środa, 20 września 2017

Podkarpackie spotkania, gorąco dziękuję!

fot. Kinga Kosiek
No to wróciłam. I było pięknie. Jacy Wy jesteście wspaniali! Dziękuję, że byliście razem ze mną w Sanoku i Jaśle. Dziękuję panu Stanisławowi Chmurze. Za poruszające słowa o tym, że każde takie spotkanie przemija ale tak naprawdę zostaje w sercach na zawsze. Pani Wiesławie, która wzruszającą wypowiedź o tym, że będzie przechowywać mój uśmiech w pamięci. Dostaję od Was tak wiele dobrych emocji, tyle ciepła i radości. Dziękuję! Ekipie "Autorskiej" w Sanoku za rodzinną atmosferę, Paniom Bibliotekarkom w Jaśle za ciepło, i Czytelnikom za to, że są razem ze mną.
Kingo, Iwonko, Joasiu cudownie było Was przytulić. Nalewka malinowa - moja ulubiona :) Kinguś podziękuj Mamie i mocno ją uściskaj! Podkarpacie jest bliskie mojemu sercu od zawsze, stamtąd pochodził mój Tato. Teraz na nowo, za Waszą sprawą, zaczęłam za nim tęsknić. I pomimo tego, że spotkania już za mną to wszystkie Wasze uśmiechy, ciepłe słowa, uściski zostaną w moim sercu i pamięci na zawsze. I za to Wam gorąco dziękuję! 

fot. Kinga Kosiek

fot. Kinga Kosiek

Mistrzyni dziwnych min i gestykulacji :) fot. Kinga Kosiek



fot. Kuba Kordel

fot. Kuba Kordel


fot. Kuba Kordel

fot. Kuba Kordel



fot. Kuba Kordel


fot. Kuba Kordel


  

sobota, 26 sierpnia 2017

Serce z piernika może malutki fragmencik? I WIELKIE podziękowania!

Moi kochani, większość z Was już wie, że "Serce z piernika" stało się całkiem realne. Okładka chyba Wam się całkiem spodobała, przynajmniej mam taką nadzieję. Dziękuję Wam za zamówienia w przedsprzedaży w Empiku. Jesteście NIESAMOWICI! Pomimo tego, że do premiery jeszcze dużo czasu już mamy dziewiąte miejsce! Powtórzę raz jeszcze to tylko i wyłącznie dzięki Wam mogę robić to co kocham. Jesteście moimi prywatnymi Aniołami do wynajęcia :) 
Teraz chciałam wyjaśnić dlaczego pomimo tego, że powieść jest zimowa baner na blogu nawiązujący do niej  jest ewidentnie letni. Otóż tak pomyślałam, że mamy jeszcze lato. Akcja opowieści zaczyna się w połowie października i zmierza kroczek po kroczku do świąt. Ale przecież zanim nadszedł październik Klementyna, Dobrochna, Babka Agata, Imka i wszyscy inni, których poznacie niebawem, przeżyli też piękne, słoneczne lato. Choć znając charakter babki Agaty dla Klementyny i Dobrochny na pewno obfitowało ono również w trudne chwile. Na banerku widzicie dziewczynkę siedzącą na walizce. I chciałabym Wam zdradzić, że walizki będą odgrywały bardzo ważną rolę. W tej opowieści będą wzbudzać niepokój i będą oznaką nadchodzących zmian. Tyle tylko, że moja bohaterka wcale za nimi nie tęskni. I powoli przestaje się godzić z tym co przez lata przyjmowała z pokorą :) Dziewczynka też pojawiła się nie bez kozery. To Dobrochna. A Dobrochna niejednokrotnie Was wzruszy i rozbawi nieomal do łez...
A teraz tak na dobry początek i w ramach prezentu zupełnie nie wigilijnego początek "Serca z piernika". Życzę Wam dobrej lektury :)

Wiele przedgrudni temu.

Spotkania bywają różne. 
Te umówione, ustalone i wyczekiwane. 
To ich wypatruje się od samego rana do wieczora, skreśla się dni w kalendarzu, wygląda zza uchylonej firanki z nadzieją, że może jednak minuty zaczną płynąć szybciej i ten ktoś, na kogo się tak pilnie i wytrwale czeka, pojawi się znienacka, oszuka i kalendarz, i czas, zagra na nosie tęsknocie i sprawi, że serce oczekującego rozszaleje się w piersi, a w głowie zatańczą zwariowane z radości myśli. Takie małe baletnice, wirujące na koniuszkach palców, ulotne, zwiewne, a jednocześnie nieokiełznane. 
W chwilach największych tęsknot i buntu tańczyła z takimi wyimaginowanymi primabalerinami. A każda z nich w załamaniach rozkloszowanej, tiulowej spódniczki chowała obietnice szczęścia i spełnienia. Nie teraz, nie tutaj, ale… gdzieś i kiedyś. Ta wiara pozwalała jej zachować dziecięcą radość. 
Właściwie trudno mówić o innej radości, gdy jest się małą dziewczynką… 
W każdym razie ulotne baletnice pojawiały się zawsze, gdy po raz kolejny pakowała niewielką walizkę. 
„Miej tyle rzeczy, ile możesz unieść”. To było ich rodzinne motto. Powtarzane tak samo często jak w innych domach „weź szalik”, czy „załóż czapkę”. U nich nikt nie przypominał o tak prozaicznych rzeczach. Najpierw, gdy była zbyt mała, żeby sama się o to zatroszczyć, to babka pakowała ją w ciepły kombinezon, otulała jej pulchne stópki bucikami z mięciutkim futerkiem w środku, a rozmarzoną główkę chroniła kolorowymi czapeczkami.
- Marzenia nie mogą przemarznąć – mawiała z uśmiechem. – Trzeba o nie dbać.
A potem, gdy mała już opanowała trudną sztukę samodzielnego ubierania, została zapoznana z kilkoma prostymi zasadami:
- Jak ci jest zimno, załóż sweter, przy wietrze i mrozie nie zapominaj o czapce i rękawicach, gdy buty zaczną cię cisnąć, przyjdź i powiedz mi o tym. Jedną z najbardziej irytujących cech u starszych jest ich przekonanie, że wiedzą lepiej, czy małemu człowiekowi jest za zimno, czy za gorąco. Czy mu dobrze, czy źle. U nas na całe szczęście nigdy tak nie będzie – zapowiedziała babka. 
I rzeczywiście nie było. Przynajmniej jeżeli chodzi o ubranie. Choć czasami, gdy pogoda nagle się zmieniała, Klementyna znajdowała w rękawie kurtki szalik i czapkę. Ale nigdy nie usłyszała pytania: „a gdzie masz nauszniki?” ani przypomnienia „weź rękawiczki”. Czasem jej tego brakowało. 
Tak to zwykle bywa, że to samo, co innych irytuje, w niektórych budzi tęsknotę. 
Klementyna od czasu do czasu marzyła o tym, że w jej życiu nagle wszystko się odmieni i któregoś ranka, gdy tylko otworzy oczy, zobaczy pochyloną nad sobą postać i pomimo tego, że będzie widziała ją po raz pierwszy, z miejsca ją rozpozna. Zarzuci jej ręce na szyję i wciągnie głęboko powietrze, po to by na zawsze już zapamiętać, jak pachnie jej własna mama. I od tej pory będą żyły długo i szczęśliwie, tak jak tysiące innych mam i córeczek. A babcia będzie mogła nareszcie odpocząć i bez wyrzutów sumienia być po prostu babcią, która ma swoje dziwactwa i od czasu do czasu popada w melancholię. Klementyna przeczuwała, że wszystkie babki tak mają . I coś jej mówiło, że gdyby obok była jej nieznana, tajemnicza mamusia, to wszelkie kaprysy babki byłyby nie tylko do zniesienia, ale nawet miałyby swój urok. Ale żeby to docenić, potrzebna jej była ona, mama. Gdy szeptała to słowo, z miejsca robiło jej się miękko w okolicach serca i oczy same wilgotniały. Tak właśnie przychodziła największa tęsknota, najpierw zagnieżdżała się w klatce piersiowej, a zaraz potem zamazywała spojrzenie łzawą mgiełką. Zapewne po to, żeby nie odbierać małej dziewczynce nadziei. Myślała wtedy, że czasem lepiej, jak nie wszystko jest dobrze widoczne, bo z mgły zawsze mogła się wynurzyć oczekiwana postać, mgła otulała nieprzeniknioną zasłoną niejedną tajemnicę, ale miała to do siebie, że zawsze mogła nieoczekiwanie się rozwiać. Trzeba tylko cierpliwie czekać. 
I w takich chwilach największej tęsknoty, bez względu na to, jaka była wtedy pogoda, otulała główkę ciepłą czapką. 
Bo przecież marzenia, żeby mogły się spełnić, nie powinny przemarzać…
To jedno marzenie pielęgnowała ze szczególną troską. I wiedziała, że jego spełnienie będzie miało związek właśnie ze spotkaniem. 
A spotkania bywają różne.
Również takie, na które w ogóle się nie czeka. 
Wyskakują niczym królik z kapelusza, wypadają na nieoczekującego zza rogu ulicy, dopadają w zacienionej parkowej alei. Łowią w misternie zarzuconą sieć czyjeś spojrzenie, ocierają dłonią o dłoń.
I to one zazwyczaj wywracają życie do góry nogami.
A gdy zdarzy się tak, że zderzą się ze sobą te oczekiwane i te, których nikt się nie spodziewa, gdy spotkają się w magicznej chwili nagłego olśnienia, wtedy właśnie cienkie niteczki ludzkich losów przeplatają się i tworzą skomplikowany, niepowtarzalny ścieg. I niewidzialna ręka wyszywa złotem zawiły wzór czyjegoś życia.


Przedgrudzień -– październik 


Niedobrze, jak za dobrze. Klementyna doskonale znała to powiedzenie. Ba, nie tylko znała, ale uważała, że jest w stu procentach prawdziwe. Tym bardziej była zła na siebie, że dała się uśpić i omamić spokojowi, który nieoczekiwanie rozgościł się w każdym zakamarku ich małego mieszkania. 
Babka była ostatnio niezwykle wyciszona. Trochę jak nie ona, i to już powinno Klementynie dać do myślenia i wzbudzić czujność. Zero ucieczek, zero wymykania się ukradkiem na klatkę schodową, zero zaczepiania obcych ludzi i opowiadania im niestworzonych historii. Zamiast tego przydreptywała do kuchni, przysiadała na drewnianym taborecie i z ukontentowaniem patrzyła, jak jej wnuczka zagniata wielkie sterty ciasta. Z lubością wciągała powietrze przesycone zapachem cynamonu, imbiru i goździków. I tylko czasami rzucała spod oka spojrzenie, w którym czaiła się kpina rozpalona iskierkami buntu. Klementyna widziała to wszystko, ale odgoniła od siebie niepokój. Pomyślała, że zapewne da się to jakoś racjonalnie wytłumaczyć. Może w końcu babka się naprawdę solidnie zestarzała i nareszcie poczuła się zmęczona. I najzwyczajniej w świecie zabrakło jej siły na poważniejsze demonstracje. Dlatego ograniczyła się do rzucania spojrzeń. 
- Chyba nie jestem dobrym człowiekiem – zwierzyła się Klementyna któregoś razu swojej przyjaciółce Irminie.
- Ktoś, kto nie byłby dobrym człowiekiem, nie mógłby piec takich boskich pierników – odpowiedziała, z roztargnieniem pochylając się nad stojącym na kuchence garnkiem i zanurzając drewnianą kopystkę w bulgoczącej, aromatycznej masie. – Dobrze, że się poznałyśmy, bo dzięki temu od wielu lat moje Boże Narodzenie trwa od wczesnej jesieni – dodała rozmarzonym tonem i mimochodem sięgnęła po leżącą obok łyżkę, zanurzyła ją w garze i ze smakiem oblizała.
- Ha, zawsze wiedziałam, że przychodzisz do mnie li i jedynie z tego powodu. I mojego niesamowitego talentu cukierniczego, rzecz jasna – roześmiała się Klementyna.
- Proszę bardzo, okaż człowiekowi trochę serca, a z miejsca cię postawią do pionu! Ja cię tu doceniam! Chwalę! Odsłaniam przed tobą najskrytsze myśli! A ty mnie posądzasz o taką małostkowość! Ale rzeczywiście talentu nie można ci odmówić.
- I skromności – dorzuciła ze śmiertelnie poważną miną Klementyna.
- O tak! Skromność to twoje drugie imię – Irmina prychnęła śmiechem i energicznie pomajtała drewnianą kopystką w garze. 
Przez moment w kuchni panowała cisza przerywana jedynie bulgotaniem gęstej, pachnącej masy. Irmina odeszła od kuchenki, usiadła na rozkolebanym taborecie i oparła łokcie na stole. Jej pogodna jeszcze przed momentem twarz nagle spoważniała. 
- A tak na serio, to nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, że mówiłam prawdę. Przez te wszystkie lata to właśnie dzięki tobie zaczynały się moje święta. Po prostu tam gdzie się pojawiasz, zaczyna nimi pachnieć i z miejsca człowiek tęskni.
- Nie ma w tym nic dziwnego. W końcu całe dnie piekę pierniki, to przesiąkam ich zapachem. A to kojarzy się ze świętami. I wszędzie gdzie się pojawiam ciągnie się za mną ten aromat. Żadne perfumy nie pomagają…
-  Może masz trochę racji, ale to nie tylko to. Nie chodzi tutaj o sam zapach. Tak samo jak w tych uczuciach, które wzbudzasz, nie chodzi o prezenty ani o choinkę… To coś zupełnie innego. Taka głęboka tęsknota za miłością, rodziną, ciepłem płynącym z wyciągniętych rąk. I to jest takie dobre uczucie, które pozwala smakować to, co ma dopiero nadejść i cieszyć się tym dużo, dużo wcześniej. Można się od tego uzależnić… Zupełnie jak od twoich pierników. Przyznaj się, co do nich dosypujesz? Jaki jest tajny składnik? – zażartowała, próbując ukryć wzruszenie.
Klementyna też usiłowała się uśmiechnąć, ale nie za bardzo jej to wyszło.
- Tajny składnik, mówisz? Może to właśnie chodzi o tę wspomnianą przez ciebie tęsknotę. W tej dziedzinie jestem prawdziwym ekspertem – powiedziała powoli i spojrzała przyjaciółce prosto w oczy. – To drugi z moich niewątpliwych i niekwestionowanych talentów. Umiem tęsknić jak nikt inny. Zresztą sama wiesz – dodała i głęboko westchnęła. – Babka wielokrotnie powtarzała, że pierniki mają niesamowitą wrażliwość i jakimi emocjami się je obdarzy, wygniatając i wałkując, takimi nasiąkną, a potem oddadzą z nawiązką… I moje widocznie tęsknią. 
- Ale za to jak pięknie. Tęsknić też trzeba umieć – Irmina, widząc smutek w  oczach przyjaciółki, natychmiast wzięła się w garść. Za nic nie chciała swoją paplaniną dodawać jej zmartwień. Tych miała aż nadto. – Ale czekaj, bo w końcu się rozgadałyśmy, a ja nadal nie wiem, dlaczego uważasz, że nie jesteś dobrym człowiekiem. Co cię skłoniło do takich wniosków? – rozsądnie zmieniła temat i sięgnęła po stojący na stole dzbanek z herbatą.
-  Ulga, którą czuję, gdy widzę, jaka babka jest spokojna. Tak jakbym cieszyła się, że jest z nią gorzej – wyznała, podsuwając pod dzióbek dzbanka swoją pustą szklankę.
- Jeżeli tak ma się objawiać to pogorszenie, to oby trwało jak najdłużej – prychnęła Irmina. – Fizycznie zdrowa jest jak koń, co ja mówię, pięć koni. Niczego jej nie brakuje, biega jak źrebak… Nie śmiej się, wiem co mówię, niecały miesiąc temu nie mogłam jej dogonić, kiedy zwiała mi na jezdnię. Zaliczyłam wtedy dwa stany przedzawałowe. Pierwszy, bo mało się nie wykończyłam, usiłując ją dopędzić, drugi, bo babunia na moich oczach, chyżo niczym łania, przemknęła tuż przed rozpędzonym autobusem. I jakby tego było mało, zatrzymała się na chodniku i pokazała kierowcy język. Przypuszczam, że dopadłam ją tylko i wyłącznie dlatego, że zdecydowała się na tę małą manifestację. Od tamtego dnia zostałaś moją cichą bohaterką. Powinno się ciebie oprawić w ramki i pokazywać jako wzór poświęcenia i cierpliwości. Nie mam pojęcia, jak przez te wszystkie lata dawałaś radę upiornej babuni. Toż to czort wcielony! A dodatkowo jest jeszcze Dobrochna. Ja bym w życiu nie umiała pogodzić opieki nad złośliwą starszą panią i małym dzieckiem.
(...)
Jak się domyślacie ciąg dalszy nastąpi, a tak naprawdę nawet już nastąpił :)   

wtorek, 22 sierpnia 2017

O tym, że wodniki mają samice i o tym jak znalazłam się na dachu świata, czyli Czeska Szwajcaria

Moi kochani pytacie gdzie jestem, w jakich górach. Otóż jesteśmy w Czeskiej Szwajcarii.  jest pięknie. Skaliście, zielono, górzyście, trochę dziko. Wróciliśmy tu po raz drugi (napiszę w kolejnym poście o naszej kwaterze, bo naprawdę jest godna polecenia) i właśnie dziś udało nam się to co w zeszłym roku nie wyszło. Ziściło się jedno z moich podróżniczych marzeń. dotarliśmy bowiem w trzy miejsca o których marzyło mi się dwanaście miesięcy: Mariina Skala, Vileminina Stena oraz Rudolfuv Kamen. W zeszłym roku wypatrzyłam je na zdjęciach i poczytałam relacje na blogach i zapragnęłam. Ale z nami już tak jest, że dość często musimy swoje odczekać zanim zdobędziemy to o czym zamarzymy. Tak samo było z Koruną, jedną z moich ulubionych gór (napiszę o niej wkrótce, bo też w tym roku udało nam się na nią wejść). Zobaczyłam ją w momencie gdy Tysiek miał roczek. I wtedy baliśmy się z nim wchodzić. A góra podobała mi się niesamowicie. Odczekałam rok i wspięliśmy się na szczyt :) Ale na razie wróćmy do Czeskiej Szwajcarii. Mariina Skala kusiła mnie niesamowicie. Jeżeli spojrzycie na poniższe zdjęcie pewnie mnie zrozumiecie :)

Skała Mariina (specjalnie dla Krzysia W :"na komin to na komin" nawiązując do ostatnio obejrzanych :Postrzyżyn" :)
Ta chatka na  górze to właśnie nasz cel :)  W 1856 roku książę Ferdinand Kinský polecił zbudować na wierzchołku skały prosty taras z balustradą i zadaszeniem, a jednocześnie skałę nazwał imieniem swojej żony księżnej Marii Anny Kinskiej. Oczywiście altanka, która tam teraz stoi to już kolejna wybudowana. Kilka poprzednich padło ofiarą pożarów.
Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy w Jetřichovicach. Zostawiliśmy tam auto i ruszyliśmy czerwonym szlakiem. I spełniłam swoje marzenie :)
Weszliśmy, widoki boskie, zapierają dech w piersiach. Naprawdę było warto. Następnie podążyliśmy dalej czerwonym szlakiem do Vilemininej Steny (Ściana Wilheliminy). Cała droga przepiękna, skały, podejścia, wąziutkie ścieżki. Te ostatnie niekiedy naprawdę wąskie i prowadzące tuż nad przepaściami, na całe szczęście Tysiek jest już coraz starszy i wie, że w niektórych miejscach nie należy szaleć. Ale mam wrażenie, że dla tych, którzy mają problem z wysokością ten szlak byłby niezłym wyzwaniem. Vileminina Stena przywitała nas przepięknymi widokami. Przez moment miałam ważenie jakbym właśnie znalazła się na dachu świata.
  


A potem dotarliśmy pod Kamień Rudolfa. Na szczyt prowadzą wykute w skale schodki, drabinki, drewniane schody, korzenie... Wchodząc w głowie zabłysła mi myśl, że właściwie to trzeba będzie odbyć tę drogę w drugą stronę i zejść... Ale tak jak Scarlett postanowiłam pomyśleć o tym później :) Na szczycie jest pięknie ale trzeba zaznaczyć, że nie ma tam żadnych barierek zabezpieczających (zobaczcie na zdjęciach poniżej, szczególnie na tym, gdzie Tysiek stoi na szczycie skały) więc jeżeli ktoś boi się wysokości albo zamierza wejść tam z małym dzieckiem trzeba mieć to na uwadze.

Wchodząc w głowie zabłysła mi myśl, że właściwie to trzeba będzie odbyć
tę drogę w drugą stronę i zejść...

Tysiek na szczycie :)

Widok z Rudolfa.

Dzieciaki w komplecie :) Kuba (chłopiec Zuzy, czyli właściwie już moje
trzecie dziecko) Tysiek i Zuza w drodze powrotnej z
kamienia Rudolfa.

A to już widok końcówki szlaku.

Ścieżki gdzieniegdzie są naprawdę wąskie.
I cóż, był moment przy schodzeniu, w którym poczułam serce w gardle ale tu prawdą okazało się powiedzenie "najtrudniejszy pierwszy krok". Potem już jakoś poszło i cała i zdrowa dotarłam na dół. Tak samo jak cała reszta. Swoją drogą muszę Wam powiedzieć, że Tysiek śmiga po górach jak mały koziołek (kozica jakoś mniej do niego pasuje :))
I wróciliśmy do Jetřichovic. A tam moi kochani, tam zjedliśmy najlepszy jak do tej pory obiad. Więc gdy będziecie w pobliżu, zejdziecie utrudzeni ze szlaku koniecznie wejdźcie do Penzion Svycarsky Dvur.
Penzion Svycarsky Dvur.


Karmią bosko, gulasz to nieomal poezja, wołowina w sosie koperkowym cudna, smażony syr (żelazne danie Tyśka po czeskiej stronie) również wspaniale opanierowany :) Obsługa przemiła, uśmiechnięta. Piwo idealnie schłodzone :) Jednym słowem kulinarny raj :)
A potem ruszyliśmy nie do domu tylko na kolejną wędrówkę :) Też czerwonym, wzdłuż rzeki, szlak cudownie relaksujący, z niewiarygodną ilością kładek i mostków i tylko z jednym mocniejszym podejściem. No i napotkaliśmy wodnika siedzącego na drzewie. Tutaj to dość częste, wodników jest sporo ale ten jako jedyny był samicą :) Tak nam się przynajmniej wydawało :) Zresztą oceńcie sami :) 
Buziaki Wam przesyłam i znikam, bo dziś mamy w planach Děčínský Sněžník i okolicę :)
Fotografie autorstwa mojego męża własnego Kuby Kordela.
A post zaczęłam pisać wczoraj, skończyłam dziś, dlatego na początku jest mowa o dniu dzisiejszym czyli tak naprawdę wczorajszym :) Ależ mam talent do gmatwania :)

   
 
Wodnik samica :)

niedziela, 20 sierpnia 2017

Co straciłam podczas pisania i kilka słów po powrocie

Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna nie poinformowałam Was o tym, że napisałam znaczące sowo KONIEC. A stało się to już dziesięć dni temu, szmat czasu :) Ale biorąc pod uwagę to, że skończyłam pisać "Serce z piernika" w czwartek dziesiątego sierpnia a jedenastego wyjeżdżaliśmy na wakacje, to sami rozumiecie, że czas mi się skurczył. Trzeba było się spakować, ogarnąć dom przed wyjazdem, wyprawić psa do hotelu a jeszcze dodatkowo w kinie letnim, w teatrze miejskim wyświetlali "Wino truskawkowe". A ja kocham ten film miłością bezwzględną i nie mogłam za nic go sobie odpuścić :) W rezultacie pakowaliśmy się do pierwszej w nocy :) Ale w końcu zaczął mi się wolny czas to mogłam poszaleć i pakować się nawet do czwartej jeżeli miałabym taką fantazję. Na całe szczęście fantazja nie sięgała tak daleko :) 
Tak czy inaczej zakończyłam "Serce z piernika". Opisy zawieruchy i burzy śnieżnej powstawały w warunkach idealnych. Na zewnątrz upał a ja pod wiatrakiem, wśród zimnych podmuchów :) Podczas pisania powieści straciłam też co nieco. Na przykład pięć kilo :) To jedyny odnotowany przeze mnie przypadek kiedy podczas świąt udało mi się schudnąć. Pisanie o Wigilii w środku lata ma swoje zalety :) W każdym razie nie zaszkodziło mi to bynajmniej, bo ostatnimi czasy zaczęłam się robić nieco puchata a bynajmniej mi na tym nie zależało. 

A teraz moi kochani wypoczywam. Oczywiście tak jak lubię najbardziej, czyli na przykład wczoraj zrobiliśmy dwadzieścia jeden kilometrów i zaliczyliśmy dwa strome podejścia :) Jak to w górach, Taki wypoczynek kocham najbardziej :) Biorąc pod uwagę, że bardzo długo mnie tutaj nie było wpis jest nieco chaotyczny, tyle bym Wam chciała opowiedzieć, że nie bardzo wiem jak to wszystko połączyć. W związku z tym tym razem wrzucę tylko kilka zdjęć a w następnym poście postaram się to uporządkować. Są miejsca, którymi koniecznie muszę się z Wami podzielić! Może kogoś zainspiruje i zechce zobaczyć choć część tego co ja widziałam. A jest pięknie! Kochani życzę Wam wspaniałego dnia, słonecznego popołudnia i romantycznego wieczoru (ale mnie poniosło :)) Choć może wieczorem jeszcze się tu pojawię :)

A na koniec zdradzę Wam, że koniec "Serca z piernika" wygląda tak:

"KONIEC
Ale czy na pewno?"

No właśnie czy na pewno? 

Buziaki!







    

piątek, 4 sierpnia 2017

Poznajcie proszę Dobrochnę :)

W nowej powieści dużo będzie się działo. Będzie i poważnie i dramatycznie ale też bardzo, bardzo wesoło. Wrócę do Was z humorem, który znacie z "Uroczyska" i całej serii "Malownicze". Śmiechu będzie sporo ale mam nadzieję, że w pewnych momentach wzruszenie ściśnie Was za gardło a w oczach pojawią się łzy. Dziś poznajcie proszę Dobrochnę:)