wtorek, 25 kwietnia 2017

Pierwsze dwa dni czyli spotkań czar

Wczoraj zaczął się tydzień spotkań na Lubelszczyźnie i powiem Wam, że  dały mi one mnóstwo energii, radości, ochoty do życia. Ilu wspaniałych ludzi udało mi się poznać, przytulić, uścisnąć. Dziękuję Wam pięknie za te magiczne chwile! A poniżej garść zdjęć. Tak ku pamięci :) Ze spotkań i kilka po :) Wśród zdjęć w ramach przypominajki plakat z listą spotkań :)






















niedziela, 23 kwietnia 2017

Czemu ty nie piszesz, toż nie zmienił mi się mail Napisz mi że słowa trzy!

Czemu ty nie piszesz, toż nie zmienił mi się mail
Napisz mi że słowa trzy
Każdy mój opuszek czeka dziś na twój e-mail
I nad klawiaturą drży

Nie mam na żal, nie mam na żel
Cały real pożarł e-mail
Czuję delete dla moich marzeń
Że zetkną się nasze wizaże

Czemu ty nie piszesz, toż nie zmienił mi się mail
Napisz mi że słowa trzy
Cały twój opuszek czeka wciąż na mój e-mail
A ma klawiatura drży

Umila mur ogrodu wzruszeń
Ażur reklam kompotu z gruszek

Nie mam na żal, nie mam na żel
Nasz balejaż: TY, JA i MAIL

Właśnie :) Tak sobie siedzę i myślę i słucham i tak bardzo czekam na Wasze e - maile :) Odczułam nagły głód korespondencji. Ktoś napisze do mnie ze słowa trzy? Tak od serca? Ot tak? Można napisać wszystko :) Krótko długo jak kto woli:)


sobota, 22 kwietnia 2017

Córka wiatrów zaprasza do błękitnego salonu - czyli w oczekiwaniu na "Wilczy Dwór"

Dzisiejsze popołudnie aż prosi się o to by poczytać. A co powiecie na fragment "Córki wiatrów"? Taki z tajemnicą w tle. Zróbcie więc sobie kawę, otulcie się kocem i wejdźcie razem z Konstancją do błękitnego salonu :)

W zamyśleniu zapatrzyła się na przywieszony naprzeciwko drzwi obraz przedstawiający bladą kobietę z zapadniętymi policzkami. Kąciki jej ust opadały ku dołowi. Nie była ładna, lecz ten, kto ją malował, widocznie umiał patrzeć w głąb duszy, bo poza tym, co było widoczne gołym okiem, uchwycił również głęboki smutek wyzierający z jej spojrzenia. Żałość w oczach sportretowanej rozpraszała się po całym jej obliczu, sprawiając, że patrzący zapominał o bladości i kanciastych rysach wychudłej twarzy. Z rzeczy pewnych Konstancja wiedziała o niej tylko tyle, że była daleką krewną ze strony ojca i mieszkała w Wilczym Dworze na długo zanim Konstancja pojawiła się na świecie. Nazywała się Izabela. I tyle – na tym wiedza o właścicielce smutnego wejrzenia się kończyła. 
Mimo to kiedy już zdarzało jej się bywać w błękitnym saloniku, Konstancja zawsze starała się patrzeć przede wszystkim na nią. Jej zdaniem owa Izabela była najprzyjemniejsza i najbardziej ludzka spośród wszystkich sportretowanych przodków. Teraz też odruchowo popatrzyła właśnie w tym kierunku i nagle wróciło do niej zepchnięte na dno świadomości wspomnienie.
To było tuż po śmierci Tadeusza. Szalała wówczas z rozpaczy, lecz musiała to skrzętnie ukrywać, bo przecież była przede wszystkim matką siedmioletniego chłopca, który właśnie stracił ojca. Jak strasznie wtedy nienawidziła tych wszystkich ciotek i wujów, powtarzających jej na okrągło, że musi pamiętać, iż jest matką. „Nie możesz się załamywać, jesteś matką! Musisz być silna, przecież masz syna!”. Zdawali się zupełnie ignorować fakt, że poza tym, iż była matką, była też żoną, która straciła właśnie najdroższą osobę na świecie. Wraz z mężem z jej życia odeszła miłość i poczucie bezpieczeństwa. 
Całą sobą pragnęła choć na chwilę dać upust rozpaczy i zapomnieć o tym, o czym jej non stop przypominali troskliwi krewni. Chciała po prostu być tym, kim się czuła: zrozpaczoną młodą kobietą. Pragnęła rwać włosy z głowy, tłuc pięściami o podłogę i rozdzierająco krzyczeć. Przez jakiś moment udawało jej się trzymać te wszystkie uczucia na wodzy. Ale do czasu. 
Miała wtedy za sobą nieprzespaną noc. Mały cały czas się budził i dopytywał, czy ojciec do nich wróci. Tłumaczyła mu, że tak naprawdę Tadeusz ich nie opuścił i że zawsze będzie nad nimi czuwał. Powtarzała wszystko to, co powinien usłyszeć mały chłopiec. Mówiła i nie wierzyła w ani jedno słowo. Wręcz przeciwnie – z każdym kolejnym zapewnieniem narastała w niej wściekłość na Tadeusza. Za to, że ją zostawił na pastwę losu, porzucił i ją, i Adasia, a przecież miał się nimi opiekować, miał być i trwać. Gdy w końcu nastał ranek, półprzytomna ze zmęczenia zeszła do jadalni i zastała w niej kuzynkę Jadwigę oraz jedną z ciotek, która po pogrzebie Tadeusza została we dworze na dłużej, by pomóc Konstancji dojść do siebie.
– Słyszałam, że Adaś znów płakał w nocy. Nie wiem, jak ty to wytrzymujesz – kuzynka Jadwiga pokiwała cierpiętniczo głową. 
– Wy, stare panny, nigdy tego nie zrozumiecie. Trzeba być matką, żeby to pojąć – oznajmiła moralizatorskim tonem ciotka Dusia, a Konstancja poczuła, że coś w niej pęka i jeżeli natychmiast się nie wykrzyczy, stanie się coś strasznego.
Przez moment wpatrywała się w ciotkę, myśląc o tym, że najchętniej złapałaby ją za starannie ufryzowane włosy i wywlekła na podwórze, a następnie wytarzała ją w błocie i zakazała jej używania słowa matka. Na myśl o pulchnej pani uwalanej w czarnej, lepkiej mazi zachciało jej się śmiać. Poczuła, że ten histeryczny chichot podchodzi jej do gardła i za moment nie zdoła go powstrzymać. Zerwała się od stołu i obrzuciła jadalnię spanikowanym, lekko szalonym wzrokiem, ale nawet w stanie, w jakim się znajdowała, wiedziała, że tutaj nie znajdzie schronienia. Prawie na oślep wbiegła na schody i wpadła na piętro. I wtedy jej wzrok padł na pokój na końcu korytarza.
Właściwie nie pamiętała, jak się znalazła w błękitnym saloniku. Wiedziała tylko, że drzwi zatrzasnęły się za nią, a ona upadła na sofę i rozpłakała się rozpaczliwe. Miała wrażenie, że nie tylko płacze, ale i krzyczy, i złorzeczy, i wyzywa Tadeusza… Była praktycznie pewna, że tak się stało, ale później Pelasia, która wbiegła za nią na górę, twierdziła, że z salonu nie dobiegał ani jeden dźwięk. 
– Toć stałam pod drzwiami i umierałam z niepokoju, bo nie było nic słychać! Ani szlochu, ani jęku, ani słowa jednego – przysięgała, przyciskając ręce do piersi. – A potem, jakby tego było mało, okazało się, że drzwi nie można otworzyć… 
I właśnie teraz, patrząc na portret Izabeli, Konstancja uświadomiła sobie coś, z czego do tej pory nie zdawała sobie sprawy: wtedy, gdy zrozpaczona schroniła się w błękitnym saloniku, nie czuła strachu ani tej dziwnej, niepokojącej aury. Wręcz przeciwnie – miała wrażenie, że pokój ją przygarnął, otulił, otoczył zrozumieniem i opieką. Ten jeden, jedyny raz, bo potem wszystko wróciło do normy.

Na koniec powiem nielitościwie, że mam nadzieję, że narobiłam Wam apetytu i że na Waszych półkach znajdzie się miejsce dla "Córki wiatrów" :)

czwartek, 20 kwietnia 2017

Książka do kochania - otwarcie pudełka :)

Dziękuję Wam ślicznie za komentarze pod poprzednim postem. To takie niesamowite znajdować tytuły, które sama umieściłabym na liście książek do kochania :) Ania z Zielonego Wzgórza, Pamiętniki Lucy Maud Montgomery, Siesicka, Krysia Mirek, Magda Witkiewicz, Ania Sakowicz, Kubuś Puchatek :) Dziękuję za to, że część z Was umieściłaby tam powieści mojego autorstwa. To dla mnie bardzo wiele znaczy.
A w tym konkretnym pudełku jest:

Część z Was miała rację :) To "Antykwariat spełnionych marzeń" Doroty Gąsiorowskiej. Jeden jest mój ale drugi trafi do kogoś kto właśnie na niego czeka. Napiszcie proszę w komentarzach jaka jest wasza książka do kochania i dlaczego akurat ona. Wypowiedzi nie muszą być długie (ale mogą:)). Piszcie do niedzieli do 17. Buziaki!
A i dziękuję tym, którzy uczestniczyli w czacie, byliście wspaniali, spędziłam z Wami niesamowity wieczór!

Książki do kochania

Nie sugerujcie się tabliczką :) Na zdjęcie trafiła zupełnie przypadkiem,
choć mam nadzieję, że moje powieści też są właśnie z gatunku
"do kochania" :) 
Jest taki typ książek, które nazywam "do kochania". Z każdym słowem niosą ze sobą ciepło, wiarę w spełnienie marzeń i przepełniają nas nadzieją. W tym pudełku poniżej ukryta jest właśnie jedna z takich książek. A może nie jedna tylko dwie? A jeżeli dwie to zapewne będę chciała się nią z Wami podzielić :) Bo któż by nie chciał mieć takiej książki do kochania? Domyślacie się jaki tytuł skrywa pudełko? Już niedługo zdradzę tajemnicę :)

A Getto wciąż płonie

Żonkile stały się symbolem
pamięci o Powstaniu w Getcie warszawski.
Związane są z Markiem Edelmanem, który w rocznicę
Powstania dostawał bukiet żonkili od kogoś kogo tożsamości
nigdy nie poznał. Sam też często składał żółte kwiaty pod Pomnikiem
Bohaterów Getta. Często wybierał właśnie żonkile. 
Wczoraj przypadała rocznica wybuchu Powstania w Getcie warszawski. Siedemdziesiąt cztery lata temu 20 kwietnia Getto nadal płonęło.
Są takie wydarzenia, których nigdy nie powinniśmy wymazywać z pamięci. Są takie wydarzenia, o których powinniśmy mówić naszym dzieciom po to, by one też uczyły się pamiętać. Powstanie w Getcie warszawskim, to jedno z nich. Pamiętajmy, bo nasza pamięć sprawia, że śmierć tamtych ludzi nabiera innego wymiaru. Pamiętajmy, bo bez historii, która nas stworzyła bylibyśmy niczym puch dmuchawca dryfujący w powietrzu. Potrzebujemy korzeni i świadomości kim jesteśmy. Więc pamiętajmy i uczmy pamiętać.

Na Placu Krasińskich po jednej stronie muru getta kręciła się karuzela, a po drugiej ginęli ludzie. Dla jednych tragedia:

"Getto ciągle się pali. Wiatr wieje na wschód, więc cała Warszawa krztusi się dymem, co jej słusznie przypomina tę tragedię ludzką. Nie mogę się pogodzić z tą myślą. (…) Jestem tak przygnębiony, tak przybity, jak nigdy. I ten wstyd za poniewierane człowieczeństwo!"  (fragment pamiętnika Mariana Wyrzykowskiego)

Dla innych powód do okazania braku sumienia, serca i człowieczeństwa : "Żydki się palą".

Dla uczestników powstania straszliwa samotność. Tak o tym mówił Marek Edelman:


"...Ale wróćmy jeszcze do karuzeli - to jest sprawa od początku szalenie istotna. Bo to było tak: trzeba sobie zdać z tego sprawę, że na przykład władze podziemne Polski londyńskiej, a nawet komunistycznej nie chciały Powstania w getcie. Bały się, że to Powstanie zapali ogień na całą Warszawę. I bez krępacji generał Grot powiedział: "Panowie, nie będzie tego powstania, bo my wam nie pomożemy, my się boimy. Jest za wcześnie". Myśmy nigdy z nim nie mieli bezpośredniego kontaktu. Były dwie osoby pośredniczące: kierownik referatu żydowskiego pan Henryk Woliński i pan Aleksander Kamiński, autor "Kamieni na szaniec"; byli naszymi mężami zaufania. W tej tragicznej rozmowie, która odbywała się pomiędzy Żydowską Organizacją Bojową a dowództwem AK przez pośredników, powiedziano: "nie możecie tego zrobić". A po drugie: "nie mamy do was zaufania, mamy mało broni i wam nie damy". To była ta jedna samotność. Nie będę mówił o prehistorii, gdzie różne ugrupowania, PPS i inni, chcieli zrobić powstanie, ale wszyscy byli podwiązani pod londyńską filozofię: nie robić za wcześnie. Nie mogę powiedzieć tego wszystkiego okropnego, że jedyny rewolwer, który był przed Powstaniem w getcie, pochodził od komunistów. Taki obrzydliwy komunista Witold Jóźwiak swój rewolwer przyniósł do getta. I pierwszy strzał padł z tego rewolweru. Myśmy sami kupowali od Niemców broń na Kercelaku i na Pradze za duże pieniądze. To też była samotność - nikt nam nie pomógł.

Samotność zaczęła się o wiele wcześniej. 18 stycznia padły pierwsze strzały w getcie i zginęło dwóch czy trzech Niemców - to było motorem akcji pod Arsenałem. Gdyby nie to, że pierwszy Niemiec padł w otwartym boju, nigdy by nie było tej akcji. To mówią wszyscy - Kamiński, Orsza - że nimb hełmu niemieckiego został zniszczony. W czasie samego powstania to już nam AK pomagała, dawała broń itd. Ale zrozumcie, AK zmobilizowała trzy plutony naprzeciwko getta i przez trzy tygodnie nikt nam o tym nie powiedział. Nigdy nie chcieli z nami mieć łączności. Pierwszego dnia Powstania w getcie ta karuzela była, ale się nie kręciła. Dopiero drugiego dnia zaczęła się kręcić i to było coś tragicznego. Przez okna było widać, jak się kręci, katarynka gra, spódnice dziewczyn, czerwone i niebieskie w białe grochy, powiewają na wietrze. To widzieliśmy z okien, i to było naszym przekleństwem. Tu się pali i zabijają, a tam się wszyscy śmieją i bawią." 

Fragment "Zdążyć przed Panem Bogiem":

„Mur sięgał tylko pierwszego piętra. Już z drugiego widziało się TAMTĄ ulicę. Widzieliśmy karuzelę, ludzi, słyszeliśmy muzykę i strasznie żeśmy się bali, że ta muzyka zagłuszy nas i ci ludzie nikogo nie zauważą, że w ogóle nikt na świecie nie zauważy – nas, walki, poległych...że ten mur jest tak wielki – i nic, żadna wieść się o nas nie przedostanie.”