie sekundę po tym, od strony lasu zawiał silny, przesycony wilgocią wiatr, a stare drzewa wokół polany zaskrzypiały z głęboką ulgą. Zimna mgła jeszcze zgęstniała i nad swą mogiłą ukazał się duch Evelyn Bell.
- Chyba wiem dlaczego jako jedyna mogła mnie Pani dostrzec? – w jej głosie po raz pierwszy brzmiała ulga. Czy ma Pani na ciele coś takiego? – spytała  i odsłoniła przedramię, teraz już kompletną dłonią. Widniało na nim duże, czerwonawe znamię w kształcie ptasiego szpona.
- Nie, tak, to znaczy miałam. Urodziłam się ze znamieniem na plecach, ale po kilku miesiącach znikło – po raz kolejny poczułam przerażenie.
- Moje koleżanki obiecały, że przyślą kogoś na pomoc i dotrzymały słowa! – zakomunikowała z niemalże dziecięcą radością.
- Zaraz, zaraz. Wyjaśnij mi jeszcze raz wszystko od początku. Jakie znamię? Czy jestem jedną z twoich „koleżanek”? Bo mam na razie dziwaczne uczucie, że zostałam wykorzystana, i nie wiem w jakim do końca celu, a moje zdrowie psychiczne jest wystawione niepotrzebnie na szwank?! – może i na wyrost, ale irytacja zaczęła już we mnie wzbierać coraz mocniej.
- Roderick Millis był łowcą czarownic i doskonale wiedział, że uśmiercenie prawdziwej wiedźmy to trudna sztuka. Jeśli nie zrobi się tego właściwie, czarownica odrodzi się w innym czasie i w innym ciele, pałając rządzą mordu na swoich oprawcach i ich potomkach. Można temu zapobiec rozdzielając jej ciało, co osłabia jej ducha i odbiera moce. Od wieków toczyła się wojna między sabatem, a rodem łowców. Wiedźmy odradzały się, a łowcy próbowali zabijać je,  bezczeszcząc ich ciała. Jednak z czasem moc obu stron słabła. Dlaczego urodziłam się bez żadnych magicznych zdolności, ani nawet wiedzy kim jestem. Z mglistym pojęciem swojego powołania i ciągłym niepokojem w duszy. Pani natomiast, dzięki magicznym zabiegom moich koleżanek, ostatnim na który osłabiony sabat mógł sobie pozwolić, został dany dar dostrzeżenia mnie i odnalezienia tego miejsca. By zamknąć w końcu całą tą okrutną historię. – wyjaśnił ze spokojem duch dziewczyny.
- Czyli celem twojego narodzenia, Evelyn, była zemsta na Rodericku? – robi się coraz mroczniej  – pomyślałam. - Jak rozumiem nie udało Ci się?
-Udało… –  Evelyn uśmiechnęła się szeroko– Jestem już wola, wraz ze wszystkimi moimi towarzyszkami!
Dopiero teraz dostrzegłam, że wrony zniknęły, a zamiast nich otaczały nas ledwo widoczne we mgle szare postacie, które z każdą minutą i podmuchem jesiennego wiatru blakły bardziej i bardziej.
- Dziękujemy Pani za wszystko i postaramy się odwdzięczyć za Pani pomoc. Żegnam. – odparła ledwo słyszalnie Evelyn Bell i tak jak jej koleżanki rozpłynęła się we mgle. A drzewa w zagajniku zaskrzypiały jej po raz ostatni.

                Czy ta historia ma jeszcze jakiś ciąg dalszy? Ma, dla niektórych nawet optymistyczny. Mnie w kaftanie bezpieczeństwa odwieziono do szpitala… żartuje, ale o sprawie zrobiło się głośno. Dokonano ekshumacji szczątków Evelyn. Przeszukano okolicę, by znaleźć zbiorowa mogiłę pozostałych Bellów. Wszyscy spoczęli razem na przykościelnym cmentarzu, a pogrzeb zgromadził tłumy głodne sensacji. Ustalono, że latem 1902 roku Roderick Millis wyjechał w pośpiechu do Belgii, gdzie po 2 tygodniach zmarł na skutek zakażenia ran twarzy. Na nim bezpowrotnie wygasła linia jego rodu. Natomiast „organizacja” do której należał swój początek zawdzięcza niejakiemu Matthew Hopkinsowi i poradnikowi króla  Jakuba I. Zarówno Roderick jak i jego przodkowie splamili ręce krwią, nie tylko osób parających się, taka czy inną magią, ale także wielu niewinnych. Z czasem tragiczna historia Evelyn Bell zaczęła żyć własnym życiem. Dopowiedziano jej kilka heroicznych czynów oraz kochanka. Coś tam napisano, coś tam nakręcono. Nastolatkom przypadła do gustu łzawa historia zakochanej czarownicy. Wszystko to miało też nieoczekiwany skutek dla Państwa Baileyów. Goci i inni fani mrocznych klimatów, zaczęli jeszcze tłumniej nawiedzać ich okolicę. Para emerytów postanowiła więc płynąć z nurtem i przemianowało swoje „ Zielone Przytulisko” na „Wronie Gniazdo” otwierając szeroko podwoje dla wszelkich „dzieci nocy”. Moja rodzina raczej szybko się do nich nie wybierze, teraz mają terminy zarezerwowane dwa lata do przodu. Koktajle z jarmużu znikły na zawsze, a ich miejsce zajęły babeczki z nadzieniem z czarnej porzeczki, tryskające na czerwono przy każdym kęsie. Bardzo popularne w niektórych kręgach. Acha, Pan Bailey nieoczekiwanie polubił czarny lateks,… bez wzajemności jednak.
               Ja natomiast polubiłam prowincję – bo można się na niej ukryć. I październik – bo ludzie wtedy generalnie mniej łażą. Nie widuje już duchów i zjaw – na szczęście! Co do obiecanej przez czarownice nagrody, to ostatnio dostałam pismo z pewnej kancelarii prawniczej. Z tego co było tam napisane, wielce urzędowym językiem, podobno przez jakieś dziwne koligacje oraz umowy, nieruchomość i dom Bellów należą do mnie. Jest też propozycja, że jak bym chciała, to jest na nią kilku szczodrych kupców. To co mnie natomiast trochę dręczy, to dwa pytania:  - Po której stronie konfliktu właściwie stanęłam: dobrej, czy złej? - I czy, moje koligacje z Bellami nie są ciut zbyt bliskie, i w moich żyłach nie płynie odrobina krwi którejś z wiedźm? Co, na pewno tłumaczyło by moje znikające znamię. Ale nie, nie, nie…   Staram sobie tą całą, szaloną historię tłumaczyć: stresem, miksturami Pana Baileya i mojemu głupiemu szczęściu. I niech tak zostanie…

Edyta Sawicka



Zwyczajna i niezwyczajna karta rodzinna

Nauczyciel Porębski do Sopoćkiń w gminie Wołłowicze pod Grodnem przyjechał z Wilna w roku 1921.  Miał objąć posadę kierownika szkoły w miasteczku. W tamtych czasach nie każdy prowincjonalny nauczyciel mógł się pochwalić dyplomem Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. To był jeszcze ciągle niespokojny czas. Porębski wychował się w podwileńskich Taboryszkach i kochał wieś oraz  małe miasteczka. Oferta z Sopoćkiń pojawiła się w odpowiednim momencie.
Na Porębskiego czekał nieduży dom, który niestety świecił pustkami. Jeszcze trzeba go było urządzić, a tu trzeba brać się za szkołę. No i najważniejsze trzeba rozejrzeć się za żoną i gospodynią. Tylko nie wszystko od razu.
Co do szkoły to Porębski był zadowolony. Wdrożenie w obowiązki przebiegło gładko. Dzieci chętne do nauki, a nauczyciele oddani swojej pracy.
Porębski był dobrą partią w miasteczku. Kłaniano mu się, a panny podczas niedzielnej mszy wodziły za nim wzrokiem. On też, co tu dużo ukrywać przyglądał się im.
W Sopoćkiniach był urząd gminy oraz poczta i to właśnie ta ostania stała się punktem zwrotnym w życiu Kazimierza Porębskiego. Bywał na niej wysyłając listy do rodziców, czy rodzeństwa osiadłego w Wilnie. Którego razu sam kierownik poczty zaprosił go do domu na obiad i tam stał się cud Kazimierzowi przedstawiono córkę kierownika Piotrowskiego – Emilię i można powiedzieć, że to była miłość od pierwszego spojrzenia.
Ślub młodych odbył się w Kościele WNP w Sopoćkiniach, po czym Emilia przy pomocy Kazimierza wzięła się za urządzanie domu kierownika szkoły. W posagu wniosła wiele rzeczy, które wkomponowały się we wnętrza. Było to żelazne łóżko, piękna komoda, ręcznie robione ozdobne krzesła, wiele serwet i narzut, a nawet żelazko i waga kuchenna. I to Emilia w pobliskim Grodnie w sklepie prze Placu Batorego wybrała tapety na ściany.
Młoda kobieta i jej mąż, co chyba zrozumiałe z racji zawodu, który wykonywał kochali  książki. Oboje znali francuski oraz trochę niemiecki. Kazimierz już z Wilna przyjechał z książkami. Niektóre z nich były pięknie oprawione w grubych oprawach. A więc ich wspólna biblioteka była okazała i ciągle rosła.
W Grodnie była fabryka produkująca motocykle Niemen. Niemniej Kazimierz wolał swój wysłużony rower i to na nim jeździł do szkoły, która była w centrum miasteczka.
Państwo Porębscy nie mogli doczekać się swojego potomstwa i  w końcu się doczekali. W odstępie trzech lat urodziły się im dwie córki. Całą rodzinę na fotografii uwiecznił fotograf z Grodna słynny Zimermann.
Jakoś jest tak, że to kobiety potrzebują więcej butów niż mężczyźni, a przy trzech kobietach tych butów jest naprawdę dużo. Niemniej Porębski tez miał kilka par, bo do pracy, do kościoła, do chodzenia po domu i w około domu.
Kierownik szkoły musiał też jakoś wyglądać. Emilia dbała o jego garnitur i koszule, które prasowała osobiście, bo mimo tego, że Porębscy biedni nie byli to obywali się bez służącej.
Starsza córka Porębskich Agnieszka zapowiadała się na dobrą gospodynię domową, bo jej królestwem była kuchnia, gdzie spędzała wraz z matką wiele godzin coś ciągle krojąc, mieszając i ważąc na wadze kuchennej.
Młodsza z dziewcząt Anna od urodzenia przejawiała talent muzyczny. Któregoś dnia rodzice zdecydowali się na zakup pianina specjalnie dla niej. I raz w tygodniu przyjeżdżał z Grodna nauczyciel gry na tym instrumencie i nauka zaczęła iść na całego.
W tamtych czasach w Sopoćkiniach nie było kanalizacji i całą rodzina Porębskich myła się  w porcelanowej misce polewając sobie głowę wodą z dzbanka, którą uprzednio zagrzewała  na płycie Emilia. Takie mycie to był cały rytuał i działo się tak zwłaszcza w sobotę, gdy cała rodzina była w domu. Dziewczynki marzyły o miedzianej wannie, którą kiedyś widziały na wystawie w sklepie w Warszawie, gdzie były na wycieczce szkolnej. Ciągle wracały do tej opowieści. Doszło do tego, że rodzice już prawie się zgodzili i zaczęli poważnie zastanawiać się nad tym zakupem.
Nagle nadeszła wojna i świat Porębskich się zatrzymał. Nastąpiła okupacja sowiecka, gdzie Porębscy, jako rodzina inteligencka mieli w paszporcie  wpisany § 11, a więc przeznaczeni do wywózki. Któregoś wieczora odwiedził Porębskich znajomy Kazimierza ze studenckich czasów i powiedział, że ich przeprowadzi przez litewską granicę, ale nie mogą nic zabrać. Mają wyjść z domu tak, aby nie budziło to niczyich podejrzeń. Podobna bajki w życiu się nie zdarzają, ale Porębscy naprawdę znaleźli się na Litwie, a stamtąd przedostali się do Anglii.
A co się stało z domem Porębskich w Sopoćkiniach. Na początku Sowieci go opieczętowali i nie pozwolili nikomu wejść. Dom stał i niszczał.  Niemcy też nikogo tam nie wpuszczali. Pozostaje też pytaniem, dlaczego przez tak wiele lat po wojnie dom niszczał, ale miejscowa ludność w ogóle go nie ograbiła. Pamięć o Porębskich?  - mieszańców Sopoćkiń wychowanych w szkole Porębskiego. Już w latach 90-tych przyjechały dawniej młode, a już stare Porębskie ze swoimi rodzinami i zrobiły mnóstwo zdjęć. Mówiły, że to jest jak powrót do dzieciństwa. Czas zrobił swoje, ale grabieży nie było. Kobiety wyraziły chęć przekształcenia ich domu w muzeum pamięci o czasach i ludziach, których już nie ma, ale byli, żyli, oddychali i mieli swoje miejsce na ziemi. Miejscowe władze na ten pomysł nie mówiły nie, ale też nie powiedziały tak. Kwitując wszystko powiedzeniem pożywiom uwidim.

środa, 21 września 2016

Moi kochani przedstawiam Wam Szanowne Jury :) Oraz tomik raz jeszcze.

Do tomiku wciąż przybywa tekstów. Wszystkie które przyszły do tej pory i dolecą do mnie dziś i jutro pojawią się na blogu w piątek. Po prawej stronie, na głównej stronie bloga za momencik pojawi się też ankieta z proponowanymi przez Was tytułami naszego zbiorku. I oczywiście zapraszam do głosowania. A teraz najważniejsze. Chciałabym przedstawić Wam Jury, które będzie pochylało się nad Waszymi tekstami :) I tak proszę Państwa ta - dam:






Anna Sakowicz, Krystyna Mirek i Piotr Milewski :)

Anna Sakowicz - polonistka, blogerka, redaktorka i kolekcjonerka starych książek. W pracy twórczej pomaga jej ukochany kocur Nutuś. Od czterech lat mieszka na Kociewiu. I to tutaj zaczęła spełniać swoje najskrytsze marzenia o pisaniu. Debiutowała zbiorem humoresek "Żółta tabletka". Następnie ukazała się "Złodziejka marzeń", "Szepty dzieciństwa" i "To się da!". A już niedługo pojawi się kolejna opowieść jej autorstwa "Niedomówienia".
To tak oficjalnie. A od serca mogę powiedzieć, że wybór padł na Anię bo:
Jest ciepła i obiektywna. Bo wydaje powieści, jest wytrwała i podąża za swoim marzeniem. Bo również jej opowiadanie pojawiło się w jednym z tomików (moje literackie dziecko :)), bo doskonale rozumie pragnienie pisania... I mogłabym tak długo :)

Krystyna Mirek - Pisarka, autorka książek obyczajowych, mama czwórki dzieci, trzech dorastających córek i jednego małego synka.
Jest absolwentką polonistyki UJ w Krakowie. Przez wiele lat pracowała w szkole, obecnie pisarstwo stało się dominującym zajęciem w jej życiu zawodowym. Pisze książki obyczajowe mocno osadzone w realiach życia. Fabuła nie stroni od problemów, ale niesie pozytywne przesłanie. Autorka zachęca kobiety, by się nie poddawały wobec trudności losu, ale walczyły o miłość, rodzinę, marzenia.  
Z mojej strony chciałabym dodać, że to rewelacyjna pisarka i przyjaciółka. Ciepła i bardzo życzliwa więc Wasze teksty będą w jej rękach bezpieczne i na pewno wyłowi z nich to co najlepsze. Doświadczona, pracowita, pozytywna, a to dopiero początek jej zalet :)

fot. KATARZYNA KRAUSE
Piotr Milewski - Urodził się w Chełmie, a wychował w Opolu. Studiował w Poznaniu, Wiedniu, Pasawie, Filadelfii, Sapporo i Otaru. Dziewięć lat spędził w Japonii.
Współpracuje z polskimi i japońskimi czasopismami oraz z prasą polonijną (publikował fotoreportaże, korespondencje i eseje w "Rzeczpospolitej", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Odrze", "Zwierciadle", Miesięczniku społeczno-kulturalnym "Teraz" (w Filadelfii), "Gazecie Polskiej" w Japonii, "Mainichi Weekly", "Hokkaido Shimbun", "Gengo" i "Tetsudō Fan").
Współautor książki „Hokkaido – Japonia bez gejsz i samurajów”, autor książek podróżniczych: "Transsyberyjska. Drogą żelazną przez Rosję i dalej." i"Dzienniki japońskie. Zapiski z roku Królika i roku Konia."
Wędruje, pisze, fotografuje. Wybrał najbardziej wymagający rodzaj podróżowania. Japonię poznawał samotnie, bez planu, pieniędzy, jeżdżąc autostopem i śpiąc pod gołym niebem.
Próbował uchwycić ducha archipelagu i zrozumieć mieszkających tam ludzi, którzy - mimo że gościnni i serdeczni – pozostali dla niego zagadką.

Piotr jest wspaniałym człowiekiem. Ma w sobie odwagę i otwartość. Fascynują go nowe drogi, wyzwania i nie boi się podążać za swoimi marzeniami. Dokładnie tak jak robi to każdy prawdziwy podróżnik :)

I to właśnie w ręce tej trójki oddaje Was a właściwie Wasze opowiadania. Ze swojej strony dziękuję ślicznie, Piotrowi, Ani i Krysi, że zgodzili się zaopiekować tym zbiorkiem. Bardzo, bardzo, jestem Wam wdzięczna!

A Wam przypominam, że opowiadania przysyłamy do końca października. Szczegóły TUTAJ.


piątek, 16 września 2016

No to zaczynamy. Nowe otwarcie.

Nowe powakacyjne. Wróciłam do Was z porcją świeżych sił i wiadomości. Te ostatnie będą musiały zostać sensownie podzielone, bo jest ich sporo. Ale w związku z tym, że od czegoś trzeba zacząć rozpoczniemy od tomiku. Szczerze mówiąc zamierzałam napisać o warunkach, jurorach, tytułach... Jednym słowem ogarnąć sprawy formalne. Ale okazało się, że mamy zupełnie wyjątkową sytuację i właśnie dlatego zaczniemy od jednego z opowiadań.
Jego autorka obchodzi dziś okrągłe urodziny :) Nie będę zdradzała ile lat kończy, jeżeli będzie chciała sama się pochwali, natomiast chciałabym złożyć Jej najserdeczniejsze życzenia. I prosić żebyście dorzucili kilka miłych słów od siebie, tak w ramach zaczarowywania rzeczywistości :)

Madziu żeby w Twoim życiu nigdy nie zabrakło przyjaźni i miłości, żeby drogi którymi podążysz zaprowadziły cię do wymarzonych celów, żebyś marzyła, planowała, dążyła i żeby Ci się spełniało. Żeby Twoje półki na książki wypełniały się wciąż nowymi lekturami, żeby otaczali Cię ludzie z pasją i wrażliwością. Po prostu wszelkiego spełnienia!



Zanim przejdziemy do opowiadania wiadomość dla tych, którzy nie wiedzą o co chodzi z tomikiem. Kliknijcie TUTAJ a wszystkiego się dowiecie. A wszystkich czekających na wieści proszę do mnie zaglądać, bo teraz będzie się sporo dziać i w sprawie naszych opowiadań i w wielu innych również. A teraz opowiadanie naszej Magdaleny :) Jeszcze raz wszystkiego najpiękniejszego!

Magdalena Natonek
TAJEMNICA ZAKLĘTA W PIERŚCIENIU

   
Jedyne, co pozostało po rodzinie Rywki, to pierścionek z bursztynowym oczkiem. To bardzo smutna historia, pewnie jak każda, która wydarzyła się w tamtych czasach. Opowiedziała mi ją moja babcia, gdy pewnego dnia, zapytałam ją o to, co znajduje się na strychu jej domu. Od niepamiętnych czasów zawsze był zamknięty na kłódkę. Babcia uległa moim prośbom i pewnego pochmurnego dnia, zdecydowała się go otworzyć. To, co wtedy ujrzałam, sprawiło, że zaparło mi dech w piersiach.
   Widok poddasza sprawiał wrażenie, jak gdyby czas zatrzymał się w miejscu. Dom mojej babci też taki był, owiany nutką tajemnicy, ale strych był wyjątkowy. Gdyby nie pajęczyny, kurz i pył, mogłabym pomyśleć, że jeszcze przed chwilą ktoś tu był. Pod jedną ze ścian poddasza stało metalowe łóżko, na którym niedbale rozrzucone były poduszki i kołdra. Zupełnie tak, jak gdyby ktoś przed chwilą z niego wstał. Stąpałam po pokoju prawie tak, jak gdybym miała kogoś obudzić, chociaż łóżko było przecież puste. Stojący obok niego fotel, także świecił pustkami. Naprzeciw łóżka ulokowana była komoda, z której to szuflad wysypywała się bielizna. Ktoś stąd uciekał? Przed kim? Dlaczego? W mojej głowie rodziło się coraz więcej pytań.
   Tuż obok komody stało pianino, z misternie rzeźbioną nadstawką, na którym moim oczom ukazały się fotografie nieznanej mi rodziny. Jedno ze zdjęć przedstawiało zapewne małżeństwo. Na fotografii obok, dojrzałam dwie dziewczynki. Może siostry a może przyjaciółki. Pozostałe zdjęcia prezentowały dwie kobiety. Czy należały do tej rodziny czy też fotografie znalazły się tam przypadkowo? Patrzyłam i dotykałam tych zdjęć niemal z pietyzmem i szacunkiem dla przedstawionych na nich osób i bardzo chciałam poznać ich historię. Na myśl przyszły mi słowa naszej noblistki, Wisławy Szymborskiej, cyt.
…Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma..
   Zaraz po plecach przeszedł mi dreszcz, który już po chwili ustąpił miejsca uczuciu ciepła i bezpieczeństwa. Spłynęła na mnie jakaś bliżej niewyjaśniona fala spokoju. Tylko ktoś, kto doświadczył tego irracjonalnego wrażenia, wie, co mam na myśli.
   Uspokojona faktem wtargnięcia niemal do innego świata, stąpałam po nadgryzionej zębem czasu, drewnianej podłodze, która – mimo moich delikatnych kroków – niemiłosiernie skrzypiała, płosząc chyba wszystkie myszy. Mnie jednak za bardzo pochłonęło dalsze odkrywanie tajemniczych zakamarków poddasza. Co rusz to napotykałam na najróżniejsze przedmioty, niedbale rozrzucone po całym strychu. W dalszej jego części, zauważyłam piękny acz kulawy stół i stojącą na nim zardzewiałą wagę. Obok niego, na piecyku, stały dwa żelazka z duszą. Może ten pokój zajmowała kobieta, która tak, jak moja prababcia była krawcową i szyła na zamówienie piękne suknie?
   Nieco dalej znajdował się stoliczek, ze specjalnym okrągłym otworem, w którym umiejscowiono miednicę razem z dzbankiem. W kącie, gdzie usytuowano ową umywalkę, wisiały strzępy zasłonki, a ze ściany odstawała – oderwana z jednej strony - gruba rurka, do której ta zasłona była przypięta. Czy ktoś się za nią ukrywał? Czy może ktoś z kimś się szarpał? Co tu się stało? A ten wciśnięty w kąt przeciwległej ściany rower? Do kogo należał? Czy jeśli ktoś uciekał, to, dlaczego bez roweru? Czy nie zdążył go ze sobą zabrać? A może nie chciał? Pytania kotłowały się w mojej głowie coraz bardziej.  Niestety jak na razie pozostawały bez odpowiedzi, ale w moim sercu tliła się nadzieja, że poznam tajemnicę tego niezwykłego miejsca.
   Na strychu ciśniętych było kilka krzeseł, z których dwa ktoś brutalnie rozwalił. Dla mnie był to niezbity dowód na to, że ktoś naprawdę stąd uciekał. Patrząc na to wszystko, mimo mojego wewnętrznego spokoju, odniosłam wrażenie, że tu stało się coś złego. Może była tu rewizja, skoro z szuflad komody wystawały ubrania? Przecież gdyby ktoś po prostu wyjechał, zabrałby ze sobą te fotografie, ubrania i obrazy ze ścian, które teraz spowite były pajęczynami i tumanami kurzu. Pod łóżkiem dostrzegłam damskie pantofle. Ktoś wybiegł boso?! Nagle po moich plecach przeszły ciarki. Dobrze wiedziałam, co działo się podczas wojny, a dom mojej babci ma przecież ponad dziewięćdziesiąt lat. Zaraz jednak zganiłam siebie za zbyt wybujałą fantazję.
   Nagle moją uwagę zwróciło okno, z naderwaną firanką, na parapecie którego, leżała książka. Zaintrygowana podeszłam w tamtym kierunku, gdyż, jako wielbicielka słowa pisanego, nie mogłam przejść obojętnie, obok mieszczącego się tam przedmiotu. Moim oczom ukazała się dziwna księga. Po jednej stronie kartki, tekst napisany był w języku polskim, ale na drugiej, w zupełnie innym. Te litery coś mi przypominały. Gdzieś, kiedyś już je widziałam, ale nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie to było i w jakiej sytuacji. Cóż, pamięć zawodzi nas czasem w najmniej oczekiwanym momencie. Moja babcia jakby czytała w moich myślach, bo nagle powiedziała:
- Madziu, to modlitewnik, napisany w dwóch językach, polskim i hebrajskim – ciszę przeciął głos mojej babci, w którym dało się usłyszeć smutek i tęsknotę.
   Na chwilę zastygłam z powodu zamętu, jaki powstał w mojej głowie, bo wszystko powoli układało mi się w logiczną całość. Ten bałagan, modlitewnik i smutny głos babci. To nie mógł być przypadek. Gdy odzyskałam rezon, postanowiłam rozwiać swoje wątpliwości i niepewnie zapytałam:
- Babciu, czy… - nie dokończyłam, bo ona już pospieszyła z wyjaśnieniami.
- Tak kochana, moi rodzice a twoi pradziadkowie, tu, na tym strychu, ukrywali rodzinę Rosenbaumów, Rywkę i Moryca, wraz z dziećmi – opowiedziała mi babcia.
   Zamarłam, gdyż zdawałam sobie sprawę z tego, co działo się w czasie wojny. Dobrze wiedziałam, jak okupant obnosił się z Polakami, którzy narażali życie swoje i swoich rodzin, którzy ukrywali Żydów. Tylko w naszym kraju, ze wszystkich okupowanych, za jakąkolwiek pomoc Żydom, groziła kara śmierci, a mimo to, najwięcej drzew w Instytucie Yad Vashem w Jerozolimie, należy właśnie do Polaków. Przypadek? Nie sądzę. Polacy to naród przekorny, bo im bardziej im się czegoś zabrania, z tym większa gorliwością to wykonują. W naszej historii takich przykładów są dziesiątki. Jak mówił śp. Prof. Władysław Bartoszewski, WARTO BYĆ PRZYZWOITYM.
- Babciu – zapytałam przerażona, bojąc się usłyszeć bolesną prawdę – Co się z nimi stało? – dodałam łamiącym się głosem, niemal ze łzami w oczach.
- Moje dziecko, to były okropne czasy – zasmuciła się głęboko moja babcia i na potwierdzenie swoich słów, zrezygnowana opadła na łóżko, zupełnie nie zważając na to, że pokrywa je gruba warstwa kurzu- Mieszkali u nas trzy lata, ale niestety nie dożyli końca wojny – dodała babcia, schowała ręce w dłoniach i bardzo mocno się rozpłakała.
   Podeszłam do niej, mocno ją przytuliłam i pozwoliłam, aby łzy mogły swobodnie płynąć. Tuliłam babcię tak mocno, jak ona zawsze tuliła mnie, gdy byłam małą dziewczynką. Teraz to ona potrzebowała wsparcia. Cierpliwie czekałam, gdy da upust swojemu smutkowi i żalowi. Po dłuższej chwili poczułam, że jej płacz ustał, a ona podniosła głowę, spojrzała mi głęboko w oczy i powiedziała:
- Pamiętaj moje dziecko, że ludzi należy dzielić na dobrych i złych. Rasa, pochodzenie, religia, wykształcenie i majątek – nie mają żadnego znaczenia. Najważniejsze jest tylko to, jakim jesteś człowiekiem – oznajmiła moja babcia – Najpierw jesteśmy ludźmi, potem narodami.
- Ależ babciu, ja dobrze o tym wiem – uspokoiłam babcię, lekko skonsternowana, że ta we mnie nie wierzy.
- Wiem dziecko, wiem – odetchnęła z ulgą, przytuliła mnie do serca i pogłaskała po głowie, dokładnie tak samo, jak ja przed chwilą tuliłam ją, gdy płakała na samą myśl o przeżyciach, o których za chwilę miałam się dowiedzieć.
- Babciu, co tu się wydarzyło? – zapytałam szeptem po dłuższej chwili, delikatnie przerywając ciszę.
- To było w kwietniu 1941 roku, w Bochni – rozpoczęła swoją opowieść babcia – Początkowo Niemcy nie zorientowali się, że getto nie zostało odizolowane od reszty miasta. Nie zwrócili uwagi, że podwórka jednej z kamienic przy południowej jego granicy, łączyły się z podwórkami po aryjskiej części. To przeoczenie wykorzystała natomiast rodzina Rosenbaumów, która dzięki pomocy Polaków, pod osłoną nocy, przywędrowała do naszej wsi. Jak się później okazało, niedługo po ich ucieczce, Niemcy uszczelnili getto bardzo dokładnie z każdej strony, a podwórka, które dotąd żyły własnym życiem i umożliwiały pomoc lub ucieczkę Żydom, zostały obstawione wyjątkowo liczną żandarmerią granatowej policji.
   Żydzi zatrudnieni byli w warsztatach, mieszczących się poza wydzielonym dla nich obszarem, między innymi w byłych koszarach wojskowych. Rywka była szwaczką. To właśnie w jednym z tych warsztatów, dowiedziała się o możliwości ucieczki. Tam częstokroć polscy pracownicy pomagali żydowskim kolegom i koleżankom, z którymi zawsze łączyły ich dobrosąsiedzkie stosunki. Dzielili się z nimi jedzeniem, o które w getcie było coraz trudniej oraz załatwiali lewe papiery, aby tamci mogli przedostać się przez dziurawe getto.
   We wrześniu 1942 roku, dotarła do nas tragiczna wiadomość, że część ludzi przebywających w getcie wywieziono do obozu zagłady. Bezczelność oprawców była tak perfidna, że za amunicję używaną podczas rozstrzeliwań, Żydzi sami musieli płacić. Jak się z czasem dowiedzieliśmy, w getcie przeprowadzono trzy akcje likwidacyjne: w sierpniu i listopadzie 1942 roku i we wrześniu 1943 roku. Większość uwięzionych za murami getta osób, którym nie udało się uciec, tak jak rodzinie Rosenbaumów, zginęła. Część wywieziono do niemieckich nazistowskich obozów zagłady w Auschwitz i Bełżcu. W akcji sierpniowej, w pobliskiej Puszczy Niepołomickiej, zostało rozstrzelanych około 500 osób: starców, mieszkańców, którzy niezdolni byli przeżyć transportu do obozu w Bełżcu. Pozostałych, około 2 tysiące osób, które nie posiadały zaświadczenia o pracy w Bochni, wywieziono do obozu. W miejscu, gdzie rozstrzelano tych Żydów, stoi monument. Są na nim wypisane nazwiska tylko niektórych zabitych, w tym Małki Metzner i Heleny Reich, których zdjęcia widziałaś Madziu na pianinie. Te dwie siostry, które były na innej fotografii, Chaja i Chana Greiwer, również były ofiarami tamtej akcji. Pozostały po nich tylko te zdjęcia i moja pamięć o nich.
- A to małżeństwo? – zapytałam przez łzy, które spływały jedna po drugiej po moich policzkach – to z fotografii?
- To Rachel i Neftali Rosner, siostra naszej Rywki z mężem. Im nie udało się uciec z getta i spoczywają razem innymi w masowej mogile.
- Babciu, co było dalej? – wyszeptałam, bo tylko taki dźwięk mogłam z siebie wydobyć, zatrzymując na chwile potok łez.
- Nie licząc tych trzech akcji, Żydów rozstrzeliwano także w samym getcie – westchnęła ciężko moja babcia, którą opowiadanie o tym, też wiele kosztowało – Ostatecznie getto zlikwidowano na początku września 1943 roku. Niezdolnych do podróży, rozstrzelano na cmentarzu komunalnym. Oprócz starców, chorych i dzieci, byli tam także żydowscy policjanci, którzy pomagali nazistom. Ocalałych przewieziono do Auschwitz. W getcie pozostało około 250 osób, których pilnowali Ukraińcy. Mieli oni za zadanie przeszukać teren getta, aby odnaleźć ukryte dobra materialne. Znalezione rzeczy wywieziono do Rzeszy. Część pracowników warsztatu krawieckiego, w którym pracowała Rywka, została przeniesiona do obozu Szebniach, gdzie Holocaust przeżyli tylko nieliczni. Pozostałych Żydów z getta przewieziono do obozu w Płaszowie.
   Byłam wstrząśnięta tymi faktami, tym bardziej, że skutki pobytu w obozie w Auschwitz, zobaczyłam na własne oczy, zwiedzając Muzeum Auschwitz-Birkenau.Wszystko, co tam widziałam, stanęło mi nagle przed oczami i wpadłam w spazmatyczny szloch. Tym razem to babcia dała mi potrzebny czas na wypłakanie się. Miałam wrażenie, że pękła w moich oczach tama łez.

- Dlaczego?! Dlaczego?! – krzyczałam wniebogłosy – Jak można być taka bestią?! Tylko człowiek człowiekowi, może zgotować taki los! – podniosłam głos, ale mojej babci to nie przeszkadzało. Zbyt dobrze mnie znała, by wiedzieć, że moje zachowanie to reakcja i bunt wobec bestialstwa, którego  dokonano w czasie wojny. Wiedziała, że tą opowieścią dotknie najgłębszych zakamarków mojej wrażliwości, ale uległa mojej prośbie. Byłam jej ogromnie wdzięczna za tę opowieść. Odsłoniła przede mną bolesny epizod swojego życia. Zdawałam sobie sprawę, że dla niej samej nie było to łatwe, ale przyniosło jej niewypowiedzianą ulgę, a we mnie samej uczucie empatii stało się silniejsze. Obserwując reakcje mojej babci podczas opowieści, poczułam wtedy nieopisany ból. Podświadomie czułam, że to jeszcze nie koniechistorii, a byłam tak zmęczona psychicznie, jak gdybym  sama to przeżyła. Mogłam sobie wyobrazić, co działo się w jej sercu. Byłam wdzięczna za zaufanie, którym mnie obdarzyła, opowiadając mi tę historię. Czuła, że ją zrozumiem. Moja reakcja utwierdziła ją w przekonaniu, że bardzo mocno odebrałam jej przekaz i zrozumiałam jego sens.
   Kiedy moje wzburzone emocje już opadły i opanowałam moje skołatane nerwy, przytuliłyśmy się z babcią bardzo mocno. Po chwili spojrzałam w jej oczy i zobaczyłam spokój na jej twarzy i delikatny uśmiech. Zauważyłam, jak gdyby jej myśli zostały uwolnione od dręczących ją wspomnień. Na jej twarzy wypisana była ulga, co pozwoliło mi na dobre się uspokoić. Dostrzegła to i zrozumiała, że jestem gotowa na dalszy ciąg historii.
- Pewnej kwietniowej nocy, 1941 roku, gdy cała nasza rodzina już spała, ktoś zapukał do drzwi. – babcia rozpoczęła na nowo opowiadać – Miałam wtedy 16 lat, a mój brat Edward,13. Do drzwi podszedł mój tatuś czyli twój pradziadek Józef. Wiedzieliśmy, że to nie Niemcy, bo oni tacy kulturalni nie byli. Ich zwyczajem było walenie w drzwi, najczęściej kolbami karabinów. Tatuś postanowił uchylić podwoje domu. W ciemności najpierw dostrzegł mężczyznę, a tuż zanim, jego żonę i dzieci. Ja z Edziem nie wytrzymaliśmy i postanowiliśmy zaspokoić naszą dziecięcą ciekowość. Wyszliśmy z łóżka, więc widzieliśmy cała te sytuację. Do tatusia podeszła zaraz moja mamusia i po chwili wiedziała już, co się dzieje. Tonem nie znoszącym sprzeciwu, zaprosiła niespodziewanych gości do izby.
- Nie stójcie tak na miłość Boską – wyciągnęła ich szybko do środka – wchodźcie czym predzej, bo was kto jeszcze zobaczy i doniesie, gdzie nie trzeba.
- Dobry wieczór – przywitali się goście łamaną polszczyzną, w której dało się usłyszeć język jidysz.
- Dobry wieczór, siadajcie – mamusia zaprosiła ich do wspólnego stołu, ale oni wciąż niepewni, nieśmiało do niego zasiedli – Józefie, pomóż proszę, nakarmimy naszych gości – zarekomendowała mamusia i zaraz na stół podała mleko i chleb. Pamiętam, że jedliśmy prawie w ciemnościach. Ledwie tliła się jedna świeczka, aby nie wzbudzać podejrzeń sąsiadów, nagłym pojawieniem się nowych domowników. Wtedy nie było wiadomo, komu ufać, bo niestety wojna moje dziecko, wyzwala w ludziach najgorsze instynkty, a w takich sytuacjach jak ta, że do domu wpuściliśmy Żydów, zalecana była wyjątkowa ostrożność. Pewnie zastanawia cię moja droga, dlaczego tak skromnie ugościli ich moi rodzice. Bo bieda była. Mój tatuś pracowity i obrotny był, to krowę udało się uchronić przed kontyngentem dla Niemców. Dzięki temu mieliśmy mleko, śmietanę, masło i ser. Rodzice radzili sobie jak mogli.
   Słuchałam tej historii jak zaczarowana, podziwiając odwagę moich pradziadków. Moja babcia opowiadała dalej, pamiętając szczegóły, jak gdyby działo się to wczoraj a nie 70 lat temu.
- Przypominam sobie, że ojciec tej rodziny, chciał ich zabrać z naszego domu – snuła opowieść babcia – pamiętam jego słowa do dziś, jak powiedział, że nie chcą sprawiać kłopotu i że my się narażamy.
- My zjemy i pójdziemy – powiedział.
- Wy niegdzie nie pójdziecie – zadecydowała moja mamusia, podpierając się pod boki, prawda Józek? – mówiąc to, znacząco spojrzała na tatusia – strych jest wolny. W razie patrolu, będziecie się na nim chować,  a gdy będzie bezpiecznie, będziecie przebywać razem z nami. Powie się, że rodzina przyjechała, żeście nasze kuzynostwo. Macie mało semickie twarze, wiec się uda. Aniela jestem – mówiąc to, wyciągnęła rękę na powitanie i w ślad za nią poszedł Józef – to moje dzieci, Elżbietka i Edzio. Tak na oko to są w podobnym wieku, co wasze, więc myślę, że znajdą nić porozumienia – dodała z uśmiechem, aby rozluźnić skrępowanych gości.
- Jestem Moryc, a to moja żona Rywka – przedstawił się przybysz – nasze dzieci Rachela, Sara i Izaak – dodał, przedstawiając dzieci – My nie chcemy was narażać. Za to śmierć – dodał i gestem dłoni, pokazał na szyi gest podcinania.
- Zaprowadzę was na strych, musicie odpocząć. Jutro wszystko uzgodnimy – zarekomendowała Aniela – Ze mną się nie dyskutuje. Jak ja coś postanowię, tak ma być. Sza! -  dodała, ale z przyjacielskim uśmiechem, aby przybysze poczuli się pewniej i spokojniej, na ile tylko było to możliwe.
- Ale wy macie dzieci – dodała Rywka – jak nas tu znajdą, to my wszyscy na śmierć – przypomniała ze strachem w głosie.
- Sza! Już postanowione, bez dyskusji – mówiąc to objęła ramieniem Rywkę, na twarzy której dało się zauważyć ulgę w całej tej sytuacji, w jakiej się znaleźli.
- My mamy złoto, my zapłacimy – dodał po chwili Moryc – jest tego niewiele, ale może wystarczy. Możemy pracować, pomagać. Dzieci też pomogą – dodał.
- Dość tego! -  nagle, jak gdyby spod ziemi wyrósł mój tatuś – Proszę nas nie obrażać! Cóż z tego, że macie złoto! Życie jest bezcenne! Pieniądze dziś są, a jutro ich nie ma. Życia na majątek nie przeliczycie! – uniósł się rozgniewany Józef.

- Takiego wzburzonego jak wtedy, dawno go nie widziałam. To był bardzo przyzwoity i honorowy człowiek – powiedziała moja babcia – a ty Madziu masz charakter swojej prababci Anieli, jak postanowisz, tak ma być. Jesteś urodzoną wojowniczką i dlatego nigdy się nie poddajesz. Ale to dobrze, nie zmieniaj się moje dziecko. Pamiętaj, że jeśli idziesz właściwą drogą, zawsze poznasz wrogów i spotkasz się z krytyką. Bo gdybyś szła niewłaściwą, nikt by cię wtedy nie zauważył. Jesteś wrażliwa, otwarta i stanowcza. Daleko zajdziesz, wierzę w ciebie moje dziecko – mówiąc ostatnie zdanie, moja babcia znów mocno mnie przytuliła – Patrząc na ciebie, wydaje mi się, jak bym widziała moją mamusię. Znam cię i śmiem twierdzić, że zrobiła byś to samo co ona. A żeby nie było już tak bardzo poważnie, to ci powiem, że identycznie jak ona, podpierasz się pod boki – dodała i mrugnęła do mnie porozumiewawczo okiem.
   Było mi bardzo miło, że babcia porównała mnie do prababci, bo słuchając, co ta kobieta zrobiła i jak oboje z pradziadkiem ryzykowali, była dla mnie niczym bohaterka. Świadomie narażała życie, nie patrząc na uprzedzenia i zagrożenia. Czy naprawdę, będąc w takiej sytuacji, jak ta, w której znaleźli się moi pradziadkowie, ja też znalazła bym w sobie tyle odwagi, co moja prababcia? Nie wiem, ale moja babcia we w mnie wierzy i mówi, że tak. To buduje. Mam nadzieję, że nie będę musiała nigdy tego sprawdzać.
- Długo się u was ukrywali? – zapytałam.
- Trzy lata. – odpowiedziała moja babcia – Uwierz mi dziecko, że sami zadecydowali, że nas opuszczą. Moja mamusia w 1943 roku urodziła naszego braciszka Jerzego. Rywka odebrała poród. Bardzo się obie zaprzyjaźniłyśmy, tak jak mój tatuś z Morycem. To niesamowite, że dwoje zupełnie obcych sobie ludzi, potrafi połączyć tak niezwykłą więź. Ludzie z różnych światów i wyznający zupełnie inne religie, stanęli ponad podziałami. A wracając do Rywki, to ze względu na swoje umiejętności krawieckie, pomagała twojej prababci w szyciu. Pamiętam, że przegadały przy tym zajęciu wiele godzin. Chciały nawzajem poznać swoje obyczaje. Strach i uprzedzenia rodzą się z niewiedzy, a one tak nie chciały żyć.
   Gdy do rozwiązania było coraz bliżej, to Rywka przejęła szycie. Moryc natomiast bardzo dużo pomagał mojemu tatusiowi. Oboje mieli wyjątkową smykałkę do majsterkowania. A my, dzieci, bawiliśmy się w zgodzie. Oczywiście, że były małe niesnaski, ale gdzie wśród dzieci ich nie ma. Największą radość mieliśmy, gdy na świecie pojawił się mój braciszek Jerzy. Był naszą żywą lalką i opiekunów do niego wcale nie brakowało.
   Byliśmy otwarci na siebie, ale to przecież wynosi się z domu. Dla naszego i ich bezpieczeństwa, musieliśmy nauczyć całą rodzinę podstawowych modlitw, ale nie pozwoliliśmy im zapomnieć, kim są. Mogli celebrować swoje święta, o ile nie zagrażało to bezpieczeństwu nas wszystkich. W niedzielę wspólnie zasiadaliśmy do wspólnego stołu.
   Niestety, w 1944 roku, coraz częściej w naszej wsi zaczęły pojawiać się patrole żandarmerii niemieckiej, której to celem było poszukiwanie ukrywającej się ludności żydowskiej. Któregoś dnia Rywka oznajmiła mi, że nie mogą już dłużej nas narażać na niebezpieczeństwo, a myśl o opuszczeniu naszego domu, spędza jej sen z powiek od dnia, gdy urodził się mój braciszek. Niestety, nawet twoja stanowcza prababcia, nie była w stanie ich zatrzymać. Nie pomagały argumenty, że podczas dalszej wędrówki, w każdej chwili mogą zostać złapani, ale Rywka i Moryc byli nieprzejednani. Razem postanowili, że opuszczą nasz dom. Nam dzieciom, też było bardzo smutno, bo tak, jak dorośli, my także się ze sobą zżyliśmy. Mimo dzielących nas różnic, czuliśmy się jedna wielka rodziną. Dom był na odludziu i może dlatego tak długo udało się nam w umiarkowanym spokoju, dać tej rodzinie schronienie.
- Babciu, a czy twoi rodzice nie bali się tego robić? Przecież musieli zdawać sobie sprawę z konsekwencji, jakie grożą za jakąkolwiek pomoc Żydom – dopytywałam, bo ten rodzaj nieprawdopodobnej wręcz odwagi, zawsze mnie zdumiewał i fascynował. Co trzeba w sobie mieć i jakim człowiekiem trzeba być, aby świadomie narażać życie swoje i swojej rodziny, wiedząc, że w razie odkrycia tego niezwykłego czynu przez Niemców bądź też usłużnych szmalcowników, groziła najwyższa kara?! Zdumiewające, bo za niewiarygodne dobro, czekała kara. Nie mieściło mi się to w głowie i pytałam nadal
- Dlaczego moi pradziadkowie to zrobili? – niestrudzenie zadawałam to pytanie babci, chcąc poznać odpowiedź na tę intrygującą zagadkę.
- Bo oni byli przyzwoici. Wiesz moje dziecko, co to znaczy empatia. Ostatecznym jej sensem, jest pomaganie drugiemu człowiekowi, by lepiej zrozumieć samego siebie oraz by mieć dojrzalszą postawę wobec własnych myśli, przekonań, przeżyć i pragnień. Jest to takie traktowanie drugiej osoby, jak samemu chciało by się być traktowanym. Madziu, oni byli prawdziwymi chrześcijanami. Nie takimi, co to na pokaz biegają do kościoła. Oni swoim życiem pokazywali, co to jest miłość do bliźniego. Dla nich Bóg był wszędzie: w przyrodzie, zwierzętach, w ludziach. Moi rodzice – ku zgorszeniu innych – nie potrzebowali biegać co niedziela do kościoła i klepać modlitw. Oni modlili się przy pracy w domu, własnymi słowami, płynącymi prosto z serca. Nie robili nic na pokaz, ale to, co dyktowało im serce. Bo tak naprawdę nie jest konieczna wiara w Boga, aby być dobrym człowiekiem. Można być człowiekiem uduchowionym, nie będąc religijnym. Nie jest konieczne pójście do kościoła po to tylko, aby dać na tacę. A co ludzie powiedzą? Coś powiedzą, ale czy trzeba sobie tym zaprzątać głowę? Zawsze będą mówić, cokolwiek byśmy nie robili. Dla wielu ludzi, takich jak moi rodzice, ja czy ty, Bóg jest wszędzie. Wielu najwspanialszych ludzi nie wierzy w Boga, niektóre zaś z najgorszych czynów ludzkości, były wykonywane w Jego imieniu, np. Holocaust. Moje dziecko, zapamiętaj jeszcze jedno: nie trzeba być katolikiem, aby być dobrym człowiekiem. Czy nie znasz przyzwoitych ludzi niewierzących? Ja znam i powiem ci, że byli również w naszym domu. Często tacy ludzie są o wiele bardziej przyzwoici niż katolicy, którzy bywają obłudni a wiarę swoją mają tylko na pokaz, od oka. Wiesz, kogo mam na myśli – dodała babcia.
- Oj wiem babciu, wiem – głęboko westchnęłam – swoją religijność narzucają innym, a tyle w nich obłudy, co w oceanie wody – dodałam.
- Pytałaś mnie, drogie dziecko, czy moi rodzice nie bali się ukrywać Żydów. Powiem ci szczerze, że bardzo się bali i zdawali sobie sprawę z grożącego nam wszystkim niebezpieczeństwa, ale nie potrafili inaczej. Pytałam ich kiedyś, dlaczego nas narażali, ale zgodnie mi odpowiedzieli, że tak trzeba było. Wiedzieli, że w przypadku, gdyby wpadli Niemcy i odnaleźliby u nich tych Żydów, nie było by nas wtedy i tego domu też by nie było. Wiesz, co robili naziści z takimi ludźmi jak moi rodzice? Wywlekali wszystkich przed dom, który następnie puszczali z dymem na oczach właścicieli, a ich samych rozstrzeliwali wraz całą rodziną, której odważyli się pomóc i dać im schronienie. Gdyby któregoś dnia znaleźli naszych Żydów, nie siedziały byśmy sobie tak jak teraz na tym strychu. Zostały by tylko zgliszcza.
- Babciu, ale dlaczego na tym poddaszu jest taki bałagan? – zapytałam, bo nadal brakowało mi rozwiązania tej zagadki.
- Pewnego dnia we wsi podniosło się larum. Nagle wpadła żandarmeria i przetrząsali dom po domu w poszukiwaniu ukrywających się Żydów – opowiadała babcia, na której to twarz znów powróciło spięcie – Teraz ze wszystkich stron pobudowali się sąsiedzi, ale w czasie wojny, ten dom stał sam wśród pól. Wiem, że cię to dziwi moje dziecko, ale wtedy we wsi było ponad połowę mniej domów niż jest obecnie. Z okna strychu można było dostrzec, co dzieje się w wiosce. Tego dnia z krzykiem przerażenia, do mojej mamy przybiegła Rywka. Po chwili  powiedziała, że od strony wsi, widziała łunę ognia. Myła się przed snem i zastanowiło ją, co to za dziwny kolor zachodzącego słońca. Chciała go obejrzeć i wtedy zamarła z przerażenia. Rywka była zbyt roztrzęsiona. Mamusia nie mogła jej uspokoić, bo wpadła w histeryczny płacz. Pamiętam, że  pobiegłam po tatusia, który swoim zwyczajem, majsterkował coś wspólnie z Morycem. Pora dnia nie miała dla nich znaczenia. Na wieść o wydarzeniach we wsi, oderwali się od zajęcia i weszli do domu, gdzie czekała na nich moja mamusia i roztrzęsiona Rywka. Moryc ze łzami w oczach, odezwał się do mojego tatusia, w te słowy:
- Przyjacielu, nie będziecie więcej narażać życia swego i całej waszej rodziny – oznajmił - Czas na nas. Dość nadstawialiście za nas karku. Byliście nam drodzy jak rodzina. Niech Najwyższy chroni ten dom i zachowa was i następne pokolenia waszej rodziny w dobrym zdrowiu – dodał Moryc, poczym podszedł do mojego tatusia i serdecznie go objął.
- Ale gdzie wy się podziejecie? Przecież was zabiją! – oponował Józef.
- Może Najwyższy ześle nam następnych sprawiedliwych, którzy pomogą nam tak, jak wy pomogliście nam. Trzeba wierzyć Józefie, trzeba wierzyć – dodał i ponownie objęli się serdecznie.

- Babciu, czy podczas swojej dalszej wędrówki, natrafili na dobrych ludzi? – zapytałam z nadzieją.
- Niestety nie, moje dziecko – w oczach mojej babci zaszkliły się łzy – Nazajutrz mój tatuś przyniósł straszną wieść, że ktoś zauważył ich, gdy chcieli przedrzeć się przez las koło rzeki. Zostali schwytani i rozstrzelani pod młynem. W nocy moja mamusia nie mogła spać, bo chyba podświadomie czuła, że stało się coś złego. Od tamtej nocy, gdy w pośpiechu opuścili strych, twoja prababcia kazała go zamknąć i nie pozwoliła nikomu tam wchodzić. Bardzo zżyła się z tymi ludźmi, wiec to, co ich spotkało, bardzo nią wstrząsnęło. Twojego pradziadka też. Tego nie dało się opisać. Oboje mieli wyrzuty sumienia, że nie zatrzymali ich siłą, aby nie doszło do tragedii. Mnie też to bardzo zabolało. Miałam już 19 lat, rozumiałam coraz więcej. Chyba nic tak jak wojna, bardzo gwałtownie nie przyspiesza czasu dorastania. Szanując wolę moich rodziców, strych był zamknięty aż do dzisiaj.
- Babciu, ale twoi rodzice a moi pradziadkowie to przecież Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata – niesiona emocjami, nieświadomie krzyknęłam z przejęcia.
- A bo to istotne? Jak zwał, tak zwał. Oni byli przyzwoitymi i szlachetnymi ludźmi. Mieli wady, jak każdy z nas, ale mieli ogrom odwagi. Madziu, teraz, gdy poznałaś już bolesną tajemnicę, skrytą na tym strychu, chcę, abyś coś ode mnie przyjęła. Wiem, że jesteś mądrą i tolerancyjną osobą – powiedziawszy te słowa, babcia zdjęła swój pierścionek, który nosiła od niepamiętnych czasów, ujęła moją dłoń i położyła go niemal z pietyzmem na mojej ręce i mocno zacisnęła – Ten pierścień dostała twoja prababcia od Rywki w geście podziękowania. Jak się zapewne domyślasz, nie chciała go przyjąć, ale Moryc nalegał. Potem ten pierścionek mamusia przekazała mnie, a teraz chcę, abyś to ty go nosiła. Proszę cię tylko o jedno: gdy twoja córka też zechce poznać tę historię i będzie tak jak ty, cierpliwie drążyć temat, opowiedz jej o tym a potem przekaż ten pierścień.
   Objęłam babcię bardzo mocno, tym bardziej, że wiedziałam, ile to dla niej znaczy. Z tym pierścieniem nigdy się nie rozstawała, a ja już teraz wiedziałam dlaczego.
- Twój upór w dążeniu do odkrycia tajemnicy poddasza, bardzo mi zaimponował. Już ci to mówiłam, ale powtórzę raz jeszcze: jesteś lustrzanym odbiciem swojej prababci Anieli. Dlatego też zdecydowałam, że nadeszła odpowiednia pora, aby opowiedzieć ci o tym wszystkim – rzekła moja babcia, a na jej twarzy znów zawitał spokój.
   Byłam bardzo wzruszona, bo nie łatwo było zdobyć zaufanie mojej babci, a ona powierzyła mi taki skarb i zdradziła tajemnicę zaklętą w tym pięknym pierścieniu. Na twarzy mojej babci rysowały się teraz szczęście i ulga. Przytuliłyśmy się obie bardzo mocno, a ja ucałowałam ją z wdzięcznością za opowiedzianą mi historię i piękny prezent. Założyłam pierścionek na palec niemal tak delikatnie, jak gdyby był z porcelany a nie ze srebra. Nagle poczułam dziwny spokój i ciepło na sercu, co zauważyła też moja babcia, bo uśmiechnęła się do mnie porozumiewawczo i skwitowała to bardzo krótko:
- Rywka chciała by, abyś go nosiła. Skoro czujesz spokój, to tak właśnie jest, że trafił on we właściwe ręce.
   Oprócz tego pięknego pierścienia, którego urok od zawsze mnie czarował, otrzymałam jeszcze coś bardzo cennego, o ile nie cenniejszego: odebrałam od babci wiele prawd życiowych, które kryły się za tą tragiczna historią. Teraz trwałyśmy na tym strychu wtulone w siebie, zupełnie nie zważając, że zastał nas wieczór. Każda chwila spędzona z moja babcią, była na wagę złota.

Dodatek do opowiadania, gdybyście chcieli posłuchać i wczuć się w jego klimat :-D



Avinu Malkeinu to modlitwa, która w wolnym tłumaczeniu z Hebrajskiego oznacza "Ojcze nasz, Królu nasz". Odmawia się ją w święta Jom Kipur i Rosz Haszana. Z racji tego, że jest to modlitwa, nie podaję dosłownego tłumaczenia piosenki, natomiast podaję tekst modlitwy w języku polskim.)

Ojcze nasz, Królu nasz, zgrzeszyliśmy przeciw Tobie
Ojcze nasz, Królu nasz, nie mamy króla oprócz Ciebie
Ojcze nasz, Królu nasz, bądź nam przychylny ze względu na Twoje Imię
Ojcze nasz, Królu nasz, spraw, niech będzie znów dobry rok
Ojcze nasz, Królu nasz, uchyl każdy zły wyrok
Ojcze nasz, Królu nasz, wymaż myśli naszych nieprzyjaciół i zerwij ich naradę
Ojcze nasz, Królu nasz, oddal od nas wszelki lęk i ucisk
Ojcze nasz, Królu nasz, ześlij uzdrowienie wszystkim chorym Twojego ludu
Ojcze nasz, Królu nasz, oddal od synów Twojego Przymierza
zarazę, miecz, zło, głód, niewolę, pogardę, zniszczenie i klęskę
Ojcze nasz, Królu nasz, wysłuchaj wołania naszego, osłoń i ulituj się nad nami
Ojcze nasz, Królu nasz, nie dozwól, aby zagubiło się Twoje dziedzictwo
Ojcze nasz, Królu nasz, pamiętaj, że jesteśmy prochem
Ojcze nasz, Królu nasz, zwróć nas ku sobie w szczerej pokucie
Ojcze nasz, Królu nasz, przebacz i odpuść wszystkie nasze winy
Ojcze nasz, Królu nasz, otwórz bramy niebios dla modłów naszych
Ojcze nasz, Królu nasz, przyjmij modły nasze w miłosierdziu i łasce
Ojcze nasz, Królu nasz, wspomnij nas na życie i zapisz do Księgi Życia
Ojcze nasz, Królu nasz...