niedziela, 7 sierpnia 2016

Paryż nigdy nie ma końca czyli Paryska żona

Paryż lat dwudziestych. Kafejki, restauracje, pisarze, poeci, artyści. Morze alkoholu, zabawa po sam świt. Miłość, bezgraniczne szczęście i równie bezdenna rozpacz. Młodziutki Hemingway i jego pierwsza żona Hadley Richardson. To wszystko przesunęło mi się przed oczami gdy tylko zobaczyłam zapowiedź powieści napisanej przez  Paulę McLain "Paryska żona". Historia Ernesta i Hadley nie była mi obca. Znałam ją z "Ruchomego święta", książki napisanej przez Hemingwaya. Jednej z moich ulubionych. Ale o ile w "Ruchomym święcie" poznajemy historię z punktu widzenia Ernesta, to "Paryska żona" przedstawia nam zupełnie inne spojrzenie na te same wydarzenia - spojrzenie żony pisarza. Oczywiście nie jest to biografia, to powieść ale mocno oparta na faktach.
Autorka tak o tym pisze:

“Choć Hadley Richardson, Ernest Hemingway i inni pojawiają się w tej książce jako postaci powieściowe, to jednak faktycznie istnieli i musiałam z jak największą dokładnością, zgodnie z istniejącymi dokumentami, oddać szczegóły ich biografii. Prawdziwa historia małżeństwa Hemingwayów, bardzo dramatyczna i wzruszająca, została przepięknie przedstawiona przez samego Ernesta Hemingwaya w Ruchomym święcie, a ja postanowiłam sięgnąć głębiej, do emocji bohaterów, i dać nowe spojrzenie na wydarzenia historyczne, pozostając jednocześnie wierna faktom.”

I rzeczywiście emocji jest w powieści sporo. Tak samo jak atmosfery charakterystycznej dla paryskiej bohemy. Miłość Ernesta i Hadley zawsze wydawała mi się piękna. Choć Hadley wcale nie była pierwszym wielkim uczucie, Hemingwaya. Ernest miał za sobą wielką nieszczęśliwą miłość z czasów pierwszej wojny. Zakochał się na zabój w pielęgniarce, przeżył z nią gorący romans, ale dziewczyna nie zamierzała się z nim związać na stałe. Rzuciła go. A potem nastała Hadley. Dobra, miła, opiekuńcza. Stawiająca dobro Ernesta ponad wszystko. Kochająca go bezwarunkowo. Oddana. Wyszła za Ernesta i przyjechała z nim do Paryża. Żeby jej mąż mógł spełnić swoje największe marzenie, żeby mógł zostać pisarzem.
Ernest i Hadley

I rzeczywiście nie wiadomo jak potoczyłyby się jego losy gdyby zdecydowali się zamieszkać gdzie indziej. Być może Ernest stał by się kimś zupełnie innym. Być może gdyby nie wciągnęłaby go paryska atmosfera i towarzystwo nie napisałby tekstów, które zaprowadziły go na szczyt. Ale przyjechali właśnie tutaj i chyba właśnie to miasto przesiąknięte artystyczną atmosferą, ludzie, którzy mieli podobne marzenia i pragnienia sprawili, że Ernest w przyszłości stał się wielkim pisarzem. Ale czy szczęśliwym człowiekiem?
Ale chwilowo nie wybiegajmy tak daleko w przyszłość. Otwierając "Paryską żonę" najpierw zanurzymy się w życie dwojga młodych i zakochanych w sobie ludzi. Pijanych młodością, cieszących się życiem i sobą. Choć już wtedy widać było, że Ernest kocha przede wszystkim swoją pracę. Był na swoim punkcie niesamowicie wrażliwy, żeby nie powiedzieć przewrażliwiony. I pokiereszowany duchowo. Przeżycia z pierwszej wojny zostawiły trwałe ślady. Hemingway sypia  przy zapalonym świetle, bo tylko wtedy udaje mu się unikać koszmarów, choć te i tak od czasu do czasu wracają, miewa napady depresji, wątpi w sens życia. Bycie z kimś takim, odpowiedzialność za niego wymagało ogromnego hartu ducha. Hadley stała się jego opoką, jego stałym punktem w świecie, jego powierniczką i kimś na kim bezwzględnie mógł polegać. Ile to ją kosztowało? I jak wielka może być miłość? Czy rzeczywiście wszystko wybacza?
Na jednej z ostatnich kart książki padają takie słowa:

"Czasem było mi przykro pomyśleć, że dla ludzi śledzących z zainteresowaniem jego życie byłam tylko pierwszą żoną, paryską. Ale to chyba przemawiała przeze mnie próżność, pragnienie wyróżnienia się w długim szeregu kobiet. Prawdę mówiąc, nie miało to dla mnie znaczenia, co widzieli inni. My wiedzieliśmy, co razem przeżyliśmy i co o znaczyło, i choć od tamtej pory wiele się wydarzyło w jego i w moim życiu, to jednak nic nie mogło dorównać tamtym powojennym latom w Paryżu. Życie było boleśnie czyste, proste i dobre, i wierzę, że Ernest był wówczas najlepszy."

Cokolwiek można powiedzieć to na pewno nie to, że Hadley była jedynie pierwszą żoną. Była aż pierwszą paryską żoną. Szczególną kobietą, którą Ernest kochał zupełnie inaczej niż wszystkie późniejsze przewijające się przez jego życie. W pewnym sensie stała się też jego ostatnią miłością. Bo to właśnie jej poświęcił "Ruchome święto", które kończy się tymi słowami:

"Paryż nigdy nie ma końca i wspomnienia każdego, kto w nim mieszkał, różnią się od wspomnień kogoś innego. Zawsze do niego wracaliśmy bez względu na to, kim byliśmy czy jak się zmienił, czy z jakimi trudnościami albo łatwością można było tam dotrzeć. Paryż zawsze był tego wart i otrzymywało się zapłatę za wszystko, co mu się przyniosło. Ale taki był Paryż w tych dawnych czasach, kiedy byliśmy bardzo biedni i bardzo szczęśliwi."

Zachęcam Was bardzo serdecznie do sięgnięcia po obie pozycje. Hadley zasługuje na to by o niej pamiętać. A w powieści "Paryska żona" można się rozkochać. Na moment cofnąć czas, zanurzyć się w przeszłość i razem z Hemingwayem, Hadley, Gertrudą Stein i wieloma wieloma innymi napić się absyntu, pospacerować po ogrodzie luksemburskim i przetańczyć całą noc w ramionach dawnego Paryża, który przecież nie ma końca...

   

sobota, 6 sierpnia 2016

O tym, że chciałabym zaprzyjaźnić się z Lucy Maud Montgomery i o tym, że skończyłam :)


Podczytuję dziennik Lucy Maud Montgomery. I utwierdzam się w przekonaniu, że to była wspaniała i wrażliwa kobieta. I zapewne byłaby cudowną przyjaciółką. Poza tym wiele nas łączy. Na przykład to pisanie w upale :) Też miałam wrażenie, że na moim uroczym poddaszu wyzionę ducha. Mogłabym się założyć, że mój mózg przybierał momentami postać płynną. A przypomnę, że pisałam ni mniej ni więcej opowieść bożonarodzeniową :) Skończyłam i mam nadzieję, że jednak część moich szarych komórek ocalała i nie wszystkie wyparowały :) Powieść jak zwykle nieco mnie zaskoczyła. Bo co innego planowałam a co innego wyszło. Jest o miłości. Takiej szeroko rozumianej. O wybaczeniu i szukaniu szczęścia. O cudach, które tak naprawdę są na wyciągnięcie ręki. I o miłości... Tak wiem, że już o tym wspominałam, ale w tej książce jest jej dużo. I jest też taka klasyczna. Cud odnalezienia. I o tym czym tak naprawdę powinno być Boże Narodzenie. I o pustym miejscu przy stole i zbłąkanym wędrowcu i tęsknocie i dziewczynce bez zapałek i... Mogłabym tak długo ale przecież już niedługo sami się przekonacie.
A teraz powróćmy do Lucy. Mały fragment a jak wiele o niej mówi. Też czujecie, że moglibyście się z nią zaprzyjaźnić?

23 sierpnia 1901
(...) Całe lato spędziłam pracowicie i nienagannie. Pisałam opowiadania i listy, czytałam powieści, dzieła historyczne i encyklopedie, i sumiennie uczęszczałam do kościoła. Zbierałam jagody, zajmowałam się kobiecymi robótkami i fotografią, piekłam ciasta i przyrządzałam puddingi, chodziłam z wizytą i przyjmowałam wizyty. Przygrywałam do tańca i tańczyłam gdy inni grali. Śmiałam się i płakałam, popadałam w radosne uniesienie i jęczałam z rozpaczy - i jestem tym wszystkim zmęczona, zmęczona, zmęczona. Chciałabym usnąć "na wiek lub dwa". Ale to byłaby, mimo wszystko, rozrzutność. Osiem godzin snu wystarczy w zupełności - i obudzę się rano w pełni sił, gotowa do wyścigu.
A moje zajęcia? Pisanie listów? Cóż, piszę je. Nie potrafię się powstrzymać., chociaż w wielu wypadkach, wolałabym tego uniknąć - po cóż bowiem pisać listy, jeśli nie wkłada się w nie ani odrobiny serca? Albo czytać je z taką samą obojętnością?
Są listy, które bardzo lubię pisać. Mam w nich wiele do powiedzenia, a pióro sunie gładko po papierze, wyrażając moje myśli i tworząc epistołę, której nie wstydzę się podpisać własnym imieniem. Ale są również listy, które wstydzę się podpisywać, z uwagi na ich bezmyślność. Nienawidzę pisania podobnych i wyduszam je z siebie machinalnie, odpisując ludziom, z którymi przestałam już mieć cokolwiek wspólnego,lecz nie chciałabym całkowicie zrywać znajomości.
A kościół? Czasami pytam sama siebie, dlaczego mimo wszystko, uczęszczam na nabożeństwa tak regularnie. Cóż, przyczyn jest bardzo wiele, niektóre nader szlachetne, inne błahe i wstydliwe. Tak po prostu wypada - to jedna z błahych przyczyn - i gdybym nie chodziła do kościoła napiętnowano by mnie jako czarną owcę. Ponadto w naszej cichej, spokojnej okolicy kościół jest istotnie jedynym miejscem spotkań towarzyskich, i to regularnych. Wychodzimy z domu, spotkamy znajomych i przewietrzamy odświętne stroje, które w innym przypadku byłyby zdane na łaskę moli i wilgoci.
O, cóż to za żałosne uzasadnienia! Znajdźmy lepsze!
Chodzę do kościoła ponieważ sądzę, że dobrze jest w pewnych chwilach odciąć się od świata i spojrzeć memu duchowemu ja prosto w oczy. Myślę, że należy wszędzie szukać prawdy, nawet jeżeli nigdy jej nie w pełni nie odkryję; a ponadto kościół i msza dobrze na mnie wpływają i wydobywają na powierzchnię to, co najlepsze - wspomnienia dawnych dni, przyjaciół, dziecięce dążenia do piękna i świętości. Wszystko to powraca jak krople duchowego błogosławieństwa - i dlatego chodzę do kościoła.

mapa Avonlea

A prócz tego czytam - o, to mój stary, niezawodny klucz do krainy czarów! Czytam powieści - niektóre są tak zachwycające, że nie usnę póki ich nie skończę. Przysuwam stół do łóżka, okładam się poduszkami i śledzę przygody bohaterów do samego końca, po czym wracam raptownie do rzeczywistego świata i uświadamiam sobie, że nafta już się dopala, bolą mnie oczy i jestem bardzo senna.
Nie czytam jednak wyłącznie beletrystyki. Rozkoszuję się książkami historycznymi i biografami, a także encyklopedią, której dwa lub trzy tomy wypożyczam raz w miesiącu i wertuję w poszukiwaniu rozmaitych informacji. Gdy łaknę słowa pisanego, nawet cała encyklopedia jest lepsza niż nic!
A gdy mowa o moim własnym pisaniu, trudziłam się w pocie czoła przez całe lato i wyciskałam z siebie opowiadania i wiersze w dni tak upalne, że obawiam się, iż mój kręgosłup zupełnie się roztopi, a szare komórki wyparują bezpowrotnie. Ale kocham tę pracę! Kocham wymyślanie fabuł i przesiadywanie przy oknie, gdy moje ulotne fantazje przybierają poetycką formę. Tego lata wiodło mi się dobrze i mogę dopisać do mojej listy kilka nowych czasopism. Każde ma inny charakter i muszę się dostosować do ich odrębnych  wymagań. Piszę mnóstwo opowiadań dla młodzieży. Lubię to, ale wolałabym nie wplatać morałów we wszystkie historie. Nikt jednak nie kupi opowiadania bez morału. A ja chciałabym napisać - a także przeczytać, choć raz - jakąś pyszną, wesołą opowiastkę, napisaną zgodnie z zasadą "sztuka dla sztuki" - a raczej "zabawa dla samej zabawy" - bez morału, dorzuconego podstępnie, niczym łyżka konfitury. Lecz redaktorzy, dbający o "młodego czytelnika", traktują siebie nazbyt poważnie i uważają, że morał jest niezbędny - w jego węższym bądź szerszym znaczeniu, co już zależy od charakteru danego czasopisma.
W przyszłym miesiącu wybieram się do Halifaksu na Wystawę. Czuję, że przyda mi się krótki wypoczynek przed nadchodzącą zimą.


A to Ania i Gilbert. UWIELBIAM!!!


wtorek, 2 sierpnia 2016

Ta nasza miłość jest najdziwniejsza, Bo przyszła do nas z grzechotem salw...

Miłość. Gdyby nie ona nie byłoby żadnego oporu podczas wojny. Nie byłoby Powstania. Bo miłość do ojczyzny to jedno, ale ta zwyczajna, ludzka miłość to zupełnie inna sprawa. To właśnie ona napędza i góry przenosi. To ona daje siłę i wiarę i nadzieję. Nawet wtedy gdy świat się wali i leży w gruzach całe dotychczasowe życie. A w tym wypadku to niestety nie przenośnia. To bolesna i okrutna prawda. W Powstaniu Warszawskim ginął świat o który walczyli Powstańcy. Miasto przestało istnieć, a pod jego gruzami pozostały pogrzebane tysiące miłości, łez i pragnień. Tysiące ludzi, którzy mieli plany na przyszłość, którzy kochali i jedyne czego chcieli to normalnie żyć. O nich właśnie pisze Sławomir Koper w książce "Miłość w Powstaniu Warszawskim".
Właściwie to tytuł jest nieco zwodniczy. Bo to nie tyle opowieści o miłości, ale o ludziach w ogóle. O uczuciach, które nimi targały, o rozpaczy i pragnieniu życia. O powstańczych ślubach i tęsknocie by choć na chwilę poczuć się kochanym człowiekiem. O miłości i tej co trwała już wiele lat ale i tej zmysłowej, pełnej pośpiechu i rozpaczy. O Warszawie, która z dnia na dzień zmieniała się w wielki cmentarz. O żegnaniu się z bliskimi. Szaleństwie, alkoholu i okrucieństwie. Bo Warszawa w czasie powstania to teren jednego wielkiego mordu, największej zbrodni. Hitlerowcy dość szybko otrząsnęli się z pierwszego zaskoczenia i zaczęli metodyczne wyniszczanie miasta. A to znaczyło nie tylko wyburzanie murów, ale też zagładę ludności cywilnej. Na pierwszy rzut poszła Wola. To co tam się działo przekracza możliwość pojmowania współczesnego człowieka. Człowieka nie mającego styczności z bestialstwem wojny. Zabijano mężczyzn, kobiety i dzieci. Kobiety bardzo często najpierw gwałcono. Gdy ciała nie chciały się palić zmieniono technikę. Zanim ludzi rozstrzelano kazano przywiązywać do nich drewniane sztachety. W ten sposób zapewniano niezbędną podpałkę.


Sławomir Koper opisał dramat stolicy w niezwykły sposób. Pisze krótko, zwięźle ale właśnie ta forma najbardziej łapie za serce i trafia w najczulsze punkty. Opis przejścia kanałami zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Pozwolę sobie zacytować fragmenty:

"Ewa moja szyfrantka, dostała ataku szału(...) Niesiemy ją kolejno, potykając się o trupy, plecaki i porzuconą broń. Niesamowite wycie Ewy łączy się z odgłosami innych, podobnych wrzasków..."

"...Po drodze napotykamy obłakanego nieszczęśliwca biegającego nago wśród trupów i wzywającego swojej >>Basi<<."

Co musieli przeżywać ludzie idący kanałami wiedzą tylko ci, którzy to przeżyli. Potwierdzeniem tego jest reakcja amerykańskich producentów, którzy po pokazie filmu "Kanał" nakręconego na podstawie scenariusza Jerzego Stefana Stawińskiego, który przeżył przeprawę, biegali za panem Stefanem chcąc go natychmiast zatrudnić w Hollywood. Uważali, że Stawiński ma niesamowitą wyobraźnię i wymyślił wojnę w kanałach. Gdy przekonywał, że napisał scenariusz na podstawie własnych przeżyć nikt nie chciał mu wierzyć.

Sławomir Koper poza zgromadzeniem historii nie cofa się przed powiedzeniem niewygodnych dla niektórych prawd. O tym, że powstanie z góry było skazane na niepowodzenie, że ci młodzi ludzie z miejsca zostali skazani na śmierć. Nie mówi o tym czy Powstanie było czy nie było potrzebne, ale nie unika odważnych stwierdzeń. Cała książka jest niesamowitą opowieścią o ludziach, o ich mieście i odwadze. A czy istnieli ludzie bez uczuć? Czy biliby się gdyby nie kochali i nie chcieli normalnie żyć? Jeżeli ktoś miałby wątpliwości o co tyle szumu i jeżeli nie wystarczy mu proste stwierdzenie, że  tylko w ten sposób można ocalić tych ludzi od zapomnienia może przekona go ten cytat:

„Spacerując po cmentarzu, jakim jest Warszawa, warto pamiętać, że tutaj ginęli młodzi ludzie, którzy chcieli żyć, kochać, założyć rodziny, a na koniec zestarzeć się przy bliskiej osobie. Zamiast tego spotkała ich śmierć, a w najlepszym wypadku emigracja lub stalinowskie więzienie” 


poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Pamiętajmy!

Obudził mnie dzisiaj plusk deszczu. Całą noc padało. Za oknem pochmurno i deszcz na szybach zostawił mokre ślady podobne do łez. A ja patrząc na tę szarugę pomyślałam o tym jak wielkie mam szczęście. Jak wiele go mają moje dzieci, przyjaciele, sąsiedzi. Jak dobrze, że mogę w tak wielkim spokoju witać pochmurne niebo mając świadomość, że za kilka godzin, a może dni wyjdzie słońce. Że będę mogła znów wystawić do niego twarz, pójść z córką na kawę a syna zabrać na lody. Proste przyjemności, dostępne nie dziś to jutro. Bo przecież mam przed sobą wiele dni. Nikt nie przyjdzie do mojego domu, nie załomocze kolbami karabinów do drzwi. Nikt nie będzie strzelał, ustawiał pod murem, katował na Pawiaku. Jak cudownie jest tak po prostu żyć! I wiecie to jest jeden z tych dni, w którym powinniśmy szczególnie to docenić. W którym trzeba przysiąść i opowiedzieć dzieciom o tych, którzy pierwszego sierpnia czterdziestego czwartego roku wyszli z domów po to żeby walczyć o nas, choć o naszym istnieniu nie mieli jeszcze pojęcia. Którzy nie mieli tej przyszłości tak jasnej i pewnej. Pomyślmy o matkach, które patrzyły jak ich dzieci, które powinny grać w piłkę, bawić się i jasno stąpać w przyszłość wychodzą w mrok. Pomyślmy o dziewczętach i chłopcach, którzy oddali życie po to żebyśmy my teraz mogli śmiać się, kochać i spokojnie spać. I gdy godzina W znów się rozpocznie pochylmy głowę i pomyślmy o Powstańcach. O dziewczętach:

Dziewczyny łączniczki, bez nazwisk dziewczyny
Po prostu Danuty, Barbary, Krystyny
W swych ładnych sukienkach, tak miło dziewczęce
Ze szminką na ustach i śmiercią w torebce
I takie powabne, i takie dziewczęce
Samotnie szły przeciw niemieckiej potędze
Robiły co mogły by wygrać swą grę
Czasami wracały, czasami zaś nie

O chłopcach, którzy na Woli, w kanałach, na barykadach... oni dzisiaj wszyscy powinni wrócić. A my powinniśmy pamiętać. Bo to dla nas poświęcili swoją młodość, przyszłość... Czasami wracali, czasami zaś nie... Niech wrócą dziś dzięki naszej pamięci.



  

środa, 13 lipca 2016

Eeee no po prostu umarłam!

Obrazek jest po prostu na dzień dobry:)
Ludzie kochani, ja wszystko rozumiem... Stop. Jednak nie wszystko. Proszę oto fragment dzisiejszego maila: "Pani jest oszustką. W jednej z pani książek jest takie zdanie: Trafię. Pani i tak ma mnóstwo pracy. Na pewno już je kiedyś czytałam w innej książce. Przepisywać to każdy umie!" No po prostu mnie zatkało. Jedyne co mogę to z niedowierzaniem zapytać, naprawdę? Naprawdę to nie żart? To tak w ramach przedpołudniowego rozbawienia wszystkich. Nie wiem czy mogę Wam życzyć miłego dnia, bo na pewno już mnóstwo ludzi robiło to przede mną :) Jednak zaryzykuje i wam pożyczę wszystkiego co najlepsze:) Opóźniona fasola będzie. Pamiętam, tylko doba nie chce mi się wydłużyć :)


poniedziałek, 11 lipca 2016

Kochani!

Fasola jutro, bo wpadli do nas przyjaciele i oddaję się życiu towarzyskiemu :) Ale tutaj wpadłam żeby życzyć wam dobrej nocy. Śpijcie dobrze, niech Wam się śni!