czwartek, 20 listopada 2014

Zainspirowana przez pana K.L...

Zdjęcie pochodzi STĄD
Od kilku dni obserwuję z pewnym zainteresowaniem aferę z panem Lewandowskim w roli głównej. Czytam o braku kultury, o bezczelności, o chamstwie. Czytam i się inspiruje, ba, jestem nawet przeinspirowana. W głowie roi mi się od przepysznych pomysłów na... Reklamę rzecz jasna. Bo przecież każdy od dziecka wie, co jest dźwignią handlu. I tak, jestem zdania, że powinniśmy wszyscy, jak jeden mąż, wziąć przykład z Pana L. Ponieść przed sobą kaganek rozpoczętej przez niego kampanii marketingowej! Docenić przetarcie ścieżek. Ale żeby to miało sens, powinniśmy działać w sposób zorganizowany i planowy. Powiadamiać się nawzajem o zamierzonych ruchach, bo to jednak ważne, żeby każdy wiedział, o co chodzi. I kto kogo powinien w danym momencie... No, no, no żadnych pikantnych myśli:)
 I tak na przykład na swoim blogu (o tak, na tym strasznym tworze na "b", wylęgarni głupoty, gęsi i innego drobiu) napiszę recenzję którejś z książek. Polskiego autora rzecz jasna. Najlepiej zaprzyjaźnionego. Żeby było pikantniej. Ten autor oburzy się i zacznie w sposób niewybredny dawać wyraz temu oburzeniu, zerwie ze mną wszelkie kontakty (informując o tym wszystkich dookoła - przekleństwa i wulgaryzmy wskazane), potem ja oburzę się na tego autora i go wyklnę (sposób dobry, bo łatwy do odwrócenia.  "Wyklął to i odeklnie" jak mówią w pewnym polskim filmie (Koglu moglu):) , a potem tak z rozpędu zmieszam z błotem kilka zaprzyjaźnionych blogów. Prowadzący blogi zatchną się i w rewanżu mnie zrugają i obrzucą mięsem,  a przy okazji też nie oszczędzą kilku autorów i kolejnych blogów. I tak dalej i tak dalej. Łańcuszek jak ta lala.  A gdy wszyscy już będą wyklęci, obrażeni, obrzuceni inwektywami i rozszalali... Wtedy pójdziemy na całość! To będzie wielki finał! Na ten przykład ja sama, zapętlona i skołowana zapomnę się i sama siebie znieważę. Tutaj na scenę musi wkroczyć ktoś (najlepiej ten wyklęty) i wziąć mnie w obronę, potem ktoś kolejny tego biorącego w obronę też zacięcie musi zacząć bronić... Co wy na to? Robimy wydarzenie na fb? Będzie cudownie! 

poniedziałek, 17 listopada 2014

Spotkaniowy szał:)

Wnętrze restauracji "W Starym Kinie"
foto STĄD 
Działo się oj działo na ostatnich spotkaniach. Było ich aż pięć. W Kamieniu Krajeńskim, Barcinie, Solcu Kujawskim, Kruszwicy i Koronowie.  Po pierwsze było świetnie. Zawsze jest. Pewnie dlatego, że ja uwielbiam spotykać się z ludźmi. Ludzi lubię ogólnie i Swoich czytelników darzę ogromną sympatią  i tych, którzy przychodzą tylko posłuchać i pogadać, bo moje książki nie są w ich typie. Po takich spotkaniach zawsze jestem przepełniona energią. Taką dobrą, napędzającą i sprawiającą, że świat wydaje mi się lepszy. Zresztą nie tylko mi się wydaje. On jest lepszy. Już na pierwszym spotkaniu w Kamieniu Krajeńskim spotkała mnie ogromna niespodzianka, bo przyjechała jedna z dziewczyn z którymi do tej pory znałyśmy się tylko internetowo.
I tutaj chciałabym sugestywnie zakrzyczeć: Oxfordko gdybym to ja wiedziała, że to Ty kryjesz się pod swoim imieniem!
Brzmi głupio, wiem, ale taka jest prawda, że ja niektórych z Was nie kojarzę z imion tylko z nicków:) I dopiero w domu zorientowałam się, że Oxfordka to Oxfordka. I w tej chwili na owej fali zrozumienia bardzo serdecznie Cię Oxfordko pozdrawiam:)
Wracając zaś do spotkań to niewątpliwie należą one do szczególnych. Żadne z poprzednich bowiem nie zaowocowały taką ilością wiadomości od Czytelniczek, które miałam okazję poznać. Wszystkim, którzy do mnie napisali serdecznie dziękuję. W szczególności zaś Pani Jadwidze, która to, (uwaga!!!!) już napisała miłosne opowiadanie do miłosnego tomiku:) To dopiero jest tempo!:)
A teraz tak drogą skojarzeń wspomnę o Barcinie (panią Jadwigę poznałam właśnie w tamtejszej bibliotece). Ależ to było miejsce! Biblioteka marzenie! Wystarczył jeden rzut oka i poczułam zachwyt i odrobinę zazdrości. Bo szczerze mówiąc marzy mi się by każda z bibliotek wyglądała tak jak ta barcińska. Nowoczesna ale nie pozbawiona uroku, przestronna, cudownie zaopatrzona... To było pierwsze wrażenie, nie poparte niczym więcej jak tylko obserwacją. Dopiero później dowiedziałam się, że nie tylko mnie olśniło to miejsce. Bowiem Biblioteka w Barcinie zajęła pierwsze miejsce w rankingu "Rzeczpospolitej". W momencie gdy poznałam panie w niej pracujące wszystko stało się jasne. Nie można nie osiągnąć sukcesu gdy pracuje się z taką pasją i zaangażowaniem.
Barcinowi też zawdzięczam zachwyt innego rodzaju. Otóż moi drodzy wiecie już ( a jeżeli nawet wam umknęło to własnie się dowiecie), że na równi z odkrywaniem nowych miejsc, zaprzyjaźnianiem się z ludźmi kocham też kulinarny aspekt podróży. Uwielbiam jeść, gotować, wąchać, smakować... I właśnie w Barcinie odkryłam miejsce o którym do tej pory śnię po nocach i marzę żeby tam wrócić. Na obiad. Śniadanie. Kolację. Wszystko jedno na jaki posiłek. Tym miejscem jest Resteuracja w Starym Kinie. Zarezerwowaliśmy tam nocleg. Dotarliśmy po dwudziestej. Umierałam z głodu i jednego wielkiego pragnienia, które łaziło za mną od kilku dni. Miałam bowiem ochotę... (tutaj wszyscy, którzy spodziewają się, że napiszę o czymś wykwintnym, małokalorycznym i zwiewnym niech raczej zamkną oczy) Miałam bowiem ochotę na golonkę. Nic to, że późno, że miejsce nieznajome, że nie wiadomo czy golonka świeża... Śliniłam się bowiem na samą myśl i widząc w karcie, że obiekt mojego pożądania jest dostępny natychmiast zamówiłam. I cóż ja Wam mam powiedzieć? Jeżeli ktoś wątpi, że golonka może smakować poezją niech koniecznie wstąpi do Starego Kina. To był smakowy odlot! Nie mówiąc o tym, że porcja byłą tak ogromna, że pomimo zachwytu, wygłodzenia a nawet łakomstwa nie dałam jej rady. Kuba zamówił karczek pieczony i wrażenia miał podobne. Z tym, że on z porcją sobie poradził i nie dał zmarnować się mojej golonce:) Fakt faktem, że ledwo potem weszliśmy po schodach:). Ale to nie wszystko. Pan właściciel wieczorem nam już zapowiedział, że na śniadanie będą same specjały. Wędlina własnoręcznie robiona, konfitury domowej roboty... I co? I były. Poranek rozpoczął się smakowicie i miło. Aż żal mi się zrobiło, że na tym ten kulinarny luksus się skończy. Więc wróciliśmy tam na obiad. Pierś z suszonymi pomidorami, fetą, ziemniaczkami smażonymi.... Ehhhh.... Gdyby nie to, że "Stare Kino" Jest tak daleko stołowałabym się tam regularnie i zapewne zamieniłabym się w doskonałość czyli w kulę:).
Tak więc moi kochani POLECAM!!! I DZIĘKUJĘ! Wszystkim, którzy zorganizowali spotkania, wszystkim, którzy na nie przyszli, wszystkim, którzy mnie nakarmili i ugościli. Z całego serca dziękuję!

A jeżeli chodzi o ugoszczenie to serdecznie zapraszam, bo już wkrótce obiecany post o pałacu. A miejsce jest warte poznania. Zajrzyjcie więc do mnie niebawem:)

A poniżej kilka zdjęć ze spotkań:) Przyznaję się bez bicia, zdjęcia są pożyczone ze stron bibliotek w Kamieniu Krajeńskim, Barcinie, Solcu Kujawskim, Kruszwicy i Koronowie:) Mam nadzieje, że nikt mnie ze skóry nie obedrze:)
Biblioteka w Barcinie:)










   

czwartek, 13 listopada 2014

O tym jak poczułam się rozdarta i jak postanowiłam temu zaradzić

obrazek nawiązujący do mojego rozdarcia:) Czasem tak się czuję jak ten ludzik
uczepiony wskazówki:) 
Przyjrzałam się ostatnio mojemu blogowi i muszę przyznać że jestem rozdarta. I bynajmniej nie chodzi mi tu o cechy charakteru:) Ostatnimi czasy wrzeszczę niebywale mało. Zresztą ja z tych mało krzykliwych raczej jestem. Chociaż pamiętam taki moment gdy dopadło mnie jakieś choróbsko i  zaniemówiłam, to w domu zapanował istny chaos. Dzieci i zwierzęta z miejsca doznały amnezji i zapomniały o wszelkich obowiązujących regułach. A ja mogłam jedynie schrypniętym szeptem besztać i przywoływać do porządku, co oczywiście przynosiło zerowy skutek. Tylko Pulet (pies) patrzyła na mnie, w zdumieniu przekrzywiając łeb, po czym oczywiście robiła to na co miała aktualnie ochotę. O wtedy, powrót głosu uczciłam paroma gromkimi ryknięciami, co z miejsca poskutkowało powrotem ładu i porządku. Ale nie o tym miało być tylko o moim rozdarciu duchowym i wewnętrznym. Bo ewidentnie się pogubiłam. I muszę coś z tym zrobić, bo po wnikliwym blogowym rekonesansie doszłam do wniosku, że zakradł mi się tutaj ogromny bałagan. Niedokończone wątki, mnóstwo pomysłów, posty które czekają na dalszy ciąg... W pierwszym momencie zupełnie nie wiedziałam jak mam to ogarnąć. I chyba nie pozostaje mi nic innego jak po prostu zacząć po kolei. Czyli od stworzenia planu. I w związku z tym zapraszam Was na taki mini program blogowy na najbliższe dni. Program będzie elementem stałym. Przynajmniej na razie. Wiecie jedni robią podsumowania a ja będę działać na opak:) I tak zapraszam Was na:

Króciutką relację z ostatnich spotkań (oczywiście tutaj będzie również kilka słów o tym co widziałam i gdzie jadłam i co jadłam, bo odkryłam takie miejsce do którego moja kulinarna dusza wyje po nocach).

Historię pewnego pałacu (muszę koniecznie o nim napisać, bo to takie miejsce z duszą, działające na wyobraźnię i piękne, bo pan który go kupił przywrócił mu dawną świetność)

Dalszą opowieść o naszej wielkiej wyprawie do Włoch 

Odpowiedzi do wywiadu ze mną samą (jeżeli ktoś chciałby mnie o coś zapytać niech dodaje pytania TUTAJ, bo na śmierć o tym wywiadzie zapomniałam więc może ktoś jeszcze na moim zapominalstwie skorzysta:))

Recenzję książki "Złodziejka Marzeń" Anny Sakowicz (przeczytałam i koniecznie muszę o niej napisać. Wiecie, że Ania Sakowicz poza tym, że jest autorką "Złodziejki" jest też blogerką? Jeżeli byście mieli ochotę zajrzeć do niej zapraszam TUTAJ)

Edycję V kto napisze ze mną książkę:) (Już możecie myśleć o miłosnym opowiadaniu:))

To tak na pierwszy rzut. Oczywiście nie powiedziane, że w międzyczasie nie zjawi się coś ponad to, bo wiecie jak to jest czasami coś wpadnie do głowy znienacka i wtedy człowiek musi, bo inaczej się udusi:)
Tak oto przedstawia się plan zdyscyplinowania Magdaleny K:)

poniedziałek, 3 listopada 2014

Najbliższe cztery dni wyglądają tak:)

Zapraszam wszystkich, którzy będą blisko ale też tych, którzy mają podobne do mojego podejście do odległości (czyli daleko to jest wtedy gdy trzeba przejechać ponad 600 km:))












3 XI: 
Kamień Krajeński, 17.00
Biblioteka Publiczna
adres: ul. Leśna 11, 89-430 Kamień Krajeński

4 XI: 
Koronowo, 14.00;
Miejska Biblioteka Publiczna w Koronowie
adres: ul. Szosa Kotomierska 3, 86-010 Koronowo

Solec Kujawski, 17.00

Biblioteka Publiczna w Solcu Kujawskim
adres: ul. 23 Stycznia 9, 86-050 Solec Kujawski

5 XI: 
Barcin, 17.00
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy w Barcinie
adres: ul. LWP 4, 88-190 Barcin


6 XI: 
Kruszwica, 17.00
Miejsko-Gminna Biblioteka Publiczna w Kruszwicy
adres: ul. Rybacka 22, 88-150 Kruszwica

wtorek, 28 października 2014

Nasz rumak Edek dzielnie spisał się w boju czyli wielkiej podróży część pierwsza:)

Każdy wie, że każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. W naszym przypadku ten krok oznaczał starganie bagaży do Edka (nasz samochód:)), zagonienie tam potomka, zapakowanie samych siebie... Zanim ruszyliśmy ogarnęliśmy czujnym spojrzeniem całe auto, co oczywiście nic nie dało, bo wśród  ciasno upakowanych rzeczy nie było widać co jest a czego nie ma... W końcu ruszyliśmy...  Wyjeżdżając z osiedla jeszcze upewniłam się, że zabrałam szczegółowy opis dojazdu. Był na swoim miejscu.
 Był piątek, popołudnie. Przed nami do pokonania ponad 1600 km. I wizja wszelkich cudowności i plan tego co będziemy robić... Choć przyznaję, że tym razem plan był bardzo nieprecyzyjny. I właściwie tak miało być. Na początku, gdy zaczęliśmy regularnie wyjeżdżać nasze podróże charakteryzowały się ciągłym biegiem. chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej, jak najszybciej, naj, naj naj było naszym motywem przewodnim. Aż w pewnej chwili poczuliśmy, że mamy dość i że nie na tym to wszystko ma polegać. Od tamtego momentu olśnienia zmieniliśmy tryb urlopowania. Dzięki Bogu zresztą, bo nie wiem czy któregoś razu po takim urlopowym maratonie byśmy nie padli:).Teraz już wiemy, że wypoczywać też trzeba się nauczyć. Dlatego tym razem poza pewnymi punktami postawiliśmy na spontaniczność. Tym bardziej, że już od długiego czasu kusiło mnie by zwiedzać i poznawać metodą zwaną: pozwól się sobie zgubić:).

Pierwszym punktem którego nie dało się uniknąć było dotarcie do celu czyli do maleńkiego włoskiego Pino. Tak, tak, moi kochani, tam właśnie, do mojej wymarzonej i wytęsknionej Toskanii :)
opuszczona winnica
Jechaliśmy w większości nocą więc niestety ominęły nas malownicze widoki. Tylko gdzieniegdzie rysowały się ogromne, ciemne kontury gór. Usiłując przeniknąć wzrokiem ciemność nocy obiecaliśmy sobie, że wracać będziemy dużo wcześniej żeby choć trochę ponapawać się pięknymi krajobrazami. Świt powitał nas przepięknym widokiem odchodzących ze szczytów gór mgieł. Sunęły majestatycznie, ulotne i jakby żywe. Niosły ze sobą mżawkę a zaraz potem słońce. Miałam wrażenie jakbyśmy jechali przez całe spektrum pogód:) No dobrze, śniegu tam nie było i szczerze mówiąc absolutnie za nim nie tęskniłam. Gdy góry zostały daleko za nami zaczęliśmy coraz bardziej się niecierpliwić i wypatrywać drogowskazów z napisem "Firenze". Pojawiły się a wraz z nimi pofałdowane wzgórza obsadzone winoroślą i oliwkami. Gdzieniegdzie widać było domy z oknami o zielonych okiennicach. I cyprysy i palmy i cytryny i granaty rosnące obok dróg... Nasz samochód wypełniały słowa: ooo zobacz, ooo ale pięknie, ooo widzisz! Ale tunel, ale góra, ale!!!!! Właściwie porozumiewaliśmy się ochami i achami. W końcu przyszedł czas na wyciągnięcie opisu dojazdu. Wspominałam już o nim na początku. Był niebywale precyzyjny i wszystko się zgadzało. Malutkim problemem było zlokalizowanie kapliczki, przy której miał być drogowskaz ale i ją w końcu znaleźliśmy. Okolica wyglądała na nieco wyludnioną, ale w sumie nie mieliśmy mieszkać w mieście więc nawet nas to nie zdziwiło. Aż do momentu gdy skręciliśmy w wąską stromą dróżkę, dojechaliśmy do opisywanego miejsca i rozejrzeliśmy się dookoła. Przez moment nic nie mówiliśmy tylko popatrywaliśmy na siebie. W końcu wyszliśmy z Edka, wypuściliśmy młodego żeby rozprostował kości a sami jeszcze raz przyjrzeliśmy się mapce dojazdowej. Niestety wszystko się zgadzało. Numery domów, opis wejścia, nawet stary gołębnik był. Widoki cudne, na piękną dolinę porośniętą winoroślą. Jedyny i maleńki szkopuł polegał na tym, że wszystkie te domy były opuszczone. I widać było, że już od dawna nikt w nich nie mieszka... Z lekka zszokowana odnalazłam stary, zarośnięty murek i przysiadłam na nim usiłując zebrać myśli. Kuba, który w przeciwieństwie do mnie postanowił nie myśleć tylko działać, poszedł poszukać kogoś kogo można by było zapytać o szukany przez nas dom... I tak oto rozpoczął się nasz pobyt w Toskanii... Siedziałam w pełnym słońcu na starym murku, obok mnie przycupnęła ogromna jaszczurka beztrosko się wygrzewając, przed moimi oczami roztaczał się zapierający dech w piersi widok opuszczonej winnicy. Sytuacja żywcem wyjęta z romantycznej powieści. Powinnam być zachwycona. Ale coś mi się wydaje, że wraz z wiekiem romantyczność we mnie nieco przygasła, bo miast uniesień czułam potężne zaniepokojenie. Tym bardziej, że telefon pana u którego mieliśmy zarezerwowaną kwaterę nie odpowiadał....

to zobaczyliśmy po dojechaniu:)

Zachwycająca agawa

opuszczony dom

Tysiek wypoczywa, za nim murek na którym siedziałam.

Fot. jkordel

Ciąg dalszy wkrótce.

niedziela, 26 października 2014

Po zabójczych zielonych sukienkach przyszła pora na śmiertelnie niebezpieczny fortugał:)

Wciągnęła mnie ostatnio tematyka ciuchowa. I nie chodzi mi bynajmniej o zakupy albo porządki w szafach (choć prawdą a Bogiem porządki by się przydały:)). Ale u mnie jak to u mnie nie może być całkiem normalnie. I tak przede wszystkim interesują mnie ubrania z morderczymi skłonnościami. Co poradzić! Widać na starość dziwaczeje i były już zabójcze zielone sukienki (TUTAJ) a teraz przyszła pora na fortugały (franc. vertugadin), przodka krynoliny i na samą krynolinę. Ale po kolei. Fortugał, jak się już zapewne domyśliliście był to stelaż na który nakładano spódnicę. To ustrojstwo miało za zadanie poszerzenie bioder i nadanie spódnicom a co za tym idzie figurze kobiecej kształtu stożka lub dzwonu. Od dołu rzecz jasna. Bo z górą rzecz miała się inaczej. Składała się z usztywnionego materiału, który miał za zadanie spłaszczać brzuch i piersi. Coś jakby na odwrót niż dziś. Współczesna elegantka bowiem woli mieć czym oddychać niż czym kołysać. Z tego wniosek, że dziś powinniśmy zbudować stelaż na klatkę piersiową a usztywniany i spłaszczający element zakładać na biodra:).
Wracając do tematu to oczywiście wiem, że o gustach się nie dyskutuje ale o skutkach noszenia takowych konstrukcji już można. 
Hiszpańskie verdugado pojawiło się w formie obręczy z trzcin (los verdugos). Podobno na samym początku zaczęto wykonywać go z gałęzi krzewu zwanego verdugo, od którego to wzięła się tamtejszą nazwę – verdugado. Zważywszy, że hiszpańskie „verdugo” tłumaczy się na polski jako „kat”, „oprawca” możemy sobie wyobrazić jak fajnie było w czymś takim chodzić. Wprawdzie niektórzy nazwę wywodzili od słowa „vertu”, oznaczającego cnotę, którą taka konstrukcja jakoby miała chronić, ale na mój gust kat lepiej pasuje.
Naprawdę wiele można było pod taką kiecką ukryć. I nie o cnotę mi bynajmniej chodzi. Mam wrażenie, że niejeden kochanek by tam się zmieścił:). A przynajmniej jego część o czym doskonale wiedziała królowa Margot. Jej fortugał ponoć skrywał nie tylko bujne kształty ale też puszki z sercami zmarłych kochanków. Poza tym jej spódnica podobno była tak obfita, że do przejścia przez drzwi potrzebowała pomocy. Służba musiała ją siłą przez nie przepychać.
Jak wiadomo moda bywa kapryśna i fortugały powoli zaczęły ustępować godnym następczyniom: rogówce i krynolinie. Funkcjonowały podobnie, na konstrukcji naciągano sztywne halki a na nie bardzo obficie zdobione spódnice. Powiecie mi, że o niczym nadzwyczajnym tu nie wspominam i że zapewne chodzi mi o szkodliwe działanie owego ustrojstwa na ciało, organy wewnętrzne i tak dalej. Tego oczywiście nie można pominąć, bo fakt jest taki, że łatwo się ich nie nosiło. Krynoliny posiadały od czterech do (uwaga!) czterdziestu coraz większych obręczy. A to wszystko mocowane w talii, oparte na biodrach... A na tym wszystkim materiały, falbanki... Ważyło to sporo. Jednym słowem modnisie łatwo nie miały.

Ale tak naprawdę chodzi mi zupełnie o coś innego. Bo fortugały i krynoliny miały też inne i to dużo mroczniejsze właściwości. Pomyślcie o ich kształcie. Czemu sprzyjał? Oczywiście pomijając ukrywanie pod nimi najróżniejszych pamiątek:) (znana jest anegdota, że ponoć podczas powstania styczniowego jedna z dam ukryła pod krynoliną dwóch powstańców). Otóż moi drodzy konstrukcje te były niebywale podatne... Na podmuchy wiatru. Podobno niejedna modna dama porwana przez prąd powietrza wylądowała w rzece lub morzu. Zważywszy na to ile warstw materiałów liczyła obfita spódnica jej koniec bywał raczej przesądzony. Kolejnym niebezpieczeństwem był ogień. Obfite suknie dość często stawały w płomieniach. Nic dziwnego skoro ich posiadaczki nie mogły stwierdzić gdzie znajduje się koniec ich ubioru. Podobno od płomieni między końcem lat 50-tych i 60-tych XIX wieku, w Anglii spłonęło od własnych sukien aż trzy tysiące kobiet! Niekiedy suknie odpowiadały nie tylko za śmierć swoich właścicielek ale też innych. Jedna z historii z morderczą krynoliną w roli głównej opowiada o pożarze w kościele, w którym zginęło kilkaset wiernych. Czemu aż tylu? Bo ubrane modnie kobiety zablokowały obfitymi spódnicami wyjście...
Podsumowując: krynoliny z całą pewnością nie były miłe. Jawią mi się jako śmiertelnie niebezpieczne twory. A pomijając już ich mordercze właściwości, jak w tym czymś skorzystać z ubikacji? Albo usiąść? No chyba że kobiety w tamtych czasach po prostu były ponad to:)
Gwoli ścisłości coby sprawiedliwości stało się zadość, przeczytałam też o jednym przypadku, w którym to krynolina uratowała swojej właścicielce życie. Owa dama po kłótni z ukochanym skoczyła z klifu a wtedy spódnica zadziałała niczym spadochron i umożliwiła niedoszłej samobójczyni bezpieczne lądowanie.
Ale nawet jeżeli owa historia jest prawdziwa to jest to ten wyjątek potwierdzający regułę. Jeżeli chodzi o mnie to jakoś mnie nie ciągnie do zamykania się w tym ustrojstwie. Mimo tego, że suknie z dawnych lat budzą mój podziw to jednak krynolinie mówię stanowczo nie:)

Wiadomości zebrałam z: