środa, 30 lipca 2014

Ostateczny termin, proszę nie bijcie:)

Moi drodzy, wiem, że to kolejna zmiana, ale dostaję od Was sporo listów z prośbą o przesunięcie terminu konkursu do połowy sierpnia. Część z Was wyjeżdża na urlopy, część, ma w domu wakacyjny ubaw z potomstwem i się nie wyrabia... Niby już raz przesunęłam termin, ale w związku z prośbami z,mienię go po raz ostatni. Ostateczny. Opowiadania można przesłać do 15 sierpnia.  Do 24:00. Mam nadzieję, że nie będziecie bić ani strzelać:) Serdeczności środowe Wam przesyłam i zapraszam serdecznie na spotkanie w Darłówku:) Już w piątek (1 sierpnia) o 16:00.

wtorek, 29 lipca 2014

Dwa malownicze opowiadania w malownickiej scenerii:)

Arkadiusz Kiński 

Julia

Przestała wierzyć w Boga kiedy matka powiedziała, iż góry zabrały jej ojca. Niezwykle dokładnie pamiętała ten dzień. Usiadły z matką przed domem, w ogrodzie gdzie stał stolik, nad nim parasol reklamujący jednego z producentów piwa, cztery drewniane krzesła, a obok prowizoryczna fontanna zakupiona w jednym z marketów. Od zachodu świeciło słońce, była to sobota przed wielkanocnymi świętami. Nalały sobie po lampce czerwonego wina, które znajoma z pracy dała matce Julii w podziękowaniu za napisanie biznes planu. Sączyły i w pewnej chwili kobieta zaczęła mówić:
- Julio, mam tobie jeszcze wiele do wyjaśnienia.
Pytałaś niejednokrotnie gdzie tata, dokąd poszedł, czemu nie ma go z nami? Zawsze mówiłam tobie, że tata poszedł do nieba, do Pana Boga. Ale tak naprawdę, to Pan Bóg tatę zabrał, mimo iż nigdy na to nie chciałam pozwolić, nigdy z Jego decyzją nie pogodziłam się i nigdy nie pogodzę. Pan Bóg czasem zabiera ludzi potrzebnych na ziemi. Ludzi, którzy powinni opiekować się innymi, swoim potomstwem, następnym pokoleniem, ludzi dobrych, życzliwych, kochanych. Pan Bóg tak robi, nie wiem czy z miłości, czy z nienawiści? Nie wiem czy po to by hartować żyjących, czy po to by ulżyć zabieranemu? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. A może Pan Bóg jest egoistą i lubi otaczać się dobrymi ludźmi? Tego też nie wiem.
Dziś miałby 38 lat. Właściwie kończyłby w Poniedziałek Wielkanocny. A po jego urodzinach, w kolejny poniedziałek 15 lat jak sama, przepraszam z tobą córciu kochana, prowadzimy nasz rodzinny dom. Od tamtego czasu, tak jak już wcześniej ci powiedziałam nie umiem pogodzić Boga z ludzkim życiem. Nie umiem, nie chcę, nie mogę, czasem też zastanawiam się  kto kogo stworzył, czy Bóg człowieka, czy człowiek Boga? Bóg nie jest bytem rzeczywistym. Bo jakże może być bytem, zabierając dobro? Bóg jest chimeryczny.
Tak czy inaczej, to już 15 lat. Poszli. Wyszli o 5 rano. Normalna trasa, grupa znajomych. Ojcu też coś od życia należało się. My zostałyśmy same, w ciepłym domu, przy kominku. Zrobiłam śniadanie, zjadłyśmy, usiadłyśmy przy domku z lalkami, kiedy o godzinie 8.23 przyszedł wujo Jurek z tragiczną wiadomością.
- Krzysztof nie żyje - spadło na mnie jak grom z jasnego nieba.
- Jak to? Nie rozumiem? Co ty mówisz?
- Lawina – i zaczął płakać jak małe dziecko.
Więcej z tych dni nie pamiętam. Nie pamiętam ani jak pierwszy raz ujrzałam ciało twojego ojca, ani cmentarza, nie pamiętam też całych miesięcy po pogrzebie. Kocham go wciąż. Czuję motyle w brzuchu jak o nim myślę. Po 15-tu latach kiedy to już obok mnie nie kładzie się wieczorem do łóżka, kiedy nie całuje moich powiek, kiedy nie mówi rano, kocham cię. Zawsze kiedy o nim myślę czuję wyższy poziom adrenaliny, a niższe ciśnienie krwi blokuje mój żołądek. Nie chce mi się wówczas ani jeść, ani pić. Ja Juli wciąż żyję miłością do twojego ojca. Nigdy nie kochałam i nie pokocham żadnego mężczyzny tak jak twojego tatę.
Julii zakręciły się łzy w oku, podeszła do matki, pocałowała ją w czoło i mocno przytuliła. Udawała teraz silną i dojrzałą kobietę, odpowiedzialną nie tylko za siebie, ale również za swoją rodzicielkę. To ona w tej chwili trzymała życie w garści.
Nalała kolejną lampkę wina. Podała matce i cicho szepnęła.
- Nie wiem mamo, czy w życiu każdego z nas jest jedna taka chwila, która rozpoczyna proces prawdziwej miłości. No może tylko miłość rodziców, przychodzi dziecko na świat i od razu kochają je, bezwarunkowo. Aczkolwiek też bym się zastanowiła. Przecież całe dziewięć miesięcy z tym przyjściem na świat młodego człowieka rodzice oswajają się. Kupując wcześniej buciki, kaftaniki, wózek i łóżeczko. Miłość jest jednak niekończącą się opowieścią, nawet można powiedzieć, że obsesją, która wypełnia każdą myśl, każdą chwilę, całą przestrzeń. Prawdziwa miłość absorbuje od razu dwa ciała, dwie dusze. Ale nigdy nie przypuszczałam, że prawdziwa miłość może zabsorbować również jedno ciało i jedną duszę. Kocham was.
Kobieta uśmiechnęła się i zamoczyła usta w lampce wypełnionej do połowy czerwonym winem.

Żaden mężczyzna, którego znała do tej pory, nie wydawał jej się tak atrakcyjny jak Radosław. W chwili gdy go poznała miał 26 lat. Krótko ostrzyżony blondyn, niebieskie oczy, wysportowany, na oko ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Należał do Grupy Karkonoskiej Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. On też, od razu zwrócił na Julię uwagę. Spodobała mu się. Piękna blondynka o kształtnych ustach i dużych brązowych oczach. Od razu pomyślał, że ludzie o tym kolorze oczu to wielkie indywidualności, musi mieć silny charakter, analizował dalej. Jednocześnie są uczciwi, prawi i sympatyczni. Nieśmiali w uczuciach. Jednakże u niej ta nieśmiałość była wypisana nie tylko w kolorze oczu, a na całej twarzy.
On za każdym razem uśmiechał się do niej. Ona, nieśmiało spoglądała na jego twarz. On myślał, analizował, starał się zwrócić na siebie uwagę. Ona drżała. Ale oboje zagłębiali się, nieświadomie, w reakcjach burzy chemicznej. Oboje myśleli o sobie nawzajem. Oboje odmierzali krople dopaminy dołączając do nich noradrenalinę. Wiedzieli dobrze, że dodając do tej mieszanki fenyloetyloaminę, powstanie mikstura nie tylko namiętności i euforii ale także uwielbienia do kochanej osoby, uwielbienia, które nie zwróci uwagi na żadne wady. Mieszali dalej, mieszali wszystko z ogromną ilością monoaminooksydazy i wazopresyny, to dawało im pewność stałości w uczuciach. Na koniec oksytocyna. Przepis na szczęśliwą miłość był gotowy. Nieświadome reakcje chemiczne zachodziły w mózgach, w głowach, w ciałach tych dwojga. Zachodziły, ale jakże sprawnie i jakże naturalnie.
Po raz pierwszy „kocham cię”, powiedzieli sobie z wzajemnością 1602 metry nad poziomem morza. Na Śnieżce, na którą wchodzili żółtym szlakiem. Szlakiem koloru róż, które Radek Julii wręczył trzeciego dnia, od pamiętnego spojrzenia. Żółte róże oznaczały przyjaźń, radość, ciepło. Oznaczały troskę. Kochał ją. Wiedział, że ta miłość nie będzie więdnąć, jak przysłowiowa róża. Wiedział, że ta miłość będzie wieczna.
Szlak żółty biegł wzdłuż rzeki Łomniczki, aż do Schroniska o tej samej nazwie. Spacerowali upajając się widokami, upajając się trzymaniem za ręce, spojrzeniami w oczy i pocałunkami. Upajali się sobą nawzajem. Upajali się jakby widzieli w swoich oczach Iguaçu, spektakularne wodospady leżące na granicy argentyńsko – brazylijskiej. Wodospady tworzące kaskady życia, przyszłego wspólnego życia. Na ich twarzach rozgrywały się misteria natury.
Trzymała go za rękę. A on opowiadał jej co w jego życiu ma największe wartości. Opowiadał o rodzinie, o najbliższych, o wolności w górach i o tym co otacza jego świat. Opowiadał również o pragnieniach, o braku rodziny, o kobiecie, którą marzyłby mieć przy sobie, o dzieciach i domu z kominkiem.
Śmiali się. Żartowali. Milczeli. Dotykali swoich dłoni.
- Czy wiesz, że można doprowadzić kobietę do orgazmu dotykając tylko jej dłoni? – zapytał w pewnym momencie.
Uśmiechnęła się. Nieśmiało spojrzała w jego oczy. A on kontynuował temat, który przed chwilą zaczął.
- Okazuje się, iż kobiecy orgazm wcale nie musi mieć swoich początków w miejscach erogennych. U kobiet, które zostały przebadane, odkryto że reagują na ucisk małego palca u lewej ręki, a dokładniej rzecz ujmując, na masowanie wewnętrznej strony palca w jego środkowej części. Czyli pomiędzy stawami. W dłoni kobiety znajdują się zakończenia nerwowe, które najprościej mówiąc, połączone są bezpośrednio z mózgiem.
- Od dziś twoim mózgiem będę mógł zajmować się codziennie rano i wieczorem. A nawet teraz – stwierdził z powagą mistrza szachowego.
Julia ponownie nieśmiało uśmiechnęła się i podała dłoń swojemu mężczyźnie. Ruszyli dalej. Ku Śnieżce. Na najwyższy szczyt Karkonoszy, oraz Sudetów. Na górę, która ma od zachodniej strony granitową podstawę i zbudowana jest z metamorficznych skał, a które w efekcie są przyczyną charakterystycznego kształtu Śnieżki.

Po kilku godzinach wrócili do Malowniczem. W takich chwilach chciała być dla niego wszystkim. Niebem i piekłem. Ogniem i wodą. Różańcem i dziwką. Chciała dać mu co tylko na świecie możliwe. Nigdy nie rozczarować, nie zawieźć, nie stracić jego zaufania. Chciała być jego muzą a jednocześnie kobietą. Ale także chciała być kimś innym niż dla matki. Dla niej musiała być ideałem. Podświadomie wiedziała, że dla matki jest grzeczną i kochaną dziewczynką, nie ważne że z każdym rokiem starsza, bardziej dojrzała i poznająca życie, dla rodzica zawsze mała dziewczynka. Dama i duma w jednym. Wychowana na dzielnego człowieka, kobietę przystosowaną do małżeństwa, rodzicielstwa i świata.
- Wiem Julio, że nie masz żadnych planów na zbliżający się weekend –ponownie zaczął Radek –  Co powiesz na wspólnie spędzone dwa dni tutaj, w Malowniczem?
Julia jak zawsze, tylko uśmiechnęła się. Ale tym razem uśmiech oznaczał akceptację propozycji złożonej przez Radka. W tejże chwili nachyliła się do jego ucha i szepnęła cichutko.
- Radku, dziękuję, że jesteś.
Radek uśmiechnął się. Usiedli na tarasie, przed domem, który był jednorodzinnym domem parterowym, z garażem, podpiwniczony, użytkowe poddasze. Ściany nośne murowane, pomalowane na kolor jasno żółty, pokryty blachodachówką, o dachu stromym wielospadowym. Siedzieli i milczeli wpatrując się w horyzont. W pewnej chwili chłopak wyciągnął zza siebie zimną butelkę szampana. Zaczęli pić nie używając lampek przeznaczonych do delektowania się tym napojem. Julia nie wie do dziś czy to alkohol, czy to ten Bóg, w którego przestała wierzyć pamiętnego dnia zamącił w jej mózgu. Świat zaczął wirować. Stał się jeszcze bardziej kolorowy niż otaczająca ją rzeczywistość. Koloru nabierało wszystko co znajdowało się dookoła, łącznie z niebem, słońcem i górami. Poczuła niesamowitą bliskość z mężczyzną znajdującym się obok. Dotknęli się bardziej czule niż kiedykolwiek indziej. Dotykali, poznawali swoje ciała i najbardziej wrażliwe miejsca.

 Bóg przebaczył. Podarował Julii drugiego mężczyznę. Ona zrozumiała. Poznała po raz pierwszy wszechświat. Wszechświat, który w tym momencie stał się światem zupełnie innym, nieznanym. Bóg, którego swego czasu odrzuciła, nie chciała Go znać, była na Niego obrażona, podarował jej coś więcej. Podarował jej jeszcze jednego mężczyznę. Podarował mężczyznę jej życia. Podarował mężczyznę z jej życia. Podarował człowieka, dzięki któremu dostrzegła zakątki raju w malowniczej wsi. 


Julia Kos

NADZIEJE I MARZENIA

— Chciałbym się ukryć w tobie.
Przystanąwszy, Agnieszka rozejrzała się z zaskoczeniem wokół siebie, próbując ustalić, skąd dobiegł ją szept. Malownicza ulica tętniąca późno porannym życiem nie przyniosła oczekiwanej odpowiedzi. Wyglądało na to, że nie wzbudziła niczyjego zainteresowania. Nie wypatrzyła właściciela głosu. Jego tu nie było, to tylko tęsknota przez nią przemówiła, przypomniawszy o mężczyźnie jej życia. Nie potrafiła myśleć o nim inaczej.
Zastanawiając się, co dalej, jednocześnie spojrzała w zadumie na kamienice, które wydawały się stare i przede wszystkim przyjemne dla oka, chociażby dlatego, że większość z nich została przystrojona roślinami. Wcześniej jakoś ich nie dostrzegała. Snuła się zatopiona w myślach, zarazem starając się nie myśleć o tym, co straciła.
Przesunęła się nieco na chodniku, aby nie utrudniać przejścia innym.
Pogodny poranek zamieniał się nieustępliwie w gorący dzień, tym bardziej, że letni wietrzyk coraz słabiej dawał o sobie znać, odchodząc w zapomnienie. Ludzie przemykali w pośpiechu zaaferowani własnymi sprawami albo przechadzali się spokojnie, ciesząc się udaną chwilą. Potwierdzał to zewsząd dobiegający gwar. Kolejne samochody pojawiały się i znikały za zakrętem.
Od czasu do czasu można było usłyszeć świergot ptaków przebijający się przez ten zgiełk.
Skonsternowana Agnieszka ruszyła przed siebie, kierując się w stronę ryneczku, postanowiwszy zatrzymać się w kawiarnianym ogródku na mrożoną latte. Nigdzie jej się nie śpieszyło. Wciąż jeszcze czuła się rozbita ostatnimi zdarzeniami oraz przytłoczona nieszczęściami, które na nią spadły.
Znalazłszy niewielki ogródek, usiadła pod parasolem i powoli zaczęła przeglądać menu. Przez chwilę zastanawiała się nad lodami, lecz ostatecznie zdecydowała się tylko na kawę. Podobała się jej życzliwa i nienarzucająca się obsługa dziewczyny o uroczym uśmiechu. Pobliskie drzewa chroniły ogródek częściowo przed słońcem, czyniąc z niego wyjątkowo przyjemne miejsce na odpoczynek w tak upalny dzień. Widoki przedstawiały się urokliwie, przypominając o ponadczasowości niektórych budynków, zaś sam plac był zadbany i sprawiał wrażenie dobrze rozplanowanego. Popijając zamówiony napój, Agnieszka rozglądała się w oszołomieniu, rozważając, co właściwie tu robiła. Nie tak jej plany wyglądały.
Z głośnika leciała muzyka i ku swojemu zdziwieniu Agnieszka w tych dźwiękach rozpoznała Sergeja Ćetkovića. Pomyślała może, że to właśnie przez jego głos czuje się, jakby nagle się znalazła w Chorwacji. Tyle że nie przyjechała tutaj na wakacje.
Na ogół Agnieszka nie przepadała za tak małomiasteczkowym klimatem, jako że była zwolenniczką wielkomiejskiego życia; gorączkowość i pośpiech zawsze ją pociągały i kusiły, aby w tym się zatracić. Co innego Paweł, jemu z pewnością tu by się spodobało, możliwe nawet, że zakochałby się od pierwszego wejrzenia.
Przez ostatnie kilka dni usiłowała o nim nie myśleć, ani o tym wszystkim, co straciła bezpowrotnie. Istniały również pewne problemy, z którymi w końcu należałoby się zmierzyć. I wkrótce to uczyni. Tymczasem wyjazd miał pomóc w oderwaniu się od przygnębienia oraz poczucia beznadziejności, które od kilku miesięcy jej nie opuszczały, wiernie towarzysząc. Aż pewnej chwili zrodziła się w niej iskierka, aby coś z tym zrobić. Chwyciwszy się jej desperacko, nieoczekiwanie wpadła na pomysł z wyjazdem i konsekwentnie tego się trzymała. Nie zamierzała wybierać małej miejscowości jak Malownicze, o której nawet wcześniej nie słyszała, a jednak właśnie tu wylądowała, niczego nie żałując. Jedynie coraz bardziej jej brakowało Pawła.
Echo jego głosu najlepiej o tym świadczyło.
Wcześniej o tym nie myślała, ale obecnie coraz bardziej do niej docierało, że Paweł pozostał w mieście z jej powodu, podejmując pracę w korporacji, zrezygnowawszy z uprzednich marzeń. Agnieszka nigdy nie chciała mieszkać w małym miasteczku, gdzie wszyscy się znają, tym bardziej, że planowała karierę, a to wymagało przestrzeni. Nic z tego nie wyszło. Pawła pochłonęła korporacja oraz wielomilionowe kontrakty, zamiast zajmowania się drobnymi poradami dla zwykłych ludzi, o czym marzył podczas studiów prawniczych. Natomiast ona zamiast robić karierę jako korespondent wojenny, utknęła jako asystentka redaktora naczelnego pisma kobiecego, gdzie rzadko poruszano poważne tematy. W redakcji robiła praktycznie wszystko oprócz pisania artykułów. I przez cały czas czekała na swoją szansę, która nigdy nie nadeszła. Teraz rozumiała redaktora, a także jego decyzję, choć to była niezwykle gorzka pigułka do przełknięcia.
Agnieszka wypiła kolejny łyk latte, która powoli stawała się ciepła. Nie chciało się jej ruszać z miejsca, szczególnie że kolejni ludzie przewijali się przez kawiarnię, zamówiwszy sobie kawę albo lody, nie zawracając jej głowy. Nawet hałasujące dzieci zajmowały się sobą oraz własnym deserem. Agnieszka wyciągnęła książkę z torebki, aby poczytać przez chwilę i zagłuszyć w sobie wcześniejszy szept zrodzony z tęsknoty.
Przeczytawszy dwa rozdziały, podniosła się z miejsca z postanowieniem poszukania czegoś do zjedzenia, a potem chciała jeszcze trochę pospacerować po miasteczku, a także rzucić okiem na pobliską rzeczkę, zanim wróci do wynajętego pokoju. Zdawała sobie sprawę, że wkrótce będzie musiała podjąć decyzję, że nie może wiecznie przed tym uciekać.
***
Kolejne dni minęły leniwie. Nadal bez wiążących rozstrzygnięć, tyle że pewien pomysł nabierał realnych kształtów, coraz bliższy urzeczywistnienia. W międzyczasie Agnieszka zdążyła całkiem nieźle poznać miasteczko. Przy okazji wdała się w kilka niezobowiązujących pogawędek z Alicją, która miała stoisko z pamiątkami na ryneczku.
— Planujesz wysłać komuś kartkę? – spytała Alicja, gdy Agnieszka zaczęła przeglądać pocztówki.
— Chyba nie, może przed wyjazdem. Sama nie wiem. – Agnieszka w milczeniu przejrzała kilka, następnie podniosła wzrok i dodała: — Chyba wybiorę coś sobie na pamiątkę.
— Nikt nie wie, że tu jesteś?
— Jeszcze nie. Dlaczego pytasz?
— Sama nie wiem. Zainteresowałaś mnie. Coś cię trapi?
— Dlaczego tak sądzisz?
— Nie zachowujesz się jak typowa turystka. No wiesz, nigdzie się nie śpieszysz, nie zaliczasz kolejnych punktów i tym podobne.
— A wszyscy turyści dzisiaj tak postępują?
— Nie zawsze, ale to jest najczęstsze.
— Nie lubię pośpiechu podczas urlopu…
— Ale tym razem jest inaczej – dokończyła Alicja.
— Jest – mruknęła pod nosem Agnieszka. — Czasem się zdarza, że ktoś coś ci mówi i twój świat przestaje być taki, jak był. Nie możesz powrócić do tego, co minęło.
— I trzeba z tym się zmierzyć – ni to spytała, ni to stwierdziła Alicja, gdy Agnieszka ponownie zajęła się oglądaniem pocztówek. — Malownicze stanowi przyjemną scenerię do rozmyślań. Albo do rozpoczęcia nowego życia.
— Zgadzam się z tobą. Chyba nie mogłam trafić lepiej. Jest w tym miejscu coś, co do mnie przemawia, lecz nie potrafię tego określić.
— Malownicze często się okazuje świetnym miejscem na nowy początek.
— Też to mi przyszło na myśl.
W następnej chwili Alicja zajęła się parą klientów, która poszukiwała czegoś na pamiątkę po udanym pobycie. Natomiast oni ze swoją radością nieoczekiwanie przypomnieli Agnieszce o pewnym zdarzeniu sprzed niemal dwóch lat: wtedy Paweł coraz częściej pracował po godzinach pochłonięty wymagającym kontraktem, pojawiło się więcej wyjazdów służbowych, a ona znalazła nietypowy rachunek, jakiś czas później szminkę na koszuli, kilka głuchych telefonów albo kobiecy głos przepraszał za pomyłkę, była również świadkiem dwuznacznej sytuacji z udziałem Pawła i afektowanej kobiety. Połączenie ze sobą tych wszystkich faktów skłoniło Agnieszkę do konfrontacji. Nie dlatego, że mu nie ufała, lecz po prostu chciała wiedzieć, co się dzieje. Wysłuchał jej ze spokojem tak charakterystycznym dla jego osoby, potem w jego pociemniałych oczach zobaczyła furię, jakiej nigdy jeszcze nie miała okazji oglądać. Wybiegł z mieszkania i powrócił po dobrej godzinie – przez ten czas zdążył opanować swoją wściekłość, lecz nadal w nim wyczuwała frustrację.
— Wyjaśnisz mi w końcu w czym rzecz? — spytała rozdrażniona przedłużającym się milczeniem oraz niewiedzą. Aczkolwiek się nie bała, czego jej przyjaciółka później nie potrafiła zrozumieć. Okazało się błędem wspominanie jej o czymkolwiek, gdyż od razu zaczęła od podejrzeń i oskarżeń, nie przyjmując do wiadomości, że może istnieć inne wytłumaczenie. Tyle że ona zawsze do różnych spraw podchodziła wyjątkowo emocjonalnie, a to było obce Agnieszce, która najpierw wolała zapoznać się z faktami, rozważyć problem, zanim cokolwiek zrobiła.
— Dziś już niczego nie załatwię — odezwał się ze złością Paweł, przechadzając się nerwowo po pokoju. — Wprawdzie mógłby zabić tę krowę, ale chyba mam lepszy plan.
— W takim razie mógłbyś mi teraz wyjaśnić? Właściwie o co jej chodzi?
— Zdzira myśli, że skoro zajmuje kierownicze stanowisko i przy tym daje się posuwać prezesowi, jest nietykalna.
— Przystawiała się do ciebie, a ty ją olałeś, prawda?
— Kazałem jej spierdalać, gdy podczas jednego z aranżowanych wyjazdów do mnie przyszła. Wiedziałem, że będzie się mścić, ale sądziłem, że będzie chciała podkopać moją pozycję w firmie. Trochę się zdziwiłem, gdy nie podjęła żadnych działań, cały czas myślałem, że się przyczaiła. Nie daruję jej, że ciebie wzięła za cel, w sumie nas. Zapłaci mi za to.
— Co planujesz?
— Zająć jej stanowisko – stwierdził z zimną satysfakcją. — Wiem, wiem – powiedział Paweł, widząc jej niepewny wyraz twarzy – nim to ogarnę, trochę czasu minie.
— Myślałam raczej o tym, co mi powiedziałeś kiedyś, że nie jesteś zainteresowany całym tym wyścigiem szczurów…
— Faktycznie, ale okazało się, że jestem w tym dobry, a pieniądze nie są do pogardzenia. Trzeba korzystać z okazji, póki się ją ma.
Agnieszka czasem sama sobie się dziwiła, że aż tak bardzo była pewna Pawła, że nawet przez myśl nie przeszło jej w niego zwątpić. Z drugiej strony jednak dobrze go znała. Był spokojny i cierpliwy, nie mając w zwyczaju pchać się przed innych, ani nie zorientowany na sukces, co powodowało, że wielu go nie doceniało. A Paweł zazwyczaj realizował wyznaczony cel, nie pozwoliwszy sobie na zboczenie z drogi – po prostu nie zawsze wybierał skróty.
 Brzęczenia dzwoneczka wyrwało Agnieszkę z zamyślenia. Okazało się, że szczęśliwa para już się oddaliła, zaś Alicja obecnie obsługiwała jakąś rodzinę, która niezbyt uważnie pilnowała swoją pociechę. Około sześcioletnia dziewczynka zdawała się mieć wyjątkowo ruchliwe rączki. Agnieszka pilnowała, aby nie narobiła jakiś szkód, gdy rodzice wybierali figurkę.
Przeszło jeszcze kilka osób, nim ponownie miały chwilę dla siebie.
— Widzisz tego gościa po drugiej stronie? Tego przy stoliku, który zerka w naszą stronę — zagadnęła Alicja. Agnieszka skinęła głową. — Nie sądzisz, że wzbudziłaś jego zainteresowanie?
— Dlaczego nie twoje?
— Widziałam go wczoraj. Gdy odeszłaś, wyglądał, jakby chciał za tobą ruszyć. Może dzisiaj się odważy?
— Oby nie.
— Nie masz ochoty na małą wakacyjną przygodę? To może być dobre lekarstwo na smutki.
— Nie w moim przypadku.
— W takim razie czego potrzebujesz do szczęścia? Tym bardziej że masz świadomość, że nie cofniesz czasu.
— Chyba w moim przypadku to nie byłoby najlepsze rozwiązanie.
— Dlaczego?
— Zapewne dalej bym okłamywała siebie, udawała kogoś, kim nie byłam.
— Zatem najwyższy czas zrobić krok do przodu.
***
— Wyglądasz zwiewnie w tej sukience – zauważyła Alicja.
Agnieszka uśmiechnęła się, poczuwszy absurdalną chęć, aby zakręcić się wokół siebie.
— Dzięki. Wczoraj ją kupiłam. Pakowałam się w pośpiechu, nie wiedząc dokładnie, gdzie pojadę i jakoś tak wyszło…
Sukienka spodobała się jej już na pierwszy rzut oka: biała, w malowane wielkie kwiaty w niebieskim odcieniu, na ramiączkach, tuż za kolana. Po przymierzeniu wiedziała, że chce ją mieć. Naprawdę dobrze w niej wyglądała i przede wszystkim znakomicie w niej się czuła.
— Odpowiednia na dzisiejszą pogodę.
— O tak — przyznała Alicja. — Przejdziemy się?
— Naprawdę możesz pozwolić sobie na wolne?
— Raz na jakiś czas siostra pilnuje mi interesu. Chodź, pokażę ci coś więcej niż wioskę. Z miejscowym kolorytem już się zapoznałaś. Poza tym myślę, że warto dzisiaj się wybrać nad rzekę. Zapowiada się gorący dzień.
— Mogłoby tak pozostać, jak jest. To wystarczy. Lubisz wyprawy górskimi szlakami?
— Najwyżej najłatwiejsze. Lubię popatrzeć na piękne widoki, których w okolicy nie brakuje, ale nie przepadam za wysiłkiem, potem, komarami oraz innymi niedogodnościami. Nie wspominając już, że dłuższe chodzenie jest męczące. Nie martw się, ze mną nie grozi ci forsowny marsz. Ale uważaj na moją siostrę, nawet najtrudniejsze trasy określa mianem prostych i parę osób już na to nabrała. Tak w ogóle byłaś już w górach?
— W Tatrach, nawet zaliczyliśmy kilka szlaków, ale nigdy nie próbowałam samotnych wypraw. Zastanawiałam się nad tym teraz, ale nie wiem, czy się wybiorę. Dobrze mi jest tak, jak jest.
— Żyjesz chwilą obecną?
— Na ogół nie, ale odkąd tu przyjechałam, owszem. Jakoś tak wyszło… Co cię skłoniło do otworzenia własnego interesu? Pragnienie samodzielności?
Alicja prychnęła i dopiero po chwili wyjaśniła.
— Konieczność. Miałam okropnego pecha w przypadku szefów, z żadnym dłużej nie dało się wytrzymać, mimo że próbowałam. Najpierw trafiła mi się wiecznie niezadowolona jędza, który ciągle się czepiała. Praktycznie przez miesiąc znosiłam to w milczeniu, ale raz nie wytrzymałam. I w efekcie nie miałam pracy. Potem był taki, co nie chciał płacić i robił różne przekręty. Kolejny natomiast miał lepkie ręce. Jeden był w miarę w porządku, tylko wkrótce zbankrutował. Nie wspominając już, o całym szeregu trudności pomiędzy kolejnymi pracami. W swoim zawodzie nie przepracowałam ani dnia, ale cieszę się, że mam cokolwiek. Pracujesz gdzie?
— Już nie. Ostatnio wiele rzeczy mi się nie układało, a rozmowa z szefem okazała się przysłowiową kroplą…
— Oszukał cię?
— Powiedział, że żadna ze mnie dziennikarka. Najgorsze w tym wszystkim jest, że miał rację.
— Dlaczego wierzysz kutafonowi?
— Nie napisałam żadnego artykułu. Choroba, nawet nie założyłam bloga.
— To chyba jeszcze o niczym nie świadczy?
— Przyjechałam miedzy innymi tutaj, aby trochę popisać, udowodnić mu, że nie ma racji… Nie napisałam jeszcze ani słowa.
— Ale wciąż jeszcze możesz.
— Niby tak, ale to nie ma sensu. Miał rację, gdyby mi naprawdę zależało, to bym walczyła. Całe to czekanie na okazję było samooszukiwaniem się. Nie wiem, co jest w tym miejscu, ale potrafię tu się przyznać, że mi nie zależy. Nawet mogłabym tu zamieszkać — stwierdziła ze zdumieniem Agnieszka.
— Dlaczego to cię tak dziwi?
— Zawsze pragnęłam metropolii oraz wielkomiejskiego życia, wieś interesowała mnie jedynie pod kątem krótkich wypadów. To Pawłowi odpowiadał ten styl.
— To twój facet?
Agnieszka z wahaniem skinęła głową.
— Mąż?
— Nie.
— Przerażało go widmo odpowiedzialności?
— A wiesz, że nie. Zawsze stateczny i można na nim polegać. Może właśnie dlatego został prawnikiem. Od początku to do niego pasowało, tym bardziej, że umiał wzbudzać szacunek. – Agnieszka zamilkła, trochę zaskoczona, że tyle powiedziała. Alicja w zamyśleniu pokiwała głową, ale się nie odezwała. — Raz nawet zaproponował, abyśmy się pobrali. Uważałam to za niekonieczne.
Ciąża nie stanowi wystarczającego powodu, aby się pobierać. Nadal tak sądziła. Potem Agnieszce przyszło na myśl, że Paweł był podobnego zdania, skoro później nie powrócił do tego tematu.
— Zbyt przestarzałe?
— Coś w tym stylu. — Uświadomiła sobie, że najbardziej ją przerażała perspektywa zmierzenia się z matką, która snuła fantazję o tradycyjnym ślubie, czyli biała suknia z długim trenem, mnóstwo gości, z muzyką na żywo oraz wszelkimi możliwymi dodatkami. — A ty? Masz kogoś?
— Obecnie cieszę się wolnością. Tym bardziej że trudno tu poznać kogoś sensownego.
— A ten, którego wypatrzyłaś?
— Nawet nie miałam okazji mu się przyjrzeć bliżej. Posiedzimy trochę nad rzeką?
— Czemu nie?
— Mówiłam, że ze mną się nie nachodzisz. Potem mogłybyśmy jeszcze podskoczyć do ruin. Albo po prostu pospacerować, dopóki komary i inne ohydztwo trzyma się od nas z daleka.
***
— Jestem Paweł. Wybierzesz się ze mną na spacer?
— Agnieszka — szepnęła zaskoczona, następnie nieznacznie skinęła głową.
Wyciągnąwszy rękę, pochwycił, gdy ledwie zdążyła ją skierować w jego stronę. Patrząc prosto w jej oczy i delikatnie uśmiechając się, powiedział:
— Pokaż mi zatem piękno kryjące się w tym miejscu.
— A co miałeś okazję zobaczyć?
— Tylko ciebie — stwierdził stanowczo. Uwierzyła mu.
Agnieszka poprawiła torebkę na ramieniu i ruszyła przed siebie. Nie wyrwała dłoni z jego ucisku, mimo że dziwnie z tym się czuła – jakby ten przystojny mężczyzna zawłaszczał ją i podkreślał swoje prawa do niej. Przecież to nie mogło być tak proste!
Paweł dostosował swój krok do jej tempa.
— Na długo przyjechałeś?
— To jedynie weekendowy wypad, jutro wracam.
— Praca?
— Cóż innego mogłoby mnie zatrzymać w wielkim mieście?
— Jego blask i rozrywki — zasugerowała Agnieszka, kierując się w stronę rzeki.
— Za blaskiem najczęściej się kryje fałsz, zaś rozrywki mogą się znudzić.
— A takie małe miasteczko?
— Malownicze — wymruczał cicho. Dla Agnieszki zabrzmiało, jakby się delektował tym słowem. — Wydaje mi się, że mogłoby mnie oczarować swoim klimatem — dodał z namysłem. — Cisza i spokój, hmm, myślę, że szybko w tym bym się odnalazł. A ty, co o tym sądzisz?
Agnieszka nie od razu odpowiedziała. Pociągnęła Pawła za rękę, aby skręcił razem z nią w boczną uliczkę, zdając sobie sprawę, że nad rzeką będą sami, ale to jej nie przeszkadzało. Wciąż jeszcze się obawiała tego, co mogło się wydarzyć, jednocześnie pragnęła z tym się zmierzyć, powoli dochodząc do wniosku, że czas ruszyć dalej. Żałoba nie trwa wiecznie, chociaż tak się wydaje z początku.
— Myślę, że mogłoby się stać moim domem.
— Słyszę w twoim głosie zdumienie.
— Mam po prostu wrażenie, że nie znałam siebie.
— Co się stało?
— Marzyłam o dziennikarstwie, ale nie o takim prawdziwym, lecz związanym z wielkimi sukcesami, a zarazem nie zrobiłam nic, by zrealizować to marzenie. Czekałam, aż to przyjdzie do mnie samo. Oszukiwałam sama siebie — wyrzuciła ze złością. — Nie musiałam czekać na pozwolenie, aby napisać artykuł, a jednak tak postępowałam. Nie dostałam nawet zastępstwa, bo nie walczyłam, nie pokazałam, że mi zależy.
— I co teraz zrobisz?
— Nie jestem pewna. Ostatnio zalęgła we mnie dziwna myśl, że nie muszę wracać…
— Dlaczego?
— Chociażby dlatego, że nie muszę niczego już nikomu udowodniać, nawet sobie.
— To dobrze. I skoro nie ma pośpiechu, można na chwilę zatrzymać się i zastanowić.
Paweł pogłaskał krzepiąco jej dłoń, nim pozwolił jej się wyślizgnąć. Agnieszka przystanęła przy zwalonym pniu, który okryła kilka dni temu, następnie przysiadła. Paweł podążył jej śladem.
Siedzieli w milczeniu, nasłuchując szumu rzeki oraz ćwierkania ptaków, które brzmiało na tyle obco, że żadne z nich nie potrafiło rozpoznać gatunku. Paweł z przyjemnością rozglądał się wokół siebie – po zieleni drzew i krzewów. Pachniało mu lasem.
Nagle cisza pomiędzy nimi stała się Agnieszce nieznośna. Poszukawszy wzrokiem spojrzenia Pawła, spytała napiętym głosem:
— Jak mnie znalazłeś?
— Prawdziwy mężczyzna powinien umieć znaleźć swoją kobietę, inaczej nie jest jej wart.
— I tak po prostu potrafisz mi wybaczyć? Zapomnieć?
— To tylko słowa i wiem, że nie to miałaś tak naprawdę na myśli.
— Skąd?
— Znam cię. Dochodzę do wniosku, że znam cię lepiej od ciebie.
— Paweł, a co z twoimi marzeniami?
— Co masz na myśli?
— Zawsze mówiłeś, właściwie gdy jeszcze studiowaliśmy, bo potem przestałeś, że pragniesz zostać adwokatem zajmującym się drobnymi sprawami, które nie pochłaniają całej twojej uwagi, abyś miał czas na inne rzeczy. I wcale nie chciałeś pozostawać w mieście.
— Racja.
— Przecież nawet o to się kłóciliśmy, aż pewnego dnia przestałeś o tym mówić i zająłeś się korporacyjnymi kontraktami.
Paweł uśmiechnął się niewyraźnie.
— Nie powinnaś się czuć z tego powodu winna.
— Co masz na myśli?
— Wcale nie zrezygnowałem, tylko uznałem, że mogę poczekać. Poza tym gdy Marek wyskoczył z pomysłem, by spróbować dostać się do Karłowicza, poczułem się zainteresowany. Chciałem się przekonać, czy się sprawdzę w tym całym wyścigu szczurów. No i pieniądze kusiły.
— Nie wiem, co powiedzieć. Wygląda na to, że niepotrzebnie goniłam za złudzeniem.
— Masz poczucie straty czasu?
— Nie wiem. A ty?
— Nie. Uważam to za cenne doświadczenie… To nie tak, że zostałem do czegokolwiek zmuszony. Nie odbieram tego w ten sposób. A pewne rzeczy mogą poczekać.
— Czyli nic się nie zmieniło. To znaczy, twoje pragnienia pozostały takie same, prawda?
— Tak. A twoje? Czego teraz pragniesz?
— Ciebie.
— To wiem.
Agnieszka nie mogła się powstrzymać przed uśmiechem, słysząc to aroganckie stwierdzenie. Pawłowi nigdy nie brakowało pewności siebie. Podobała się jej ta cecha, ponieważ to oznaczało, że trudno było go sprowokować i nigdy nie robił tego, na co nie miał ochoty.
— Poważnie mówiłam o przeprowadzce. Myślę, że tutaj mogłabym się odnaleźć. Na pewno z tobą. Możemy wszystko ułożyć na nowo, skoro…
Paweł przytulił Agnieszkę, następnie ją pocałował w szyję. Zarzuciła ręce i objęła go za kark.
— Mogłabym żyć dalej w mieście, ale to już nie ma znaczenia. Nie wydaje mi się niezbędne do szczęścia. Wystarczy mi, że nadal mnie chcesz, pomimo tego, co się wydarzyło.
— Najpierw musieliśmy się uporać z bólem straty.
— Nie tylko moim, a przecież praktycznie wszystko się skupiało na mnie. W ogóle się nie liczyłam z tobą.
— Wiem. I nie mam ci tego za złe. Mnie przede wszystkim dobijała bezradność. Nic nie mogłem zrobić.
— Byłeś przy mnie.
— Chciałem zrobić coś więcej.
— A to, że powiedziałam, że nie chcę i…
Paweł zaczął głaskać Agnieszkę po plecach i lekko się odsunął, aby spojrzeć prosto w jej oczy.
— Nie zamierzam niczego na tobie wymuszać. Po drugie, to tylko słowa wywołane szokiem. Przecież nie tego się spodziewaliśmy. Poradziliśmy z tym, jak umieliśmy.
— Nie jestem pewna, co bym zrobiła.
— Wiesz. Ja również — stwierdził z przekonaniem Paweł. Możliwe, że miał rację. Agnieszka wiedziała, że byłby w stanie pogodzić się z myślą, że nie będą mieli dzieci, lecz to by go nie uszczęśliwiło. Niemniej jednak uważał, że w tej sprawie decyzje podejmuje kobieta, skoro to ona zmaga się z konsekwencjami ciąży, a także podejmuje ryzyko. — To boli i pewnie nie przestanie, ale poradzimy sobie.
— Musisz jutro wracać?
— Tak. Karłowicz nie był zachwycony moją wycieczką. Pewnie teraz wydzwania, ale wyłączyłem telefon. Nie martw się, to na pewno może poczekać do poniedziałku. Mam całą sytuację pod kontrolą i Karłowicz dobrze o tym wie. — Paweł uśmiechnął się przelotnie. — Sam kontrakt zajmie ze trzy tygodnie, nim go dopnę na ostatni guzik. Muszę go dokończyć nie tylko z powodu dużych pieniędzy, ale również dlatego, że inaczej Karłowicz nie dałby mi żyć, a z nim lepiej nie zadzierać. Potem mogę wszystko przekazać Darii. W gruncie rzeczy zrobiłem wszystko, co miałem zrobić.
— To ci ostatnio chodziło po głowie?
— Częściowo. Agnieszko, bez ciebie dla mnie nie ma życia. Wszystko inne to dodatki, które nie są tak ważne i nigdy nie będą.
Paweł potrafił nadać swojemu głosowi zdecydowany ton, sprawiwszy, że wszystkie wątpliwości ulatywały. Był stałym punktem w jej życiu niezależnie od tego, co by się działo. Agnieszka zdawała sobie sprawę, że od pewnego czasu już zanosiło się na tę rozmowę, dzięki której zapadną decyzje. I to właśnie ona musiała wybrać, bo Paweł już dokonał wyboru, po raz kolejny decydując się, aby się dostosować.
— A co z Janowiczem?
— To samo, co zwykle. Kopie dołki pode mną. — Paweł spojrzał na rzekę, następnie ponownie na Agnieszkę. Nie śpieszył się. — Jest tak bardzo spragniony sukcesu, że zaczął się zadawać z nieodpowiednimi ludźmi, czyli zapewne nie zagrzeje już zbyt długo miejsca w firmie. Nie przeczę, że mógłby mi zaszkodzić, ale nie sposób, w jaki za to się zabiera. Mniejsza z tym. Skupmy się na nas. Nie pozwólmy, aby nasza strata nas zniszczyła.
— Chyba aż tak źle pomiędzy nami nie jest, prawda?
— Ale coś się zmieniło. Mam wrażenie, że ostatnio nie mogłaś znaleźć sobie miejsca.
— I nie potrafię zrozumieć, dlaczego właśnie tutaj czuję się jak w domu. — Agnieszka pomyślała, że gdy przyjechała do Malowniczego, było wyraźnie po niej widać, że jest obca. Wyróżniała się oficjalnym strojem oraz sztywną postawą. Natomiast Paweł bez trudu wpasował się w tę małą miejscowość, mimo że był tu zaledwie od kilku godzin. Zawsze łatwo mu przychodziło przystosowanie się do nowego, a także szybko potrafił się odnaleźć w nowej sytuacji. — Może potrzebujemy małej odmiany? Wakacji? Ostatnio nie spędzaliśmy ze sobą zbyt wiele czasu.
— Dokończę tylko ten kontrakt i możemy… Zresztą już możesz coś wybrać i zarezerwować.
— Malownicze?
— Dlaczego by nie? Moglibyśmy nawet poszukać własnego domu.
— Chyba nawet coś widziałam. Z daleka, zatem nie wie, jak jest w środku i tak dalej.
— Załatwimy to. Agnieszko, mam wrażenie, że coś jeszcze ci nie daje spokoju.
— Kwestia małżeństwa — powiedziała cicho i nieco niepewnym tonem, lecz zdeterminowana, aby to w końcu wyjaśnić. — Dość szybko porzuciłeś ten temat.
— Nie wyglądałaś na zainteresowaną. Poza tym… No cóż, pomysły twojej matki trochę mnie przerażają. Myślałem, że po prostu idzie i bierze się ślub, a ona zaczęła o tych próbach jak w jakimś teatralnym przedstawieniu. Po prostu cała ta otoczka… — Paweł nieznacznie wzruszył ramionami. — Ale jeśli muszę, przejdę to dla ciebie, ale należy mi się za to specjalna nagroda.
— To jest powód, dla którego do tego się rwę. Ta otoczka wydaje mi się zbyt ostentacyjna.
— Po prawdzie powinienem dodać, że moja matka nie jest wiele lepsza pod tym względem.
Agnieszka się uśmiechnęła na to stwierdzenie. Nie lubiła jego matki ze wzajemnością, ale odkąd Paweł interweniował w jej sprawie, dawało się z nią wytrzymać podczas wizyt. I wciąż ją bawił sposób, w jaki Paweł wyłudził obiadki. Okazało się, że powiedział jej, że swoim nieprzystępnym i nieżyczliwym zachowanie sprawia jego dziewczynie tak dużą przykrość, że później praktycznie przez tydzień sam musi się zaopatrzać w jedzenie. Tą uwagą rozwiązał dwa problemy: jego matka przestała ignorować Agnieszkę, traktując ją jak zło konieczne i mieli przez kilka dni gotowe posiłki. Pamiętała również, jak kiedyś Paweł podsumował po sprzeczce na ten temat, że to nie jego wina, że mu się trafiła lepsza teściowa.
— Chyba masz rację. Wprawdzie aż tak bardzo się nie obnosi z tym jak moja, ale przypuszczam, że też chciałaby, aby było wystawnie i bez sensu. Może powinniśmy w tej sytuacji postawić je przed faktem dokonanym? — zaproponowała.
— To byłoby najlepsze rozwiązanie. Zgodziłabyś się na ślub w najbliższym czasie?
— Myślę, że już znasz odpowiedź na to pytanie. I sądzę, że nie powiedziałeś mi wszystkiego. Coś jeszcze ci chodzi po głowie. Coś istotnego.
— Karłowicz chce mnie wysłać za granicę co najmniej na dwa lata. Wiesz, że bez ciebie nie pojadę.
— Rozumiem — mruknęła cicho Agnieszka. — To nie pierwszy raz, prawda?
— Nie.
— Sam mi mówiłeś, że nie muszę za wszelką cenę udowadniać, że jestem w stanie poradzić sama i tak dalej, że mogę się zastanowić. Nie wiem. Muszę pomyśleć, ale może to nie byłby taki zły pomysł.
— Znalazłabyś się w nowym i obcym środowisku. Ze mnie prawdopodobnie nie będziesz miała praktycznie żadnego pożytku, bo pewnie będę harował po osiemnaście godzin, przynajmniej przez pierwsze pół roku.
— Potem?
— Potem każesz mi skupić się na sobie, wykorzystując w tym celu jeden ze swoich sposobów.
— Chcesz jechać?
— Nie bez ciebie — odparł zdecydowanie Paweł, spoglądając intensywnie prosto w oczy swojej kobiety.
— Coś wymyślimy, prawda?
— Ostatecznie sami kreujemy nasze życie. Agnieszko, jesteś moją radością.

Dziś na obiad...

Kto gotuje razem ze mną? Proponuję dziś duszoną paprykę. Mówię wam, pychota! Ugotujecie? A może uchylicie rąbka tajemnicy i zdradzicie, co dziś będzie królowało na Waszych stołach?

Duszona papryka

4 papryki, pokrojone wzdłuż na paski (osobiście daję ich więcej, kroję tak jak mi pod nóż podlezie)
3 pokrojone na grube plastry cebule (jeżeli dacie 4 też się nic nie stanie a nawet potrawa nieco zyska)
500 g pomidorów obranych ze skóry i pokrojonych (mogą też być z pudełka)
3 średnie pokrojone w kostkę ziemniaki (podobnie jak papryki daję więcej ziemniaków)
1/3 szklanki oliwy z oliwek
3 posiekane ząbki czosnku (hmm... Pewnie się domyślacie co znaczy ten nawias:) Oczywiście czosnku też daję więcej:))
kilka rozdrobnionych liści bazylii
sól, świeżo zmielony czarny pieprz

Włóż warzywa do dużego rondla. Dodaj oliwę, czosnek, bazylię sól i pieprz. Przykryj i duś na średnim ogniu aż do miękkości. I to już:) Cała robota. A danie... No a jakby to opisać nie popadając w egzaltacje... Palce lizać!
Gotujecie?


piątek, 25 lipca 2014

W nawiązaniu do poprzedniej notki:)

To takie uzupełnienie fragmentu o wyścigach kotów....


Coś magicznego musi być w kartonikach...

Koci koci łapci...

Wiem że powinno być kosi, kosi łapci, ale do tematu wybitnie pasuje mi koci, koci... Bo dziś będzie o Mruczkach, Filonkach i Filemonach. Ale trochę inaczej. Jeżeli posiadacie kota to popatrzcie na niego uważnie. Miłe puszyste futerko, bystre spojrzenie... Dawniej też im się tak przyglądano.Tyle tylko, że tym spojrzeniem oceniano czy można się nim najeść albo ile takich miłych kotków potrzeba na zrobienie powiedzmy... Gulaszu. Tak, tak moi kochani, bo dawniej jadano koty. Nawet zachował się pradawny przepis na potrawkę z kota. Autor na zakończenie twierdzi, że to bardzo przyzwoita potrawa... Jeżeli chodzi o kota jako o posiłek to teoretycznie już w średniowieczu uważano, że jest to zwierzę którego się nie jada. Autor XIV-wiecznego Mannuel de conversation, swoistego poradnika życia społecznego i domowego powstałego w Brugii, umieścił koty na liście zakazanych pokarmów, obok małp, lisów, osłów, psów, wilków i… słoni. Uważano, że zjedzenia kota dopuścić się może tylko ktoś w skrajnej nędzy albo krwawy barbarzyńca. Za tych ostatnich w XII wieku biskup Otto z Fryzyngi uważał przybyłych do Europy Węgrów. Pisał o nich tak:

W tym okresie opowiadano, że ten lud był tak okrutny i tak dziki, że żywił się surowym mięsem i pił ludzką krew. Temu, komu wydaje się to nie do pomyślenia, przypomnę, że Pieczyngowie i Połowcy jeszcze dziś jedzą surowe mięso (…) koni i kotów.

Z kolei niejaka Hildegarda z Bingen przekonywała, że jedzenie  mięsa kota sprawia, że ciało ogarnia szaleństwo i zaczyna ono cuchnąć.

Tego typu zapisków przetrwało więcej. Jasno z nich wynika, że jedzenie kotów potępiano i twardo mówiono mu nie. Ale tak jak już wspomniałam to teoria. A teoria teorią a praktyka praktyką.
Na przykład w dziele powstałym w 1582 roku noszącym tytuł "Ostatnia deska ratunku (…) czyli Nowa spiżarnia i piwnica – o jakiej wcześniej nie mówiono – na wypadek klęski głodu, słabych zbiorów i wojny" wspomniano, że Hiszpanie i Włosi zajadają się tłustą kocizną. Gdzie indziej wspomniano, że kot w smaku przypomina królika i że jadać je należy po upieczeniu lub ugotowaniu. Odradzano spożywanie kociego mózgu, wierzono bowiem, że jest trujący.
Jeżeli ktoś jeszcze nie dowierza, że widok jego ukochanego pupila mógł w przeszłości wywoływać u co niektórych ślinotok to powinien wiedzieć, że niestety wszystkie te informacje zostały potwierdzone naukowo. Na francuskich śmietnikach znaleziono szkielety kotów (znaleziska nawet z IX wieku) z charakterystycznymi śladami nacięć. Co więcej jeszcze w XIX wieku kotami podobno zajadali się wenecjanie, figlarnie nazywając je "królikami dachowymi".

A jeżeli chodzi o mniej krwawe ciekawostki to nie wiem czy wiecie, że w Belgii istniało coś takiego jak wyścigi kotów?

„W Hiszpanji lud zabawia się walką z bykami, w Anglji wyścigi konne są najulubieńszą rozrywką – który to obyczaj zresztą i w innych kraj wszedł w modę – a w Belgji podczas kiermaszu urządzone bywają wyścigi kocie. Olbrzymi plakat ogłasza zaproszenie do udziału w tej zabawie ludowej. Nagrody składają się z szynek, kiełbas, cygar, garnuszków, czepków itd. Właściciela kotów przybywają z niemi o północy na odległe miejsce. Koty zapakowane są w kosze, na grzbiecie mają przylepiony numer a o pewnej godzinie zostają wypuszczone. Rycina nasza przedstawia szczegóły tej wyprawy między innemi także zabawną scenę , gdzie koty rozdrażnione długą jazdą wozową rzucają się na komisarzy wyścigowych, drapiąc ich po twarzy i rękach nielitościwie.” – czytamy w dwutygodniku „Nowy Czas” z 1883 roku .

Wygrywał ten kot, który pierwszy dotarł do domu. Nie muszę dodawać, że zwierzakom zbytnio się nie spieszyło. Któregoś razu pierwszą nagrodę zdobyło ślepe kocisko... Ponoć wyścigi owe cieszyły się dużą popularnością wśród pospólstwa:) A poniżej wspomnioana w notatce rycina przedstawiająca rozwścieczone koty.




Źródła:
Laurence Bobis „Kot. Historia i legendy”
Ciekawostki historyczne TUTAJ I TUTAJ