wtorek, 17 października 2017

A dziś specjalnie dla Was kartka z "Serca z piernika"



A dziś specjalnie dla Was kartka z "Serca z piernika" :) I w sekrecie Wam powiem, że w tym co się stało maczał palce święty Antoni, specjalista od wszelkich spraw zagubionych. Akurat w tej powieści pracy mu nie zabraknie :) I mam nadzieję, że pies skradnie Wasze serca :)

niedziela, 15 października 2017

Targ nie w Cortonie ale winogrona rzeczywiście mają zapach fioletowy :)

Śniadanie :)
Kilka ostatnich dni obfitowało w tyle wrażeń, że sama nie wiem od czego zacząć. Może więc tak: nadal mamy piękną pogodę, chociaż poranki wstają mgliste. Ale za to można siedzieć rozkoszując się kawą i patrzeć jak minuta po minucie mgła się rozwiewa i z jej gęstych kłębów wydobywają się wzgórza, domy i widoczne z oddali wieże San Gimignano. W tym roku podeszliśmy do zwiedzania ze spokojem. Jemy wspólne śniadania, pijemy kawę, leżymy na leżaku(my Magdalena leżymy, bo chłopaki pluskają się w basenie:)). A dopiero potem jedziemy. Dziś będzie wyjątek, bo właśnie za chwilę, za momencik zbieramy się do Marradi na święto kasztanów. Nie mogę sobie tego odmówić, obiecuję szczegółową relację :)
Pamiętacie fragment z filmu "Pod słońcem Toskanii" gdy Frances wypisuje kartkę? I wspomina tam o tym, że w Cortonie trwa targ i że winogrona nawet zapach mają fioletowy? My też odwiedziliśmy targowisko. Wprawdzie nie w Cortonie, ale było klimatycznie, gwarnie i kolorowo. I pachnąco :) Kawa wypita w barze gdzie siedzieli sami miejscowi, boska:) Zdjęć niestety nie wstawię, bo zgapiłam się okropnie i zafascynowany wszystkim co koło nas zapomniałam o fotografowaniu. Ale za to potem udało mi się zrobić zdjęcie zastawionego do śniadania stołu :)
Jedną z naszych nowych miłości jest maleńkie miasteczko Monteriggioni. Jedliśmy tam najlepsze na świecie lody, posiedzieliśmy na pełnym ludzi placu, pogapiliśmy się w niebo... Znowu spokój, pełen śmiechu, z dostatkiem czasu, z możliwością głębokiego oddechu i popatrzenia na świat z miłością. Tutaj jakoś o ten błogostan jest łatwiej:) I wiecie co? Bez względu na to gdzie jesteście rozejrzyjcie się dookoła, przystańcie i czujecie? Na pewno tak! A jeżeli już poczuliście to pomyślcie razem ze mną: jak pięknie jest żyć!



























środa, 11 października 2017

Zwyczajność w Toskanii :) Czyli moja wielka miłość

Zaczęło się od wielkiego marzenia. I zachwytu. I obejrzenia filmu "Pod słońcem Toskanii". Zapewne na to co się we mnie wtedy obudziło miało wpływ wiele czynników. Tęsknota za słońcem, zachwyt radością, nostalgia za własnym miejscem na ziemi... W każdym razie przepadłam. Platonicznie zakochałam się w Toskanii. Pielęgnowałam tę miłość przez kilka lat. Oglądałam, czytałam wszystko co wpadło mi w ręce na ten temat. Zarażałam bliskich entuzjazmem, którego między nami mówiąc miałam mnóstwo więc było się czym dzielić. W końcu udało się! Zarezerwowaliśmy pobyt, kwatera blisko Florencji, w samym sercu Toskanii :) I tu nagle pojawił się problem. Pamiętacie Magdę z "Wymarzonego domu"? I jej lęk przed pojechaniem do ukochanej Francji? Otóż obdarzyłam ją tym samym strachem, który sama odczuwałam. Taka scena wciąż stoi mi przed oczami: ja przy zapakowanym po brzegi samochodzie, otwarte drzwi i nie mogę się zdecydować żeby wsiąść, bo co będzie jeżeli okaże się, że to na co przez tyle czasu czekałam, o czym marzyłam mnie rozczaruje? Ale na całe szczęście te obawy okazały się płonne. Wróciliśmy rozkochani, zachwyceni i z bardzo silnym postanowieniem, że do Włoch będziemy wracać. I wracamy :) I właśnie moi mili znów powróciliśmy. Z październikowego zimna i pluchy wpadliśmy prosto w słoneczne objęcia letniego popołudnia. Bo tutaj nadal jest lato :) I oszałamiająco pachnie rozmaryn, granaty rosną w ogrodach, ludzie piją wino, gestykulują, śmieją się i wygrzewają w popołudniowym słońcu na ławkach, schodach, murkach. Mieszkamy w otoczeniu gajów oliwnych i winnic. Z okna widzę strzeliste cyprysy. W południe z pobliskiego miasteczka dochodzi dźwięk dzwonów. Wczoraj nie chciało nam się nigdzie spieszyć. Zeszliśmy do Poggibonsi. Wypiliśmy kawę. Powłóczyliśmy się po wąskich uliczkach. Wspięliśmy się na wzgórze, na szczycie, którego dumnie rozparł się zamek. Jaszczurki umykały nam spod nóg. Było zwyczajnie. Błogo i dobrze. W drodze powrotnej spotkaliśmy parę: szpakowatego pana i przepięknie uśmiechniętą kobietę. Prowadzili na smyczy roześmianego psa. Ogon mu się tak machał, że mogę przysiąc, że był ucieszony. Wyglądał... No włosko :) Razem z państwem z psem szły dwa koty po kociemu dumne. Pani na nasz widok zatrzymała się i zapytała skąd jesteśmy i czy byliśmy pieszo w miasteczku. O dziwo jakoś się zrozumieliśmy, pomimo tego, że my po włosku mówimy raczej szczątkowo (co zamierzam definitywnie w tym roku zmienić:)) Gdy przytaknęliśmy zgodnie z mężem wykrzyknęli: bravo, bravo! Pożegnaliśmy się i rozeszliśmy w przeciwne strony. Oni z psem i kotami podążyli w swoją stronę a my wróciliśmy do domu. Bo chwilowo to właśnie tutaj jest nasz dom. I znów było zwyczajnie. Błogo i dobrze. I właśnie takiej zwyczajności Wam życzę. Bo to ona jest najcenniejsza. A na koniec garść zdjęć :)















niedziela, 8 października 2017

Kilka słów o bohaterach "Serca" i mała niespodzianka :)

Właśnie zajrzałam do skrzynki mailowej i oniemiałam. Otóż moi drodzy dostałam ofertę pracy. Majster budowy. Znaczy, że ja miałabym być owym majstrem. Budowy. Widzę to oczami wyobraźni. A wyobraźnię mam ostatnio rozszalałą. Właściwie to byłoby ciekawe doświadczenie a jeszcze ciekawsza budowla, która by powstała pod moim nadzorem :) Coś mi się wydaje, że byłaby podobna z goła do niczego konkretnego :). Po głębokim namyśle postanowiłam się jednak wstrzymać z przyjęciem tej propozycji. Choć kto wie co może wydarzyć się w dalekiej przyszłości. 
Za to dokładnie wiem co wydarzy się w najbliższych dniach :) Otóż w wasze ręce trafi "Serce z piernika".  A żeby umilić Wam czas oczekiwania dwa małe fragmenty :) 
O Klementynie i jej piernikowej pasji. O Pogubionej Agacie i małej Dobrochnie. O Srebrnej Natalii i Starej Annie. O Julii, która postanowiła odejść ale w ostatniej chwili została zawrócona. O świętym Antonim, który jako specjalista od rzeczy zagubionych  w różowej kamienicy ma ręce pełne roboty. Tyle serc się pogubiło w zagmatwanej plątaninie ludzkich losów i upływającego czasu. 
W tych obiecanych fragmentach nie ma tego wszystkiego. Jest tylko kawałeczek początku. Ale sami wiecie, że każda, nawet najdłuższa historia musi jakoś się zacząć. A tu tak naprawdę zaczęło się od specjalnego piernikowego domku. I od ducha świąt i piernikowej magii :) 


***
Starsza pani spała na boku, jej obszyta koronkami koszula unosiła się na piersi w równomiernym oddechu. Klementyna przez moment patrzyła na jej siwe, zaskakująco gęste włosy zaplecione w długi warkocz, na mapę zmarszczek, które wyrysowały na twarzy odbicia radości i smutków, gniewu i goryczy. W tych bruzdach wyżłobionych przez czas zapisana była również jej historia. Jej dziecięcy śmiech, łzy, nadzieje i marzenia. Delikatnie podciągnęła zsuwającą się z łóżka kołdrę, otuliła drobne ramiona śpiącej i cichutko wyszła z pokoju. Nieomal bezwiednie podążyła w stronę kuchni. Poczuła, że cichaczem, prawie niedostrzegalnie, nadszedł właściwy moment na stworzenie pierwszego w tym roku domku z piernika. Zawsze przychodził niespodziewanie. Czasem budziła się w środku nocy i półprzytomna gnała do kuchni, czasem czuła to charakterystyczne, tajemnicze coś, stojąc w kolejce po pieczywo albo po numerek do lekarza. Zazwyczaj w takich momentach porzucała wszystko, czym się zajmowała i biegła rozstawiać stół w kuchni. Teraz, tak jak co roku, wykrojone ściany i dachy już od jakiegoś czasu czekały na to, by ze złotych piernikowych płacht zamienić się w otulone lukrowym śniegiem, przytulne chatki. Pierwsza zawsze była najważniejsza. Klementyna robiła ją dopiero wtedy, gdy poczuła ogromny przypływ miłości połączony z lekkim smutkiem i tęsknotą. I właśnie teraz mieszanka tych uczuć wibrowała wokół jej serca. Palce aż ją świerzbiły, gdy przygotowywała styropianową podkładkę, na której miał stanąć magiczny, miniaturowy dom. Z koronkowymi firankami zawieszonymi w oknach, z ośnieżonym kominem, z płotkiem, studnią i przepięknie przystrojoną choinką. Miała go przed oczami, tak jakby już był zrobiony. 
Będzie dokładnie taki, jaki byłby mój dom, gdybym go posiadała – pomyślała i z czułością pogładziła piernikowe ściany. 


***
Tymczasem Klementyna, nieświadoma tego, co dzieje się za ścianą, przebywała w zupełnie innym świecie. Niejednokrotnie już dziękowała losowi za to, że pozwolił jej odkryć piernikową pasję. Gdy stawała do stołu i zaczynała wykrawać, lepić, mieszać lukry, tworzyć kompozycje z barwników, czuła się jak alchemiczka. Czarodziejka, która za pomocą foremek, wykałaczek, igieł i pędzelków wyczarowywała słodkie, zniewalająco pachnące dzieła sztuki. Jej pierniczki z roku na rok cieszyły się coraz większym powodzeniem. Doszło do tego, że pierwsze zamówienia spływały już od marca. Jej stali klienci doskonale wiedzieli, że tutaj działa zasada: kto pierwszy, ten lepszy. Duże firmy zamawiały u niej słodkie prezenty bożonarodzeniowe dla pracowników i przepięknie dekorowane pierniczki na choinki. Nowożeńcy piernikowo dziękowali swoim gościom, goście składali pachnące życzenia nowożeńcom. Rodzice chrzestni zamawiali lukrowane wózeczki i smoczki. Wyczarowywała też piernikowe wyznania dla nieśmiałych i pierniki z wróżbą dla niepewnych. Ale najbardziej przez nią ukochane, wyczekiwane z największą niecierpliwością przez cały rok były domki z piernika. Były jej specjalnością. Klienci ustawiali się po nie w długich kolejkach i zawsze towarzyszyła im niepewność, czy dostaną swoje zamówienie. Informowała o tym uczciwie. Piernikowe chatki miały swoje kaprysy. Wyglądało to trochę tak, jakby to one decydowały o tym, kiedy, dla kogo i jak chcą być zrobione. Czasami stawała przy stole, zakasywała rękawy, brała do rąk wykrojone ściany i już po chwili odkładała je na bok, wiedząc, że nic z tego nie będzie. Nie chciały się zlepiać, stać prosto, miękko opływać białym lukrem. Początkowo usiłowała to przełamać, pracować na siłę, ale szybko okazało się, że zrobione wbrew ich woli domki wyglądały jak rudery. Tak jakby robił je ktoś zupełnie pozbawiony wiedzy i talentu. 
- To magia – tłumaczyła lekko zakłopotana. – A na magię nie ma rady – dodawała, doskonale zdając sobie sprawę, że większość słuchających bierze ją za dziwaczkę. 
Ale nic z tym nie mogła zrobić.
- A czym ty się w ogóle przejmujesz? – zapytała ją któregoś dnia Imka. – Jesteś artystką, a artyści mają swoje fanaberie. Jak komuś nie podoba się wersja z magią, to niech przyjmie tę przyziemną. Masz prawo do kaprysów. Tyle tylko, że powinnaś bardziej popracować nad wizerunkiem. Wtedy to by było bardziej oczywiste. Powinien otaczać cię ulotny nimb ekstrawagancji i szaleństwa. Wyobraź sobie powłóczyste szaty, zwiewne rękawy, szklana kula…
- Aha i jeszcze stado nietoperzy zwisających u powały – przerwała jej ze śmiechem te rojenia. – Te powłóczyste suknie najbardziej mnie przekonują… Już je widzę po pierwszym dniu w kuchni. Całe ubabrane w lukrach, mące i cieście. 
- Toż ja ci wcale nie każę tarzać się w nich na umączonej stolnicy! Powinnaś je zakładać na oficjalne spotkania…
- Imka, ja najczęściej przyjmuję zamówienia mailowo i przez telefon. Mój wizerunek odgrywa tutaj najmniejszą rolę. Pierniki mówią same za siebie. Nie potrzebują mojej twarzy.
- Ależ potrzebują, i to jak! Stronę internetową masz, na facebooku też jesteś, to zdjęcia mogłabyś sobie porobić. Takie wiesz – tu uniosła znacząco brwi.
- To może od razu pójdźmy na całość! Wyobraź sobie taką scenę: mój umączony stół, rozrzucone pierniki, a pośród tego wszystkiego ja całkiem naga… I zobacz, jaka oszczędność, nie będę musiała inwestować w suknie, kule i czarne koty!
- Jak to dobrze, że zajmujesz się piernikami, a nie jesteś specjalistką od wizerunku – prychnęła Irmina. – Toż to by była klapa na całego! 
Układając piernikowe ściany na stole, przypomniała sobie tę rozmowę i mimowolnie się uśmiechnęła. Poczuła, że właśnie tego jej brakowało, żeby domek, który tworzyła, był doskonały. Odrobiny humoru i bezinteresownego oddania. Wciągnęła głęboko powietrze przesycone cynamonowo-kardamonowym aromatem i bezwiednie zaczęła nucić:

Co byś chciała pod choinkę?
Może z nieba gwiazdkę małą
Rozjaśniłaby choć krzynkę
Twoją buzię osowiałą

Może chciałabyś niedźwiadka
Z marcepanu, z cukru świnkę
Ach, nie lada to zagadka
Co byś chciała pod choinkę

Może jakiś blask, może jakiś cień
Może jakiś zagubiony, zapomniany dzień
Może jakiś głos, może kilka słów
Coś, co poszło w obce strony, lecz się zjawi znów (… )

I właśnie w ten oto sposób, pomimo tego że była dopiero końcówka października, Duch Bożonarodzeniowy został przywołany. I dobrze, że stało się to tak wcześnie, bo miał tu huk roboty. Szczególnie wziął sobie do serca refren śpiewanej przez Klementynę pastorałki: 

Może jakiś blask, może jakiś cień
Może jakiś zagubiony, zapomniany dzień
Może jakiś głos, może kilka słów
Coś, co poszło w obce strony, lecz się zjawi znów (…)

Wszystko mu się zgadzało: i zagubiony dzień, utracony blask i to coś, co zagubiło się w odmętach czasu i obcych stronach. 
Niewątpliwie potrzebny był tu cud nad cudami, ale od czego jest grudzień, wigilia i święta? Szczególnie jeżeli przygotowania do tego spektakularnego wydarzenia można zacząć dużo, dużo wcześniej. Duch Świąt zatarł z zadowoleniem ręce. W końcu od prawieków cuda były jego specjalnością.

***
Tymczasem piernikowa magia działała pełną parą. Unosiła się nad pochylonymi plecami Klementyny, oplatała się wokół oblepionych lukrem palców, muskała drzwi lodówki z przyczepioną rozpiską najbliższych dni. Przedostawała się też wąską stróżką do wszystkich pozostałych pomieszczeń. Otuliła śpiącą, kędzierzawą główkę Dobrochny, zawisła na końcówce siwego warkocza babki Agaty. I postanowiła działać. A magia ma to do siebie, że jeżeli już się pojawi, to nie ma na nią rady. Trzeba ją po prostu przyjąć z całym dobrodziejstwem inwentarza. 
 

czwartek, 28 września 2017

Kocham takie spotkania :)

Przepięknie wyhaftowane etui, tajemniczy słoiczek z przepyszną
zawartością i przepis na deser z dyni piżmowej
oraz rzeczona dynia :) Pani Wiesławo
dziękuję! 
Jutro już ostatnie ze spotkań zaplanowanych na ten tydzień. A przecież dopiero co był poniedziałek i pierwsze spotkanie w Czarnem :) A to spotkanie z cyklu tych, których się absolutnie nie zapomina. Energia, uśmiech, ciepło, to wszystko aż promieniowało od Pań, które dane mi było poznać. Z całego serca dziękuję Wszystkim obecnym. Pani Natalii za cudowny temperament, za rewelacyjne prowadzenie spotkania, za ciepło w oczach i uśmiech :) Pani Wiesławie za cudowny prezent i przepis, z którego skorzystam od razu po powrocie do domu (ja także gotuję :) ) Dziewczyny wszystkie razem i każda z osobna byłyście cudowne! Wproszę się do Was zupełnie prywatnie na wino  ciacho :) A wszystkim koleżankom po piórze z ręką na sercu polecam bibliotekę w Czarnem. Jeżeli dostaniecie zaproszenie mówcie "tak" bez namysłu, bo do takich miejsc po prostu trzeba pojechać. DZIĘKUJĘ!!!