wtorek, 26 maja 2020

W pałacu przeszłość tęsknie wzdycha czyli o Bożkowie, Dolnym Śląsku i pewna zapowiedź

Dzień dobry :) Część z Was, którzy zaglądają do mnie na instagrama  widzieli wczoraj to zdjęcie:


Ba, niektórzy nawet odgadli jakie są nasze tegoroczne plany wakacyjne :) Mieliście racje, tym razem padło na nasz ulubiony Dolny Śląsk :) I bliższe i dalsze okolice Kłodzka. Powolutku zaczynają krystalizować się szczegółowe plany. Część miejsc już odwiedziliśmy wcześniej ale wrócimy do nich ponownie, część zobaczymy po raz pierwszy. Na pewno zaczniemy od Srebrnej Góry, bo tam się zatrzymamy. Twierdzę widzieliśmy już kilka razy ale zawsze wracamy, mamy do niej sentyment. Zresztą ze Srebrną Górą wiąże się pewna opowieść o tym jak o mało co nie wyzionęłam ducha, ale o tym opowiem kiedy indziej :) Chcemy też zahaczyć o nasz ulubiony, ogromny wiadukt w Srebrnej Górze i o pozostałe, których jeszcze nie widzieliśmy. Jednym z miejsc, które jest na liście zatytułowanej "na pewno, mus, nic nas nie powstrzyma" jest też pałac w Bożkowie. Byliśmy tak kilkakrotnie. W końcu w 2013 roku udało nam się wejść do środka. I dziś chciałabym zabrać Was w podróż sentymentalną, wspomnieniową, letnio jesienną i przypomnieć Wam tekst, który napisałam właśnie po tej wizycie. I już, awansem, zaprosić Was na kolejną, tegoroczną odsłonę tego miejsca :) Bo oprócz tego, że pojedziemy na wakacje, oprócz tego, że zamierzamy Was ze sobą zabierać i na wędrówki i na penetrowanie zamków i pałaców to dodatkowo zamierzamy spełnić obietnicę daną lata temu... Kochani otóż szykuje się nasza Kordelowa opowieść o Dolnym Śląsku :) Taka książkowa opowieść :) Przewodnik do czytania i zakochania. Nawet nie wiecie jak bardzo jestem podekscytowana na samą myśl o tym nowym, o tym, że będę mogła zabrać Was ze sobą, o tym, że blog zaroi się od ścieżek, ścieżynek, zakamarków, w które będziemy wspólnie zaglądać :) A teraz spójrzcie na Bożków z 2013 roku. Już nie mogę się doczekać aż będę mogła pokazać Wam jak to wygląda dziś... No właściwie jutro czyli w sierpniu :) Ale teraz już milknę i oddaję głos sobie sprzed kilku lat:



"Za oknem jest już jesiennie. Bez obaw nie zamierzam zamęczać Was narzekaniem jak to jest okropnie i ponuro. Nic z tego, bo ja jesień bardzo, ale to bardzo lubię. I to każdą jej odsłonę. I tę złoto - purpurową i tę z nostalgicznie wyjącym wiatrem i zacinającym w szyby deszczem. Zamęczę Was za to czym innym:)

Właściwie nie wiem dlaczego zaczęłam od jesieni. Być może dlatego, że siedzę przed oknem i cały czas widzę rudziejące liście. Albo dlatego, że zamierzałam w tym poście wrócić jeszcze na moment do lata, do wakacji i do pewnego miejsca, które odwiedzamy rok po roku. Oczywiście pewnie większość z Was na samą myśl, że znowu zamierzam nękać wszystkich moją dolnośląską obsesją jęknęła protestująco. Ale zanik krzykniecie: nie, nie chcemy, przeczytajcie choć kawałek, bo pałac o którym chce napisać naprawdę wart jest pamięci. I uwagi. Odkryliśmy go kilka lat temu. Zrobiliśmy wtedy objazd pałaców i dworów dolnośląskich. Po niektórych zostały tylko kupy gruzu (z takiej własnie ruiny wygrzebaliśmy kawałek marmuru i przechowujemy dla potomności:)), inne trzymają się i opierają czasowi, ale widać, że powoli z nim przegrywają, jeszcze inne mają się całkiem dobrze. I własnie wtedy na naszej trasie znalazł się też Bożków. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam poszukiwany przez nas pałac stanęłam przy ogrodzeniu oniemiała z zachwytu. Pałac choć nadgryziony zębem czasu wyglądał jak z bajki. Z białymi cylindrycznymi wieżyczkami, z urokliwymi okienkami, z widocznym zza ogrodzenia zarośniętym parkiem sprawiał wrażenie przeniesionego z jakiegoś innego świata. Przyklejeni do ogrodzenia (ja, mąż i córka) staliśmy usiłując sięgnąć wzrokiem jak najdalej, uchwycić jak najwięcej.  Dopiero po chwili zauważyliśmy, że brama jest uchylona i weszliśmy na teren. Obeszliśmy pałac dookoła, usiedliśmy na schodach przypałacowego parku i nie mogliśmy napatrzeć się na zbudowany w stylu francuskich zamków, przepiękny budynek. Kuba (mąż) poszedł zasięgnąć języka u miejscowych i tak dowiedzieliśmy się, że jest pewien pan, który opiekuje się pałacem i ma klucz. Ponoć czasem jak się go poprosi wpuszcza do środka. Oczywiście z miejsca ruszyliśmy na poszukiwanie owego pana klucznika, ale szczęście nam nie sprzyjało. Nie znaleźliśmy go. Ale pałac w Bożkowie zajął już miejsce w naszych sercach, rozkochał nas w sobie. Wiedzieliśmy, że będziemy do niego wracać, chociażby po to, żeby zerknąć na niego zza ogrodzenia, żeby oczy nasycić podupadającym , ale wciąż dominującym pięknem.  Poza pałacem obejrzeliśmy też kościół. Oczywiście potem ledwo wróciliśmy do domu zaczęłam szukać informacji na temat odkrytego cudu.
Pałac w Bożkowie kryje w swoich ścianach wiele wspomnień, wieczorami zapewne duma nad dawną świetnością, wspomina bale, które tutaj się odbywały, dostojnych gości, którzy bawili w jego wnętrzach. A i gościom i właścicielom rzeczywiście dostojeństwa nie można odmówić.Właścicielami Bożkowa byli Magnisowie, którzy przybyli tutaj w 1780 roku. Był to stary pochodzący ze Szwecji ród. Zanim trafili do Bożkowa mieszkali w Austrii. Ze Śląskiem związali się na dobre po ślubie hrabiego Aleksandra z córką gubernatora Kłodzka. Od tego momentu Magnisowie stali się właścicielami wielu okolicznych wiosek.  W Ołdrzychowicach Kłodzkich położonych niedaleko Bożkowa posiadali wspaniałą rezydencję, w której gościła sama królowa Prus - Luiza. Jej przyjazd wywołał spore poruszenie, żeby nie powiedzieć szaleństwo. Z myślą o szlachetnym gościu w Ołdrzychowicach wokół pałacu założono park, wybudowano grecką świątynię oraz sztuczną grotę i fontannę, którą ochrzczono imieniem pruskiej władczyni. Z myślą o zapewnieniu jej rozrywki Magnisowie zorganizowali też, uwaga! Pokaz dojenia krów, ale że obawiano się, że bez odpowiedniej oprawy widowisko może być zbyt szokujące dla delikatnej niewiasty, pokaz odbywał się w ludowych przebraniach. Ale nie tylko Ołdrzychowice przygotowywały się do przyjęcia królowej. W tym samym czasie i w Bożkowie zaczęto wprowadzać zmiany. Być może brano pod uwagę, że królowa Luiza i tam zechce zajrzeć. Tak czy inaczej wokół pałacu podobnie jak w Ołdrzychowicach założono park, wybudowano bażanciarnie i oranżerie. Zadbano o staw, do którego wpuszczono złote rybki. Na tym nie zakończono, bo po jakimś czasie wybudowano też romantyczne sztuczne ruiny, w których umieszczono wiekowe płyty nagrobne. I tam zwykle spędzano z gośćmi romantyczne i klimatyczne popołudniowe godziny.
Niestety w 1871 roku w pałacu wybuchł pożar i budynek został zniszczony.
Jednak myliłby się ten, kto by przypuszczał, że Magnisowie się załamali i poddali. Nic z tych rzeczy. Szybko otrząśnięto się z szoku i przystąpiono do odbudowy. I już w 1877 roku w miejscu spalonego pałacu stał nowy budynek, z urokliwymi wieżami, tarasami, balkonikami. Uważany był za najpiękniejszy i najbogatszy obiekt w ziemi kłodzkiej. Nie należy się zresztą temu dziwić. Pałac liczył 180 pokoi, jego powierzchnia wynosiła 400 metrów kwadratowych, stajnia mogła pomieścić 60 koni. Już samo to daje wyobrażenie o jego potędze, zasobności i wielkości. Poza tym Magnisowie byli zagorzałymi kolekcjonerami sztuki, w pałacu gromadzono obrazy, gobeliny, rzeźby.
Ale nie zapominajmy, że pałac to nie tylko budynek, ale też mieszkający w nim ludzie. W tym wypadku bogaty ród, który żył i bawił się tak jak na owe czasy przystało. W Bożkowie urządzano wspaniałe bale. Do dziś w pałacu zachowała się półtora kondygnacyjna przepiękna sala balowa, którą moi kochani hip, hip hurrrra, widziałam na własne oczy.
Wspomniana wyżej sala balowa fot jkordel

sala balowa fot jkordel

Bo tak jak wspominałam Bożków zapadł nam się w pamięć i w serca. Przez kilka lat co roku zajeżdżaliśmy pod pałac i co roku szukaliśmy kogoś kto by mógł pokazać nam wnętrze. Mówią, że kto szuka ten znajdzie i w tym wypadku można stwierdzić, że skoro mówią to wiedzą, bo w końcu nam się udało. Zajechaliśmy i pałac był otwarty, a w nim zastaliśmy pana, który oprowadził nas po wnętrzach. Był niesamowity. Opiekuje się pałacem od lat, zna w nim każdy kącik i ma wiele wspomnień z młodości związanych z tym terenem. Opowiadał o świetności pałacu, o tym jak wszystko zaczęło się sypać, zaprowadził nas do miejsca, w środku pałacu, gdzie wjeżdżały powozy, by w razie deszczu lub innych zawirowań pogody przyjeżdżający nie doświadczyli najmniejszego dyskomfortu. Obejrzeliśmy bibliotekę, salę myśliwską ze wspaniałymi płaskorzeźbami, zobaczyliśmy salę balową, która pomimo zniszczeń nadal promieniuje świetnością. Pan pokazał nam też gdzieniegdzie ukryte drzwi. Swoją drogą ciekawe ile jeszcze nieodkrytych tajemnic kryje w swoich wnętrzach bożkowski pałac. Na koniec weszliśmy też na wieżę i popatrzyliśmy z góry na Bożków i pałacowy park.
W pałacu nie ma już gobelinów, obrazów i wspaniałych mebli. Nie ma kosztownej porcelany, w stajniach nie słychać cichego, pełnego zadowolenia rżenia koni. W sali balowej nikt już nie tańczy, a wspaniała niegdyś podłoga straszy gdzieniegdzie dziurami. Ale niewątpliwie pałac nadal urzeka i bije od niego godność i gdziekolwiek się spojrzy widać jego urodę. Nieco w tej chwili przykurzoną, ale cały czas obecną. Warto koło niego przystanąć, popatrzeć, a potem przymknąć oczy i zobaczyć to wszystko takim jakim było kiedyś, gdy do Magnisów zajeżdżali powozami goście, park przesycony był wonią róż i orchidei, a z sali balowej płynęła na całą okolicę muzyka.

W czasie szukania wiadomości o Bożkowie znalazłam opis tego miejsca pochodzący z początków XX wieku, autorem tekstu był niemiecki przewodnik V. Viktor. Jego relację przetłumaczył J. Mądry, opracowała G. Wacławik. Drukowana była w "Wiadomościach Bożkowskich".. Przytaczam ją dla wytrwałych:)
"Równie wspaniałe jak zewnętrzna budowla jest wnętrze zamku. Aby je obejrzeć, należy wejść do zamku przez wspaniałą klatkę schodową. Wysokie okna, które w niej się znajdują, dają dużo światła, dzięki temu wyraźnie widoczne są gobeliny i zbroje. Schody zewnętrzne prowadzą w górę, gdzie przy końcu po ich obu stronach stoją pod kandelabrami posągi sfinksów. Wprost ze schodów idzie się do pomieszczenia, które wraz z pozostałymi tworzy obszerną amfiladę ciągnącą się wzdłuż budynku po lewej i po prawej stronie. Na prawo jest stylowa sala jadalna o owalnym kształcie ozdobiona marmurowymi filarami. Obok znajduje się wielka sala, w której odbywały się uroczystości, a także ważne narady elity krajowej. Pomieszczenie to sąsiaduje z biblioteką, w której było niegdyś tysiące tomów poukładanych w oszklonych regałach. W kolejnej sali znajduje się popiersie królowej Luizy związanej z zamkiem w Ołdrzychowicach. [...]
Zgubiłem się wśród tych wszystkich arcydzieł i dopiero z pomocą przyszedł mi kapelan zamkowy, który pokazał mi kaplicę zamkową. Prowadzą do niej podwójne drzwi [...]. Jest tam kielich, dzieło mistrzowskie starego kunsztu jubilerskiego, ozdobiony ornamentami i kamieniami, jest też wykonany ze srebra sprzęt chrzestny, są dzbanki i talerze. Wszystko to jest zdobione monetami złotymi i srebrnymi, dukatami i talarami. Same talerze maja około 300 takich monet. Sprzęt ten jest szanowany przez ród Magnisów, gdyż od 1821 roku korzysta się z niego przy chrzcie nowego członka.
Ważnym miejscem jest galeria przodków, w której odnosi się wrażenie, że zamek żyje. Wiszą tam obrazy naturalnej wielkości, których twarze zdają się przemawiać do nas, zwiedzających te sale. Gdyby mogły mówić, byłyby to wspaniałe opowiadania. Bracia Magnisowie, których portrety tu się znajdują, opowiedzieliby o wojnie trzydziestoletniej. Pierwszy Franz von Magnis brał udział w bitwie pod Białą Górą, a Johan Baptista von Magnis za czasów Rudolfa dowodził wojskiem katolickim, był szambelanem u biskupa wrocławskiego i biskupa w Brixen, ranny śmiertelnie zginął na polu bitwy. Bracia ich, Rudolf i Philip, walczyli przeciw Turkom. Jest tam też jeden obraz zatytułowany <<Długi mnich>>. Jest to portret Maksymiliana von Magnis, urodzonego w 1856 roku w Mediolanie, który przybrał skromne nazwisko Valerianus. Miał 15 lat kiedy wstąpił do Zakon u Wielkiego Biedaczyny z Asyżu. Za pokojową działalność papież Urban VIII mianował go apostolskim misjonarzem na Niemcy, Polskę i Węgry. Był doradcą cesarzy i królów, szczególnie Ferdynanda II i III oraz Władysława IV, króla polskiego, w imieniu których działał w ważnych sprawach dyplomatycznych. Jego wiedza była ogromna, zyskał sobie nawet podziw hrabiego Ernesta von Hessen, który wziął udział w dyspucie teologicznej w Giessen.
Idąc dalej podziwiamy salę brunatną z boazerią i wykuszami. Dookoła wysokich ścian osobliwy fryz przedstawiający doskonale utrwalone sceny myśliwskie. To własnie tu wracający z polowania zmęczeni myśliwi opróżniali wiele kufli piwa. znajduje się tam puchar szlifowany ze szlachetnego kryształu. Ów puchar został podarowany przez króla opatowi w Kamieńcu z podziękowaniami za to, że przez kilka godzin król mógł być przebrany za brata klasztornego. Dalej są ciekawe obrazki mówiące o dawnym wyglądzie zamku i portrety naturalnej wielkości pięciu czeskich książąt. Wszędzie znajdują się skrzynie, szafy, wazoniki, malowidła i rzeźby, wszystko o wybornym smaku, kosztowne, a przede wszystkim o niepowtarzalnej i nieocenionej wartości.
Dookoła zamku rozciągają się obszerne parki. Ku północy ogromne schody prowadzą do ogrodu ozdobnego. Rośnie w nim na powietrzu tysiące odmian róż, które o tej porze roku mają na sobie słomiane okrycia. W tyle ogrodu widoczne są kopuły oranżerii i bogate szklarnie. Ulubieńcami starego ogrodnika są stojące rzędem orchidee słynne w całym kraju. Za ogrodem rozciąga się park, a na jego końcu mały stawek, który latem stanowi miejsce pływania dzieci. Nieco dalej sztuczna ruina. Składa się na nią brama z 1588 roku oraz kilka tuzinów zwietrzałych grobowców z XVI i XVII wieku. Zebrała to wszystko w celu ocalenia przed zagładą hrabina Luiza von Gotzen, posiadająca zmysł artystyczny. Grobowce przedstawiają chłopów z mleczami i zielonymi kapeluszami, zawoalowane księżniczki z małymi dziećmi. Idąc dalej  napotykamy rząd kamieni. Na każdym z nich wyryte jest imię, począwszy od 1850. Mówiono mi, że są to pomniki pochowanych tu psów, które pilnowały zamku i parku[...]".   

A teraz trochę zdjęć, które zrobiliśmy. Popatrzcie i zobaczcie sami ile zostało ze świetności o której pisze pan V. Viktor. Wszystkie fotki autorstwa jkordela męża mojego.
Przy przygotowywaniu tekstu głównie korzystałam z książek:
Zamkowe tajemnice - Joanna Lamparska
Zamki, twierdze i pałace Dolnego Śląska i Opolszczyzny - Marek Perzyński




















czwartek, 21 maja 2020

Piętnaście lat, piętnaście stron... Czyli co Wam w najbliższym czasie zgotuje :) I coś dla niecierpliwych :)


Mały przegląd: tak było półtora roku temu :)
Wiecie, że piętnaście lat temu po raz pierwszy dane mi było zobaczyć i wziąć do rąk książkę autorstwa Magdaleny Kordel :) Spełniło się moje wielkie marzenie, moja własna powieść, realna, szeleszcząca, pachnąca tym czymś czym pachną wszystkie książki czyli tajemnicą, obietnicą, magią... Matko jaka ja byłam szczęśliwa i do obłędu onieśmielona! Pierwsze spotkanie autorskie, pierwszy wywiad, pierwszy autograf... A teraz w 2020 mija piętnaście lat od tego momentu. Piętnaście lat które przyniosły ze sobą nowych wspaniałych ludzi, przyjaźnie, doświadczenia i nadzieje :) Przyniosły ze sobą pewność, że snucie opowieści, takich dobrych, mówiących o ważnych sprawach ma moc uzdrawiania. Jest potrzebne i pomaga i mi i innym. Dziękuję Wam za te piętnaście lat, za to, że z niejednym z Was dane mi było śmiać się, płakać i wzruszać. Za to, że wciąż sięgacie po moje powieści i za to, że jesteście i pozwalacie mi też być przy Was. Za półeczki wypełnione Kordelową :), za entuzjazm, za zaufanie! Bardzo, bardzo chciałam Wam za to podziękować.
W 2012 :) W księgarni Atena w Kamiennej Górze :)


Oczywiście to piętnastolecie miało wyglądać zupełnie inaczej. Dużo spotkań z Wami, dużo imprez, dużo... No wszystkiego miało być dużo :) Ale jest jak jest a piętnastolecie ma się tylko jedno :) W związku z tym biorę sprawy w swoje ręce i mówię precz z wirusem :) Przez najbliższe tygodnie a może nawet miesiące dużo działań i blogowych i tych na fb i instagramie będzie sponsorować liczba piętnaście :) I zaczynamy od piętnastu stron najnowszej powieści :) Tak żebyście mieli porządny przedsmak tego, co na Was czeka "W blasku słońca" :) 


Teraz, gdy w końcu nadszedł właściwy moment, usiadła wygodniej na parapecie i wyciągnęła przed siebie dłonie w białych, koronkowych rękawiczkach. Naciągała je z ostrożnością, mając świadomość, że popełnia świętokradztwo. Według tradycji rodzinnej powinny leżeć w specjalnym woreczku, aż do momentu, gdy jej córka będzie wychodziła za mąż. Dopiero wtedy miały zostać z pietyzmem wydobyte przez matkę lub babkę panny młodej, koniecznie w magicznym momencie odejścia nocy i nadejścia nowego dnia. A już naprawdę dobrą wróżbą dla panny młodej byłoby, gdyby delikatna niczym mgła koronka została ozłocona pierwszymi promieniami wschodzącego słońca. Tymczasem ona zrobiła coś, co zapewne sprawiło, że jej wszystkie prababki, bez względu na to, jak bardzo w owym „pra” były zaawansowane, przewróciły się w grobach. Szczególnie żal jej było babki Sofii. Biedna! To po niej przecież odziedziczyłam talent i tak jej się odwdzięczam ‒ pomyślała i poczuła coś na kształt wyrzutów sumienia. 
Rodzinna legenda głosiła, że to właśnie Sofia, wiele, wiele lat temu pierwsza założyła wykonane samodzielnie koronkowe cuda. To jej palce otuliły się delikatną, zwiewną nicią skomplikowanych splotów, a potem wokół nich owinęły się miękko złote słoneczne promienie wschodzącego słońca. Była najmłodszą z córek, i najbardziej utalentowaną. Urodziła się na Burano, jednej z weneckich wysepek. Jej ojciec, jak to wtedy określano, zajmował się „robieniem fal na morzu”, czyli jedwabiem. Wenecjanie już tak mieli, że wszystko kojarzyli z wodami, które ich otaczały i od których byli zależni. Nic dziwnego, że migotliwość lśniącego materiału przywodziła im na myśl morskie fale, a satynowe tkaniny pieszczotliwie nazywali wodnym jedwabiem. Tak więc mała Sofia dorastała w domu pełnym zwojów materiałów i dużo starszych sióstr i braci. Była dziewiątym dzieckiem, którego przyjścia na świat tak naprawdę nikt się nie spodziewał. Przytrafiła się. Najcenniejszy podarunek dla ludzi, którym wydawało się, że ich czas na dzieci przeminął. Ojciec mówił o niej, że jest córą swoich stron. Że podobnie jak Wenecja, której nie powinno udać się zbudować na wodzie, a jednak powstała, tak samo i ona, Sofia, jest cudem, który znienacka przestąpił próg ich domu. I jak się wkrótce okazało, cudem utalentowanym. Sofia, dziewiąta córka, która pojawiła się znienacka, okazała się fenomenalną koronkarką. Podobno do dziś starsze kobiety mieszkające na Burano i zajmujące się skomplikowanym wyrabianiem misternych koronek wspominają czasem jej imię. 
Podobno, bo szczerze mówiąc, Nicoletta trochę w to wątpiła. W dzieciństwie oczywiście była zafascynowana i samą historią, i Sofią. W końcu wszyscy powtarzali, że talent do szycia, dziergania i rysowania ma właśnie po niej. Ale z czasem zaczęło do niej docierać, że za dużo w tej historii szczegółów, które na logikę powinny zaginąć w pomroce dziejów. Zapewne signora Giovanna miała rację, gdy mówiła, że we Włoszech wszystko musi mieć swoją historię i być związane z jakąś legendą. Nie bez powodu zresztą. W końcu co dzień, a właściwie co chwilę, gdziekolwiek by się nie stąpnęło, o jaki kamień nie oparło, ocierało się o historie sięgające setek lat. Dotykało się czasu, który dawno upłynął. To sprzyjało zamiłowaniu do snucia opowieści i dopasowywanie ich do sytuacji wysysało się praktycznie z mlekiem matki. I zapewne tak właśnie obrastały w nie stare włoskie rodziny. Choć oczywiście część historii, którą opowiadano o Sofii, musiała być prawdziwa.
Dowodem na to były właśnie rękawiczki, które teraz otulały dłonie Nicoletty. Tak delikatne i eteryczne, że traktowano je w rodzinie jak największy skarb. Niemal jak relikwię, którą swoim postępowaniem właśnie sprofanowała. Ale w końcu nie mam córki, ani najmniejszej nadziei, że ją będę mieć ‒ pomyślała. A poza tym to szczególny dzień, można by nawet pokusić się o porównanie, że to prawie taki inny ślub. I początek. Znów wyciągnęła rękę przed siebie i przez rozcapierzone palce popatrzyła na strzępy mlecznej mgły, które do złudzenia przypominały tiul ślubnej sukni. 
 ‒ Idealna sceneria ‒ wyszeptała i zsunęła się z parapetu, uważając, żeby nie zaplątać się w długą, powłóczystą spódnicę. Otworzyła drzwi i bezszelestnie zbiegła po schodach. Uchyliła ciężkie skrzydło bramy, ale zanim ją opuściła, rozejrzała się uważnie, sprawdzając, czy nikt nie idzie. Nie chciała budzić niepotrzebnej sensacji, a zapewne jej strój zwróciłby uwagę każdego, na kogo by się natknęła. O ile oczywiście w ogóle by mnie zobaczył w tej mgle… Choć nawet gdyby, to zapewne wziąłby mnie za zjawę ‒ pomyślała i nagle poczuła, że chce jej się śmiać. Ostatkiem silnej woli powstrzymała podchodzący do gardła chichot i przemknęła na drugą stronę ulicy. Po chwili zdyszana wbiegała po schodach, podciągając wysoko zwoje białej, połyskującej migotliwie spódnicy. Z pęku kluczy wyłuskała ten, który signora Giovanna dla ułatwienia obwiązała czerwoną wstążeczką, i wsunęła go w zamek. Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Początkowo nie zamierzała zapalać światła, ale w korytarzu otoczyła ją ciemność tak gęsta, że odniosła wrażenie, iż nie zdoła w niej uczynić ani jednego kroku. Zanim wymacała na ścianie włącznik, poczuła, że coś delikatnie muska je spódnicę. Dotyk był jednocześnie nierzeczywisty, a jednak do szpiku kości realny. Nie krzyknęła tylko dlatego, że nie mogła wydobyć głosu przez ściśnięte gardło. Nie wiedzieć czemu z miejsca przyszło jej do głowy, że to wszystkie rozgniewane praduchy pojawiły się, by dać jej do zrozumienia, co myślą o tak jawnym nieposzanowaniu zwyczajów i sprzeniewierzeniu się rodzinnym tradycjom.
Gdy jednak w końcu udało jej się zdrętwiałymi palcami namacać włącznik i pokój zalała jasna struga światła, u swoich stóp zobaczyła Felicytę, która wyraźnie ucieszona z towarzystwa ocierała się o jej ubranie. 
 ‒ No pięknie! Jednak wiara w gusła i nie do końca czyste sumienie to nie najlepsza mieszanka ‒ mruknęła do kotki, oddychając z ulgą. ‒ No i pewnie jeszcze znaczenie ma to, że ostatnio niewiele jem. Odkąd Alberto wyjechał, trochę o tym zapominałam ‒ zakończyła, pocierając palcami czoło. ‒ A ty co? Martwiłam się, że do mnie wczoraj nie zajrzałaś, zastanawiałam się, czy przypadkiem się nie obraziłaś, a tymczasem signora, chyba na wszelki wypadek, cię zamknęła. Chodź, zobaczymy, co tam słychać w twoich miskach ‒ dodała i zajrzała do kuchni, a następnie dosypała do opróżnionej w połowie miseczki chrupek i wymieniła kotce wodę. Felicyta z miejsca przysiadła przy misce i z zadowoleniem zaczęła jeść, popatrując spod oka na Nicolettę.
 ‒ Cóż, przynajmniej jednej z nas apetyt dopisuje. ‒ Podrapała ją za uchem i sięgnęła po naszykowaną na stole świecę oraz leżącą obok niej zapalniczkę. ‒ To ty tu sobie zostań, żebyś mi nie czmychnęła, a ja pójdę załatwić to, co mam do załatwienia ‒ mruknęła, zamykając wyraźnie niezadowoloną kotkę w kuchni. Otworzyła drzwi balkonowe i odniosła wrażenie, że tym samym wpuściła do domu białą poświatę. Mgła jeszcze bardziej zgęstniała. Gdzieś z dołu poniósł się głuchy odgłos kroków kogoś, kogo mleczna peleryna uczyniła niewidzialnym. 
Przez ciało Nicoletty przebiegł dreszcz. W powietrzu dało się wyczuć niepokój. Miała wrażenie, jakby coś niecierpliwie czekało na to, co za moment się wydarzy. 
 ‒ To tylko moja wyobraźnia ‒ mruknęła, zapalając zapalniczkę i przykładając biały knot świecy do ognia. Zajął się nieomal natychmiast, bladobłękitny płomyczek zatańczył chybotliwie i omiótł ciepłym blaskiem wgłębienie w ścianie, w którym stała Maria. Nicoletta podeszła jak najbliżej i zanim postawiła świecę, przyjrzała się figurce uważnie. Z miejsca dostrzegła, że jest inna niż wszystkie, które dotąd widziała. Przód szaty miała złoty, ale z tyłu, tam, gdzie nikt oprócz signory Giovanny jej nie widział, suknia była czarna, na dole wykończona białą, misterną koronką. Nicoletta zmarszczyła brwi i wspięła się na palce, wyciągając przed siebie dłoń. Jeszcze raz spojrzała na rękawiczkę i na miniaturową koronkę, którą ozdobiony był dół szaty Marii. Niemożliwe ‒ pomyślała i głośno przełykając ślinę, sięgnęła po figurkę. Ale ledwo dotknęła jej końcówkami palców, ta zachwiała się niebezpiecznie. Nicoletta jęknęła, wypuściła świecę i w ostatnim momencie chwyciła Marię, ratując ją przed upadkiem. Przez moment stała nieruchomo, usiłując uspokoić przyspieszony oddech.
Z "Aniołem" to pewnie coś koło czterech lat temu :)

 ‒ Uhu! Niewiele brakowało ‒ przemówiła zduszonym szeptem i przesunęła się bliżej okna, tak żeby jak najlepiej wykorzystać światło, które padało z wnętrza domu. Zaintrygowana pochyliła głowę nad figurką, ale zanim zdołała przyjrzeć się dołowi jej szaty, jej uwagę przyciągnęły drobne literki wijące się u stóp Madonny. Prześlizgnęła się po nich wzrokiem i poczuła narastającą panikę. Zamrugała gwałtownie i jeszcze raz spojrzała. Ale jeżeli myślała, że to, co zobaczyła zniknie, myliła się. Literki, artystycznie pozawijane, układały się w trzy słowa zakończone trzema wykrzyknikami narysowanymi tak, że przypominały rozwarte w błagalnym krzyku usta. Nicoletta zaczerpnęła gwałtownie powietrza i delikatnie, usiłując opanować drżenie rąk, odstawiła Marię do wnęki, po czym podniosła leżącą na podłodze balkonu świecę. Jeszcze raz przytknęła ogień do knota. Jeszcze raz płomyk zamigotał i knot zaskwierczał. Jeszcze raz przybliżyła płomień do figurki i zobaczyła to, co wcześniej. Teraz już nie miała najmniejszych wątpliwości: wzór koronki ze skraju szaty Marii był identyczny jak ten na jej rękawiczkach, a słowa układały się w jedno krótkie zdanie, które szumiało jej w uszach, gdy jakimś cudem udało jej się postawić świecę tam, gdzie powinna się znaleźć, stało jej przed oczyma, gdy trzęsącymi się rękami usiłowała trafić kluczem w zamek, odbijało się echem, gdy wbiegała po schodach do siebie do domu. Aż w końcu, gdy nareszcie zatrzasnęła za sobą drzwi swojego mieszkania, eksplodowało w jej głowie.
 ‒ Nie rób tego, nie rób tego, nie rób tego!!! ‒ krzyczało tak strasznie, że w końcu przytknęła do uszu dłonie, bo miała wrażenie, że oszaleje. Podbiegła do otwartego okna, wychyliła się przez nie i gwałtownie zaczerpnęła wilgotnego, chłodnego wieczornego powietrza. Strzępy mgły dryfowały jej przed oczami, w głowie pulsowało.
I nagle poczuła, jak stopniowo opanowuje ją gniew pomieszany z rozpaczą. Ale nie taką, jaką odczuwała do tej pory. Nie cichą i potulną, pełną pokory i niemocy, lecz dziką i nieokiełznaną. Jednym ruchem ręki zmiotła z parapetu doniczki z kwiatami, które roztrzaskały się u jej stóp. Szarpnęła zasłonę, materiał poskarżył się jękliwie i spadając, pociągnął za sobą ciężki, mosiężny karnisz, który z hukiem wylądował gdzieś w okolicy jej głowy. Oddychając głośno, stała w pogrążonym w mroku pokoju, pośrodku pobojowiska, opromieniona jedynie mleczną poświatą wpadającą przez okno. Zrobiła krok do przodu, pod nogami zachrzęściły jej skorupy doniczek. Dopiero ten delikatny, rozpaczliwy dźwięk sprawił, że nieco ochłonęła. Ale nie na tyle, żeby całkowicie pozbyć się złości. Jeszcze raz wychyliła się przez okno. 
 ‒ Nie rób tego? Tylko tyle masz mi do powiedzenia?! ‒ krzyknęła w kierunku zasłanego mgłą nieba. ‒ A co dalej? Co w takim razie mam robić? ‒ dokończyła szeptem i nagle poczuła, że po policzkach płyną jej dwie mokre strużki. W nosie zabulgotało, a z gardła wydobył się urywany szloch. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów płakała. Ostatkiem przytomności zsunęła z dłoni rękawiczki i odruchowo zapakowała je do woreczka, który uprzednio powiesiła na okiennej klamce. Ściągnęła spódnicę i gorset i cisnęła nimi o podłogę. Dopiero potem rzuciła się na łóżko i ukryła twarz w dłoniach. Płakała tak długo, aż w końcu zmorzył ją sen. 

***
Nad ranem zerwał się wiatr i rozwiał ciężkie chmury, przepędził mgły i narobił zamieszania wśród gołębi nocujących na starej dzwonnicy. Poderwały się do lotu, gładkim ślizgiem wchodząc w nadchodzący poranek. Tylko jeden z nich obrał zupełnie inną stronę niż reszta stada i przysiadł na parapecie mieszkania Nicoletty. Przekrzywiając śmiesznie łebek, zajrzał do środka, uważnie lustrując wnętrze. Ale zwinięta w kłębek i pogrążona w mocnym śnie kobieta nie miała o tym pojęcia. W momencie gdy pierwsze słoneczne promienie musnęły jej twarz, była w zupełnie innym miejscu, tam gdzie zawiłe przejścia prowadziły ją drogami, które już dawno zniknęły. 
Śnił jej się labirynt wąskich uliczek, wśród których błądziła po omacku. Co rusz trafiała na mroczne, ślepe zaułki, schodki prowadzące donikąd, wpadała w gęste opary mgły, które łasiły się do niej niczym spragnione pieszczot koty. Rozpaczliwie czegoś szukała, ale nie mogła tego odnaleźć. 
 ‒ Miasto mgły miewa swoje kaprysy ‒ nagle usłyszała dobiegający zza pleców głos i od razu wiedziała, że należy do Sofii. Tej samej, która utkała koronkowe rękawiczki. ‒ Zwodzi na manowce, mami, ale czasem daje też prezent. Zaszumiało jej w głowie, a potem nagle znalazła się na wielkim placu, na środku którego stały cztery wykonane z brązu rumaki. Gdy tylko do nich podeszła, ożyły, wzbiły się w powietrze i przysiadły na fasadzie ogromnego budynku. Wiedziała, że to właśnie tu chciała dotrzeć i że zna to miejsce, ale nie mogła za nic przypomnieć sobie, gdzie już widziała i konie, i wspaniałą budowlę. Ale najwidoczniej to właśnie był ten podarunek, o którym wspomniała przybyła z zamierzchłej przeszłości Sofia. I gdy już jej się zdawało, że jest bliska rozwiązania zagadki, wokół niej znowu zawirowało i zobaczyła swoją babkę ze strony ojca, Maddalenę. 
 Siedziała na wielkim kufrze podróżnym. W tle majaczyła woda, a nad babką zaczęły zbierać się gołębie. Białe, siwe, kremowe. Witała je z uśmiechem. Z sekundy na sekundę ptaków przybywało, aż w końcu babka rozpostarła ramiona i gołębie zaczęły na nich przysiadać. Było ich tak dużo, że po chwili drobna kobieca postać zaczęła niknąć, otoczona niecierpliwym trzepotem skrzydeł. Wtedy gołębie uniosły ją, a na placu pozostał kufer z biletem bagażowym. Nicoletta przez moment patrzyła na czarne pantofelki babki, które unosiły się coraz wyżej i wyżej. I znienacka poczuła pewność, że powinna pójść w ślady Maddaleny. Tym bardziej, że część gołębi wróciła i zaczęły ją okrążać. Już, już miała rozłożyć ramiona i dać się unieść, gdy nad jej głową coś dziwnie zafurkotało, a kufer zaczął łomotać swoim ciężkim wiekiem. I w tym samym momencie otworzyła oczy. Plac i wielka skrzynia zniknęły. Ona zaś leżała na swoim własnym łóżku, ubrana w jedwabną halkę i pończochy. I czuła się obserwowana. Starając się nie ruszać, powiodła wzrokiem dookoła i po chwili jej oczy spotkały się z dwoma czarnym, okrągłymi paciorkami patrzącymi na nią z analityczną uwagą. Nicoletta zmarszczyła brwi i lekko uszczypnęła się w nadgarstek. Zabolało. A więc jednak to nie była dalsza część snu, a biały gołąb, który siedział na półce i gapił się na nią bezwstydnie, musiał należeć do świata jawy. Zanim jednak zdołała dojść do tego, jakim cudem się tu znalazł, łomotanie, które we śnie wydawało wieko kufra, powtórzyło się ze zdwojoną siłą. Poderwała się, płosząc gołębia, który z furkotem wzbił się w powietrze, spanikowany zatrzepotał pod sufitem, wpadł na klosz lampy, aż wreszcie znalazł drogę na zewnątrz i wyfrunął przez otwarte na oścież okno. 
 ‒ Boże, Nicoletta, do diabła ciężkiego, otwieraj! Przecież słyszę, że jesteś! ‒ zza drzwi wejściowych dobiegł podniesiony głos podkreślony kilkoma mocnymi uderzeniami, które odbiły się echem po pokoju. 
Nareszcie rozumiem, skąd ten hałas, w sumie, z dwojga złego, to wolę tę opcję niż widmowy kufer ze snu. Trochę bym się martwiła o swoją poczytalność, gdyby znienacka się tu zmaterializował i kłapał wściekle wiekiem ‒ pomyślała Nicoletta, odruchowo wsuwając stopy w rozdeptane kapcie i obciągając halkę. 
 ‒ Już, już! Pali się czy co? ‒ odkrzyknęła, przekręcając zasuwkę. ‒ A swoją drogą, Boga i diabła ciężkiego umieścić tuż koło siebie w jednym krótkim zdaniu to tylko ty potrafisz ‒ dokończyła, otwierając drzwi.
 ‒ Czy ty oszalałaś? ‒ Jej przyjaciółka, Elena, ignorując słowa Nicoletty, bezceremonialnie przepchnęła się przez szparę w drzwiach i wbiła w nią na wpół rozgniewane, a na wpół zatroskane spojrzenie. ‒ Całą noc przez ciebie nie spałam! Dlaczego nie odbierasz telefonu? Ani wczoraj wieczorem, ani dziś rano! Dzwoniłam do Alberta, ale powiedział, że pewnie położyłaś się wcześniej. Że na jego gust wszystko u ciebie w porządku, że wczoraj przed południem byłaś w salonie, poprawiłaś projekt i zachowywałaś się normalnie. Ba, nawet zmyłaś głowę jakiejś dziewczynie za brak zaangażowania. A, i dodał jeszcze, że ostatnio powiedziałaś mu, że masz dość tego, że wszyscy nad tobą gdaczemy jak kura nad niegramotnymi kurczakami, i że trzeba w końcu uszanować twoją wolę! I oczywiście znów powołał się na swój gust! Stanowczo nadużywa tego słowa. Dlaczego, do diaska, nie powie czasami „moim zdaniem”? Albo „jestem pewien”? Słownictwo mu potwornie zubożało! Ale wracając do tematu, o guście Alberta to ja mam sceptyczne zdanie i mimo wszystko wolałam sama sprawdzić. I… Co ty w ogóle masz na sobie? ‒ Przerwała, obrzucając Nicolettę uważnym spojrzeniem. 
 ‒ Poczekaj, zaraz będziesz mogła mnie nadal rugać ile dusza zapragnie i przesłuchiwać do woli, ale najpierw muszę do łazienki. ‒ Nicoletta skorzystała z tego, że przyjaciółce najwyraźniej na moment zabrakło tchu, i umknęła do toalety. Przysiadła na zamkniętym sedesie, przymknęła oczy i zakryła dłońmi uszy. Choć na moment musiała odizolować się od paplaniny Eleny. Pod powiekami przemknęły jej obrazy z poprzedniego wieczoru. Chwiejąca się Maria, koronkowe obramowanie sukni, krzyczące niemo literki, układające się w ni to rozkaz, ni błagalną prośbę: nie rób tego! Mgła tak gęsta, że sprawiała wrażenie, że można ją złapać w dłonie i ulepić kule, zupełnie tak jak zimą śnieżki. A potem płacz, mnóstwo łez, w których potoku, jeżeli by się postarała, na pewno dałaby radę popłynąć. I sen. Z namysłem zmarszczyła brwi, bo nagle opanowała ją niezbita pewność, że powinna przypomnieć sobie z niego jak najwięcej. Plac, konie, gołębie… 
 ‒ Nicoletta, żyjesz? ‒ dotarł do niej przytłumiony głos Eleny.
 ‒ Tak, już wychodzę! ‒ odkrzyknęła, naciskając przycisk spłuczki. ‒ Plac, konie gołębie, kufer, Sofia, babka Maddalena, która odfrunęła uniesiona przez ptaki, i bilet bagażowy ‒ mamrocząc pod nosem, wymieniła wszystkie elementy snu, które utkwiły jej w pamięci. One coś miały jej przekazać, babki nie zjawiały się w snach bez potrzeby. Szczególnie Maddalena, która na długo przed swoją śmiercią zapowiedziała, że nie zamierza nikogo nawiedzać, bo ma zupełnie inne plany. 
 ‒ Naprawdę nie miałabym nic innego do roboty, tylko mając do dyspozycji całe zaświaty, błąkać się za żyjącymi i zatruwać im egzystencję ‒ sarkała przy okazji najróżniejszych opowieści o zmarłych, którzy w taki czy inny sposób dawali o sobie znać. ‒ Możecie być pewni, że mnie się stamtąd nie będzie chciało ruszać. Coś mi mówi, że odnajdę się tam bez trudu. Słyszycie, jak to brzmi? Zaświaty! Od razu wiadomo, że będzie pełno mgły, melancholii i wilgoci. Czyli wszystkiego tego, z czego wyrosłam ‒ śmiała się. Tak, ona jedyna wydawała się zupełnie pogodzona z koniecznością pożegnania ziemskiej egzystencji. I gdy w końcu nadszedł jej czas, przeszła na drugą stronę spokojnie, tak jak chciała. Zwyczajnie położyła się wieczorem do łóżka, w swojej najlepszej, czarnej koronkowej koszuli sięgającej do ziemi, i następnego ranka nie otworzyła już oczu. I od tamtego momentu słowa dotrzymała. Aż do dzisiejszej nocy nie dawała o sobie znać. Dlatego właśnie Nicoletta nie miała wątpliwości, że skoro już włożyła tyle trudu i bezceremonialnie wpakowała się do jej sennego majaku, z całą pewnością nie stało się to przypadkiem. Na sto procent chciała jej coś przekazać i gdyby tylko Elena, z całym swoim skądinąd całkiem uzasadnionym zatroskaniem, pojawiła się pięć minut później i pozwoliła jej wyśnić sen do końca, to najprawdopodobniej teraz nie musiałaby się nad tym głowić. Ale ledwo wyszła z łazienki, dotarło do niej, że w tej chwili powinna darować sobie myślenie o nocnych rojeniach, a skupić się na jawie. Gwałtownie wyrwana ze snu, oszołomiona hałasem, który zrobiła przyjaciółka, waląc do drzwi, całkowicie zapomniała o szaleństwie minionej nocy. I dopiero teraz spojrzała przytomniej na pokój i zobaczyła to, co sprawiło, że Elenie na moment zabrakło słów, a nie zdarzało się to często. Właściwie podczas ich wieloletniej przyjaźni chyba  nie wydarzyło się nigdy. 
 ‒ Hmm… ‒ mruknęła, podążając za wzrokiem przyjaciółki, utkwionym w podłogę, na której walały się szczątki doniczek, połamane kwiatki, a jakby tego było mało, pośrodku tego pobojowiska leżała jej suknia ślubna, cała utytłana w mokrej ziemi. 
 ‒ Hmm ‒ powtórzyła jak echo Elena. ‒ Czy możesz mi wyjaśnić, na co ja właściwie patrzę? ‒ zapytała w końcu po długiej chwili ciszy. ‒ Ale tak szczerze, prosto z mostu, bo ostrzegam lojalnie, że nie zniosę żadnego kluczenia. Chcesz, żeby przestać cię niańczyć? Proszę bardzo! Ale najpierw, do cholery, udowodnij mi, że takie obrazki ‒ tu wskazała wyciągniętą oskarżycielsko dłonią w kierunku podokiennego pobojowiska ‒ nie powinny mnie niepokoić. Przekonaj mnie, że to normalne, że to jeden z etapów żałoby, czy cokolwiek innego, byleby tylko brzmiało tak, żebym mogła w to uwierzyć! ‒ Elena coraz bardziej podnosiła głos. ‒ Bo jak na razie… 
 ‒ Jak na razie to trudno ode mnie wymagać, żebym mogła cokolwiek powiedzieć, bo to ty prowadzisz monolog! Gdybyś mi tylko dała dojść do głosu, to może by mi się udało rozwiać twoje wątpliwości ‒ weszła jej w słowo.
 ‒ Nie będzie to łatwe, po tym, co tu zobaczyłam, ale w porządku, próbuj. ‒ Elena ujęła się wojowniczo pod boki.
 ‒ Przyznaję, dziwnie to wygląda. ‒ Nicoletta przysiadła na skraju łóżka i z namysłem spojrzała na upaprany ziemią tiul. ‒ Ale to… To jest tak, jak mówiłaś ‒ dodała, usiłując zyskać na czasie i znaleźć jakieś sensowne wytłumaczenie, które brzmiałoby wiarygodnie.
 ‒ Czyli jak? ‒ zainteresowała się uprzejmie Elena.
 ‒ Nooo, że to jest ten, jak to się nazywa, ten etap żałoby. ‒ Z ulgą uczepiła się podanego przez przyjaciółkę rozwiązania. ‒ Taki nietypowy, dopasowany do mnie, wiesz, indywidualny…
 ‒ Aha, tiaa, rzeczywiście brzmi sensownie ‒ zakpiła Elena. ‒ Łżesz jak z nut, moja droga ‒ wytknęła jej i kręcąc głową, z rozmachem usiadła na krześle. 
 ‒ Ale to prawda, ustaliliśmy z psychologiem…
 ‒ Tym, do którego chodzisz i ani razu nie raczyłaś się do niego odezwać? ‒ Elena kpiąco uniosła brwi do góry. ‒ 
Rozumiem, że nawiązaliście pozawerbalny kontakt? Coś w rodzaju mistycznej, duchowej więzi? (...)
I początek marca 2020 :) Mam nadzieję, że nadal można mnie rozpoznać :)
I jak kochani? Czy choć trochę udało mi się Was zaciekawić? Czytalibyście dalej? 

piątek, 15 maja 2020

Ogień i woda, szmat czasu i nowa powieść

To już pewnego rodzaju tradycja, że w momencie gdy ma pojawić się moja nowa powieść piszę o niej tutaj, na blogu, specjalnie dla Was. Blog sprzyja innemu rodzajowi komunikacji niż facebook i instagram. Ostatnimi czasy bywałam tu rzadko. Ale to już kolejny post, który pisze i odpoczywam. Czuję się trochę tak jakbym wracała do przytulnego domu, w którym czekają na mnie przyjaciele.  Wiecie, że jestem tu z Wami a Wy ze mną od 2012 roku? Pamiętam tremę z jaką siadałam przy komputerze pisząc pierwszy tekst na bloga. Pamiętam niepewność. I to jaka byłam zielona. Niczym szczypiorek na wiosnę. Przez te osiem lat wiele się nauczyłam. I wielu z Was towarzyszyło mi w tej drodze od początku. Część dołączyła w trakcie a jeszcze inni dopiero po raz pierwszy tu zajrzą. Ale te wszystkie lata, teksty, które napisałam a Wy przeczytaliście sprawiają, że w szczególny sposób zapisaliście się
w moim życiu. I pomimo tego, że nie wszystkich Was znam osobiście jesteście mi bliscy. Dziękuję Wam za te piękne chwile, które już spędziliśmy razem i za te dni, które dopiero nadejdą :)
I mam pytanie, zdradzicie mi od kiedy do mnie zaglądacie? I od której powieści zaczęliście sięgać po moje książki? A może to jeszcze przed Wami?
Może planujecie zacząć od najnowszej, która dopiero się pojawi, "W blasku słońca"?
Ta powieść początkowo miała mieć zupełnie inny tytuł, "Bocznymi drogami". I dlatego zaczyna się wierszem, który nadal, pomimo zamiany na "W blasku...", bardzo pasuje do całości. To ostania zwrotka:

Po wielu latach, z twarzą przez zmarszczki zoraną,
Opowiem to, z westchnieniem i mglistym morałem:
Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano
Dwie drogi; pojechałem tą mniej uczęszczaną ‒
Reszta wzięła się z tego, że to ją wybrałem.*


Te nieuczęszczane drogi i boczne trakty są przeznaczeniem obu bohaterek: Nicoletty i Leli. Gdybym miała określić je krótko i treściwie to napisałabym, że są jak ogień i woda. Ale pomimo wszystko obie muszą odnaleźć swoje miejsce w życiu, wybrać drogę, którą podążą.  O Nicolettcie opowiem Wam w kolejnym wpisie a dziś chciałabym przedstawić Wam Lelę. Diabelnie upartą, narwaną i biorącą się z życiem za bary. To jest taki mały fragment z samego początku opowieści zanim Lela wyruszy w podróż na spotkanie swojego przeznaczenia :)
Jeżeli pokusicie się o przeczytanie to zobaczycie jutro jak bardzo różnić się będą bohaterki. A jednak, jednak coś je połączy, już moja w tym głowa :)

A teraz, uwaga! Oficjalnie przedstawiam Wam Lelę:


Siedziała przy barze i sączyła któregoś z kolei drinka. Po trzecim przestała liczyć, bo właściwie ilość nie miała większego znaczenia. Miejsce wybrała ze względu na klimat, tchnęło przedwojennym czarem i gdyby nie to, że część z bywalców tonęła wzrokiem w telefonach komórkowych, można by było przypuszczać, że czas się cofnął i że nagle znaleźli się w czasach, gdy paryskie uliczki przemierzali Hemingway, Picasso i Scott Fitzgerald.
 ‒ I gdy można było odurzyć się przyzwoicie mile otumaniającym absyntem ‒ mruknęła do siebie i skrzywiła się, patrząc na swojego drinka.
 ‒ Słucham, mówiła coś pani? ‒ Facet siedzący po jej prawej stronie nachylił się w jej kierunku.
 ‒ Że chętnie napiłabym się absyntu, ale takiego prawdziwego, z dawnych lat. Pełnego opium i z ogromną zawartością alkoholu ‒ podniosła głos, przekrzykując muzykę, którą ktoś nagle pogłośnił. ‒ Co niektórzy twierdzą, że Vincent van Gogh obciął sobie ucho właśnie wtedy, gdy za dużo go sobie chlapnął ‒ dorzuciła, przysuwając szklankę do siebie.
‒ No proszę, interesuje się pani sztuką. ‒ Odwrócił się do niej z zainteresowaniem.
 ‒ Niestety, pudło. Interesuję się jedzeniem, a w tej chwili, jak widać na załączonym obrazku, głównie piciem ‒ mruknęła. ‒ Zresztą pan też za kołnierz nie wylewa. Wiem, bo przyszedł pan tuż po mnie, najpierw nie zamawiał niczego, potem powoli pił jednego drinka, a potem poszedł na całość. Barman nie nadąża z napełnianiem pana szklanki. A z tego wynika…
 ‒ Widzę, że zostałem poddany wnikliwej analizie ‒ przerwał jej, przekrzywiając zabawnie głowę i uśmiechając się lekko jednym kącikiem ust. ‒ I co pani ustaliła, pani doktor? ‒ zapytał kpiąco.
 ‒ Że wystawiła pana do wiatru. Nie przyszła ‒ dodała, unosząc kieliszek do góry. ‒ Jej zdrowie!
 ‒ Zadziwiające łączenie faktów, jestem pod wrażeniem! ‒ Zmarszczył brwi i spojrzał na nią uważnie. Wyraz kpiny zastąpiło zaciekawienie. ‒ Zakładając, czysto teoretycznie oczywiście, że ma pani rację, to czemu miałbym wznosić toast na cześć kogoś, kto mnie olał? ‒ zapytał po chwili, przerywając przedłużającą się ciszę.

 ‒ Z prostej przyczyny, mogła to zrobić, powiedzmy, po czterech latach, ot przyjść, usiąść przed tobą… Przepraszam, nie jesteśmy na ty ‒ zreflektowała się.
 ‒ Wiem, jak temu zaradzić. Pierre. ‒ Wyciągnął do niej rękę.
 ‒ Mirela, albo Lela, jak wolisz. ‒ Uścisnęła mu dłoń.
 ‒ I już możemy bez przeszkód kontynuować. Skończyłaś na „usiąść przed tobą” ‒ przypomniał jej, jednocześnie sugestywnie potrząsając pustą szklanką w kierunku barmana.
‒ A tak, usiąść przed tobą i powiedzieć ci, że to jednak nie to i że się pomyliła. Mogłaby jeszcze dodać, że jest jej przykro i że jest ci wdzięczna za wspólnie spędzony czas ‒ dokończyła i jednym haustem dopiła drinka. ‒ I zmarnowałbyś cztery lata, a skończyłbyś tak samo. Pijąc w barze i wymyślając sobie od kretynów. Więc jak najbardziej na miejscu jest wypicie jej zdrowia.
 ‒ Rozumiem, że w ten przewrotny sposób opowiedziałaś mi właśnie swoją historię. Zostawił cię po czterech latach, tak?
 ‒ Tak jakby. A ja w związku z tym mam dzień, a właściwie noc użalania się nad sobą. Zauważyłeś, że w każdym filmie o miłości, jak facet zostawia dziewczynę i ona idzie do knajpy, taka wiesz, spłakana, opuchnięta i wyglądająca jak „idź stąd”, to i tak z miejsca znajduje się jakiś samarytanin gotowy ją utulić, pocieszyć, zabrać do łóżka i zaproponować cudowne życie u swojego boku? Zadziwiające!
 ‒ Czemu? ‒ Pierre popatrzył na nią mętnym wzrokiem.
 ‒ Jak to czemu? A uprawiałbyś teraz ze mną gorący seks? ‒ wypaliła.
 ‒ O Boże, nigdy w życiu. ‒ Nieomal się zatchnął, a na jego przystojnej twarzy pojawił się wyraz popłochu. ‒ Znaczy nie zrozum mnie źle, po prostu yyy… Nie znam cię i tak dalej…
 ‒ Daruj sobie. ‒ Machnęła lekceważąco ręką. ‒ To, że mnie nie znasz, nie ma żadnego znaczenia. Natomiast to, że wyglądam, jak wyglądam, już tak. Zanim tu przyszłam, porządnie się zryczałam, więc na pewno mam spuchniętą górną wargę z czerwoną otoczką, co upodabnia mnie do świnki, pod oczami pojawił mi się czerwony rzucik…
 ‒ Nie, pod oczami masz jedynie takie wielkie czarne maziaje ‒ sprostował słabo.
 ‒ Spokojna głowa, to tylko tusz mi spłynął, a rzucik jest na swoim miejscu, tylko go nie widać. Tak samo zresztą jak kolejki potencjalnych adoratorów gotowych służyć mi chusteczkami do otarcia łez oraz szeroko otwartymi ramionami, w które mogłabym się rzucić i wypłakać. Dlatego nie znoszę filmów romantycznych. Ani tych o odnajdywaniu nowego miejsca do życia, w koniecznie nowym-starym domu, gdzie czeka na bohatera… No zgadnij, Pierre, co tam na niego, a właściwie nią, bo zwykle to kobiety wpadają na takie pomysły, czeka?
 ‒ A bo ja wiem? Martwa staruszka w piwnicy z truchłem kota na kolanach? ‒ Widać było, że usiłuje sprostać jej oczekiwaniom i wymyśleć coś nietuzinkowego.
 ‒ O rany, nie wiem, co ty pijesz, ale w następnej kolejce chcę to samo. ‒ Popatrzyła na niego zafascynowana. ‒ A poza tym widać, że czytasz i oglądasz raczej kryminały i horrory niż nie romansowe historie. Nie, mój drogi, na staruszkę to nawet ja bym się połaszczyła! Nie mówiąc już o struchlałym kocie. Ale tam na nie czeka wielka, prawdziwa miłość! Zawsze i obowiązkowo!
 ‒ Cóż, może ona jednak istnieje, tylko my do tej pory nie mieliśmy szczęścia. Może ona chodzi bocznymi drogami, a my idziemy zawsze wygodnym i utartym traktem. ‒ Zamyślił się. ‒ Moja babcia mówiła, że nic, co ważne i najbardziej kochane, nie przychodzi łatwo. Że zawsze wymaga wysiłku. Może coś w tym jest, że czasem warto rzucić wszystko…
 ‒ Taa… i wyjechać w Bieszczady ‒ przerwała mu.
 ‒ Gdzie? ‒ Wbił w nią nic nierozumiejące spojrzenie.
 ‒ Nieważne, jesteś Francuzem, i tak nie załapiesz… To taki nasz polski koniec świata. ‒ Machnęła ręką.
 ‒ Aha. ‒ Po tonie, jakim to wypowiedział, wywnioskowała, że końce świata nie leżą w jego sferze zainteresowań. ‒ W takim razie, wracając do tematu, to właściwie czemu on cię zostawił? Ma inną?
 ‒ Właściwie, Pierre, to, czy ma inną, nie ma znaczenia. Zostawił mnie, bo go nie kochałam ‒ powiedziała, nagle smutniejąc.
 ‒ I to on cię zostawił, a nie ty jego? ‒ Potrząsnął głową. ‒ Za dużo alkoholu i nic z tego nie rozumiem!
 ‒ Kochany, uwierz, że na trzeźwo byłoby tylko gorzej ‒ mruknęła.
 ‒ Taaa, to skomplikowane, lepiej będzie, jeżeli przestaniemy drążyć ten temat. W zamian proponuję ci spełnienie twojego marzenia. No może nie całkowicie, ale częściowo ‒ powiedział, wyjmując portfel. ‒ Starego, przedwojennego absyntu nie mogę ci zaoferować, bo jeszcze nie nauczyłem się cofać w czasie, ale znam lokal, gdzie nadal się go pija. Chodź, dzisiaj zafunduję ci lokalne wydanie „O północy w Paryżu” ‒ dodał i podtrzymał ją, gdy zsuwała się ze stołka, a potem uiścił rachunek.
 ‒ Jesteś tysiąc razy lepszy niż stado samarytanów i ich obleśne łóżkowe propozycje ‒ wyznała, lekko się zataczając. ‒ A wiesz, że ktoś powiedział, że picie absyntu jest jak wywoływanie duchów ‒ nigdy nie wiadomo, co cię opęta. ‒ Zabawnie zmarszczyła nos.
 ‒ Brzmi ciekawie ‒ parsknął śmiechem i podał jej lekką narzutkę, którą miała przewieszoną na oparciu krzesła. ‒ A wiesz, ja z kolei powiem ci, w nawiązaniu do tych pocieszycieli, że do łóżka to niekoniecznie mi się pali, ale chętnie się z tobą zaprzyjaźnię ‒ uśmiechnął się.
I coś mi się wydaje, że w tym właśnie leży mój problem ‒ pomyślała, idąc za Pierre’em. Że to zawsze będzie tylko przyjaźń. I żadne utarte trakty ani boczne drogi mi tu nie pomogą.

* Wiersz Roberta Frosta, tłum. Stanisław Barańczak. 

środa, 13 maja 2020

O tym że jestem wędrownie niebezpieczna :)

Dzień dobry, cześć i czołem! Nie wiem jak  Was ale mnie coraz bardziej nosi. Już tak mam, że nadchodzi moment, że włącza mi się szwędacz i wtedy się zaczyna. W ruch idą przewodniki, mapy, w przeglądarce internetowej odpalone jest tyle okienek, że mój mąż ukochany na ten widok dostaje palpitacji serca i przepowiada mi, że niechybnie wykończę to biedne urządzenie. W okienkach są strony miejsc, które mnie aktualnie interesują, blogi i właściwie wszystko co tylko w jakiś sposób wiąże się z tematem więc logiczne jest, że nic nie można zamknąć, bo nie wiadomo co może się przydać. Ale ja właściwie nie o tym. Znaczy o tym w kontekście szwendacza a nie tego jak znęcam się nad przeglądarką :) I tutaj, uwaga, szykuję się na wyznanie. Wstydliwe. I szokujące. I jasno dające do zrozumienia, że jestem autorką wędrowną z rodzaju niebezpiecznych.
Otóż moi drodzy zaczęło się już w listopadzie zeszłego roku. Dopadła mnie nagła i niepohamowana chęć spakowania walizek i wyruszenia. Przed siebie. Daleko. Wprawdzie nie tam gdzie oczy poniosą  tylko w konkretne miejsce a mianowicie do Wenecji. Koniecznie w grudniu, bo natchnęła mnie lektura "Znaku wodnego" Josifa Brodskiego. Chciałam żeby było dokładnie tak jak on opisywał:

„Wiele księżyców temu dolar był wart 870 lirów, a ja miałem trzydzieści dwa lata. Kula ziemska była również lżejsza o dwa miliardy dusz, a bar przy stazione, na której wysiadłem w ową zimną grudniową noc, był pusty. Stałem w nim, czekając na jedyną osobę, którą znałem w tym mieście i która miała mi wyjść na spotkanie."
A potem:
"Tło składało się w całości z ciemnych sylwetek kopuł kościelnych i szczytów dachów; most wyginał się łukowato nad czarną krzywizną wody, której oba końce ucinała nieskończoność. W nocy poczucie nieskończoności nieznajomych obszarów daje nam ostatnia lampa uliczna, i właśnie taka lampa świeciła dwadzieścia metrów dalej. Było bardzo cicho. Od czasu do czasu pojawiało się mętne światełko grasującej w pobliżu łodzi; śruba mąciła odbicie dużego neonu CINZANO, usiłującego usadowić się na czarnej ceracie powierzchni wody (...) Dość było się po prostu obrócić na pięcie, abym ujrzał stazione w całym jej prostokątnym splendorze neonów i wielkomiejskiej ogłady, abym ujrzał duże litery oznajmujące VENEZIA."

Czujecie to? Grudniowa noc, lekko siąpiący deszcz, albo jeszcze lepiej prószący śnieg i ja romantycznie marznąca na weneckich mostach... No dobrze, przyjmuję, że nie do każdego musi trafiać ta wizja :) Ale mnie opętało. Chciałam wilgotnego wiatru, lekkiego zimna i Placu Świętego Marka skąpanego we mgle. Swoją drogą to nie wiem czy wiecie, ale Wenecjanie kochają swoje mgły i mają na ich określenie wiele słów: nebbia, nebbietta, caligo, foschia...  I teraz uruchomcie wyobraźnię, przymknijcie oczy i zobaczcie miasto na wodzie, otulone we mgłę, która sprawia, że ma się wrażenie, że właściwie to wszystko tutaj unosi się lekko w tej białej poświacie. Cisza i spokój i nagle bicie dzwonów, które płynie z wież kościołów i kościółków...
Już mniej się dziwicie, że uparłam się na wenecki grudzień? A dodatkowo kusiła mnie jeszcze perspektywa niewielkiej ilości turystów. No więc od marzeń przeszłam do realizacji. Zamówiłam bilety na samolot. Niby nic, ale to jest kolejna sprawa, do której przyznaję się z lekkim zawstydzeniem. Otóż to był mój pierwszy raz. W życiu nie leciałam. Naprawdę! Zawsze nasz dzielny Manfred pieszczotliwie Maniek(samochód) dzielnie spisywał się w boju i dowoził nas gdzie trzeba. Ale tutaj pomyślałam, że po pierwsze szkoda czasu na podróż, bo wyjazd miał być tygodniowy, a po drugie odpadał kłopot z parkingiem. Więc wzięłam głęboki oddech, pomyślałam "raz kozie śmierć" i że zawsze musi być ten pierwszy raz i klepnęłam bilety. Obłożyłam się przewodnikami, mapami, książkami i zaczęłam planować.
A to jest jeden z najmilszych elementów podróży. Myśleć o tym co, gdzie, kiedy...
Jeszcze nie dotknąłeś, nie zobaczyłeś a jednak już masz przedsmak, już czujesz ten ekscytujący dreszcz na samą myśl o tym, że za momencik, za chwileczkę to wszystko stanie się twoim udziałem. I że w jakiś sposób twoja obecność wpisze się w miejsce, które odwiedzisz. Echo twoich kroków, zamieszka w uliczkach, stolik w knajpce zostanie pogłaskany przez twoją dłoń. To gdzieś musi zostawać, nie może tak zwyczajnie zniknąć. I przez tą ulotną chwilę staniesz się częścią historii, choćby tej dotyczącej jednego dnia...
Kocham to uczucie, ten czas przygotowań chyba na równi z chwilą gdy już jestem na miejscu i przeżywam wszystko realnie. Ale wracając do meritum. Bilety zamówiłam, literaturę zgromadziłam i z niecierpliwością czekałam na grudzień. I przyszedł... I Wenecja zaczęła tonąć. Stało się jasne, że tym razem musimy zmienić plany. Wędrowne. Lotne. Wyczekane. Mgliste. Z pewnym rozczarowaniem patrzyłam na moje notatki, przewodniki, książki... A potem pomyślałam, że w porządku co się odwlecze to nie uciecze i trudno, polecimy w następnym roku. Zaplanowałam wyjazd na wiosnę. Na drugą połowę marca. I co? No chyba nie muszę nikomu tłumaczyć co zatrzymało mnie w domu :) Pandemia nieźle pokrzyżowała plany, zresztą nie tylko te moje (swoją drogą to zauważyliście, że to słowo z miejsca kojarzy się wrednie? Można by było tak dać na imię jakiejś okropnie zgryźliwej i jadowitej bohaterce :) ) No ale wracając do tematu to właśnie zbliżam się do konkluzji: otóż w grudniu chciałam jechać do Wenecji i zatonęła. W marcu chciałam jechać do Wenecji i co?  Rozhulał się w najlepsze korona wirus. Hmmm... Obiecuję, że jak będę planowała kolejny raz to uprzedzę :) A wniosek z tego taki, że po pierwsze jestem potwornie przyziemną autorką, bo nie dane mi było polecieć, a po drugie, że jestem wędrownie niebezpieczna :)
P.S. Zaplanowałam już wakacje, w najbliższym czasie uprzedzę gdzie zamierzam jechać :)
P.S. 2 W następnym poście będzie dużo o "W blasku słońca", bo wiecie, że nowa powieść już w czerwcu?
Buziaki i dobrego wieczoru!

środa, 6 maja 2020

Trzy po trzy...


No tak... Mamy maj, można się było tego spodziewać właściwie, bo skoro dopiero co był kwiecień to logiczne, że potem właśnie pojawi się miesiąc pachnący bzem, wabiący wiosenną, świeżą zielenią, kuszący śpiewem ptaków. Ale w związku z tym, że w ostatnich miesiącach wszystko zostało przewrócone do góry nogami można było popaść w niewiarę i mieć solidne wątpliwości. Kwiecień się skończył, maj się rozpoczął. Można z ulgą odetchnąć. Jak widzicie w tym względzie nas oszczędzono. I to jest moi drodzy pierwszy punkt, który powinien wzbudzić w nas optymizm.
- To znaczy, że niby, że po kwietniu nastał maj ma nas jakoś szczególnie ucieszyć? - zapyta zapewne sceptycznie niejeden z Was.
I właśnie ja stanowczo i twardo odpowiadam "tak". Bo teraz wyobraźcie sobie, że wstajecie, któregoś dnia rano, przeciągacie swoje zastałe kości (no dobra ja mam zastałe i jako autorka tego tekstu, obdarzam Was, chcecie czy nie chcecie, własnymi doświadczeniami. Wszak autor powinien pisać o tym na czym się zna. Nie wiem czy się zorientowaliście ale właśnie siłą rzeczy staliście się współbohaterami tego tekstu...)
Ale wracając do meritum i tego poranka i przeciągania to wyobraźcie sobie, że patrzycie w okno a tam powiedzmy lutowa, smętna szarość... Bo wiadomo, że w ostatnim czasie to zimą śniegu raczej się nie uwidzi. Więc burość i ponurość, nagie gałęzie dramatycznie wyciągają się do ciężkich ołowianych chmur, wiatr świszcze złowrogo i smętnie... Widzicie to oczami duszy i wyobraźni? I czy w tym kontekście nadejście maja nie jest powodem do dzikiej radości? Poza tym wracając do tego co Wam niniejszym uczyniłam, czyniąc Was współbohaterami tej opowiastki to musicie teraz z ręką na sercu odpowiedzieć sobie na pytanie czy chcecie być bohaterami pozytywnymi i optymistycznymi czy raczej skwaśniałymi safandułami? Jako wieloletnia autorka podpowiem usłużnie, że skwaśniałe safanduły nie cieszą się raczej sympatią. Tak więc nie macie po prostu wyboru, musicie zacząć się cieszyć i  tryskać optymizmem. Albo przynajmniej nieśmiało nim emanować. Pierwsza wersja jest dla zdecydowanych i rzeczowych, druga dla nieśmiałych romantyków. No i zupełnie niespodziewanie mamy już początek pracy u podstaw nad zachwianą radością życia. I to jest nasz cel na dziś.
W komentarzach możecie napisać czy będziecie uskuteczniać pierwszą czy drugą wersję :) (zdecydowany czy romantyk?)
P.S. Dacie wiarę, że ten post miał być o zmianie wakacyjnych planów i o czerwcowej powieści? Ale jak zaczęłam to samo mi się napisało :) Buziaki przesyłam i lojalnie uprzedzam, że jeszcze tu wrócę! Ze śmiechem i dobrymi nowinami, bo właśnie tego nam w tej chwili najbardziej potrzeba :)

niedziela, 19 stycznia 2020

Witajcie kochani jak dobrze Was uścisnąć!

Dzień dobry :)
To po pierwsze, jeżeli ktoś miał wątpliwości czy jeszcze żyje, to owszem, żyję :) Mam nadzieję, że jeżeli ktoś poczuł się rozczarowany tą informacją, to będzie miał na tyle taktu, że się do tego nie przyzna :) 

Po drugie postaram się jakoś logicznie opowiedzieć gdzie byłam, jak mnie nie było :) W miarę po kolei, bo po takiej przerwie blogowej inaczej  się nie da. To chyba moja największa absencja w historii blogowania. 
Od tamtego czasu, gdy tu ostatni raz zaglądałam, jeżeli chodzi o sprawy zawodowe, to zdążyłam napisać "Antolkę" i "Nieświętego Mikołaja". I to zaliczam bezwzględnie do sukcesów. Udało mi się również część z Was zdenerwować informacją, że kontynuacji "Uroczyska" chwilowo nie będzie. Kolejną część też trochę zirytowałam, zapewniając, że "Antolka" i "Nieświęty" też będą pojedynczymi powieściami. Z tego można wyciągnąć wniosek, że mam niebywały dar irytowania innych. I jeżeli chodzi o to, to nie jestem z siebie zbytnio dumna. A chcąc być szczera, to obawiam się, że to nie koniec irytacji, bo pozmieniały mi się nieco plany wydawnicze. Ale to zostawimy sobie na później. Na jutro, albo pojutrze, albo za rok... Tak żebyście mnie nie znielubili zupełnie :)
Z wiadomości bardziej optymistycznych, to nowa powieść się pisze, czego dowodem jest zamieszczony poniżej mały fragment. A kolejna już też mocno zaplanowana i uwaga! częściowo już napisana. Jeżeli ktoś z Was mnie zna to wie, że to fenomen, bo ja nigdy nie miałam niczego zrobionego z tak dużym wyprzedzeniem. W sensie plany, notatki a i owszem, ale taki konkretny tekst, z tym było gorzej. dodatkowo wspomnę, że "Wilczy dwór też już doczekał się kilku pierwszych scen. I tu pytanie do Was: chcielibyście na zaostrzenie apetytu, za czas jakiś, kilka pierwszych stron "Wilczego"? Napiszcie proszę, a ja się dostosuję. Ogólnie rzecz biorąc jeżeli macie pytania dotyczące moich powieści to pytajcie pod tym postem. Odpowiem w przeciągu tygodnia. Z ręką na sercu, bowiem postanowiłam, że ten rok będzie wyjątkowy. W końcu dwudziesty dwudziesty do czegoś zobowiązuje. I dlatego moi kochani, po pierwsze wrócę na bloga, bo mam ogromną potrzebę powrotu, a po drugie będę regularnie odpowiadała na komentarze. No dobrze w miarę regularnie. Znając moją niesubordynowaną naturę lepiej zostawię sobie lekko uchyloną furtkę :) 



A teraz trochę z innej beczki, bardziej prywatnie. 
Otóż moi kochani jak mnie tu nie było to w moim życiu działo się naprawdę dużo. Po pierwsze się przeprowadziliśmy, do naszego pierwszego, własnego mieszkania. I nareszcie mam własne miejsce do pracy. I tak oto przestałam być kobietą zza biblioteczki (w naszym poprzednim mieszkaniu miałam wciśnięty właśnie za nią stolik) a stałam się kobietą z gabinetem, własnym biurkiem i kredytem - żeby nie było za słodko :) Ale mniejsza o większość. Własny pęk kluczy to coś niesamowitego! Szczególnie po dwudziestu kilku latach tułaczki. Mam nadzieje, że cieszycie się razem ze mną :) To jeden z powodów, dla których tak rzadko się tu pojawiałam. Ci którzy nigdy tego nie przeżyli muszą uwierzyć na słowo: przeprowadzka to coś przypominającego do złudzenia koszmar! Szczególnie jeżeli należy się do ludzi, którzy kochają książki, mnóstwo książek i jeszcze trochę na dokładkę. Dodatkowo uwielbiają starą porcelanę (to ja), szkło (Kuba, mąż mój własny), szklane ryby (Tysiek), anioły różnej maści (ja), wiekowe meble (wszyscy jak jeden mąż) i tak dalej i tak dalej. I nigdy nie wierzcie tym, którzy będą mówić, że przeprowadzka z jednej strony ulicy na drugą jest lepsza niż ta na nieco większą odległość. To złudne i mamiące. Bo jak się przeprowadzacie tak blisko to wydaje się Wam, że właściwie dużą część zrobicie sami. My porwaliśmy się w pierwszej kolejności na przenoszenie książek. Bo właściwie jaki to problem zapakować plecak i dużo wielkich siatek (ikea i takie tam) i je przy okazji przenosić. Żaden, poza tym, że przy trzecim takim kursie czułam, że spokojnie mogę położyć się na środku chodnika i wyzionąć ducha (a zapomniałam wspomnieć - przeprowadzka z trzeciego na trzecie, bez windy). I tak moi drodzy przez cztery tygodnie zostałam wyłączona z życia normalnego i przerzuciłam się na kształtowanie mięśni, tężyzny fizycznej, szorowanie, malowanie i koncentrowanie się na tym, żeby zupełnie nie oszaleć. Jak widzicie przetrwałam :) Choć na widok pudeł z bananami w marketach (idealnie nadają się do pakowania) nadal mam dreszcze i obawiam się, że wyraźnie widoczne, nerwowe tiki. Potem gdy już ogarnęliśmy przeprowadzkę trzeba było błyskawicznie wziąć się do pisania. A potem były wakacje i...  Znów trzeba było wziąć się do pisania, bo "Nieświęty" czekał. I tak moją zeszłoroczną powieść zimową pisałam w toskańskim słońcu i na chorwackich plażach. Raz ubrałam moją bohaterkę w kostium i niefrasobliwie wypuściłam ją tak na ulice. Dobrze, że w porę sobie uprzytomniłam, że przecież u niej, na litość boską, jest grudzień, nasz polski, który być może nijak się ma do tych sprzed lat ale jednak do noszenia li i jedynie bikini nie nastraja. A potem wróciliśmy i trzeba się było uporać ze smutkiem, bo pożegnaliśmy się z naszymi kotami Michelem i Mordem. Jeden zginął tragicznie, drugi zachorował na raka i nie dało się go uratować. Byłam stale obecna na fb i na insta ale na bloga nie starczało mi czasu i chyba pogody ducha, bo tutaj staram się zawsze żebyście po lekturze byli choć trochę pokrzepieni. 



Ale widać uporałam się już z tym jako tako i najzwyczajniej w świecie zatęskniłam. Za pisaniem tutaj, tak odmiennym od tego co pisze się na fb. Za tym, żeby znów pisać o wszystkim i trochę o niczym. Za Wami, którzy tu zaglądacie. Reasumując pora na nowe :) I korzystając z okazji dziękuję, że cały czas tutaj zaglądacie. I że jesteście ze mną na targach, spotkaniach autorskich, fb, Instagramie. To bardzo dużo dla mnie znaczy. 
I dobrze, że w tym nowym nie zabraknie też tego starego, dobrze znajomego.  
I w myśl tego obiecany fragment tej, która dopiero się pisze :) A zdjęcia nieprzypadkowe. Jak myślicie dlaczego właśnie takie? 








Kręte, wąskie uliczki powoli znikały w mlecznej mgle. Niebo zasnute ciężkimi chmurami tylko w jednym miejscu, tam gdzie ukrywał się księżyc, jaśniało srebrzyście. Nicoletta patrzyła na to siedząc na szerokim parapecie i wychylając się coraz bardziej, zafascynowana tym jak bezgłośnie i szybko biała poświata pochłania wszystko wokół. Bruk, wieżę kościoła, figurkę Matki Boskiej ukrytej w zacisznym wgłębieniu ściany sąsiedniego domu. Wielokrotnie zachodziła w głowę kto umieścił ją właśnie tam. Co nim kierowało? Czy specyficzne poczucie humoru? Czy chęć posiadania Marii na własność? Bo widoczna była tylko z dwóch miejsc: okna z budynku naprzeciwko, czyli właśnie tego, z którego wyglądała i małego balkoniku, z którego można było do niej sięgnąć. Ta bezpośrednia bliskość podarowana została signorze Giovannie, małej, drobnej i pomarszczonej niczym przejrzałe jabłko staruszce, która w każdą sobotę wychodziła na balkon i stawiała przed Marią świeże kwiaty i zapalała świeczkę.

Może to właśnie dzięki temu rytuałowi i chybotliwemu światełku Nicoletta zwróciła na figurkę uwagę. A może to, że z signorą Giovanną miały ją na wyłączność sprawiło, że to właśnie ta konkretna Maria zajęła szczególne miejsce w jej sercu.  A teraz po raz pierwszy to ona miała zastąpić swoją sąsiadkę i zadbać o to, żeby tradycji stało się zadość.

-      Widzisz skarbie, jeszcze tak nie było, żeby w sobotę po zmroku Ona nie dostała swojego światełka. A jak na złość moja kuzynka,  Clotilda, raczyła właśnie teraz złamać nogę. To już taki typ, który zawsze, odkąd pamiętam, musiał być w centrum uwagi. Jestem pewna, że tego swojego kulasa, to też pokiereszowała tylko i wyłącznie z nudów! A jeszcze bardziej prawdopodobne, że zwyczajnie chciała mi sprawić kłopot! Bo tylko ja jej zostałam. Wszyscy inni, których Bóg obdarzył choć odrobiną rozsądku i instynktu samozachowawczego uciekli od niej jak najdalej, a tych, którym zbywało rozumu i nie wzięli nóg za pas wpędziła do grobu. Znaczy przepraszam – zerknęła na Nicolettę w popłochu. – Zawsze mi powtarzali, że w domu powieszonego nie mówi się o sznurze… Hmmm, chyba jednak nie polepszam sytuacji – zmitygowała się po niewczasie przytykając pomarszczoną rękę do ust, jakby miała nadzieję, że cieniutka, pergaminowa skóra powstrzyma potok słów, nad którym straciła panowanie.

-      Ale naprawdę nic takiego się nie stało. Ostatecznie to, że przemilczy się pewne rzeczy nie sprawi, że znikną – uspokoiła ją i pomyślała, że gdyby mogło być inaczej bez wahania złożyłaby dozgonne śluby milczenia.

Ledwo przemknęło jej to przez głowę z ogromną siłą uderzyło ją, że ostatnio wszystko zamyka się w tych dwóch, konkretnych słowach: „ostatecznie” i „dozgonnie”. Chociaż nie, było jeszcze jedno: „nigdy”, które nagle nabrało zupełnie innego, strasznego znaczenia.

-      To dobrze dziecko, że cię nie uraziłam – głos signory Giovanny zmusił ją do oderwania się od niewesołych myśli. – Niestety to jedna z moich głównych wad, plotę trzy po trzy i przez to wpadam w tarapaty. Ale biorąc pod uwagę ile już lat przeżyłam, to nie sądzę, że miałoby się to zmienić. Ale wracając do tematu, to niestety ale byłam na tyle nierozsądna, że odebrałam to cholerne ustrojstwo, które kupił mi mój syn – tu przerwała i wygrzebała z kieszenie rozłożystej, długiej do ziemi spódnicy telefon komórkowy i podsunęła ją pod nos swojej rozmówczyni, z miną jasno mówiącą co myśli o współczesnej technologii. – No i nacisnęłam ten zielony guzik i stało się. Dowiedziałam się o rzekomym nieszczęściu Clotildy. Oraz o wielu innych, z którymi musi się zmagać kulejąc i ledwo wstając z łóżka. O tych, których sama jest sprawczynią, oczywiście jakoś nie kwapiła się opowiadać – parsknęła ironicznie. – Tak czy  siak  sama, skarbie rozumiesz, że skoro już wiem o tym co się wydarzyło, nie mam innego wyjścia jak pojechać do niej. Bo gdybym nie wiedziała… - marząco zawiesiła głos i z niechęcią spojrzała na trzymany w ręku telefon. – Narzędzie piekieł i szatana – westchnęła głęboko.

-      Jak trzeba to trzeba – Nicoletta pokiwała ze zrozumieniem głową.

-      Tyle to i ja wiem, ale szkopuł w tym, że do soboty nie wrócę i…

-      I trzeba zapalić świeczkę naszej Marii – weszła jej w słowo.

Po plecach przebiegł jej dreszcz podekscytowania. Nagle to o czym myślała od wielu tygodni zaczynało nabierać realnych kształtów. Ostatnia przeszkoda miała zniknąć. A dodatkowo po raz pierwszy i zapewne ostatni będzie mogła przyjrzeć się z bliska figurce.

-      Dokładnie, chodzi mi o sobotę – przytaknęła signora Giovanna. – Nie zawracałabym ci tym dziecko głowy, ale obawiam się, że tylko ciebie mogę o to poprosić. Widać mamy coś z nieszczęsną Clotildą wspólnego. Jej zostałam jedynie ja a mi z kolei ty. Oczywiście w grę wchodziliby jeszcze moi chłopcy, ale…  Sama rozumiesz, to nie na ich męskie, pragmatyczne głowy  – zamachała gwałtownie ręką. – Dobrych mam synów, silnych, przystojnych, mądrych ale to i tak nie zmienia faktu, że  o Marię od dawien dawna dbają kobiety i nie wiem jak by bidulka przyjęła gdyby w okolicach jej sukni zaczęły gmerać męskie łapy… Znaczy nic zdrożnego nie miałam na myśli – zachichotała tym samym zaprzeczając dopiero co złożonemu zapewnieniu. – Chodziło mi tylko o brak finezji. Mężczyźni są raczej toporni, jeżeli wiesz co mam na myśli…

Nicoletta nie wiedziała ale rozsądnie postanowiła się do tego nie przyznawać.

-      No właśnie – signora Giovanna zinterpretowała jej milczenie po swojemu. – A dodatkowo, pomijając kwestię płci, w tę sobotę w telewizji leci transmisja jakiegoś arcyważnego meczu.

-      No tak, tej konkurencji Maria może nie wygrać – uśmiechnęła się przestępując z nogi na nogę z niecierpliwością a jednocześnie z całych sił starając się nie dać po sobie poznać jak bardzo jest poruszona.