piątek, 27 lutego 2015

Post informacyjny i studzący emocje!

No i tak zajęta pracą nieomal przeoczyłam te wszystkie emocje, które Wami targają. I teraz będę zupełnie szczera. To już jest piąty tomik i wiem co mówię. Nie ma dobrego sposobu głosowania, zawsze będą głosy oddawane na przyjaciół, przez przyjaciół i znajomych. Nieomal każdy z Was dostanie takie punkty. Ale ja właściwie nie o tym chciałam a o tym, że cały sens tego tomiku (przynajmniej z mojego punktu widzenia) to radość z tworzenia. Wybierajmy opowiadania, głosujmy, bawmy się ale bez napinania. Czy to naprawdę takie istotne kto dostanie pierwsze a kto dziesiąte miejsce? Pani Wando niech mi Pani tego nie robi, są ludzie, którzy chcieli zagłosować na Panią i zagłosowali. Ci którzy chcieli oddać głos na "Dziadka" zagłosują na niego. Nie wprowadzajcie proszę dodatkowego zamieszania, bo tutaj chodzi o zabawę. O książkę. O to że można coś fajnego zrobić. A ruch na blogu jest przeciętny. W tej chwili nie mam wcale wielu wejść, bo niewiele piszę. To tak nawiasem mówiąc, odnosząc się do waszych komentarzy. Pamiętajcie też, że ja mam zliczać potem głosy. I to jest coś co po przejrzeniu komentarzy mnie z lekka przeraża. Naprawdę przeczytajcie dokładnie jak głosować, zajrzyjcie jeszcze raz do Waszych komentarzy sprawdźcie czy wszystko jest w porządku, czy na pewno rozdzieliliście 20 punktów, czy nie jesteście anonimowi, czy nie pomyliliście wierszy z opowiadaniami. Bo potem ja się w tym wszystkim nie połapię.
Na wszelki wypadek przypominam tytuły wierszy:

„Białym śnieżnym orszakiem”

"Rozstanie" 
"Zbyt rzadko trzymasz mnie za rękę" 
"Bajka o dobrej wróżce" 
"Żołnierska obietnica" 
"Zapałczana historia"  

Reszta to opowiadania. I spokojnie! Tomik jest dla wszystkich, dlatego są tam wszystkie teksty bez żadnych wyjątków. Całuje Was bardzo, bardzo mocno. I naprawdę tylko spokój może nas uratować :) Weźcie to sobie do serca:)

środa, 18 lutego 2015

Głosowanie czas zacząć! START!!!!!

Uwaga, uwaga, uwaga! Rozpoczynamy głosowanie. Mieliśmy głosować do 27 lutego ale pozwólcie, że przedłużymy do 3 marca. Będę musiała potem zliczać głosy a już wiem, że do końca lutego jestem całkowicie zapisana :) Kończę książkę mam nadzieję że wybaczycie mi zmianę terminu :) Opowiadania trafiły do dwóch zakładek: Miłość niejedno ma imię i Miłość niejedno ma imię II. Nie zapomnijcie zajrzeć do tej drugiej zakładki. Nie wiem dlaczego ale to już kolejny raz blog robi mi taki numer i nie chce dodać kolejnych opowiadań.  

Czyli reasumując: Głosowanie rozpoczynamy dzisiaj 17 no właściwie już 18 lutego i głosujemy do 3 marca. Głosujemy za pomocą komentarzy i punktów. Każdy z głosujących dysponuje 20 punktami do rozdzielenia pomiędzy 5 wybranych opowiadań i 5 wierszy. (20 na opowiadanie i 20 na wiersze).Teksty trafiły do dwóch zakładek: Miłość niejedno ma imię i Miłość niejedno ma imię II. Nie można oddać całości punktów na jedno opowiadanie, trzeba wybrać 5. Anonimowe głosy nie będą się liczyć. Najwyżej ocenione teksty zwyciężą a autorzy otrzymają 2 egzemplarze książki w nagrodę. Życzę Wszystkim uczestnikom powodzenia a głosującym wielu emocji i radości z czytania. Głosy zostawiamy pod tym postem. Z boku po prawej stronie jest banerek kierujący bezpośrednio do tego posta.

Pani Jadwigo, bardzo przepraszam za kłopot ale gdyby mogła Pani przekopiować swój komentarz z głosami pod ten tekst będę niesamowicie wdzięczna :) 

poniedziałek, 16 lutego 2015

Ostatnie opowiadania i wiersze! Teraz to już nic tylko czytać, czytać, czytać!

Magdalena Abratkiewicz


ROZSTANIE

dłonie zawisły pytaniem
przechylając kieliszek
czas zatrzymał się mrozem
zaplatanym w szybę
wypisując scenariusz
pajęczyną lodu

w odpowiedzi opadnę
na pustą stronę łóżka
dokładnie z pierwszym śniegiem

Katarzyna Lepiarz

„Braciszek”


- Martusiu przeziębisz się, załóż kurtkę – zawołała babcia, ale dziewczynka była już na zewnątrz. Biegła przez ogródek w swoich pluszowych kapciach nie zważając na wpadający do nich śnieg. Zatrzymała się tuż przy samochodzie, z którego wysiedli rodzice z małym zawiniątkiem.

- Pokaż mi go, pokaż mamusiu – zapiszczała.

- Jak wejdziemy do środka, bo tu jest za zimno – odpowiedziała mama.

- Chcę go zobaczyć, proszę – niecierpliwiła się Marta.

- Ciszej, bo go obudzisz – napomniał tata.

Weszli do środka, gdzie przywitała ich babcia dziewczynki. Starsza kobieta wzięła zawiniątko od swojej córki i delikatnie rozebrała nowego członka rodziny. Był bardzo malutki, jak na wcześniaka przystało. Marcie kojarzył się z jej lalkami. Chcąc sprawdzić, czy aby na pewno nie jest gumowy, poruszyła jego rączką. Widząc to, mama upomniała córeczkę, że tak nie wolno robić.

- Jeśli za mocno poruszysz jego ręką lub nóżką będzie go bolało i możesz zrobić mu krzywdę, pamiętaj – dodał tato.

Martusia spuściła głowę i posmutniała. W tej samej chwili do pokoju wbiegł Kleks, który właśnie się obudził i również chciał się przywitać.

- O nie! Marta zabierz psa na górę i zamknij w swoim pokoju. Niech się nie plącze przy małym – oznajmiła mama.

Zdziwiona posłusznie odprowadziła ulubieńca do swojego pokoju. Nie bardzo rozumiała dlaczego jej ukochany piesek nie może już chodzić po całym domu. Wiedziała tylko, że ma to związek z jej małym braciszkiem. Była jednak za bardzo podekscytowana maleństwem, żeby teraz się nad tym zastanawiać. Zbiegła po schodach i wróciła do salonu. Pamiętając już, że ma być cicho, zapytała mamę czy może potrzymać braciszka.

- Usiądź sobie wygodnie, położę Ci go na kolanach i pokażę jak trzymać, dobrze? – uśmiechnęła się mocno zmęczona kobieta.

- Dobrze mamusiu.

Szybko wsunęła się w głąb sofy i wyprostowała nogi. Mama ułożyła becik i ręce córki na nim, a sama usiadła obok i asekurowała. Wreszcie dziewczynka poczuła się dumną starszą siostrą, o czym tak często rozmawiali.

Już dawno słyszała o nowym dzidziusiu. O tym, że rośnie w brzuszku u mamy i kiedy się urodzi to będzie malutki. Martusia dostała nawet nową książeczkę z obrazkami, o tym jak dzidziuś się zmienia zanim przychodzi na świat oraz jak to się dzieje, że nie jest głodny.

Teraz ten dzidziuś leży na jej kolanach całkiem realny. Nie mogła przestać się uśmiechać.

-  Czy mogę go pogłaskać po buzi? –zapytała szeptem.

- Oczywiście tylko bardzo delikatnie.

- Tak jakbyś dotykała motyla – dodała babcia.

Głaskała po policzku i włoskach, a radość szkliła jej oczka. Kolejnych emocji dodawały grymasy uśmiechu pojawiające się na twarzy noworodka. Szczęście to przerwał niestety głośny płacz . Marta bardzo się wystraszyła; jeszcze bardziej kiedy mama zabrała jej braciszka i poszła z nim do sypialni. Tego było już za wiele dla pięciolatki. Pobiegła do swojego pokoju potykając się na schodach. Rzuciła się na swoje łóżko i zaczęła płakać w poduszkę. Kleks, wybudzony ze snu odgłosem zamykanych drzwi, wstał i położył się obok niej wsadzając jej łepek pod pachę. Kilka minut później do pokoju weszła babcia i usiadła na kraju łóżka. Widziała, że wnuczka jest zagubiona i przestraszona nową sytuacją. W ciągu kilkunastu minut zmienił się cały jej dotychczasowy świat.

- Kochanie dlaczego płaczesz? Zapytała zatroskana.

- Już nie chcę braciszka. Niech go odwiozą z powrotem.

- Nie mów tak Martusiu. Przecież tak nie myślisz. Wiem, że jesteś przestraszona i nie bardzo wiesz co się dzieje dookoła. Masz do tego prawo. Powiem Ci w tajemnicy, że tatuś też się boi.

Te słowa zaciekawiły dziewczynkę. Starsza kobieta przytuliła pięciolatkę i mówiła dalej.

- Małe dziecko burzy cały świat dorosłych, a co dopiero takiej dziewczynki. Ale Ty jesteś mądrą dziewczynką i wiem, że dasz sobie radę. Ja Ci w tym chętnie pomogę.

- To zabierz mnie do siebie. I Kleksa też – załkała.

- Nie mogę kochanie. Rodzice nigdy by się na to nie zgodzili. Za bardzo Cię kochają.

- Teraz mają nowe dziecko. Sama widziałaś, że mnie tylko odganiają. Kleks też już nie może chodzić po domu. Przecież on nie może być cały czas zamknięty w pokoju.

- Martusiu to nie tak. Posłuchaj, rodzice są troszkę zagubieni, mamusia bardzo zmęczona i się denerwują. Nie spodziewali się dzidziusia tak szybko, bo miał się urodzić prawie dwa miesiące później. Muszą sobie na nowo poukładać plan dnia. Na początku będzie ciężko i większość rzeczy będzie tak, aby dzidziusiowi było jak najlepiej. Pamiętaj jednak, że dla Ciebie nie zabraknie miejsca w tym wszystkim. A Kleksa trzeba po prostu wykąpać i będzie mógł biegać po domu.

- Tata powiedział, że mam tego małego nie ruszać, bo zrobię mu krzywdę – pociągnęła noskiem.

- Wcale nie powiedział, że masz go nie ruszać. Powiedział, żebyś robiła to delikatnie. Widziałaś jaki on jest mały? Pamiętasz jak kiedyś wpadł nam do kuchni motyl?

- Pamiętam – zdziwiona dziewczynka popatrzyła na babcię. Co wspólnego z jej braciszkiem może mieć motyl?

- Wtedy dziadek dał Ci lornetkę i z bardzo bliska widziałaś jego skrzydełka, prawda?

- No tak. Były prawie przezroczyste i miały takie śmieszne żyłki.

- Dokładnie. Małe dzieci są bardzo podobne. Ich skóra jest cienka jak skrzydełka motyla, a kości są prawie tak kruche jak te żyłki na skrzydełkach – wyjaśniła babcia. – Już wiesz jak trzeba uważać.

- Tylko, że on mnie nie lubi – Marta schowała głowę z powrotem pod poduszkę.

- Jak to możliwe? On Cię jeszcze dobrze nie widział. W Twojej książeczce było pokazane jak widzą malutkie dzieci, prawda? Podobnie jak kret kiedy jest widno.

- Kiedy go głaskałam to zaczął tak głośno płakać i mama go szybko zabrała. Teraz na pewno jest na mnie zła.

- Och to nie tak. Zaczął płakać, bo był bardzo głodny, a inaczej nie potrafi wołać. Tak samo będzie reagował jak będzie mu gorąco lub zimno. I jak będzie miał mokrą pieluchę lub kiedy będzie chciał się przytulić. Głaskanie po główce z pewnością lubi. Mama nie jest zła tylko zmęczona, bo dzidziuś w nocy też się budzi na jedzenie. Zabrała go do sypialni, żeby się położyć przy karmieniu. Teraz pewnie razem śpią. Chcesz to pójdziemy sprawdzić.

- Tak myślisz babciu? – Marta się ożywiła.

- Jestem tego pewna; chodźmy – podała wnuczce rękę.

***

W sypialni czujnie spała mama z synkiem. Otwarła oczy, kiedy usłyszała skrzypnięcie drzwi i zawołała córeczkę do środka.

- Jeśli chcesz to połóż się z nami. Przepraszam, że nie powiedziałam Ci dlaczego Twój braciszek zaczął płakać. Wiem, że się wystraszyłaś, ale jestem troszkę zmęczona. Myślałam, że nic się nie stanie, jeśli porozmawiam z Tobą później.

- Wiem mamusiu. Już wszystko rozumiem, bo babcia mi wytłumaczyła- uśmiechnęła się, bo czuła się już godna miana starszej siostry.

- Jestem o to spokojna. Nikt tak dobrze nie tłumaczy jak babcia. Na pewno nie zrobiłabym tego lepiej. Pamiętam jak rozmawiała ze mną, kiedy miał urodzić się Twój wujek. Też chciałam z Tobą porozmawiać zanim urodzi się Twój braciszek. Nie przewidziałam tylko, że zrobi nam niespodziankę i przyjdzie na świat tyle wcześniej. Wiem, że na razie taki mały dzidziuś będzie dla Ciebie nudny, bo będzie tylko spał i jadł. Czasami będzie Ci też smutno, bo będę musiała się nim zająć, kiedy Ty wolałabyś się ze mną pobawić. Obiecuję Ci jednak, że codziennie znajdę czas na zabawę tylko z Tobą. Tata nam pomoże.

- A mogę dać mu któregoś mojego misia? Takiego małego? Do łóżeczka, żeby nie było mu smutno jak będzie sam.

- Oczywiście. Wybierz takiego, który będzie najlepszy. Wypierzemy go w tym dziecięcym proszku, który razem kupiłyśmy. Jutro tatuś wykąpie też Kleksa i będzie z powrotem mógł biegać po domu.

- Super – ucieszyła się Marta. Teraz kiedy już więcej rozumiała, zaczynała na nowo cieszyć się, że ma brata. Nawet jeśli na początku będzie taki dziwny; bo tego jak można cały dzień leżeć i się nie bawić Marta nadal nie rozumiała. Wybiegła z sypialni i pognała do swojego pokoju najszybciej jak umiała. Stanęła przed regałem pełnym książeczek i pluszaków. Po kilku minutach dokonała wyboru.

- Ty będziesz idealny – porwała małego błękitnego kotka pod pachę i zbiegła po schodach.

***

- Mamusiu ten się nadaje. Zaniosę go do łazienki – zrobiła kilka kroków, szybko jednak zawróciła. – A jak będzie miał na imię? – zapytała.

Kobiety popatrzyły na siebie; jeszcze nie wiedzieli.

- Przecież musi mieć imię. Wszyscy mają, a to mój braciszek – musi mieć najlepsze.

Pogładziła chłopczyka po malutkiej rączce.

- Chciałbyś być Tomuś? – zapytała braciszka, ku zaskoczeniu mamy i babci oraz taty, który właśnie stanął w progu. Chłopiec poruszył rączką i zacisnął piąstkę na paluszku Martusi.

- Chybaby chciał – powiedziała z nadzieją. Jej mama spojrzała na męża, który ze łzą w oku przytaknął głową.

- No to będzie Tomuś – powiedziała kobieta córeczce.

- Słyszysz Tomcio? Zgodzili się – przytuliła się do zawiniątka. – Witaj w rodzinie braciszku. Pamiętaj, że jestem Twoją starszą siostrzyczką i już Cię bardzo kocham. Będę czekać, aż trochę urośniesz i nauczę Cię wszystkich zabaw jakie znam.


Karolina Ołdakowska

„Żołnierska obietnica”

Kochana, muszę jechać,
Wzywają mnie,
Nie mogą dłużej czekać.
O mnie się nie martw,
Nim zima minie,
Ja znów przy Tobie będę,
I nic Nas więcej nie rozdzieli,
Masz moje żołnierskie słowo.
Nim wiosna na dobre się rozgości
Ujrzysz mnie na nowo.
A teraz dam wyraz mej ogromnej do Ciebie miłości.

I ją utulił, ucałował miękko,
Ona mu pocałunek oddała,
Na sercu rękę położyła
I bać się już przestała,
Bo jej obiecał,
Że  tej zimy choć będzie daleko,
To jednak bardzo blisko,
Samej jej nie zostawi
I pokłonił się nisko.

Już prawie noc nastała,
Gdy się tak czule żegnali.
Za oknem w blasku księżyca
Biały śnieg się skrzył,
Gdy po niego przyjechali
I od ukochanej zabrali,
By spełniał obowiązek obywatelski,
Walczył za Ojczyznę, honor braterski.

Dni mijały powoli, niespiesznie,
A Ona o Nim myślała,
Ten ostatni wspólny dzień często wspominała.
A po kilku tygodniach zrozumiała,
Że On obietnicę swą spełnił,
Samej Jej nie zostawił,
Mały Ktoś Jej wnętrze wypełnił.

Wtedy już nic się nie liczyło,
Całe zło jak mara senna się rozmyło,
A Ona cierpliwie czekała,
Myślami była przy Nim,
Spadającymi płatkami śniegu czas do spotkania odmierzała.
Radość Jej serce wypełniała
I całą duszą Bogu dziękowała,
Że raczył Jej modlitw wysłuchać,
Uśmiechała się co dzień od ucha do ucha.

Zima była długa,
Lecz w końcu minęła,
Biały puch zniknął,
Wiosna się zaczęła.
Jej marzenie wtedy do końca się spełniło,
Swego dzielnego żołnierza wreszcie zobaczyła.
On Ją czule objął, przytulił do siebie
I oboje czuli, że są w siódmym niebie.

Od tej pory nigdy się nie rozstawali,
A nim jesień swój czar rzuciła na świat cały,
Syna powitali.
Oszaleli ze szczęścia i wielkiej miłości,
Nic Im już nie grozi,
Cieszą się wolnością.
Nie straszne im zimy,
Ni słotne jesienie,
Bo mają Siebie
I nic się już nie zmieni…


Małgorzata Szumann

Zbuntowany Anioł


Na skrzydłach kryształowych podziwiała światy,
mijała góry i łąki upstrzone w kwiaty.
Zwiedzała bajeczne krainy, gdzie Smok swym umysłem zadziwiał.
Skrzydłem obejmował, czułością swą zachwycał.
Wieczorami rozpalał swym pyskiem ognisko, by istota mogła się czuć bezpiecznie i być zawsze ciepła blisko.
Za dnia małe skrzydełka unosić się poczęły.
Nikogo pominąć w tym wierszu nie chciały.
Wszystkim bajecznym stworzeniom, zwłaszcza smokom, które uwielbiała. Zawsze w swoim sercu dla nich miejsce miała.
Oli co „Siostrą” istotkę tę zowie, zawsze szczerą prawdę powie. Olu coś to opowiadanie pokochała, kawałek ten Tobie właśnie dałam. By uśmiech na Twej twarzy został po przeczytaniu tego, Ty – co masz ojca Shinizll’ego :)
Karolci co mym drajwerem obecnym się zowie. Twój śmiech słychać wszędzie, gdzie ktoś śmiesznego coś powie.
I choć czasem masz wylane po całości, niech ta dedykacja w sercu Twym zagości :)
Dla babci – bo to od niej słowa o aniele, ubarwiły tę opowieść i znaczyły w niej bardzo wiele. Helciu co naleśniki robisz najlepsze na świecie, Tobie oddaję tę dedykację, jako mojej babci, mamie mojej mamy i wspaniałej kobiecie.
Dorotce poznanej na Pinglu. Co chwile cudowne na zdjęciach potrafisz uchwycić, chcę Cię tą dedykacją tutaj zaszczycić. Byś miała takiego Stróża Anioła, co zamiast Ty jego – on będzie Cię wołać.
Mamie i tacie, by zrozumieli, że nie tylko gram od poniedziałku do niedzieli. Poznaję ludzi, książki czytuję, czasem kilka zdań opowiadania zapisuję. Oglądam filmy, dziergam na drutach, być może nie znam się na butach. Za Irenkę i za Gosię, chociaż niekiedy mam wszystko w nosie ^^
Kokonikowi, co zakładkę smoka mi podarowała i o smokach troszkę wiedziała. Za ciepłe słowa, zarażenie książkami, może znajdziesz kawałek siebie między wersami.
„Nie ma rzeczy niemożliwych. Są tylko takie, na które musimy dłużej poczekać”
Dla wszystkich, by uwierzyli, że marzyć nie znaczy być dziecinnym, ale wierzyć we własne możliwości i pragnienia.

***
Podejdź tu, synu i spójrz na swą podopieczną. – Nastoletni chłopak podszedł do swego ojca, stojącego przy marmurowej czarze, z której unosiła się delikatna smuga dymu. Za pozwoleniem mężczyzny spojrzał w jej głębię i zobaczył niemowlę owinięte w różowe pieluszki. Dziecię płakało, jakby działa mu się krzywda. – Na imię jej Klara. Ty zaś, mój synu masz jej nie opuszczać nawet na krok. Masz być jej cieniem, podporą dniem i nocą. Masz jej strzec i być zawsze obok niej. Kiedy zasypia i budzi się, kiedy się śmieje i płacze. Nie ważne czy będzie cię wołać, czy przez lata nie odezwie się ani słowem. Wysyłam cię do niej, tak jak robiłem to z twoimi siostrami i braćmi, a ty masz jej strzec do końca jej żywota. Czy zrozumiałeś jak ważne stawiam przed tobą zadanie, Rafale? – Chłopak skinął głową na znak gotowości. Ojciec uśmiechnął się serdecznie do młodzieńca. Poklepał go delikatnie po plecach, z których wyrosły srebrzysto białe skrzydła, iskrzące się niczym diamenty w pełnym blasku słońca. – Idź zatem i strzeż Klary. W każdej sekundzie jej życia, bądź jej podporą, a mocy skrzydeł używaj gdy tylko uznasz to za słuszne. Pamiętaj tylko, synu masz być niewidoczny pod swą prawdziwą postacią. Nie ujawniaj się. Czasem… - mężczyzna zamyślił się przez chwilę, by dać swojemu synowi ostatnią radę zanim ten zejdzie na dół. - Ludzie to skomplikowane istoty. Mają własną wolę, która może sprowadzać ich na manowce. Mogą uwierzyć, że istniejesz, ale równie dobrze pomyślą, że zwariowali i będą chcieli cię skrzywdzić, dlatego pod żadnym pozorem nie ukazuj się nikomu pod swoją prawdziwą postacią. – Ojciec zaprowadził swego syna do ogromnego łuku, którego strzegło dwóch odzianych w złotą zbroję mężczyzn. Ostatni raz objął młodzieńca, po czym zezwolił mu przejść przez iskrzący się miliardem kolorowych iskierek łuk. Od tej chwili obserwował Rafała jedynie w marmurowej czarze, zaś jego czyny i powierzone zadanie będzie osądzać, gdy ten wróci do domu…
***
Klara urodziła się tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Z dnia na dzień była coraz śliczniejszym dzieckiem, które rosło zdrowe i szczęśliwe, zaś chłopak odesłany przez ojca, czuwał przy niej cały czas. Kiedy płakała poruszał jej karuzelą przymocowaną do łóżeczka, delikatnie wywołując wiatr, a gdy się uśmiechała, sprawiał że wszystkie ptaki zamieszkujące najbliższe drzewo rosnące przy jej domu, rozśpiewywały się radośnie niosąc przepiękną melodię wprost do małych uszek dziewczynki.

Mijały lata, a Rafał nieustannie był przy dziewczynce. Nie wiedział z jakiego powodu ojciec wysłał go do niej, jednak pokładał w nim zaufanie i wierzył, że ma to większy cel. Oglądał jak mała Klara uczy się chodzić, jak wypowiada pierwsze w życiu słowo, z którego jej rodzice niebywale się cieszyli… Było to dla chłopaka niesamowitym przeżyciem: móc uczestniczyć w życiu młodej osoby, która nawet nie wie o jego istnieniu. Był przekonany, że już do końca pozostanie tylko dobrym, niewidzialnym duchem w jej życiu, kiedy usłyszał głos; głos, który zwracał się bezpośrednio do niego. Obserwował Klarę, która mając cztery latka, razem z mamą klęczała przed łóżkiem, składając rączki i na głos wypowiadała te słowa:
Aniele bozi, stlóziu mój. Ty zawsie psi mnie stój. Rano, wieciór, we dnie, w nocy, bądź mi zawsie ku pomocy…
Rafał przysłuchiwał się temu z wielka uwagą, ponieważ dziewczynka zwracała się tymi słowami do niego. Na początku przestraszył się, że Klara go ujrzała, w jakiś sposób zobaczyła jak stoi przy niej, jednak po podsłuchanej rozmowie dziewczynki z jej mamą wszystko zrozumiał.
- Grzeczne i mądre dziewczynki zawsze się modlą. Do pana Boga, żeby wiedział, że go lubisz, do Bozi, żeby się nie obraziła i do Anioła Stróża, ponieważ to twój przyjaciel.
- Psijaciel? – zainteresowała się Klara. Jej mama pogładziła ją po głowie, uśmiechając się serdecznie.
- Tak, twój przyjaciel. On jest zawsze przy tobie i dba, by nie stała ci się żadna krzywda, a jeśli będziesz się do niego modlić to z większym zapałem będzie się tobą opiekował. Babcia opowie ci więcej na ten temat – powiedziała, jednak Klara nie poszła. W drodze do starszej kobiety napotkała dzieci bawiące się na podwórku i zapominając o niedawnej rozmowie, przyłączyła się do zabawy.
O aniołach dowiedziała się od babci kiedy była już starsza, a z kobietą wybierała się na wieczorne spacery po okolicy. Wtedy to, rozmawiały o wydarzeniach minionego dnia. Klara mówiła co ją rozbawiło, a co dręczyło i wtedy babcia opowiedziała jej pewną ciekawostkę, której sama trzymała się przez całe swoje życie.
- Mój ojciec zawsze mi powtarzał, że jeśli czegoś się boję, to mam się przeżegnać, albo zmówić po cichu modlitwę do Anioła Stróża. Może ci się to wydawać śmieszne, ale jak kiedyś poczujesz się samotna, lub będziesz się czegoś bała, na przykład przed daleką podróżą… chciałabyś bezpiecznie dojechać na miejsce i wrócić do domu… przypomnij sobie moje słowa i pomódl się do Anioła. Być może poczujesz się wtedy lepiej. – Klara zapamiętała tę radę. Wychowana była na mądrą i miłą dziewczynę, która brała sobie do serca rady starszych osób. Wiedziała, że starsi ludzie przeżyli już sporo i wiedzą, jakie życie potrafi być okrutne, dlatego brała ich rady na poważnie. Czasem zmyślała modlitwę na poczekaniu, by urozmaicić sobie rozmowę. W najskrytszych marzeniach nie spodziewała się, że te modlitwy faktycznie docierają do anioła… który stał kilka centymetrów od niej i nie opuszczał jej ani na krok.
***
- Wiesz, czasem sobie ciebie wyobrażam… że jesteś długowłosą dziewczyną, a raz mega przystojnym chłopakiem… nie, nie! Nie chodzi o to, że jesteś obojnakiem… po prostu nie mogę się zdecydować czy chciałabym, żebyś był nią czy nim… - mówiła, wyobrażając sobie, że rozmawia ze swoim aniołem. Oczami wyobraźni widziała jak stoi obok i nie spuszcza z niej oka. Klara uśmiechnęła się na to wyobrażenie. – Długo będziesz tak sterczeć? Siadaj! Przecież będę na wyciągnięcie ręki…
Te rozmowy sprawiały, że Rafał coraz bardziej ciekawy był życia dziewczyny; życia, które nie obracało się jedynie wokół Boga i pracy, ale również dostarczało rozrywkę i przyjemności. Nieświadomie tańczył z nią, śmiał się z kawałów opowiadanych przez jej rówieśników, razem z nią grał w gry komputerowe i chodził do szkoły gdzie poznawał świat, tak jak poznają go zwykli śmiertelnicy. Coraz bardziej kusiło go, żeby pokazać się Klarze. Udowodnić, że nie mówi do ściany, ale do niego – a on słucha uważnie każde jej zdanie, każdą historię i coraz bardziej chce, by w końcu nie miała dylematu czy jest „nią” czy „nim”.
Okazja nadarzyła się jesienią. Klara chodziła już do liceum. Pakując swoje zeszyty z szafki do plecaka, natknęła się na starszego o dwa lata Oskara. Nie można powiedzieć, że był delikatny w stosunku do dziewczyny. Ewidentnie chciał ją dla siebie, ale mając dookoła tłum gapiów odegrał przed wszystkimi „szopkę”.
- Co robisz po południu? – zapytał. Opierał się o sąsiednią szafkę i patrzył na nią z nieukrywanym pożądaniem.
- Na pewno nie jest to związane z twoją osobą – odpowiedziała, zapinając plecak i przerzucając go sobie przez ramię. Chciała odejść jednak chłopak jej na to nie pozwolił. Chwycił ją mocno za rękę. Rafał czuł ból dziewczyny. Odczuwał wszystkie jej emocje, począwszy od radości skończywszy na rozpaczy. Wiedział, że Klara zaczyna się bać, ale stara się tego nie okazywać.
- Teraz uśmiechniesz się grzecznie i wyjdziesz ze szkoły – szepnął jej do ucha, coraz bardziej zaciskając swój uścisk. Dziewczyna odepchnęła go od siebie. Nie miała zamiaru pozwolić, by pierwsza napotkana osoba mogła ją zastraszać.
- Teraz pójdę na lekcje, a ty możesz sobie wsadzić swoje rozkazy w cztery litery! – krzyknęła tak głośno, by usłyszeli ją inni uczniowie, stojący obok.
To były sekundy. Oskar podniósł rękę, by uderzyć Klarę, kiedy znikąd pojawił się inny uczeń, w ostatniej chwili łapiąc chłopaka za dłoń i omal mu jej nie wykręcając.
- Rodzice cię nie nauczyli, że nie bije się kobiet? – spytał, trzymając Oskara w stalowym uścisku. Ten nie odpowiedział. Bardziej zajęty był bólem, który odczuwał za każdym razem, gdy zaczynał się mocniej szarpać. Nieznajomy odepchnął go bez większego wysiłku, tak że ten prawie poleciał na drugą stronę korytarza, po czym chwycił Klarę za rękę i razem z nią wymknął się ze szkoły. Dziewczyna sparaliżowana tą nagłą zmianą biegu wydarzeń dopiero teraz mogła mu się przyjrzeć. Chciała podziękować, jednak kiedy na niego spojrzała, oniemiała. Przed nią stał chłopak wyższy o głowę. Jego ciemno brązowe włosy potargane były jakby przez wiatr, a oczy patrzyły wprost na nią. To jego wzrok doprowadził ją do całkowitego paraliżu. Oczy przybierały barwę fioletu, chociaż dałaby sobie rękę obciąć, że w budynku szkolnym wydawały się niemal czarne. – Nic ci nie jest? – spytał. Sądziła, że po za jego oczami nie ma nic piękniejszego na świecie, ale głos pobijał wszystko. Chciała go słuchać godzinami, mając zamknięte oczy słyszeć jego głos tuż przy swoim uchu i napajać się jego dźwiękiem. Z zamyślenia wyciągnął ją ciepły dotyk chłopaka. – Klaro? – Mózg dziewczyny pracował na wolnych obrotach, jednak z sekundy na sekundę coraz bardziej uświadamiała sobie kim jest, gdzie jest i co się wydarzyło. Pytanie jakie ją interesowało to kim był człowiek stojący tuż obok niej.
- Kim jesteś? I skąd znasz moje imię. – Odruchowo odsunęła się od chłopaka. Nie znała go, jednak coś jej podpowiadało, że nieznajomy zna ją aż za dobrze.
Przez chwile patrzyli na siebie w milczeniu. W końcu chłopak się odezwał.
- Nazywam się Rafał i jestem… - Na krótką chwilę zamilkł, zaś Klara wpatrywała się w niego jak w obrazek. – Czy moje imię wystarczy? Nie chciałbym, żebyś…
- Tak – odpowiedziała bez zastanowienia. Nie wiedziała czemu, ale czuła, że jeszcze nie raz spotka się z chłopakiem. – Bardzo mi miło – dodała i wyciągnęła ku niemu rękę. Rafał spojrzał na jej dłoń. Po raz pierwszy miał dotknąć swojej podopiecznej; dziewczyny, która ma swoje życie, swoją rolę do odegrania, a on miał jej się nigdy nie ukazać. Ostrożnie uścisnął jej dłoń, jakby była z porcelany. Klara uśmiechnęła się do chłopaka, próbując ukryć rumieniec jaki wypłynął na jej policzki. – Chodzisz tu do szkoły? – zapytała, wskazując budynek szkolny.
- Ja… - zaczął.
- W porządku. Jak będziesz chciał to sam mi powiesz. Przecież nie muszę wiedzieć o tobie wszystkiego na naszym pierwszym spotkaniu – przerwała mu. Rafał odetchnął z ulgą. Jeszcze trochę, a miałby poważne problemy. Nie tylko z wyjaśnieniem dziewczynie kim jest, ale również u swojego ojca, który obserwował to wszystko z góry.
***
- Obawiałem się, że do tego dojdzie, ale ty ojcze nie chciałeś mnie słuchać. – Wysoki i umięśniony młodzieniec stał przy czarze i spoglądał na poczynania Rafała na ziemi. Wykrzywiał przy tym minę, jakby zobaczył coś ohydnego i niegodnego wzorku jego ojca.
- Czy tymi słowami wyrażasz swą nienawiść do swego brata, czy jest to okazanie żalu wobec mej osoby, iż nie ciebie wysłałem do Klary? – zapytał ze spokojem w głosie mężczyzna. Jego syn rozpostarł swe skrzydła w całej swej okazałości. Były szerokie na dwa metry, a z ich końców kapały krople wody, które po zetknięciu z ziemią pozostawiały smużkę syczącego dymu.
- Nie okazuję ani nienawiści do brata, ani żalu do ciebie, jednakże mam nieodparte wrażenie, że Rafał postępuje źle, oraz nie wykonuje swego zadania godnie. Pozwól mi zająć jego miejsce, a ujrzysz postępy i rozkwit duszy tej dziewczyny wielbiącej ciebie ponad miarę.
-Gabrielu, powiadam ci zaprawdę, daj szansę swemu bratu. Jesteście różni, ale oboje mi oddani i widzę to zarówno w twoich jak i jego oczach. Nie pozwól, by pycha zajęła twe serce i sczerniała je na wieczność, albowiem nie pragnę dla żadnego z was piekła i odmętów diabelnych. Poczekajmy, aż sytuacja, która miała miejsce w szkole się rozwinie, a gdy zajdzie taka potrzeba, powiadam ci synu, iż powierzę ci tak wielką misję, że sam Michał byłby oddał Lucyferowi duszę, by dostąpić tego zaszczytu. – Oczy Gabriela roziskrzyły się z podekscytowania. Spojrzał ów ponownie w czarę, gdzie jego brat stał nad łóżkiem Klary, niewidziany dla wszystkich śmiertelników i nie spuszczał z niej oczu, by czuwać nad jej ciałem i duszą.
***
Mijały miesiące. Klara spotykała Rafała, jednak nadal był on tajemniczym chłopakiem. Każde ich spotkanie było niespodziewane i pełne wrażeń. Oboje czuli się w swoim towarzystwie doskonale, jednak to zaczynało nie wystarczać dziewczynie. Pragnęła poznać go jeszcze bardziej, chciała znać odpowiedź na pytania, które Rafał często omijał szerokim łukiem, jednak nie miała nigdy sposobności by przyprzeć go do muru. Za każdym razem kiedy już chciała zadać mu nurtujące ją pytania, on znikał. To też ją ciekawiło. Zaledwie kilka sekund temu stał przed nią, był zaledwie kilkanaście centymetrów od jej głowy, a kiedy tylko się odwróciła i ponownie chciała na niego spojrzeć – jego już nie było. Klęła wtedy na niego, wyzywając od gamoni i durniów, by za chwilę pogrążyć się w rozmyślaniach gdzie jest jej Rafał. Nie myślała już o nim jak o koledze. Przywłaszczyła go sobie jak przedmiot i nie zniosłaby, gdyby dowiedziała się, że ma inną. Sęk w tym, że on nie był żadną zainteresowany. Dla niego liczyła się tylko ona – z nakazu ojca jak i z własnego przywiązania, nie wyobrażał sobie by mógł ją opuścić i to ich zgubiło.

- Gdzie mieszkasz? – spytała. Oboje leżeli na łące usianej mleczami i wpatrywali się w błękitne niebo. Rafał trzymał w dłoni jeden z żółtych kwiatków i rwał płatek po płatku, oglądając jak roślina na jego oczach maleje, aż w końcu pozostaje jedynie łodyżka, która ubrudziła mu dłonie.

„Ona jest jak ten kwiat. Piękna z zewnątrz, a gdy poznasz jej głębie, zauważysz jak brudna potrafi być i jak szybko sprawi, że i ty staniesz się brudny”. Słyszał w swojej głowie szept swojego brata Gabriela, z którym rozmawiał telepatycznie zeszłej nocy.
- Nic o niej nie wiesz.
- Nie wiem? To człowiek! Istota śmiertelna. Kiedy skończy się jej żywot zostaniesz wezwany do ojca, ona zaś będzie po drugiej stronie barykady. Sądzona jak pozostały motłoch, a ty będziesz się temu przyglądał i nie nic na to nie poradzisz. Przyznaj się. Zakochałeś się w niej? – Milczenie Rafała brat uznał za potwierdzenie. – Tak myślałem. Czynisz hańbę swemu ojcu i rodzeństwu, ale dobrze… rób co chcesz. Z ojcem spotkasz się prędzej czy później. – To były ostatnie słowa Gabriela. Chwilę później Klara przebudziła się w swoim łóżku i zaczęła przygotowywać się do szkoły. Zajęcia dłużyły jej się niemiłosiernie. Chciała być już po za budynkiem szkolnym i gdy tylko przekroczyła bramkę oddzielającą ją od reszty miasteczka, ujrzała Rafała. Stał naprzeciw niej, wpatrując się w nią swoimi fiołkowymi oczami.
- Mieliśmy się dziś spotkać? – spytała kiedy tylko doszła do chłopaka, uśmiechnięta od ucha do ucha. Chłopak odwzajemnił jej uśmiech. Czuł jej radość i zarazem ciekawość.
- Pomyślałem, że zabiorę cię na spacer – odpowiedział, po czym razem z dziewczyną opuścił teren szkoły.

- Słyszysz mnie? – Klara wyciągnęła Rafała z zamyślenia. Trzymał w dłoni zgniecioną łodyżkę mleczu i wpatrywał się tępo w niebo, jakby tam szukał odpowiedzi. Dziewczyna przekręciła się w jego stronę tak, że jej głowa znajdowała się tylko kilka centymetrów od głowy chłopaka.
- Przepraszam, zamyśliłem się – odpowiedział.
- O czym myślałeś? – Rafał spojrzał w radosne oczy Klary. Jak długo miał jeszcze ciągnąć całą tę grę? Był postawiony między młotem, a kowadłem i nie wiedział, co bardziej go zaboli – gniew ojca czy nienawiść dziewczyny.
- Muszę ci się do czegoś przyznać – rzekł w końcu. Klara patrzyła na niego, tak jak zawsze kiedy chciał coś powiedzieć. Rafał zrozumiał, że może kontynuować. – Muszę ci powiedzieć coś po czym do końca życia nie będziesz chciała mnie widzieć. – Klara zrobiła zdziwioną minę i zaczęła się śmiać.
- Nie żartuj. Jak mogłabym nagle nie chcieć cię widzieć? Chyba nikogo nie zabiłeś? – zażartowała, jednak jemu nie było do śmiechu. Dziewczyna opanowała się i spojrzała na swojego towarzysza. – Co się stało? – spytała. Chłopak wziął głęboki wdech. To co właśnie chciał zrobić, będzie go z pewnością kosztować gniew ojca.
- Jestem twoim Aniołem Stróżem. Od szesnastu lat nie opuszczam cię ani na krok i znam wszystkie twoje myśli, pragnienia i obawy. – Klara chciała się odezwać jednak Rafał jej przeszkodził. – Pozwól mi dokończyć – powiedział. – Od pierwszej chwili kiedy zaczęłaś mnie wołać, strasznie cię polubiłem. To w ogóle nie miało sensu, czułem jakby moim ciałem targały jakieś silne emocje, ale nie potrafiłem ich określić. Potem zaczęłaś mnie sobie wyobrażać, zastanawiać się kim jestem i wtedy, w szkole, ten chłopak… ja…
- Chcesz mi powiedzieć, że jesteś takim prawdziwym aniołem? – spytała drżącym głosem. – Takim z nieba i… – Chłopak spojrzał na dziewczynę, którą kochał całą swoją duszą i sercem. – Nie mówisz poważnie… to znaczy… anioły nie istnieją… mają skrzydła i długie, blond włosy… - Klara wstała z trawy i spojrzała na Rafała. Jego oczy zmieniły barwę. Teraz były niemal czarne, a krył się w nich nieogarnięty smutek i rozpacz. „ To już się dzieje… ona się boi… czuję to” - myślał. – To nie możliwe – powiedziała w końcu. Rafał również wstał jednak trzymał się w bezpiecznej odległości od dziewczyny.
- W takim razie jak wyjaśnisz to, że mając siedem lat miałaś psa o imieniu Atom i potajemnie wpuszczałaś go do zagrody z kurami? Jak wyjaśnisz, że wiem gdzie trzymasz swój pamiętnik?
- Pewnie ci to powiedziałam – zaczęła. Rafał po raz pierwszy wybuchnął paranoicznym śmiechem.
- Powiedziałaś?  O tym, że chciałaś się przespać z pierwszym lepszym, bo twoje koleżanki już dawno straciły swoją cnotę też mi powiedziałaś? – Rafał poczuł silny ból na lewym policzku. Klara uderzyła go z całej siły jaką dysponowała. Po jej twarzy powoli ciekły łzy.
- Ty dupku – powiedziała i bez słowa odwróciła się, chcąc jak najszybciej znaleźć się w domu. Rafał rozpłynął się i pojawił tuż przed nią, tak że ta krzyknęła przerażona. Właśnie zobaczyła jak chłopak, którego uważała za zwykłego człowieka skrywającego sekrety życia prywatnego, zmaterializował się tuż przed nią. Rafał czuł jej strach, jednak gdzieś między przerażeniem skrywała się jeszcze jedna emocja… gniew. Wypierał on jej lęki, próbując wydostać się na powierzchnie i uderzyć z całą swoją siłą. Nagle wszystkie pytania, które Klara chciała mu zadać, zaczynały nabierać sensu. Czytanie w myślach, niebotyczna wiedza, pojawianie się w każdej chwili kiedy o nim myślała… telepatia? Nie! On ciągle był obok. Cały czas znajdował się w zasięgu ręki, a ona o tym nie wiedziała. Poczuła się obnażona. Wszystkie jej myśli i sekrety znał ten jeden chłopak, którego polubiła… którego pokochała. – Zejdź mi z drogi – warknęła. Nie chciała na niego patrzeć ponieważ wiedziała, że jego wzrok ją rozczuli. Chłopak nie odsunął się.
- Pozwól, że…
- Do jasnej cholery, odwal się ode mnie człowieku! – krzyknęła, po czym zaczęła się śmiać. – Och! Przepraszam… zapomniałam, że ty nie jesteś człowiekiem, a niebiańskim wysłańcem. Pozdrów ojca. – rzekła. Rafał przymknął oczy. Nie przywykł do obraźliwych słów pod adresem swojego stwórcy, jednak nauczył się cierpliwości i pokory. Chwycił dziewczynę za ramiona. Pod jego dotykiem, Klara zadrżała, jednak w porę się opanowała i strzepnęła jego dłonie ze swoich barków.
- Powiedz, że naprawdę nie chcesz mnie znać. Zniosę wszystko. Powiedziałem ci prawdę, masz prawo być na mnie zła, ale nie udźwignę ciężaru kłamstwa.
- Nie chcę cię widzieć – powiedziała powoli i dobitnie. – Już nigdy więcej – Rafał ostatni raz spojrzał na swoją podopieczną, która świadomie bądź nie, zrywała z nim połączenie myślowe. Odsunął się od Klary, po czym rozpłynął w powietrzu, pozostawiając po sobie delikatną smużkę błękitnego dymu. Już jej nie czuł. Odgrodziła się od niego grubym murem tak, że żadna, nawet najmniejsza myśl i emocja nie przebijała się do jego umysłu. Jedyne co mógł zrobić to patrzyć na nią ze świadomością, iż zranił ją i w stracił jej zaufanie do końca życia…
***
Dni mijały, a Klara ciągle żywiła do Rafała niechęć i czuła się oszukana po ich ostatnim spotkaniu. Nie rozumiała jak chłopak mógł ukrywać przed nią swoje pochodzenie tak długo. Jak to możliwe, że rozmawiała ze swoim Aniołem Stróżem! Anioł Stróż… ciarki przeszły po ciele dziewczyny na samo wspomnienie o tym, że Rafał stoi tuż obok niej. Widzi ją, słyszy, wie o niej wszystko, nawet to czego nie wypowiedziała na głos i to co robiła zamknięta w swoich czterech ścianach pokoju.  Znał każdy jej sekret i skrzętnie ukrywane myśli. Teraz również był blisko, chociaż od wielu dni go nie widziała i od wielu dni nie uważała go za swojego Anioła, a za chłopaka, którego przypadkiem poznała w szkole. Modliła się rano i wieczór, jednak jej słowa nie były skierowane do niego, a do istoty, której najmniej spodziewał się Rafał i najmniej pragnął jej obecności – do Ariela.
***
Ojcze! Lucyfer  ingeruje w życie Klary! Widziałeś Ariela? – spytał przerażony Gabriel. Stwórca zamieszał łyżeczką dwa razy w białej jak śnieg filiżance i spojrzał w czarę, gdzie wysłannik Szatana rozmawiał z roześmianą dziewczyną.
- Na Ziemi musi być dobro i zło. Dobrze wiesz, mój synu, że zawarłem przymierze z Lucyferem, by ludzkość żyła w harmonii i równowadze.
- Mimo to jestem przeciwny, by Ariel kręcił się wokół tej dziewczyny. Pozostawiłeś ją pod opieką Rafała. Rafał zawiódł, a ty ojcze nic z tym nie robisz i jeszcze zezwalasz na obecność tego nikczemnika?
- Zamilcz, Gabrielu. Twój gniew nie jest dobrą emocją w miejscu, w którym się znajdujesz. Nie potrzebuję chaosu, do którego ty sam miałeś wkład, rozmawiając telepatycznie z Rafałem. – Chłopak chciał coś powiedzieć, jednak mężczyzna podniósł w górę rękę. – Jeśli myślałeś, że nie wiem o twych rozmowach z bratem to byłeś w błędzie. Wiem wszystko i zaprawdę powiadam ci, Klara jest bezpieczna.

Dziewczynie faktycznie nie groziło nic złego ze strony Ariela, jednak jako wysłannik Szatana, miał zadanie sprowadzać ją na złą drogę. Namawiał ją do wagarów, małych kradzieży i wyśmiewania się ze słabszych uczniów. Na początku robiła to, by zapomnieć o Rafale, później jednak z czystej przyjemności. Świetnie się przy tym bawiła, a mając Ariela jako swojego kompana i – jak myślała – lojalnego i szczerego przyjaciela, nie odczuwała wyrzutów sumienia, ani nie czuła, że robi źle. Stwórca jak i Szatan doskonale wiedzieli co dzieje się z ich dziećmi, które „przypisują” śmiertelnikom. Każdy uczynek wiązał się z cierpieniem – dobry uczynek z cierpieniem Ariela, zły – Rafała. Anioł Stróż był na tyle w złej sytuacji, ponieważ zdradził tajemnice stróżów, ujawniając się swojej podopiecznej i przyznając do swojego pochodzenia. Kara jaka jest w takim przypadku to niewidzialna bariera, która uniemożliwia zmaterializowanie się i wyczuwanie emocji śmiertelnika, jednak ból jaki mu zadaje po każdym złym uczynku nadal jest obecny, a ten z dnia na dzień był coraz silniejszy.

„Tęsknię za nim, ale nie potrafię mu wybaczyć za to, że mnie oszukiwał… Jaki miał w tym cel? Czy Rafał to naprawdę taki prawdziwy Anioł Stróż? Wydaje się to być wręcz nie możliwe. Jak można zobaczyć Anioła? Babcia wiele razy opowiadała mi, że cuda się zdarzają, ale żeby jeden  z nich zdarzył się właśnie mnie? Te fiołkowe oczy… kojący uśmiech i czupryna ciemnych włosów… nie! Muszę przestać o nim myśleć! Toć to Anioł Stróż, a nie zwykły chłopak! Za to Arek… przyjaźnimy się, ale czasami bywa dziwny… zbyt spontaniczny i nie dbający o konsekwencje, a jednak bardzo go lubię. Lubię, ale nie kocham… kocham Rafała, ale jego nie ma… Boże, jakie to pogmatwane!” – Klara przerwała pisanie w swoim pamiętniku i spojrzała przez okno na zachodzące powoli za horyzont słońce. Było ogromne i czerwone. „Będzie mocno wiać”, usłyszała w swojej głowie głos babci. Ponownie spojrzała na zapisane niedawno słowa. Sączyło się z nich złamane serce, niepewność, ale i chęć zemsty. „Jeśli Rafał jest Aniołem, to słyszy mnie i widzi. Niech pozna moje drugie oblicze.” – pomyślała.

Tego roku zima rozpoczęła się dosyć późno. W witrynach sklepowych ekspedientki odziewały manekiny w grube kożuchy i szaliki, a w radiu nieustannie puszczano „Last Christmas”. Zbliżało się Boże Narodzenie i siedemnaste urodziny Klary. Ostatnie dwa tygodnie przed świętami, dziewczyna miewała koszmary. Widziała w nich Rafała, który płonął, spadał z nieba i umierał, widziała jego twarz całą we krwi, a gdy zbliżał się do niej, zamieniał się w przystojnego Ariela, który szyderczo się śmiał. Nie raz budziła się z krzykiem, po czasie uświadamiając sobie gdzie się znajduje.
Dwa dni przed urodzinami wybrała się na spacer po okolicy razem z Arielem, który Klarze przedstawił się jako Arek. Miał to być zwykły spacer przyjaciół, jednak dziewczyna nie wiedziała, co ją czeka. Późnym wieczorem oboje zawędrowali do opuszczonej obory. Jej dach był miejscami zarwany, a na ścianach widniały dziesiątki podpisów i dawnych wyznań miłosnych.  Na samym jej końcu pozostało jeszcze kilka snopów siana, które dawni gospodarze schowali tu na zimę.
- Podpalimy je? – zapytał Ariel, świecąc na nie latarką. Dziewczyna rozejrzała się dookoła. Od dawna nikt tu nie zaglądał, jednak pamiętała czasy, kiedy jej babcia pracowała w tym miejscu, wracając wieczorami do domu. Mimo że była zmęczona zawsze miała czas porozmawiać z wnuczką.
- Nie… - zaczęła.
- No przestań! Będzie fajnie! – Ariel podbiegł do snopów. – Jak zrobi się gorąco, to obiecuję, że ugasimy ogień – powiedział, kiedy Klara do niego podeszła. Nadal miała niewyraźną minę, jednak po zapewnieniu chłopaka uśmiechnęła się i skinęła głową.
- No dobrze, ale uważaj – rzekła. Ariel wyjął z kieszeni kurtki zapalniczkę, po czym odpalił ją i przyłożył do siana, które momentalnie zajęło się ogniem. Oboje śmiali się i skakali przez mały płomień, który jednak z minuty na minutę robił się coraz większy.
- Musimy go zgasić – powiedziała Klara. Chłopak stanął obok niej i spojrzał na palącą się słomę.
- Przestań. Kto by się przejmował taką ruderą… jak puścimy ją z dymem, to chociaż upiększymy krajobraz. Ta szkarada nikomu nie jest potrzebna – odpowiedział. Dziewczyna spojrzała na niego przerażona. Stał obok niej i patrzył jak ogień zajmuje coraz większą część snopów. Zaczęła obsypywać go śniegiem, jednak małe kuleczki puchu były niczym. Ariel patrzył na jej zmagania. Zaczął się śmiać. Ten śmiech słyszała już wiele razy, jednak nie wiedziała gdzie. Przerażał ją.
 - Proszę cię, pomóż mi! – krzyknęła. Miała łzy w oczach. Mimo że obora była od wielu lat nieużytkowana, wiązały się z nią miliony wspomnień… wspomnień, których nie chciała stracić przez swoją głupotę.

W tym samym czasie Rafał raniony przez złe czyny dziewczyny, ledwo słaniał się na nogach. Jej sylwetka zamazywała mu się przed oczami, jednak poczuł czyjąś radość. Poczucie zwycięstwa tak silne jakiego jeszcze nigdy nie poczuł. Spojrzał na wysłannika szatana, który śmiał się i obserwował Klarę, próbującą ugasić ogień, który zbliżał się do niej, parzył ją i… jego. Coś się zmieniło. Usłyszał głos. Głos, za którym tęsknił miesiącami i który go wzywał. Wiedział, że barierę może zniszczyć tylko podopieczna, jednak stracił wszelką nadzieję, że Klara kiedykolwiek będzie chciała go jeszcze zobaczyć. Mimo to słyszał dokładnie głos, który wręcz boleśnie przenikał jego głowę i próbował go przywołać. Nagle poczuł ogromny strach i przerażenie. Przez chwilę myślał, że jego serce wyrwie mu się z klatki piersiowej, a ogień spali wszystko – razem z nim. Dopiero po chwili zrozumiał, że to uczucia Klary, których tak dawno nie wyczuwał. Resztką sił zmaterializował się obok dziewczyny, która zalana łzami otoczona była ogniem. Ariel stał po drugiej stronie i przyglądał się zmaganiom śmiertelniczki i Anioła. Klara spojrzała na Rafała. Jego twarz pokryta była krwawiącymi ranami, a oczy przybrały ciemny, wręcz czarny kolor. Dziewczyna poczuła jak coś chłodnego okrywa jej ramiona. Z pleców Rafała wyrosły potężne białe skrzydła, skrzące się milionem diamentów. Ich blask ją oślepiał, jednak nie chciała stracić go z oczu. Znalazła się pod osłoną przez którą ogień nie był w stanie się przedostać. Rafał chronił ją, biorąc na swoje barki całe zło, jakie było w pobliżu.
- Przepraszam – powiedziała. Po jej policzku spłynęła łza. Chciała dotknąć twarzy chłopaka, kiedy nagle bariera znikła, a Rafał został odepchnięty na bok. Ariel wpadł między płomienie i uderzył chroniącego dziewczynę Anioła. Chłopak, którego Klara uważała za Arka, zaczął przybierać inną postać. Z jego czoła wyrosły malutkie, prawie niewidoczne rogi, a na plechach pojawiły się ogromne skrzydła. Sam ich kształt przerażał. Czarne, ociekające smołą pióra, ze szpiczastymi końcami niczym nie przypominały delikatnych skrzydeł Rafała. Były poszarpane i emanowało od nich gorąco, które parzyło skórę.
Ariel uśmiechnął się do dziewczyny, po czym podszedł do wspierającego się o betonową kolumnę Rafała. Chłopak był wycieńczony. Złe czyny jakie przez cały czas  aktywności bariery, czyniła Klara – mimo że były małymi występkami, raniły mocno i pozbawiały go sił witalnych.
- Rafał, Rafał, Rafał – zacmokał Ariel. – Kopę lat bracie. Jak tam ojciec? – Nie pozwolił nawet odpowiedzieć Aniołowi na to retoryczne pytanie, kiedy zadał mu cios w brzuch.
- Nie! – krzyknęła Klara, widząc co się dzieje. Chciała przedostać się do Aniołów, jednak otoczona była przez ogień, który uniemożliwiał jej ruch w jakąkolwiek stronę. Wysłannik szatana spojrzał na nią z politowaniem. – Czyżby twoja podopieczna zaczęła się martwić o swojego Anioła? Czy może martwi się o to, że za chwile w ogóle nie będzie miała duchowej ochrony? – Rafał nie był  w stanie nawet podnieść głowy, by spojrzeć na swojego wroga. Ariel chwycił go za koszulę i jednym płynnym ruchem uciął spory kawał jego srebrzystych skrzydeł. Po oborze popłynął przerażający krzyk. Ból zniszczonych skrzydeł był nie do wytrzymania. Palił Rafała od środka niczym kwas, zaś Ariel napawał się tym bólem. Klara straciła resztki nadziei. Ogień zaczynał sięgać jej butów. Czuła, że to ostatnie minuty jej życia.
Nagle przypomniała sobie dawne słowa, o których zapomniała i nie używała długi czas. Tylko to jej zostało… a słowa babci dźwięczały w jej głowie…
„Aniele boży, stróżu mój. Ty zawsze przy mnie stój. Rano, wieczór, we dnie, w nocy, bądź mi zawsze ku pomocy. Strzeż duszy ciała mego i zaprowadź do żywota wiecznego. Aniele boży… aniele boży… aniele… aniel….” Dziewczyna straciła przytomność, a ostatnie co ujrzała to czarne skrzydła, które pochłaniał jasny blask…
***
Niebo usiane było milionem gwiazd. Klarę wszystko bolało. Nie otwierała oczu. Jej kurtka była mokra, a na policzku czuła zaschniętą łzę. Chłód przenikał ją do szpiku kości. Dopiero po chwili uświadomiła sobie czego była świadkiem. Z trudem podniosła się i rozejrzała po okolicy. Po Aniołach nie było śladu. Dziewczyna wolnym krokiem ruszyła w stronę obory. Ostrożnie otworzyła drewniane, masywne wrota i zajrzała do środka. Ogień został ugaszony, a po sianie pozostał jedynie popiół. Zrobiła krok w przód, gdy nagle usłyszała huk. Nad jej głową zaczął walić się sufit. Zdążyła jedynie spojrzeć w górę i krzyknąć z przerażenia, gdy ktoś z ogromna siłą rzucił się na nią i w ostatniej chwili uchronił przed zawalającym się dachem.
Chciała zasnąć, odpocząć, ale coś podpowiadało jej, że to jeszcze nie czas na relaks. Z wysiłkiem otworzyła oczy i ujrzała Rafała, który mocno, aczkolwiek delikatnie trzymał ją w objęciach. Jego twarz umazana była we krwi, tak samo jak koszula, która wyglądała bardziej jak skrawek szmaty okrywający jego ciało.
- Rafał… - zaczęła. Chłopak bez słowa puścił ją i położył się na śniegu tuż przy niej. Miał zamknięte oczy, z których wypływały łzy. Klara nie wiedziała co zrobić. Chciała go przytulić, ale bała się, że ją odepchnie, lub zrani go swoim dotykiem. Z drugiej strony nie mogła pozwolić mu leżeć na śniegu i się wykrwawić. Drżącymi rękoma zaczęła przeszukiwać kieszenie. W jednej z nich znalazła wilgotną chusteczkę. Ostrożnie przyłożyła ją do ran na twarzy chłopaka. Rafał zasyczał tak, że w pierwszej chwili dziewczyna się przestraszyła. – Prze… przepraszam… ja chcę tylko pomóc… ty kr.. krwawisz… - powiedziała załamanym głosem. Anioł spojrzał na Klarę. Jego oczy powoli przybierały fiołkową barwę – taką, jaką zapamiętała. Delikatny uśmiech rozświetlił jego twarz.
- Dla mnie już nie ma pomocy – powiedział. Dziewczyna otarła łzę i wzięła głęboki oddech.
- Pomogę ci… czy możesz się… rozpłynąć? Zaprowadzę cię do mojego domu. - Rafał powoli stapiał się z otoczeniem, aż w końcu nie było go widać. Uchwycił się ramienia dziewczyny i powoli ruszył z nią w drogę.
- Twoi rodzice nie będą zdziwieni twoim wyglądem? – spytał ochrypłym głosem. Jej spodnie miały czarne plamy, a kurtka w kilku miejscach była podarta.
- Kurcze, nie pomyślałam o tym – odpowiedziała.
- Zaraz to naprawię – rzekł. Chwilę później na oczach Klary, ciuchy zaczęły wracać do stanu sprzed całej tej nieszczęsnej historii. – Niestety skaleczeń nie jestem w stanie się pozbyć. Mogę je jedynie ukryć.
- Oszczędzaj siły. Za chwilę będziemy na miejscu – przerwała mu dziewczyna. Po drodze nie spotkali nikogo, kto mógłby ich zatrzymać. Kiedy stanęli przed domem, z nieba zaczął padać lekki śnieg, a powietrze robiło się coraz chłodniejsze. Klara po cichu otworzyła drzwi i wprowadziła Anioła do środka. Domownicy już spali, co tylko ułatwiło im przedostanie się do jej pokoju. Kiedy zamknęła za sobą drzwi swojej sypialni Rafał natychmiast się zmaterializował. Nie wyglądał dobrze. Ze świeżych ran ciekła krew, jednak nie to było największym problemem. Ostrożnie rozpostarł skrzydła, które nie wyglądały już tak pięknie jak poprzednio. Poszarpane i ucięte przez Ariela przybierały kolor zgnitej zieleni. Klara zbliżyła się do chłopaka i ostrożnie musnęła ręką jego skrzydła. Były delikatne i gładkie w dotyku.
- C… co pomaga aniołom wyleczyć rany? – zapytała. Rafał uśmiechnął się, chociaż przychodziło mu to z trudem.
- Nawet nie myśl o wodzie utlenionej bo to żadna pomoc. Tylko szczypie i nic więcej. – Klara rozejrzała się po pokoju. Po chwili do głowy przyszedł jej pewien pomysł.
- Nie ruszaj się. Zaraz wrócę. – Wyszła z pokoju, by za chwilę wrócić z małym słoiczkiem, w którym była bezbarwna ciecz. Rafał patrzył na przedmiot nic nie rozumiejąc, zaś Klara wyciągnęła chusteczkę i zamoczyła ją w substancji. – Nie mam zielonego pojęcia czy to zadziała, ale jak nie, to nie wiem co.
- Mógłbym się chociaż dowiedzieć czym masz zamiar mnie okładać? – zapytał.
- Woda święcona – odpowiedziała i przyłożyła chusteczkę do twarzy chłopaka. Zmywała z niej ślady krwi i ostrożnie zajmowała się ranami, które… powoli zaczynały znikać. - Twoje rany… one… znikają… - powiedziała ucieszona. Dokładnie zajęła się każdym nawet najmniejszym skaleczeniem, które po kilku sekundach znikało nie pozostawiając po sobie ani śladu. Ostrożnie rozerwała chłopakowi koszulę i wrzuciła ją do kosza na śmieci. Jego klatka piersiowa lekko falowała przy każdym oddechu, a z ran sączyła się krew. Dziewczyna powoli obmyła każde zranienie i z wyrazem ulgi na twarzy obserwowała jak nawet najgłębsze rany znikają. W końcu pozostały jedynie skrzydła. Miejsce, w którym Ariel je uciął robiło się czarne, a pióra były kruche i łamliwe przy nawet najmniejszym dotyku, jednak po delikatnym obłożeniu ich wodą święconą, zaczynały się goić i wracać do pierwotnej postaci. Rafał ostrożnie położył się na jej łóżku. Jego oddech stabilizował się i uspokajał.
- Jestem taki zmęczony – powiedział, zamykając oczy. Powieki wydawały mu się być cięższe niż kilku tonowy głaz.
- Śpij. Ja zajmę się skrzydłami – odpowiedziała Klara.
- Jestem twoim Aniołem. Nie mogę spać. – Chciał wstać, jednak dziewczyna delikatnie, aczkolwiek stanowczo popchnęła go na łóżko.
- Śpij. Będę tu cały czas – powiedziała i ponownie zajęła się opatrywaniem skrzydeł. Chłopak jeszcze przez chwilę próbował rozmawiać z Klarą, jednak zmęczenie go pokonało. Leżał na łóżku, oddychając miarowo, pogrążony w głębokim śnie, którego zapewne nie zaznał od kilkunastu lat. Jego podopieczna w tym czasie pochłonięta była opatrywaniem ran, które jak na zawołanie znikały nie pozostawiając po sobie ani śladu.

Kolejny dzień nastał niespodziewanie szybko. Klara przebudziła się kiedy tylko promienie słońca rozświetliły jej pokój. Ociężale podniosła się z łóżka i rozejrzała dookoła. Na dywanie leżał opróżniony słoiczek po wodzie święconej, a chusteczki walały się po całym pokoju. Dopiero wtedy przypomniała sobie co zaszło ostatniej nocy. Poderwała się z łóżka i rozejrzała przestraszona po pomieszczeniu.
- Raf…
- Tu jestem – odezwał się głos, chociaż nikogo nie zauważyła w pokoju. Nagle tuż obok niej zmaterializował się chłopak. Wyglądał tak, jak go zapamiętała – przystojny o fiołkowych oczach uśmiechających się do niej i czuprynie ciemnych włosów, przyglądał się jej z zaciekawieniem. Klara stała naprzeciwko i patrzyła w milczeniu na chłopaka, jednak chwilę później rzuciła mu się w ramiona.
- Nigdy więcej nie znikaj – powiedziała. Rafał roześmiał się i przytulił ją do siebie.
- Ostatnio strasznie często zmieniasz zdanie wiesz? Jeszcze kilka godzin temu miałem się, jak to powiedziałaś? „Rozpłynąć”. – Zażartował, po czym oboje zaczęli się śmiać. Klara odsunęła się od Anioła i usiadła na łóżku.
- Chyba musimy pogadać – rzekła. Rafał usiadł tuż obok niej.
- Na to wygląda – odpowiedział.

Oboje spędzili długie godziny na rozmowie. Klara zadawała Aniołowi mnóstwo pytań, zaś ten starał się na nie odpowiedzieć. Opowiedział jej, jak został wysłany na służbę do niej, jak wygląda niebo i jakimi zasadami się rządzi. Wiedział, że ma spore kłopoty wyjawiając to wszystko śmiertelniczce, jednak nie dbał o to. Nie chciał mieć przed Klarą już więcej tajemnic i uciekać za każdym razem gdy spyta się o jego pochodzenie. Dziewczyna zaś chłonęła jego słowa niczym gąbka wodę. Czuła się trochę tak jakby ktoś przeniósł ją na karty fantastycznej powieści – oto ona – zwykła dziewczyna, poznaje osobę zza światów i ma okazję poznać tamtejszy świat, a na dodatek szalenie kocha przybysza. Rafał opowiedział jej o innych aniołach o cechach, które je różnią i łączą, napomknął o demonach, szatanie i aniołach, które pracują u niego na służbie w tym o Arielu.
- Kiedy tylko go zobaczyłem, wiedziałem, że to on. Chciałem cię ostrzec, uchronić jakoś przed nim, ale za wyjawienie tajemnicy strażników, ojciec nałożył na mnie barierę. Nie mogłem się zmaterializować, przesłać ci wiadomości telepatycznie, nie czułem nawet twoich uczuć, co prawdę powiedziawszy strasznie mnie irytowało. Potem zaczęłaś się buntować… wszelkie kradzieże, wyzwiska czy brak szacunku dla mojego ojca owocowały tym, co wczoraj uleczyłaś wodą święconą. – Klara spojrzała przerażona na chłopaka. Nie miała pojęcia, że jej czyny doprowadziły do ran na jego ciele. Chwyciła go za rękę i ścisnęła mocno.
- Przepraszam… ja..
- Byłaś pod wpływem Ariela. Nie mogłaś nic zrobić, póki on był blisko – przerwał jej. – Na szczęście to się już więcej nie powtórzy. Chyba, że znów powiesz, że mam się wynosić. – Dziewczyna pochyliła się nad Rafałem i pocałowała go w czoło. Po raz pierwszy doznał podobnego uczucia. Czuł się wypełniony ciepłem, miłością i zrozumieniem jakie dotychczas okazywał mu tylko Stwórca, jednak to trochę się różniło. Było bardziej pociągające i nie tolerowało sprzeciwu.
- Wybacz, ale twój urlop wypoczynkowy właśnie dobiegł końca – powiedziała. Rafał nie wiedział co go do tego skłoniło. Powoli pochylił się nad Klarą. Dał jej czas do protestu, jednak ona nie miała zamiaru go zatrzymywać. Ich czoła stykały się ze sobą, po czym Anioł dotknął swoimi ustami ust dziewczyny. Między dwojgiem powstała menażeria emocji, od zdziwienia i ogromnej radości Klary, po ciekawość i miłość Rafała. Oboje upadli na łóżko dziewczyny. Wtuleni w siebie obsypywali się pocałunkami, które jeszcze przez długi czas nie miały końca.
***
- AAA!!! Ojcze!!! – zawył Gabriel. Po chwili Stwórca spokojnym krokiem podszedł do swojego syna z zaciekawioną miną.
- Co tym razem Rafał zrobił złego? Mniemam, że to o niego chodzi, jeśli wydzierasz się tak głośno, że w Czyśćcu Strażnicy pomylili się w liczeniu dusz poległych w Iraku. Przez ciebie wszystko muszą zaczynać od nowa.
- Ojcze spójrz co on wyprawia! Gdyby zmarli widzieli co czyni, ich zgnite szczątki przewracałyby się w grobie! – Stwórca podszedł do czary, gdzie ujrzał Rafała i Klarę. Oboje wyglądali jakby stanowili jedność i żadna siła nie miała ich rozdzielić. Bóg poklepał po ramieniu Gabriela.
- Już myślałem, że ta chwila nigdy nie nastąpi. – Gabriel spojrzał zdziwiony na ojca. Chciał coś powiedzieć, ale ze zdumienia rozdziawił tylko usta. Stwórca zaś odszedł od czary i ruszył ku postumentowi, na którym stał globus ziemski, a dookoła niego krążyły miliony malutkich gwiazd, słońce, księżyc i inne planety. Jednym ruchem ręki zmienił pozycję wszystkich tych ciał niebieskich o kilka milimetrów, tak, że słońce oświetlało teraz część globu, która jeszcze chwilę temu była w mroku. – Kiedy zapadnie zmrok potowarzyszysz mi w podróży na Ziemię. – Gabriel jeszcze bardziej oniemiał słysząc te słowa. Usiadł na schodku prowadzącym do podestu, na którym stał Stwórca.
- N… na Ziemię? Ale w jakim celu ojcze, chcesz zstępować na ludzki padoł? I w czym mam ci tam pomóc? Muszę się przygotować, przeczytać kilka ksiąg, sprawdzić czy…
- Uspokój się Gabrielu. Nie wysyłam cię na wojnę, a zwykły spacer po Ziemi. Czy odmówisz ojcu tej przyjemności? Po za tym będzie z nami Lucyfer i Ariel – rzekł.
- Jeszcze tych bandziorów brakowało – mruknął pod nosem.
- Co mówiłeś, synu?
- Z miłą chęcią odbędę z tobą tę… ciekawą podróż – rzekł. Bóg uśmiechnął się do niego serdecznie.
- To dobrze. Bądź o godzinie Czuwania Bożego przy bramie. Ruszamy punktualnie – powiedział i ulotnił się zostawiając Gabriela samego.
***
Klara sobotę spędziła tak, jak zwykle. Zjadła śniadanie, posprzątała pokój i poszła odwiedzić swoją babcię. Kobieta akurat smażyła naleśniki. Powoli przewracała ciasto na patelni i dolewała odrobinę oleju, słuchając wnuczki. Dziewczyna wiedziała, że kto jak kto, ale babcia wierzy w anioły i ich istnienie dlatego pragnęła poznać jej zdanie na ten temat. Staruszka położyła przed nią talerzyk z ciepłym naleśnikiem z twarogiem.
- Trzeba wierzyć, Klaro. W Anioły, Szatana i Boga. We wszystko co jest zapisane w Biblii. Na tym polega właśnie nasza religia – na wierze, nawet jeśli nigdy nie spotkałaś Boga. Ja wierzę – rzekła kobieta, nakładając rozrobiony z cukrem i śmietaną twaróg na ciasto naleśnikowe. Dziewczyna pochłonęła w zastraszającym tempie trzy naleśniki. Podziękowała za gościnę i zapewniając swoją babcię, że ona również wierzy, wyszła z domu. Szła przez miasteczko w stronę jeziora pokrytego lodem. Na jego gładkiej tafli dzieci jeździły na łyżwach pod opieką rodziców, nieświadome, że każde z nich ma swojego Anioła. Klara była tego świadoma i odliczała sekundy, aż Rafał się zmaterializuje. Stanęła w miejscu, z którego nie było jej widać i czekała aż chłopak się ukaże. Kiedy tylko się pojawił, ucałował dziewczynę i razem z nią wszedł na zamarznięte jezioro. Oboje wtuleni w siebie patrzyli na roześmiane dzieci.
- Widzisz ich Stróżów? – zapytała Klara.
- Nie. Gdybym miał widzieć każdego Stróża, byłoby nam tu dosyć ciasno. Każde stworzenie, ma duchową ochronę. Komar, pies, a nawet bakteria. – Dziewczyna wzdrygnęła się na myśl, że ogromny włochaty pająk może mieć Stróża podobnego do siebie. Byłby to dla niej podwójny powód do nieokiełznanego krzyku na sam ich widok. Rafał wyczytał o czym myślała Klara i roześmiał się ciepło. – Nie martw się. Raczej nie będziesz miała okazji zobaczyć Stróża wielkiego ogromnego pająka.
- Skąd ty…
- Jestem Aniołem. Zapomniałaś?
- A Ariel? – zapytała. – Kim jest Ariel? I gdzie się teraz podziewa?
- Ariel należy do Lucyfera. Widocznie Szatan odesłał go do siebie, albo ojciec go przywołał. Nie wiem. Trochę mnie martwi jego nieobecność.
- Czemu?
- Bo jeśli zniknął Ariel, to czemu ja nadal jestem przy tobie? Złamałem sto razy więcej zasad niż on, a to jego nie ma. Coś mi tu nie pasuje – rzekł. Dziewczyna nic nie powiedziała. Oparła głowę o ramię Rafała i patrzyła na dzieci, które nigdy nie przeżyły i pewnie nie przeżyją tego co ona. Przynajmniej nie połączy ich zakazana miłość, która w każdej chwili mogła rozpaść się w drobny mak…
***
Późnym wieczorem Gabriel stanął przy bramie, której strzegło dwóch zbrojnych mężczyzn. Chwilę po jego przybyciu zjawił się Lucyfer z Arielem.
- Czemu zawsze musimy spotykać się pod waszą bramą? – Wysłannik Szatana nawet się nie przywitał tylko od razu zaczął marudzić. Gabriel przeczesał ręką swoje blond włosy i poprawił nieskazitelnie białą szatę, którą przywdział specjalnie na tę okazję.
- Przechodząc przez wasze wrota, wylądowalibyśmy w jakiejś spelunie, albo w samym środku wojny. Zapewne nasz ojciec chciał oszczędzić nam takich widoków.
- Twój ojciec. Moim od dawna już nie jest. On go zastąpił. – Wskazał ręką na Szatana, który uśmiechnął się złowieszczo, odsłaniając swoje czarne i ostre zęby.
- Gdzie zatem nasz Świątobliwy? Zaczyna mnie boleć głowa od tej dobroci i czystości, jaką tu wszyscy emanujecie. Niech się „Naj” zjawia, inaczej wracamy do siebie.
- Skąd ten pośpiech Lucyferze? Czyżby nie podobał ci się dom, w którym niegdyś sam mieszkałeś? – Stwórca podszedł do trójki wyczekujących go osób. Gabriel skłonił się służalczo przed Bogiem, na co Szatan prychnął wzgardliwie. Stwórca jakby tego nie zauważył. – Chodźmy. Czeka nas ciężka noc – powiedział, po czym wszyscy przekroczyli bramę.
***
Noc była bezchmurna, ukazując miliony gwiazd. Z północy wiał mroźny wiatr, rozwiewając włosy Klary, która razem z Rafałem stała na jednym z miejskich wzniesień, skąd widać było całe miasto. Widok zapierał dech w piersi. Rozświetlone miasteczko pokryte było grubą warstwą śniegu niczym opuszczona zimowa kraina. W niektórych mieszkaniach widać już było kolorowe światełka zawieszone na choinkach, a całości dodawał uroku biały śnieg powoli spadający z nieba na ziemię.
- Też umiem być aniołem. Spójrz – powiedziała Klara i położyła się na śniegu. Rafał obserwował co robi dziewczyna, ta zaś machała nogami i rękami, po czym wstała uśmiechnięta od ucha do ucha. – Widzisz? Tu masz skrzydła, a tu…
- Sukienkę? – zażartował. Otworzył swoje ogromne skrzydła i położył się na śniegu tuż obok śladu jaki zrobiła jego podopieczna. Jego skrzydła odbiły się w białym puchu. Były sporych rozmiarów, jednak nie dorównywały tym prawdziwym.
- A oto co robi Anioł Stróż podczas swojej służby. Bawi się w… Anioła? – Tuż obok Klary zmaterializował się Ariel rozradowany od ucha do ucha. Dziewczyna kiedy tylko go ujrzała, wydała z siebie pisk i schowała się za Rafałem. – Głupia dziewczyno, nic ci nie zrobię. Z resztą nie przyszedłem tu sam. – Obok chłopaka pojawił się Gabriel, Stwórca i Lucyfer. Rafał na ich widok przyklęknął, nie ważąc się podnieść wzroku.
- Wstań, synu – powiedział Stwórca. Anioł posłusznie podniósł się i spojrzał na przybyłych. – Chyba nie muszę ci wyjaśniać dlaczego się tutaj zebraliśmy? – zapytał.
- Domyślam się powodu tej wizyty, ojcze.
- Pozwól zatem, że przejdziemy do likwidacji…
- Likwidacji? – Wszyscy spojrzeli na Klarę, która stała na uboczu, a teraz wyszła na przód. – Jakie likwidacji?!
- Uklęknij przed swym stwórcom, niewdzięczna istoto – warknął Garbiel.
- Miałeś mi towarzyszyć, a nie straszyć tę biedną niewiastę Gabrielu. Jej lęk i rozpacz wyczuwam na odległość. – Zwrócił się do swojego syna, po czym podszedł do dziewczyny. Klara patrzyła jak Stwórca do niej podchodzi. Ostrożnie cofnęła się do Rafała, jednak nie stanęła za nim. Własnym ciałem zakrywała jego klatkę piersiową. – Pozwól Klaro, że wyjaśnię ci w jakiej sytuacji znalazł się Rafał. Mój syn złamał tajemnice strażników, wyjawił sekrety nieba i piekła oraz ujawniając się rozpoczął ingerencję w twoje życie osobiste. Prawo zmusza mnie do dokonania likwidacji na Rafale, co za tym idzie, pozbawię go dalszych przywilejów bycia twym Aniołem Stróżem, zostanie również skazany na utracenie duszy, której skutkiem będzie nieodwracalne… pozbycie się go ze świata ludzkiego i  duchowego. Mówiąc prościej, moja droga Klaro, syn mój przestanie istnieć. – Dziewczyna popchnęła Rafała do tyłu, osłaniając go swoim ciałem.
- Po moim trupie. – Gabriel syknął jakby coś go oparzyło, zaś Lucyfer z Arielem wyszczerzyli zęby w zadowoleniu.
- Z wielką przyjemnością to uczynię, jeśli będziesz sprawiać kłopoty – powiedział Ariel.
- Podejdź tylko do mnie, a poznasz mnie od strony, której nie zdążyłeś poznać – zripostowała.
- Dosyć! – krzyknął Stwórca. – Powiedziałem ci Klaro, jak wygląda sytuacja i zdania swego nie zmienię. Skinieniem ręki sprawił, że dziewczyna zdrętwiała. Nie mogła się poruszyć, ani mówić. Jedyne co mogła to patrzyć, jak Stwórca przywołuje do siebie Rafała. – Czy przyznajesz się do winy?
- Tak – odpowiedział. Jego wzrok był niewzruszony. Patrzył na rozradowanego Ariela i nie poruszonego całą tą sytuacją Gabriela. Widział jak Lucyfer pociera ręce z uciechy i słyszał w swej głowie krzyk Klary.
- Dlaczego postanowiłeś zdradzić swego ojca oraz braci i siostry swe? – spytał Stwórca.
- Nie zdradziłem. Chciałem być szczery według Klary, którą kocham – odpowiedział.
- Jak możesz się tłumaczyć uczuciem do śmiertelniczki przed ojcem? Po za tym przekroczyłeś granicę czystości, zezwalając tej dziewczynie na cielesne spoufalanie się z tobą – zagrzmiał Garbiel, wytykając palec w stronę Rafała.
- Klara nauczyła mnie miłości i piękna ludzkiego życia. Jeśli uznasz ojcze, iż jestem winny, uczyń co powinieneś. – Anioł w ogóle nie zwrócił uwagi na słowa swojego brata.
- Uznaję, że winny jesteś, niezależnie od swoich pobudek i dobrych chęci. Tajemnice strażników są pilnie strzeżone, ty zaś pozwoliłeś, by przeniknęły na ludzki padoł. W swoim imieniu, jako Wszechmogącego oskarżam cię o zdradę i skazuję na likwidację. Czy zebrani tu ze mną świadkowie chcą tego samego?
- Byłby z ciebie dobry demon, ale jak widzisz Ariel świetnie się spisuje. Giń! Im was mniej tym lepiej – rzekł Lucyfer.
- Uwielbiam patrzeć jak ludzie cierpią. Niech się dziewczę trochę pomęczy, widząc jak zdychasz. Jestem za likwidacją – powiedział Ariel.
- Niech się wypełni wola twoja, ojcze –odezwał się Gabriel. Bóg spojrzał na Rafała. Uśmiechnął się do niego ciepło i czule, kładąc rękę na jego głowie.
- Żegnaj synu potępiony – powiedział. Z jego dłoni prysło czerwone światło, pod którego blaskiem Rafał upadł na ziemię, krzycząc przeraźliwie. Lucyfer wraz z Arielem odprawiali coś w rodzaju zwycięskiego tańca, zaś Gabriel stał niewzruszony obok Stwórcy. Klara dalej trzymana była w niewidzialnej klatce, a jej krzyk przebijał myśli Rafała. Jej serce pękało w pół z rozpaczy. Próbowała przerwać cierpienie chłopaka, stanąć w jego obronie. Zrozpaczoną nagle owładnął gniew. Z wysiłkiem i wszystkich sił jakie jej pozostały krzyknęła: „Żaden z ciebie Stwórca! Dajesz życie i każesz kochać, a sam zabijasz swego syna! Jeśli istnieje jakieś piekło dla Boga, smaż się w nim przez całą wieczność!” Lucyfer z Arielem stanęli zaskoczeni. Gabriel rozszerzył oczy w zdumieniu, zaś Stwórca przerwał likwidację Rafała i spojrzał na dziewczynę. Klara upadła na kolana, łapczywie łapiąc powietrze. Bariera przestała działać.
- Każesz nie zabijać, a… a s… sam odbierasz życie! Uczysz jak kochać, a nie pozwalasz mu kochać! Pragniesz d… dobra, a sprawiasz ból i cierpienie! Jak ludzie mają w ciebie wierzyć kiedy w najgorszej chwili ich życia, ty stoisz obok i nie reagujesz! – Stwórca miał poważny i zasępiony wyraz twarzy. Patrzył na Klarę, która wbiła w niego mściwy wzrok. Widział w jej oczach gniew, nienawiść i gasnącą wiarę we wszystko w co wierzyła przez całe swoje życie – w Boga miłosiernego, wybaczającego i kochającego wszystkich bez wyjątku.
- Jeśli chcesz zabić Rafała, zabij i mnie – powiedziała. Doczołgała się do leżącego na śniegu Anioła i położyła swoje kruche, ludzkie ciało na nim. – Uczyłeś kochać, więc patrz jak ginę z miłości. Mam nadzieję, że posiadasz sumienie i kiedyś przypomnisz sobie, że zabiłeś człowieka, bo twój syn złamał zasady. No proszę! Śmiało! Strzelaj swoimi piorunami, czy co tam masz w swoim arsenale!
- Ta dziewczyna jest chora psychicznie – mruknął Ariel. Lucyfer rozdziawił usta i przyglądał się to Stwórcy to Klarze.
- Czemu tak stoisz! Dokończ swojego majestatycznego dzieła! – Stwórca uklęknął przed dwójką leżących. Po jego twarzy poleciała łza, na widok której Gabriel stanął jak sparaliżowany, a Lucyfer oparł się o swojego sługę.
- Dziecko moje... jakże czysta i prawdziwa musi być twoja miłość do niego, jeśli godzisz się na śmierć. Jestem stwórcą miłosiernym i po stokroć błogosławię takich jak ty, jednak nie mogę postąpić inaczej. Rafał musi ponieść karę.
- Odbierz mu skrzydła – powiedziała. – Odbierz mu skrzydła, ale nie zabijaj. Są dwa dni przed narodzeniem pańskim, to czas radości i spełniających się marzeń… spełniających się cudów… jeśli Rafał się zgodzi, to proszę, zabierz mu wszystko tylko nie życie. – Stwórca otarł łzę z policzka Klary. Usiadł wygodnie na śniegu, jakby był to piknik.
- Gabrielu… odprowadź Lucyfera i Ariela do bram. Muszę porozmawiać z tą dzieciną. – Gabriel usłużnie chwycił Szatana i jego anioła, po czym rozpłynął się, pozostawiając za sobą złocisty pył. Bóg gestem dłoni uzdrowił Anioła i przywrócił siły dziewczynie, nakazując im usiąść naprzeciwko siebie.
- To co wam zaproponuję, wiązać się będzie z małymi poprawkami w rejestrze Strażników. – Klara skinęła głową na znak zrozumienia. Chwyciła Rafała za rękę jakby się bała, że za chwilę może go stracić. Na ich głowy padał śnieg, jednak to im nie przeszkadzało. – Rafale czy chcesz być z Klarą? Jak bardzo ją kochasz? – spytał Stwórca. Anioł spojrzał na dziewczynę.
- Kocham ja ponad wszystko co stworzone ojcze. Nie chcę żyć bez niej.
- Odebranie ci skrzydeł nic by nie zmieniło, jednak pomyślałem o innym rozwiązaniu.
- Jakim? – zaciekawił się Rafał.
- Sprawię, że będziesz zwykłym człowiekiem.
- To tak można? – Zdziwiła się dziewczyna. Stwórca uśmiechnął się do niej serdecznie.
- Jestem Wszechmogącym. Mogę wszystko. Zatem… Rafale uczynię cię zwykłym człowiekiem. Wszelkie tajne informacje o niebie i piekle zostaną wymazane z twojej pamięci, zaś Klara pozna cię jako zwykłego chłopaka. Sfera uczuciowa i wszystko co was spotkało, a nie miało związku z Królestwem Niebieskim pozostanie bez zmian. Będziesz miał ludzkich rodziców i życiorys. Czy godzisz się na to wyjście? – Rafał spojrzał na dziewczynę.
- Jeśli ona tego chce…
- Chcę – odpowiedziała bez zastanowienia.
- Dobrze zatem. Klaro moja droga. Widzę jednak, że coś cię trapi. Czy masz jeszcze jakieś życzenie? Dziś są twe urodziny, a jak sama powiedziałaś to czas cudów i marzeń. – Dziewczyna nieśmiało spojrzała na Stwórcę.
- Ja… chciałam przeprosić za te słowa…
- Nie przepraszaj. Były prawdziwe i ukazały mi jako Stwórcy, że źle postąpiłem. – Przerwał jej. Nie wiedziała czemu to zrobiła. Pochyliła się w stronę Boga i przytuliła mocno, na koniec wyciągając w jego stronę dłoń.
- Miło mi było poznać… chociaż pewnie za chwilę nie będę tego pamiętać – rzekła.
- Tak… nasze drogi się tu rozchodzą, jednak wierzę, że jeszcze się spotkamy. Rafale… pilnuj jej. Od dziś jesteś jej ziemskim aniołem. – Chłopak skinął głową i uśmiechnął się do Stwórcy.
- Żegnaj ojcze – powiedział. Bóg dotknął ich głów, po czym wypowiadając po cichu nieznane im słowa, zniknął…

Zostali sami. Z nieba prószył śnieg, a dookoła było ciemno.
- Późno już – rzekł Rafał i przytulił do siebie Klarę. – Masz ochotę na gorącą czekoladę o nieprzyzwoicie późnej porze?
- To ma być mój urodzinowy prezent czy tylko propozycja? – zażartowała dziewczyna. Chłopak roześmiał się ciepło.
- Na urodziny dostaniesz coś lepszego, ale uznaj to jako początek. Wszystkiego najlepszego kochanie – odpowiedział i ucałował Klarę w czoło, po czym oboje ruszyli w stronę domu. Stwórca przyglądał się jak odchodzą w ciemność. Czuł bijącą od nich miłość i radość. Westchnął głośno i uśmiechnął się sam do siebie, po czym wrócił do Niebios. W Królestwie czekali na niego Lucyfer, Ariel i Gabriel stojący przy czarze i nic z tego nie rozumiejący.
- Możesz nam łaskawie wyjaśnić czemu go puściłeś? – spytał Lucyfer. – Im starszy jesteś tym coraz głupszy. – Dodał. Stwórca roześmiał się głośno i szczerze.
- Drogi Lucyferze! Czymże byłby świat stworzony przeze mnie bez miłości? Nie dostrzegasz ich radości? Tego uczucia, którym się obdarowują?
- Czuje tak bardzo, aż mnie mdli jeśli o to ci chodzi – burknął pod nosem Szatan.
- Mój drogi. Połowę swojego życia spędziłbym na opłakiwaniu padołu ziemskiego, gdyby nie twoje pocieszne sugestie dotyczące wojen, śmierci i szerzącego się dzięki tobie zła. Czy nie miłujesz tych rzeczy równie bardzo jak ja cenię miłosierdzie i miłość? Pozwólmy mu żyć. Ta dziewczyna zrobiłaby wszystko, by go obronić. Zachowała się odważnie i uświadomiła mi, że miłość nie zna granic. Dlatego go puściłem. Ponieważ go kochałem, tak jak kocham was. Po za tym jestem Stwórcą. Mogę wszystko i nie będziecie mi mówić co mam robić.
- Psychol… - mruknął Lucyfer i wziął pod ramię Ariela.
- Mi również było miło cię ujrzeć Szatanie – odpowiedział dalej roześmiany Stwórca, odprowadzając wzrokiem Diabła i jego sługę, póki się nie ulotnili. Chwilę później spojrzał w czarę, gdzie Klara wraz z Rafałem popijali gorącą czekoladę i oglądali jeden z nowych filmów na komputerze. – Moje dzieci – powiedział. – Mam nadzieję, że nie zmarnujecie daru jaki wam dałem. – Odwrócił się w stronę Anioła i poklepał go po plecach. – Chodź, Garbielu. Czeka nas sporo pracy. Przez ten, jakże miłosny spektakl zapomniałem ze dwa razy o pełni księżyca, deszczu w lasach tropikalnych i nie obejrzałem z dwudziestu odcinków „ Dr House’a” Ach… jakież to seriale ci ludzie potrafią wymyślać – rzekł i razem z Gabrielem odszedł w biel ciągnącego się w nieskończoność Królestwa Niebieskiego.


Kinga Kosiek

Marzenie

Święta znowu zapowiadały się bez śniegu. Właściwie nie powinno to nikogo dziwić, od paru dobrych lat Boże Narodzenie w Polsce w niczym nie przypominało tego ze świątecznych reklam i pocztówek. Grudzień upodabniał się coraz bardziej do listopada i większe było prawdopodobieństwo, że śnieg spadnie na Wielkanoc niż że przyozdobi świat akurat przed Wigilią. A jednak Marzena, jak większość ludzi, czuła się nieprzyjemnie zaskoczona perspektywą świąt bez śniegu.
- W sumie nie ma czym – pomyślała z goryczą – święta bez śniegu to i tak mniejsza katastrofa niż święta bez męża. Westchnęła ciężko poprawiając ciężkie siaty z zakupami. Nagle poczuła się tak jakby te cholerne zakupy ciągnęły ją do ziemi, jakby to była jakaś obrzydliwa kula u nogi. Nienawidziła tego okresu przedświątecznej krzątaniny nawet gdy w jej życiu wszystko jeszcze się dobrze układało, ale w tej chwili ta nienawiść w niej po prostu kwitła a jej pędy podduszały ją od środka. Była spocona, czapka co chwilę spadała jej na oczy powodując nawrót irytacji, nie mogła jej jednak poprawić obarczona siatami, koszmar! Pędzący gdzieś przed siebie ludzie potrącali ją z godną podziwu częstotliwością, a na jej nerwowe fuknięcia reagowali nie przeprosinami a agresją.
- I to tyle w temacie przedświątecznej ogólnoludzkiej życzliwości – mruknęła Marzena półgłosem gdy kolejna osoba dźgnęła ją łokciem zaaferowana prowadzoną właśnie rozmową telefoniczną. Zanim zdążyła zareagować naprężone ucho siatki nie wytrzymało i w jednej chwili doszło do katastrofy – siatka wypadła Marzenie z rąk a dwa kila jabłek i kilo mandarynek upchniętych na wierzchu rozsypało się wokół niej tworząc w błocie optymistyczną pomarańczowo – czerwoną mozaikę. Marzena stanęła pośrodku niczym jej ruchomy element i zaczęła bezradnie rozglądać się wokół siebie. Jej wzrok przykuła nagle kobieta, która patrzyła jej prosto w oczy. Z czapką zsuniętą na oczy, z rozczochranymi włosami wystającymi spod niej niczym kupka siana, z przygarbionymi ramionami… W tej samej chwili dotarło do niej, że to jej własne odbicie widziane w wystawie sklepowej. Kiedy tak się zmieniła?! Czy teraz już zawsze tak będzie wyglądała? Ogłuszona własnym widokiem przykucnęła próbując niezdarnie pozbierać rozsypane owoce. Nawet nie czuła, że leje jej się z nosa a policzki ma mokre od łez. Ludzie mijali ją obojętni, unikając nawet patrzenia na nią, bo to zmuszałoby do jakiegoś gestu, reakcji, pomocy.
Sięgała właśnie po kolejną ubłoconą mandarynkę gdy jej dłoń zetknęła się z drugą dłonią.
- Przepraszam – usłyszała – pomogę pani zaradzić tej małej katastrofie zanim inni wdepczą pani owoce w błoto.
Coś znajomego usłyszanego w tym głosie sprawiło, że odruchowo podniosła głowę i … poczuła się nagle jakby poraził ją prąd. Znała te oczy! Szarozielone, z długimi rzęsami o których mawiała kiedyś ze śmiechem, że aż nie przystoją facetowi. Przed laty wpatrywała się w nie tyle razy na trwających godzinami randkach. Tymczasem Rafał – jej miłość z czasów licealnych – zbierał z zaangażowaniem jej rozsypane owoce i … wyraźnie jej nie poznał. Co za upokorzenie! Marzena poczuła z przerażeniem jak po jej policzkach i szyi rozlewa się palący jak kwas rumieniec. Prawie wyrwała Rafałowi z ręki ostatnią mandarynkę, wycharczała jakieś zduszone dziękuję i zerwała się gotowa, aby odejść, byle szybciej, byle dalej, byle tylko on nie spostrzegł z kim ma do czynienia. I wtedy właśnie zdradliwa czapka zsunęła się jej z głowy odsłaniając jej poplątane złocistorude włosy. A już prawie się odwracała, prawie odchodziła!
- Marzenie – usłyszała nagle zdezorientowany głos Rafała – Marzenie, to naprawdę ty?!
Złapał ją za rękaw płaszcza chcąc ją zatrzymać, ale wyrwała się jak szalona.
- To jakaś pomyłka – szepnęła za siebie i pobiegła niezgrabnie na tyle szybko na ile tylko pozwalały jej ciężkie siaty. Nie obejrzała się za siebie, nie śmiała.

W tym roku wigilijny wieczór spędziła sama. Pierwszy raz w życiu. Nie wykorzystała niczego z przyniesionych do domu zakupów. Wszystko tylko posegregowała i powkładała do lodówki i spiżarki, ale nie przyrządziła nawet jednego dania. Rodzice mieszkali na drugim końcu Polski, wymówiła się od przyjazdu do nich obowiązkami w pracy, które rzekomo trzymały ją w biurze aż do samej Wigilii. W rzeczywistości nie czuła się na siłach stawić czoła rodzinnym spotkaniom. To była jej pierwsza Wigilia po odejściu Marcina. Sprawa rozwodowa w toku, już niedługo będzie oficjalnie zaliczać się do pań z odzysku. Tylko odebrała to jako największą porażkę życiową. Gdyby chociaż miała z nim dziecko, zostałby jej ktoś do kochania. A tak, ich miłość i małżeństwo się skończyły, stopniały jak śnieg, i tak samo jak po śniegu nie zostaje żaden ślad tak nie zostanie nic z ich miłości. W wieku lat trzydziestu pięciu zamiast rodzić kolejne dzieci i pielęgnować szczęście rodzinne ma niechcianą szansę zaczynać od zera.
Pomyślała o Rafale. Jak bardzo zabolało ją, że nawet jej nie poznał. Ale skąd, przecież znał ją gdy była piękna jak kolorowy motyl. Kto rozpoznałby królewskiego motyla w poczwarce? W przyrodzie tak nie ma: to poczwarka przemienia się w motyla. Ale w życiu niemożliwe czasem staje się możliwe: Marzena z kolorowego motyla przemieniła się w otoczoną twardą brzydką skorupą z rozczarowań poczwarkę. A kiedyś, gdy spotykali się w liceum mówił do niej nie Marzena a Marzenie – bo twierdził, że jest jak jego kolorowe marzenie o miłości. Taki z niego był romantyk. Wyjęła ze schowka w przepastnej szafie album ze zdjęciami. Chowała je przed Marcinem, bo był zazdrosny nawet o wspomnienia o Rafale. Już w liceum Rafał był pasjonatem fotografii. Robił jej setki zdjęć. Zachowała je wszystkie niczym relikwię. Marcinowi tłumaczyła, że trzyma je ze względu na ich wartość artystyczną i materialną – Rafał został uznanym fotografem, o sesje zdjęciowe przez niego robione ubiegały się aktorki i modelki z pierwszych stron gazet. Teraz przeglądała te zdjęcia na których jej włosy prześwietlone miękkim popołudniowym światłem otaczały jej młodziutką buzię niczym ruda kręcona aureola. Pomyślała, że właściwie nie rozumie jak to się stało, że drogi ich dwojga się rozeszły. Jej i Rafała. Jej i Marcina. Wyjęła butelkę wina i pomyślała, że najlepiej będzie jeśli się po prostu w ten wigilijny wieczór lekko ogłuszy alkoholem.

Dzwonek do drzwi zabrzmiał w pustym mieszkaniu jak syrena strażacka. Przestraszona Marzena w popłochu robiła w głowie przegląd osób, które wiedziałyby o jej samotności i zechciałyby ją zakłócić. Nikogo takiego sobie nie przypominała. Pomyślała, że może sąsiadka wpadła na pomysł podzielenia się opłatkiem, żyły w zgodzie, taki gest w sumie nie byłby zaskoczeniem. Poprawiła wygniecioną sukienkę, przymknęła drzwi do pokoju i otworzyła wejściowe. W pierwszej chwili zdumiona zobaczyła ogromną gwiazdę betlejemską w pięknej doniczce przewiązanej złotą kokardą. Zza gwiazdy wyłoniła się … twarz Rafała. Ogłuszona jego widokiem Marzena cofnęła się o krok, a on wszedł pewnie do przedpokoju zamykając za sobą drzwi.
- Dwa dni szukałem twojego adresu – powiedział – poruszyłem niebo i ziemię. W końcu pojechałem do twoich rodziców i wybłagałem niemal na kolanach, żeby mi go dali. Wróciłem od nich godzinę temu.
Zaskoczona Marzena zarejestrowała kątem oka ich odbicie w lustrze w szafie. Obok Rafała zobaczyła młodą dziewczynę z aureolą rudych kręconych włosów…



Kinga Dokupil

Wartość Życia


Gdy ujrzałam go po raz pierwszy siedział na ławce w parku pomimo dwudziestostopniowego mrozu. Był ubrany w ciemne spodnie, popielaty sweter i beżową kurtkę. Zdawać by się mogło, że ubierał się w pośpiechu, bo nie miał zawiązanych butów, szalik zwisał bezwładnie wzdłuż prawego ramienia, a z kieszeni jeansów wystawała rękawiczka.  Cały trząsł się z zimna, ale najwyraźniej to nie było dla niego problemem. Zatrzymałam się kilka kroków od niego, zaskoczona tym widokiem. Zastanawiałam się co może być przyczyną takiego zachowania.
Podeszłam jeszcze kawałek i nim zdążyłam się odezwać, spojrzał na mnie zaczerwionymi oczami. Wstrzymałam oddech gdy zauważyłam załamanie na jego twarzy. Nieznajomy był widocznie zrozpaczony.
- Przepraszam – jęknęłam cicho. – Czy wszystko w porządku?
Mężczyzna  odwrócił wzrok i pokiwał przecząco głową.
- Całe życie nie jest w porządku – odezwał się niskim głosem i zaczął wpatrywać się w swoje zmarznięte dłonie.
Nie wiedziałam co dokładnie mu się przytrafiło ale nie mogłam pozwolić na to, by został całkiem sam o tak późnej porze.
- Co wcale nie oznacza, że trzeba siedzieć na takim mrozie. Niech pan się nie wygłupia i pójdzie ze mną. Gorąca czekolada dobrze panu zrobi.
Nieznajomy spojrzał znów na mnie, tym razem z lekkim zaskoczeniem. Widziałam jak się wahał, jak próbował zmusić się do podjęcia jakiejś decyzji. Westchnął głęboko i wstał powoli, a następnie odezwał się do mnie już nieco pogodniejszym głosem:
- No dobrze. Nie mogę przecież pozwolić by pani zmarzła.

Z naszej późniejszej rozmowy przy kubku gorącej czekolady i paczce herbatników pamiętam niemal wszystko. To właśnie wtedy zrozumiałam, że moim powołaniem jest psychologia. Poznałam jak wiele może kryć się w ludzkim ciele, jakie niesamowite emocje pokazuje nasza dusza. Artur był dowodem na to, że wartość życia zależy od tego, jak bardzo chcemy to życie przy sobie zatrzymać.
Choć tak naprawdę niewiele mi wyjawił, a zwłaszcza nie odkrył przede mną powodu swojego przygnębienia, wiedziałam, że muszę mu pomóc. Czułam się odpowiedzialna za tego mężczyznę. Nie ważne było jak bardzo byliśmy sobie obcy i jak bardzo się różniliśmy.

Nasze następne spotkanie było niemalże przypadkowe. Choć wiedziałam, że pracował jako antykwariusz, zupełnie nie spodziewałam się zobaczyć go pomiędzy regałami wypełnionymi starymi książkami. Czułam się niezręcznie, bo pewnie pomyślał, że przyszłam specjalnie aby go spotkać, ale gdy tylko zaczęliśmy rozmawiać i po raz kolejny wyczułam jego przygnębienie, przestało to mieć dla mnie znaczenie. On potrzebował rozmowy, mnóstwa rozmów!
Artur zaprosił mnie wówczas na wieczorne spotkanie z mało znanym pisarzem. Czułam się wyjątkowa zestresowana, choć nie traktowałam tego jako randki. Ubrałam skromną czarną sukienkę i kozaki z obcasem, a zamiast kurtki puchowej – płaszcz. Na dworze prószył śnieg, a na drogach porobiły się zaspy. Zanim dotarłam na miejsce zatłoczonym autobusem, byłam niestety spóźniona o całe piętnaście minut, więc dopiero podczas przerwy, dołączyłam do Artura, który siedział w pierwszym rzędzie. Zdziwił się na mój widok, bo pewnie pomyślał, że go wystawiałam, ale zaraz potem po raz pierwszy zobaczyłam uśmiech na jego twarzy.
Gdy spotkanie z pisarzem dobiegło końca i ludzie rozeszli się do domów, Artur również postanowił  poopowiadać mi co nieco o swojej pasji do książek. Rozsiedliśmy się w starych fotelach i po kolei brałam do rąk jego ulubione powieści. Po raz kolejny mogłam odkryć, że w zupełnie w zwykłych rzeczach można znaleźć radość i chęć bycia tego częścią. Muszę przyznać, że spodobało mi się to. Ten spokój, ciepło płynące z tego pięknego miejsca wypełnionego zapachem starych książek. Czułam się w tamtej chwili po prostu szczęśliwa. Ale wiedziałam, że tylko ja mogłam to poczuć. Artur, choć bardzo starał się to ukryć, cierpiał, a ja, nie znając przyczyny tego bólu, nie mogłam mu pomóc. Miałam jednak nadzieję, że mi zaufa, a wówczas ja będę mogła coś zrobić.

Wkrótce potem pojechaliśmy na narty. Widziałam jak się ze mnie śmiał, gdy po raz pierwszy próbowałam wstać - nieudolnie. Miło jednak było spędzić ze sobą wspólne chwile i, nawet jeśli na drugi dzień nie mogłam wstać z łóżka, wybrać się na maraton filmowy. Z dnia na dzień nasza przyjaźń rosła z zabójczą prędkością. Czułam radość w towarzystwie Artura i była to radość odwzajemniona.
Wszystko co się między nami działało zmierzało chyba w jednym kierunku. Mimo, że nie po to zagłębiałam się w tę znajomość, to czułam satysfakcję i szczęście. Tak po prostu, chciałam ciągle przy nim być, chociażby po to, żeby po raz kolejny przeczytać ten sam wiersz. To dziwne, że potrafił tak subtelnie mnie do siebie przyciągnąć, kryjąc przy tym swoje prawdziwe oblicze. Nie przejmowałam się tym jednak. Ważne było, że przy mnie był.
Któregoś dnia wybraliśmy się na odkryte lodowisko. Tym razem to ja mogłam pośmiać się z jego pierwszej jazdy. Choć prawie w ogóle nie puszczał się barierki i mojej ręki, to wybawiłam się przez tę godzinę. Czasem wystarczy drugi człowiek, dzięki któremu na naszej twarzy pojawi się uśmiech. To Artur sprawiał, że każdy kolejny dzień był jedyny w swoim rodzaju i w pełni wykorzystany.

- Czy mogę Cię o coś poprosić? – zapytał, gdy odwoził mnie do domu.
- Zależy o co.
- Nie chciałbym, żebyś mnie źle zrozumiała – zawahał się, jakby temat tej rozmowy nie był do końca komfortowy. - Ja po prostu muszę to teraz zaznaczyć, żeby nie było z tego powodu jakiś nieprzyjemności.
Ton jego głosu zmienił się na bardziej poważny, ale jednocześnie smutny.
- Polubiłem cię, naprawdę. Gdy zabrałaś mnie z tego mrozu i pozwoliłaś uwolnić mnie od problemów, wiedziałam, że dobrze będzie mi się spędzać z tobą czas. Przyjemnie mi w twoim towarzystwie, ale to wszystko musi jednak zostać w jednym miejscu. Mam nadzieję, że rozumiesz, co mam na myśli.
Zawahałam się z odpowiedzią. Czyżby proponował mi przyjaźń? Dlaczego to mnie zasmuciło?
- Nic nie mówisz. – Artur przerwał ciszę.
- Bo nie wiem co powiedzieć. Może jedynie tyle, że nie rozumiem dlaczego mnie o to prosisz, ale coś mi się wydaję, że się tego nie dowiem.
I dobrze myślałam. Artur przez resztę drogi nie odezwał się ani słowem, przez co czułam się odepchnięta. Dlaczego tak bardzo zapraszał mnie do swojego życia, a jednocześnie ucinał wszystko w najistotniejszych miejscach?
Gdy dotarliśmy pod mój dom, zerknęłam w jego stronę i znów dostrzegłam smutek.
- Znamy się, a jakbyśmy się nie znali – odezwałam się w końcu. – Nie wiem, skąd to wszystko się bierze, ale jeśli twoje decyzje aż tak bardzo cię przygnębiają to zastanów się czy mają sens. Bo nielogiczne jest robić coś, co sprawia, że mamy w sobie pustkę nie do wypełnienia.
Po raz kolejny ujrzałam jego smutne oczy, ale nie zamierzałam zrobić już nic więcej. Otworzyłam drzwi i już wysiadałam, gdy chwycił mnie za rękę.
- Przepraszam – jęknął.
Wyrwałam się z jego ucisku i jak najszybciej się oddaliłam.

Przez następny tydzień nie miałam z Arturem żadnego kontaktu. Nie chciałam do niego dzwonić,  ale coraz bardziej czułam, że przez naszą ostatnią rozmowę coś się zmieniło. Postanowiłam więc pójść do antykwariatu, żeby dowiedzieć się czy wszystko u niego w porządku. Na moje zdziwienie, antykwariat został zamknięty do odwołania. Zaniepokoiło mnie to. Od razu wybrałam numer do Artura, lecz ciągle włączała się poczta głosowa. Wezwałam więc taksówkę i pojechałam pod jego dom. Z przerażeniem odkryłam, że nikt nie otwarł mi drzwi. Coś było nie tak, byłam tego pewna. Nie zniknął by na tak długi czas bez pożegnania, bez choćby jednego słowa. Nie miałam się jednak do kogo z tym zwrócić, więc tylko nagrałam mu wiadomość na telefon i postanowiłam cierpliwie czekać.
Na szczęście nie trwało to długo, bo po dwóch dniach pojawił się przed moim domem. Chciałam rzucić się mu na szyję, ale intuicja podpowiadała mi, że to nie był dobry pomysł. Zaprosiłam więc go na kawę i spokojnie czekałam na wytłumaczenie jego nieobecności. Niestety najwyraźniej nie chciał bym wiedziała gdzie był przez tak długi czas. Wspomniał coś o urlopie, choć chyba sam nie był do końca przekonany tym kłamstwem. Co miałam robić? Zachowywałam się, jakby tego wszystkiego nie było, jakbyśmy widzieli się przynajmniej wczoraj. Był tym zaskoczony, ale może dzięki temu zrozumiał, że byłam urażona jego milczeniem.
Dwa dni później zaprosił mnie na spacer. Było dość zimno i na dodatek zapowiadało się na obfite opady śniegu, ale nie przejmowałam się tym, bo przyjemnie było patrzeć na ośnieżone drzewa i długie sople lodu.
- Czy mogę zrobić coś, żebyś się na mnie nie gniewała? – zapytał, gdy weszliśmy do parku. Spojrzałam na niego jak na dziecko proszące o kolejną gałkę lodów. Czy on naprawdę nie rozumiał, że jedyne czego chciałam, to prawdy? Przecież nie znika się na tak długo bez żadnego wytłumaczenia! Dlaczego jeszcze bardziej mnie denerwował?
- Może szczerości – jęknęłam po chwili.
- Wiem, że zniknąłem bez słowa i do tej pory nie powiedziałem ci gdzie byłem, ale… ale obiecałem sobie, że…. Przepraszam, ale nie mogę.
Ścisnęłam pięść, żeby się nie rozłościć. Dlaczego mi to robił?
- W takim razie chyba nie mamy o czym rozmawiać.
Obróciłam się i jak najszybciej zaczęłam się od niego oddalać. Właśnie w tym momencie pomyślałam, że ten mężczyzna potrzebuje pomocy, ale niestety nie mojej. Łza spłynęła po policzku, ale szybko ją starłam. Nie mogłam pozwolić sobie na takie emocje.
Mimo tego, że Artur mnie zdenerwował, bardzo chciałam, żeby mnie jednak zatrzymał i wszystko mi wyjaśnił. I tak się stało. No, prawie. Dosłownie po kilku sekundach trzymał mnie w swoich ramionach, a ja, pomimo ogromnej chęci spoliczkowania go, wtuliłam się w niego z całej siły. Przyjemnie było czuć jego ciepły oddech na szyi.
W mojej głowie od razu pojawił się obraz jak z najpiękniejszej powieści, jednak Artur miał chyba inne plany, bo bardzo szybko odsunął się ode mnie, poprawił mi szalik, powiedział cicho przepraszam i poszedł. Tak po prostu. Zostawił mnie na środku parku. Postanowiłam wtedy, że nie zrobię już nic, by mu pomóc, nie zrobię już nic, by znów go zobaczyć, nie zrobię nic, by walczyć o osobę, w której się zakochałam.

Przykro było mi na myśl, że już go nie zobaczę, albo że nie usłyszę jego ciepłego głosu, ale musiało tak być, bo gdyby chociaż trochę mu zależało to… To nie siedziałabym w pustym mieszkaniu wpatrzona w okna za którym płatki śniegu powoli opadały na ziemię.
Pomimo mojego postanowienia, ciągle o nim myślałam. Nieustannie przypominałam sobie nasze spotkania, wspólne kino, tańce, czy godzinne wyprawy do biblioteki. Znalazłam w nim bratnią duszę i miałam nadzieję, choć nie chciałam się do tego przyznać, że nie poprzestaniemy tylko na przyjaźni. Wierzyłam, że spotkanie w parku nie było przypadkowe. Przez większy czas myślałam, że chodziło o to, by mu pomóc, ale w miarę upływu czasu zdawałam sobie sprawę, że nie tylko to było w tym ważne. W zrozpaczonym mężczyźnie na ławce odnalazłam swoją miłość.

Mijały dni, później tygodnie, a ja nadal gdy szłam przez park, zatrzymywałam przy tej samej ławce, gdy miałam w ręce egzemplarz jakiejkolwiek powieści, zamykałam oczy i przenosiłam się do wypełnionego wonią starych książek antykwariatu. Wystarczył mi nawet serial z aktorką, którą Artur tak często udawał, by znów poczuć w sercu pustkę. Zdarzało się, że płakałam, wtulona w stos koców. Myślałam, że potrafię zapomnieć, ale tak nie było. Im więcej czasu musiałam się z tym zmagać, tym bardziej byłam zrozpaczona. Los chciał, że uparcie trwałam przy swoim postanowieniu i nie próbowałam nawiązać z nim jakiegokolwiek kontaktu. On najwyraźniej też bronił swoich postanowień, bo pomimo mojej cichej nadziei, nie pojawił się przed moimi drzwiami.

Minęło dokładnie dwadzieścia dni, gdy ujrzałam go po raz kolejny. Pomimo siarczystego mrozu i zlodowaconych ulic wybrałam się do parku, aby, siedząc na ławce, po raz kolejny wspominać te wszystkie piękne chwile. Paradoksem było, że spotkaliśmy się w niemal identycznej sytuacji jak te dwa miesiące temu. Moja pierwsza myśl – przeznaczenie, ale szybko zamieniałam to przekonanie w wielkiego pecha.
Gdy mnie dostrzegł, usta w jednej chwili ułożyły się mu w uśmiech, a w następnej na twarzy pojawił mu się grymas, którego nie mogłam rozszyfrować. Był zdziwiony, to na pewno, ale zdawać by się mogło, że również… uradowany? Wstał gwałtownie i otworzył usta, żeby cos powiedzieć, ale natychmiast je zamknął. Chciałam się odezwać, ale nie potrafiłam. Moja odwaga nagle zniknęła, a ja stałam się zbyt mała, by zrobić cokolwiek. Odwróciłam więc wzrok od jego błyszczących oczu i, co było dla mnie paradoksalne, zaczęłam iść dalej. Nie wiem, dlaczego tak zrobiłam, ale na szczęście nie musiałam tego żałować, bo Artur dogonił mnie i, zastawiając mi drogę, ujął moją twarz w dłonie. W jednej chwili poczułam ciarki na plecach i jego ciepły oddech na twarzy. Uśmiechnął się i… mnie pocałował. Szczęście wypełniło mnie od środka, a serce zaczęło szybciej bić. Nareszcie poczułam odwzajemnione uczucie, które… nie gasło, lecz rozpalało się jeszcze bardziej. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, a tak naprawdę on mi uświadomił, że mnie kochał, a to co było złe między nami, było, choć wtedy jeszcze tego nie wiedziałam, uzasadnione.

To co działo się w następnych dniach było niczym z bajki. Romantyczne kolacje, wspólne oglądanie filmów, spacery, opowiadanie o swoim dzieciństwie przy lampce wina. To było to! Tak właśnie wyobrażałam sobie miłość, a Artur był mężczyzną moich marzeń. Zdawać by się mogło, że nic więcej do szczęścia nie było mi potrzebne. Ja jednak wiedziałam, że w naszym życiu, że w życiu Artura już od początku była przeszkoda, która coraz bardziej niszczyła to, co miedzy nami było. Niejednokrotnie próbowałam ją rozszyfrować, lecz im było później, tym zdawała się mniej dostępna. Artur ukrywał to w sobie, pilnował jak cennego złota, a ja nie miałam prawa się do tego wtrącać. Czułam to na każdym kroku. Często przyłapywałam go nad tym, jak rozmyślał. Gdy mnie widział, od razu zmieniał swój  wyraz twarzy i zachowanie. Coraz bardziej czułam, że jego tajemnica zaczyna ciążyć i mnie.
Choć bałam się tego, bo nie chciałam go urazić, pewnego wieczora, poprosiłam go, aby był ze mną szczery i żeby niczego się nie obawiał, bo ja zawsze będę przy nim. Spojrzał wówczas na mnie z troską i mocno mnie objął. Czekałam na ten moment odkąd się poznaliśmy. Wreszcie dowiem się prawdy!, myślałam. Jednak moja prośba nie została spełniona.
Minął ponad miesiąc, od naszego przypadkowego spotkania w parku. Byłam szczęśliwa, ale nadal niespokojna. Artur ukrywał przede mną coś ważnego. Nie chciałam na niego naciskać, ale czułam, że to było względem mnie nie fair. Postanowiłam więc, że przy najbliższej okazji powiem mu jasno, że mam dość tych tajemnic.
Na nieszczęście nie miałam możliwości mu tego powiedzieć, bo prawda miała sama wyjść na jaw. Jakieś dwie godziny przed naszym spotkaniem, dostałam od niego wiadomość, żebym jak najszybciej przyjechała do antykwariatu. Nie miałam środków na koncie żeby do niego zadzwonić, więc po prostu ubrałam się i pojechałam. Znalazłam go siedzącego na ziemi między regałami. Wydawał się dziwnie blady, a gdy go dotknęłam, również zimny. Myślałam, że to był najgorszy moment w moim życiu. Moment prawdy tak bolesnej, że aż nierealnej. Jednak wszystko było dopiero przede mną, przed nami…
Zawiozłam Artura do szpitala i po dwóch godzinach spędzonych na korytarzu wreszcie mogłam się z nim zobaczyć. W sali były dwa łóżka, z czego to drugie było puste. Artur leżał obrócony głową w stronę okna, za którym sypał śnieg i wiał porywisty wiatr. Do jego ciała podłączono wiele różnych urządzeń, które co chwile wydawały piskliwe odgłosy. Podeszłam do niego i usiadłam na brzegu  łóżka. Spojrzał na mnie i zamknął oczy, jakby czekając na coś złego. Objęłam jego ciepłą już dłoń i przyłożyłam do policzka. Wyobrażałam sobie wiele złych rzeczy, ale do głowy mi nie przyszło, że powodem tych wszystkich nieprzyjemnych sytuacji była… choroba. Gdy powiedział, że możemy być tylko przyjaciółmi to dlatego, bym później tak bardzo nie cierpiała, gdy nie było go przez tydzień, to dlatego, że był w szpitalu. Siedział wtedy na tym mrozie, bo właśnie otrzymał… wyrok. To wszystko sprawiało, że poczułam się dla niego ważną osobą. Już od samego początku chciał mnie chronić przed… przed smutkiem. To z jednej strony wspaniałe, ale dla mnie oznaczało także odepchnięcie. Gdybym wiedziała wcześniej, jakoś bym go wspierała. A może właśnie tego nie chciał? Litowania się i ciągłego życia tym. Może chciał cieszyć się każdą sekundą, nie przejmując się przy tym wynikiem badań. Chciał żyć i obawiał się, że inni mogli by mu to szczęście odebrać. Rozumiałam to, dlatego nigdy nie wypomniałam mu tego, że o niczym mi nie powiedział. Po prostu przy nim byłam. Codziennie po pracy przynosiłam zakupy i razem czytaliśmy książki, oglądaliśmy dziwne seriale i śmialiśmy się z dowcipów. Było jak dawniej, z tą różnicą że miejscem spotkań zawsze był szpital.
Po dwóch tygodniach, gdy wyniki Artura wróciły do normy, pojechaliśmy do domu. Miałam nadzieję, że wszystko zakończy się szczęśliwie, jednak prognozy lekarzy nie były optymistyczne. Na prośbę Artura wzięłam urlop i pojechaliśmy w góry – do miejsca, które podczas zimy miało w sobie niezwykły klimat. Zmrożone drzewa, zamglone słońce, ślady zwierząt na śniegu. Do jedynego miejsca, w którym Artur czuł się wolny. Spędziliśmy tam wspaniałe trzy tygodnie. Jak się okazało – dla Artura ostatnie.

Dziś, choć minęły już cztery lata, nadal żałuję, że tak mało korzystałam z życia, że nie traktowałam każdej minuty jak ostatniej. Artur pokazał mi, że choć choroba może być wyrokiem śmierci, to nie może być barierą między nami a resztą świata. Chociaż początkowo nie chciał bym wiedziała, że ma chore nerki, to potem otworzył się przede mną i sprawił, że byłam częścią jego życia. Czułam się wreszcie potrzebna i… mój cel został osiągnięty. Tylko przy ludziach możemy stać się ludźmi – i choć liczymy swoje ostatnie minuty, możemy podarować je innym.