sobota, 16 grudnia 2017

Dziś będę przede wszystkim...

Puk, puk! Ktoś tu do mnie zagląda? Jeżeli zerka, bo czeka na orzeczenie Szanownego Jury, to jeszcze musi uzbroić się w cierpliwość. Dziewczyny wprawdzie ogłosiły już werdykt (więc ja wiem i one wiedzą:)) ale na oficjalny post poczekajcie do jutra :) bo ja dziś zamierzam być przede wszystkim mamą :) Umówiłam się z mężem i synem i wyruszamy najpierw na zakupy i to takie poważne, bo Tysiek, który już od dwóch lat wątpił w istnienie Mikołaja (nie rozumiem dlaczego, bo ja wciąż w niego wierzę :)) w tym roku nabrał pewności i postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. W związku z tym wyruszamy po prezenta! Bo trzeba pomóc wybrać coś dla siostry, dla jej Kubusia, dla taty, który ma wtedy zniknąć w jakimś innym miejscu i zapewne dla mnie (i wtedy ja zniknę :)) i jeszcze dla paru osób. A później pospacerujemy po Warszawskim Starym Mieście, wypijemy gorącą czekoladę. Lubię być żoną i mamą :) A do Was mam ogromną prośbę. Zostawicie mi w komentarzu znak sygnał, kto mnie odwiedza? Część z Was często się odzywa, ale część to dla mnie zagadka. Przedstawicie mi się? Jestem Was ogromnie ciekawa. Tak po prostu po ludzku :) Wystarczą dosłownie dwa słowa :)
Buziaki!

środa, 13 grudnia 2017

W sprawie głosowania

Burza tutaj, burza na facebooku. Nawałnica dotyczy głosowania. Na pierwszy rzut oka widać, że
emocje aż buzują. Kochani - studzę. Po pierwsze po to właśnie mamy jury żeby było obiektywnie, po drugie owszem czasami niektórych ponosi. Ale duża część głosuje uczciwie. Przynajmniej ja to tak widzę, nie chcę całkowicie wątpić w szczerość i prostolinijność. Ankieta też nie jest obiektywna, bo można ją obejść. Nie będę pisała jak ale można. Nie chcę ograniczeń. Kochani przede wszystkim przypomnijmy sobie po co w ogóle powstał ten tomik. PO TO ŻEBY SPEŁNIAĆ MARZENIA! Po to żeby Ci którzy marzą o pisaniu nabrali wiatru w żagle. Żeby dać sobie skrzydła. Żeby zobaczyć w tomiku swój teks podpisany własnym imieniem i nazwiskiem. I to jest najważniejsze. Przede wszystkim to ma być inspiracja. Pamiętajcie o tym. Akurat tu to podium nie jest najważniejsze. Ważne jest zupełnie co innego. Kto rozumie ten wie o czym mówię. Ten kto nie rozumie zapewne nie zrozumie nigdy.

wtorek, 12 grudnia 2017

Okładki, okładeczki na dorosłych i dla dzieci :)

Numer 1
Moi kochani nastał czas na wybranie okładki naszego zbiorku. Poniżej siedem propozycji. Za momencik po prawej stronie bloga pojawi się ankieta z numerami. Głosujcie za tą, która najbardziej przypadła Wam do gustu. Zapraszam!


Numer 2

Numer 3

Numer 4

Numer 5

Numer  6


Numer 7

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Głosowanie czas zacząć!

Uwaga, uwaga, uwaga! Rozpoczynamy głosowanie! Na górze utworzona jest strona "Serce z piernika". Będziemy głosować za pomocą komentarzy i punktów. Każdy z głosujących będzie miał 20 punktów do rozdzielenia pomiędzy 2 wybrane opowiadania. Nie można oddać całości punktów na jedno opowiadanie, trzeba wybrać 2.  Anonimowe głosy nie będą się liczyć. Pozostałe 3 zostaną wybrane przez Szanowne Jury. Głosowanie trwa do 13 grudnia włącznie. W międzyczasie pojawią się okładki i ankieta, w której będzie można wybrać tą która będzie najbardziej się podobać :) Będzie emocjonująco, już to czuję! Buziaki i dobrego dnia dla Was! 

środa, 6 grudnia 2017

Tomik pachnie piernikami :) Jesteście niesamowici!

To już ostatnie opowiadania i wiecie co? Wszystkie są wyjątkowe. Ten tomik będzie szczególny. Dzięki Wam. Dziękuję, że zechcieliście współuczestniczyć w jego tworzeniu. Sprawiliście mi tym ogromną radość :) Zapraszam Was do lektury i życzę mnóstwa wrażeń.
Jutro stworzę zakładkę i wstawię w nią wszystkie opowiadania. Coby nasze Szanowne Jury mogło spokojnie czytać i się zastanawiać i naradzać... Będzie się działo. Tam też będziemy głosować. Ale o tym wkrótce :)
Dobrego, zaczytanego wieczoru Wam życzę!











Emilia Baczyńska
Pierwszy śnieg

Mężczyzna pochylił się i delikatnie musnął swoimi wargami jej rozchylone usta składając na nich pocałunek, który był obietnicą spełnienia marzeń. Z piersi Yvony wyrwało się mimowolne westchnienie, w którym zawierało się wszystko, co czuła...
Olka też westchnęła.  A za chwilę jeszcze zaklnęła, gdy Ptyśka goniąc zaspaną muchę zrobiła rundę przez jej uda.
Aj, kocie, to boli!
Miau?
Miau. Miau. Mogłabyś czasami po ludzku coś powiedzieć - dziewczyna odłożyła książkę i westchnęła nie gorzej od bohaterki powieści.  - Wiesz Ptyśka, życie takie nie jest. Takie historie, jak w książkach się nie zdażają. A już na pewno nie takim dziewczynom, jak ja, czy ty. Bo widzisz Ptyśka, życie to harówka, zero romantyzmu, szaro bury świat za oknem.
Mi tam moje życie się podoba – miauknęła kocica wskakując na parapet. - Chociaż przyznaję, że mogłabyś więcej czasu przebywać w domu. Właściwie mogłabyś być cały czas, w końcu czułabym, że mam człowieka na stałe. O, patrz zaczyna padać śnieg.
Pyśka, aleś się rozmiauczała. O, popatrz,śnieg zaczyna padać. Myślisz, że z pierwszym śniegiem jest tak, jak ze spadającą gwiazdą? Wypowiesz życzenie i ono się spełni?
Nie sądzę. Dość naiwne takie myślenie. Chociaż uważałabym na twoim miejscu, bo z życzeniami nigdy nic nie wiadomo. Wypowiadasz takie na głos i nawet nie spodziewasz się kto może je usłyszeć.
Miauczydło z ciebie straszne – Ola podeszła do okna i wtuliła się w kota, który zrezygnowany poddał się pieszczotom. - Chciałabym przeżyć coś takiego, jak z powieści. Taką, wielką niespodziewaną miłość. Coś, co by wywróciło mój świat do góry nogami. Coś szalonego, coś... Auuuuu, gupi kocie! - Pyśka wyrwała się z objęć swojej pani i pognała miaucząc ostrzegawczo. Ale nim dopadła kuchni cień, który jej mignął na ścianie zniknął bez śladu. Pokręciła się jeszcze chwilę pod stołem, ale tam również nie znalazła nic podejrzanego. Jej Osobisty Człowiek wrócił na kanapę do przerwanej lektury. Cokolwiek było przez chwilę w mieszkaniu, zniknęło bez śladu. Na wszelki wypadek kocica przyjęła strategiczne miejsce w kącie naprzeciwko kanapy i nie spuszczając oka ze swojej właścicielki niezauważalnie... zasnęła.

Dzień przywitał Olkę lekkim mrozem i bajkowym widokiem za oknem. Cały szaro - bury świat skrył się pod białą, puchatą kołderką mięciutkiego, świeżutkiego śniegu.
Wow! Może w tym roku w końcu będziemy mieli białe święta! - zakrzyknęła dziewczyna i w tym samym momencie stwierdziła, że najwyższy czas zacząć wprowadzać się w świąteczny nastrój. Bez trudu znalazła radio grające nieśmiertelny przebój Last Christmas. Trochę większy kłopot sprawiło jej wygrzebanie z dna szafy sweterka z reniferkiem, który wylądował tam po ostatnim świątecznym przyjęciu w pubie ze znajomymi i nadal nosił na sobie ślady tamtego wieczoru. Olka próbowała sobie przypomnieć, czemu go nie wyprała po imprezie, ale stwierdziła, że nie warto jednak zaprzątać sobie tym głowy. Przepocony i cuchnący piwem sweterek rzuciła na dno kosza z praniem, gdzie zapewne przeleży do nowego roku.
Dziwne, że nie wywietrzał całkowicie, ale to tłumaczy, czemu moje letnie sukienki zajeżdżały z lekka drożdżami. Ptyśka żarło!
No wreszcie. Ileż można czekać. Zaraz zacznie się nowy odcinek porannej krzątaniny przed blokiem. Nie chciałabym niczego przegapić. Mam nadzieję, że ma to chociaż posmak tuńczyka.
Jedz kocie. Kupię ci coś dobrego dzisiaj. Ale dostaniesz na Mikołaja dopiero.
Akurat – mruknęła Ptyśka z mordą w misce. -  Pewnie znów dostanę saszetki ekskluziw, a na nowej bluzeczce nawet nie dasz się położyć. Zawsze co najlepsze, to dla ciebie.

Było pięknie. Śnieg nadawał miastu niezwykłego uroku. Nie przeszkadzało nawet to, że krótki dzień zmierzał ku końcowi nim się na dobre zaczął. Wyjście z domu zajęło jej trochę dłużej niż planowała, ale nogi same ją niosły w stronę rynku. Tam, gdzie grała muzyka, migały kolorowe światełka, można było napić się grzanego wina i nacieszyć oczy świąteczną atmosferą bożonarodzeniowego jarmarku.
Boże, jak tam musi być pięknie – pomyślała Olka zmierzając ku centrum. I nie tylko ona.

Wodzirej w stroju Mikołaja przekrzykiwał do mikrofonu muzykę płynącą z głośników ustawionych wokół placu. Co gorsza, nie były to żadne pastorałki, ani świąteczne szlagiery, tylko jakieś dyskotekowe umca-umca. Śnieg tworzący magiczny nastrój na bocznych uliczkach tutaj zamienił się już w brudne, rozdeptane błoto. Olka utknęła w tłumie. Czy szła w prawo, czy w lewo miała wrażenie, że idzie pod prąd tłumu ludzi, którzy zwiedzeni pierwszym prawdziwym śniegiem chciali poczuć, to samo co ona. I czuli. Głównie przypalone kiełbaski i woń smażącego się oleju. Rozpychając się łokciami spocona dotarła do stoiska z ozdobami świątecznymi. Wpatrując się w szklane cudeńka przez chwilę udało jej się uchwycić świąteczny nastrój. To była jednak krótka chwila zakończona bolesnym rozdeptaniem przez babsko w futrze, które wepchnęło się jej przed nos i tłustym paluchem obmacywało wszystko po kolei wywołując panikę w oczach właściciela. Zdecydowanie należało stamtąd uciekać. Jak najszybciej i jak najdalej od tego szaleństwa, które niewiele miało wspólnego ze świąteczną magią. Łatwiej było pomyśleć, niż zrobić.
Niesiona falą utknęła pod budką z kasztanami. Kolejka, w której ją postawiono, była zdecydowanie mniejsza niż ta do gofrów i czekoladowych deserów.
Małą, dużą, czy średnią? - Zapytał pryszczaty sprzedawca automatycznym głosem.
Średnią poproszę – westchnęła z nadzieją, że może przekąska poprawi jej trochę nastrój.

Była już prawie przy samym końcu rynku i próbowała wyłowić z torebki ostatnie kasztany, gdy poczuła, jak jej stopy tracą przyczepność z podłożem. Rozpuszczony śnieg na starym poniemieckim bruku stworzyły idealną pułapkę. Przed spektakularnym upadkiem uratowało ją jedynie to, że całą sobą oparła się na plecach osobnika stojącego przed nią.
Mężczyzna odwrócił się i zlustrował ją dokładnie najpiękniejszymi oczami, jakie kiedykolwiek widziała. Intensywnie błękitne źrenice, okolone długimi, zawiniętymi rzęsami sprawiły, że poczuła nagle natchnienie. Miała ochotę wygłosić coś bardzo doniosłego, co zostałoby zapamiętane przez przyszłe pokolenia, których twórcą by zostali – ona i on, piękny nieznajomy. Już otwierała usta, by dać upust swoim emocjom, gdy obiekt jej westchnień ją ubiegł.
Kasztany – bardziej swierdził niż zapytał, a jego niski głos sprawił, że ugięły się pod nią kolana.
To jest, jak w powieści? - wyszeptała.
Taa, kasztany – potwierdził jeszcze zaglądając jej do torebki. - Nie mam plamy na plecach? - Odwrócił się przy tym i popatrzył na nią pytająco.
Tak.
Nosz kur...! Jak duża?
Co?
Plama? Jak duża?
Jaka plama?
No plama, tłusta plama na plecach, mówiłaś, że mam plamę na plecach. Po tych kasztanach chyba – zniecierpliwił się.
Nie, nie, nie masz plamy. Twój płaszcz jest idealny – właściwie chciała powiedzieć, że cały jest idealny, ale w porę ugryzła się w język.
Mężczyzna popatrzył na dziewczynę, która wydawała się trochę upośledzona. Rozejrzał się wokoło za kimś, kto mógłby wyglądać na jej opiekuna, ale nikt nie zwracał na nich uwagi.
Może wyjdźmy z tego tłumu. Jesteś sama?
Tak – przytaknęła żarliwie. - Sama. Całkiem sama. To znaczy nie jak sierota. Mam kota.
O nie wątpię – pokiwał ze zrozumieniem głową. Zastanawiając się przy tym, czy jak ją tak zostawi na środku chodnika, to dziewczyna trafi do domu.
Ptyśka! - Wykrzyknęła Olka uśmiechając się szeroko.
Ptyśka? Boże skąd ja ci wezmę ptyśka na jarmarku? - wyszeptał do siebie. Ale na widok jej rozpromienionego oblicza postanowił wykazać się prawdziwie męskim poświęceniem. - A może... - zawachał się – kupię ci serce z piernika? Równie dobre. Spójrz na tamte, jakie piękne, udekorowane, kolorowe!
O tak, serce z piernika, Olka marzyła nie raz by takie otrzymać od ukochanego z najczulszymi słowami wyszeptanymi wprost do ucha, przeznaczonymi tylko dla niej. To byłoby takie, jak w powieści. Szczyt romantyzmu. Mickiewicz mógłby się przy tym schować ze swoimi sonetami. I właśnie teraz znalazła się w sytuacji, jak z filmu. Piękny nieznajomy ciągnie ją do stoiska z piernikami, by wyznać swą miłość. Scena, jak z marzeń. Tylko czemu zaczyna odczuwać lekką panikę?
Szarpnęła ręką, ale obcy trzymał ją mocno. Robił, co mógł, żeby tłum ich nie rozdzielił. Olka momentalnie otrzeźwiała. Miejsce romantycznych scen z książek zajęły sceny z serwisów informacyjnych o zaginionych kobietach. W głebi jej jestestwa odezwała się feministyczna bestia, którą zazwyczaj trzymała na krótkiej smyczy.
Poproszę tamtego. Tak, tego najwięszego! - Gdy wyjmował portfel skorzystała z okazji, że ją puścił i czmychnęła między ludzi. Może takie porwania z miłości są dobre w książkach, ona jednak wolała zawierać znajomości bardziej przyziemnie. Chociaż oczy miał cudowne. Po mamusi, o czym już nie zdążyła się przekonać.
Tu jesteś Radziu. To dla mnie? - Kobieta w futrze wyjęła z rąk zaskoczonego mężczyzny piernikowe serce i zaczęła je rozwijać z celofanu. - Chodźmy. Duszno w tym tłumie. I wyobraź sobie, jacy ci sprzedawcy są cwani. Oglądałam jedną bombkę i ona pękła. Wyobraź sobie, że ten bezczelny właściciel kazał mi za nią zapłacić. A przecież doskonale widać było, że specjalnie takie liche, żeby ludzi naciągać. Coś tam mówił o ręcznej robocie i unikatowych egzemplarzach. Phi. I tak to wszystko na pewno z Chin. Mówię ci Radziu, więcej tu nie przyjedziemy. Wszystko to naciągane i drogie. Żerują na naiwności biednych ludzi. Dobrze, że my sobie nie damy w kaszę dmuchać. Żebyś słyszał, jaką mu awanturę urządziłam. Uszy położył po sobie. Cwaniaczek jeden. A to serce synku też pewnie z zeszłego roku było. Piernik, to można latami przechowywać.
Nie smakował mamusi?
Ujdzie kochanie, ujdzie – pochwaliła łaskawie mrużąc z zadowolenia małe oczka, które kiedyś musiały być naprawdę ładne.



Amelia Puch
Lukrowana miłość
Wcale nie tak dawno temu i wcale niedaleko stąd żyła sobie pewna rodzina: mama, tata, córka i syn.
Wszyscy bardzo się kochali. Wiosną święcili koszyczek, latem wyjeżdżali na kajaki i na wakacje, jesienią zbierali kasztany, a zimą zdejmowali ze strychu ogromne pudło.
Pudło zamieszkiwały piernikowe ludki. Po świętach zapadały w sen letni, lecz gdy, zgodnie z rodzinną tradycją, w mikołajkowe popołudnie były rozstawiane na półce w salonie, budziły się do życia.
Mimo że wiele z piernikowych ludków miały po kilka lat, zawsze, gdy mama z czułością wyjmowała je z kartonowego, letniego mieszkania, po całym domu rozchodził się zapach świąt: goździków, pomarańczy i, oczywiście, pierników.
Co roku w pudle przybywało lokatorów, ponieważ rodzina wypiekała nowych mieszkańców. Piernikowe ludki z radością przyjmowały nowych przyjaciół do swojego grona. Zawsze urządzały im przyjęcie powitalne.
Nikt nie wiedział, że pierniczki są nie tylko dekoracją świąteczną. Tylko mama myślała, że są czymś więcej, niż jedynie ciasteczkami.
I właśnie dlatego wycinała z ciasta małe serduszka, które zawsze przyczepiała na lukier na lewej piersi ludzików.
Gdy nikt nie patrzył, ludziki świetnie się bawiły: tańczyły, rozmawiały o Świętym Mikołaju, podziwiały miniaturową choinkę, którą mama zawsze stawiała obok nich na półeczce. Pewnego dnia rodzina urządziła coroczne pieczenie świątecznych pierników. Córka stworzyła piękną ciasteczkową dziewczynkę: w różowej, lukrowej sukience z perłowymi guziczkami.
Gdy lukier zastygł, mama uzupełniła świąteczną, piernikową dekorację o nowo wypieczone ludziki. Gdy jeden ze stworzonych rok temu ludków w błękitnych ogrodniczkach zobaczył dziewczynkę w różowej sukience, całkiem stracił dla niej piernikową głowę.
Od tej pory byli nierozłączni. Pokochali się miłością bezwzględną. Dziewczynka poznała całą piernikową rodzinę. Była wspaniała i wszyscy ją uwielbiali. Chłopiec w ogrodniczkach był w stanie położyć u jej stóp cały piernikowy świat.
Wigilijny wieczór był wspaniały. Piernikowe ludki obserwowały rodzinę i gości przy kolacji, a gdy wszyscy poszli na pasterkę, urządziły sobie własne święta. Śmiały się całą noc. Cieszyły się wszystkim: choinkowymi światełkami, kolędami, które mama, kierowana przeczuciem, zostawiła włączone, i prezentami, którymi Święty Mikołaj obdarował rodzinę. Zakochani Różowa Dziewczynka i Błękitny Chłopczyk, jak nazwała piernikową parę rodzina, byli nierozłączni.
Wszystko było pięknie aż do sylwestrowej nocy. Piernikowe ludki zostały same, ponieważ rodzina poszła świętować Nowy Rok z przyjaciółmi. Pierniki również urządziły sobie zabawę. W szalonym wirze tańców i śmiechu Błękitny Chłopczyk potknął się.
Jego serduszko odpadło i złamało się na kilka małych kawałków.
Błękitny Chłopczyk zaczął robić się coraz bardziej blady i suchy. Różowa Dziewczynka patrzyła na to z przerażeniem.
Gdy jej ukochany bladł coraz bardziej, Różowa Dziewczynka podjęła decyzję. Chwyciła lukier, który mama przypadkowo zostawiła na piernikowej, świątecznej dekoracji. Wycisnęła go na lewą pierś ukochanego, oderwała swoje serduszko i przykleiła je Błękitnemu Chłopczykowi.
Gdy on wracał do życia, ona oddawała ostatnie oddechy.
Następnego na rano mama spojrzała na pierniczki. „Jak to się stało?” , pomyślała, widząc Różową Dziewczynkę bez serca i Błękitnego Chłopczyka, wyglądającego wyjątkowo smutno.
W święto Trzech Króli pierniczki zostały schowane do pudła i zapadły w długi, wiosenny sen. Tylko Błękitny Chłopczyk nie mógł zasnąć. Tęsknił za swoją ukochaną. Był jednocześnie pełen podziwu dla jej odwagi, wdzięczny za nowo podarowane życie i zrozpaczony, ponieważ obok niego w pudle została złożona jego miłość bez odrobiny życia.
Jedenaście miesięcy później tata zdjął pudło ze strychu. Cała rodzina wspólnie wypiekała nowe pierniczki.
Jednak mama pamiętała, co stało się w zeszłym roku. Wycięła o jedno serduszko więcej, niż powstało piernikowych ludków.
Mama wyjęła Różową Dziewczynkę z pudła. Z właściwą sobie czułością na lukier przykleiła jej nowe piernikowe serduszko.
Różowa Dziewczynka otworzyła czarne jak paciorki oczka. Pierwszym, którego zobaczyła, był Błękitny Chłopczyk.

I tak wszystko skończyło się szczęśliwie. Tak właśnie działają grudniowe cuda, które dzieją się w każdym domu. Wystarczy szerzej otworzyć na nie oczy i nigdy, ale to nigdy nikomu nie żałować odrobiny serca.



Michał Bartosz Mojski
NOW
Z dedykacją dla pewnej (może nawet niejednej…) 
miłośniczki prozy Anny Todd 
i muzyki Harry’ego Stylesa, 
dzięki której dowiedziałem się,
 że owi artyści w ogóle tworzą na tym łez padole… W!



Teresa
To życie nie ma sensu. Nie ma, nie ma i nie ma. Wokół tylko sami debile, którzy chcą cię wykorzystać!

Hadrian 
Czuję się taki samotny, wciąż szukam miejsca dla siebie. Czasem myślę, że ja Adrian, nazywany przez przyjaciół Hadrianem (jak ten cesarz) równa się samotność na wieki. Nawet myśli mam banalne – sztampa do kwadratu!

Teresa
To historia jak z ckliwego romansidła dla gospodyni domowej, która zmęczona obowiązkami, chce poznać burzliwe dzieje jakiegoś Alvaro, tudzież innej Conchity. Zależało mi! Strasznie mi zależało. Zakochałam się jak nastolatka – w sumie jestem nastolatką… Wiecie, jak to się toczy. Ochy i achy. Spacery przy świetle księżyca. Trzymanie za rączki. Zapewnienia, że zawsze. Zaprzeczenia, że nigdy. Esemesy i telefony. Kiedy przychodzą naprawdę trudne czasy, czuwa. A później się okazuje, że to nie tylko dla mnie. Że nie mam wyłączności. Że jestem częścią jakiegoś przeklętego, emocjonalnego haremu jedynych, niezastąpionych, najdroższych. Wyłam dzień w dzień. Jakiś grafoman spokojnie mógłby napisać o mnie tanią opowiastkę. Mam nawet tytuł „Naiwna idiotka”.

Hadrian
Jakieś poruszenie zapanowało dzisiaj piętro niżej. Do mieszkania na parterze ktoś się sprowadził. Może nie będą walili szczotką w sufit, kiedy podkręcę Mozarta albo Czajkowskiego na cały regulator.

Teresa
Nowe miejsce - nowa ja. Chciałabym uwierzyć. Po tym, co przeżyliśmy ostatnio.

Hadrian
Zima. Wyszedłem jak co dzień ze swoim Leonem na spacer. Szczekanie. Bieg. Śnieg. Pies. Śnieg. Pies. Śnieg. Pies. Lubię patrzeć, jak się bawi mój czekoladowy labrador.

Teresa
Lubię patrzeć jak się bawi moja ruda wiewiórka. Bo jest już moja. Nazwałam ją Wanda. Nieopodal okna rośnie spory świerk. To tam mieszka. Dziś przyszła. Popatrzyłyśmy chwilę na siebie. Chyba przypadłam jej do gustu. I vice versa.

Hadrian
Nie powinienem był go czytać. Nie mam w końcu piętnastu czy dwudziestu lat. Ale przeczytałem. Chodzi do liceum, do klasy biologiczno – chemicznej. Uwielbia chemię i zwierzęta, ostatnio jakąś wiewiórkę. Firma handlowa ojca splajtowała. Nie szła mu sprzedaż cementu, glazury i uszczelek, więc się przenieśli. I jeszcze coś: „Nie wiem, kto nagrał ten filmik. Stałam się gwiazdą YouTube’a. No, może gwiazdeczką na miarę mojej parszywej szkoły. Choć sława mojego tańca z najdroższym półnago, na stole, podczas imprezy poruszyła całe miasteczko. »Żeby w takim liceum takie rzeczy się wyprawiało! Za naszych czasów było to nie do pomyślenia!« – szeptała kuma kumie podczas środowego targu. Najdroższy stanął na wysokości zadania. Przynajmniej tak się wówczas wydawało.” Było jeszcze dużo o smutku, bezsensie i rezygnacji. Leon wyniuchał gdzieś w rogu na klatce pamiętnik. Pomyślałem, że to staromodne w epoce blogowania. Tak poznałem sąsiadkę z dołu.

Teresa
Pół dnia szperałam i nie mogłam go odszukać. Znalazł się w skrzynce. Ale ktoś go czytał! Boże, mam nadzieję, że nie dokopie się do jakiejś wersji filmu! A co, jeśli wszyscy i tutaj będą debatować o moich miłosnych rozterkach. Może już czas zacząć budować swój Wilczy Szaniec. Chociaż… Dostałam też pocztówkę. Pomyślałam, że to staromodne w epoce mejlowania. „Zapamiętaj trzy litery. N - jak niezwykła. O - jak olśniewająca. W - jak wartościowa” i podpis: „Niejawny Opiekun Wrażliwych”. Bajka, melodramat, czy żart?

Hadrian
Diabelska ciekawość. Mogłem sobie darować. Głupi kundlu rasowy, gdybyś nie ciągał mnie na tej smyczy, tylko zachowywał się jak na tresowanego zwierza przystało, nic bym nie przeczytał. Wcale mnie nie słuchasz, tylko szczekasz na tę biedną wiewiórkę, która siedzi na świerku.

Teresa
Znów list. „Lubisz chemię? A znasz takie pierwiastki jak: azot, tlen i wolfram?” i podpis. Uśmiechnęłam się pod wąsem, gdybym go miała, oczywiście.

Hadrian
Wyrzuty sumienia wciągają. Działam dalej.

Teresa
Dostałam małą kartkę z chmurą i błyskawicą. A na niej napis: „Bujaj w obłokach!”.

Na razie to się muszę bujać z wieloma przypałami. Choć zabujałabym się w jakimś Romeo… Nie bujam! No i żeby on mnie nie bujał, tylko był tak naprawdę zabujany…

Hadrian
Zabawa trwa.

Teresa
„Zgjyzrj w skdbkd! W twpkm wnętyzl jdst źyóełp, itóyd nkaer nkd wrschnkd, jdśuk optygfksz jd peszligć.” – dziwne, nie wiem, o co chodzi, Mój samozwańczy opiekun pyta, czy byłam harcerką i znam GA-DE-RY-PO-LU-KI. Kiedy zaskroniec wszedł mi cztery lata temu do śpiwora w Bieszczadach na obozie, skończyła się moja kariera w mundurze. Nic już nie pamiętam. Może tym razem Wikipedia nie kłamie: „Technicznie jest to prosty, symetryczny, monoalfabetyczny szyfr podstawieniowy, w którym szyfrowanie oparte jest na krótkim, łatwym do zapamiętania kluczu. Klucz ten zapisuje się w formie ciągu par liter, które ulegają w tym szyfrze prostemu zastąpieniu. Najczęściej stosowany klucz to "GA-DE-RY-PO-LU-KI", skąd pochodzi nazwa szyfru. W kluczu tym każda para liter oddzielonych myślnikiem stanowi listę zamienników. Litery, których nie ma na liście zamienników, pozostawia się w szyfrowanym tekście bez zmian. Zmianom nie podlegają też spacje.” Jeszcze raz, nie rozumiem! Ach, Marek Aureliusz! Rzymski cesarz, jak Oktawian August, Kaligula, czy ten od wału w Brytanii. Jak mu tam było? Harald? Hammurabi? Harry? Hadrian!

Hadrian
Napisała na Facebooku: „Ezkęilję, zgjyzę!”. Wcześniej umieściła zdjęcie, jak karmi wiewiórkę. Miała w oczach iskierki i prezentowała swoje ząbki. Teresa, a nie – wiewiórka. Ten uśmiech… Opamiętaj się, chłopie!

Teresa
To chyba wiersz. Dla mnie. Tego jeszcze nie grali. Kim jesteś Niejawny Opiekunie Wrażliwych?



„Hen w Polsce wrażliwa Teresa
Płakała w głos w długich okresach.
Aż człek rzekł jej w zachwycie:
»Piękna, stwórz cudne życie!«
Już wierzy w siebie Teresa.”

Hadrian
Zostałem poetą. Napisałem pierwszy w życiu wiersz. Coraz bardziej lubię moje alter ego.

Teresa

Dziś na Facebooku…

„Niejawny Opiekun Wrażliwych: Jesteś fantastyczna!
Ja: A mnie się wydawało, że jestem prawdziwa, autentyczna, a nie jakaś wyimaginowana, jak smoki, czy wróżki ;P.”

Hadrian
Prawdziwa, autentyczna, niewymagin…, niewamiginow…, niewymigowa… Jak to powiedzieć?! Niezmyślona! A ja?

Teresa
Siedziałam w wysokiej wieży. W komnacie pełno było ekranów telewizorów, a na nich ciągle, raz po raz wyświetlał się filmik z imprezy ze mną tańczącą w roli głównej. Krzyczałam i próbowałam się uwolnić. Nie chciałam patrzeć na te kompromitujące sceny. Ale trzymały mnie jakieś niewidzialne łańcuchy. Nagle zobaczyłam diabła o twarzy mojego eks. Wyciągał ku mnie kosmate ręce i syczał z zadowoleniem: „Nikt cię nie chce! Jesteś niepotrzebna! Totalne zero!” Czułam na twarzy jego oddech, już miał zacisnąć palce na mojej szyi. Szykowałam się na najgorsze. Naraz pojawiła się monstrualnych rozmiarów wiewiórka. To Wanda, a obok niej rycerz na ogromnym brązowym psie. „Uratuję cię, księżniczko” – usłyszałam. Po chwili diabła nie było, a wojak ukląkł przede mną i otwierał przyłbicę… Było jeszcze ciemno. Spojrzałam na zegarek. 4.48. Oblana zimnym potem leżałam do szóstej, nie mogąc już zmrużyć oka.

Hadrian
Wyszedłem z Leonem na spacer, jak co wieczór. Jak co wieczór musiał sobie pohasać, ciągał mnie po różnych krzakach. Standard, nigdy nie potrafiłem wyszkolić go tak, aby szedł grzecznie przy nodze. A jak jeszcze poczuł resztki jedzenia... Znowu – naprężona smycz i kilkadziesiąt kilo pcha cię w ciemny zakamarek parku. „Masz problem?” – z zamyślenia wyrwało mnie pytanie jednego z trzech rosłych młodzieńców. Trzymali Teresę, ale bynajmniej nie rozprawiali o filozofii stoickiej Marka Aureliusza, gdyż miała zakryte usta, podczas gdy chłopcy prowadzili badania archeologiczne w jej torebce. Miałem problem. Mam też podbite oko, kilka ran i złamane dwa palce u lewej dłoni. Nie mam zaś połowy czwórki na górze po prawej stronie. W sumie niewielkie obrażenia zawdzięczam mojemu brytanowi. Niezwykle spokojny i pokojowo nastawiony labrador zaprezentował siłę swojego ujadania i stan uzębienia na tyle skutecznie, że dżentelmeni natychmiast czmychnęli z parku.

Teresa i Hadrian
Siedzimy na ławce pod świerkiem, tym samym świerkiem, na którym biega Wanda. Leon jest wyjątkowo grzeczny, aż za grzeczny. Jasne! Znalazł jakieś lukrowane, piernikowe serce i właśnie ją pałaszuje. Pewnie komuś wypadło. Akurat serce… Rozmawiamy. Śmiejemy się. Patrzymy na siebie. Jesteśmy tu i teraz. „Now”. Nieograniczeni klęskami, które ponieśliśmy kiedyś. „Before”. Bez przerażenia, kiedy myślimy o tym, co będzie w przyszłości. „After”. Tak trzeba. Kto by przypuszczał, jaka historia się potoczy z udziałem wiewiórki, psa, pamiętnika, listów i grupy dresiarzy? Może jej ciąg dalszy nie będzie taki zły?




Monika Madejek
List

Moja Najdroższa Zuziu,
wiem, że jesteś na mnie zła. Wiem to i rozumiem, Kochanie.
Są w życiu sprawy, które trzeba przemilczeć. A może można przemilczeć? Jeśli to pierwsze, zrobiłam, jak należy, jeśli drugie – skorzystałam z okazji. Mam nadzieję, że przyjdzie czas, gdy będziesz w stanie mi wybaczyć.
Dzisiejszej nocy nie mogłam zasnąć do momentu, w którym postanowiłam, że z rana napiszę do Ciebie list. Nie ma co tego dłużej odkładać, bo z każdym dniem jest coraz trudniej. Doczekałam do świtu z założeniem, że wrzucę na siebie tę nieco zdezelowaną sukienkę w słoneczniki, okryję ramiona wcale nie lepszym błękitnym swetrem i będę pisać w moim ukochanym ogrodzie przy turkusowym stoliku, pamiętającym lepsze czasy.
Stolik zyskał nowe życie pod krzakiem róży. Powinnam go raczej nazwać krzaczyskiem. Kupując sadzonki, nie wierzyłam zapewnieniom sprzedawcy, że wyrosną takie gigantyczne, a tu proszę. Pomyślałam, że jeśli przysiądę pod nim w moich sfatygowanych ubraniach, w których od lat czuję się jak w drugiej skórze, to jeśli nie nowe życie, to chociaż nieco tej magii różanej podskubię. Przydałaby się teraz. Przydałaby się Twojej starej ciotce, Zuziu.
Jednak nie siedzę w ogrodzie lecz w kuchni, bo za oknem potwornie leje. Mogłabym poczekać do jutra aż przestanie, ale boję się, że gdy to zrobię, to wraz z deszczem minie odwaga do napisania tego listu. Koniec końców kuchnia też jest przecież moim ukochanym miejscem. Jednym z niewielu na świecie, gdzie czuję się bezpiecznie i gdzie mogę być tak po prostu sobą.
Wyobrażam sobie, że siedzisz po drugiej stronie stołu. Obraz jest tak rzeczywisty, że gdybym wyciągnęła przed siebie dłoń, udałoby mi się nią nakryć Twoją.
Niezliczona ilość takich chwil za nami, prawda Zuziu?

Czasem niewiele trzeba, by zauważyć i docenić wartość tego, co się ma. Mi wystarczył wyjazd na pięciodniowe targi książki. Od lat nie wyjeżdżałam na tak długo. Pracowałam w domu, od czasu do czasu jechałam na kilka godzin do Wrocławia, gdy wymagało tego zlecenie, na zakupy lub na spotkanie z Anią, moją najlepszą przyjaciółką. Pakowanie walizek, podróż pociągiem, noclegi w hotelu to dla mnie nowość. Na całe pięć dni wsiąkłam w ten pisarsko – wydawniczy świat targów, chłonęłam go każdą komórką. Byłam na kilku spotkaniach autorskich, poznałam wielu wspaniałych ludzi, nawiązałam nowe kontakty, które z pewnością zaowocują w przyszłości, odbyłam mnóstwo rozmów, które otworzyły nowe szufladki w głowie, a ja poczułam się zainspirowana. Moje polowania na wyjątkowe książki zakończyły się zakupem dodatkowej torby, zakładek do książek wystarczy mi do końca życia, a i niejedną nieużywaną po sobie zostawię.
Wiele tam się działo. Na tyle dużo i inaczej, że dopiero w pociągu powrotnym dotarło do mnie, że właśnie z tego w tej podróży cieszę się najbardziej. Z powrotu do domu.
-Co się stało, Kochanie?!
Tymi słowami przywitała mnie ciocia Gerta, gdy wpadłam zziajana, czerwona na twarzy i spłakana w jej ramiona. Stała w kuchni przy stole i lepiła pierogi z truskawkami na mój powrót. Nigdy nie mogłam pojąć, jak można robić cokolwiek, co wymaga użycia mąki i utrzymać przy tym wokół taki porządek.
-Ja już ciociu nigdy nigdzie nie wyjadę – odpowiedziałam, nie opuszczając ani na pół centymetra tych czułych objęć.
-Tak było źle?
-Pięknie było, ciociu. Przepięknie.
-Poddaję się – powiedziała. - Tym razem poproszę wprost, nie naokoło.
„Wprost, czy naokoło?” to nasza zabawa od kiedy pamiętam. Od dzieciństwa. Pytania, wątpliwości, problemy, prośby, zachęty, opowieści i wiele innych rzeczy często były poprzedzone naszym „wprost, czy naokoło?”. Rozmówca wybierał i albo dostawał odpowiedź wprost, albo musiał się natrudzić, by raz dłuższą, raz krótszą drogą samemu dojść do sedna. Gdy byłam mała, była to dla mnie zabawa na miarę poszukiwania skarbów. Gdy dorosłam, zauważyłam, że kluczenie wokół problemu często pomaga spojrzeć na wiele rzeczy z innej strony i niejednokrotnie podsuwa rozwiązanie.
-Było na tyle pięknie, przecudnie, wyjątkowo – odpowiedziałam – żebym zapomniała, że tutaj jest piękniej, cudniej i że tu jest moje miejsce na ziemi.
Ciocia zaśmiała się ciepło.
-Ale mnie przestraszyłaś! Nie rób tego więcej – powiedziała, gładząc mnie po policzku. - A to, o czym mówisz, to magia powrotów do domu i miernik, czy miejsce, w którym jesteśmy, jest naszym miejscem. Każdy od czasu do czasu powinien wyjechać, by się przekonać, co czuje wracając.
Kiedyś to nie był mój dom. To był dom, do którego od czasu do czasu przyjeżdżałam. Ale już wtedy czułam, że do niego wracam. Teraz wiem, że dom to ludzie.

Ciocia Gerta nie jest moją prawdziwą ciocią. Kiedy byłam dzieckiem, przyjeżdżała do naszego, moich rodziców i mojego, domu we Wrocławiu, by nam pomóc. Rodzice byli bardzo zapracowani. Ciocia sprzątała nam, gotowała, od czasu do czasu zajmowała się mną. W naszym domu była jeszcze zanim przyszłam na świat i od zawsze była traktowana jak członek rodziny.
Bywały dni, gdy ciocia po pracy u nas zabierała mnie do siebie na noc lub dwie. Po latach dotarło do mnie, że rodzice byli wtedy młodzi i nie mieli nikogo, komu mogliby mnie podrzucić i pójść do kina, potańczyć, czy po prostu pobyć sam na sam. Uwielbiałam te wyjazdy! Ciocia mieszkała w niewielkim domku na wsi pod Wrocławiem - w tym, w którym później zamieszkałam. Pierwszą atrakcją była jazda pociągiem. Wyłączałam się na te pół godziny i wpatrywałam w uciekające domy, słupy i drzewa. Te obrazy przetrwały do dziś i czasem wystarczy, że zamknę oczy i znów jestem małą podróżującą dziewczynką.
Jej dom był dla mnie jak pałac księżniczki. Cały skąpany w turkusach, różach, bieli i herbacianych bawełnianych koronkach, upiętych na półkach kredensu. Dom pełen doprawionych perfekcyjnie sercem słoiczków z owiniętymi kolorowymi materiałami wieczkami, czerwonych kubków w białe groszki i kolorowych talerzy w kwiaty czy sówki. Dopełnieniem domu był ogród tak barwny, że mając te kilka lat, nie potrafiłam nazwać nawet połowy jego kolorów.
To był mój drugi dom, mój drugi świat, moja druga rodzina. Może dlatego niemal bezboleśnie przeżyłam zawalenie się mojego tamtego, czteroletniego wówczas, świata. A może byłam zbyt mała? Nie pamiętam jakoś szczególnie dnia, gdy rodzice odeszli i kilku miesięcy po nich. Wszystko, co wiem, wiem od cioci.

Spędzałam u niej weekend. Jeden z tych słonecznych wakacyjnych radosnych dni, gdy wstaje się o świcie, mimo iż nie ma takiej potrzeby, po to tylko, by dzień był jak najdłuższy, by trwał i trwał. Już wtedy każda chwila w domu cioci Gerty była dla mnie jak święta. Tamten słoneczny wakacyjny dzień stał się pierwszym, w którym mogłam przestać liczyć te nieliczne piękne chwile, bo wkrótce czekało mnie całe mnóstwo świątecznych dni, jeden po drugim, w niewielkim kolorowym domku pod Wrocławiem.
Rodzice mieli ten weekend dla siebie. Jak spędzili tamtą sobotę, nie wiem. Wiem, że zadzwonili późnym popołudniem, by życzyć mi dobrej nocy. Tego też nie pamiętam. Zadzwonili wcześniej, bo wybierali się do kina, a potem na kolację do restauracji. Nie dotarli na seans. Na drodze stanął im samochód z pijanym kierowcą.
Ciocia powiedziała mi wtedy, że rodzice wcale nie odeszli. Oni nadal jadą przed siebie. I nieważne, czy do kina, czy gdziekolwiek indziej, ale razem. Razem na wieczność. Na tym polega miłość, prawda?

Nie było problemu z ustanowieniem opieki nade mną. Ciocia Gerta, mająca wsparcie w testamencie moich rodziców, zaraz po pogrzebie zabrała się za załatwianie formalności. Po latach powiedziała mi, że ten testament ją zaskoczył. Po pierwsze nie sądziła, że dwoje tak młodych ludzi wykaże się taką odpowiedzialnością. Prawnik powiedział jej, że moi rodzice sporządzili testament na dwa dni przed ukończeniem przeze mnie miesiąca życia. Drugim zaskoczeniem dla cioci było to, że była dla nich kimś, komu jednym podpisem byli skłonni oddać pod opiekę swoje ukochane dziecko. Roztkliwiała się ilekroć o tym mówiła. A mówiła często. Dzięki jej opowieściom niewiele było chwil w moim życiu, gdy czułam, że rodziców nie ma obok mnie. Dzięki cioci Gercie zawsze byli blisko.
Jeśli mój gościnny pokoik na poddaszu w domku cioci Gerty nosił jakiekolwiek znamiona tymczasowości, zniknęły szybko i niepostrzeżenie tuż po pogrzebie rodziców. Z czasem pokoik małej dziewczynki zamienił się w pokój nastolatki, potem studentki, aż w końcu stał się pokojem dwudziestosześcioletniej szczęśliwej ilustratorki z niemałym dorobkiem i z wieloma szansami przed sobą. To jednocześnie mój salon, sypialnia i pracownia. Wspaniałe miejsce do wszystkiego. Mój azyl.

Zuziu, Kochanie, zawsze byłam dumna z tego, jak jesteśmy sobie bliskie. Z tego, że z wszystkim do mnie przychodzisz. Z radościami i smutkami. Gdy masz problem, prosisz mnie o radę i liczysz się z moim zdaniem. Co robić, ciociu?, pytasz.
By padła odpowiedź, musi zostać zadane pytanie. Żeby usłyszeć prośbę o radę, musi być problem. Rozumiesz, do czego dążę, prawda?
Czasem trzeba być w środku, by coś zrozumieć, ale czasem jest tak, że zobaczysz dopiero wtedy, gdy spojrzysz z zewnątrz. Są dwie rzeczy, w których jesteś w środku i co do których nigdy nie padło żadne pytanie i ani jedna prośba o pomoc. A wiesz, że ja nie wyrażam zdania nie pytana. Mogę się mylić, ale zrób coś dla mnie, Kochanie: wyjdź na chwilę na zewnątrz i popatrz.
Wprost czy na około? Zawsze wybierałaś to drugie. Moja dzielna, mądra dziewczynka!
Będzie więc naokoło. Pierwsza rzecz to Twoja praca, Zuziu, a dokładniej współpraca z Malwiną. Obie jesteście słodkie! Z tym że Ty jesteś miodem, a ona cukrem. Czym się od siebie różnią? Jedno jest naturalne, drugie sztuczne.

Moja praca polega na współpracy. Nie byłoby ilustracji, gdyby nie tekst. To on określa kierunek spaceru po mojej wyobraźni. Czytając nowy tekst, od razu wiem, jak powinny wyglądać postaci i widzę je w konkretnych sytuacjach, ale to wcale nie znaczy, że mam rację. Gdybym dostawała pełną swobodę, ilustrowanie byłoby czystą przyjemnością. Ale nie siedzę w głowach autorów książek i czasem zdarza się, że mamy odmienne zdania. Przy czym oczywiście to zdanie autora się liczy i wtedy do tej mojej przyjemności dochodzi jeszcze praca. A najbardziej w tym wszystkim lubię to, że za każdym razem współpraca wygląda inaczej, a każda z nich uczy mnie czegoś nowego.
Malwinę dostałam od naczelnej w spadku, którego inni się wyrzekli. Tak, to chyba dobre porównanie.
Malwina jest prawdziwym skarbem mojego wydawnictwa. Fantastyczny debiut w wieku dwudziestu jeden lat. Dwudziestopięcioletnia obecnie Malwina ma na swoim koncie siedem powieści obyczajowych, które rękami i nogami trzymają się całymi tygodniami list bestsellerów. Prawdziwa gwiazda. Księżniczka. Jednak Malwina nie gwiazdorzy, co więcej ma coraz większe ambicje.
Naczelna niepokoiła się, gdy gwiazda wydawnictwa postanowiła napisać książkę dla dzieci. Inny styl pisania, inny odbiorca. Malwina podołała i muszę powiedzieć, że to jedna z piękniejszych historii, jakie czytałam. W czym więc jest problem? W tym, że Malwina z tą swoją ambicją poszła dalej i postanowiła sama swoją książkę zilustrować. A zdecydowanie nie powinna. Pomysł wyglądu postaci i ilustracje, które zrobiła, to jedna wielka pomyłka. Naczelna załamała ręce, a potem wpadła na pomysł podpięcia pod Malwinę ilustratora do pomocy. Współpracy z upartą Malwiną nie udźwignęła czwórka ilustratorów, ja jestem piąta.
-Jest pani moją ostatnią deską ratunku, pani Zuzanno – usłyszałam blisko dwa miesiące temu.
Słyszałam, co się dzieje, ale nie potrafiłam odmówić. Ciocia zawsze powtarza, że miejsce serca jest w piersi, nie na dłoni, ale gdy zobaczyłam te sarnie oczy szefowej, nie mogłam postąpić inaczej.
Już pierwszego dnia zobaczyłam, jakie przede mną wyzwanie. Malwina broniła swoich ilustracji jak lwica.
-Pani Malwino, a może spróbujemy zaokrąglić im oczy – proponowałam delikatnie. - Zobaczymy, jak to będzie wyglądać, a potem pani zdecyduje. Pani spróbuje, czy ja mam to zrobić?
Malwina godziła się na każdą próbę zmian, którą z kilkoma małymi wyjątkami robiłam ja i które z równie małymi wyjątkami akceptowała. Małymi kroczkami pod czujnym okiem Malwiny zmieniłam wygląd rączek, fryzur, stylu ubierania i inne szczegóły każdej z postaci. Potem przerobiłam każdą ilustrację, zmieniłam kolory – wszystko w obecności autorki, która kiwała głową z aprobatą na moje propozycje, dziwiąc się, że taki nic nie znaczący szczególik, a jednak inaczej. Każdą z jej już przerobionych ilustracji chowałam głęboko, żeby nie miała możliwości porównania i zauważenia, że jej ilustracje nie mają zupełnie nic wspólnego z nowymi i szczerze mówiąc zupełnie moimi, od pomysłu po wykonanie.
Naczelna uspokoiła się i znów zaczęła się uśmiechać. Zniknęły jej sińce pod oczami nabyte po nieprzespanych nocach, a w oczach, jeszcze niedawno sarnich, pojawił się wyraz wdzięczności i podziwu. Obiecała mnie ozłocić.

-Ma pani bardzo zdolną wnuczkę – powiedziała Malwina do cioci Gerty, gdy zaprosiłam ją do siebie na weekend poprzedzający oddanie całości, tekstu i ilustracji, do składu. Zostało jeszcze sporo pracy i nie stać nas było na odpoczynek.
-To moja ciocia – poprawiłam pisarkę.
-Ojej, przepraszam panią! - Malwinie wyraźnie było głupio. - W takim razie ma pani zdolną siostrzenicę. Czy bratanicę?
-Zuzia jest dla mnie jak córka – odpowiedziała z uśmiechem, zupełnie nieurażona ciocia. - I ma pani rację, jest wyjątkowa.
Wtuliłam się w nią mocno. Gdzieś tam w tyłu głowy pojawiła się myśl, że gdybym była seryjnym mordercą, ciocia kochałby mnie tak samo mocno i bezwzględnie.
-Jestem dumna, że pani Zuzanna ilustruje moją książkę – rzekła Malwina. - Dopiero teraz zaczyna nabierać rumieńców i jest niemal kompletna.
-Więc żeby była zupełnie kompletna, czas zabrać się do pracy – zakomenderowałam i wskazałam Malwinie drogę do mojego pokoiku na poddaszu.
-A może rozłożycie się z pracą w ogrodzie? - zaproponowała ciocia Gerta. - Jest taka piękna pogoda!
-To fakt – przyznałam. - I jest jeszcze coś.
-Co? - zapytały jednocześnie ciocia i Malwina.
-Blisko do kuchni – odpowiedziałam i roześmiałam się.
Zawtórowały mi.

Dom, w którym mieszkam, pachnie i smakuje codziennie, ale weekendy są zawsze wyjątkowe, bo ciocia wypróbowuje nowe pomysły. W te dni w kuchni panuje rozgardiasz. Pomiędzy najróżniejszymi składnikami, miskami, mieszadłami, formami leżą porozkładane w różnych miejscach kartki i ołówki – zawsze gotowe, by móc w każdej chwili coś zanotować. Gdy byłam mała, wyobrażałam sobie, że w weekendy odwiedzają nas wróżki, przyjaciółki cioci i to one robią ten cudny bałagan. Byłam tego pewna tak bardzo, że nieraz udało mi się zobaczyć umykający za szafką skrawek sukienki wróżki, czy wystającą zza drzwiczek kredensu różdżkę. Przecież cioci nie udałoby się zrobić samej takiego bałaganu! Że już nie wspomnę o sprzątnięciu tego wszystkiego w tak krótkim czasie.
Kiedy weekend dobiega końca, kiedy wszystko już zostaje pochłonięte a kuchnia jest przygotowana na resztę dni tygodnia i robi wrażenie zwykłej, ciocia siada z tymi zaplamionymi zazwyczaj karteczkami pełnymi uwag przy stole i marszcząc czoło, w skupieniu konstruuje perfekcyjne przepisy, a potem wpisuje je do jednego ze swoich licznych zeszytów. Co jakiś czas namawiam ciocię Gertę, by wydała te swoje niezwykłe przepisy, ale ona śmieje się, że jest do wszystkich tak bardzo przywiązana, iż nie potrafiłaby wybrać kilkunastu, więc wyszłaby z tego kolekcja na miarę encyklopedii Gutenberga. W sumie niegłupi pomysł!
-Jeśli zrobisz mi do tego ilustracje, to pomyślę – odpowiada zazwyczaj ciocia i na tym kończy się temat na czas jakiś.

Weekend z Malwiną minął szybko i bardzo produktywnie. Obydwie byłyśmy zadowolone z efektów i choć panowały cudowne letnie upały, wspaniale łagodzone przez lemoniadę cioci Gerty, nie mogłyśmy się doczekać świąt Bożego Narodzenia, by zobaczyć nasze wspólne dzieło na półkach księgarń.
W niedzielę wieczorem odprowadziłam zaopatrzoną w specjały z kuchni cioci Malwinę na dworzec kolejowy. Miała swój samochód, ale że jedna z postaci jej książki uwielbiała podróżować pociągami, Malwina postanowiła wprowadzić się w nastrój do pracy, wybierając ten rodzaj lokomocji. Było w tym coś wzruszającego i dziecięcego.
-Bardzo pani dziękuję – powiedziała Malwina, ściskając moją dłoń. - Bez pani ta książka straciłaby połowę wartości, pani Zuziu.
-To ja dziękuję, że zechciała mnie pani wciągnąć w tę swoją historię i pomóc w jej tworzeniu – odpowiedziałam.
Uścisnęłyśmy się przyjaźnie na koniec, obiecując sobie bycie w kontakcie. Zwłaszcza że Malwina zapowiedziała napisanie kolejnej książki dla dzieci.

Druga sprawa to Ania. Zuziu, wiem, że to jest Twoja najbliższa przyjaciółka i wierzysz każdemu jej słowu. Nic w tym złego, nie zrozum mnie źle. I wcale nie chcę powiedzieć, że Ania Cię okłamuje. Nic z tych rzeczy. Nie okłamuje Cię, bo sama wierzy w to, co mówi.
Pamiętasz Twoje pierwsze ciasto? Pamiętasz, co Ci powiedziałam na otarcie łez?

-Jestem pewna, że dasz radę, Zuzanko – powiedziała ciocia Gerta, uśmiechając się do mnie czule.
Klęczałam na taborecie w moim pierwszym domu, przyciskając mocno brzuch do stołu, by nie spaść i próbowałam rozbić jajka, oddzielając żółtka od białek. Pierwsze rozbite jajka czteroletniej dziewczynki. Nie pamiętam wielu rzeczy, które nastąpiły potem w moim życiu, ale ten dzień owszem i to ze szczegółami. Pierwsze własnoręcznie zrobione ciasto, pierwszy biszkopt, pierwsza kulinarna niespodzianka na urodziny mamy. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że będzie również ostatnią.
-Naprawdę świetnie ci idzie, kochanie – zachęcała mnie ciocia.
Od samego początku mojej przygody z biszkoptem siedziała na krześle pod oknem i mną dyrygowała. Byłam taka podekscytowana! Krzątałam się po kuchni z wypiekami na twarzy i czułam się taka dorosła.
-Teraz przynieś mąkę, Zuziu i odmierz szklankę – mówiła. - Trzeba ubić pianę. Wiesz, gdzie jest mikser, prawda?
Tym oto sposobem ciasto było od początku do końca tylko moje. Ciocia podniosła się z fotela jedynie dwa razy, by zapalić ogień w piekarniku i wsunąć do niego biszkopt, a potem wyjąć gotowy.
-Co nam jeszcze zostało? - zapytała ciocia Gerta, gdy pięknie upieczony biszkopt stał na stole.
-Posypanie cukrem pudrem. Zaraz przyniosę – powiedziałam, zeskoczyłam z taborecika i pobiegłam do szafki po słoik.
Wtedy zdawało mi się, że nie biegnę, a lecę. Byłam z siebie taka dumna!
Mama nie mogła uwierzyć, że to moje dzieło. Wciąż powtarzała, że mnie kocha, że nikt wcześniej nie upiekł specjalnie dla niej ciasta, że jestem jej małą – dużą córeczką.
Kiedy tata wrócił z pracy, wszyscy zasiedliśmy do urodzinowego podwieczorku. Ciocia Gerta przygotowała dużo smakołyków, z których nic nie tknęłam, taka byłam podekscytowana myślą o tym, że każdy opróżniony talerz przybliża nas do deseru, czyli do mojego ciasta.
Przyszła w końcu ta upragniona chwila. Na stole wylądował talerz zapełniony równo pokrojonymi kawałkami biszkoptu posypanego suto cukrem pudrem niczym śniegiem prosto z bajki. Cieszyłam się, że jest ich tyle, bo byłam pewna, że to najpyszniejsze ciasto na świecie i że będzie znikać w zastraszającym tempie.
Pierwszy kawałek trafił do mamy. Ugryzła, chwilę potrzymała w ustach i przełknęła z dziwną miną i bez słowa. Byłam pewna, że zwyczajnie zaniemówiła z wrażenia. Byłam pewna do mojego pierwszego kęsa, który niemal od razu wyplułam. Jedna wielka gorycz.
Okazało się, że zamiast słoiczka z cukrem pudrem przyniosłam słoiczek z sodą. Wybiegłam z płaczem i zamknęłam się w swoim pokoju.
Przez lata niejeden raz wspominałyśmy ze śmiechem z ciocią tę przygodę, ale wtedy dla tej małej czteroletniej dziewczynki nastał koniec świata.
I tak, pamiętam, co powiedziała mi wtedy ciocia.
-To nie twoja wina, Zuziu. Słoiki były identyczne.
-To moja wina – upierałam się.
-Nie twoja – stawiała na swoim ciocia. - Nie zawsze wszystko jest tym, na co wygląda.

Ania. Chciałabym powiedzieć, że jesteśmy nierozłączne od początku świata, ale to nie do końca tak. Nie fizycznie. Nasza przyjaźń zaczęła się od wspólnych spacerów naszych mam i nas – niemowląt w wózkach. Potem dwa brzdące w piaskownicy, które z czasem dorosły do gry w gumę i skakania na skakance. Dwie małe długowłose dziewczynki na wrocławskim osiedlu.
Nasze mamy szybko zastąpiła opiekunka. Jedna wspólna i tak naprawdę moja. Mama wróciła do pracy, zatrudniła Olę, studentkę wychowania przedszkolnego. Ola była najchudszą osobą, jaką w życiu widziałam. Nosiła kolorowe spódnice, tak długie, że zamiatały parkowe ścieżki, głaskały trawę na trawniku i kładły stokrotki. Nie wychodziła z domu bez wielkiej torby, w której zawsze było mnóstwo pyszności na drugie śniadanie, kilka butelek różnych napojów, soczyste jabłka, książka, którą czytała nam podczas przerw w zabawie i z pewnością mnóstwo innych rzeczy, do których małe dziewczynki nie miały dostępu. Mama mówiła, że ta torba jest po to, by Olę wiatr nie porwał. Tak się o to z Anią bałyśmy, że gdy siedziałyśmy w trójkę na ławce, a Ola kładła torbę obok, łapałyśmy ją za obie ręce, by nie odleciała.
Ja miałam nianię, bo rodzice pracowali, Ania dlatego, że miała nieszczęście urodzić się w patologicznej rodzinie. Oczywiście to wszystko wiem teraz. Wtedy byłyśmy małymi dziewczynkami zupełnie nieświadomymi świata. A może tylko ja? Przecież Ania co dzień wracała do domu, w którym mieszkał wiecznie pijany ojciec. Pił z rozpaczy, że nie ma pracy i nie miał pracy, bo pił. Pracę miała jej mama, a pieniądze z niej upłynniały się na lekarstwo na rozpacz ojca. Mama z czasem też zaczęła tej rozpaczy ulegać. Pewnego dnia spróbowała tego eliksiru i zobaczyła, że działa. Rozkochała się w spokoju, który przynosił po kilku łykach.
Nie wiem, z czego żyli. Moje wspomnienia z tamtych lat to Ania wesoła, najedzona, czysta, w nowych ubraniach. Teraz wiem, że to dzięki moim rodzicom i kochanej Oli, dla której być może byłyśmy świetnym materiałem praktycznym w jej studenckich czasach, ale traktowała nas jak swoje młodsze siostry. Wiem, że nas kochała.
W wieku czterech lat ja i Ania zostałyśmy rozdzielone. Życie potrafi namieszać. Spotkałyśmy się dopiero dwanaście lat później, gdy stanęła w progu mojego drugiego domu. Uciekła. Ciocia Gerta, u której już wtedy mieszkałam, dała nam trochę czasu obiecując, że zadzwoni do rodziców Ani z samego rana. Przesiedziałyśmy wtedy w moim pokoju cały wieczór i większość nocy. To właśnie wtedy poznałam historię tych dwunastu lat. Gdy się obudziłam, Ani już nie było.
Od tamtej pory Ania wpadała do nas od czasu do czasu. Zawsze bez zapowiedzi. Myślę, że sama nie wiedziała, kiedy nas odwiedzi, bo żyła z dnia na dzień, a bywało że i z godziny na godzinę. Podłapywała różne prace. Zimą pomagała sprzątać mieszkania u starszych ludzi z naszego dawnego osiedla, wyprowadzała psy na spacer, w międzyczasie roznosiła ulotki. Pomieszkiwała u znajomych, którzy dobrze znali jej sytuację. Od wiosny do jesieni załapywała się na prace sezonowe na naszej wsi i wtedy spała w łóżku obok mojego. Z czasem ciocia Gerta zrezygnowała z zawiadamiania rodziców Ani o jej obecności po tym, jak usłyszała od jej ojca podczas jednej z telefonicznych rozmów, że Ania jest dorosła i może robić, co chce.
Ania nie była dorosła. Miała zaledwie siedemnaście lat. I nie robiła, co chciała lecz co musiała. Jedyne, co chciała, to znaleźć swoje miejsce na ziemi. W końcu znalazła u boku Marcina. Marcin  rozwoził pizzę. Początek miłości był burzliwy: Marcin wjechał na Anię wyprowadzającą na spacer psa sąsiadów. Ania upadła i złamała rękę, Marcina pogryzł pies. Po kilku godzinach wychodzili razem ze szpitala, jedno z gipsem na ręce, drugie z bandażem na nodze. Poszli do pobliskiej naleśnikarni i siedzieli, opowiadając historie swojego życia dotąd, aż kelnerka grzecznie ich wyprosiła. Wyszli w ciemną noc przekonani, że znają się od zawsze i poszli prosto do kawalerki Marcina, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. I Ania została.
Wkrótce dostała pracę kelnerki w tej ich naleśnikarni. Cudem, bo skłamała, że jest pełnoletnia, a szef uwierzył. Po trzech latach przyznał się, że nie dał się nabrać, ale gdy zobaczył promieniejącą z niej radość i chęć życia, jej wiek wydał mu się błahym szczegółem. Rzeczywiście, wtedy Ania była jednym wielkim chodzącym szczęściem. Marcin też szybko znalazł dużo lepiej płatną pracę w salonie AGD. Gdy kończyły się promocje w salonie, przynosił jej wszystkie możliwe gratisy, które dostawali w pracy. Ania cieszyła się jak dziecko równie mocno z suszarki do włosów jak i z zielonego długopisu z napisem Polar.
Żyli skromnie, ale szczęśliwie. Tuż po dwudziestych pierwszych urodzinach Ani okazało się, że powołali na świat dziecko. Postanowili wziąć ślub. Na uroczystość zaprosili mnie, ciocię Gertę i rodziców Magdy. Rodzice Marcina nie żyli. A rodzice Ani nie przyszli. Pewnie leczyli się z rozpaczy.
Wkrótce urodziła się Julka - najcudowniejszy aniołek na świecie!
Ania to najszczęśliwsza matka i żona na świecie. Jest u nas częstym gościem. Ona i Julka. Marcin jest najbardziej zapracowanym mężem i ojcem na świecie.
-Wiesz, jak jest Zuza – mawia Ania, gdy pytam, dlaczego znów to ona biegała po mieście w poszukiwaniu odpowiednich butów dla Julci, choć od kilku dni ma wysoką gorączkę. - Marcin ma dużo pracy, po niej jest zmęczony. Nie mogę wszystkiego na niego zwalać.
-Jakiego wszystkiego? - pytam. - Chodzi mi tylko o te buty. Przecież jesteś chora.
-On też źle się czuje – broni go Ania. - Pracuje wiele godzin, nie dosypia, nie dojada. Oj, biedny on jest, mówię ci, Zuza. Dba o nas, a my musimy dbać o niego. Na tym polega szczęśliwy związek, prawda?
Prawda. Cieszę się, że Ania jest szczęśliwa. Cieszę się, że ma obok siebie kochającego mężczyznę.

To jeszcze nie koniec. Czeka Cię jeszcze jedna zagadka, Kochanie. Jak ja to uwielbiam!
Część elementów odpowiedzi, a jest ich siedem, znajdziesz w tym liście, resztę we wspomnieniach.
Zaczynamy!
Pamiętasz poranek po nocy, w której skończyłaś ilustracje do „Liska, który nie przestawał marzyć”? To, co rozsypałaś i rozmazałaś – wystarczy po połowie, a to, co rozbiłaś – dwie sztuki. Ty i Malwina po szklance, Ania – łyżeczka. Ostatniego elementu wystarczy połowa. Co to takiego? Jeśli złożysz resztę, będziesz wiedziała. A jeśli potrzebujesz podpowiedzi, bardzo proszę: to zagadka bardzo grudniowa.

Dochodziła północ, piątek zamieniał się właśnie sobotę, gdy kończyłam ilustracje do „Liska, który nie przestawał marzyć”. Wspaniała książka!
-Myślałam, że już śpisz – powiedziałam, wchodząc do kuchni.
Ciocia smarowała dużą blachę masłem, obok stała puszka z bułką tartą do posypania.
-Nie kładłam się, bo wiedziałam, że nie zasnę – odpowiedziała. - Wiesz, jak zawsze przeżywam końcówki twoich projektów, Zuziu.
Końcówki moich projektów, jakże pięknie powiedziane. Końcówki moich projektów zawsze są napięte do granic możliwości, bo choć nigdy nie odkładam pracy na ostatnią chwilę, to w tych ostatnich chwilach właśnie nagle dopadają mnie wątpliwości, czy nie mogłam czegoś zrobić inaczej, lepiej. Rzucam się wtedy na pracę, poprawiam, dopracowuję, ulepszam, by w końcu zazwyczaj stwierdzić, że lepiej było tak, jak było. Koniec końców wysyłam gotowe zlecenie kilka minut przed wyznaczonym terminem.
Ja to wiem, naczelna to wie i wie również ciocia, która w takie noce jak dziś przeze mnie nie dosypia. Ale dzięki temu te noce, w które o północy mija termin oddania projektu, owocują pysznym ciastem.
-Jakie ciasto zapachnie dzisiejszej nocy? - zapytałam.
-Szarlotka – Uśmiechnęła się ciocia. - Zuziu, kochanie, podaj mi proszę mąkę, masło i jajka.
Wstałam i poczułam, jak bardzo jestem obolała. Dopracowywanie projektów w ostatnim momencie sprawia, że jestem spięta i mięśnie twardnieją, powodując ból. Wyciągnęłam z szafki obok okna torebkę z mąką i podeszłam do lodówki. Pudełeczko z jajkami wsunęłam pod pachę, w wolną rękę wzięłam masło. Zamknęłam lodówkę. Może gdybym była bardziej przytomna, zrobiłabym to nogą, ale nie w tym stanie, gdy moja głowa była jeszcze w świecie liska, który nie przestawał marzyć. Zamknęłam lodówkę łokciem i to tym, pod którym trzymałam jajka. Wszystko działo się szybciej od moich myśli, więc zanim się zorientowałam, leżałam na kuchennej podłodze w mącznym proszku i z kostką masła rozpłaszczającą się pod moim brzuchem i mieszającą z rozbitymi jajkami, na których się poślizgnęłam.
Ciocia stała nade mną i zachodziła się ze śmiechu.
-Przepraszam, moja droga, ale jesteś najsłodszą postacią kuchennego obrazka – rzekła. - Szkoda, że się nie widzisz, bo wiesz? Właśnie takie ilustracje widzę w mojej ewentualnej książce z przepisami.
Kiedy wyszłam spod prysznica, w całym domu pachniało szarlotką. Ciocia też już zdążyła przebrać się w piżamę. Przegadałyśmy większość nocy, zjadłyśmy prawie połowę szarlotki i znów stałyśmy się sobie bardziej bliskie, choć jeszcze wieczorem wydawało się, że już bardziej nie można.

Potrafię wyobrazić sobie, że jesteś tutaj, gdy piszę ten list, Zuziu, ale za nic tego, jak go czytasz. Może dlatego, że w momencie, gdy to piszę, nasz świat jest rzeczywistością, a w dniu, w którym będziesz to czytać, ten świat już od jakiegoś czasu nie będzie istnieć. Nie potrafię sobie wyobrazić, co będziesz widzieć wtedy za oknem. Może śnieg, może złote liście, a może jak ja letni deszcz. Nie wiem, co będziesz widzieć, co będziesz myśleć i co będziesz czuć w świecie, w którym będziesz. W tym momencie nie wiem, jakie ruiny po sobie zostawię.

Schyłek lata. Te kilkanaście dni, gdy kolory są prawie jeszcze letnie i prawie już jesienne. Kocham te dni! W tym roku jeszcze podświetlone słońcem.
Nie wiem ile takich dni ten rok nam zafundował, bo wszystko przestało mieć znaczenie, gdy jednego z tych pięknych poranków zeszłam do kuchni i zobaczyłam ciocię Gertę leżącą na podłodze. Uśmiechała się lecz nie oddychała.

Jeśli za oknem widzisz śnieg, troszkę Ci tego zazdroszczę. Wiele zim za mną. Mroźnych, pięknych, przełomowych, ciężkich, bez znaczenia, byle jakich. Ale gdy lekarka powiedziała, że najbliższej już nie zobaczę, to właśnie ta zima stała się dla mnie najważniejsza, najpiękniejsza, nawet, jeśli miałaby być ostatnia. Lecz ostatnia była w zeszłym roku.
Tak, Zuziu, wiedziałam.
Gdy dowiedziałam się, że mam raka, okazało się, że mieszkał już we mnie od dawna i miał się zaskakująco dobrze. Ja miałam się źle. Tak źle, że dostałam dwa, trzy miesiące. Nic Ci nie powiedziałam, bo chciałam przeżyć ten zaskakująco krótki czas tak, jakby po każdym kończącym się dniu miało nadejść jutro. Wybacz mi, proszę.
Będę przy Tobie zawsze! Kocham Cię Córeczko.
Twoja ciocia.

List od cioci znalazłam tydzień po pogrzebie, gdy wreszcie odważyłam się wejść do jej pokoju. Weszłam tylko po to, by podlać już ledwie żywe fiołki, stojące na parapecie. Fiołki udało mi się uratować, samej siebie jeszcze nie potrafiłam.
List leżał na stosie zeszytów z przepisami cioci. Wsunęłam go za okładkę najgrubszego, który wraz z innymi ustawiłam na półce w kuchni. Nie byłam gotowa go czytać. Wypadł wprost na stół, gdy tydzień przed Bożym Narodzeniem szukałam przepisów na wigilijną kolację.

Kochana Ciociu,
odpisuję na Twój list z drugiej strony kuchennego stołu. Nie piszę na papierze lecz w myślach, bo do miejsca, w którym jesteś, listy nie dochodzą, ale myśli owszem.
Nie jestem na Ciebie zła. Chcę, żebyś o tym wiedziała. I chcę, żebyś wiedziała, że byłam. Nie robi się takich rzeczy najbliższym! Nie chodzi o to, że nie powiedziałaś o chorobie. Zrobiłaś to z powodu, który rozumiem i szanuję. Milcząc, zadbałaś o nas, o siebie i przede wszystkim o ten nasz wspólny wspaniały czas. Byłam na Ciebie zła o to, że odeszłaś.
Ale teraz wiem, że Ty nie odeszłaś. Docierało to do mnie po troszku każdego dnia bez Ciebie. Jesteś w każdej mojej myśli, w każdym zakątku tego domu i ogrodu, w każdym miejscu, w którym spocznie mój wzrok. Jesteś każdym kwiatem, liściem, smakiem, powiewem wiatru z uchylonego okna. Jesteś zapachem, ciepłem piekarnika. Jesteś słowami zapisanymi na kartkach zeszytów z przepisami i niewidocznymi odciskami palców na grzbietach książek. Jesteś kocem, którym się teraz otulam i każdym łykiem herbaty w fioletowym kubku, którym ogrzewam dłonie. Tej herbaty, której listki wymieszałyśmy z wysuszonymi wiórkami pomarańczowej skórki i kardamonem, pamiętasz? Potem odstawiłyśmy ją na górną półkę szafki, dając jej szansę, by przez kilka tygodni przeszła aromatami i zupełnie o niej zapomniałyśmy. Odnalazłam ten słoiczek kilka dni temu przy poszukiwaniach zielonej herbaty. Tak, ciociu, przyznaję, że wciąż zdarza mi o czymś zapomnieć przy zakupach. O zbyt wielu rzeczach i zbyt często, ale to Ty zawsze robiłaś listy zakupów.
Muszę nauczyć tak wielu rzeczy! Dużo wiem, bo wpoiłaś mi całe krocie spraw, z których składa się życie. Poradzę sobie, ale to nie będzie tak wyjątkowe, jak zawsze wtedy, gdy mnie chwaliłaś za najmniejszy sukces, lub śmiałaś się życzliwie, gdy mi nie wyszło. Byłaś najwspanialszą nauczycielką dystansu do siebie.
Ścierpłam przy kuchennym stole. Bez Ciebie nie tylko marznę ale i cierpnę, Ciociu. Przeniosłam się do pokoju i owinięta szczelnie kocem siedzę z kubkiem świeżo zaparzonej herbaty na Twoim ukochanym fotelu. Tym, którego nie pozwoliłaś mi odnowić, choć prosiłam Cię o to wielokrotnie. Wokół mnie półki aż po sufit zapełnione szczelnie książkami. Do każdej książki byłaś równie mocno przywiązana jak do przetartej tapicerki fotela. Przywiązywałaś się do ludzi i do rzeczy. Jak Ci jest bez tego wszystkiego tam, gdzie jesteś, Ciociu?
Rozpalenie w kominku to był dobry pomysł w ten zimny wieczór.
Jesteś każdą strzelającą iskierką. Iskierek musi nazbierać się gromadka, by ogrzać pokój – Ty zawsze wystarczałaś jedna.
Bardzo mi Ciebie brakuje!
Te sprawy, o których pisałaś, te, z których środka miałam wyjść – miałaś rację, Ciociu.

-Pani Zuzanno, dziś przelałam pieniążki za zlecenie na ilustrację dla pani Malwiny – powiedziała naczelna. - Powiększone o premię. Obiecałam, że panią ozłocę.
-Dziękuję – odpowiedziałam zaskoczona, że o tym pamiętała. - Przydadzą się na święta.
-A to – powiedziała, podając mi dużą papierową torebkę – kilka nowości naszego wydawnictwa. Wiem że lubi pani czytać, więc taki mały podarunek pod choinkę. Oczywiście jest tam również wspólna książka pani i pani Malwiny.
Nie mogłam się doczekać, aż ją zobaczę, ale nie było mowy o szybkim obejrzeniu, bo za chwilę zaczynało się spotkanie bożonarodzeniowe. Jak co roku wszyscy pracownicy spotykają się przy stole, składamy sobie życzenia, dzielimy opłatkiem, śpiewamy kolędy. Dobrze jest czuć się w pracy jak w domu z rodziną. Ja tak właśnie tam się czuję.
Do papierowej torby zajrzałam dopiero w pociągu. Kilka naprawdę niezłych pozycji, będzie co czytać w święta. I na koniec nasze wspólne dzieło. Piękna okładka z moim obrazkiem. I napisy w zaproponowanej przeze mnie czcionce. „Po drugiej stronie serca”, Malwina Doracka, znana z powieści dla dorosłych w debiucie dla dzieci. Wyjątkowym, bo z ilustracjami autorki.
Zamarłam.
Przeczytałam kilkakrotnie, obróciłam w poszukiwaniu swojego nazwiska, ale po drugiej stronie okładki go nie było. Znalazłam je na ostatniej stronie wśród innych nazwisk w kolumnie „redakcja”.

Tak, Ciociu, miałaś rację. Jak w dwa popołudnia, gdy pracowałyśmy i jedynie na Ciebie wpadałyśmy, zobaczyłaś, że Malwina to cukier?
A Ania?

-Nie wiem, kiedy to się zaczęło – zaczęła Ania tak jakoś sama z siebie podczas naszego spotkania niespełna dwa tygodnie temu. - Takie sprawy nie mają początku. Dzieją się. Dni przestają się od siebie różnić. Marcin wraca z pracy, krótkie „cześć”, szybka kolacja, skarpetki rzucone na podłodze w łazience i chwilę potem chrapanie. W pokoiku obok rozczarowane dziecko, które od rana żyje myślą, że właśnie dziś przed snem tata jej poczyta, zasypia z nadzieją na nowy dzień. Nie ma czytania, nie ma rozmowy, nie ma nic. Po blisko dziewięciu latach inne uczucia są ważne, inne sprawy zasługują na przemyślenie. Małżeństwo na podstawie przeciwieństw! - Ania prycha i dodaje patrząc mi głęboko w oczy - To nie działa, kochana. My nawet nie żyjemy obok, nas po prostu nie ma.
Ania zamilkła nagle, co mnie ucieszyło, bo potrzebowałam chwili na przetrawienie tego, co usłyszałam.
Zdarza się, że niektóre rzeczy okazują się zgoła inne od rzeczywistości, ale ich małżeństwo było dla mnie stałą wśród wszystkich paraboli świata. Skoro ja jestem rozczarowana, to jak musi czuć się Ania?
-A może ja za dużo chcę? - Ania przerwała ciszę.
-A czego chcesz? - pytam chwytając ją za ręce.
-Chcę być szczęśliwa – odpowiada. - Tak po prostu.

Spędzimy razem święta, ciociu Gerto. Ania, Juleczka i ja. I  Ty z nami oczywiście! Marcin zostanie w domu. Postanowili zobaczyć, jak to jest być osobno. Obydwie są u nas już od trzech dni.
Ania pojechała do Wrocławia, by przejąć prezenty od Mikołaja.

-A co będzie ze śniegiem? - zapytała nas dziś rano Julcia.
-Ze śniegiem? - Ania nie rozumiała i przyznam, że ja też.
-Nie ma go, prawda? To jak tu się dostanie Mikołaj?
-Może pociągiem – podsunęła Ania.
-Do świąt zostało trzy dni. Może jeszcze śnieg spadnie – dodałam.
-A jak nie spadnie? - Juleczka była nieprzekonana. - Nie gniewaj się, mamo, ale Mikołaj raczej pociągiem nie podróżuje.
Spojrzałyśmy na siebie z Anią.
-Wiecie co? - zaczęła Ania. - Znam kogoś, kto zna kogoś, kto zna kogoś, kto wie, gdzie Mikołaj ma we Wrocławiu magazyn.
-Magazyn? - zapytałam równocześnie z Julcią.
-No tak – rzekła Ania. - Magazyn z prezentami. Nie ma takich sań, które pomieściłyby prezenty dla wszystkich dzieci na świecie, więc Mikołaj, przygotowując paczki, rozkłada je na kupki i wysyła wcześniej do magazynów w różnych miejscach kuli ziemskiej. Jak dojeżdża na miejsce, pakuje prezenty do worków i rusza w teren.
-Pierwsze słyszę – powiedziała Julka, marszcząc czoło.
-Ja też – dodałam ze śmiechem, patrząc w oczy Ani, które mówiły „nie pomagasz”.
-Nigdy wcześniej mi tego nie mówiłaś – Julka wzięła się pod boki gotowa obrazić się na mamę.
-Bo sama dowiedziałam się zaledwie dwa dni temu – wybrnęła Ania. - Z wiadomości. Nie zdążyłam wam powiedzieć.
Z twarzy Julci powoli schodził sceptycyzm.
-To ja może lepiej już pojadę, póki nie ma tam tłoku – powiedziała Ania i pojechała pozałatwiać jeszcze kilka spraw przed świętami i przede wszystkim odwiedzić rodziców.

A ja z Juleczką, trzymając kciuki, by jej mama odnalazła magazyn świętego Mikołaja, zaszyłyśmy się w kuchni i upiekłyśmy Twoje pierniczki. Ale pewnie o tym wiesz. Wiedziałaś już latem, gdy pisałaś do mnie list.
Zagadka była jednocześnie łatwa i trudna. Trudna przede wszystkim dlatego, że wciąż nie potrafię się na czymś porządnie skupić i bawić się w poszukiwacza skarbu. Nie potrafię się jeszcze cieszyć.
Rozwiązanie? Proszę bardzo!
Tamtego dnia rozmazałam masło i rozsypałam mąkę – pół kostki i pół kilograma. Dwa jajka, bo je właśnie wtedy rozbiłam. Malwina to cukier, ja miód i to po szklance. Ania, czyli soda, która czasem udaje cukier puder – jej zaledwie łyżeczkę. Z ostatnim produktem poradziłam sobie bez problemu. Policzyłam: dwadzieścia jeden razy piekłam z Tobą, Ciociu, te pierniczki. Potrzebowałam jeszcze tylko pół opakowania przyprawy korzennej. Bez niej pierniczki nie byłyby pierniczkami. Nie byłoby ani grudniowo, ani świątecznie.
-Przyniesiesz pudełko z foremkami do ciastek, Juleczko? - zapytałam, rozwałkowując schłodzone ciasto.
Spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
-Pudełko? - zapytała. - Myślę, że wystarczy jedna.
Tak, Ciociu, Julcia też pokochała Cię całą sobą. Przed nami święta pełne serc z piernika.
A ja czuję się jakaś silniejsza. Nie wiem, skąd ta siła. Może wycisnęłam ją z siebie, gniotąc ciasto na pierniki? Od dziecka wiedziałam, że w Twojej kuchni jest magia. Milczałaś, gdy nalegałam po wielokroć na wyjaśnienia, dostawałam w zamian Twój uśmiech. Musiałam dorosnąć, by zrozumieć, że magia polega na tym właśnie, że nie da się jej wyjaśnić.
Magia tej kuchni polegała też na tym, że to Twoja kuchnia. Ty sama byłaś magią, Ciociu. Jesteś! Tak, jak ta kuchnia nadal jest i zawsze będzie Twoja. A ja? Ja jestem i zawsze będę Twoją uczennicą. Obiecuję Ci, że pilną, bo chcę, byś była ze mnie dumna.
Mówią, że czas leczy rany. Tego nie wiem. Może jest na to jeszcze za wcześnie. Wiem jednak, że czas wiele zmienia, zwłaszcza kąt widzenia. Na początku gdzie nie spojrzałam, tam Ciebie nie było. Teraz jesteś wszędzie.
Kocham Cię, Ciociu Gerto!

Serca z piernika
pół kg mąki pszennej, pół kostki masła, 2 jajka, 1 szklanka miodu, 1 szklanka cukru, łyżeczka sody, pół opakowania przyprawy korzennej.
Masło, miód i cukier mieszamy, rozpuszczamy i chłodzimy. Dodajemy resztę składników, zagniatamy i wstawiamy na godzinę do lodówki. Rozwałkowujemy na grubość ok. 2-3 mm, wycinamy ciasteczka. Pieczemy około 10-15 minut w 180 stopniach.

Iza Raszka
Pewna sukienka.


- Tatusiu, tatusiu! - Z zamyślenia wyrwał mnie głos mojej małej księżniczki
wdrapującej mi się na kolana. - Mamusia dzisiaj wróci? - Jak co dzień spytała z
nadzieją w głosie, zwijając się w kłębek. Zawsze tak robiła, gdy wspominaliśmy Liliannę.
Wiedziałem jak bardzo za nią tęskni. Spojrzała na mnie tym swoim wzrokiem zbitego pieska. Westchnąłem ciężko. Za każdym razem, gdy słyszałem to pytanie serce mi pękało. Co miałem odpowiedzieć? Sam chciałabym znać odpowiedź.
- Nie wiem, słoneczko... Nie wiem nawet, gdzie mamusia teraz jest  - odpowiedziałem cicho. Mocno przytuliłem córkę. Mówiłem prawdę. Nie chciałem okłamywać małej, dawać jej nadziei, czy mówić czegoś w rodzaju: „Byłaś grzeczna w tym roku, mama na pewno dzisiaj wróci”. Miała sześć lat, dużo już rozumiała. - Uplotę ci warkocz, chcesz? - spytałem, szybko zmieniając temat. 
Im dłużej rozmawialiśmy o mojej ukochanej, tym niezręczniej się czułem. Lubiłem znać odpowiedzi na zadawane pytania, zwłaszcza, jeśli pytającą była moja córeczka.
Uśmiechnąłem się do niej delikatnie.
- A mogę założyć dzisiaj sukienkę od cioci, tę w serduszka z pierniczków?
- Oczywiście, będziesz w niej wyjątkowo ślicznie wyglądała. Ciocia ci pomoże. Jest w kuchni, biegnij do niej.
Dała mi buziaka w policzek i już jej nie było. Zostałem sam z myślami. Wstałem
powoli, minąłem świątecznie zastawiony stół oraz ubraną choinkę i podszedłem do
kominka, gdzie z fotografii oprawionej złotą ramką uśmiechała się moja żona. Były z Laurą bardzo do siebie podobne, te same orzechowe oczy, brązowe włosy, rysy twarzy. Mała była wierną kopią swojej rodzicielki.
- Powinnaś być z nami, potrzebujemy cię... Gdzie jesteś? - szepnąłem nie wiem już po raz który w ciągu tych ostatnich nieszczęsnych czterech lat. - Boże, ile bym dał, byś wróciła… - Przeciągnąłem palcem po zdjęciu w miejscu, w którym znajdowała się uśmiechnięta twarz Lilianny. Westchnąłem, po czym podszedłem do barku, nalałem sobie whisky i wypiłem na raz. Mocny alkohol zapiekł w gardło. Może to nie był dobry pomysł, lecz jedyny, jaki mi przychodził do głowy sposób zagłuszenia trochę tego natłoku myśli, czarnych scenariuszy, które miałem przed oczami.
- Nie powinieneś pić... - usłyszałem za sobą głos mojej szwagierki Adeli,nawet nie zauważyłem, kiedy weszła do salonu i podeszła do mnie. Była starsza od mojej żony, lecz niesamowicie do niej podobna. To łamało mi serce.
- Muszę się trochę odciąć - westchnąłem ponownie, odwróciłem się, by odstawić szklankę, po czym wróciłem się do mojej rozmówczyni. - Nie pomagasz małej ubrać sukienki? - spytałem zdziwiony. - Miała pójść do ciebie i poprosić o pomoc.
- Przyszła, ale uznałam, że jest już na tyle duża, że sama może się tym zająć.
Wyjęłam z szafy tę, którą kupiłyśmy w zeszłym tygodniu i wyprasowałam. Zaraz pójdę sprawdzić, czy już jest gotowa. - Popatrzyła na mnie, skrzyżowała ręce na piersiach i przekrzywiła lekko głowę na lewą stronę. Ten gest... Lilianna też tak zawsze robiła, kolejna rzecz, która mi ją przypominała. - Martwię się o ciebie, pijesz coraz więcej.
- Kontroluję to - zapewniłem ją szybko. Może nawet zbyt szybko, czym mogłem coś zasugerować. - Nie musisz się martwić. - Rozmowę na szczęście przerwał nam dzwonek do drzwi. - Idź do małej, ja pójdę otworzyć.
Ciekawe, kto to może być o tej porze, pomyślałem. Przecież zaraz mamy siadać do Wigilii. Mimo to cieszyłem się, że zostałem wybawiony od dalszej rozmowy na temat picia. W końcu byłem dorosły, wiedziałem, gdzie jest granica, nie miałem zamiaru jej przekraczać. Otworzyłem drzwi i zamurowało mnie, gdy zobaczyłem niższego ode mnie, nieco tęższego i starszego o kilkanaście lat policjanta w służbowej kurtce. Milion myśli przeleciało mi przez głowę. Niektóre były straszne, inne wręcz cudowne. Wszystkie splotły się w chaos i zaowocowały drżącym głosem.
- Słucham? - zacząłem niepewnie. Policjant wyprostował się i przyjrzał mi się dokładnie.
- Inspektor Dariusz Łapiński, komenda główna policji - przedstawił się. - Czy pan Krystian Morawiec? 
- Tak, to ja - potwierdziłem. - O co chodzi?
- Mogę wejść?
- Tak, tak, oczywiście. - Wpuściłem policjanta do domu, zamknąłem drzwi.
Wskazałem ręką wejście do salonu, gdzie się natychmiast udaliśmy. Policjant zdjął czapkę i nieco rozpiął zamek kurtki.
- Zgłaszał pan zaginięcie żony, Lilianny Morawiec. - Bardziej stwierdził niż zapytał. Ponownie przyjrzał się mojej twarzy, po czym prawdopodobnie zobaczył jakąś desperację w moich oczach, więc postanowił nie owijać w bawełnę. - Prawdopodobnie znaleźliśmy ją.
- Zna... znaleźliście Lilę? - Dopiero po chwili spytałem oszołomiony i przełknąłem ślinę. W tej chwili moje oczy musiały być wielkie jak spodki. - Czy ona... - Nie mogłem zmusić się do wypowiedzenia na głos najgorszych obaw. Odchrząknąłem jednak i zmieniłem zamiar.- Czy nic jej nie jest?
- Żyje - potwierdził policjant, a mnie zalała fala ulgi.
- Gdzie ona jest? - Nowa nadzieja barwiła mi głos. - Muszę ją zobaczyć.
- Jest w samochodzie z moją stażystką - mówił spokojnie starszy policjant, kiedy ja łapałem powietrze jak ryba. - Musi pan potwierdzić jej tożsamość.
- To na co czekamy? Muszę do niej iść. - Już łapałem za kurtkę, jednak mój gość mnie powstrzymał i złapał za przedramię.
- Chwileczkę, musi pan o czymś wiedzieć… - zaczął. Kiedy to usłyszałem nogi się pode mną ugięły, zacząłem sobie wyobrażać najgorsze rzeczy.
- Czy jest ranna, chora? - spytałem pewny, że o to właśnie chodzi.
- Kobieta, która znajduje się w radiowozie nie wie kim jest. Ma amnezję.
Spodziewałem się wszystkiego, ale nie tego. Uszło ze mnie powietrze.
- Co to oznacza, inspektorze?
Policjant przeczesał dłonią swoje krótkie włosy i raz jeszcze otaksował mnie
wzrokiem.
- Jeśli kobieta, którą tu przywieźliśmy naprawdę jest pana żoną, to pana nie pozna. Kompletnie nic nie pamięta. Nie wie nawet tego jak ma na imię. I nieco inaczej wygląda, niż na zdjęciach, które dostarczył nam pan cztery lata temu.
Zawahałem się. Czy to na pewno miała być moja żona? Może ktoś się pomylił, zrobił jakiś wielki, karygodny błąd, pomyślałem. A potem nadzieja upomniała się o swoje prawa i dosłownie dała mi kopa, żebym nie stał jak kołek i wreszcie coś zrobił.
- Proszę ją natychmiast przyprowadzić - niemal rozkazałem mu. - Musi jak najszybciej znaleźć się wśród bliskich - dodałem po chwili, łagodząc ton.
Policjant Dariusz wyszedł i zostawił mnie sam na sam z myślami, które zdążyły
utworzyć mi w głowie chaos. Po chwili w drzwiach stanął najbardziej wyczekiwany ze wszystkich świąteczny gość. 
Nie wiem dlaczego ale przed oczami stanęła mi sukieneczka córeczki. 
Przyniosła nam cud, pomyślałem.

Hanna Hippler
Nadzieja


Nie było śniegu, ani nawet mrozu. Jakoś tak ...nijak. Zmęczony Anioł szedł ulicami i dość już miał kolejnych świąt, kiedy to Szef kazał mu ratować Boże Narodzenie.
Nie po to rodziłem się w tej stajence i narażałem mamę na te wszystkie upokorzenia i udręki by to teraz zaprzepaścić- mówił na odprawie. - To wszystko jest po coś, nie rozumiecie? Trzeba przypomnieć ludziom, że dziecko się rodzi, że coś zaczyna się od nowa. Ech....- machnął ręką widząc miny co niektórych wysłanników niebios.
Bolą mnie moje anielskie skrzydła- stęknął Masakra, bo to On zawsze miał najtrudniejsze sprawy.
Boże, stary już jestem- powiedział kilka dni wcześniej w prywatnej rozmowie z Najwyższym. - Może by jakieś lżejsze zlecenie w tym roku?
Hmm....- westchnął Bóg. - Dam Ci do pomocy Cierpliwego. Zapał jeszcze u niego spory, a i spokój ma w sobie, to się tak szybko nie zniechęci.
Ok- westchnął Masakra i rozmasował obolałe skrzydło. Spojrzał na Cierpliwego i rzucili między sobą porozumiewawcze spojrzenie. Bóg skinął głową. ,,Do roboty”.

Tego dnia zajrzeli do kościoła. Roraty właśnie się zaczęły i kilkoro dzieci biegło za księdzem z lampionami. Kiedyś dzieci same, albo z rodzicami robiły lampiony- pomyślał Cierpliwy. A teraz, o proszę: gotowce z ledami w środku. I jakoś tak mniej tych dzieci. Wszystko się zmienia.... Powędrowali ulicami zaglądając ludziom w oczy i w serca. Czasami uśmiechali się do siebie dając porozumiewawcze znaki, że ok. Facet kupował swojej żonie ładny portfel, do którego schował karteczkę z napisem: ,,Nigdy nie zapominaj, wracaj zawsze do najlepszych chwil w Twoim życiu” Wsunął w przegródkę  mały bursztyn i uśmiechnął się do swoich myśli. Potem długo nikogo nie spotkali, bo mijały ich złe energie, złe oczy i serca, które waliły młotem niechęci, żalu, żądzy posiadania....
Masakra z Cierpliwym przysiedli na przykościelnym murku. Z nieba leciało coś co nie wiadomo było jak nazwać.
Brrr....- otrząsnął się Cierpliwy, skrzydła mi przemokną. - Ej, Szefu, no weź. Trochę białego puchu, co by poprzykrywał ten ziemski bród- mruknął bez przekonania ku niebu i spojrzał na Masakrę.
No, bracie aniele, nie zazdroszczę Ci … Co robisz z takimi o?- machnął skrzydłem w kierunku pary z dzieckiem, która zawzięcie się kłóciła na środku ulicy, a mały grzebał patykiem w brudnej kałuży.
Masakra spojrzał w ich kierunku i rzekł: - Ci to jeszcze pół biedy, bo mają  siłę się kłócić. Wiesz co jest najgorsze? Gdy zapada milczenie albo jeszcze gorzej, zimna uprzejmość. Zakłamanie ludzi nie ma granic. Chodź, zostawmy ich na razie, może sami dojdą do porozumienia.
Zaglądali do domów, do zakładów pracy, uśmiechali się patrząc jak dzieci mozolnie pakują prezenty, które sami zrobili. Pomogli starszej pani znaleźć długopis by mogła zacząć pisać list do dawno nie widzianej przyjaciółki. Zasłonili od wiatru zapałkę, by mąż mógł zapalić znicz na grobie swojej żony i poprawić stroik z bombkami, pod który podłożył zawinięty w chusteczkę opłatek i kawałek piernika. Obejrzeli jasełkę przygotowaną przez dzieci w przedszkolu i uśmiali się do łez z rozrabiających na scenie pasterzy. Podrzucili na półkę w sklepie płytę z odpowiednią muzyką dla chłopaka szukającego prezentu dla swojej dziewczyny. Dmuchnęli dobrą energią na dom, w którym rodzice czekali na swoje dzieci i wnuka, który miał spędzić z nimi pierwszą wigilię. Dorzucili energii i sił kobiecie, która przygotowywała dom na święta. Pomogli jej znaleźć stary przepis na piernik, który był popisowym ciastem na Boże Narodzenie w jej domu. Po chwili zapachniało karmelem i utłuczonymi w szmatce goździkami... Wyhamowali złe zapędy kilku ludzi, którzy w pogoni za prezentami, dobrym żarciem, ekstra ciuchami....zapomnieli po co są te święta? Niektórych z nich położyli do łóżka z objawami grypy, innym podrzucili dobrą książkę, jeszcze innym postawili na drodze kogoś, kto spojrzał głęboko w oczy, obdarzył swym ciepłem i spokojem i rzucił ziarno prawdy. Bo prawda jest zawsze taka sama. Trzeba umieć wybrać. Życie to umiejętność wyboru. Podejmujemy decyzje, które tworzą nasze życie. Dajemy się otumanić manipulatorom, którzy podsycają w nas ciągłe niezadowolenie z tego co jest, co mamy.
Jest nadzieja?- zapytał Cierpliwy.
Ano jest. Zawsze jest. Bez niej nic nie miałoby sensu- odparł zmęczony, ale uśmiechnięty Masakra. - Wiesz, to jest tak jak w tych jasełkach. Tam też często pojawiają się diabły i inne stwory- kusiciele. Oni robią najwięcej hałasu, tak jak w życiu. Popatrz, co jest dobre i piękne- i wskazał ręką na rodzinę, która siedziała przy stole i robili wszyscy ozdoby choinkowe. Krzywe, koślawe łańcuszki, i aniołki z krzywymi skrzydłami.
Popatrz, ten nawet do Ciebie podobny- zaśmiał się Cierpliwy.- To co?- po robocie?- zapytał po chwili widząc zamyślonego Masakrę. Ten spojrzał uważnie na Cierpliwego i wstał z energią, o którą trudno Go byłoby posądzić.
Jeszcze nie- rzekł z mocą. Jeszcze trzeba kogoś zawrócić.
Zawrócić?- zaczął Cierpliwy, ale więcej nic nie powiedział. Wiedział, że trzeba lecieć i wiedział do kogo. Rozdzielili się i każdy pobiegł spełnić swoje zadanie.

Z różańcem w ręku pewna kobieta zaklinała rzeczywistość wierząc, że jej cierpliwość, ufność i wiara zostaną kiedyś wysłuchane. Boże Narodzenie- myślała, to przecież czas nadziei, to czas na odnowienie w sobie dziecięcej radości, bo przecież Bóg się rodzi, małe dziecko. A każde dziecko, które przychodzi na świat niesie ze sobą Nowe życie, nową nadzieję, początek bez przeszłości. To, co było to już było, jest tu i teraz, a będzie to, co nam ześle dobry Bóg, tylko trzeba podjąć Dobrą Decyzję, by to co było, warte było wspomnienia, a nie zapomnienia. Cierpliwy siedział koło niej i słuchał jej myśli, patrząc razem z nią w płomień świecy. Pogłaskał ją po plecach, a ona przeciągnęła się czując nagłe odprężenie. ,,Jezu, ufam Tobie”- skończyła modlitwę i sięgnęła po laptopa. Zaczęła pisać to, co czuła.
Tym czasem Masakra siedział w samochodzie i gnał ze swoim podopiecznym przed siebie. To, co widział, czuł i czytał w jego myślach nie napawało go optymizmem. -Dobrze, że jestem z Cierpliwym- pomyślał. - We dwoje damy radę.
Samochód zatrzymał się i jego właściciel ruszył po kawę. W tym samym czasie jego telefon oznajmił, że ma wiadomość. Wrócił po chwili, ciężko opadł na fotel samochodu. Praca, praca, praca...Dom? Rodzina? Święta? - Kurwa, jakie święta?
Teraz moja kolej- zdecydował Masakra.
- Weź telefon do ręki. Masz wiadomość. Jeszcze możesz zawrócić....

Magdalena Natonek
Najpierw jesteśmy ludźmi potem narodami

Wigilijny poranek powitał Annę bajkowym pejzażem. Świat spowiła puszysta pierzyna śniegu. Ania nie pamiętała, ile to lat wstecz, w ten magiczny dzień spadł śnieg. Ostatnimi laty aura płatała figla i Wigilia była raczej deszczowa, a niekiedy nawet tego dnia świeciło słońce. W tym roku stał się cud, chociaż jeszcze wczoraj nic tego nie zapowiadało.
- Dziś wydarzy się coś szczególnego – powiedziała sama do siebie, nie zauważając, że do kuchni wszedł właśnie syn.
- Czemu tak myślisz mamo? – zapytał, sprowadzając ją do rzeczywistości.
- Spójrz na ten cudowny krajobraz za oknem. Czyż nie jest zjawiskowo? – zapytała rozmarzona.
- Tak mamo, masz rację, jest cudnie – potwierdził, bo tak jak Anna, Jakub był typem wrażliwca, dla którego piękno otaczającej przyrody, było niezwykle ważne. Nie zadawalał się przedmiotami, lecz zwracał uwagę na to, co oferowała przyroda. Tak jak Annę, Kubę zachwycała pajęczyna babiego lata, płatki spadającego śniegu i promienie słońca, przedzierające się spomiędzy gałęzi drzewa. 
- Czy masz w planach ostatnie zakupy? – dopytywał Annę.
- Nie Kubuś. Wszystkie sprawunki mam już kupione. Pozostała mi tylko kosmetyka pokoju, w którym zjemy kolację wigilijną. – odparła.
- Skoro tak, to pozwól matulu, że ja cię w tym wyręczę, a ty zapakujesz swój sprzęt i zrobisz sesję zdjęciową tej urzekającej, zimowej szaty – postanowił Jakub.
- No ale jakże to tak? A kto posprząta? – pytała zaskoczona.
- Mamuś, ty już się dość napracowałaś, pozwól sobie teraz pomóc. Zagonię ojca do roboty, a ty pójdziesz się zrelaksować – zadecydował syn.
- Ale ojciec znów będzie robił sceny, że zajmuję się zdjęciami – oznajmiła Anna.
- Wiesz, jaki on jest – uspakajał ją syn – pogada i przestanie. Nikt bardziej niż ty zasłużył na chwilę relaksu.
- No ale… - Anna próbowała oponować.
- Nie ma żadnego „ale” – zabrał z jej dłoni kubek po porannej kawie i wręczył jej torbę ze sprzętem fotograficznym – pierworodnemu się nie odmawia. Ojca popędzę do sprzątania, o nic się nie martw – dodał.
- Dziękuję synu. Dobrze cię wychowałam – oznajmiła z radością i z ulgą w głosie. – Skoro tak mówisz, to pójdę. Może faktycznie spacer dobrze mi zrobi.
Ledwie Anna przekroczyła próg domu, mroźne powietrze otuliło jej twarz, a na policzkach pojawiły się rumieńce. Na zewnątrz czekał na nią baśniowy widok. Gałęzie choinek, które rosły wokół domu, uginały się pod naporem ciężkiego śniegu. Dachy domów przykryła gruba warstwa białego puchu. Wszystko, na co w tej chwili spoglądała, pokryła śnieżna szata. Widok był tak niezwykły, że Anna przez chwilę stała zaczarowana niczym żona Lota, zamieniona w słup soli.
Postanowiła, że swe kroki skieruje w stronę wybudowanej nieopodal plebanii, żywej szopki, w której od kilku lat, oprócz żłóbka i postaci świętej rodziny, znajdowały się zwierzęta. Był więc osioł, kuce, króliki i wszelkiego rodzaju ptactwo, z gołębiami na czele. Największą radość z odwiedzin tego miejsca miały oczywiście dzieci, chociaż dorośli w nie mniejszym stopniu czerpali z tego radość, opowiadając swoim pociechom o przebywających tu zwierzętach.
Nie wiedzieć czemu, jej wzrok powędrował na postaci Maryi i Józefa oraz dzieciątka w żłóbku. Zaraz też przyszła jej do głowy- drażliwa ostatnimi czasy – sprawa uchodźców z Aleppo. Ze zgrozą stwierdziła, że niektórzy mają bardzo krótką pamięć, zarówno pod względem religijnym, jak również historycznym,. Przecież Maryja i Józef także tułali się od domu do domu, prosząc o schronienie. A historyczna amnezja to krótkotrwała pamięć o naszych rodakach, którzy tragicznie doświadczeni w czasie II wojny światowej, korzystali z serdeczności innych nacji. 
Dobrze przyjęto Polaków w Iranie, tworząc tam polskie osiedla. Otoczono ich opieką lekarską oraz zapewniono im dostęp do oświaty i kultury. Nikt nie zakazywał im kultywowania wiary, obchodzenia świąt ani tym bardziej wyrzeczenia się własnej tradycji. A my co?! Uważamy tych uchodźców za terrorystów? Wstyd, bo przecież, wtedy w Iranie oni mogli o nas powiedzieć tak samo, jak my określamy teraz   ich. Dla nich też byliśmy obcy, ale oni pokazali nam swoją gościnność. Ale czego wymagać od zwykłego zjadacza chleba, skoro nawet nasi rządzący nie potrafią rzeczowo odnieść się do tej kwestii.
Anna nie musiała daleko szukać osób nieprzychylnie nastawionych do uchodźców, bowiem pod jednym dachem mieszkała z osobami, które na samą wzmiankę w radiu czy telewizji o problemie uchodźców, reagowały hasłem „ciapaty”. Oj, jej ciśnienie podnosiło się wtedy do tego stopnia, że kawa była już zbyteczna. Anna od zawsze była wyczulona na wszelkiego rodzaju uprzedzenia i obrażania innych nacji. Wychodziła bowiem z założenia, że najpierw jesteśmy ludźmi, potem dopiero narodami i przez ten pryzmat patrzyła na człowieka. Nie kierowała się uprzedzeniami, lecz indywidualną i subiektywną oceną pojedynczego człowieka.
- Dzień dobry- rozmyślania Anny przerwał opiekun zwierząt, który przybył do szopki, doglądać czy jego podopieczni mają wszystko, czego im potrzeba.
- Dzień dobry odpowiedziała Anna – zamyśliłam się, a miałam zrobić kilka zdjęć naszej ośnieżonej przyrody. Wesołych Świąt, do widzenia.
- Tak, wreszcie będą białe święta. Wesołych Świąt - odparł gospodarz.
Gdy Anna opuściła stajenkę, postanowiła, że krótką zimową sesję wykona na dziedzińcu pobliskiego kościoła, bowiem szczególnie oczarowały ją otulone śniegiem kapliczki, wokół których gdzieniegdzie spod grubej warstwy śniegu, udało się przebić ostatnim liściom, pozostawionym przez panią jesień, która ustępując miejsca zimie, zgubiła ich kilka ze swojego koszyczka jesiennych skarbów. Teraz te oszronione liście wystawały spod białej pokrywy śniegu.  Wbrew pozorom te zamarznięte liście, dawały nadzieję na lepsze jutro. Bo tak, jak po burzy wychodzi słońce, tak po zimie przychodzi wiosna i wszystko budzi się do życia, a świat ubiera się w odcienie zieleni i cieszy nas feerią barw.
Sesja zdjęciowa przyniosła jej wyciszenie i nastawiła radośnie do dzisiejszej kolacji wigilijnej. Ze zgrozą popatrzyła na zegarek. Nie sądziła, że wyjście na ten fotograficzny spacer, zajmie jej tyle czasu. Zawsze, gdy oddawała się swojej pasji, czas stawał w miejscu. Dziś jednak trzeba było przygotować kolację wigilijną. Z tą świadomością przyspieszyła kroku i już po kilku minutach przekroczyła próg swojego domu.
- Widziałem, że wracasz – już od progu przywitał ją Jakub – wszystko jest już gotowe, więc o nic się nie martw – uspokoił ją syn. 
Zawsze fascynowało ją to, że wystarczyło jedno spojrzenie, a czytali sobie w myślach, jak z otwartej księgi. To właśnie Kuba, rzucając krótkie spojrzenie, wiedział, czy coś ją trapi, czy jest szczęśliwa. To działało również w drugą stronę. Nawet z mężem nie miała tej jedności, która połączyła ją z Jakubem.
- Kochany jesteś – odetchnęła z ulgą – a co na to ojciec? – zapytała ze strachem w głosie.
- Mamuś, on musi zrozumieć, że nie jesteś robotem i nie możesz wszystkiego robić sama. W tym roku stanęłaś na wysokości zadania. W całym domu pachnie świętami a chyba najbardziej piernikami. Widzę jednak, że mimo zbytecznych moim zdaniem wyrzutów sumienia, masz szczęśliwą minę. Już nie mogę się doczekać projekcji twoich zdjęć. Póki co, napij się herbaty, bo pewnie zmarzłaś. – oznajmił syn i postawił przed Anną parujący kubek cynamonowej herbaty, której aromat rozniósł się po całej kuchni. 
- Jesteś kochany Kubuś – popatrzyła na syna z matczyną czułością, tak, jak gdyby był małym chłopcem, chociaż był już pełnoletni.
- Mamo, słyszałaś o tej fali uchodźców z Aleppo? To straszne. Podobno autokary wyruszyły z Aleppo do enklawy kontrolowanej przez rebeliantów. Siły prorządowe miały zgodzić się na ewakuację wschodniego Aleppo w zamian za ewakuację dwóch szyickich miejscowości. Jak donosiła w niedzielę telewizja al-Manar, sprzymierzona z libańskim Hezbollahem, będącym sojusznikiem Damaszku, tuż po ogłoszeniu najnowszego porozumienia niektóre autobusy i pojazdy Czerwonego Półksiężyca dotarły do bram Al-Fuaa i Kefrai. Jednak w drodze do tych miejscowości pięć autobusów zostało zaatakowanych i podpalonych. To spowodowało wstrzymanie ewakuacji. Według specjalnego wysłannika ONZ do Syrii w dzielnicach rebelianckich Aleppo wciąż przebywa ok. 40 tys. cywilów i od 1, 5 tys. do 5 tys. bojowników z ich rodzinami.- Jakub na gorąco przekazał te straszne wieści, gdyż oboje z Anną na bieżąco śledzili wydarzenia w tamtym rejonie świata.
- Ciekawe, ilu z tego konwoju, udało się wydostać i trafić w bezpieczne miejsce – głośno zastanawiała się Anna – Wiesz, byłam dziś w żywej szopce i przyglądając się figurom świętej rodziny, też o nich myślałam. W głowie się nie mieści, że ci najbardziej religijni, co to klepią modlitwy pod figurą i przesuwają koraliki różańca, najbardziej sprzeciwiają się przyjmowaniu tych ludzi, którzy są zmuszeni uciekać przed wojną i prześladowaniami. Dziwi mnie to szczególnie w kontekście nadchodzących świąt.
- Otóż to mamo. Słuchałem radia podczas przygotowywania pokoju i mówili o uchodźcach w serwisie informacyjnym. Podobno udało im się przedostać do Europy. Oczywiście dziadek z ojcem nie mogli się powstrzymać od głupich komentarzy i znów mruczeli pod nosem swoje ulubione słowo „ciapaty”. I to ma być to ich miłosierdzie wobec bliźniego?! – oburzył się Jakub.
- Wiesz, że oni są niereformowalni i nie zmienisz ani ojca, ani dziadka – oznajmiła Anna.
- Szkoda się denerwować. Lepiej powiedz, w czym mogę ci jeszcze pomóc.
- Jeśli możesz, to rozwieś proszę na choince te serca z piernika, a resztę rozłóż na tym talerzu, który mam po mojej prababci – poprosiła Anna.

WIECZERZA WIGILIJNA 
   Wszystko zostało przygotowane zgodnie z tradycją. Na stole pod białym obrusem, przykryte było sianko. Skromna zastawa miała symbolizować ubogą stajenkę. Na środku, na talerzyku przykrytym biała serwetką, leżał opłatek. Pod oknem, setką lampek, migotała choinka, pod którą w żłóbku leżała figurka dzieciątka, a obok czekały drobne podarunki.   
Wśród skromnego nakrycia wigilijnego stołu, znalazło się tradycyjnie puste miejsce dla wędrowca. Ileż to razy Anna marzyła, aby którejś Wigilii, ktoś taki pojawił się w ich domu. Z tych rozmyślań wyrwał ją głos teścia:
- Po co to szykujesz? I tak nikt nie przyjdzie. Miejsce to tylko zajmuje. Ciasno nam będzie – burczał teść, który jak zwykle nie omieszkał wtrącić swoich trzech groszy. Choć zawsze wszystko było przygotowane na tip-top, on znajdował pretekst, aby popsuć Annie radość z przygotowań. Kiedy żyła jeszcze teściowa, ona też nie potrafiła powstrzymać się od natarczywych pytań „ a po co to robisz?”  Z odsieczą przyszedł jej Jakub.
- Taka jest tradycja i dobrze ją kultywować. Latasz do kościoła, a zadajesz tak niedorzeczne pytania. – odparł Kuba, bo żal mu się zrobiło mamy, która zawsze wkładała w przygotowania dużo serca i w żaden sposób nie zasługiwała na takie traktowanie. Zaraz jednak Anna chwyciła go porozumiewawczo za rękę, dając mu do zrozumienia, że szkoda dyskutować z osobami, które nigdy się nie zmienią.
- To zgodnie z tradycją odczytaj łaskawie fragment Biblii, przeznaczony na tę okoliczność.  – burczał dalej teść. 
Jakub odczytał fragment, jak to Maria z Józefem wędrowali od domu do domu w poszukiwaniu miejsca, aby w spokoju mogła urodzić dziecko. Gdy domownicy, zebrani przy wigilijnym stole mieli sięgać już po talerzyk z opłatkiem, nagle rozległ się dzwonek do drzwi.
- Kogo tam niesie?! – niegrzecznie obruszył się mąż Anny.
- Może to wędrowiec – zażartował Kuba – pójdę otworzyć – jak postanowił, tak uczynił. 
- Jeszcze tego brakowało – gderał dalej mąż.
- Mamo, podejdź do mnie proszę – nagle zawołał Kuba. – To pilne.
Oczom Anny ukazała się wyczerpana kobieta o dość niespotykanej urodzie, wskazującej na to, że jest innej nacji. Nagle kobieta przemówiła wystraszonym głosem:
- Pani, ratuj – wołała błagalnie – Mąż, dziecko, oni zginęli – na te słowa wstrząsnął nią spazmatyczny płacz, ale Anna nie czekała na nic i objęła kobietę ramieniem po czym zaprowadziła przybysza do pokoju, gdzie właśnie rozpoczęli kolację wigilijną. 
- Wy świętować? – nagle kobieta zmieszała się, bo wyczuła podniosły, świąteczny nastrój i zobaczyła skromny choć świąteczny wystrój stołu.
- Nic się nie martw, to miejsce czekało na ciebie – Anna powiedziała to z taką serdecznością, że w oczach kobiety zauważyła maleńkie iskierki radości, mimo, że kobieta słaniała się ze zmęczenia i wyczerpania. Marzenia się spełniają – pomyślała – doczekałam się wreszcie przybysza. 
- Ja Yasmina – przedstawiła się nieznajoma.
- Jestem Anna, a to mój syn Jakub. A to…- już miała przedstawić teścia i męża, ale nie było jej to dane.
- A co to ma znaczyć?! – obruszył się teść - Ja z nią kolacji jeść nie będę – krzyczał.
- A to z jakiego niby powodu – hardo zapytała Anna, otulając przyjacielskim gestem zmarzniętą Yasminę swoją chustą.
- Z ciapatą?! Jak ty to sobie wyobrażasz?! – tym razem oburzył się mąż.
- A gdzie się podziało wasze chrześcijańskie umiłowanie bliźniego, o którym tak trąbicie na prawo i lewo? Piękne dajecie świadectwo, nie ma co! – oznajmił wkurzony Jakub.
- Wynoś się stąd! – rzucił się na przybysza mąż Anny – Wynocha! My ci damy jeść, a ty zaraz dom wysadzisz! – grzmiał nadal, odurzony nienawiścią.
- Uspokój się człowieku! – w obronie Yasminy stanął Kuba – Ona rodzinę straciła, ledwo wyrwała się z piekła wojny, a ty jak się zachowujesz?! Józefa i Marię też byś wyrzucił?! Oni też byli uchodźcami, jak ona. – dodał
- Oni to co innego – odpowiedział naburmuszony dziadek.
Anna miała dość patrzenia na tę całą sytuację i stanęła przed teściem, zasłaniając swoim ciałem Yasminę, bo jeszcze chwila, a ten zamroczony nienawiścią człowiek, rzuciłby się na bogu ducha winną kobietę. Do tej pory była potulną jak baranek synową i żoną, która wolała sama przyjmować cięgi i znosić je z anielską cierpliwością. Teraz jednak cierpliwość się skończyła.
- Czy ci się to podoba czy nie, ona tu zostaje i zje z nami tę kolację, a potem odpocznie po bardzo niebezpiecznej przeprawie. Wiesz, że nie masz wyjścia i musisz się zgodzić.
- Czyżbyś chciała mi coś zarzucić? – teść nieudolnie próbował zatuszować zmieszanie, ale doskonale wiedział, że synowa ma rację.
- Nie usiądzie z nami do stołu – tym razem protestował mąż.
- Mylisz się. Wasze dzisiejsze zachowanie, utwierdziło mnie w przekonaniu, że tylko modlicie się pod figurą, a diabła macie za skórą! – Anna dała wreszcie upust swoim długo skrywanym emocjom, bo nie mogła już dłużej patrzeć na zakłamanie wielce bogobojnych członków swojej rodziny. – Niedobrze mi się robi, gdy widzę waszą obłudę i zakłamanie. Yasmina zostaje, czy to wam się podoba, czy nie. Ja was utrzymuję i ja decyduję o tym, kto zamieszka w tym domu.
Zaskoczenie pomieszane ze wzburzeniem, że w tej rodzinie jakaś kobieta sprzeciwia się narzuconemu jej zdaniu, odebrały mowę teściowi i mężowi. Nie spodziewali się takiego obrotu sprawy. Rozeszli się niepyszni do swoich pokoi, jedynie utwierdzając Annę i Kubę w przekonaniu, że ich religijność jest powierzchowna i na pokaz, od oka, a czyny mają się nijak do pięknych słów, które wygłaszają.
- Ja przepraszam Anna, ja pójdę, ja kłopotu narobiła – zmieszała się Yasmina.
- Nie ma mowy, nigdzie nie pójdziesz – zadecydował Kuba. – Zostajesz z nami, to już postanowione. Musisz zjeść porządny posiłek i odpocząć. Boję się nawet pytać, co przeszłaś w drodze do nas.
Kuba nie był zaskoczony reakcją ojca i dziadka, ale po cichu liczył, że w takim dniu, jak dziś, opanują swoje emocje i ugryzą się w język.
- Yasmina, dziś przenocujesz tutaj, a jutro udostępnię ci dom po mojej babci. Stoi pusty, ale wszystko w nim działa. My przeprowadzimy się razem z tobą.
- Z mojego powodu? – zapytała zasmucona.
- Nie, od dawna to rozważaliśmy, ale dzisiejsza sytuacja tylko przyspieszyła tę decyzję. Pomogłaś mi, dziękuję Yasmina - uspokoiła ją Anna.
- Ja nie chcieć robić problemy – wciąż zmieszana wyrażała swoje obawy.
- Nie martw się o nic – Annę wspierał niezawodny syn – Jak mama mówi i coś postanowi, to nie ma zmiłuj, tak ma być i koniec. 
- Częstuj się Yasmina. Nie ma tu mięsa, wiec nie obawiaj się, że zjesz coś niezgodnego twoimi zasadami religijnymi – zachęcała ja Anna – Proszę, ryba dobrze ci zrobi – mówiąc to Anna nałożyła jej solidną porcję. Nie musiała pytać, bo w jej oczach, oprócz smutku i cierpienia, dostrzegła głód i wyczerpanie. Tu słowa były zbędne. Yasmina tym czasem powstrzymywała się od jedzenia, właściwie jedynie ze strachu, czy ci dwaj zapalczywi mężczyźni nie wrócą i jednak nie wyrzucą jej z domu. Zaraz jednak obawy prysły, bowiem w oczach Anny i Kuby zauważyła coś, co jednoznacznie wskazywało na szczere zamiary gospodyni i jej syna. Oczy są zwierciadłem duszy i pokazują te prawdziwe uczucia. Nie twarz, ale oczy. Można z nich czytać jak z otwartej księgi, bo malują się w nich wszystkie uczucia, począwszy od radości, aż po smutek. Było jej wstyd, ale głód i nad tym uczuciem zwyciężył. Jadła łapczywie, gdyż pusty żołądek, natarczywie domagał się swoich praw.
Anna porozumiewawczo spojrzała na Kubę. Nie musieli nic mówić, gdyż oboje zdawali sobie sprawę z rozmiaru tragedii, która spotkała Yasminę i innych mieszkańców Aleppo. Pomyśleć tylko, że kiedyś tak samo Polacy uciekali przed jarzmem wojny, która przetoczyła się przez nasz kraj. 
W pewnym momencie Yasmina przestała jeść a jej wzrok padł na rozświetlona choinkę, pod którą Kuba umieścił malutki żłóbek,
- Co to jest? – zapytała zaciekawiona.
- To taki niepisany symbol naszych świąt, które zaczynają się już jutro. – wyjaśniła jej Anna – to figurka Jezusa, którego narodzenie świętujemy co rok. Gdy miał się narodzić, jego rodzice musieli uciekać przed prześladowaniami. Szkoda tylko, że tacy ludzie jak mój mąż czy teść, zdają się o tym zapominać. Yasmina, przepraszam cię za ich zachowanie – Annie było przykro z powodu zajścia, jakie miało miejsce kwadrans wcześniej i na potwierdzenie tych słów podeszła do Yasminy i serdecznie ją uścisnęła.
- Ty się Anna nie martw, ja już dużo widziała, dużo przeżyła – uspokoiła ją Yasmina – Ty masz dobre serce, twój syn także. Ty bądź z niego dumna – dodała.
- Jestem, niemal każdego dnia daje mi powody do dumy – odparła Anna – Proszę, spróbuj tego – wręczyła jej najładniejsze serce z piernika, które chwilę wcześniej zdjęła z choinki.
- To jest piękne, żal jeść. – oponowała Yasmina.
- Jedz na zdrowie. Jeszcze są. To nasza kolejna niepisana tradycja, że z Jakubem co roku na święta robimy te serca. 
- Serce z piernika dobre – oznajmiła Yasmina – Ja wiem czemu. Ty masz dobre serce Anna. I syn też. Niech was Bóg błogosławi. Jestem obca, z innego kraju, innej kultury, a wy nie baliście się mnie przyjąć. Takie pyszne może zrobić tylko człowiek o czystym sercu – oznajmiła ze wzruszeniem, ale i powagą. – ja nie chcę tam wracać Anna. Tam wojna i głód. Mąż zmarł z wyczerpania, a w trakcie drogi, moje jedyne dziecko, które przeżyło piekło wojny, zmarło, bo miało komplikacje po przeziębieniu. Zostałam sama – po tych słowach Yasmina wpadła w spazmatyczny płacz. Jedyną osobą, która mogła otulić ją i zrozumieć, co czuje matka, która traci dziecko, była Anna. Yasmina nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo Anna rozumie jej ból, przeszywający serce po stracie dziecka. Anna czuła na wskroś cierpienie tej kobiety i to nie tylko przez pryzmat bycia kobietą, ale głównie dlatego, że sama doświadczyła tego okropnego stanu.
- Yasmina, tu nic ci nie grozi, nie pozwolimy zrobić ci krzywdy – uspokoił ją Jakub.
- Ale oni – wskazała ręka pokój, w którym zamknęli się razem mąż i teść.
- Akurat nimi nie musisz się przejmować. Jutro, gdy nabierzesz sił, wyprowadzimy się stąd. Póki co odpoczywaj i nie bój się. Nie po to zapraszaliśmy cię pod swój dach, abyś miała wracać do tego piekła. Zostajesz z nami. Pomożemy ci. – uspakajał ją Kuba.
- Wiesz Yasmina, twoje pojawienie się w naszym domu, było pięknym prezentem na te święta – oznajmiła Anna, obejmując Yasminę.
- Ale jak to? – zapytała zaskoczona.
- Tak. Wniosłaś w nasze życie szanse obcowania z inną kulturą, o której mamy nadzieję nam opowiesz, bo chcemy ją poznać. Dzięki tobie dowiedziałam się dziś, kim jestem i kim są ludzie, którzy na co dzień mnie otaczają. Tak pięknie zrzucili dziś swoje maski obłudy i zakłamania. W nich twoja tożsamość zrodziła opór, ale we mnie i w Kubie, wzmocniła się chęć odkrycia w tobie ciebie, jako człowieka, mimo różnic kulturowych. Nie wierzę w przypadki, nazywam to przeznaczeniem. Nasze szczególne spotkanie w wieczór tak wyjątkowy jak Wigilia Bożego Narodzenia, stało się dla nas szansą nie tylko, aby udzielić ci schronienia i pomocy, ale także nawiązania z tobą więzi. –Anna chwyciła dłonie Yasminy, spojrzała jej głęboko w oczy i oznajmiła – Wiesz, mam zasadę, zgodnie, z którą najpierw patrzę na człowieka, a dopiero potem zwracam uwagę na jego narodowość. To dla mnie sprawa drugorzędna, chociaż nie bez znaczenia.  Jeśli są to różnice wyznaniowe i kulturowe, bardzo chętnie je poznaję, bo strach rodzi się z niewiedzy. Niestety, niektórzy, wolą żyć posługując się uprzedzeniami i stereotypami. Ja tak nie potrafię i już tego nie zmienię.
- Yasmina – do rozmowy dołączył Kuba – Mama od małego włączała mnie w przestrzeń, gdzie mogłem nawiązywać kontakty z ludźmi różnych narodowości. Jestem jej za to ogromnie wdzięczny, bo nauczyła mnie patrzenia na różne sprawy z perspektywy innego człowieka, innej kultury. Nauczyła mnie także empatii, co niestety chciał we mnie stłamsić ojciec. Ja jednak nie dałem się i teraz potrafię unikać nieporozumień, które rodzą nienawiść, przemoc i wykluczenie społeczne. Dziadkowi i ojcu współczuję, bo zostaną sami, podczas, gdy my z mamą otaczamy się niezwykłymi ludźmi, do których dołączyłaś dziś ty, Yasmino. – oznajmił z nieudawaną radością Kuba. – Witaj w naszych skromnych progach, a to serce z piernika, niech będzie tego początkiem – wypowiadając te słowa, podszedł do niej i wręczył największe serce, jakie znalazł wśród tych, które wykładał na paterę, czyniąc ostatnie przygotowania do Wigilii.
- Yasmina, z dzisiejszą kolacją, wiąże się pewien zwyczaj – Anna podała Yasminie talerzyk, na którym bielił się opłatek, a potem przekazała go Kubie – Dzieląc się nim, składamy sobie życzenia. Yasmino, życzymy ci, abyś znalazła szczęście, tu w Polsce i abyś była z nami szczęśliwa. Pomożemy ci w tym, na tyle, na ile tylko możemy, ale nie zostawimy cie samej. 
- Nie mogę w to uwierzyć – po twarzy Yasminy spływały łzy wzruszenia – boję się, że to sen, a ja jutro obudzę się w piekle, które zostało w Aleppo.
- Nie ma takiego ryzyka – oznajmił Kuba – Mama zaraz przygotuje ci pokój, a od jutra zaczynasz nowe życie razem z nami.
- Wszystkiego dobrego Yasmina – śladem Kuby, także Anna przytuliła Yasminę – Jesteś dla nas zwierciadłem i gwiazdą, które pozwolą nam spędzić te święta w sposób wyjątkowy. Dziękujemy, że jesteś.

  Mrok zagościł w pokoju, gdzie jeszcze przed godziną razem jedli wspólną kolację wigilijną, a w którym teraz spała wyczerpana Yasmina. W tę cichą noc, w poczuciu dobrze zdanego egzaminu z człowieczeństwa, Anna i Kuba, stali objęci, spoglądając, jak za oknem spadają duże płaty śniegu. Spojrzeli sobie prosto w oczy i wtedy poczuli jedność, która wzięła górę nad podziałami i uprzedzeniami. Zdawali sobie sprawę, że podjęli się karkołomnego zadania, ale wiedzieli, że podołają. Może sprawiła to noc, pełna cudów, może ich głębokie przekonanie, że warto pomagać, a może po prostu to, że mieli wielkie serca. Niekoniecznie te z piernika, które to największe podarowali Yasminie na dobry początek wspólnej przyjaźni. 
Ktoś, kto ofiarowuje drugiemu serce z piernika, życzy mu szczęścia i to nie ma prawa się nie udać;-)

Justyna Osiecka – Herszel 
Serce z piernika

Był chłodny październikowy dzień. Za oknem wiatr przeczesywał ogołocone 
z liści korony drzew. Trawnik przed blokiem przyoblekł się w dywan jesiennych kolorów – złota, czerwieni i brązu. Gdzieniegdzie przebijały ciemnozielone kępki trawy zmieszanej z wilgotną od deszczu ziemią. Na błękitnym niebie puszyste chmury przeganiały się wzajemnie odsłaniając leniwe słońce, które coraz rzadziej dogrzewało ludzi o tej porze roku.
Tośka drzemała jeszcze pod kołdrą na dużym sosnowym łóżku w swojej przytulnej sypialni, gdy Piernik zaczął trącać ją zimnym mokrym nosem sugerując, 
iż nadszedł czas na śniadanie i spacer. Dziewczyna niechętnie otworzyła oczy, spojrzała na zegarek i leniwie się przeciągnęła. Liczyła, że wierny przyjaciel wytrzyma jeszcze chwilę. Piernik cierpliwie czekał przy łóżku swojej pani mlaszcząc uparcie językiem i układając na krawędzi łóżka raz jedną, raz drugą łapę w geście powitania i ponaglenia. Tośka powoli wysunęła się spod kołdry, niechętnie włożyła stopy w puchate pantofle. Marzyła, by jeszcze na moment poczuć ciepło pościeli, jednak pies musiałby obsłużyć się sam, a to nie wchodziło w grę.
Tosia i Piernik tworzyli zgrany duet. Ona, momentami flegmatyczna, artystyczna dusza z głową w chmurach, w ciągłym niedoczasie. On, wierny towarzysz, energiczny i stanowczy. Był przy tym dobrze ułożony, towarzyski, z charakterem godnym angielskiego lorda, jak na staffika przystało i, co najważniejsze, nigdy nie sprawił swojej właścicielce przykrości. Mimo, że sporo czasu spędzał w domu sam, nie skarżył się i nie dokazywał. Był wyrozumiały, a także cierpliwy, choć gdy trzeba było, stosował różne sztuczki, by jego pani nieco mocniej się zaktywizowała. 
Dochodziła 08:30, gdy Piernik poczuł przyjemny zapach jesiennego wiatru. 
W końcu doczekał się spaceru. Jego pani też była zadowolona. Miała dzień wolny 
od pracy, a pogoda od samego rana wprawiała w doskonały nastrój. Być może dokończy rozpoczęty miesiąc temu projekt. Byłaby z siebie dumna. W końcu to jej pierwsza większa praca. Poza tym, miała umówione spotkanie z właścicielką lokalu „Serce z piernika”, której chciała oddać znalezione klucze. Spojrzała na strój wiszący 
na manekinie i westchnęła. Tak bardzo chciała realizować swoje marzenia, tworzyć piękne ubrania i szyć dla innych. Rozmyślała nad tym, ile czasu poświęciła 
na studiach, by posiąść wiedzę na temat tkanin, dodatków krawieckich, technik szycia i projektowania stroju. Wszystko ją fascynowało, więc chłonęła informacje całą sobą. Była szczęśliwa, że w końcu zrealizuje swoje marzenia. Niestety, zderzyła się dość boleśnie z szarą rzeczywistością i problemami wielu młodych ludzi wychodzących 
z wyższych uczelni – wizja bezrobocia przytłaczała. Dość szybko uporała się z tym problemem, bo zatrudniono ją w agencji reklamowej, a Tosia jako uzdolniona plastycznie osoba widziała siebie w zespole ambitnych ludzi. Miała możliwość wykazania się kreatywnością, szkoda tylko, że po raz kolejny zrozumiała, iż talent 
i zapał nie wystarczają. Zwłaszcza w świecie układów, nepotyzmu, torowania ścieżki kariery dzięki romansom z przełożonymi lub osobami mającymi wpływ 
na strategiczne decyzje firmy oraz finanse. To nie był jej styl, za to koleżanki z biura chętnie korzystały z takich rozwiązań. Jak zwykle, płynęła pod prąd marząc, 
by zrealizować swoje plany, nawet kosztem przesiadywania w miejscu, w którym nie mogła do końca rozwinąć skrzydeł. Nie zmieniała pracy, gdyż musiała mieć stałe dochody na spłatę kredytu hipotecznego zaciągniętego na poczet zakupu mieszkania. Praca, mimo iż nie spełniała jej oczekiwań i ambicji w zakresie twórczych zdolności, dawała stabilizację finansową na dobrym poziomie. Dziewczyna bardzo chciała mieć swoją firmę, jednak nie było mowy o nowym kredycie, bo pociągnąłby ją 
na finansowe dno. Przełknęła gorzką pigułkę prawdy o tym, że ciągle odsuwano 
od niej szanse na realizację nowych projektów, a szef stale podkreślał fakt cięć 
w budżecie firmy, dlatego żadna podwyżka jej nie groziła. Na rodziców nie mogła liczyć, gdyż sami ledwo się utrzymywali, a poza tym nie miałaby serca, by wyciągać do nich rękę z prośbą o wsparcie. Oni muszą odpocząć, myślała, a ja dam sobie radę. Mimo piętrzących się trudności, wierzyła uparcie, że cel, który obrała jest 
do osiągnięcia, ale trzeba dać mu czas. 
Kiedy Tosia wraz z Piernikiem przekroczyła próg przytulnej kawiarenki. Zaskoczyła ją pustka w lokalu, zwłaszcza, że inny punkt gastronomiczny tego typu był oddalony kilka przecznic stąd a ceny i menu nie zachęcały do odwiedzin.
‒ Dzień dobry – usłyszała miły kobiecy głos.
‒ Dzień dobry – odrzekła Tośka.
‒ Witam serdecznie – powiedziała właścicielka lokalu wyciągając dłoń w geście powitania – Mira Wilska, czy to pani pupil?
‒ Witam, Antonina Piasecka, a to Piernik, mój wierny towarzysz życia.
‒ Piękny jesteś i bardzo dostojny mój drogi – powiedziała do psa starsza elegancka pani. Proszę sobie usiąść, a ja zamknę lokal i podam pani kawę.
‒ Dziękuję – odparła dziewczyna zajmując miejsce w wygodnym fotelu – uszaku przy stoliku ustawionym w kącie kawiarenki. Widzisz Piernik jak tu pięknie i przytulnie – szepnęła psu do ucha, a ten od razu zaczął merdać ogonem na znak aprobaty dla słów swojej pani.
Właścicielka lokalu postawiła na blacie stolika tacę z dwoma delikatnymi białymi filiżankami. Uwalniał się z nich fantastyczny aromat świeżo mielonej kawy. Obok pięknej porcelany pojawiła się miseczka z piernikami. Tosia uśmiechnęła się. Pomyślała, że wypieki muszą być wizytówką kawiarni i wcale nie zdziwił jej ten fakt. Zapach kawy mocno angażował jej zmysły, dlatego nie mogła doczekać się momentu, gdy poczuje smak napoju. Towarzysz dziewczyny także otrzymał porcję psich smakołyków w kształcie pierników, a jakże! 
Kobiety zaczęły ze sobą rozmawiać a czas płynął. Pani Mira odzyskała klucze. Nieśmiało wyjawiła historię ich zagubienia. Poczuła do swojej rozmówczyni sympatię i wdzięczność. Opowiedziała jej o losach kawiarni wplatając delikatnie wątki 
ze swojego życia. Dziewczyna zrozumiała, że kobieta, z którą się spotkała nie jest kimś przeciętnym. Siedziała przed nią mecenas sztuki w stanie spoczynku, osoba niezwykle taktowna i elegancka. Poza tym, okazało się, że kawiarenka była sentymentalną pamiątką po zmarłych teściach. Pani Mira jako kobieta przedsiębiorcza potrzebowała kogoś do pomocy, gdyż często opuszczała kraj i wyjeżdżała biznesowo do Nowej Zelandii, gdzie współpracowała na niwie artystycznej. Zresztą, miała tam swojego wnuka z rodziną. Tosia słuchała urzeczona opowieści o pięknych krajobrazach i pragnęła dotrzeć kiedyś w tamte rejony. Widziała oczami wyobraźni bezmiar zieleni, głębię wód, a także bogactwo fauny i flory zamieszkującą drugą stronę globu. Z rozmarzenia wyrwało ją pytanie pani Miry o to, czym się obecnie zajmuje. Dziewczyna streściła krótko swoją historię od momentu opuszczenia rodzinnego domu zlokalizowanego w drugim końcu Polski, przez czas studiów 
na tutejszej uczelni artystycznej, zakup mieszkania, przypadek napotkania Piernika, 
aż do momentu znalezienia pracy. Opisała również marzenia czekające na realizację. Właścicielka lokalu słuchała opowieści z dużym zainteresowaniem, gdyż poczuła ogromną sympatię do Antoniny, a na koniec poprosiła o możliwość obejrzenia prac. Dziewczyna była bardzo zaskoczona tą propozycją, wręcz poczuła jak rosną jej skrzydła. Ucieszyła się, że znalazła osobę, która podziela jej zainteresowania. 
Spotkanie zakończyło się późnym popołudniem, a Tosia wracała do domu rozanielona. W końcu los wyciąga do niej rękę. Miała nadzieję, że nowa znajoma stanie się krytykiem prac, zwłaszcza że większość życia spędziła na obcowaniu ze sztuką w różnorodnej formie. Gdy wróciła do domu od razu zaczęła przeglądać swoje prace. Wybierała tylko te, które jej zdaniem zasługiwały na uwagę, a zwłaszcza kolekcję przygotowaną na obronę pracy dyplomowej, z której była dumna. Kiedy zakończyła segregację, okazało się, że jest bardzo późno, a następny dzień w firmie miał być wyjątkowo pracowity. Wyszła z Piernikiem na krótki wieczorny spacer, zjadła lekką kolację i położyła się spać snując plany na przyszłość, piękną przyszłość, bo po dzisiejszym spotkaniu taką właśnie chciała ją widzieć.
Ranek nadszedł szybko. Piernik jak zwykle prowadził Tośkę w znajome miejsca. Codziennie pokonywali kilka kilometrów drogi spacerując alejami niedawno zorganizowanego przez władze miasta zieleńca. Dzielnica, w której mieszkali od kilku lat, przeszła ogromną metamorfozę. Stało się to za sprawą pieniędzy przeznaczonych na cel odnowy najbardziej zapomnianych zakątków. Przekształcano je w piękne, nowoczesne miejsca służące do rekreacji i aktywnego spędzania wolnego czasu. Ponadto, wykazywano troskę o rewitalizację najstarszych zabytków, co napawało dumą i cieszyło mieszkańców. 
W firmie czas dłużył się niemiłosiernie, co denerwowało Tośkę, gdyż chciała czym prędzej dotrzeć do kawiarni i pokazać właścicielce swoje prace. Dodatkowo nieprzyjemna rozmowa z szefem spowodowała, że dziewczyna zaczęła zastanawiać się nad zmianą miejsca zatrudnienia. Cały czas wirowała jej w głowie myśl o własnym biznesie, ale strach przed tym wyzwaniem mocno ją paraliżował. Po zakończonym dniu pracy udała się prosto do „Serca z piernika” i tam znów zatraciła w rozmowie 
z panią Mirą. Gdy wróciła do domu, Piernik patrzył na nią z wyrzutem, jednak wynagrodziła mu pobyt w samotności długim wieczornym spacerem, zabawą 
i smakołykami, które przekazała jej pani Wilska. Przed snem Tosia otrzymała wiadomość od nowej znajomej z prośbą o jak najszybsze spotkanie następnego dnia. Miał to być ważny termin dla obu pań. 
Kiedy przekroczyła próg firmy poczuła, że nowy dzień nie przyniesie niczego dobrego. Jej intuicja była doskonałym barometrem. Okazało się, że znów ktoś z biurka obok otrzymał szansę kierowania nowym projektem, a ona jak zwykle miała skoncentrować się na mało wartościowych zleceniach firmy. Poczuła, że jej czas 
w tym miejscu dobiegł końca. Nie zastanawiając się ani chwili, położyła na biurku szefa pismo z prośbą o tydzień urlopu i po otrzymaniu zgody opuściła budynek znienawidzonej agencji, z którą nie wiązała swojej przyszłości. Decyzja o urlopie była jedynie skutkiem tego, o czym myślała – złoży wypowiedzenie tak szybko, jak tylko uda jej się znaleźć coś innego, choćby to miała być praca w barze. Miała dość. Skontaktowała się z panią Wilską i czym prędzej pojechała do kawiarenki. Gdy weszła do pomieszczenia była lekko zmieszana, bo oprócz właścicielki zauważyła nieznaną jej osobę. Okazało się, że nieznajoma jest właścicielką marki odzieżowej, 
która potrzebuje nowych pomysłów i świeżości w swojej branży, dlatego zaproponowała Tosi współpracę opartą na zasadach użyczenia. Antonina miała projektować stroje nowej kolekcji i sygnować je swoim nazwiskiem a firma byłaby odpowiedzialna za produkcję. Wynagrodzenie, które zaproponowano dziewczynie, było dwa razy wyższe od otrzymywanego obecnie. Zresztą była to kwota na początek współpracy. Z czasem pula miała się powiększyć. Tosia słuchała osłupiała propozycji 
i poprosiła jedynie o chwilę na zebranie myśli oraz szklankę wody, gdyż poczuła jak 
z nadmiaru emocji grunt pod nogami jej się usuwa. Dopiero co myślała o pracy 
w barze, a tu propozycja pracy sama ją znalazła i to nie byle jaka. Gdy się uspokoiła, wyraziła chęć współpracy z firmą pani Szymczyk – Sasaki. Nie spodziewała się takiego obrotu spraw w ekspresowo krótkim czasie. Gdy inwestorka opuściła lokal, pani Wilska wyjaśniła Tosi, że nie mogła trafić na lepszą osobę do współpracy, zwłaszcza że kobieta była pod wrażeniem jej prac. Akurat szukała młodej i zdolnej projektantki, aby móc rozwinąć biznes i sprowadzać szlachetne tkaniny z Japonii, gdzie mąż znalazł kontrahenta do współpracy. Pani Mira zapytała dziewczynę, czy znalazłaby czas na pomoc w ożywieniu kawiarenki. Chciała przywrócić lokalowi świetność z czasów, gdy zajmowali się nim nieżyjący już teściowie. Było to najlepsze miejsce w okolicy i takie miało pozostać jeszcze na długo. Tosia zaproponowała, 
że zajmie się odświeżeniem kawiarenki i zasugerowała, by wyodrębnić jakąś część metrażu na ekspozycje artystyczne różnych lokalnych twórców oraz wprowadzić 
na stałe ofertę warsztatów, aby można było nie tylko zjeść coś pysznego, ale też zaspokoić potrzeby duszy. Pani Wilska była zachwycona tym pomysłem. Miała świadomość czasu, jaki będzie potrzebny na wprowadzenie zmian. Poprosiła Tosię 
o przysługę roztoczenia opieki nad reorganizacją wnętrz podczas jej podróży służbowo – prywatnej do Nowej Zelandii, a po powrocie obiecała spisanie umowy i rozpoczęcie współpracy na partnerskich warunkach.
Dziewczyna nie posiadała się z radości i szczęścia. Nie czekała do końca urlopu tylko jeszcze w jego trakcie złożyła wypowiedzenie w firmie, ku wielkiemu zdziwieniu pracodawcy. Nie omieszkała podać przyczyn, dla których rezygnuje z etatu w firmie. Szef podziękował pracownicy za czas spędzony w agencji i zapewnił, że do końca października wpłynie na jej konto bankowe przelew z tytułu wynagrodzenia 
oraz niewielka odprawa, którą każdy pracownik otrzymywał, gdy odchodził z firmy. Tośka uznała, że jest to minimalna forma premii, której nigdy nie uzyskała, 
a pracowała tam kilka lat, więc przystała na propozycję szefa. Wnioskowała też 
o referencje. Spakowała swoje rzeczy, pozostawiła czyste i uporządkowane stanowisko pracy, pożegnała się z ludźmi i bez cienia smutku opuściła budynek agencji. 
Prace renowacyjne lokalu ruszyły w końcówce października i trwały 
aż do pierwszych dni grudnia. Pani Mira wróciła z Nowej Zelandii i nie poznała swojego lokalu. Była oszołomiona, zdumiona i szczęśliwa, że podczas jej nieobecności Tosia zmieniła to miejsce diametralnie. Połączenie stylu dawnej kawiarni z czasów, gdy zarządzali nią teściowie i nowoczesnych trendów dało oszałamiające efekty. Ciepłe karmelowe i beżowe kolory ścian zestawione z czerwienią surowych cegieł, a do tego drewno, dębowy cyklinowany parkiet, który przez wiele lat nie był odświeżany oraz zaprojektowane i uszyte przez Tosię tekstylia z najlepszych jakościowo tkanin spowodowały, że pani Wilska nie była w stanie wypowiedzieć nawet jednego słowa ze wzruszenia. Podeszła do kredensu, w którym przechowywała cenne pamiątki i receptury wypieków przekazane przez teściów, wyjęła pakunek 
i wręczyła go Tosi. Dziewczyna rozpakowała prezent i jej oczom ukazało się piękne kunsztownie zdobione lukrem serce z piernika. Pani Wilska wyjaśniła, że kiedyś otrzymała je w darze od teściów na znak ich miłości do niej. Teraz ona przekazała je Tosi proponując jednocześnie, by dziewczyna zgodziła się zostać współwłaścicielem lokalu. Pani Mira chciała mieć pewność, że kawiarenka będzie nadal funkcjonować, 
a opiekę nad tym miejscem roztoczy osoba godna zaufania. Tosia była właśnie kimś takim w oczach pani Miry.
Niespodzianka, która tego dnia przydarzyła się dziewczynie była najwspanialszym prezentem jej życia. Mimo trudnej drogi i przeciwności losu, Tosia czuła, że znalazła swoje miejsce na ziemi i dziękowała losowi za „Serce z piernika”, bo dzięki niemu mogła realizować swoje marzenia uszczęśliwiając przy tym innych. 
Kawiarenka stała się miejscem spotkań ludzi zaglądających tam zupełnie przypadkiem, ale też szukających wsparcia w trudnej życiowej sytuacji oraz artystów, którzy z chęcią przychodzili na wernisaże. Wielu mieszkańców uczestniczyło 
w akcjach charytatywno – pomocowych i warsztatach organizowanych przez Tosię przy współpracy Piernika, jej przyjaciółki Agaty, no i oczywiście samej pani Wilskiej. Lokal odzyskał dawny blask i stał się centrum życia towarzysko – twórczego całej najbliższej dzielnicy. Sam prezydent miasta pojawiał się w nim od czasu do czasu 
i uhonorował miejsce pamiątkową tablicą, w której zamieszczono informację o historii kawiarenki ze wskazaniem roli pierwszych właścicieli lokalu. Pani Mira była szczęśliwa. Nadal podróżowała między Polską a Nową Zelandią, ale obiecała sobie, 
że kolejny wyjazd odbędzie się w towarzystwie Tosi, by mogła przedstawić jej swoją rodzinę. 
Antonina pracowała uparcie i konsekwentnie na swój sukces. Planowała otworzyć firmę, bo zdobyte doświadczenie w realizacji projektów dla marki Sasaki 
i innych kontrahentów pozwoliły zbudować bogate portfolio. Zresztą, Agata, także naciskała, by w końcu zaczęła realizować główny cel obrany jeszcze na studiach. 
Piernik był dzielnym towarzyszem swojej pani. Uczestniczył w każdym wernisażu, a na pokazach mody występował w charakterze modela prezentując swoją dostojność i zawadiacki sposób bycia, czym przyciągał uwagę publiczności.
Pewnego słonecznego październikowego dnia, gdy za oknem wiatr łagodnie zgarniał liście z koron drzew, Piernik wynurzył się ze swojego legowiska 
i powędrował mlaszcząc językiem do sypialni Tosi. Położył łapę na krawędzi łóżka 
i dostrzegł wystającą spod kołdry rękę, którą zaczął trącać nosem. Dziewczyna otworzyła oczy, wygramoliła się z pościeli i serdecznie ucałowała swojego pupila. Gdy zakładała na nogi puchate pantofle, spojrzała na ścianę. W przeszklonej ramce nad toaletką wisiało pięknie zdobione serce z piernika, które przypominało codziennie jego właścicielce o tym, że warto mieć marzenia i dawać serce innym.

Katarzyna Lepiarz
Fundacja

Sylwia usiadła z kubkiem pełnym parującej herbaty i włączyła laptopa. Wreszcie mogła odrobinę odetchnąć, zanim jej siostra się obudzi. Pierwsze dni po chemioterapii strasznie dają się wszystkim we znaki. Biedna Ewa wymiotuje i śpi na zmianę. Trzeba ją pilnować, żeby cokolwiek jadła i piła, a do łazienki podprowadzić, bo skarży się na zawroty głowy. Raz pot ją oblewa z gorąca, żeby za chwilę trzeba było okrywać ją kilkoma kocami. Najbardziej żal małego Alexa, który strasznie boi się o swoją mamę. Mocno przeżywa każde gorsze samopoczucie Ewci, jej wymioty. Bawiąc się w pobliżu, zawsze pierwszy biegnie i pyta czego jej potrzeba, kiedy tylko jego mama się przebudza. Kilka razy prosił, żeby pozwolić mu nie chodzić do zerówki. Wychodząc rano żegna się z nią, jakby miało jej już nie być po jego powrocie. Wtedy Sylwia też nie wytrzymuje i wylewa kilka ukradkowych łez. Żaden sześciolatek nie powinien doświadczyć tyle bólu, strachu, niepewności i innych przykrych emocji, co mały Alex.
– Ech… - westchnęła – Mam jeszcze godzinę zanim pani Bogusia przyprowadzi małego i niewiele więcej zanim Ewcia wstanie.
Chcąc odciągnąć myśli, od kolejnego roztrząsania ich sytuacji, zaczęła przeglądać strony w sieci. Przewinęła wiadomości, żeby wiedzieć co się wkoło dzieje, a potem przeczytała kilka artykułów. Zupełnym przypadkiem natrafiła na tę reklamę.
Fundacja „Serce z piernika”
 dla osób o dobrym sercu, z pokruszonym życiem
Sama nie wie dlaczego zapisała na karteczce numer telefonu oraz adres e-mail. Karteczkę schowała do kieszeni spodni, wyłączyła laptopa i poszła wyciągnąć wczorajszy obiad do odgrzania.


**

– Pani Magdo, może jednak zdecyduje się pani złożyć zawiadomienie? Założymy niebieską kartę i każda interwencja będzie w niej odnotowana. Pani mąż nie może czuć się bezkarny, niech w końcu odpowie za znęcanie. Przecież to pod okiem to nie pierwszy raz i nie wierzę, że znowu dziecko uderzyło panią zabawką, ani w szafkę też nie wierzę - dzielnicowy Kuszyński próbował przemówić pobitej kobiecie do rozsądku.
– Nie, nie. To nic. Pokrzyczy i pójdzie w końcu spać. Sąsiedzi niepotrzebnie dzwonią i zawracają panom głowę.
– A pomyślała pani co będzie, jak na dzieci też podniesie rękę?
Magda spuściła wzrok i nic nie odpowiedziała. Sama się tego bała, od kiedy tylko Krzysiek pierwszy raz ją uderzył. W zasadzie, za pierwszym razem tylko ją popchnął, a ona upadła, uderzając plecami o szafkę na buty. Na drugi dzień przyszedł z kwiatami i ulubioną czekoladą Magdy. Tak strasznie przepraszał, że nie chciał tego zrobić. Potem zaczął pić częściej. I zdecydowanie więcej. Pieniędzy było coraz mniej, a on robił się coraz bardziej nerwowy i agresywny. Zarzucał żonie niegospodarność i zaczął wydzielać drobne kwoty na zakupy oraz sprawdzać paragony. Któregoś dnia powiedziała mu, że pieniędzy jest mniej, dlatego, że on je przepija. To był jedyny raz, kiedy straciła przytomność. Kiedy się ocknęła, jego nie było w domu. Na podłodze było pełno szkieł z rozbitego wazonu, we włosach miała odłamki i zaschniętą krew. Pobiegła do pokoju dzieci, ale na szczęście twardo spały i nawet się nie poruszyły, odkąd zasnęły.
– Pani Magdo, na dołek jest zbyt pijany, a jeśli weźmiemy go na izbę, to będzie musiał za nią zapłacić - z zamyślenia wyrwał ją Kuszyński.
– Weźcie go, niech płaci. My i tak tych pieniędzy z dzieciakami nie zobaczymy, a jemu zostanie mniej do przepicia.
– Powiem pani, że to jest straszna kalkulacja. Tak nie może być na dłuższą metę. Dzieci coraz więcej widzą. Myślała pani nad tym? W końcu MOPS się tym zainteresuje i mogą dopatrywać się zaniedbań z pani strony. Co będzie, jeśli uznają, że nie zapewnia pani dzieciom bezpieczeństwa? Dopóki pani go kryje my mamy związane ręce, ale ja zapiszę pani numer do pewnej fundacji. Proszę do nich zadzwonić, chociaż porozmawiać. Oni pani pomogą, podpowiedzą co można zrobić, albo chociaż wysłuchają. Niech pani to zrobi dla dzieci.
– Dziękuję - popatrzyła chwilę na kartkę jednym okiem i schowała ją do kieszeni. Drugie zdążyło już zsinieć, a powieka spuchnąć.
– Proszę mi obiecać, że pani zadzwoni, pani Magdo - dzielnicowy chwycił ją za dłoń i czekał.
– Obiecuję - wyszeptała.
– Najlepiej zaraz po naszym wyjściu. Infolinia jest całą dobę, dzieci śpią, a jego zabieramy. Nikt pani nie będzie przeszkadzał w rozmowie.
Policjanci przeszli do pokoju i zajęli się powodem interwencji.
– Halo, budzimy się! Pan pojedzie z nami!
– Wstajemy! Ruchy, ruchy - włączył się drugi funkcjonariusz, który dopiero stawiał pierwsze kroki w policji. – Zero kontaktu z nim. Co teraz?
– No jak to co? Zbyt dobrze zbudowany to on nie jest. Pod ramię i sprowadzimy go do radiowozu.
Nastała cisza. Magda nie wiedziała co z nią zrobić. Zaparzyła sobie melisę, żeby się trochę uspokoić i lepiej spać. Usiadła na podłodze opierając się o grzejnik. W jednej ręce trzymała telefon, w drugiej kartkę od dzielnicowego. Piętnaście minut później, kiedy wreszcie się zdecydowała, usłyszała kobiecy głos.
– Fundacja „Serce z piernika”, chętnie wysłucham, a jeśli będę miała możliwość, równie chętnie pomogę.

**

Sylwia obudziła się zanim zadzwonił budzik. Nie było sensu przewracać się z boku na bok, więc wstała i włączyła ekspres. Zanim kuchnię wypełnił aromat świeżej kawy, zdążyła włączyć laptop i zalogować się na pocztę. Nalała sobie kawy do ulubionego kubka, wrzuciła dwie kostki cukru i zasiadła przy stole. Wyrzuciła do kosza kilka wiadomości z reklamami, kiedy jej wzrok przykuł e-mail, którego nadawcą była Fundacja „Serce z piernika”. Nie wierzyła, że odpisali, i to tak szybko. Nie mogąc się zdecydować, czy bardziej boi się, czy chce wiedzieć, co odpisali, załadowała wiadomość. Po chwili miała ochotę tańczyć z ulgi. Co prawda napisali, że Ewa musi wyrazić zgodę na zgłoszenie jej osoby do Fundacji, jednak obiecali pomoc w szukaniu dawcy szpiku. Nie ma gwarancji powodzenia, bo nikt takiej nie jest w stanie dać. Ale ta świadomość, że nie jesteśmy z tym sami, że ktoś z zewnątrz, kto wie, jak się za to zabrać, jest po naszej stronie, daje niesamowite wsparcie psychiczne.
– O, Ewuś, wstałaś już? Dlaczego nie wołałaś?
– Spokojnie siostrzyczko, dobrze się czuję. Idę siku, wezmę prysznic, ubiorę się. Chciałabym dzisiaj obudzić Alexa. Myślisz, że może się przestraszyć?
– Myślę, że się ucieszy - Sylwia uśmiechnęła się do siostry. Jak to dobrze widzieć ją w lepszej formie. Nawet jeśli jest ona chwilowa. – Jak zaniesiesz mu kakao do pokoju, to będzie spokojny, że nic złego się nie dzieje.
– Dobry pomysł - zerknęła na zegarek. – Mam dwadzieścia minut na ogarnięcie się.
– Masz pół godziny, a ja zrobię kakao i śniadanie.
– Kochana jesteś - Ewa przytuliła się do siostry. – Ja nie wiem jak ty to wszystko znosisz. Przeze mnie nie masz swojego życia, a na głowie masz moje dziecko i mnie.
– Nie zaczynaj. Przerabiałyśmy ten temat setki razy. Kocham cię i jesteś częścią mojego życia, a Alex jest moim chrześniakiem. Na sercowe podboje będę miała czas jak wyzdrowiejesz. Jeszcze zatańczycie na moim weselu. - parsknęła śmiechem. – Przecież ty dla mnie zrobiłabyś dokładnie to samo.
– Tu akurat masz rację. Zrobiłabym.
– Zmykaj do łazienki, a jak pani Bogusia weźmie Alexa, to chcę ci coś pokazać.

**

– Emilko, spakuj swoje ulubione zabawki, może jakieś puzzle i przygotuj misia.
– Dlaczego się wyplowadzamy? - zapytała trzylatka.
– Tak będzie lepiej córciu. Ale to tylko na jakiś czas.
– A tatuś z nami?
– Nie skarbie, tylko ty, ja i Kacperek.
– Aha, to ja idę po kololowanki jeszcze.
– Dobrze, idź - odprowadziła córeczkę wzrokiem. Po chwili zwróciła się do syna. – Kacperku, a ty chodź ze mną. Jeszcze spakujemy twoje rzeczy do zerówki. - postawiła kolejną torbę z ciuchami dzieci na przedpokoju.
Godzinę później Magda ostatni raz obeszła całe mieszkanie sprawdzając, czy o czymś nie zapomnieli. W drzwiach stanęła wolontariuszka z fundacji i pomogła znieść ich torby do samochodu, którym zawiozła podopiecznych pod dom Ewy. Sylwia powitała tymczasowych lokatorów już w ogrodzie, pomogła z bagażami i zaprosiła do środka.

**

– Pamiętasz jak zastanawiałam się, czy fundacja zwiększa moje szanse w jakikolwiek sposób?
– Mówiłam ci wtedy, że skoro jesteś ich podopieczną, to zrobią wszystko, co w ich mocy, żeby ci pomóc – Sylwia doskonale pamięta, jak wtedy przekonywała Ewę przez dobre piętnaście minut, że ta podjęła słuszną decyzję prosząc Fundację „Serce z piernika” o wsparcie.
– Miałaś rację. Jak już się biorą za pomoc, to na całego. Dla Magdy też robią ile mogą. A ja, w mojej sytuacji, muszę się łapać każdej szansy na… - nie zdążyła dokończyć.
– Przestań! - Sylwia podniosła głos. Nie chciała słuchać, co czeka jej ukochaną siostrę, jeśli dawca się nie znajdzie. – Powiedz lepiej, kiedy zadzwonimy do Marka, żeby mu o Magdzie i dzieciakach powiedzieć?
– Wieczorem na Skype porozmawiamy.

**

Święta spędzimy z Sylwią i Alexem. Chłopak jest dla Kacpra i Emilki jak starszy brat. To będą nasze pierwsze spokojne święta, przy stole pełnym jedzenia i z prezentami pod choinką. Wiem, bo Ewa, zanim poczuła się gorzej i trafiła do szpitala, zapytała wprost z czego dzieci się ucieszą. Tak dobrze się u nich czuję, a dzieci są weselsze i nie boją się wieczorów. Kacperek przestał moczyć się w nocy. Teraz widzę, jak źle było. Nie broniłam własnych dzieci, tak jak matka powinna. Wszystko się zmieni. Dzięki ludziom takim, jak ta rodzina i dzięki fundacji. Po świętach idę do pracy, którą załatwiła dla mnie Sylwia. Fundacja wystarała się o nakaz na przymusowe leczenie dla Krzyśka, jak tylko zwolni się miejsce w ośrodku. Czekamy na termin rozprawy o przyznanie alimentów i ich wypłatę z Funduszu Alimentacyjnego. Stanę na nogi, jestem to winna dzieciakom. Krzysiek pójdzie na leczenie, a my wrócimy do naszego mieszkania zacząć nowe, lepsze życie. Do tego czasu możemy mieszkać u Ewy. Jakie to szczęście, że Ania z fundacji właśnie ją zapytała, czy nie słyszeli o niedrogim lokum dla ich podopiecznej z dwójką dzieci. Zaproponowała dwa pokoje i łazienkę na piętrze swojego domu oraz wspólną kuchnię. Fundacja chciała pokryć koszty naszego utrzymania, do czasu, kiedy nie zacznę sobie radzić. Ewa nawet nie chciała o tym słyszeć. Powiedziała, że chociaż w ten sposób może odwdzięczyć się fundacji za ich zaangażowanie w poszukiwania dawcy. Już tyle festynów i pikników zorganizowali, na których ludzie rejestrują się w bazie. Sylwia mówi, że jej siostra jest wyraźnie spokojniejsza, odkąd stała się ich podopieczną. Ja też odzyskuję spokój ducha. Czuję się silna i wiem, że będzie już tylko lepiej.

**

Wigilia minęła wszystkim przyjemnie i spokojnie. Nikt nie poruszał tematu pogorszenia się stanu zdrowia Ewy i jej pobytu w szpitalu, ale czuć było smutek z powodu jej nieobecności. Po skończonej wieczerzy przyszła chwila, na którą czeka każde dziecko, z wyłączeniem Alexa.
– Po co mam je otwierać? Tam będą zabawki, słodycze, ale w żadnym nie będzie zdrowia dla mamusi. Niech Kacperek i Emilka sobie je wezmą, bo tak strasznie się cieszą. Wiesz, że u nich jeszcze nigdy nie było prezentów pod choinką? Czyżby Aniołek nie miał ich adresu, czy byli aż tak niegrzeczni? Przecież ja też czasami jestem niegrzeczny, a i tak do mnie przychodzi.
Sylwia nie zdążyła odpowiedzieć na trudne pytanie chłopca. Donośny głos, który usłyszeli, przerwał smutną rozmowę.
– Dobry wieczór! Jest tu ktoś? - mężczyzna zawołał od progu domu.
– Tata?! - krzyczy zdziwiony Alex.
– Marek? - z salonu do korytarza wychyla się Sylwia.
– We własnej osobie - uśmiecha się do syna stojącego za ciocią.
– Tata! - Alex biegnie i pada w ramiona taty. – A wiesz, że mamy gości? Mieszkają u nas.
– Tak? - Marek patrzy pytającym wzrokiem na szwagierkę.
– Tak, Magda jest podopieczną tej samej fundacji co Ewa. To długa historia i raczej nie dla dziecięcych uszu. Tyle się działo ostatnio, i jeszcze te problemy z połączeniem na Skype, że nie było jak cię uprzedzić. Powiedz lepiej jakim cudem ty tutaj jesteś? Dlaczego nie dzwoniłeś? Jak dotarłeś z lotniska?
– Spokojnie szwagierka, mniej pytań naraz. Mógłbym najpierw dostać coś ciepłego do picia? Znajdzie się miejsce dla mnie?
– Tak, jasne. - Sylwia uśmiechnęła się do niego. – Przepraszam, zaskoczyłeś nas. Już idę nastawić wodę.
– Chodź tatusiu, jest miejsce przy stole dla ciebie.
– To my pójdziemy na górę, do pokoju - powiedziała Magda, zaraz po przywitaniu się z Markiem. – Dzieciaki zbierajcie swoje rzeczy, nie będziemy przeszkadzać.
– Ależ nie ma takiej potrzeby pani Magdo – gestem zachęcił ją, aby usiadła z powrotem. Zerknął na dzieci, żeby je też zatrzymać, ale one zdawały się nie słyszeć wołania mamy.
Marek chciał o coś zapytać, kiedy zadzwonił jego telefon.
– Ewuś, co tam kochanie?
Sylwia i Alex nadstawili uszu. Nie mogli słyszeć głosu kobiety, ale chcieli coś rozszyfrować po słowach mężczyzny.
– Dotarłem. Zrobiłem im chyba niezłą niespodziankę, bo twoja siostrzyczka zasypała mnie lawiną pytań - zaśmiał się.
Krótka chwila ciszy, a potem słowa, które wprawiają wszystkich w osłupienie.
– Będziemy za pół godziny. Coś ci przywieźć?
Szybka odpowiedź po drugiej stronie.
– Pa, kochanie. Zaraz się widzimy - kończy rozmowę i zwraca się do syna i szwagierki. – Zbierajcie się, jedziemy do szpitala.
– Jak to? Teraz? - kobieta boi się zapytać dlaczego.
– Tatusiu, czy coś się stało mamusi?
– Nie kochanie, mamusia chce nas po prostu zobaczyć. Jest wigilia, mama spędzi święta sama i chce się z nami połamać opłatkiem. Czy to takie dziwne? - Marek zadał pytanie synkowi, chociaż jemu samemu ta nagła prośba żony o odwiedziny również wydaje się podejrzana.
– Nie tatusiu, nie jest dziwne. Mamusia nas kocha i chce nam to powiedzieć. Czy mogę zabrać ze sobą jej prezent spod choinki? I jeszcze piernikowe serduszko, które na niej wisi? Robiłem razem z Kacperkiem, a Emilka nam pomagała. Mamusia musi spróbować.
– Oczywiście synku, tylko szybciutko.

**

– Mam dla was dwie wiadomości - zaczęła Ewa krótko po powitaniu. Wiedziała, że lekarz nie pozwoli gościom zostać w sali przez długi czas.
– Niech zgadnę: jedną dobrą, drugą złą? - wtrąciła się Sylwia.
– Zła jest taka, że nie będzie mnie w domu znacznie dłużej, niż wszyscy myśleliśmy. Nie przerywajcie mi, proszę - przeszkodziła mężowi, bo widziała, że chce zapytać co się dzieje. – Dobra wiadomość jest taka, że Fundacja znalazła dawcę szpiku dla mnie. Od jutra zaczynają badania, a potem napromieniowanie i będą podawać mi leki cytotoksyczne. Muszą zniszczyć mój szpik i komórki rakowe, zanim podadzą szpik dawcy. Oszczędzę wam szczegółów, ale jest nadzieja.
– Mamusiu, ale ja będę tęsknił za tobą - Alex przywarł całym sobą do chorej.
– Wiem syneczku, ja też. Za tobą najbardziej. Ale pomyśl tylko, jak już wrócę, to całkiem możliwe, że będę prawie zdrowa - bardzo chciała, żeby synek nie bał się tak długiej rozłąki.
– Naprawdę będziesz zdrowa? Bardzo bym chciał. Wiesz, że nie otwarłem prezentów, bo myślałem, że w żadnym nie ma zdrowia dla ciebie, a jednak było. Dałem je Emilce i Kacperkowi, oni otwarli i musiało być w jednym z nich - szczerze w to wierzył. Marek z Sylwią nie mogli nic powiedzieć. W gardłach dławiły ich łzy ulgi oraz nadziei. Podeszli do łóżka i równocześnie chwycili Ewę za obie dłonie.
– Naprawdę, ale nie tak od razu. - uprzedziła Alexa. – Dziękuję synku.
– Za co? - zapytał zdziwiony.
– Jestem dumna, że zamiast o coś dla siebie, prosiłeś o zdrowie dla mnie - cmoknęła go w czoło.
– Bo to najlepszy prezent pod choinkę - odpowiedział z przekonaniem chłopiec.

** Rok później **

W tym roku przy wigilijnym stole zgromadziło się więcej osób, niż podczas poprzednich świąt.
Ewa, po długim pobycie w szpitalu, jest wreszcie taką mamą i żoną, jaką chciała być. Nadal jest pod opieką lekarzy, przyjmuje leki, ale najgorsze minęło. Alex pomału zapomina o strachu, jaki towarzyszył mu przy wyjściach do szkoły. Częściej bawi się nie mając mamy w zasięgu wzroku, chętniej wychodzi do ogródka bez niej. Marek wrócił do domu, znalazł świetną pracę w sąsiedniej gminie. Pół godziny jazdy samochodem w jedną stronę.
Sylwia poleciała do Włoch i przejęła posadę szwagra. W wolnym czasie dużo zwiedza i poznaje nowych ludzi. Do wyjazdu namówiła ją Ewa, która chciała zrekompensować siostrze długą opiekę nad sobą i Alexem. Na święta przyleciała z włoską przyjaciółką i jej narzeczonym, do których niedawno się przeprowadziła z motelu pracowniczego.
Magda przyszła z dzieciakami i mężem, który po leczeniu odwykowym wziął się za siebie. Podjął pracę, alimenty płaci sam, a oprócz nich większą część wypłaty oddaje w ręce żony. Sąd, po wyjściu Krzyśka z ośrodka zamkniętego, wysłał ich na mediację. Ustalili na niej, że Krzysiek sam wymelduje się z ich mieszkania i będzie mógł tam mieszkać, tylko jeśli nie będzie pił, ani zachowywał się agresywnie. Podczas pisania wypracowań na leczeniu zamkniętym, zrozumiał, że ogromnie ranił rodzinę. Nigdy nie wybaczy sobie, że podniósł rękę na swoją ukochaną, ale robi wszystko, żeby jej to wynagrodzić. Oprócz cotygodniowych spotkań AA, z których rozlicza się przed kuratorem, uczestniczy jeszcze w programie terapeutycznym dla osób stosujących przemoc.
Przy wspólnym stole zasiadła również pani Bogusia, która babcią stała się nie tylko dla Alexa, ale również Kacpra i Emilki. Kilka miesięcy wcześniej zmarł jej mąż i gasła w oczach, mieszkając w pustym domu. Po długich namowach, ku wielkiej radości Alexa, wprowadziła się do Ewy i Marka. Swój dom wynajęła, a pieniądze, które uzyskuje, odkłada na lepszy start w dorosłość trójki swoich przyszywanych wnuków.
Fundacja sprawiła, że ci ludzie widzą swoją przyszłość w jasnych barwach. Oni sami natomiast stali się sobie bliscy jak rodzina. Wszystko dzięki wzajemnemu wsparciu i wspólnemu pokonywaniu przeciwności.

Monika Szostak
Serce w rozsypce

Grudzień to dla większości ludzi na świecie czas magiczny i sentymentalny. Dekoracje świąteczne pojawiają się na sklepowych półkach niemal po sprzedaniu ostatniego znicza. Wszystkie stacje radiowe prześcigają się w repertuarze świątecznym. Po raz kolejny słysząc znajome, kolędy, pastorałki i inne nastrojowe utwory ludzie zastanawiają się nad zakupem prezentów i podarków. Zbliża się czas, kiedy to Kevin zagości w wielu domach przypominając, kolejny raz, swoją historię. Społeczeństwo oczywiście podzieli się na dwa obozy – ten za i ten przeciw. 
Dwudziestoletnia mieszkanka małej łódzkiej kamienicy jest jakby poza tym wszystkim. Czas świątecznej gorączki jej nie dotyczy. Nie dlatego, że nie padła jeszcze ofiarą komercji. Ona czuła się, boleśnie, wyrwana z tej rzeczywistości i odstawiona na boczny tor życia. Ktoś stwierdzi, że zawsze może wrócić. Tak. Jednak ten powrót jest czasem bardzo bolesny i niepewny. Niepewny ze względu na czyhające z każdej strony niewiadome. 
Jej świat już dawno się skończył. Skończył się czas błahych problemów, myślenia o niczym. Te czasy zostały głęboko zagrzebane. Patrząc teraz na cichnącą ulicę Piotrkowską zastanawia się, ile jeszcze musi znieść, by to wszystko się skończyło?
- Czy możesz wreszcie przestać bujać w obłokach i zgasić światło?! – warknęła ze złością w głosie Józefina. Ciężka drewniana laska z hukiem uderzyła o podłogę. – Bezczelne dziewuszysko – dodała, zamykając z hukiem stare dębowe drzwi. Jeszcze przez chwilę zastanawiała się jaka mogła być staruszka, kiedy była w jej wieku. Czy miała jakieś marzenia? A może w jej sercu tliło się uczucie do jakiegoś młodzieńca? Nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Bo, jak tu wyobrazić sobie kogoś, kto każdego dnia tylko narzeka i krzyczy? Jedyne, co do niej pasuje to ubiór. Czerń uwydatnia nie tylko srebro jej włosów, ale i charakter – czarny, przygnębiający i pozbawiony choćby jednego ciepłego słowa. Józefina każdego dnia zabijała w niej resztki optymizmu, którego kiedyś przecież miała tak dużo.
Zawsze tryskała nadzieją i wiarą w drugiego człowieka. Każdy powtarzał jej, że musi go gdzieś kupować, gdyż niemożliwe jest, by miała tyle pokładów optymizmu i wiary. Tak, miała takie miejsce, gdzie „ładowała akumulatory”. Wówczas nawet Józefina wydawała się lepsza. Ale to wszystko przeszłość. Nic już nie jest takie samo i nie będzie.
- Aniela! – usłyszała głośny, jak na staruszkę krzyk. To jedno słowo jej wystarczyło. Podniosła się, zgasiła światło i powędrowała do łóżka. Wiedziała, co niebawem nastąpi. Tak bardzo, codziennie, się przed tym broniła. Niestety w końcu zmęczenie nie pozwalało jej dłużej się bronić. Sen przychodził prawie w chwili przyłożenia głowy do poduszki. Zamiast odpocząć przechodziła prawdziwy koszmar. Sen nie przynosił ukojenia. Każdej nocy przezywała to samo. 
Znowu stawała się księżniczką na zamku. Byłą beztroska i niczym nie musiała się przejmować. Wszyscy spełniali jej zachcianki. Rodzice byli prawdziwą opoką dla swojej księżniczki. Ona natomiast nie stała się krnąbrna i egoistyczna. Dzieliła się tym, co otrzymywała ze wszystkimi. Robin Hood w spódnicy, można powiedzieć. Jak przystało na księżniczkę znalazła swojego księcia. Był idealny. Piękny, młody, szlachetny i rycerski. Euforia w jakiej się znajdowała nie miała granic. Myślała, że ma wszystko, kiedy miała – miłość.
Miłość to sześć liter. Każda z nich jest w stanie zadać tyle samo bólu, co nóż w czasie morderstwa. Gdyby tylko mogła cofnąć czas. Na pewno by to zrobiła. Tymczasem znowu obudziła się zalana potem. Wspomnienia kolejny raz wróciły. Kolejny raz zobaczyła przed oczyma jego twarz. Tą zadowoloną z siebie minę człowieka, który zniszczył jej całe życie.
- A ty znowu marzysz? – usłyszała głos staruszki. – Jak tak dalej pójdzie to znowu nie zdasz! Do jakich czasów przyszło mi dożyć! Kiedyś było nie do pomyślenia, żeby dziewucha nie zdała z klasy do klasy. Ależ cię wychowali!
- Ciociu! Niech już ciocia nie zaczyna – odparła groźnie.
- Pewnie, jeszcze głos na mnie podnosi! – zdenerwowała się jeszcze bardziej. – Jesteś teraz na moim utrzymaniu i nie będziesz się tak do mnie zwracać! Albo nabierzesz ogłady, albo fora ze dwora! – rzekła i odeszła, uderzając głośno laską o drewnianą podłogę. – Bezczelne dziewuszysko – dodała na odchodne. 
Anieli nie pozostało nic innego, jak ubrać się i powędrować do szkoły. Znała tu każdy zakamarek. Wiedziała dokładnie, gdzie i kiedy może być sama. Nie szukała już towarzystwa nikogo. W klasie nazywali ją dziwakiem, odmieńcem. Nie chcieli też za bardzo z nią utrzymywać kontaktu, ponieważ po pierwsze była tu nowa, a po drugie nie zdała – a z takimi nie utrzymuje się znajomości. Odkąd zamieszkała w Łodzi nie miała znajomych. Z resztą ci z Cieszyna też nie interesowali się tym, co się z nią dzieje. Nawet jeśli byłoby inaczej Aniela nie chciałaby mieć z nimi nic wspólnego. Bo i po co? Jaki jest sen posiadania papierowych przyjaciół? Osób, które są tylko  wypłowiałą listą tego, co kiedyś było zalążkiem znajomości? Aniela nie potrafiła tak. Była osoba, która jeśli się w coś angażowała to robiła to całą sobą. Kiedyś taka była.
Teraz przemierzała szkolny korytarz z zamiarem wejścia do klasy matematycznej. Tego dnia zaczynała dzień sprawdzianem z tego przedmiotu. Nie bała się. Miała ten materiał opanowany bardzo dobrze. Wbrew pozorom lubiła się uczyć. To dodawało jej siły i dobrego samopoczucia – jeśli o takim można w jej przypadku mówić. 
- Ej, Aniela? Dasz ściągnąć? – usłyszała głos klasowego lidera Tomka. Na sam dźwięk jego głosu skuliła się jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Nie mogła na to nic poradzić. Strach, który był jej nieustannym towarzyszem zrobił swoje. Wzrok wbiła głęboko w ławkę, jakby to był jej pancerz, chroniący przed złem całego świata. 
- Zostawcie ją! Nie widzicie, że dziewczyna ma gorszy dzień? – broniła ją Klara. Jedyna osoba w tej klasie, która od samego początku była jej przychylna. Czasem rozmawiały. Raz nawet razem poszły na lody na Piotrkowską.
- Ta, jak zawsze – prychnął Tomek.
Do końca dnia nikt z klasy nie zamienił z nią ani słowa. Poza Klarą oczywiście. Dziewczyna była obok, jednak nie narzucała się. Jak zwykle po lekcjach zaproponowała wypad do kawiarni. Aniela już miała odmówić, jednak wcale nie miała ochoty wracać do mieszkania ciotki. Pozwoliła sobie na chwilę zapomnienia i nieśmiałym skinieniem głowy zgodziła się na zaproszenie koleżanki. Wspólnie wybrały Mądrą Sowę. O tej porze mogły liczyć na pyszne sałatki i ciasta.
- Zobacz, jaki piękny dzień mamy – entuzjazmowała się Klara, kiedy znalazły się w pobliskim parku. Rzeczywiście było ładnie. Pogoda zupełnie nie przypominała grudniowego popołudnia. Słońce ogrzewało ich twarze. Nagle zdarzyło się coś, czego chyba żadna z nich nie mogłaby przewidzieć. Na ich drodze stanął, a raczej wtargnął, ogromny pies. Aniela struchlała. Przestraszyła się bestii, która biegła wprost na nią. Nie słyszała wołania koleżanki. Nie słyszała nic. Czuła jedynie ciężar potwora, który właśnie powalił ją na ziemię. W chwili, kiedy myślała, że za chwilę niechybnie odgryzie jej pół twarzy pies zaczął ją lizać, po policzku, czole nosie. 
- Przestań! – wołała przez śmiech. Dawno nie słyszała tego dźwięku. Przez chwilę nawet przestraszyła się tego dźwięku. – Przestań potworze, jesteś ciężki! – Niestety zwierzę nie słuchało. Sytuacja ta musiała bardzo komicznie wyglądać. Ogromny, brązowy pies pochylony nad czymś i merdający przy tym zamaszyście ogonem. Do tego spod niego wystawały dwie nogi, a ręce które ledwo było widać wydawały z siebie głosy i śmiały się na zmianę.
- Saba złaź! – usłyszała nagle. O dziwo bestia grzecznie posłuchała komendy wydanej przez tajemniczy głos. Aniela potrzebowała chwili na ponowną ocenę sytuacji. Była cała w psiej ślinie. Jej włosy uwolniły się spod uścisku gumki. Cieszyła się, że nie ma pod ręką lusterka, bo na pewno wyglądała, nie tylko jak trzy, ale jak cztery nieszczęścia. – Nic ci się nie stało? – usłyszała ponownie. – Saba to dobry i spokojny pies. Nigdy wcześniej tak się nie zachowywała. – Tłumaczył. W tym samym momencie wyciągnął do niej dłoń, by pomóc jej wstać. Instynktownie wyciągnęła ją i chwyciła. I może to był błąd? Poczuła, jakby trafił ją piorun. Nigdy wcześniej nie spotkała się z tym, by uścisk dłoni mógł tak razić. Poczuła tak dziwne mrowienie. Rozchodziło się ono po całym ciele dziewczyny. Przez chwilę zapomniała nawet o tym, że od roku nie pozwalała sobie nawet spojrzeć na chłopaka, a co dopiero dotykać go, a co gorsze uścisnąć jego dłoń. W tym jednak momencie, jakby czas stanął w miejscu. – Wszystko w porządku? – spytał ponownie.
- Tak – odpowiedziała, po czym oblała się rumieńcem. Dawna Aniela powróciła. – Muszę już iść, przepraszam. 
Nie zwracała uwagi na okrzyki dwójki ludzi, którzy ją wołali. Odwróciła się i odeszła. Znowu okokoniła się w lęk, strach i odosobnienie. Kiedy zaczęła analizować tą sytuację na spokojnie okazało się, że jest jeszcze w stanie się śmiać. Przez chwilę poczuła, jakby była dla niej jeszcze nadzieja. Nadzieja na odwrócenie losu. Ale czy można odwrócić bieg rzeki? Albo czy grab może być brzozą, a brzoza grabem? Sama zaśmiała się z tej niedorzeczności.
Z nadzieją jest, jak z pękniętą tamą na rzece. Kiedy już zostanie w niej zrobiona choćby mała luka, zaczyna się sączyć, aż w końcu pęknie i tryska z całą siłą.
Kruche serce
Stała przed jedną ze sklepowych witryn. Pierwsza szopka Bożonarodzeniowa już zobaczyła światło dzienne. Ten widok zawsze chwytał ją za serce. Mimo, że zawzięcie usiłuje się od tego odizolować. Szopka zawsze przywołuje wspomnienie rodziców. Jeszcze pamięta, jakim szacunkiem się darzyli. Zawsze chciała stworzyć kiedyś taki sam związek. Niestety to dla niej już tak odległa przeszłość.  Dzisiaj mieszka razem z ciotką Józefiną i nie ma szans na nawet gram szczęśliwego związku.
Henryk i Hania Brzezińscy byli i pozostaną dla niej wzorem. Zawsze będzie pamiętać ich i te szczęśliwe czasy, które tak boleśnie zostały jej wyrwane. Decyzja podjęta przez rodziców uświadomiła jej, że nie wszystko jest tak piękne. Dowiedziała się, jak bardzo kruche jest jej serce. Dowiedziała się, jak zwykły przypadek jest w stanie odmienić tyle ludzkich historii. W jednym dniu wszystko straciło sens. 
Ale jak to bywa w życiu. Tragedia goni tragedię. Aniela wie o tym aż za dobrze. Tajemnica, którą nosi w sercu każdego dnia rani ją do żywego. Nie pozwala zapomnieć. Nie może przeżyć żałoby po rodzicach we właściwy sposób. Ciągle żywa rana zabija ją od środka. 
Nagle poczuła, jak coś silnego opiera się o nią. Wiedziała co to.
- A ty znowu tu? – powiedziała do zwierzęcia. – Ale chyba tym razem nie zamierzasz mnie przewrócić, co? – Mogłaby patrzeć w te oczy całymi dniami. Ten pies był po prostu przepiękny. 
- Saba? Znowu? – usłyszała głos właściciela psa. – Przepraszam za nią. Nie wiem, co się jej stało. Nigdy tak się nie zachowywała. – Aniela ponownie zamknęła się w sobie. Czasem miała dość samej siebie. Niestety ten paniczny lęk był silniejszy. Dziewczyna nie potrafiła zapomnieć. – Chyba nie jestem tak uroczy, jak ona? – spytał ponownie. W chłopaku było coś, co nie dawało jej spokoju. Jednak on był chłopakiem. To go wykluczało. – Rozumiem, że nie lubisz rozmawiać? Twoja koleżanka mi tak powiedziała- - wyjaśnił widząc zdziwienie, malujące się na jej twarzy.
- To nie zupełnie tak – powiedziała niemal półgłosem. – Nie chcę… Nie umiem – zdenerwowanie wygrało. Spojrzała na niego przepraszająco i już chciała odejść, kiedy wręczył jej karteczkę i odszedł wraz z psem. Ona natomiast przeczytała zawartość karteczki. 
Gdybyś czasem chciała pomilczeć każdego dnia jestem na spacerze z Sabą w parku w którym napadła na Ciebie.  Nic nie musisz mówić, aż poczujesz się bezpiecznie. Gabriel.
Nie wiedziała, co ma z tym zrobić. Z jednej strony bardzo chciała zaznać normalności, którą tak brutalnie jej zabrano. Jednak bała się, że znowu zostanie zraniona. A przecież poprzednie rany nadal krwawią. Jednocześnie czuła się jak ćma latająca koło rozżarzonej lampy. Wiedziała, że się sparzy, a jednak ciągnęło ją do tego światła. Gdzieś w sercu tliła się nadzieja, że jeszcze kiedyś wyjdzie na prostą. Chciała czuć się bezpiecznie. Tak naprawdę i w pełni. Ale czy to jest możliwe, aby ten lęk ją opuścił?
- No i gdzie żeś była? – napadła ją od samego progu ciotka Józefina.
- Z koleżanką poszłyśmy pooglądać wystawy świąteczne.
- No tak. Na oglądanie to ma czas, a na naukę nie. W domu też nic nie robi!
- Mam najlepsze oceny w klasie – odparła sucho. – W czym mam ciociu pomóc skoro niczego tu dotknąć nie mogę? Pewnie myślisz, że wszystko zniszczę? Tak, jak życie moich rodziców? Pewnie masz rację – to mówiąc poszła do pokoju, który zajmowała od roku. Nie zmieniła tu nic i nic nie dodała. Wegetowała każdego dnia. Odrabiała lekcje, przygotowywała się do matury i cierpiała. Była złamana. Nie mylić z załamana. Złamana przez los. Ten przewrotny podły los zadrwił z niej w najgorszy z możliwych sposobów. 
•••
Następne dni wcale nie były dla niej lepsze. Ciocia na każdym kroku pokazywała jej, jak bardzo… No właśnie co? Dlaczego jedyna krewna tak bardzo jej nie lubiła? Nie umiała odpowiedzieć na to pytanie. W szkole było, jak zwykle. Klasa nie zwracała na nią uwagi. Jedynie Klara trwała w pobliżu. Dziwiła się jej. Ona chyba nie potrafiłaby być blisko kogoś tak dziwnego.
- Dlaczego to robisz? Spytała pewnego dnia, kiedy razem siedziały w kawiarni.
- Co takiego?
- Dlaczego się ze mną zadajesz? Przecież ja nic z siebie nie daję.
- Wiesz nie chodzi o to, by brać. Czasem trzeba coś z siebie dać. Widzę, że coś cię dręczy. Jesteś… czymś zblokowana.
- Dobrze to ujęłaś - powiedziała po chwili. – Nie umiem się odnaleźć. To z resztą widać.
- Musiałaś nieźle oberwać po skórze. Jakbyś kiedyś chciała się komuś wyżalić, to pamiętaj…
- Pamiętam – skończyła za nią. W głębi duszy bardzo chciała wyrzucić z siebie wszystko, dosłownie wszystko. Niestety była w towarzystwie lęku, a on nie pozwalał jej na nic więcej.
- O zobacz to ten pies, Saba.  – Przed szybą siedziała Saba. Wpatrywała się w nią swoimi wielkimi oczami. Dziewczyna czuła, jak serce zaczyna jej mięknąć. Teraz rozumiała, co to jest dogoterapia. Sytuacja stała się niebezpieczna, kiedy pies niemal skoczył na szybę. Dziewczyna nie chcąc zwracać na siebie uwagi poprosiła koleżankę, by wyszły razem na zewnątrz. Saba od razu do niej podbiegła. Dziewczyny przywitały się z nią i bez zastanowienia postanowiły odprowadzić ją do parku, w którym miał znajdować się jej właściciel. Gabriel wyglądał na zdenerwowanego. Wyraźnie martwił się o psa.
- Szukasz kogoś? – spytała.
- Ten pies mnie wykończy. Ucieka i za każdym razem…
- Znajduje mnie – powiedziała, klękając i patrząc psu prosto w oczy. Ten oczywiście wykorzystał okazję i obdarzył dziewczynę ogromnym i siarczystym liźnięciem. Aniela nie potrafiła ukryć śmiechu. Saba byłą dla niej najlepszym lekarstwem.
Gabriel natomiast usiadł razem z Klarą na ławce i z daleka przyglądał się całej sytuacji. Widział, że dziewczynę coś męczy. Był w stanie dać uciąć sobie rękę, że maczał w tym palce jakiś chłopak, którego znała wcześniej. Ktoś musiał ją bardzo skrzywdzić. 
Po upływie kilku minut Aniela wstała i przysiadła się do chłopaka. Jak za dotknięciem magicznej różdżki cała się spięła. Chciała jednak podjąć próbę walki. Może uda się jej coś zmienić? Może choć w małym stopniu rozgoni własne lęki?
- Ona chyba idealnie mnie wyczuwa. Pytanie tylko dlaczego?
- Saba to wspaniały pies. Jednak przeszła w życiu wiele. Poprzedni właściciel znęcał się nad nią aż trafiła do schroniska prawie wycieńczona. Tam ją zobaczyłem i od razu zabrałem do domu. Rodzice przeżyli szok na jej widok. – Dziewczyna otarła łzę, spływającą po jej policzku i powiedziała w zamyśle:
- Ciągnie swój do swego. 
- A twoja historia? – spytała delikatnie Klara.
- Jest bardzo podobna. Moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Ja ledwo uszłam z życiem. Jechaliśmy do szpitala.
- Przykro mi, naprawdę. – Powiedział, ale Aniela zdawała się go nie słyszeć. Ona była w Cieszynie. 
- Droga była bardzo śliska. Tato jechał bardzo wolno. Usiłował opanować zdenerwowanie. Mama siedziała ze mną na tylnym siedzeniu i błagała żebym nie zasypiała. Dlaczego oni mnie wtedy uratowali? – Saba momentalnie znalazła się obok niej. Oparła głowę o jej kolana i pisnęła smutno. Aniela zaczęła ją głaskać, tym samym dodając sobie odwagi. – Ja wtedy chciałam popełnić samobójstwo. – Słyszała, jak koleżanka wciąga powietrze i usiłuje powstrzymać łzy. Gabriel natomiast pojrzał jej prosto w oczy. Bez głośnie powiedział jej te same słowa, które wypisał kilka dni wcześniej na kartce: Czuj się bezpiecznie. W tamtej chwili tak właśnie się czuła. Nie powiedziała już więcej nic. Wiedziała jednak jedno. Było jej o wiele lżej. Zupełnie obcy chłopak i koleżanka z klasy dali jej więcej niż specjaliści, do których chodziła zaraz po przyjeździe do ciotki. 
Tego dnia czuła tak niewyobrażalny spokój, że nic już nie było w stanie jej wyprowadzić z równowagi. Wróciła do domu, przywitała się z ciocią i zamiast powędrować od razu do pokoju weszła do kuchni i zaparzyła im obu po filiżance herbaty owocowej. Dawniej po powrocie ze szkoły siadała razem z mamą w kuchni i rozmawiały o ich całym dniu.
Serce z piernika
- A co to? Kosmici ją podmienili, czy co? – spytała zdziwiona ciotka, wchodząc do kuchni i widząc dwie parujące filiżanki i siostrzenicę siedzącą spokojnie przy stole.
- Nie. To moje serce skruszało – odpowiedziała pewnie.
- Cóż za głupoty opowiada? – zdziwiła się Józefina. – Czy ty na pewno dobrze się czujesz? – Kobieta nie była przyzwyczajona do takich zwrotów akcji. Latami mieszkała sama. Nagle przyszło jej mieszkać z dorosłą kobietą, która u progu dorosłości dostała od życia mocno w kość. Chyba nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo.
- Wszystko w porządku ciociu. Dzisiaj pierwszy raz poczułam, że jeszcze wszystko może się ułożyć. Czy zechciałabyś ze mną zrobić ciasto na pierniki? Do świąt zdążyłyby jeszcze poleżeć. Co ty na to? – Kobieta wstała i wyciągnęła niezbędne produkty. Jak przyszło na kobietę z charakterem nie obyło się bez jej docinek i przytyków, jednak Aniela wiedziała, i czuła, że mają one już inną barwę. Wiedziała, że to Boże Narodzenie będzie już zupełnie inne. Jednak budowa nowego fundamentu ruszyła i to za sprawą ogromnego, czarnookiego psa. Saba rozpoczęła w niej proces gojenia ran.
Jak to bywa z piernikami – lubią długo dojrzewać, a kiedy już są gotowe do spożycia znikają momentalnie. I tak było tym razem. Co prawda nie obyło się bez łez i wspomnień zeszłego roku, jednak Aniela po raz pierwszy poczuła chęć życia. Dzień przed Wigilią wręczyła Klarze, Gabrielowi i Sabie, rzecz jasna, mały pakunek wypełniony po brzegi piernikami. Nie musiała im niczego wyjaśniać. Zawarli jakby nie pisany pakt przyjaźni, która miała ich zespolić na kolejne lata.
•••
Blisko rok później Aniela przeszła przemianę. Zmieniła się nie tylko zewnętrznie, ale i wewnętrznie. Była o wiele weselsza. Razem z Klarą wybrały studia na tej samej łódzkiej uczelni. Mimo dzielącego je roku różnicy dziewczyny dogadywały się idealnie. Mogły powiedzieć, że są bardzo dobrymi przyjaciółkami, jak nie najlepszymi.
Gabriel natomiast nie chciał jedynie przyjaźni. Aniela widziała jego starania. Nie chciał jej urazić, ale coraz częściej zmniejszał dzielący ich dystans. Siadał bliżej niej, bądź, niby niechcący, dotykał jej dłoni. Aniela w głębi ducha nie pozostawała obojętna. Natomiast bała się, że koszmar, który przezywała wróci na nowo. Bała się. 
- Jesteś dzisiaj jakaś milcząca – powiedział chłopak, kiedy byli na spacerze z Sabą w parku. – Stało się coś?
- Dzisiaj jest druga rocznica tego, co spowodowało moją próbę…
- Nie musisz, jeśli nie chcesz.
- Marcela poznałam w szkole. Był jednym z najprzystojniejszych chłopaków. Wiele dziewczyn było w nim zakochanych. W tym ja. Nie mogłam uwierzyć, że zwrócił na mnie uwagę. A jednak. Wierzyłam w każde jego słowo. Czułam się jak księżniczka. Myślałam, że poznałam swojego księcia i będziemy razem żyć długo i szczęśliwie. Jednak później okazało się, że on… Założył się z kolegami, że mnie uwiedzie, wykorzysta i porzuci. Tylko problem w tym, że kiedy już nadarzyła się ku temu okazja ja nie chciałam. Miałam inne zasady. On się tak bardzo zdenerwował. Uderzył mnie raz, drugi, trzeci. Był silniejszy rozumiesz? – Nie mogła więcej nic powiedzieć. Szloch, który wydobył się z jej piersi był pełen bólu, cierpienia i goryczy. Największy sekret, który ukrywała przez tak długi czas wyszedł wreszcie na jaw. Kamień, który ciągnął się za nią tyle czasu wreszcie odpadł. W ramionach Gabriela znalazła ukojenie i bezpieczeństwo, o którym pisał jej w kartce, którą wręczył jej rok wcześniej. Nie musiała mu nic mówić i wreszcie czuła się w pełni bezpiecznie. 
Może nie była jeszcze zupełnie gotowa na miłość, jednak kolejna cegła na nowo wybudowanym fundamencie jej życia została położona. Może wspólną pracą i staraniami uda się im wybudować coś pięknego, trwałego i solidnego? To pokaże czas, który mają i zamierzają wykorzystać.

Andrzej Michał 
 „WARSAW 2017”


Zapraszam Cię do miasta Warszawa. Proszę, posłuchaj mej opowieści uważnie, gdyż wbrew swemu zwyczajowi nie będę się powtarzał a czas płynie nieubłaganie – jest już dziesiąta godzina – nie wiem czy to wczesna pora dnia? Czy zupełnie już późno?
To zależy, jak komu się życie układa? Mnie życie układa się wyśmienicie – właśnie się obudziłem. A gwoli ścisłości to zostałem obudzony przez kota – olbrzymią kocicę, amerykankę o imieniu Baset.
Niebieskawa długowłosa kotka gładzi czule moją twarz swą przednią łapą. Jestem jej za to wdzięczny, gdybym tylko spróbował się nie obudzić, kotka użyłaby swoich ostrych nie obciętych pazurów.
Baset najwidoczniej jest głodna a sucha karma dostępna w miseczce widocznie jej się znudziła. Ona chce mięsa! No cóż? Moja droga. – Dostaniesz, czego pragniesz, ale nie teraz, za chwilę! Ja muszę się pozbierać. A na razie wiem tylko, która jest godzina: Tak trochę już po dziesiątej. 
Przez szklaną ścianę apartamentu widzę olbrzymią tarczę zegara znajdującą się na odległym o całe pięćset metrów i wysokim na ćwierć kilometra Pałacu Kultury i Nauki. Zegar ten znajduje się w górnej części filigranowej wieży wyrastającej wprost z potężnego cielska budynku. Jakieś dwieście metrów od poziomu chodnika. Ja znajduję się znacznie wyżej.
Mieszkamy z Baset na pięćdziesiątym piętrze w najwyższym budynku mieszkalnym Europy. Do dyspozycji mamy ogromny apartament złożony z niezliczonej ilości pomieszczeń. Baset chyba wszystkie już musiała zapaskudzić, czuję unoszący się niemiły fetor w całym mieszkaniu już od pewnego czasu. Jutro podobno ma się zjawić ekipa sprzątająca i coś temu zaradzić. Ale to dopiero jutro. Dziś jest czwartek – powszedni dzień tygodnia.
Ten fetor zaczyna mi doskwierać, chętnie bym otworzył okno i zachłysnął się miejskim powietrzem, lecz nie mogę tego zrobić, bo w całym mieszkaniu nie ma ani jednego uchylnego okna, o balkonie czy tarasie też mogę tylko pomarzyć. Dookoła mnie, wszędzie tylko szklane ściany. Powietrze do wnętrza mieszkania jest dostarczane przez potężne klimatyzory.
Fakt pomieszkiwania z kotem w szklanej klatce ma też swe pozytywne strony. Kotek nam nie ucieknie przez uchylone okno a sami też jesteśmy objęci szczególną, bo anty samobójczą ochroną. Po prostu, kiedy mieszkasz w budynku pozbawionym uchylnych okien i balkonów to nie odbierzesz sobie życia, rzucając się z wysokości na bruk. Owszem jakbyś bardzo chciał to możesz wyjść na dach i stamtąd podziwiając widok z zapartym dechem poszybować trzysta metrów w dół.
Lot z tak dużej wysokości pozwala człowiekowi zastanowić się dogłębnie nad sobą. Tym, dokąd zmierzamy i skąd przyszliśmy. Czy uwierzycie, że wszyscy skaczący z dachów wysokich budynków już po dwóch sekundach lotu chcieliby się znaleźć na owych dachach z powrotem?
Ja i moja kotka nie mamy takiego problemu. My po prostu, kiedy najdzie nas ochota, znów kogoś zabijemy i tym sposobem nabierzemy chęci do życia.
Śliczny koteczek w dalszym ciągu łapką mizia moją twarz.
- Jadłaś łososia o piątej rano, czy ty kobieto nie dbasz o linie?
- Miaauu… - Odpowiedział mi tylko koteczek, co oznacza, że muszę się w ciągu najbliższych kilku sekund ostatecznie pozbierać i nakarmić kotkę świeżutką wieprzowinką.
Kiedy karmię kota zwykle obserwuję jego zachowanie a następnie spoglądam przez szklaną ścianę na miasto… z letargu wybija mnie kotka, która skończywszy jeść skacze mi na kolana, domaga się pieszczot i skierowania na nią całej swej uwagi. Niekiedy czytam jej książki. Baset uwielbia szczególnie Magdalenę Kordel z jej optymistycznym podejściem do życia i szczęśliwymi zakończeniami. Przeczytałem Baset wszystkie książki tej Pani, począwszy od „Uroczyska” a kończąc właśnie na najnowszej powieści „Serce z piernika.” Dziś wielki dzień idziemy na spotkanie autorskie z naszą ulubioną Panią Pisarką. Ale to wieczorem, teraz muszę to wszystko ogarnąć, bo inaczej będzie źle.
Z wysokości pięćdziesiątego piętra to miasto wygląda zupełnie inaczej – znacznie lepiej!
W Krakowie jest zupełnie na odwrót. Tam miasto z wysokości wygląda niezbyt ciekawie, ale za to z poziomu ulicy wzbudza nieodparty zachwyt. Ale ja już nie mieszkam w Krakowie.
Wprowadziłem się do tego Warszawskiego mieszkania jakiś tydzień temu, może dwa tygodnie temu – nie pamiętam dokładnie, kiedy to było… A że od tamtej pory nie opuszczałem jeszcze tego lokalu, to czuję oczywistą potrzebę wyjścia na zewnątrz.
Niestety nie mogę tego zrobić! – Kotka mi nie pozwala!

Jako właściciel nie tylko mieszkania, ale też i całości budynku jestem przez nikogo nie niepokojony, zresztą budynek jest nie dokończony i w sumie ja i kotka jesteśmy jego jedynymi mieszkańcami. Na parterze znajduje się jeszcze pomieszczenie ochrony, ale to pięćdziesiąt pięter w dół. Ochroniarze i tak nie mieliby odwagi na wyjazd windą tu do mnie pod niebo. Schodami to na pewno by im się nie chciało, schodami tylko wychodzi mój brat, ale on ma przyjechać dopiero jutro wieczorem… wszystko jutro, ale teraz jest dziś! I jeżeli nie wyjdę dziś na spacer to na pewno kogoś zabiję! Ale jeżeli opuszczę ten budynek wbrew mej kudłatej Pani – to ona kogoś zabiję, a do tego nie mogę dopuścić, bo kotka zabija osoby przypadkowe w większości przypadków – niewinne! Ja uśmiercam tylko osoby na to zasługujące; Bandziorów, skorumpowanych polityków i urzędników a w podróży pociągiem z Krakowa do Warszawy nie mogłem zdzierżyć jednego Katolickiego Księdza, który miał szczęście podróżować w mym przedziale. Ksiądz ten zasłużył sobie na natychmiastowy wyrok tym, że nie wierzył już w Pana Boga!
Poprosiłem, więc moją kotkę, by zakradła się księdzu pod sutannę i przegryzła mu tętnice udową, tak by mógł przyjemnie na skutek wykrwawienia opuścić tą Boską krainę!
Kotka wykonała mą prośbę czule i namiętnie a ostatnie słowa bezbożnika brzmiały:
- O jaki miły kotek! – Po tych słowach księdza zjawił się diabelski orszak i powiódł go do Piekła bram.
Niestety nie pozwolono mi tego oglądać, gdyż zostałem poproszony do sąsiedniego przedziału, w którym to moi pracownicy naradzali się nad tym czy ten miliard zainwestować w to? Czy w tamto? Miałem ochotę ich wszystkich pozabijać, bo to wszyscy źli ludzie – prawnicy i ekonomiści wyższego szczebla, ale kotka zaczęła mi się łasić wokół nogi a to oznacza, że jest głodna i najchętniej by sobie zjadła kawałeczek łososia a ja też lubię łososia, więc wziąłem kotkę na ręce i udaliśmy się do wagonu restauracyjnego, gdzie na niewygodnym siedzisku przyszło mi spożywać mą ulubioną kanapkę z łososiem „na zimno”, Kotka woli łososia „na gorąco” i takiegoż też dostała.
Po skończonym posiłku – tuż przed pierwszym przystankiem na terenie Warszawy zostałem poinformowany przez swego pracownika, że stała się wielka tragedia… Mój osobisty spowiednik - Ojczulek Ksiądz miał nieprzyjemny wypadek na skutek, którego się wykrwawił i najprawdopodobniej nie żyję.
- Och! To nie możliwe, jeszcze przed chwilą udzielał mi rozgrzeszenia! – Udałem smutek i żal. Ale w chwilkę potem dodałem, że to całe zdarzenie musi zostać jakoś wyciszone!
- Bo przecież zanim zostanie udowodnione, że był to zwykły wypadek, to akcję na Warszawskim Parkiecie spadną na łeb, na szyję! A na to nie możemy sobie pozwolić.-  Podróżujący wraz z nami minister finansów, natychmiast przyznał mi rację i sam postanowił jak najszybciej tym się zająć, dzwoniąc do podległych mu służb, by na Centralnym zorganizowali „akcję”… 
Tego ministra też kiedyś zabiję! No chyba, że Kocica mnie w tym uprzedzi – bardzo go nie lubi!

Teraz już Baset zasnęła, czy to za sprawą lektury Pani Magdy czy też z przejedzenia? Nie ważne, ja będę miał kilka godzin względnego spokoju. Ze śpiącą Kocicą na kolanach można jednak bez przeszkód podjeść sobie pysznych ciasteczek, co prawda nie z prywatnego wypieku, ale są w kształcie serca. To widocznie dobra wróżba przed naszym dzisiejszym spotkaniem z Panią Pisarką.
Zajadając się ciastkami stwierdziłem, że Kotka się właśnie obudziła i zgrabnie się przeciąga, drapiąc mnie przy okazji swymi pazurami – to nawet jest przyjemne uczucie.
Baset zeskoczyła z mych kolan i prawdopodobnie udała się do toalety, jakoś nigdy się nie nauczyła korzystania z muszli klozetowej a ja się nigdy nie nauczyłem wymiany żwirku w kuwecie, więc kot nie ma wyboru i zapaskudza mi wszystkie łazienki w moich posiadłościach. Na szczęście nie jest zboczona i nie wyciera jak niektóre koty - zasranym tyłkiem po ścianach i drogich tapicerowanych meblach.
Oparty czołem o szklaną ścianę krzyczę w myśli: -Ratunku!- Niech ktoś mnie stąd zabierze! – Nie odwarze się tego wypowiedzieć głośno, jeszcze kotka mnie znienawidzi i zabije! A może poczytam jej jeszcze o Klementynie jej wypiekach, malutkiej Dobrusi i Babci Agacie? Pomysł okazał się dobry, myślę, że kocica nie zrezygnuje ze spotkania i tym sposobem zostanę uratowany. Tym czasem biorę kota na ręce i go trochę ponoszę po mieszkaniu… a mnie tak bardzo chce się już teraz opuścić to miejsce! 
Spoglądam w dal ze swej szklanej wieży. Widzę tam w oddali nadzieję – to Rzeka Wisła się wije… przecina ją most z wysokimi pylonami… Tam dalej jest mnóstwo zieleni! Zwracam się do Kotki z pytaniem:
- Zobacz tam, a może byśmy kupili duży dom pod miastem?… O tam na południu, wśród drzew. - 
Baset nie odpowiedziała od razu na zadane pytanie, tylko na chwilę mocno utkwiła wzrok w odległym punkcje na horyzoncie, by po chwili powiedzieć: 
- Nie! Tam jest śmierć! – Jej łapka wskazała południe. – Ja zrozumiałem!
- Tak wiem! Wysypisko radioaktywnych śmieci! Zapomniałem o tym. Przepraszam.
  Obraz na południe od Warszawy zrobił się nagle bardzo mętny. To radioaktywna chmura unosiła się znad wysypiska śmieci położonego nieopodal południowej granicy miasta! Chmura ta nie dotarła do centralnych dzielnic Warszawy a tylko rozproszyła się nad jego południowymi przedmieściami!
- Ciekawe czy oni naprawdę tego nie wiedzą? – Zwróciłem się do Kotki z pytaniem, ale ta już nie była tym zainteresowana, przemieściła się z mych ramion na barki.
- Baset a może domek w innej części podmiejskiej przestrzeni?
- Mmiiiaaałłł. – Wyraziła zgodę a ja zacząłem się już szybko ubierać do wyjścia, mając nadzieję, że Kotka nie zmieni zdania.
Kilkuminutowy zjazd windą z pięćdziesiątego piętra trzymał w napięciu me zmysły do samego końca, Kocica chyba jednak nie miała zamiaru wracać z powrotem na górę, bo wygodnie się usadowiła na mym karku, okrytym w pośpiechu skórzaną kurtką.
Jakimś cudem Kotce udało mi się założyć szeleczki ze smyczą – musi to lubić, albo myśli sobie, że to ja jestem przez nią prowadzany.
Dalej i jeszcze dalej od tego budynku! Udało mi się przejść „niezauważonym” przez patio, pilnowane przez ochroniarzy.
Wychodząc z budynku straszliwie odczułem zmianę klimatu – momentalnie dostałem migreny. Powietrze w apartamencie, choć zasyfione przez Kota to jednak dużo czystsze niż na ulicy.
Stężenie spalin w powietrzu przekracza wszystkie normy, nawet Kot zaczyna się tym niepokoić. Muszę iść coraz szybciej przed siebie, by czasami nie zachciało mu się wracać. Baset wtula się w mą szyję. To również na skutek wszechobecnego hałasu!
Przebywając przez wiele dni w wyciszonym pomieszczeniu całkowicie odwykłem od ulicznego wrzasku. Przeżywam teraz istne katusze, głowa mnie boli, chce mi się wymiotować. Mimo tego jestem szczęśliwy, że udało mi się wyjść na światło dzienne.
Kot też chyba jest szczęśliwy. A ja zobaczyłem aniołka! Tak! Aniołka na rowerze. Kobieta, farbowana blondyneczka przejechała tuż przede mną a ja słaby nie zdobyłem się na żaden gest, kiedy już odjechała dosyć daleko wyszeptałem: - Jak Ci na imię? Mój aniele. 
Ona jakby usłyszała pytanie, zawróciła i podjechała do mnie. Oniemiały zdołałem wyszeptać tylko do kota:
- Zobacz, Aniołek do mnie przyjechał…
- Dzień dobry jestem Agnieszka. Przyjechałam tu z Chorzowa. To pana kotek? Mogę go pogłaskać? – Podobnie jak w książkach Pani Magdy Kordel cuda się zdarzają. Niestety byłem zbyt słaby i zaaferowany tym wszystkim a może to Baset swymi kocimi mocami sprawiła, że Aniołek na rowerku jak się pojawił tak i zniknął! 
- Muszę się położyć. – Znów wyszeptałem i ułożyłem się wygodnie na pobliskiej ławce, gdzie mniej więcej piętnastu minutach doszedłem do siebie. Kotka w tym czasie pilnowała mnie rozłożywszy się w cieniu. Niestety aniołek się stracił, ale znałem już jej imię i co więcej miejsce zamieszkania. Znajdę Cię mój Aniołku…
Wiedziony misją do spełnienia podniosłem się osłabiony z ławki i wraz z Kotem, tym razem idącym na smyczy koło mojej nogi, udałem się do pobliskiego fastfuda na hamburgera, kole i frytki do tego.
Baset nie je frytek, ale to mięso ze środka bułki wybiera z apetytem. Tak samo czarna lura bardzo jej smakuje. Nieoczekiwanie to śmieciowe żarcie postawiło mnie na nogi, pozwoliłem sobie jeszcze na dużą kawę z mlekiem.
Po wyjściu z lokalu Kotka stwierdziła, że znów jestem w formie i wskoczyła mi na plecy, by owinąć się następnie gustownie wokół mej szyi. Ja już zupełnie doszedłem do pełni sił. Pozwoliłem sobie zapalić papieroska, znalazłem paczkę w kieszeni mej kurtki. Baset na szczęście niema nic przeciwko wyrobom tytoniowym, choć sama ich nie używa.

Pieniądze są wspaniałą nagrodą za to wszystko, co wyrabiamy w życiu, za każdą zmarnowaną chwilę są najlepszym lekarstwem, za każdą przepracowaną ciężko sekundę!
Pod warunkiem, że przypilnujemy, iż zostaną nam one dostarczone w dostatecznej ilości w miarę szybkim odstępie czasu. 
Zastanawia mnie też, że już sama możliwość zarobienia dużych sum wyzwala w człowieku olbrzymie pokłady samozadowolenia. Tych pieniędzy nie mam jeszcze na swym koncie i nawet nie potrafię określić, kiedy? I czy w ogóle? Ale już sam pomysł zarobienia tak olbrzymiej kwoty sprawił, że czuję się nadzwyczaj szczęśliwy, że przemierzam z Kotem na ramieniu ulice Polskiej Stolicy uśmiechając się życzliwie do wszystkich mijanych przez nas osób. 
Obserwuję mieszkańców tego miasta i mam wrażenie, że wszyscy oni znajdują się permanentnie w stanie głębokiej depresji. Tylko ja jestem uśmiechnięty, tylko ja jestem szczęśliwy!
Przechodząc na pasach przez ulicę obserwuję mężczyznę w Aston Martinie. To zwykły pacan. Nie potrafi się cieszyć ze zwykłej filiżanki gorącej herbaty i smaku pierniczka, to jak on może wyrażać radość z posiadania tak drogiego samochodu. On nie zasługuje na ten samochód. On nie zasługuje na litość. Jego twarz wyjaśnia wszystko! Ma wyraz podłego ryja, który mówi do wszystkich: - „Ja was nienawidzę!” – A Ja i Baset bardzo takich nie lubimy.
Podchodzę do Astona i pukam w szybkę… kierowca odpowiada bardzo wrogo:
- „CZEGO?”
- Jesteś martwy. – Uśmiecham się, jestem miły! Kiedy zabijam to uśmiecham się do swej ofiary, kiedy mnie będą zabijać też będę się uśmiechał!
Centrum miasta to idealne miejsce na zabójstwo! Wokół mnie przemieszcza się kilka tysięcy przechodniów i nikt z nich nawet nie zauważył, kiedy jednym szybkim ruchem lewej ręki przekręciłem kierowcy Astona, głowę, tak, że zerwały się jego kręgi szyjne! W czego konsekwencji ustały funkcje życiowe jego organizmu.
Wyciągnąłem trupa z samochodu i położyłem go na trawniku, tak, że jest zupełnie nie widoczny z chodnika jak ulicy. Sam usadowiłem się za kierownicą jego samochodu, by odbyć ze swą Panią romantyczną przejażdżkę po mieście. Baset uwielbia szybkość i  luksus. Aston Martin to chyba jej ulubiona marka?
Przez ponad godzinę przemierzyłem ponad sto kilometrów ulicami zatłoczonego miasta, szczególnie pokonywanie mostów sprawiało mi przyjemność Baset zdecydowanie bardziej lubi szybką jazdę w tunelach! To dla niej w tunelu rozpędziłem się do znacznej prędkości! Podczas tego przejazdu miałem wolną drogę, nikogo przed sobą zupełnie – to nie możliwe! O tej godzinie?
Aston Martin to wspaniały, ręcznie wykonany samochód, kiedy go podpalałem w parku nad modrym brzegiem Wisły, żal mi go się zrobiło, lecz ten piękny widok, pięknie płonącego auta ukoił mój ból. Baset wskoczyła mi na ramiona, teraz ona ma zamiar kogoś uśmiercić. Ojci, ojci! Zazdrosny Koteczek!

Na skutek miłych wrażeń dnia dzisiejszego niemalże zapomniałem, że dziś… za chwilę w dużej księgarni na Warszawskiej Starówce odbędzie się spotkanie autorskie z pisarzem. A w zasadzie to z Pisarką. Naszą Pisarką.
Zajmujemy miejsce w ostatnim rzędzie, Baset jest bardzo spokojna. Ja zaniepokojony, gdyż znam Kotkę na tyle, by wiedzieć, że szuka właśnie swej ofiary!
Na sali przed nami na średnio wygodnych fotelach zasiadają głównie kobiety, jest kilku mężczyzn, ale jest ich niewielu i zdają się wyrażać sztuczne zainteresowanie tym, co tu się odbywa. Mężczyźni przyszli tu jako osoby towarzyszące swych partnerek, które dla odmiany są bardzo szczęśliwe, iż mogą się spotkać ze swą ulubioną Pisarką, która właśnie opowiada o swej twórczości, nie skąpiąc przy okazji opowieściami z życia codziennego. Spotkanie autorskie z Panią Pisarką i promocja jej najnowszej powieści „Serce z piernika” przebiegało w miłej rodzinnej atmosferze, czytelniczki na ogół były znakomicie zorientowane w twórczości swej Pisarki i często padało z ich ust zapewnienie: - Że jest najlepszą Pisarką na Świecie! – przekładało, się to również na sprawy z jej życia osobistego za które jako przykładna żona i matka zbierała należne jej pochwały.
Idylla jednak nie trwa nigdy wiecznie… jakaś wścibska kobita wprawia Panią Magdalenę w zakłopotanie, bo domaga się szczegółowych informacji na temat z jej życia osobistego, a dokładniej o tragiczną chwilę, kiedy ta mając dziesięć lat trzymała za rękę swego umierającego ojca… W oczach Pani Magdy pojawiły się łzy a babsko domagało się dalszych opowieści na ten temat! – Cóż za tupet! Kiedy Magda z oczywistym smutkiem odmówiła, wstrętne babsko demonstracyjnie opuściło pomieszczenie księgarni. A Kotka Baset wybrała swą nową ofiarę!
- MMMRRRAAAŁŁŁ!!! -  Powiedziała Kotka, zwracając uwagę na siebie wszystkich obecnych, nawet Pani Pisarka się zaciekawiła, podchodząc do nas bliżej i głaszcząc Kota:
- „Jaka śliczna kicia! To Maine Coon?… - Magda Kordel była zachwycona Kotem a ja z przerażeniem odkryłem, kto naprawdę jest celem Baset!

Zdążyłem nabrać sympatii do Pani Pisarki. W końcu znamy się nie od dziś. 
Postanowiłem sobie za punkt honoru; że nie pozwolę jej uśmiercić przez „Śliczną  Kicię.” – tak o Baset się wyraziła przecież.
Pani Magdalena powróciła do opowiadania swym czytelniczką, różnych historii a ja niezauważony, wyszedłem z księgarni… Baset była niezadowolona, zaczęła drapać po kurtce.
- Idziemy na spacerek. – Chciałem odwrócić uwagę Kotki od Pani Kordel. – Może pójdziemy do Zoo? – Zadałem Baset pytanie, na które odpowiedziała przenikliwym spojrzeniem! No cóż? Jest już późna pora dnia, ogrody zoologiczne zaraz będą zamknięte.
Nie zrażony jednak zachowaniem Kota udałem się szybko na nogach przez most nad rzeką w kierunku ogrodu zoologicznego.
Niestety po drugiej stronie miasta w parku przylegającym do Zoo zgromadziła się chyba cała menelnia z najgorszej dzielnicy w mieście. Pijacy okupują cały teren. Pod ogrodzenie ogrodu zoologicznego nawet nie podejdę. Zachęcam ją do wybicia całego tego robactwa zalegającego w Parku, niestety Baset podobnie jak ja brzydzi się menelstwem i zabija ich tylko, kiedy musi.
Próbuję sprowokować kilku meneli, ale dziwnym trafem nie zwracają uwagi na mój drogi zegarek i ogólną wyzywającą postawę, być może biorą mnie za gangstera, jednego z tych, którzy zamieszkują pobliską dzielnicę. Niedobrze. Kotka nabrała wykwintnego smaku.
W akcje desperacji wymyśliłem, że udam się na pobliski Dworzec Wschodni, z którego pojadę pociągiem do Krakowa. Muszę w końcu trzymać Kotkę z dala od Pani Pisarki. A w Krakowie może uda mi się przemówić Baset do rozumu.
Podczas dwukilometrowego spaceru z Parku Praskiego na Dworzec Wschodni, Kotka zachowywała się dziwnie spokojnie, może jej mordercze plany się zmieniły? Może już nie chcę nikogo mordować? Znam ją zbyt dobrze i na to bym nie liczył. Po prostu zbiera siły do ataku. A ja wbrew sobie w tym jej pomagam.

Właśnie znalazłem się na zakręcie – muszę się uwolnić z pod kociej kurateli. Tylko jak? Może tu na dworcu kolejowym znajdę rozwiązanie?
Siedzimy tak z kotką na ławce, na jednym z peronów. Nie poszedłem do informacji sprawdzić czy mamy jakiś pociąg na południe? Na pewno jakiś zaraz przyjedzie? Zawsze w końcu przyjeżdżały! To duża stacja!
Niestety nie wiedziałem! Cóż za pech! Z głośników miły głos informuje, że w związku jakiegoś remontu przez stację przejeżdżają tylko pociągi podmiejskie a dalekobieżne są kierowane na Dworzec Gdański. – Tragedia! Nie pojadę stąd dziś do Krakowa! A koniec remontu dopiero za dwa tygodnie… A sprawa musi rozwiązać się dziś! Kotka chyba wpadnie w szał jak się skapuję, że wybieram się na inny dworzec?      A może nie? Na razie jednak jest dobrze, na razie tu pozostanę…

Siedzimy sobie tak z Kotką na ławce. Podmiejskie pociągi sobie kursują a Kotka jest dziwnie spokojna, ja mniej. Zobaczyłem na peronie czterech podejrzanie wyglądających młodych mężczyzn, nie mają więcej niż po dwadzieścia lat. To młodociana gangsterka! Tak jak Baset szukają ofiary!
Obserwuje młodych bandziorów, są bardzo pewni siebie! Mną się jednak nie interesują. Pytam Baset: - Co o nich sądzi?
- Mmmrrr…- jest zniesmaczona!
Czuje ciepło Kota na swych kolanach, trzymam go w końcu na uwięzi, tak mnie się wydaję, Kotka myśli podobnie a na peron szybko wtacza się podmiejski pociąg… w jednym jego oknie dostrzegam siedzącą postać Pani Magdy… równocześnie dotyka mnie chłód. W miejscu po Kocie znajduję pustkę a końcówka smyczy dynda sobie w najlepsze… jak ona ją odczepiła? Ja mam z tym problemy. A co dopiero mały kotek!
Pociąg się zatrzymał na dobre… Kot zniknął a „młoda gangsterka” wsiada właśnie do tego pociągu. Cóż? Ja też musze chyba nim jechać?!… 
Wsiadam ostatnimi drzwiami, tuż przed odjazdem. Pociąg rusza a ja idę jego środkiem zgodnie z kierunkiem jazdy z samego jego końca. Po drodze mijam zmęczonych ludzi, ciężko siedzących na niewygodnych siedziskach… Mój umysł zaczyna pracować normalnie widzę ich wszystkich dokładnie a i zastanawiam się nad sobą: Straciłem widocznie poczucie czasu, skoro znajduję się w wieczornym podmiejskim pociągu. Widziałem dokładnie Magdę Kordel jak siedziała w pierwszym w wagonie na kolanach miała bukiet czerwonych róż! – Te na pewno dostała od swych wielbicieli na koniec spotkania… Muszę znaleźć Baset zanim ta znajdzie Panią Pisarkę!
Wróciła mi także i bystrość umysłu! To dobrze, bo umysł jest najlepszą bronią. Czy to przeciw kotom czy ludziom… o takim jak ci przede mną stojący młodzi bandyci. Zajęli oni pozycję przy drzwiach pomiędzy wagonami. Czterech ich, ci sami, co na peronie, różnica w sytuacji jest taka, że wtenczas nie zwracali na mnie uwagi a teraz, kiedy chce ich tylko wyminąć i iść dalej to jeden z nich rzuca w mym kierunku:
- Eeee!!! Frajer!!! Dawaj, co masz! Portfel, zegarek, telefon i karty kredytowe z kodami pinów!!!
- Młody Panie jest Pan bardzo źle wychowany! – Odpowiadam. – Mój zegarek jest jedyny na świecie i jest wart kilka milionów a karty me płatnicze nie posiadają limitów, więc trudno…
Młodzieniec nie pozwolił mi na dokończenie tylko wyciągnął duży nóż sprężynowy, w którym z charakterystycznym szczękiem ukazało się stalowe ostrze!
Młodzian ruszył do ataku postępując dwa kroki do przodu w mym kierunku, ja uczyniłem tylko jeden! Wyciągnąłem „odkrętką” mu nóż z ręki podczas zadawania przez niego ciosu. Nie zdążył się nawet temu „zadziwować” – Odwróciłem ostrze i wbiłem mu ten nóż w jego serce! – Szybka śmierć dopadła również jego trzech kompanów. Dla mnie to były to jeszcze dwa uderzenia: jedno po lewo w serce! Oczywiście! Drugie po prawo, również w serce! Tylko temu czwartemu wbiłem w brzuch! Bo zdążył zasłonić rękoma górną część klatki piersiowej.
Otworzyłem drzwi po obu stronach jadącego pociągu i sprawiedliwie ich powyrzucałem:
- Jeden bandzior na lewo! Drugi na prawo! Ten żyjący jeszcze z rozciętym brzuchem poszedł na lewo! A ten, który zginął jako pierwszy z godnie z regułą, ”że będzie ostatni”, poszedł na prawo!
Obserwująca to wszystko zza moich pleców Pani Konduktorka zakochała się we mnie od pierwszego wejrzenia, spojrzałem na nią: była gruba i brzydka, lecz, po zatem bardzo zadbana! Zapytałem ją tylko: - Czy nie widziała dużego, włochatego Kota?
- Tam poszedł! – Wskazała rozpromieniona na początek pociągu.
- Kiedyś zostaniesz Panią Minister. – Powiedziałem konduktorce na pożegnanie i udałem się z rozłożonym nożem sprężynowym w lewej garści przed siebie.
Przeszedłem już niemal cały jadący pociąg, który zdążył się już zatrzymać na dwóch stacjach.
Zobaczyłem Magdalenę w odbiciu okna po drugiej stronie wagonu siedziała w kierunku jazdy, czyli plecami do mnie, nie widziała mnie! Zdążyłem się jej przyjrzeć: Jej kasztanowe długie włosy przesłaniały zmęczoną, ciut za bardzo tym razem umalowaną twarz. Pisarka była zatopiona w myślach i bukiecie róż, trzymanym na kolanach, martwiła się o swą rodzinne, czy dzieci odrobiły lekcję? A i mąż czy był grzeczny i dopilnował wszystkiego?
Pani Pisarka w tym przypadku powinna się martwić tylko o siebie, znajdowała się bowiem w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Obok niej na środku wagonu niebieska Kotka czaiła się by w dogodnym dla siebie momencie skoczyć do gardła!
Szybkim krokiem skierowałem się w stronę kota, chciałem go tylko podnieść! Wiadomo złapiesz Kota za kark to ten sztywnieje z miejsca!
Miałem szansę, Kotka już nie zwracała uwagi na otoczenie i szykowała się tylko do ataku!
Podchodziłem całkiem szybko i miałem szansę na złapanie kota! – Niestety nie zdążyłem! – Przepraszam! To była moja winna! Mogłem Baset już wcześniej złapać za kark i wywieź do Krakowa albo jeszcze dalej.
Kiedy już dochodziłem do Kota to jadący pociąg znalazł się na chwilę w ciemnościach i charakterystyczny łomot zdało się słyszeć, pociąg znalazł się w tunelu, zaraz będzie następna stacja… Pani Pisarka w tym czasie musiała podnieść głowę znad bukietu róż i odsłoniwszy swą szyję skusiła Kota do ataku! – Nawiasem mówiąc byłem ciekaw, jakim cudem Magda wcześniej nie dojrzała Kota? Był cały czas o jakiś ponad metr po jej prawej stronie!
Kiedy Baset rzuciła się w morderczym ataku ja tylko zdążyłem zareagować przez podniesienie lewej ręki! – Tej z nożem w dłoni! – Ostrze się wbiło Baset wprost w serce!
- Nieeee!!!- Wyrwało mi się z gardła! I trzymając nabitą na nóż Baset ukryłem pod skórzaną kurtką… Baset umarła bardzo szybko!
Nim pociąg się zatrzymał na najbliższej stacji poczułem jak coś mnie gryzie pod kurtką. Chwilę potem ciało Baset zupełnie straciło swe ciepło… Ja wyszedłem z pociągu i pogrążony w rozpaczy niemalże pobiegłem przed siebie na koniec peronu! Trzymając moją zabitą ukochaną pod kurtką, zdałem sobie sprawę, że gryzą mnie jej pchły! Jakim cudem Baset się pcheł dorobiła to już było bez znaczenia!
- Baset twoje pchełki mnie gryzą! – Powiedziałem to ze łzami w oczach, biegnąc już przed siebie wąską uliczką pomiędzy szykownymi domostwami!
Po przebyciu może i kilometra dotarłem do ściany iglastego lasu, tam pomiędzy drzewami upadłem na kolana i wyjąłem mą Baset zza pazuchy! Nie wiem czy sprawiły to załzawione oczy czy też ogólna już ciemność panująca, ale nie mogłem dojrzeć mej Pani dostatecznie wyraźnie… Wyciągnąłem nóż z martwego ciała i zacząłem kopać nim dół.
Ziemia była miękka i co ciekawe nawet miła w dotyku. Nożem i palcami wykopałem całkiem spory dołek. Poraniłem sobie, co prawda przy tym swe dłonie, ale to odczuję dopiero później, kiedy będzie po wszystkim… Nie mogłem tak zwyczajnie złożyć Baset do dołka, więc się rozebrałem i okręciłem ją w mą koszulkę. Tą ulubioną biała koszulkę polo…
Zasypałem Kota ziemią i przykryłem patyczkami. Zrobiłem nawet taki mały Katolicki Krzyż - dwie gałązki przewiązałem sznurówką i wbiłem w mogiłę! 
Łzy kapały i kiedy brudnymi zakrwawionymi łapskami sięgnąłem do kieszeni po chusteczkę usłyszałem głos za sobą:
- Mnie też kotka, zabiło auto!
- Jak to się stało? – Nim się odwróciłem i zobaczyłem „ANTKA”, zadałem pytanie.
Około piętnastoletni chłopiec, ubrany jak dziewiętnastowieczny bohater powieści Bolesława Prusa trzymał na rękach biało- czarnego małego kota i opowiadał: „Jak auto  rozjechało dwie godziny temu, mamę… o tego Kocurka…”
Byłem zaintrygowany jego nędznym wyglądem i staropolskim słownictwem na tle, którego nowoczesne słowa jak auto czy telefon wydawały się statkami kosmicznymi…
„Antek” opowiedział to ze szczegółami: Jak to kotkowi pękała mała główka i wypływały wnętrzności! Na szczęście kotka przed śmiercią zdążyła nauczyć swe maleństwa jak przetrwać w tym okrutnym świecie:
- Kotki już umieją polować na myszki i ptaszki, korzystają z kuwety a ten oto bardzo chciałby, aby Pan go przygarnął! I pokochał tak jak on Pana pokochał! Pozostałe maleństwa zatrzymam i wychowam sam! Na dobre koty!
- Antek! Na miłość Boską, czy ty wszystko widziałeś? Czy ty wiesz, kim jestem? – Złożyłem nóż i schowałem do kieszeni… Podszedłem do chłopca a ten zamiast odpowiedzieć wręczył mi małego miłego kiciusia!
Kiedy poczułem jego wbijające się w mą dłoń pazurki, przypomniałem sobie, że kiedyś podobną kwestie czytałem w powieści Magdy Kordel, Pani Pisarce dzięki której uwolniłem się z pod czułych pazurów Kocicy Baset… Antek w podskokach pobiegł w nieznane. Ja zostałem sam z kotkiem… Wyszedłem z lasku i pod latarnią obejrzałem maleństwo:
- Miau. – Powiedział zadowolony kotek. A ja na widok jego futerka w śliczne czarno- białe paski nadałem mu imię:
- Juventus!… Juventusik mój malutki!
- Jedziemy na mleczko! – Juventusik miał małe pragnienie a ja znów chciałem spalić jakiś samochód! Tym razem swój.
Choć do tego średnio się nadawało – to niemiecka limuzyna. Co prawda dobra pod względem technicznym ale brzydka… więc brzydko płonęła pod mostem tuż przy rzece.
Takie niezapomniane chwile trzyma się w swej pamięci do końca. Na tle palącego się samochodu Ja piłem swój ulubiony sok pomarańczowy. A mały Kotek chlipał mleczko, przegryzając kocimi chrupkami dla takich maluchów jak on. Płonące auto, wcale go nie interesowało. Mnie też nie przypadł to gustu ten widok – Aston Martin płonął pięknie, jak każda piękna rzecz. 
W kieszeni kurtki znalazłem pierniczek w kształcie serca, pokruszony trochę, ale i tak osłodził mi chłód bijący od szerokiej rzeki, wijącej się wzdłuż Polskiej Stolicy…
- Warsaw – miasto wojny i bogactwa! Warsaw – miasto pięknych kotów i pierniczków! I Cudów zarazem, choć po ten pojechałem tam na południe.

Z Juve na ramieniu spacerowaliśmy jesiennymi alejkami Śląskiego Parku.  
Wiedziałem, że ją tu spotkam. I kiedy wyłoniła się na swym rowerku zza zakrętu, znów pierwsza się odezwała: - Pan z Warszawy! Ma Pan ślicznego kotka, ale to nie ten sam… mogę pogłaskać? 
Uśmiechając się szeroko swymi oczami tym razem przemówiłem:
- Agnieszka, Agnieszka
W Chorzowie sobie mieszka… 

Piotr Podgórski 
Kawałek serca
Dźwięk dzwonka wyrwał Juliana z zamyślenia.  Z obrzydzeniem spojrzał na swoją pomarszczoną i obfitującą plamami starczymi dłoń, przypominającą mu o czasie, który mu pozostał, sięgnął po laskę i powoli i z bólem zrobił pierwsze kroki w kierunku drzwi wejściowych. Nie spodziewał się gości, szczególnie dzisiaj. Zresztą robił wszystko, aby inni o nim zapomnieli. Dzieci, sąsiedzi. Bliskich znajomych nie miał od dawna. Kolejne kroki stawiał powoli. Ostrożnie, obawiając się upadku. Dzierżenie drewnianej laski w dłoni wprowadzało go w fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Dzięki niej szedł w miarę stabilnie. 
Nie znosił ludzi litujących się nad jego wiekiem, chorobami. Kiedyś kochał życie, ale kiedyś przecież miał żonę, szczęśliwe życie i…gdyby Maria nadal żyła, pewnie było mi lżej, myślał często, wspominając swoje życie, które umknęło niezauważalnie.
- Kto tam – drugą dłoń oparł na klamce. Była zimna. Słyszał hulający wiatr i nie miał ochoty na głupie żarty i na zabawy w chowanego. Przecież ktoś nacisnął przycisk dzwonka z drugiej strony. Może jakiś bandyta? – pomyślał ze strachem.
- Jest tam kto? – ponowne pytanie miał mniejszą moc, było zadane zdecydowanie ciszej. 
Julian miął już w ustach przekleństwo, gotów go wyrzucić na zewnątrz. Miał tego dosyć. Czy nie mogą mu dać świętego spokoju, nawet w dzień wigilii? Potrzebował spokoju. Opiekunka Aniela obiecała zajrzeć w drugi dzień świąt. Zostawiła w kuchni na blacie porcje leków na kilka dni, w lodówce przygotowane wędliny i przetworzone jedzenie, zastępujące świeże obiady. Nie miał wielkich wymagań. Jadł mało, coraz mniej. 
- Gdyby pan czegoś potrzebował, proszę telefonować. – Opiekunka zostawiła mu numer na lodówce, nie kryjąc odrazy w czasie spojrzeń w jego kierunku. Musiała go nie znosić nie mniej od innych. Rozumiał to doskonale.  Zdawał sobie sprawę z tego, że jest jedyną osobą, która zgodziła się opiekować nim. Zakres jej obowiązków był jednak mocno okrojony i nie dotyczył bezpośredniej opieki nad staruszkiem. Z tym radził sobie sam, mimo postępującej niedołężności. 
 Z zamyślenia wyrwał go delikatny szmer po zewnętrznej stronie drzwi. Złodziej? Bandyta, a może bezdomny? Nie miał ochoty na wizyty. Zrobił kolejny krok, przykładając oko do judasza. Niewiele bym w stanie zobaczyć. 
Julian należał do ludzi odważnych, więc ścisnął jeszcze mocniej laskę w dłoni, po czym przekręcił zamek i otworzył drzwi. Był gotowy wyrzucić z siebie stek słów, które nawet w świąteczny dzień miały wielką moc. Spiął ciało i zobaczył…kilkuletniego chłopca. Dziecko ubrane było w puchową kurtkę, zbyt dużą czapkę z pomponem, która opadała mu na czoło. Wyglądał zabawnie, niczym przerośnięty krasnoludek. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, w końcu Julian zaskoczony niespodziewanym widokiem przemówił.
- Czego chcesz i kim jesteś? – zapytał bez ogródek, jak miał w zwyczaju.
Malec nadal nic nie mówił, przyglądając się staruszkowi. W kącikach ust tańczył lekki uśmiech, a Julian nie znosił uśmiechniętych ludzi. Sam nie uśmiechał się od blisko dwunastu lat, kiedy odeszła jego żona. Barbara byłą jego światłem, a po jej śmierci przestały go odwiedzać nawet dzieci. Z czasem emigrowały i ich relacje stały się znikome. Malec minął go w drzwiach, wchodząc wprost do salonu. Starzec powoli zamknął drzwi i nie wierzył w to, co widzi. Czym prędzej pokuśtykał za chłopcem.
- Czy tobie coś się nie pomyliło? – wymamrotał? – Czego tutaj chcesz i kim jesteś do cholery – nie zważał na słowa w stanie oburzenia.
- Mam na imię Tymoteusz, a pan to Scrooge? Babcia powtarza, że jest pan okropny, a ja jej nie wierzę. 
- Kim jest twoja babcia?  -próbował się opanować. – Dlaczego tutaj przyszedłeś?
- Czy to prawda, że nie lubi pan świąt Bożego Narodzenia i dzieci? -  Dziecko posłało mu niewinny uśmiech, sadowiąc się w jego ulubionym fotelu, blisko kominka. – Ja nie znam nikogo, kto nie lubi dzieci. 
- Pytam ponownie. Przysłała cie babcia?
- Nikt mnie nie przysłał. Ludzie mówią, że pan bije dzieci. Ja im nie wierzyłem. Przecież nie można bić nikogo, prawda?
- Mam na imię Julian i nikogo nie bije, tylko…
- Zrobi mi pan herbatę? Trochę zmarzłem po drodze.
- Skąd właściwie przyszedłeś? Jak się nazywasz?
- Tymoteusz Nowakowski, mam sześć lat i chodzę do przedszkola. 
- Dlaczego sam się wałęsasz? Nie wiesz, ile niebezpieczeństw czyha na małe dzieci.  No dobra – oddychał głęboko, starając się nie wybuchnąć. – Zgadzam się na to, abyś się ogrzał, wypił herbatę, a potem sobie pójdziesz. Nie mam czasu na niańczenie dzieci.
 Malec skinął głową, zdejmując odzież wierzchnią. 
Julian pokuśtykał do kuchni, przygotowując herbatę. Przez chwilę zastanawiał się, w czym ja podać. Miał porcelanowe filiżanki i spodki, ale to był malec, na dodatek nieproszony. Ostatecznie wybrał kubek.
- Więc mówisz, że mieszkasz nieopodal. Swoją drogą jesteś odważny, skoro zdecydowałeś się na spotkanie z potworem. – powiedział, sadowiąc się po drugiej strony ławy w salonie.
Malec chwycił naczynie z wodą i przyłożył je do ust. Ten widok ujął Juliana, poruszył dawno zapomniane obrazy syna. To było tak dawno...
- Nie jest pan potworem. Dorośli kłamią. Moi rodzice nie żyją, a babcia mówi, że są w dalekiej podróży. Ja jej nie wierzę. Kolega Janek mówił, że oni zginęli w wypadku. 
- W pewnym sensie jest to prawda. Ale nie wiem, jak mogę ci to wytłumaczyć. Ludzie odchodzą i nie wracają do nas.
- Tak jak Amadeusz? – chłopiec spojrzał w jego stronę. – On zachorował i zdechł. Babcia powtarza, że on żył dłużej niż ja. Fajny był. Znał pan Amadeusza?
- Nie wydaje mi się – mruknął. 
Właściwie nie znał nikogo, za małymi wyjątkami. Świat niewiele go interesował i to ze wzajemnością. 
- Gdzie pan dzisiaj pójdzie wieczorem, kiedy pojawi się pierwsza gwiazdka?
- Że niby ja…gdzie pójdę? – Julian oparł się o stół. Odpowiedź na to pytanie była prosta, jednoznaczna, ale zadana przez to dziecko miała inną wartość.
- Zostanę tutaj. Lubię być sam.
- Babcia powtarza, że w taki dzień nikt nie może być sam. 
- Czy twoja babcia nie szuka ciebie teraz? Pewnie się zamartwia o wnuczka.
- Nie proszę pana. Babcia piecze pierniki – odpowiedział Tymoteusz, po czym wyjął coś z kieszeni.  Swojej malutkiej dłoni trzymał mniej więcej coś, co było połową serca.
- Proszę. To dla pana. Ja lubię pana i wiem, że nie jest pan potworem.
- Co to u licha jest? – zdenerwował się Julian, patrząc na otwarta dłoń.
- To połowa serca. Z piernika – dodał chłopiec poważnie. – Drugą część dam, kiedy pan do nas przyjdzie dzisiaj.
- Nie jestem zainteresowany. Mam już plany i nie chcę ich zmieniać. 
- Ja wiem, to przeze mnie, prawda? Zdenerwowałem pana, a jest pan podobny do mojego dziadka. 
- Co z nim? – zapytał, udając zainteresowanie, jednocześnie układając w głowie plan, jak szybko pozbyć się chłopca. Chciał zostać sam, odzyskać swój spokój. 
- Niech pan przyjmie kawałek serca, dobrze? Babcia zawsze powtarza, że miej serce i dawaj serce. Dlaczego dziele się nim z  panem.
- Dlaczego ze mną? – żywo zainteresował się Julian, wietrząc w tym ukryty podstęp, 
- Pan jest sam i taki smutny. Czasami widzę pana z moje okna. Niech się pan zgodzi. Będę tylko ja i moja babcia. I pan. Zawsze mamy dodatkowe miejsce dla niespodziewanego gościa.
- Nie wydaje mi się, aby twoja babcia była zachwycona moim przybyciem. Zresztą sam nie lubię się nikomu narzucać.
Tymoteusz popatrzył w jego oczy, zsunął się z fotela i odwrócił, sięgając po kurtkę.
- Pójdę już sobie. Bardzo chciałem, aby pan został moim dziadkiem, na jeden wieczór. Babcia też ciągle o nim mówi, a ty jesteś do niego bardzo podobny – malec niespodziewanie zmienił front.
- Czy twoja babcia nazywa się Marianna Potylska?
- Tak. Znasz ją prawda? - Będę ci mówił jak dziadkowi, chociaż babcia na to nie pozwala. Mówi, że to brak szacunku. Ja jednak wiem swoje. Mam już sześć latek.
- Przyjdziesz? – wsunął malutką dłoń w jego rękę. Dotyk małego człowieka sprawił, że pojawiły się łzy, które musiał ukryć za wszelką cenę.
- Zastanowię się, Nic nie obiecuję. Ale mam prośbę. Nie mów babci, że tutaj byłeś, dobrze?
- Dobrze dziadku. Do zobaczenia – zawołał zza otwartych drzwi i już go nie było.
 Julian spoglądał przez szybę na chłopca, podskakującego wesoło w kierunku domu znajdującego się kilkaset metrów dalej. Kiedy stracił go z oczu, wrócił do salonu, aby posprzątać kubek z ławy. Wtedy zobaczył kawałek piernika w kształcie serca. Zapach przywołał wspaniałe obrazy. Nie miał w zwyczaju robić tego, co mu narzucają inni, ale tym razem nie mógł postąpić inaczej. Do pierwszej gwiazdki pozostało niewiele czasu. 

 W obszernej szafie wygrzebał dwie torby do prezentów. Nie były najnowsze, ale jedyne w swoim rodzaju. Nie mógł odmówić malcowi. Ja sknerą?, myślał. Należał do ludzi zamożnych, ale nie miał pojęcia, czym uszczęśliwi tych ludzi. Wiedział o problemach kobiety, która była jego dawną miłością. Ostatecznie wybrał kryształową wazę dla kobiety, a dla malucha książkę, która pamiętała jego dzieciństwo. Piękne wydanie powieści Juliusza Verne. Nie miał pojęcia, czy malec czyta, ale wierzył, że ta lektura zmobilizuje go do poznawanie liter. 
 Jakiś czas później wyszedł z domu. Poruszał się powoli, Pomagając sobie prosty kijem z główką, o motywie łba lwa. W drugiej dłoni dzierżył prezenty. Szedł powoli, nie zwracając zbytnio uwagi na spojrzenia, tudzież szepty ludzi. Z ulga odetchnął, kiedy stanął na ganku parterowego, skromnego domku. Z lekką obawą, przed którą przyznał się przed samym sobą, majestatycznie uderzył łbem lwa w drewniane drzwi. Szybko usłyszał szmer i dźwięk przekręcanego zamka. Kiego oczom w poświacie sztucznego światła pojawiła się mała postać. Tymek trzymał w dłoni brakujący kawałek piernikowego serca. Julian chciał coś powiedzieć, ale usłyszał tylko głos dobiegając z głębi domu.
-Tymuś, kto przyszedł? – usłyszeli znajomy głos. 
- Dziadek babciu. Przyszedł twój ukochany.
Julian wtedy zrozumiał, że na świecie istnieje jednak magia. 



Ilona Ciepał-Jaranowska
„Puste ściany”


Płatki pierwszego w tym roku śniegu miękko opadały w dół. Kilka zatrzymało się i rozpłynęło na twarzy Agaty, która ze zdziwieniem patrzyła w górę. Właściwie sama nie wiedziała dlaczego się dziwi, śnieg w grudniu to chyba nic nowego, właściwie powinna się zastanawiać dlaczego w tym roku spadł tak późno, ale te zimne płatki nie były głównym powodem jej rozważań, właściwie stały się tylko przerywnikiem skołatanych myśli. Agata wracała właśnie z pracy do mieszkania. Mimo spędzonych tam kilku lat nie potrafiła nazwać tego miejsca domem. Dom to coś więcej niż ściany, łóżko w którym śpi, czy płyta grzewcza, na której czasem przyrządza posiłek. Mieszkania na dom nie zamienił nawet ten, który w pewne sobotnie popołudnie założył jej na palec obrączkę. Dlaczego właściwie tak się stało, że wśród tych murów nie ma ciepła, radości? Czy jest miłość? Chyba tak. Nie możliwe, żeby wygasła zaledwie dwa lata po ślubie, ale czy to to samo uczucie, które wypełniało jej serce, gdy mówiła „tak”? Co poszło źle? Agata chyba uświadomiła sobie jaka jest odpowiedź na to pytanie i właśnie ta odpowiedź zatrzymała ją na ławce przed blokiem, w którym mieszkała.
Śnieg padał już dość intensywnie i zmarznięta Agata postanowiła wreszcie wejść do środka. Musiała się rozgrzać, inaczej rozchoruje się tuż przed Świętami, gdy najwięcej jest do zrobienia w pracy. Tak, praca. Nawet teraz o niej myślała i to ona była na pierwszym miejscu. Potrząsnęła głową, żeby zrzucić z siebie wreszcie te myśli. W przedpokoju panowała cisza, Kamila jeszcze nie było, w sumie rzadko bywał w domu przed nią, więc nie zaskoczył jej ten fakt. W kieszeni płaszcza zaczęła wibrować komórka, Agata wyjęła ją, ale po chwili schowała z powrotem do płaszcza. Nieznany numer, pewnie znów ktoś nie mógł sobie z czymś poradzić w pracy, z której niedawno wyszła. Czy ona jest niezastąpiona? Chyba jej pracownicy przyzwyczaili się, że z każdym problemem do niej dzwonią, owszem jest szefową, ale jest po godzinach pracy, to, że ktoś został dłużej nie znaczy, że ona ma rozwiązywać każdy problem! Przez ułamek sekundy walczyła ze sobą, żeby może jednak odebrać, w końcu może się okazać, że ktoś spędzi w pracy pół nocy główkując co zrobić, ale nie. Dość. Mogli słuchać wytycznych, przed każdym nowym projektem dokładnie opisywała jak coś zrobić, ale jej pracownicy woleli co rusz dopytywać o szczegóły, zwłaszcza, gdy Agaty nie było już w pracy. To musi się wreszcie zmienić, w ogóle dużo musi się zmienić. Weszła do łazienki chcąc wziąć ciepły prysznic i rozgrzać ciało po tym, jak siedziała nieruchomo na ławce przed blokiem i to w momencie kiedy zaczął padać mokry śnieg. Rozebrała się i weszła pod prysznic. Szkoda, że nie ma wanny. To był chyba pierwszy raz, gdy tego pożałowała, mogłaby nalać do wody jakiegoś miłego w zapachu płynu, zapalić świecę i się zrelaksować. Ciepła woda płynąca z prysznica też dawała ukojenie, ale to nie to samo, dziś jednak musiała wystarczyć. Skupiła się na strugach, które powoli rozgrzewały skórę a ta z kolei krew, do pełni szczęścia potrzebna była jeszcze herbata, najlepiej lipowa i koc.
Właśnie taką owiniętą w koc i popijającą herbatę zastał ją Kamil. Zdziwił się, bo to nie był codzienny widok. Zazwyczaj Agacie towarzyszył laptop, albo telefon, zawsze coś jeszcze trzeba było sprawdzić, dopilnować, coś ustalić. Praca w pracy, praca w domu. On niestety też tak żył. Zaraz po ślubie z Agatą awansował, a potem robił wszystko, aby dostać kolejny awans. Agata już przed ślubem zajmowała kierownicze stanowisko i chciał jej dorównać. Właściwie nie chodziło o rywalizację, nigdy tak o tym nie myślał, ale o to by być prawdziwym facetem, który potrafi zapewnić kobiecie dobry byt, żeby niczego jej nie brakowało. Został wychowany w tak zwanej tradycyjnej rodzinie, gdzie głową rodziny był ojciec i to on utrzymywał dom „w pionie finansowym” jak często się wyrażał. Mama, czasem dorabiała zastępując swoją siostrę w prowadzonym przez nią sklepie, ale nie było z tego dużych pieniędzy, raczej odskocznia od prac domowych. Ojciec nie chciał, żeby mama pracowała na pełen etat, wiedział, że bez niej dom nie będzie prawdziwym domem. Nie chodziło o to, żeby miał codziennie poddany pod nos posiłek i uprasowane koszule. Sam też świetnie gotował i nie bał się żelazka, ale to że może zapewnić rodzinie byt a dzieciom, Kamilowi i jego siostrze, mamę na co dzień napawało go szczęściem. Mama nigdy nie skarżyła się na takie życie, więc Kamil wyszedł z przekonania, że tak jest dobrze. Oczywiście wiedział, że taki model rodziny jest w tych czasach bardzo rzadki. Żeby uzyskać stabilizację finansową kobieta też musi pracować. Musi, to raz, ale też chce. Nigdy nie słyszał od koleżanek, żeby któraś chciała zajmować się domem, rezygnując z etatu. Nigdy też nie kierowały nim niskie pobudki typu mieć wszystko podane na tacy i dom traktować jako miejsce odpoczynku. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego ile pracy wymaga utrzymanie porządku, przygotowanie ciepłego posiłku, pranie, prasowanie. Mimo, iż to mama najczęściej zajmowała się tymi sprawami, nauczyła też dzieci samodzielności. Ani Kamil, ani jego siostra nie mieli „dwóch lewych rąk” do prac domowych. Dlatego od samego początku znajomości z Agatą starał się jej pokazać, że chce razem z nią budować dom, a nie oczekiwać, że ona będzie wszystko robiła sama. Jedyne, co kłuło jego męskość to te finanse. Mógł biegać po domu z fartuszkiem do gotowania i ścierać kurze, ale kwestia zarobków nie dawała mu spokoju. Agata nigdy nie wywyższała się pod tym względem, ot tak wyszło, że to ona zarabia więcej, zajmuje wysokie stanowisko. Splot sprzyjających okoliczności i tak się potoczyło. Kamil po ślubie zaczął bardzo zabiegać o awans, udało się, ale miał w planach kolejny krok. Jeszcze wyższe stanowisko i na pewno wtedy, zarabiając więcej od Agaty czułby się w pełni usatysfakcjonowany. Nie kierowała nim pycha, raczej troska o nią, żeby nie musiała się martwić o tę sferę życia. Żeby nie musiała przenosić pracy do domu i ślęczeć ciągle przy tym laptopie i udowadniać wszystkim, że świetnie daje sobie radę na swoim stanowisku. Wiedział bowiem, że bardzo ją to męczyło, kiedyś powiedziała mu, że żałuje decyzji przyjęcia awansu, nie myślała, że bierze na siebie tyle dodatkowych obowiązków, raczej cieszyła się ze sporej podwyżki niż myślała o konsekwencjach. Tymczasem kredyt na mieszkanie i na samochód zaciągnięty i trzeba było to wszystko mieć na uwadze. Po tym wyznaniu Kamil upewnił się, że dobrze robi próbując swych sił w pracy i starając się o awans. Zaczął pracować coraz więcej i pilniej. Pierwszy awans dodał mu pewności siebie. Tak jak Agata rozpoczął zarządzanie niewielkim zespołem, ale jego celem było zostanie managerem. Ciągle coś usprawniał w funkcjonowaniu swojej grupy, był chwalony i to dodawało mu sił. Chciał pokazać jak bardzo się stara, jak mu zależy i wtedy również on zaczął przynosić pracę do domu. Nie było już wspólnego gotowania obiadów, ba nawet wspólnego jedzenia, bo zarówno on jak i Agata często jadali „na mieście” lub chodzili na służbowe kolacje. Często też wyjeżdżali na delegacje, szkolenia i tak żyli w pośpiechu, niby razem a ciągle osobno.
Cześć, jesteś już w domu?- Agata podniosła na niego zamyślone oczy.
Tak, jestem. Chodź do mnie, chcę z tobą porozmawiać.
Coś się stało? Dziwnie wyglądasz. - Zauważył jej czerwone policzki. Podszedł do niej i położył rękę na czole. - Masz gorączkę?
Nie, zmarzłam trochę, ale nie martw się nic mi nie jest.
Na pewno?
Tak, po prostu siedziałam chwilę na ławce, z resztą nie ważne. - Zamilkła i popatrzyła w okno. Sypało już całkiem mocno.
Rano będzie biało...
Pewnie tak, w końcu to grudzień, najwyższy czas, żeby było biało, ale o co chodzi, mówiłaś, ze chcesz pogadać, a chyba nie chciałaś rozmawiać o śniegu? - Kamil usiadł naprzeciwko Agaty i wpatrywał się w nią.
O tym też. Niedługo Święta. Będziesz w Wigilię w pracy?
No tak. Przecież zbliża się koniec roku, wiesz, że to gorący okres i trzeba wytężyć siły, u Ciebie w pracy jest podobnie, prawda? - Popatrzyła na niego, ale w taki sposób jakby widziały tylko oczy a reszta ciała razem z umysłem były gdzieś daleko. Kamila przeszedł dreszcz, co się z nią dzieje, dziwnie wygląda, dziwnie się zachowuje i jeszcze nie wiadomo dokąd zmierza ta rozmowa.
Dużo pracujesz - powiedziała Agata.
Tak, to prawda, ale przecież wiesz, że staram się o awans. Muszę na niego zasłużyć.
Nie tak dawno dostałeś awans, po co Ci następny?
Jak to po co, Agata? Żeby nam się dobrze żyło, żeby nam na nic nie brakowało, żebyśmy mogli sobie pozwolić na dziecko...
Myślisz, że jak będziesz już tym managerem, to będzie Ci się dobrze żyło? Będziesz miał wtedy czas dla mnie i dla dziecka?
Agata, ja na prawdę nie rozumiem o co Ci chodzi. Ty też dużo pracujesz, też biegasz na szkolenia, przenosisz pracę do domu. Musimy się skupić na pracy, żeby potem móc korzystać z jej owoców, tak?
Kamil, popatrz na ściany w naszym mieszkaniu - Rozejrzał się, ale nic nie rozumiejąc czekał na wyjaśnienia.
Posłuchaj, dziś gdy wracałam do domu i zaczął padać śnieg, patrzyłam na te białe płatki i myślałam o tym, że coś nam ucieka, że nie mamy czasu dla siebie, że nie jest tak, jak miało być i wtedy zrozumiałam. Ściany naszego mieszkania są białe. Nie chodzi o to, że mają być szare, czy różowe, mają być kolorowe. Mają na nich wisieć  zdjęcia, nasze zdjęcia, ze wspólnie spędzonego czasu. Tylko jak mają tam zawisnąćskoro ich nie mamy? Nasze życie to bieg w maratonie a raczej w dwóch maratonach. Ty biegniesz osobno i ja osobno, ale ja już nie mam na to siły. Nie oskarżam Ciebie, bo i ja jestem temu winna, że tak się mijamy i że naszą metą jest stabilizacja finansowa, a nie stworzenie prawdziwego domu, pachnącego piernikami w Wigilię i choinką. Obydwoje będziemy w ten dzień pracować, żebyśmy kiedyś mogli, tak jak nasi szefowie wyjechać na luksusowe wczasy. Ale ja tego nie chcę. Musimy zwolnić i skupić się na tym co teraz. Na naszym życiu.
Agata zamilkła i patrzyła na Kamila w oczekiwaniu. Chciała, żeby to zrozumiał i pomógł jej się z tym uporać, bo sama nie wiedziała, co dalej. Uświadomienie sobie problemu to jedno, ale rozwiązanie go to już coś, co wymagało rozwagi w działaniu i wzajemnego zrozumienia. Widać było, że to, co powiedziała dotknęło Kamila, siedział z rękami włożonymi w swe bujne czarne włosy i mierzwił je. Zawsze tak robił, gdy nad czymś intensywnie myślał.
Czyli uważasz, że wszystko robię źle.
Nie Kamil, ja... - Nie dał jej skończyć.
Do tej pory nie narzekałaś na to jak żyjemy, myślałem, że ci to odpowiada. - Wstał z fotela. - Jestem zmęczony. Nie wiem co mam ci powiedzieć. Po ponad dwóch latach małżeństwa dowiaduję się, że moje starania są bezsensowne, a ja przecież chciałem dobrze, nie dla siebie, tylko dla nas. Przepraszam cię, muszę rano wcześnie wstać. Wyszedł do sypialni i zamknął za sobą drzwi.
Agacie zrobiło się smutno, nie spodziewała się takiej reakcji i tego, że Kamil się od niej odsunie. Przecież nie oskarżała jego, sama też przyczyniła się do tego, jak wygląda ich życie. Chciała mu tylko uświadomić, że idą w złym kierunku tymczasem on odebrał to jak atak, nie dał sobie nic wytłumaczyć i na dodatek zostawił ją z tym samą. Nie wiedziała co o tym myśleć, miała już dość tego dnia i na dodatek zaczęła ją boleć głowa. Wstała, żeby zażyć tabletkę przeciwbólową, po czym wróciła na sofę, szczelnie otuliła się kocem i zasnęła. Mimo ciężkiego wieczoru spała dość mocno, a gdy się obudziła Kamila nie było już w domu. Nie słyszała nawet kiedy wyszedł. Wyszedł, albo uciekł. Czy naprawdę był tak zaślepiony pracą i możliwością awansu, że nie zauważył co się z nimi stało? A co jeśli nie będzie chciał niczego zmienić? Nie wyobrażała już sobie być z nim i żyć tak jak do tej pory, więc nie pozostanie jej nic innego tylko odejść. Na tę myśl napłynęły jej do oczu łzy. Nie chciała tak drastycznych kroków, ale pewnie będzie do tego zmuszona.
Dzień wlekł się niemiłosiernie. Agata nie mogła się skupić na tym co miała do zrobienia. Miała nadzieję, że Kamil do niej zadzwoni, że będzie chciał porozmawiać, przeprosi, ale telefon milczał. Po powrocie z pracy chciała tylko tak jak wczoraj zaszyć się pod kocem z herbatą w dłoni, ale o niczym już nie myśleć, może uda jej się poczytać jakąś książkę i oderwać się od problemów. Myślała, że spędzi samotny wieczór, ale zaraz za nią do domu wszedł Kamil. Trzymał w ręku bukiet kwiatów. „Może jeszcze nie wszystko stracone”, przemknęło Agacie przez myśl na ten widok i mimo złości na Kamila, uśmiechnęła się.  
Kotku, przepraszam Cię. Za moje zachowanie wczoraj i za wszystko. Chciałem z tobą porozmawiać już rano, ale spałaś tak twardo, a ja musiałem być dziś wcześniej w pracy. Poza tym miałem więcej czasu na przemyślenia. Nie tak miało to wyglądać. Chciałem dobrze. Myślałem, że jak już osiągniemy stabilizację finansową będzie nam lepiej, łatwiej. Chciałem, żebyś ty nie musiała tyle pracować, żebyś miała czas na tworzenie domu, na macierzyństwo, przecież to wymaga dużo wysiłku, poświęcenia. Ale myślałem o tym w czasie przyszłym zapominając o tym co tu i teraz. Masz rację, że coś jest nie tak, że zdecydowanie za dużo pracujemy, obydwoje, ale ja chciałem pracować, żebyś ty mogła zwolnić tempa i pogubiłem się w tym wszystkim.
Kamil, przede wszystkim chcę Ci powiedzieć, że nie mam do Ciebie żalu, nie chciałam Cię oskarżać, bo też jestem winna. Teraz nawet lepiej rozumiem twoją chęć awansu, że robiłeś to dla mnie. Ja natomiast trzymałam się swojej posady ze względu na Ciebie, widząc, że chcesz stabilizacji finansowej. Obydwoje chcieliśmy dobrze i obydwoje się w tym pogubiliśmy. Kiedy tylko zdałam sobie z tego sprawę, chciałam uświadomić to również tobie i chciałam, żebyśmy razem coś wymyślili, bo nie wiem co dalej.
Najlepiej byłoby abyśmy obydwoje rzucili pracę. - Kamil się uśmiechnął
Tak i popadli w drugą skrajność. - Agata też się uśmiechnęła. Wreszcie napięcie z niej opadło, Kamil ją zrozumiał i przyznał rację. Na pewno dziś niczego konkretnego nie postanowią, ale świadomość, że są z tym problemem razem, obojgu dodała otuchy.
Kolejne dni może wyglądały podobnie jak wcześniejsze, bo trzeba było jednak chodzić do pracy, ale już wieczory w domu zaczęły różnić się od tych poprzednich. Wspólnie przygotowywali kolacje, oglądali filmy w telewizji, albo wychodzili do kina, zaczęli przypominać parę, którą byli przed ślubem. W Wigilię Bożego Narodzenia tak, jak było ustalone obydwoje wyszli do pracy, na wieczór zamówili kilka dań z pobliskiej restauracji, ale przyrzekli sobie, że to tylko ten jeden raz. Każdą następną Wigilię przygotują sami. Agacie udało się wyjść w ten dzień trochę wcześniej i miała nadzieję, ze zdąży zrobić Kamilowi niespodziankę. Chciała odebrać zamówione dania wcześniej i ładnie przystroić stół, żeby czuć było domową atmosferę. Potwierdzenie z zamówieniem było jednak w domu, więc musiała najpierw po niego pojechać. Wysiadając z windy poczuła zapach ciasta. Pomyślała o sąsiadach przygotowujących wieczerzę. Obok mieszkała para z kilkuletnim dzieckiem, dziewczynką. Pewnie pieką razem piernikowe ciasteczka. Oczyma wyobraźni zobaczyła kuchnię zasypaną mąką, mamę wałkującą ciasto, dziewczynkę wycinającą z ciasta różne kształty i tatę ubierającego choinkę. Tak powinny wyglądać przygotowania do Świąt. Gdyby tak wyglądała jej Wigilia, byłaby naprawdę szczęśliwa. Na progu domu zatrzymała ją myśl, która niczym Gwiazda Betlejemska zaświtała jej w głowie. Tak, to jest to. Nie powinni więcej czekać, muszą jak najszybciej postarać się o dziecko. Będąc w ciąży nie będzie tyle pracować. Nie będzie mogła brać nadgodzin i siedzieć osiem godzin przed komputerem. Będzie mogła się skupić na tworzeniu domu i czekaniu na potomka. Może już w przyszłe Święta będą we trójkę? Z tą myślą weszła do mieszkania i nawet nie zauważyła, że zapach pieczonego ciasta zrobił się bardziej intensywny.
Kamil? Co ty tu robisz? - Zdziwiła się widząc go w kuchni.
Agatko? Już jesteś?
Tak, wyszłam wcześniej z pracy i chciałam Ci zrobić niespodziankę, ale widzę, że ty zrobiłeś mi większą! - Uśmiechnął się, a Agata rozejrzała się po kuchni. Chyba jeszcze nigdy wcześniej nie była w takim stanie, wszędzie leżały jakieś naczynia, ubrudzone mąką i chyba kakaem albo rozpuszczoną czekoladą, na blacie leżała stolnica i wałek („mamy stolnicę i wałek?”) natomiast Kamil coś zawzięcie mieszał w czymś co przypominało moździerz, a może to był moździerz?
Wiem kochanie, że kuchnia nie wygląda najlepiej, ale ja to zaraz wszystko posprzątam, muszę tylko utrzeć lukier na ciasteczka.
Ciasteczka? Kamil, co ty wyprawiasz? Jakie ciasteczka? Wiem, że potrafisz gotować ale nie wiedziałam, że potrafisz piec ciastka! I dlaczego właściwie nie jesteś w pracy?
Na które z tych pytań mam odpowiedzieć najpierw? Skarbie, jest Wigilia, wziąłem wolne, bo musiałem upiec piernikowe serduszka. Sama mówiłaś, że prawdziwy dom musi pachnieć w Wigilię piernikami. Moja mama też zawsze powtarzała, że Wigilia bez piernikowych ciastek nigdy nie będzie prawdziwa i że muszą być koniecznie w kształcie serca, dlaczego? Nie wiem, ale zawsze wtedy wymieniali z tatą porozumiewawcze spojrzenia, pewnie mieli jakiś sekret z tym związany. - Kamil uśmiechnął się łobuzersko i pocałował Agatę w czoło. Ona dalej stała nieco zszokowana, bo nie spodziewała się czegoś takiego.
Piec nauczyła mnie oczywiście mama, pomagałem jej przy tej czynności wiele razy, tylko jakoś się nie składało do tej pory, żebym tę umiejętność wykorzystał. A w pracy, po prostu wziąłem wolne, myślałem, że będzie fala protestów, tymczasem szef bez słowa podpisał mi prośbę o urlop i chyba firma przez to nie upadnie. A teraz przepraszam Cię, usiądź, odpocznij sobie, a ja dokończę dekoracje pierników bo lukier mi stężeje.
Agata usiadła w salonie i stamtąd patrzyła na męża. Była mu wdzięczna za to, że doskonale zrozumiał jej rozterki sprzed kilku dni i starał się coś zmienić. Widziała, że naprawdę mu na tych zmianach zależy. Uświadomiła sobie, że nie jest są ma ze swoimi problemami i ma w mężu prawdziwe oparcie. Obydwoje popełnili błąd, dużo błędów, na szczęście w porę zdali sobie z nich sprawę i zaczęli je naprawiać. Mieszkanie zaczynało przypominać dom. Ściany co prawda dalej świeciły pustką, ale obydwoje wiedzieli, że to się wkrótce zmieni. Wypełnią je zdjęciami wspaniałych chwil i Agata nawet miała pomysł na pierwsze z nich. Dyskretnie wyjęła telefon i zrobiła zdjęcie krzątającemu się po kuchni Kamilowi. Poczuła, jak wraca gorące uczucie jakim go obdarzyła kilka lat temu. Znów zaczęło płonąć jak kiedyś, a nie tak dawno bała się, że wygasa. Wstała z fotela, podeszła do Kamila i mocno go objęła. On nie pozostał jej dłużny, a z tego, co wydarzyło się potem można wnioskować, że na przyszłe Święta na pewno nie będą sami.

Agnieszka Średnicka
 " Serce z piernika"
Dzień był wyjątkowo mroźny. Oli strasznie nie chciało się rano wstać, ale musiała iść  na zajęcia. Szybki prysznic, ubieranie, delikatny makijaż i była już gotowa. Po drodze wpadła do ulubionej kafejki po kawę, z mlekiem i małą ilością cukru. Do tego kanapka z kurczakiem i jabłko. Wybiegła zza rogu i z impetem wpadła dosłownie komuś w ramiona. Kubek z kawą wyleciał jej z ręki i rozprysł się na chodniku i butach nieznajomego.
  - Strasznie przepraszam, nie chciałam - powiedziała
Chłopak spojrzał na nią i miał ochotę ją udusić, ale utonął w błękicie jej oczu. No słowo daję, takich jeszcze nie widział. 
  - Nic się nie stało - wymamrotał zmieszany i dodał  -Tak właściwie to też moja wina, bo zamiast patrzeć na drogę to zacząłem szukać w torbie telefonu, który nie chciał przestać dzwonić. W tym momencie znów rozbrzmiał sygnał. Dziewczyna powiedziała: 
  -To może odbierz, a ja jeszcze raz przepraszam.
I nim nasz nieznajomy się spostrzegł, już jej nie było. Okazało się, że dzwoniła mama chłopaka - Igora, która poinformowała go, że jego babcia wyszła do sklepu i oczywiście się przewróciła, i złamała nogę. Igor bardzo się zdenerwował, ponieważ mieszkał z babcią i prosił, żeby dziś nigdzie nie wychodziła, bo jest ślisko. Dopytał mamę, do którego szpitala babcia trafiła i powiedział, że natychmiast tam pojedzie. Cieszył się, że ma dziś luźniejszy dzień na studiach i żadnych zajęć porannych. 
Ola dotarła na  zajęcia lekko spóźniona, ale wślizgnęła się cichutko do sali i nikt nie zauważył jej spóźnienia. Zajęcia ciągnęły się okropnie, Ola spoglądała za okno i od czasu do czas myślała o wydarzeniu z rana. Trochę żałowała, że nie zdążyła zagadać do chłopaka, bo szczerze mówiąc wydał jej się znajomy i chciała ustalić, czy już wcześniej gdzieś się poznali. No nic, mówi się trudno. Teraz powinna skupić się na nauce, a nie na zawieraniu nowych znajomości. 
Tymczasem Igor dotarł do szpitala i odszukał pokój, w którym leżała jego babcia, Łucja. Igor był oczkiem w jej głowie i jedynym wnukiem. Po śmierci dziadka Bolesława zamieszkał z babcią i pomagał jej w codziennych czynnościach. Staruszka mieszkała w starej kamienicy, w której niestety nie było kaloryferów, tylko piece kaflowe. Chłopak uwielbiał wieczorami oprzeć się plecami o nagrzane kafle i zajadać rosół z makaronem. Taki rosół umiała ugotować tylko babcia. Babcia była pogodną kobietą i sama potrafiła o siebie zadbać, ale przynoszenie wiader z węglem to było ponad jej siły. 
Igor przysiadł na krześle i czekał aż babcia się obudzi. W końcu babcia się przebudziła i spojrzała na wnuczka.
  -Igorku co Ty ze mną masz? Ciągle jakieś kłopoty - powiedziała
Igor chwycił babcię za rękę i odpowiedział:
-Nic się babciu nie martw, odpoczywaj, a za kilka dni zabiorę Cię do domku. 
Babcia uśmiechnęła się i zapadła w drzemkę. Igor poinformował mamę, że wszystko ma pod kontrolą. Na godzinę 12 musiał być na uczelni, ale po południu znów planował zajrzeć do babci. W drodze myślał o dziwnym porannym spotkaniu. Szkoda, że tak się rano spieszył i nie zdążył zagadać do dziewczyny. 
Tymczasem Ola podążała do szpitala. Trzy razy w tygodniu była wolontariuszką, która umilała czas pacjentom. A to poczytała gazetę, zrobiła niewielkie zakupy. Tego dnia została skierowana na chirurgię. Miała dotrzymać towarzystwa pani, która złamała rękę. W pokoju pielęgniarskim dowiedziała się o numer pokoju pacjentki. W pokoju leżały dwie pacjentki, jedna miała gips na ręce, a druga na nodze. Ola zapytała o samopoczucie i pani z ręką w gipsie poprosiła o zrobienie niewielkich zakupów. Dziewczyna zajrzała jeszcze do kilku pacjentów i wróciła z zakupami do swojej podopiecznej. 
Otworzyła drzwi i kolejny raz tego dnia na kogoś wpadła. Tym razem nic nie upuściła, ale uderzyła dość mocno ramieniem w drzwi. Spojrzała z wyrzutem na osobę, która wychodziła z pokoju i zaniemówiła. To się nie dzieje naprawdę pomyślała, bo znów zderzyła się z tym samym nieznajomym co dziś rano. Igor był równie zaskoczony, ale tym razem to on zaczął przepraszać.
  - Przepraszam , nic ci się nie stało? Jesteś cała? - zapytał
Oli jakoś złość przeszła, odpowiedziała:
  -Wszystko jest ok, naprawdę.
Chłopak wyciągnął rękę i się przedstawił:
  -Igor jestem, miło mi - powiedział
  -A ja mam na imię Ola i też jest mi bardzo miło.
Igor spytał co Ola tu robi, a ona wyjaśniła mu, że jest wolontariuszką  Chłopak opowiedział o babci . Oboje jeszcze nie zdawali sobie sprawy, że ich historia będzie miała ciąg dalszy. Tak to jest, że miłość zjawia się zawsze w nieoczekiwanym momencie. Młodzi ludzie zgodnie stwierdzili, że tak dziwnie rozpoczętej znajomości nie można nie kontynuować , więc wymienili się numerami telefonów. 
Minęło kilka dni. Ola i Igor całymi dniami smsowali. Nie zdążyli się jeszcze umówić na porządną randkę, ponieważ dużo mieli zajęć na uczelni. Zbliżał się weekend i w końcu oboje znaleźli czas na wspólną kolację. Umówili się w popularnej w ich mieście włoskiej restauracji. Ola bardzo się denerwowała przed tym spotkaniem. Igor to fajny chłopak, ale czuła, że to nie jest odpowiednia pora na poważny związek. Tak myślała, ale serce podpowiadało co innego. Starannie wykonała makijaż, zrobiła kreskę na powiece , trochę błyszczyku i już. Pół godziny zastanawiała się, co na siebie włożyć, w końcu postanowiła na prostotę. Założyła czarne rurki i koszulę w sówkowy wzorek i choć za nimi nie przepadała: czerwone szpilki. Uznała, że warto dodać sobie te 10 cm, przy wzroście 160 cm każdy centymetr się liczy. Swoje długie, brązowe , lekko kręcone włosy upięła w luźny koczek. Jeszcze tylko kilka psiknięć ulubionymi perfumami Truth CK i była gotowa. Igor również nie mógł się doczekać  spotkania z Olą. Powiedział o randce babci, która stwierdziła, że Ola to bardzo sympatyczna i skromna dziewczyna. Już dwadzieścia minut przed czasem czekał w lokalu. Zamówił sobie herbatę i czekał. Ola wpadła jak burza i podeszła do Igora. Serce biło jej jak szalone, już dawno tak się nie czuła. A może nigdy?
  - Hej Igor, długo czekałeś? - Zapytała
  - Nie, no co ty, chwilkę czekam i cię wypatruję. 
Rozmowa na początku nie bardzo się kleiła, ale już po chwili rozmawiali tak jakby się znali kilka lat, a nie kilka dni. Oboje w tej chwili z nikim sie nie spotykali, więc uznali, że z przyjemnością umówią się na kolejne spotkanie. Ola niedawno zakończyła swój trzyletni związek, jej były chłopak Maks okazał się totalnym dupkiem, dla którego ważniejsi byli kumple i imprezy. Ola wolała poczytać i mile spędzać czas z grupką przyjaciół, a nie na imprezach z dużą ilością alkoholu. Ciągle musiała odwozić Maksa z imprez, aż w końcu stwierdziła, że to nie ma sensu i dała sobie z nim spokój. Jeśli chodzi o Igora to miał kilka dziewczyn, ale jakoś do żadnej z nich nie poczuł czegoś specjalnego, więc po kilku miesiącach rozstawał się z nimi. Postanowił, że nic na siłę i że poczeka na taką miłość, która go zaskoczy. Ola wtargnęła w jego życie dość gwałtownie i to właśnie o niej myślał, jak budził się rano. Gapił się w ekran telefonu, czytał smsy od Oli i uśmiechał się sam do siebie. Czyżby się zakochał? Sam tej myśli jeszcze nie dopuszczał do siebie. Dni mijały, znajomość tych dwojga młodych ludzi rozwijała się w zawrotnym tempie. Sami byli tym lekko przerażeni, ale czuli, że z dnia na dzień stają się dla siebie kimś ważnym. Igor był czuły, prawił komplementy i do tego wszystkiego potrafił gotować. Ola ujęła Igora swoją delikatnością i tym, że zawsze mógł na nią liczyć. Oprócz wolontariatu w szpitalu, Ola jeździła do schroniska oddalonego kilka kilometrów od miasta. Tam wyprowadzała psiaki na krótkie i długie spacery, a Igor chętnie jej towarzyszył. Krótko się znali, ale obiecali sobie, że kiedyś też zaadoptują psiaka ze schroniska. 
Wielkimi krokami zbliżały się święta.  Oboje zdecydowali, że Wigilię spędzą po trochu w domu każdego z nich. Ola miała tylko o 3 lata starszego brata Dawida, który zawsze zjawiał się w domu na święta. Dawid od kilku lat pracował w Anglii, ale barszczu z uszkami i makiełek nigdy by nie odpuścił. Igor miał siostry bliźniaczki Paulę i Anetę, które chodziły jeszcze do podstawówki.
Ola z Igorem często przesiadywali w mieszkaniu Igora i jego babci Łucji. Dziewczyna bardzo polubiła babcię Igora, jej babcia mieszkała daleko od niej i nie mogła często się z nią widywać, choć niedługo miało się to zmienić. Babcia Łucja zawsze miała jakieś słodkości schowane dla wnuka i jego dziewczyny. W weekend często piekła ciasta, w szczególności jabłecznik - ulubione ciasto Igora. W tej chwili przez nogę w gipsie była niestety uziemiona, ale do Wigilii gips miał być już zdjęty. Ola przyszła do Igora w piątkowy wieczór, chcieli zaplanować listę prezentów, bo święta zbliżały się szybkimi krokami. Dziewczyna potknęła się  na schodach, rękaw utknął w poręczy i urwała guzik. Zapytała babcię Łucję czy ma gdzieś igłę z nitką. Babcia pokazała Oli gdzie ma pudełko z nićmi. Dziewczyna otworzyła pudełko i zamarła. Oprócz nici i igieł w pudełku była jeszcze połówka starego piernika. Ola widziała już taką połówkę, ale nie chciała nic mówić, bo nie wiedziała czy to jest możliwe, że jest to druga połówka tego samego piernika. Babcia zajrzała do pudełka i łezka potoczyła jej się po policzku. Dziewczyna spytała:
 - Pani Łucjo, coś się stało?
 - E, nie, dziecko, to tylko wspomnienia, stare dzieje. Po prostu coś mi się przypomniało. 
 - Może ma pani ochotę mi opowiedzieć, chętnie posłucham- powiedziała Ola
 - A, nie chcę cię zanudzać, Wy młodzi to teraz tylko te fejsbuki, jesteś pewna, że chcesz posłuchać?
 - Pewnie, że tak, bardzo mnie ciekawi historia tego pierniczka. 
Ola zawołała Igora, a Pani Łucja zaczęła swą opowieść.
                                                                 HISTORIA ŁUCJI
Spytałaś, Oleńko, o piernik, a właściwie jego połowę. Ten pierniczek jest bardzo stary, ale bardzo dla mnie ważny. Starałam się przez lata o nim nie myśleć, bo te wspomnienia są dla mnie bolesne. Nie wiem czy ci kiedyś mówiłam, ale mieszkam w tej kamienicy od przeszło pół wieku. Tu się wychowały moje dzieci i też tutaj mieszkała moja ukochana przyjaciółka Martyna. Kiedyś kochała się w moim mężu Bolesławie, ale to ja wpadłam mu w oko, a Martyna oddała w końcu swoje serce Józkowi. Nasza przyjaźń zaczęła się jeszcze w szkole i miałam nadzieję, że będzie trwała wiecznie. Jednak tak się nie stało. w latach 80-tych, a wierz mi , że były to ciężkie czasy, Martyna z Józkiem musiała uciekać za granicę naszego kraju. Józek był oficerem wojskowym i bał się aresztowania, więc postanowił, że za wszelką cenę ochroni swoją rodzinę i któregoś dnia bez uprzedzenia wyjechali .Miałam wielki żal do Martyny, bo nawet nie przyszła się ze mną pożegnać. Pod drzwiami znalazłam tylko karteczkę, że mam jej wybaczyć, ale tak będzie bezpieczniej, jeśli przez jakiś czas nie będziemy się kontaktować. Oprócz karteczki była w pudełku połówka serca z piernika. Co roku przed Świętami, razem z naszymi dziećmi, wypiekałyśmy pierniczki różnorakich kształtów. Czego tam nie było: choinki, domki, bałwanki i oczywiście serduszka. Zawsze też wypiekałyśmy jeden pierniczek ciutkę większy od pozostałych i po upieczeniu dzieliłyśmy na pół. Każda brała swoją połówkę i chowała. Był to taki nasz mały rytuał. Co roku stare połówki wrzucałyśmy do pieca i zastępowałyśmy je nowymi. Ta połówka, która trafiła pod moje drzwi, była najświeższa i teraz już wiadomo, że ostatnia. Poprzedniego wieczoru, przed nagłym wyjazdem Martyny, wypiekłyśmy nasze pierniczki. Przyjaciółka miała jeszcze polukrować i mi później podać. Nigdy bym nie pomyślała, że moja połówka zostanie do mnie dostarczona w zwykłym pudełku, a nie osobiście przez Martynę. 
Pamiętaj, Oleńko, przyjaźń to jedna z najpiękniejszych więzi, jaka może połączyć dwoje ludzi. Przyjaciel to ktoś, kto jest przy Tobie zawsze, nie tylko w radościach, ale przede wszystkim w smutkach. Martyna zawsze mnie wspierała, była na wyciągnięcie ręki. Ile łez wylałyśmy, ale radości też nie brakowało.  Przede wszystkim te litry wspólnie wypitych kaw i omawianie codziennych problemów nas do siebie zbliżyły. To właśnie przy niej nauczyłam się cieszyć z małych rzeczy: słonka za oknem, czy choćby tego, że kwiat zakwitł w doniczce. Te małe rzeczy są podstawą, żeby być w życiu po prostu szczęśliwym.
Martyna po pewnym czasie odezwała się do mnie, napisała list, ale ja, głupia uparciucha, nawet go nie przeczytałam, tylko podarłam. Jakoś nie mogłam jej przebaczyć, że się ze mną nie pożegnała. Na kopercie był jej nowy adres, ale ja nie dość, że podarłam kopertę, to jeszcze wrzuciłam do pieca. Ile nocy przepłakałam, wyzywałam się w myślach, że przez swój upór zaprzepaściłam przyjaźń. Dopiero później dotarło do mnie , że Martyna i jej mąż nikomu nie mogli ufać, takie to były czasy, że dla profitów ludzie zrobiliby wszystko. Oni po prostu się bali. Od ich wyjazdu minęło ponad 30 lat, a ja często się zastanawiam, co się z nimi działo. Próbowałam szukać, pytać, ale nikt nie chciał udzielić mi żadnych informacji, bo nie byłam z rodziny. Dałam w końcu spokój, to właściwie cała historia. 
Ola nie wiedziała co powiedzieć, Igor smutno pokiwał głową. Dziewczyna pogładziła starszą panią po ręce. Nie wiedziała co z tą historią począć, ale wiedziała, że koniecznie musi porozmawiać z Igorem i swoimi rodzicami.
Ledwie wyszli z mieszkania babci Igora, a Ola wypaliła:
 - Igor, ja wiem gdzie jest pani Martyna.
 - Ale jak to? Ty ją znasz? - Zapytał chłopak
 -Igor, nie wiem, jak Ci to powiedzieć - odpowiedziała Ola
 -Najlepiej prosto z mostu - odparł Igor
 -Martyna to moja babcia - wyszeptała speszona dziewczyna
Chłopak zatrzymał się o popatrzył na dziewczynę.
-Ale jak to możliwe? - Spytał
Ola odpowiedziała:
- Przecież Ci mówiłam, że moja babcia Krysia mieszka niedaleko nas, a druga babcia w Kanadzie, ale w tym roku umarł mój dziadek i postanowiliśmy, że babcia wróci do Polski, do nas.
- No faktycznie, mówiłaś, a znałaś historię tego pierniczka?- zapytał
- Tak właściwie nie, ale kiedyś jak byliśmy w Kanadzie to wpadła mi w ręce ta połowa piernika. Babcia Martyna bardzo się zdenerwowała i powiedziała, że mam ją wyrzucić, że już najwyższy czas. Jak spytałam, o co chodzi, to mnie zbyła. Ta połówka była bardzo stara i tylko trochę czerwonego lukru się na niej zachowało. Nie mogłam jej po prostu wyrzucić, więc schowałam ją do kieszeni i przyleciała ze mną do Polski. Czułam, że z tym piernikiem wiąże się coś ważnego.
Igor spojrzał na Olę, przytulił mocno i powiedział:
-Widzisz, my po prostu byliśmy sobie przeznaczeni. Musimy zrobić wszystko, żeby nasze babcie mogły przeżyć jesień swojego życia razem i bez żalu w sercach. Trzeba znów połączyć piernikowe serce.
Rodzice naszych bohaterów zostali wtajemniczeni w plany swoich dzieci. Jakie było zdziwienie taty Igora, Pawła, że mama Oli , Gosia to ta sama kruszynka, którą woził w wózku, jak byli mali. Mama Oli nie pamiętała starej kamienicy, ponieważ jak jej rodzice się wyprowadzali, miała niespełna 2 lata. Długo się zastanawiali czy powiedzieć babciom o tym, że planują coś ważnego w Wigilię. Postanowili, że zrobią im niespodziankę. Trochę się bali o serca starszych pań, ale wierzyli w to, że wszystko dobrze się skończy.
Nadszedł upragniony 24 grudnia. Ola bardzo się denerwowała, ona i Igor spędzili Wigilię w swoim towarzystwie, po trochę w każdym domu i później wszyscy mieli się spotkać w starej kamienicy w mieszkaniu babci Łucji. Ola wraz z rodzicami, babcią i bratem przyjechała pod kamienicę. Babcia Martyna, jak zobaczyła,  gdzie się zatrzymali, to się rozpłakała. 
- Babciu kochana, nie płacz. Chodź, zobacz, kto na Ciebie czeka - powiedziała Ola. 
Pani Martyna nie mogła w to wszystko uwierzyć, że jest w Polsce z rodziną i stoi pod drzwiami ukochanej przyjaciółki Łucji. To się nie dzieje naprawdę. Drzwi otworzył Igor, wziął pod rękę starszą panią i zaprowadził do pokoju. W fotelu koło pieca siedziała jego babcia. To właśnie Martyna odezwała się pierwsza:
- Lusiu kochana, to ja, Martyna. Wróciłam, poznajesz mnie? Ja za wszystko przepraszam, bardzo tęskniłam.
Babci Lusi aż wypadł różaniec z ręki i krzyknęła:
- O matko Boska, Tynka, to naprawdę ty? Czy ja mam jakieś zwidy? Igor, podaj mi natychmiast okulary!  - poprosiła
Martyna zbliżyła się do Lusi i mocno ją objęła. Obie płakały , a wraz z nimi wszyscy zgromadzeni w pokoju. Babcie ściskały się  bardzo mocno i powtarzały:
- Tyle lat, tyle lat, kto by pomyślał.
Igor podał pudełko z nićmi babci Łucji i ona wyjęła swoją połówkę piernika. Babcia Martyna spuściła głowę zawstydzona, że ona swój piernik wyrzuciła, ale wtedy stał się cud. Jej kochana Oleńka wcisnęła jej w rękę tę wyrzuconą połówkę. Babcie dołożyły swoje połowy do siebie. Pasowały idealnie, nie mogło być inaczej. Rozmowy trwały do północy. Trzeba było prawie siłą odrywać babcie od siebie. 
Ola i Igor stanęli pod choinką i chwycili się za ręce. Wiedzieli, że te piernikowe połówki wywróżą im wspólną przyszłość. Mieli nadzieję, że za kilka lat oni będą kontynuowali tradycję pieczenia pierników wspólnie z dziećmi oraz babciami LUSIĄ i TYNKĄ. Nieważne, ile w życiu posiadasz dóbr, ważne, że potrafisz się nimi dzielić. Dzielmy się i nie oczekujmy zapłaty. Każdy dzień jest darem, za który trzeba dziękować, a przede wszystkim należy przebaczać i zawsze znaleźć w sobie siłę do walki nie tylko o swoje, ale przede wszystkim o szczęście swoich bliskich.


Alicja Wiśniewska
„Serce z piernika”

Był mroźny poranek w centrum miasta. W powietrzu unosiło się przeszywające do szpiku kości powietrze, które drażniło nos. Poranna mgła powoli znikała z pola widzenia i odsłaniała architekturę miasta, a zaspani jeszcze ludzie biegiem pędzili złapać swój środek miejskiego przetrwania w celu dotarcia do pracy. W godzinach porannego szczytu trudno było o wolne miejsce w autobusie, tramwaju czy tak zwanej miejskiej „kolejce WKD”. Szczęśliwy między godziną 7:00 a 9:00 rano był ten, kto zdołał wsiąść jedną nogą lub wsadzić swoja rękę do stłoczonego środka komunikacji miejskiej. Choć trudno było nazwać „szczęśliwymi” ludzi, którzy stali zapatrzeni w swoje telefony z miną, jakby podążali na skazanie. Ludzie tłoczyli się jak przysłowiowe sardynki w puszce pozornie udając, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
 Z pozoru szaro – brudne miasto budziło się do życia, aby później przytłaczać rodowitych mieszkańców swoim tempem życia. W odróżnieniu do przyjezdnych – nazywanych popularnie i niezbyt ładnie „słoików” – miasto robiło ogromne wrażenie i początkowo przyprawiało o niemały zawrót głowy. Pałac Kultury i Nauki, starówka, miejskie parki z historią w tle, liczne muzea, teatry, kina i wreszcie głośne kluby i kolorowe centra handlowe przyciągały wzrok i zapierały dech w piersiach. Każdy nowy, kto przyjeżdżał do stolicy z mniejszego i niezbyt dobrze prosperującego miasta w Polsce miał ogromną potrzebę odwiedzania wszystkich tych atrakcji. Nawet migające neony reklamujące kolejną sieć komórkową, ogromne korki i niezbyt przyjemny zapach smogu nie były w stanie zniechęcić młodych zdolnych, którzy chcieli podbijać świat i choć trochę zaistnieć w „wielkim mieście”. Wśród nich była między innymi Wiktoria – dwudziestopięciolatka z marzeniami o świetlanej przyszłości. Wiktoria podążała właśnie do pracy tramwajem. Bardzo lubiła podróżować środkami komunikacji. Oczywiście czuła się przytłoczona różnymi ludźmi, którzy ze wszystkich stron ją otaczali, mimo tego podróże tramwajami pozwalały jej na obserwację miasta zza szyby. Spoglądanie na budynki, ulice no i może w ostateczności na przystojnych mężczyzn pozwalały jej odpływać na chwilę w swoich myślach i zrelaksować się przed wizją trudnego dnia w pracy. 
Wiktoria w ubiegłym roku skończyła studia o kierunku „Administracja”. Dziewczyna nigdy nie miała problemów z nauką, była pracowita i zawsze w terminie przykładała się do powierzonych zadań. Fakt, na początku było jej trochę ciężko – obce miasto, nowi ludzie, brak znajomych i postrach przed niektórymi profesorami sprawiał, że łapała „spadki nastroju”. Ale gdy tylko się zaaklimatyzowała w nowym miejscu i poznała kilka sympatycznych dziewczyn na roku wszystkie „czarne” myśli znikały jak ręką odjął. Administracja to nie było coś, co dziewczyna szczególnie uwielbiała. Wybrała taki kierunek studiów kilka lat temu, bo wtedy jeszcze nie wiedziałado końca, na co innego mogłaby się zdecydować. Administracja wydawała się jej dobrym i w miarę dobrze prosperującym kierunkiem na znalezienie w przyszłości pracy. Okazało się, że jednak kokosów z tego nie będzie, a i praca sama tak łatwo się nie znajdzie. Ostatecznie dziewczyna wylądowała w korporacji – jak większość młodych ludzi. Nie narzekała na zarobki, bo były one wystarczające na jej aktualne potrzeby. Starczyło na opłacenie rachunków wynajętego pokoju, na rzeczy pierwszej potrzeby, a i zawsze znalazły się środki na zakup boskiej bluzki czy butów. Wiadomo, nic nie działa tak dobrze na kobietę jak udane zakupy, a szczególnie nowe, piękne buty, które w magiczny sposób poprawiają najgorszy nastrój. Mimo tego praca w korpo to nie była jej praca marzeń, którą wykonywałaby z miłością i pasją. Chodziła tam żeby mieć się z czego utrzymać, ale papierkowa robota w biurze od 8:00 do 16:00 ją nudziła i męczyła. W życiu chodziło jej o coś więcej. Od kiedy była małą dziewczynką marzyła, żeby piec smakowite słodkości. Dokładnie uwielbiała piec pierniczki. Często wspominała wspólne gotowanie z mamą w jej domu rodzinnym. Mama Wiktorii potrafiła piec wspaniałe cuda cukiernicze i robiła to z uwielbieniem. Rozmaite kremowe, torty, kruche ciasteczka oblane słodką polewą czy ciasta drożdżowe zawsze królowały na stole rodziny Brockich. Cała rodzina zachwycała się talentem kulinarnym mamy Wiktorii, a święta bożego Narodzenia nigdy nie mogły odbyć się bez specjalnego wypieku – świątecznych pierniczków. Wszyscy członkowie rodziny bez wyjątku mówili jednym głosem, że Wanda ma serce do gotowania. To było widać i czuć w potrawach, jakie przyrządzała. Niestety, mama dziewczyny pracowała ciężko w zupełnie innym zawodzie i zbiegiem upływających lat coraz rzadziej miała siły i chęci na tworzenie wypieków. 
Mała Wiktoria w dzieciństwie zawsze pomagała w pieczeniu mamie. Podawała odpowiednie składniki, mieszała, dosypywała cukier według instrukcji mamy, aż w końcu mieszała surowe ciasto w misach i próbowała, czy jest wystarczająco dobre. Oczywiście w tym pomaganiu było więcej zabawy i bałaganu, ale mama zawsze pozwalała córce na przebywanie w kuchni. Kobieta widziała, że jej mała córeczka oprócz frajdy w trakcie kuchennych rewlucji ma smykałkę do pieczenia. Dziewczynka bardzo szybko nauczyła się samodzielnie dostosować odpowiednie proporcje do danego wypieku. Zdarzało się, że nawet caasami upominała mamę, kiedy ta chciała dodać czegoś za dużo lub za mało. 
Początkowo  mama nie dowierzała, ale po kilku nieudanych wypiekach stosowała się do pomysłów małej córeczki. Ku zdziwieniu ciasta wychodziły wtedy idealnie- na miarę współczesnego Master Chefa, a i nawet sama Magda Gessler nie wyszłaby pewnie z podziwu, jakie słodkie i pyszne cudeńka potrafią storzyć matka z córką. Wiktoria jako mała dziewczynka lubiła spędzać w ten sposób czas ze swoją mamą. Obie dobrze się przy tym bawiły i zacieśniały między sobą więź, jaka łączy matkę z córką. 
Dni małej dziewczynki otoczonej zapachami wypieków w ciepłym domu mijały beztrosko ale za szybko. Niewiadomo kiedy, mała Wiktoria stała się dorosłą kobietą, ale cały czas była oczkiem w głowie swoich rodziców. Mama Wanda i tata Witold byli bardzo dumni ze swojej córki. Mimo, że dziewczyna miała już 25 lat i była samodzielna, rodzice widzieli w niej słodką dziewczynkę w jasnobrązowych włosach i szarych oczach z domieszką zieleni, gdy tylko patrzyła w stronę słońca. W końcu każde dorosłe dziecko dla swoich rodziców mimo upływu lat, zawsze pozostawało dzieckiem. Tak jest na całym świecie od wielu, wielu wieków. Dodajmy, że relacje między dziećmi a rodzicami bywają skomplikowane, gdyż są różne typy rodzicielstwa – od nadmiernej opiekuńczości, która skutkuje w przyszłości nieumiejętnością radzenia sobie w życiu już dorosłego czlowieka; po toksyczne relacje między rodzicami, a dzieckiem – które mają równie zły wpływ na psychikę młodego człowieka. Ale to już inne historie, których na szczęście Wiktoria nie miała okazji zaznać. Mimo, że dziewczyna była jedynaczką, nie była rozpuszczona jak przysłowiowy „dziadowski bicz”. Cechowała ją dobroć, wrażliwość, uprzejmość i takt w stosunku do innych ludzi. Sama też pragnęła być dobrze odbierana przez społeczność. W swoim życiu kierowała się dewizą: „Traktuj innych tak, jak sama chciałabyś być traktowana”. Należała raczej do osób stonowanych, cichych i spokojnych. Nie w głowie jej były imprezy do białego rana czy przypadkowe znajomości. Wolała spędzać wieczory czytając ulubione romansidła dla kobiet popijając ciepłe kakao i rozkoszować się tymi chwilami spokoju. Mimo tego, że była osobą spokojną i stonowaną, nie można było powiedzieć, że w jej towarzystwie będzie nudno. Wręcz przeciwnie. Była uosobieniem wulkanu energii, gdy miała taką okazję. Problem w tym, że nie miała zbyt wielu okazji do  rozładowania swoich zapasów energii i wszechogarniającej potrzeby bycia w ruchu. Takie sprzeczności siedziały w tej na pozór cichej i skromnej dziewczynie. Jeżeli ktoś zapytałby, jaka piosenka opisuje tą dziewczynę bezapelacyjnie wygrałby utwór „Cicha woda brzegi rwie” dosłownie opisywałby ją idealnie. Podczas czytania kolejnej, przewidywalnej historii o tym, jak to młoda bohaterka przeżywa kryzys w swoim życiu, a następnie w cudownie przypadkowy sposób spotyka na swojej drodze przystojnego mężczyznę i jej los odmienia się o 360 stopni zawsze śmiała się w duchu. W głębi serca – mimo naśmiewania się z tanich historyjek - jednak skrycie marzyła o takiej miłości jak z książki. Samotne życie jej trochę dokuczało, a długie wieczory dłużyły się... I nie pomagało czytanie czy wysprzątanie całego mieszkania. Bo co to za przyjemność siedzieć samotnie w pustym, wynajmowanym pokoju. Miło jest od czasu do czasu wyjść z kimś na spacer i po ludzku porozmawiać czy pożartować. Albo popatrzeć na otaczający zewsząd kolorowy świat, zalewający informacjami na migających bilbordach ulicami. Lub spacerować alejkami po uroczych parkach, czy to w dzień, czy o zmierzchu i wczuwać się w klimat specyficznych warszawskich Łazienek czy Wilanowa. Zawsze to jakaś inna rozrywka i na pewno milsza niż samotne spacery. Samotność była czasami dobra, ale na krótko. Gdy się wydłużała i człowiek nie miał się do kogo odezwać stawał się wyobcowany i coraz bardziej odsuwał się od innych ludzi. A Wiktoria bardzo tego nie chciała. Bo mimo swojego spokojnego usposobienia nie lubiła siedzieć w miejscu i się nudzić. Odczuwała dużą potrzebę ruchu, aby nie zwariować do końca w tym swoim życiu, w którym chodziła do pracy i z pracy do mieszkania w jednej z dzielnic stolicy. Niektórzy którzy ją znali czasami mówili w żartach oczywiście, czy nie ma aby jakiegoś ADHD albo innej przypadłości. Wiktoria była bardzo ciekawa świata i pełna życia, tyle, że nie miała jeszcze z kim podzielić tego życia i móc urzeczywistnić swoją potrzebę ciągłego ruchu. 
Pewnej pięknej, zimowej soboty Wiktoria postanowiła nie marnować dnia na samotne siedzenie w domu. Dziewczyna zamierzała spożytkować cudowną aurę na spacerze po warszawskiej starówce wśród ludzi. Z racji tego, że był to przedświąteczny czas i urocze uliczki starego miasta wyglądały jeszcze bardziej magicznie nie mogła zmarnować takiej okazji. Wiktoria uwielbiała ten przedświąteczny, zwariowany czas. Lubiła obserwować pędzących ludzi z upominkowymi torebkami w renifery i gwiazdki, zatłoczone galerie handlowe i markety, w  których trwała walka o najlepszego karpia, który w ościach przeczuwa, co go niebawem spotka. Przystrojone sztuczne, sklepowe choinki, mieniące się feerią barwnych lampek, odbijały blask brokatowych, kryształowych bombek, które przykuwały wzrok. Najpiękniejsze były dla Wiktorii te szklane, ręcznie robione, po których widać było, że ich twórca włożył w ich wykonanie całe swoje serce i duszę. Tak jak niegdyś ona z mamą podczas tworzeniu świątecznych pierniczków... Na samo wspomnienie uśmiechała się sama do siebie. Była pewna, że na starówce, wśród jarmarcznych, świątecznych stoisk, jak co roku będzie stoisko ze słodkimi wypiekami. Nie marnowała już więc czasu – ubrała się ciepło,  na głowę założyła wełnianą, różową czapkę z dwoma pomponami, a na nogi wygodne buty – w sam raz na dłuże trasy. Sprawdziła rozkład jazdy w Internecie i wyszła na swój autobus. Droga miała jej dobrze i bez problemów. O tej porze nie było tłoków i mogła w spokoju z radością obserwować znajome już ulice i widoki. Przez dwa lata zdążyła się nieco przyzwyczaić i zapoznać rozplanowanie miasta. Zdarzało się jej jednak, że dalej potrafiła się zgubić na znanej sobie ulicy, którą podążała nie jeden raz. Jej orientacja w znajomości terenu była na marnym poziomie. Bez mapy i wcześniejszego sprawdzenia trasy się nigdzie nie ruszała. Gdy tak powoli jechała autobusem w stronę starówki miała okazję do zatopienia sie we własnych myślach. Bardzo cieszyła się, że przyjedzie na święta do swojego rodzinnego miasta i spotka się z ukochaną rodziną. Cały rok zawsze czekała z utęsknieniem na święta Bożego Narodzenia. To zawsze był niezwykły czas, który w tajemniczy sposób potrafił magicznie zwalniać. Idealnie na wytchnienie po intensywnym, kolejnym, roku życia. Gdy po przyjemnej podróży autobusem dojechała na ulice starego miasta, Wiktoria z radością powoli przechadzała się uroczymi ulicami. Z wielką przyjemnością rozglądała się po tak lubianym przez nią miejscu. Cieszyła oczy widokiem kolorowych światełek, zawieszonych na latarniach i wystawach kawiarenek i restauracji. Z podziwem patrzyła również na piękną – jak co roku – choinkę, ustawioną w centrum starówki. Jak zawsze widok ten zapierał jej dech w piersiach. Czuła, jakby cofnęła się do czasów, kiedy znów jest małą dziewczynką , która nie może doczekać się, kiedy wreszcie zabłyśnie pierwsza gwiazdka na niebie. Na murach Zamku Królewskiego wirowały kolorowe iluminacje świetlne w kształcie fantazyjnych, śnieżnych płatków. Każdy, kto spacerował w tym czasie na warszawskiej starówce był pełen podziwu i radości dla efektu, jaki dawały zimowo – świąteczne dekoracje. Wszystko to powodowało, że czuła klimat zbliżających się wielkimi krokami świąt, a przy tym nieodłączną euforię w sercu. Jednak do pełni szczęścia brakowało jednego, małego fragmentu – odrobiny miłości od ukochanej osoby. Miała tutaj na myśli mężczyznę, z którym mogłaby spacerować i cieszyć się przedświątecznym klimatem. Wiktoria w głębi serca skrycie marzyła o pięknej miłości. Samotność coraz bardziej jej doskwierała i chciałaby móc spędzać wieczory u boku kochającego mężczyzny. W swoim życiu nawiązała znajomości z facetami, ale przeważnie nie były to poważne związki i kończyły się równie szybko, jak się rozpoczęły. Wiktoria nie miała szczęścia do facetów. Kiedy ktoś jej się spodobał i wydawało się, że coś z tego wyjdzie nagle obiekt jej westchnień zmieniał zdanie i zrywał znajomość. Z kolei adoratorzy, którzy usilnie próbowali zdobyć względy dziewczyny nie byli na tyle poważni i odpowiedzialni, żeby związać się z jakąkolwiek kobietą. Nie czekając na złe zakończenie Wiktoria już na początku skreślała absztyfikatnta. Mówi się, że każdy powinien mieć szansę, ale jeżeli robi się złe wrażenie na piewrszej randce jest szansa, że w przyszłości nie będzie lepiej. Po obserwacji kolorowej starówki, Wiktoria udała się w stronę pobliskiego lodowiska. Dziewczyna nigdy nie jeździła na łyżwach, trzymała się więc na uboczu i patrzyła na gromadę ludzi lepiej i gorzej radzących sobie na śliskiej tafli. Obserwowała roześmiane dzieci, nastolatków i dorosłych. Każdy z nich świetnie się bawił i stosował własną technikę jazdy. Większości jazda na lodzie szła z lekkością – wyglądali jakby płynęli. Zdarzały się jednak i takie przypadki, które zaliczały twarde lądowanie na pośladkach. Nikt się jednak nie poddawał – po upadku każdy znajdywał resztki sił, aby się podnieść i próbować jazdę od nowa. - Tak jak w życiu... – pomyślała Wiktoria. - Chodzi o to, aby się nie poddawać, gdy coś się nie uda. Ważne, aby wyjść z tego obronną ręką. Lub mieć twarde pośladki – zaśmiała się w duchu dziewczyna. Na dworze było już dosyć chłodno, co Wiktoria odczuła po zamarzniętych dłoniacodejść od lodowiska. Wiktoria bowiem nie miała ochoty zamienić się w figurę lodową. Rozejrzała się w terenie i ujrzała kilka stoisk, które serdecznie zapraszały jasnością swojego ciepłego światła i parą unoszącą się w powietrzu. Zaciekawiona dziewczyna podeszła sprawdzić, co oferują świąteczne stragany. W drewnianych budkach rozstawione były świąteczne rozmaitości. Zaczynając od bombek choinkowych i innych ozdób, a kończąc na grzanym, korzennym winie i piwie, które idealnie sprawdzi się w zimowy wieczór. Jednak uwagę Wiktorii przykuło szczególnie jedno stoisko. Zapach, który się stamtąd unosił był nie do opisania i w jednej sekundzie przywołał wspomnienia z dzieciństwa. W uroczej, jasnobrązowej budce Wiktorii ukazał się widok ręcznie robionych pierniczków. Dziewczyna nie myśląc ani chwili podeszła bliżej, aby podziwiać te małe – wielkie dzieła sztuki. Były tam różne kształty i kolory – od najprostszych okrągłych przysmaków po bajeczne gwiazdeczki, renifery, mikołaje, choinki i serca. Każdy piernik był inaczej ozdobiony. Można było jednak zauważyć wielką staranność i dokładność w ich wykonaniu. Każda słodkość była inna i niepowtarzalna. Misternie ozdobione ciasteczka aż prosiły się żeby je schrupać. Jednocześnie żal było nadgryźć te śliczne cudeńka z obawy o zmarnowanie ciężkiej pracy włożonej w ich dekorowanie. Chyba nie było dwóch jednakowych pierniczków na tym stoisku. Wiktoria nie mogła wyjść z podziwu. Owszem, robiła z mamą w dzieciństwie pierniczki, ale to co teraz zobaczyła zapierało jej dech w piersiach i wywoływało szacunek i nieopisaną radość. Czuła, jakby unosiła się nad ziemią i odczuwała wielką potrzebę pieczenia pierników. Gdy z żalem serca miała już odejść od stoiska w dalszą drogę, nagle zza skrytego malutkiego pomieszczenia w pierniczkowej budce wyłonił się On. Mężczyzna w granatowej kurtce i ciepłej, wełnianej czapce, z wypiekami na twarzy niósł tacę ze świeżo upieczonymi słodyczami. Aromatyczny zapach unosił się w powietrzu, a para fruwająca nad jeszcze ciepłymi ciastkami apetycznie zachęcała do skosztowania rarytasów. 
- Czy coś podać szanownej Pani? – zapytał uprzejmym tonem mężczyzna.
Wiktoria spojrzała na niego i oniemiała. Mężczyzna – wyglądający na około 27 lat - patrzył na nią swoimi pięknymi oczami, które miały nieokreślony kolor. Wydawało jej się, że są szaro – niebieskie, tajemnicze i przeszywające człowieka na wylot. Wyraźne rysy twarzy łagodził miły uśmiech – naturalny i niewymuszony. Zaskoczona dziewczyna nie wiedziała, co powiedzieć. Była nieco zawstydzona i jednocześnie poczuła dziwne uczucie w brzuchu. 
- Tak tylko przechodziłam obok... – powiedziała nieśmiało. – Ciężko cokolwiek wybrać, bo wszystkie wyglądają przepysznie i uroczo. – odpowiedziała Wiktoria. Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze bardziej i rozpromienił, gdy usłyszał te słowa.
- Dla uroczej Pani szef kuchni poleca serce z piernika. Idealne dla samotnych serc szukających szczęścia. – tajemniczy mężczyzna powiedział to i puścił jej oczko. Zszokowana Wiktoria patrzyła na niego z niedowierzaniem, bowiem skąd on mógł wiedzieć, że jest samotna? Czy wygląda na tak mocno zdesperowaną wariatkę, która usilnie szuka mężczyzny swojego życia? 
- Nie wiem co powiedzieć... – wypaliła w pośpiechu po czym zarumieniła się. 
- Najlepiej nic. Po prostu proszę przyjąć ode mnie serce. Jak na dłoni. A tak w ogóle jestem Przemek – powiedział i wręczył dziewczynie pięknie zapakowane w celofan i misternie ozdobione lukrem i kolorowymi posypkami serce w piernika. Zdumiona Wiktoria nie wiedziała co ma robić. Jej oczy zrobiły się ogromne jak pięciozłotówki, ale mimowolnie się uśmiechła na myśl o całej zaistniałej sytuacji. Po chwili letargu ożywiła się i stwierdziła, że wypadałoby i jej się w końcu przedstawić. 
- Wiktoria. Czy za każdym razem, kiedy przy Twoim stoisku zatrzyma się jakaś dziewczyna wręczasz jej serce z piernika? – zapytała sama sobie dziwiąc się, że w nadmiarze emocji, które ją dziś spotkały udało jej się sklecić w miarę składne zdanie. 
 - Tylko tej jedynej, na której widok zabije mi szybciej serce. – odpowiedział chłopak.
Wiktoria czuła, jak serce bije jej coraz mocniej a puls przyspiesza. Myślała, że serce za chwilę wyskoczy jej z piersi. Nie wiedziała co się dzieje. Czuła w środku jakieś ogromne szczęście, a jednocześnie niepewność, która nieco blokowała jej umysł. 
Mimo tego miała przeczucie, że coś w jej życiu zmieni się na lepsze i wreszcie spotka ją coś pięknego. 
- Co taka piękna dziewczyna robi sama w takim wielkim mieście? – zapytał z uśmiechem Przemek.
- Uwielbiam atmosferę przedświąteczną... – na chwilę Wiktoria zamilkła. – Nie mogłam wysiedzieć w domu mając świadomość, że ulice mienią się kolorowymi ozdobami i wszystko wokół mówi, że Wigilia coraz bliżej. Musiałam wyjść i przewietrzyć umysł. – powiedziała do końca. Przemek uśmiechnął się, a w tym samym momencie wychylił się z zaplecza piernikowego stoiska starszy pan. Miał zamyślony wyraz twarzy, jakby duchem był gdzie indziej. Wyszedł z pomieszczenia schylony i trzymał coś w rękach, na co Przemek natychmiast zareagował pomocą w przytrzymaniu drzwi i zabrał od mężczyzny kolorowe pakunki. Pan wyglądał na około 70 lat, ale jak na swój wiek był całkiem przystojnym i uroczym mężczyzną. Na widok młodych, którzy ucinali sobie miłą pogawędkę rozpromienił się w oka mgnieniu i zaczął lustrować Wiktorię od góry do dołu. Wiktoria to zauważyła i była trochę onieśmielona, jednak mężczyzna widąc to odezwał się prędko:
- No, no... Nie wiedziałem, że mój wnuk kiedykolwiek będzie miał aż TAKIE szczęście. Witam, nazywam się Antoni Solski. Bardzo mi miło, że taka urocza dama zainteresowała się naszym stoiskiem. – powiedział mężczyzna.
- Dobry wieczór, jestem Wiktoria. – odpowiedziała grzecznie dziewczyna. – Pieczenie pierniczków to było w dzieciństwie moje ulubione zajęcie. Zawsze wspólnie z mamą tworzyłyśmy słodkości. Całkiem dobrze nam to wychodziło. – powiedziała Wiktoria i uśmiechnęła się serdecznie do mężczyzny. - To znaczy, że jest pan dziadkiem Przemka? – zapytała Wiktoria.
- Miło mi słyszeć, że mamy wspólne zainteresowanie. To jakiś dobry znak. – mrugnął okiem do dziewczyny. – I zgadza się, jestem dziadkiem Przemka. – odpowiedział Antoni.
Przemek przypatrywał się z boku całej wymianie zdań. Z zadowoleniem słuchał i obserował, jak dziewczyna złapała dobry kontakt z jego ukochanym dziadkiem. Z racji tego, że dziadek Antoni nigdy nie należał do grona zbyt wylewnych i rozmownych osób, tymbardziej chłopak był nieco zdziwiony. 
- Może w czymś panu pomóc? – zapytała Wiktoria. 
- Dziękuję Ci moje drogie dziecko, poradzę sobie. – powiedział z uśmiechem Antoni. – Przemku może zabierzesz Wiktorię na spacer? Jest ciemno i późno, szkoda żeby taka dziewczyna sama przechadzała się po tej miejskiej dżungli. No, Przemciu, zaproś panią na jakąś herbatę i dobre ciastko – powiedział z szerokim uśmiechem dziadek chłopaka.
- Skoro dziadek prosi wnuka to odmówić nie można – powiedział radośnie Przemek i puścił oko do Wiktorii.
Wiktoria zmieszana całą sytuacją nie wiedziała, co ma robić. Miałaby iść z nieznajomym mężczyzną na spacer po Warszawie? Miała lekkie obawy, ale z drugiej strony myślała w duszy „Co mi szkodzi... Wydaje się sympatyczny. Raz się żyje.” Widząc zmieszaną minę Wiktorii dziadek chłopaka ja uspokoił mówiąc:
- Nie martw się dziecinko, Przemek to dobry chłopak. Nauczyłem go dobrych manier więc nic Ci z nim nie grozi. – powiedział serdecznie. – Przemku, nie zawstydź mnie i pilnuj Wiktorii jak oka w głowie. O tak piękny kwiat trzeba dbać. – powiedział poważnym tonem Antoni i lekkim ruchem ręki wskazał młodym drogę w stronę starówki. 
- Możesz być spokojny, dziadku. Nie zawiodę Cię. W końcu dobrego wychowania uczyłem się od najlepszych. – powiedział Przemek.
- Dobrze, już dobrze. Szkoda czasu na pogaduszki, wieczór taki piękny, a Wiktoria nam tutaj zaraz zamarznie na kość. – powiedział Antoni. – Dobrego wieczoru, bawcie się dobrze kochani. – powiedział na pożegnanie.
- Miło było pana poznać, mam nadzieję, że jeszcze się kiedyś spotkamy. – powiedziała Wiktoria.
Antoni tylko uśmiechnął się i usiadł na krześle w swoim stoisku z piernikami. Przemek przed pójściem na spacer wręczył jeszcze dziadkowi kubek gorącej, parującej herbaty z cytryną i wełniany koc do okrycia. Pożegnał się z dziadkiem serdecznie go ściskając i podszedł bliżej do Wiktorii.
Teraz szli oboje ramię w ramię obok siebie. Na początku trochę nieśmiało i w milczeniu. Jednak po niedługim czasie Przemek zaczął pokazywać i opowiadać Wiktorii o jego stosisku z piernikami, które prowadzi co roku z dziadkiem. O pasji gotowania dziadka, którego zaraziła do tego nieżyjąca żona i zarazem babcia Przemka o imieniu Helena. Opowiedział dziewczynie o załamaniu, które miał jego dziadek po śmierci babci. Aby nie dopuścić do złego rozwoju sytuacji Przemek zachęcił dziadka, aby kontynuował pasję babci. Dziadek Antoni początkowo sceptycznie do tego podchodził, bowiem wspomnienia – zbyt świeże – bardzo go bolały. Jednak przemógł się w sobie i posłuchał rady swojego wnuka. Wiktoria również opowiedziała Przemkowi o tym, czym się zajmowała do tej pory, o pasji tworzenia pierniczków, o której teraz znieco zapomnniała w ferworze obowiązków w pracy. Rozmowa bardzo im się kleiła. Mieli różne tematy do rozmów, wzajemnie się słuchali i opowiadali sobie rózne historie ze swojego życia. Powoli zaczynali się lepiej poznawać. Odkrywali stopniowo swoje słodkie tajemnice. Śmiali się i wygłupiali bez opamiętania, jakby znali się od dzieciństwa. W pewnym momencie, podczas ataku śmiechu z jakiejś zabawnej historii Wiktoria prawie upadła na oblodzony chodnik. Prawie – bo Przemek uratował ją z opresji i złapał dziewczynę w locie. Byli teraz na prawdę blisko siebie. Wiktoria mimo grubej wartswy ubrań czuła dotyk Przemka. Patrzyli sobie teraz w oczy i uśmiechali się do siebie. Trwało to chwilę, po czym chłopak postawił z powrotem dziewczynę na chodnik. Oboje mięli iskierki w oczach i rumieńce na policzkach. 
- To musi być przeznaczenie. – powiedział w pewnym momencie Przemek. – Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że wyrósł dzisiaj prosto przed moimi oczami piękny kwiat. – powiedział Przemek cały czas patrząc w oczy Wiktorii.
- Tak... – powiedziała cicho dziewczyna. – To musi być znak z nieba. Skoro dostałam serce z piernika wprost do moich rąk, musi być coś na rzeczy. – powiedziała to i mrugnęła okiem do chłopaka.
- Jednym zdaniem: Połączyły nas pierniki. – powiedział chłopak i zaśmiał się w głos. Widać było radość w jego oczach. Wiktoria także unosiła się nad ziemią po dzisiejszym wieczorze. Przyjechała na starówkę sama, a wraca z mężczyzną. Chyba sama lepiej by tego sobie nie zaplanowała.
- Tak. Przypadki chodzą po ludziach. To co, wybierzemy się na tą kawę i ciastko? Trochę zmarzłam. – powiedziała Wiktoria z łagodnym uśmiechem. Wyglądała teraz uroczo – faktycznie niczym delikatny kwiat, który pod wpływem dobrych czynników dopiero rozkwitnie. Przemek wziął pod rękę dziewczynę i razem poszli w strone przytulnej kawiarenki w centrum miasta. 
- Oby ten nasz przypadek trwał jak najdłużej. – powiedział Przemek. – W końcu nie każdemu daje się serce jak na dłoni.