piątek, 24 lutego 2017

Historia, sensacja, romans i kryminał czyli Córka Stalina. Uwaga konkurs!

Mówi się, że w momencie narodzin jesteśmy niczym białe, czyste karty, które tylko czekają na zapisanie. I że w dużej mierze to od nas zależy co się na nich znajdzie. Ale czy rzeczywiście zawsze przyszłość spoczywa w naszych rękach? Czy my ją kształtujemy? Czy jednak bywają wyjątki?
Jak to jest urodzić się córką dyktatora? Nieść na swoich barkach odpowiedzialność nie tylko za własne wybory i czyny ale też za to co uczynili rodzice? Jak to jest być córką Stalina?

"Nie łudzę się już ani trochę, że kiedykolwiek uda mi się uwolnić od tej łatki – że przestanę być córką Stalina. […] Rodziców się nie wybiera, ale żałuję, że moja matka nie wyszła za cieślę” 

Małe dziecko przyjmuje świat takim jakim jest. To co się wokół niego dzieje uważa za naturalne i nie poddaje tego w wątpliwości. Ale gdy dorasta zaczyna widzieć więcej. Rozumieć pewne zawiłości i niebezpieczeństwa jakie niesie ze sobą codzienność. Swietłana musiała dorosnąć o wiele szybciej niż jej rówieśnicy. Musiała nauczyć się żyć w sieci intryg i w poczuciu ciągłego zagrożenia. Wystarczyło jedno niefortunne słowo a bliscy jej ludzie bezpowrotnie znikali.Spędzali wiele lat w więzieniach albo nigdy nie wracali skazani na śmierć. Stalin był nie tylko jej ojcem. Był panem i władcą. Kiedy dowiedział się o pierwszej, wielkiej miłości córki (Swietłana spotykała się ze scenarzystą filmowym Aleksiejem Kaplerem), bez mrugnięcia okiem skazał mężczyznę na dziesięć lat łagru. Jak to było być kremlowską księżniczką?
Książka "Córka Stalina" autorstwa Rosmery Sullivan zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Jest tam wszystko: polityczne intrygi, przeszłość, która kształtuje teraźniejszość, paraliżujący, wszechobecny strach i ogromna wola walki. To wszystko sprawia, że opowieść o życiu Swietłany, córki Stalina, czyta się z zapartym tchem. Co więcej to powieść dla każdego. Dla miłośników historii ale też dla tych, którzy lubią sensację, kryminał, romans i przygodę. W tej książce jest to wszystko. Tym bardziej wartościowe, bo prawdziwe. Czasem po prostu życie pisze takie scenariusze jakich najlepszy pisarz czy scenarzysta by nigdy nie wymyślił.

Uwaga mam dla Was dwa egzemplarze książki. Zapraszam do udziału w konkursie. W komentarzu napiszcie dlaczego chcielibyście ją przeczytać i czemu "Córka Stalina" powinna trafić właśnie do Was. Konkurs trwa do 1 marca włącznie. Spośród odpowiedzi wybiorę dwie, które najbardziej przypadną mi do gustu.

sobota, 4 lutego 2017

Boskie, kudłate oblicze :)

Człowiek przez całe życie się uczy i dowiaduje nowych rzeczy. Ja na przykład wczoraj, przy okazji przeglądania fotografii z dzieciństwa moich dzieci dowiedziałam się jak moja córka wyobrażała sobie Boga :) Otóż dokładnie tak jak tego jegomościa, którego dzierży pod pachą na poniższym zdjęciu. Tyle tylko, że był ogromny i siedział na wielkiej chmurze. Jednym słowem ogromny żubr. Cóż chyba w końcu zrozumiałam dlaczego go tak ze sobą wszędzie targała :) Buziaki dla wszystkich i miłej soboty :)


To tak dla kontrastu :) Wyrosła, prawda? :)


czwartek, 2 lutego 2017

Prośba! Mały fragment

Kochani przeczytajcie proszę poniższy, króciutki fragment i powiedzcie czy czujecie klimat? Czytalibyście dalej? 
I nagle ten sam zmrok, który jeszcze przed chwilą jawił się jako przyjazny wydał jej się złowrogi i kryjący w sobie niebezpieczeństwo. Wzdrygnęła się i szybkim krokiem podeszła do drzwi wejściowych. Całą sobą marzyła, żeby na powrót znaleźć się w środku oświetlonego świecami domu i usłyszeć dobrze znajomy gderliwy głos Pelasi. Już przekraczała próg, gdy powietrze przecięło przeciągłe, przejmujące wilcze wycie niosące się echem od lasu, poprzez pola i zahaczające o uchylone podwoje dworu. I Konstancja nabrała pewności, że otwierając drzwi w tym a nie innym momencie wpuściła do domu coś, co do tej pory trzymało się z dala od dającego poczucie bezpieczeństwa wnętrza. Prawie, że biegiem wpadła do środka i mocno zatrzasnęła ciężkie wrota za sobą.
Niewiele to pomogło. Przeszłość nabierała coraz większej pewności siebie i z coraz większą swobodą rozpychała się w życiu Konstancji.    

wtorek, 31 stycznia 2017

Ropucha w płótnie, włosy pod krzyżem czyli najzwyklejszy poranek :)

wyprawa na bagno też będzie :)
Dzień dobry wszystkim. Jak zaczęliście poranek? Ja zaczynam dzień od zawijania ropuchy w płótno i od takiego tekstu:

Zdradź mnie tylko…Wiem gdzie ścieżka!
Da mi brat talara;
Pójdę w bory, a tam mieszka
Czarownica stara. –
                              
A jak ona cię zamówi,
Zapisze na niebie,
Potem włosów twoich złowi,
Pod krzyżem zagrzebie;

Oczywiście to wszystko czynię w sposób pośredni. Jednym słowem a raczej dwoma: pisze się :) I będzie i krzyż i włosy pod nim zagrzebane i czarownica i legenda dotycząca dworu i Pelaśka ( jak ktoś jej jeszcze nie poznał to zapraszam do kliknięcia JAK PISZE SIĘ POWIEŚĆ )i tajemnice. A tych ostatnich będzie sporo. I dwór będzie wiekowy a sami wiecie, że stare domy skrywają wiele sekretów. I tak moi drodzy pierwszy tom całkiem nowej serii nabiera rozpędu, rumieńców i charakteru. A będzie tych tomów... No właśnie. Miało być dwa, już wiem, że na pewno będzie trzy. A patrząc na akcję, która dynamicznie się rozwija może i cztery. A na koniec pytanie: po co ropuchę zawijać w płótno? Jakieś pomysły? 
Buziaki Wam przesyłam i życzę pięknego, słonecznego dnia :) 

czwartek, 26 stycznia 2017

Dom, który Was będzie witał :)

Dzisiaj zdjęciowo. Poniżej fotografie zrobione w naszych ukochanych górach. Właśnie gdzieś tam jest Uroczysko Majki i Wymarzony dom Magdy. Gdzieś tam stoi również nasz przyszły dom, do którego kroczek po kroczku się przybliżamy. Mam nadzieję, że już niedługo będę otwierać oczy, patrzeć przez okno i widzieć takie widoki jak na poniższych zdjęciach. To moje największe marzenie. Dom, który czeka na nas, który do wspomnień, które już przechowuje w ścianach, szybach, starych piecach doda za jakiś czas nasz śmiech i nasze łzy, choć mam nadzieję, że jeżeli chodzi o te ostatnie to w większości będą płynąć ze szczęścia. Już wiem jak będzie się nazywał, wiem, że w najbliższym czasie na wzór włoski poproszę o to by na ceramicznej płytce mi te nazwę wymalowano. Trzymajcie proszę za to kciuki. By się spełniło i żebym już niedługo mogła otworzyć przed Wami drzwi i zaprosić Was do naszego wymarzonego domu, który każdego z Was będzie witał słowami: miło mi :)  
na szlaku

Pod Łabskim Szczytem









Willa Jaskółka w Szklarskiej Poręb

Z Tyśkiem :)

Jak wyżej :)

Woda spływała szlakiem i chlupotała w butach....

Do przodu...

A w dole Śnieżne Kotły

Za Boga nie moge sobie przypomnieć gdzie były
te ruiny... Ale przypomnę i napiszę.


Zamek Książ

A tutaj zamek inne ujęcie

Szlak przy Zamku Książ mostkami

Jak wyżej, idzie się w koronach drzew.



Książ...

Willa Anna

Wysoki Kamień

W górach jest wszystko co kocham :)

niedziela, 22 stycznia 2017

Dolce vita czyli poszukiwania Cortony

Widok z Piazza Garibaldi na malowniczą dolinę 
Właściwie to byłam przekonana, że najbardziej ze wszystkich nieznanych miejsc na świecie (a jest ich naprawdę wiele) tak najbardziej pragnę zobaczyć Francję. Paryż, Wersal i Luwr. Pola Elizejskie, małe wiekowe miasteczka i zamki nad Loarą. Byłam pewna aż do momentu gdy obejrzałam film "Pod słońcem Toskanii". I przepadłam. Zauroczyły mnie tajemnicze cyprysy rosnące na poboczach dróg, gaje oliwne, pola słoneczników. Uśmiechnięci Włosi, ich gadatliwość i lekkie podejście do czasu. Zakochałam się na amen. Od pierwszego wejrzenia. W Cortonie, jej stromych wąskich uliczkach, w kapliczce którą zobaczyłam na filmie, we włoskim niebie, we wszechobecnej kawie i winie. I do moich wielu marzeń dołączyło i wysunęło się na prowadzenie to jedno, żeby to wszystko zobaczyć na własne oczy, żeby dotknąć, powąchać, poczuć. Ale wtedy było to poza naszym zasięgiem. Ale mogłam robić coś innego. Zaczęłam gromadzić wszystko co napisano o Toskanii. Oczywiście na pierwszy ogień poszła książka Frances Mayes "Pod słońcem Toskanii". Na początku, gdy zaczęłam czytać zdziwiłam się, że książka nie ma zupełnie nic wspólnego z filmem. Ale nie byłam rozczarowana, bo i owszem dostałam coś zupełnie innego ale za to przesyconego włoskim klimatem. Frances pozwoliła mi zajrzeć do włoskich sklepików, ogrodów, domów. I do listy marzeń dołączyło jeszcze jedno, chciałam kiedyś odnaleźć i zobaczyć na własne oczy Bramasole.
Kilka lat pielęgnowałam marzenia o Włoszech. I w końcu dwa lata temu po raz pierwszy pojechaliśmy. Pamiętam siebie stojącą obok samochodu, marznącą w październikowym chłodzie i zastanawiającą się nad tym czy ja właściwie dobrze robię. Bo co będzie jeżeli moje wyobrażenie w zderzeniu z rzeczywistością polegnie? Co będzie jeżeli się rozczaruję?
Nie rozczarowałam się. Prosto z zimnego październikowego dnia wpadłam w gorący, sierpniowy poranek. Oczywiście był październik, ale we Włoszech było gorąco. Błękitne niebo bez ani jednej chmurki. I ten zapach obłędny! Gdyby mi ktoś zaproponował takie perfumy byłabym ich wierną fanką: rozmaryn, bazylia, tymianek, upalne nagrzane słońcem powietrze, to była istna eksplozja aromatów.
Ale dzisiejszy wpis ma być z założenia o czym innym. O poszukiwaniu Bramasole. Bo było wiadomo, że jednym z żelaznych punktów była wizyta w Cortonie. W końcu od niej to wszystko się zaczęło. Z miejsca, w którym mieszkaliśmy do Cortony było mniej więcej 100 kilometrów. Pojechaliśmy.
Pierwsze schodki, jeszcze nie te ruchome, których
niestety nie sfotografowaliśmy.

Pomnik na Piazza Garibaldi

My w odsłonie włoskiej :)

Jedna z uliczek Cortony

Piazza della Repubblica, trzynastowieczny Palazzo Comunale


Uliczki pną się w górę. I wychodzi słońce :)

Tysiek odpoczywa

Dodaj napis

Kołatki nas zachwyciły



Zatrzymaliśmy się na parkingu u podnóża miasteczka. I co nas przywitało? Ruchome schody, na wolnym powietrzu, które zawiozły nas na górę. Znaleźliśmy się na Piazza Garibaldi. Z tego placu roztacza się taki widok, który zapiera dech w piersiach. Pogoda tym razem była kapryśna. Świeciło słońce ale co chwila nadciągały chmury i siąpił deszcz. Ale obeszliśmy Cortonę szukając znajomych kadrów z filmu, pnąc się w górę stromych uliczek, zaglądając  do maleńkich sklepików. I usłyszeliśmy bicie dzwonów :) Przysiedliśmy na schodach ratusza, zjedliśmy lody. Niestety byliśmy w porze sjesty i wszystko poza jedną knajpką było pozamykane. W związku z tym, że Tysiek umierał z głodu skorzystaliśmy z jedynej możliwości. I cóż... Jedzenie było marne ale Włoch, który nas obsługiwał tak uroczy, że właściwie trudno było czuć irytację. I żeby nie było, mój mąż był podobnego zdania :)
Przerwa na lody
Poniżej Cortona zaklęta w fotografiach:








A potem chcieliśmy zgodnie z planem ruszyć na poszukiwanie Bramasole. Ale nie bardzo wiedzieliśmy jak się do tego zabrać, Tysiek rozmarudzony i zmęczony chciał już wracać więc z żalem odpuściliśmy. To była jedna z rzeczy, której bardzo żałowałam. Ale jak to mówią co się odwlecze to nie uciecze :) I w zeszłym roku powtórzyliśmy wyprawę. Tym razem postawiliśmy na "koniec języka za przewodnika". Najpierw pani w informacji turystycznej zaznaczyła nam na mapce jak iść. Potem gdy nieco się zagubiliśmy, zaczepiliśmy dwie panie, z którymi mieszaniną angielskiego, włoskiego i gestów i uśmiechów dogadaliśmy się i nie dość, że wskazały nam drogę to jeszcze życzyły wszystkiego co najlepsze.
Przeszliśmy przez park w Cortonie pełen spacerujących par, plotkujących starszych pań, grupek włoskich tatusiów, którzy pilnując dzieci umilali sobie czas głośnymi, dynamicznymi dyskusjami. Nawiasem mówiąc Włosi przepięknie gestykulują :) A potem weszliśmy na szosę, którą obsadzono cyprysami. Posadzonych z intencją uczczenia pamięci chłopców, którzy polegli w czasie pierwszej wojny światowej. Idąc w górę ulicy minęliśmy siwego pana i panią w kapeluszu. Uśmiechnęli się do nas porozumiewawczo jakby doskonale wiedzieli dokąd zmierzamy. I w końcu dotarliśmy i możecie mi wierzyć, że nie spodziewałam się, że aż taką wielką przyjemność mi sprawi widok Bramasole. Uśmiech nie chciał zejść mi z ust.
Aleja cyprysów. Tędy Frances wędrowała do Cortony

relaks pod cyprysami

Okoliczne widoki zapierają dech w piersi

Willa Bramasole wyłania się zza zakrętu

To było wzruszające. Dotknąć marzenia. I było dokładnie tak jak opisywała Franczeska:
Kapliczka to pierwsza rzecz, którą widać przy podjeździe do domu. Jest w
zaokrąglonym zagłębieniu kamiennego muru, nic nadzwyczajnego w tych stronach, glinianaMaryja na niebieskim tle w stylu Delia Robbia pośrodku łukowanej wnęki. Widuję tu na wsi inne takie kapliczki zakurzone, zapomniane. O tej z jakiegoś powodu się pamięta.
Mój pielgrzym to stary człowiek w płaszczu narzuconym na ramiona, chodzący
powoli, jakby zadumany. Kiedyś minęłam się z nim w parku w Cortonie. Powiedział wtedy z powagą:
- Buongiorno.
Ale nie wcześniej, niż ja to powiedziałam. Zdjął na chwilę czapkę z głowy i
zobaczyłam frędzelki białych włosów wokół łysiny, na ciemieniu świecącej jak żarówka.Oczy miał chmurne i dalekie, kamiennie niebieskie. Widuję go też na ulicach miasteczka. Nie jest towarzyski, nie przysiada się do znajomych pijących kawę przy stolikach. Idąc główną ulicą, nie zatrzymuje się, żeby z kimkolwiek porozmawiać. Przychodzi mi na myśl, że może on jest aniołem, zawsze w płaszczu narzuconym na skrzydła, niewidzialny dla wszystkich oprócz mnie. Pamiętam, jak śniło mi się pierwszej nocy tutaj, że odkryję obecność stu aniołów, jednego po drugim. Ten anioł jednak ma ciało. Chustką do nosa ociera pot z czoła.
Może urodził się w tym domu, a może kochał kogoś, kto tu mieszkał. Albo może te cyprysy wzdłuż szosy posadzone ku pamięci miejscowych chłopców poległych w pierwszej wojnie światowej (aż tylu ich z jednego małego miasteczka?) przypominają mu o kolegach. Może jego matka była bardzo piękną damą i wsiadała do powozu w tym właśnie miejscu, albo jego ojciec, strasznie zawzięty, wygnał go raz na zawsze z tego domu. Albo może on dziękuje Jezusowi za wysłuchanie prośby, żeby jego córki nie operowali niebezpieczni chirurdzy w Parmie. Albo po prostu to jest tylko cel jego codziennego spaceru, przyjemny nawyk, hołd oddawany Bogu Wędrówki. Tak czy inaczej, waham się, czy zetrzeć kurz z oblicza Maryi, czy wyglansować ścierką ten błękit, a nawet, czy poruszyć kopiec zesztywniałych kwiatów na ziemi, wciąż jeszcze nietknięty. W starych miejscach jakieś życie, a my zawsze przechodzimy przez nie. Ten człowiek sprawia, że wyczuwam wokół domu wielkie kręgi. Przez lata całe będę się tu uczyła, czego mogę dotykać i jak. 


Docieramy

kapliczka








Była kapliczka z Matką Boską, i balkon i zielone okiennice. I napis Bramasole i kuta brama. Tylko starszego pana nie było. Za to wracając spotkaliśmy tę samą parę: siwego pana i panią w kapeluszu. Tym razem mężczyzna nie tylko się do mnie uśmiechnął ale lekko kiwnął głową. Kim był? Nie mam pojęcia. Ale z całą pewnością będę go pamiętać. I mam nadzieję, że gdy tam wrócimy znów go spotkamy. A wrócimy na pewno. Bo Włochy uzależniają.