Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o powieściach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o powieściach. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 maja 2020

Ogień i woda, szmat czasu i nowa powieść

To już pewnego rodzaju tradycja, że w momencie gdy ma pojawić się moja nowa powieść piszę o niej tutaj, na blogu, specjalnie dla Was. Blog sprzyja innemu rodzajowi komunikacji niż facebook i instagram. Ostatnimi czasy bywałam tu rzadko. Ale to już kolejny post, który pisze i odpoczywam. Czuję się trochę tak jakbym wracała do przytulnego domu, w którym czekają na mnie przyjaciele.  Wiecie, że jestem tu z Wami a Wy ze mną od 2012 roku? Pamiętam tremę z jaką siadałam przy komputerze pisząc pierwszy tekst na bloga. Pamiętam niepewność. I to jaka byłam zielona. Niczym szczypiorek na wiosnę. Przez te osiem lat wiele się nauczyłam. I wielu z Was towarzyszyło mi w tej drodze od początku. Część dołączyła w trakcie a jeszcze inni dopiero po raz pierwszy tu zajrzą. Ale te wszystkie lata, teksty, które napisałam a Wy przeczytaliście sprawiają, że w szczególny sposób zapisaliście się
w moim życiu. I pomimo tego, że nie wszystkich Was znam osobiście jesteście mi bliscy. Dziękuję Wam za te piękne chwile, które już spędziliśmy razem i za te dni, które dopiero nadejdą :)
I mam pytanie, zdradzicie mi od kiedy do mnie zaglądacie? I od której powieści zaczęliście sięgać po moje książki? A może to jeszcze przed Wami?
Może planujecie zacząć od najnowszej, która dopiero się pojawi, "W blasku słońca"?
Ta powieść początkowo miała mieć zupełnie inny tytuł, "Bocznymi drogami". I dlatego zaczyna się wierszem, który nadal, pomimo zamiany na "W blasku...", bardzo pasuje do całości. To ostania zwrotka:

Po wielu latach, z twarzą przez zmarszczki zoraną,
Opowiem to, z westchnieniem i mglistym morałem:
Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano
Dwie drogi; pojechałem tą mniej uczęszczaną ‒
Reszta wzięła się z tego, że to ją wybrałem.*


Te nieuczęszczane drogi i boczne trakty są przeznaczeniem obu bohaterek: Nicoletty i Leli. Gdybym miała określić je krótko i treściwie to napisałabym, że są jak ogień i woda. Ale pomimo wszystko obie muszą odnaleźć swoje miejsce w życiu, wybrać drogę, którą podążą.  O Nicolettcie opowiem Wam w kolejnym wpisie a dziś chciałabym przedstawić Wam Lelę. Diabelnie upartą, narwaną i biorącą się z życiem za bary. To jest taki mały fragment z samego początku opowieści zanim Lela wyruszy w podróż na spotkanie swojego przeznaczenia :)
Jeżeli pokusicie się o przeczytanie to zobaczycie jutro jak bardzo różnić się będą bohaterki. A jednak, jednak coś je połączy, już moja w tym głowa :)

A teraz, uwaga! Oficjalnie przedstawiam Wam Lelę:


Siedziała przy barze i sączyła któregoś z kolei drinka. Po trzecim przestała liczyć, bo właściwie ilość nie miała większego znaczenia. Miejsce wybrała ze względu na klimat, tchnęło przedwojennym czarem i gdyby nie to, że część z bywalców tonęła wzrokiem w telefonach komórkowych, można by było przypuszczać, że czas się cofnął i że nagle znaleźli się w czasach, gdy paryskie uliczki przemierzali Hemingway, Picasso i Scott Fitzgerald.
 ‒ I gdy można było odurzyć się przyzwoicie mile otumaniającym absyntem ‒ mruknęła do siebie i skrzywiła się, patrząc na swojego drinka.
 ‒ Słucham, mówiła coś pani? ‒ Facet siedzący po jej prawej stronie nachylił się w jej kierunku.
 ‒ Że chętnie napiłabym się absyntu, ale takiego prawdziwego, z dawnych lat. Pełnego opium i z ogromną zawartością alkoholu ‒ podniosła głos, przekrzykując muzykę, którą ktoś nagle pogłośnił. ‒ Co niektórzy twierdzą, że Vincent van Gogh obciął sobie ucho właśnie wtedy, gdy za dużo go sobie chlapnął ‒ dorzuciła, przysuwając szklankę do siebie.
‒ No proszę, interesuje się pani sztuką. ‒ Odwrócił się do niej z zainteresowaniem.
 ‒ Niestety, pudło. Interesuję się jedzeniem, a w tej chwili, jak widać na załączonym obrazku, głównie piciem ‒ mruknęła. ‒ Zresztą pan też za kołnierz nie wylewa. Wiem, bo przyszedł pan tuż po mnie, najpierw nie zamawiał niczego, potem powoli pił jednego drinka, a potem poszedł na całość. Barman nie nadąża z napełnianiem pana szklanki. A z tego wynika…
 ‒ Widzę, że zostałem poddany wnikliwej analizie ‒ przerwał jej, przekrzywiając zabawnie głowę i uśmiechając się lekko jednym kącikiem ust. ‒ I co pani ustaliła, pani doktor? ‒ zapytał kpiąco.
 ‒ Że wystawiła pana do wiatru. Nie przyszła ‒ dodała, unosząc kieliszek do góry. ‒ Jej zdrowie!
 ‒ Zadziwiające łączenie faktów, jestem pod wrażeniem! ‒ Zmarszczył brwi i spojrzał na nią uważnie. Wyraz kpiny zastąpiło zaciekawienie. ‒ Zakładając, czysto teoretycznie oczywiście, że ma pani rację, to czemu miałbym wznosić toast na cześć kogoś, kto mnie olał? ‒ zapytał po chwili, przerywając przedłużającą się ciszę.

 ‒ Z prostej przyczyny, mogła to zrobić, powiedzmy, po czterech latach, ot przyjść, usiąść przed tobą… Przepraszam, nie jesteśmy na ty ‒ zreflektowała się.
 ‒ Wiem, jak temu zaradzić. Pierre. ‒ Wyciągnął do niej rękę.
 ‒ Mirela, albo Lela, jak wolisz. ‒ Uścisnęła mu dłoń.
 ‒ I już możemy bez przeszkód kontynuować. Skończyłaś na „usiąść przed tobą” ‒ przypomniał jej, jednocześnie sugestywnie potrząsając pustą szklanką w kierunku barmana.
‒ A tak, usiąść przed tobą i powiedzieć ci, że to jednak nie to i że się pomyliła. Mogłaby jeszcze dodać, że jest jej przykro i że jest ci wdzięczna za wspólnie spędzony czas ‒ dokończyła i jednym haustem dopiła drinka. ‒ I zmarnowałbyś cztery lata, a skończyłbyś tak samo. Pijąc w barze i wymyślając sobie od kretynów. Więc jak najbardziej na miejscu jest wypicie jej zdrowia.
 ‒ Rozumiem, że w ten przewrotny sposób opowiedziałaś mi właśnie swoją historię. Zostawił cię po czterech latach, tak?
 ‒ Tak jakby. A ja w związku z tym mam dzień, a właściwie noc użalania się nad sobą. Zauważyłeś, że w każdym filmie o miłości, jak facet zostawia dziewczynę i ona idzie do knajpy, taka wiesz, spłakana, opuchnięta i wyglądająca jak „idź stąd”, to i tak z miejsca znajduje się jakiś samarytanin gotowy ją utulić, pocieszyć, zabrać do łóżka i zaproponować cudowne życie u swojego boku? Zadziwiające!
 ‒ Czemu? ‒ Pierre popatrzył na nią mętnym wzrokiem.
 ‒ Jak to czemu? A uprawiałbyś teraz ze mną gorący seks? ‒ wypaliła.
 ‒ O Boże, nigdy w życiu. ‒ Nieomal się zatchnął, a na jego przystojnej twarzy pojawił się wyraz popłochu. ‒ Znaczy nie zrozum mnie źle, po prostu yyy… Nie znam cię i tak dalej…
 ‒ Daruj sobie. ‒ Machnęła lekceważąco ręką. ‒ To, że mnie nie znasz, nie ma żadnego znaczenia. Natomiast to, że wyglądam, jak wyglądam, już tak. Zanim tu przyszłam, porządnie się zryczałam, więc na pewno mam spuchniętą górną wargę z czerwoną otoczką, co upodabnia mnie do świnki, pod oczami pojawił mi się czerwony rzucik…
 ‒ Nie, pod oczami masz jedynie takie wielkie czarne maziaje ‒ sprostował słabo.
 ‒ Spokojna głowa, to tylko tusz mi spłynął, a rzucik jest na swoim miejscu, tylko go nie widać. Tak samo zresztą jak kolejki potencjalnych adoratorów gotowych służyć mi chusteczkami do otarcia łez oraz szeroko otwartymi ramionami, w które mogłabym się rzucić i wypłakać. Dlatego nie znoszę filmów romantycznych. Ani tych o odnajdywaniu nowego miejsca do życia, w koniecznie nowym-starym domu, gdzie czeka na bohatera… No zgadnij, Pierre, co tam na niego, a właściwie nią, bo zwykle to kobiety wpadają na takie pomysły, czeka?
 ‒ A bo ja wiem? Martwa staruszka w piwnicy z truchłem kota na kolanach? ‒ Widać było, że usiłuje sprostać jej oczekiwaniom i wymyśleć coś nietuzinkowego.
 ‒ O rany, nie wiem, co ty pijesz, ale w następnej kolejce chcę to samo. ‒ Popatrzyła na niego zafascynowana. ‒ A poza tym widać, że czytasz i oglądasz raczej kryminały i horrory niż nie romansowe historie. Nie, mój drogi, na staruszkę to nawet ja bym się połaszczyła! Nie mówiąc już o struchlałym kocie. Ale tam na nie czeka wielka, prawdziwa miłość! Zawsze i obowiązkowo!
 ‒ Cóż, może ona jednak istnieje, tylko my do tej pory nie mieliśmy szczęścia. Może ona chodzi bocznymi drogami, a my idziemy zawsze wygodnym i utartym traktem. ‒ Zamyślił się. ‒ Moja babcia mówiła, że nic, co ważne i najbardziej kochane, nie przychodzi łatwo. Że zawsze wymaga wysiłku. Może coś w tym jest, że czasem warto rzucić wszystko…
 ‒ Taa… i wyjechać w Bieszczady ‒ przerwała mu.
 ‒ Gdzie? ‒ Wbił w nią nic nierozumiejące spojrzenie.
 ‒ Nieważne, jesteś Francuzem, i tak nie załapiesz… To taki nasz polski koniec świata. ‒ Machnęła ręką.
 ‒ Aha. ‒ Po tonie, jakim to wypowiedział, wywnioskowała, że końce świata nie leżą w jego sferze zainteresowań. ‒ W takim razie, wracając do tematu, to właściwie czemu on cię zostawił? Ma inną?
 ‒ Właściwie, Pierre, to, czy ma inną, nie ma znaczenia. Zostawił mnie, bo go nie kochałam ‒ powiedziała, nagle smutniejąc.
 ‒ I to on cię zostawił, a nie ty jego? ‒ Potrząsnął głową. ‒ Za dużo alkoholu i nic z tego nie rozumiem!
 ‒ Kochany, uwierz, że na trzeźwo byłoby tylko gorzej ‒ mruknęła.
 ‒ Taaa, to skomplikowane, lepiej będzie, jeżeli przestaniemy drążyć ten temat. W zamian proponuję ci spełnienie twojego marzenia. No może nie całkowicie, ale częściowo ‒ powiedział, wyjmując portfel. ‒ Starego, przedwojennego absyntu nie mogę ci zaoferować, bo jeszcze nie nauczyłem się cofać w czasie, ale znam lokal, gdzie nadal się go pija. Chodź, dzisiaj zafunduję ci lokalne wydanie „O północy w Paryżu” ‒ dodał i podtrzymał ją, gdy zsuwała się ze stołka, a potem uiścił rachunek.
 ‒ Jesteś tysiąc razy lepszy niż stado samarytanów i ich obleśne łóżkowe propozycje ‒ wyznała, lekko się zataczając. ‒ A wiesz, że ktoś powiedział, że picie absyntu jest jak wywoływanie duchów ‒ nigdy nie wiadomo, co cię opęta. ‒ Zabawnie zmarszczyła nos.
 ‒ Brzmi ciekawie ‒ parsknął śmiechem i podał jej lekką narzutkę, którą miała przewieszoną na oparciu krzesła. ‒ A wiesz, ja z kolei powiem ci, w nawiązaniu do tych pocieszycieli, że do łóżka to niekoniecznie mi się pali, ale chętnie się z tobą zaprzyjaźnię ‒ uśmiechnął się.
I coś mi się wydaje, że w tym właśnie leży mój problem ‒ pomyślała, idąc za Pierre’em. Że to zawsze będzie tylko przyjaźń. I żadne utarte trakty ani boczne drogi mi tu nie pomogą.

* Wiersz Roberta Frosta, tłum. Stanisław Barańczak. 

wtorek, 16 lipca 2019

Słów kilka o planach i o innych różnościach

Zacznę od tych innych. Otóż moi kochani jutro oficjalna premiera Antolki, choć wiem, że część z Was już ma książkę u siebie, część już przeczytała, część czeka aż doleci.
A ja chciałam jutro Was zaprosić do Wrocławia, do Empiku (Wrocław Renoma) na ulicy Świdnickiej 40 o godzinie 18:00. Będzie to pierwsze spotkanie, na którym będziemy rozmawiać o najnowszej powieści oraz o tym o czym tylko będziecie chcieli :) Kto mnie zna wie, że gaduła ze mnie nieziemska :)
Spotkań w tym roku ogólnie jest niewiele, ale za tydzień będzie jeszcze jedno w Łódzkiej Manufakturze, również w Empiku i również o 18:00.
Poza tym jak zwykle w środku lata u mnie zapanowały listopadowe chłody i za moment zacznie się grudzień. Powieść zimowa rządzi się swoimi prawami i właśnie się pisze. Na dowód, że mówię prawdę poniżej znajdziecie mały fragmencik.

A potem potem moi kochani jadę na urlop i ogłaszam wszem i wobec, że nie napiszę ani słowa (dobra, wiadomo, że kłamię) ale tak na serio zamierzam odpoczywać, leżeć, gapić się w niebo, podglądać ludzi i obserwować toczące się wokół mnie życie. I jeść pyszne sery i pić wino i  nagadać się z córką i grać z Tyśkiem w Talizman i w ogóle robić wszystko to na co będę miała ochotę. A z tym podglądactwem i obserwacją to trzymajcie kciuki żeby mi poszło jak najlepiej, bo w przyszłym roku i Wy będziecie czerpać z tego korzyści :) Obiecuję :) Tak, hmmm... To by było tyle w kwestii nie pracowania na urlopie :) Zamysł z góry skazany na niepowodzenie.
Ale tak jakoś samoistnie wrócił temat planów.
Uporządkuję to, jeżeli pozwolicie:
Antolka już jest :)
Powieść zimowa się pisze.
Potem jadę na wakacje i będę sobie układać w głowie powieść majową :)
A we wrześniu... We wrześniu nie będzie żadnej nowej powieści, bo chyba musiałabym zacząć pisać hurtowo ale za to dla tych, którzy czekają na "Wilczy Dwór" będę miała fragment do podczytania. A jedno mogę Wam zdradzić, będzie wstrząsający. Konstancja wróci z podróży, umęczona i ledwo żywa ale nie będzie jej dany wypoczynek i relaks. Zastanie w dworze makabrczną sytuację. To tak w ramach uspokojenia tych wszystkich, którzy podejrzewają, że już nigdy nie doczekają się kontynuacji :)
Potem będzie pisało się ostatnie już "Serce". Tytuł jeszcze nie znany, szczerze mówiąc nie wiem czy uda mi się jeszcze coś sensownego z sercem w tytule wymyślić :) Zobaczymy.
A zapomniałam o jeszcze jednym. Na początku przyszłego roku planowane jest wznowienie "Okna z widokiem".
No i znowu pokręciłam.
Najpierw będzie "Okno", potem "Serce".
A później powieść majowa.
A jeszcze później, w drugiej połowie roku zimowa. Coś mi chodzi po głowie, coś nastrojowego, klimatycznego ale zupełnie innego od dotychczasowych, ale jak na razie nie wybiegam zbytnio naprzód, bo nie chcę żeby mi się poplątało z tym co teraz piszę.
No i oczywiście w przyszłym roku, tak jak wielokrotnie wspominałam  pojawi się "Wilczy dwór". Nie wiem jeszcze w którym miesiącu (obawiam się, że jak tutaj zajrzy moja Pani Redaktor, to potem mnie zamorduje, jakbym nagle zniknęła to wiecie kogo pytać w pierwszej kolejności:) ).
Tak to wszystko poplątałam, że nie wiem czy się połapiecie :)

Tak czy inaczej starałam się ze wszystkich sił i bardzo proszę docenić chęci :)
Buziaki przesyłam i do zobaczenia! We Wrocławiu? W Łodzi? Kto przyjedzie?

A poniżej malutki fragmencik tej, która dopiero nabiera kształtów :)

Pucułowaty, niebieskooki chłopiec stał przed zamkniętą furtką, ściskając w rączce nieznacznie wymiętą kopertę. Piegowaty i nieco zadarty nosek miał zsiniały z zimna, czapka, zawadiacko nasunięta na jedno ucho sprawiała, że wyglądał czupurnie ale jednocześnie odsłaniała drugie, które było już solidnie zmarznięte.
Ale co zrobić. Coś za coś. Już dawno zauważył, że dorosłych rozczulała taka zadziorność. A tutaj gra była warta świeczki. Gość, który poprosił go o przekazanie listu wręczył mu dwudziestozłotowy banknot. Julek cały czas nie mógł uwierzyć w tak wielkie szczęście i co chwila sprawdzał, czy pieniądz na pewno jest w kieszeni kurtki. Był i szeleścił obiecująco w zmarzniętych palcach.
Jak dobrze pójdzie to może ta pani, której miał doręczyć list, też dorzuci coś od siebie – rozmarzył się. – Nawet piątka byłaby niezła. A gdyby dała dychę byłby prawdziwym szczęściarzem.
Ale żeby którakolwiek z tych fantazji mogła się ziścić przede wszystkim musiała się pojawić.
- Zwykle wraca koło piątej ale może się trochę spóźnić. To bardzo ważna wiadomość i naprawdę musi trafić we właściwe ręce. Poczekasz? – upewnił się facet wręczając mu kopertę.
- No przecież obiecałem. A ze mnie proszę pana jest solidna firma – odpowiedział poważnie.
Tak zwykle mówił jego tata gdy rozmawiał z potencjalnymi klientami i to zapewnienie zazwyczaj działało. Ale temu Julek w ogóle się nie dziwił. Już dawno zauważył, że jego ojciec miał w sobie coś takiego, co z miejsca przekonywało do niego ludzi. Po prostu, od czubka głowy aż do pięt był wcieleniem stabilności i pewności. Budził zaufanie. 
I Julek marzył, że gdy dorośnie będzie do niego podobny. Pewny siebie, zaradny i zawsze gotowy do tego żeby się wziąć z życiem za bary. 
Ale niestety. Nie zdążył dorosnąć a już na jego dziewięcioletnie barki spadł ogromny ciężar. Na początku jakoś lepiej sobie radził, ale teraz z dnia na dzień sytuacja coraz bardziej się komplikowała.
I znikąd pomocy – pomyślał ze smutkiem. – Jak tak dalej pójdzie będę musiał rzucić szkołę, a to na pewno nikomu nie wyjdzie na dobre – pociągnął nosem, ale gdy tylko poczuł, że coś drapie go w gardle podniósł głowę i zmusił się do dziarskiego uśmiechu.
Facet, który stał przed nim za nic nie mógł zauważyć, że Julek się smuci. Po pierwsze mógłby uznać go za mazgaja i poszukać kogoś innego do wykonania zadania, a po drugie nie wyglądał na kogoś, kto jest zainteresowany problemami innych. To nie był gość, któremu można by było się zwierzyć. A poza tym nawet gdyby był idealnym słuchaczem Julek doskonale wiedział, że nie może pisnąć o tym co go spotkało ani słówka. Za nic na świecie. Nie teraz.
Skoro wytrzymałem tyle to wytrzymam jeszcze trochę.
Ostatecznie bycie synem takiego ojca zobowiązuje – pomyślał usiłując odgonić od siebie poczucie beznadziejności i potwornego osamotnienia.
- Tak jak mówiłem, nie musi się pan martwić, dostarczę wszystko co trzeba, przekona się pan. Spokojna głowa – odchrząknął wypinając pierś obleczoną puchową kurtką.
Na całe szczęście drapanie w gardle, które zawsze było oznaką zbliżających się łez ustało, sytuacja została opanowana, a na twarzy mężczyzny od koperty pojawił się lekki uśmiech.
- Przekonałeś mnie, tak trzymaj. Takich ludzi nam potrzeba – poklepał go protekcjonalnie po ramieniu i nareszcie sobie poszedł.
Gdy zniknął za rogiem ulicy Julek odetchnął z ulgą. W tym gościu było coś, co mu się nie podobało. Niby elegancki, miły i uprzejmy ale taki jakiś… Picuś glancuś, tak powiedziałaby o nim babcia.
- Pamiętaj Juluś, nie to złoto co się świeci – mówiła mu często. – Bo człowieka to nie po ubraniu poznasz ani nie po tym co mówi.
- A po czym babciu? – zapytał zaciekawiony.
- A po różnych rzeczach, ale tak na pierwszy rzut to po oczach – odpowiedziała po krótkim namyśle.

wtorek, 25 czerwca 2019

A gdzie ten murek, gdzie jezioro?

Stała tuż przy cmentarnym murku
porośniętym gdzieniegdzie mchem
a przed nią rozciągała się panorama jeziora tonącego
w blasku zachodzącego słońca.
Różowozłote pasma kładły się na wodzie, migocząc i drżąc zwodniczo. 
Po ostatnim wpisie i tutaj i na mailu i na fb pojawiły się pytania dotyczące murku, na którym siedzę. I ja już wiem, o co Wam moi kochani chodzi. Otóż znacie mnie jak własną kieszeń i zapewne w duchu zadajecie sobie pytanie, czy z "Antolką" będzie tak jak z Malowniczym, że gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie... I właśnie złapałam się na tym, że nucę:

Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie 
Świat, w którym baśń ta dzieje się, 
Maleńka pszczółka mieszka w nim 
Co wieść chce wśród owadów prym. 

Tę pszczółkę, którą tu widzicie, zowią Mają, 
Wszyscy Maję znają i kochają. 
Maja fruwa tu i tam 
Świat swój pokazując nam. (...) 

Myślicie, że skoro mi się pokojarzyło  właśnie z tym to jestem potwornie stara?  Dziś chyba już mało kto pamięta starą, dobrą Maję i Gucia i pajęczycę Teklę ... Oho, no i odpłynęłam, ale już wracam na właściwy kurs, czyli do Antolki i murku i Janka i zachodu słońca w Kalu... I tutaj właśnie mamy odpowiedź. Murek istnieje (dowód na zdjęciu) 

a w powieści wszystkie miejsca, w których będzie Antolka będą autentyczne, wymienione i całkowicie do zlokalizowania.
Tak żeby Wam przybliżyć klimat powieści wstawiam zdjęcia :) Możecie zerknąć na to, co widziała Antolka.

A poniżej mały fragment, ten jest trochę nostalgiczny, ale nie dajcie się zwieść. Antolka nie jest panienką, która zbyt często popada w taki nastrój, ale tym razem jej się zdarzyło :) 

Buziaki dla Was kochani!

A właśnie okładka Antolki pojawi się trzeciego lipca :) Czyli już nie licząc dzisiejszego, za osiem dni :) 



Z "Pięknego Brzegu" wracali na jacht krętą, wąską ścieżką, z obu stron malowniczo przyozdobioną kwitnącymi dzikimi różami i głogami, które jeszcze gdzieniegdzie pomiędzy liście wplatały ostatnie płatki kwiatów.
- Pięknie tutaj. – Antolka przystanęła i rozejrzała się dookoła. – Zobacz, ile tu rośnie zdziczałych jabłonek! Szkoda, że już przekwitły! 

- A jakie dają jabłka! Tego się nie da opisać. Słodycz nagrzana słońcem i smakująca wspomnieniem lata. –  Uśmiechnął się Janek. – Właściwie chciałbym tu wrócić jesienią i znów zobaczyć jabłonki pochylone pod ciężarem owoców, głóg, który tak pięknie odznacza się purpurą na tle ciemnozielonych liści. Bo teraz ta zieleń jest jeszcze młoda, niepoważna a później, we wrześniu, październiku staje się głębsza, dojrzalsza. Ale to chyba nie jest w dobrym tonie podczas wiosny tak jawnie tęsknić za jesienią. – Roześmiał się. – Lepiej skupić się na tym, co jest tu i teraz. Chodź, pójdziemy kawałek pod górę, pokażę ci coś naprawdę wyjątkowego. – Uśmiechnął się i jak gdyby nigdy nic, wziął ją za rękę. 
To tylko zwykły, miły gest – przekonywała sama siebie, usiłując nie zwracać uwagi na bijące w oszalałym tempie serce. Pewnie robi tak z każdą dziewczyną, którą tutaj zabiera. Ot tak po prostu, zamyka jej dłoń w swojej ręce, żeby im się przyjemniej szło. No i rzeczywiście jest miło… Ale czy jakoś nadzwyczajnie? Usiłując nie dać się ponieść wyobraźni, zajęta swoimi myślami, z oczami wbitymi w ziemię, nie zauważyła, że doszli na szczyt wzgórza.


- Chciałem, żebyśmy dotarli tu tuż przed zachodem słońca, i się udało. To magiczne miejsce, jedno z moich ulubionych – powiedział, podprowadzając ją do kamiennego muru, za którym rozciągał się stary cmentarz wojenny. 
Dookoła niego zasadzono sosny, które zupełnie nie przypominały Antolce tych mazowieckich, długich i strzelistych. Te były niższe, bardziej rozgałęzione, sprawiały wrażenie, jakby wcale im nie zależało na tym, by piąć się do słońca, raczej skupiły się, żeby otulić swoimi pochylonymi ramionami śpiących snem wiecznym wojaków.
- Leżą tu żołnierze wrogich armii – powiedział cicho Janek. – Niemcy, Rosjanie. Jak popatrzysz na nagrobki uważnie, to zobaczysz też i polskie nazwiska. Kiedyś zastanawiałem się, czy teraz, gdy już wreszcie wszystko skończone, umieją dogadać się między sobą.



- Mnie się wydaje, że się całkiem nieźle dogadują – szepnęła nagle wzruszona Antolka, podchodząc do ogromnego, drewnianego krzyża. – Tu jest taki głęboki spokój, taka cisza pełna znaczeń, że inaczej być nie może. To się czuje w powietrzu, że oni już nie są na wojnie, że im tam gdzieś, gdzie teraz są, jest dobrze i spokojnie. Pewnie siedzą na drewnianych ławeczkach, stojących pod bielonymi ścianami domów, i opowiadają swoje wojenne dzieje dzieciom, których nie zdążyli mieć. I nie pozwalają swoim synom nawet myśleć o wojnie. Palą fajki, a wieczorami piją koniak dla kurażu… – Zamilkła, nagle zawstydzona tym, że głośno wypowiedziała to wszystko co w tej chwili ją przepełniało. 


Zerknęła spod oka na Janka, ale w jego twarzy nie było niczego, czego się obawiała. Ani śladu kpiny czy zdziwienia. Za to oczy miał pełne ciepła i zrozumienia. I właśnie w tym momencie dotarło do niej, że oto zupełnie nieoczekiwanie spotkała kogoś, kto po prostu ją rozwiązał jak krzyżówkę, i to mimo tego, że miała tak potwornie trudne hasła. Przed Jankiem nie musiała niczego udawać. Wystarczyło, że jest taka, jaka jest. Ot, po prostu, zwyczajnie. 
- Chodź, bo to jeszcze nie koniec, to jest jedno z tych miejsc, których nie można pominąć, będąc na Mazurach, nie tylko ze względu na to wszystko. – Janek znacząco powiódł wzrokiem wokół siebie, jeszcze mocniej ujął jej dłoń i pociągnął za sobą w stronę murku. – Zamknij oczy i otwórz dopiero, jak powiem. Jeszcze moment, zrób krok, no nie bój się, przecież cię trzymam i nie puszczę. – W jego głosie słychać było czułość i pewność. – Teraz spójrz! – Antolka otworzyła oczy i znieruchomiała.
Stała tuż przy cmentarnym murku porośniętym gdzieniegdzie mchem a przed nią rozciągała się panorama jeziora tonącego w blasku zachodzącego słońca. Różowozłote pasma kładły się na wodzie, migocząc i drżąc zwodniczo. 

niedziela, 17 lutego 2019

Serce w obłokach - nadciągają ciemne chmury

Dobry wieczór moi kochani Czytelnicy!
Piszę do Was z wiadomością, że "Serce w obłokach" już naprawdę niedługo trafi do Waszych rąk. A w nim poznacie również inną odsłonę Magdaleny Kordel. Spokojnie, będzie Klementyna i będzie Miasteczko. I Dobrochna i doktor Piotruś i policjanci. Będzie też kilkoro gości, którzy pojawią się w różowej kamieniczce niespodziewanie i zapewnią jej mieszkańcom mnóstwo wrażeń i emocji. A co za tym idzie Wam również.
Ale o tym jutro a może pojutrze. Dziś chciałam opowiedzieć o nowym wątku. O starym dworze, który pojawi się w powieści i przyniesie nowe historie i wywoła dreszcze i dzięki niemu poznacie pewną opowieść. Taką której z wypiekami słucha się siedząc przy ognisku, a potem aż strach położyć się do łóżka :)

A to tak na rozbudzenie apetytu:




Poznajcie proszę Lenę, jedną z mieszkanek dworu:

Lena powitała nadejście burzy z wdzięcznością. Była jej nieoczekiwanym sprzymierzeńcem. Szalejący wiatr i bijące o ziemię pioruny, zagłuszały wszystkie odgłosy i odwracały uwagę od tego, co działo się w ciemnych czeluściach dworskich korytarzy. Wydawało jej się, że minęła cała wieczność , gdy w końcu w drzwiach pokoju, który przez ostatnie miesiące stał się jej więzieniem, zazgrzytał klucz. 
Drzwi się uchyliły i do wnętrza ktoś się wsunął.

A to przepowiednia, której nikt z nas nie chciałby usłyszeć:

Nie miała umiejętności rozumienia tego, co wyśpiewuje wiatr. Gdyby potrafiła w nim czytać, usłyszałaby złowieszcze słowa, które już wcześniej padły z ust złożonej maligną kobiety: „Za późno, na wszystko za późno”.

A to... Ktoś kto ściągnął na siebie spore nieszczęście. Słusznie? Niesłusznie? Tajemnica. A tych będzie w "Sercu w obłokach bardzo wiele. 

Noce były więc potworne, ranki nie przynosiły ukojenia, bo z nocnych koszmarów płynnie przenosiły go w te realne. Przyjaciele wyraźnie go unikali, służba przemykała pod ścianami, kuląc się po kątach. Tylko ta niemowa zachowywała się tak jak zwykle. To ona teraz przynosiła mu posiłki i herbatę. Żona jadała osobno, o ile w ogóle coś przełykała, bo straszliwie wychudła. Zrobiła się taka ptasia , ostra. 

Dwór który patrzy i nabiera umiejętności... Też go poznacie i zapewniam nie zapomnicie go prędko.

A dwór słuchał i uczył się swej nowej roli. 

A to stara niania, Eleonora. A nianie jak to nianie...  Są od tego by trwać:

Ale była nianią. A nianie nie opuszczają swoich dzieci. 

To taka przystawka, do tego co dla Was przygotowałam :) Mam nadzieję, że już niedługo spotkamy się w różowej kamieniczce i starym lesie w zrujnowanym dworze, który doskonale wie czego chce ale również jest świadomy tego czego sobie nie życzy. 

poniedziałek, 17 września 2018

O najnowszej powieści, która już wygląda zza rogu

Naprawdę wygląda, troszkę ukradkiem i nieśmiało ale już niebawem objawi się w pełnej krasie :) A już teraz mogę Wam powiedzieć, że to powieść niespodzianka i mam nadzieję, że duża część z Was ucieszy się widząc okładkę (jeszcze chwilkę trzeba na nią poczekać).  To powieść oparta na prawdziwej historii i podczas czytania niejednemu z Was (a przynajmniej mam taką nadzieję) zakręcą się w oczach łzy. To opowieść niosąca nadzieję ale taką opartą na przekonaniu, że o marzenia trzeba zawalczyć. O tym, że czasem trzeba zaryzykować i postawić wszystko na jedną kartę. O miłości, tęsknocie i nadziei. I o wielu, wielu innych ważnych sprawach. I tak to jest gdy chciałoby się powiedzieć więcej a jeszcze nie można :) Dodatkowo jest jeszcze jedna sprawa, o której też jeszcze nie mogę otwarcie mówić, ale poza najnowszą powieścią, będzie jeszcze jedna duża niespodzianka. Muszę Wam powiedzieć, że ja już ją częściowo widziałam i nieskromnie powiem, że jest prześliczna. I naprawdę z niecierpliwości aż przytupuje i nie mogę się doczekać aż dostanę zielone światło by podzielić się z Wami tym wszystkim zupełnie otwarcie, bez kluczenia. 
Ale  żeby jakoś osłodzić sobie i Wam czas oczekiwania na konkrety przez kilkanaście najbliższych dni będę w zawoalowany sposób przybliżała bohaterów najnowszej powieści :) Dziś poznajcie proszę Adę i zajrzyjcie do napisanego przez nią listu:

Kochany panie Bogu, mama mówi, że cię nie ma, a nawet gdybyś był, to i tak nie masz czasu na słuchanie marudnych bachorów. Ale jest już choinka i pani Dusia, podobno ją znasz, bo ona mówi, że zna ciebie, ciekawe prawda, że jak ktoś kogoś zna, to ten drugi ktoś też zna tego pierwszego… I znowu gadam, to moja największa wada to mówienie. Więc pani Dusia powiedziała mi, żebym napisała list do świętego Mikołaja, bo to on przecież przynosi prezenty. Tylko że ja nie mogę do niego pisać. On po prostu nie da rady. A to przecież twoje narodzenie, kochany Bogu, to lepiej napisać od razu do ciebie. To tak:
Kochany Bogu, proszę cię o trzy rzeczy: żeby ktoś mnie pokochał i żebym tak bardzo się nie bała, gdy jestem sama w nocy, i żeby mamusia mnie przytuliła. Chociaż raz. I jeszcze, tak dodatkowo, gdyby się dało, żeby tatuś żył. Chociaż to podobno za trudne nawet dla ciebie. Twoja Ada.


wtorek, 24 kwietnia 2018

A w "Sercu w skowronkach" będzie tyyyyle miłości! I...


Występny doktorek, końska sprawa, Dobrochna i lewe łoże, które wszystko komplikuje, Teresa, która sieje wiatr i zapewne zbierze burzę, Pogubiona Agata, która zapałała miłością  do mopa i laski (oba te przedmioty będą miały duże znaczenie :) To wszystko czeka na Was w "Sercu w skowronkach" :) To i dużo więcej. I jeżeli mogę Wam coś doradzić nie do końca wierzcie w to co z miejsca Wam się nasuwa :) Nie wszystko będzie tak jasne jak się wydaje. Krótko mówiąc mam ogromną nadzieję, że opowieść Was niejednokrotnie zaskoczy :) Zrobiłam wszystko co w mojej mocy żeby tak było.
Wiem, że część z was nie lubi czytać fragmentów ale może zerkniecie na takie krótkie, nic nie zdradzające zdania. Mam nadzieję, że Wasze serca będą w skowronkach :) 



"- Oszalałeś? – przerwał z irytacją. – Co takiego może zawierać list zza grobu, napisany przez osobę, którą znałem jak własną kieszeń?" 

"Kochany,
nie będzie Ci łatwo czytać tego, co napisałam. Jeszcze trudniej będzie ci się z tym pogodzić. Ale mogę Cię zapewnić, najdroższy synku, że przeżyć tego wszystkiego też nie było łatwo…"

"Kiedyś mężczyźni chodzili na polowanie, wracali do jaskiń i rzucali do nóg swej wybranki ubite mięsiwo, które potem zmieniali w treściwy posiłek i futra, którymi mogły okrywać się damy z epoki kamienia łupanego. Tak mi powiedziała."

"Chyba właśnie zrozumiałam, co jest gorszego od zbyt gadatliwej i gderliwej kobiety – pomyślała z irytacją. – Milczący jak głaz facet!" 



"- Niestety, doktorze Piotrusiu, stało się! – zwierzyła mu się ufnie ledwo wyszli za ogrodzenie okalające szkołę. – I to wszystko z powodu łóżka, wyobraź sobie – dodała, pociągając nosem."

"- My – powtórzyła za nim, stwierdzając, że brzmi to zaskakują-co dobrze.
- My – przytaknął i uśmiechnął się tak, że Klementynie pomimo tego, że siedziała ugięły się nogi."

"To babka Agata cichcem wracała do siebie. A w sercu wrzała jej najprawdziwsza, nieokiełznana furia."

Maciej wszedł, spinając wszystkie mięśnie. Doskonale wiedział, co zaraz nastąpi. I oczywiście się nie mylił. Puszczony pies natychmiast rzucił się w jego kierunku, odtańczył przed nim dziki, radosny taniec, a na koniec skoczył na niego, stanął na tylnych łapach i z rozmachem przejechał jęzorem po jego twarzy. Aspirant pomyślał, że niepotrzebnie tracił czas na poranną toaletę. Prawe ucho miał całkowicie mokre, a policzek też solidnie wypolerowany. 

Stojący w progu Kuba z rezygnacją westchnął. Zauważył już pewną prawidłowość. Ktokolwiek przychodził do Klementyny, natychmiast, jakby przyciągany jakimś niewidocznym magnesem, lądował w kuchni.


sobota, 26 sierpnia 2017

Serce z piernika może malutki fragmencik? I WIELKIE podziękowania!

Moi kochani, większość z Was już wie, że "Serce z piernika" stało się całkiem realne. Okładka chyba Wam się całkiem spodobała, przynajmniej mam taką nadzieję. Dziękuję Wam za zamówienia w przedsprzedaży w Empiku. Jesteście NIESAMOWICI! Pomimo tego, że do premiery jeszcze dużo czasu już mamy dziewiąte miejsce! Powtórzę raz jeszcze to tylko i wyłącznie dzięki Wam mogę robić to co kocham. Jesteście moimi prywatnymi Aniołami do wynajęcia :) 
Teraz chciałam wyjaśnić dlaczego pomimo tego, że powieść jest zimowa baner na blogu nawiązujący do niej  jest ewidentnie letni. Otóż tak pomyślałam, że mamy jeszcze lato. Akcja opowieści zaczyna się w połowie października i zmierza kroczek po kroczku do świąt. Ale przecież zanim nadszedł październik Klementyna, Dobrochna, Babka Agata, Imka i wszyscy inni, których poznacie niebawem, przeżyli też piękne, słoneczne lato. Choć znając charakter babki Agaty dla Klementyny i Dobrochny na pewno obfitowało ono również w trudne chwile. Na banerku widzicie dziewczynkę siedzącą na walizce. I chciałabym Wam zdradzić, że walizki będą odgrywały bardzo ważną rolę. W tej opowieści będą wzbudzać niepokój i będą oznaką nadchodzących zmian. Tyle tylko, że moja bohaterka wcale za nimi nie tęskni. I powoli przestaje się godzić z tym co przez lata przyjmowała z pokorą :) Dziewczynka też pojawiła się nie bez kozery. To Dobrochna. A Dobrochna niejednokrotnie Was wzruszy i rozbawi nieomal do łez...
A teraz tak na dobry początek i w ramach prezentu zupełnie nie wigilijnego początek "Serca z piernika". Życzę Wam dobrej lektury :)

Wiele przedgrudni temu.

Spotkania bywają różne. 
Te umówione, ustalone i wyczekiwane. 
To ich wypatruje się od samego rana do wieczora, skreśla się dni w kalendarzu, wygląda zza uchylonej firanki z nadzieją, że może jednak minuty zaczną płynąć szybciej i ten ktoś, na kogo się tak pilnie i wytrwale czeka, pojawi się znienacka, oszuka i kalendarz, i czas, zagra na nosie tęsknocie i sprawi, że serce oczekującego rozszaleje się w piersi, a w głowie zatańczą zwariowane z radości myśli. Takie małe baletnice, wirujące na koniuszkach palców, ulotne, zwiewne, a jednocześnie nieokiełznane. 
W chwilach największych tęsknot i buntu tańczyła z takimi wyimaginowanymi primabalerinami. A każda z nich w załamaniach rozkloszowanej, tiulowej spódniczki chowała obietnice szczęścia i spełnienia. Nie teraz, nie tutaj, ale… gdzieś i kiedyś. Ta wiara pozwalała jej zachować dziecięcą radość. 
Właściwie trudno mówić o innej radości, gdy jest się małą dziewczynką… 
W każdym razie ulotne baletnice pojawiały się zawsze, gdy po raz kolejny pakowała niewielką walizkę. 
„Miej tyle rzeczy, ile możesz unieść”. To było ich rodzinne motto. Powtarzane tak samo często jak w innych domach „weź szalik”, czy „załóż czapkę”. U nich nikt nie przypominał o tak prozaicznych rzeczach. Najpierw, gdy była zbyt mała, żeby sama się o to zatroszczyć, to babka pakowała ją w ciepły kombinezon, otulała jej pulchne stópki bucikami z mięciutkim futerkiem w środku, a rozmarzoną główkę chroniła kolorowymi czapeczkami.
- Marzenia nie mogą przemarznąć – mawiała z uśmiechem. – Trzeba o nie dbać.
A potem, gdy mała już opanowała trudną sztukę samodzielnego ubierania, została zapoznana z kilkoma prostymi zasadami:
- Jak ci jest zimno, załóż sweter, przy wietrze i mrozie nie zapominaj o czapce i rękawicach, gdy buty zaczną cię cisnąć, przyjdź i powiedz mi o tym. Jedną z najbardziej irytujących cech u starszych jest ich przekonanie, że wiedzą lepiej, czy małemu człowiekowi jest za zimno, czy za gorąco. Czy mu dobrze, czy źle. U nas na całe szczęście nigdy tak nie będzie – zapowiedziała babka. 
I rzeczywiście nie było. Przynajmniej jeżeli chodzi o ubranie. Choć czasami, gdy pogoda nagle się zmieniała, Klementyna znajdowała w rękawie kurtki szalik i czapkę. Ale nigdy nie usłyszała pytania: „a gdzie masz nauszniki?” ani przypomnienia „weź rękawiczki”. Czasem jej tego brakowało. 
Tak to zwykle bywa, że to samo, co innych irytuje, w niektórych budzi tęsknotę. 
Klementyna od czasu do czasu marzyła o tym, że w jej życiu nagle wszystko się odmieni i któregoś ranka, gdy tylko otworzy oczy, zobaczy pochyloną nad sobą postać i pomimo tego, że będzie widziała ją po raz pierwszy, z miejsca ją rozpozna. Zarzuci jej ręce na szyję i wciągnie głęboko powietrze, po to by na zawsze już zapamiętać, jak pachnie jej własna mama. I od tej pory będą żyły długo i szczęśliwie, tak jak tysiące innych mam i córeczek. A babcia będzie mogła nareszcie odpocząć i bez wyrzutów sumienia być po prostu babcią, która ma swoje dziwactwa i od czasu do czasu popada w melancholię. Klementyna przeczuwała, że wszystkie babki tak mają . I coś jej mówiło, że gdyby obok była jej nieznana, tajemnicza mamusia, to wszelkie kaprysy babki byłyby nie tylko do zniesienia, ale nawet miałyby swój urok. Ale żeby to docenić, potrzebna jej była ona, mama. Gdy szeptała to słowo, z miejsca robiło jej się miękko w okolicach serca i oczy same wilgotniały. Tak właśnie przychodziła największa tęsknota, najpierw zagnieżdżała się w klatce piersiowej, a zaraz potem zamazywała spojrzenie łzawą mgiełką. Zapewne po to, żeby nie odbierać małej dziewczynce nadziei. Myślała wtedy, że czasem lepiej, jak nie wszystko jest dobrze widoczne, bo z mgły zawsze mogła się wynurzyć oczekiwana postać, mgła otulała nieprzeniknioną zasłoną niejedną tajemnicę, ale miała to do siebie, że zawsze mogła nieoczekiwanie się rozwiać. Trzeba tylko cierpliwie czekać. 
I w takich chwilach największej tęsknoty, bez względu na to, jaka była wtedy pogoda, otulała główkę ciepłą czapką. 
Bo przecież marzenia, żeby mogły się spełnić, nie powinny przemarzać…
To jedno marzenie pielęgnowała ze szczególną troską. I wiedziała, że jego spełnienie będzie miało związek właśnie ze spotkaniem. 
A spotkania bywają różne.
Również takie, na które w ogóle się nie czeka. 
Wyskakują niczym królik z kapelusza, wypadają na nieoczekującego zza rogu ulicy, dopadają w zacienionej parkowej alei. Łowią w misternie zarzuconą sieć czyjeś spojrzenie, ocierają dłonią o dłoń.
I to one zazwyczaj wywracają życie do góry nogami.
A gdy zdarzy się tak, że zderzą się ze sobą te oczekiwane i te, których nikt się nie spodziewa, gdy spotkają się w magicznej chwili nagłego olśnienia, wtedy właśnie cienkie niteczki ludzkich losów przeplatają się i tworzą skomplikowany, niepowtarzalny ścieg. I niewidzialna ręka wyszywa złotem zawiły wzór czyjegoś życia.


Przedgrudzień -– październik 


Niedobrze, jak za dobrze. Klementyna doskonale znała to powiedzenie. Ba, nie tylko znała, ale uważała, że jest w stu procentach prawdziwe. Tym bardziej była zła na siebie, że dała się uśpić i omamić spokojowi, który nieoczekiwanie rozgościł się w każdym zakamarku ich małego mieszkania. 
Babka była ostatnio niezwykle wyciszona. Trochę jak nie ona, i to już powinno Klementynie dać do myślenia i wzbudzić czujność. Zero ucieczek, zero wymykania się ukradkiem na klatkę schodową, zero zaczepiania obcych ludzi i opowiadania im niestworzonych historii. Zamiast tego przydreptywała do kuchni, przysiadała na drewnianym taborecie i z ukontentowaniem patrzyła, jak jej wnuczka zagniata wielkie sterty ciasta. Z lubością wciągała powietrze przesycone zapachem cynamonu, imbiru i goździków. I tylko czasami rzucała spod oka spojrzenie, w którym czaiła się kpina rozpalona iskierkami buntu. Klementyna widziała to wszystko, ale odgoniła od siebie niepokój. Pomyślała, że zapewne da się to jakoś racjonalnie wytłumaczyć. Może w końcu babka się naprawdę solidnie zestarzała i nareszcie poczuła się zmęczona. I najzwyczajniej w świecie zabrakło jej siły na poważniejsze demonstracje. Dlatego ograniczyła się do rzucania spojrzeń. 
- Chyba nie jestem dobrym człowiekiem – zwierzyła się Klementyna któregoś razu swojej przyjaciółce Irminie.
- Ktoś, kto nie byłby dobrym człowiekiem, nie mógłby piec takich boskich pierników – odpowiedziała, z roztargnieniem pochylając się nad stojącym na kuchence garnkiem i zanurzając drewnianą kopystkę w bulgoczącej, aromatycznej masie. – Dobrze, że się poznałyśmy, bo dzięki temu od wielu lat moje Boże Narodzenie trwa od wczesnej jesieni – dodała rozmarzonym tonem i mimochodem sięgnęła po leżącą obok łyżkę, zanurzyła ją w garze i ze smakiem oblizała.
- Ha, zawsze wiedziałam, że przychodzisz do mnie li i jedynie z tego powodu. I mojego niesamowitego talentu cukierniczego, rzecz jasna – roześmiała się Klementyna.
- Proszę bardzo, okaż człowiekowi trochę serca, a z miejsca cię postawią do pionu! Ja cię tu doceniam! Chwalę! Odsłaniam przed tobą najskrytsze myśli! A ty mnie posądzasz o taką małostkowość! Ale rzeczywiście talentu nie można ci odmówić.
- I skromności – dorzuciła ze śmiertelnie poważną miną Klementyna.
- O tak! Skromność to twoje drugie imię – Irmina prychnęła śmiechem i energicznie pomajtała drewnianą kopystką w garze. 
Przez moment w kuchni panowała cisza przerywana jedynie bulgotaniem gęstej, pachnącej masy. Irmina odeszła od kuchenki, usiadła na rozkolebanym taborecie i oparła łokcie na stole. Jej pogodna jeszcze przed momentem twarz nagle spoważniała. 
- A tak na serio, to nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, że mówiłam prawdę. Przez te wszystkie lata to właśnie dzięki tobie zaczynały się moje święta. Po prostu tam gdzie się pojawiasz, zaczyna nimi pachnieć i z miejsca człowiek tęskni.
- Nie ma w tym nic dziwnego. W końcu całe dnie piekę pierniki, to przesiąkam ich zapachem. A to kojarzy się ze świętami. I wszędzie gdzie się pojawiam ciągnie się za mną ten aromat. Żadne perfumy nie pomagają…
-  Może masz trochę racji, ale to nie tylko to. Nie chodzi tutaj o sam zapach. Tak samo jak w tych uczuciach, które wzbudzasz, nie chodzi o prezenty ani o choinkę… To coś zupełnie innego. Taka głęboka tęsknota za miłością, rodziną, ciepłem płynącym z wyciągniętych rąk. I to jest takie dobre uczucie, które pozwala smakować to, co ma dopiero nadejść i cieszyć się tym dużo, dużo wcześniej. Można się od tego uzależnić… Zupełnie jak od twoich pierników. Przyznaj się, co do nich dosypujesz? Jaki jest tajny składnik? – zażartowała, próbując ukryć wzruszenie.
Klementyna też usiłowała się uśmiechnąć, ale nie za bardzo jej to wyszło.
- Tajny składnik, mówisz? Może to właśnie chodzi o tę wspomnianą przez ciebie tęsknotę. W tej dziedzinie jestem prawdziwym ekspertem – powiedziała powoli i spojrzała przyjaciółce prosto w oczy. – To drugi z moich niewątpliwych i niekwestionowanych talentów. Umiem tęsknić jak nikt inny. Zresztą sama wiesz – dodała i głęboko westchnęła. – Babka wielokrotnie powtarzała, że pierniki mają niesamowitą wrażliwość i jakimi emocjami się je obdarzy, wygniatając i wałkując, takimi nasiąkną, a potem oddadzą z nawiązką… I moje widocznie tęsknią. 
- Ale za to jak pięknie. Tęsknić też trzeba umieć – Irmina, widząc smutek w  oczach przyjaciółki, natychmiast wzięła się w garść. Za nic nie chciała swoją paplaniną dodawać jej zmartwień. Tych miała aż nadto. – Ale czekaj, bo w końcu się rozgadałyśmy, a ja nadal nie wiem, dlaczego uważasz, że nie jesteś dobrym człowiekiem. Co cię skłoniło do takich wniosków? – rozsądnie zmieniła temat i sięgnęła po stojący na stole dzbanek z herbatą.
-  Ulga, którą czuję, gdy widzę, jaka babka jest spokojna. Tak jakbym cieszyła się, że jest z nią gorzej – wyznała, podsuwając pod dzióbek dzbanka swoją pustą szklankę.
- Jeżeli tak ma się objawiać to pogorszenie, to oby trwało jak najdłużej – prychnęła Irmina. – Fizycznie zdrowa jest jak koń, co ja mówię, pięć koni. Niczego jej nie brakuje, biega jak źrebak… Nie śmiej się, wiem co mówię, niecały miesiąc temu nie mogłam jej dogonić, kiedy zwiała mi na jezdnię. Zaliczyłam wtedy dwa stany przedzawałowe. Pierwszy, bo mało się nie wykończyłam, usiłując ją dopędzić, drugi, bo babunia na moich oczach, chyżo niczym łania, przemknęła tuż przed rozpędzonym autobusem. I jakby tego było mało, zatrzymała się na chodniku i pokazała kierowcy język. Przypuszczam, że dopadłam ją tylko i wyłącznie dlatego, że zdecydowała się na tę małą manifestację. Od tamtego dnia zostałaś moją cichą bohaterką. Powinno się ciebie oprawić w ramki i pokazywać jako wzór poświęcenia i cierpliwości. Nie mam pojęcia, jak przez te wszystkie lata dawałaś radę upiornej babuni. Toż to czort wcielony! A dodatkowo jest jeszcze Dobrochna. Ja bym w życiu nie umiała pogodzić opieki nad złośliwą starszą panią i małym dzieckiem.
(...)
Jak się domyślacie ciąg dalszy nastąpi, a tak naprawdę nawet już nastąpił :)   

piątek, 22 kwietnia 2016

Pani Magdo dlaczego... I mały fragment w którym poznacie mojego wymarzonego dziada. Nadzieje i marzenia dostaną głos.

Tak właśnie rozpoczynał się mail, który dzisiaj dostałam. Pani pytała w nim o kilka spraw, ale przede wszystkim o to dlaczego zaczęłam bawić się w historię. Dlaczego nie trzymam się tego co tu i teraz, tego co w tej chwili nas określa. Dobra, dziejąca się współcześnie powieść też jest potrzebna - przekonywała.
Na ten mail już odpisałam, ale nadal nie mogę przestać myśleć o wyżej wspomnianych pytaniach. Rzeczywiście już od jakiegoś czasu historie które opowiadam sięgają w przeszłość. Gdyby ktoś mnie zapytał kiedy konkretnie zdecydowałam, że tak właśnie będą wyglądały moje powieści nie umiałabym na to pytanie odpowiedzieć. Po prostu w pewnym momencie okazało się, że każdy z bohaterów o których opowiadam ma przypisanych do siebie przodków, którzy dopominają się o głos, a przeszłość wpływa na to kim są w tej chwili ich potomkowie. Teraźniejszość nie straciła na znaczeniu ale przeszłość ewidentnie upominała i upomina się o swoje prawa. Poza tym nie ma czegoś takiego co określa nas tylko i wyłącznie w tej chwili. Na to gdzie mieszkamy, jak żyjemy ma wpływ właśnie historia.  Nie jesteśmy tworami, które pojawiły się znienacka i niezwiązani z niczym i z nikim szybują nad ziemią. Każdy z nas ma korzenie, antenatów, historie rodzinne. Bez przeszłości nie byłoby teraźniejszości ani przyszłości. Są ze sobą nierozerwalnie powiązane. I szczerze mówiąc trochę martwi mnie to, że coraz częściej o tym zapominamy. Z rozczuleniem i ogromnym szacunkiem patrzę na ludzi starszych, którzy noszą w sobie świat, którego już nikt z nas nie dotknie. Jedynym sposobem na to by go poznać i ocalić od zapomnienia to właśnie słuchanie, zapamiętywanie, spisywanie. To pochylenie się nad tym co było. Dla mnie historia to nie fronty, walki, daty. To ludzie, którzy żyli, kochali, mścili się, walczyli. Gdy za jakimś wydarzeniem zaczynają stać ludzie z krwi i kości daty nagle same się zapamiętują. I właśnie dlatego... Tu chciałam zacytować autorkę listu "bawię się w historię", ale nie mogę tego zrobić. Bo to raczej historia bawi się mną. Ożywa, staje się realna, bliska. Zaczynają pojawiać się smaki, zapachy, stroje, wydarzenia, które choć dawno odeszły nadal rwą się do życia. I ja im chcę to drugie istnienie podarować. Chcę żebyście i Wy moi Czytelnicy, razem ze mną zachwycali się i tym co teraz ale również tym co za nami. Dlatego w "Tajemnicy bzów" tyle przedwojennego Lwowa i wojennej Warszawy. Dlatego dziadkowie Leontyny mieszkają w leśniczówce, bo ta leśniczówka naprawdę istniała i jej historia aż prosiła się o to by ją zachować.

Dlatego w "Nadziejach i marzeniach" Malownicze, Magda i inni mieszkańcy mają głos, który po jakimś czasie bez żalu oddają tym, którzy żyli długo przed nimi ale jak się na koniec okaże nadal mają wpływ na to co się dzieje tu i teraz.
Dziś nie jest samotną wyspą. Dziś urodziło się wczoraj. A na zachętę maleńki fragmencik z wymarzonym dziadem w roli głównej. Poznajcie proszę Macieja:

Zmierzch już zapadał, gdy na drodze prowadzącej do wsi pojawiła się zgarbiona postać, opatulona w długi, pielgrzymi płaszcz. Mężczyzna szedł wolno, podpierając się sękatym, grubym kijem z zamocowaną na końcu skórą z jeża. Niejeden już raz ta kolczasta nakładka uratowała mu skórę, gdy rozjazgotane kundle usiłowały go pogryźć. Przy boku miał też przytroczony bat, ale używał go znacznie rzadziej. Psy nie były głupie. Przećwiczone kilka razy kijem i jeżową skórą wolały zostawić go w spokoju. W miejscach, gdzie bywał częściej, nawet rozpoznawały go z daleka i umykały na jego widok z podkulonymi ogonami. I dobrze robiły, bo dzięki temu Maciej nie musiał używać bata, który smagał o wiele dotkliwiej niż kostur. A już taki miał charakter, że przemocy nie lubił, choć życie nie raz zmuszało go do zadania gwałtu swej łagodnej naturze. Podpierając się coraz mocniej na kiju, głośno westchnął. Całodzienna wędrówka w upale i kurzu polnych dróg zmęczyła go i teraz ciążyła mu nawet lekka, płócienna torba, wypełniona ziołami i przymocowane do pleców gęśle. Mijał już kilka wsi, gdzie serdecznie zapraszano go do większości chałup, ale jakaś siła pchała go wciąż przed siebie. A stary Maciej podczas wieloletniej pielgrzymki nauczył się, że czego jak czego, ale przeczuć nie należy ignorować. Był prawdziwym dziadem. Nie to, co duża część żebraków i złodziejaszków, usiłujących podszyć się pod dziadów z krwi i kości. A w ostatnich latach namnożyło się tych farbowanych lisów, co niemiara i tylko opinię psuli takim jak on. Oszukiwali, wykorzystywali wiarę ludzi, kradli. Nie próbował nawet zliczyć przypadków, gdy ktoś został poszkodowany przez maskującego się skutecznie oszusta. Na całe szczęście nadal w większości miejsc otwierano przed nim drzwi, bowiem przepędzenie dziada sprowadzało na dom nieszczęście. Ta wiara głęboko osiadła w sercach ludzi, dużo głębiej, niż strach przed potencjalnym hochsztaplerem. Maciej w głębi duszy nie chciał wywoływać strachu, ale to, co niezrozumiałe, budziło lęk. Doskonale o tym wiedział. Widział dużo więcej, niż zwykli śmiertelnicy, a ci wprawdzie pragnęli poznać to, co dla nich ukryte, ale jednocześnie bali się jego umiejętności, niczym diabeł święconej wody. 
Tak czy inaczej dar Macieja czasem wymagał od niego poświęceń. Tak jak w tej chwili, gdy nie bacząc na ból nóg i dokuczliwy skwar, lejący się z nieba, szedł nie korzystając po drodze z proponowanej gościny. Czuł, że potrzebny jest w innym miejscu. I to potrzebny niezwłocznie. Teraz mijając pierwsze domy we wsi, poczuł przebiegający po plecach charakterystyczny, zimny dreszcz – niechybny znak, iż zbliża się do celu. Jednak żadne z okolicznych domostw go do siebie nie wołało, choć z kilku chałup wyszli do niego mieszkańcy, zagadując i serdecznie zapraszając do środka. Zatrzymywał się, odpowiadał na pytania, a na jednym z podwórek poprosił o wodę. Skwapliwie podała mu ją pulchna, rumiana kobieta, do której nóg przytulała się cała gromadka dzieci. Maciej wypił, podziękował, uczynił nad drobiazgiem znak krzyża i powędrował dalej. Gdy w oddali zamajaczyła szeroko otwarta, bogato zdobiona, kuta brama, przyspieszył kroku. 


 

wtorek, 12 kwietnia 2016

Przedstawiam Wam... Wymarzonego dziada :)

Od kilku dni już jest. Wprawdzie dopiero wirtualnie. Wprawdzie dopiero w kilku miejscach. Wprawdzie na razie można oglądać tylko okładkę. Wprawdzie już tu się pojawiła ale jeszcze jej oficjalnie nie przedstawiłam. A więc moi kochani oto wprowadzam na salony moją najnowszą powieść: "Nadzieje i marzenia". To opowieść, która do końca, do ostatniego słowa pisała się bez tytułu. Pomimo tego, że intensywnie nad nim myślałam. W pewnym momencie wręcz opętańczo, bo nic nie przychodziło mi do głowy. W końcu zaraziłam obsesją tytułową wszystkich wokół. Nękałam telefonicznie każdego kto nękać się dał (Krysia Mirek może potwierdzić), rodzina usiłowała sprostać zadaniu i nie uciekać na mój widok gdy z szaleństwem w oczach mówiłam: słuchajcie a może tak... W końcu jak to w takich przypadkach bywa nastąpiło zmęczenie materiału i dostałam głupawki. W tym stanie powstały dwie wersje tytułu, tak żeby był zgodny z serią Malownicze. Wersja dla romantycznych: "Malownicze: Wymarzony dziad" i wersja a dla steranych życiem: "Malownicze: dziadowski czas". Moja biedna Pani redaktor po usłyszeniu tych rewelacji stwierdziła, że jak tak dalej pójdzie obie pójdziemy na dziady. Dziad pojawił się w moich myślach nie bez kozery, bo jedną z bardziej istotnych postaci jest właśnie dziad wędrowny. To od niego wszystko się zaczęło. A właściwie od opowieści jednego z naszych przyjaciół, który kiedyś przy kosztowaniu przepysznej nalewki opowiedział historię, która przyczyniła się do ocalenia jego rodziny. Dziad proszebny odgrywał w niej niebagatelną rolę. A ja poczułam się tak jakby we mnie piorun strzelił. Miałam wrażenie jakby ta historia czekała własnie na mnie. Oczywiście z miejsca w mojej głowie pojawiły się obrazy zupełnie niezwiązane z własnie usłyszaną opowieścią ale snute na kanwie, którą rozpięły słowa Tomka. A potem, dzięki Idze i Błażejowi (nasi najserdeczniejsi przyjaciele) pojawił się dwór (który naprawdę istnieje, można go odnaleźć na mapie) i kolejne opowieści, te najcenniejsze bo prawdziwe. I to wszystko złożyło się w całość. I tak powstała historia, która zaczyna się w 1843 roku i toczy się aż do Powstania Styczniowego.
Ale nie bójcie się, to opowieść o ludziach, o emocjach, miłości, dzieciach... O magii, która była obecna w zwyczajnym i powszednim życiu. O dwóch Sabinach, o dziadzie wędrownym Macieju... O ważnych wydarzeniach, które zapalały w młodych sercach wolę walki. O ludziach, którzy żyli w burzliwych czasach, o tych, którzy w przedziwny sposób powiązani są z teraźniejszością choć już dawno odeszli.
Ale to tylko jedna odsłona powieści. Bo druga to Malownicze. Kraśniakowa, pan Miecio, Magda, Michał i dzieci. Herbaciarnia u Krysi, stare dobrze znajome kąty, kręte, wąskie uliczki sudeckiego miasteczka. Sporo w tej powieści Malowniczego. To tak dla uspokojenia tych, którzy się stęsknili. Ale sporo też nowych nieznanych dróg, którymi podążą bohaterowie. Po to by na koniec wszystkie wątki spotkały się i powiązały. Mam nadzieję i marzę, że będziecie na tę moją powieść czekać razem ze mną :) W końcu z jakiegoś powodu jej tytuł to "Malownicze. Nadzieje i marzenia". Choć uważam, że Wymarzony Dziad też miał w sobie coś :)