Serce z piernika


Emilia Baczyńska
Pierwszy śnieg

Mężczyzna pochylił się i delikatnie musnął swoimi wargami jej rozchylone usta składając na nich pocałunek, który był obietnicą spełnienia marzeń. Z piersi Yvony wyrwało się mimowolne westchnienie, w którym zawierało się wszystko, co czuła...
Olka też westchnęła.  A za chwilę jeszcze zaklnęła, gdy Ptyśka goniąc zaspaną muchę zrobiła rundę przez jej uda.
Aj, kocie, to boli!
Miau?
Miau. Miau. Mogłabyś czasami po ludzku coś powiedzieć - dziewczyna odłożyła książkę i westchnęła nie gorzej od bohaterki powieści.  - Wiesz Ptyśka, życie takie nie jest. Takie historie, jak w książkach się nie zdażają. A już na pewno nie takim dziewczynom, jak ja, czy ty. Bo widzisz Ptyśka, życie to harówka, zero romantyzmu, szaro bury świat za oknem.
Mi tam moje życie się podoba – miauknęła kocica wskakując na parapet. - Chociaż przyznaję, że mogłabyś więcej czasu przebywać w domu. Właściwie mogłabyś być cały czas, w końcu czułabym, że mam człowieka na stałe. O, patrz zaczyna padać śnieg.
Pyśka, aleś się rozmiauczała. O, popatrz,śnieg zaczyna padać. Myślisz, że z pierwszym śniegiem jest tak, jak ze spadającą gwiazdą? Wypowiesz życzenie i ono się spełni?
Nie sądzę. Dość naiwne takie myślenie. Chociaż uważałabym na twoim miejscu, bo z życzeniami nigdy nic nie wiadomo. Wypowiadasz takie na głos i nawet nie spodziewasz się kto może je usłyszeć.
Miauczydło z ciebie straszne – Ola podeszła do okna i wtuliła się w kota, który zrezygnowany poddał się pieszczotom. - Chciałabym przeżyć coś takiego, jak z powieści. Taką, wielką niespodziewaną miłość. Coś, co by wywróciło mój świat do góry nogami. Coś szalonego, coś... Auuuuu, gupi kocie! - Pyśka wyrwała się z objęć swojej pani i pognała miaucząc ostrzegawczo. Ale nim dopadła kuchni cień, który jej mignął na ścianie zniknął bez śladu. Pokręciła się jeszcze chwilę pod stołem, ale tam również nie znalazła nic podejrzanego. Jej Osobisty Człowiek wrócił na kanapę do przerwanej lektury. Cokolwiek było przez chwilę w mieszkaniu, zniknęło bez śladu. Na wszelki wypadek kocica przyjęła strategiczne miejsce w kącie naprzeciwko kanapy i nie spuszczając oka ze swojej właścicielki niezauważalnie... zasnęła.

Dzień przywitał Olkę lekkim mrozem i bajkowym widokiem za oknem. Cały szaro - bury świat skrył się pod białą, puchatą kołderką mięciutkiego, świeżutkiego śniegu.
Wow! Może w tym roku w końcu będziemy mieli białe święta! - zakrzyknęła dziewczyna i w tym samym momencie stwierdziła, że najwyższy czas zacząć wprowadzać się w świąteczny nastrój. Bez trudu znalazła radio grające nieśmiertelny przebój Last Christmas. Trochę większy kłopot sprawiło jej wygrzebanie z dna szafy sweterka z reniferkiem, który wylądował tam po ostatnim świątecznym przyjęciu w pubie ze znajomymi i nadal nosił na sobie ślady tamtego wieczoru. Olka próbowała sobie przypomnieć, czemu go nie wyprała po imprezie, ale stwierdziła, że nie warto jednak zaprzątać sobie tym głowy. Przepocony i cuchnący piwem sweterek rzuciła na dno kosza z praniem, gdzie zapewne przeleży do nowego roku.
Dziwne, że nie wywietrzał całkowicie, ale to tłumaczy, czemu moje letnie sukienki zajeżdżały z lekka drożdżami. Ptyśka żarło!
No wreszcie. Ileż można czekać. Zaraz zacznie się nowy odcinek porannej krzątaniny przed blokiem. Nie chciałabym niczego przegapić. Mam nadzieję, że ma to chociaż posmak tuńczyka.
Jedz kocie. Kupię ci coś dobrego dzisiaj. Ale dostaniesz na Mikołaja dopiero.
Akurat – mruknęła Ptyśka z mordą w misce. -  Pewnie znów dostanę saszetki ekskluziw, a na nowej bluzeczce nawet nie dasz się położyć. Zawsze co najlepsze, to dla ciebie.

Było pięknie. Śnieg nadawał miastu niezwykłego uroku. Nie przeszkadzało nawet to, że krótki dzień zmierzał ku końcowi nim się na dobre zaczął. Wyjście z domu zajęło jej trochę dłużej niż planowała, ale nogi same ją niosły w stronę rynku. Tam, gdzie grała muzyka, migały kolorowe światełka, można było napić się grzanego wina i nacieszyć oczy świąteczną atmosferą bożonarodzeniowego jarmarku.
Boże, jak tam musi być pięknie – pomyślała Olka zmierzając ku centrum. I nie tylko ona.

Wodzirej w stroju Mikołaja przekrzykiwał do mikrofonu muzykę płynącą z głośników ustawionych wokół placu. Co gorsza, nie były to żadne pastorałki, ani świąteczne szlagiery, tylko jakieś dyskotekowe umca-umca. Śnieg tworzący magiczny nastrój na bocznych uliczkach tutaj zamienił się już w brudne, rozdeptane błoto. Olka utknęła w tłumie. Czy szła w prawo, czy w lewo miała wrażenie, że idzie pod prąd tłumu ludzi, którzy zwiedzeni pierwszym prawdziwym śniegiem chciali poczuć, to samo co ona. I czuli. Głównie przypalone kiełbaski i woń smażącego się oleju. Rozpychając się łokciami spocona dotarła do stoiska z ozdobami świątecznymi. Wpatrując się w szklane cudeńka przez chwilę udało jej się uchwycić świąteczny nastrój. To była jednak krótka chwila zakończona bolesnym rozdeptaniem przez babsko w futrze, które wepchnęło się jej przed nos i tłustym paluchem obmacywało wszystko po kolei wywołując panikę w oczach właściciela. Zdecydowanie należało stamtąd uciekać. Jak najszybciej i jak najdalej od tego szaleństwa, które niewiele miało wspólnego ze świąteczną magią. Łatwiej było pomyśleć, niż zrobić.
Niesiona falą utknęła pod budką z kasztanami. Kolejka, w której ją postawiono, była zdecydowanie mniejsza niż ta do gofrów i czekoladowych deserów.
Małą, dużą, czy średnią? - Zapytał pryszczaty sprzedawca automatycznym głosem.
Średnią poproszę – westchnęła z nadzieją, że może przekąska poprawi jej trochę nastrój.

Była już prawie przy samym końcu rynku i próbowała wyłowić z torebki ostatnie kasztany, gdy poczuła, jak jej stopy tracą przyczepność z podłożem. Rozpuszczony śnieg na starym poniemieckim bruku stworzyły idealną pułapkę. Przed spektakularnym upadkiem uratowało ją jedynie to, że całą sobą oparła się na plecach osobnika stojącego przed nią.
Mężczyzna odwrócił się i zlustrował ją dokładnie najpiękniejszymi oczami, jakie kiedykolwiek widziała. Intensywnie błękitne źrenice, okolone długimi, zawiniętymi rzęsami sprawiły, że poczuła nagle natchnienie. Miała ochotę wygłosić coś bardzo doniosłego, co zostałoby zapamiętane przez przyszłe pokolenia, których twórcą by zostali – ona i on, piękny nieznajomy. Już otwierała usta, by dać upust swoim emocjom, gdy obiekt jej westchnień ją ubiegł.
Kasztany – bardziej swierdził niż zapytał, a jego niski głos sprawił, że ugięły się pod nią kolana.
To jest, jak w powieści? - wyszeptała.
Taa, kasztany – potwierdził jeszcze zaglądając jej do torebki. - Nie mam plamy na plecach? - Odwrócił się przy tym i popatrzył na nią pytająco.
Tak.
Nosz kur...! Jak duża?
Co?
Plama? Jak duża?
Jaka plama?
No plama, tłusta plama na plecach, mówiłaś, że mam plamę na plecach. Po tych kasztanach chyba – zniecierpliwił się.
Nie, nie, nie masz plamy. Twój płaszcz jest idealny – właściwie chciała powiedzieć, że cały jest idealny, ale w porę ugryzła się w język.
Mężczyzna popatrzył na dziewczynę, która wydawała się trochę upośledzona. Rozejrzał się wokoło za kimś, kto mógłby wyglądać na jej opiekuna, ale nikt nie zwracał na nich uwagi.
Może wyjdźmy z tego tłumu. Jesteś sama?
Tak – przytaknęła żarliwie. - Sama. Całkiem sama. To znaczy nie jak sierota. Mam kota.
O nie wątpię – pokiwał ze zrozumieniem głową. Zastanawiając się przy tym, czy jak ją tak zostawi na środku chodnika, to dziewczyna trafi do domu.
Ptyśka! - Wykrzyknęła Olka uśmiechając się szeroko.
Ptyśka? Boże skąd ja ci wezmę ptyśka na jarmarku? - wyszeptał do siebie. Ale na widok jej rozpromienionego oblicza postanowił wykazać się prawdziwie męskim poświęceniem. - A może... - zawachał się – kupię ci serce z piernika? Równie dobre. Spójrz na tamte, jakie piękne, udekorowane, kolorowe!
O tak, serce z piernika, Olka marzyła nie raz by takie otrzymać od ukochanego z najczulszymi słowami wyszeptanymi wprost do ucha, przeznaczonymi tylko dla niej. To byłoby takie, jak w powieści. Szczyt romantyzmu. Mickiewicz mógłby się przy tym schować ze swoimi sonetami. I właśnie teraz znalazła się w sytuacji, jak z filmu. Piękny nieznajomy ciągnie ją do stoiska z piernikami, by wyznać swą miłość. Scena, jak z marzeń. Tylko czemu zaczyna odczuwać lekką panikę?
Szarpnęła ręką, ale obcy trzymał ją mocno. Robił, co mógł, żeby tłum ich nie rozdzielił. Olka momentalnie otrzeźwiała. Miejsce romantycznych scen z książek zajęły sceny z serwisów informacyjnych o zaginionych kobietach. W głebi jej jestestwa odezwała się feministyczna bestia, którą zazwyczaj trzymała na krótkiej smyczy.
Poproszę tamtego. Tak, tego najwięszego! - Gdy wyjmował portfel skorzystała z okazji, że ją puścił i czmychnęła między ludzi. Może takie porwania z miłości są dobre w książkach, ona jednak wolała zawierać znajomości bardziej przyziemnie. Chociaż oczy miał cudowne. Po mamusi, o czym już nie zdążyła się przekonać.
Tu jesteś Radziu. To dla mnie? - Kobieta w futrze wyjęła z rąk zaskoczonego mężczyzny piernikowe serce i zaczęła je rozwijać z celofanu. - Chodźmy. Duszno w tym tłumie. I wyobraź sobie, jacy ci sprzedawcy są cwani. Oglądałam jedną bombkę i ona pękła. Wyobraź sobie, że ten bezczelny właściciel kazał mi za nią zapłacić. A przecież doskonale widać było, że specjalnie takie liche, żeby ludzi naciągać. Coś tam mówił o ręcznej robocie i unikatowych egzemplarzach. Phi. I tak to wszystko na pewno z Chin. Mówię ci Radziu, więcej tu nie przyjedziemy. Wszystko to naciągane i drogie. Żerują na naiwności biednych ludzi. Dobrze, że my sobie nie damy w kaszę dmuchać. Żebyś słyszał, jaką mu awanturę urządziłam. Uszy położył po sobie. Cwaniaczek jeden. A to serce synku też pewnie z zeszłego roku było. Piernik, to można latami przechowywać.
Nie smakował mamusi?
Ujdzie kochanie, ujdzie – pochwaliła łaskawie mrużąc z zadowolenia małe oczka, które kiedyś musiały być naprawdę ładne.



Amelia Puch
Lukrowana miłość
Wcale nie tak dawno temu i wcale niedaleko stąd żyła sobie pewna rodzina: mama, tata, córka i syn.
Wszyscy bardzo się kochali. Wiosną święcili koszyczek, latem wyjeżdżali na kajaki i na wakacje, jesienią zbierali kasztany, a zimą zdejmowali ze strychu ogromne pudło.
Pudło zamieszkiwały piernikowe ludki. Po świętach zapadały w sen letni, lecz gdy, zgodnie z rodzinną tradycją, w mikołajkowe popołudnie były rozstawiane na półce w salonie, budziły się do życia.
Mimo że wiele z piernikowych ludków miały po kilka lat, zawsze, gdy mama z czułością wyjmowała je z kartonowego, letniego mieszkania, po całym domu rozchodził się zapach świąt: goździków, pomarańczy i, oczywiście, pierników.
Co roku w pudle przybywało lokatorów, ponieważ rodzina wypiekała nowych mieszkańców. Piernikowe ludki z radością przyjmowały nowych przyjaciół do swojego grona. Zawsze urządzały im przyjęcie powitalne.
Nikt nie wiedział, że pierniczki są nie tylko dekoracją świąteczną. Tylko mama myślała, że są czymś więcej, niż jedynie ciasteczkami.
I właśnie dlatego wycinała z ciasta małe serduszka, które zawsze przyczepiała na lukier na lewej piersi ludzików.
Gdy nikt nie patrzył, ludziki świetnie się bawiły: tańczyły, rozmawiały o Świętym Mikołaju, podziwiały miniaturową choinkę, którą mama zawsze stawiała obok nich na półeczce. Pewnego dnia rodzina urządziła coroczne pieczenie świątecznych pierników. Córka stworzyła piękną ciasteczkową dziewczynkę: w różowej, lukrowej sukience z perłowymi guziczkami.
Gdy lukier zastygł, mama uzupełniła świąteczną, piernikową dekorację o nowo wypieczone ludziki. Gdy jeden ze stworzonych rok temu ludków w błękitnych ogrodniczkach zobaczył dziewczynkę w różowej sukience, całkiem stracił dla niej piernikową głowę.
Od tej pory byli nierozłączni. Pokochali się miłością bezwzględną. Dziewczynka poznała całą piernikową rodzinę. Była wspaniała i wszyscy ją uwielbiali. Chłopiec w ogrodniczkach był w stanie położyć u jej stóp cały piernikowy świat.
Wigilijny wieczór był wspaniały. Piernikowe ludki obserwowały rodzinę i gości przy kolacji, a gdy wszyscy poszli na pasterkę, urządziły sobie własne święta. Śmiały się całą noc. Cieszyły się wszystkim: choinkowymi światełkami, kolędami, które mama, kierowana przeczuciem, zostawiła włączone, i prezentami, którymi Święty Mikołaj obdarował rodzinę. Zakochani Różowa Dziewczynka i Błękitny Chłopczyk, jak nazwała piernikową parę rodzina, byli nierozłączni.
Wszystko było pięknie aż do sylwestrowej nocy. Piernikowe ludki zostały same, ponieważ rodzina poszła świętować Nowy Rok z przyjaciółmi. Pierniki również urządziły sobie zabawę. W szalonym wirze tańców i śmiechu Błękitny Chłopczyk potknął się.
Jego serduszko odpadło i złamało się na kilka małych kawałków.
Błękitny Chłopczyk zaczął robić się coraz bardziej blady i suchy. Różowa Dziewczynka patrzyła na to z przerażeniem.
Gdy jej ukochany bladł coraz bardziej, Różowa Dziewczynka podjęła decyzję. Chwyciła lukier, który mama przypadkowo zostawiła na piernikowej, świątecznej dekoracji. Wycisnęła go na lewą pierś ukochanego, oderwała swoje serduszko i przykleiła je Błękitnemu Chłopczykowi.
Gdy on wracał do życia, ona oddawała ostatnie oddechy.
Następnego na rano mama spojrzała na pierniczki. „Jak to się stało?” , pomyślała, widząc Różową Dziewczynkę bez serca i Błękitnego Chłopczyka, wyglądającego wyjątkowo smutno.
W święto Trzech Króli pierniczki zostały schowane do pudła i zapadły w długi, wiosenny sen. Tylko Błękitny Chłopczyk nie mógł zasnąć. Tęsknił za swoją ukochaną. Był jednocześnie pełen podziwu dla jej odwagi, wdzięczny za nowo podarowane życie i zrozpaczony, ponieważ obok niego w pudle została złożona jego miłość bez odrobiny życia.
Jedenaście miesięcy później tata zdjął pudło ze strychu. Cała rodzina wspólnie wypiekała nowe pierniczki.
Jednak mama pamiętała, co stało się w zeszłym roku. Wycięła o jedno serduszko więcej, niż powstało piernikowych ludków.
Mama wyjęła Różową Dziewczynkę z pudła. Z właściwą sobie czułością na lukier przykleiła jej nowe piernikowe serduszko.
Różowa Dziewczynka otworzyła czarne jak paciorki oczka. Pierwszym, którego zobaczyła, był Błękitny Chłopczyk.

I tak wszystko skończyło się szczęśliwie. Tak właśnie działają grudniowe cuda, które dzieją się w każdym domu. Wystarczy szerzej otworzyć na nie oczy i nigdy, ale to nigdy nikomu nie żałować odrobiny serca.



Michał Bartosz Mojski
NOW
Z dedykacją dla pewnej (może nawet niejednej…) 
miłośniczki prozy Anny Todd 
i muzyki Harry’ego Stylesa, 
dzięki której dowiedziałem się,
 że owi artyści w ogóle tworzą na tym łez padole… W!



Teresa
To życie nie ma sensu. Nie ma, nie ma i nie ma. Wokół tylko sami debile, którzy chcą cię wykorzystać!

Hadrian 
Czuję się taki samotny, wciąż szukam miejsca dla siebie. Czasem myślę, że ja Adrian, nazywany przez przyjaciół Hadrianem (jak ten cesarz) równa się samotność na wieki. Nawet myśli mam banalne – sztampa do kwadratu!

Teresa
To historia jak z ckliwego romansidła dla gospodyni domowej, która zmęczona obowiązkami, chce poznać burzliwe dzieje jakiegoś Alvaro, tudzież innej Conchity. Zależało mi! Strasznie mi zależało. Zakochałam się jak nastolatka – w sumie jestem nastolatką… Wiecie, jak to się toczy. Ochy i achy. Spacery przy świetle księżyca. Trzymanie za rączki. Zapewnienia, że zawsze. Zaprzeczenia, że nigdy. Esemesy i telefony. Kiedy przychodzą naprawdę trudne czasy, czuwa. A później się okazuje, że to nie tylko dla mnie. Że nie mam wyłączności. Że jestem częścią jakiegoś przeklętego, emocjonalnego haremu jedynych, niezastąpionych, najdroższych. Wyłam dzień w dzień. Jakiś grafoman spokojnie mógłby napisać o mnie tanią opowiastkę. Mam nawet tytuł „Naiwna idiotka”.

Hadrian
Jakieś poruszenie zapanowało dzisiaj piętro niżej. Do mieszkania na parterze ktoś się sprowadził. Może nie będą walili szczotką w sufit, kiedy podkręcę Mozarta albo Czajkowskiego na cały regulator.

Teresa
Nowe miejsce - nowa ja. Chciałabym uwierzyć. Po tym, co przeżyliśmy ostatnio.

Hadrian
Zima. Wyszedłem jak co dzień ze swoim Leonem na spacer. Szczekanie. Bieg. Śnieg. Pies. Śnieg. Pies. Śnieg. Pies. Lubię patrzeć, jak się bawi mój czekoladowy labrador.

Teresa
Lubię patrzeć jak się bawi moja ruda wiewiórka. Bo jest już moja. Nazwałam ją Wanda. Nieopodal okna rośnie spory świerk. To tam mieszka. Dziś przyszła. Popatrzyłyśmy chwilę na siebie. Chyba przypadłam jej do gustu. I vice versa.

Hadrian
Nie powinienem był go czytać. Nie mam w końcu piętnastu czy dwudziestu lat. Ale przeczytałem. Chodzi do liceum, do klasy biologiczno – chemicznej. Uwielbia chemię i zwierzęta, ostatnio jakąś wiewiórkę. Firma handlowa ojca splajtowała. Nie szła mu sprzedaż cementu, glazury i uszczelek, więc się przenieśli. I jeszcze coś: „Nie wiem, kto nagrał ten filmik. Stałam się gwiazdą YouTube’a. No, może gwiazdeczką na miarę mojej parszywej szkoły. Choć sława mojego tańca z najdroższym półnago, na stole, podczas imprezy poruszyła całe miasteczko. »Żeby w takim liceum takie rzeczy się wyprawiało! Za naszych czasów było to nie do pomyślenia!« – szeptała kuma kumie podczas środowego targu. Najdroższy stanął na wysokości zadania. Przynajmniej tak się wówczas wydawało.” Było jeszcze dużo o smutku, bezsensie i rezygnacji. Leon wyniuchał gdzieś w rogu na klatce pamiętnik. Pomyślałem, że to staromodne w epoce blogowania. Tak poznałem sąsiadkę z dołu.

Teresa
Pół dnia szperałam i nie mogłam go odszukać. Znalazł się w skrzynce. Ale ktoś go czytał! Boże, mam nadzieję, że nie dokopie się do jakiejś wersji filmu! A co, jeśli wszyscy i tutaj będą debatować o moich miłosnych rozterkach. Może już czas zacząć budować swój Wilczy Szaniec. Chociaż… Dostałam też pocztówkę. Pomyślałam, że to staromodne w epoce mejlowania. „Zapamiętaj trzy litery. N - jak niezwykła. O - jak olśniewająca. W - jak wartościowa” i podpis: „Niejawny Opiekun Wrażliwych”. Bajka, melodramat, czy żart?

Hadrian
Diabelska ciekawość. Mogłem sobie darować. Głupi kundlu rasowy, gdybyś nie ciągał mnie na tej smyczy, tylko zachowywał się jak na tresowanego zwierza przystało, nic bym nie przeczytał. Wcale mnie nie słuchasz, tylko szczekasz na tę biedną wiewiórkę, która siedzi na świerku.

Teresa
Znów list. „Lubisz chemię? A znasz takie pierwiastki jak: azot, tlen i wolfram?” i podpis. Uśmiechnęłam się pod wąsem, gdybym go miała, oczywiście.

Hadrian
Wyrzuty sumienia wciągają. Działam dalej.

Teresa
Dostałam małą kartkę z chmurą i błyskawicą. A na niej napis: „Bujaj w obłokach!”.

Na razie to się muszę bujać z wieloma przypałami. Choć zabujałabym się w jakimś Romeo… Nie bujam! No i żeby on mnie nie bujał, tylko był tak naprawdę zabujany…

Hadrian
Zabawa trwa.

Teresa
„Zgjyzrj w skdbkd! W twpkm wnętyzl jdst źyóełp, itóyd nkaer nkd wrschnkd, jdśuk optygfksz jd peszligć.” – dziwne, nie wiem, o co chodzi, Mój samozwańczy opiekun pyta, czy byłam harcerką i znam GA-DE-RY-PO-LU-KI. Kiedy zaskroniec wszedł mi cztery lata temu do śpiwora w Bieszczadach na obozie, skończyła się moja kariera w mundurze. Nic już nie pamiętam. Może tym razem Wikipedia nie kłamie: „Technicznie jest to prosty, symetryczny, monoalfabetyczny szyfr podstawieniowy, w którym szyfrowanie oparte jest na krótkim, łatwym do zapamiętania kluczu. Klucz ten zapisuje się w formie ciągu par liter, które ulegają w tym szyfrze prostemu zastąpieniu. Najczęściej stosowany klucz to "GA-DE-RY-PO-LU-KI", skąd pochodzi nazwa szyfru. W kluczu tym każda para liter oddzielonych myślnikiem stanowi listę zamienników. Litery, których nie ma na liście zamienników, pozostawia się w szyfrowanym tekście bez zmian. Zmianom nie podlegają też spacje.” Jeszcze raz, nie rozumiem! Ach, Marek Aureliusz! Rzymski cesarz, jak Oktawian August, Kaligula, czy ten od wału w Brytanii. Jak mu tam było? Harald? Hammurabi? Harry? Hadrian!

Hadrian
Napisała na Facebooku: „Ezkęilję, zgjyzę!”. Wcześniej umieściła zdjęcie, jak karmi wiewiórkę. Miała w oczach iskierki i prezentowała swoje ząbki. Teresa, a nie – wiewiórka. Ten uśmiech… Opamiętaj się, chłopie!

Teresa
To chyba wiersz. Dla mnie. Tego jeszcze nie grali. Kim jesteś Niejawny Opiekunie Wrażliwych?



„Hen w Polsce wrażliwa Teresa
Płakała w głos w długich okresach.
Aż człek rzekł jej w zachwycie:
»Piękna, stwórz cudne życie!«
Już wierzy w siebie Teresa.”

Hadrian
Zostałem poetą. Napisałem pierwszy w życiu wiersz. Coraz bardziej lubię moje alter ego.

Teresa

Dziś na Facebooku…

„Niejawny Opiekun Wrażliwych: Jesteś fantastyczna!
Ja: A mnie się wydawało, że jestem prawdziwa, autentyczna, a nie jakaś wyimaginowana, jak smoki, czy wróżki ;P.”

Hadrian
Prawdziwa, autentyczna, niewymagin…, niewamiginow…, niewymigowa… Jak to powiedzieć?! Niezmyślona! A ja?

Teresa
Siedziałam w wysokiej wieży. W komnacie pełno było ekranów telewizorów, a na nich ciągle, raz po raz wyświetlał się filmik z imprezy ze mną tańczącą w roli głównej. Krzyczałam i próbowałam się uwolnić. Nie chciałam patrzeć na te kompromitujące sceny. Ale trzymały mnie jakieś niewidzialne łańcuchy. Nagle zobaczyłam diabła o twarzy mojego eks. Wyciągał ku mnie kosmate ręce i syczał z zadowoleniem: „Nikt cię nie chce! Jesteś niepotrzebna! Totalne zero!” Czułam na twarzy jego oddech, już miał zacisnąć palce na mojej szyi. Szykowałam się na najgorsze. Naraz pojawiła się monstrualnych rozmiarów wiewiórka. To Wanda, a obok niej rycerz na ogromnym brązowym psie. „Uratuję cię, księżniczko” – usłyszałam. Po chwili diabła nie było, a wojak ukląkł przede mną i otwierał przyłbicę… Było jeszcze ciemno. Spojrzałam na zegarek. 4.48. Oblana zimnym potem leżałam do szóstej, nie mogąc już zmrużyć oka.

Hadrian
Wyszedłem z Leonem na spacer, jak co wieczór. Jak co wieczór musiał sobie pohasać, ciągał mnie po różnych krzakach. Standard, nigdy nie potrafiłem wyszkolić go tak, aby szedł grzecznie przy nodze. A jak jeszcze poczuł resztki jedzenia... Znowu – naprężona smycz i kilkadziesiąt kilo pcha cię w ciemny zakamarek parku. „Masz problem?” – z zamyślenia wyrwało mnie pytanie jednego z trzech rosłych młodzieńców. Trzymali Teresę, ale bynajmniej nie rozprawiali o filozofii stoickiej Marka Aureliusza, gdyż miała zakryte usta, podczas gdy chłopcy prowadzili badania archeologiczne w jej torebce. Miałem problem. Mam też podbite oko, kilka ran i złamane dwa palce u lewej dłoni. Nie mam zaś połowy czwórki na górze po prawej stronie. W sumie niewielkie obrażenia zawdzięczam mojemu brytanowi. Niezwykle spokojny i pokojowo nastawiony labrador zaprezentował siłę swojego ujadania i stan uzębienia na tyle skutecznie, że dżentelmeni natychmiast czmychnęli z parku.

Teresa i Hadrian
Siedzimy na ławce pod świerkiem, tym samym świerkiem, na którym biega Wanda. Leon jest wyjątkowo grzeczny, aż za grzeczny. Jasne! Znalazł jakieś lukrowane, piernikowe serce i właśnie ją pałaszuje. Pewnie komuś wypadło. Akurat serce… Rozmawiamy. Śmiejemy się. Patrzymy na siebie. Jesteśmy tu i teraz. „Now”. Nieograniczeni klęskami, które ponieśliśmy kiedyś. „Before”. Bez przerażenia, kiedy myślimy o tym, co będzie w przyszłości. „After”. Tak trzeba. Kto by przypuszczał, jaka historia się potoczy z udziałem wiewiórki, psa, pamiętnika, listów i grupy dresiarzy? Może jej ciąg dalszy nie będzie taki zły?



Monika Madejek
List

Moja Najdroższa Zuziu,
wiem, że jesteś na mnie zła. Wiem to i rozumiem, Kochanie.
Są w życiu sprawy, które trzeba przemilczeć. A może można przemilczeć? Jeśli to pierwsze, zrobiłam, jak należy, jeśli drugie – skorzystałam z okazji. Mam nadzieję, że przyjdzie czas, gdy będziesz w stanie mi wybaczyć.
Dzisiejszej nocy nie mogłam zasnąć do momentu, w którym postanowiłam, że z rana napiszę do Ciebie list. Nie ma co tego dłużej odkładać, bo z każdym dniem jest coraz trudniej. Doczekałam do świtu z założeniem, że wrzucę na siebie tę nieco zdezelowaną sukienkę w słoneczniki, okryję ramiona wcale nie lepszym błękitnym swetrem i będę pisać w moim ukochanym ogrodzie przy turkusowym stoliku, pamiętającym lepsze czasy.
Stolik zyskał nowe życie pod krzakiem róży. Powinnam go raczej nazwać krzaczyskiem. Kupując sadzonki, nie wierzyłam zapewnieniom sprzedawcy, że wyrosną takie gigantyczne, a tu proszę. Pomyślałam, że jeśli przysiądę pod nim w moich sfatygowanych ubraniach, w których od lat czuję się jak w drugiej skórze, to jeśli nie nowe życie, to chociaż nieco tej magii różanej podskubię. Przydałaby się teraz. Przydałaby się Twojej starej ciotce, Zuziu.
Jednak nie siedzę w ogrodzie lecz w kuchni, bo za oknem potwornie leje. Mogłabym poczekać do jutra aż przestanie, ale boję się, że gdy to zrobię, to wraz z deszczem minie odwaga do napisania tego listu. Koniec końców kuchnia też jest przecież moim ukochanym miejscem. Jednym z niewielu na świecie, gdzie czuję się bezpiecznie i gdzie mogę być tak po prostu sobą.
Wyobrażam sobie, że siedzisz po drugiej stronie stołu. Obraz jest tak rzeczywisty, że gdybym wyciągnęła przed siebie dłoń, udałoby mi się nią nakryć Twoją.
Niezliczona ilość takich chwil za nami, prawda Zuziu?

Czasem niewiele trzeba, by zauważyć i docenić wartość tego, co się ma. Mi wystarczył wyjazd na pięciodniowe targi książki. Od lat nie wyjeżdżałam na tak długo. Pracowałam w domu, od czasu do czasu jechałam na kilka godzin do Wrocławia, gdy wymagało tego zlecenie, na zakupy lub na spotkanie z Anią, moją najlepszą przyjaciółką. Pakowanie walizek, podróż pociągiem, noclegi w hotelu to dla mnie nowość. Na całe pięć dni wsiąkłam w ten pisarsko – wydawniczy świat targów, chłonęłam go każdą komórką. Byłam na kilku spotkaniach autorskich, poznałam wielu wspaniałych ludzi, nawiązałam nowe kontakty, które z pewnością zaowocują w przyszłości, odbyłam mnóstwo rozmów, które otworzyły nowe szufladki w głowie, a ja poczułam się zainspirowana. Moje polowania na wyjątkowe książki zakończyły się zakupem dodatkowej torby, zakładek do książek wystarczy mi do końca życia, a i niejedną nieużywaną po sobie zostawię.
Wiele tam się działo. Na tyle dużo i inaczej, że dopiero w pociągu powrotnym dotarło do mnie, że właśnie z tego w tej podróży cieszę się najbardziej. Z powrotu do domu.
-Co się stało, Kochanie?!
Tymi słowami przywitała mnie ciocia Gerta, gdy wpadłam zziajana, czerwona na twarzy i spłakana w jej ramiona. Stała w kuchni przy stole i lepiła pierogi z truskawkami na mój powrót. Nigdy nie mogłam pojąć, jak można robić cokolwiek, co wymaga użycia mąki i utrzymać przy tym wokół taki porządek.
-Ja już ciociu nigdy nigdzie nie wyjadę – odpowiedziałam, nie opuszczając ani na pół centymetra tych czułych objęć.
-Tak było źle?
-Pięknie było, ciociu. Przepięknie.
-Poddaję się – powiedziała. - Tym razem poproszę wprost, nie naokoło.
„Wprost, czy naokoło?” to nasza zabawa od kiedy pamiętam. Od dzieciństwa. Pytania, wątpliwości, problemy, prośby, zachęty, opowieści i wiele innych rzeczy często były poprzedzone naszym „wprost, czy naokoło?”. Rozmówca wybierał i albo dostawał odpowiedź wprost, albo musiał się natrudzić, by raz dłuższą, raz krótszą drogą samemu dojść do sedna. Gdy byłam mała, była to dla mnie zabawa na miarę poszukiwania skarbów. Gdy dorosłam, zauważyłam, że kluczenie wokół problemu często pomaga spojrzeć na wiele rzeczy z innej strony i niejednokrotnie podsuwa rozwiązanie.
-Było na tyle pięknie, przecudnie, wyjątkowo – odpowiedziałam – żebym zapomniała, że tutaj jest piękniej, cudniej i że tu jest moje miejsce na ziemi.
Ciocia zaśmiała się ciepło.
-Ale mnie przestraszyłaś! Nie rób tego więcej – powiedziała, gładząc mnie po policzku. - A to, o czym mówisz, to magia powrotów do domu i miernik, czy miejsce, w którym jesteśmy, jest naszym miejscem. Każdy od czasu do czasu powinien wyjechać, by się przekonać, co czuje wracając.
Kiedyś to nie był mój dom. To był dom, do którego od czasu do czasu przyjeżdżałam. Ale już wtedy czułam, że do niego wracam. Teraz wiem, że dom to ludzie.

Ciocia Gerta nie jest moją prawdziwą ciocią. Kiedy byłam dzieckiem, przyjeżdżała do naszego, moich rodziców i mojego, domu we Wrocławiu, by nam pomóc. Rodzice byli bardzo zapracowani. Ciocia sprzątała nam, gotowała, od czasu do czasu zajmowała się mną. W naszym domu była jeszcze zanim przyszłam na świat i od zawsze była traktowana jak członek rodziny.
Bywały dni, gdy ciocia po pracy u nas zabierała mnie do siebie na noc lub dwie. Po latach dotarło do mnie, że rodzice byli wtedy młodzi i nie mieli nikogo, komu mogliby mnie podrzucić i pójść do kina, potańczyć, czy po prostu pobyć sam na sam. Uwielbiałam te wyjazdy! Ciocia mieszkała w niewielkim domku na wsi pod Wrocławiem - w tym, w którym później zamieszkałam. Pierwszą atrakcją była jazda pociągiem. Wyłączałam się na te pół godziny i wpatrywałam w uciekające domy, słupy i drzewa. Te obrazy przetrwały do dziś i czasem wystarczy, że zamknę oczy i znów jestem małą podróżującą dziewczynką.
Jej dom był dla mnie jak pałac księżniczki. Cały skąpany w turkusach, różach, bieli i herbacianych bawełnianych koronkach, upiętych na półkach kredensu. Dom pełen doprawionych perfekcyjnie sercem słoiczków z owiniętymi kolorowymi materiałami wieczkami, czerwonych kubków w białe groszki i kolorowych talerzy w kwiaty czy sówki. Dopełnieniem domu był ogród tak barwny, że mając te kilka lat, nie potrafiłam nazwać nawet połowy jego kolorów.
To był mój drugi dom, mój drugi świat, moja druga rodzina. Może dlatego niemal bezboleśnie przeżyłam zawalenie się mojego tamtego, czteroletniego wówczas, świata. A może byłam zbyt mała? Nie pamiętam jakoś szczególnie dnia, gdy rodzice odeszli i kilku miesięcy po nich. Wszystko, co wiem, wiem od cioci.

Spędzałam u niej weekend. Jeden z tych słonecznych wakacyjnych radosnych dni, gdy wstaje się o świcie, mimo iż nie ma takiej potrzeby, po to tylko, by dzień był jak najdłuższy, by trwał i trwał. Już wtedy każda chwila w domu cioci Gerty była dla mnie jak święta. Tamten słoneczny wakacyjny dzień stał się pierwszym, w którym mogłam przestać liczyć te nieliczne piękne chwile, bo wkrótce czekało mnie całe mnóstwo świątecznych dni, jeden po drugim, w niewielkim kolorowym domku pod Wrocławiem.
Rodzice mieli ten weekend dla siebie. Jak spędzili tamtą sobotę, nie wiem. Wiem, że zadzwonili późnym popołudniem, by życzyć mi dobrej nocy. Tego też nie pamiętam. Zadzwonili wcześniej, bo wybierali się do kina, a potem na kolację do restauracji. Nie dotarli na seans. Na drodze stanął im samochód z pijanym kierowcą.
Ciocia powiedziała mi wtedy, że rodzice wcale nie odeszli. Oni nadal jadą przed siebie. I nieważne, czy do kina, czy gdziekolwiek indziej, ale razem. Razem na wieczność. Na tym polega miłość, prawda?

Nie było problemu z ustanowieniem opieki nade mną. Ciocia Gerta, mająca wsparcie w testamencie moich rodziców, zaraz po pogrzebie zabrała się za załatwianie formalności. Po latach powiedziała mi, że ten testament ją zaskoczył. Po pierwsze nie sądziła, że dwoje tak młodych ludzi wykaże się taką odpowiedzialnością. Prawnik powiedział jej, że moi rodzice sporządzili testament na dwa dni przed ukończeniem przeze mnie miesiąca życia. Drugim zaskoczeniem dla cioci było to, że była dla nich kimś, komu jednym podpisem byli skłonni oddać pod opiekę swoje ukochane dziecko. Roztkliwiała się ilekroć o tym mówiła. A mówiła często. Dzięki jej opowieściom niewiele było chwil w moim życiu, gdy czułam, że rodziców nie ma obok mnie. Dzięki cioci Gercie zawsze byli blisko.
Jeśli mój gościnny pokoik na poddaszu w domku cioci Gerty nosił jakiekolwiek znamiona tymczasowości, zniknęły szybko i niepostrzeżenie tuż po pogrzebie rodziców. Z czasem pokoik małej dziewczynki zamienił się w pokój nastolatki, potem studentki, aż w końcu stał się pokojem dwudziestosześcioletniej szczęśliwej ilustratorki z niemałym dorobkiem i z wieloma szansami przed sobą. To jednocześnie mój salon, sypialnia i pracownia. Wspaniałe miejsce do wszystkiego. Mój azyl.

Zuziu, Kochanie, zawsze byłam dumna z tego, jak jesteśmy sobie bliskie. Z tego, że z wszystkim do mnie przychodzisz. Z radościami i smutkami. Gdy masz problem, prosisz mnie o radę i liczysz się z moim zdaniem. Co robić, ciociu?, pytasz.
By padła odpowiedź, musi zostać zadane pytanie. Żeby usłyszeć prośbę o radę, musi być problem. Rozumiesz, do czego dążę, prawda?
Czasem trzeba być w środku, by coś zrozumieć, ale czasem jest tak, że zobaczysz dopiero wtedy, gdy spojrzysz z zewnątrz. Są dwie rzeczy, w których jesteś w środku i co do których nigdy nie padło żadne pytanie i ani jedna prośba o pomoc. A wiesz, że ja nie wyrażam zdania nie pytana. Mogę się mylić, ale zrób coś dla mnie, Kochanie: wyjdź na chwilę na zewnątrz i popatrz.
Wprost czy na około? Zawsze wybierałaś to drugie. Moja dzielna, mądra dziewczynka!
Będzie więc naokoło. Pierwsza rzecz to Twoja praca, Zuziu, a dokładniej współpraca z Malwiną. Obie jesteście słodkie! Z tym że Ty jesteś miodem, a ona cukrem. Czym się od siebie różnią? Jedno jest naturalne, drugie sztuczne.

Moja praca polega na współpracy. Nie byłoby ilustracji, gdyby nie tekst. To on określa kierunek spaceru po mojej wyobraźni. Czytając nowy tekst, od razu wiem, jak powinny wyglądać postaci i widzę je w konkretnych sytuacjach, ale to wcale nie znaczy, że mam rację. Gdybym dostawała pełną swobodę, ilustrowanie byłoby czystą przyjemnością. Ale nie siedzę w głowach autorów książek i czasem zdarza się, że mamy odmienne zdania. Przy czym oczywiście to zdanie autora się liczy i wtedy do tej mojej przyjemności dochodzi jeszcze praca. A najbardziej w tym wszystkim lubię to, że za każdym razem współpraca wygląda inaczej, a każda z nich uczy mnie czegoś nowego.
Malwinę dostałam od naczelnej w spadku, którego inni się wyrzekli. Tak, to chyba dobre porównanie.
Malwina jest prawdziwym skarbem mojego wydawnictwa. Fantastyczny debiut w wieku dwudziestu jeden lat. Dwudziestopięcioletnia obecnie Malwina ma na swoim koncie siedem powieści obyczajowych, które rękami i nogami trzymają się całymi tygodniami list bestsellerów. Prawdziwa gwiazda. Księżniczka. Jednak Malwina nie gwiazdorzy, co więcej ma coraz większe ambicje.
Naczelna niepokoiła się, gdy gwiazda wydawnictwa postanowiła napisać książkę dla dzieci. Inny styl pisania, inny odbiorca. Malwina podołała i muszę powiedzieć, że to jedna z piękniejszych historii, jakie czytałam. W czym więc jest problem? W tym, że Malwina z tą swoją ambicją poszła dalej i postanowiła sama swoją książkę zilustrować. A zdecydowanie nie powinna. Pomysł wyglądu postaci i ilustracje, które zrobiła, to jedna wielka pomyłka. Naczelna załamała ręce, a potem wpadła na pomysł podpięcia pod Malwinę ilustratora do pomocy. Współpracy z upartą Malwiną nie udźwignęła czwórka ilustratorów, ja jestem piąta.
-Jest pani moją ostatnią deską ratunku, pani Zuzanno – usłyszałam blisko dwa miesiące temu.
Słyszałam, co się dzieje, ale nie potrafiłam odmówić. Ciocia zawsze powtarza, że miejsce serca jest w piersi, nie na dłoni, ale gdy zobaczyłam te sarnie oczy szefowej, nie mogłam postąpić inaczej.
Już pierwszego dnia zobaczyłam, jakie przede mną wyzwanie. Malwina broniła swoich ilustracji jak lwica.
-Pani Malwino, a może spróbujemy zaokrąglić im oczy – proponowałam delikatnie. - Zobaczymy, jak to będzie wyglądać, a potem pani zdecyduje. Pani spróbuje, czy ja mam to zrobić?
Malwina godziła się na każdą próbę zmian, którą z kilkoma małymi wyjątkami robiłam ja i które z równie małymi wyjątkami akceptowała. Małymi kroczkami pod czujnym okiem Malwiny zmieniłam wygląd rączek, fryzur, stylu ubierania i inne szczegóły każdej z postaci. Potem przerobiłam każdą ilustrację, zmieniłam kolory – wszystko w obecności autorki, która kiwała głową z aprobatą na moje propozycje, dziwiąc się, że taki nic nie znaczący szczególik, a jednak inaczej. Każdą z jej już przerobionych ilustracji chowałam głęboko, żeby nie miała możliwości porównania i zauważenia, że jej ilustracje nie mają zupełnie nic wspólnego z nowymi i szczerze mówiąc zupełnie moimi, od pomysłu po wykonanie.
Naczelna uspokoiła się i znów zaczęła się uśmiechać. Zniknęły jej sińce pod oczami nabyte po nieprzespanych nocach, a w oczach, jeszcze niedawno sarnich, pojawił się wyraz wdzięczności i podziwu. Obiecała mnie ozłocić.

-Ma pani bardzo zdolną wnuczkę – powiedziała Malwina do cioci Gerty, gdy zaprosiłam ją do siebie na weekend poprzedzający oddanie całości, tekstu i ilustracji, do składu. Zostało jeszcze sporo pracy i nie stać nas było na odpoczynek.
-To moja ciocia – poprawiłam pisarkę.
-Ojej, przepraszam panią! - Malwinie wyraźnie było głupio. - W takim razie ma pani zdolną siostrzenicę. Czy bratanicę?
-Zuzia jest dla mnie jak córka – odpowiedziała z uśmiechem, zupełnie nieurażona ciocia. - I ma pani rację, jest wyjątkowa.
Wtuliłam się w nią mocno. Gdzieś tam w tyłu głowy pojawiła się myśl, że gdybym była seryjnym mordercą, ciocia kochałby mnie tak samo mocno i bezwzględnie.
-Jestem dumna, że pani Zuzanna ilustruje moją książkę – rzekła Malwina. - Dopiero teraz zaczyna nabierać rumieńców i jest niemal kompletna.
-Więc żeby była zupełnie kompletna, czas zabrać się do pracy – zakomenderowałam i wskazałam Malwinie drogę do mojego pokoiku na poddaszu.
-A może rozłożycie się z pracą w ogrodzie? - zaproponowała ciocia Gerta. - Jest taka piękna pogoda!
-To fakt – przyznałam. - I jest jeszcze coś.
-Co? - zapytały jednocześnie ciocia i Malwina.
-Blisko do kuchni – odpowiedziałam i roześmiałam się.
Zawtórowały mi.

Dom, w którym mieszkam, pachnie i smakuje codziennie, ale weekendy są zawsze wyjątkowe, bo ciocia wypróbowuje nowe pomysły. W te dni w kuchni panuje rozgardiasz. Pomiędzy najróżniejszymi składnikami, miskami, mieszadłami, formami leżą porozkładane w różnych miejscach kartki i ołówki – zawsze gotowe, by móc w każdej chwili coś zanotować. Gdy byłam mała, wyobrażałam sobie, że w weekendy odwiedzają nas wróżki, przyjaciółki cioci i to one robią ten cudny bałagan. Byłam tego pewna tak bardzo, że nieraz udało mi się zobaczyć umykający za szafką skrawek sukienki wróżki, czy wystającą zza drzwiczek kredensu różdżkę. Przecież cioci nie udałoby się zrobić samej takiego bałaganu! Że już nie wspomnę o sprzątnięciu tego wszystkiego w tak krótkim czasie.
Kiedy weekend dobiega końca, kiedy wszystko już zostaje pochłonięte a kuchnia jest przygotowana na resztę dni tygodnia i robi wrażenie zwykłej, ciocia siada z tymi zaplamionymi zazwyczaj karteczkami pełnymi uwag przy stole i marszcząc czoło, w skupieniu konstruuje perfekcyjne przepisy, a potem wpisuje je do jednego ze swoich licznych zeszytów. Co jakiś czas namawiam ciocię Gertę, by wydała te swoje niezwykłe przepisy, ale ona śmieje się, że jest do wszystkich tak bardzo przywiązana, iż nie potrafiłaby wybrać kilkunastu, więc wyszłaby z tego kolekcja na miarę encyklopedii Gutenberga. W sumie niegłupi pomysł!
-Jeśli zrobisz mi do tego ilustracje, to pomyślę – odpowiada zazwyczaj ciocia i na tym kończy się temat na czas jakiś.

Weekend z Malwiną minął szybko i bardzo produktywnie. Obydwie byłyśmy zadowolone z efektów i choć panowały cudowne letnie upały, wspaniale łagodzone przez lemoniadę cioci Gerty, nie mogłyśmy się doczekać świąt Bożego Narodzenia, by zobaczyć nasze wspólne dzieło na półkach księgarń.
W niedzielę wieczorem odprowadziłam zaopatrzoną w specjały z kuchni cioci Malwinę na dworzec kolejowy. Miała swój samochód, ale że jedna z postaci jej książki uwielbiała podróżować pociągami, Malwina postanowiła wprowadzić się w nastrój do pracy, wybierając ten rodzaj lokomocji. Było w tym coś wzruszającego i dziecięcego.
-Bardzo pani dziękuję – powiedziała Malwina, ściskając moją dłoń. - Bez pani ta książka straciłaby połowę wartości, pani Zuziu.
-To ja dziękuję, że zechciała mnie pani wciągnąć w tę swoją historię i pomóc w jej tworzeniu – odpowiedziałam.
Uścisnęłyśmy się przyjaźnie na koniec, obiecując sobie bycie w kontakcie. Zwłaszcza że Malwina zapowiedziała napisanie kolejnej książki dla dzieci.

Druga sprawa to Ania. Zuziu, wiem, że to jest Twoja najbliższa przyjaciółka i wierzysz każdemu jej słowu. Nic w tym złego, nie zrozum mnie źle. I wcale nie chcę powiedzieć, że Ania Cię okłamuje. Nic z tych rzeczy. Nie okłamuje Cię, bo sama wierzy w to, co mówi.
Pamiętasz Twoje pierwsze ciasto? Pamiętasz, co Ci powiedziałam na otarcie łez?

-Jestem pewna, że dasz radę, Zuzanko – powiedziała ciocia Gerta, uśmiechając się do mnie czule.
Klęczałam na taborecie w moim pierwszym domu, przyciskając mocno brzuch do stołu, by nie spaść i próbowałam rozbić jajka, oddzielając żółtka od białek. Pierwsze rozbite jajka czteroletniej dziewczynki. Nie pamiętam wielu rzeczy, które nastąpiły potem w moim życiu, ale ten dzień owszem i to ze szczegółami. Pierwsze własnoręcznie zrobione ciasto, pierwszy biszkopt, pierwsza kulinarna niespodzianka na urodziny mamy. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że będzie również ostatnią.
-Naprawdę świetnie ci idzie, kochanie – zachęcała mnie ciocia.
Od samego początku mojej przygody z biszkoptem siedziała na krześle pod oknem i mną dyrygowała. Byłam taka podekscytowana! Krzątałam się po kuchni z wypiekami na twarzy i czułam się taka dorosła.
-Teraz przynieś mąkę, Zuziu i odmierz szklankę – mówiła. - Trzeba ubić pianę. Wiesz, gdzie jest mikser, prawda?
Tym oto sposobem ciasto było od początku do końca tylko moje. Ciocia podniosła się z fotela jedynie dwa razy, by zapalić ogień w piekarniku i wsunąć do niego biszkopt, a potem wyjąć gotowy.
-Co nam jeszcze zostało? - zapytała ciocia Gerta, gdy pięknie upieczony biszkopt stał na stole.
-Posypanie cukrem pudrem. Zaraz przyniosę – powiedziałam, zeskoczyłam z taborecika i pobiegłam do szafki po słoik.
Wtedy zdawało mi się, że nie biegnę, a lecę. Byłam z siebie taka dumna!
Mama nie mogła uwierzyć, że to moje dzieło. Wciąż powtarzała, że mnie kocha, że nikt wcześniej nie upiekł specjalnie dla niej ciasta, że jestem jej małą – dużą córeczką.
Kiedy tata wrócił z pracy, wszyscy zasiedliśmy do urodzinowego podwieczorku. Ciocia Gerta przygotowała dużo smakołyków, z których nic nie tknęłam, taka byłam podekscytowana myślą o tym, że każdy opróżniony talerz przybliża nas do deseru, czyli do mojego ciasta.
Przyszła w końcu ta upragniona chwila. Na stole wylądował talerz zapełniony równo pokrojonymi kawałkami biszkoptu posypanego suto cukrem pudrem niczym śniegiem prosto z bajki. Cieszyłam się, że jest ich tyle, bo byłam pewna, że to najpyszniejsze ciasto na świecie i że będzie znikać w zastraszającym tempie.
Pierwszy kawałek trafił do mamy. Ugryzła, chwilę potrzymała w ustach i przełknęła z dziwną miną i bez słowa. Byłam pewna, że zwyczajnie zaniemówiła z wrażenia. Byłam pewna do mojego pierwszego kęsa, który niemal od razu wyplułam. Jedna wielka gorycz.
Okazało się, że zamiast słoiczka z cukrem pudrem przyniosłam słoiczek z sodą. Wybiegłam z płaczem i zamknęłam się w swoim pokoju.
Przez lata niejeden raz wspominałyśmy ze śmiechem z ciocią tę przygodę, ale wtedy dla tej małej czteroletniej dziewczynki nastał koniec świata.
I tak, pamiętam, co powiedziała mi wtedy ciocia.
-To nie twoja wina, Zuziu. Słoiki były identyczne.
-To moja wina – upierałam się.
-Nie twoja – stawiała na swoim ciocia. - Nie zawsze wszystko jest tym, na co wygląda.

Ania. Chciałabym powiedzieć, że jesteśmy nierozłączne od początku świata, ale to nie do końca tak. Nie fizycznie. Nasza przyjaźń zaczęła się od wspólnych spacerów naszych mam i nas – niemowląt w wózkach. Potem dwa brzdące w piaskownicy, które z czasem dorosły do gry w gumę i skakania na skakance. Dwie małe długowłose dziewczynki na wrocławskim osiedlu.
Nasze mamy szybko zastąpiła opiekunka. Jedna wspólna i tak naprawdę moja. Mama wróciła do pracy, zatrudniła Olę, studentkę wychowania przedszkolnego. Ola była najchudszą osobą, jaką w życiu widziałam. Nosiła kolorowe spódnice, tak długie, że zamiatały parkowe ścieżki, głaskały trawę na trawniku i kładły stokrotki. Nie wychodziła z domu bez wielkiej torby, w której zawsze było mnóstwo pyszności na drugie śniadanie, kilka butelek różnych napojów, soczyste jabłka, książka, którą czytała nam podczas przerw w zabawie i z pewnością mnóstwo innych rzeczy, do których małe dziewczynki nie miały dostępu. Mama mówiła, że ta torba jest po to, by Olę wiatr nie porwał. Tak się o to z Anią bałyśmy, że gdy siedziałyśmy w trójkę na ławce, a Ola kładła torbę obok, łapałyśmy ją za obie ręce, by nie odleciała.
Ja miałam nianię, bo rodzice pracowali, Ania dlatego, że miała nieszczęście urodzić się w patologicznej rodzinie. Oczywiście to wszystko wiem teraz. Wtedy byłyśmy małymi dziewczynkami zupełnie nieświadomymi świata. A może tylko ja? Przecież Ania co dzień wracała do domu, w którym mieszkał wiecznie pijany ojciec. Pił z rozpaczy, że nie ma pracy i nie miał pracy, bo pił. Pracę miała jej mama, a pieniądze z niej upłynniały się na lekarstwo na rozpacz ojca. Mama z czasem też zaczęła tej rozpaczy ulegać. Pewnego dnia spróbowała tego eliksiru i zobaczyła, że działa. Rozkochała się w spokoju, który przynosił po kilku łykach.
Nie wiem, z czego żyli. Moje wspomnienia z tamtych lat to Ania wesoła, najedzona, czysta, w nowych ubraniach. Teraz wiem, że to dzięki moim rodzicom i kochanej Oli, dla której być może byłyśmy świetnym materiałem praktycznym w jej studenckich czasach, ale traktowała nas jak swoje młodsze siostry. Wiem, że nas kochała.
W wieku czterech lat ja i Ania zostałyśmy rozdzielone. Życie potrafi namieszać. Spotkałyśmy się dopiero dwanaście lat później, gdy stanęła w progu mojego drugiego domu. Uciekła. Ciocia Gerta, u której już wtedy mieszkałam, dała nam trochę czasu obiecując, że zadzwoni do rodziców Ani z samego rana. Przesiedziałyśmy wtedy w moim pokoju cały wieczór i większość nocy. To właśnie wtedy poznałam historię tych dwunastu lat. Gdy się obudziłam, Ani już nie było.
Od tamtej pory Ania wpadała do nas od czasu do czasu. Zawsze bez zapowiedzi. Myślę, że sama nie wiedziała, kiedy nas odwiedzi, bo żyła z dnia na dzień, a bywało że i z godziny na godzinę. Podłapywała różne prace. Zimą pomagała sprzątać mieszkania u starszych ludzi z naszego dawnego osiedla, wyprowadzała psy na spacer, w międzyczasie roznosiła ulotki. Pomieszkiwała u znajomych, którzy dobrze znali jej sytuację. Od wiosny do jesieni załapywała się na prace sezonowe na naszej wsi i wtedy spała w łóżku obok mojego. Z czasem ciocia Gerta zrezygnowała z zawiadamiania rodziców Ani o jej obecności po tym, jak usłyszała od jej ojca podczas jednej z telefonicznych rozmów, że Ania jest dorosła i może robić, co chce.
Ania nie była dorosła. Miała zaledwie siedemnaście lat. I nie robiła, co chciała lecz co musiała. Jedyne, co chciała, to znaleźć swoje miejsce na ziemi. W końcu znalazła u boku Marcina. Marcin  rozwoził pizzę. Początek miłości był burzliwy: Marcin wjechał na Anię wyprowadzającą na spacer psa sąsiadów. Ania upadła i złamała rękę, Marcina pogryzł pies. Po kilku godzinach wychodzili razem ze szpitala, jedno z gipsem na ręce, drugie z bandażem na nodze. Poszli do pobliskiej naleśnikarni i siedzieli, opowiadając historie swojego życia dotąd, aż kelnerka grzecznie ich wyprosiła. Wyszli w ciemną noc przekonani, że znają się od zawsze i poszli prosto do kawalerki Marcina, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. I Ania została.
Wkrótce dostała pracę kelnerki w tej ich naleśnikarni. Cudem, bo skłamała, że jest pełnoletnia, a szef uwierzył. Po trzech latach przyznał się, że nie dał się nabrać, ale gdy zobaczył promieniejącą z niej radość i chęć życia, jej wiek wydał mu się błahym szczegółem. Rzeczywiście, wtedy Ania była jednym wielkim chodzącym szczęściem. Marcin też szybko znalazł dużo lepiej płatną pracę w salonie AGD. Gdy kończyły się promocje w salonie, przynosił jej wszystkie możliwe gratisy, które dostawali w pracy. Ania cieszyła się jak dziecko równie mocno z suszarki do włosów jak i z zielonego długopisu z napisem Polar.
Żyli skromnie, ale szczęśliwie. Tuż po dwudziestych pierwszych urodzinach Ani okazało się, że powołali na świat dziecko. Postanowili wziąć ślub. Na uroczystość zaprosili mnie, ciocię Gertę i rodziców Magdy. Rodzice Marcina nie żyli. A rodzice Ani nie przyszli. Pewnie leczyli się z rozpaczy.
Wkrótce urodziła się Julka - najcudowniejszy aniołek na świecie!
Ania to najszczęśliwsza matka i żona na świecie. Jest u nas częstym gościem. Ona i Julka. Marcin jest najbardziej zapracowanym mężem i ojcem na świecie.
-Wiesz, jak jest Zuza – mawia Ania, gdy pytam, dlaczego znów to ona biegała po mieście w poszukiwaniu odpowiednich butów dla Julci, choć od kilku dni ma wysoką gorączkę. - Marcin ma dużo pracy, po niej jest zmęczony. Nie mogę wszystkiego na niego zwalać.
-Jakiego wszystkiego? - pytam. - Chodzi mi tylko o te buty. Przecież jesteś chora.
-On też źle się czuje – broni go Ania. - Pracuje wiele godzin, nie dosypia, nie dojada. Oj, biedny on jest, mówię ci, Zuza. Dba o nas, a my musimy dbać o niego. Na tym polega szczęśliwy związek, prawda?
Prawda. Cieszę się, że Ania jest szczęśliwa. Cieszę się, że ma obok siebie kochającego mężczyznę.

To jeszcze nie koniec. Czeka Cię jeszcze jedna zagadka, Kochanie. Jak ja to uwielbiam!
Część elementów odpowiedzi, a jest ich siedem, znajdziesz w tym liście, resztę we wspomnieniach.
Zaczynamy!
Pamiętasz poranek po nocy, w której skończyłaś ilustracje do „Liska, który nie przestawał marzyć”? To, co rozsypałaś i rozmazałaś – wystarczy po połowie, a to, co rozbiłaś – dwie sztuki. Ty i Malwina po szklance, Ania – łyżeczka. Ostatniego elementu wystarczy połowa. Co to takiego? Jeśli złożysz resztę, będziesz wiedziała. A jeśli potrzebujesz podpowiedzi, bardzo proszę: to zagadka bardzo grudniowa.

Dochodziła północ, piątek zamieniał się właśnie sobotę, gdy kończyłam ilustracje do „Liska, który nie przestawał marzyć”. Wspaniała książka!
-Myślałam, że już śpisz – powiedziałam, wchodząc do kuchni.
Ciocia smarowała dużą blachę masłem, obok stała puszka z bułką tartą do posypania.
-Nie kładłam się, bo wiedziałam, że nie zasnę – odpowiedziała. - Wiesz, jak zawsze przeżywam końcówki twoich projektów, Zuziu.
Końcówki moich projektów, jakże pięknie powiedziane. Końcówki moich projektów zawsze są napięte do granic możliwości, bo choć nigdy nie odkładam pracy na ostatnią chwilę, to w tych ostatnich chwilach właśnie nagle dopadają mnie wątpliwości, czy nie mogłam czegoś zrobić inaczej, lepiej. Rzucam się wtedy na pracę, poprawiam, dopracowuję, ulepszam, by w końcu zazwyczaj stwierdzić, że lepiej było tak, jak było. Koniec końców wysyłam gotowe zlecenie kilka minut przed wyznaczonym terminem.
Ja to wiem, naczelna to wie i wie również ciocia, która w takie noce jak dziś przeze mnie nie dosypia. Ale dzięki temu te noce, w które o północy mija termin oddania projektu, owocują pysznym ciastem.
-Jakie ciasto zapachnie dzisiejszej nocy? - zapytałam.
-Szarlotka – Uśmiechnęła się ciocia. - Zuziu, kochanie, podaj mi proszę mąkę, masło i jajka.
Wstałam i poczułam, jak bardzo jestem obolała. Dopracowywanie projektów w ostatnim momencie sprawia, że jestem spięta i mięśnie twardnieją, powodując ból. Wyciągnęłam z szafki obok okna torebkę z mąką i podeszłam do lodówki. Pudełeczko z jajkami wsunęłam pod pachę, w wolną rękę wzięłam masło. Zamknęłam lodówkę. Może gdybym była bardziej przytomna, zrobiłabym to nogą, ale nie w tym stanie, gdy moja głowa była jeszcze w świecie liska, który nie przestawał marzyć. Zamknęłam lodówkę łokciem i to tym, pod którym trzymałam jajka. Wszystko działo się szybciej od moich myśli, więc zanim się zorientowałam, leżałam na kuchennej podłodze w mącznym proszku i z kostką masła rozpłaszczającą się pod moim brzuchem i mieszającą z rozbitymi jajkami, na których się poślizgnęłam.
Ciocia stała nade mną i zachodziła się ze śmiechu.
-Przepraszam, moja droga, ale jesteś najsłodszą postacią kuchennego obrazka – rzekła. - Szkoda, że się nie widzisz, bo wiesz? Właśnie takie ilustracje widzę w mojej ewentualnej książce z przepisami.
Kiedy wyszłam spod prysznica, w całym domu pachniało szarlotką. Ciocia też już zdążyła przebrać się w piżamę. Przegadałyśmy większość nocy, zjadłyśmy prawie połowę szarlotki i znów stałyśmy się sobie bardziej bliskie, choć jeszcze wieczorem wydawało się, że już bardziej nie można.

Potrafię wyobrazić sobie, że jesteś tutaj, gdy piszę ten list, Zuziu, ale za nic tego, jak go czytasz. Może dlatego, że w momencie, gdy to piszę, nasz świat jest rzeczywistością, a w dniu, w którym będziesz to czytać, ten świat już od jakiegoś czasu nie będzie istnieć. Nie potrafię sobie wyobrazić, co będziesz widzieć wtedy za oknem. Może śnieg, może złote liście, a może jak ja letni deszcz. Nie wiem, co będziesz widzieć, co będziesz myśleć i co będziesz czuć w świecie, w którym będziesz. W tym momencie nie wiem, jakie ruiny po sobie zostawię.

Schyłek lata. Te kilkanaście dni, gdy kolory są prawie jeszcze letnie i prawie już jesienne. Kocham te dni! W tym roku jeszcze podświetlone słońcem.
Nie wiem ile takich dni ten rok nam zafundował, bo wszystko przestało mieć znaczenie, gdy jednego z tych pięknych poranków zeszłam do kuchni i zobaczyłam ciocię Gertę leżącą na podłodze. Uśmiechała się lecz nie oddychała.

Jeśli za oknem widzisz śnieg, troszkę Ci tego zazdroszczę. Wiele zim za mną. Mroźnych, pięknych, przełomowych, ciężkich, bez znaczenia, byle jakich. Ale gdy lekarka powiedziała, że najbliższej już nie zobaczę, to właśnie ta zima stała się dla mnie najważniejsza, najpiękniejsza, nawet, jeśli miałaby być ostatnia. Lecz ostatnia była w zeszłym roku.
Tak, Zuziu, wiedziałam.
Gdy dowiedziałam się, że mam raka, okazało się, że mieszkał już we mnie od dawna i miał się zaskakująco dobrze. Ja miałam się źle. Tak źle, że dostałam dwa, trzy miesiące. Nic Ci nie powiedziałam, bo chciałam przeżyć ten zaskakująco krótki czas tak, jakby po każdym kończącym się dniu miało nadejść jutro. Wybacz mi, proszę.
Będę przy Tobie zawsze! Kocham Cię Córeczko.
Twoja ciocia.

List od cioci znalazłam tydzień po pogrzebie, gdy wreszcie odważyłam się wejść do jej pokoju. Weszłam tylko po to, by podlać już ledwie żywe fiołki, stojące na parapecie. Fiołki udało mi się uratować, samej siebie jeszcze nie potrafiłam.
List leżał na stosie zeszytów z przepisami cioci. Wsunęłam go za okładkę najgrubszego, który wraz z innymi ustawiłam na półce w kuchni. Nie byłam gotowa go czytać. Wypadł wprost na stół, gdy tydzień przed Bożym Narodzeniem szukałam przepisów na wigilijną kolację.

Kochana Ciociu,
odpisuję na Twój list z drugiej strony kuchennego stołu. Nie piszę na papierze lecz w myślach, bo do miejsca, w którym jesteś, listy nie dochodzą, ale myśli owszem.
Nie jestem na Ciebie zła. Chcę, żebyś o tym wiedziała. I chcę, żebyś wiedziała, że byłam. Nie robi się takich rzeczy najbliższym! Nie chodzi o to, że nie powiedziałaś o chorobie. Zrobiłaś to z powodu, który rozumiem i szanuję. Milcząc, zadbałaś o nas, o siebie i przede wszystkim o ten nasz wspólny wspaniały czas. Byłam na Ciebie zła o to, że odeszłaś.
Ale teraz wiem, że Ty nie odeszłaś. Docierało to do mnie po troszku każdego dnia bez Ciebie. Jesteś w każdej mojej myśli, w każdym zakątku tego domu i ogrodu, w każdym miejscu, w którym spocznie mój wzrok. Jesteś każdym kwiatem, liściem, smakiem, powiewem wiatru z uchylonego okna. Jesteś zapachem, ciepłem piekarnika. Jesteś słowami zapisanymi na kartkach zeszytów z przepisami i niewidocznymi odciskami palców na grzbietach książek. Jesteś kocem, którym się teraz otulam i każdym łykiem herbaty w fioletowym kubku, którym ogrzewam dłonie. Tej herbaty, której listki wymieszałyśmy z wysuszonymi wiórkami pomarańczowej skórki i kardamonem, pamiętasz? Potem odstawiłyśmy ją na górną półkę szafki, dając jej szansę, by przez kilka tygodni przeszła aromatami i zupełnie o niej zapomniałyśmy. Odnalazłam ten słoiczek kilka dni temu przy poszukiwaniach zielonej herbaty. Tak, ciociu, przyznaję, że wciąż zdarza mi o czymś zapomnieć przy zakupach. O zbyt wielu rzeczach i zbyt często, ale to Ty zawsze robiłaś listy zakupów.
Muszę nauczyć tak wielu rzeczy! Dużo wiem, bo wpoiłaś mi całe krocie spraw, z których składa się życie. Poradzę sobie, ale to nie będzie tak wyjątkowe, jak zawsze wtedy, gdy mnie chwaliłaś za najmniejszy sukces, lub śmiałaś się życzliwie, gdy mi nie wyszło. Byłaś najwspanialszą nauczycielką dystansu do siebie.
Ścierpłam przy kuchennym stole. Bez Ciebie nie tylko marznę ale i cierpnę, Ciociu. Przeniosłam się do pokoju i owinięta szczelnie kocem siedzę z kubkiem świeżo zaparzonej herbaty na Twoim ukochanym fotelu. Tym, którego nie pozwoliłaś mi odnowić, choć prosiłam Cię o to wielokrotnie. Wokół mnie półki aż po sufit zapełnione szczelnie książkami. Do każdej książki byłaś równie mocno przywiązana jak do przetartej tapicerki fotela. Przywiązywałaś się do ludzi i do rzeczy. Jak Ci jest bez tego wszystkiego tam, gdzie jesteś, Ciociu?
Rozpalenie w kominku to był dobry pomysł w ten zimny wieczór.
Jesteś każdą strzelającą iskierką. Iskierek musi nazbierać się gromadka, by ogrzać pokój – Ty zawsze wystarczałaś jedna.
Bardzo mi Ciebie brakuje!
Te sprawy, o których pisałaś, te, z których środka miałam wyjść – miałaś rację, Ciociu.

-Pani Zuzanno, dziś przelałam pieniążki za zlecenie na ilustrację dla pani Malwiny – powiedziała naczelna. - Powiększone o premię. Obiecałam, że panią ozłocę.
-Dziękuję – odpowiedziałam zaskoczona, że o tym pamiętała. - Przydadzą się na święta.
-A to – powiedziała, podając mi dużą papierową torebkę – kilka nowości naszego wydawnictwa. Wiem że lubi pani czytać, więc taki mały podarunek pod choinkę. Oczywiście jest tam również wspólna książka pani i pani Malwiny.
Nie mogłam się doczekać, aż ją zobaczę, ale nie było mowy o szybkim obejrzeniu, bo za chwilę zaczynało się spotkanie bożonarodzeniowe. Jak co roku wszyscy pracownicy spotykają się przy stole, składamy sobie życzenia, dzielimy opłatkiem, śpiewamy kolędy. Dobrze jest czuć się w pracy jak w domu z rodziną. Ja tak właśnie tam się czuję.
Do papierowej torby zajrzałam dopiero w pociągu. Kilka naprawdę niezłych pozycji, będzie co czytać w święta. I na koniec nasze wspólne dzieło. Piękna okładka z moim obrazkiem. I napisy w zaproponowanej przeze mnie czcionce. „Po drugiej stronie serca”, Malwina Doracka, znana z powieści dla dorosłych w debiucie dla dzieci. Wyjątkowym, bo z ilustracjami autorki.
Zamarłam.
Przeczytałam kilkakrotnie, obróciłam w poszukiwaniu swojego nazwiska, ale po drugiej stronie okładki go nie było. Znalazłam je na ostatniej stronie wśród innych nazwisk w kolumnie „redakcja”.

Tak, Ciociu, miałaś rację. Jak w dwa popołudnia, gdy pracowałyśmy i jedynie na Ciebie wpadałyśmy, zobaczyłaś, że Malwina to cukier?
A Ania?

-Nie wiem, kiedy to się zaczęło – zaczęła Ania tak jakoś sama z siebie podczas naszego spotkania niespełna dwa tygodnie temu. - Takie sprawy nie mają początku. Dzieją się. Dni przestają się od siebie różnić. Marcin wraca z pracy, krótkie „cześć”, szybka kolacja, skarpetki rzucone na podłodze w łazience i chwilę potem chrapanie. W pokoiku obok rozczarowane dziecko, które od rana żyje myślą, że właśnie dziś przed snem tata jej poczyta, zasypia z nadzieją na nowy dzień. Nie ma czytania, nie ma rozmowy, nie ma nic. Po blisko dziewięciu latach inne uczucia są ważne, inne sprawy zasługują na przemyślenie. Małżeństwo na podstawie przeciwieństw! - Ania prycha i dodaje patrząc mi głęboko w oczy - To nie działa, kochana. My nawet nie żyjemy obok, nas po prostu nie ma.
Ania zamilkła nagle, co mnie ucieszyło, bo potrzebowałam chwili na przetrawienie tego, co usłyszałam.
Zdarza się, że niektóre rzeczy okazują się zgoła inne od rzeczywistości, ale ich małżeństwo było dla mnie stałą wśród wszystkich paraboli świata. Skoro ja jestem rozczarowana, to jak musi czuć się Ania?
-A może ja za dużo chcę? - Ania przerwała ciszę.
-A czego chcesz? - pytam chwytając ją za ręce.
-Chcę być szczęśliwa – odpowiada. - Tak po prostu.

Spędzimy razem święta, ciociu Gerto. Ania, Juleczka i ja. I  Ty z nami oczywiście! Marcin zostanie w domu. Postanowili zobaczyć, jak to jest być osobno. Obydwie są u nas już od trzech dni.
Ania pojechała do Wrocławia, by przejąć prezenty od Mikołaja.

-A co będzie ze śniegiem? - zapytała nas dziś rano Julcia.
-Ze śniegiem? - Ania nie rozumiała i przyznam, że ja też.
-Nie ma go, prawda? To jak tu się dostanie Mikołaj?
-Może pociągiem – podsunęła Ania.
-Do świąt zostało trzy dni. Może jeszcze śnieg spadnie – dodałam.
-A jak nie spadnie? - Juleczka była nieprzekonana. - Nie gniewaj się, mamo, ale Mikołaj raczej pociągiem nie podróżuje.
Spojrzałyśmy na siebie z Anią.
-Wiecie co? - zaczęła Ania. - Znam kogoś, kto zna kogoś, kto zna kogoś, kto wie, gdzie Mikołaj ma we Wrocławiu magazyn.
-Magazyn? - zapytałam równocześnie z Julcią.
-No tak – rzekła Ania. - Magazyn z prezentami. Nie ma takich sań, które pomieściłyby prezenty dla wszystkich dzieci na świecie, więc Mikołaj, przygotowując paczki, rozkłada je na kupki i wysyła wcześniej do magazynów w różnych miejscach kuli ziemskiej. Jak dojeżdża na miejsce, pakuje prezenty do worków i rusza w teren.
-Pierwsze słyszę – powiedziała Julka, marszcząc czoło.
-Ja też – dodałam ze śmiechem, patrząc w oczy Ani, które mówiły „nie pomagasz”.
-Nigdy wcześniej mi tego nie mówiłaś – Julka wzięła się pod boki gotowa obrazić się na mamę.
-Bo sama dowiedziałam się zaledwie dwa dni temu – wybrnęła Ania. - Z wiadomości. Nie zdążyłam wam powiedzieć.
Z twarzy Julci powoli schodził sceptycyzm.
-To ja może lepiej już pojadę, póki nie ma tam tłoku – powiedziała Ania i pojechała pozałatwiać jeszcze kilka spraw przed świętami i przede wszystkim odwiedzić rodziców.

A ja z Juleczką, trzymając kciuki, by jej mama odnalazła magazyn świętego Mikołaja, zaszyłyśmy się w kuchni i upiekłyśmy Twoje pierniczki. Ale pewnie o tym wiesz. Wiedziałaś już latem, gdy pisałaś do mnie list.
Zagadka była jednocześnie łatwa i trudna. Trudna przede wszystkim dlatego, że wciąż nie potrafię się na czymś porządnie skupić i bawić się w poszukiwacza skarbu. Nie potrafię się jeszcze cieszyć.
Rozwiązanie? Proszę bardzo!
Tamtego dnia rozmazałam masło i rozsypałam mąkę – pół kostki i pół kilograma. Dwa jajka, bo je właśnie wtedy rozbiłam. Malwina to cukier, ja miód i to po szklance. Ania, czyli soda, która czasem udaje cukier puder – jej zaledwie łyżeczkę. Z ostatnim produktem poradziłam sobie bez problemu. Policzyłam: dwadzieścia jeden razy piekłam z Tobą, Ciociu, te pierniczki. Potrzebowałam jeszcze tylko pół opakowania przyprawy korzennej. Bez niej pierniczki nie byłyby pierniczkami. Nie byłoby ani grudniowo, ani świątecznie.
-Przyniesiesz pudełko z foremkami do ciastek, Juleczko? - zapytałam, rozwałkowując schłodzone ciasto.
Spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
-Pudełko? - zapytała. - Myślę, że wystarczy jedna.
Tak, Ciociu, Julcia też pokochała Cię całą sobą. Przed nami święta pełne serc z piernika.
A ja czuję się jakaś silniejsza. Nie wiem, skąd ta siła. Może wycisnęłam ją z siebie, gniotąc ciasto na pierniki? Od dziecka wiedziałam, że w Twojej kuchni jest magia. Milczałaś, gdy nalegałam po wielokroć na wyjaśnienia, dostawałam w zamian Twój uśmiech. Musiałam dorosnąć, by zrozumieć, że magia polega na tym właśnie, że nie da się jej wyjaśnić.
Magia tej kuchni polegała też na tym, że to Twoja kuchnia. Ty sama byłaś magią, Ciociu. Jesteś! Tak, jak ta kuchnia nadal jest i zawsze będzie Twoja. A ja? Ja jestem i zawsze będę Twoją uczennicą. Obiecuję Ci, że pilną, bo chcę, byś była ze mnie dumna.
Mówią, że czas leczy rany. Tego nie wiem. Może jest na to jeszcze za wcześnie. Wiem jednak, że czas wiele zmienia, zwłaszcza kąt widzenia. Na początku gdzie nie spojrzałam, tam Ciebie nie było. Teraz jesteś wszędzie.
Kocham Cię, Ciociu Gerto!

Serca z piernika
pół kg mąki pszennej, pół kostki masła, 2 jajka, 1 szklanka miodu, 1 szklanka cukru, łyżeczka sody, pół opakowania przyprawy korzennej.
Masło, miód i cukier mieszamy, rozpuszczamy i chłodzimy. Dodajemy resztę składników, zagniatamy i wstawiamy na godzinę do lodówki. Rozwałkowujemy na grubość ok. 2-3 mm, wycinamy ciasteczka. Pieczemy około 10-15 minut w 180 stopniach.

Iza Raszka
Pewna sukienka.


- Tatusiu, tatusiu! - Z zamyślenia wyrwał mnie głos mojej małej księżniczki
wdrapującej mi się na kolana. - Mamusia dzisiaj wróci? - Jak co dzień spytała z
nadzieją w głosie, zwijając się w kłębek. Zawsze tak robiła, gdy wspominaliśmy Liliannę.
Wiedziałem jak bardzo za nią tęskni. Spojrzała na mnie tym swoim wzrokiem zbitego pieska. Westchnąłem ciężko. Za każdym razem, gdy słyszałem to pytanie serce mi pękało. Co miałem odpowiedzieć? Sam chciałabym znać odpowiedź.
- Nie wiem, słoneczko... Nie wiem nawet, gdzie mamusia teraz jest  - odpowiedziałem cicho. Mocno przytuliłem córkę. Mówiłem prawdę. Nie chciałem okłamywać małej, dawać jej nadziei, czy mówić czegoś w rodzaju: „Byłaś grzeczna w tym roku, mama na pewno dzisiaj wróci”. Miała sześć lat, dużo już rozumiała. - Uplotę ci warkocz, chcesz? - spytałem, szybko zmieniając temat. 
Im dłużej rozmawialiśmy o mojej ukochanej, tym niezręczniej się czułem. Lubiłem znać odpowiedzi na zadawane pytania, zwłaszcza, jeśli pytającą była moja córeczka.
Uśmiechnąłem się do niej delikatnie.
- A mogę założyć dzisiaj sukienkę od cioci, tę w serduszka z pierniczków?
- Oczywiście, będziesz w niej wyjątkowo ślicznie wyglądała. Ciocia ci pomoże. Jest w kuchni, biegnij do niej.
Dała mi buziaka w policzek i już jej nie było. Zostałem sam z myślami. Wstałem
powoli, minąłem świątecznie zastawiony stół oraz ubraną choinkę i podszedłem do
kominka, gdzie z fotografii oprawionej złotą ramką uśmiechała się moja żona. Były z Laurą bardzo do siebie podobne, te same orzechowe oczy, brązowe włosy, rysy twarzy. Mała była wierną kopią swojej rodzicielki.
- Powinnaś być z nami, potrzebujemy cię... Gdzie jesteś? - szepnąłem nie wiem już po raz który w ciągu tych ostatnich nieszczęsnych czterech lat. - Boże, ile bym dał, byś wróciła… - Przeciągnąłem palcem po zdjęciu w miejscu, w którym znajdowała się uśmiechnięta twarz Lilianny. Westchnąłem, po czym podszedłem do barku, nalałem sobie whisky i wypiłem na raz. Mocny alkohol zapiekł w gardło. Może to nie był dobry pomysł, lecz jedyny, jaki mi przychodził do głowy sposób zagłuszenia trochę tego natłoku myśli, czarnych scenariuszy, które miałem przed oczami.
- Nie powinieneś pić... - usłyszałem za sobą głos mojej szwagierki Adeli,nawet nie zauważyłem, kiedy weszła do salonu i podeszła do mnie. Była starsza od mojej żony, lecz niesamowicie do niej podobna. To łamało mi serce.
- Muszę się trochę odciąć - westchnąłem ponownie, odwróciłem się, by odstawić szklankę, po czym wróciłem się do mojej rozmówczyni. - Nie pomagasz małej ubrać sukienki? - spytałem zdziwiony. - Miała pójść do ciebie i poprosić o pomoc.
- Przyszła, ale uznałam, że jest już na tyle duża, że sama może się tym zająć.
Wyjęłam z szafy tę, którą kupiłyśmy w zeszłym tygodniu i wyprasowałam. Zaraz pójdę sprawdzić, czy już jest gotowa. - Popatrzyła na mnie, skrzyżowała ręce na piersiach i przekrzywiła lekko głowę na lewą stronę. Ten gest... Lilianna też tak zawsze robiła, kolejna rzecz, która mi ją przypominała. - Martwię się o ciebie, pijesz coraz więcej.
- Kontroluję to - zapewniłem ją szybko. Może nawet zbyt szybko, czym mogłem coś zasugerować. - Nie musisz się martwić. - Rozmowę na szczęście przerwał nam dzwonek do drzwi. - Idź do małej, ja pójdę otworzyć.
Ciekawe, kto to może być o tej porze, pomyślałem. Przecież zaraz mamy siadać do Wigilii. Mimo to cieszyłem się, że zostałem wybawiony od dalszej rozmowy na temat picia. W końcu byłem dorosły, wiedziałem, gdzie jest granica, nie miałem zamiaru jej przekraczać. Otworzyłem drzwi i zamurowało mnie, gdy zobaczyłem niższego ode mnie, nieco tęższego i starszego o kilkanaście lat policjanta w służbowej kurtce. Milion myśli przeleciało mi przez głowę. Niektóre były straszne, inne wręcz cudowne. Wszystkie splotły się w chaos i zaowocowały drżącym głosem.
- Słucham? - zacząłem niepewnie. Policjant wyprostował się i przyjrzał mi się dokładnie.
- Inspektor Dariusz Łapiński, komenda główna policji - przedstawił się. - Czy pan Krystian Morawiec? 
- Tak, to ja - potwierdziłem. - O co chodzi?
- Mogę wejść?
- Tak, tak, oczywiście. - Wpuściłem policjanta do domu, zamknąłem drzwi.
Wskazałem ręką wejście do salonu, gdzie się natychmiast udaliśmy. Policjant zdjął czapkę i nieco rozpiął zamek kurtki.
- Zgłaszał pan zaginięcie żony, Lilianny Morawiec. - Bardziej stwierdził niż zapytał. Ponownie przyjrzał się mojej twarzy, po czym prawdopodobnie zobaczył jakąś desperację w moich oczach, więc postanowił nie owijać w bawełnę. - Prawdopodobnie znaleźliśmy ją.
- Zna... znaleźliście Lilę? - Dopiero po chwili spytałem oszołomiony i przełknąłem ślinę. W tej chwili moje oczy musiały być wielkie jak spodki. - Czy ona... - Nie mogłem zmusić się do wypowiedzenia na głos najgorszych obaw. Odchrząknąłem jednak i zmieniłem zamiar.- Czy nic jej nie jest?
- Żyje - potwierdził policjant, a mnie zalała fala ulgi.
- Gdzie ona jest? - Nowa nadzieja barwiła mi głos. - Muszę ją zobaczyć.
- Jest w samochodzie z moją stażystką - mówił spokojnie starszy policjant, kiedy ja łapałem powietrze jak ryba. - Musi pan potwierdzić jej tożsamość.
- To na co czekamy? Muszę do niej iść. - Już łapałem za kurtkę, jednak mój gość mnie powstrzymał i złapał za przedramię.
- Chwileczkę, musi pan o czymś wiedzieć… - zaczął. Kiedy to usłyszałem nogi się pode mną ugięły, zacząłem sobie wyobrażać najgorsze rzeczy.
- Czy jest ranna, chora? - spytałem pewny, że o to właśnie chodzi.
- Kobieta, która znajduje się w radiowozie nie wie kim jest. Ma amnezję.
Spodziewałem się wszystkiego, ale nie tego. Uszło ze mnie powietrze.
- Co to oznacza, inspektorze?
Policjant przeczesał dłonią swoje krótkie włosy i raz jeszcze otaksował mnie
wzrokiem.
- Jeśli kobieta, którą tu przywieźliśmy naprawdę jest pana żoną, to pana nie pozna. Kompletnie nic nie pamięta. Nie wie nawet tego jak ma na imię. I nieco inaczej wygląda, niż na zdjęciach, które dostarczył nam pan cztery lata temu.
Zawahałem się. Czy to na pewno miała być moja żona? Może ktoś się pomylił, zrobił jakiś wielki, karygodny błąd, pomyślałem. A potem nadzieja upomniała się o swoje prawa i dosłownie dała mi kopa, żebym nie stał jak kołek i wreszcie coś zrobił.
- Proszę ją natychmiast przyprowadzić - niemal rozkazałem mu. - Musi jak najszybciej znaleźć się wśród bliskich - dodałem po chwili, łagodząc ton.
Policjant Dariusz wyszedł i zostawił mnie sam na sam z myślami, które zdążyły
utworzyć mi w głowie chaos. Po chwili w drzwiach stanął najbardziej wyczekiwany ze wszystkich świąteczny gość. 
Nie wiem dlaczego ale przed oczami stanęła mi sukieneczka córeczki. 
Przyniosła nam cud, pomyślałem.

Hanna Hippler
Nadzieja


Nie było śniegu, ani nawet mrozu. Jakoś tak ...nijak. Zmęczony Anioł szedł ulicami i dość już miał kolejnych świąt, kiedy to Szef kazał mu ratować Boże Narodzenie.
Nie po to rodziłem się w tej stajence i narażałem mamę na te wszystkie upokorzenia i udręki by to teraz zaprzepaścić- mówił na odprawie. - To wszystko jest po coś, nie rozumiecie? Trzeba przypomnieć ludziom, że dziecko się rodzi, że coś zaczyna się od nowa. Ech....- machnął ręką widząc miny co niektórych wysłanników niebios.
Bolą mnie moje anielskie skrzydła- stęknął Masakra, bo to On zawsze miał najtrudniejsze sprawy.
Boże, stary już jestem- powiedział kilka dni wcześniej w prywatnej rozmowie z Najwyższym. - Może by jakieś lżejsze zlecenie w tym roku?
Hmm....- westchnął Bóg. - Dam Ci do pomocy Cierpliwego. Zapał jeszcze u niego spory, a i spokój ma w sobie, to się tak szybko nie zniechęci.
Ok- westchnął Masakra i rozmasował obolałe skrzydło. Spojrzał na Cierpliwego i rzucili między sobą porozumiewawcze spojrzenie. Bóg skinął głową. ,,Do roboty”.

Tego dnia zajrzeli do kościoła. Roraty właśnie się zaczęły i kilkoro dzieci biegło za księdzem z lampionami. Kiedyś dzieci same, albo z rodzicami robiły lampiony- pomyślał Cierpliwy. A teraz, o proszę: gotowce z ledami w środku. I jakoś tak mniej tych dzieci. Wszystko się zmienia.... Powędrowali ulicami zaglądając ludziom w oczy i w serca. Czasami uśmiechali się do siebie dając porozumiewawcze znaki, że ok. Facet kupował swojej żonie ładny portfel, do którego schował karteczkę z napisem: ,,Nigdy nie zapominaj, wracaj zawsze do najlepszych chwil w Twoim życiu” Wsunął w przegródkę  mały bursztyn i uśmiechnął się do swoich myśli. Potem długo nikogo nie spotkali, bo mijały ich złe energie, złe oczy i serca, które waliły młotem niechęci, żalu, żądzy posiadania....
Masakra z Cierpliwym przysiedli na przykościelnym murku. Z nieba leciało coś co nie wiadomo było jak nazwać.
Brrr....- otrząsnął się Cierpliwy, skrzydła mi przemokną. - Ej, Szefu, no weź. Trochę białego puchu, co by poprzykrywał ten ziemski bród- mruknął bez przekonania ku niebu i spojrzał na Masakrę.
No, bracie aniele, nie zazdroszczę Ci … Co robisz z takimi o?- machnął skrzydłem w kierunku pary z dzieckiem, która zawzięcie się kłóciła na środku ulicy, a mały grzebał patykiem w brudnej kałuży.
Masakra spojrzał w ich kierunku i rzekł: - Ci to jeszcze pół biedy, bo mają  siłę się kłócić. Wiesz co jest najgorsze? Gdy zapada milczenie albo jeszcze gorzej, zimna uprzejmość. Zakłamanie ludzi nie ma granic. Chodź, zostawmy ich na razie, może sami dojdą do porozumienia.
Zaglądali do domów, do zakładów pracy, uśmiechali się patrząc jak dzieci mozolnie pakują prezenty, które sami zrobili. Pomogli starszej pani znaleźć długopis by mogła zacząć pisać list do dawno nie widzianej przyjaciółki. Zasłonili od wiatru zapałkę, by mąż mógł zapalić znicz na grobie swojej żony i poprawić stroik z bombkami, pod który podłożył zawinięty w chusteczkę opłatek i kawałek piernika. Obejrzeli jasełkę przygotowaną przez dzieci w przedszkolu i uśmiali się do łez z rozrabiających na scenie pasterzy. Podrzucili na półkę w sklepie płytę z odpowiednią muzyką dla chłopaka szukającego prezentu dla swojej dziewczyny. Dmuchnęli dobrą energią na dom, w którym rodzice czekali na swoje dzieci i wnuka, który miał spędzić z nimi pierwszą wigilię. Dorzucili energii i sił kobiecie, która przygotowywała dom na święta. Pomogli jej znaleźć stary przepis na piernik, który był popisowym ciastem na Boże Narodzenie w jej domu. Po chwili zapachniało karmelem i utłuczonymi w szmatce goździkami... Wyhamowali złe zapędy kilku ludzi, którzy w pogoni za prezentami, dobrym żarciem, ekstra ciuchami....zapomnieli po co są te święta? Niektórych z nich położyli do łóżka z objawami grypy, innym podrzucili dobrą książkę, jeszcze innym postawili na drodze kogoś, kto spojrzał głęboko w oczy, obdarzył swym ciepłem i spokojem i rzucił ziarno prawdy. Bo prawda jest zawsze taka sama. Trzeba umieć wybrać. Życie to umiejętność wyboru. Podejmujemy decyzje, które tworzą nasze życie. Dajemy się otumanić manipulatorom, którzy podsycają w nas ciągłe niezadowolenie z tego co jest, co mamy.
Jest nadzieja?- zapytał Cierpliwy.
Ano jest. Zawsze jest. Bez niej nic nie miałoby sensu- odparł zmęczony, ale uśmiechnięty Masakra. - Wiesz, to jest tak jak w tych jasełkach. Tam też często pojawiają się diabły i inne stwory- kusiciele. Oni robią najwięcej hałasu, tak jak w życiu. Popatrz, co jest dobre i piękne- i wskazał ręką na rodzinę, która siedziała przy stole i robili wszyscy ozdoby choinkowe. Krzywe, koślawe łańcuszki, i aniołki z krzywymi skrzydłami.
Popatrz, ten nawet do Ciebie podobny- zaśmiał się Cierpliwy.- To co?- po robocie?- zapytał po chwili widząc zamyślonego Masakrę. Ten spojrzał uważnie na Cierpliwego i wstał z energią, o którą trudno Go byłoby posądzić.
Jeszcze nie- rzekł z mocą. Jeszcze trzeba kogoś zawrócić.
Zawrócić?- zaczął Cierpliwy, ale więcej nic nie powiedział. Wiedział, że trzeba lecieć i wiedział do kogo. Rozdzielili się i każdy pobiegł spełnić swoje zadanie.

Z różańcem w ręku pewna kobieta zaklinała rzeczywistość wierząc, że jej cierpliwość, ufność i wiara zostaną kiedyś wysłuchane. Boże Narodzenie- myślała, to przecież czas nadziei, to czas na odnowienie w sobie dziecięcej radości, bo przecież Bóg się rodzi, małe dziecko. A każde dziecko, które przychodzi na świat niesie ze sobą Nowe życie, nową nadzieję, początek bez przeszłości. To, co było to już było, jest tu i teraz, a będzie to, co nam ześle dobry Bóg, tylko trzeba podjąć Dobrą Decyzję, by to co było, warte było wspomnienia, a nie zapomnienia. Cierpliwy siedział koło niej i słuchał jej myśli, patrząc razem z nią w płomień świecy. Pogłaskał ją po plecach, a ona przeciągnęła się czując nagłe odprężenie. ,,Jezu, ufam Tobie”- skończyła modlitwę i sięgnęła po laptopa. Zaczęła pisać to, co czuła.
Tym czasem Masakra siedział w samochodzie i gnał ze swoim podopiecznym przed siebie. To, co widział, czuł i czytał w jego myślach nie napawało go optymizmem. -Dobrze, że jestem z Cierpliwym- pomyślał. - We dwoje damy radę.
Samochód zatrzymał się i jego właściciel ruszył po kawę. W tym samym czasie jego telefon oznajmił, że ma wiadomość. Wrócił po chwili, ciężko opadł na fotel samochodu. Praca, praca, praca...Dom? Rodzina? Święta? - Kurwa, jakie święta?
Teraz moja kolej- zdecydował Masakra.
- Weź telefon do ręki. Masz wiadomość. Jeszcze możesz zawrócić....

Magdalena Natonek
Najpierw jesteśmy ludźmi potem narodami

Wigilijny poranek powitał Annę bajkowym pejzażem. Świat spowiła puszysta pierzyna śniegu. Ania nie pamiętała, ile to lat wstecz, w ten magiczny dzień spadł śnieg. Ostatnimi laty aura płatała figla i Wigilia była raczej deszczowa, a niekiedy nawet tego dnia świeciło słońce. W tym roku stał się cud, chociaż jeszcze wczoraj nic tego nie zapowiadało.
- Dziś wydarzy się coś szczególnego – powiedziała sama do siebie, nie zauważając, że do kuchni wszedł właśnie syn.
- Czemu tak myślisz mamo? – zapytał, sprowadzając ją do rzeczywistości.
- Spójrz na ten cudowny krajobraz za oknem. Czyż nie jest zjawiskowo? – zapytała rozmarzona.
- Tak mamo, masz rację, jest cudnie – potwierdził, bo tak jak Anna, Jakub był typem wrażliwca, dla którego piękno otaczającej przyrody, było niezwykle ważne. Nie zadawalał się przedmiotami, lecz zwracał uwagę na to, co oferowała przyroda. Tak jak Annę, Kubę zachwycała pajęczyna babiego lata, płatki spadającego śniegu i promienie słońca, przedzierające się spomiędzy gałęzi drzewa. 
- Czy masz w planach ostatnie zakupy? – dopytywał Annę.
- Nie Kubuś. Wszystkie sprawunki mam już kupione. Pozostała mi tylko kosmetyka pokoju, w którym zjemy kolację wigilijną. – odparła.
- Skoro tak, to pozwól matulu, że ja cię w tym wyręczę, a ty zapakujesz swój sprzęt i zrobisz sesję zdjęciową tej urzekającej, zimowej szaty – postanowił Jakub.
- No ale jakże to tak? A kto posprząta? – pytała zaskoczona.
- Mamuś, ty już się dość napracowałaś, pozwól sobie teraz pomóc. Zagonię ojca do roboty, a ty pójdziesz się zrelaksować – zadecydował syn.
- Ale ojciec znów będzie robił sceny, że zajmuję się zdjęciami – oznajmiła Anna.
- Wiesz, jaki on jest – uspakajał ją syn – pogada i przestanie. Nikt bardziej niż ty zasłużył na chwilę relaksu.
- No ale… - Anna próbowała oponować.
- Nie ma żadnego „ale” – zabrał z jej dłoni kubek po porannej kawie i wręczył jej torbę ze sprzętem fotograficznym – pierworodnemu się nie odmawia. Ojca popędzę do sprzątania, o nic się nie martw – dodał.
- Dziękuję synu. Dobrze cię wychowałam – oznajmiła z radością i z ulgą w głosie. – Skoro tak mówisz, to pójdę. Może faktycznie spacer dobrze mi zrobi.
Ledwie Anna przekroczyła próg domu, mroźne powietrze otuliło jej twarz, a na policzkach pojawiły się rumieńce. Na zewnątrz czekał na nią baśniowy widok. Gałęzie choinek, które rosły wokół domu, uginały się pod naporem ciężkiego śniegu. Dachy domów przykryła gruba warstwa białego puchu. Wszystko, na co w tej chwili spoglądała, pokryła śnieżna szata. Widok był tak niezwykły, że Anna przez chwilę stała zaczarowana niczym żona Lota, zamieniona w słup soli.
Postanowiła, że swe kroki skieruje w stronę wybudowanej nieopodal plebanii, żywej szopki, w której od kilku lat, oprócz żłóbka i postaci świętej rodziny, znajdowały się zwierzęta. Był więc osioł, kuce, króliki i wszelkiego rodzaju ptactwo, z gołębiami na czele. Największą radość z odwiedzin tego miejsca miały oczywiście dzieci, chociaż dorośli w nie mniejszym stopniu czerpali z tego radość, opowiadając swoim pociechom o przebywających tu zwierzętach.
Nie wiedzieć czemu, jej wzrok powędrował na postaci Maryi i Józefa oraz dzieciątka w żłóbku. Zaraz też przyszła jej do głowy- drażliwa ostatnimi czasy – sprawa uchodźców z Aleppo. Ze zgrozą stwierdziła, że niektórzy mają bardzo krótką pamięć, zarówno pod względem religijnym, jak również historycznym,. Przecież Maryja i Józef także tułali się od domu do domu, prosząc o schronienie. A historyczna amnezja to krótkotrwała pamięć o naszych rodakach, którzy tragicznie doświadczeni w czasie II wojny światowej, korzystali z serdeczności innych nacji. 
Dobrze przyjęto Polaków w Iranie, tworząc tam polskie osiedla. Otoczono ich opieką lekarską oraz zapewniono im dostęp do oświaty i kultury. Nikt nie zakazywał im kultywowania wiary, obchodzenia świąt ani tym bardziej wyrzeczenia się własnej tradycji. A my co?! Uważamy tych uchodźców za terrorystów? Wstyd, bo przecież, wtedy w Iranie oni mogli o nas powiedzieć tak samo, jak my określamy teraz   ich. Dla nich też byliśmy obcy, ale oni pokazali nam swoją gościnność. Ale czego wymagać od zwykłego zjadacza chleba, skoro nawet nasi rządzący nie potrafią rzeczowo odnieść się do tej kwestii.
Anna nie musiała daleko szukać osób nieprzychylnie nastawionych do uchodźców, bowiem pod jednym dachem mieszkała z osobami, które na samą wzmiankę w radiu czy telewizji o problemie uchodźców, reagowały hasłem „ciapaty”. Oj, jej ciśnienie podnosiło się wtedy do tego stopnia, że kawa była już zbyteczna. Anna od zawsze była wyczulona na wszelkiego rodzaju uprzedzenia i obrażania innych nacji. Wychodziła bowiem z założenia, że najpierw jesteśmy ludźmi, potem dopiero narodami i przez ten pryzmat patrzyła na człowieka. Nie kierowała się uprzedzeniami, lecz indywidualną i subiektywną oceną pojedynczego człowieka.
- Dzień dobry- rozmyślania Anny przerwał opiekun zwierząt, który przybył do szopki, doglądać czy jego podopieczni mają wszystko, czego im potrzeba.
- Dzień dobry odpowiedziała Anna – zamyśliłam się, a miałam zrobić kilka zdjęć naszej ośnieżonej przyrody. Wesołych Świąt, do widzenia.
- Tak, wreszcie będą białe święta. Wesołych Świąt - odparł gospodarz.
Gdy Anna opuściła stajenkę, postanowiła, że krótką zimową sesję wykona na dziedzińcu pobliskiego kościoła, bowiem szczególnie oczarowały ją otulone śniegiem kapliczki, wokół których gdzieniegdzie spod grubej warstwy śniegu, udało się przebić ostatnim liściom, pozostawionym przez panią jesień, która ustępując miejsca zimie, zgubiła ich kilka ze swojego koszyczka jesiennych skarbów. Teraz te oszronione liście wystawały spod białej pokrywy śniegu.  Wbrew pozorom te zamarznięte liście, dawały nadzieję na lepsze jutro. Bo tak, jak po burzy wychodzi słońce, tak po zimie przychodzi wiosna i wszystko budzi się do życia, a świat ubiera się w odcienie zieleni i cieszy nas feerią barw.
Sesja zdjęciowa przyniosła jej wyciszenie i nastawiła radośnie do dzisiejszej kolacji wigilijnej. Ze zgrozą popatrzyła na zegarek. Nie sądziła, że wyjście na ten fotograficzny spacer, zajmie jej tyle czasu. Zawsze, gdy oddawała się swojej pasji, czas stawał w miejscu. Dziś jednak trzeba było przygotować kolację wigilijną. Z tą świadomością przyspieszyła kroku i już po kilku minutach przekroczyła próg swojego domu.
- Widziałem, że wracasz – już od progu przywitał ją Jakub – wszystko jest już gotowe, więc o nic się nie martw – uspokoił ją syn. 
Zawsze fascynowało ją to, że wystarczyło jedno spojrzenie, a czytali sobie w myślach, jak z otwartej księgi. To właśnie Kuba, rzucając krótkie spojrzenie, wiedział, czy coś ją trapi, czy jest szczęśliwa. To działało również w drugą stronę. Nawet z mężem nie miała tej jedności, która połączyła ją z Jakubem.
- Kochany jesteś – odetchnęła z ulgą – a co na to ojciec? – zapytała ze strachem w głosie.
- Mamuś, on musi zrozumieć, że nie jesteś robotem i nie możesz wszystkiego robić sama. W tym roku stanęłaś na wysokości zadania. W całym domu pachnie świętami a chyba najbardziej piernikami. Widzę jednak, że mimo zbytecznych moim zdaniem wyrzutów sumienia, masz szczęśliwą minę. Już nie mogę się doczekać projekcji twoich zdjęć. Póki co, napij się herbaty, bo pewnie zmarzłaś. – oznajmił syn i postawił przed Anną parujący kubek cynamonowej herbaty, której aromat rozniósł się po całej kuchni. 
- Jesteś kochany Kubuś – popatrzyła na syna z matczyną czułością, tak, jak gdyby był małym chłopcem, chociaż był już pełnoletni.
- Mamo, słyszałaś o tej fali uchodźców z Aleppo? To straszne. Podobno autokary wyruszyły z Aleppo do enklawy kontrolowanej przez rebeliantów. Siły prorządowe miały zgodzić się na ewakuację wschodniego Aleppo w zamian za ewakuację dwóch szyickich miejscowości. Jak donosiła w niedzielę telewizja al-Manar, sprzymierzona z libańskim Hezbollahem, będącym sojusznikiem Damaszku, tuż po ogłoszeniu najnowszego porozumienia niektóre autobusy i pojazdy Czerwonego Półksiężyca dotarły do bram Al-Fuaa i Kefrai. Jednak w drodze do tych miejscowości pięć autobusów zostało zaatakowanych i podpalonych. To spowodowało wstrzymanie ewakuacji. Według specjalnego wysłannika ONZ do Syrii w dzielnicach rebelianckich Aleppo wciąż przebywa ok. 40 tys. cywilów i od 1, 5 tys. do 5 tys. bojowników z ich rodzinami.- Jakub na gorąco przekazał te straszne wieści, gdyż oboje z Anną na bieżąco śledzili wydarzenia w tamtym rejonie świata.
- Ciekawe, ilu z tego konwoju, udało się wydostać i trafić w bezpieczne miejsce – głośno zastanawiała się Anna – Wiesz, byłam dziś w żywej szopce i przyglądając się figurom świętej rodziny, też o nich myślałam. W głowie się nie mieści, że ci najbardziej religijni, co to klepią modlitwy pod figurą i przesuwają koraliki różańca, najbardziej sprzeciwiają się przyjmowaniu tych ludzi, którzy są zmuszeni uciekać przed wojną i prześladowaniami. Dziwi mnie to szczególnie w kontekście nadchodzących świąt.
- Otóż to mamo. Słuchałem radia podczas przygotowywania pokoju i mówili o uchodźcach w serwisie informacyjnym. Podobno udało im się przedostać do Europy. Oczywiście dziadek z ojcem nie mogli się powstrzymać od głupich komentarzy i znów mruczeli pod nosem swoje ulubione słowo „ciapaty”. I to ma być to ich miłosierdzie wobec bliźniego?! – oburzył się Jakub.
- Wiesz, że oni są niereformowalni i nie zmienisz ani ojca, ani dziadka – oznajmiła Anna.
- Szkoda się denerwować. Lepiej powiedz, w czym mogę ci jeszcze pomóc.
- Jeśli możesz, to rozwieś proszę na choince te serca z piernika, a resztę rozłóż na tym talerzu, który mam po mojej prababci – poprosiła Anna.

WIECZERZA WIGILIJNA 
   Wszystko zostało przygotowane zgodnie z tradycją. Na stole pod białym obrusem, przykryte było sianko. Skromna zastawa miała symbolizować ubogą stajenkę. Na środku, na talerzyku przykrytym biała serwetką, leżał opłatek. Pod oknem, setką lampek, migotała choinka, pod którą w żłóbku leżała figurka dzieciątka, a obok czekały drobne podarunki.   
Wśród skromnego nakrycia wigilijnego stołu, znalazło się tradycyjnie puste miejsce dla wędrowca. Ileż to razy Anna marzyła, aby którejś Wigilii, ktoś taki pojawił się w ich domu. Z tych rozmyślań wyrwał ją głos teścia:
- Po co to szykujesz? I tak nikt nie przyjdzie. Miejsce to tylko zajmuje. Ciasno nam będzie – burczał teść, który jak zwykle nie omieszkał wtrącić swoich trzech groszy. Choć zawsze wszystko było przygotowane na tip-top, on znajdował pretekst, aby popsuć Annie radość z przygotowań. Kiedy żyła jeszcze teściowa, ona też nie potrafiła powstrzymać się od natarczywych pytań „ a po co to robisz?”  Z odsieczą przyszedł jej Jakub.
- Taka jest tradycja i dobrze ją kultywować. Latasz do kościoła, a zadajesz tak niedorzeczne pytania. – odparł Kuba, bo żal mu się zrobiło mamy, która zawsze wkładała w przygotowania dużo serca i w żaden sposób nie zasługiwała na takie traktowanie. Zaraz jednak Anna chwyciła go porozumiewawczo za rękę, dając mu do zrozumienia, że szkoda dyskutować z osobami, które nigdy się nie zmienią.
- To zgodnie z tradycją odczytaj łaskawie fragment Biblii, przeznaczony na tę okoliczność.  – burczał dalej teść. 
Jakub odczytał fragment, jak to Maria z Józefem wędrowali od domu do domu w poszukiwaniu miejsca, aby w spokoju mogła urodzić dziecko. Gdy domownicy, zebrani przy wigilijnym stole mieli sięgać już po talerzyk z opłatkiem, nagle rozległ się dzwonek do drzwi.
- Kogo tam niesie?! – niegrzecznie obruszył się mąż Anny.
- Może to wędrowiec – zażartował Kuba – pójdę otworzyć – jak postanowił, tak uczynił. 
- Jeszcze tego brakowało – gderał dalej mąż.
- Mamo, podejdź do mnie proszę – nagle zawołał Kuba. – To pilne.
Oczom Anny ukazała się wyczerpana kobieta o dość niespotykanej urodzie, wskazującej na to, że jest innej nacji. Nagle kobieta przemówiła wystraszonym głosem:
- Pani, ratuj – wołała błagalnie – Mąż, dziecko, oni zginęli – na te słowa wstrząsnął nią spazmatyczny płacz, ale Anna nie czekała na nic i objęła kobietę ramieniem po czym zaprowadziła przybysza do pokoju, gdzie właśnie rozpoczęli kolację wigilijną. 
- Wy świętować? – nagle kobieta zmieszała się, bo wyczuła podniosły, świąteczny nastrój i zobaczyła skromny choć świąteczny wystrój stołu.
- Nic się nie martw, to miejsce czekało na ciebie – Anna powiedziała to z taką serdecznością, że w oczach kobiety zauważyła maleńkie iskierki radości, mimo, że kobieta słaniała się ze zmęczenia i wyczerpania. Marzenia się spełniają – pomyślała – doczekałam się wreszcie przybysza. 
- Ja Yasmina – przedstawiła się nieznajoma.
- Jestem Anna, a to mój syn Jakub. A to…- już miała przedstawić teścia i męża, ale nie było jej to dane.
- A co to ma znaczyć?! – obruszył się teść - Ja z nią kolacji jeść nie będę – krzyczał.
- A to z jakiego niby powodu – hardo zapytała Anna, otulając przyjacielskim gestem zmarzniętą Yasminę swoją chustą.
- Z ciapatą?! Jak ty to sobie wyobrażasz?! – tym razem oburzył się mąż.
- A gdzie się podziało wasze chrześcijańskie umiłowanie bliźniego, o którym tak trąbicie na prawo i lewo? Piękne dajecie świadectwo, nie ma co! – oznajmił wkurzony Jakub.
- Wynoś się stąd! – rzucił się na przybysza mąż Anny – Wynocha! My ci damy jeść, a ty zaraz dom wysadzisz! – grzmiał nadal, odurzony nienawiścią.
- Uspokój się człowieku! – w obronie Yasminy stanął Kuba – Ona rodzinę straciła, ledwo wyrwała się z piekła wojny, a ty jak się zachowujesz?! Józefa i Marię też byś wyrzucił?! Oni też byli uchodźcami, jak ona. – dodał
- Oni to co innego – odpowiedział naburmuszony dziadek.
Anna miała dość patrzenia na tę całą sytuację i stanęła przed teściem, zasłaniając swoim ciałem Yasminę, bo jeszcze chwila, a ten zamroczony nienawiścią człowiek, rzuciłby się na bogu ducha winną kobietę. Do tej pory była potulną jak baranek synową i żoną, która wolała sama przyjmować cięgi i znosić je z anielską cierpliwością. Teraz jednak cierpliwość się skończyła.
- Czy ci się to podoba czy nie, ona tu zostaje i zje z nami tę kolację, a potem odpocznie po bardzo niebezpiecznej przeprawie. Wiesz, że nie masz wyjścia i musisz się zgodzić.
- Czyżbyś chciała mi coś zarzucić? – teść nieudolnie próbował zatuszować zmieszanie, ale doskonale wiedział, że synowa ma rację.
- Nie usiądzie z nami do stołu – tym razem protestował mąż.
- Mylisz się. Wasze dzisiejsze zachowanie, utwierdziło mnie w przekonaniu, że tylko modlicie się pod figurą, a diabła macie za skórą! – Anna dała wreszcie upust swoim długo skrywanym emocjom, bo nie mogła już dłużej patrzeć na zakłamanie wielce bogobojnych członków swojej rodziny. – Niedobrze mi się robi, gdy widzę waszą obłudę i zakłamanie. Yasmina zostaje, czy to wam się podoba, czy nie. Ja was utrzymuję i ja decyduję o tym, kto zamieszka w tym domu.
Zaskoczenie pomieszane ze wzburzeniem, że w tej rodzinie jakaś kobieta sprzeciwia się narzuconemu jej zdaniu, odebrały mowę teściowi i mężowi. Nie spodziewali się takiego obrotu sprawy. Rozeszli się niepyszni do swoich pokoi, jedynie utwierdzając Annę i Kubę w przekonaniu, że ich religijność jest powierzchowna i na pokaz, od oka, a czyny mają się nijak do pięknych słów, które wygłaszają.
- Ja przepraszam Anna, ja pójdę, ja kłopotu narobiła – zmieszała się Yasmina.
- Nie ma mowy, nigdzie nie pójdziesz – zadecydował Kuba. – Zostajesz z nami, to już postanowione. Musisz zjeść porządny posiłek i odpocząć. Boję się nawet pytać, co przeszłaś w drodze do nas.
Kuba nie był zaskoczony reakcją ojca i dziadka, ale po cichu liczył, że w takim dniu, jak dziś, opanują swoje emocje i ugryzą się w język.
- Yasmina, dziś przenocujesz tutaj, a jutro udostępnię ci dom po mojej babci. Stoi pusty, ale wszystko w nim działa. My przeprowadzimy się razem z tobą.
- Z mojego powodu? – zapytała zasmucona.
- Nie, od dawna to rozważaliśmy, ale dzisiejsza sytuacja tylko przyspieszyła tę decyzję. Pomogłaś mi, dziękuję Yasmina - uspokoiła ją Anna.
- Ja nie chcieć robić problemy – wciąż zmieszana wyrażała swoje obawy.
- Nie martw się o nic – Annę wspierał niezawodny syn – Jak mama mówi i coś postanowi, to nie ma zmiłuj, tak ma być i koniec. 
- Częstuj się Yasmina. Nie ma tu mięsa, wiec nie obawiaj się, że zjesz coś niezgodnego twoimi zasadami religijnymi – zachęcała ja Anna – Proszę, ryba dobrze ci zrobi – mówiąc to Anna nałożyła jej solidną porcję. Nie musiała pytać, bo w jej oczach, oprócz smutku i cierpienia, dostrzegła głód i wyczerpanie. Tu słowa były zbędne. Yasmina tym czasem powstrzymywała się od jedzenia, właściwie jedynie ze strachu, czy ci dwaj zapalczywi mężczyźni nie wrócą i jednak nie wyrzucą jej z domu. Zaraz jednak obawy prysły, bowiem w oczach Anny i Kuby zauważyła coś, co jednoznacznie wskazywało na szczere zamiary gospodyni i jej syna. Oczy są zwierciadłem duszy i pokazują te prawdziwe uczucia. Nie twarz, ale oczy. Można z nich czytać jak z otwartej księgi, bo malują się w nich wszystkie uczucia, począwszy od radości, aż po smutek. Było jej wstyd, ale głód i nad tym uczuciem zwyciężył. Jadła łapczywie, gdyż pusty żołądek, natarczywie domagał się swoich praw.
Anna porozumiewawczo spojrzała na Kubę. Nie musieli nic mówić, gdyż oboje zdawali sobie sprawę z rozmiaru tragedii, która spotkała Yasminę i innych mieszkańców Aleppo. Pomyśleć tylko, że kiedyś tak samo Polacy uciekali przed jarzmem wojny, która przetoczyła się przez nasz kraj. 
W pewnym momencie Yasmina przestała jeść a jej wzrok padł na rozświetlona choinkę, pod którą Kuba umieścił malutki żłóbek,
- Co to jest? – zapytała zaciekawiona.
- To taki niepisany symbol naszych świąt, które zaczynają się już jutro. – wyjaśniła jej Anna – to figurka Jezusa, którego narodzenie świętujemy co rok. Gdy miał się narodzić, jego rodzice musieli uciekać przed prześladowaniami. Szkoda tylko, że tacy ludzie jak mój mąż czy teść, zdają się o tym zapominać. Yasmina, przepraszam cię za ich zachowanie – Annie było przykro z powodu zajścia, jakie miało miejsce kwadrans wcześniej i na potwierdzenie tych słów podeszła do Yasminy i serdecznie ją uścisnęła.
- Ty się Anna nie martw, ja już dużo widziała, dużo przeżyła – uspokoiła ją Yasmina – Ty masz dobre serce, twój syn także. Ty bądź z niego dumna – dodała.
- Jestem, niemal każdego dnia daje mi powody do dumy – odparła Anna – Proszę, spróbuj tego – wręczyła jej najładniejsze serce z piernika, które chwilę wcześniej zdjęła z choinki.
- To jest piękne, żal jeść. – oponowała Yasmina.
- Jedz na zdrowie. Jeszcze są. To nasza kolejna niepisana tradycja, że z Jakubem co roku na święta robimy te serca. 
- Serce z piernika dobre – oznajmiła Yasmina – Ja wiem czemu. Ty masz dobre serce Anna. I syn też. Niech was Bóg błogosławi. Jestem obca, z innego kraju, innej kultury, a wy nie baliście się mnie przyjąć. Takie pyszne może zrobić tylko człowiek o czystym sercu – oznajmiła ze wzruszeniem, ale i powagą. – ja nie chcę tam wracać Anna. Tam wojna i głód. Mąż zmarł z wyczerpania, a w trakcie drogi, moje jedyne dziecko, które przeżyło piekło wojny, zmarło, bo miało komplikacje po przeziębieniu. Zostałam sama – po tych słowach Yasmina wpadła w spazmatyczny płacz. Jedyną osobą, która mogła otulić ją i zrozumieć, co czuje matka, która traci dziecko, była Anna. Yasmina nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo Anna rozumie jej ból, przeszywający serce po stracie dziecka. Anna czuła na wskroś cierpienie tej kobiety i to nie tylko przez pryzmat bycia kobietą, ale głównie dlatego, że sama doświadczyła tego okropnego stanu.
- Yasmina, tu nic ci nie grozi, nie pozwolimy zrobić ci krzywdy – uspokoił ją Jakub.
- Ale oni – wskazała ręka pokój, w którym zamknęli się razem mąż i teść.
- Akurat nimi nie musisz się przejmować. Jutro, gdy nabierzesz sił, wyprowadzimy się stąd. Póki co odpoczywaj i nie bój się. Nie po to zapraszaliśmy cię pod swój dach, abyś miała wracać do tego piekła. Zostajesz z nami. Pomożemy ci. – uspakajał ją Kuba.
- Wiesz Yasmina, twoje pojawienie się w naszym domu, było pięknym prezentem na te święta – oznajmiła Anna, obejmując Yasminę.
- Ale jak to? – zapytała zaskoczona.
- Tak. Wniosłaś w nasze życie szanse obcowania z inną kulturą, o której mamy nadzieję nam opowiesz, bo chcemy ją poznać. Dzięki tobie dowiedziałam się dziś, kim jestem i kim są ludzie, którzy na co dzień mnie otaczają. Tak pięknie zrzucili dziś swoje maski obłudy i zakłamania. W nich twoja tożsamość zrodziła opór, ale we mnie i w Kubie, wzmocniła się chęć odkrycia w tobie ciebie, jako człowieka, mimo różnic kulturowych. Nie wierzę w przypadki, nazywam to przeznaczeniem. Nasze szczególne spotkanie w wieczór tak wyjątkowy jak Wigilia Bożego Narodzenia, stało się dla nas szansą nie tylko, aby udzielić ci schronienia i pomocy, ale także nawiązania z tobą więzi. –Anna chwyciła dłonie Yasminy, spojrzała jej głęboko w oczy i oznajmiła – Wiesz, mam zasadę, zgodnie, z którą najpierw patrzę na człowieka, a dopiero potem zwracam uwagę na jego narodowość. To dla mnie sprawa drugorzędna, chociaż nie bez znaczenia.  Jeśli są to różnice wyznaniowe i kulturowe, bardzo chętnie je poznaję, bo strach rodzi się z niewiedzy. Niestety, niektórzy, wolą żyć posługując się uprzedzeniami i stereotypami. Ja tak nie potrafię i już tego nie zmienię.
- Yasmina – do rozmowy dołączył Kuba – Mama od małego włączała mnie w przestrzeń, gdzie mogłem nawiązywać kontakty z ludźmi różnych narodowości. Jestem jej za to ogromnie wdzięczny, bo nauczyła mnie patrzenia na różne sprawy z perspektywy innego człowieka, innej kultury. Nauczyła mnie także empatii, co niestety chciał we mnie stłamsić ojciec. Ja jednak nie dałem się i teraz potrafię unikać nieporozumień, które rodzą nienawiść, przemoc i wykluczenie społeczne. Dziadkowi i ojcu współczuję, bo zostaną sami, podczas, gdy my z mamą otaczamy się niezwykłymi ludźmi, do których dołączyłaś dziś ty, Yasmino. – oznajmił z nieudawaną radością Kuba. – Witaj w naszych skromnych progach, a to serce z piernika, niech będzie tego początkiem – wypowiadając te słowa, podszedł do niej i wręczył największe serce, jakie znalazł wśród tych, które wykładał na paterę, czyniąc ostatnie przygotowania do Wigilii.
- Yasmina, z dzisiejszą kolacją, wiąże się pewien zwyczaj – Anna podała Yasminie talerzyk, na którym bielił się opłatek, a potem przekazała go Kubie – Dzieląc się nim, składamy sobie życzenia. Yasmino, życzymy ci, abyś znalazła szczęście, tu w Polsce i abyś była z nami szczęśliwa. Pomożemy ci w tym, na tyle, na ile tylko możemy, ale nie zostawimy cie samej. 
- Nie mogę w to uwierzyć – po twarzy Yasminy spływały łzy wzruszenia – boję się, że to sen, a ja jutro obudzę się w piekle, które zostało w Aleppo.
- Nie ma takiego ryzyka – oznajmił Kuba – Mama zaraz przygotuje ci pokój, a od jutra zaczynasz nowe życie razem z nami.
- Wszystkiego dobrego Yasmina – śladem Kuby, także Anna przytuliła Yasminę – Jesteś dla nas zwierciadłem i gwiazdą, które pozwolą nam spędzić te święta w sposób wyjątkowy. Dziękujemy, że jesteś.

  Mrok zagościł w pokoju, gdzie jeszcze przed godziną razem jedli wspólną kolację wigilijną, a w którym teraz spała wyczerpana Yasmina. W tę cichą noc, w poczuciu dobrze zdanego egzaminu z człowieczeństwa, Anna i Kuba, stali objęci, spoglądając, jak za oknem spadają duże płaty śniegu. Spojrzeli sobie prosto w oczy i wtedy poczuli jedność, która wzięła górę nad podziałami i uprzedzeniami. Zdawali sobie sprawę, że podjęli się karkołomnego zadania, ale wiedzieli, że podołają. Może sprawiła to noc, pełna cudów, może ich głębokie przekonanie, że warto pomagać, a może po prostu to, że mieli wielkie serca. Niekoniecznie te z piernika, które to największe podarowali Yasminie na dobry początek wspólnej przyjaźni. 
Ktoś, kto ofiarowuje drugiemu serce z piernika, życzy mu szczęścia i to nie ma prawa się nie udać;-)

Justyna Osiecka – Herszel 
Serce z piernika

Był chłodny październikowy dzień. Za oknem wiatr przeczesywał ogołocone 
z liści korony drzew. Trawnik przed blokiem przyoblekł się w dywan jesiennych kolorów – złota, czerwieni i brązu. Gdzieniegdzie przebijały ciemnozielone kępki trawy zmieszanej z wilgotną od deszczu ziemią. Na błękitnym niebie puszyste chmury przeganiały się wzajemnie odsłaniając leniwe słońce, które coraz rzadziej dogrzewało ludzi o tej porze roku.
Tośka drzemała jeszcze pod kołdrą na dużym sosnowym łóżku w swojej przytulnej sypialni, gdy Piernik zaczął trącać ją zimnym mokrym nosem sugerując, 
iż nadszedł czas na śniadanie i spacer. Dziewczyna niechętnie otworzyła oczy, spojrzała na zegarek i leniwie się przeciągnęła. Liczyła, że wierny przyjaciel wytrzyma jeszcze chwilę. Piernik cierpliwie czekał przy łóżku swojej pani mlaszcząc uparcie językiem i układając na krawędzi łóżka raz jedną, raz drugą łapę w geście powitania i ponaglenia. Tośka powoli wysunęła się spod kołdry, niechętnie włożyła stopy w puchate pantofle. Marzyła, by jeszcze na moment poczuć ciepło pościeli, jednak pies musiałby obsłużyć się sam, a to nie wchodziło w grę.
Tosia i Piernik tworzyli zgrany duet. Ona, momentami flegmatyczna, artystyczna dusza z głową w chmurach, w ciągłym niedoczasie. On, wierny towarzysz, energiczny i stanowczy. Był przy tym dobrze ułożony, towarzyski, z charakterem godnym angielskiego lorda, jak na staffika przystało i, co najważniejsze, nigdy nie sprawił swojej właścicielce przykrości. Mimo, że sporo czasu spędzał w domu sam, nie skarżył się i nie dokazywał. Był wyrozumiały, a także cierpliwy, choć gdy trzeba było, stosował różne sztuczki, by jego pani nieco mocniej się zaktywizowała. 
Dochodziła 08:30, gdy Piernik poczuł przyjemny zapach jesiennego wiatru. 
W końcu doczekał się spaceru. Jego pani też była zadowolona. Miała dzień wolny 
od pracy, a pogoda od samego rana wprawiała w doskonały nastrój. Być może dokończy rozpoczęty miesiąc temu projekt. Byłaby z siebie dumna. W końcu to jej pierwsza większa praca. Poza tym, miała umówione spotkanie z właścicielką lokalu „Serce z piernika”, której chciała oddać znalezione klucze. Spojrzała na strój wiszący 
na manekinie i westchnęła. Tak bardzo chciała realizować swoje marzenia, tworzyć piękne ubrania i szyć dla innych. Rozmyślała nad tym, ile czasu poświęciła 
na studiach, by posiąść wiedzę na temat tkanin, dodatków krawieckich, technik szycia i projektowania stroju. Wszystko ją fascynowało, więc chłonęła informacje całą sobą. Była szczęśliwa, że w końcu zrealizuje swoje marzenia. Niestety, zderzyła się dość boleśnie z szarą rzeczywistością i problemami wielu młodych ludzi wychodzących 
z wyższych uczelni – wizja bezrobocia przytłaczała. Dość szybko uporała się z tym problemem, bo zatrudniono ją w agencji reklamowej, a Tosia jako uzdolniona plastycznie osoba widziała siebie w zespole ambitnych ludzi. Miała możliwość wykazania się kreatywnością, szkoda tylko, że po raz kolejny zrozumiała, iż talent 
i zapał nie wystarczają. Zwłaszcza w świecie układów, nepotyzmu, torowania ścieżki kariery dzięki romansom z przełożonymi lub osobami mającymi wpływ 
na strategiczne decyzje firmy oraz finanse. To nie był jej styl, za to koleżanki z biura chętnie korzystały z takich rozwiązań. Jak zwykle, płynęła pod prąd marząc, 
by zrealizować swoje plany, nawet kosztem przesiadywania w miejscu, w którym nie mogła do końca rozwinąć skrzydeł. Nie zmieniała pracy, gdyż musiała mieć stałe dochody na spłatę kredytu hipotecznego zaciągniętego na poczet zakupu mieszkania. Praca, mimo iż nie spełniała jej oczekiwań i ambicji w zakresie twórczych zdolności, dawała stabilizację finansową na dobrym poziomie. Dziewczyna bardzo chciała mieć swoją firmę, jednak nie było mowy o nowym kredycie, bo pociągnąłby ją 
na finansowe dno. Przełknęła gorzką pigułkę prawdy o tym, że ciągle odsuwano 
od niej szanse na realizację nowych projektów, a szef stale podkreślał fakt cięć 
w budżecie firmy, dlatego żadna podwyżka jej nie groziła. Na rodziców nie mogła liczyć, gdyż sami ledwo się utrzymywali, a poza tym nie miałaby serca, by wyciągać do nich rękę z prośbą o wsparcie. Oni muszą odpocząć, myślała, a ja dam sobie radę. Mimo piętrzących się trudności, wierzyła uparcie, że cel, który obrała jest 
do osiągnięcia, ale trzeba dać mu czas. 
Kiedy Tosia wraz z Piernikiem przekroczyła próg przytulnej kawiarenki. Zaskoczyła ją pustka w lokalu, zwłaszcza, że inny punkt gastronomiczny tego typu był oddalony kilka przecznic stąd a ceny i menu nie zachęcały do odwiedzin.
‒ Dzień dobry – usłyszała miły kobiecy głos.
‒ Dzień dobry – odrzekła Tośka.
‒ Witam serdecznie – powiedziała właścicielka lokalu wyciągając dłoń w geście powitania – Mira Wilska, czy to pani pupil?
‒ Witam, Antonina Piasecka, a to Piernik, mój wierny towarzysz życia.
‒ Piękny jesteś i bardzo dostojny mój drogi – powiedziała do psa starsza elegancka pani. Proszę sobie usiąść, a ja zamknę lokal i podam pani kawę.
‒ Dziękuję – odparła dziewczyna zajmując miejsce w wygodnym fotelu – uszaku przy stoliku ustawionym w kącie kawiarenki. Widzisz Piernik jak tu pięknie i przytulnie – szepnęła psu do ucha, a ten od razu zaczął merdać ogonem na znak aprobaty dla słów swojej pani.
Właścicielka lokalu postawiła na blacie stolika tacę z dwoma delikatnymi białymi filiżankami. Uwalniał się z nich fantastyczny aromat świeżo mielonej kawy. Obok pięknej porcelany pojawiła się miseczka z piernikami. Tosia uśmiechnęła się. Pomyślała, że wypieki muszą być wizytówką kawiarni i wcale nie zdziwił jej ten fakt. Zapach kawy mocno angażował jej zmysły, dlatego nie mogła doczekać się momentu, gdy poczuje smak napoju. Towarzysz dziewczyny także otrzymał porcję psich smakołyków w kształcie pierników, a jakże! 
Kobiety zaczęły ze sobą rozmawiać a czas płynął. Pani Mira odzyskała klucze. Nieśmiało wyjawiła historię ich zagubienia. Poczuła do swojej rozmówczyni sympatię i wdzięczność. Opowiedziała jej o losach kawiarni wplatając delikatnie wątki 
ze swojego życia. Dziewczyna zrozumiała, że kobieta, z którą się spotkała nie jest kimś przeciętnym. Siedziała przed nią mecenas sztuki w stanie spoczynku, osoba niezwykle taktowna i elegancka. Poza tym, okazało się, że kawiarenka była sentymentalną pamiątką po zmarłych teściach. Pani Mira jako kobieta przedsiębiorcza potrzebowała kogoś do pomocy, gdyż często opuszczała kraj i wyjeżdżała biznesowo do Nowej Zelandii, gdzie współpracowała na niwie artystycznej. Zresztą, miała tam swojego wnuka z rodziną. Tosia słuchała urzeczona opowieści o pięknych krajobrazach i pragnęła dotrzeć kiedyś w tamte rejony. Widziała oczami wyobraźni bezmiar zieleni, głębię wód, a także bogactwo fauny i flory zamieszkującą drugą stronę globu. Z rozmarzenia wyrwało ją pytanie pani Miry o to, czym się obecnie zajmuje. Dziewczyna streściła krótko swoją historię od momentu opuszczenia rodzinnego domu zlokalizowanego w drugim końcu Polski, przez czas studiów 
na tutejszej uczelni artystycznej, zakup mieszkania, przypadek napotkania Piernika, 
aż do momentu znalezienia pracy. Opisała również marzenia czekające na realizację. Właścicielka lokalu słuchała opowieści z dużym zainteresowaniem, gdyż poczuła ogromną sympatię do Antoniny, a na koniec poprosiła o możliwość obejrzenia prac. Dziewczyna była bardzo zaskoczona tą propozycją, wręcz poczuła jak rosną jej skrzydła. Ucieszyła się, że znalazła osobę, która podziela jej zainteresowania. 
Spotkanie zakończyło się późnym popołudniem, a Tosia wracała do domu rozanielona. W końcu los wyciąga do niej rękę. Miała nadzieję, że nowa znajoma stanie się krytykiem prac, zwłaszcza że większość życia spędziła na obcowaniu ze sztuką w różnorodnej formie. Gdy wróciła do domu od razu zaczęła przeglądać swoje prace. Wybierała tylko te, które jej zdaniem zasługiwały na uwagę, a zwłaszcza kolekcję przygotowaną na obronę pracy dyplomowej, z której była dumna. Kiedy zakończyła segregację, okazało się, że jest bardzo późno, a następny dzień w firmie miał być wyjątkowo pracowity. Wyszła z Piernikiem na krótki wieczorny spacer, zjadła lekką kolację i położyła się spać snując plany na przyszłość, piękną przyszłość, bo po dzisiejszym spotkaniu taką właśnie chciała ją widzieć.
Ranek nadszedł szybko. Piernik jak zwykle prowadził Tośkę w znajome miejsca. Codziennie pokonywali kilka kilometrów drogi spacerując alejami niedawno zorganizowanego przez władze miasta zieleńca. Dzielnica, w której mieszkali od kilku lat, przeszła ogromną metamorfozę. Stało się to za sprawą pieniędzy przeznaczonych na cel odnowy najbardziej zapomnianych zakątków. Przekształcano je w piękne, nowoczesne miejsca służące do rekreacji i aktywnego spędzania wolnego czasu. Ponadto, wykazywano troskę o rewitalizację najstarszych zabytków, co napawało dumą i cieszyło mieszkańców. 
W firmie czas dłużył się niemiłosiernie, co denerwowało Tośkę, gdyż chciała czym prędzej dotrzeć do kawiarni i pokazać właścicielce swoje prace. Dodatkowo nieprzyjemna rozmowa z szefem spowodowała, że dziewczyna zaczęła zastanawiać się nad zmianą miejsca zatrudnienia. Cały czas wirowała jej w głowie myśl o własnym biznesie, ale strach przed tym wyzwaniem mocno ją paraliżował. Po zakończonym dniu pracy udała się prosto do „Serca z piernika” i tam znów zatraciła w rozmowie 
z panią Mirą. Gdy wróciła do domu, Piernik patrzył na nią z wyrzutem, jednak wynagrodziła mu pobyt w samotności długim wieczornym spacerem, zabawą 
i smakołykami, które przekazała jej pani Wilska. Przed snem Tosia otrzymała wiadomość od nowej znajomej z prośbą o jak najszybsze spotkanie następnego dnia. Miał to być ważny termin dla obu pań. 
Kiedy przekroczyła próg firmy poczuła, że nowy dzień nie przyniesie niczego dobrego. Jej intuicja była doskonałym barometrem. Okazało się, że znów ktoś z biurka obok otrzymał szansę kierowania nowym projektem, a ona jak zwykle miała skoncentrować się na mało wartościowych zleceniach firmy. Poczuła, że jej czas 
w tym miejscu dobiegł końca. Nie zastanawiając się ani chwili, położyła na biurku szefa pismo z prośbą o tydzień urlopu i po otrzymaniu zgody opuściła budynek znienawidzonej agencji, z którą nie wiązała swojej przyszłości. Decyzja o urlopie była jedynie skutkiem tego, o czym myślała – złoży wypowiedzenie tak szybko, jak tylko uda jej się znaleźć coś innego, choćby to miała być praca w barze. Miała dość. Skontaktowała się z panią Wilską i czym prędzej pojechała do kawiarenki. Gdy weszła do pomieszczenia była lekko zmieszana, bo oprócz właścicielki zauważyła nieznaną jej osobę. Okazało się, że nieznajoma jest właścicielką marki odzieżowej, 
która potrzebuje nowych pomysłów i świeżości w swojej branży, dlatego zaproponowała Tosi współpracę opartą na zasadach użyczenia. Antonina miała projektować stroje nowej kolekcji i sygnować je swoim nazwiskiem a firma byłaby odpowiedzialna za produkcję. Wynagrodzenie, które zaproponowano dziewczynie, było dwa razy wyższe od otrzymywanego obecnie. Zresztą była to kwota na początek współpracy. Z czasem pula miała się powiększyć. Tosia słuchała osłupiała propozycji 
i poprosiła jedynie o chwilę na zebranie myśli oraz szklankę wody, gdyż poczuła jak 
z nadmiaru emocji grunt pod nogami jej się usuwa. Dopiero co myślała o pracy 
w barze, a tu propozycja pracy sama ją znalazła i to nie byle jaka. Gdy się uspokoiła, wyraziła chęć współpracy z firmą pani Szymczyk – Sasaki. Nie spodziewała się takiego obrotu spraw w ekspresowo krótkim czasie. Gdy inwestorka opuściła lokal, pani Wilska wyjaśniła Tosi, że nie mogła trafić na lepszą osobę do współpracy, zwłaszcza że kobieta była pod wrażeniem jej prac. Akurat szukała młodej i zdolnej projektantki, aby móc rozwinąć biznes i sprowadzać szlachetne tkaniny z Japonii, gdzie mąż znalazł kontrahenta do współpracy. Pani Mira zapytała dziewczynę, czy znalazłaby czas na pomoc w ożywieniu kawiarenki. Chciała przywrócić lokalowi świetność z czasów, gdy zajmowali się nim nieżyjący już teściowie. Było to najlepsze miejsce w okolicy i takie miało pozostać jeszcze na długo. Tosia zaproponowała, 
że zajmie się odświeżeniem kawiarenki i zasugerowała, by wyodrębnić jakąś część metrażu na ekspozycje artystyczne różnych lokalnych twórców oraz wprowadzić 
na stałe ofertę warsztatów, aby można było nie tylko zjeść coś pysznego, ale też zaspokoić potrzeby duszy. Pani Wilska była zachwycona tym pomysłem. Miała świadomość czasu, jaki będzie potrzebny na wprowadzenie zmian. Poprosiła Tosię 
o przysługę roztoczenia opieki nad reorganizacją wnętrz podczas jej podróży służbowo – prywatnej do Nowej Zelandii, a po powrocie obiecała spisanie umowy i rozpoczęcie współpracy na partnerskich warunkach.
Dziewczyna nie posiadała się z radości i szczęścia. Nie czekała do końca urlopu tylko jeszcze w jego trakcie złożyła wypowiedzenie w firmie, ku wielkiemu zdziwieniu pracodawcy. Nie omieszkała podać przyczyn, dla których rezygnuje z etatu w firmie. Szef podziękował pracownicy za czas spędzony w agencji i zapewnił, że do końca października wpłynie na jej konto bankowe przelew z tytułu wynagrodzenia 
oraz niewielka odprawa, którą każdy pracownik otrzymywał, gdy odchodził z firmy. Tośka uznała, że jest to minimalna forma premii, której nigdy nie uzyskała, 
a pracowała tam kilka lat, więc przystała na propozycję szefa. Wnioskowała też 
o referencje. Spakowała swoje rzeczy, pozostawiła czyste i uporządkowane stanowisko pracy, pożegnała się z ludźmi i bez cienia smutku opuściła budynek agencji. 
Prace renowacyjne lokalu ruszyły w końcówce października i trwały 
aż do pierwszych dni grudnia. Pani Mira wróciła z Nowej Zelandii i nie poznała swojego lokalu. Była oszołomiona, zdumiona i szczęśliwa, że podczas jej nieobecności Tosia zmieniła to miejsce diametralnie. Połączenie stylu dawnej kawiarni z czasów, gdy zarządzali nią teściowie i nowoczesnych trendów dało oszałamiające efekty. Ciepłe karmelowe i beżowe kolory ścian zestawione z czerwienią surowych cegieł, a do tego drewno, dębowy cyklinowany parkiet, który przez wiele lat nie był odświeżany oraz zaprojektowane i uszyte przez Tosię tekstylia z najlepszych jakościowo tkanin spowodowały, że pani Wilska nie była w stanie wypowiedzieć nawet jednego słowa ze wzruszenia. Podeszła do kredensu, w którym przechowywała cenne pamiątki i receptury wypieków przekazane przez teściów, wyjęła pakunek 
i wręczyła go Tosi. Dziewczyna rozpakowała prezent i jej oczom ukazało się piękne kunsztownie zdobione lukrem serce z piernika. Pani Wilska wyjaśniła, że kiedyś otrzymała je w darze od teściów na znak ich miłości do niej. Teraz ona przekazała je Tosi proponując jednocześnie, by dziewczyna zgodziła się zostać współwłaścicielem lokalu. Pani Mira chciała mieć pewność, że kawiarenka będzie nadal funkcjonować, 
a opiekę nad tym miejscem roztoczy osoba godna zaufania. Tosia była właśnie kimś takim w oczach pani Miry.
Niespodzianka, która tego dnia przydarzyła się dziewczynie była najwspanialszym prezentem jej życia. Mimo trudnej drogi i przeciwności losu, Tosia czuła, że znalazła swoje miejsce na ziemi i dziękowała losowi za „Serce z piernika”, bo dzięki niemu mogła realizować swoje marzenia uszczęśliwiając przy tym innych. 
Kawiarenka stała się miejscem spotkań ludzi zaglądających tam zupełnie przypadkiem, ale też szukających wsparcia w trudnej życiowej sytuacji oraz artystów, którzy z chęcią przychodzili na wernisaże. Wielu mieszkańców uczestniczyło 
w akcjach charytatywno – pomocowych i warsztatach organizowanych przez Tosię przy współpracy Piernika, jej przyjaciółki Agaty, no i oczywiście samej pani Wilskiej. Lokal odzyskał dawny blask i stał się centrum życia towarzysko – twórczego całej najbliższej dzielnicy. Sam prezydent miasta pojawiał się w nim od czasu do czasu 
i uhonorował miejsce pamiątkową tablicą, w której zamieszczono informację o historii kawiarenki ze wskazaniem roli pierwszych właścicieli lokalu. Pani Mira była szczęśliwa. Nadal podróżowała między Polską a Nową Zelandią, ale obiecała sobie, 
że kolejny wyjazd odbędzie się w towarzystwie Tosi, by mogła przedstawić jej swoją rodzinę. 
Antonina pracowała uparcie i konsekwentnie na swój sukces. Planowała otworzyć firmę, bo zdobyte doświadczenie w realizacji projektów dla marki Sasaki 
i innych kontrahentów pozwoliły zbudować bogate portfolio. Zresztą, Agata, także naciskała, by w końcu zaczęła realizować główny cel obrany jeszcze na studiach. 
Piernik był dzielnym towarzyszem swojej pani. Uczestniczył w każdym wernisażu, a na pokazach mody występował w charakterze modela prezentując swoją dostojność i zawadiacki sposób bycia, czym przyciągał uwagę publiczności.
Pewnego słonecznego październikowego dnia, gdy za oknem wiatr łagodnie zgarniał liście z koron drzew, Piernik wynurzył się ze swojego legowiska 
i powędrował mlaszcząc językiem do sypialni Tosi. Położył łapę na krawędzi łóżka 
i dostrzegł wystającą spod kołdry rękę, którą zaczął trącać nosem. Dziewczyna otworzyła oczy, wygramoliła się z pościeli i serdecznie ucałowała swojego pupila. Gdy zakładała na nogi puchate pantofle, spojrzała na ścianę. W przeszklonej ramce nad toaletką wisiało pięknie zdobione serce z piernika, które przypominało codziennie jego właścicielce o tym, że warto mieć marzenia i dawać serce innym.

Katarzyna Lepiarz
Fundacja

Sylwia usiadła z kubkiem pełnym parującej herbaty i włączyła laptopa. Wreszcie mogła odrobinę odetchnąć, zanim jej siostra się obudzi. Pierwsze dni po chemioterapii strasznie dają się wszystkim we znaki. Biedna Ewa wymiotuje i śpi na zmianę. Trzeba ją pilnować, żeby cokolwiek jadła i piła, a do łazienki podprowadzić, bo skarży się na zawroty głowy. Raz pot ją oblewa z gorąca, żeby za chwilę trzeba było okrywać ją kilkoma kocami. Najbardziej żal małego Alexa, który strasznie boi się o swoją mamę. Mocno przeżywa każde gorsze samopoczucie Ewci, jej wymioty. Bawiąc się w pobliżu, zawsze pierwszy biegnie i pyta czego jej potrzeba, kiedy tylko jego mama się przebudza. Kilka razy prosił, żeby pozwolić mu nie chodzić do zerówki. Wychodząc rano żegna się z nią, jakby miało jej już nie być po jego powrocie. Wtedy Sylwia też nie wytrzymuje i wylewa kilka ukradkowych łez. Żaden sześciolatek nie powinien doświadczyć tyle bólu, strachu, niepewności i innych przykrych emocji, co mały Alex.
– Ech… - westchnęła – Mam jeszcze godzinę zanim pani Bogusia przyprowadzi małego i niewiele więcej zanim Ewcia wstanie.
Chcąc odciągnąć myśli, od kolejnego roztrząsania ich sytuacji, zaczęła przeglądać strony w sieci. Przewinęła wiadomości, żeby wiedzieć co się wkoło dzieje, a potem przeczytała kilka artykułów. Zupełnym przypadkiem natrafiła na tę reklamę.
Fundacja „Serce z piernika”
 dla osób o dobrym sercu, z pokruszonym życiem
Sama nie wie dlaczego zapisała na karteczce numer telefonu oraz adres e-mail. Karteczkę schowała do kieszeni spodni, wyłączyła laptopa i poszła wyciągnąć wczorajszy obiad do odgrzania.


**

– Pani Magdo, może jednak zdecyduje się pani złożyć zawiadomienie? Założymy niebieską kartę i każda interwencja będzie w niej odnotowana. Pani mąż nie może czuć się bezkarny, niech w końcu odpowie za znęcanie. Przecież to pod okiem to nie pierwszy raz i nie wierzę, że znowu dziecko uderzyło panią zabawką, ani w szafkę też nie wierzę - dzielnicowy Kuszyński próbował przemówić pobitej kobiecie do rozsądku.
– Nie, nie. To nic. Pokrzyczy i pójdzie w końcu spać. Sąsiedzi niepotrzebnie dzwonią i zawracają panom głowę.
– A pomyślała pani co będzie, jak na dzieci też podniesie rękę?
Magda spuściła wzrok i nic nie odpowiedziała. Sama się tego bała, od kiedy tylko Krzysiek pierwszy raz ją uderzył. W zasadzie, za pierwszym razem tylko ją popchnął, a ona upadła, uderzając plecami o szafkę na buty. Na drugi dzień przyszedł z kwiatami i ulubioną czekoladą Magdy. Tak strasznie przepraszał, że nie chciał tego zrobić. Potem zaczął pić częściej. I zdecydowanie więcej. Pieniędzy było coraz mniej, a on robił się coraz bardziej nerwowy i agresywny. Zarzucał żonie niegospodarność i zaczął wydzielać drobne kwoty na zakupy oraz sprawdzać paragony. Któregoś dnia powiedziała mu, że pieniędzy jest mniej, dlatego, że on je przepija. To był jedyny raz, kiedy straciła przytomność. Kiedy się ocknęła, jego nie było w domu. Na podłodze było pełno szkieł z rozbitego wazonu, we włosach miała odłamki i zaschniętą krew. Pobiegła do pokoju dzieci, ale na szczęście twardo spały i nawet się nie poruszyły, odkąd zasnęły.
– Pani Magdo, na dołek jest zbyt pijany, a jeśli weźmiemy go na izbę, to będzie musiał za nią zapłacić - z zamyślenia wyrwał ją Kuszyński.
– Weźcie go, niech płaci. My i tak tych pieniędzy z dzieciakami nie zobaczymy, a jemu zostanie mniej do przepicia.
– Powiem pani, że to jest straszna kalkulacja. Tak nie może być na dłuższą metę. Dzieci coraz więcej widzą. Myślała pani nad tym? W końcu MOPS się tym zainteresuje i mogą dopatrywać się zaniedbań z pani strony. Co będzie, jeśli uznają, że nie zapewnia pani dzieciom bezpieczeństwa? Dopóki pani go kryje my mamy związane ręce, ale ja zapiszę pani numer do pewnej fundacji. Proszę do nich zadzwonić, chociaż porozmawiać. Oni pani pomogą, podpowiedzą co można zrobić, albo chociaż wysłuchają. Niech pani to zrobi dla dzieci.
– Dziękuję - popatrzyła chwilę na kartkę jednym okiem i schowała ją do kieszeni. Drugie zdążyło już zsinieć, a powieka spuchnąć.
– Proszę mi obiecać, że pani zadzwoni, pani Magdo - dzielnicowy chwycił ją za dłoń i czekał.
– Obiecuję - wyszeptała.
– Najlepiej zaraz po naszym wyjściu. Infolinia jest całą dobę, dzieci śpią, a jego zabieramy. Nikt pani nie będzie przeszkadzał w rozmowie.
Policjanci przeszli do pokoju i zajęli się powodem interwencji.
– Halo, budzimy się! Pan pojedzie z nami!
– Wstajemy! Ruchy, ruchy - włączył się drugi funkcjonariusz, który dopiero stawiał pierwsze kroki w policji. – Zero kontaktu z nim. Co teraz?
– No jak to co? Zbyt dobrze zbudowany to on nie jest. Pod ramię i sprowadzimy go do radiowozu.
Nastała cisza. Magda nie wiedziała co z nią zrobić. Zaparzyła sobie melisę, żeby się trochę uspokoić i lepiej spać. Usiadła na podłodze opierając się o grzejnik. W jednej ręce trzymała telefon, w drugiej kartkę od dzielnicowego. Piętnaście minut później, kiedy wreszcie się zdecydowała, usłyszała kobiecy głos.
– Fundacja „Serce z piernika”, chętnie wysłucham, a jeśli będę miała możliwość, równie chętnie pomogę.

**

Sylwia obudziła się zanim zadzwonił budzik. Nie było sensu przewracać się z boku na bok, więc wstała i włączyła ekspres. Zanim kuchnię wypełnił aromat świeżej kawy, zdążyła włączyć laptop i zalogować się na pocztę. Nalała sobie kawy do ulubionego kubka, wrzuciła dwie kostki cukru i zasiadła przy stole. Wyrzuciła do kosza kilka wiadomości z reklamami, kiedy jej wzrok przykuł e-mail, którego nadawcą była Fundacja „Serce z piernika”. Nie wierzyła, że odpisali, i to tak szybko. Nie mogąc się zdecydować, czy bardziej boi się, czy chce wiedzieć, co odpisali, załadowała wiadomość. Po chwili miała ochotę tańczyć z ulgi. Co prawda napisali, że Ewa musi wyrazić zgodę na zgłoszenie jej osoby do Fundacji, jednak obiecali pomoc w szukaniu dawcy szpiku. Nie ma gwarancji powodzenia, bo nikt takiej nie jest w stanie dać. Ale ta świadomość, że nie jesteśmy z tym sami, że ktoś z zewnątrz, kto wie, jak się za to zabrać, jest po naszej stronie, daje niesamowite wsparcie psychiczne.
– O, Ewuś, wstałaś już? Dlaczego nie wołałaś?
– Spokojnie siostrzyczko, dobrze się czuję. Idę siku, wezmę prysznic, ubiorę się. Chciałabym dzisiaj obudzić Alexa. Myślisz, że może się przestraszyć?
– Myślę, że się ucieszy - Sylwia uśmiechnęła się do siostry. Jak to dobrze widzieć ją w lepszej formie. Nawet jeśli jest ona chwilowa. – Jak zaniesiesz mu kakao do pokoju, to będzie spokojny, że nic złego się nie dzieje.
– Dobry pomysł - zerknęła na zegarek. – Mam dwadzieścia minut na ogarnięcie się.
– Masz pół godziny, a ja zrobię kakao i śniadanie.
– Kochana jesteś - Ewa przytuliła się do siostry. – Ja nie wiem jak ty to wszystko znosisz. Przeze mnie nie masz swojego życia, a na głowie masz moje dziecko i mnie.
– Nie zaczynaj. Przerabiałyśmy ten temat setki razy. Kocham cię i jesteś częścią mojego życia, a Alex jest moim chrześniakiem. Na sercowe podboje będę miała czas jak wyzdrowiejesz. Jeszcze zatańczycie na moim weselu. - parsknęła śmiechem. – Przecież ty dla mnie zrobiłabyś dokładnie to samo.
– Tu akurat masz rację. Zrobiłabym.
– Zmykaj do łazienki, a jak pani Bogusia weźmie Alexa, to chcę ci coś pokazać.

**

– Emilko, spakuj swoje ulubione zabawki, może jakieś puzzle i przygotuj misia.
– Dlaczego się wyplowadzamy? - zapytała trzylatka.
– Tak będzie lepiej córciu. Ale to tylko na jakiś czas.
– A tatuś z nami?
– Nie skarbie, tylko ty, ja i Kacperek.
– Aha, to ja idę po kololowanki jeszcze.
– Dobrze, idź - odprowadziła córeczkę wzrokiem. Po chwili zwróciła się do syna. – Kacperku, a ty chodź ze mną. Jeszcze spakujemy twoje rzeczy do zerówki. - postawiła kolejną torbę z ciuchami dzieci na przedpokoju.
Godzinę później Magda ostatni raz obeszła całe mieszkanie sprawdzając, czy o czymś nie zapomnieli. W drzwiach stanęła wolontariuszka z fundacji i pomogła znieść ich torby do samochodu, którym zawiozła podopiecznych pod dom Ewy. Sylwia powitała tymczasowych lokatorów już w ogrodzie, pomogła z bagażami i zaprosiła do środka.

**

– Pamiętasz jak zastanawiałam się, czy fundacja zwiększa moje szanse w jakikolwiek sposób?
– Mówiłam ci wtedy, że skoro jesteś ich podopieczną, to zrobią wszystko, co w ich mocy, żeby ci pomóc – Sylwia doskonale pamięta, jak wtedy przekonywała Ewę przez dobre piętnaście minut, że ta podjęła słuszną decyzję prosząc Fundację „Serce z piernika” o wsparcie.
– Miałaś rację. Jak już się biorą za pomoc, to na całego. Dla Magdy też robią ile mogą. A ja, w mojej sytuacji, muszę się łapać każdej szansy na… - nie zdążyła dokończyć.
– Przestań! - Sylwia podniosła głos. Nie chciała słuchać, co czeka jej ukochaną siostrę, jeśli dawca się nie znajdzie. – Powiedz lepiej, kiedy zadzwonimy do Marka, żeby mu o Magdzie i dzieciakach powiedzieć?
– Wieczorem na Skype porozmawiamy.

**

Święta spędzimy z Sylwią i Alexem. Chłopak jest dla Kacpra i Emilki jak starszy brat. To będą nasze pierwsze spokojne święta, przy stole pełnym jedzenia i z prezentami pod choinką. Wiem, bo Ewa, zanim poczuła się gorzej i trafiła do szpitala, zapytała wprost z czego dzieci się ucieszą. Tak dobrze się u nich czuję, a dzieci są weselsze i nie boją się wieczorów. Kacperek przestał moczyć się w nocy. Teraz widzę, jak źle było. Nie broniłam własnych dzieci, tak jak matka powinna. Wszystko się zmieni. Dzięki ludziom takim, jak ta rodzina i dzięki fundacji. Po świętach idę do pracy, którą załatwiła dla mnie Sylwia. Fundacja wystarała się o nakaz na przymusowe leczenie dla Krzyśka, jak tylko zwolni się miejsce w ośrodku. Czekamy na termin rozprawy o przyznanie alimentów i ich wypłatę z Funduszu Alimentacyjnego. Stanę na nogi, jestem to winna dzieciakom. Krzysiek pójdzie na leczenie, a my wrócimy do naszego mieszkania zacząć nowe, lepsze życie. Do tego czasu możemy mieszkać u Ewy. Jakie to szczęście, że Ania z fundacji właśnie ją zapytała, czy nie słyszeli o niedrogim lokum dla ich podopiecznej z dwójką dzieci. Zaproponowała dwa pokoje i łazienkę na piętrze swojego domu oraz wspólną kuchnię. Fundacja chciała pokryć koszty naszego utrzymania, do czasu, kiedy nie zacznę sobie radzić. Ewa nawet nie chciała o tym słyszeć. Powiedziała, że chociaż w ten sposób może odwdzięczyć się fundacji za ich zaangażowanie w poszukiwania dawcy. Już tyle festynów i pikników zorganizowali, na których ludzie rejestrują się w bazie. Sylwia mówi, że jej siostra jest wyraźnie spokojniejsza, odkąd stała się ich podopieczną. Ja też odzyskuję spokój ducha. Czuję się silna i wiem, że będzie już tylko lepiej.

**

Wigilia minęła wszystkim przyjemnie i spokojnie. Nikt nie poruszał tematu pogorszenia się stanu zdrowia Ewy i jej pobytu w szpitalu, ale czuć było smutek z powodu jej nieobecności. Po skończonej wieczerzy przyszła chwila, na którą czeka każde dziecko, z wyłączeniem Alexa.
– Po co mam je otwierać? Tam będą zabawki, słodycze, ale w żadnym nie będzie zdrowia dla mamusi. Niech Kacperek i Emilka sobie je wezmą, bo tak strasznie się cieszą. Wiesz, że u nich jeszcze nigdy nie było prezentów pod choinką? Czyżby Aniołek nie miał ich adresu, czy byli aż tak niegrzeczni? Przecież ja też czasami jestem niegrzeczny, a i tak do mnie przychodzi.
Sylwia nie zdążyła odpowiedzieć na trudne pytanie chłopca. Donośny głos, który usłyszeli, przerwał smutną rozmowę.
– Dobry wieczór! Jest tu ktoś? - mężczyzna zawołał od progu domu.
– Tata?! - krzyczy zdziwiony Alex.
– Marek? - z salonu do korytarza wychyla się Sylwia.
– We własnej osobie - uśmiecha się do syna stojącego za ciocią.
– Tata! - Alex biegnie i pada w ramiona taty. – A wiesz, że mamy gości? Mieszkają u nas.
– Tak? - Marek patrzy pytającym wzrokiem na szwagierkę.
– Tak, Magda jest podopieczną tej samej fundacji co Ewa. To długa historia i raczej nie dla dziecięcych uszu. Tyle się działo ostatnio, i jeszcze te problemy z połączeniem na Skype, że nie było jak cię uprzedzić. Powiedz lepiej jakim cudem ty tutaj jesteś? Dlaczego nie dzwoniłeś? Jak dotarłeś z lotniska?
– Spokojnie szwagierka, mniej pytań naraz. Mógłbym najpierw dostać coś ciepłego do picia? Znajdzie się miejsce dla mnie?
– Tak, jasne. - Sylwia uśmiechnęła się do niego. – Przepraszam, zaskoczyłeś nas. Już idę nastawić wodę.
– Chodź tatusiu, jest miejsce przy stole dla ciebie.
– To my pójdziemy na górę, do pokoju - powiedziała Magda, zaraz po przywitaniu się z Markiem. – Dzieciaki zbierajcie swoje rzeczy, nie będziemy przeszkadzać.
– Ależ nie ma takiej potrzeby pani Magdo – gestem zachęcił ją, aby usiadła z powrotem. Zerknął na dzieci, żeby je też zatrzymać, ale one zdawały się nie słyszeć wołania mamy.
Marek chciał o coś zapytać, kiedy zadzwonił jego telefon.
– Ewuś, co tam kochanie?
Sylwia i Alex nadstawili uszu. Nie mogli słyszeć głosu kobiety, ale chcieli coś rozszyfrować po słowach mężczyzny.
– Dotarłem. Zrobiłem im chyba niezłą niespodziankę, bo twoja siostrzyczka zasypała mnie lawiną pytań - zaśmiał się.
Krótka chwila ciszy, a potem słowa, które wprawiają wszystkich w osłupienie.
– Będziemy za pół godziny. Coś ci przywieźć?
Szybka odpowiedź po drugiej stronie.
– Pa, kochanie. Zaraz się widzimy - kończy rozmowę i zwraca się do syna i szwagierki. – Zbierajcie się, jedziemy do szpitala.
– Jak to? Teraz? - kobieta boi się zapytać dlaczego.
– Tatusiu, czy coś się stało mamusi?
– Nie kochanie, mamusia chce nas po prostu zobaczyć. Jest wigilia, mama spędzi święta sama i chce się z nami połamać opłatkiem. Czy to takie dziwne? - Marek zadał pytanie synkowi, chociaż jemu samemu ta nagła prośba żony o odwiedziny również wydaje się podejrzana.
– Nie tatusiu, nie jest dziwne. Mamusia nas kocha i chce nam to powiedzieć. Czy mogę zabrać ze sobą jej prezent spod choinki? I jeszcze piernikowe serduszko, które na niej wisi? Robiłem razem z Kacperkiem, a Emilka nam pomagała. Mamusia musi spróbować.
– Oczywiście synku, tylko szybciutko.

**

– Mam dla was dwie wiadomości - zaczęła Ewa krótko po powitaniu. Wiedziała, że lekarz nie pozwoli gościom zostać w sali przez długi czas.
– Niech zgadnę: jedną dobrą, drugą złą? - wtrąciła się Sylwia.
– Zła jest taka, że nie będzie mnie w domu znacznie dłużej, niż wszyscy myśleliśmy. Nie przerywajcie mi, proszę - przeszkodziła mężowi, bo widziała, że chce zapytać co się dzieje. – Dobra wiadomość jest taka, że Fundacja znalazła dawcę szpiku dla mnie. Od jutra zaczynają badania, a potem napromieniowanie i będą podawać mi leki cytotoksyczne. Muszą zniszczyć mój szpik i komórki rakowe, zanim podadzą szpik dawcy. Oszczędzę wam szczegółów, ale jest nadzieja.
– Mamusiu, ale ja będę tęsknił za tobą - Alex przywarł całym sobą do chorej.
– Wiem syneczku, ja też. Za tobą najbardziej. Ale pomyśl tylko, jak już wrócę, to całkiem możliwe, że będę prawie zdrowa - bardzo chciała, żeby synek nie bał się tak długiej rozłąki.
– Naprawdę będziesz zdrowa? Bardzo bym chciał. Wiesz, że nie otwarłem prezentów, bo myślałem, że w żadnym nie ma zdrowia dla ciebie, a jednak było. Dałem je Emilce i Kacperkowi, oni otwarli i musiało być w jednym z nich - szczerze w to wierzył. Marek z Sylwią nie mogli nic powiedzieć. W gardłach dławiły ich łzy ulgi oraz nadziei. Podeszli do łóżka i równocześnie chwycili Ewę za obie dłonie.
– Naprawdę, ale nie tak od razu. - uprzedziła Alexa. – Dziękuję synku.
– Za co? - zapytał zdziwiony.
– Jestem dumna, że zamiast o coś dla siebie, prosiłeś o zdrowie dla mnie - cmoknęła go w czoło.
– Bo to najlepszy prezent pod choinkę - odpowiedział z przekonaniem chłopiec.

** Rok później **

W tym roku przy wigilijnym stole zgromadziło się więcej osób, niż podczas poprzednich świąt.
Ewa, po długim pobycie w szpitalu, jest wreszcie taką mamą i żoną, jaką chciała być. Nadal jest pod opieką lekarzy, przyjmuje leki, ale najgorsze minęło. Alex pomału zapomina o strachu, jaki towarzyszył mu przy wyjściach do szkoły. Częściej bawi się nie mając mamy w zasięgu wzroku, chętniej wychodzi do ogródka bez niej. Marek wrócił do domu, znalazł świetną pracę w sąsiedniej gminie. Pół godziny jazdy samochodem w jedną stronę.
Sylwia poleciała do Włoch i przejęła posadę szwagra. W wolnym czasie dużo zwiedza i poznaje nowych ludzi. Do wyjazdu namówiła ją Ewa, która chciała zrekompensować siostrze długą opiekę nad sobą i Alexem. Na święta przyleciała z włoską przyjaciółką i jej narzeczonym, do których niedawno się przeprowadziła z motelu pracowniczego.
Magda przyszła z dzieciakami i mężem, który po leczeniu odwykowym wziął się za siebie. Podjął pracę, alimenty płaci sam, a oprócz nich większą część wypłaty oddaje w ręce żony. Sąd, po wyjściu Krzyśka z ośrodka zamkniętego, wysłał ich na mediację. Ustalili na niej, że Krzysiek sam wymelduje się z ich mieszkania i będzie mógł tam mieszkać, tylko jeśli nie będzie pił, ani zachowywał się agresywnie. Podczas pisania wypracowań na leczeniu zamkniętym, zrozumiał, że ogromnie ranił rodzinę. Nigdy nie wybaczy sobie, że podniósł rękę na swoją ukochaną, ale robi wszystko, żeby jej to wynagrodzić. Oprócz cotygodniowych spotkań AA, z których rozlicza się przed kuratorem, uczestniczy jeszcze w programie terapeutycznym dla osób stosujących przemoc.
Przy wspólnym stole zasiadła również pani Bogusia, która babcią stała się nie tylko dla Alexa, ale również Kacpra i Emilki. Kilka miesięcy wcześniej zmarł jej mąż i gasła w oczach, mieszkając w pustym domu. Po długich namowach, ku wielkiej radości Alexa, wprowadziła się do Ewy i Marka. Swój dom wynajęła, a pieniądze, które uzyskuje, odkłada na lepszy start w dorosłość trójki swoich przyszywanych wnuków.
Fundacja sprawiła, że ci ludzie widzą swoją przyszłość w jasnych barwach. Oni sami natomiast stali się sobie bliscy jak rodzina. Wszystko dzięki wzajemnemu wsparciu i wspólnemu pokonywaniu przeciwności.

Monika Szostak
Serce w rozsypce

Grudzień to dla większości ludzi na świecie czas magiczny i sentymentalny. Dekoracje świąteczne pojawiają się na sklepowych półkach niemal po sprzedaniu ostatniego znicza. Wszystkie stacje radiowe prześcigają się w repertuarze świątecznym. Po raz kolejny słysząc znajome, kolędy, pastorałki i inne nastrojowe utwory ludzie zastanawiają się nad zakupem prezentów i podarków. Zbliża się czas, kiedy to Kevin zagości w wielu domach przypominając, kolejny raz, swoją historię. Społeczeństwo oczywiście podzieli się na dwa obozy – ten za i ten przeciw. 
Dwudziestoletnia mieszkanka małej łódzkiej kamienicy jest jakby poza tym wszystkim. Czas świątecznej gorączki jej nie dotyczy. Nie dlatego, że nie padła jeszcze ofiarą komercji. Ona czuła się, boleśnie, wyrwana z tej rzeczywistości i odstawiona na boczny tor życia. Ktoś stwierdzi, że zawsze może wrócić. Tak. Jednak ten powrót jest czasem bardzo bolesny i niepewny. Niepewny ze względu na czyhające z każdej strony niewiadome. 
Jej świat już dawno się skończył. Skończył się czas błahych problemów, myślenia o niczym. Te czasy zostały głęboko zagrzebane. Patrząc teraz na cichnącą ulicę Piotrkowską zastanawia się, ile jeszcze musi znieść, by to wszystko się skończyło?
- Czy możesz wreszcie przestać bujać w obłokach i zgasić światło?! – warknęła ze złością w głosie Józefina. Ciężka drewniana laska z hukiem uderzyła o podłogę. – Bezczelne dziewuszysko – dodała, zamykając z hukiem stare dębowe drzwi. Jeszcze przez chwilę zastanawiała się jaka mogła być staruszka, kiedy była w jej wieku. Czy miała jakieś marzenia? A może w jej sercu tliło się uczucie do jakiegoś młodzieńca? Nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Bo, jak tu wyobrazić sobie kogoś, kto każdego dnia tylko narzeka i krzyczy? Jedyne, co do niej pasuje to ubiór. Czerń uwydatnia nie tylko srebro jej włosów, ale i charakter – czarny, przygnębiający i pozbawiony choćby jednego ciepłego słowa. Józefina każdego dnia zabijała w niej resztki optymizmu, którego kiedyś przecież miała tak dużo.
Zawsze tryskała nadzieją i wiarą w drugiego człowieka. Każdy powtarzał jej, że musi go gdzieś kupować, gdyż niemożliwe jest, by miała tyle pokładów optymizmu i wiary. Tak, miała takie miejsce, gdzie „ładowała akumulatory”. Wówczas nawet Józefina wydawała się lepsza. Ale to wszystko przeszłość. Nic już nie jest takie samo i nie będzie.
- Aniela! – usłyszała głośny, jak na staruszkę krzyk. To jedno słowo jej wystarczyło. Podniosła się, zgasiła światło i powędrowała do łóżka. Wiedziała, co niebawem nastąpi. Tak bardzo, codziennie, się przed tym broniła. Niestety w końcu zmęczenie nie pozwalało jej dłużej się bronić. Sen przychodził prawie w chwili przyłożenia głowy do poduszki. Zamiast odpocząć przechodziła prawdziwy koszmar. Sen nie przynosił ukojenia. Każdej nocy przezywała to samo. 
Znowu stawała się księżniczką na zamku. Byłą beztroska i niczym nie musiała się przejmować. Wszyscy spełniali jej zachcianki. Rodzice byli prawdziwą opoką dla swojej księżniczki. Ona natomiast nie stała się krnąbrna i egoistyczna. Dzieliła się tym, co otrzymywała ze wszystkimi. Robin Hood w spódnicy, można powiedzieć. Jak przystało na księżniczkę znalazła swojego księcia. Był idealny. Piękny, młody, szlachetny i rycerski. Euforia w jakiej się znajdowała nie miała granic. Myślała, że ma wszystko, kiedy miała – miłość.
Miłość to sześć liter. Każda z nich jest w stanie zadać tyle samo bólu, co nóż w czasie morderstwa. Gdyby tylko mogła cofnąć czas. Na pewno by to zrobiła. Tymczasem znowu obudziła się zalana potem. Wspomnienia kolejny raz wróciły. Kolejny raz zobaczyła przed oczyma jego twarz. Tą zadowoloną z siebie minę człowieka, który zniszczył jej całe życie.
- A ty znowu marzysz? – usłyszała głos staruszki. – Jak tak dalej pójdzie to znowu nie zdasz! Do jakich czasów przyszło mi dożyć! Kiedyś było nie do pomyślenia, żeby dziewucha nie zdała z klasy do klasy. Ależ cię wychowali!
- Ciociu! Niech już ciocia nie zaczyna – odparła groźnie.
- Pewnie, jeszcze głos na mnie podnosi! – zdenerwowała się jeszcze bardziej. – Jesteś teraz na moim utrzymaniu i nie będziesz się tak do mnie zwracać! Albo nabierzesz ogłady, albo fora ze dwora! – rzekła i odeszła, uderzając głośno laską o drewnianą podłogę. – Bezczelne dziewuszysko – dodała na odchodne. 
Anieli nie pozostało nic innego, jak ubrać się i powędrować do szkoły. Znała tu każdy zakamarek. Wiedziała dokładnie, gdzie i kiedy może być sama. Nie szukała już towarzystwa nikogo. W klasie nazywali ją dziwakiem, odmieńcem. Nie chcieli też za bardzo z nią utrzymywać kontaktu, ponieważ po pierwsze była tu nowa, a po drugie nie zdała – a z takimi nie utrzymuje się znajomości. Odkąd zamieszkała w Łodzi nie miała znajomych. Z resztą ci z Cieszyna też nie interesowali się tym, co się z nią dzieje. Nawet jeśli byłoby inaczej Aniela nie chciałaby mieć z nimi nic wspólnego. Bo i po co? Jaki jest sen posiadania papierowych przyjaciół? Osób, które są tylko  wypłowiałą listą tego, co kiedyś było zalążkiem znajomości? Aniela nie potrafiła tak. Była osoba, która jeśli się w coś angażowała to robiła to całą sobą. Kiedyś taka była.
Teraz przemierzała szkolny korytarz z zamiarem wejścia do klasy matematycznej. Tego dnia zaczynała dzień sprawdzianem z tego przedmiotu. Nie bała się. Miała ten materiał opanowany bardzo dobrze. Wbrew pozorom lubiła się uczyć. To dodawało jej siły i dobrego samopoczucia – jeśli o takim można w jej przypadku mówić. 
- Ej, Aniela? Dasz ściągnąć? – usłyszała głos klasowego lidera Tomka. Na sam dźwięk jego głosu skuliła się jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Nie mogła na to nic poradzić. Strach, który był jej nieustannym towarzyszem zrobił swoje. Wzrok wbiła głęboko w ławkę, jakby to był jej pancerz, chroniący przed złem całego świata. 
- Zostawcie ją! Nie widzicie, że dziewczyna ma gorszy dzień? – broniła ją Klara. Jedyna osoba w tej klasie, która od samego początku była jej przychylna. Czasem rozmawiały. Raz nawet razem poszły na lody na Piotrkowską.
- Ta, jak zawsze – prychnął Tomek.
Do końca dnia nikt z klasy nie zamienił z nią ani słowa. Poza Klarą oczywiście. Dziewczyna była obok, jednak nie narzucała się. Jak zwykle po lekcjach zaproponowała wypad do kawiarni. Aniela już miała odmówić, jednak wcale nie miała ochoty wracać do mieszkania ciotki. Pozwoliła sobie na chwilę zapomnienia i nieśmiałym skinieniem głowy zgodziła się na zaproszenie koleżanki. Wspólnie wybrały Mądrą Sowę. O tej porze mogły liczyć na pyszne sałatki i ciasta.
- Zobacz, jaki piękny dzień mamy – entuzjazmowała się Klara, kiedy znalazły się w pobliskim parku. Rzeczywiście było ładnie. Pogoda zupełnie nie przypominała grudniowego popołudnia. Słońce ogrzewało ich twarze. Nagle zdarzyło się coś, czego chyba żadna z nich nie mogłaby przewidzieć. Na ich drodze stanął, a raczej wtargnął, ogromny pies. Aniela struchlała. Przestraszyła się bestii, która biegła wprost na nią. Nie słyszała wołania koleżanki. Nie słyszała nic. Czuła jedynie ciężar potwora, który właśnie powalił ją na ziemię. W chwili, kiedy myślała, że za chwilę niechybnie odgryzie jej pół twarzy pies zaczął ją lizać, po policzku, czole nosie. 
- Przestań! – wołała przez śmiech. Dawno nie słyszała tego dźwięku. Przez chwilę nawet przestraszyła się tego dźwięku. – Przestań potworze, jesteś ciężki! – Niestety zwierzę nie słuchało. Sytuacja ta musiała bardzo komicznie wyglądać. Ogromny, brązowy pies pochylony nad czymś i merdający przy tym zamaszyście ogonem. Do tego spod niego wystawały dwie nogi, a ręce które ledwo było widać wydawały z siebie głosy i śmiały się na zmianę.
- Saba złaź! – usłyszała nagle. O dziwo bestia grzecznie posłuchała komendy wydanej przez tajemniczy głos. Aniela potrzebowała chwili na ponowną ocenę sytuacji. Była cała w psiej ślinie. Jej włosy uwolniły się spod uścisku gumki. Cieszyła się, że nie ma pod ręką lusterka, bo na pewno wyglądała, nie tylko jak trzy, ale jak cztery nieszczęścia. – Nic ci się nie stało? – usłyszała ponownie. – Saba to dobry i spokojny pies. Nigdy wcześniej tak się nie zachowywała. – Tłumaczył. W tym samym momencie wyciągnął do niej dłoń, by pomóc jej wstać. Instynktownie wyciągnęła ją i chwyciła. I może to był błąd? Poczuła, jakby trafił ją piorun. Nigdy wcześniej nie spotkała się z tym, by uścisk dłoni mógł tak razić. Poczuła tak dziwne mrowienie. Rozchodziło się ono po całym ciele dziewczyny. Przez chwilę zapomniała nawet o tym, że od roku nie pozwalała sobie nawet spojrzeć na chłopaka, a co dopiero dotykać go, a co gorsze uścisnąć jego dłoń. W tym jednak momencie, jakby czas stanął w miejscu. – Wszystko w porządku? – spytał ponownie.
- Tak – odpowiedziała, po czym oblała się rumieńcem. Dawna Aniela powróciła. – Muszę już iść, przepraszam. 
Nie zwracała uwagi na okrzyki dwójki ludzi, którzy ją wołali. Odwróciła się i odeszła. Znowu okokoniła się w lęk, strach i odosobnienie. Kiedy zaczęła analizować tą sytuację na spokojnie okazało się, że jest jeszcze w stanie się śmiać. Przez chwilę poczuła, jakby była dla niej jeszcze nadzieja. Nadzieja na odwrócenie losu. Ale czy można odwrócić bieg rzeki? Albo czy grab może być brzozą, a brzoza grabem? Sama zaśmiała się z tej niedorzeczności.
Z nadzieją jest, jak z pękniętą tamą na rzece. Kiedy już zostanie w niej zrobiona choćby mała luka, zaczyna się sączyć, aż w końcu pęknie i tryska z całą siłą.
Kruche serce
Stała przed jedną ze sklepowych witryn. Pierwsza szopka Bożonarodzeniowa już zobaczyła światło dzienne. Ten widok zawsze chwytał ją za serce. Mimo, że zawzięcie usiłuje się od tego odizolować. Szopka zawsze przywołuje wspomnienie rodziców. Jeszcze pamięta, jakim szacunkiem się darzyli. Zawsze chciała stworzyć kiedyś taki sam związek. Niestety to dla niej już tak odległa przeszłość.  Dzisiaj mieszka razem z ciotką Józefiną i nie ma szans na nawet gram szczęśliwego związku.
Henryk i Hania Brzezińscy byli i pozostaną dla niej wzorem. Zawsze będzie pamiętać ich i te szczęśliwe czasy, które tak boleśnie zostały jej wyrwane. Decyzja podjęta przez rodziców uświadomiła jej, że nie wszystko jest tak piękne. Dowiedziała się, jak bardzo kruche jest jej serce. Dowiedziała się, jak zwykły przypadek jest w stanie odmienić tyle ludzkich historii. W jednym dniu wszystko straciło sens. 
Ale jak to bywa w życiu. Tragedia goni tragedię. Aniela wie o tym aż za dobrze. Tajemnica, którą nosi w sercu każdego dnia rani ją do żywego. Nie pozwala zapomnieć. Nie może przeżyć żałoby po rodzicach we właściwy sposób. Ciągle żywa rana zabija ją od środka. 
Nagle poczuła, jak coś silnego opiera się o nią. Wiedziała co to.
- A ty znowu tu? – powiedziała do zwierzęcia. – Ale chyba tym razem nie zamierzasz mnie przewrócić, co? – Mogłaby patrzeć w te oczy całymi dniami. Ten pies był po prostu przepiękny. 
- Saba? Znowu? – usłyszała głos właściciela psa. – Przepraszam za nią. Nie wiem, co się jej stało. Nigdy tak się nie zachowywała. – Aniela ponownie zamknęła się w sobie. Czasem miała dość samej siebie. Niestety ten paniczny lęk był silniejszy. Dziewczyna nie potrafiła zapomnieć. – Chyba nie jestem tak uroczy, jak ona? – spytał ponownie. W chłopaku było coś, co nie dawało jej spokoju. Jednak on był chłopakiem. To go wykluczało. – Rozumiem, że nie lubisz rozmawiać? Twoja koleżanka mi tak powiedziała- - wyjaśnił widząc zdziwienie, malujące się na jej twarzy.
- To nie zupełnie tak – powiedziała niemal półgłosem. – Nie chcę… Nie umiem – zdenerwowanie wygrało. Spojrzała na niego przepraszająco i już chciała odejść, kiedy wręczył jej karteczkę i odszedł wraz z psem. Ona natomiast przeczytała zawartość karteczki. 
Gdybyś czasem chciała pomilczeć każdego dnia jestem na spacerze z Sabą w parku w którym napadła na Ciebie.  Nic nie musisz mówić, aż poczujesz się bezpiecznie. Gabriel.
Nie wiedziała, co ma z tym zrobić. Z jednej strony bardzo chciała zaznać normalności, którą tak brutalnie jej zabrano. Jednak bała się, że znowu zostanie zraniona. A przecież poprzednie rany nadal krwawią. Jednocześnie czuła się jak ćma latająca koło rozżarzonej lampy. Wiedziała, że się sparzy, a jednak ciągnęło ją do tego światła. Gdzieś w sercu tliła się nadzieja, że jeszcze kiedyś wyjdzie na prostą. Chciała czuć się bezpiecznie. Tak naprawdę i w pełni. Ale czy to jest możliwe, aby ten lęk ją opuścił?
- No i gdzie żeś była? – napadła ją od samego progu ciotka Józefina.
- Z koleżanką poszłyśmy pooglądać wystawy świąteczne.
- No tak. Na oglądanie to ma czas, a na naukę nie. W domu też nic nie robi!
- Mam najlepsze oceny w klasie – odparła sucho. – W czym mam ciociu pomóc skoro niczego tu dotknąć nie mogę? Pewnie myślisz, że wszystko zniszczę? Tak, jak życie moich rodziców? Pewnie masz rację – to mówiąc poszła do pokoju, który zajmowała od roku. Nie zmieniła tu nic i nic nie dodała. Wegetowała każdego dnia. Odrabiała lekcje, przygotowywała się do matury i cierpiała. Była złamana. Nie mylić z załamana. Złamana przez los. Ten przewrotny podły los zadrwił z niej w najgorszy z możliwych sposobów. 
•••
Następne dni wcale nie były dla niej lepsze. Ciocia na każdym kroku pokazywała jej, jak bardzo… No właśnie co? Dlaczego jedyna krewna tak bardzo jej nie lubiła? Nie umiała odpowiedzieć na to pytanie. W szkole było, jak zwykle. Klasa nie zwracała na nią uwagi. Jedynie Klara trwała w pobliżu. Dziwiła się jej. Ona chyba nie potrafiłaby być blisko kogoś tak dziwnego.
- Dlaczego to robisz? Spytała pewnego dnia, kiedy razem siedziały w kawiarni.
- Co takiego?
- Dlaczego się ze mną zadajesz? Przecież ja nic z siebie nie daję.
- Wiesz nie chodzi o to, by brać. Czasem trzeba coś z siebie dać. Widzę, że coś cię dręczy. Jesteś… czymś zblokowana.
- Dobrze to ujęłaś - powiedziała po chwili. – Nie umiem się odnaleźć. To z resztą widać.
- Musiałaś nieźle oberwać po skórze. Jakbyś kiedyś chciała się komuś wyżalić, to pamiętaj…
- Pamiętam – skończyła za nią. W głębi duszy bardzo chciała wyrzucić z siebie wszystko, dosłownie wszystko. Niestety była w towarzystwie lęku, a on nie pozwalał jej na nic więcej.
- O zobacz to ten pies, Saba.  – Przed szybą siedziała Saba. Wpatrywała się w nią swoimi wielkimi oczami. Dziewczyna czuła, jak serce zaczyna jej mięknąć. Teraz rozumiała, co to jest dogoterapia. Sytuacja stała się niebezpieczna, kiedy pies niemal skoczył na szybę. Dziewczyna nie chcąc zwracać na siebie uwagi poprosiła koleżankę, by wyszły razem na zewnątrz. Saba od razu do niej podbiegła. Dziewczyny przywitały się z nią i bez zastanowienia postanowiły odprowadzić ją do parku, w którym miał znajdować się jej właściciel. Gabriel wyglądał na zdenerwowanego. Wyraźnie martwił się o psa.
- Szukasz kogoś? – spytała.
- Ten pies mnie wykończy. Ucieka i za każdym razem…
- Znajduje mnie – powiedziała, klękając i patrząc psu prosto w oczy. Ten oczywiście wykorzystał okazję i obdarzył dziewczynę ogromnym i siarczystym liźnięciem. Aniela nie potrafiła ukryć śmiechu. Saba byłą dla niej najlepszym lekarstwem.
Gabriel natomiast usiadł razem z Klarą na ławce i z daleka przyglądał się całej sytuacji. Widział, że dziewczynę coś męczy. Był w stanie dać uciąć sobie rękę, że maczał w tym palce jakiś chłopak, którego znała wcześniej. Ktoś musiał ją bardzo skrzywdzić. 
Po upływie kilku minut Aniela wstała i przysiadła się do chłopaka. Jak za dotknięciem magicznej różdżki cała się spięła. Chciała jednak podjąć próbę walki. Może uda się jej coś zmienić? Może choć w małym stopniu rozgoni własne lęki?
- Ona chyba idealnie mnie wyczuwa. Pytanie tylko dlaczego?
- Saba to wspaniały pies. Jednak przeszła w życiu wiele. Poprzedni właściciel znęcał się nad nią aż trafiła do schroniska prawie wycieńczona. Tam ją zobaczyłem i od razu zabrałem do domu. Rodzice przeżyli szok na jej widok. – Dziewczyna otarła łzę, spływającą po jej policzku i powiedziała w zamyśle:
- Ciągnie swój do swego. 
- A twoja historia? – spytała delikatnie Klara.
- Jest bardzo podobna. Moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Ja ledwo uszłam z życiem. Jechaliśmy do szpitala.
- Przykro mi, naprawdę. – Powiedział, ale Aniela zdawała się go nie słyszeć. Ona była w Cieszynie. 
- Droga była bardzo śliska. Tato jechał bardzo wolno. Usiłował opanować zdenerwowanie. Mama siedziała ze mną na tylnym siedzeniu i błagała żebym nie zasypiała. Dlaczego oni mnie wtedy uratowali? – Saba momentalnie znalazła się obok niej. Oparła głowę o jej kolana i pisnęła smutno. Aniela zaczęła ją głaskać, tym samym dodając sobie odwagi. – Ja wtedy chciałam popełnić samobójstwo. – Słyszała, jak koleżanka wciąga powietrze i usiłuje powstrzymać łzy. Gabriel natomiast pojrzał jej prosto w oczy. Bez głośnie powiedział jej te same słowa, które wypisał kilka dni wcześniej na kartce: Czuj się bezpiecznie. W tamtej chwili tak właśnie się czuła. Nie powiedziała już więcej nic. Wiedziała jednak jedno. Było jej o wiele lżej. Zupełnie obcy chłopak i koleżanka z klasy dali jej więcej niż specjaliści, do których chodziła zaraz po przyjeździe do ciotki. 
Tego dnia czuła tak niewyobrażalny spokój, że nic już nie było w stanie jej wyprowadzić z równowagi. Wróciła do domu, przywitała się z ciocią i zamiast powędrować od razu do pokoju weszła do kuchni i zaparzyła im obu po filiżance herbaty owocowej. Dawniej po powrocie ze szkoły siadała razem z mamą w kuchni i rozmawiały o ich całym dniu.
Serce z piernika
- A co to? Kosmici ją podmienili, czy co? – spytała zdziwiona ciotka, wchodząc do kuchni i widząc dwie parujące filiżanki i siostrzenicę siedzącą spokojnie przy stole.
- Nie. To moje serce skruszało – odpowiedziała pewnie.
- Cóż za głupoty opowiada? – zdziwiła się Józefina. – Czy ty na pewno dobrze się czujesz? – Kobieta nie była przyzwyczajona do takich zwrotów akcji. Latami mieszkała sama. Nagle przyszło jej mieszkać z dorosłą kobietą, która u progu dorosłości dostała od życia mocno w kość. Chyba nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo.
- Wszystko w porządku ciociu. Dzisiaj pierwszy raz poczułam, że jeszcze wszystko może się ułożyć. Czy zechciałabyś ze mną zrobić ciasto na pierniki? Do świąt zdążyłyby jeszcze poleżeć. Co ty na to? – Kobieta wstała i wyciągnęła niezbędne produkty. Jak przyszło na kobietę z charakterem nie obyło się bez jej docinek i przytyków, jednak Aniela wiedziała, i czuła, że mają one już inną barwę. Wiedziała, że to Boże Narodzenie będzie już zupełnie inne. Jednak budowa nowego fundamentu ruszyła i to za sprawą ogromnego, czarnookiego psa. Saba rozpoczęła w niej proces gojenia ran.
Jak to bywa z piernikami – lubią długo dojrzewać, a kiedy już są gotowe do spożycia znikają momentalnie. I tak było tym razem. Co prawda nie obyło się bez łez i wspomnień zeszłego roku, jednak Aniela po raz pierwszy poczuła chęć życia. Dzień przed Wigilią wręczyła Klarze, Gabrielowi i Sabie, rzecz jasna, mały pakunek wypełniony po brzegi piernikami. Nie musiała im niczego wyjaśniać. Zawarli jakby nie pisany pakt przyjaźni, która miała ich zespolić na kolejne lata.
•••
Blisko rok później Aniela przeszła przemianę. Zmieniła się nie tylko zewnętrznie, ale i wewnętrznie. Była o wiele weselsza. Razem z Klarą wybrały studia na tej samej łódzkiej uczelni. Mimo dzielącego je roku różnicy dziewczyny dogadywały się idealnie. Mogły powiedzieć, że są bardzo dobrymi przyjaciółkami, jak nie najlepszymi.
Gabriel natomiast nie chciał jedynie przyjaźni. Aniela widziała jego starania. Nie chciał jej urazić, ale coraz częściej zmniejszał dzielący ich dystans. Siadał bliżej niej, bądź, niby niechcący, dotykał jej dłoni. Aniela w głębi ducha nie pozostawała obojętna. Natomiast bała się, że koszmar, który przezywała wróci na nowo. Bała się. 
- Jesteś dzisiaj jakaś milcząca – powiedział chłopak, kiedy byli na spacerze z Sabą w parku. – Stało się coś?
- Dzisiaj jest druga rocznica tego, co spowodowało moją próbę…
- Nie musisz, jeśli nie chcesz.
- Marcela poznałam w szkole. Był jednym z najprzystojniejszych chłopaków. Wiele dziewczyn było w nim zakochanych. W tym ja. Nie mogłam uwierzyć, że zwrócił na mnie uwagę. A jednak. Wierzyłam w każde jego słowo. Czułam się jak księżniczka. Myślałam, że poznałam swojego księcia i będziemy razem żyć długo i szczęśliwie. Jednak później okazało się, że on… Założył się z kolegami, że mnie uwiedzie, wykorzysta i porzuci. Tylko problem w tym, że kiedy już nadarzyła się ku temu okazja ja nie chciałam. Miałam inne zasady. On się tak bardzo zdenerwował. Uderzył mnie raz, drugi, trzeci. Był silniejszy rozumiesz? – Nie mogła więcej nic powiedzieć. Szloch, który wydobył się z jej piersi był pełen bólu, cierpienia i goryczy. Największy sekret, który ukrywała przez tak długi czas wyszedł wreszcie na jaw. Kamień, który ciągnął się za nią tyle czasu wreszcie odpadł. W ramionach Gabriela znalazła ukojenie i bezpieczeństwo, o którym pisał jej w kartce, którą wręczył jej rok wcześniej. Nie musiała mu nic mówić i wreszcie czuła się w pełni bezpiecznie. 
Może nie była jeszcze zupełnie gotowa na miłość, jednak kolejna cegła na nowo wybudowanym fundamencie jej życia została położona. Może wspólną pracą i staraniami uda się im wybudować coś pięknego, trwałego i solidnego? To pokaże czas, który mają i zamierzają wykorzystać.

Andrzej Michał 
 „WARSAW 2017”


Zapraszam Cię do miasta Warszawa. Proszę, posłuchaj mej opowieści uważnie, gdyż wbrew swemu zwyczajowi nie będę się powtarzał a czas płynie nieubłaganie – jest już dziesiąta godzina – nie wiem czy to wczesna pora dnia? Czy zupełnie już późno?
To zależy, jak komu się życie układa? Mnie życie układa się wyśmienicie – właśnie się obudziłem. A gwoli ścisłości to zostałem obudzony przez kota – olbrzymią kocicę, amerykankę o imieniu Baset.
Niebieskawa długowłosa kotka gładzi czule moją twarz swą przednią łapą. Jestem jej za to wdzięczny, gdybym tylko spróbował się nie obudzić, kotka użyłaby swoich ostrych nie obciętych pazurów.
Baset najwidoczniej jest głodna a sucha karma dostępna w miseczce widocznie jej się znudziła. Ona chce mięsa! No cóż? Moja droga. – Dostaniesz, czego pragniesz, ale nie teraz, za chwilę! Ja muszę się pozbierać. A na razie wiem tylko, która jest godzina: Tak trochę już po dziesiątej. 
Przez szklaną ścianę apartamentu widzę olbrzymią tarczę zegara znajdującą się na odległym o całe pięćset metrów i wysokim na ćwierć kilometra Pałacu Kultury i Nauki. Zegar ten znajduje się w górnej części filigranowej wieży wyrastającej wprost z potężnego cielska budynku. Jakieś dwieście metrów od poziomu chodnika. Ja znajduję się znacznie wyżej.
Mieszkamy z Baset na pięćdziesiątym piętrze w najwyższym budynku mieszkalnym Europy. Do dyspozycji mamy ogromny apartament złożony z niezliczonej ilości pomieszczeń. Baset chyba wszystkie już musiała zapaskudzić, czuję unoszący się niemiły fetor w całym mieszkaniu już od pewnego czasu. Jutro podobno ma się zjawić ekipa sprzątająca i coś temu zaradzić. Ale to dopiero jutro. Dziś jest czwartek – powszedni dzień tygodnia.
Ten fetor zaczyna mi doskwierać, chętnie bym otworzył okno i zachłysnął się miejskim powietrzem, lecz nie mogę tego zrobić, bo w całym mieszkaniu nie ma ani jednego uchylnego okna, o balkonie czy tarasie też mogę tylko pomarzyć. Dookoła mnie, wszędzie tylko szklane ściany. Powietrze do wnętrza mieszkania jest dostarczane przez potężne klimatyzory.
Fakt pomieszkiwania z kotem w szklanej klatce ma też swe pozytywne strony. Kotek nam nie ucieknie przez uchylone okno a sami też jesteśmy objęci szczególną, bo anty samobójczą ochroną. Po prostu, kiedy mieszkasz w budynku pozbawionym uchylnych okien i balkonów to nie odbierzesz sobie życia, rzucając się z wysokości na bruk. Owszem jakbyś bardzo chciał to możesz wyjść na dach i stamtąd podziwiając widok z zapartym dechem poszybować trzysta metrów w dół.
Lot z tak dużej wysokości pozwala człowiekowi zastanowić się dogłębnie nad sobą. Tym, dokąd zmierzamy i skąd przyszliśmy. Czy uwierzycie, że wszyscy skaczący z dachów wysokich budynków już po dwóch sekundach lotu chcieliby się znaleźć na owych dachach z powrotem?
Ja i moja kotka nie mamy takiego problemu. My po prostu, kiedy najdzie nas ochota, znów kogoś zabijemy i tym sposobem nabierzemy chęci do życia.
Śliczny koteczek w dalszym ciągu łapką mizia moją twarz.
- Jadłaś łososia o piątej rano, czy ty kobieto nie dbasz o linie?
- Miaauu… - Odpowiedział mi tylko koteczek, co oznacza, że muszę się w ciągu najbliższych kilku sekund ostatecznie pozbierać i nakarmić kotkę świeżutką wieprzowinką.
Kiedy karmię kota zwykle obserwuję jego zachowanie a następnie spoglądam przez szklaną ścianę na miasto… z letargu wybija mnie kotka, która skończywszy jeść skacze mi na kolana, domaga się pieszczot i skierowania na nią całej swej uwagi. Niekiedy czytam jej książki. Baset uwielbia szczególnie Magdalenę Kordel z jej optymistycznym podejściem do życia i szczęśliwymi zakończeniami. Przeczytałem Baset wszystkie książki tej Pani, począwszy od „Uroczyska” a kończąc właśnie na najnowszej powieści „Serce z piernika.” Dziś wielki dzień idziemy na spotkanie autorskie z naszą ulubioną Panią Pisarką. Ale to wieczorem, teraz muszę to wszystko ogarnąć, bo inaczej będzie źle.
Z wysokości pięćdziesiątego piętra to miasto wygląda zupełnie inaczej – znacznie lepiej!
W Krakowie jest zupełnie na odwrót. Tam miasto z wysokości wygląda niezbyt ciekawie, ale za to z poziomu ulicy wzbudza nieodparty zachwyt. Ale ja już nie mieszkam w Krakowie.
Wprowadziłem się do tego Warszawskiego mieszkania jakiś tydzień temu, może dwa tygodnie temu – nie pamiętam dokładnie, kiedy to było… A że od tamtej pory nie opuszczałem jeszcze tego lokalu, to czuję oczywistą potrzebę wyjścia na zewnątrz.
Niestety nie mogę tego zrobić! – Kotka mi nie pozwala!

Jako właściciel nie tylko mieszkania, ale też i całości budynku jestem przez nikogo nie niepokojony, zresztą budynek jest nie dokończony i w sumie ja i kotka jesteśmy jego jedynymi mieszkańcami. Na parterze znajduje się jeszcze pomieszczenie ochrony, ale to pięćdziesiąt pięter w dół. Ochroniarze i tak nie mieliby odwagi na wyjazd windą tu do mnie pod niebo. Schodami to na pewno by im się nie chciało, schodami tylko wychodzi mój brat, ale on ma przyjechać dopiero jutro wieczorem… wszystko jutro, ale teraz jest dziś! I jeżeli nie wyjdę dziś na spacer to na pewno kogoś zabiję! Ale jeżeli opuszczę ten budynek wbrew mej kudłatej Pani – to ona kogoś zabiję, a do tego nie mogę dopuścić, bo kotka zabija osoby przypadkowe w większości przypadków – niewinne! Ja uśmiercam tylko osoby na to zasługujące; Bandziorów, skorumpowanych polityków i urzędników a w podróży pociągiem z Krakowa do Warszawy nie mogłem zdzierżyć jednego Katolickiego Księdza, który miał szczęście podróżować w mym przedziale. Ksiądz ten zasłużył sobie na natychmiastowy wyrok tym, że nie wierzył już w Pana Boga!
Poprosiłem, więc moją kotkę, by zakradła się księdzu pod sutannę i przegryzła mu tętnice udową, tak by mógł przyjemnie na skutek wykrwawienia opuścić tą Boską krainę!
Kotka wykonała mą prośbę czule i namiętnie a ostatnie słowa bezbożnika brzmiały:
- O jaki miły kotek! – Po tych słowach księdza zjawił się diabelski orszak i powiódł go do Piekła bram.
Niestety nie pozwolono mi tego oglądać, gdyż zostałem poproszony do sąsiedniego przedziału, w którym to moi pracownicy naradzali się nad tym czy ten miliard zainwestować w to? Czy w tamto? Miałem ochotę ich wszystkich pozabijać, bo to wszyscy źli ludzie – prawnicy i ekonomiści wyższego szczebla, ale kotka zaczęła mi się łasić wokół nogi a to oznacza, że jest głodna i najchętniej by sobie zjadła kawałeczek łososia a ja też lubię łososia, więc wziąłem kotkę na ręce i udaliśmy się do wagonu restauracyjnego, gdzie na niewygodnym siedzisku przyszło mi spożywać mą ulubioną kanapkę z łososiem „na zimno”, Kotka woli łososia „na gorąco” i takiegoż też dostała.
Po skończonym posiłku – tuż przed pierwszym przystankiem na terenie Warszawy zostałem poinformowany przez swego pracownika, że stała się wielka tragedia… Mój osobisty spowiednik - Ojczulek Ksiądz miał nieprzyjemny wypadek na skutek, którego się wykrwawił i najprawdopodobniej nie żyję.
- Och! To nie możliwe, jeszcze przed chwilą udzielał mi rozgrzeszenia! – Udałem smutek i żal. Ale w chwilkę potem dodałem, że to całe zdarzenie musi zostać jakoś wyciszone!
- Bo przecież zanim zostanie udowodnione, że był to zwykły wypadek, to akcję na Warszawskim Parkiecie spadną na łeb, na szyję! A na to nie możemy sobie pozwolić.-  Podróżujący wraz z nami minister finansów, natychmiast przyznał mi rację i sam postanowił jak najszybciej tym się zająć, dzwoniąc do podległych mu służb, by na Centralnym zorganizowali „akcję”… 
Tego ministra też kiedyś zabiję! No chyba, że Kocica mnie w tym uprzedzi – bardzo go nie lubi!

Teraz już Baset zasnęła, czy to za sprawą lektury Pani Magdy czy też z przejedzenia? Nie ważne, ja będę miał kilka godzin względnego spokoju. Ze śpiącą Kocicą na kolanach można jednak bez przeszkód podjeść sobie pysznych ciasteczek, co prawda nie z prywatnego wypieku, ale są w kształcie serca. To widocznie dobra wróżba przed naszym dzisiejszym spotkaniem z Panią Pisarką.
Zajadając się ciastkami stwierdziłem, że Kotka się właśnie obudziła i zgrabnie się przeciąga, drapiąc mnie przy okazji swymi pazurami – to nawet jest przyjemne uczucie.
Baset zeskoczyła z mych kolan i prawdopodobnie udała się do toalety, jakoś nigdy się nie nauczyła korzystania z muszli klozetowej a ja się nigdy nie nauczyłem wymiany żwirku w kuwecie, więc kot nie ma wyboru i zapaskudza mi wszystkie łazienki w moich posiadłościach. Na szczęście nie jest zboczona i nie wyciera jak niektóre koty - zasranym tyłkiem po ścianach i drogich tapicerowanych meblach.
Oparty czołem o szklaną ścianę krzyczę w myśli: -Ratunku!- Niech ktoś mnie stąd zabierze! – Nie odwarze się tego wypowiedzieć głośno, jeszcze kotka mnie znienawidzi i zabije! A może poczytam jej jeszcze o Klementynie jej wypiekach, malutkiej Dobrusi i Babci Agacie? Pomysł okazał się dobry, myślę, że kocica nie zrezygnuje ze spotkania i tym sposobem zostanę uratowany. Tym czasem biorę kota na ręce i go trochę ponoszę po mieszkaniu… a mnie tak bardzo chce się już teraz opuścić to miejsce! 
Spoglądam w dal ze swej szklanej wieży. Widzę tam w oddali nadzieję – to Rzeka Wisła się wije… przecina ją most z wysokimi pylonami… Tam dalej jest mnóstwo zieleni! Zwracam się do Kotki z pytaniem:
- Zobacz tam, a może byśmy kupili duży dom pod miastem?… O tam na południu, wśród drzew. - 
Baset nie odpowiedziała od razu na zadane pytanie, tylko na chwilę mocno utkwiła wzrok w odległym punkcje na horyzoncie, by po chwili powiedzieć: 
- Nie! Tam jest śmierć! – Jej łapka wskazała południe. – Ja zrozumiałem!
- Tak wiem! Wysypisko radioaktywnych śmieci! Zapomniałem o tym. Przepraszam.
  Obraz na południe od Warszawy zrobił się nagle bardzo mętny. To radioaktywna chmura unosiła się znad wysypiska śmieci położonego nieopodal południowej granicy miasta! Chmura ta nie dotarła do centralnych dzielnic Warszawy a tylko rozproszyła się nad jego południowymi przedmieściami!
- Ciekawe czy oni naprawdę tego nie wiedzą? – Zwróciłem się do Kotki z pytaniem, ale ta już nie była tym zainteresowana, przemieściła się z mych ramion na barki.
- Baset a może domek w innej części podmiejskiej przestrzeni?
- Mmiiiaaałłł. – Wyraziła zgodę a ja zacząłem się już szybko ubierać do wyjścia, mając nadzieję, że Kotka nie zmieni zdania.
Kilkuminutowy zjazd windą z pięćdziesiątego piętra trzymał w napięciu me zmysły do samego końca, Kocica chyba jednak nie miała zamiaru wracać z powrotem na górę, bo wygodnie się usadowiła na mym karku, okrytym w pośpiechu skórzaną kurtką.
Jakimś cudem Kotce udało mi się założyć szeleczki ze smyczą – musi to lubić, albo myśli sobie, że to ja jestem przez nią prowadzany.
Dalej i jeszcze dalej od tego budynku! Udało mi się przejść „niezauważonym” przez patio, pilnowane przez ochroniarzy.
Wychodząc z budynku straszliwie odczułem zmianę klimatu – momentalnie dostałem migreny. Powietrze w apartamencie, choć zasyfione przez Kota to jednak dużo czystsze niż na ulicy.
Stężenie spalin w powietrzu przekracza wszystkie normy, nawet Kot zaczyna się tym niepokoić. Muszę iść coraz szybciej przed siebie, by czasami nie zachciało mu się wracać. Baset wtula się w mą szyję. To również na skutek wszechobecnego hałasu!
Przebywając przez wiele dni w wyciszonym pomieszczeniu całkowicie odwykłem od ulicznego wrzasku. Przeżywam teraz istne katusze, głowa mnie boli, chce mi się wymiotować. Mimo tego jestem szczęśliwy, że udało mi się wyjść na światło dzienne.
Kot też chyba jest szczęśliwy. A ja zobaczyłem aniołka! Tak! Aniołka na rowerze. Kobieta, farbowana blondyneczka przejechała tuż przede mną a ja słaby nie zdobyłem się na żaden gest, kiedy już odjechała dosyć daleko wyszeptałem: - Jak Ci na imię? Mój aniele. 
Ona jakby usłyszała pytanie, zawróciła i podjechała do mnie. Oniemiały zdołałem wyszeptać tylko do kota:
- Zobacz, Aniołek do mnie przyjechał…
- Dzień dobry jestem Agnieszka. Przyjechałam tu z Chorzowa. To pana kotek? Mogę go pogłaskać? – Podobnie jak w książkach Pani Magdy Kordel cuda się zdarzają. Niestety byłem zbyt słaby i zaaferowany tym wszystkim a może to Baset swymi kocimi mocami sprawiła, że Aniołek na rowerku jak się pojawił tak i zniknął! 
- Muszę się położyć. – Znów wyszeptałem i ułożyłem się wygodnie na pobliskiej ławce, gdzie mniej więcej piętnastu minutach doszedłem do siebie. Kotka w tym czasie pilnowała mnie rozłożywszy się w cieniu. Niestety aniołek się stracił, ale znałem już jej imię i co więcej miejsce zamieszkania. Znajdę Cię mój Aniołku…
Wiedziony misją do spełnienia podniosłem się osłabiony z ławki i wraz z Kotem, tym razem idącym na smyczy koło mojej nogi, udałem się do pobliskiego fastfuda na hamburgera, kole i frytki do tego.
Baset nie je frytek, ale to mięso ze środka bułki wybiera z apetytem. Tak samo czarna lura bardzo jej smakuje. Nieoczekiwanie to śmieciowe żarcie postawiło mnie na nogi, pozwoliłem sobie jeszcze na dużą kawę z mlekiem.
Po wyjściu z lokalu Kotka stwierdziła, że znów jestem w formie i wskoczyła mi na plecy, by owinąć się następnie gustownie wokół mej szyi. Ja już zupełnie doszedłem do pełni sił. Pozwoliłem sobie zapalić papieroska, znalazłem paczkę w kieszeni mej kurtki. Baset na szczęście niema nic przeciwko wyrobom tytoniowym, choć sama ich nie używa.

Pieniądze są wspaniałą nagrodą za to wszystko, co wyrabiamy w życiu, za każdą zmarnowaną chwilę są najlepszym lekarstwem, za każdą przepracowaną ciężko sekundę!
Pod warunkiem, że przypilnujemy, iż zostaną nam one dostarczone w dostatecznej ilości w miarę szybkim odstępie czasu. 
Zastanawia mnie też, że już sama możliwość zarobienia dużych sum wyzwala w człowieku olbrzymie pokłady samozadowolenia. Tych pieniędzy nie mam jeszcze na swym koncie i nawet nie potrafię określić, kiedy? I czy w ogóle? Ale już sam pomysł zarobienia tak olbrzymiej kwoty sprawił, że czuję się nadzwyczaj szczęśliwy, że przemierzam z Kotem na ramieniu ulice Polskiej Stolicy uśmiechając się życzliwie do wszystkich mijanych przez nas osób. 
Obserwuję mieszkańców tego miasta i mam wrażenie, że wszyscy oni znajdują się permanentnie w stanie głębokiej depresji. Tylko ja jestem uśmiechnięty, tylko ja jestem szczęśliwy!
Przechodząc na pasach przez ulicę obserwuję mężczyznę w Aston Martinie. To zwykły pacan. Nie potrafi się cieszyć ze zwykłej filiżanki gorącej herbaty i smaku pierniczka, to jak on może wyrażać radość z posiadania tak drogiego samochodu. On nie zasługuje na ten samochód. On nie zasługuje na litość. Jego twarz wyjaśnia wszystko! Ma wyraz podłego ryja, który mówi do wszystkich: - „Ja was nienawidzę!” – A Ja i Baset bardzo takich nie lubimy.
Podchodzę do Astona i pukam w szybkę… kierowca odpowiada bardzo wrogo:
- „CZEGO?”
- Jesteś martwy. – Uśmiecham się, jestem miły! Kiedy zabijam to uśmiecham się do swej ofiary, kiedy mnie będą zabijać też będę się uśmiechał!
Centrum miasta to idealne miejsce na zabójstwo! Wokół mnie przemieszcza się kilka tysięcy przechodniów i nikt z nich nawet nie zauważył, kiedy jednym szybkim ruchem lewej ręki przekręciłem kierowcy Astona, głowę, tak, że zerwały się jego kręgi szyjne! W czego konsekwencji ustały funkcje życiowe jego organizmu.
Wyciągnąłem trupa z samochodu i położyłem go na trawniku, tak, że jest zupełnie nie widoczny z chodnika jak ulicy. Sam usadowiłem się za kierownicą jego samochodu, by odbyć ze swą Panią romantyczną przejażdżkę po mieście. Baset uwielbia szybkość i  luksus. Aston Martin to chyba jej ulubiona marka?
Przez ponad godzinę przemierzyłem ponad sto kilometrów ulicami zatłoczonego miasta, szczególnie pokonywanie mostów sprawiało mi przyjemność Baset zdecydowanie bardziej lubi szybką jazdę w tunelach! To dla niej w tunelu rozpędziłem się do znacznej prędkości! Podczas tego przejazdu miałem wolną drogę, nikogo przed sobą zupełnie – to nie możliwe! O tej godzinie?
Aston Martin to wspaniały, ręcznie wykonany samochód, kiedy go podpalałem w parku nad modrym brzegiem Wisły, żal mi go się zrobiło, lecz ten piękny widok, pięknie płonącego auta ukoił mój ból. Baset wskoczyła mi na ramiona, teraz ona ma zamiar kogoś uśmiercić. Ojci, ojci! Zazdrosny Koteczek!

Na skutek miłych wrażeń dnia dzisiejszego niemalże zapomniałem, że dziś… za chwilę w dużej księgarni na Warszawskiej Starówce odbędzie się spotkanie autorskie z pisarzem. A w zasadzie to z Pisarką. Naszą Pisarką.
Zajmujemy miejsce w ostatnim rzędzie, Baset jest bardzo spokojna. Ja zaniepokojony, gdyż znam Kotkę na tyle, by wiedzieć, że szuka właśnie swej ofiary!
Na sali przed nami na średnio wygodnych fotelach zasiadają głównie kobiety, jest kilku mężczyzn, ale jest ich niewielu i zdają się wyrażać sztuczne zainteresowanie tym, co tu się odbywa. Mężczyźni przyszli tu jako osoby towarzyszące swych partnerek, które dla odmiany są bardzo szczęśliwe, iż mogą się spotkać ze swą ulubioną Pisarką, która właśnie opowiada o swej twórczości, nie skąpiąc przy okazji opowieściami z życia codziennego. Spotkanie autorskie z Panią Pisarką i promocja jej najnowszej powieści „Serce z piernika” przebiegało w miłej rodzinnej atmosferze, czytelniczki na ogół były znakomicie zorientowane w twórczości swej Pisarki i często padało z ich ust zapewnienie: - Że jest najlepszą Pisarką na Świecie! – przekładało, się to również na sprawy z jej życia osobistego za które jako przykładna żona i matka zbierała należne jej pochwały.
Idylla jednak nie trwa nigdy wiecznie… jakaś wścibska kobita wprawia Panią Magdalenę w zakłopotanie, bo domaga się szczegółowych informacji na temat z jej życia osobistego, a dokładniej o tragiczną chwilę, kiedy ta mając dziesięć lat trzymała za rękę swego umierającego ojca… W oczach Pani Magdy pojawiły się łzy a babsko domagało się dalszych opowieści na ten temat! – Cóż za tupet! Kiedy Magda z oczywistym smutkiem odmówiła, wstrętne babsko demonstracyjnie opuściło pomieszczenie księgarni. A Kotka Baset wybrała swą nową ofiarę!
- MMMRRRAAAŁŁŁ!!! -  Powiedziała Kotka, zwracając uwagę na siebie wszystkich obecnych, nawet Pani Pisarka się zaciekawiła, podchodząc do nas bliżej i głaszcząc Kota:
- „Jaka śliczna kicia! To Maine Coon?… - Magda Kordel była zachwycona Kotem a ja z przerażeniem odkryłem, kto naprawdę jest celem Baset!

Zdążyłem nabrać sympatii do Pani Pisarki. W końcu znamy się nie od dziś. 
Postanowiłem sobie za punkt honoru; że nie pozwolę jej uśmiercić przez „Śliczną  Kicię.” – tak o Baset się wyraziła przecież.
Pani Magdalena powróciła do opowiadania swym czytelniczką, różnych historii a ja niezauważony, wyszedłem z księgarni… Baset była niezadowolona, zaczęła drapać po kurtce.
- Idziemy na spacerek. – Chciałem odwrócić uwagę Kotki od Pani Kordel. – Może pójdziemy do Zoo? – Zadałem Baset pytanie, na które odpowiedziała przenikliwym spojrzeniem! No cóż? Jest już późna pora dnia, ogrody zoologiczne zaraz będą zamknięte.
Nie zrażony jednak zachowaniem Kota udałem się szybko na nogach przez most nad rzeką w kierunku ogrodu zoologicznego.
Niestety po drugiej stronie miasta w parku przylegającym do Zoo zgromadziła się chyba cała menelnia z najgorszej dzielnicy w mieście. Pijacy okupują cały teren. Pod ogrodzenie ogrodu zoologicznego nawet nie podejdę. Zachęcam ją do wybicia całego tego robactwa zalegającego w Parku, niestety Baset podobnie jak ja brzydzi się menelstwem i zabija ich tylko, kiedy musi.
Próbuję sprowokować kilku meneli, ale dziwnym trafem nie zwracają uwagi na mój drogi zegarek i ogólną wyzywającą postawę, być może biorą mnie za gangstera, jednego z tych, którzy zamieszkują pobliską dzielnicę. Niedobrze. Kotka nabrała wykwintnego smaku.
W akcje desperacji wymyśliłem, że udam się na pobliski Dworzec Wschodni, z którego pojadę pociągiem do Krakowa. Muszę w końcu trzymać Kotkę z dala od Pani Pisarki. A w Krakowie może uda mi się przemówić Baset do rozumu.
Podczas dwukilometrowego spaceru z Parku Praskiego na Dworzec Wschodni, Kotka zachowywała się dziwnie spokojnie, może jej mordercze plany się zmieniły? Może już nie chcę nikogo mordować? Znam ją zbyt dobrze i na to bym nie liczył. Po prostu zbiera siły do ataku. A ja wbrew sobie w tym jej pomagam.

Właśnie znalazłem się na zakręcie – muszę się uwolnić z pod kociej kurateli. Tylko jak? Może tu na dworcu kolejowym znajdę rozwiązanie?
Siedzimy tak z kotką na ławce, na jednym z peronów. Nie poszedłem do informacji sprawdzić czy mamy jakiś pociąg na południe? Na pewno jakiś zaraz przyjedzie? Zawsze w końcu przyjeżdżały! To duża stacja!
Niestety nie wiedziałem! Cóż za pech! Z głośników miły głos informuje, że w związku jakiegoś remontu przez stację przejeżdżają tylko pociągi podmiejskie a dalekobieżne są kierowane na Dworzec Gdański. – Tragedia! Nie pojadę stąd dziś do Krakowa! A koniec remontu dopiero za dwa tygodnie… A sprawa musi rozwiązać się dziś! Kotka chyba wpadnie w szał jak się skapuję, że wybieram się na inny dworzec?      A może nie? Na razie jednak jest dobrze, na razie tu pozostanę…

Siedzimy sobie tak z Kotką na ławce. Podmiejskie pociągi sobie kursują a Kotka jest dziwnie spokojna, ja mniej. Zobaczyłem na peronie czterech podejrzanie wyglądających młodych mężczyzn, nie mają więcej niż po dwadzieścia lat. To młodociana gangsterka! Tak jak Baset szukają ofiary!
Obserwuje młodych bandziorów, są bardzo pewni siebie! Mną się jednak nie interesują. Pytam Baset: - Co o nich sądzi?
- Mmmrrr…- jest zniesmaczona!
Czuje ciepło Kota na swych kolanach, trzymam go w końcu na uwięzi, tak mnie się wydaję, Kotka myśli podobnie a na peron szybko wtacza się podmiejski pociąg… w jednym jego oknie dostrzegam siedzącą postać Pani Magdy… równocześnie dotyka mnie chłód. W miejscu po Kocie znajduję pustkę a końcówka smyczy dynda sobie w najlepsze… jak ona ją odczepiła? Ja mam z tym problemy. A co dopiero mały kotek!
Pociąg się zatrzymał na dobre… Kot zniknął a „młoda gangsterka” wsiada właśnie do tego pociągu. Cóż? Ja też musze chyba nim jechać?!… 
Wsiadam ostatnimi drzwiami, tuż przed odjazdem. Pociąg rusza a ja idę jego środkiem zgodnie z kierunkiem jazdy z samego jego końca. Po drodze mijam zmęczonych ludzi, ciężko siedzących na niewygodnych siedziskach… Mój umysł zaczyna pracować normalnie widzę ich wszystkich dokładnie a i zastanawiam się nad sobą: Straciłem widocznie poczucie czasu, skoro znajduję się w wieczornym podmiejskim pociągu. Widziałem dokładnie Magdę Kordel jak siedziała w pierwszym w wagonie na kolanach miała bukiet czerwonych róż! – Te na pewno dostała od swych wielbicieli na koniec spotkania… Muszę znaleźć Baset zanim ta znajdzie Panią Pisarkę!
Wróciła mi także i bystrość umysłu! To dobrze, bo umysł jest najlepszą bronią. Czy to przeciw kotom czy ludziom… o takim jak ci przede mną stojący młodzi bandyci. Zajęli oni pozycję przy drzwiach pomiędzy wagonami. Czterech ich, ci sami, co na peronie, różnica w sytuacji jest taka, że wtenczas nie zwracali na mnie uwagi a teraz, kiedy chce ich tylko wyminąć i iść dalej to jeden z nich rzuca w mym kierunku:
- Eeee!!! Frajer!!! Dawaj, co masz! Portfel, zegarek, telefon i karty kredytowe z kodami pinów!!!
- Młody Panie jest Pan bardzo źle wychowany! – Odpowiadam. – Mój zegarek jest jedyny na świecie i jest wart kilka milionów a karty me płatnicze nie posiadają limitów, więc trudno…
Młodzieniec nie pozwolił mi na dokończenie tylko wyciągnął duży nóż sprężynowy, w którym z charakterystycznym szczękiem ukazało się stalowe ostrze!
Młodzian ruszył do ataku postępując dwa kroki do przodu w mym kierunku, ja uczyniłem tylko jeden! Wyciągnąłem „odkrętką” mu nóż z ręki podczas zadawania przez niego ciosu. Nie zdążył się nawet temu „zadziwować” – Odwróciłem ostrze i wbiłem mu ten nóż w jego serce! – Szybka śmierć dopadła również jego trzech kompanów. Dla mnie to były to jeszcze dwa uderzenia: jedno po lewo w serce! Oczywiście! Drugie po prawo, również w serce! Tylko temu czwartemu wbiłem w brzuch! Bo zdążył zasłonić rękoma górną część klatki piersiowej.
Otworzyłem drzwi po obu stronach jadącego pociągu i sprawiedliwie ich powyrzucałem:
- Jeden bandzior na lewo! Drugi na prawo! Ten żyjący jeszcze z rozciętym brzuchem poszedł na lewo! A ten, który zginął jako pierwszy z godnie z regułą, ”że będzie ostatni”, poszedł na prawo!
Obserwująca to wszystko zza moich pleców Pani Konduktorka zakochała się we mnie od pierwszego wejrzenia, spojrzałem na nią: była gruba i brzydka, lecz, po zatem bardzo zadbana! Zapytałem ją tylko: - Czy nie widziała dużego, włochatego Kota?
- Tam poszedł! – Wskazała rozpromieniona na początek pociągu.
- Kiedyś zostaniesz Panią Minister. – Powiedziałem konduktorce na pożegnanie i udałem się z rozłożonym nożem sprężynowym w lewej garści przed siebie.
Przeszedłem już niemal cały jadący pociąg, który zdążył się już zatrzymać na dwóch stacjach.
Zobaczyłem Magdalenę w odbiciu okna po drugiej stronie wagonu siedziała w kierunku jazdy, czyli plecami do mnie, nie widziała mnie! Zdążyłem się jej przyjrzeć: Jej kasztanowe długie włosy przesłaniały zmęczoną, ciut za bardzo tym razem umalowaną twarz. Pisarka była zatopiona w myślach i bukiecie róż, trzymanym na kolanach, martwiła się o swą rodzinne, czy dzieci odrobiły lekcję? A i mąż czy był grzeczny i dopilnował wszystkiego?
Pani Pisarka w tym przypadku powinna się martwić tylko o siebie, znajdowała się bowiem w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Obok niej na środku wagonu niebieska Kotka czaiła się by w dogodnym dla siebie momencie skoczyć do gardła!
Szybkim krokiem skierowałem się w stronę kota, chciałem go tylko podnieść! Wiadomo złapiesz Kota za kark to ten sztywnieje z miejsca!
Miałem szansę, Kotka już nie zwracała uwagi na otoczenie i szykowała się tylko do ataku!
Podchodziłem całkiem szybko i miałem szansę na złapanie kota! – Niestety nie zdążyłem! – Przepraszam! To była moja winna! Mogłem Baset już wcześniej złapać za kark i wywieź do Krakowa albo jeszcze dalej.
Kiedy już dochodziłem do Kota to jadący pociąg znalazł się na chwilę w ciemnościach i charakterystyczny łomot zdało się słyszeć, pociąg znalazł się w tunelu, zaraz będzie następna stacja… Pani Pisarka w tym czasie musiała podnieść głowę znad bukietu róż i odsłoniwszy swą szyję skusiła Kota do ataku! – Nawiasem mówiąc byłem ciekaw, jakim cudem Magda wcześniej nie dojrzała Kota? Był cały czas o jakiś ponad metr po jej prawej stronie!
Kiedy Baset rzuciła się w morderczym ataku ja tylko zdążyłem zareagować przez podniesienie lewej ręki! – Tej z nożem w dłoni! – Ostrze się wbiło Baset wprost w serce!
- Nieeee!!!- Wyrwało mi się z gardła! I trzymając nabitą na nóż Baset ukryłem pod skórzaną kurtką… Baset umarła bardzo szybko!
Nim pociąg się zatrzymał na najbliższej stacji poczułem jak coś mnie gryzie pod kurtką. Chwilę potem ciało Baset zupełnie straciło swe ciepło… Ja wyszedłem z pociągu i pogrążony w rozpaczy niemalże pobiegłem przed siebie na koniec peronu! Trzymając moją zabitą ukochaną pod kurtką, zdałem sobie sprawę, że gryzą mnie jej pchły! Jakim cudem Baset się pcheł dorobiła to już było bez znaczenia!
- Baset twoje pchełki mnie gryzą! – Powiedziałem to ze łzami w oczach, biegnąc już przed siebie wąską uliczką pomiędzy szykownymi domostwami!
Po przebyciu może i kilometra dotarłem do ściany iglastego lasu, tam pomiędzy drzewami upadłem na kolana i wyjąłem mą Baset zza pazuchy! Nie wiem czy sprawiły to załzawione oczy czy też ogólna już ciemność panująca, ale nie mogłem dojrzeć mej Pani dostatecznie wyraźnie… Wyciągnąłem nóż z martwego ciała i zacząłem kopać nim dół.
Ziemia była miękka i co ciekawe nawet miła w dotyku. Nożem i palcami wykopałem całkiem spory dołek. Poraniłem sobie, co prawda przy tym swe dłonie, ale to odczuję dopiero później, kiedy będzie po wszystkim… Nie mogłem tak zwyczajnie złożyć Baset do dołka, więc się rozebrałem i okręciłem ją w mą koszulkę. Tą ulubioną biała koszulkę polo…
Zasypałem Kota ziemią i przykryłem patyczkami. Zrobiłem nawet taki mały Katolicki Krzyż - dwie gałązki przewiązałem sznurówką i wbiłem w mogiłę! 
Łzy kapały i kiedy brudnymi zakrwawionymi łapskami sięgnąłem do kieszeni po chusteczkę usłyszałem głos za sobą:
- Mnie też kotka, zabiło auto!
- Jak to się stało? – Nim się odwróciłem i zobaczyłem „ANTKA”, zadałem pytanie.
Około piętnastoletni chłopiec, ubrany jak dziewiętnastowieczny bohater powieści Bolesława Prusa trzymał na rękach biało- czarnego małego kota i opowiadał: „Jak auto  rozjechało dwie godziny temu, mamę… o tego Kocurka…”
Byłem zaintrygowany jego nędznym wyglądem i staropolskim słownictwem na tle, którego nowoczesne słowa jak auto czy telefon wydawały się statkami kosmicznymi…
„Antek” opowiedział to ze szczegółami: Jak to kotkowi pękała mała główka i wypływały wnętrzności! Na szczęście kotka przed śmiercią zdążyła nauczyć swe maleństwa jak przetrwać w tym okrutnym świecie:
- Kotki już umieją polować na myszki i ptaszki, korzystają z kuwety a ten oto bardzo chciałby, aby Pan go przygarnął! I pokochał tak jak on Pana pokochał! Pozostałe maleństwa zatrzymam i wychowam sam! Na dobre koty!
- Antek! Na miłość Boską, czy ty wszystko widziałeś? Czy ty wiesz, kim jestem? – Złożyłem nóż i schowałem do kieszeni… Podszedłem do chłopca a ten zamiast odpowiedzieć wręczył mi małego miłego kiciusia!
Kiedy poczułem jego wbijające się w mą dłoń pazurki, przypomniałem sobie, że kiedyś podobną kwestie czytałem w powieści Magdy Kordel, Pani Pisarce dzięki której uwolniłem się z pod czułych pazurów Kocicy Baset… Antek w podskokach pobiegł w nieznane. Ja zostałem sam z kotkiem… Wyszedłem z lasku i pod latarnią obejrzałem maleństwo:
- Miau. – Powiedział zadowolony kotek. A ja na widok jego futerka w śliczne czarno- białe paski nadałem mu imię:
- Juventus!… Juventusik mój malutki!
- Jedziemy na mleczko! – Juventusik miał małe pragnienie a ja znów chciałem spalić jakiś samochód! Tym razem swój.
Choć do tego średnio się nadawało – to niemiecka limuzyna. Co prawda dobra pod względem technicznym ale brzydka… więc brzydko płonęła pod mostem tuż przy rzece.
Takie niezapomniane chwile trzyma się w swej pamięci do końca. Na tle palącego się samochodu Ja piłem swój ulubiony sok pomarańczowy. A mały Kotek chlipał mleczko, przegryzając kocimi chrupkami dla takich maluchów jak on. Płonące auto, wcale go nie interesowało. Mnie też nie przypadł to gustu ten widok – Aston Martin płonął pięknie, jak każda piękna rzecz. 
W kieszeni kurtki znalazłem pierniczek w kształcie serca, pokruszony trochę, ale i tak osłodził mi chłód bijący od szerokiej rzeki, wijącej się wzdłuż Polskiej Stolicy…
- Warsaw – miasto wojny i bogactwa! Warsaw – miasto pięknych kotów i pierniczków! I Cudów zarazem, choć po ten pojechałem tam na południe.

Z Juve na ramieniu spacerowaliśmy jesiennymi alejkami Śląskiego Parku.  
Wiedziałem, że ją tu spotkam. I kiedy wyłoniła się na swym rowerku zza zakrętu, znów pierwsza się odezwała: - Pan z Warszawy! Ma Pan ślicznego kotka, ale to nie ten sam… mogę pogłaskać? 
Uśmiechając się szeroko swymi oczami tym razem przemówiłem:
- Agnieszka, Agnieszka
W Chorzowie sobie mieszka… 

Piotr Podgórski 
Kawałek serca
Dźwięk dzwonka wyrwał Juliana z zamyślenia.  Z obrzydzeniem spojrzał na swoją pomarszczoną i obfitującą plamami starczymi dłoń, przypominającą mu o czasie, który mu pozostał, sięgnął po laskę i powoli i z bólem zrobił pierwsze kroki w kierunku drzwi wejściowych. Nie spodziewał się gości, szczególnie dzisiaj. Zresztą robił wszystko, aby inni o nim zapomnieli. Dzieci, sąsiedzi. Bliskich znajomych nie miał od dawna. Kolejne kroki stawiał powoli. Ostrożnie, obawiając się upadku. Dzierżenie drewnianej laski w dłoni wprowadzało go w fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Dzięki niej szedł w miarę stabilnie. 
Nie znosił ludzi litujących się nad jego wiekiem, chorobami. Kiedyś kochał życie, ale kiedyś przecież miał żonę, szczęśliwe życie i…gdyby Maria nadal żyła, pewnie było mi lżej, myślał często, wspominając swoje życie, które umknęło niezauważalnie.
- Kto tam – drugą dłoń oparł na klamce. Była zimna. Słyszał hulający wiatr i nie miał ochoty na głupie żarty i na zabawy w chowanego. Przecież ktoś nacisnął przycisk dzwonka z drugiej strony. Może jakiś bandyta? – pomyślał ze strachem.
- Jest tam kto? – ponowne pytanie miał mniejszą moc, było zadane zdecydowanie ciszej. 
Julian miął już w ustach przekleństwo, gotów go wyrzucić na zewnątrz. Miał tego dosyć. Czy nie mogą mu dać świętego spokoju, nawet w dzień wigilii? Potrzebował spokoju. Opiekunka Aniela obiecała zajrzeć w drugi dzień świąt. Zostawiła w kuchni na blacie porcje leków na kilka dni, w lodówce przygotowane wędliny i przetworzone jedzenie, zastępujące świeże obiady. Nie miał wielkich wymagań. Jadł mało, coraz mniej. 
- Gdyby pan czegoś potrzebował, proszę telefonować. – Opiekunka zostawiła mu numer na lodówce, nie kryjąc odrazy w czasie spojrzeń w jego kierunku. Musiała go nie znosić nie mniej od innych. Rozumiał to doskonale.  Zdawał sobie sprawę z tego, że jest jedyną osobą, która zgodziła się opiekować nim. Zakres jej obowiązków był jednak mocno okrojony i nie dotyczył bezpośredniej opieki nad staruszkiem. Z tym radził sobie sam, mimo postępującej niedołężności. 
 Z zamyślenia wyrwał go delikatny szmer po zewnętrznej stronie drzwi. Złodziej? Bandyta, a może bezdomny? Nie miał ochoty na wizyty. Zrobił kolejny krok, przykładając oko do judasza. Niewiele bym w stanie zobaczyć. 
Julian należał do ludzi odważnych, więc ścisnął jeszcze mocniej laskę w dłoni, po czym przekręcił zamek i otworzył drzwi. Był gotowy wyrzucić z siebie stek słów, które nawet w świąteczny dzień miały wielką moc. Spiął ciało i zobaczył…kilkuletniego chłopca. Dziecko ubrane było w puchową kurtkę, zbyt dużą czapkę z pomponem, która opadała mu na czoło. Wyglądał zabawnie, niczym przerośnięty krasnoludek. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, w końcu Julian zaskoczony niespodziewanym widokiem przemówił.
- Czego chcesz i kim jesteś? – zapytał bez ogródek, jak miał w zwyczaju.
Malec nadal nic nie mówił, przyglądając się staruszkowi. W kącikach ust tańczył lekki uśmiech, a Julian nie znosił uśmiechniętych ludzi. Sam nie uśmiechał się od blisko dwunastu lat, kiedy odeszła jego żona. Barbara byłą jego światłem, a po jej śmierci przestały go odwiedzać nawet dzieci. Z czasem emigrowały i ich relacje stały się znikome. Malec minął go w drzwiach, wchodząc wprost do salonu. Starzec powoli zamknął drzwi i nie wierzył w to, co widzi. Czym prędzej pokuśtykał za chłopcem.
- Czy tobie coś się nie pomyliło? – wymamrotał? – Czego tutaj chcesz i kim jesteś do cholery – nie zważał na słowa w stanie oburzenia.
- Mam na imię Tymoteusz, a pan to Scrooge? Babcia powtarza, że jest pan okropny, a ja jej nie wierzę. 
- Kim jest twoja babcia?  -próbował się opanować. – Dlaczego tutaj przyszedłeś?
- Czy to prawda, że nie lubi pan świąt Bożego Narodzenia i dzieci? -  Dziecko posłało mu niewinny uśmiech, sadowiąc się w jego ulubionym fotelu, blisko kominka. – Ja nie znam nikogo, kto nie lubi dzieci. 
- Pytam ponownie. Przysłała cie babcia?
- Nikt mnie nie przysłał. Ludzie mówią, że pan bije dzieci. Ja im nie wierzyłem. Przecież nie można bić nikogo, prawda?
- Mam na imię Julian i nikogo nie bije, tylko…
- Zrobi mi pan herbatę? Trochę zmarzłem po drodze.
- Skąd właściwie przyszedłeś? Jak się nazywasz?
- Tymoteusz Nowakowski, mam sześć lat i chodzę do przedszkola. 
- Dlaczego sam się wałęsasz? Nie wiesz, ile niebezpieczeństw czyha na małe dzieci.  No dobra – oddychał głęboko, starając się nie wybuchnąć. – Zgadzam się na to, abyś się ogrzał, wypił herbatę, a potem sobie pójdziesz. Nie mam czasu na niańczenie dzieci.
 Malec skinął głową, zdejmując odzież wierzchnią. 
Julian pokuśtykał do kuchni, przygotowując herbatę. Przez chwilę zastanawiał się, w czym ja podać. Miał porcelanowe filiżanki i spodki, ale to był malec, na dodatek nieproszony. Ostatecznie wybrał kubek.
- Więc mówisz, że mieszkasz nieopodal. Swoją drogą jesteś odważny, skoro zdecydowałeś się na spotkanie z potworem. – powiedział, sadowiąc się po drugiej strony ławy w salonie.
Malec chwycił naczynie z wodą i przyłożył je do ust. Ten widok ujął Juliana, poruszył dawno zapomniane obrazy syna. To było tak dawno...
- Nie jest pan potworem. Dorośli kłamią. Moi rodzice nie żyją, a babcia mówi, że są w dalekiej podróży. Ja jej nie wierzę. Kolega Janek mówił, że oni zginęli w wypadku. 
- W pewnym sensie jest to prawda. Ale nie wiem, jak mogę ci to wytłumaczyć. Ludzie odchodzą i nie wracają do nas.
- Tak jak Amadeusz? – chłopiec spojrzał w jego stronę. – On zachorował i zdechł. Babcia powtarza, że on żył dłużej niż ja. Fajny był. Znał pan Amadeusza?
- Nie wydaje mi się – mruknął. 
Właściwie nie znał nikogo, za małymi wyjątkami. Świat niewiele go interesował i to ze wzajemnością. 
- Gdzie pan dzisiaj pójdzie wieczorem, kiedy pojawi się pierwsza gwiazdka?
- Że niby ja…gdzie pójdę? – Julian oparł się o stół. Odpowiedź na to pytanie była prosta, jednoznaczna, ale zadana przez to dziecko miała inną wartość.
- Zostanę tutaj. Lubię być sam.
- Babcia powtarza, że w taki dzień nikt nie może być sam. 
- Czy twoja babcia nie szuka ciebie teraz? Pewnie się zamartwia o wnuczka.
- Nie proszę pana. Babcia piecze pierniki – odpowiedział Tymoteusz, po czym wyjął coś z kieszeni.  Swojej malutkiej dłoni trzymał mniej więcej coś, co było połową serca.
- Proszę. To dla pana. Ja lubię pana i wiem, że nie jest pan potworem.
- Co to u licha jest? – zdenerwował się Julian, patrząc na otwarta dłoń.
- To połowa serca. Z piernika – dodał chłopiec poważnie. – Drugą część dam, kiedy pan do nas przyjdzie dzisiaj.
- Nie jestem zainteresowany. Mam już plany i nie chcę ich zmieniać. 
- Ja wiem, to przeze mnie, prawda? Zdenerwowałem pana, a jest pan podobny do mojego dziadka. 
- Co z nim? – zapytał, udając zainteresowanie, jednocześnie układając w głowie plan, jak szybko pozbyć się chłopca. Chciał zostać sam, odzyskać swój spokój. 
- Niech pan przyjmie kawałek serca, dobrze?  Babcia zawsze powtarza, że miej serce i dawaj serce. Dlaczego dziele się nim z  panem.
- Dlaczego ze mną? – żywo zainteresował się Julian, wietrząc w tym ukryty podstęp, 
- Pan jest sam i taki smutny. Czasami widzę pana z moje okna. Niech się pan zgodzi. Będę tylko ja i moja babcia. I pan. Zawsze mamy dodatkowe miejsce dla niespodziewanego gościa.
- Nie wydaje mi się, aby twoja babcia była zachwycona moim przybyciem. Zresztą sam nie lubię się nikomu narzucać.
Tymoteusz popatrzył w jego oczy, zsunął się z fotela i odwrócił, sięgając po kurtkę.
- Pójdę już sobie. Bardzo chciałem, aby pan został moim dziadkiem, na jeden wieczór. Babcia też ciągle o nim mówi, a ty jesteś do niego bardzo podobny – malec niespodziewanie zmienił front.
- Czy twoja babcia nazywa się Marianna Potylska?
- Tak. Znasz ją prawda? - Będę ci mówił jak dziadkowi, chociaż babcia na to nie pozwala. Mówi, że to brak szacunku. Ja jednak wiem swoje. Mam już sześć latek.
- Przyjdziesz? – wsunął malutką dłoń w jego rękę. Dotyk małego człowieka sprawił, że pojawiły się łzy, które musiał ukryć za wszelką cenę.
- Zastanowię się, Nic nie obiecuję. Ale mam prośbę. Nie mów babci, że tutaj byłeś, dobrze?
- Dobrze dziadku. Do zobaczenia – zawołał zza otwartych drzwi i już go nie było.
 Julian spoglądał przez szybę na chłopca, podskakującego wesoło w kierunku domu znajdującego się kilkaset metrów dalej. Kiedy stracił go z oczu, wrócił do salonu, aby posprzątać kubek z ławy. Wtedy zobaczył kawałek piernika w kształcie serca. Zapach przywołał wspaniałe obrazy. Nie miał w zwyczaju robić tego, co mu narzucają inni, ale tym razem nie mógł postąpić inaczej. Do pierwszej gwiazdki pozostało niewiele czasu. 

 W obszernej szafie wygrzebał dwie torby do prezentów. Nie były najnowsze, ale jedyne w swoim rodzaju. Nie mógł odmówić malcowi. Ja sknerą?, myślał. Należał do ludzi zamożnych, ale nie miał pojęcia, czym uszczęśliwi tych ludzi. Wiedział o problemach kobiety, która była jego dawną miłością. Ostatecznie wybrał kryształową wazę dla kobiety, a dla malucha książkę, która pamiętała jego dzieciństwo. Piękne wydanie powieści Juliusza Verne. Nie miał pojęcia, czy malec czyta, ale wierzył, że ta lektura zmobilizuje go do poznawanie liter. 
 Jakiś czas później wyszedł z domu. Poruszał się powoli, Pomagając sobie prosty kijem z główką, o motywie łba lwa. W drugiej dłoni dzierżył prezenty. Szedł powoli, nie zwracając zbytnio uwagi na spojrzenia, tudzież szepty ludzi. Z ulga odetchnął, kiedy stanął na ganku parterowego, skromnego domku. Z lekką obawą, przed którą przyznał się przed samym sobą, majestatycznie uderzył łbem lwa w drewniane drzwi. Szybko usłyszał szmer i dźwięk przekręcanego zamka. Kiego oczom w poświacie sztucznego światła pojawiła się mała postać. Tymek trzymał w dłoni brakujący kawałek piernikowego serca. Julian chciał coś powiedzieć, ale usłyszał tylko głos dobiegając z głębi domu.
-Tymuś, kto przyszedł? – usłyszeli znajomy głos. 
- Dziadek babciu. Przyszedł twój ukochany.
Julian wtedy zrozumiał, że na świecie istnieje jednak magia. 



Ilona Ciepał-Jaranowska
„Puste ściany”


Płatki pierwszego w tym roku śniegu miękko opadały w dół. Kilka zatrzymało się i rozpłynęło na twarzy Agaty, która ze zdziwieniem patrzyła w górę. Właściwie sama nie wiedziała dlaczego się dziwi, śnieg w grudniu to chyba nic nowego, właściwie powinna się zastanawiać dlaczego w tym roku spadł tak późno, ale te zimne płatki nie były głównym powodem jej rozważań, właściwie stały się tylko przerywnikiem skołatanych myśli. Agata wracała właśnie z pracy do mieszkania. Mimo spędzonych tam kilku lat nie potrafiła nazwać tego miejsca domem. Dom to coś więcej niż ściany, łóżko w którym śpi, czy płyta grzewcza, na której czasem przyrządza posiłek. Mieszkania na dom nie zamienił nawet ten, który w pewne sobotnie popołudnie założył jej na palec obrączkę. Dlaczego właściwie tak się stało, że wśród tych murów nie ma ciepła, radości? Czy jest miłość? Chyba tak. Nie możliwe, żeby wygasła zaledwie dwa lata po ślubie, ale czy to to samo uczucie, które wypełniało jej serce, gdy mówiła „tak”? Co poszło źle? Agata chyba uświadomiła sobie jaka jest odpowiedź na to pytanie i właśnie ta odpowiedź zatrzymała ją na ławce przed blokiem, w którym mieszkała.
Śnieg padał już dość intensywnie i zmarznięta Agata postanowiła wreszcie wejść do środka. Musiała się rozgrzać, inaczej rozchoruje się tuż przed Świętami, gdy najwięcej jest do zrobienia w pracy. Tak, praca. Nawet teraz o niej myślała i to ona była na pierwszym miejscu. Potrząsnęła głową, żeby zrzucić z siebie wreszcie te myśli. W przedpokoju panowała cisza, Kamila jeszcze nie było, w sumie rzadko bywał w domu przed nią, więc nie zaskoczył jej ten fakt. W kieszeni płaszcza zaczęła wibrować komórka, Agata wyjęła ją, ale po chwili schowała z powrotem do płaszcza. Nieznany numer, pewnie znów ktoś nie mógł sobie z czymś poradzić w pracy, z której niedawno wyszła. Czy ona jest niezastąpiona? Chyba jej pracownicy przyzwyczaili się, że z każdym problemem do niej dzwonią, owszem jest szefową, ale jest po godzinach pracy, to, że ktoś został dłużej nie znaczy, że ona ma rozwiązywać każdy problem! Przez ułamek sekundy walczyła ze sobą, żeby może jednak odebrać, w końcu może się okazać, że ktoś spędzi w pracy pół nocy główkując co zrobić, ale nie. Dość. Mogli słuchać wytycznych, przed każdym nowym projektem dokładnie opisywała jak coś zrobić, ale jej pracownicy woleli co rusz dopytywać o szczegóły, zwłaszcza, gdy Agaty nie było już w pracy. To musi się wreszcie zmienić, w ogóle dużo musi się zmienić. Weszła do łazienki chcąc wziąć ciepły prysznic i rozgrzać ciało po tym, jak siedziała nieruchomo na ławce przed blokiem i to w momencie kiedy zaczął padać mokry śnieg. Rozebrała się i weszła pod prysznic. Szkoda, że nie ma wanny. To był chyba pierwszy raz, gdy tego pożałowała, mogłaby nalać do wody jakiegoś miłego w zapachu płynu, zapalić świecę i się zrelaksować. Ciepła woda płynąca z prysznica też dawała ukojenie, ale to nie to samo, dziś jednak musiała wystarczyć. Skupiła się na strugach, które powoli rozgrzewały skórę a ta z kolei krew, do pełni szczęścia potrzebna była jeszcze herbata, najlepiej lipowa i koc.
Właśnie taką owiniętą w koc i popijającą herbatę zastał ją Kamil. Zdziwił się, bo to nie był codzienny widok. Zazwyczaj Agacie towarzyszył laptop, albo telefon, zawsze coś jeszcze trzeba było sprawdzić, dopilnować, coś ustalić. Praca w pracy, praca w domu. On niestety też tak żył. Zaraz po ślubie z Agatą awansował, a potem robił wszystko, aby dostać kolejny awans. Agata już przed ślubem zajmowała kierownicze stanowisko i chciał jej dorównać. Właściwie nie chodziło o rywalizację, nigdy tak o tym nie myślał, ale o to by być prawdziwym facetem, który potrafi zapewnić kobiecie dobry byt, żeby niczego jej nie brakowało. Został wychowany w tak zwanej tradycyjnej rodzinie, gdzie głową rodziny był ojciec i to on utrzymywał dom „w pionie finansowym” jak często się wyrażał. Mama, czasem dorabiała zastępując swoją siostrę w prowadzonym przez nią sklepie, ale nie było z tego dużych pieniędzy, raczej odskocznia od prac domowych. Ojciec nie chciał, żeby mama pracowała na pełen etat, wiedział, że bez niej dom nie będzie prawdziwym domem. Nie chodziło o to, żeby miał codziennie poddany pod nos posiłek i uprasowane koszule. Sam też świetnie gotował i nie bał się żelazka, ale to że może zapewnić rodzinie byt a dzieciom, Kamilowi i jego siostrze, mamę na co dzień napawało go szczęściem. Mama nigdy nie skarżyła się na takie życie, więc Kamil wyszedł z przekonania, że tak jest dobrze. Oczywiście wiedział, że taki model rodziny jest w tych czasach bardzo rzadki. Żeby uzyskać stabilizację finansową kobieta też musi pracować. Musi, to raz, ale też chce. Nigdy nie słyszał od koleżanek, żeby któraś chciała zajmować się domem, rezygnując z etatu. Nigdy też nie kierowały nim niskie pobudki typu mieć wszystko podane na tacy i dom traktować jako miejsce odpoczynku. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego ile pracy wymaga utrzymanie porządku, przygotowanie ciepłego posiłku, pranie, prasowanie. Mimo, iż to mama najczęściej zajmowała się tymi sprawami, nauczyła też dzieci samodzielności. Ani Kamil, ani jego siostra nie mieli „dwóch lewych rąk” do prac domowych. Dlatego od samego początku znajomości z Agatą starał się jej pokazać, że chce razem z nią budować dom, a nie oczekiwać, że ona będzie wszystko robiła sama. Jedyne, co kłuło jego męskość to te finanse. Mógł biegać po domu z fartuszkiem do gotowania i ścierać kurze, ale kwestia zarobków nie dawała mu spokoju. Agata nigdy nie wywyższała się pod tym względem, ot tak wyszło, że to ona zarabia więcej, zajmuje wysokie stanowisko. Splot sprzyjających okoliczności i tak się potoczyło. Kamil po ślubie zaczął bardzo zabiegać o awans, udało się, ale miał w planach kolejny krok. Jeszcze wyższe stanowisko i na pewno wtedy, zarabiając więcej od Agaty czułby się w pełni usatysfakcjonowany. Nie kierowała nim pycha, raczej troska o nią, żeby nie musiała się martwić o tę sferę życia. Żeby nie musiała przenosić pracy do domu i ślęczeć ciągle przy tym laptopie i udowadniać wszystkim, że świetnie daje sobie radę na swoim stanowisku. Wiedział bowiem, że bardzo ją to męczyło, kiedyś powiedziała mu, że żałuje decyzji przyjęcia awansu, nie myślała, że bierze na siebie tyle dodatkowych obowiązków, raczej cieszyła się ze sporej podwyżki niż myślała o konsekwencjach. Tymczasem kredyt na mieszkanie i na samochód zaciągnięty i trzeba było to wszystko mieć na uwadze. Po tym wyznaniu Kamil upewnił się, że dobrze robi próbując swych sił w pracy i starając się o awans. Zaczął pracować coraz więcej i pilniej. Pierwszy awans dodał mu pewności siebie. Tak jak Agata rozpoczął zarządzanie niewielkim zespołem, ale jego celem było zostanie managerem. Ciągle coś usprawniał w funkcjonowaniu swojej grupy, był chwalony i to dodawało mu sił. Chciał pokazać jak bardzo się stara, jak mu zależy i wtedy również on zaczął przynosić pracę do domu. Nie było już wspólnego gotowania obiadów, ba nawet wspólnego jedzenia, bo zarówno on jak i Agata często jadali „na mieście” lub chodzili na służbowe kolacje. Często też wyjeżdżali na delegacje, szkolenia i tak żyli w pośpiechu, niby razem a ciągle osobno.
Cześć, jesteś już w domu?- Agata podniosła na niego zamyślone oczy.
Tak, jestem. Chodź do mnie, chcę z tobą porozmawiać.
Coś się stało? Dziwnie wyglądasz. - Zauważył jej czerwone policzki. Podszedł do niej i położył rękę na czole. - Masz gorączkę?
Nie, zmarzłam trochę, ale nie martw się nic mi nie jest.
Na pewno?
Tak, po prostu siedziałam chwilę na ławce, z resztą nie ważne. - Zamilkła i popatrzyła w okno. Sypało już całkiem mocno.
Rano będzie biało...
Pewnie tak, w końcu to grudzień, najwyższy czas, żeby było biało, ale o co chodzi, mówiłaś, ze chcesz pogadać, a chyba nie chciałaś rozmawiać o śniegu? - Kamil usiadł naprzeciwko Agaty i wpatrywał się w nią.
O tym też. Niedługo Święta. Będziesz w Wigilię w pracy?
No tak. Przecież zbliża się koniec roku, wiesz, że to gorący okres i trzeba wytężyć siły, u Ciebie w pracy jest podobnie, prawda? - Popatrzyła na niego, ale w taki sposób jakby widziały tylko oczy a reszta ciała razem z umysłem były gdzieś daleko. Kamila przeszedł dreszcz, co się z nią dzieje, dziwnie wygląda, dziwnie się zachowuje i jeszcze nie wiadomo dokąd zmierza ta rozmowa.
Dużo pracujesz - powiedziała Agata.
Tak, to prawda, ale przecież wiesz, że staram się o awans. Muszę na niego zasłużyć.
Nie tak dawno dostałeś awans, po co Ci następny?
Jak to po co, Agata? Żeby nam się dobrze żyło, żeby nam na nic nie brakowało, żebyśmy mogli sobie pozwolić na dziecko...
Myślisz, że jak będziesz już tym managerem, to będzie Ci się dobrze żyło? Będziesz miał wtedy czas dla mnie i dla dziecka?
Agata, ja na prawdę nie rozumiem o co Ci chodzi. Ty też dużo pracujesz, też biegasz na szkolenia, przenosisz pracę do domu. Musimy się skupić na pracy, żeby potem móc korzystać z jej owoców, tak?
Kamil, popatrz na ściany w naszym mieszkaniu - Rozejrzał się, ale nic nie rozumiejąc czekał na wyjaśnienia.
Posłuchaj, dziś gdy wracałam do domu i zaczął padać śnieg, patrzyłam na te białe płatki i myślałam o tym, że coś nam ucieka, że nie mamy czasu dla siebie, że nie jest tak, jak miało być i wtedy zrozumiałam. Ściany naszego mieszkania są białe. Nie chodzi o to, że mają być szare, czy różowe, mają być kolorowe. Mają na nich wisieć  zdjęcia, nasze zdjęcia, ze wspólnie spędzonego czasu. Tylko jak mają tam zawisnąćskoro ich nie mamy? Nasze życie to bieg w maratonie a raczej w dwóch maratonach. Ty biegniesz osobno i ja osobno, ale ja już nie mam na to siły. Nie oskarżam Ciebie, bo i ja jestem temu winna, że tak się mijamy i że naszą metą jest stabilizacja finansowa, a nie stworzenie prawdziwego domu, pachnącego piernikami w Wigilię i choinką. Obydwoje będziemy w ten dzień pracować, żebyśmy kiedyś mogli, tak jak nasi szefowie wyjechać na luksusowe wczasy. Ale ja tego nie chcę. Musimy zwolnić i skupić się na tym co teraz. Na naszym życiu.
Agata zamilkła i patrzyła na Kamila w oczekiwaniu. Chciała, żeby to zrozumiał i pomógł jej się z tym uporać, bo sama nie wiedziała, co dalej. Uświadomienie sobie problemu to jedno, ale rozwiązanie go to już coś, co wymagało rozwagi w działaniu i wzajemnego zrozumienia. Widać było, że to, co powiedziała dotknęło Kamila, siedział z rękami włożonymi w swe bujne czarne włosy i mierzwił je. Zawsze tak robił, gdy nad czymś intensywnie myślał.
Czyli uważasz, że wszystko robię źle.
Nie Kamil, ja... - Nie dał jej skończyć.
Do tej pory nie narzekałaś na to jak żyjemy, myślałem, że ci to odpowiada. - Wstał z fotela. - Jestem zmęczony. Nie wiem co mam ci powiedzieć. Po ponad dwóch latach małżeństwa dowiaduję się, że moje starania są bezsensowne, a ja przecież chciałem dobrze, nie dla siebie, tylko dla nas. Przepraszam cię, muszę rano wcześnie wstać. Wyszedł do sypialni i zamknął za sobą drzwi.
Agacie zrobiło się smutno, nie spodziewała się takiej reakcji i tego, że Kamil się od niej odsunie. Przecież nie oskarżała jego, sama też przyczyniła się do tego, jak wygląda ich życie. Chciała mu tylko uświadomić, że idą w złym kierunku tymczasem on odebrał to jak atak, nie dał sobie nic wytłumaczyć i na dodatek zostawił ją z tym samą. Nie wiedziała co o tym myśleć, miała już dość tego dnia i na dodatek zaczęła ją boleć głowa. Wstała, żeby zażyć tabletkę przeciwbólową, po czym wróciła na sofę, szczelnie otuliła się kocem i zasnęła. Mimo ciężkiego wieczoru spała dość mocno, a gdy się obudziła Kamila nie było już w domu. Nie słyszała nawet kiedy wyszedł. Wyszedł, albo uciekł. Czy naprawdę był tak zaślepiony pracą i możliwością awansu, że nie zauważył co się z nimi stało? A co jeśli nie będzie chciał niczego zmienić? Nie wyobrażała już sobie być z nim i żyć tak jak do tej pory, więc nie pozostanie jej nic innego tylko odejść. Na tę myśl napłynęły jej do oczu łzy. Nie chciała tak drastycznych kroków, ale pewnie będzie do tego zmuszona.
Dzień wlekł się niemiłosiernie. Agata nie mogła się skupić na tym co miała do zrobienia. Miała nadzieję, że Kamil do niej zadzwoni, że będzie chciał porozmawiać, przeprosi, ale telefon milczał. Po powrocie z pracy chciała tylko tak jak wczoraj zaszyć się pod kocem z herbatą w dłoni, ale o niczym już nie myśleć, może uda jej się poczytać jakąś książkę i oderwać się od problemów. Myślała, że spędzi samotny wieczór, ale zaraz za nią do domu wszedł Kamil. Trzymał w ręku bukiet kwiatów. „Może jeszcze nie wszystko stracone”, przemknęło Agacie przez myśl na ten widok i mimo złości na Kamila, uśmiechnęła się.  
Kotku, przepraszam Cię. Za moje zachowanie wczoraj i za wszystko. Chciałem z tobą porozmawiać już rano, ale spałaś tak twardo, a ja musiałem być dziś wcześniej w pracy. Poza tym miałem więcej czasu na przemyślenia. Nie tak miało to wyglądać. Chciałem dobrze. Myślałem, że jak już osiągniemy stabilizację finansową będzie nam lepiej, łatwiej. Chciałem, żebyś ty nie musiała tyle pracować, żebyś miała czas na tworzenie domu, na macierzyństwo, przecież to wymaga dużo wysiłku, poświęcenia. Ale myślałem o tym w czasie przyszłym zapominając o tym co tu i teraz. Masz rację, że coś jest nie tak, że zdecydowanie za dużo pracujemy, obydwoje, ale ja chciałem pracować, żebyś ty mogła zwolnić tempa i pogubiłem się w tym wszystkim.
Kamil, przede wszystkim chcę Ci powiedzieć, że nie mam do Ciebie żalu, nie chciałam Cię oskarżać, bo też jestem winna. Teraz nawet lepiej rozumiem twoją chęć awansu, że robiłeś to dla mnie. Ja natomiast trzymałam się swojej posady ze względu na Ciebie, widząc, że chcesz stabilizacji finansowej. Obydwoje chcieliśmy dobrze i obydwoje się w tym pogubiliśmy. Kiedy tylko zdałam sobie z tego sprawę, chciałam uświadomić to również tobie i chciałam, żebyśmy razem coś wymyślili, bo nie wiem co dalej.
Najlepiej byłoby abyśmy obydwoje rzucili pracę. - Kamil się uśmiechnął
Tak i popadli w drugą skrajność. - Agata też się uśmiechnęła. Wreszcie napięcie z niej opadło, Kamil ją zrozumiał i przyznał rację. Na pewno dziś niczego konkretnego nie postanowią, ale świadomość, że są z tym problemem razem, obojgu dodała otuchy.
Kolejne dni może wyglądały podobnie jak wcześniejsze, bo trzeba było jednak chodzić do pracy, ale już wieczory w domu zaczęły różnić się od tych poprzednich. Wspólnie przygotowywali kolacje, oglądali filmy w telewizji, albo wychodzili do kina, zaczęli przypominać parę, którą byli przed ślubem. W Wigilię Bożego Narodzenia tak, jak było ustalone obydwoje wyszli do pracy, na wieczór zamówili kilka dań z pobliskiej restauracji, ale przyrzekli sobie, że to tylko ten jeden raz. Każdą następną Wigilię przygotują sami. Agacie udało się wyjść w ten dzień trochę wcześniej i miała nadzieję, ze zdąży zrobić Kamilowi niespodziankę. Chciała odebrać zamówione dania wcześniej i ładnie przystroić stół, żeby czuć było domową atmosferę. Potwierdzenie z zamówieniem było jednak w domu, więc musiała najpierw po niego pojechać. Wysiadając z windy poczuła zapach ciasta. Pomyślała o sąsiadach przygotowujących wieczerzę. Obok mieszkała para z kilkuletnim dzieckiem, dziewczynką. Pewnie pieką razem piernikowe ciasteczka. Oczyma wyobraźni zobaczyła kuchnię zasypaną mąką, mamę wałkującą ciasto, dziewczynkę wycinającą z ciasta różne kształty i tatę ubierającego choinkę. Tak powinny wyglądać przygotowania do Świąt. Gdyby tak wyglądała jej Wigilia, byłaby naprawdę szczęśliwa. Na progu domu zatrzymała ją myśl, która niczym Gwiazda Betlejemska zaświtała jej w głowie. Tak, to jest to. Nie powinni więcej czekać, muszą jak najszybciej postarać się o dziecko. Będąc w ciąży nie będzie tyle pracować. Nie będzie mogła brać nadgodzin i siedzieć osiem godzin przed komputerem. Będzie mogła się skupić na tworzeniu domu i czekaniu na potomka. Może już w przyszłe Święta będą we trójkę? Z tą myślą weszła do mieszkania i nawet nie zauważyła, że zapach pieczonego ciasta zrobił się bardziej intensywny.
Kamil? Co ty tu robisz? - Zdziwiła się widząc go w kuchni.
Agatko? Już jesteś?
Tak, wyszłam wcześniej z pracy i chciałam Ci zrobić niespodziankę, ale widzę, że ty zrobiłeś mi większą! - Uśmiechnął się, a Agata rozejrzała się po kuchni. Chyba jeszcze nigdy wcześniej nie była w takim stanie, wszędzie leżały jakieś naczynia, ubrudzone mąką i chyba kakaem albo rozpuszczoną czekoladą, na blacie leżała stolnica i wałek („mamy stolnicę i wałek?”) natomiast Kamil coś zawzięcie mieszał w czymś co przypominało moździerz, a może to był moździerz?
Wiem kochanie, że kuchnia nie wygląda najlepiej, ale ja to zaraz wszystko posprzątam, muszę tylko utrzeć lukier na ciasteczka.
Ciasteczka? Kamil, co ty wyprawiasz? Jakie ciasteczka? Wiem, że potrafisz gotować ale nie wiedziałam, że potrafisz piec ciastka! I dlaczego właściwie nie jesteś w pracy?
Na które z tych pytań mam odpowiedzieć najpierw? Skarbie, jest Wigilia, wziąłem wolne, bo musiałem upiec piernikowe serduszka. Sama mówiłaś, że prawdziwy dom musi pachnieć w Wigilię piernikami. Moja mama też zawsze powtarzała, że Wigilia bez piernikowych ciastek nigdy nie będzie prawdziwa i że muszą być koniecznie w kształcie serca, dlaczego? Nie wiem, ale zawsze wtedy wymieniali z tatą porozumiewawcze spojrzenia, pewnie mieli jakiś sekret z tym związany. - Kamil uśmiechnął się łobuzersko i pocałował Agatę w czoło. Ona dalej stała nieco zszokowana, bo nie spodziewała się czegoś takiego.
Piec nauczyła mnie oczywiście mama, pomagałem jej przy tej czynności wiele razy, tylko jakoś się nie składało do tej pory, żebym tę umiejętność wykorzystał. A w pracy, po prostu wziąłem wolne, myślałem, że będzie fala protestów, tymczasem szef bez słowa podpisał mi prośbę o urlop i chyba firma przez to nie upadnie. A teraz przepraszam Cię, usiądź, odpocznij sobie, a ja dokończę dekoracje pierników bo lukier mi stężeje.
Agata usiadła w salonie i stamtąd patrzyła na męża. Była mu wdzięczna za to, że doskonale zrozumiał jej rozterki sprzed kilku dni i starał się coś zmienić. Widziała, że naprawdę mu na tych zmianach zależy. Uświadomiła sobie, że nie jest są ma ze swoimi problemami i ma w mężu prawdziwe oparcie. Obydwoje popełnili błąd, dużo błędów, na szczęście w porę zdali sobie z nich sprawę i zaczęli je naprawiać. Mieszkanie zaczynało przypominać dom. Ściany co prawda dalej świeciły pustką, ale obydwoje wiedzieli, że to się wkrótce zmieni. Wypełnią je zdjęciami wspaniałych chwil i Agata nawet miała pomysł na pierwsze z nich. Dyskretnie wyjęła telefon i zrobiła zdjęcie krzątającemu się po kuchni Kamilowi. Poczuła, jak wraca gorące uczucie jakim go obdarzyła kilka lat temu. Znów zaczęło płonąć jak kiedyś, a nie tak dawno bała się, że wygasa. Wstała z fotela, podeszła do Kamila i mocno go objęła. On nie pozostał jej dłużny, a z tego, co wydarzyło się potem można wnioskować, że na przyszłe Święta na pewno nie będą sami.

Agnieszka Średnicka
 " Serce z piernika"
Dzień był wyjątkowo mroźny. Oli strasznie nie chciało się rano wstać, ale musiała iść  na zajęcia. Szybki prysznic, ubieranie, delikatny makijaż i była już gotowa. Po drodze wpadła do ulubionej kafejki po kawę, z mlekiem i małą ilością cukru. Do tego kanapka z kurczakiem i jabłko. Wybiegła zza rogu i z impetem wpadła dosłownie komuś w ramiona. Kubek z kawą wyleciał jej z ręki i rozprysł się na chodniku i butach nieznajomego.
  - Strasznie przepraszam, nie chciałam - powiedziała
Chłopak spojrzał na nią i miał ochotę ją udusić, ale utonął w błękicie jej oczu. No słowo daję, takich jeszcze nie widział. 
  - Nic się nie stało - wymamrotał zmieszany i dodał  -Tak właściwie to też moja wina, bo zamiast patrzeć na drogę to zacząłem szukać w torbie telefonu, który nie chciał przestać dzwonić. W tym momencie znów rozbrzmiał sygnał. Dziewczyna powiedziała: 
  -To może odbierz, a ja jeszcze raz przepraszam.
I nim nasz nieznajomy się spostrzegł, już jej nie było. Okazało się, że dzwoniła mama chłopaka - Igora, która poinformowała go, że jego babcia wyszła do sklepu i oczywiście się przewróciła, i złamała nogę. Igor bardzo się zdenerwował, ponieważ mieszkał z babcią i prosił, żeby dziś nigdzie nie wychodziła, bo jest ślisko. Dopytał mamę, do którego szpitala babcia trafiła i powiedział, że natychmiast tam pojedzie. Cieszył się, że ma dziś luźniejszy dzień na studiach i żadnych zajęć porannych. 
Ola dotarła na  zajęcia lekko spóźniona, ale wślizgnęła się cichutko do sali i nikt nie zauważył jej spóźnienia. Zajęcia ciągnęły się okropnie, Ola spoglądała za okno i od czasu do czas myślała o wydarzeniu z rana. Trochę żałowała, że nie zdążyła zagadać do chłopaka, bo szczerze mówiąc wydał jej się znajomy i chciała ustalić, czy już wcześniej gdzieś się poznali. No nic, mówi się trudno. Teraz powinna skupić się na nauce, a nie na zawieraniu nowych znajomości. 
Tymczasem Igor dotarł do szpitala i odszukał pokój, w którym leżała jego babcia, Łucja. Igor był oczkiem w jej głowie i jedynym wnukiem. Po śmierci dziadka Bolesława zamieszkał z babcią i pomagał jej w codziennych czynnościach. Staruszka mieszkała w starej kamienicy, w której niestety nie było kaloryferów, tylko piece kaflowe. Chłopak uwielbiał wieczorami oprzeć się plecami o nagrzane kafle i zajadać rosół z makaronem. Taki rosół umiała ugotować tylko babcia. Babcia była pogodną kobietą i sama potrafiła o siebie zadbać, ale przynoszenie wiader z węglem to było ponad jej siły. 
Igor przysiadł na krześle i czekał aż babcia się obudzi. W końcu babcia się przebudziła i spojrzała na wnuczka.
  -Igorku co Ty ze mną masz? Ciągle jakieś kłopoty - powiedziała
Igor chwycił babcię za rękę i odpowiedział:
-Nic się babciu nie martw, odpoczywaj, a za kilka dni zabiorę Cię do domku. 
Babcia uśmiechnęła się i zapadła w drzemkę. Igor poinformował mamę, że wszystko ma pod kontrolą. Na godzinę 12 musiał być na uczelni, ale po południu znów planował zajrzeć do babci. W drodze myślał o dziwnym porannym spotkaniu. Szkoda, że tak się rano spieszył i nie zdążył zagadać do dziewczyny. 
Tymczasem Ola podążała do szpitala. Trzy razy w tygodniu była wolontariuszką, która umilała czas pacjentom. A to poczytała gazetę, zrobiła niewielkie zakupy. Tego dnia została skierowana na chirurgię. Miała dotrzymać towarzystwa pani, która złamała rękę. W pokoju pielęgniarskim dowiedziała się o numer pokoju pacjentki. W pokoju leżały dwie pacjentki, jedna miała gips na ręce, a druga na nodze. Ola zapytała o samopoczucie i pani z ręką w gipsie poprosiła o zrobienie niewielkich zakupów. Dziewczyna zajrzała jeszcze do kilku pacjentów i wróciła z zakupami do swojej podopiecznej. 
Otworzyła drzwi i kolejny raz tego dnia na kogoś wpadła. Tym razem nic nie upuściła, ale uderzyła dość mocno ramieniem w drzwi. Spojrzała z wyrzutem na osobę, która wychodziła z pokoju i zaniemówiła. To się nie dzieje naprawdę pomyślała, bo znów zderzyła się z tym samym nieznajomym co dziś rano. Igor był równie zaskoczony, ale tym razem to on zaczął przepraszać.
  - Przepraszam , nic ci się nie stało? Jesteś cała? - zapytał
Oli jakoś złość przeszła, odpowiedziała:
  -Wszystko jest ok, naprawdę.
Chłopak wyciągnął rękę i się przedstawił:
  -Igor jestem, miło mi - powiedział
  -A ja mam na imię Ola i też jest mi bardzo miło.
Igor spytał co Ola tu robi, a ona wyjaśniła mu, że jest wolontariuszką  Chłopak opowiedział o babci . Oboje jeszcze nie zdawali sobie sprawy, że ich historia będzie miała ciąg dalszy. Tak to jest, że miłość zjawia się zawsze w nieoczekiwanym momencie. Młodzi ludzie zgodnie stwierdzili, że tak dziwnie rozpoczętej znajomości nie można nie kontynuować , więc wymienili się numerami telefonów. 
Minęło kilka dni. Ola i Igor całymi dniami smsowali. Nie zdążyli się jeszcze umówić na porządną randkę, ponieważ dużo mieli zajęć na uczelni. Zbliżał się weekend i w końcu oboje znaleźli czas na wspólną kolację. Umówili się w popularnej w ich mieście włoskiej restauracji. Ola bardzo się denerwowała przed tym spotkaniem. Igor to fajny chłopak, ale czuła, że to nie jest odpowiednia pora na poważny związek. Tak myślała, ale serce podpowiadało co innego. Starannie wykonała makijaż, zrobiła kreskę na powiece , trochę błyszczyku i już. Pół godziny zastanawiała się, co na siebie włożyć, w końcu postanowiła na prostotę. Założyła czarne rurki i koszulę w sówkowy wzorek i choć za nimi nie przepadała: czerwone szpilki. Uznała, że warto dodać sobie te 10 cm, przy wzroście 160 cm każdy centymetr się liczy. Swoje długie, brązowe , lekko kręcone włosy upięła w luźny koczek. Jeszcze tylko kilka psiknięć ulubionymi perfumami Truth CK i była gotowa. Igor również nie mógł się doczekać  spotkania z Olą. Powiedział o randce babci, która stwierdziła, że Ola to bardzo sympatyczna i skromna dziewczyna. Już dwadzieścia minut przed czasem czekał w lokalu. Zamówił sobie herbatę i czekał. Ola wpadła jak burza i podeszła do Igora. Serce biło jej jak szalone, już dawno tak się nie czuła. A może nigdy?
  - Hej Igor, długo czekałeś? - Zapytała
  - Nie, no co ty, chwilkę czekam i cię wypatruję. 
Rozmowa na początku nie bardzo się kleiła, ale już po chwili rozmawiali tak jakby się znali kilka lat, a nie kilka dni. Oboje w tej chwili z nikim sie nie spotykali, więc uznali, że z przyjemnością umówią się na kolejne spotkanie. Ola niedawno zakończyła swój trzyletni związek, jej były chłopak Maks okazał się totalnym dupkiem, dla którego ważniejsi byli kumple i imprezy. Ola wolała poczytać i mile spędzać czas z grupką przyjaciół, a nie na imprezach z dużą ilością alkoholu. Ciągle musiała odwozić Maksa z imprez, aż w końcu stwierdziła, że to nie ma sensu i dała sobie z nim spokój. Jeśli chodzi o Igora to miał kilka dziewczyn, ale jakoś do żadnej z nich nie poczuł czegoś specjalnego, więc po kilku miesiącach rozstawał się z nimi. Postanowił, że nic na siłę i że poczeka na taką miłość, która go zaskoczy. Ola wtargnęła w jego życie dość gwałtownie i to właśnie o niej myślał, jak budził się rano. Gapił się w ekran telefonu, czytał smsy od Oli i uśmiechał się sam do siebie. Czyżby się zakochał? Sam tej myśli jeszcze nie dopuszczał do siebie. Dni mijały, znajomość tych dwojga młodych ludzi rozwijała się w zawrotnym tempie. Sami byli tym lekko przerażeni, ale czuli, że z dnia na dzień stają się dla siebie kimś ważnym. Igor był czuły, prawił komplementy i do tego wszystkiego potrafił gotować. Ola ujęła Igora swoją delikatnością i tym, że zawsze mógł na nią liczyć. Oprócz wolontariatu w szpitalu, Ola jeździła do schroniska oddalonego kilka kilometrów od miasta. Tam wyprowadzała psiaki na krótkie i długie spacery, a Igor chętnie jej towarzyszył. Krótko się znali, ale obiecali sobie, że kiedyś też zaadoptują psiaka ze schroniska. 
Wielkimi krokami zbliżały się święta.  Oboje zdecydowali, że Wigilię spędzą po trochu w domu każdego z nich. Ola miała tylko o 3 lata starszego brata Dawida, który zawsze zjawiał się w domu na święta. Dawid od kilku lat pracował w Anglii, ale barszczu z uszkami i makiełek nigdy by nie odpuścił. Igor miał siostry bliźniaczki Paulę i Anetę, które chodziły jeszcze do podstawówki.
Ola z Igorem często przesiadywali w mieszkaniu Igora i jego babci Łucji. Dziewczyna bardzo polubiła babcię Igora, jej babcia mieszkała daleko od niej i nie mogła często się z nią widywać, choć niedługo miało się to zmienić. Babcia Łucja zawsze miała jakieś słodkości schowane dla wnuka i jego dziewczyny. W weekend często piekła ciasta, w szczególności jabłecznik - ulubione ciasto Igora. W tej chwili przez nogę w gipsie była niestety uziemiona, ale do Wigilii gips miał być już zdjęty. Ola przyszła do Igora w piątkowy wieczór, chcieli zaplanować listę prezentów, bo święta zbliżały się szybkimi krokami. Dziewczyna potknęła się  na schodach, rękaw utknął w poręczy i urwała guzik. Zapytała babcię Łucję czy ma gdzieś igłę z nitką. Babcia pokazała Oli gdzie ma pudełko z nićmi. Dziewczyna otworzyła pudełko i zamarła. Oprócz nici i igieł w pudełku była jeszcze połówka starego piernika. Ola widziała już taką połówkę, ale nie chciała nic mówić, bo nie wiedziała czy to jest możliwe, że jest to druga połówka tego samego piernika. Babcia zajrzała do pudełka i łezka potoczyła jej się po policzku. Dziewczyna spytała:
 - Pani Łucjo, coś się stało?
 - E, nie, dziecko, to tylko wspomnienia, stare dzieje. Po prostu coś mi się przypomniało. 
 - Może ma pani ochotę mi opowiedzieć, chętnie posłucham- powiedziała Ola
 - A, nie chcę cię zanudzać, Wy młodzi to teraz tylko te fejsbuki, jesteś pewna, że chcesz posłuchać?
 - Pewnie, że tak, bardzo mnie ciekawi historia tego pierniczka. 
Ola zawołała Igora, a Pani Łucja zaczęła swą opowieść.
                                                                 HISTORIA ŁUCJI
Spytałaś, Oleńko, o piernik, a właściwie jego połowę. Ten pierniczek jest bardzo stary, ale bardzo dla mnie ważny. Starałam się przez lata o nim nie myśleć, bo te wspomnienia są dla mnie bolesne. Nie wiem czy ci kiedyś mówiłam, ale mieszkam w tej kamienicy od przeszło pół wieku. Tu się wychowały moje dzieci i też tutaj mieszkała moja ukochana przyjaciółka Martyna. Kiedyś kochała się w moim mężu Bolesławie, ale to ja wpadłam mu w oko, a Martyna oddała w końcu swoje serce Józkowi. Nasza przyjaźń zaczęła się jeszcze w szkole i miałam nadzieję, że będzie trwała wiecznie. Jednak tak się nie stało. w latach 80-tych, a wierz mi , że były to ciężkie czasy, Martyna z Józkiem musiała uciekać za granicę naszego kraju. Józek był oficerem wojskowym i bał się aresztowania, więc postanowił, że za wszelką cenę ochroni swoją rodzinę i któregoś dnia bez uprzedzenia wyjechali .Miałam wielki żal do Martyny, bo nawet nie przyszła się ze mną pożegnać. Pod drzwiami znalazłam tylko karteczkę, że mam jej wybaczyć, ale tak będzie bezpieczniej, jeśli przez jakiś czas nie będziemy się kontaktować. Oprócz karteczki była w pudełku połówka serca z piernika. Co roku przed Świętami, razem z naszymi dziećmi, wypiekałyśmy pierniczki różnorakich kształtów. Czego tam nie było: choinki, domki, bałwanki i oczywiście serduszka. Zawsze też wypiekałyśmy jeden pierniczek ciutkę większy od pozostałych i po upieczeniu dzieliłyśmy na pół. Każda brała swoją połówkę i chowała. Był to taki nasz mały rytuał. Co roku stare połówki wrzucałyśmy do pieca i zastępowałyśmy je nowymi. Ta połówka, która trafiła pod moje drzwi, była najświeższa i teraz już wiadomo, że ostatnia. Poprzedniego wieczoru, przed nagłym wyjazdem Martyny, wypiekłyśmy nasze pierniczki. Przyjaciółka miała jeszcze polukrować i mi później podać. Nigdy bym nie pomyślała, że moja połówka zostanie do mnie dostarczona w zwykłym pudełku, a nie osobiście przez Martynę. 
Pamiętaj, Oleńko, przyjaźń to jedna z najpiękniejszych więzi, jaka może połączyć dwoje ludzi. Przyjaciel to ktoś, kto jest przy Tobie zawsze, nie tylko w radościach, ale przede wszystkim w smutkach. Martyna zawsze mnie wspierała, była na wyciągnięcie ręki. Ile łez wylałyśmy, ale radości też nie brakowało.  Przede wszystkim te litry wspólnie wypitych kaw i omawianie codziennych problemów nas do siebie zbliżyły. To właśnie przy niej nauczyłam się cieszyć z małych rzeczy: słonka za oknem, czy choćby tego, że kwiat zakwitł w doniczce. Te małe rzeczy są podstawą, żeby być w życiu po prostu szczęśliwym.
Martyna po pewnym czasie odezwała się do mnie, napisała list, ale ja, głupia uparciucha, nawet go nie przeczytałam, tylko podarłam. Jakoś nie mogłam jej przebaczyć, że się ze mną nie pożegnała. Na kopercie był jej nowy adres, ale ja nie dość, że podarłam kopertę, to jeszcze wrzuciłam do pieca. Ile nocy przepłakałam, wyzywałam się w myślach, że przez swój upór zaprzepaściłam przyjaźń. Dopiero później dotarło do mnie , że Martyna i jej mąż nikomu nie mogli ufać, takie to były czasy, że dla profitów ludzie zrobiliby wszystko. Oni po prostu się bali. Od ich wyjazdu minęło ponad 30 lat, a ja często się zastanawiam, co się z nimi działo. Próbowałam szukać, pytać, ale nikt nie chciał udzielić mi żadnych informacji, bo nie byłam z rodziny. Dałam w końcu spokój, to właściwie cała historia. 
Ola nie wiedziała co powiedzieć, Igor smutno pokiwał głową. Dziewczyna pogładziła starszą panią po ręce. Nie wiedziała co z tą historią począć, ale wiedziała, że koniecznie musi porozmawiać z Igorem i swoimi rodzicami.
Ledwie wyszli z mieszkania babci Igora, a Ola wypaliła:
 - Igor, ja wiem gdzie jest pani Martyna.
 - Ale jak to? Ty ją znasz? - Zapytał chłopak
 -Igor, nie wiem, jak Ci to powiedzieć - odpowiedziała Ola
 -Najlepiej prosto z mostu - odparł Igor
 -Martyna to moja babcia - wyszeptała speszona dziewczyna
Chłopak zatrzymał się o popatrzył na dziewczynę.
-Ale jak to możliwe? - Spytał
Ola odpowiedziała:
- Przecież Ci mówiłam, że moja babcia Krysia mieszka niedaleko nas, a druga babcia w Kanadzie, ale w tym roku umarł mój dziadek i postanowiliśmy, że babcia wróci do Polski, do nas.
- No faktycznie, mówiłaś, a znałaś historię tego pierniczka?- zapytał
- Tak właściwie nie, ale kiedyś jak byliśmy w Kanadzie to wpadła mi w ręce ta połowa piernika. Babcia Martyna bardzo się zdenerwowała i powiedziała, że mam ją wyrzucić, że już najwyższy czas. Jak spytałam, o co chodzi, to mnie zbyła. Ta połówka była bardzo stara i tylko trochę czerwonego lukru się na niej zachowało. Nie mogłam jej po prostu wyrzucić, więc schowałam ją do kieszeni i przyleciała ze mną do Polski. Czułam, że z tym piernikiem wiąże się coś ważnego.
Igor spojrzał na Olę, przytulił mocno i powiedział:
-Widzisz, my po prostu byliśmy sobie przeznaczeni. Musimy zrobić wszystko, żeby nasze babcie mogły przeżyć jesień swojego życia razem i bez żalu w sercach. Trzeba znów połączyć piernikowe serce.
Rodzice naszych bohaterów zostali wtajemniczeni w plany swoich dzieci. Jakie było zdziwienie taty Igora, Pawła, że mama Oli , Gosia to ta sama kruszynka, którą woził w wózku, jak byli mali. Mama Oli nie pamiętała starej kamienicy, ponieważ jak jej rodzice się wyprowadzali, miała niespełna 2 lata. Długo się zastanawiali czy powiedzieć babciom o tym, że planują coś ważnego w Wigilię. Postanowili, że zrobią im niespodziankę. Trochę się bali o serca starszych pań, ale wierzyli w to, że wszystko dobrze się skończy.
Nadszedł upragniony 24 grudnia. Ola bardzo się denerwowała, ona i Igor spędzili Wigilię w swoim towarzystwie, po trochę w każdym domu i później wszyscy mieli się spotkać w starej kamienicy w mieszkaniu babci Łucji. Ola wraz z rodzicami, babcią i bratem przyjechała pod kamienicę. Babcia Martyna, jak zobaczyła,  gdzie się zatrzymali, to się rozpłakała. 
- Babciu kochana, nie płacz. Chodź, zobacz, kto na Ciebie czeka - powiedziała Ola. 
Pani Martyna nie mogła w to wszystko uwierzyć, że jest w Polsce z rodziną i stoi pod drzwiami ukochanej przyjaciółki Łucji. To się nie dzieje naprawdę. Drzwi otworzył Igor, wziął pod rękę starszą panią i zaprowadził do pokoju. W fotelu koło pieca siedziała jego babcia. To właśnie Martyna odezwała się pierwsza:
- Lusiu kochana, to ja, Martyna. Wróciłam, poznajesz mnie? Ja za wszystko przepraszam, bardzo tęskniłam.
Babci Lusi aż wypadł różaniec z ręki i krzyknęła:
- O matko Boska, Tynka, to naprawdę ty? Czy ja mam jakieś zwidy? Igor, podaj mi natychmiast okulary!  - poprosiła
Martyna zbliżyła się do Lusi i mocno ją objęła. Obie płakały , a wraz z nimi wszyscy zgromadzeni w pokoju. Babcie ściskały się  bardzo mocno i powtarzały:
- Tyle lat, tyle lat, kto by pomyślał.
Igor podał pudełko z nićmi babci Łucji i ona wyjęła swoją połówkę piernika. Babcia Martyna spuściła głowę zawstydzona, że ona swój piernik wyrzuciła, ale wtedy stał się cud. Jej kochana Oleńka wcisnęła jej w rękę tę wyrzuconą połówkę. Babcie dołożyły swoje połowy do siebie. Pasowały idealnie, nie mogło być inaczej. Rozmowy trwały do północy. Trzeba było prawie siłą odrywać babcie od siebie. 
Ola i Igor stanęli pod choinką i chwycili się za ręce. Wiedzieli, że te piernikowe połówki wywróżą im wspólną przyszłość. Mieli nadzieję, że za kilka lat oni będą kontynuowali tradycję pieczenia pierników wspólnie z dziećmi oraz babciami LUSIĄ i TYNKĄ. Nieważne, ile w życiu posiadasz dóbr, ważne, że potrafisz się nimi dzielić. Dzielmy się i nie oczekujmy zapłaty. Każdy dzień jest darem, za który trzeba dziękować, a przede wszystkim należy przebaczać i zawsze znaleźć w sobie siłę do walki nie tylko o swoje, ale przede wszystkim o szczęście swoich bliskich.


Alicja Wiśniewska
„Serce z piernika”

Był mroźny poranek w centrum miasta. W powietrzu unosiło się przeszywające do szpiku kości powietrze, które drażniło nos. Poranna mgła powoli znikała z pola widzenia i odsłaniała architekturę miasta, a zaspani jeszcze ludzie biegiem pędzili złapać swój środek miejskiego przetrwania w celu dotarcia do pracy. W godzinach porannego szczytu trudno było o wolne miejsce w autobusie, tramwaju czy tak zwanej miejskiej „kolejce WKD”. Szczęśliwy między godziną 7:00 a 9:00 rano był ten, kto zdołał wsiąść jedną nogą lub wsadzić swoja rękę do stłoczonego środka komunikacji miejskiej. Choć trudno było nazwać „szczęśliwymi” ludzi, którzy stali zapatrzeni w swoje telefony z miną, jakby podążali na skazanie. Ludzie tłoczyli się jak przysłowiowe sardynki w puszce pozornie udając, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
 Z pozoru szaro – brudne miasto budziło się do życia, aby później przytłaczać rodowitych mieszkańców swoim tempem życia. W odróżnieniu do przyjezdnych – nazywanych popularnie i niezbyt ładnie „słoików” – miasto robiło ogromne wrażenie i początkowo przyprawiało o niemały zawrót głowy. Pałac Kultury i Nauki, starówka, miejskie parki z historią w tle, liczne muzea, teatry, kina i wreszcie głośne kluby i kolorowe centra handlowe przyciągały wzrok i zapierały dech w piersiach. Każdy nowy, kto przyjeżdżał do stolicy z mniejszego i niezbyt dobrze prosperującego miasta w Polsce miał ogromną potrzebę odwiedzania wszystkich tych atrakcji. Nawet migające neony reklamujące kolejną sieć komórkową, ogromne korki i niezbyt przyjemny zapach smogu nie były w stanie zniechęcić młodych zdolnych, którzy chcieli podbijać świat i choć trochę zaistnieć w „wielkim mieście”. Wśród nich była między innymi Wiktoria – dwudziestopięciolatka z marzeniami o świetlanej przyszłości. Wiktoria podążała właśnie do pracy tramwajem. Bardzo lubiła podróżować środkami komunikacji. Oczywiście czuła się przytłoczona różnymi ludźmi, którzy ze wszystkich stron ją otaczali, mimo tego podróże tramwajami pozwalały jej na obserwację miasta zza szyby. Spoglądanie na budynki, ulice no i może w ostateczności na przystojnych mężczyzn pozwalały jej odpływać na chwilę w swoich myślach i zrelaksować się przed wizją trudnego dnia w pracy. 
Wiktoria w ubiegłym roku skończyła studia o kierunku „Administracja”. Dziewczyna nigdy nie miała problemów z nauką, była pracowita i zawsze w terminie przykładała się do powierzonych zadań. Fakt, na początku było jej trochę ciężko – obce miasto, nowi ludzie, brak znajomych i postrach przed niektórymi profesorami sprawiał, że łapała „spadki nastroju”. Ale gdy tylko się zaaklimatyzowała w nowym miejscu i poznała kilka sympatycznych dziewczyn na roku wszystkie „czarne” myśli znikały jak ręką odjął. Administracja to nie było coś, co dziewczyna szczególnie uwielbiała. Wybrała taki kierunek studiów kilka lat temu, bo wtedy jeszcze nie wiedziałado końca, na co innego mogłaby się zdecydować. Administracja wydawała się jej dobrym i w miarę dobrze prosperującym kierunkiem na znalezienie w przyszłości pracy. Okazało się, że jednak kokosów z tego nie będzie, a i praca sama tak łatwo się nie znajdzie. Ostatecznie dziewczyna wylądowała w korporacji – jak większość młodych ludzi. Nie narzekała na zarobki, bo były one wystarczające na jej aktualne potrzeby. Starczyło na opłacenie rachunków wynajętego pokoju, na rzeczy pierwszej potrzeby, a i zawsze znalazły się środki na zakup boskiej bluzki czy butów. Wiadomo, nic nie działa tak dobrze na kobietę jak udane zakupy, a szczególnie nowe, piękne buty, które w magiczny sposób poprawiają najgorszy nastrój. Mimo tego praca w korpo to nie była jej praca marzeń, którą wykonywałaby z miłością i pasją. Chodziła tam żeby mieć się z czego utrzymać, ale papierkowa robota w biurze od 8:00 do 16:00 ją nudziła i męczyła. W życiu chodziło jej o coś więcej. Od kiedy była małą dziewczynką marzyła, żeby piec smakowite słodkości. Dokładnie uwielbiała piec pierniczki. Często wspominała wspólne gotowanie z mamą w jej domu rodzinnym. Mama Wiktorii potrafiła piec wspaniałe cuda cukiernicze i robiła to z uwielbieniem. Rozmaite kremowe, torty, kruche ciasteczka oblane słodką polewą czy ciasta drożdżowe zawsze królowały na stole rodziny Brockich. Cała rodzina zachwycała się talentem kulinarnym mamy Wiktorii, a święta bożego Narodzenia nigdy nie mogły odbyć się bez specjalnego wypieku – świątecznych pierniczków. Wszyscy członkowie rodziny bez wyjątku mówili jednym głosem, że Wanda ma serce do gotowania. To było widać i czuć w potrawach, jakie przyrządzała. Niestety, mama dziewczyny pracowała ciężko w zupełnie innym zawodzie i zbiegiem upływających lat coraz rzadziej miała siły i chęci na tworzenie wypieków. 
Mała Wiktoria w dzieciństwie zawsze pomagała w pieczeniu mamie. Podawała odpowiednie składniki, mieszała, dosypywała cukier według instrukcji mamy, aż w końcu mieszała surowe ciasto w misach i próbowała, czy jest wystarczająco dobre. Oczywiście w tym pomaganiu było więcej zabawy i bałaganu, ale mama zawsze pozwalała córce na przebywanie w kuchni. Kobieta widziała, że jej mała córeczka oprócz frajdy w trakcie kuchennych rewlucji ma smykałkę do pieczenia. Dziewczynka bardzo szybko nauczyła się samodzielnie dostosować odpowiednie proporcje do danego wypieku. Zdarzało się, że nawet caasami upominała mamę, kiedy ta chciała dodać czegoś za dużo lub za mało. 
Początkowo  mama nie dowierzała, ale po kilku nieudanych wypiekach stosowała się do pomysłów małej córeczki. Ku zdziwieniu ciasta wychodziły wtedy idealnie- na miarę współczesnego Master Chefa, a i nawet sama Magda Gessler nie wyszłaby pewnie z podziwu, jakie słodkie i pyszne cudeńka potrafią storzyć matka z córką. Wiktoria jako mała dziewczynka lubiła spędzać w ten sposób czas ze swoją mamą. Obie dobrze się przy tym bawiły i zacieśniały między sobą więź, jaka łączy matkę z córką. 
Dni małej dziewczynki otoczonej zapachami wypieków w ciepłym domu mijały beztrosko ale za szybko. Niewiadomo kiedy, mała Wiktoria stała się dorosłą kobietą, ale cały czas była oczkiem w głowie swoich rodziców. Mama Wanda i tata Witold byli bardzo dumni ze swojej córki. Mimo, że dziewczyna miała już 25 lat i była samodzielna, rodzice widzieli w niej słodką dziewczynkę w jasnobrązowych włosach i szarych oczach z domieszką zieleni, gdy tylko patrzyła w stronę słońca. W końcu każde dorosłe dziecko dla swoich rodziców mimo upływu lat, zawsze pozostawało dzieckiem. Tak jest na całym świecie od wielu, wielu wieków. Dodajmy, że relacje między dziećmi a rodzicami bywają skomplikowane, gdyż są różne typy rodzicielstwa – od nadmiernej opiekuńczości, która skutkuje w przyszłości nieumiejętnością radzenia sobie w życiu już dorosłego czlowieka; po toksyczne relacje między rodzicami, a dzieckiem – które mają równie zły wpływ na psychikę młodego człowieka. Ale to już inne historie, których na szczęście Wiktoria nie miała okazji zaznać. Mimo, że dziewczyna była jedynaczką, nie była rozpuszczona jak przysłowiowy „dziadowski bicz”. Cechowała ją dobroć, wrażliwość, uprzejmość i takt w stosunku do innych ludzi. Sama też pragnęła być dobrze odbierana przez społeczność. W swoim życiu kierowała się dewizą: „Traktuj innych tak, jak sama chciałabyś być traktowana”. Należała raczej do osób stonowanych, cichych i spokojnych. Nie w głowie jej były imprezy do białego rana czy przypadkowe znajomości. Wolała spędzać wieczory czytając ulubione romansidła dla kobiet popijając ciepłe kakao i rozkoszować się tymi chwilami spokoju. Mimo tego, że była osobą spokojną i stonowaną, nie można było powiedzieć, że w jej towarzystwie będzie nudno. Wręcz przeciwnie. Była uosobieniem wulkanu energii, gdy miała taką okazję. Problem w tym, że nie miała zbyt wielu okazji do  rozładowania swoich zapasów energii i wszechogarniającej potrzeby bycia w ruchu. Takie sprzeczności siedziały w tej na pozór cichej i skromnej dziewczynie. Jeżeli ktoś zapytałby, jaka piosenka opisuje tą dziewczynę bezapelacyjnie wygrałby utwór „Cicha woda brzegi rwie” dosłownie opisywałby ją idealnie. Podczas czytania kolejnej, przewidywalnej historii o tym, jak to młoda bohaterka przeżywa kryzys w swoim życiu, a następnie w cudownie przypadkowy sposób spotyka na swojej drodze przystojnego mężczyznę i jej los odmienia się o 360 stopni zawsze śmiała się w duchu. W głębi serca – mimo naśmiewania się z tanich historyjek - jednak skrycie marzyła o takiej miłości jak z książki. Samotne życie jej trochę dokuczało, a długie wieczory dłużyły się... I nie pomagało czytanie czy wysprzątanie całego mieszkania. Bo co to za przyjemność siedzieć samotnie w pustym, wynajmowanym pokoju. Miło jest od czasu do czasu wyjść z kimś na spacer i po ludzku porozmawiać czy pożartować. Albo popatrzeć na otaczający zewsząd kolorowy świat, zalewający informacjami na migających bilbordach ulicami. Lub spacerować alejkami po uroczych parkach, czy to w dzień, czy o zmierzchu i wczuwać się w klimat specyficznych warszawskich Łazienek czy Wilanowa. Zawsze to jakaś inna rozrywka i na pewno milsza niż samotne spacery. Samotność była czasami dobra, ale na krótko. Gdy się wydłużała i człowiek nie miał się do kogo odezwać stawał się wyobcowany i coraz bardziej odsuwał się od innych ludzi. A Wiktoria bardzo tego nie chciała. Bo mimo swojego spokojnego usposobienia nie lubiła siedzieć w miejscu i się nudzić. Odczuwała dużą potrzebę ruchu, aby nie zwariować do końca w tym swoim życiu, w którym chodziła do pracy i z pracy do mieszkania w jednej z dzielnic stolicy. Niektórzy którzy ją znali czasami mówili w żartach oczywiście, czy nie ma aby jakiegoś ADHD albo innej przypadłości. Wiktoria była bardzo ciekawa świata i pełna życia, tyle, że nie miała jeszcze z kim podzielić tego życia i móc urzeczywistnić swoją potrzebę ciągłego ruchu. 
Pewnej pięknej, zimowej soboty Wiktoria postanowiła nie marnować dnia na samotne siedzenie w domu. Dziewczyna zamierzała spożytkować cudowną aurę na spacerze po warszawskiej starówce wśród ludzi. Z racji tego, że był to przedświąteczny czas i urocze uliczki starego miasta wyglądały jeszcze bardziej magicznie nie mogła zmarnować takiej okazji. Wiktoria uwielbiała ten przedświąteczny, zwariowany czas. Lubiła obserwować pędzących ludzi z upominkowymi torebkami w renifery i gwiazdki, zatłoczone galerie handlowe i markety, w  których trwała walka o najlepszego karpia, który w ościach przeczuwa, co go niebawem spotka. Przystrojone sztuczne, sklepowe choinki, mieniące się feerią barwnych lampek, odbijały blask brokatowych, kryształowych bombek, które przykuwały wzrok. Najpiękniejsze były dla Wiktorii te szklane, ręcznie robione, po których widać było, że ich twórca włożył w ich wykonanie całe swoje serce i duszę. Tak jak niegdyś ona z mamą podczas tworzeniu świątecznych pierniczków... Na samo wspomnienie uśmiechała się sama do siebie. Była pewna, że na starówce, wśród jarmarcznych, świątecznych stoisk, jak co roku będzie stoisko ze słodkimi wypiekami. Nie marnowała już więc czasu – ubrała się ciepło,  na głowę założyła wełnianą, różową czapkę z dwoma pomponami, a na nogi wygodne buty – w sam raz na dłuże trasy. Sprawdziła rozkład jazdy w Internecie i wyszła na swój autobus. Droga miała jej dobrze i bez problemów. O tej porze nie było tłoków i mogła w spokoju z radością obserwować znajome już ulice i widoki. Przez dwa lata zdążyła się nieco przyzwyczaić i zapoznać rozplanowanie miasta. Zdarzało się jej jednak, że dalej potrafiła się zgubić na znanej sobie ulicy, którą podążała nie jeden raz. Jej orientacja w znajomości terenu była na marnym poziomie. Bez mapy i wcześniejszego sprawdzenia trasy się nigdzie nie ruszała. Gdy tak powoli jechała autobusem w stronę starówki miała okazję do zatopienia sie we własnych myślach. Bardzo cieszyła się, że przyjedzie na święta do swojego rodzinnego miasta i spotka się z ukochaną rodziną. Cały rok zawsze czekała z utęsknieniem na święta Bożego Narodzenia. To zawsze był niezwykły czas, który w tajemniczy sposób potrafił magicznie zwalniać. Idealnie na wytchnienie po intensywnym, kolejnym, roku życia. Gdy po przyjemnej podróży autobusem dojechała na ulice starego miasta, Wiktoria z radością powoli przechadzała się uroczymi ulicami. Z wielką przyjemnością rozglądała się po tak lubianym przez nią miejscu. Cieszyła oczy widokiem kolorowych światełek, zawieszonych na latarniach i wystawach kawiarenek i restauracji. Z podziwem patrzyła również na piękną – jak co roku – choinkę, ustawioną w centrum starówki. Jak zawsze widok ten zapierał jej dech w piersiach. Czuła, jakby cofnęła się do czasów, kiedy znów jest małą dziewczynką , która nie może doczekać się, kiedy wreszcie zabłyśnie pierwsza gwiazdka na niebie. Na murach Zamku Królewskiego wirowały kolorowe iluminacje świetlne w kształcie fantazyjnych, śnieżnych płatków. Każdy, kto spacerował w tym czasie na warszawskiej starówce był pełen podziwu i radości dla efektu, jaki dawały zimowo – świąteczne dekoracje. Wszystko to powodowało, że czuła klimat zbliżających się wielkimi krokami świąt, a przy tym nieodłączną euforię w sercu. Jednak do pełni szczęścia brakowało jednego, małego fragmentu – odrobiny miłości od ukochanej osoby. Miała tutaj na myśli mężczyznę, z którym mogłaby spacerować i cieszyć się przedświątecznym klimatem. Wiktoria w głębi serca skrycie marzyła o pięknej miłości. Samotność coraz bardziej jej doskwierała i chciałaby móc spędzać wieczory u boku kochającego mężczyzny. W swoim życiu nawiązała znajomości z facetami, ale przeważnie nie były to poważne związki i kończyły się równie szybko, jak się rozpoczęły. Wiktoria nie miała szczęścia do facetów. Kiedy ktoś jej się spodobał i wydawało się, że coś z tego wyjdzie nagle obiekt jej westchnień zmieniał zdanie i zrywał znajomość. Z kolei adoratorzy, którzy usilnie próbowali zdobyć względy dziewczyny nie byli na tyle poważni i odpowiedzialni, żeby związać się z jakąkolwiek kobietą. Nie czekając na złe zakończenie Wiktoria już na początku skreślała absztyfikatnta. Mówi się, że każdy powinien mieć szansę, ale jeżeli robi się złe wrażenie na piewrszej randce jest szansa, że w przyszłości nie będzie lepiej. Po obserwacji kolorowej starówki, Wiktoria udała się w stronę pobliskiego lodowiska. Dziewczyna nigdy nie jeździła na łyżwach, trzymała się więc na uboczu i patrzyła na gromadę ludzi lepiej i gorzej radzących sobie na śliskiej tafli. Obserwowała roześmiane dzieci, nastolatków i dorosłych. Każdy z nich świetnie się bawił i stosował własną technikę jazdy. Większości jazda na lodzie szła z lekkością – wyglądali jakby płynęli. Zdarzały się jednak i takie przypadki, które zaliczały twarde lądowanie na pośladkach. Nikt się jednak nie poddawał – po upadku każdy znajdywał resztki sił, aby się podnieść i próbować jazdę od nowa. - Tak jak w życiu... – pomyślała Wiktoria. - Chodzi o to, aby się nie poddawać, gdy coś się nie uda. Ważne, aby wyjść z tego obronną ręką. Lub mieć twarde pośladki – zaśmiała się w duchu dziewczyna. Na dworze było już dosyć chłodno, co Wiktoria odczuła po zamarzniętych dłoniacodejść od lodowiska. Wiktoria bowiem nie miała ochoty zamienić się w figurę lodową. Rozejrzała się w terenie i ujrzała kilka stoisk, które serdecznie zapraszały jasnością swojego ciepłego światła i parą unoszącą się w powietrzu. Zaciekawiona dziewczyna podeszła sprawdzić, co oferują świąteczne stragany. W drewnianych budkach rozstawione były świąteczne rozmaitości. Zaczynając od bombek choinkowych i innych ozdób, a kończąc na grzanym, korzennym winie i piwie, które idealnie sprawdzi się w zimowy wieczór. Jednak uwagę Wiktorii przykuło szczególnie jedno stoisko. Zapach, który się stamtąd unosił był nie do opisania i w jednej sekundzie przywołał wspomnienia z dzieciństwa. W uroczej, jasnobrązowej budce Wiktorii ukazał się widok ręcznie robionych pierniczków. Dziewczyna nie myśląc ani chwili podeszła bliżej, aby podziwiać te małe – wielkie dzieła sztuki. Były tam różne kształty i kolory – od najprostszych okrągłych przysmaków po bajeczne gwiazdeczki, renifery, mikołaje, choinki i serca. Każdy piernik był inaczej ozdobiony. Można było jednak zauważyć wielką staranność i dokładność w ich wykonaniu. Każda słodkość była inna i niepowtarzalna. Misternie ozdobione ciasteczka aż prosiły się żeby je schrupać. Jednocześnie żal było nadgryźć te śliczne cudeńka z obawy o zmarnowanie ciężkiej pracy włożonej w ich dekorowanie. Chyba nie było dwóch jednakowych pierniczków na tym stoisku. Wiktoria nie mogła wyjść z podziwu. Owszem, robiła z mamą w dzieciństwie pierniczki, ale to co teraz zobaczyła zapierało jej dech w piersiach i wywoływało szacunek i nieopisaną radość. Czuła, jakby unosiła się nad ziemią i odczuwała wielką potrzebę pieczenia pierników. Gdy z żalem serca miała już odejść od stoiska w dalszą drogę, nagle zza skrytego malutkiego pomieszczenia w pierniczkowej budce wyłonił się On. Mężczyzna w granatowej kurtce i ciepłej, wełnianej czapce, z wypiekami na twarzy niósł tacę ze świeżo upieczonymi słodyczami. Aromatyczny zapach unosił się w powietrzu, a para fruwająca nad jeszcze ciepłymi ciastkami apetycznie zachęcała do skosztowania rarytasów. 
- Czy coś podać szanownej Pani? – zapytał uprzejmym tonem mężczyzna.
Wiktoria spojrzała na niego i oniemiała. Mężczyzna – wyglądający na około 27 lat - patrzył na nią swoimi pięknymi oczami, które miały nieokreślony kolor. Wydawało jej się, że są szaro – niebieskie, tajemnicze i przeszywające człowieka na wylot. Wyraźne rysy twarzy łagodził miły uśmiech – naturalny i niewymuszony. Zaskoczona dziewczyna nie wiedziała, co powiedzieć. Była nieco zawstydzona i jednocześnie poczuła dziwne uczucie w brzuchu. 
- Tak tylko przechodziłam obok... – powiedziała nieśmiało. – Ciężko cokolwiek wybrać, bo wszystkie wyglądają przepysznie i uroczo. – odpowiedziała Wiktoria. Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze bardziej i rozpromienił, gdy usłyszał te słowa.
- Dla uroczej Pani szef kuchni poleca serce z piernika. Idealne dla samotnych serc szukających szczęścia. – tajemniczy mężczyzna powiedział to i puścił jej oczko. Zszokowana Wiktoria patrzyła na niego z niedowierzaniem, bowiem skąd on mógł wiedzieć, że jest samotna? Czy wygląda na tak mocno zdesperowaną wariatkę, która usilnie szuka mężczyzny swojego życia? 
- Nie wiem co powiedzieć... – wypaliła w pośpiechu po czym zarumieniła się. 
- Najlepiej nic. Po prostu proszę przyjąć ode mnie serce. Jak na dłoni. A tak w ogóle jestem Przemek – powiedział i wręczył dziewczynie pięknie zapakowane w celofan i misternie ozdobione lukrem i kolorowymi posypkami serce w piernika. Zdumiona Wiktoria nie wiedziała co ma robić. Jej oczy zrobiły się ogromne jak pięciozłotówki, ale mimowolnie się uśmiechła na myśl o całej zaistniałej sytuacji. Po chwili letargu ożywiła się i stwierdziła, że wypadałoby i jej się w końcu przedstawić. 
- Wiktoria. Czy za każdym razem, kiedy przy Twoim stoisku zatrzyma się jakaś dziewczyna wręczasz jej serce z piernika? – zapytała sama sobie dziwiąc się, że w nadmiarze emocji, które ją dziś spotkały udało jej się sklecić w miarę składne zdanie. 
 - Tylko tej jedynej, na której widok zabije mi szybciej serce. – odpowiedział chłopak.
Wiktoria czuła, jak serce bije jej coraz mocniej a puls przyspiesza. Myślała, że serce za chwilę wyskoczy jej z piersi. Nie wiedziała co się dzieje. Czuła w środku jakieś ogromne szczęście, a jednocześnie niepewność, która nieco blokowała jej umysł. 
Mimo tego miała przeczucie, że coś w jej życiu zmieni się na lepsze i wreszcie spotka ją coś pięknego. 
- Co taka piękna dziewczyna robi sama w takim wielkim mieście? – zapytał z uśmiechem Przemek.
- Uwielbiam atmosferę przedświąteczną... – na chwilę Wiktoria zamilkła. – Nie mogłam wysiedzieć w domu mając świadomość, że ulice mienią się kolorowymi ozdobami i wszystko wokół mówi, że Wigilia coraz bliżej. Musiałam wyjść i przewietrzyć umysł. – powiedziała do końca. Przemek uśmiechnął się, a w tym samym momencie wychylił się z zaplecza piernikowego stoiska starszy pan. Miał zamyślony wyraz twarzy, jakby duchem był gdzie indziej. Wyszedł z pomieszczenia schylony i trzymał coś w rękach, na co Przemek natychmiast zareagował pomocą w przytrzymaniu drzwi i zabrał od mężczyzny kolorowe pakunki. Pan wyglądał na około 70 lat, ale jak na swój wiek był całkiem przystojnym i uroczym mężczyzną. Na widok młodych, którzy ucinali sobie miłą pogawędkę rozpromienił się w oka mgnieniu i zaczął lustrować Wiktorię od góry do dołu. Wiktoria to zauważyła i była trochę onieśmielona, jednak mężczyzna widąc to odezwał się prędko:
- No, no... Nie wiedziałem, że mój wnuk kiedykolwiek będzie miał aż TAKIE szczęście. Witam, nazywam się Antoni Solski. Bardzo mi miło, że taka urocza dama zainteresowała się naszym stoiskiem. – powiedział mężczyzna.
- Dobry wieczór, jestem Wiktoria. – odpowiedziała grzecznie dziewczyna. – Pieczenie pierniczków to było w dzieciństwie moje ulubione zajęcie. Zawsze wspólnie z mamą tworzyłyśmy słodkości. Całkiem dobrze nam to wychodziło. – powiedziała Wiktoria i uśmiechnęła się serdecznie do mężczyzny. - To znaczy, że jest pan dziadkiem Przemka? – zapytała Wiktoria.
- Miło mi słyszeć, że mamy wspólne zainteresowanie. To jakiś dobry znak. – mrugnął okiem do dziewczyny. – I zgadza się, jestem dziadkiem Przemka. – odpowiedział Antoni.
Przemek przypatrywał się z boku całej wymianie zdań. Z zadowoleniem słuchał i obserował, jak dziewczyna złapała dobry kontakt z jego ukochanym dziadkiem. Z racji tego, że dziadek Antoni nigdy nie należał do grona zbyt wylewnych i rozmownych osób, tymbardziej chłopak był nieco zdziwiony. 
- Może w czymś panu pomóc? – zapytała Wiktoria. 
- Dziękuję Ci moje drogie dziecko, poradzę sobie. – powiedział z uśmiechem Antoni. – Przemku może zabierzesz Wiktorię na spacer? Jest ciemno i późno, szkoda żeby taka dziewczyna sama przechadzała się po tej miejskiej dżungli. No, Przemciu, zaproś panią na jakąś herbatę i dobre ciastko – powiedział z szerokim uśmiechem dziadek chłopaka.
- Skoro dziadek prosi wnuka to odmówić nie można – powiedział radośnie Przemek i puścił oko do Wiktorii.
Wiktoria zmieszana całą sytuacją nie wiedziała, co ma robić. Miałaby iść z nieznajomym mężczyzną na spacer po Warszawie? Miała lekkie obawy, ale z drugiej strony myślała w duszy „Co mi szkodzi... Wydaje się sympatyczny. Raz się żyje.” Widząc zmieszaną minę Wiktorii dziadek chłopaka ja uspokoił mówiąc:
- Nie martw się dziecinko, Przemek to dobry chłopak. Nauczyłem go dobrych manier więc nic Ci z nim nie grozi. – powiedział serdecznie. – Przemku, nie zawstydź mnie i pilnuj Wiktorii jak oka w głowie. O tak piękny kwiat trzeba dbać. – powiedział poważnym tonem Antoni i lekkim ruchem ręki wskazał młodym drogę w stronę starówki. 
- Możesz być spokojny, dziadku. Nie zawiodę Cię. W końcu dobrego wychowania uczyłem się od najlepszych. – powiedział Przemek.
- Dobrze, już dobrze. Szkoda czasu na pogaduszki, wieczór taki piękny, a Wiktoria nam tutaj zaraz zamarznie na kość. – powiedział Antoni. – Dobrego wieczoru, bawcie się dobrze kochani. – powiedział na pożegnanie.
- Miło było pana poznać, mam nadzieję, że jeszcze się kiedyś spotkamy. – powiedziała Wiktoria.
Antoni tylko uśmiechnął się i usiadł na krześle w swoim stoisku z piernikami. Przemek przed pójściem na spacer wręczył jeszcze dziadkowi kubek gorącej, parującej herbaty z cytryną i wełniany koc do okrycia. Pożegnał się z dziadkiem serdecznie go ściskając i podszedł bliżej do Wiktorii.
Teraz szli oboje ramię w ramię obok siebie. Na początku trochę nieśmiało i w milczeniu. Jednak po niedługim czasie Przemek zaczął pokazywać i opowiadać Wiktorii o jego stosisku z piernikami, które prowadzi co roku z dziadkiem. O pasji gotowania dziadka, którego zaraziła do tego nieżyjąca żona i zarazem babcia Przemka o imieniu Helena. Opowiedział dziewczynie o załamaniu, które miał jego dziadek po śmierci babci. Aby nie dopuścić do złego rozwoju sytuacji Przemek zachęcił dziadka, aby kontynuował pasję babci. Dziadek Antoni początkowo sceptycznie do tego podchodził, bowiem wspomnienia – zbyt świeże – bardzo go bolały. Jednak przemógł się w sobie i posłuchał rady swojego wnuka. Wiktoria również opowiedziała Przemkowi o tym, czym się zajmowała do tej pory, o pasji tworzenia pierniczków, o której teraz znieco zapomnniała w ferworze obowiązków w pracy. Rozmowa bardzo im się kleiła. Mieli różne tematy do rozmów, wzajemnie się słuchali i opowiadali sobie rózne historie ze swojego życia. Powoli zaczynali się lepiej poznawać. Odkrywali stopniowo swoje słodkie tajemnice. Śmiali się i wygłupiali bez opamiętania, jakby znali się od dzieciństwa. W pewnym momencie, podczas ataku śmiechu z jakiejś zabawnej historii Wiktoria prawie upadła na oblodzony chodnik. Prawie – bo Przemek uratował ją z opresji i złapał dziewczynę w locie. Byli teraz na prawdę blisko siebie. Wiktoria mimo grubej wartswy ubrań czuła dotyk Przemka. Patrzyli sobie teraz w oczy i uśmiechali się do siebie. Trwało to chwilę, po czym chłopak postawił z powrotem dziewczynę na chodnik. Oboje mięli iskierki w oczach i rumieńce na policzkach. 
- To musi być przeznaczenie. – powiedział w pewnym momencie Przemek. – Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że wyrósł dzisiaj prosto przed moimi oczami piękny kwiat. – powiedział Przemek cały czas patrząc w oczy Wiktorii.
- Tak... – powiedziała cicho dziewczyna. – To musi być znak z nieba. Skoro dostałam serce z piernika wprost do moich rąk, musi być coś na rzeczy. – powiedziała to i mrugnęła okiem do chłopaka.
- Jednym zdaniem: Połączyły nas pierniki. – powiedział chłopak i zaśmiał się w głos. Widać było radość w jego oczach. Wiktoria także unosiła się nad ziemią po dzisiejszym wieczorze. Przyjechała na starówkę sama, a wraca z mężczyzną. Chyba sama lepiej by tego sobie nie zaplanowała.
- Tak. Przypadki chodzą po ludziach. To co, wybierzemy się na tą kawę i ciastko? Trochę zmarzłam. – powiedziała Wiktoria z łagodnym uśmiechem. Wyglądała teraz uroczo – faktycznie niczym delikatny kwiat, który pod wpływem dobrych czynników dopiero rozkwitnie. Przemek wziął pod rękę dziewczynę i razem poszli w strone przytulnej kawiarenki w centrum miasta. 
- Oby ten nasz przypadek trwał jak najdłużej. – powiedział Przemek. – W końcu nie każdemu daje się serce jak na dłoni.

Marta Niebrzydowska
PIERNIK IM STARSZY TYM LEPSZY

-Zjazd absolwentów? No,nie wiem czy to mi potrzebne?-zamyśliłam się patrząc na zaproszenie jakie przyszło na e-maila-po prawie 20 latach zobaczyć dawnych  znajomych,czy to ma sens?Przecież nic mnie już z nimi nie łączy,no może kilka wspomnień,czasem zabawnych,czasem złych i głupich. Zawarte znajomości zakończyły się wraz z odebraniem świadectwa maturalnego i tyle,albo aż tyle.Z żadną koleżanką nie utrzymuję kontaktu.Co prawda mam kilka w gronie znajomych na faceeboku ,ale bez bliższych relacji. W szkole byłam przeciętną uczennicą,raczej nie wyróżniając się w niczym.Nie miałam wrogów ale przyjaciół też nie.Stosunki jakie mnie łączyły z moją klasą były czysto koleżeńskie. I co teraz mam się z nimi spotkać?Po co ,by zobaczyć kto schudł a komu urósł pokaźny brzuch?
Wszystkie moje myśli dotyczące tego spotkania były na NIE. Jednak coś mnie pchało,coś wołało by tam pojechać.
-A pal go sześć, pojadę.-oznajmiłam mężowi-Akurat mam wolny weekend,tylko szkoda mi dziewczynek bo miałyśmy piec pierniczki,przecież święta już za miesiąc,a wiadomo że pierniki im starsze tym lepsze.
-I w czym problem?-zapytał pewny siebie Kami,mój mąż.-Sami upieczemy te pierniki a tobie zrobimy wielkie piernikowe serce.
-Jak to dobrze że cię mam-przytuliłam się do męża. Byliśmy małżeństwem od kilkunastu lat,a w naszym związku najważniejsze było zaufanie. Mieliśmy dwie córki,dom,pracę. Czego chcieć więcej?
-Wszystko mam-odpowiadałam gdy ktoś pytał jak mi się wiedzie.

Pojechałam,nie do końca przekonana,po co ale ruszyłam w drogę do miasteczka swojej młodości.Gdy tylko dotarłam na parking,wysiadając z auta usłyszałam.
-Borańska jak ty cudnie wyglądasz,a jaką furą jeździsz,no no chyba ci się powodzi?-przekrzykiwały się Baśka z Justyną,witając mnie wylewnie.A zapach ich perfum powalał na kolana i to dosłownie,bo aż mnie zemdliło gdy tak mnie buśkowały.
-Nie narzekam-odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
-O!Patrzcie Kolec i Piernik przyjechali-ekscytowała się Justyna patrząc jak z samochodu wysiadali nasi klasowi koledzy.Oczywiście nazwała ich pseudonimami.
-A wiecie że Piernik jest lekarzem-szeptała Baśka-i to nie byle jakim,bo zrobił specjalizacje z ginekologii.
-Ooo...-zdziwiła się Justyna-to sobie dogodził.Zawsze lubił krótkie spódniczki.
-A jeszcze bardziej to co pod nimi-chichotały dziewczyny,a ja zastanawiałam się "co ja tu robię?"
-Może pójdziemy do szkoły-zaproponowałam,bo jeszcze chwila a moje koleżanki obgadałyby każdego kto wjeżdża na parking,notując w swej pamięci z jakiego samochodu wysiada.
-No masz rację,chodźmy-zdecydował Justyna i w tym samym momencie złapała mnie za łokieć i podekscytowana prawie piszczała z zachwytu-Widzicie tego lexusa?No,nie!Toż to nasza klasowa prymuska Mona.-miała na myśli Monikę Porko, która w czasach liceum była NAJ pod każdym względem.Do tego bardzo ambitna i wszyscy wiedzieli, że zajdzie daleko.
Po ekscesach moich koleżanek w końcu dotarłyśmy do szkoły,a tam panował niesamowity gwar.
-I kto by pomyślał, że dorośli ludzie mogą hałasować niczym dorastająca młodzież?!-zaśmiał się dyrektor szkoły przerywając harmider.
Po części oficjalnej zaproszono nas do klas. Oczywiście nie wszyscy przybyli,a bo to Bożena była w szpitalu.Wojtek na statku bo został marynarzem,ktoś tam jeszcze za granica i nie udało mu się wyrwać. Jednak większość była. I muszę przyznać,że to całkiem fajne uczucie zobaczyć,że to nie tylko mi robią się zmarszczki,ale wszystkie moje koleżanki mają identyczne.Śmiałyśmy się z tego spostrzeżenia ,bo nie tylko ja miałam takie odczucia.Opowiadaliśmy o swoich rodzinach,pracy itd.Było naprawdę sympatycznie.Nawet Monika włączyła się do rozmowy,choć jej wygląd "idealnej Pani doktor" trochę nas dystansował.
-Wiecie osiągnęłam to co chciałam-z duma wygłaszała Monika-najpierw studia na dwóch kierunkach jednocześnie,potem staz na uczelni i wreszcie wymarzona praca.Jestem dr Nauk o Żywieniu Człowieka, wykładam na wyższej uczelni.
-A życie prywatne?-włączył się nagle do dyskusji Bogdan nasz klasowy Piernik-mąż,dzieci,rodzina?!
Monika poczuła zaskoczenie ale nie dała się wytrącić z równowagi.Wszyscy wiedzieli że ona i Piernik to w liceum była para idealna.Oboje piękni,ambitni,chodzili ze sobą już od 2 klasy i nagle tuż przed maturą coś się popsuło.Rozstali się niby z powodu odległych uczelni na jakich mieli studiować.Bogdan walczył o to uczucie,chciał nawet zrezygnować z wybranego kierunku i pójść uczyć się z Moniką.Ona była nieustępliwa i zwyczajnie go zostawiła.Teraz po latach stała z nim twarzą w twarz,wyprostowała się jeszcze bardziej niż przed chwilą i odpowiedziała.
-Mam dom pod Olsztynem,mąż jest profesorem matematyki,mamy psa labradora i jesteśmy szczęśliwa rodziną.
-Psa?!-prychnął Piernik.A cała reszta zamilkła przyglądając się im w skupieniu- A dzieci?!-nie odpuszczał-Nigdy nie chciałaś mieć dzieci? A może nie możesz ich mieć po tym co zrobiłaś?!-rzucał oskarżenia patrząc Monice w oczy.
Ona jakby dostała od kogoś w twarz, odwróciła się nie zwracają na nikogo uwagi,chwyciła torebkę i wybiegła z sali.Wszyscy stali przez moment w osłupieniu,tylko Piernik skulił się w sobie jakby uszło z niego powietrze a na twarzy malowała się rozpacz.Sytuacja stała się patowa dla wszystkich,aż ktoś zaproponował by sięgnąć po przygotowane przekąski i sala odżyła na nowo.
-Niezła afera-zaczęły komentować dziewczyny-ciekawe co to miało znaczyć?
Nie było końca dociekań i spekulacji na temat tego zajścia,ale ja miałam już dość.Wystarczy tych wspomnień pomyślałam i szybko pożegnałam towarzystwo.
"Ależ jestem zmęczona" pomyślałam otwierając samochód i nagle zobaczyłam, że przy sąsiednim aucie ktoś siedzi i płacze.Podeszłam bliżej.
-Monika?-zdziwiłam się ale chciałam jej pomóc-Wstań,to bez sensu,przecież się przeziębisz.
-Już nic nie ma sensu i nigdy nie miało-szlochała Monika podnosząc się z betonowej płyty parkingu.

Aaaa....to coś grubszego pomyślałam i w tym momencie wiedziała po co tu przyjechałam.

Wsadziłam Monikę do samochodu i pojechałyśmy do hotelu gdzie wynajęłam pokój by nie wracać do domu nocą.Monika była jak zahipnotyzowana tylko do tego cała dygotała.Zamówiłam do pokoju wino a gdy moja towarzyszka trochę oprzytomniała usłyszałam.
-Dlaczego to robisz?Ja nie potrzebuję litości!chcesz jakiejś sensacji?O co ci chodzi?
No tak mogłam się tego spodziewać,bo kim ja jestem ,żeby ingerować w idealne życie Pani Dr.Nie z takimi miałam do czynienia-pomyślałam trochę egoistycznie-przecież to mój zawód łatać ludzkie życie ,składałam przysięgę że nie zostawię w potrzebie tego kto się pogubił w swym losie.W końcu jestem dr psychologii ale nie to jest teraz istotne.Teraz muszę spróbować być przyjaciółką-kończąc swe rozmyślania otworzyłam wino,nalała w kieliszki i odezwałam się by przerwać cisze.
-Chciałam napić się wina,a nie miałam z kim. Napijesz się ze mną?-trochę słabe jak na takiego specjalistę jak ja,pomyślałam śmiejąc się w duchu sama z siebie.Przecież nie jestem w pracy a co mi tam mogę trochę poinprowizować.
Monika wzięła kieliszek i powoli sączyła trunek.W rozmazanym makijażu już nie wyglądała tak dystyngowanie jak przed paroma godzinami.
Milczałyśmy obie,ale to Monika przerwała ciszę.
-Nalej mi jeszcze,całkiem niezłe to wino.Mój mąż pije tylko Schardone. Jest perfekcyjny we wszystkim.Poznałam go na studiach,był chodzącym ideałem,do tego bogaci rodzice,koneksje na każdym kroku bo jego ojciec jest politykiem na szczeblu międzynarodowym.
Monika zaczynała opowiadać a ja starałam się nie przerywać.
-Po studiach wzięliśmy ślub,kupiliśmy piękny dom z ogrodem.Dostałam pracę na uczelni.Każdego ranka 7.45 wychodzimy z domu,czasem spotykamy się na lanchu,ok.16 wracam do pustego domu ach zapomniałam jest pies,którego szczerze nienawidzę ale mój mąż go uwielbia. Dwa razy w tygodniu siłownia, raz kosmetyczka.Wieczorem wraca mąż,który więcej uwagi skupia na psie niż na mnie-przerwała popijając wino.
-Monika kochasz go?-zapytałam nieśmiało by jej nie spłoszyć.
-A co to znaczy kochać?-ściszyła głos jakby wstydząc się swego pytania,ale ciągnęła dalej.-owszem sex 3 razy w miesiącu w niedzielę rano,bo jedną poświęcamy na wyjazd do rodziców męża.Czułe słówka?O tak mówi do mnie MIMI , a bo to ja myszka miki jestem? Jednak nigdy mu tego nie powiedziałam,Zawsze jest tak jak on chce,a mi to pasuje,już się przyzwyczaiłam.Miłość jest dla małolatów,w liceum czułam co to miłość- i nagle przerwała,a z oczu popłynęły łzy,zakryła twarz rękoma i zaczęła szlochać.Dałam jaj na to czas podałam chusteczki i czekała.
-Anka ja kochała tylko raz w życiu-zaczęła ponownie mówić-kochałam Piernika i tylko jego.To było niesamowite uczucie,a teraz nie mam nic.Zresztą zasłużyłam na to,ale skąd  on wiedział?!-ożywiła się, a ja chciałam pociągnąć ten wątek bo czułam,że docieramy do sedna problemu.
-Piernik jest ginekologiem-palnęłam trochę na oślep.
-A,to takie buty!To koleżeńska przysługa,niech no ja tylko dorwę tego konowała-wyrzucała z siebie złość.
-Monika nic nie rozumiem-chciałam załagodzić jej wybuch.
-Nie rozumiesz,bo to nie ty jesteś ta zła-wręcz krzyczała jakby chciała się czegoś pozbyć-to ja kochałam tak bardzo,ze zdolna byłam zabić.Teraz rozumiesz?-w jej oczach było szaleństwo-zabiłam tę miłość,zabiłam jego dziecko o czym on miał się nigdy nie dowiedzieć.Zrobiłam to z premedytacją,poszłam do banku wzięłam kredyt,który przez pierwszy rok studiów spłacałam ze stypendium,zapłaciłam jakiemuś lekarzynie,który jak widać okazał się kolegą Piernika, i poddałam się aborcji-na jednym tchu wypowiadała tę bolesną prawdę.-Całe życie się za to biczowałam .Celowo wyszłam za mąż nie kochając.Nie zasługuję na nic dobrego po tym co zrobiłam.A dzieci?Dzieci mnie prześladują.Każde przypadkowo spotkane dziecko uśmiecha się do mnie a ja w tym uśmiechu widzę łzy mojego zabitego dziecka.Nie ma dnia żebym o nim nie myślała,jestem wrakiem człowieka a to co widzisz na zewnątrz to tylko pozory"szczęścia".Zmarnowałam sobie życie przez jedną głupią decyzję.Myślałam że to najlepsze rozwiązanie dla mnie i dla Piernika,przecież oboje chcieliśmy studiować,osiągnąć coś więcej a dziecko by nam to zabrało. Tak mi teraz wstyd.
-Monika jesteśmy tylko ludźmi i popełniamy błędy,czasami bardzo złe,ale to nie koniec.Trzeba żyć dalej.
-Nawet nie wiesz jak bardzo tego żałuję,gdybym mogła cofnąć czas...czuję się taka pusta.
-Monika daj sobie szansę,spróbuj pogodzić się z życiem.
Patrzyła na mnie,a ja czułam że coś się zmienia,że jej umysł pracuje na najwyższych obrotach.Wiedziałam że chce zmiany ale boi się czy starczy jej sił na te zmiany.
-Chodźmy spać-nagle zaproponowała.
Ranek okazał się tragiczny szczególnie dla Moniki,bo wypiła znacznie więcej niż ja.Dlatego postanowiła zostać jeszcze w hotelu.Pożegnałam więc moją koleżankę z mieszanymi uczuciami ale i ziarnem nadziei zmian na lepsze.
-Trzymaj się Monika i pamiętaj że każdy zasługuje na drugą szansę.Zadzwoń czasami.
-Dzięki Anka,nawet nie wiesz jak bardzo dzięki.Zadzwonię.

Dotarłam do domu i co???Już na podwórku czuć zapach pieczonych pierników,ale jeszcze coś czuć?No, nie przypalili piekarnik.
-O mama,mama wróciła-przekrzykiwały się moje córy-a tata za mocną temperaturę nastawił i pierwsze się przypaliły,ale reszta jest super. I zobacz jakie wielkie serce z piernika tata ulepił sam dla ciebie.-przyniosły mi piękne piernikowe serducho.
-Człowiek uczy się na błędach,następnym razem będę już wiedział jaka ma być temperatura piernikowa-usprawiedliwiał się mój mąż.-a tak w ogóle kochanie to dobrze,że już wróciłaś bo ten piernikowy bałagan to już zupełnie nie jest w mojej mocy-pocałował mnie i podnosząc ręce w geście poddania poszedł oglądać telewizję.


ROK PÓŹNIEJ
-Cześć to ja Monika-jaka Monika nie mogłam skojarzyć odbierając telefon-pamiętasz mnie?Klasowa Mona.
-No jasne,że pamiętam-bo już mnie olśniło z kim rozmawiam.
-Wiesz chciałam ci podziękować za tamtą rozmowę.Tak dużo się u mnie zmieniło-ciągnęła monolog a ja tylko przytakiwałam.-Rozwiodłam się,rzuciłam pracę,poszłam na terapię,a teraz jestem taka szczęśliwa.Wyobraź sobie,że Piernik mi wybaczył i jesteśmy razem.Powiedziała,że nie przypadkowo nazywają go Piernikiem,bo zgodnie z porzekadłem "piernik im starszy tym lepszy", on liczył że ja w końcu do niego wrócę.Czekał na mnie. A teraz jestem w ciąży i nie uwierzysz to są bliźniaki chłopiec i dziewczynka.Tyle radości jest w moim życiu i znów poczułam co to znaczy kochać i być kochaną.
-Cieszę się razem z tobą i życzę wszystkiego dobrego.-dodałam kończąc rozmowę.


To bardzo miłe uczucie,gdy widzisz że komuś pomogłeś,że podarowałeś cząstkę swojego czasu.Niekiedy tak niewiele potrzeba by odnaleźć drogę do szczęścia.Wystarczy tylko chcieć.

Anna Bachor 
Piernik

Nie lubiłam podsłuchiwać i zazwyczaj tego nie robiłam, ale wtedy jakoś tak wyjątkowo zatrzymałam się przed drzwiami klatki. Sąsiadka z parteru miała otwarte okno. Usłyszałam płacz dziecka, więc odruchowo przystanęłam.
- Kochanie, obiecuję, że następnym razem pojedziesz, dobrze? Teraz mamusia i tatuś naprawdę nie mają pieniążków!
- Ale mamuś, wszystkie dzieci jadą! Tam będzie Mikołaj i różne zabawy! Mamusiu, proszę!
- Słoneczko… - słyszałam, że głos Karoliny, mojej sąsiadki, się łamie – Gdybym tylko mogła, to podarowałabym ci gwiazdkę z nieba... Kotku, zrozum, nie możemy sobie pozwolić na taki wydatek, dopiero co zepsuł się nasz samochód i zostawiliśmy mnóstwo pieniędzy u mechanika…
- Ale przecież możesz iść do banku po pieniążki! Ja chcę jechać! – płakała dziewczynka.
No tak, jak wyjaśnić coś sześciolatce? Bo myślę, że tyle mogła mieć ta dziewczynka. Zrobiło mi się przykro. Już od jakiegoś czasu domyślałam się, że sąsiedzi mają problemy finansowe. Nie znaliśmy się zbyt dobrze, wprowadzili  się do tego bloku niedawno, kilka miesięcy wcześniej. Wydawali się mili, zawsze uprzejmi i uśmiechnięci. Kiedyś znalazłam w swojej skrzynce ich korespondencję, pewnie listonosz się pomylił. Na dwóch kopertach widniał napis „Pilne wezwanie do zapłaty”. Wystraszyłam się, bo przecież wszystkie należności opłacałam regularnie. Dopiero po chwili spojrzałam na adresata i zorientowałam się, że to pomyłka. Nie zaniosłam tych kopert osobiście, nie chciałam wprawiać ich w zakłopotanie. Wrzuciłam je po prostu do ich skrzynki. Kilka razy spotkałam się też z nimi w osiedlowym sklepie. Zazwyczaj pani Karolina, bo tak chyba miała na imię, kupowała tylko najpotrzebniejsze artykuły spożywcze, a i te tylko z najniższej półki. Kiedyś byłam świadkiem, jak kupiła małej batonika. Najzwyklejszego czekoladowego batona.
- Mam urodzinki? – zdziwiła się dziewczynka, a potem dziękowała mamie.
Teraz dodałam szybko wszystkie fakty i doszłam do wniosku, że muszą mieć naprawdę ciężką sytuację.
W końcu oderwałam się od swoich myśli i czym prędzej ruszyłam do swojego mieszkania. Nie chciałam wzbudzać zainteresowania i wścibskich komentarzy, a stanie przez kilka minut przy drzwiach wejściowych na pewno by wreszcie do tego doprowadziło.
Podczas gotowania obiadu cały czas rozmyślałam o sąsiadach z dołu. Było mi żal tej dziewczynki. Sami nie byliśmy zamożni. Mieliśmy dwójkę dzieci. Kaja miała 8, a Kuba 12 lat. Oboje z mężem pracowaliśmy, ale nie zarabialiśmy kokosów. Codzienne wydatki, opłaty i rata kredytu pożerały prawie całe nasze wypłaty. Na szczęście mąż był złotą rączką i czasem dorabiał po godzinach, ja udzielałam korepetycji z matematyki i jakoś sobie radziliśmy. Nie brakowało nam na jedzenie i podstawowe potrzeby, stać nas było na ubrania i buty dla dzieci i co roku jeździliśmy na wakacje. Wprawdzie nie były to dwutygodniowe wczasy all inclusive w Tropikach, a tylko kilka dni nad Bałtykiem, ale jednak.
Przez cały czas w głowie dźwięczał mi smutny głos dziewczynki, że wszystkie dzieci jadą, że będzie Mikołaj… Nie miałam pojęcia, co to za wycieczka i ile może kosztować. Domyślałam się, że pewnie z przedszkola. W końcu podeszłam do szafy i sięgnęłam po szkatułkę, w której trzymałam swoje oszczędności. Chciałam za nie kupić nową torebkę, polowałam na nią od jakiegoś czasu, ale kosztowała ponad 100 zł i powiedziałam sobie, że kupię ją dopiero, kiedy odłożę z korepetycji. Odłożyłam już jakiś czas temu, ale ciągle mi jakoś nie po drodze było do sklepu. Teraz pomyślałam, że przecież bez tej torebki przeżyję, nie jest mi aż tak potrzebna. Może w styczniu będzie przecena? A ta dziewczynka miała w głosie tyle żalu i smutku…
W jednej sekundzie podjęłam decyzję. Włożyłam banknot do koperty, na karteczce napisałam „Przesyłam pieniądze na wycieczkę. Nie mogę pozwolić na to, by tak grzeczna dziewczynka przegapiła okazję do spotkania ze świętym Mikołajem! Elf Pomocnik” i wrzuciłam do skrzynki sąsiadów. Jakoś tak miło i lekko mi się zrobiło.
Wieczorem powiedziałam o wszystkim Jankowi. On jednak ostudził mój zapał.
- A skąd wiesz, co to za ludzie? Może wezmą te pieniądze i stracą na coś innego? Masz pewność, że zapłacą dzieciakowi za tę wycieczkę? – spytał mąż.
- Nie, nie mam takiej pewności. Ale wydaje mi się, że są naprawdę uczciwi i że zapłacą za tę wycieczkę. Słyszałam w głosie jej mamy, że też jej na tym zależy i chciałaby sprawić dziecku radość…
- Nawet jeśli są tacy uczciwi, to sama mówiłaś, że mają ciężką sytuację. Może uznają, że te pieniądze lepiej przeznaczyć na coś innego, niż jakieś wycieczki. Ty jak zawsze musisz zbawiać świat, a nawet tego nie przemyślałaś – stękał.
- A ty jak zawsze marudzisz i widzisz tylko czarne strony. – odpowiedziałam zła.
Mąż zepsuł mi całą radość! Jednak po cichu nadal wierzyłam, że dzięki mnie spełni się marzenie tej malutkiej.
Przez kolejne dni jakoś uważniej przyglądałam się sąsiadom. Łapałam się nawet na tym, że specjalnie po kilka razy wychodziłam na dwór – to ze śmieciami, to do skrzynki… Z nadzieją, ze ich spotkam, że coś zobaczę, czegoś się dowiem. Zdarzało mi się też otwierać okno, kiedy widziałam, że zbliżają się do bloku. Z jednej strony czułam się niezręcznie, jak jakiś szpieg obserwator. Z drugiej wiedziałam przecież, że nie robię tego w złej wierze. Bardzo chciałam jeszcze czegoś się dowiedzieć, jakoś pomóc, ale nie wiedziałam, jak…
Olśniło mnie nagle, dzień przed Mikołajkami. Wpadłam na chytry, ale genialny pomysł. Wykorzystałam fakt, że Kuba był u kolegi, a Janek miał jakąś fuchę. Musiałam nieco minąć się z rzeczywistością, ale miałam dobre zamiary. Najpierw wyjaśniłam sprawę Kai, następnie zeszłyśmy piętro niżej i zapukałyśmy do drzwi sąsiadów.
- Dzień dobry – uśmiechnęła się pani Karolina.
- Dzień dobry – odpowiedziałam i udając zakłopotanie, dodałam – Ja bardzo panią przepraszam, że nachodzę i że w ogóle ośmielam się o to pytać, ale… Zapomniałam kluczy, męża nie ma, syn wróci za godzinę, a na dworze zimno… Może mogłybyśmy wejść na chwilkę i poczekać u Pani?
 Kobieta uśmiechnęła się serdecznie i zapewniła, że nie ma najmniejszego problemu.
- Już od dawna nosiłam się z zamiarem, by Państwa zaprosić, Maja nie ma z kim się tutaj bawić, często pytała o tę dziewczynkę, która mieszka nad nami. Ucieszy się – powiedziała i zawołała w głąb mieszkania - Maja, zobacz, mamy gości.
Uśmiechnęłam się, podziękowałam i weszłyśmy. Mieszkanie było skromnie urządzone, ale schludne i czyste. Usiadłam na kanapie, pani Karolina poszła wstawić wodę na herbatę. Dziewczynki od razu pobiegły się bawić.
Nawet nie zauważyłam, kiedy minęłam godzina, tak miło nam się rozmawiało. Karolina okazała się przesympatyczną kobietą, z którą miałam wiele wspólnych tematów. Dowiedziałam się o nich nieco więcej. Karolina pracowała jako sekretarka w jednej z lokalnych firm, a jej mąż, Grzegorz, pracował w firmie zajmującej się wykończeniami wnętrz.
- O, a mój mąż ostatnio miał jakąś dodatkową robotę i narzekał, że przydałby mu się ktoś do pomocy! – przypomniało mi się nagle.
Zauważyłam, że oczy Karoliny robią się wielkie, jak spodki.
- Gdyby coś to mój mąż naprawdę jest bardzo pracowity i chętnie pomoże… A jak to mówią, każdy grosz się przyda – uśmiechnęła się, starając, by ton jej głosu brzmiał jak najbardziej naturalnie.
Ja jednak wiedziałam swoje. Janek rzeczywiście narzekał czasem, ze przydałby się ktoś do pomocy. Może mógłby mu pomagać Grzegorz? Janek byłby zadowolony, Grzegorz trochę by dorobił… Już wiedziałam, że jeszcze dziś obgadam ten temat z mężem!
Kiedy zaczęłyśmy się zbierać, dziewczynki były niepocieszone. Zaproponowałam, że może następnego dnia Maja wpadnie pobawić się do nas.
- Jutro nie mogę, bo jadę do Wioski Mikołaja! Do prawdziwej! I będę się bawić z Mikołajem i patrzeć, jak produkuje prezenty – Maja zaczęła podekscytowana opowiadać o wyjeździe, a ja poczułam, że serce zaczyna mi szybciej bić i na widok jej radości łzy napływają do oczu.
- Tak, rzeczywiście. Majka jedzie jutro na wycieczkę. W ostatniej chwili ją dopisałam, właściwie cudem… - urwała Karolina – Aż się serce raduje, kiedy widzę jej szczęście – uśmiechnęła się.
Poczułam coś tak cudownego… Nie potrafię tego nawet nazwać słowami, ale to było bardzo przyjemne i fajne uczucie. Wieczorem opowiedziałam o wszystkim mężowi.
- Widzisz? A ty taki sceptyczny byłeś! – zganiłam go.
- No już, już. Jak zwykle miałaś rację, mój ty elfie pomocniku – zaśmiał się i przytulił mnie.
- A co będzie z tymi fuchami? Mam numer telefonu do tego Grzegorza, może rzeczywiście mógłby ci pomóc? Wracałbyś wcześniej do domu, byłbyś mniej zmęczony…
- Zobaczę, kochanie. Nie wszystko naraz. – odpowiedział.
Wiedziałam, że o tym pomyśli i że pomoże sąsiadom. Narzekał, marudził, ale w gruncie rzeczy też był bardzo empatyczny.
Zasypiałam szczęśliwa.
Następnego dnia wpadłam na kolejny pomysł. Kupiłam trochę słodyczy i jakąś grę planszową. Zapakowałam wszystko, dołączyłam karteczkę ‘Wesołych Mikołajek, Majeczko! Elf Pomocnik” i zostawiłam obok drzwi sąsiadów. Trochę bałam się, czy ktoś inny nie ukradnie prezentu, ale miałam nadzieję, że tak się nie stanie. I rzeczywiście – przy kolejnym spotkaniu Maja pochwaliła się Kai, że znalazła pod drzwiami prezent mikołajkowy. Uśmiechnęłam się słysząc te słowa. Podczas tej wizyty Majki u nas dowiedziałam się wielu przykrych rzeczy…
- Ile ty masz zabawek! I jakie kolorowe pierzynki! I lampki! I jakie ładne obrazki! ¬– zachwycała się, wchodząc do pokoju Kai.
- Jaki wielki telewizor!  I prawdziwy komputer! – dziwiła się, wchodząc do naszego pokoju.
- A ktoś ma urodzinki? – pytała z kolei na widok cukierków, które leżały w półmisku.
W łazience spodobała jej się nawet pasta do zębów Kai, jej szczoteczka i … płyn do płukania tkanin!
- Jaki ładny misiu! A co to jest? – spytała, a kiedy jej wyjaśniłam, że misiu, który sprawia, że ubrania są mięciutkie, odpowiedziała – Też bym takiego chciała! Naprawdę! Ale super!
- Na pewno będziesz taki miała – uśmiechnęłam się, obmyślając w głowie kolejny chytry plan.
Janek kolejny raz nieco marudził i kręcił głową.
- Nie przesadzasz? Ja wszystko rozumiem, ale najpierw te pieniądze na wycieczkę, potem prezent na Mikołajki, a teraz to? My też nie śpimy na kasie. Zresztą, gadałem z tym całym Grzegorzem i biorę go na następną fuchę, to dorobi. Już nie bądź taka Matka Teresa z Kalkuty!
- Janek, to już ostatni raz, naprawdę! To prezent taki … świąteczny powiedzmy i na tym koniec, obiecuję! – powiedziałam, przytulając się do  niego.
Następnego dnia zrobiłam internetowe zamówienie w hurtowni chemiczno-przemysłowej. Zamówiłam podstawowe produkty – proszki, płyny, mydło, jakieś szampony, balsamy itp. Opłaciłam przesyłkę z góry, a kuriera zamówiłam na nazwisko i adres sąsiadów. W miejscu „uwag” dopisałam adnotację, że mam gorącą prośbę, by dołączyli karteczkę, że to od Elfa Pomocnika. Miałam nadzieję, że magia zbliżających się świąt udzieliła się także pracownikom i dopisanie tych kilku słów nie sprawi im kłopotu.
Od czasu naszego pierwszego spotkania częściej wpadałyśmy do siebie z Karoliną, w którąś sobotę zaprosili nas na kolację, w ramach podziękowań za dodatkową pracę dla Grzegorza. Dzieciaki się bawiły, my gadaliśmy. W którymś momencie Majka wpadła do pokoju i powiedziała:
- A widziała pani płyn w łazience? Miała pani rację! Mam taki sam, z misiem! Dostaliśmy ich kilka, ale nie wiadomo, skąd. Mama nawet się trochę boi, bo nie wiemy, kim jest ten Elf Pomocnik, ale tak ją prosiłam, by wyprała mi w nim sweterek… A zresztą jakby ten Elf był zły, to nie dawałby mi prezentów i nie zapłacił za moją wycieczkę. Ja lubię tego Elfa Pomocnika.
- Tata na mamę mówi Elf Pomocnik – wtrącił automatycznie Kuba.
Wszyscy chyba poczuliśmy się trochę zmieszani i nie wiedzieliśmy, jak zareagować. By zmienić temat, spytałam Kaję, czy posprzątały zabawki i zaczęłam wychwalać sałatkę Karoliny. Chyba wszyscy jednak czuliśmy się niezręcznie. Ja bałam się, czy Karolina się czegoś nie domyśla, jej pewnie było głupio, że Majka opowiedziała tę historię przy wszystkich. W końcu to na pewno nic przyjemnego dla niej…
Na szczęście nikt z nas nie podjął tego tematu ani wtedy, ani przez kolejne dni. A te leciały bardzo szybko, nawet się nie obejrzałam, kiedy nadeszła Wigilia.
Od rana uwijałam się jak w ukropie. Ja siedziałam w kuchni i gotowałam, dzieciaki z Jankiem ubierały choinkę. Z płyty leciały kolędy, za oknem zaczął prószyć śnieg… Było po prostu bajkowo, magicznie.
W pewnym momencie usłyszałam dzwonek do drzwi. Wytarłam dłonie – lepiłam właśnie pierogi i były całe w mące – i poszłam otworzyć. Na progu stały Karolina z Majką. Karolina trzymała miseczkę, pełną pierników.
- Mówiłaś, że nie potrafisz piec i nigdy ich nie masz, a święta bez pierników, to nie święta – uśmiechnęła się – Więc postanowiłyśmy podzielić się naszymi.
- A to specjalny piernik. Piernikowe serce, sama je zrobiłam! – powiedziała z dumą Majka, podając mi krzywo wycięty kształt z całą masą lukru – Dla Elfa pomocnika, proszę mu bardzo podziękować, bo mamusia mówiła, że Pani go dobrze zna.
Nie wiedziałam, jak zareagować i co powiedzieć. Chciałam zaprotestować, ale przerwała mi Karolina.
- Domyśliłam się. Już wcześniej, ale wtedy na kolacji nabrałam pewności. Nie wiem, co powiedzieć… Bardzo dziękuję! Podarowałaś mojemu dziecku i nam tyle dobra, tyle radości! Nie jesteśmy w stanie się odwdzięczyć, nic nie możemy ci dać… Jedynie to piernikowe serce…
Poczułam łzy na policzkach. Obie płakałyśmy. Majka patrzyła na nas zdziwiona i zdezorientowana.
- A czemu wy płaczecie? Elf nie lubi pierników? Albo brzydko go ustroiłam? – spytała.
- Nie, kochanie! To najpiękniejszy pierniczek, jaki w życiu widziałam! Elf na pewno będzie przeszczęśliwy! – powiedziałam szczerze.
Zaprosiłam dziewczyny na herbatę. Przy stole wyjaśniłyśmy sobie wszystko. Opowiedziałam Karolinie o usłyszanej przypadkiem rozmowie i o całej reszcie. Cały czas dziękowała mi i powtarzała, jak bardzo jej głupio.
- Przestań! Już dostałam swoje podziękowanie, z toną lukru do tego – zaśmiałam się - Ale skoro tak się upierasz, to możesz jeszcze kiedyś zaprosić nas na tę pyszną sałatkę – puściłam jej oko.
- To może … dziś? Co robicie wieczorem? Wybieracie się gdzieś? A może spodziewacie się gości? – spytała.
Zaskoczyła mnie. Ale w sumie nigdzie nie jechaliśmy, do nas też nikt nie przyjeżdżał. Z entuzjazmem przystałam na jej zaproszenie. Zawsze myślałam, że im więcej osób przy wigilijnym stole, tym lepiej. Tak… świąteczniej.
Wieczór rzeczywiście był bardzo magiczny. Dzieliliśmy się opłatkiem, śpiewaliśmy wspólnie kolędy. Majka co jakiś czas podchodziła z kolejnym pytaniem dotyczącym Elfa Pomocnika. Chciała wiedzieć wszystko – skąd go znam, ile ma lat, jak wygląda, gdzie mieszka i jak dowiedział się o jej wycieczce. Brakowało mi już pomysłów na kreatywne odpowiedzi!
Do domu wróciliśmy przed północą. Spojrzałam na krzywe piernikowe serce, leżące na stole. Uśmiechnęłam się. Byłam szczęśliwa i zadowolona. Już nie czułam wyrzutów sumienia, że zatrzymałam się wtedy i podsłyszałam Karolinę. I ani przez moment nie żałowałam, że nie kupiłam sobie torebki, że zrezygnowałam z kilku przyjemności, by zrobić Majce prezent mikołajkowy, czy wysłać im paczkę z kosmetykami i środkami czyszczącymi. Wiedziałam, że przyniosło to tylko pozytywne skutki. I nie miałam na myśli tylko radości Majki. Najważniejsze było to, że zyskaliśmy wspaniałych przyjaciół. A to jest warte więcej, niż kilkaset złotych.

Karolina Cichocka

Już JEJ nie ma

Zapach przypraw korzennych wyrwał Zuzannę z zamyślenia. Zawsze uwielbiała te smaki. Od pewnego czasu kojarzyły jej się z jedną z lubelskich knajpek. Tam piła najlepszą kawę świata. Zresztą w każdym miejscu, które odwiedzała, próbowała lokalnych przysmaków, albo po prostu czegoś nowego. Lubiła też eksperymentować w kuchni. Znajomi chętnie ją odwiedzali pod byle pretekstem, wiedząc, że za każdym razem oprócz dobrego towarzystwa dostaną jakąś pyszność.
Ostatnio jednak coś się zmieniło. Unikała towarzystwa. Zdarzało się, że nie otwierała drzwi przyjaciołom, mimo że była w domu. Ten stan trwał od kilku tygodni. Przyszedł zupełnie niespodziewanie. Nic nie wskazywało na to, że jej misternie budowane życie nagle legnie w gruzach. Dość wcześnie musiała zacząć radzić sobie sama. Kiedy miała trzy lata, jej ojciec trafił do szpitala. Dopiero wiele lat później dowiedziała się, że był to szpital psychiatryczny. Matka chyba nie wytrzymała napięcia i pewnego dnia po prostu znikła, zostawiając ją zupełnie samą. Gdyby nie sąsiadka, którą zaniepokoił ciągły płacz dziecka, nie wiadomo, co by się z nią stało. Pozbawiona opieki, najpierw trafiła do pogotowia opiekuńczego, później do domu dziecka. Spędziła tam dwa długie lata. Szybko zorientowała się, że może mieć tylko to, co sobie wywalczy. Najpierw nauczyła się, jak nie pozwalać starszym dzieciom odbierać sobie deseru. O dziwo, uszanowali jej stanowczość. Później walczyła o pościel, dostęp do zabawek i do tego, na czym zależało jej najbardziej – do zainteresowania wychowawczyni. Pani Eliza, którą nazywali ciocią, opiekowała się najmłodszą grupą. Zastępowała im mamę i tatę. Znała lekarstwo na każdy smutek, a jednocześnie starała się wychowywać ich na mądrych i dobrych ludzi. Wiedziała, że nic nie zatrze ran, które spowodowała utrata rodziców. Niektórzy nie żyli, inni postanowili ułożyć sobie życie bez zbędnego balastu. Nigdy nie była w stanie tego zrozumieć.
Po roku Zuzię zaczął odwiedzać tata. Przychodził w każdą sobotę i niedzielę. Początkowo dziewczynka była nieufna, jednak z czasem znów nawiązali nić porozumienia. Było jak dawniej. Obiecywał, że wkrótce zabierze ją do domu, prosił o cierpliwość. Sam ciągle nie miał pewności, kiedy to będzie możliwe. Sąd nie był mu przychylny. Musiał dostarczyć wiele dokumentów i opinii lekarzy. W końcu uznano go za zdolnego do opieki nad dzieckiem, jednak trwało to kolejny rok.
Po powrocie do domu musieli nauczyć się żyć razem na nowo. Zuzka miała już pięć lat, chodziła do przedszkola, a ojciec musiał się nauczyć prowadzić dom, opiekować dzieckiem i godzić to z pracą zawodową. Wielokrotnie myślał o tym, że kobiety muszą mieć jakiś dodatkowy zmysł, który pozwala im ogarniać rodzinną rzeczywistość, nie zaniedbując przy tym spraw zawodowych. Zdarzało się, że o czymś zapomniał, nie zawsze udawało mu się zdążyć na czas, jednak z biegiem lat wszystkiego się nauczył. Zuzia zawsze miała czyste i wyprasowane ubranie, pięknie zaplecione warkocze, zadbane książki i zeszyty. Żyło im się razem bardzo dobrze i nie odczuwali, że kogoś im brakuje. Smutno robiło się tylko w okolicach Dnia Matki. Ale tata nie zawodził nawet wtedy i pojawiał się na przedstawieni razem z grupą mam. Zaskakujące, że koledzy wcale jej z tego powodu nie dokuczali, przeciwnie, podziwiali, że ma takiego świetnego tatę.
Gdy Zuzanna kończyła liceum, ojciec zaczął podupadać na zdrowiu. Miewał kłopoty z pamięcią, w wyniku czego w końcu stracił pracę. Dziewczyna musiała zrezygnować z wymarzonych studiów i zacząć zarabiać na utrzymanie domu. Z pomocą przyszedł jej przyjaciel ojca. Zatrudnił ją w swojej firmie, mimo że nie miała żadnego doświadczenia. Sam przekazał jej niezbędną do tej pracy wiedzę i zaproponował pensję przewyższającą stawki obowiązujące na rynku. Nie mogła unieść się dumą, potrzebowała tej pracy. Umiała wykorzystać i docenić daną jej szansę.  Pracowała ciężko, aby jak najlepiej wypełniać swoje obowiązki. Troskliwie opiekowała się ojcem, prowadziła dom i sprawiała, że ich życie znów  było spokojne. Nie było jej lekko, ale przywykła do swoich obowiązków. Nie lubiła, gdy ktoś okazywał jej współczucie. Nie uważała tego za poświęcenie. To naturalna kolej rzeczy, najpierw rodzice opiekują się nami, później my nimi, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Tata lubił, gdy odwiedzali ich przyjaciele córki. Mówił, że przy nich młodnieje. Chętnie pomagał Zuzce w kuchni. To były takie ich szczęśliwe chwile. Dawniej jadali proste, tradycyjne dania, teraz mogli się wspólnie rozkoszować egzotycznymi smakami, albo niezwykłymi połączeniami klasycznych składników. Znajomi zastanawiali się, skąd Zuzanna bierze na to wszystko siłę i jak znajduje czas, aby wypełnić swoje obowiązki. Do tego zawsze mogli liczyć na jej wsparcie, choć wydawałoby się, że sama najbardziej go potrzebuje.
To wszystko było już przeszłością. Pół roku temu ojciec odszedł. Wszystko przez to serce. Kiedy była jeszcze w domu dziecka, tata przyniósł jej piękne piernikowe serce. Nie chciała go zjeść, lecz przez lata pielęgnowała je jak największy skarb. Tego feralnego dnia piernik spadł z półki podczas sprzątania. Rozsypał się na maleńkie kawałeczki. W tym samym czasie z pokoju obok dobiegł dziwny hałas. Gdy tam zajrzała, ojciec leżał nieprzytomny na podłodze. Próbowała go reanimować, wezwała pogotowie, lecz to wszystko na nic się zdało. W jednej chwili została sama.
Ostatnie tygodnie oprócz żałoby przyniosły inne rozterki. Dlaczego opuściła ją matka? Często zdarza się, że to ojcowie opuszczają rodziny i nie interesują się dziećmi, ale mama to mama. Powinna być teraz przy niej i ją wspierać. Powinna być z nią przez te wszystkie lata. Dlaczego musiała tak szybko dorosnąć? Dlaczego musiało ją tyle ominąć? Dlaczego do tej pory o tym nie myślała, a teraz ma do niej tak wielki żal? Nawet nie do końca potrafi myśleć o niej jak o matce. To dla niej właściwie obca kobieta. Nigdy nawet nie zadzwoniła, nie napisała listu, nie próbowała się wytłumaczyć. Skrzywdziła nie tylko ją, przede wszystkim skrzywdziła ojca. Nawet nie ma pojęcia, jak cierpiał, nie mogąc odzyskać córki. Odebrała mu wszystko, co kochał.
I znów ten zapach przypraw korzennych… Tym razem Zuzie zrobiło się cieplej na sercu. Tacie byłoby przykro, gdyby zobaczył ją w takim stanie. Musi się wziąć w garść.
Poszła do kuchni. Nalała do garnka wody i zaczęła przyrządzać ulubiony syrop piernikowy do kawy. Pomyślała też, że nie ma sensu pić jej w samotności i w tym momencie usłyszała pukanie do drzwi. Zawahała się przez chwilę, jednak zdecydowała, że wreszcie otworzy. Była już gotowa na spotkania z przyjaciółmi.
Nacisnęła klamkę i zamarła. Za progiem stała ONA. Nie pamiętała, jak wyglądała w młodości, ale od razu ją rozpoznała. Po prostu wiedziała, czuła jakimś szóstym zmysłem. Jednak nie mogła się odezwać ani poruszyć. Stała jak sparaliżowana. Matkę najwyraźniej również przerosła ta sytuacja. Zuza miała wrażenie, że stojąca przed nią kobieta zaraz ucieknie, a jednak ciągle stała i patrzyła jej w oczy. Po kilku minutach obie się odwróciły. Zuzanna zamknęła drzwi, a stojąca przed chwilą przed nimi matka, ruszyła w stronę schodów.
Po kilku minutach dziewczyna wyszła z domu i skierowała się do cukierni. Kupiła w niej największe serce z piernika, jakie mieli. Postawiła je na miejscu tego, które kiedyś dostała od taty. Znów poczuła, że ON jest blisko i teraz pęka z dumy, że jego mała córeczka poradziła sobie w takiej trudnej sytuacji.
A matka… Nigdy więcej się nie pojawiła. Zuza czasem myślała, że tamto spotkanie było tylko wytworem jej wyobraźni.

Justyna Gross

Pracownia uczuć zagubionych


Każdy mieszkaniec nadwiślańskiego miasta zachwycał się początkiem jesieni. Zażółciły się liście. Walczyły z przygasłą zielenią o dominację na drzewach. Na jezdni kręciły piruety niczym tancerki na lodzie. O świcie łąki okrywały się kołdrą z gęstej mgły. Babie lato cieszyło amatorów fotografii. Portale społecznościowe zapełniały się zdjęciami polskiej złotej jesieni.
Dla Igi był to czas wytężonej pracy. Zbierała szyszki, liście, żołędzie, korzenie, owoce
i inne skarby natury, by w malutkiej pracowni przy ulicy Kościelnej w Grudziądzu ozdabiać wianki i stroiki. Większość zamówień w tym momencie wiązała się ze zbliżającym się dniem Wszystkich Świętych. Nieliczni zamawiali jesienne dekoracje do swoich domów.
Iga nie widziała artystycznych zabiegów tej pięknej pory roku, spektaklu złotych świateł i cieni w konarach drzew, ponieważ zawsze patrzyła pod nogi. Nie z powodu poszukiwania materiałów do rękodzieła, a bardziej z przyzwyczajenia. Od najmłodszych lat ta nieśmiała dziewczyna starała się być niewidzialną. Jako małe dziecko zakrywała rączkami oczy i wołała: „nie ma mnie”. Dorosła Iga sądziła, że jeśli nie spogląda w oczy mijanych osób, to one również jej nie dostrzegają. Bycie niewidzialną opanowała do perfekcji, ubierając się w neutralne beże, popiele, zgaszone zielenie i czerń. Długie włosy mysiego koloru wiązała w koński ogon, bladoniebieskich oczu nigdy nie podkreślała makijażem, a wąskie usta nie zaznały pomadki. Jej twarz pokrywała galaktyka piegów,
a rumieniec pojawiał się na policzkach dziewczyny w najbardziej nieodpowiednim momencie. Jak ona go nienawidziła! Co innego, gdy rumieni się dziewczynka. Dorosła kobieta czerwona jak burak wydawała jej się żałosna. Skryta kobieta nie miała wielu przyjaciół. Nie narzekała jednak na brak klientów, gdyż to magiczne miejsce pracy przyciągało jak magnez każdego wrażliwego na piękno człowieka. Spod jej palców wychodziły prawdziwe cuda, które układała przy dużej witrynie, by mogły cieszyć oko wychodzących z Bazyliki św. Mikołaja wiernych lub spacerujących zabytkową uliczką turystów.
Spoglądanie pod nogi miało według  Igi same zalety. Od lat znajdowała różne rzeczy, nie tylko surowce do pracy, ale również biżuterię, pieniądze, zabawki, dokumenty,
a nawet aparaty telefoniczne oraz  przenośne konsole do gier.  Znalezione przedmioty przynosiła do pracowni, wkładała do własnoręcznie zdobionych słoi oraz pudełek
i ustawiała na regale. Pocztą pantoflową, a także internetową rozeszło się po Grudziądzu, że w małej pracowni nieopodal bazyliki można odnaleźć zgubę. Przyjęło się również, że można znalezisko tu zostawić, a uczciwa artystka odda je właścicielowi. Znoszono zatem do Igi różności i zamieszczano na Facebooku ich zdjęcia z dopiskiem: „Do odebrania w pracowni rzeczy znalezionych”, bo tak ochrzczono to miejsce.
***
W pracowni rzeczy znalezionych rozległ się dźwięk zabytkowego dzwonka u drzwi. Do oświetlonego licznymi świecami, niewielkiego pomieszczenia  wszedł starszy pan.
- W czym mogę pomóc? – zapytała Iga, nie odrywając oczu od wianka, gdyż do momentu zastygnięcia kleju musiała przytrzymywać kilka żołędzi jednocześnie. Wystarczyłby moment nieuwagi i cała praca poszłaby na marne, czego nie mógł wiedzieć jej gość.
Zbity nieco z tropu niecodziennym zachowaniem wobec klienta, zaszurał nerwowo nogami i drżącym głosem powiedział:
- To może przyjdę, gdy pani nie będzie tak zajęta.
- Ja zawsze jestem zajęta- odpowiedziała właścicielka pracowni.- Za dwa dni pierwszy listopada, a mam jeszcze do realizacji trzydzieści wianków. Proszę do mnie mówić, a ja dokończę kleić ten element.
- Nazywam się Józef Rogowski. Mówili mi, że tu jest takie miejsce, gdzie można przynieść znalezioną rzecz- staruszek z trudnością odważył się wyjaśnić tej dziwnej kobiecie cel swojej wizyty.
Klej nabrał odpowiedniej gęstości i Iga mogła w końcu spojrzeć na starszego pana,
by przywitać się jak należy.
- Iga Malinowska- podała mu rękę. - Nieoficjalnie można. To takie trochę samozwańcze biuro rzeczy znalezionych- wyjaśniła.
Pan Józef zwykle nie miał problemu z wyrażaniem swoich myśli. Jednak ta kobieta, niby młoda, a ubrana w bezkształtne i bure coś, brudna na twarzy i ze słomą w rozczochranych włosach onieśmielała go i trochę przerażała.
- Ki diabeł? Może to czarownica?- pomyślał. Wyprężył jednak odważnie pierś, bo w końcu przeżył wojnę i żadne tam czupiradło mu nie straszne.
- Znalazłem broszkę- powiedział i drżącą ręką położył ją ladzie.
Gdy Iga sięgnęła po znaleziony przedmiot, z przerażeniem zauważyła swoje czarne paznokcie. Zaczerwieniła się po czubki uszu.
- Przepraszam za mój wygląd. Dziś sama wiłam wianki z łodyg dzikiego chmielu, a to bardzo brudna robota. Spuściła wzrok i całą uwagę skupiła na broszce, by nie uciec ze wstydu na zaplecze.
Broszka była misternym dziełem utalentowanego jubilera. Jej podstawę stanowiła srebrna wstęga z wygrawerowanymi gałązkami świerku. Do niej artysta przymocował srebrne płatki śniegu i serce wyrzeźbione z bursztynu, okolone srebrnym lukrem niczym świąteczny piernik.
- Jaka piękna!- Iga pogładziła bursztynowe serduszko. - Po raz pierwszy w życiu widzę tak niezwykłą, bożonarodzeniową broszkę. Musi być sporo warta- westchnęła.
- Myślę, że ma ona dla kogoś bardziej sentymentalną wartość- stwierdził Józef.- Od kiedy ją znalazłem, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że dla damy, która ją zgubiła, zbliżające się święta będą bardzo smutne.
- Proszę się nie martwić- Iga po raz pierwszy uśmiechnęła się do gościa.- Umieścimy ją
w słoiku z Aniołem Stróżem. Wierzę, że figurka na wieku przyniesie nam szczęście. Wcześniej zrobię jej zdjęcie i zamieszczę ogłoszenie na moim facebookowym profilu. Na dwa tygodnie wykupię też reklamę postu, dzięki czemu dotrzemy do wielu mieszkańców Grudziądza.
- Nie wiem, o czym panienka do mnie mówi, ale podoba mi się ten entuzjazm. Czuję, że dobrze trafiłem- roześmiał się staruszek. Broszka jest tu bezpieczna. Zatem nie przeszkadzam. Do widzenia- ukłonił się i wyszedł, opierając się o białą laskę.
Iga zaś wróciła do wianków, które tego dnia wyjątkowo nie chciały z nią współpracować. Pośpiech i przemęczenie nie pomagały w procesie tworzenia.
***
Po dniu Wszystkich Świętych listopad ruszył pędem, jakby go gonił grudzień. Słońce rzadko wyłaniało się zza gęstych chmur, niemal codziennie siał drobny deszcz, a silny wiatr zdmuchnął z drzew wszystkie liście.
Iga nie widziała ogołoconych gałęzi, bo jak zwykle patrzyła na czubki swoich wygodnych butów lub, jak mawiała jej mama, liczyła chodnikowe płyty. Stawiała ostrożnie kroki na gnijących liściach i po raz setny tego dnia powtórzyła w myślach, jak bardzo nienawidzi listopada.
Znicze i sztuczne kwiaty wróciły do magazynów, a sklepy zapełniły się świątecznymi dekoracjami i słodyczami. Iga rozumiała biznes i pamiętała, że również musi przez dwa miesiące zrealizować wiele świątecznych zamówień. Postanowiła, że pójdzie za przykładem doświadczonych handlowców i  udekoruje też swoją pracownię.
Na koniec roku musi zarobić więcej, gdyż w pierwszym kwartale rzadko kiedy klienci do niej zaglądają.
W telewizji zaroiło się od świątecznych reklam, w radiu puszczano „Last Christmas”,
a w pobliskiej galerii handlowej Alfa powieszono świetlne girlandy.
Skostniała Iga weszła do swojej pracowni. Rozejrzała się z dumą. Sama stworzyła to miejsce. W zabytkowym kredensie, własnoręcznie oszlifowanym i pobielonym, stało mnóstwo kartonowych pudełek. Każde z nich było inne. Z ich ścianek uśmiechały się pulchne anioły, ciepło odziane dzieci ciągnęły choinkę po ośnieżonej drodze, a para staruszków trzymała się za ręce. Zbierane kartony po butach otrzymywały drugie życie. Ozdobione zimowymi obrazkami kryły w sobie materiały do świątecznych dekoracji: szyszki, kulki, oszronione rajskie jabłuszka, pomponiki, kokardki, drewniane gwiazdki i choinki, piórka, a nawet szkiełka oszlifowane niczym diamenty.
Iga rozpaliła w kaflowym piecu, bo ten gazowy jak zwykle był skręcony do minimum przez właściciela kamienicy, a kaloryfery ledwo ciepłe. Zapaliła świece, włączyła świąteczne melodie i zabrała się do pracy.
W tym roku oprócz wianków postanowiła uwić stożkowe choinki i je udekorować.
Dzwonek u drzwi oznajmił nadejście klienta. A może nie?
Do środka wszedł młody mężczyzna w poliestrowych dresach z trzema lampasami po bokach i bejsbolówce z dużym, płaskim daszkiem. Rozejrzał się wokół, jakby czegoś szukał.
- Ta… Przyszedłem po broszkę. Tą z Fejsa- powiedział.
- To pana broszka?- zapytała podejrzliwie Iga.
- Jo.
- Chce mi pan powiedzieć, że przypina pan tę broszkę do dresów?- zadrwiła.
- Jo- odpowiedział odruchowo.- To znaczy, nie!- zreflektował się.- To mojej laski.
- Jak ma na imię pana hmm… kobieta?
- Kto?- nie zrozumiał.- Aaaa... Ona jo? Dzida.
- Ma na imię Dzida?- Iga otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.
- Jo. Głupia Dzida. Ha iha- zaśmiał się niczym osioł.
- Co za poziom- pomyślała.- Proszę mi opisać tę broszkę- powiedziała do chłopaka już niemal pewna, że kłamie.
- No taka… Eee… jak to broszka- jąkał się. - Do zapinania kurwa nie?!- zdenerwował się.
- Proszę mi tu nie rzucać wyzwiskami! Jeszcze pan przepędzi ducha świąt. Niech ta pana Dzi… to znaczy partnerka tu przyjdzie, najlepiej z dowodem na to, że jest właścicielką broszki.
- Jakim kur… znaczy się, jakim pani dowodem?- zdziwił się.
- Może ma paragon, choć wydaje mi się, że to wiekowy wyrób. Prędzej spodziewałabym się zdjęcia na którym ona  lub jej krewna ma broszkę na sobie. Może też przyjść osobiście i ze szczegółami opisać mi klejnot. Celowo zrobiłam takie zdjęcie, by nie było na nim widać detali przedmiotu- wyjaśniła.
- Jo. Głupia jesteś!- warknął i wyszedł  trzaskając drzwiami.
- Coś czuję, że mogą mi się przydać kraty w witrynie oraz duży groźny pies pilnujący regału- pomyślała Iga.- Broszka, nawet na fotografii o słabej rozdzielczości wyglądała na cenną.
Iga sięgnęła po klejnot i przypięła go do szala. Od razu nabrał ekskluzywnego wyglądu, nie z tej epoki. Bursztynowe serce z piernika zainspirowało kobietę do nowego projektu. Owinęła się miękkim szalem i zabrała do pracy. Z pudełka wyciągnęła serduszka z masy solnej.
- Będziecie pierniczkami- powiedziała.
Pomalowała je na brązowo i wykończyła srebrnym pisakiem niczym misterną koronką, starając się jak najwierniej odtworzyć wzór z bursztynowego serca. W innych pudłach poszukała srebrnych śnieżynek i kokardek. Tymi elementami udekorowała wiklinową choinkę. Pomazała ją na koniec białą farbą niczym śniegiem, a na czubku przykleiła srebrną gwiazdę.
- Cudna!- klasnęła w ręce.- Będzie mi ciężko się z nią rozstać- pomyślała i ustawiła drzewko na wystawie.
***
Tego ranka w radiu rozgorzała dyskusja na temat komercjalizacji Bożego Narodzenia. Zaproszony gość przekonywał redaktora, że powinniśmy „z całą tą szopką poczekać do początku grudnia”, by święta nam się za bardzo nie opatrzyły i byśmy nie zdeptali w końcu własnego entuzjazmu i ducha świąt.
Iga lubiła ten przyspieszony przedświąteczny rozgardiasz. Nie miała czasu, by rozmyślać nad swoją samotnością i pustymi miejscami przy wigilijnym stole. Nie miała męża ani partnera. Ojca straciła jako kilkuletnia dziewczynka, a mama odeszła dwa lata temu.
Mama- całkowite przeciwieństwo Igi- piękny, rajski ptak. Nigdy nie zakładała rzeczy
w burych kolorach. Nie znosiła czerni. Wielokrotnie wyrzucała córce, że chowa się
w szarości i nijakości tkanin. Iga nie dała się namówić na kupno ubrań w żywych barwach. Z jednym wyjątkiem. Na pogrzeb mamy ubrała się w czerwoną sukienkę, tego samego koloru płaszcz, a na nogi założyła czerwone szpilki, czym zszokowała żałobników,
a najbardziej sędziwego proboszcza. Wszystkie oczy były skierowane na nią, zatem jej twarz przybrała barwę ubrania, uwidaczniając liczne piegi i błękit jej oczu. Z drżącym sercem wyszła na środek kościoła.
- Taka była wola mamy. Znacie ją… znaliście... Z Helenką się nie dyskutuje- powiedziała do zgromadzonych.
Goście, o dziwo, pokiwali głowami i się uśmiechali, a dusza Helenki chichotała, kołysząc się na obłoku, rada, że wszystko poszło po jej myśli.
Jeśli mama Igi myślała, że przekona ją ostatnią wolą do kolorów i zmieni jej nawyki, to się bardzo myliła. Czerwona kreacja nie opuściła więcej starej szafy.
Wspomnienie mamy natchnęło Igę do nowego projektu. Inspiracją były pompony, tak lubiane przez Helenkę.
- Kolejny wianek udekoruję różowymi i białymi pomponami- powiedziała do siebie
i spojrzała w stronę wejścia, gdyż dzwonek wieścił nadejście klienta.
- Moja kobieta zgubiła broszkę, jak kiedyś szlim za szajerkiem- wyrecytował i pogłaskał się po łysej głowie.
- Serio?!- wyrwało się Idze.- Znowu Dzidka?
- Dzida to lacha Dresa. Moja to Lalka- sprostował dumnie łysy.
- I pana kobieta również zgubiła srebrną broszkę?- zakpiła.- To epidemia jakaś!
- Nie, my wzięli coś na grypę i my zdrowi- zapewnił osiłek.
Iga pokręciła głową z rezygnacją.
- Proszę przekazać partnerce, że ktoś już się zgłosił po broszkę.
- Że komu?
- Pana Lalce- uściśliła.
- Aaaa… Ok. To nara- wybiegła jakby się paliło.
Reklama na Facebooku nie była dobrym pomysłem. Iga postanowiła ją zakończyć, bo połowa mieszkańców grudziądzkiej Starówki złoży jej wizytę. Ponownie rozważała też przygarnięcie psa, zważywszy, że za oknem robiło się ciemno już po szesnastej, a okolica nie wydawała się zbyt bezpieczna. Tyle zwierząt czeka na adopcję w schronisku. Pomogliby sobie nawzajem. Pies zyskałby dom, a ona obrońcę i przyjaciela. Z tym optymistycznym postanowieniem w głowie Iga stworzyła nowy wianek- piękny i słodki jak wspomnienie o barwnej Helence. Położyła go w coraz bardziej świątecznej witrynie. Niebawem przytknięte do szyby, zmarznięte nosy przechodniów będą codziennością.
***
Połowa listopada zaskoczyła kierowców śniegiem. Jeszcze bardziej zaskoczyła służby drogowe. W konsekwencji od rana w Grudziądzu panował komunikacyjny paraliż.
Iga postanowiła zrobić sobie wolny dzień. Sparzyła kawę z dodatkiem cynamonu oraz  miodu i wróciła do łóżka, by czytać „Serce z piernika” Magdaleny Kordel. Jak ta powieść pachniała piernikami!
- Mam pomysł- pomyślała.- Muszę zadbać o świąteczny zapach w pracowni. Upiekę pierniczki i położę na ladzie, nadzieję pomarańcze goździkami, a na wianuszkach umieszczę anyżowe gwiazdki i laski cynamonu- postanowiła.
Koło południa wyskoczyła z łóżka z głową pełną pomysłów, marzeń i postanowień. To był idealny dzień, by zrealizować też projekt „przyjaciel”. Po raz pierwszy poczuła, że ma konkretny cel w życiu i że- o dziwo- ma ochotę zaszaleć kolorystycznie. Zamiast beżowych czy popielatych ubrań wybrała biel. Z przyjemnością spojrzała w lustro. Może nie było to osiągnięcie rangi zdobycia pięciotysięcznika, ale w tej chwili Iga wspięła się na szczyt swoich kolorystycznych możliwości. Z sercem na dłoni pojechała do Ośrodka Opieki nad Zwierzętami w Węgrowie.
Na miejscu zapoznała się z regulaminem adopcji, oświadczyła, że ma odpowiednie warunki, by przyjąć psa i ruszyła na poszukiwanie czworonoga. Kudłate przeznaczenie siedziało w trzecim boksie i wcale nie wyglądało na stremowane. Czarny pies w białym krawacie i brązowych, puchatych skarpetkach spoglądał na Igę z dumą. Iga przetarła oczy, gdyż wydawało jej się, że kudłacz pogłaskał się po srebrnej brodzie.
- Dziwoląg prawda?- zagaił pracownik ośrodka.- Natura miała poczucie humoru- roześmiał się serdecznie.
- To jest on- powiedziała kobieta zdecydowanie.- Mój pies.
- Jest pani pewna?- zdziwił się.- Może poznamy pozostałych pensjonariuszy?
- Nie trzeba- ucięła.- To jest moja Karma.
Drżącą ręką podpisała umowę adopcyjną, wpłaciła darowiznę na schronisko i ruszyła do samochodu z wcale niezdziwionym psem.
Imię Karma przyszło jej do głowy, gdy spojrzała w oczy zwierzakowi i nawet fakt, że był to pies, nie był w stanie odwieść Igi od tej decyzji.
- Zrobię ci szyld z napisem: „Ten Karma”- powiedziała do psa już w domu.
Przygotowała nowemu lokatorowi legowisko przy oknie, a w kuchni miseczki z wodą
i pokarmem, rozpaliła w kominku i usiadła w starym, wygodnym fotelu, by kontynuować czytanie powieści. Tymczasem Karma obszedł cały dom, obwąchał nowe legowisko
i wskoczył Idze na kolana.
- Hola, hola! Musimy na początku ustalić panujące w tym domu reguły- powiedziała, starając się zachować powagę.
Karma położył pysk na jej brzuchu i westchnął.
- Może od jutra- złamała się.- Jednak skoro masz zamiar władować mi się do czystej pościeli, muszę cię wykąpać.
***
Pani Helenka pogłaskała córkę po głowie anielskim skrzydłem. Iga spała jak zwykle
w pozycji embrionalnej, a w zgięciu jej nóg chrapał zwinięty w kłębek pies o żeńskim imieniu. Pani Helenka wiedziała, że od tego poranka będzie już tylko lepiej.
***
Iga dorzucała do pieca węgiel, gdy usłyszała dźwięk dzwonka. Do pracowni wszedł elegancko ubrany mężczyzna. Jego ciemne włosy i wyglądający na drogi płaszcz pokrywały płatki topniejącego śniegu. Otrzepał buty i podszedł do lady rozglądając się
z zainteresowaniem po bajkowym pomieszczeniu. Pies obrońca podniósł leniwie kudłaty łeb i zareagował na przybysza machnięciem ogonem.
- To ci waleczny Karma- wyrwało się kobiecie za ladą.
- Słucham?- zdziwił się mężczyzna.
- Nieważne- speszyła się dziewczyna i odruchowo położyła dłonie na palących ją policzkach.- W czym mogę panu pomóc?
Mężczyzna roześmiał się i wskazał jej twarz.
- A coś pan taki zdziwiony?!- zacietrzewiła się.- To rumieńce. Kobieta po trzydziestce nie może się rumienić?- zgasiła uśmiech na twarzy zarozumialca.
- Najmocniej przepraszam panią po trzydziestce- ukłonił się teatralnie.- Ma pani czarne policzki.
Iga krzyknęła i pobiegła na zaplecze. Gdy wróciła, jej policzki nie były już czarne, tylko przybrały ognisty kolor.
- Chce pan zamówić świąteczne dekoracje?- przeszła do rzeczy, by nie przedłużać własnego upokorzenia.
- W zasadzie nie- zaczął- choć są piękne- dodał, by nie denerwować kobiety. Z każdą chwilą wydawała mu się bardziej interesująca, owiana tajemnicą i trochę nie z tego świata. Zachowała nie tylko dziecięcą urodę, ale również niewinność i emocjonalność, którą dorośli butami odpowiedzialności zwykli upychać na dno duszy.
- Przyszedłem w nietypowej sprawie… Nie wiem, jak to powiedzieć, by nie wzięła mnie pani za wariata...- plątał się.- Chodzi o broszkę.
- Pana dziewczyna też zgubiła broszkę?- zadrwiła.
- Zdecydowanie nie ma szans, by wyjść na wariata przy tej szalonej kobiecie. Może to czarownica?- pomyślał.- Tylko czy czarownice noszą fartuszki w Mikołaje?
- Nie mam dziewczyny- odpowiedział- za to mam babcię, która przechodząc obok pani witryny, zauważyła tę piękną choinkę. Proszę zrozumieć, to staruszka. Powiedziała mi, że autor tej dekoracji musiał widzieć jej broszkę. Chciała do pani wejść, ale było zamknięte. Ten klejnot bardzo dużo dla niej znaczy. Jest jedyną pamiątką rodzinną, która przetrwała wojnę. Gdy Rosjanie zdobyli Grudziądz i plądrowali mieszkania na Starówce, babcia ukryła broszkę w dziurawym bucie.
Iga niemal zapomniała oddychać słysząc tę historię.
- Dlaczego babcia nie przyszła do mnie osobiście?- zapytała.
- Chciała- zapewnił.- Tylko jej to wyperswadowałem, widząc jakie ma wysokie ciśnienie. Gdybym nie zgodził się tu przyjść, to bym siłą nie zatrzymał staruszki w domu. W końcu wojnę przeżyła. Dlatego stoję tu przed panią i jak ten głupi łudzę się, że wie pani cokolwiek o losach broszki.
Iga podeszła do regału i sięgnęła po słój z Aniołem Stróżem.
- Tak się składa, że mam pańską rodzinną pamiątkę. Znalazł ją pan Józef i przyniósł do pracowni, ponieważ tu zazwyczaj lądują znalezione rzeczy. Broszka natchnęła mnie do wykonania choinki, jaką widziała pańska babcia.
- Grzegorz jestem- wyciągnął do niej rękę.
- Iga- podała mu zimną dłoń- oto twoja broszka.
- Jednak jesteś czarodziejką- roześmiał się.-  To poproszę jeszcze tę choinkę.
Iga zapakowała dekorację oraz broszkę w szary papier i przewiązała czerwoną kokardą,
w którą wetknęła gałązkę świerku.
- Wszystkiego najlepszego i Wesołych Świąt!- krzyknęła do wychodzącego mężczyzny,
a on obdarował ją w zamian najpiękniejszym świątecznym uśmiechem.
- Dziś Karmo robimy szaro-czerwone stroiki- powiedziała do psa obronnego i rozpoczęła proces tworzenia, opierając plecy o ciepłe kafle pieca.
***
Dni mijały szybko, pchane na sankach przez dziecięce marzenia. Pracownia zapełniła się pięknymi ozdobami, kolorowymi lampkami,  zapachem świąt i mnóstwem klientów. Karma był ulubioną maskotką okolicznych dzieci, które przychodziły do Igi na pierniczki i gorącą czekoladę. W tym roku kobieta poczuła się częścią lokalnej społeczności, a bycie zauważaną okazało się nie takie straszne, jak malowała je dziecięca wyobraźnia. Kolorowe ubrania dominowały w garderobie Igi, a uśmiech stał się jej znakiem rozpoznawczym.
Tego dnia planowała zamknąć szybciej pracownię, by móc zająć się przygotowaniem własnego domu na święta. Wychodząc, na progu pracowni spotkała Grzegorza rozprawiającego radośnie z trzymającą go pod rękę staruszką.
- To pewnie babcia- pomyślała. - Zapraszam do środka– powiedziała do niespodziewanych gości.
Ubrana w biel niczym anioł, elegancka starsza pani weszła do pracowni. Oczy jej błyszczały na widok ręcznie wykonanych dekoracji.
- Dzień dobry. Mam na imię Maria. Przyszłam osobiście podziękować pani za dobre serce. Nie wiem, czy mój wnuk zrobił to należycie.
- Nie ma za co. Niewiele w tym mojej zasługi. Broszkę znalazł miły pan Józef, a ja tylko zajęłam się selekcją jej rzekomych właścicieli- stwierdziła i opowiedziała o dziwnych wizytach związanych z klejnotem.
- Teraz rozumiem twoją reakcję, gdy zapytałem o bursztynowe serce z pienika- roześmiał się Grzegorz.
Zniecierpliwiony Karma zaszczekał.
- A to kto?- zapytała staruszka.
- To mój przyjaciel i jedyny członek rodziny, który niestety musi już wyjść na spacer- wyjaśniła Iga.
- To odprowadzimy cię kawałek- dodał mężczyzna.
Podczas spaceru brukowymi uliczkami starego Grudziądza pani Marysia opowiedziała Idze historię broszki i miłości swoich rodziców. Grzegorz wydawał się być nieobecny duchem, ale może już słyszał tą opowieść wiele razy.
- Mam pewien pomysł- przerwał nagle kobietom wspominki.- Może zaprosimy Igę do nas na kolację wigilijną, oczywiście z Karmą?- spojrzał błagalnie na babcię.
- Ale nie ma potrzeby- słabo oponowała Iga.
- To cudowny pomysł- powiedziała stanowczo staruszka i podniosła rękę w królewskim geście, ucinając wszelkie dyskusje. Decyzja zapadła.
***
Niepotrzebnie Iga denerwowała się wigilijną kolacją. Grzegorz i Maria przyjęli ją jak członka rodziny. Mężczyzna nie ukrywał, że jest zafascynowany czarodziejką, która nie tylko przyniosła własnoręcznie wykonane prezenty, ale przede wszystkim ciepło, jakiego brakowało w starej kamienicy i w życiu jej mieszkańców.
Maria, patrząc na tych dwoje nieśmiało ze sobą flirtujących, zacierała pod stołem ręce. Pani Helenka również się radowała. Najchętniej przybiłaby piątkę staruszce, ale to jeszcze nie był ten czas. Późnym wieczorem Maria położyła na kolanach Igi małą paczuszkę.
- To taki dodatkowy prezent- powiedziała do zdziwionej dziewczyny.- Otwórz dziecko.
Wewnątrz pudełeczka była srebrna broszka z bursztynowym sercem z piernika.
- Ale tak nie można- powiedziała Iga ze ściśniętym gardłem.
- Mnie wszystko wolno. Taki przywilej wieku- powiedziała Maria drżącym głosem.
- Nadszedł czas, by przekazać dalej ten talizman- starsza pani złapała się za serce.- A teraz wybaczcie, ale jestem zmęczona i się położę. Grzesiu się tobą zaopiekuje drogie dziecko. Dobranoc- powiedziała i dyskretnie mrugnęła do wnuka.
Wzruszona Iga obracała w dłoniach prezent, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Grzegorz podszedł do niej i pocałował samotną łzę, zbłąkaną na piegowatym policzku.
- Mam nadzieję, że to łza szczęścia czarodziejko z pracowni uczuć zagubionych- wyszeptał.
Karma powiedziałby im, co o tym sądzi, w końcu wybiła północ, jednak dyskretnie podążył za starszą panią do jej sypialni.

Celina Mioduszewska
O sercu z piernika metaforycznie

25 grudnia 2004
Pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia. Wszyscy (ja, Bartek – mój mąż i dzieci – Iza, Adrian, Natalka i Adaś) byliśmy na pasterce – w nowej świątyni. Adaś spał. Trzymaliśmy go z Bartkiem na rękach – na przemian. Rano z trudem podniosłam się z łóżka. Zawładnął mną jakiś kryzys.
Około 12.00 pojechaliśmy do Grodzi. Na świąteczny obiad (też mamusi imieninowy) przyjechały jej wszystkie dzieci z rodzinami. Przy suto zastawionym stole siedzieliśmy do wieczora.  Wanda i Monika odjechały wcześniej, bo obowiązki inwentarskie. W domu byliśmy około 20.00. Bartek z dziewczętami zasiedli przed telewizorem, chłopcy wgrywają nową grę komputerową, ja zaszyłam się w pokoju Natalki i piszę. Piszę, by zachować okruchy tego, co się składa na życie. Siedząc przy stole z rodzicami i rodzeństwem rozmawialiśmy o sąsiadach z Grodzi. W niedzielę pochowano dziewięćdziesięciosześcioletnią babkę,  a we wtorek jej sześćdziesięcioletnią synową. Duże przeżycie dla rodziny i sąsiadów.
Patrzę na dekoracje w oknie. Migotki, błyskotki. W niektórych ogrodach wręcz przepych. Jakże te święta różnią się od tych zapamiętanych z dzieciństwa.
Miałam wówczas cztery, może pięć lat. Jeszcze nie chodziłam do przedszkola. Drzewko z lasu przyniosła babcia, matka mamusi. Pachniało żywicą i mrozem. Ustawiono go w alkierzu, w oknie wychodzącym na smugi  i naprzeciwko drzwi kuchennych. Nie pamiętam, czy miałam swój udział w zawieszaniu ozdób choinkowych, jednak dobrze wiem, co wisiało na drzewku. Kształtne jak piłki czerwone jabłka, fioletowe bombki w paseczki, spiczaste bombki z dziurką w środku i długie paluszkowate cukierki zawinięte w różnokolorowe połyskujące pozłotko. Na wierzchołku tkwiła pięcioramienna gwiazda zakupiona w okresie przedświątecznym od człowieka wędrującego od domu do domu  z wielką torbą. Do gałązek przymocowane były metalowe szczypce, w które wetknięto woskowe świeczki. Całość pokrywał anielski włos. Tej choince do dziś nie dorównuje żadna inna.
Pod nią jednego roku znalazłam niebieską bluzkę w muchomorki (miała czerwone ściągacze), cienki zeszyt w kratkę w matowej niebieskiej okładce i ołówek w esy floresy (dziadziuś nie nadążył go ostrzyć). Godzinami siedziałam na podłodze i pisałam jedynki  ( dwójki były zbyt trudne) i krzesełka, czyli czwórki. Innym razem w zawiniątku była czapka – szara z białym bąblem i trzema paseczkami na wygięciu  oraz takiego koloru szalik. On też miał po trzy białe paski na końcach i jeszcze frędzelki. Cudny komplet. W paczce były też chusteczki do nosa. Na jednej była lokomotywa, na drugiej nie wiem co.
W dzień Wigilii żal było zasnąć. Prezenty leżały przy łóżku. Błyszczała choinka. W domu było tak cichutko. Nie grał telewizor, bo go nie było. Żadne głosy nie docierały z radia. Rzadko było sprawne. Nie burczał monitor komputera.
Z tych Wigilii nie pamiętam nic więcej. Ani kolacji, czy dzielenia się opłatkiem. Zupełnie nie kojarzę sobie dni świątecznych. No może to, że rodzice zawsze szli do kościoła na 9.00, gościńcem, trzy kilometry pieszo. Mamusia wkładała wtedy… . Nie wiem co. Za to pamiętam  jej biało kremową torebkę. Tatuś miał na sobie niebieskoszary  golf i długie podszyte kożuchem palto z szalowym kołnierzem. Babcia chodziła na sumę. Ona nakładała na głowę chustkę w kwiaty, tzw. szalinówkę.
Dość wyraźnie jawi mi się obraz kolędy. Księdza przyjmowano w kuchni. Tuż na prawo od drzwi wejściowych była kuchnia na drewno. Nieco dalej drzwi do alkierza. Przy tej samej ścianie stało duże łóżko z tylikami.  Spali na nim dziadkowie. Na dzień zaściełano go tak, że przypominało dzisiejszą złożoną kanapę. Nad nim wisiał duży święty obraz. W ścianie przylegającej do wejścia obsadzone było okno z widokiem na ogródek. Pod nim stał stół i dwa brązowe krzesła. Drugie okno wychodziło na podwórze. W pobliżu niego tkwił kuchenny kredens. Przy nim, na drewnianym taborecie stała miska. Tuż obok wiadro z wodą.
Przed kolędą zmieniano nakrycie na łóżku. Na podłogę z desek pomalowanych na jasny orzech kładziono chodniki w paski. Na stole leżał biały obrus z frędzelkami. Ksiądz zostawiał kolorowy obrazek, który wkładałam między kartki mamusinej książeczki do nabożeństwa.
 Miód, niezbędnik świątecznych pierników, to te cudowne wspomnienia obrazu domu z wczesnego dzieciństwa. Obrazu, który jawi mi się w snach.

22 grudnia 2007 (sobota)
23.20. Późny wieczór. Adaś śpi. Już w domu widać święta, bo ubraliśmy dwa drzewka. Na dole w salonie żywe, zaś w saloniku na górze sztuczne. Adrian z Bartkiem zamocowali świeczki w ogrodzie, tym razem na świerkach i migdałku. Wkładają w to tyle serca, a to przecież tylko świeczki!

23 grudnia 2008 (wtorek)
Zimno. Wiatr. Chyba jest lekki mróz. Już po 22., a Bartka jeszcze nie ma. Około 17. planował wyruszać z Włocławka. Może być ślizgawka na drogach.
Jutro Wigilia. Dzisiaj od rana w kuchni, głównie na dole; ryba w pomidorach, zupa ogórkowa na dzisiejszy obiad, pyzy  ziemniaczane, pierożki z kapustą i grzybami na jutro. Iza przygotowała mazurek bez pieczenia i piernik. Tak piernik. Adrian ucierał masę na sernik. Zrobiłam też dwa torty – jeden dla mamusi, drugi dla teściowej. Dzisiaj zaszalałam. Pojechałam z Izą na miasto i kupiłam srebrną biżuterię z kamieniem – kolczyki i przywieszkę. Ot, taki kobiecy kaprys. Szaleństwo z okazji gwiazdki.
Na mieście krótko. Obowiązki. Przygotuję kutię – na prośbę Natalki. I wreszcie czas na porządki, choć ciężko. Od wczoraj przyjmuję antybiotyk. Tak, byłam u lekarza – zapalenie gardła. Dzisiaj czuję się źle. Chodzę i robię, bo muszę, bo chcę, dla dzieci, z całego serca, choć ciało się buntuje. Niedobre!
Natalka też dzisiaj się źle czuje. Leżała cały dzień. Nie chciała nic jeść. Oby ona wyzdrowiała!

24 grudnia 2008 (środa)
Wigilia. Mroźno. Śniegu troszkę. Gwiezdne niebo. Wymarzona aura na Boże Narodzenie. Zegar wybił 23. . Sielski wieczór za nami. Do wieczerzy zasiedliśmy ok. 17. Tradycyjnie: kapusta z grzybami, ziemniaki z zasmażką (masło, cebula, śmietana) i ryba pieczona. Przystawki: śledź po kaszubsku, śledź z grzybkami duszonymi, ryba w pomidorach, sałatka jarzynowa. Ciasto i kawa po rozdaniu prezentów. A tych mnóstwo.
Źle się czuję. Strasznie źle. Ale po kolacji z młodszymi  dziećmi krótki spacerek osiedlowy. W ogrodach tak pięknie!!!

26 grudnia 2008 (piątek)
Poranek świąteczny. Po śniadaniu. Szykujemy się do kościoła św. Jana Chrzciciela na 11.30. Nałożę nowe futerko.
A dzień wczorajszy? Na uroczystym obiedzie u rodziców. Byli wszyscy. Mamusia, jak zwykle, przyrządziła tyle dań na ciepło. Wyśmienite…! Przepych, jak w Nawłoci Żeromskiego. Bratowa przygotowała całą gamę przepysznych sałatek. Ciasta były z różnych kuchni. Każda z nas przyrządzając  je, starała się jak mogła, by trafić w gust smakowy najbliższych nam ludzi.

25 grudnia 2011 (niedziela)
  Po 20. Odgłosy ujadającego psa. Wyjrzałam przez okno. Niby wszystko w należytym porządku. A jednak, w głowie kłębią się niepokojące myśli. Natalka powiozła Adriana do lokalu popularnie zwanym Gutem i jeszcze jej nie ma. Coś się stało? Pozostali czas spędzają przed telewizorem.
U rodziców w Grodzi na obiedzie i kolacji. Stoły uginały się pod ciężarem jadła. Śpiewaliśmy kolędy. Dzieci cieszyły się z prezentów, a dorośli dużo, dużo rozmawiali. Serdeczność wychodziła ze wszystkich zakamarków domowych pomieszczeń.

25 grudnia 2012 (wtorek)
19.28 Wróciliśmy z Grodzi ze świąteczno – imieninowego obiadu. Przybyli wszyscy, tzn. moje rodzeństwo z rodzinami. Podzieliliśmy się opłatkiem. Mamusia przygotowała pyszne potrawy. Dorosłe już wnuki zgodnie stwierdzili, że babcia im starsza, tym do potraw dorzuca więcej  tego niezbędnego składnika - serca.
Wszyscy zauważyliśmy jednak, że jest bardzo zmęczona. Nawet nie była w kościele.
Odwilż. Z dachów spada śnieg, a jeszcze wczoraj wiało. Rano zaś sypał śnieg i temperatura powietrza sięgała minus 12 stopni Celcjusza. Przecież ze względu na pogodę, zamieć i zaspy,  nie wszyscy dotarli wczoraj na mszę za duszę stryja Wacka.

9 grudnia 2013 (poniedziałek)
W sali polonistycznej. Rano ustroiłam choinkę. Zrobiłam to samodzielnie, bo moi, już siedemnastoletni chłopcy  dali po sobie poznać, że nie bardzo kwapią się do tej czynności. Rozumiem. Dziewczęta z klasy II zawiesiły gazetkę o tematyce: Karty świąteczne – tradycja, która zanika. Bożonarodzeniowy klimat. Rodzinnie i miło. Wiedza skuteczniej trafia do młodzieńczych głów.
Szkolna Wigilia zaplanowana jest na 20 grudnia o 17. Od lat catering. Dwie godziny biesiadowania i wspólnego śpiewania kolęd. No i oczywiście opłatek, co raz częściej nieco wymuszony. I co z tym sercem z piernika?...

22 grudnia 2014 (poniedziałek)
Tuż przed 23. Piszę, leżąc w łóżku. Sprzątałam i końca nie widać. Zaczęłam w sobotę i dzisiejszy dzień też spędziłam ze środkami czyszczącymi i mopem. Iza  w niedzielę ubrała choinkę, a ja zawiesiłam firany w kuchennych oknach. To takie delikatne zajęcia. Adrian kupił większy telewizor do salonu, przecież Kevina trzeba obejrzeć na wielkim ekranie.

12 grudnia 2016 (poniedziałek)
Jutro wyjeżdżam z uczniami mojej szkoły na całodzienną wycieczkę do Warszawy. W programie zwiedzanie gmachu Sejmu i Senatu, następnie wykład w Telewizji na Woronicza i ogląd studyjny, a centralny punkt programu – wieczorna sztuka Przedstawienie świąteczne w szpitalu św. Andrzeja  w Och – teatrze. Koniecznie przejazd Traktem Królewskim spacer uliczkami Starego Miasta. Iluminacje świetlną stolicy trzeba widzieć. W ogóle trzeba zobaczyć jak najwięcej. Trud i poświęcenie. Ale przecież ma się to serce pedagoga – grudniowe serce z piernika.
Przed chwilą odczytałam wiadomość na poczcie elektronicznej, że herby rodowe są gotowe. Tak zamówiłam je w pracowni w Gorzowie Wielkopolskim z myślą o moich dzieciach. Nie mogę się doczekać i zobaczyć jak wyglądają? Jak zareagują na nie moje dorosłe już pociechy? Herby szlacheckie Ostoja. Synom z nazwiskiem. Córkom bez, bo ich mężowie zamysł ów mogą zrozumieć dwuznacznie. Lubię oryginalne prezenty, szczególnie gwiazdkowe. Mają duszę.

28 grudnia 2016 (środa)
Po świętach. Pozwoliłam sobie pospać do 9. To rzadkość. Święta były bardzo rodzinne i aktywne. Wigilia tradycyjnie w domu. Herby wraz z certyfikatami potwierdzającymi szlachectwo zaskoczyły bardzo pozytywnie. Pomysł, konsekwencję i wytrwałość zrekompensowały odczucia obdarowanych. Cztery serca z piernika. A piąte to duma ich ojca.
  W tym roku, po raz pierwszy od wielu lat, nie byliśmy na pasterce. Najbardziej chciała być na nocnej mszy Iza, ale wszyscy skutecznie jej to wyperswadowali. Termin porodu przypadał na połowę stycznia. Jeśli chodzi o mnie, byłam naprawdę przeziębiona. Z prezentów chyba wszyscy byli usatysfakcjonowani . Obiad, jak co roku, w Grodzi. Wieczorem u nas. Byli teściowie Izy, Patrycja – dziewczyna Adriana i Karol – mój drugi przyszły zięć. Drugi dzień świąt też typowo polski , tradycyjnie przy stole. Przyjechał brat z rodziną i nasi znajomi. W święta musi być dużo ludzi i trzeba rozmawiać.
Po Bożym Narodzeniu nadchodzą Święte Wieczory. Jak nakazuje zwyczaj jest to czas na spotkania w zaciszu domowych ognisk. I tak gościliśmy rodziców z dziewczynkami – Alicją i Emilką, później Wojtka z żoną i dziećmi. I dopiero wówczas, gdy w domu pojawiły się małe dzieci, zaczęły znikać z gałązek świątecznego świerka autentyczne  serduszka z piernika. A ile było w tym radości!?
Boże Narodzenie – coroczny wyczekiwany schemat.
Dobroć, wrażliwość, trwałość tradycji, niezłomność fizyczna i psychiczna wytrwałość to elementy składowe serca z piernika. A jego rolą dawać radość i umieć się nią delektować.

   
M.T. Kasprzyk
Zbieg okoliczności

Chociaż Renata wróciła z dyżuru bardzo zmęczona, długo nie mogła zasnąć. Ciągle pamiętała młodego mężczyznę, którego przywieziono nad ranem z zapaleniem wyrostka robaczkowego. Asystowała przy operacji przeprowadzonej przez doktora Solskiego i wiedziała, że wszystko poszło dobrze, lecz mimo to czuła niepokój. Nie był on jednak spowodowany stanem zdrowia pacjenta, tylko niejasnym poczuciem, że gdzieś go już widziała – ta twarz wykrzywiona grymasem bólu  na pewno nie była jej obca. Niestety, choć bardzo się starała przypomnieć sobie okoliczności, w jakich się spotkali, nie potrafiła. Wreszcie doszła do wniosku, że musi przestać o tym myśleć i spróbować się przespać, bo inaczej nie odpocznie. Może gdy się obudzi, to sobie przypomni?
  Kiedy kilka godzin później poczuła na swoim policzku delikatny pocałunek, miała wrażenie, że spała tylko pięć minut.   
  - Kochanie, wstawaj, zrobiłem obiad – powiedział Marcin.
  - Już? – zapytała ze zdziwieniem.
  Jej mąż skinął głową i uśmiechnął się promiennie.
  - Zawsze mówiłaś, żebym nie pozwalał ci spać dłużej niż  siedem godzin…
  - Siedem godzin? Żartujesz? Przecież ja przed chwilą usnęłam!   
  W odpowiedzi Marcin pokazał jej zegar i wtedy już musiała mu uwierzyć. Z pewnym ociąganiem wstała i poszła do łazienki. Kiedy nakładała krem pod oczy, niespodziewanie przypomniała sobie przywiezionego nad ranem pacjenta. Niestety w dalszym ciągu nie kojarzyła, kto to jest. Tym razem przyszło jej jednak do głowy, że mogła go z kimś pomylić. Postanowiła zatem nie przejmować się tym więcej i spokojnie poszła do kuchni. Była strasznie głodna!
 ***
  Kiedy następnego dnia Renata przyszła do pracy, dowiedziała się od pielęgniarki oddziałowej,  że czeka na nią jakaś kobieta.
  - To narzeczona tego młodego człowieka, który miał zapalenie wyrostka robaczkowego - dodała.
  - Przecież jego lekarzem prowadzącym jest doktor Solski.
  - Tak, ale ona chce koniecznie rozmawiać z panią.
 Istotnie pod pokojem lekarzy czekała młoda kobieta, która na jej widok poderwała się i powiedziała:
  - Dzień dobry, pani doktor. Przepraszam, że przeszkadzam, ale mam do pani jedno pytanie.
  - Proszę – odpowiedziała, wpuszczając ją do środka.
   - Nazywam się Jagoda Winek. Jestem narzeczoną Konrada Rybickiego.
   - Tak, wiem.
  Uwadze Renaty nie umknęło zdenerwowanie dziewczyny. Oddychała szybko  i zaciskała ręce, jakby chciała powstrzymać ich drżenie.
  - Chciałabym się dowiedzieć, kiedy on wyjdzie ze szpitala - powiedziała. - To dla mnie bardzo ważne, bo mam zamiar z nim zerwać. Planowałam to zrobić dzisiaj, ale dowiedziałam się o tej operacji i zrezygnowałam. Przecież nie kopie się leżącego…
  Renata otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.
  - Słucham…?
  - To drań – wyjaśniła dziewczyna, starając się opanować wzburzenie. - Oszukał mnie. Jeśli już przed ślubem kręci, to co będzie potem?
  Odpowiedziała jej głucha cisza, ponieważ Renata wciąż nie mogła opanować zdumienia.
  - W związku z tą operacją postanowiłam się wstrzymać z oddaniem mu pierścionka do czasu, aż poczuje się lepiej, dlatego chciałabym się dowiedzieć, kiedy to nastąpi.
  - Za jakiś tydzień…
  - Dziękuję bardzo, pani doktor.
  Po wyjściu dziewczyny Renata bezwładnie opadła na krzesło. Już wiedziała, skąd zna tego człowieka - kilka lat wcześniej spotykał się z jej koleżanką ze studiów, a potem ją rzucił. Ona też wtedy nazwała go draniem…
  ***
  Nieoczekiwane wydarzenia w szpitalu sprawiły, że Renata zaczęła bardziej doceniać własne szczęście. Miała wspaniałego męża, który kochał ją ponad wszystko i nigdy nie oszukiwał. Poznali się w dość nietypowych okolicznościach. Postanowiła zrobić remont łazienki i wynajęła firmę poleconą przez swoją ciotkę. Właścicielem był właśnie Marcin. Kiedy po raz pierwszy spojrzała w jego piękne, błękitne oczy, zapomniała o całym świecie i zgodziła się na wszystkie propozycje począwszy od koloru kafelków, a skończywszy na cenie usługi. Chyba to zauważył, bo po zrobieniu remontu zaprosił ją na kolację…
  Ich związek zadziwił wszystkich: pani doktor i facet bez wyższego wykształcenia, który zarabia na życie w taki prozaiczny sposób. Złośliwi podkreślali, że zarabia o wiele więcej niż ona, więc zapewne poleciała na jego pieniądze. Rodzice mówili w żartach o „współczesnym mezaliansie”, a koleżanki doszły do wniosku, że Renata przestraszyła się staropanieństwa. Ona sama nie przejmowała się tymi komentarzami. Kochała Marcina i tylko to się liczyło!
  Teraz po raz kolejny utwierdziła się w przekonaniu o słuszności swego wyboru. Miała u boku mężczyznę, na którego zawsze mogła liczyć i który nigdy nie oglądał się za innymi kobietami. Nie to co ten drań, któremu doktor Solski operował wyrostek!
  Pod wpływem tych myśli przygotowała romantyczną kolację i zapaliła świece. Kiedy Marcin wrócił, był wyraźnie zaskoczony.
  - Jaka to okazja? – zapytał.
  - Żadna – odparła swobodnie. – Miałam chwilę czasu, więc się postarałam.
  - Czyli o niczym nie zapomniałem?
  - Nie!
  - To dobrze.
  Objął ją ramionami i gorąco pocałował.
  - Bardzo cię kocham - powiedział.
  - Ja ciebie też.
   ***
  Konrad Rybicki żywił głębokie przekonanie, że zapalenie wyrostka było najlepszą rzeczą, jaka mogła mu się przydarzyć. Kilka dni wcześniej wpakował się w poważne kłopoty przez własną głupotę. Koledzy z pracy zaproponowali mu wspólne wyjście do klubu go-go. Nie miał ochoty i próbował się wykręcić, ale wtedy zaczęli z niego kpić. „Pewnie boi się narzeczonej…” „Jeszcze się nie ożenił, a już jest pod pantoflem…” „Chłop bez jaj…” Takie uwagi padały pod jego adresem przez cały dzień. W rezultacie dał się wrobić jak dziecko. Powiedział Jagodzie, że musi zostać dłużej w pracy i poszedł. A później któryś z kolegów doniósł jej, jak spędzili wieczór…
  Teraz Konrad nie mógł uwierzyć w to, że okazał się taki naiwny. Przecież tam, gdzie jest wyścig szczurów, nie ma mowy o prawdziwym koleżeństwie! Jak mógł o tym zapomnieć?  Wiele razy się potem zastanawiał, kto wykręcił mu taki numer. Piotrek, który uważał, że powinien dostać awans zamiast niego? Krzysiek, który zazdrościł mu wyjazdu na staż do Kanady? Bartek, który nie mógł przeboleć, że dostał gorszy służbowy samochód? Czy może po prostu Arek, który nie miał dziewczyny? Niestety nie udało mu się tego ustalić. Natomiast Jagoda wpadła w szał, kiedy się dowiedziała i przez tydzień nie odzywała się do niego. Konrad miał niejasne przeczucie, że pewnego dnia odezwie się tylko po to, żeby ostatecznie z nim zerwać.
  Wtedy, gdy już myślał, że nic go nie uratuje, poczuł nagle ostry ból w dole brzucha. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko: szpital, diagnoza, operacja.. To odsunęło w czasie ich zerwanie, a nawet sprawiło, że Jagoda trochę złagodniała. W każdym razie już go odwiedziła i obiecała przyjść po raz drugi.
  Dzięki temu pomyślnemu zbiegowi okoliczności Konrad czuł się w szpitalu bardzo szczęśliwy. Znajdowało to odzwierciedlenie w jego zachowaniu: zawsze miał dobry humor, na nic się nie skarżył, witał z uśmiechem na twarzy pielęgniarki i salowe, był dla wszystkich dookoła bardzo uprzejmy. Po trzech dniach pobytu dorobił się przydomka „idealny pacjent”.
  ***
  Renata była jedyną osobą w szpitalu, która nie uległa urokowi Konrada. Zbyt dużo o nim wiedziała, aby dać się nabrać na piękne słówka. Nie dzieliła się jednak swoją wiedzą z nikim, ponieważ nie miała zwyczaju plotkować. Zarówno wydarzenia z przeszłości jak i rewelacje zasłyszane od Jagody pozostawały jej tajemnicą.
  W czwartek po południu niespodziewanie wezwano ją do pacjenta leżącego w tej samej sali co Konrad Rybicki. Kiedy weszła, zastała tam młodego mężczyznę, który najwyraźniej przyszedł w odwiedziny.
  - Dzień dobry, pani doktor – powitał ją Konrad i dokonał prezentacji.
  Renata wymieniła z nowo przybyłym lekki uścisk dłoni i zajęła się swoim pacjentem, lecz przez jej głowę przelatywały niespokojne myśli. Ciągle słyszała słowa Konrada: „Mój brat, Hubert”. Zauważyła miedzy nimi uderzające rodzinne podobieństwo – te same rysy twarzy, piwne oczy, ciemne włosy… Teraz już nie była pewna, który z nich porzucił jej koleżankę ze studiów – w końcu widziała go zaledwie dwa razy i to przed kilku laty.
  Kiedy wychodziła, Huber Rybicki poderwał się nagle z krzesła i powiedział:
  - Przepraszam, pani doktor, ale mam takie dziwne wrażenie… Czy myśmy się przypadkiem gdzieś nie spotkali?
  Renata poczuła, że zrobiło jej się zimno.
  - Nie – odparła stanowczo. – Musiał mnie pan z kimś pomylić.
    ***
  Niespodziewane odkrycie sprawiło, że Renatę zaczęły męczyć wyrzuty sumienia. Wprawdzie nie zrobiła nic złego, ale w duchu potępiła Konrada, chociaż w sprawie jej koleżanki był niewinny. Chciała mu to jakoś zrekompensować, lecz nie wiedziała jak. Dopiero następnego dnia przyszedł jej do głowy pewien pomysł.
  - Czy mógłby pan przekazać pani Jagodzie, że chciałabym się z nią zobaczyć? – zapytała.
  - Oczywiście, pani doktor – odparł Konrad, uśmiechając się promiennie.
  Po południu Jagoda Winek pojawiła się w pokoju lekarzy. Tym razem nie była zdenerwowana, lecz przygnębiona. Usiadła na brzegu wskazanego przez Renatę krzesła i podniosła na nią smutne oczy.
  - Pani chciała się ze mną widzieć – powiedziała cicho.
  - Tak. Wie pani, ja dużo myślałam o naszej ostatniej rozmowie…
  Jagoda zarumieniła się gwałtownie.
  - Przepraszam, pani doktor, nie powinnam była mówić tego wszystkiego. Strasznie mi głupio.
  Renata machnęła ręką.
  - Proszę się tym nie przejmować. Nie mam zamiaru wtrącać się w państwa sprawy. Po prostu coś sobie przypomniałam. Kiedy byłam mała, mój tata powtarzał mi zawsze, że nie należy potępiać człowieka z powodu jednego błędu. Zwłaszcza jeśli wcześniej zachowywał się przyzwoicie.
  Na twarzy dziewczyny pojawił się cień uśmiechu.
  - Dziękuję, że mi to pani powiedziała…
    ***
  Dwa dni później Konrad Rybicki został wypisany ze szpitala. Wszyscy żegnali go bardzo serdecznie i powtarzali, że nigdy nie mieli tak wspaniałego pacjenta, on zaś odpowiadał, że będzie bardzo miło wspominał ten pobyt. Przed odjazdem zapukał jeszcze do pokoju lekarzy i zapytał o Renatę.
  - Zaraz powinna przyjść – odpowiedział  doktor Solski. – Może pan tu zaczekać.
  Potem wyszedł, zostawiając go samego. Renata istotnie wkrótce się pojawiła i obrzuciła go zdziwionym spojrzeniem.
  - Pan do mnie?
  - Tak, chciałem pani podziękować.
  - Ale ja tylko asystowałam przy operacji – zaprotestowała.
  - Nie o to chodzi. Jagoda postanowiła mi dać drugą szansę. Powiedziała, że to dzięki pani sugestii…
  Teraz ona zarumieniła się gwałtownie, ale Konrad chyba tego nie zauważył. Sięgnął do wielkiej reklamówki, którą trzymał w ręku i wyciągnął z niej równie wielką paczkę.
  - Proszę to przyjąć w dowód wdzięczności.
  - Nie mogę!
  - Oczywiście, że pani może. To taki symboliczny drobiazg.
  Chciała znowu zaprotestować, ale nie zdążyła. Jej były pacjent szybkim krokiem skierował się do wyjścia.
  - Do widzenia – powiedział jeszcze i zniknął.
      ***
  Kiedy tego wieczoru Marcin wrócił do domu, zastał żonę w kuchni wpatrującą się z zachwytem w zawartość paczki leżącej na stole. Podszedł zatem bliżej, aby zobaczyć, co zawiera.
  - Serce z piernika? Jakie wielkie! Nawet nie wiedziałem, że takie produkują…
  - Dostałam je w prezencie od pacjenta – wyjaśniła Renata.
  Między brwiami jej męża pojawił się zmarszczka.
  - Mam być zazdrosny?
   - Ależ skąd!
  Pomimo tego zapewnienia nadal miał wątpliwości.
  - A może powinienem ci też takie kupić?
  Renata uśmiechnęła się promiennie.
  - Ty nie musisz. Wystarczy, że dałeś mi swoje.


Agnieszka Data
„Grzywacz”

Pokój tonął w ciszy. Przerywało ją tylko miarowe tykanie zegar. Pomieszczenie rozświetlała, stojąca na narożnym stoliku, tuż przy ścianie, mała lampka. Duża, przedwojenna komoda oraz okrągły stół z białą, koronkową serwetą oblane były jej ciepłą poświatą. Janina wstała od stołu i przeszła do kuchni. Towarzyszyło jej skrzypienie starej podłogi. Zapaliła światło. Małą, pozbawiona okna kuchenkę ogarnęła jasność. Ustawiła na gazowej kuchence żeliwny czajnik. Wyjęła z szafki dwie filiżanki, przygotowała mały imbryczek, nasypała do niego herbaty. Po chwili   uderzyła się ręką w czoło.
- Stara sklerotyczka - powiedziała do siebie - po co mi dwie filiżanki?
Schowała jedną filiżankę z powrotem do szafki, puszkę z herbatą ustawiła na małej półeczce, na której stał również słoik kawy rozpuszczalnej i stara, metalowa puszka, w której przechowywała świąteczne pierniki. Otworzyła ją, poczuła kojący, korzenny zapach, wyjęła dwa lukrowane serca i ułożyła na małym spodeczku. Czajnik zagwizdał, oznajmiając dobitnie, że wykonał swą pracę. Janina złapała uchwyt kuchenną rękawicą i zalała herbatę wrzątkiem. Na mosiężnej tacy ułożyła talerzyk z piernikami, łyżeczkę, cukiernicę, filiżankę oraz parujący imbryczek. Zgasiła światło w kuchni i podreptała do pokoju. Postawiła tacę na stole, przed sobą ustawiła filiżankę. Podeszła do komody, otworzyła szufladę, zajrzała do środka, zamknęła ją, otwarła drugą, znów zamknęła. Otwarła szafkę, poszukała czegoś na półkach.
- Oj ten Feliks - zamruczała pod nosem - tyle razy mu mówiłam, żeby odkładał rzeczy na swoje miejsce. Ten album powinien być w szufladzie.
Wyjęła stary, oprawny w skórę album ze zdjęciami. Usiadła przy stole, nalała do filiżanki aromatycznej herbaty i otwarła go. Upiła łyk napoju i powoli przewracała kartki. Na każdej stronie albumu przyklejone były po trzy fotografie, małe, czarno-białe, z brzegami przyciętymi równo w falowany wzorek. Zatrzymała się przy fotografii przedstawiającej parę młodą. Młoda dziewczyna ze starannie uczesanym kokiem, w skromnej białej sukni i z prostym bukietem z białych lilii stała uśmiechnięta obok wysokiego, przystojnego mężczyzny, ubranego w czarny garnitur i szpiczaste buty.
- Kiedy to było? W czterdziestym siódmym? Czterdziestym ósmym? - próbowała sobie przypomnieć - Zaraz, miałam wtedy dwadzieścia sześć lat. To był czterdziesty siódmy. Dwudziesty piąty czerwca czterdziestego siódmego. To miał być najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Wieczorem okazało się, że jednak wcale nie taki nie był. Kiedy mnie wtedy uderzył, przez chwilę myślałam, że może miał rację, zasłużyłam. Zaraz jednak doszłam do wniosku, że człowiek, którego dopiero co poślubiłam uderzył mnie w dzień naszego ślubu. Chociażbym nie wiem jak była winna, nie miał prawa tego robić. A co dopiero w  taki dzień. Chwilę po tym zaczął błagać mnie
o przebaczenie,  a ja głupia, wybaczyłam. Powinnam była już wtedy od niego odejść. Zostawić go tam, klęczącego przede mną i odejść w swoją stronę. Nie przeżywałabym wówczas tego piekła. Ale... ślubowałam przed Bogiem, że go nie opuszczę aż do śmierci. Wtedy te słowa miały ogromną moc.
- Cholerny pijaczyna - rozzłościła się i pociągnęła kolejny łyk herbaty - Czemu przed ślubem tego nie widziałam? Albo nie pił albo dobrze się z tym krył. A po ślubie już sobie nie folgował. Z pracy wracał pijany, do kolacji wypijał pół butelki wódki, często szedł gdzieś
z kolegami, wracał ledwie stojąc na nogach ale miał siłę by mnie jeszcze uderzyć. Bo stałam
w drzwiach jak wyrzut sumienia, bo przypominałam mu jak bardzo się stoczył? Nie wiem, nigdy się nie dowiedziałam ale myślę, że chodziło właśnie o to, przypominałam mu że z mężczyzny
z dobrego domu stał się zwykłym menelem. Wkrótce po ślubie pojawiły się dzieci i nie było tak łatwo odejść. Widocznie taki miał być mój los. Zaciskałam zęby, modliłam się, skupiałam na wychowaniu dzieci i jakoś dało się przeżyć. Rodzicom nic nie mówiłam, wstydziłam się. Zresztą, nie widywaliśmy się zbyt często.
Z Krakowa, gdzie mieszkałam jako panna, przeprowadziłam się z Mietkiem do Katowic. Dostał tam pracę urzędnika w sądzie i mieszkanie. Pracę stracił po roku, gdy po raz kolejny przyłapano go na piciu. Potem załapał się do budowlanki. Tam się dopiero rozpił. Gdy spotykałam się z rodzicami mówiłam, że u nas wszystko w porządku, że daję sobie radę. I sama w to uwierzyłam. A to że nam się nie układało, że nigdy nie miałam w nim oparcia, nie mogłam liczyć na ciepłe słowo, to nie było ważne. Najważniejsze były dzieci, Marek i Jacek, i to by ich dzieciństwo było mimo wszystko szczęśliwe. Awantury ojca były dla nich wystarczającą stresujące by jeszcze mieli widzieć zapłakaną czy skarżącą się mamę. Kiedy już trochę podrośli sami widzieli co się dzieje i nie raz mnie pocieszali.
W sześćdziesiątym dziewiątym Mietek zmarł.  Może to i grzech i spotka mnie za to kara, ale  ja naprawdę poczułam wtedy ulgę. Nie będzie już pijackich awantur, burd o byle co, poniewierania, bicia, pustej lodówki. Marek zaczął studia, Jacek miał zdawać maturę. Wiem, że oni również śmierć ojca przyjęli z zadowoleniem. Nieźle dawał im w kość. Przez całe swoje życie nie traktowali go jak członka rodziny, jak ojca, bo sam sobie na to zapracował. Prawie ich nie zauważał, tylko wtedy gdy szukał winnego i chciał kogoś uderzyć. Szybko przyzwyczaili się do myśli, że nasza rodzina to faktycznie tylko nasza trójka. Ojciec się nie liczył. Nie żebym ja ich przeciw niemu buntowała, wręcz przeciwnie, przy dzieciach stawałam zawsze po jego stronie.
W tym dniu poczuliśmy się wolni. Gdy po pogrzebie goście rozeszli się do domów, chłopcy powiedzieli mi: ''Wiesz mamo, teraz będziemy wreszcie normalnie żyć''. Rozpłakałam się wtedy, bo czekałam na to ponad dwadzieścia lat. Odkładałam swoje życie na dalszy plan. Wcześniej najważniejsi byli chłopcy i praca, by zapewnić im jako taki byt, bo Mietek wszystko co zarobił, przepijał. Moje życie się nie liczyło, zresztą kiedy ono miało się toczyć? Szłam do pracy na siódmą rano, przedtem robiąc chłopakom śniadanie i szykując ich do szkoły. Praca jak to praca, raczej monotonna, byłam sekretarką w urzędzie miasta. Parzyłam kawę, pisałam listy, przyjmowałam interesantów. Nic ciekawego, ale dawało nam to pieniądze na życie. Po pracy robiłam zakupy, wystawałam w kolejkach i wracałam do domu przed siedemnastą. Szybko gotowałam obiad na następny dzień i pomagałam chłopcom w lekcjach. Wieczorem, koło dwudziestej, wracał pijany Mietek. Rzadko kiedy szedł od razu spać, najczęściej jeszcze się awanturował. Nie zwracaliśmy na to szczególnie uwagi, raczej schodziliśmy mu z drogi, czasem tylko były większe draki, które kończyły się rękoczynami, ale gdy chłopcy troszkę podrośli szybko nauczyli się go pacyfikować.
I tak codziennie przez  dwadzieścia lat.
Nie myślałam o sobie, o swoich marzeniach. Bo jakie one miałyby być? Moim największym marzeniem było uwolnić się od tego drania ale w tym mogłaby pomóc tylko śmierć. Nie, nie, Broń Boże, nie życzyłam mu śmierci, myślałam raczej, że do końca mojego życia będę musiała się
z nim męczyć, dopóki śmierć nas nie rozłączy. Nie przewidywałam jednak, że on umrze młodo. Dwa tygodnie po pogrzebie usiadłam sama w domu, chłopaków nie było, często wybywali z domu, mieli już swoje sprawy. Pomyślałam wtedy pierwszy raz o sobie, o tym co ja chciałabym robić. Pierwsza rzecz jaka przyszła mi na myśl to kupić sobie jakieś nowe ubrania. Szałowe. W końcu nie miałam jeszcze nawet pięćdziesięciu lat. Byłam wdową, ale jeszcze całkiem młodą i zgrabną. Wybrałam się do Skarbka, dużego domu towarowego w centrum miasta. Przymierzyłam kilkanaście garsonek, by w końcu wybrać dwie: jasnozieloną i bordową. Co z tego że umarł mi mąż? W sercu nie nosiłam po nim żałoby to i na zewnątrz nie będę jej okazywać. Do garsonek dorzuciłam jeszcze trzy bluzki, modne czółenka na obcasie oraz brązową, skórzaną torebkę na długim pasku. Synowie, gdy zobaczyli nowe ciuchy, zagwizdali z zachwytem.
Zmieniłam swoje życie. Nowe ubrania to był tylko początek. Zaczęłam bywać, bawić się, poznawać nowych ludzi. Nie chciałam spędzać wieczorów samotnie. Nie myślałam
o wchodzeniu w nowy związek. Co jak co, ale mężczyzna to była ostatnia rzecz na jaką miałam ochotę. Chodziło mi po prostu o chęć posiadania towarzystwa, żeby czasem mieć z kim wyjść na kawę czy na tańce. Przez dwadzieścia lat małżeństwa z Mietkiem zapomniałam, że uwielbiam tańczyć. Raz tylko byliśmy razem w Sylwestra na zabawie w Ratuszu. Zaraz po ślubie, kiedy jeszcze nie stał się całkowitym dziadem. Później Sylwestra spędzaliśmy osobno – ja w domu
z książką, a Mietek pił gdzieś na mieście. Żyjąc z nim szybko zapomniałam, że lubię tańczyć, śmiać się, podróżować. Przyszedł jednak czas by to wszystko nadrobić. Zaczęłam chodzić do lokalnego klubu na dansingi. Pierwszy raz poszłam sama i umierałam ze wstydu. Samotna kobieta na dancingu. Wydawało mi się to strasznym nietaktem, ale cóż miałam robić. Nie znałam żadnego mężczyzny który mógłby ze mną pójść. Koledzy z pracy byli żonaci, w bloku mieszkały
w większości wdowy. Weszłam i nieśmiało rozejrzałam się po sali, przy stolikach siedziały same pary. W tłumie wypatrzyłam Jolkę, koleżankę z pracy. Siedziała z łysiejącym, lekko otyłym mężczyzną. Przedstawiła mnie. Oboje nie wydawali się zdziwieni tym, że jestem sama. Widocznie tylko ja uważałam, że to coś amoralnego. Wkrótce dołączył do nas ich kolega Miał na imię Bronisław. Nie był w moim typie ale dobrze tańczył. Umawialiśmy się jeszcze parę razy na dancing, czasem we czwórkę jeździliśmy razem za miasto. Od samego początku jasno określiłam zasady, nie szukam nowego towarzysza życia, raczej znajomego. Nie miał nic przeciwko. Ot, po prostu kolega. Zresztą nigdy nie spotykaliśmy się tylko we dwoje.
Tak minęło prawie dziewięć lat. Praca, dom, spotkania ze znajomymi. Wspólne wyjazdy na wakacje, sobotnie dancingi, czasem brydż. Żyło mi się bardzo dobrze. Odzyskałam spokój, emanowałam dobrą energią. Czułam, że moje życie jest takie jak sobie wymarzyłam, nie tęskniłam za mężczyzną. Moi synowie skończyli studia, ożenili się, Markowi urodziła się córka, Patrycja.
Janina przerzuciła kilka kartek w albumie. Oglądała zdjęcia małej, słodkiej dziewczynki, która najpierw sfotografowana była leżąc na plecach, kilka zdjęć dalej już siedziała, później stała oparta o drewnianego konika, a tuż obok niej młoda kobieta z burzą blond loków. Kilka stron dalej dziewczynka biegła przez porośnięty trawą ogród. Z prawej strony przy stole siedziała cała rodzina: - Janina, jej dwóch synów i dwie młode, roześmiane kobiety. Obok Janiny przystojny mężczyzna
z jasną grzywą, niczym Zbigniew Wodecki.
- Drugie urodziny Paulinki. Feliks już był ze mną – Janina uśmiechnęła się ciepło na samo wspomnienie uwiecznionego na fotografii dnia. - Mój Feliks. Moja ostoja i moje szczęście. Miłość mojego życia – powiedziała głośno sama do siebie i sięgnęła ręką po jeden z pierniczków. Ten smak zawsze będzie przypominał jej zimowe wieczory z Feliksem, gdy siedzieli obok siebie na kanapie, każdy zanurzony w swojej lekturze. Feliks sięgał ręką po pierniki, brał dwa, jeden zawsze dawał jej
i przez chwilę, bez słów, delektowali się ich smakiem, po czym wracali do swych literackich, odległych światów. Ciastka te piekł sam, w końcu był cukiernikiem, wychodziły mu perfekcyjnie. Teraz też zatopiła usta w lukrowanym serduszku i pomyślała, że te, zrobione przez nią, nie smakują już tak dobrze. Głośno westchnęła i przerzucała kolejne kartki w albumie. Na zdjęciach Feliks
i Janina na krakowskim Rynku, pod Jasną Górą, w Zakopanem, pod gdańskim Neptunem oraz przy stole w swoim domu, pijący herbatę z ulubionych filiżanek Rosenthala.
- Tak mało brakowało byśmy się minęli – zamyśliła się Janina – na szczęście było nam dane ponowne spotkanie. To był szesnasty października tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego ósmego roku. Gdy ogłoszono, że nowym papieżem jest Polak, tłum pielgrzymów nawiedził wtedy Sanktuarium Maryjne w Piekarach Śląskich, by podziękować Bogu za ten wybór i poprosić o łaski na cały jego pontyfikat. Czułam, że muszę tam być. Nie tylko ze względu na Papieża, ale coś mnie tam pchało. Później nie raz myślałam o tym, dlaczego tak usilnie chciałam tam jechać i za każdym razem dochodziłam do wniosku, że tak było mi po prostu pisane.
Przybyłam na miejsce ale okazało się,  że o wejściu do kościoła nie ma co marzyć. Gęsty tłum kłębił się na placu przed sanktuarium, ledwie udało mi się wejść na przykościelny plac. Stanęłam pośrodku alejki pchana masą ludzi, która nie dawała mi ani się cofnąć ani przejść do przodu.
Z głośników rozstawionych dookoła słychać było głos księdza, odprawiającego nabożeństwo
w środku.  Stanęłam i modliłam się żarliwie, nie zważając na ciasnotę, z zamyślenia wyrwał mnie głos krewkiej staruszki:
-  Panie, stań Pan wreszcie gdzieś, nie pchaj się tak. Widzisz, że szpilki nie da się wcisnąć?
Podniosłam głowę i kątem oka zauważyłam przepychającego się mężczyznę. Wysoki, dobrze zbudowany z bujną grzywą. Wróciłam do modlitwy, po czym znów podniosłam oczy, bo coś mnie tknęło w jego wyglądzie. Ta fryzura. Taką samą miał Feliks. Ale to przecież nie mógł być on. Co by tu robił? Mieszkał przecież we Wrocławiu. Rozejrzałam się dookoła. Grzywiasty przeciskał się przez tłum, raz po raz przepraszając szturchanych ludzi. Ku zgrozie stojącej obok mnie staruszki ruszyłam za nim.
- Kobieto, a Ty gdzie leziesz? - nie odpuszczała staruszka – przecież jest msza.
- Przepraszam, kochaniutka – rzuciłam słodko w jej kierunku, nie bacząc na reakcję.
Moją głowę zaprzątała jedna myśl: muszę dogonić Grzywiastego i na własne oczy przekonać się, że to nie Feliks. Nie zważając na rozwścieczonych ludzi, brnęłam do przodu, próbując dopaść Grzywacza, co nie było łatwe. Zwykle nie stać mnie było na taką bezczelność, by podczas nabożeństwa zakłócać spokój innych pątników, ale tym razem coś nie dawało mi spokoju.
Miałam jeden cel i droga do jego osiągnięcia była mi naprawdę obojętna. Pech chciał, że tu możliwa była tylko jedna. Po kilku chwilach, zmęczona i wyklęta przez wiernych, znalazłam się wreszcie obok Grzywiastego. Podniosłam oczy i zamarłam. To był on, Mój Feliks. Taki jakiego znałam kiedyś, tylko ze trzydzieści lat starszy.
- Feliks, to Ty? - rzuciłam w jego stronę jedyne pytanie jakie przyszło mi wtedy go głowy.
- Janina? - Grzywiasty spojrzał na mnie i uśmiechnął się promiennie – Boże Najdroższy! Janka, To naprawdę Ty!– wymierzył solidnego kuksańca stojącemu obok mężczyźnie, przygniótł ramieniem młodą kobietą stojącą tuż przed nim i stał teraz dokładnie naprzeciwko mnie, trzymając mnie w objęciach. Ledwo starczało mi tchu w tym ścisku. Feliks nie zważając na przeszkody
i głosy oburzenia przeprowadził nas przez gęstwinę ludzi. Po kilku chwilach znaleźliśmy się na ulicy. Popatrzyliśmy na siebie nie mogąc wydusić ani słowa, po czym znalazłam się w jego objęciach.
- Janina, Janka, ja Ciebie tak szukałem. – szeptał – Ale odkąd dowiedziałem się, że masz męża i dzieci i postanowiłem dać Ci spokój.
  - Od prawie dekady  już nie mam męża– powiedziałam głucho, nie mogąc uwierzyć w to, że to on we własnej osobie stoi tu i trzyma mnie w ramionach.
- Co? Jak to? Jaki ja byłem głupi. Jak mogłem odpuścić? – wyrzucał sobie, próbując mnie pocałować.
-Zaraz. Czekaj. Co Ty robisz? Przecież Ty masz żonę! - odwróciłam głowę, nie dopuszczając do pocałunku, chociaż marzyłam by poczuć jego usta na moich.
- Zmarła osiem lat temu. Od tamtej pory myślę tylko o Tobie. W ogóle moje małżeństwo było tylko próbą zagłuszenia tęsknoty za Tobą. Gdy zniknęłaś, myślałem,  że mój świat się skończył. Janina, czemu to wszystko tak się poukładało?
- Takie to były czasy, kochany – już bez wyrzutów sumienia to ja pierwsza go pocałowałam. I od razu pożałowałam tych wszystkich lat, które przeminęły bez niego. Gdybym była bardziej stanowcza i potrafiła walczyć o swoje...
Gdy poznałam Feliksa miałam szesnaście lat i byłam panienką z szanowanej krakowskiej rodziny adwokatów. Feliks miał wtedy osiemnaście lat i był praktykantem w cukierni na Jagiellońskiej. Ja byłam jedynaczką, on pochodził z wielodzietnej, chłopskiej rodziny, mieszkającej na wsi pod Krakowem. Gdy moi rodzice dowiedzieli się, że po lekcjach spotykam się z nim, zamiast chodzić na francuski, zabronili mi wychodzić z domu. Ojciec odwoził mnie rano do szkoły i odbierał po lekcjach. Nie mogłam odbierać telefonów ani przyjmować koleżanek, które mogłyby szmuglować liściki od mojego niechlubnego adoratora. Buntowałam się, nie chciałam jeść, opuściłam się w nauce,  nie odzywałam się do rodziców, myśląc że moimi metodami ich skruszę. Nic z tego. Moją młodzieńczą miłość uznali za hańbiącą. Gdyby wieść o tym, że ich córka spotyka się z biednym praktykantem rozniosła się po Krakowie, byliby spaleni
w towarzystwie. Tłumaczyli mi to setki razy, podczas gdy ja udawałam że nie słyszę. Po roku dałam sobie spokój z fochami, nadal jednak płakałam w poduszkę. Nie spotkałam Feliksa już nigdy.
W cukierni powiedziano mi że praktykanci zakończyli już naukę i rozjechali się do domów. Zuzka, moja przyjaciółka przekazała mi plik listów od Feliksa, które pisał do mnie podczas przymusowego rozstania, w ostatnim podał mi swój domowy adres. Nie miałam wtedy odwagi tam pojechać. Kobieta latająca za mężczyzną nie mieściła się nawet w moich  mocno liberalnych poglądach.
Postanowiłam zapomnieć o mojej niespełnionej miłości, nie udało mi się jednak całkowicie wyrzucić go z serca. Kilka lat później, gdy byłam już studentką, zebrałam się na odwagę
i pojechałam do jego rodzinnej miejscowości. Odszukałam jego dom, drzwi otworzył mi jego brat
i powiedział, że Feliks wyjechał do Wrocławia, bo tam znalazł pracę. Nie dał mi jego adresu, nie chciał, a może tak jak mówił, po prostu nie miał. Skończyłam studia, rozpoczęłam pracę. Potem poznałam Mietka, zrobił dobre wrażenie na rodzicach, bo jego ojciec był lekarzem. Poślubiłam go bez miłości ale bałam się staropanieństwa. Po ślubie rodzice nie ingerowali w nasze życie, a ja sama też nie chciałam się skarżyć. Sama niosłam swój krzyż, w duchu nie raz przeklinając siebie samą, że nie potrafiłam zawalczyć o miłość do Feliksa. Parę lat później ktoś ze starych znajomych powiedział mi, że Feliks ożenił się we Wrocławiu i jest właścicielem cukierni i kawiarni. Zabolało mnie, że on też nie próbował mnie szukać, walczyć. Wmawiałam sobie, że zrobił to z miłości do mnie, nie chciał bym miała kłopotyz rodzicami. Przez wszystkie lata z Mietkiem, myśl o Feliksie przynosiła ukojenie. Wspomnienie naszej czystej miłości dawało mi spokój i szczęście, gdy moje małżeńskie życie całkowicie się sypało. Wyobrażałam sobie jak może wyglądać, jak wygląda jego żona, czy ją kocha, czy kocha ją tak jak mnie, czy w ogóle kiedykolwiek o mnie myślał. Wolałam wierzyć, że tak. Nie przypuszczałam że jeszcze kiedykolwiek go spotkam, a o tym, że będzie wolny już nawet nie śmiałam marzyć.
- Janina. To nie może być przypadek. To Opatrzność nam siebie zsyła. Chodźmy gdzieś, porozmawiajmy. Tam, na parkingu jest mój samochód, pojedźmy do jakiejś kawiarni.
- Masz samochód? – szczebiotałam jak nastolatka - To nie, nie pojedziemy do kawiarni. Zapraszam Cię do siebie, do Katowic.
Przegadaliśmy wtedy całe popołudnie, wieczór i noc. Musieliśmy opowiedzieć sobie prawie trzydzieści lat rozłąki. Feliks wziął ślub w pięćdziesiątym pierwszym. Nie z miłości, raczej ze strachu przed samotnością. Owszem, szanował swoją żonę, bardzo ją lubił i z czasem pokochał,  mieli wiele wspólnych zainteresowań, ale jak twierdził przez wszystkie lata tęsknił za mną. Nie szukał mnie wcześniej, bo nie chciał robić mi kłopotów. Wiedział,że jest prostym człowiekiem i nie może marnować życia dobrze urodzonej pannie. Żyli z żoną, w małym mieszkanku na obrzeżach Wrocławia. Nie mieli dzieci. Gdy zmarła na wylew, zrozumiał, że życie jest krótkie i  polega na dążeniu do spełnienia swoich marzeń. Postanowił mnie odnaleźć. Gdy dowiedział się, że mam męża i dzieci, wycofał się, nie chciał po raz kolejny napytać mi biedy. Do Piekar przyjechał, bo tu mieszka jego siostra i to właśnie w jej poszukiwaniu przeciskał się tak zawzięcie podczas nabożeństwa. Nigdy nie przypuszczał, że spotka tam mnie.
Siedząc w moim mieszkaniu raz po raz to wybuchaliśmy śmiechem na wspomnienie radosnych chwil, to ocieraliśmy łzy, na wspomnienie losu, który nas rozłączył. W ciągu miesiąca Feliks pozamykał wszystkie swoje sprawy we Wrocławiu, sprzedał mieszkanie, kawiarnia już dawno nie przynosiła zysków, zamknął więc ją bez żalu. Przeprowadził się do mnie, szybko wzięliśmy ślub, by nie prowokować plotek o lekko podstarzałej parze mieszkającej na kocią łapę.
Moi synowie zaakceptowali go błyskawicznie, choć tak bardzo obawiałam się ich reakcji. Jacek
i żona Marka byli świadkami na naszym ślubie. Paulinka, która nie miała dziadka ani od strony ojca ani matki, znalazła go w Feliksie.
Dziękowaliśmy Bogu, że dał nam się spotkać i spędzić razem resztę życia. Nie mogliśmy już mieć wspólnych dzieci ale to nie było najważniejsze. Życie płynęło nam spokojnie. Feliks pracował w cukierni, po paru latach został wspólnikiem zakładu. Ja pracowałam w urzędzie a po przejściu na emeryturę udzielałam lekcji francuskiego.
- Jak ten czas przeleciał, Feliksie – powiedziała Janina głaszcząc policzek Grzywacza na fotografii przedstawiającej ich, przytulonych i uśmiechniętych podczas zeszłorocznych Świąt – Kto by pomyślał, że przeżyję z Tobą jeszcze dwadzieścia pięć tak szczęśliwych lat. Tak tęsknię za Tobą i za smakiem Twoich pierniczkowych serc.

Agnieszka Kamińska
Serce z piernika

Nie chce mi się spać, kolejna noc z głowy. Liczę barany, jeden, dwa, trzy. Rozmawiam z sama ze sobą, czyżby była to oznaka szaleństwa? Oczywiście, że nie. Połowa ludzi na świecie tak ma, rozmawia sama ze sobą. Dobrze, to liczę od nowa barany, jeden, dwa, trzy i odpływam do krainy Morfeusza, zasnęłam. Skąd o tym wiem? Nie wiem, po prostu nie pamiętam tego co się dzieje po liczeniu baranów.
-Gabi wstawaj, spóźnimy się na zajęcia.
- Nie chce mi się dzisiaj iść na zajęcia, znowu będziemy roztrząsać trudne przypadki, a to dla mnie zbyt wyczerpujące, sama wiesz. Sama jestem takim ciężkim przypadkiem, człowieka na rozdrożach, co nie wie co dalej z sobą począć, dobrze, że chociaż mam Ciebie Aguś,  jesteś moją najlepszą przyjaciółką, wiesz o tym?
-Wiem, wiem i dlatego jako twoja najlepsza przyjaciółka zmuszam cię do wstania z łóżka i pójścia na  uczelnię, by chłonąć wiedzę, potem będziesz  mogła pomóc takim trudnym przypadkom, jak Ty sama, nie sądzisz?
-Pewnie masz rację, wygrałaś, wstaję.
Wstałam, zwlekłam się z łóżka. Podeszłam do lustra, ja czy nie ja? Włosy w nieładzie, potrzebne byłoby farbowanie, podkrążone oczy, masakra, a wszystko przez Filipa. Rozstaliśmy się niedawno, czy go kochałam? Tak, z nim  czułam się  bezpiecznie, czy to można nazwać miłością?  Zostawiam to bez odpowiedzi. Filip mnie kochał, to wiem na pewno, mówił o tym wielokrotnie, jego zachowanie względem mnie było bez zarzutu. Dlaczego więc to wszystko się skończyło? Sama jestem w szoku. Nie wiem. Filip pewnego dnia spakował swoje rzeczy i wyprowadził się, zostawił tylko list, w którym wyjaśnił, że nie może dłużej znieść mojego zachowanie względem niego, tego że go nie kocham. To stwierdzenie zabolało mnie najmocniej. Ja nie kocham Filipa? Jak to, obudziła się we mnie typowo kobieca złość i obraziłam się ,na wszystko i wszystkich dookoła, tylko Aga trzymała mnie na powierzchni, moja najlepsza przyjaciółka. Razem studiowałyśmy psychologię. Paradoksalnie powinnam lepiej rozumieć mechanizmy ludzkiego postępowania, ale nie rozumiem, nie mogę pojąć tego, co zrobił Filip.
Z rozmyślań wyrwał mnie głos Agi.
- Gabi gotowa jesteś? Bo ja tak i wychodzę.
- Poczekaj jeszcze trochę, tylko nałożę  coś na siebie i wychodzimy.
Pogoda tego dnia nie nastrajała pozytywnie, tylko Aga była nie naturalnie pobudzona, nie wiem dlaczego. Aga była bardzo ładną i sympatyczną dziewczyną, nieco jednak dziwną, nie każdemu jej poczucie humoru odpowiadało. Śmieszył ją żart w stylu Monty Pythona, nie każdemu on jednak odpowiadał, mi akurat nie przeszkadzał. Znałyśmy się od liceum, chodziłyśmy do tej samej klasy i poszłyśmy na ten sam kierunek studiów. Aga była dla mnie kimś w rodzaju bufora bezpieczeństwa, przed złem tego świata, zawsze pomocna, zawsze dająca dobre rady, taka przyjaciółka to skarb, czasem zastanawiałam się co ja daję jej w zamian i dlaczego mnie tak lubi. Dobrze, że ją mam. Niedługo Święta Bożego Narodzenia, rodzice jeszcze nie wiedzą, że rozstałam się z Filipem i tak naprawdę nie wiem jak im to powiedzieć. Mama wczoraj dzwoniła i oznajmiła, że zaczęła piec świąteczne pierniczki w kształcie serc, oczywiście ucieszyłam się, bo jak inaczej mogłam zareagować na rodzinną tradycję. Gdy byłam młodsza i mieszkałam z rodzicami, razem piekłyśmy z mamą serduszka z piernika, dlaczego akurat serca, mama mówiła zawsze, że Boże Narodzenie jest  czystą miłością i stąd te serca symbolizujące miłość. Na myśl o przeszłości, robi mi się ciepło na duszy. Przy Filipie czułam namiastkę takiego szczęścia, jak w domu rodzinnym. Może to dobrze, że odszedł. Może rzeczywiście przy mnie nie doświadczyłby pełnego spełnienia. Takie pytania krążyły mi po głowie, nieustannie, tak już mam, więcej przeżywam w sobie, niż na zewnątrz. Aga jest taka sama, jak ja i może dlatego połączyła nas nić przyjaźni, jest jednak ode mnie lepsza, potrafi wyciągnąć człowieka z najgorszej opresji. Moim zdaniem lepiej nadaje się na psychologa, niż ja. Zobaczymy, czas pokaże, może i ja odkryję w sobie coś, o czym nie wiem i będę pomagała innym w ich problemach.
- Aguś, jestem gotowa, idziemy.
-  ładnie wyglądasz w tym zielonym swetrze.
- Dziękuję.
- Gabi, powiedz mi szczerze, kochałaś kiedykolwiek Filipa?
- Jak się nad tym dłużej zastanawiam, to tak, kochałam go na swój sposób, może nie tak, jak to się dzieje w romantycznych filmach, ale życie to nie jest film prawda?
- Nie wiem co powiedzieć. Myślałam, ze nic do niego nie czujesz, że jest tylko kimś, kto pojawił się w Twoim życiu tylko na  jakiś czas, a potem go rzucisz, tak jak innych.
- No widzisz, jakie to życie bywa przewrotne, to on mnie rzucił, o ironio, pierwszy facet, który powiedział- żegnaj. Wybacz, nie chcę o tym mówić.
- Podejrzewasz co się mogło stać?
- Nie i nie chcę wiedzieć.
- A ja bym chciała wiedzieć.
- A ja nie i skończmy ten temat, nie jestem  gotowa, na tą wiedzę.
- Dobrze, nie ma tematu, pamiętaj jednak, że jestem i zawsze możesz ze mną porozmawiać. Ja po prostu bardzo lubiłam Filipa i nigdy bym nie pomyślała, że taki fajny człowiek, może tak postąpić.
- No widzisz jacy są ludzie, ja też bym nie podejrzewała go o taką rzecz.
Dalszą drogę na uczelnię pokonałyśmy w milczeniu. Nie mogłam powiedzieć Adze, jaką ranę mam w sercu , jak jest mi ciężko. Oczywiście, żebym chciała wiedzieć co się stało i może kiedyś się dowiem. Może pewnego dnia Filip stanie w drzwiach i powie- przepraszam, możemy porozmawiać i będzie jak w tych wszystkich  filmach o miłości, chyba się  rozmarzyłam . Na razie jest jak jest i niebawem Święta Bożego Narodzenia, cudowny czas spokoju, miłości, choinki i pysznych pierniczków, oczywiście w kształcie serc. Na samą myśli uśmiecham się do siebie. Wbrew pozorom cieszę się jak dziecko na te Święta.
***
-Moja kochana córeczko jesteś nareszcie, tak się cieszę.
- Ja też się cieszę.
-A gdzie Filip? – Dojedzie później?
- Nie, w ogóle nie przyjedzie, nie jesteśmy już razem…
- Co proszę? – Nie jesteście, dlaczego mi nie powiedziałaś?

- Nie byłam gotowa na taką rozmowę. Chciałam to przemyśleć. Filip odszedł i do miesiąca nie mam z nim kontaktu, zupełnie nie wiem co się stało.
- Nie wiem co powiedzieć kochanie, brak mi słów.
- Mi też zabrakło, jak  wyniósł się z domu.
Nic nie jest w życiu doskonałe, choćby na takie wyglądało, Filip, mój ukochany, idealny chłopak. Odszedł w siną dal, smutek i nostalgia, jakby powiedziała Aga.
Święta przebiegły w atmosferze miłości. Moje ulubione pierniczki zniknęły w pierwszej kolejności. Odpoczęłam, wyspałam się i na chwilę zapomniałam. Do Warszawy wróciłam przed Nowym Rokiem miałyśmy z Agą iść na bal z ludźmi z naszej uczelni, całą grupą, poszaleć i wejść z przytupem w Nowy Rok. Takie były plany. Wszystko rozpadło się  w jednej sekundzie. Idąc ulicą, po drugiej stronie zamajaczyła mi postać Agnieszki, roześmianej Agnieszki z chłopakiem…To był Filip, ktoś powie, to niemożliwe, nic tego nie zapowiadało, a ja powiem życie nie jest sprawiedliwe…Weszłam na ulicę i nie zauważyłam auta, tak po prostu, go nie widziałam. Upadłam. To wszystko co zapamiętałam. Upadłam.
***
Obudziłam się w szpitalu, nie wiem ile byłam nieprzytomna, wiem jedno wszystko mnie bolało, nie pamiętałam wypadku, pamiętałam tylko co było przed-  moją najlepszą przyjaciółkę w towarzystwie mojego byłego chłopaka, ten obraz utkwił w mojej głowie, tylko ten. Obok mnie siedziała mama z zamkniętymi oczyma, chyba czekała aż się wybudzę. Nie chciałam jej budzić, pewnie była zmęczona. Znowu zamknęłam oczy. Znowu zasnęłam i spałam tak jeszcze długo, nie chciało mi się wstać, nie chciało mi się żyć, ona nic nie wiedziała, a ja zostałam zdradzona i nic ani nikt tego nie zmieni, chyba tylko cud.
***
Minął kolejny dzień, otworzyłam oczy, delikatnie i niespiesznie.
- Kochanie, to ja mama, pamiętasz coś? Zaraz zawołam lekarza. Tyle dni czekałam, aż się obudzisz, tyle dni, moja najdroższa córeczka.
Mama wybiegła, ja nadal czułam się źle, moja dusza cierpiała, moje serce było rozdarte na pół, co jest gorsze, od tego rozdzierającego bólu wewnątrz mnie? Co jest gorsze…
- Dzień dobry młoda damo? Jak się dziś czujemy? Długo się spało, chyba czas wstawać?
Nie chciało mi się mówić, jednak cicho odpowiedziałam – Dobrze się czuję panie doktorze.
- To bardzo się cieszę. Ogólnie stan pani jest dobry, operacja choć poważna, przebiegła dobrze, musieliśmy potrzymać panią w śpiączce farmakologicznej, dlatego pani trochę dłużej spała, rozumie pani, co do niej mówię?
- Tak, rozumiem.
- To dobrze, zostawię panią z mamą, proszę odpoczywać, wszystko jest w jak najlepszym porządku.
- Mamo, ile czasu byłam nieprzytomna?
- Pięć dni- Kochanie, pięć dni. To była dla Twojego zdrowia.
- Czy była tu Agnieszka?
- Była…
- Zadzwoniłaś do niej?
- Nie, to ona Cię znalazła po wypadku… i wezwała pogotowie, dobrze że tam była, szybko zareagowała.
- Rozumiem.
- A potem jeszcze przyjechała do szpitala?
- Była raz…, był jeszcze ktoś z nią, ale nie wiem czy jesteś gotowa na to, z kim była…
- Z kim? – Powiedz proszę…
- Z Filipem…
- Coś dla Ciebie zostawił…
- Co takiego?
- Jesteś gotowa? - Może to dla Ciebie zbyt wiele emocji.
- Jestem.
Mama podeszła do małej szafki w końcu szpitalnego pokoju, otworzyła i wyjęła duże, brązowe serce z piernika… Nie mogłam ukryć wzruszenia, może rzeczy nie są takie, jakie się wydawały, może jeszcze wszystko da się uratować,  to było duże serce z piernika z napisem- Kocham Cię Gabi… Nic dodać, nic ująć, szczęśliwe zakończenie.

Marta Wiśniewska                                                             
Serce z piernika



- Czy to naprawdę się dzieję? Czy tak piękne rzeczy mogą przytrafiać się właśnie mnie?- Oliwia spoglądając na prószący śnieg, czuła jak w jej głowie, niczym kadry filmowe, przewijają się obrazy nasuwające niedowierzanie w to, co od pewnego czasu zaczęło dziać się jej w życiu.
Wydawało się jej to nieprawdopodobne- ona ze swoim brakiem pewności miałaby dosięgnąć czegoś tak wyjątkowego jak miłość i to w najpiękniejszym tego słowa znaczeniu- zastanawiała się.
Bulgot wrzącej wody w czajniku wyrwał ją z zamyślenia, podeszła więc do blatu kuchennego i zaparzyła kawę, dodała do niej odrobinę śmietanki, cynamonu oraz przyprawy korzennej i usiadła przed ekranem laptopa.
 Od dwóch tygodni była właścicielką internetowej cukierni „Serce z piernika”, ale nie była to jedna z wielu cukierni, była to prawdziwa, ba najprawdziwsza twórczość kulinarna, która z dnia na dzień zyskiwała w sieci ogromne uznanie.
Zanim jednak do tego doszło… Wiele się wydarzyło…
 Czy były to zdarzenia, którymi ktoś odgórnie kierował, czy zbiegi okoliczności?
Oj, to musiał być jakiś tajny plan, napisany gdzieś tam u góry przez tego, w którego Oliwia od dziecka wierzyła.
 Nie miała łatwego dzieciństwa, niestety. Nic więc dziwnego, że barak wiary w siebie znała od podszewki, a to bolało, bardzo bolało.
 - Wolę dostać uwagę do dzienniczka, niż siedzieć w ławce z tą dziwaczką - wrzasnęła jedna z dziewczynek, gdy nauczycielka wskazała jej miejsce w ławce obok siedmioletniej Oliwki.
Mała objęła twarz dłońmi, łzy stanęły jej w oczach, ale udało jej się je stłumić. Była bowiem przyzwyczajona do tego typu sytuacji, które od kilku miesięcy przeżywała od poniedziałku do piątku, od znienawidzonego poniedziałku do jakże bardzo wyczekiwanego piątku.
 W szkole dzieci traktowały ją jak trędowatą. Czy mieli ku temu powód?
Nie, na pewno nie!
Jednak w ich mniemaniu noszenie okularów z grubymi szkłami dawało im zgodę na to, by nazywać Oliwię dziwadłem, potworem, robokopem. I były to najłagodniejsze określenia, która dziewczynka musiała znosić na co dzień.
 - Z takim wyglądem nie warto żyć - rzekła Małgosia do Oliwki na jednej z przerw.
 - Jeśli Ci przeszkadzam, to po prostu nie patrz na mnie - odpowiedziała.
 - Uhaaaa - Małgosia wybuchła śmiechem tak głośnym, że z całą siłą rozniósł się echem po szkolnym korytarzu.
Pozostałe dzieci od razu podniosły wzrok i podbiegły pod salę numer dwadzieścia trzy, gdzie stały dziewczynki.
Dziewczynki, które mogłyby być dobrymi koleżankami, gdyby nie fakt grubych szkieł w okularach Oliwki.
Pozostałe dzieci zaczęły w pogardliwy sposób krzyczeć w kierunku Oliwii, ona skuliła się i powoli oddalając się od grupy modliła  się, by trzy ostanie lekcje minęły jak najszybciej.
 Najlepszym i najskuteczniejszym lekarstwem na klasowe szykany były opiekuńcze ramiona prababci Agnieszki, którą kochała całym swym dziecięcym sercem.
Prababcia była dla niej kimś, kto potrafił dodać jej otuchy, kimś, z kim najczęściej odrabiała lekcje, kimś, z kim mogła płakać i śmiać się.
 Tak mijały kolejne lata. W szkole niestety nic się nie zmieniało, a Oliwia przywykła do tego, że jest odludkiem, choć nie z własnego wyboru.
Zaakceptowała taki stan rzeczy i nauczyła się walczyć z niełatwą codziennością.
 Prababcia ją wspierała, niestety rodzice nie. Nie było w nich takiej czułości, jaką emanowało do świata serce ukochanej prababci. Zajęci swoimi pracami, zamknięci w świecie dorosłych, nie bardzo wiedzieli co dzieję się w życiu ich córki. Zdecydowanie więcej czasu poświęcali jej bratu, który, co tu dużo mówić, był ich oczkiem w głowie.
 - Usiądź przy mnie - powiedziała któregoś dnia prababcia Agnieszka, spoglądając czule na Oliwkę.
 - Musisz być dziecko bardziej dzielna, musisz mieć większy wpływ na swoje życie, chciałabym abyś nauczyła się wiary w siebie - mówiła tamtego dnia.
 - Babciu - jęknęła Oliwka - ja naprawdę nie potrafię - odpowiedziała wtulona w jej ramiona.
 - Jest na to sposób - rzekła babcia.
 - W Swarzędzu mieści się zakon, do którego dołączyła moja znajoma- Klara, siostra zakonna, została przeniesiona i będzie sprawować funkcję nauczycielki w tamtejszym liceum.
 - Za rok kończysz szkołę podstawową i uważam, że tamto liceum będzie dla Ciebie najlepsze, a Klara stanie się dla Ciebie kimś, na kogo zawsze będziesz mogła liczyć - dokończyła.
 Gdy Oliwia i Klara poznały się, od razu jakaś nić porozumienia pojawiła się w ich relacji. Z czasem zrodziło się między nimi wzajemne, ogromne przywiązanie.
Wprawdzie Oliwka nadal uczęszczała do swojej podstawówki, ale z radością wyczekiwała momentu, aż zacznie się nabór do liceum.
Czuła się o wiele lepiej, spotkania z siostrą Klarą dodały je wiary w siebie, pewności, animuszu, jednym słowem dodały jej skrzydeł, które w jej przypadku okazały się niezbędne do tego, by ruszyć z miejsca i spróbować sprawić, aby codzienność stała się lepsza i bardziej radosna, bo w głębi duszy marzyła o życiu pełnym jasnych barw.
 - Jesteś jedyna i wyjątkowa - te słowa jak mantrę powtarzała Klara, gdy Oliwia ją odwiedzała i gdy razem spędzały czas.
 - Nie pozwól, by ktokolwiek Tobie tą wiarę odebrał, nie wątp w siebie, a to zaprocentuje - powtarzała.
 Krótko przed pójściem do liceum, odeszła prababcia Oliwki. To był dla niej bardzo trudny, smutny czas. Niewysłowiona pustaka i żal.
Pomoc siostry Klary okazała się bezcenna, każdego dnia Oliwia czuła w niej oparcie, a tym samym każdego dnia od nowa uświadamiała sobie jakie miała szczęście w chwili, gdy ta drobna zakonnica pojawiła w jej życiu.
 W zakonie siostry prowadziły internat, w którym Oliwia zamieszkała od czasu rozpoczęcia nauki w liceum. Jej rodzice nie mieli nic przeciwko, a ona wśród zakonnic czuła się o wiele lepiej, niż w domu rodzinnym.
Pokochała wszystkie zakonnice, bardzo się z nimi zżyła, stały się jej bliskie, a siostra Klara najbliższa, tak jak kiedyś prababcia Agnieszka.
To właśnie ona stała się jej powierniczką, wiedziała o jej radościach i smutkach, nadziejach i marzeniach, które z czasem zaczęły rodzić się w jej głowie.
W liceum, do którego uczęszczała, znalazła swoje koleżanki, grono znajomych, z którymi lubiła spędzać czas. Może nie były to wielkie przyjaźnie, ale na pewno koleżeństwo warte tego, by je pielęgnować.
 Oliwia odnalazła się w Swarzędzu, pokochała to miasteczko, czuła się tam dobrze, miała swoje ulubione uliczki, swoje ulubione sklepy, ukochane jezioro, nieopodal którego uwielbiała spacerować gdy czuła potrzebę przemyślenia pewnych spraw i poukładania ich w odpowiedniej hierarchii.
 - Siostro - westchnęła pewnego dnia Oliwia.
 - Tak, słucham Cię dziecko moje - siostra Klara odpowiedziała zaparzając aromatyczną herbatę malinową.
 - Teraz to Ty jesteś drogowskazem na drodze mojego życia - powiedziała Oliwia głosem pełnym wdzięczności.
Klara spojrzała na nią, a łzy spłynęły jej po policzkach.
Obie wiedziały, że ten moment już na zawsze pozostanie w ich sercach.
 Lata liceum mijały spokojnie, dużo bardziej radośnie, niż te, za czasów podstawówki.
Ale gdy koleżanki Oliwki po raz pierwszy umawiały się na randki, znajdowały sobie chłopaków, chodziły do kina, czy kawiarenek, ona trzymała się z dala od tych tematów.
To blizny z okresu podstawówki, tacy ludzie jak ja mogą nauczyć się wiary w siebie, mogą nabyć pewności, ale nie mają prawa do większej i pełniejszej dawki szczęścia, nie mają prawa do miłości- często powtarzała w swych myślach.
Czuła, była wręcz przekonana, że wywodząca się z biednej rodziny dziewczyna, która od dziecka nosi okulary z grubymi szkłami, nie jest w stanie dotknąć czegoś, co kryję się w słowie miłość.
Wieczory wolała więc spędzać na nauce i…, no właśnie, w trzeciej klasie odkryła w sobie pasję do pieczenia i to taką pasję z prawdziwego zdarzenia.
 Siostry zachwycały się jej wypiekami i talentem kulinarnym.
 - Ta muffinka z kremem rozpływa się w buzi - słyszała wielokrotnie.
 - A te kruche ciasteczka z kardamonem, smak nie do opisania - słyszała znowu.
Zakonnice prześcigały się w zachwytach, a ona cieszyła się, że jej pasja może przynieść innym aż tyle radości.
Sprawy damsko-męskie odrzucała, bo nie wierzyła w ich powodzenie, przynajmniej w swoim przypadku.
I chodź siostra Klara powtarzała jej, że na miłość trzeba się otworzyć, troszkę uchylić jej drzwi serca i własnego życia, ona tkwiła w swoim przekonaniu.
Jak bardzo się myliła, przekonała się za kilka lat, na razie wiedział o tym tylko sam Bóg.
 Gdy dostała się na studia, jej radość nie miała końca, a i zakonnice były z niej bardzo dumne.
 - Nasza zdolna podopieczna - mówiły nieomalże chórem.
 Pomimo, że studiowała w Poznaniu, to jednak nadal mieszkała w Swarzędzu. Wprawdzie już nie u sióstr, ale w wynajętym nieopodal ich zakonu mieszkaniu. Dzięki temu mogła je często odwiedzać, zamykać się w ich magicznej kuchni i wyczarowywać dla nich słodkie cuda, w których z miesiąca na miesiąc stawała się prawdziwą mistrzynią.
 Na studiach wszystko układało się po jej myśli, wszystko szło zgodnie z planem.
Wszystko, po za jednym.
Spoglądając na swoje koleżanki, które wchodziły w szczęśliwe związki, planowały śluby, myślały o dzieciach, czuła się coraz częściej samotna.
Brakowało jej kogoś, przy kim mogłaby czuć się w pełni bezpiecznie, kogoś, dla kogo byłaby ważna, najważniejsza. Jednocześnie nadal utwierdzała się w przekonaniu, że miłość, dom, rodzina, to cele, których ona nigdy nie osiągnie. Skupiała się zatem na nauce, a z czasem na pisaniu swojego bloga.
„Słodka Magia”- tak go nazwała za radą siostry Marianny, bliskiej przyjaciółki siostry Klary. Siostra Marianna jako największa fanka jej kulinarnego talentu, zgodnie ze wszystkimi pozostałymi zakonnicami twierdziła, że w jej słodkościach zawarta jest szczypta magii.
 - Inaczej nie byłyby tak pyszne - mówiła zakosztowując się w korzennych herbatnikach.
 - Dziecko - rzekła pewnego dnia biorąc w swoje dłonie dłoń Oliwki - w życiu jest o wiele łatwiej, gdy ma się kogoś, na kim można polegać, gdy ma się kogoś, kto stanie za nami murem w każdej sytuacji - rozwinęła myśl.
 - Siostro…- przerwała jej Oliwia, ale Marianna nie dała się zbić z tropu.
 - Jeśli Ty sama nie otworzysz się na miłość, może Cię ona ominąć, nie pozwól na to - dodała czułym, ale stanowczym głosem.
Te słowa często powracały w myślach Oliwii.
Wiedziała, że są prawdziwe.
 Spychanie potrzeby miłości na dalszy plan to jakby wyrzekanie się samej siebie, bo od kiedy tylko pamiętała, marzyła o tym, by kiedyś, gdy dorośnie, mieć szczęśliwy dom oraz  rodzinę. Paradoksalnie jednak uważała, że na to nie zasługuję, że miłości wszyscy mogą doświadczyć za wyjątkiem jej samej.
Bo czy kobieta nosząca grube szkła w okularach może zastąpić takiego zaszczytu, jakim jest miłość?- często w jej głowie padało to pytanie.
Co gorsza, od razu pojawiała się też odpowiedź, jakże smutna odpowiedź- nie.
Miłość to uczucie, które mnie nigdy nie spotka- smutek zalewał falami jej myśli, wtedy jak  najprędzej starała się je odepchnąć od siebie i skupić na czymś innym.
 Studia skończyła z wyróżnieniem, jedno z jej marzeń się spełniło, została nauczycielką nauczania początkowego i w tej dziedzinie się realizowała.
Jej kulinarny blog też rozwijał się pełną parą, miała coraz więcej czytelników, którzy komplementowali jej przepisy, jego prowadzenie oraz praca z dziećmi stały się sensem jej życia.
W wolnym czasie najchętniej odwiedzała siostry.
 Miała dwadzieścia dziewięć lat, gdy do drugiej klasy szkoły podstawowej, w której uczyła, doszła dziewczynka- miała na imię Ania.
Nieśmiała, małomówna, skryta, zamknięta w sobie- z takiej strony od razu dała się poznać.
Dyrektorka szkoły uprzedzała o tym, że nowa uczennica, to dziewczynka po przejściach, dlatego jest bardzo zdystansowana wobec innych dzieci.
 Na zebraniu rodzicielskim Oliwia poznała jej tatę.
 - To pan jest ojcem Ani, prawda?
 - Tak - odpowiedział podchodząc do jej biurka.
 - Chciałabym, aby Ania odnalazła się w grupie, by znalazła w klasie przyjaciół, ale przyznam szczerze, że jest tak zamknięta w sobie, że trudno mi do niej trafić, na przerwach nie chce rozmawiać z innymi dziećmi, pomimo że one wyciągają  do niej rękę.
 - Czy zgodziłby się pan na rozmowę Ani z naszą szkolną panią psycholog? - dodała po  chwili.
 - Hmm...- moment zastanowienia najwidoczniej był potrzebny panu Piotrowi (bo tak miał na imię tata Ani), by uświadomić sobie powagę sytuacji.
Lekko przestraszonym głosem odpowiedział.
 - Dobrze, jeśli to miałoby pomóc mojemu dziecku, to proszę spróbować.
Siedząc wtedy na krześle, na przeciwko biurka Oliwii, opowiedział jej dlaczego córka zachowuje się w ten sposób.
 Dwa lata wcześniej jej mama, a jego ówczesna żona wyjechała do Londynu, do pracy, miało być to zajęcie na trzy miesiące, potem miała wrócić.
Stało się jednak inaczej.
 - Pewnie pani się domyśla? - spytał?
 - Domyślam się, że pana żona nie wróciła do kraju - odpowiedziała Oliwia trochę zmieszana.
 - Po pół roku od znajomych dowiedziałem się, że poznała kogoś, że planuje tam zostać na stałe.
 - Po dwóch kolejnych miesiącach dostałem list, w którym potwierdziła tylko to, co już właściwie było jasne.
 - Nie to jednak było najgorsze - kontynuował.
 - Najgorsze było to, że ani słowem nie napomknęła nawet o nasze córeczce, tak jakby jej nie było.
Ukrył w dłoniach twarz.
 - Postaramy się pomóc pana córce - kilka chwil ciszy przerwała Oliwia, zrobiła to tak stanowczym tonem, że kąciki ust jej rozmówcy zaczęły tworzyć coś, na kształt uśmiechu.
 Następnego dnia Oliwia z rana udała się do szkolnej psycholog, a tym samym swojej serdecznej przyjaciółki Danki, by zapytać jak można pomóc małej Ani.
Wszystko jej dokładnie wytłumaczyła, mówiła o tym, że mała stała się zamknięta w sobie od czasu braku kontaktu z matką, o tym że prawdopodobnie na skutek stresu boi się relacji z otoczeniem, boi się odrzucenia, bo tego przecież doświadczyła ze strony najbliższej osoby.
A takie przeżycia bez wątpienia zostawiają ślad w psychice.
Danusia obiecała  pomoc i słowa dotrzymała.
 Mała za namową swojej nauczycielki zaczęła uczęszczać na spotkania z psychologiem trzy razy tygodniu.
 - Proces wznawiania relacji z otoczeniem nie jest łatwy - powiedziała Danka spoglądając po kilkunastu dniach na Oliwię, a Ania to szczególnie wrażliwa dziewczynka i potrzeba jej wiele czasu i uwagi, by mogła odzyskać pewność siebie, a zarazem i wiarę w ludzi - dodała.
Jednak od samego początku było widać u niej postępy i to Oliwię cieszyło najbardziej.
 Pan Piotr był wniebowzięty patrząc na zmiany jakie zachodzą w zachowaniu jego córki.
 - Jest pani aniołem - mówił głosem pełnym wdzięczności do Oliwii, gdy przychodził po małą  do szkoły.
 - Ten komplement bardziej należy się naszej pani psycholog, to ona pomaga Ani, to dzięki niej w małej zachodzą tak pozytywne zmiany.
 - Ale od pani dobrego słowa wszystko się zaczęło… - odpowiedział tata dziewczynki, a na policzkach Oliwii pojawił się rumieniec, bez tego chyba po prostu nie potrafiła przyjąć komplementu.
 We wrześniu, gdy ponownie rozpoczął się rok szkolny, Oliwia tak często jak zawsze zaglądała do zakonnic, bo czas z nimi spędzony był dla niej bezcenny.
 - Siostro Klaro, tak się cieszę, że Ania wychodzi na prostą - Oliwia zwierzyła się jej pełna entuzjazmu i radości w głosie.
Klara znała całą historię i od początku modliła się o to, by dziewczynce udało się pomóc.
 - Widzisz - odpowiedziała Oliwii - to dar  niebios, tak jak i to, że ta mała wraz ze swoim ojcem pojawili się na Twojej drodze.
 - Jeśli wiesz co mam na myśli, oczywiście - dodała po chwili z pozornie tajemniczym uśmiechem na twarzy, bo doskonale wiedziała, że Oliwia rozumie ją w pół słowa.
 - To Pan Bóg wymyśla dla nas plan, pamiętaj o tym, przed jego planem nie uciekniesz - dokończyła.
 Czas pokazał, jak skuteczna okazała się pomoc Danki.
Mała otworzyła się na koleżanki i kolegów z klasy. Stała się bardziej ufna, chętniej spędzała czas w grupie, a największym sukcesem było to, że prawdziwie zaprzyjaźniła się z jedną z dziewczynek z klasy- Justynką.
Radość ojca Ani wymalowana była na twarzy zawsze, gdy zjawiał się w szkole, czy to na zebraniach rodzicielskich, czy wówczas, gdy odbierał córkę po lekcjach.
Za każdym razem znajdował słowa pełne wdzięczności, którymi obsypywał nauczycielkę córki.
Tylko czy za tymi słowami kryła się wyłącznie wdzięczność?
Na to pytanie potrafił wtedy odpowiedzieć jedynie Bóg.
A że siostra Klara twierdziła, że życie człowieka układa się według jego planu, to gdzieś w głębi serca czuła, że teraz Bóg chce z góry zatroszczyć się o Oliwię.
Miała intuicję , oj miała.
 Wkrótce nawet Danka zauważyła, że wdzięczność Piotra wobec Oliwii wykracza po za tą, którą człowiek w takiej sytuacji zazwyczaj okazuje drugiej osobie.
Tylko Oliwia tego nie zauważała, albo może bała się zauważyć, dostrzec, że ten mężczyzna  czuje do niej coś więcej.
Pan Bóg musiał zatem bardziej zdecydowanie wdrażać swój plan.
Zdecydowanie - to z pewnością był czynnik, nad którym musiał się najbardziej skupić.
 Gdy więc kolejnego dnia ojciec Ani przyszedł odebrać córkę ze szkoły, jak zwykle podszedł do jej wychowawczyni.
Z jego ust znów wypłynęły słowa wdzięczności za pomoc i opiekę nad Anią, bo Oliwia z całą troskliwością i wrażliwością płynącą z serca zajmowała się dziewczynką, by jak najlepiej czuła się w grupie.
Pan Piotr odprowadził ją do pokoju nauczycielskiego i oznajmił, że poczeka na nią, a potem  przespacerują się w stronę parkingu, na którym mieli zaparkowane auta.
 Nad biegiem zdarzeń czuwał Pan Bóg, który postanowił dopomóc Oliwii w tym, by mogła zobaczyć w Piotrze tego, o którym skrycie marzyła.
 Jej auto tamtego popołudnia odmówiło posłuszeństwa.
Na nic się zdało podanie prądu z samochodu jej towarzysza, auto nie chciało odpalić i
nie wyglądało to dobrze.
 - Dzwonię po Krzysia, to mój dobry znajomy, odholujemy pani auto do pobliskiego warsztatu - powiedział stanowczym głosem pan Piotr.
 - Hmm, chyba nie mam wyboru - odpowiedziała Oliwia, tym samym godząc się na jego pomysł.
Za godzinę grymaśne auto było już w dobrych rękach fachowca.
Oliwia pozwoliła się odwieść do domu. Była zmęczona tym dniem, więc gdy tylko położyła głowę na poduszkę, zasnęła.
 Następnego dnia obudził ją dźwięk komórki leżącej na komodzie przy łóżku.
 - Tak, słucham - odebrała nieco zaspanym głosem.
 - Pani Oliwia? - usłyszała męski pytający głos.
 - Tak, to ja - odpowiedziała.
 - Piotr z tej strony, może nie powinien dzwonić o tak rychłej porze, ale widziałem, że była pani wczoraj wykończona i nie ukrywam, że martwiłem się, a po za tym dzwonił do mnie Krzysiek i auto dziś po południu będzie do odbioru, wczorajsza awaria to było coś z rozrusznikiem, ale teraz jest już wszystko dobrze.
 - Dziękuję panu, dziękuję za wszystko, w takim razie po południu stawie się w warsztacie.
 Po pracy Oliwia popędziła po swoje auto. Ku jej zaskoczeniu najpierw ujrzała tam swojego wybawcę, który bez ogródek wyjaśnił, że na nią czekał.
 - Jestem panu bardzo wdzięczna za pomoc, nie wiem co bym zrobiła gdyby nie pan.
 - Kawa i pierniczki w dowód wdzięczności- to moja propozycja - radosnym głosem odparł.
 - Przyjmuje ją pani?
 - yyy, no… dobrze uśmiechnęła się Oliwia, tym samym wymalowała uśmiech na twarzy swego rozmówcy.
 Tamta kawa i tamte pierniczki w kształcie serduszek stały się początkiem czegoś nowego, jakże pięknego.
A kawiarnia, do której się wybrali, do dziś jest ich ulubioną piernikową kawiarenką.
 Był początek października, na dworze robiło się coraz chłodniej, zmrok zapadał coraz szybciej, wiatry wiały przynosząc coraz większy chłód, a w  sercach tych dwojga działy się prawdziwe cuda.
Cuda, nad którymi czuwał  Pan Bóg.
A jacy aniołowie mu pomagali, by połączyć tych dwoje, to już pozostanie jego tajemnicą.
 Z początkiem listopada Oliwia promieniała jak nigdy wcześniej, a błysk w jej spojrzeniu rozświetlał ten uznawany za najbardziej szary miesiąc.
Widzieli to wszyscy, siostra Klara, siostra Marianna, Danka, a nawet jej rodzice, z którymi ostatnio zacieśniła stosunki, co było jej wielką radością. Kolejnym powodem do radości.
Bo ten najważniejszy powód miał na imię Piotr.
 To on sprawił, że Oliwia zobaczyła w sobie pełnowartościową kobietę, zaczęła więcej się uśmiechać, inaczej spoglądać na kolejne dni, a przede wszystkim uwierzyła w to, że zasługuje na szczęście, tak jak każdy inny człowiek.
Dotąd bowiem za żadne skarby świata nie potrafiła w to uwierzyć. Piotr jednak to zmienił.
Uśmiech codziennie pojawiał się też na buzi Ani, która odzyskała wiarę w ludzi, a do Oliwii lgnęła jak maleńki kotek spragniony pieszczot i czułości.
 - Pojawiłaś się w moim życiu nieoczekiwanie i dałaś szczęście, którego nie jestem w stanie opisać - Piotr wyszeptał te słowa do swojej ukochanej, gdy splatając dłonie siedzieli w piernikowej kawiarence.
Ona wpatrzona w niego czułym spojrzeniem, na chwilę zamilkła.
Po kilku sekundach odpowiedziała.
 - To ty jesteś szczęściem, o jakim skrycie marzyłam.
 - Nie wierzyłam, że coś tak wspaniałego może mnie spotkać, a dzięki Tobie ta niewiara została pokonana.
 - Dziękuję - dodała wzruszona jak nigdy dotąd.
 Byli szczęśliwi, tak samo jak Ania, dla której Oliwia stała się niemalże mamą, a na pewno kimś, kto ją godnie zastąpił.
 Ich radość była zmącona tylko jednym.
Rodzice Piotra nie akceptowali jego nowej partnerki.
 - Stać Cię na kogoś lepszego - usłyszał któregoś dnia z ust matki.
 - Mamo, jestem szczęśliwy, znów szczęśliwy, naprawdę nie rozumiesz tego?
 - Szczęście to pojęcie względne, a w moich i ojca oczach popełniasz ogromny błąd wiążąc się z tą nauczycielką - usłyszał.
Tego nie mógł dłużej znieść, wyszedł z ich mieszkania i poczuł się strasznie zasmucony i rozczarowany.
 Ale Oliwia i jej oddanie wszystko mu rekompensowały.
 Wiedział, czuł, że dotyka szczęścia, i to większego, niż by się mógł spodziewać.
Patrzył na uśmiech i radość swojego dziecka, a to było dla niego ponad wszystko i ponad wszystkimi.
 Oliwia każdego ranka budziła się niemalże z uśmiecham wymalowanym na twarzy.
Każdy dzień był dla niej nowym odkryciem, odkryciem piękna miłości, największego cudu na świecie.
Czuła, że rozpoczęła zupełnie nowe życie.
Uwielbiała swoją prace, pisała bloga, a siostra Klara dalej była powierniczką jej myśli, nadziei, planów.
 Pod koniec listopada zgodziła się zamieszkać z Piotrem.
 - Chciałabym zawsze się tak czuć, bezpieczna, kochana, spełniona - powiedziała do niego któregoś poranka.
 - Masz to zagwarantowane - odpowiedział uśmiechając się i puszczając porozumiewawczo oko.
W tym momencie do pokoju wbiegła Ania i wskoczyła między nich wesoło szczebiocząc.
 - Napisałam list do Mikołaja.
 - Hmm - zamyślił się Piotr.
 - Byłaś grzeczna? Bo widzisz skarbie, on pamięta tylko o grzecznych dzieciach.
 - Bardzo, bardzo tatusiu - odrzekła z ogromną pewnością w głosie.
 - To w takim razie Mikołaj na pewno Cię odwiedzi - zapewnił ją tata.
Rozmawiali jeszcze trochę, a potem poszli szykować śniadanie. Tosty z Nutellą skutecznie dały im zastrzyk energii na cały dzień i z uśmiechem wyszli z domu.
 Swarzędz przystrojony już na Święta, cudnie się prezentował, przypominał prawdziwie Bożonarodzeniową miejscowość. Iluminacje świetlne migały, wystawy w sklepach zachęcały do zakupów, magia roztaczała swą moc, a oni czekali na swoje pierwsze wspólne Święta.
 Pewnego grudniowego popołudnia wybrali się do jednej z galerii handlowych na przedświąteczne zakupy.
Szli ze szczęściem wymalowanym na twarzach, z obładowanymi torbami, po drodze wstąpili  na gorącą czekoladę, a klimat świąteczny udzielił im się jeszcze bardziej.
Czyżby to nie był koniec cudów?
Pan Bóg dalej realizował swój plan.
 Niecałe trzy tygodnie przed Wigilią Piotr wróciwszy do domu powiedział do Oliwii żeby poobiedni czas zarezerwowała tylko dla niego.
 - O co chodzi - zastanawiała się.
Gdy zjedli aromatyczne spaghetti, a Ania poszła odrabiać lekcje, Piotr otworzył swój laptop, poklikał kilkanaście razy myszką, postukał klawiaturą, w końcu ich oczom ukazała się piękna strona internetowa, ozdobiona zdjęciami autorstwa Oliwii, które robi, gdy wyczaruje kolejne słodkie dzieło.
 - To witryna Twojego sklepu internetowego - rzekł Piotr wpatrując się w jej zaskoczony wyraz twarzy.
 - Mojego?
 - Tak, Twojej cukierni internetowej - odrzekł jak najbardziej poważnym i przekonywującym głosem.
 - Już od kilku tygodni nosiłem się z zamiarem zrobienia Tobie takiej niespodzianki,          wyczarowujesz najprawdziwsze słodkie dzieła, więc szkoda byłoby nie podzielić się tym z   innymi. Twój blog to cudowna sprawa, więc na pewno ze sklepem świetnie sobie poradzisz,
a ja i Ania będziemy Twoimi pierwszymi klientami, zgoda? - zapytał.
 - Dziękuję Tobie skarbie, sama nigdy bym się nie odważyła na taki krok, za mało we mnie zdecydowania - odparła.
 - No właśnie, dlatego postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce.
 Do późnego wieczoru Oliwia oglądała sklepową witrynę zaprojektowaną przez znajomego Piotrowi informatyka, który w tych tematach nie miał sobie równych.
Była przeszczęśliwa.
Cud Bożego Narodzenia zawitał do niej jeszcze przed świętami.
Nie był to jednak ostatni cud, ale o tym jeszcze tamtego wieczoru nie wiedziała.
 Na dwa dni przed Wigilią była umówiona na kontrolną wizytę u ginekologa.
W trakcie badania paczula jakiś dziwny niepokój.
Lekarka jakoś tak inaczej na nią spojrzała, zleciła dodatkowe badanie. Oliwia z obawami czekała aż pani doktor wyjaśni jej o co chodzi.
Strach mieszał się z nadzieją, że wszystko będzie w porządku, że wszystko będzie po staremu.
 Otóż nie, nic nie będzie po staremu- tak zdecydował Pan Bóg , który w święta obdarowuje cudami tych, którzy w niego nigdy nie zwątpili.
 - Jest pani w czwartym tygodniu ciąży - powiedziała w końcu lekarka uśmiechając się serdecznie.
 - Gratuluję - dodała po chwili, widząc zdziwioną minę pacjentki.
 Oliwia ledwo co doszła do domu. Ta wiadomość ją bardzo ucieszyła, tak bardzo, że od razu chciałaby się podzielić nią z całym światem, a jednocześnie tak samo bardzo ją zaskoczyła.
Jak zareaguje Piotr?- to była jedna z jej pierwszych myśli.
 Boże Narodzenie ma to do siebie, że tkwi w nim magia, więc po dwóch nocach namysłu postanowiła, że właśnie w ten magiczny wieczór, niepowtarzalny i jedyny w roku oznajmi mu tą nowinę, tą najwspanialszą nowinę na świecie.
I tak się stało.
 W wigilijny wieczór odświętnie ubrani, we trójkę przełamali się opłatkiem, zjedli wieczerzę i… nadszedł moment najbardziej wyczekiwany przez Oliwię, poprosiła więc żeby Ania i Piotr usiedli blisko niej.
Milczała przez parę chwil mimo, że poprzedniego dnia godzinami przygotowywała się do tej rozmowy.
W praktyce jednak okazało się to o wiele trudniejsze, niż sobie to wyobrażała.
 - Od kiedy tylko sięgam pamięcią, zawsze wierzyłam w magię Bożego Narodzenia, a Wy? - zapytała patrząc na swojego ukochanego i Anię czułym wzrokiem.
 - Prezenty, prezenty - dziewczynka domagała się, by można już było je rozpakowywać.
 - No właśnie… - rzekła Oliwia.
 - Mam dla Was prezent, tylko nie wiem czy się Wam spodoba.
Piotr spojrzał na nią nie domyślając się o co chodzi.
Oliwia postanowiła nie przeciągać tej chwili.
 - Spodziewam się dziecka - powiedziała wreszcie te słowa.
Zerknęła najpierw na Piotra, następnie na Anię.
 To, co się potem stało, upewniło ją w tym, że świąteczna magia to nie bajka, lecz najprawdziwsza prawda, niezaprzeczalna i piękna zrazem.
 - Będziemy mieli dziecko(?) - z lekkim znakiem zapytania wypowiedział te słowa Piotr, bo był trochę jeszcze oszołomiony.
 - Tak - odparła.
 - O Boże Najświętszy, jestem najszczęśliwszym facetem na świecie - krzyknął, a właściwie wrzasnął Piotr i przytulił swoje dziewczyny.
 - Córeczko, będziesz miała rodzeństwo - wyszeptał do Ani.
Wtedy rozległ się dziecięcy okrzyk radości.
 - Hurra, będę miała siostrzyczkę.
 - Tego jeszcze nie wiadomo - odrzekła Oliwia - może to będzie braciszek.
 - Braciszka też będę kochała - odparła rezolutnie.
A Oliwii w tym momencie spadła z oczu pierwsza łza szczęścia.
Były to cudowne chwile tamtego wigilijnego wieczoru, niezapomnianego, najszczęśliwszego jaki dotąd przeżyła.
 - Magia Bożego Narodzenia zagościła i u mnie- Oliwia westchnęła w myślach i wtuliła się w objęcia tych, którzy stali się dla niej prawdziwą rodziną, bo Piotr i Ania tym właśnie dla niej byli.
Kochała i była kochana, a pod jej sercem rozwijał się cud.
 Czułym i pełnym oddania wzrokiem objęła Piotra i Anię, cynamonowa herbata roztaczała swój aromat, a pierniczki i makowiec pięknie pachniały- domem i miłością. 
Wiedziała, że szczęście zapukało do jej drzwi. To szczęście, o którym kiedyś skrycie marzyła.
 A Pan Bóg z góry obserwował to wszystko, otulając opiekuńczym spojrzeniem całą trójkę, która przy choince zaczynała właśnie śpiewać „Cichą Noc”.
I nastało Boże Narodzenie.
Cud życia, cud szczęścia, cud spełnionych marzeń.

Krysia Radziejewicz
Serce z piernika

Weronika już od kilku godzin pochylała się nad szkicownikiem. Na biurku w kubeczkach królowały kredki, markery, cienkopisy we wszelkich możliwych odcieniach oraz ołówki o różnej skali twardości. W zasięgu ręki stał kubek z niedopitą herbatą. Na sznureczku zawieszonym nad biurkiem wisiały przypięte miniaturowymi klamerkami niczym pranie pocztówki bożonarodzeniowe oraz zimowe pejzaże. Całość była barwna, magiczna i idealnie nastrajała do twórczej pracy.
Weronika od dziecka miała słabość do kolorów. Świat barw emanował potężnym bogactwem. Dlatego z lubością oddała się modnej w ostatnich czasach pasji kolorowania. Gdy z pewną nieśmiałością sięgała po pierwszą pozycję z cyklu antystresowych kolorowanek dla dorosłych, nie przypuszczała, że już po kilku latach będzie tworzyć własne. Jej pierwsza kolorowanka nosiła tytuł „W kociej herbaciarni”. Roiło się w niej od puchatych czworonogów, pękatych dzbanuszków i parujących filiżanek. Było apetycznie, nastrojowo i ciepło. Weronika cieszyła się wówczas, że udało jej się połączyć swoje trzy małe – wielkie miłości: barwy, koty i aromatyczne napoje. Pozycja sprzedawała się jak ciepłe bułeczki, zaś dziewczyna czuła, że w ten oto sposób spełnia swoje małe – wielkie marzenie. Weronika bardzo lubiła to paradoksalne połączenie przymiotników: małe – wielkie. Właśnie tak wyglądał jej świat, to co dla innych było małe i niezauważalne dla niej było wielkie, istotne i piękne. Od najmłodszych lat kochała te wszystkie drobne cuda, obok których większość jej koleżanek przechodziła obojętnie goniąc za tym co prestiżowe, modne, krzykliwe. Czasem miała wrażenie, że gdy wszyscy dookoła pędzą, ona przystaje. Zaś, gdy zatrzymują się pełni roztrzęsienia i ekscytacji, ona idzie dalej. Nie wynikało to z pogardy czy też poczucia wyższości. Te uczucia były jej całkowicie obce. Omijały jej serce, jakby wiedziały, że tu nie znajdą urodzajnego dla siebie gruntu. Większość rówieśników nie miała czasu ani chęci na zgłębienie zasady, wedle której biło serce Weroniki i postrzegała tę odmienność jako rodzaj dziwactwa. Nieliczni na krótko zagrzewali przy niej miejsce ostatecznie jednak podążając za tym, co wielkie. Weronika często czuła się samotna, a jej najwierniejszą przyjaciółką stała się niekochana, zapomniana i odtrącana przez pędzących Bóg wie za czym ludzi uważność.
Podczas gdy za oknem naprzemiennie królowały październikowe zawieruchy i ulewy, Weronika  ślęczała nad projektem kolorowanki o magicznym tytule „Czar Bożego Narodzenia”. Prawdę mówiąc bardzo jej odpowiadał taki układ. Zamiast tkwić w jesiennej melancholii, przenosiła się do swojego barwnego świata. To nic, że jej prace były achromatyczne. Oczami wyobraźni widziała tysiące możliwości wypełnienia ich kolorem. Stworzyła już rysunek przedstawiający kominek udekorowany różnej wielkości skarpetami, z których wystawały cukierki, misie i lalki. Narysowała też choinkę ozdobioną z zabawnymi aniołkami. Kilka stron poświęciła świątecznym jarmarkom. Teraz pochylała się nad pracą przedstawiającą uśmiechniętą dziewczynę o krągłych piegowatych policzkach i niesfornych, miękko opadających na plecy i ramiona lokach. Za pomocą wprawnych ruchów ołówka opatuliła jej szyję długim, miękkim szalem. Wstała z krzesła. Rozprostowała zesztywniałe plecy i spojrzała na swoją pracę z oddalenia. Zawsze tak robiła. Ten sposób pozwalał jej na nabranie dystansu, dostrzeżenie ewentualnych błędów, dysproporcji czy też braków. Zmrużyła oczy i z zaskoczeniem stwierdziła, że w narysowanych pobieżnie rysach dziewczyny dostrzega coś znajomego. Nagle ogarnęło ją zupełnie irracjonalne, a zarazem tak silne, że nie sposób było go poddać w wątpliwość, przeczucie, że właśnie teraz przez tę kolorowankę wydarzy się coś niezwykle istotnego w jej życiu.
Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk dzwonka do drzwi. Niechętnie oderwała wzrok od szkicownika. Nie lubiła odrywać się od pracy, zatrzymywać wyobraźni, która właśnie zaczęła wartko pracować. Wiedziała, że ciężko będzie jej powrócić do przerwanego rysunku. Nasunęła kapcie i szurając nimi, niespiesznie skierowała się do przedpokoju, po czym otworzyła drzwi. W progu stała starsza kobieta. Przez ramię miała przewieszoną materiałową torbę z wymalowanym na niej wielkim bajecznie kolorowym słoniem siedzącym na trójkołowym rowerku. W ręku trzymała tęczową, ociekającą wodą parasolkę.
- Dzień dobry młoda damo, czy w tym domu mieszkają może jacyś mili starsi ludzie? – zapytała kobieta.
- Dzień dobry, w tym domu nie ma żadnych grzecznych dzieci – odpowiedziała bezmyślnie Weronika i natychmiast skarciła siebie w duchu, za bujanie w obłokach. Nadmierna koncentracja na śniegowych płatkach, różnokształtnych bombkach, stożkowatych choinkach i jegomościach w czerwonych płaszczach najwidoczniej nie sprzyjała twardemu stąpaniu po ziemi. Zawstydzona swym niefrasobliwym zachowaniem dziewczyna już miała poprosić staruszkę o powtórzenie pytania, gdy dostrzegła, że tamta trzęsie się od niepohamowanego śmiechu.
Weronika nie zdążyła zareagować, gdyż gwałtowny podmuch wiatru szarpnął uchylonym w pokoju oknem i nieprzyjemnie trzasnął drzwiami prowadzącymi do mieszkania, wpychając tym samym staruszkę do niewielkiego przedpokoju.
- Proszę niech pani wejdzie – zaproponowała trochę bez sensu Weronika.
Nadal czuła się zakłopotana. Jednak barwna torba, tęczowy parasol i pełne śmiechu oczy wzbudzały całkowite zaufanie. Weronika natychmiast się rozluźniła i poczuła się jakby wprowadzała do mieszkania nie obcą osobę, lecz krewną, która wróciła właśnie ze spaceru po położonym nieopodal parku i mimochodem zajrzała, aby dowiedzieć się co słychać oraz rozgrzać zmarznięte ciało gorącym napojem. Dziewczyna odebrała i rozwiesiła na wieszaku mokry płaszcz. Parasol wstawiła do łazienki, z szafki na buty wyciągnęła parę kapci. Zaprowadziła gościa do pokoju połączonego z aneksem kuchennym. W elektrycznym czajniku wstawiła wodę na herbatę. Z szafki wyjęła dwa kubki usiane drobnymi, kolorowymi serduszkami. Następnie zdjęła z półki pękaty, szklany słój i bez skrępowania zaciągnęła się zapachem czarnej herbaty, pomarańczy i wanilii. Nasypała szczyptę tej upojnej mieszanki do obu kubków i zalała gorącą wodą. Odczekała, aż herbaciane wiórki przyjemnie zawirują i ustawiła przyrządzony napój na niewielkim stoliku. Kobieta umościła się wygodnie w fotelu. Na kolanach położyła barwną torbę i wyjęła z niej pojemnik pełen piernikowych serc.
- Myślę, że do tej pysznej herbaty nadadzą się idealnie – powiedziała z ciepłym uśmiechem i ułożyła ciasteczka na stoliku.
Weronika zaczęła nabierać dziwnego przekonania, że ta wizyta nie jest przypadkowa. Zadziwiała ją obustronna naturalność i harmonia, której dowodem był naprędce zorganizowany, a mimo to kompletny i niebanalny poczęstunek. Dalsze rozważania przerwał ciepły i łagodny głos gościa.
- Chyba przeszkodziłam ci w pracy – powiedziała kobieta kierując wzrok na biurko, na którym nadal leżał otwarty szkicownik, kilka zaostrzonych ołówków oraz gumka myszka.
- Ach, to nic pilnego – odparła z uśmiechem Weronika. – Takie świąteczne rysunki. Pod koniec miesiąca mam złożyć do wydawnictwa ostateczny projekt kolorowanki. Już chyba sama pani rozumie skąd moja niefortunna odpowiedź na powitanie. A właśnie, zdaje się, że pani kogoś szukała? – przypomniała sobie dziewczyna.
- Czy mogę je obejrzeć? – zapytała staruszka, ignorując tym samym pytanie, które padło z ust Weroniki.
- Tak, oczywiście. – Dziewczyna podała kobiecie szkicownik w jasnozielonej oprawie z wykaligrafowanym ciemnozielonym markerem napisem: Weronika 2017.
Kobieta uważnie przekładała kartki. Zatrzymywała się przy niektórych pracach, gładziła strony. Uśmiechała się do pyzatych aniołków, ośnieżonych kamieniczek i świątecznych jarmarków.
- Są piękne, takie bajkowe i magiczne – pochwaliła kobieta. – Myślę, że powinnaś poznać panią Jadwigę, ale na mnie już pora – dodała uśmiechając się do siebie.
Nim Weronika otrząsnęła się i zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, kobieta stała już ubrana w płaszcz i machała jej ręką na pożegnanie.
- Do zobaczenia Weroniko – zawołała i dziarskim krokiem pomaszerowała schodami w dół.
Jedynie dwa rozgrzane jeszcze ciepłem herbaty kubki oraz piernikowe okruszki pozostawione na stole były dowodem na to, że wizyta starszej pani była jawą, a nie figlem spłatanym przez przeciążony  przesiadywaniem nad świątecznymi szkicami umysł dziewczyny. Weronika wzięła kubki i poszła z nimi do łazienki, aby opróżnić je z fusów.
- Jeszcze mnie odwiedzi – powiedziała do siebie z nadzieją, gdy dostrzegła stojący w rogu kabiny prysznicowej tęczowy parasol.
***
Kolejnego poranka Weronika nadal przesiadywała nad szkicem przedstawiającym piegowatą dziewczynę. Za pomocą kilku wprawnych pociągnięć ołówka umieściła na jej głowie czapkę z puchatym pomponem. Dorysowała płaszczyk sięgający kolan, pasiaste rajstopy i wysokie buty. Dziewczyna z obrazka miała wyciągnięte przed siebie ręce. Dłonie odziane w wełniane rękawice z jednym palcem, aż prosiły o to, by coś na nich umieścić. Weronika pospiesznie naszkicowała zgrabny pakuneczek przewiązany wstążką. Naniosła jeszcze kilka wirujących płatków śniegu. Wstała z krzesła i spojrzała na pracę z oddalenia. Rysunek wyszedł świetnie. Twarz, sylwetka oraz ubranie dziewczyny były bardzo naturalne, a zarazem wdzięczne tylko ten pakunek z niewiadomego powodu nie pasował do całości. Weronika sięgnęła po czarny cienkopis i zaczęła poprawiać nim linie. Tym razem nie była zaskoczona, gdy pracę przerwał jej dzwonek do drzwi. Gdy zaś zobaczyła, że na progu jej mieszkania stoi pogodna staruszka wyraźnie się ucieszyła. Już chciała zaprosić ją tak jak poprzedniego dnia na herbatę, lecz ta powiedziała:
- Dzień dobry Weroniko. Wezmę tylko mój parasol, a ty prędko się ubierz. Dziś idziemy do pani Jadwigi. Zdążyłam jej już obiecać, że będzie miała gościa.
Weronika odniosła wrażenie, że ma do czynienia z dobrą wróżką. Przypomniała jej się bajka o Kopciuszku. Tam matka chrzestna dysponowała co Kopciuszek miał robić, a ten nie dyskutował, nie pytał tylko grzecznie wypełniał wszystkie polecenia. Weronika była łagodną osobą, nie lubiła sporów, ale miała swoje zdanie i nie mogła sobie przypomnieć, by kiedykolwiek przedtem dawała tak sobą rozporządzać. Jednakże od tej staruszki biło tyle ciepła, a polecenia przez nią wydawane nie brzmiały jak rozkazy, lecz stanowiły zaproszenie do przygody. Wrażliwe serce Weroniki podszeptywało wręcz, że otwierają przed nią furtkę prowadzącą do małego – wielkiego cudu. Dziewczyna pospiesznie przygotowała się do wyjścia i już po chwili obie kobiety, każda zasłuchana w głos swojego serca, podążały ulicami miasteczka do mieszkania pani Jadwigi.
***
Drzwi otworzyła im starsza kobieta ubrana w brązową prostą spódnicę do kostki, cieliste pończochy, beżowy, wełniany sweter i grubą kamizelkę z wielbłądziej wełny. Podpierając się laseczką wycofała się w głąb korytarza, robiąc tym samym miejsce dla wyczekiwanych gości.
- Dzień dobry Marianno – głos pani Jadwigi przerwał panującą między kobietami ciszę.
- Witaj kochana, jak dobrze Cię widzieć. Mam dziś dla Ciebie podwójną niespodziankę – powiedziała Marianna puszczając oko do Weroniki.
Gdy tylko wymieniły powitalne uściski i zdjęły z siebie okrycia, pani Jadwiga poprowadziła gości do salonu. Na stole stały już filiżanki oraz talerzyki, a z imbryka unosił się zapach kawy zbożowej. Marianna wypakowała ze swojej barwnej torby pudełko z piernikowymi sercami oraz niewielką książeczką, która na pierwszy rzut oka wydawała się stara i podniszczona.
- Jadwigo, wreszcie udało mi się zrealizować twoje zamówienie. Obeszłam wszystkie księgarnie na rynku. Wyobraź sobie, że sprzedawczyni po długich poszukiwaniach wyszperała ostatni egzemplarz – mówiąc to podała staruszce książkę.
Jadwiga pospiesznie nałożyła okulary. Wytarła ręce w fartuszek. Pogładziła wierzchem dłoni okładkę, a następnie przeczytała powoli i z namaszczeniem tytuł: „Sekretne życie krasnali w wielkich kapeluszach”. Dopiero teraz Weronika dostrzegła, że egzemplarz jest nowy, a złote cienie na grzbiecie i rogach imitują postarzenia.
- Pewnie się dziwisz po co starej kobiecie książka z bajkami – wymruczała z zadowoleniem Jadwiga nadal nie odrywając wzroku od okładki.
- Czy mogę ją obejrzeć? – zapytała nieśmiało Weronika. Nie chciała psuć kobiecie przyjemności z delektowania się podarunkiem, ale ta książeczka intrygowała ją i przyciągała niczym magnes. Okładka oraz tytuł stanowiły zapowiedź niebanalnej zawartości.
Jadwiga z uśmiechem przycupnęła na brzegu kanapy i poklepując miejsce obok siebie zaprosiła Weronikę do wspólnej lektury. Już po chwili obie w milczeniu przekładały strony i zachłannie śledziły czarno – złote ilustracje.
- Trafił swój na swego – skomentowała z nieukrywaną satysfakcją Marianna.
Nie myliła się sądząc, że tę młodziutką dziewczynę i starą, schorowaną kobietę połączy wspólna pasja. Cicho wstała od stołu i poszła do kuchni. Na dużym szklanym talerzu zaczęła rozkładać piernikowe serca. Układała je promieniście rozpoczynając od środka naczynia. W ten sposób na talerzu powstał piernikowy kwiat o płatkach w kształcie serca.
Gdy Marianna powróciła do salonu, na brzegu stołu piętrzyły się już kolejne książkowe pozycje. Niektóre były nowe i pachniały jeszcze drukiem, inne zaś przebyły długą drogę z rąk do rąk zanim trafiły do tego domu. Pierwsza znad książek oderwała roziskrzony wzrok Jadwiga.
- Zawsze kochałam ilustracje, ale nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę. Często, gdy czułam się samotna siadywałam pochylona nad stareńkim wydaniem baśni Andersena. Zachłannie wpatrywałam się w pożółkłe już obrazki i przenosiłam do świata, w którym rządziły barwne plamy i fikuśne kreski. Właśnie nad tą czynnością zastała mnie Marianna, gdy po raz pierwszy zapukała do moich drzwi. Jej wizyta była tak niespodziewana. Myślałam, że pomyliła adres i przypadkiem trafiła do mnie. Już wtedy przyniosła ze sobą pudełko piernikowych serc. Gdy przyszła po raz drugi miała ze sobą nie tylko pierniki, ale też nowiutką, pachnącą drukiem książkę. Do dziś pamiętam jej tytuł „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek (czterech prawych i sześciu lewych)”. Myślałam wówczas, że jest dobrą wróżką i za chwilę zniknie wraz z piernikowymi sercami i kuszącą, zabawną książeczką. Na szczęście Marianna nie znikła, a ja odkryłam w sobie pasję i na stare lata kolekcjonuję bajki dla dzieci, ale tylko te z piękną oprawą graficzną  – zakończyła, a w jej oku zawirowała maleńka łza przepełniona wielkim wzruszeniem.
- Widzisz Weroniko, Jadwiga zdradziła mój sekret. Nie jestem dobrą wróżką tylko Wędrowną Przyjaciółką. Serca z piernika nie powstają za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, lecz najzwyczajniej w świecie zagniatam je i wypiekam. Choć, może niezupełnie dzieje się to tak zwyczajnie. Nie odmierzam i nie odważam składników, lecz dodaję dokładnie tyle, ile dyktuje mi serce. W ten właśnie sposób za każdym razem do piekarnika trafia inna liczba ciastek. Niekiedy na zagniataniu, wałkowaniu, wycinaniu oraz pieczeniu spędzam całe sobotnie popołudnie. Choć ilość wypieczonych serc za każdym razem jest inna, to nigdy nie jest przypadkowa. Może brzmi to nieprawdopodobnie, lecz moje serce wie ile mieszkań odwiedzę, podczas gdy mój umysł nie ma najmniejszego pojęcia, gdzie będzie musiał skierować moje kroki. Wsłuchuję się w swoje serce i pozwalam mu być moim przewodnikiem. Dziś już nie pamiętam co wydarzyło się najpierw. Być może moje nieznoszące sprzeciwu serce nakazało mi upiec piernikowe ciastka, a później poprowadziło mnie do tych drzwi, które nie miały powodów do tego, by otwierać się zbyt często. Możliwe, że było zupełnie odwrotnie. Wiesz Weroniko, kiedy piekłam tę blachę piernikowych serc czułam, że wydarzy się coś wyjątkowego. Gdy zaś po raz pierwszy zapukałam do twoich drzwi – snuła swą opowieść Marianna. -To nie był przypadek. Nigdy nie pukałam do żadnych drzwi przypadkiem. To prawda, musiałam ukryć zdziwienie, gdy tym razem otworzyła mi młoda dziewczyna. Jednak nawet przez moment nie pomyślałam o tym, by się wycofać. Lata praktyki w tej nietypowej profesji nauczyły mnie, że z głosem serca się nie dyskutuje. Trzeba za nim posłusznie podążać, nawet jeżeli początkowo nie rozumiemy dokąd chce nas zaprowadzić, a potem pozostaje już tylko cierpliwie i ufnie czekać. – Marianna sięgnęła po filiżankę i upiła łyk kawy zbożowej, która zdążyła już całkowicie wystygnąć.
- Chyba wiem do czego zmierzasz kochana – włączyła się Jadwiga i uścisnęła mocno dłoń swej przyjaciółki dodając jej w ten sposób otuchy.
- Nie planowałam tego, że zostanę Wędrowną Przyjaciółką. Czasem czułam się jak szamanka lub zielarka skrywająca w swym sercu dar niedostępny i niezrozumiały dla innych, a zarazem tak wielki, że wręcz determinujący całe dalsze życie. Nigdy nie odczuwałam z tego powodu żalu. Towarzyszyła mi ogromna wdzięczność za to, że moje życie jest tak wyjątkowe, bogate w tyle niezwykłych spotkań. Za każdym razem, gdy przekraczałam próg obcego mieszkania i dostrzegałam w oczach odwiedzanych ludzi cień uśmiechu czy błysk nadziei czułam, że jestem świadkiem cudu. Jestem jednak coraz starsza i poczułam niepokój o to, co będzie dalej z tymi wszystkimi samotnymi ludźmi. Zamartwiałam się, czy znajdzie się ktoś, kto zaniesie im piernikowe serca, a wraz z nimi ciepło, życzliwość i zwykłą ludzką obecność. – Marianna sięgnęła po ciastko i zamilkła strapiona.
Weronika przymrużyła oczy i zaczęła intensywnie wpatrywać się w piernikowe serce. Zupełnie tak samo jak jeszcze parę godzin wcześniej wpatrywała się w niedokończony szkic. Odetchnęła głęboko. Piernikowe serce było tym brakującym elementem, to ono będzie idealnie wyglądało na wyciągniętych dłoniach dziewczyny z rysunku. Dziewczyny bliźniaczo wręcz podobnej do niej samej siedzącej teraz u pani Jadwigi. W pierwszym mieszkaniu, które odwiedziła jako zwykła dziewczyna, a które opuści  jako Wędrowna Przyjaciółka. Weronika delikatnie, niczym największą świętość, wyciągnęła z dłoni Marianny serce z piernika.
- Ja je wezmę – powiedziała. Gdy go dotknęła, poczuła, że idealnie pasuje do kształtu jej dłoni.
W tym momencie z oczu zgromadzonych w pokoju kobiet popłynęły małe łzy wielkiego wzruszenia.

Małgorzata Szumann
Kruche serce z piernika

Źródło TUTAJ
Dla Chestera. 
Za rozproszenie mroku głosem, który teraz rozbrzmiewa  w niebiosach.
Za 14 lat w smutku i radości.  
Dla wielu byłeś tylko Chesterem, dla mnie byłeś platonicznym przyjacielem! <3


- Masz to?
- Mam!
- To teraz szybko na salę. Tylko uważaj! To nie zabawka! Jak spadnie, nie będzie co zbierać! – Dwóch mężczyzn w pośpiechu wyszło z pomieszczenia, za którymi drzwi jeszcze przez chwilę chybotały się to w przód to w tył.

02.11.2016r. 
MARIBEL

Cześć. Jestem Maribel i mieszkam w Szklarskiej Porębie. Niedawno skończyłam osiemnaście lat i w końcu mogę bez żadnych zezwoleń od rodziców jeździć na wszystkie koncerty jakie tylko chcę. Oczywiście, to nie znaczy, że miałam jakieś zakazy czy coś! Nie! Moi rodzice są naprawdę w porządku. Ufają mi i wiedzą, że nie zrobiłabym niczego głupiego, a że mają kasy jak lodu, to naprawdę świat stoi przede mną otworem. Mama z tatą cieszą się, że chce podróżować i być wśród ludzi. Poznawać nowe miejsca, przeżyć coś, być tam, gdzie zwykły człeczyna nie może. Wiecie… pieniądze niby szczęścia nie dają, ale na pewno ułatwiają życie. To naprawdę ważne mieć taki kredyt zaufania u rodziców.
Dokładnie za tydzień jadę do Hamburga na koncert Hybrydy. Nie pierwszy w moim życiu oczywiście! Od kiedy poznałam twórczość chłopaków, staram się być tam gdzie oni. Niemcy, Wielka Brytania, Chiny, Stany Zjednoczone… Kiedy tylko mogę jadę na koncert i bawię się wyśmienicie. Tym razem będzie troszkę inaczej, a to za sprawą czekającego na mnie po koncercie Meet & Greed. Pierwszy raz będę miała możliwość porozmawiania ze swoimi idolami i jestem niesamowicie podekscytowana! Bariera językowa mnie nie ogranicza. Język angielski jest dla mnie jak język ojczysty, więc z tym nie będzie problemu. Zatem… Hamburgu! Nadchodzę!

09.11.2016r.

Jestem tuż po koncercie i teraz z kilkudziesięcioma osobami zmierzam na halę, w której czekają na nas chłopacy z zespołu. Będziemy mogli porozmawiać, zrobić sobie wspólne zdjęcia… Widziałam jak jedna dziewczyna trzymała ogromną księgę. Pokazywała ją swoim przyjaciółkom. W środku znajdowała się masa zdjęć, zarówno jej, jak i zespołu, były też strony, na których mieścił się jedynie tekst. Rewelacyjny prezent! Przy następnym spotkaniu też zrobię coś podobnego. Może… może coś upiekę? Moją specjalnością są pierniki! Każdy mi to mówi, a ja zawsze skromnie odpowiadam, że przesadza, no ale może jest w tym trochę racji?
Chłopacy z Hybrydy są jeszcze bardziej mili w spotkaniu twarzą w twarz niż, gdy widzi się ich ze sceny i muszą prowadzić monolog. Spora grupka ludzi poustawiała się w kolejce do Maxa, który błyskał tymi swoimi brązowymi oczami i uśmiechał za każdym razem, gdy ktoś przybijał z nim piątkę.  Rayan, Jonathan, Bob i Dominic również zajęci byli rozmowami ze swoimi fanami. Jedynie Hektor sam podchodził do konkretnych osób i je zagadywał. Przez chwilę obserwowałam jak próbuje uspokoić jedną z dziewczyn, która na jego widok całkiem się rozkleiła. Na domiar tego, nie potrafiła wydusić z siebie żadnego słowa, ponieważ nie znała za bardzo angielskiego. Trochę na migi, trochę po niemiecku i nieskładną angielszczyzną usiłowała powiedzieć kilka słów Hektorowi, jakby za moment miał się skończyć świat. Może wie, że już więcej nie będzie miała takiej okazji? Albo ogranicza ją coś innego? Widać, że strasznie jej zależy, ale Hektor jest cały w skowronkach i przytulając ją do siebie, sprawia, że rozpłakana fanka powoli zaczyna się uspokajać. Nawet nie wiem skąd wytrzasnął różę, którą jej daje i trzymając za ramiona mówi „everything will be ok”. Hmm ciekawe czy i do mnie zwróci się z takimi słowami, biorąc pod uwagę sytuację w jakiej się znajduję. Zapatrzona nawet nie zauważyłam, że główny wokalista skończył rozmawiać z roztrzęsioną dziewczyną i teraz zmierza w moją stroną.
- Hej.
- Hej – odpowiadam nieco roztargniona.
- Pierwszy raz? Nie przypominam sobie ciebie z wcześniejszych spotkań. – Podpisuje mi płytę, którą przyniosłam i nieświadomie mu podałam.
- Nie. To znaczy tak! Na spotkaniu jestem pierwszy raz, ale na wasze koncerty jeżdżę już od kilku lat. Za trzy dni będziecie w Berlinie, prawda? Pewnie znowu się spotkamy. – Hektor zmierzył mnie podejrzliwym wzrokiem, jakby uważał, że żartuję.
- Jeździsz na każdy nasz koncert z powodu piosenek jakie tworzymy, czy może masz kogoś z nas na oku? – Przyciągnął mnie do siebie i konspiracyjnym tonem powiedział na ucho – Wiesz… Jonathan jest wolny. Od lat szuka dziewczyny, ale każda boi się, że ją wymiksuje z drugą. – Wspomniany chłopak jest w Hybrydzie dj’em i od razu zrozumiałam żart. Uśmiechnęłam się do Hektora i równie poważnym tonem odpowiedziałam – Czy to nie przypadkiem Max wiedzie prym najprzystojniejszego faceta w tej kapeli? Właśnie zastanawiam się, po co marnuję czas z tobą, zamiast iść do tego boga seksu i rozpusty. – Wokalista zaśmiał się w głos.
- Wybacz, że marnuję twój czas. Jak masz na imię? Przepraszam, że od razu nie spytałem, ale jakoś tak wyleciało mi z głowy.
- Maribel.
- Bardzo mi miło. Cieszę się, że mogłem z tobą porozmawiać chociaż przez chwilę.
- Ja również. Do zobaczenia następnym razem – powiedziałam i poszłam przywitać się z resztą chłopaków, do których ustawione były kolejki czekających na swoją kolej fanów.
Po spotkaniu wyszłam razem z innymi na korytarz wiodący do wyjścia. Jak zwykle rozwiązała mi się sznurówka w jednym z butów, więc ukucnęłam by ją zawiązać. Nie wiadomo jak mocno wiązałabym te sznurowadła one zawsze znajdą sposób, by w końcowym efekcie pałętać mi się pod nogami. Gdy robiłam trzeci z kolei supełek, usłyszałam rozmowę dwóch mężczyzna dobiegającą z pomieszczenia po lewej stronie. Nie chciałam być wścibska, ale usłyszałam jak wypowiadają nazwę zespołu. Pomyślałam, że może dowiem się czegoś ciekawego, jednak nie spodziewałam się, że to będzie tak straszna wiadomość.
- Hektorowi dużo już nie zostało, a nie znaleziono nikogo kto mógłby się nadawać – powiedział jeden głos.
- Jest sławny. Nie chce mi się wierzyć, że na świecie nie ma ani jednej osoby, która nadawałaby się na taki przeszczep.
- Stary! Tu nie chodzi o nerkę czy oko, ale o serce! Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że trzymasz w piwnicy jakiegoś typa, któremu wyrwiesz najważniejszy organ w ciele i podarujesz go Hektorowi? Z resztą chłopak już pogodził się ze swoją sytuacją. Pozostał mu niecały rok, a potem...
- A potem co?
- A potem chłopacy będą musieli znaleźć innego wokalistę. Sam słyszałem jak Hektor mówił to do Maxa. Oni wszyscy są na to przygotowani. Myślisz dlaczego tak nie szaleje na scenie? Chce jak najdłużej być, a do tego tak strasznie kocha swoich fanów… - Nie chciałam tego więcej słuchać. Hektor jest chory? Potrzebuje… potrzebuje serca? Nie chciało mi się to mieścić w głowie. To nie mogło być prawdą! On? Nie… a może?... Nie będę o tym myśleć! Szybko zawiązałam buta i uciekłam zanim ktokolwiek zauważył, że coś słyszałam.
12.11.2016r.
Wieczór był chłodny, ale atmosfera na stadionie rozgrzewała nawet najbardziej zmarzniętych ludzi. Przez cały koncert przyglądałam się Hektorowi i faktycznie nie wariował na scenie tak jak kiedyś. Ograniczał się do lekkich podskoków w miejscu i szybkim przemieszczaniu się po terenie wyznaczonym dla zespołu. Tym razem również udałam się na Meet & Greed. Postanowiłam, że będę  udawać iż o niczym nie wiem. Z resztą to by było nie na miejscu być taką wścibską osobą. Kiedy Hektor mnie dostrzegł, uśmiechnął się i pokręcił głową.
- Jednak się zjawiłaś?
- Chciałam zamienić z toba kilka słów.
- A co za to dostanę? – Wyciągnęłam ze swojej torby mały pakunek i wręczyłam go chłopakowi. Zaciekawiony przyjrzał się mu obracając go w różne strony.
- Ostrożnie. To serce! – Po tych słowach, zastygł w miejscu. – Z piernika – dodałam w obawie, że mógłby mnie źle zrozumieć. Po jego skonsternowanym wyrazie twarzy nie było ani śladu. Uśmiechnął się i rozpakował paczuszkę, w której faktycznie znajdowało się jedno wielkie serce, przecudnie pachnące piernikiem.
- Dajesz mi serce?
- W każdej postaci. Dziś akurat miałam pod ręką piernikowe.
- Dziękuję – powiedział. – Wiesz, zawsze uważałem, że mamy najlepszych fanów na świecie. Chciałbym poznać każdego z nich. Porozmawiać z każdym z osobna, tak jak teraz z tobą. Chciałbym, żeby każdy fan czuł się ważny i zauważony. Wiem co to znaczy spaść na sam dół. – Nie wiedziałam co na to odpowiedzieć. To były piękne słowa. Na każdym z koncertów zawsze zwracał się do swoich fanów z ogromną sympatią. Niejednokrotnie powtarzał, że jesteśmy najlepszymi fanami, jakich mógł sobie wymarzyć, ale dopiero powiedzenie mi tego prosto w oczy sprawiło, że naprawdę w to uwierzyłam. Znałam poniekąd historię Hektora z gazet. On sam w wywiadach również nie ukrywał co przeszedł w dzieciństwie oraz z jakimi demonami musi walczyć teraz. Będąc dzieckiem, niejednokrotnie był molestowany przez przyjaciela rodziny, co trwało kilka lat, jego rodzice byli po rozwodzie. Nie obyło się bez zażywania narkotyków i picia. Teraz Hektor wychodził na prostą, poniekąd dzięki chłopakom z zespołu, ale nadal zmagał się z depresją, a teraz jeszcze ze świadomością, że może to ostatnie miesiące jego życia… Nawet nie potrafiłam sobie wyobrazić jak trudna musi być taka świadomość. Robiłam sobie właśnie zdjęcie z Rayanem, gdy na drugim końcu sali usłyszałam głośny śmiech Hektora. Robił głupie miny do młodych rodziców, u boku których stał mały chłopiec i z błyskiem w oku patrzył na wokalistę.
Jaka siła w tobie drzemie, że jesteś w stanie się uśmiechać mimo tego bólu jaki cię otacza? – Pomyślałam.

06.01.2017r. 
HEKTOR

Coraz gorzej się czuję. Niesamowicie się męczę, ciężko mi się oddycha, ciężko mi się chodzi… Chyba następny koncert odbędę na siedząco. Zrobimy z chłopakami setlistę samych melancholijnych kawałków i nikt nie zauważy, że coś jest nie tak. Po prostu przy takich utworach dobrze jest sobie posiedzieć. Nie wiem dokładnie ile mi zostało. Miesiąc? Może dwa? Albo pół roku? Jeśli mam być szczery, to nawet o tym nie myślę. Cieszę się z każdego dnia, w którym otwieram oczy i widzę porozrzucane ciuchy Maxa, rozwichrzone włosy Jonathana wystające spod kołdry czy otwartą buzię Boba, do której zmieściłby się… albo nie… nie będę tego kończył.  Od kilku miesięcy  tworzymy nowy materiał na nową płytę. Mamy kilkanaście szkiców piosenek, ale to dalej nie jest to co chcielibyśmy pokazać światu. Kolejny koncert jest za tydzień w Tokio. Byłbym mile zaskoczony, gdybym zobaczył tam Mirabel. Przez ostatnie miesiące nie opuściła żadnego koncertu, gdziekolwiek by się odbył i zawsze wręczała mi ogromne serce z piernika. Musze przyznać, że jej wypieki smakują wyśmienicie. Kiedy pierwszy raz przyszła z tym sercem, przestraszyłem się, że skądś się dowiedziała o moich problemach zdrowotnych. To trochę surrealistyczne, ale w pierwszej chwili naprawdę myślałem, że przyniosła mi żywe serce, wyciągnięte z czyjegoś ciała, bijące, w woreczku z lodem. Poczułem ulgę gdy zobaczyłem, że to zwykły piernik. Ostatnio mało rzeczy mnie cieszy. Mój wewnętrzny Hektor coraz bardziej wżyna mi się głowę i doprowadza do szaleństwa. Mirabel jest jedną z tych osób, która odciąga mnie od ponurych myśli. Moi fani są tymi osobami, dla których mam siłę żyć i póki starczy mi sił chcę koncertować i dawać im poczucie, że są dla mnie ważni. Mam w nosie dochody i sławę. Chciałabym aby inni ludzie uwierzyli w siebie, w swoje możliwości, talenty, chciałbym z nimi dzielić swoją radość i towarzyszyć im w trudnych chwilach. Mam nadzieję, że nasze piosenki chociaż w połowie pomagają niektórym przetrwać ciężkie momenty w życiu. Ja nie miałem tego luksusu, co nie oznacza, że nie chcę go ofiarować innym.

13.01.2017r.

Przyleciała! Ta dziewczyna jest niesamowita. Nawet Max kręcił z aprobatą głową. Maribel już kilkakrotnie zapewniała, że słucha nas od kilku lat, ale nie potrafię w to uwierzyć. Dlaczego wcześniej nie pokazała się na żadnym spotkaniu, a teraz robi to przy każdej możliwej okazji? Może coś ją blokowało? Niemniej jednak stoi tu!  Ubrana w morowe spodnie i koszulkę z naszymi podobiznami. Uśmiecha się, a w ręku trzyma paczuszkę. Nawet nie musi mówić, co jest w środku bo doskonale wiem, że serce z piernika. Zostaje do samego końca, a potem żegna się z nami wszystkimi obiecując, że jeszcze się spotkamy. Ostatnio do paczki zawsze dodaje sześć małych karteczek dla każdego z nas, z indywidualną wiadomością. Znajdujemy na nich przeróżne wiadomości począwszy od tego, że Dominic świetnie grał na basie, po prośbę, by Max zastępował mnie w wokalu. Serio?! Czy Max śpiewa aż tak dobrze, że jest w stanie mnie przebić? Nieee to nie możliwe.
Teraz mamy dłuższą przerwę w koncertowaniu. To idealna okazja na pisanie tekstów, tworzenie nowych melodii. Czuję, że nadchodzący album będzie wyjątkowy i inny od pozostałych. Będzie jedyny w swoim rodzaju.

20.06.2017r.

Razem z Hybrydą mamy koncert w Krakowie. Już raz tu byliśmy i miło wspominamy ten czas. Postanowiłem, że zaśpiewam kilka mocniejszych kawałków. W końcu moje serce nie nawala z powodu mojego głosu i nijak z nim koliduje, więc mogę trochę powrzeszczeć. Na stadionie zebrały się ogromne tłumy. Rzesze fanów wręcz zalały całą Ergo Arenę. Max zadecydował byśmy pokazali jedną z najnowszych piosenek. Jest ona dla mnie na tyle ważna ponieważ opowiada moją historię. Zmaganie się z trudnymi chwilami w życiu, ale i przesłanie, że nie wolno się poddawać i pozwalać by depresyjne stany były naszym powietrzem. To my jesteśmy panami swojego umysłu i tylko od nas zależy czy damy się manipulować, czy przejmiemy kontrolę.
Byłem pozytywnie zaskoczony słysząc jak tłum śpiewał refren razem ze mną. Ten utwór miał niespełna tydzień, a ci ludzie już znali jego słowa na pamięć. Widziałem na twarzach ludzi stojących pod sceną wzruszenie. Wyciągali w naszą stronę ręce, jakby się bali, że nagle wyparujemy. Cóż… w moim przypadku jest to całkiem możliwe, ale reszta chłopaków przecież pozostanie.
Nie ukrywam, że byłem bardzo ciekaw co na temat nowej piosenki mają do powiedzenia nasi fani. Dlatego jak tylko wszyscy, którzy dostali się na Meet & Greed weszli do hali, zapytałem co o nim sądzą. Zdania były różne. Jedni narzekali, że to już nie ta sama Hybryda co kiedyś, innym się podobało, ale najważniejsze było to, że każdy z nich jednogłośnie stwierdził, że nie ważne w jaki nurt muzyczny pójdziemy, oni nadal będą nas wspierać. W tym kilkudziesięciu osobowym tłumie była również ona. Maribel. Ale wyglądała inaczej. Miała zapadnięte oczy i ciemną skórę, jakby siną. Nie wyglądała dobrze. Na pewno gorzej ode mnie, a to przecież ja byłem chory. Podeszła do mnie sama. Tym razem nie czekała, aż sam ją przywitam. Bez słowa uścisnęła mnie i… wręczyła paczuszkę, a potem po prostu wyszła. To było strasznie dziwne. Kiedy znaleźliśmy się w hotelu, każdy z nas otworzył swoją karteczkę napisaną do nas przez Maribel i każda była na swój sposób smutna, nostalgiczna… nie miała w sobie tego co zawsze, tej ironii, aluzji i lekkiej uszczypliwości. Przeczytałem swoją karteczkę.
„Czy pamiętasz nasze pierwsze spotkanie? W życiu człowieka przychodzi taki moment, że sobie o czymś przypominamy. Nie wyrzucaj tej kartki. Jeszcze ci się przyda”.
Według zalecenia, schowałem tę karteczkę do portfela. Z resztą żadnej z tych karteczek nie wyrzuciłem. Były zabawne i zawsze dawały mi dowód na to, że nie tylko ja staram się być dobry dla swoich fanów, ale i oni chcą bym czuł się dobrze. Kolejny koncert miał być moim ostatnim przed operacją, do której nigdy nie dojdzie. Do dziś nie zgłosił się żaden dawca, a to oznacza, że moje męki niedługo zostaną skrócone. Ostatni koncert, na którym będę się musiał pożegnać, ale w taki sposób, żeby nikt tego nie zauważył.

17.07.2017r 
MAX

Los Angeles. Hektor ciągle nam powtarza, że to jego ostatni występ. Jesteśmy na tę chwilę przygotowani, ale nie potrafimy się z tym pogodzić. Ciągle mam w sobie iskierkę nadziei, że może coś się zmieni, może jednak się uda… Nasz przyjaciel jednak nie daje nam żadnych złudzeń. Dziś pożegna się z fanami. Na zawsze.
Wychodzimy na scenę, tak jak zwykle otoczeni wrzawą i piskiem fanów. Czujemy się jak w roju, który tylko czeka na pierwsze brzmienia zadane przez gitarę Boba. Zaczynamy od starszych kawałków, przechodząc w te nowsze, bardziej nostalgiczne. Widzę jak Hektor się męczy, jak próbuje złapać głębszy oddech. Na scenie jestem jego podporą. Niejednokrotnie opiera się o mnie, niby w przyjaznym geście, ale ja wiem, że po prostu nie ma siły stać o własnych nogach. Ludzie pod sceną chyba tego nie zauważają, bo każdy jest uśmiechnięty i razem z nami śpiewa nasze piosenki. Przy utworze zatytułowanym „Zagubione drogi”, Hektor schodzi na widownię. Dwójka ochroniarzy trzyma go za spodnie, by nie został porwany przez tłum, a on stara się złapać jak najwięcej dłoni, spojrzeć w jak największą ilość twarzy. Chce zapamiętać tych ludzi, którzy przyszli tu dla niego, dla nas. Na wielu z tych twarzy widzę łzy wzruszenia. Nikt nie rzuca się na Hektora, tak jak to bywało przy mocniejszych utworach. Teraz każdy po prostu chce go dotknąć, przekonać się, że jest prawdziwy, przez chwilę poczuć, że on jest tu naprawdę. Kiedy kończy się piosenka, stadion tonie w ciemności, zaś ludzie nagradzają nas gromkimi brawami i rykiem zachwytu. Chyba nikt tak naprawdę nie zauważył, że to miało być właśnie pożegnanie. Hektor nigdy nie wychodził do ludzi na dłużej niż na kilka sekund. Tym razem stał wśród tłumu przez pół koncertu, pozwalając się dotykać, przyjmował nieme podziękowania i słowa otuchy. Był jednością ze swoimi fanami i jedynie blask reflektorów i rozmytych w oddali telefonów komórkowych rozświetlał stadion i twarze zebranych.
To było piękne i smutne zarazem…
Na Meet & Greed nie było dziś Mirabel. Jej ostatnia karteczka do mnie głosiła: „Jesteś cudownym przyjacielem. Trwaj przy swoich bliskich, którzy Cię kochają”. Podświadomie czuję, że to była aluzja względem Hektora.

20.07.2017r. 
HEKTOR

To niemożliwe! Po prostu w to nie wierzę! Dostałem wczoraj wiadomość, że znalazł się dawca i operacja będzie mogła zostać wykonana już następnego dnia! Leżę właśnie na stole operacyjnym. Narkoza jeszcze nie zaczęła działać, ale obraz przed oczami już mi się zamazuje. Ostatnie co widzę, to zatroskane twarze moich przyjaciół z zespołu. W oczach Maxa dostrzegam łzy.

21.07.2017r.

Czy to znaczy, że żyje? Jestem w stanie poruszyć palcami, widzę cała aparaturę, do której jestem podłączony, a przy niej majstruje najbardziej ludzka pielęgniarka. Nie dostrzegam skrzydeł, ani rogów, więc to chyba istotny znak, by stwierdzić, że dalej jestem na ziemi. Nie czuję się jeszcze w pełni silny, by robić coś innego prócz oddychania. Powoli zamykam powieki i zapadam w spokojny sen.

31.07.2017r.

Wychodzę ze szpitala, w którym dokonano przeszczepu serca. Powoli ubieram się i z pomocą chłopaków pakuję swoje rzeczy, gdy na salę wchodzi mój lekarz prowadzący. W dłoniach trzyma paczuszkę, która widziałem już wiele razy. Mimo że domyślam się, co znajduje się w środku, drżącymi rękami odbieram paczkę od milczącego doktora i siadam na skraju łóżka. Chłopacy otaczają mnie i z niecierpliwością czekają, aż otworzę podarunek. Chyba nie muszę wam mówić, jak cholernie trzęsły mi się ręce? W środku tak jak zawsze dostrzegam serce z piernika, ale prócz tego znajduje się pięć małych karteczek i jedną większą. Każda z nich jest zaadresowana do jednego z nas. Dla mnie ta największa. Otwieram ją i czytam.
„Drogi Hektorze,
Jeśli to czytasz, to znak, że wszystko przebiegło zgodnie z moim planem i Twoja operacja się udała. Wiedziałam o niej od naszego pierwszego spotkania. Nie będę tu pisać kto to powiedział, by nie sprawiać tej osobie kłopotów. Z resztą… to była tylko podsłuchana rozmowa. Pragnę abyś wszystko zrozumiał i nie czuł wyrzutów sumienia, po tym, gdy w końcu dowiesz się prawdy. Nazywam się Maribel Bieńkowska i mieszkam w Szklarskiej Porębie. Moi rodzice są właścicielami jednych z dwóch największych firm produkcyjnych w Polsce i miesięcznie zarabiają krocie. Jeśli mam być szczera, pieniędzmi mogłabym sobie podcierać tyłek, ja jednak wolałam wybierać się w najdalszy zakątek świata, by Was posłuchać i cieszyć się z każdego koncertu jaki graliście. Musisz wiedzieć, że pieniądze szczęścia nie dają, ale pozwalają na godne życie. Mi niestety nie były w stanie pomóc największe bogactwa tego świata i jeszcze zanim zamieniliśmy pierwsze słowa ze sobą, ja wiedziałam co mnie czeka. Jestem śmiertelnie chora. Lekarze nie wiedzą co dokładnie mi dolega, wersji jest wiele, ale nie wiadomo, która prawdziwa. Chciałam poużywać życia, wycisnąć z niego jak najwięcej, by na łożu śmierci móc zamknąć oczy w przekonaniu, że niczego nie żałuję. Od zawsze Cię podziwiałam. Znałam poniekąd Twoją historię i wiem, że cierpisz na depresję. Chcę Ci napisać – NIE POZWÓL BY TOBĄ ZAWŁADNĘŁA! Nie zasłużyłeś na taki los! Ciesz się z życia, bo dla Ciebie jest jeszcze nadzieja!
Pamiętasz nasze drugie spotkanie? Powiedziałam Ci wtedy, że za rozmowę oddaje Ci moje serce. Nie kłamałam. Dotrzymałam danej Ci obietnicy i teraz – czytając ten list – moje serce bije dla Ciebie w Twoim ciele. Zawsze będę z Tobą niezależnie gdzie powiodą Cię Twoje ścieżki, pamiętaj, że masz dla kogo żyć, że ja dałam Ci wszystko co miałam byś Ty mógł się tym dzielić z innymi. Nie zmarnuj tego daru! Bo to nie przekleństwo, a dar!
Nie było żadnych przeciwwskazań, bym po swojej śmierci oddała swoje narządy. Zastrzegłam sobie jedynie prawo do tego, aby serce trafiło właśnie do Ciebie. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Rodzice również się na to zgodzili. Byli wręcz dumni z tego, że nawet gdy mnie zabraknie, jakaś cząstka mnie pozostanie na tym świecie. Każde z nas było na to przygotowane, tak jak Ty. Los jednak chciał, byś mógł dzielić się swoim szczęściem jeszcze przez chwilę tu na ziemi. Proszę Cię jedynie byś nie zmarnował tej szansy i życzę Ci abyś wyszedł totalnie na prostą, z czystą kartą, bez depresji, bez żalu i smutku. Będę Cie obserwować z góry i trzymać kciuki za każdy kolejny koncert. Daj z siebie wszystko. Pamiętaj, że Niebo jest wysokoooo i Twój głos musi być silny, bym mogła go usłyszeć.
Do zobaczenia po drugiej stronie – Twoja Mirabel.”
Nieświadomie trzymałem rękę na klatce piersiowej w miejscu, gdzie biło moje… jej serce. Każde to spotkanie, jej słowa… ona wiedziała to od samego początku! Musiałem coś z tym zrobić, musiałem sprawić by emocje we mnie buzujące wypłynęły na powierzchnię. To był ten moment kiedy nasz nowy album powinien wyjść na światło dzienne. Brakowało mu tylko jednego utworu…

08.08.2017r.

Razem z chłopakami wyszliśmy na scenę. To był Gdańsk. Pierwszy raz tu występowaliśmy, jednak czułem, że to właśnie w tym kraju po raz pierwszy powinny wybrzmieć słowa nowych utworów. Wszyscy stali na swoich miejscach. Bob usiadł na krześle i zaczął grać pierwsze akordy nowej piosenki.
- Ta piosenka jest dla mnie szczególnie ważna. Nosi tytuł „Jeszcze jedno światło” i jest dedykowana dziewczynie, która otworzyła mi oczy i sprawiła, że życie stało się łatwiejsze. Dla Maribel, za jej serce.
Po stadionie rozniosły się pierwsze nuty nowej piosenki, a ja zacząłem śpiewać.

1* „Czy powinieneś był zostać,
gdzie te znaki, które zignorowałem?
Czy mogę ci pomóc, żebyś nie cierpiał już więcej?
Zobaczyliśmy blask, kiedy świat był pogrążony we śnie
Są rzeczy, które możemy mieć,
ale nie potrafimy utrzymać

Jeśli powiedzą
Kogo obchodzi jeśli zgaśnie kolejne światło?
Na niebie miliona gwiazd
Ono migocze, migocze
Kogo obchodzi, gdy czyjś czas się skończy?
Jeśli wszystko czym jesteśmy to chwila
Albo szybciej, szybciej
Kogo obchodzi jeśli zgaśnie kolejne światło?
Cóż, mnie tak

Wspomnienia załamują grunt pod Twoimi nogami
W kuchni jedno krzesło więcej, niż potrzebujesz
I jesteś wściekły i powinieneś być, to nie sprawiedliwe
Tylko dlatego, że nie możesz tego zobaczyć
Nie oznacza, że tego nie ma

Jeśli powiedzą
Kogo obchodzi jeśli zgaśnie kolejne światło?
Na niebie miliona gwiazd
Ono migocze, migocze
Kogo obchodzi, gdy czyjś czas się skończy?
Jeśli wszystko czym jesteśmy to chwila
Albo szybciej, szybciej
Kogo obchodzi jeśli zgaśnie kolejne światło?
Cóż, mnie tak

(mnie tak)

Kogo obchodzi jeśli zgaśnie kolejne światło?
Na niebie miliona gwiazd
Ono migocze, migocze
Kogo obchodzi, gdy czyjś czas się skończy?
Jeśli wszystko czym jesteśmy to chwila
Albo szybciej, szybciej
Kogo obchodzi jeśli zgaśnie kolejne światło?
Cóż, mnie tak
Cóż, mnie tak”

Zgasły światła, a ciemność oddała hołd dziewczynie, która podarowała mi drugie życie i kruche serce z piernika.

"1* Słowa te są przetłumaczeniem oryginalnej piosenki zespołu Linkin Park – One More Light. Chester Bennington 20.07.2017 roku popełnił samobójstwo. Cierpiał na depresję i należał do moich idoli. Od 2003 roku niezmiennie zespół Linkin Park towarzyszył mi w chwilach radości i smutku. Był nieodłącznym towarzyszem moich wystąpień na scenie i zawsze z dumą przyznawałam, że jestem ich fanką. Opowiadanie to jest jedną z moich form pożegnania z tym artystą. Dziękuję, że mogłam być częścią Linkinowego świata."



     
Anna Grzebalska
Co było a nie jest zapisz dla potomnych w rejestr

Pod moimi nogami skrzypiał śnieg a gdy przed wyjściem z ciepłego domu spojrzałam na termometr, ten niemiłosiernie pokazywał minus siedemnaście stopni na minusie. Przez cały dzień padał gruby śnieg. Brrr… jak zimno, pomyślałam i pociągnęłam nosem. Wtedy przypomniałam sobie słowa babci ,,taka zima to nic, jak dziś pamiętam tę w 1942 roku. Wtedy to była prawdziwa zima’’. Znowu po chwili przypomniałam sobie jak tata opowiadał, że jednego roku w czasach jego młodości spadło sporo śniegu. Można było zjeżdżać na sankach z dachów niskich w tamtym czasie domostw. Fakt, teraz aż tak źle nie ma, ale ja i tak uważam, że jest za zimno. O zimie można mówić, czytać i oglądać ją na szklanym ekranie a ostatecznie obserwować przez szybę w domowych pieleszach. Tymczasem obcować z nią… aby do wiosny. Tymczasem myśląc o tym przemierzałam małą wioseczkę aby przeprowadzić wywiad z pewną staruszką. Miałam przeprowadzić wywiad z ciekawą osobą i do głowy wpadła mi pani Helena. Znałam ją od dziecka, wszak mieszkałam w tej samej miejscowości przez większość swojego życia. A potem studia, praca w lokalnej gazecie. I tak by być bliżej pracy zamieszkałam w mieście, następnie założyłam rodzinę i wsiąkłam w otoczenie, ale teraz musiałam na parę godzin wrócić do swoich korzeni. Umawiając się jednak na spotkanie nie wiedziałam, że tego dnia będzie taka pogoda. Cóż robić, nie mogłam go odwołać. W sumie można się było tego spodziewać wszak mamy już zimę. Trzeba zacisnąć zęby i robić swoje. W razie czego przecież mogę przenocować później u rodziców.
Na ganeczku pani Heleny świeciło się światło. Zadzwoniłam. Po chwili siedziałam już przy nagrzanym kaflowym piecu grzejąc zmarznięte ręce. Od razu poprawiło mi się samopoczucie.
-Pomyślałam, że będzie przyjemnie usiąść przy ciepłym piecu. Martusi, może napiłabyś się herbaty z cytryną? A może wolałabyś sok malinowy? Dziś jest chłodno, pewnie zmarzłaś. A może spróbujesz pierniczków, które kilka dni temu upiekłam?- zapytała się staruszka.
- Z chęcią. Dziękuję –odparłam z wdzięcznością. Kawy nie lubiłam. Nie jadałam nawet ciasta z tym dodatkiem.                                                                                                                                       
Po chwili siedziałam już z kubkiem parującej herbaty z dodatkiem tegorocznego soku malinowego oraz korzennymi pierniczkami w kształcie serc. Z opasłej torebki wyjęłam dyktafon oraz notes z pytaniami jakie miałam zamiar zadać dzisiejszego wieczoru. Już po chwili z ust mojej rozmówczyni popłynęły słowa, które złożyły się na jej życiorys.
-Urodziłam się 1 marca 1928 roku jak córka Anny z Grzegorczyków i Wincentego Krojców. Miałam kilka sióstr oraz jednego brata, który umarł szybko po narodzinach. Z pośród całego rodzeństwa, które dożyło dorosłości byłam najmłodsza. Rodzice utrzymywali się z rolnictwa. Nie było to jednak wielkie gospodarstwo rolne. Raczej takie, jak wiele innych w naszej okolicy czyli wystarczało tylko na wyżywienie licznej gromady dzieci. My oczywiście w nim pomagaliśmy gdy tylko trochę podrośliśmy. Jednak nasze szczęśliwe dzieciństwo skończyło się wraz  wybuchem tej okropnej wojny, która zniszczyła tyle istnień ludzkich…
- A czy mogłaby pani coś bliżej o nim opowiedzieć?
- Oczywiście. W tamtych czasach Brzeźnica Nowa zresztą tak ja obecnie była oddalona od wielkich szlaków komunikacyjnych. Samochodu nikt nie miał, autobusów nie było. Ba, nawet rower to był luksus. Do miasta jeździło się furmankami albo chodziło się na piechotę. Kilka lat wcześniej, przed moimi narodzinami władze kościelne zgodziły się na posiadanie własnej parafii, była stara kaplica, ale przez całe dwudziestolecie ksiądz proboszcz z mieszkańcami wybudowali i próbowali wykończyć nowy budynek świątynny. Dzięki czemu do kościoła mieliśmy bardzo blisko. I z tego skrzętnie wszyscy korzystaliśmy. Była też u nas szkoła. Znajdowało się w niej dwie sale lekcyjne. Była to typowo wiejska szkółka z jedną nauczycielką. Pierwsza z nich nazywała się Marcjanna Romanowska. Nietypowe miała dziś imię, prawda ? Największa frekwencja na lekcjach była w zimę, w pozostałe pory roku było trochę gorzej. W lato lekcje mieliśmy po południu jak przygnaliśmy krowy. Uczyliśmy się po 2-3 godziny od poniedziałku do soboty. Wiem, teraz jest inaczej. Obecnie dzieciaki uczą się od poniedziałku do piątku a w sobotę maja labę. My niestety tak dobrze nie mieliśmy. Z drugiej strony nie siedzieliśmy w szkole tyle czasu co dzieci i młodzież obecnie. A mam wrażenie, że im więcej się uczą tym  mniej umieją. Ja lubiłam się uczyć, było to jedno z moich ulubionych zajęć. W tym czasie było weselej niż teraz. Młodzi się razem wieczorami spotykali, śpiewali razem i rozmawiali. Wynajdowało się gry i zabawy. Zresztą nie było takiej technologii co teraz więc ludzie spotykali się osobiście a nie jak teraz… Niedaleko nowej szkoły mieszało parę rodzin żydowskich. Pamiętam do dziś takie jedno zdarzenie… Suchel Pączek, też z Brzeźnicy był handlarzem. Akurat u nas ocieliła się krowa. Była bardzo agresywna i nie lubiła obcych. Tata to ciele co już miało dwa tygodnie chciał sprzedać. Pewnego dnia przyszedł Suchel je obejrzeć by może później zakupić, a tata mówi ,,Suchel nie wchodź do obory, bo krowa nikogo do niej nie wpuści’’. Ten jednak nie posłuchał i wszedł. A krowa na niego. Zaczął krzyczeć i przez płot skoczył co był w oborze. Później mówi do taty ,,Wicek nie powiedziałeś, że ona taka agresywna’’. Tata wtedy wziął ją uwiązał na krótkim powrozie i Suchel obejrzał to ciele.
- I kupił?
- Kupił. Tak było. Zresztą my, mieszańcy wsi dobrze żyliśmy z innymi mieszkańcami wyznania mojżeszowego. Ci ,,nasi Żydzi’’ byli życzliwymi ludźmi.  Pomagaliśmy sobie nawzajem.                    – A mogłaby pani odwiedzić jak wyglądała wieś z lat 20 i 30 XX wieku ? Może pani powiedzieć jak wyglądał rok na wsi?                                                                                                           
– Przede wszystkim ludzie na wsi w tym czasie mieszali w wagonówkach to znaczy domach, które składały się z kuchni, pokoju, komórki oraz sieni. Kryte były strzechą. Przez to czasami wybuchały pożary, bo strzecha była łatwopalna. Jako ozdób używano makatek, firanek z bibuły, za obrazy wkładano palmy a na dworze przy drzwiach wieszano święcone wianuszki. Na Boże Narodzenie dom dekorowano świerszczyzną, kwiatami z bibuły oraz jak ktoś chciał snopem zboża. Po Świętach po wsi chodzili kolędnicy. Dziś już rzadko można spotkać kolędników.  Nowy Rok starano się obchodzić uroczyście by przegnać biedę. Z tej okazji robiono kociuby, wynoszono na dwór i wkładano w płoty. Przednówek był głodny. Było brak chleba i kartofli. Zboża w zasiekach starczało jak na lekarstwo. Na jedną drugą postu po wsi chodzili chłopcy i malowali okna wszędzie tam, gdzie była panna na wydaniu. W Wielkanoc rano chodziliśmy całymi rodzinami na rezurekcje i śpieszyliśmy się, bo ważne było kto prędzej wróci do domu. W poniedziałek wielkanocny czyli lany poniedziałek chłopcy biegali z wiadrami od domu do domu, gdzie były panny by oblać je wodą. Maj obchodziliśmy uroczyście. Odprawiały się majówki w kościele, przy kapliczkach i krzyżach. Mniej więcej o tej porze roku obchodzono poświęcenie pól. Uczestniczyła w tym wydarzeniu cała wieś. Ludzie robili cztery stacje…
- A co one oznaczały?
- Cztery stacje znaczyły tyle co cztery strony świata. Od jednej stacji do drugiej szli mieszkańcy z księdzem na czele, niesiono też krzyż, obraz i chorągwie. Przy każdej ze stacji ksiądz modlił się o pomyślne zbiory. Uroczyście obchodziliśmy Matki Boskiej Zielnej, na którą robiono wiązanki z ziół rosnących na polach i łąkach a na Święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny robiliśmy równianki. Na nie składały się kłosy zbóż, płody rolne oraz kwiaty. Lato to był czas intensywnej pracy ręcznej, czas sianokosów i żniw. Nie trwały one tak jak teraz kilka dni, nie było maszyn, które ułatwiały prace. Wszystko trzeba było robić ręcznie. Siano grabiliśmy drewnianymi grabiami. Zboże kosiło się sierpami i z nich robiło się snopki. Później układało się po kilka razem by wyschły. Na jesień robiono wykopki. Te też trwały o wiele dłużej niż teraz. W listopadzie wiło się wieńce. Były one albo na sznurku albo powrozie, kwiaty robiono z bibuły. Igliwie przywoziło się często z lasu.
- Pani Heleno, a czy zaskoczył was wybuch wojny ? Jakie były nastroje w jej przededniu ?
- Rano pierwszego września przebudziliśmy się. Chłopaki byli już gotowi. Szykowali się. Wszyscy płakali. Nie wiedzieliśmy, że wojna już wybuchła. Poszliśmy do pani Romanowskiej, tej nauczycielki. Ona miała radio z trąbką, jak przy megafonie. Cała droga przy jej domu była usłana ludźmi i słuchaliśmy z uwagą co nadaje radio. A nad nami niemieckie samoloty latać zaczęły. A w radiu słychać straszne wieści. My tego słuchaliśmy siedząc na piasku. Ludzie płakali, bo synów i ojców do wojska pozabierali. Myśleliśmy, że już żaden nie wróci. Ludzie bali się pracować przy polach niedaleko torów. Powód był prosty. Niemcy je bombardowali. Raz mój ojciec pojechał siać zboże na pole właśnie blisko torów.  Jak najeźdźcy zaczęli je bombardować to schował się w miedzę, koń w tym momencie zaczął uciekać z bronami i pokaleczył się. Podobne zdarzenie spotkało mojego przyszłego męża, Józefa. Wtedy nie miał ukończone nawet 17 lat. Pojechał ze swoim ojcem, Stanisławem siać zboże. Wtedy zaczęło się znowu bombardowanie. Cała wieś słyszała huki od wybuchów bomb. Każdy chował się gdzie mógł, bo nie dość, że Niemcy bombardowali to jeszcze strzelali do ludzi z karabinów maszynowych. Samoloty latały prawie codziennie , ludzie ze strachu zaczęli budować schrony w stodołach albo na polach. To co się działo.. to co Niemcy wyczyniali było straszne. Jak człowiek może robić takie straszne rzeczy? Do tej pory nie mogę tego pojąć…
- Pani Heleno a jak zmieniła się sytuacja, gdy okupant zajął już wszystkie połacie kraju ?
- Po przegranej kampanii wrześniowej i zajęciu naszego terenu przez hitlerowców samoloty przestały się pokazywać na niebie. Teraz Niemcy zaczęli przyjeżdżać samochodami lub furmankami. Niemcy nie bronili pracy na polu, ale każdy bał się, po potrafili prosto z pola zabrać na roboty. Ludzie zaczęli bać się odwiedzać znajomych. Wkrótce przyszły pierwsze okupacyjne Święta, ale nie było tak jak w niepodległej Polsce uroczystej pasterki. Ksiądz bał się odprawić tak późno mszę. Same Święta były smutniejsze i jeszcze biedniejsze niż podczas niepodległej Polski. Trzody chlewnej ludzie już nie trzymali, bo Niemiec zabierał. W ogóle to pobierali duże kontyngenty. Zabroniono mleć zboże w młynach, teraz robiliśmy to w żarnach. Do szkoły podczas okupacji nie chodziliśmy. Jak ktoś chciał, to chodziło się po jednym czy po dwoje prywatnie do nauczycieli. Ja osobiście nie chodziłam do niej chociaż bardzo chciałam. Było to już po śmierci rodziców kiedy pewnego razu Karola, moja starsza siostra powiedziała mi ,,nauczycielką nie będziesz, krowy trzeba paść’’, gdy chciałam się kształcić.
- Kiedyś spotkałam się z taką opinią jakoby rok 1942 była dla tutejszych mieszkańców najtragiczniejszym rokiem pośród wszystkich lat okupacji. Czy się pani z tym stwierdzeniem zgadza?
- Z całą pewnością  zgadzam się z tym stwierdzeniem. Już 15 stycznia tego właśnie roku Niemcy zamordowali mojego ojca oraz Michała Żuczka. Powodem był nieterminowe oddanie kontyngentu. Dla nas to była tragedia. Zabili go na drodze przy naszym domu i tak jak zabili zostawili. A następnego dnia na tyfus zmarła nasza matka. Zostałyśmy same z siostrami. Ciężko nam było ze wszystkim, bo byłyśmy jeszcze młode i nie przygotowane do samodzielnej walki o byt. Nie miał bardzo kto nam pomóc. Nie miał kto się nami zająć, nie miałyśmy co jeść, w czym chodzić, brakowało opału. Na dodatek w tym czasie ja i jeszcze jedna moja siostra byłyśmy chore. Straszne to było, ciężko było się po tych wydarzeniach otrząsnąć. Zresztą w tym roku w parafii było wiele zgonów związanych z chorobami. Pod koniec maja aresztowano kilka osób i osadzono na Zamku Lubelskim. Wśród nich byli bracia mojej kuzynki oraz przyszły mąż, teść i szwagier. We wrześniu wszystkich rozstrzelano w radawieckich lasach. Przeżył Józef oraz jego ojciec. Przeznaczone było im żyć i przeżyli. Nawet w takiej sytuacji Bóg miał inne plany dla nich. Innym wydarzeniem, które wyryło mi się w pamięci była pacyfikacja miejscowych Żydów. Spalono ich domostwa a samych mieszkańców wywieziono. Nie potrafię powiedzieć gdzie zostali wywiezieniu i co się potem z nimi stało. To wydarzenie miało miejsce chyba w listopadzie. Były też inne aresztowania. Tych osadzono na Majdanku- byłym nazistowskim-niemieckim obozie koncentracyjnym. Tak, o tym trzeba mówić głośno. To Niemcy zrobili na polskich ziemiach, które były pod ich okupacją to takie piekło na ziemi. Oprócz tego wywożono też przez całą okupację na roboty do Rzeszy. I u nas znaleźli się tacy co zostali tam ,,zatrudnieni’’. Moją siostrę złapali, gdy wracała od krawcowej. Na szczęście wyskoczyła z pociągu przed odjazdem. Potem pomógł jej znajomy konduktor. Byliśmy tacy szczęśliwi…. A potem było wyzwolenie… Chociaż tak naprawdę nie było to nic gwałtownego. Niemcy przestali przyjeżdżać a na ich miejsce zaczęli pokazywać  się chłopcy z AK. Niedługo potem ich miejsce zajęli Ruskie. To było w lipcu 1944 roku. Od razu zaczęły się prześladowania prawdziwych i domniemanych akowców. Zrobiło się bardziej niebezpiecznie niż za Niemca, bo chodziły różne bandy, udawali AK.  Natomiast my próbowaliśmy żyć spokojnie, odbudować co się dało.
- A jakie były pani dalsze losy?
- Przez wiele lat jeździłam na zarobki. Zawsze do tej samej rodziny. W końcu zaprzyjaźniłam się z tą rodziną i zaczęliśmy się traktować jakby było między nami jakieś pokrewieństwo. Do tej pory dzwonimy do siebie i jeździmy w odwiedziny.  Tymczasem z czasem komuniści zaczęli wprowadzać swoje rządy. Ludzie z czasem przywykli do tego, ale nie dali się przynajmniej w większości zbałamucić ideologią komunistyczną. U mnie w latach 60 zaszły wielkie zmiany. Jeszcze pod koniec 1959 roku wyszłam za mąż za już wspomnianego Józefa, w 1964 urodziłam syna kilka lat później córkę. Z mężem żyliśmy w zgodzie i oboje byliśmy pracowici. Dorobiliśmy się nowego domu i stodoły. Przeżyłam z mężem tyle lat, umarł 10 lipca 2010 roku. Zawsze szanował mnie i dzieci. Nie można powiedzieć o nim złego słowa a i sąsiadom pomagał, gdy była taka potrzeba. Dochowaliśmy się kilkoro wnuków oraz nawet prawnuka. Tak, tyle lat minęło. Tyle przeżyłam, tyle widziałam. Posmakowałam radości i smutku. Teraz najbardziej boję się o was, młodych ludzi. Niby mieszkamy w wolnym kraju, mamy niepodległość, ale brakuje dla was pracy. Za komuny była praca, ale nie dało się za zarobione pieniądze nic kupić a i brak było wolności. Teraz w sklepie półki uginają się pod ciężarem produktów, ale nie ma za co ich kupować. A jeszcze tyle młodych zostało zmuszonych do wyjazdu i pracy za granicą. Tyle rodzin przez to cierpi. Co za czasów doczekaliśmy? Ludzie biedują a ci co na górze rządzą tylko się kłócą. Nie dbają kompletnie o ojczyznę, tylko własne interesy, własne korzyści. Nie oglądam telewizji. Nie chcę się denerwować. Nie ma potrzeby. Wszędzie te same twarze. Tylko się kłócą, awanturują i obiecują. Kiedy to się zmieni? Ja na pewno już tego nie doczekam, ale wam młodym życzę abyście tego doczekali.
- Pani Heleno, dziękuję pani za wywiad. Jest niezwykle pouczający. A pani losy są wstrząsające...
- Nie wiele różnią się od losów moich równolatków, Martusiu. Mało jest rodzin, które nie straciły kogoś podczas tych starszych dni. A nas jest już coraz mniej. Coraz mniej naocznych świadków tamtych wydarzeń.
- Tak, jesteśmy szczęśliwcami, że mogliśmy was poznać i o tych czasach dowiedzieć się bezpośrednio od takich ludzi jak pani. Niestety niedługo nie będzie już kogo o wojnę i okupację zapytać. Pozostaną książki, zapisane wspomnienia i filmy.
- I to co wam ustnie przekażemy. Pamiętaj, że nie wszyscy piszą książki. Wiele jest takich osób,  które nie przekazują swoich losów innym. Jedni nie chcą mówić, drudzy nie mają komu.  Ich historie odejdą razem z nimi. Dlatego cieszę się, że mogłam dziś porozmawiać  panią. Teraz spełniło się moje małe marzenie bym mogła komuś o tym opowiedzieć. Chociaż taki mały okruch moich przeżyć przetrwa.
- Jeszcze raz dziękuję za znalezienie chwili wolnego czasu.
- Nie masz za co dziękować . Przyjemność po mojej stronie- pani Helena uśmiechnęła się. – Mam nadzieję, że te moje wywody do czegoś ci się przydadzą.
- Naturalnie. Gdy ukaże się wywiad dam pani znać. A i dziękuję za przepyszne serca z piernika oraz herbatę- odparłam.
Po kilkunastu minutach opuściłam dom mojej rozmówczyni. Teraz swe kroki skierowałam do mojego rodzinnego domu. Rodzice zapewne spodziewali się mnie, więc mama upitrasiła coś pysznego. Jak zwykle w tym temacie nie pomyliłam się. W wazie czekała pomidorówka z kluskami a cała kuchnia pachniała piernikami. Czułam ten zapach już przy wejściu do domu.
- Dobry wieczór, a co tak ładnie pachnie?- zapytałam.
- Witaj, córciu. Hania z Zuzią i Nastką upiekły pierniki. Wszak za kilka dni Boże Narodzenie. Zdejmuj kurtkę i siadaj-przywitała mnie mama.
- Już? Tak wcześnie wzięły się za pieczenie?- dziwiłam się w tym samym czasie zdejmując kurtkę, czapkę, szalik, rękawiczki i wieszając wszystko na wieszak.
- Pierniki muszą swoje odleżeć. Zapomniałaś?- zaśmiała się mama.
- A gdzie wszyscy domownicy?
- Twój ojciec znowu ogląda jakiś program dokumentalny o  wojnie. Kamil pojechał do pracy na drugą zmianę. A Hania z dziewczynami miały odrabiać prace domowe i zrobić łańcuch z bibuły na choinkę. A ja na ciebie czekałam. Głodna?
- Jak wilk.
- To myj ręce i siadaj. Już stawiam na stole kolacje. Wołaj wszystkich.
- Robi się –odparłam z ochotą.
Po kolacji siadłam z rodzicami w salonie i opowiedziałam im przebieg mojego wywiadu z naszą wspólną znajomą.
- Tak, pani Helena wiele przeszła w swoim życiu, ale żeby dożyć takiego wieku…- zamyśliła się mama i westchnęła - To stary przedwojenny materiał. Niemal niezniszczalny. A co się tyczy tych czasów to Niemcy wyprawiali na terenach Polski okropne rzeczy. Twoja ciocia opowiedziała kiedyś mi pewną historię. Kończy się tak jak wiele historii, w których udział biorą Niemcy.
- Źle ? –zgadywałam.
- Tak. Rzecz się dzieje w rodzinnej miejscowości twojej ciotki. Mieszkało tam pewne małżeństwo z jedynym synem. Mąż, gdy tylko wybuchła wojna poszedł do wojska. W domu została jego żona z synem. Pewnego razu przyszli do nich Niemcy i wymyślili szatańską zabawę kosztem chłopca. Mianowicie tego dnia gospodyni tego domu miała piec chleb i naszykowała dzieżę. Niemcy kazali wejść do niej chłopcu i ją przykryli. Udawali, że to trumna. Chłopiec tak przestraszył się tej zabawy, że ze strachu umarł.
- Naprawdę ? Co za bestie z tych ludzi ! Biedne dziecko, co też musiało przeżywać. Szkoda matki, że musiała przyglądać się na śmierć jedynego dziecka- nie mogłam uwierzyć, że ludzie potrafili zrobić coś takiego dla żartu lub zabawy. Czy oni nie mieli sumienia? A gdzie zwykła ludzka przyzwoitość? Dziwne, że Niemcy za to co wyrabiali nie ponieśli prawdziwej kary. A teraz mają czelność próbować zrzucać winę za okropieństwa wojny na nasz naród. Dlaczego na tego pozwalamy po tym wszystkim? Gdzie są ci co powinni walczyć o dobre imię Polski?
- Tak. Straszne działy się rzeczy. Wiele tragicznych historii niestety pozostało zapomnianych. Trzeba się starać aby zapamiętać jak najwięcej i przekazać tę pamięć kolejnym pokoleniom. Jesteśmy katolikami i powinniśmy wybaczać, ale nigdy nie powinnyśmy zapomnieć. Jesteśmy to winni tym co umarli za ojczyznę i tym, którzy zostali zabici tylko za to, że byli Polakami. Pamiętaj córciu.
- Pamiętam. I zgadzam się z tobą w zupełności.                                                                               Rozmawialiśmy jeszcze jakiś czas z rodzicami. W końcu mama poszła naszykować mi w pokoju gościnnym posłanie.
- Późno się robi-zaczął tata- a wiem, że po takich historiach jak te co dziś usłyszałaś masz potem koszmary. Aby temu zapobiec mam dla ciebie historię, która wydarzyła się kilka dni temu.  Pamiętasz pana Pigwę co przy szkole mieszka? Tydzień temu był u lekarza. Lekarz przygląda się niego i mówi ,,ale szyja’’. Na to pan Pigwa z dumą mówi ,,trzeba jeść’’. A lekarz na to dość poważnym głosem odpowiedział  ,, trzeba myć’’.
- Ha, ha, ha-zaśmiałam się- Skąd to wiesz?- dopytywałam się mojego tatę.
- Zdzisiek Pigwa opowiadał ostatnio przy kościele co to go spotkało u lekarza. Nie rozumiał kompletnie czego ten od niego chciał. Ach, ten jak już coś wymyśli to często nie wiadomo co z tym robić.
- Z czego się tak śmiejecie?- zapytała mama, która przed chwilą do nas dołączyła.
- Z historii pana Pigwy- odpowiedziałam.
- A z tego. Ech, jego już nic i nikt nie zmieni- mama tylko machnęła ręką- Chodziłam z nim do klasy i z niego był zawsze niezły łobuz. Często dał popalić nauczycielom. A Tomka Chojnickiego raz tak dzióbnął ołówkiem na lekcji, że ten biedny aż podskoczył. Nic, koniec na dzisiaj tych opowieści. Czas spać, bo późno. Ty masz pewnie wcześnie być w pracy Martusiu?
- Ach- westchnęłam -człowiek spieszy się by być dorosłym, ma nadzieję na więcej luzu. A potem nici. Chciałabym być znowu dzieckiem i teraz zamiast pracy robić ozdoby na choinkę.   –Wszystko ma swój czas i porę. Dobranoc.
Kilka minut później już spałam w świeżej i pachnącej pościeli. A przed oczami przebiegały mi usłyszane dziś historie. Tak, za nic w świecie nie chciałabym przeżyć tego na własnej skórze. Szkoda tych ludzi a jeszcze bardziej szkoda tylu zmarnowanych żyć. Czy naprawdę musiało do tego dojść? Tego nie wie nikt oprócz Najwyższego. Widać tego co nam jest przeznaczone nie da się uniknąć. 
Rano obudziłam się wyspana i wypoczęta. Wbrew moim dzisiejszym snom. Szybko wzięłam prysznic, ubrałam się i zeszłam na dół na śniadanie. Było jeszcze wcześnie, w kuchni zastałam tylko rodziców. Mama zaparzyła kawy i usmażyła jajecznicę.
- O której jedziesz do pracy?- zapytała.
- Jak tylko zjem śniadanie. Muszę zajechać jeszcze do domu. Muszę zobaczyć czy Grzesiek wyszykował dziewczynki do szkoły.
- Dawno nie były u nas- stwierdził tata.
- Tak. Jak wcześniej mówiłam były trochę chore. Musiały posiedzieć trochę w domu, ale w Święta pewnie przyjedziemy wszyscy. A my także nie mięliśmy bardzo czasu. Wiecie jak jest-westchnęłam.
- Niestety ciężko jest teraz młodym. Mam nadzieje, że chociaż przed Świętami będziecie mięli trochę więcej wolnego czasu. A w Święta liczymy na waszą obecność.                                             – Będziemy. Ja tylko mam do napisania ten artykuł a Grzesiek ma trochę więcej pracy teraz  żeby mieć wolne przed samą Gwiazdką.
Półtorej godziny później byłam już w pracy. Po zdaniu relacji i pokazaniu notatek usiadłam do laptopa by zająć się pracą.
- Marta, jak wywiad?- dopytywała się moja koleżanka z redakcji.
- A wiesz, całkiem dobrze poszło. Dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy. Na pewno naszym czytelnikom się spodoba.
- Z pewnością. A szef przebąkiwał coś, że jak czytelnikom się spodoba to takie wywiady będą się ukazywały w każdym numerze. I zgadnij kto tym będzie się zajmował-powiedziała tajemniczo.
- Kto?- byłam ciekawa kto będzie miał to szczęście redagować podobne wywiady do mojego. Nie marzyłam bym to ja miała ten przywilej. Wszak byłam jedną z najmłodszych i najmniej doświadczonych pracownic.
- Ty ! Uwierzysz?- zaszczebiotała.
- Naprawdę? Skąd to wszystko wiesz?
- Przypadkiem przechodziłam obok biura naszego szefa. I jakoś tak…- zaczęła się lakonicznie tłumaczyć.
Po świętach ukazała się gazeta z moim artykułem. Z tego co się dowiedziałam, cieszył się popularnością. Bardzo się z tego ucieszyłam. Byłam zadowolona, że historię pani Heleny poznali inni. I co najważniejsze, szef poprosił mnie o pisanie kolejnych artykułów dotyczących historii lokalnej. A na biurku miałam obszerny spis moich przyszłych rozmówców.
- Wiesz- powiedział-starsi ludzie mają wiele do powiedzenia. Sztuką jest chcieć ich słuchać. Dla niektórych gadają głupoty, dla innych nie mają nic ciekawego do powiedzenia albo mówią o czymś co było dawno i nie warto o tym pamiętać. Nie wiele jest osób, które potrafią wysłuchać historii naszych dziadków lub ojców. Dzięki takim osobom możemy zachować coś dla przyszłych pokoleń. Naród nie pamiętający swojej przeszłości nawet tej bolesnej nie ma   przyszłości. Historia jest jednym z elementów naszej tożsamości narodowej. Starsi ludzie powoli odchodzą. Wielu z nich nie miało z kim o swoim życiu porozmawiać. A przez wiele lat może się bali. Dlaczego? Przez to jaka była Polska przez wiele lat. Inni woleli zapomnieć, bo ich losy były naznaczone cierpieniem. Innych losy były mało chlubne, ale oni swoje grzeszki ukrywają przed innymi by nie można się o nich dowiedzieć. Nie często trafia się odważny, który chce o nich opowiedzieć dla przestrogi. Często tacy ludzie idą w zaparte. Jednak ogólnie teraz warto spróbować uratować coś z naszej historii wkomponowanej w losy jednostek. Musimy się spieszyć, bo zostało nam nie wiele czasu. A jesteśmy to winni naszym przodkom i naszym potomkom. Przeszłość zachować trzeba przyszłości- tak swoje wyjaśnienie decyzji zakończył szef dołączając listę z danymi moich rozmówców.
Tak byliśmy to winni dla tych co byli przed nami i będą po nas. Miałam nadzieję, że zdążę utrwalić jak najwięcej takich lokalnych historii. Często w porównaniu do tej wielkiej historii są zapominane a przecież tak nie może być. Należy znać też historię tą lokalną a jej poznawanie z pewnością stanie się pasjonującą przygodą do przeszłości. Dzięki niej zrozumiemy lepiej także historię tą ,,dużą’’.

Agata Rak
Pamiętny dzień

Ledwie otworzyłam oczy natychmiast rozdzwonił się telefon. Zaspana odebrałam rozmowę i usłyszałam głos mojej przyjaciółki Beaty, która jest jednocześnie siostrą mojego chłopaka. Z Beatą byłyśmy blisko od podstawówki, a jej przyrodniego brata Jacka poznałam dwa lata temu i znajomość od razu nabrała tempa iście ekspresowego. Jacek jest przystojny, inteligentny i ma duże powodzenie. Wszystkie dziewczyny do niego wzdychały. Uwodził ciemnymi oczami i wspaniałym ciałem o które bardzo dbał. Czemu wybrał akurat mnie nie wiem ale byłam bardzo zadowolona gdy spotkanie mi zaproponował. Później poszło już szybko.
- Słuchaj Anka czy wy z Jackiem macie zamiar się pobrać- wypaliła od razu prosto z mostu jak to ona.
- Nic o tym nie wiem ale bym się nie obraziła – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. A ty coś wiesz?
- Niby nic ale wczoraj mnie pytał jakie kamienie lubisz i jakie pierścionki ci się podobają - wyjaśniła. Chyba więc coś jest na rzeczy. Nie rozmawialiście na ten temat?
- Niby kiedyś mnie pytał o to czy bym się do niego nie przeprowadziła z Nowym Rokiem ale myślałam, że to żarty- wykrztusiłam zaskoczona.
- Chyba jednak nie skoro już zaręczyny planuje- roześmiała się Beata. Ups. No ale gapa ze mnie! To chyba miała być niespodzianka.
- Ej tam. Dobrze, że wiem co szykuje, bo bym chyba zawału dostała gdyby z tym niespodziewanie wyskoczył- roześmiałam się szczęśliwa.
- To może dziś wpadnę do ciebie po pracy i zrobimy sobie rundkę po sklepach?- spytała. Może byśmy suknie ślubne pooglądały?
- No coś ty nie śmiej się ze mnie ale wpadnij z tym, że jutro, bo dziś ma przyjść Jacek- zachichotałam rozłączając się.
Po tej rozmowie wstałam i wskoczyłam pod prysznic. Później poszłam do kuchni zaparzyć sobie kawę. Tym razem wybrałam waniliową. Schyłek lata tego roku był dość chłodny i od kilku dni padał deszcz. Wyjrzałam przez zapłakane okno i zapatrzyłam się na ogród. Kępa nawłoci przy furtce zaczęła już tracić urodę. Pnąca róża rozpięta na ganku jeszcze kwitła czarując czerwonymi płatkami. Podobnie jak różowe astry igiełkowe w ogrodzie sąsiadki.  Zamyśliłam się, wspominając chwile spędzone z Jackiem- jego uśmiech, ciepłe dłonie, żar w sypialni i serce z piernika, które mi podarował po miesiącu bycia razem. Wypiłam ostatni łyk zimnej już kawy i ruszyłam do wyjścia. Poranek powitał mnie mżawką. Dobrze, że nie leje. Pomyślałam rozkładając parasolkę. Po chwili ruszyłam w stronę przystanku omijając kałuże. W pracy byłam za parę minut. Nie spóźniłam się ale szefowa pani Wanda, pulchna pięćdziesięciolatka, popatrzyła na mnie z wyrzutem. Lubiła gdy wszyscy byli w pracy na długo przed czasem. Ja tym razem ją zawiodłam.
- A co to panienka tak późno dzisiaj- zagaiła. Dzieci w domu może płaczą albo mąż się źle poczuł.
- Oj pani kierowniczko nic z tych rzeczy. Autobus się spóźnił. Korek był - wytłumaczyłam się.
- To trzeba było przyjechać poprzednim. Każda by chciała na styk do pracy przychodzić i później się pół godziny rozbierać, kawkę parzyć, makijaż poprawiać, a praca czeka. Teraz wydajnym trzeba być, bo inni pracy nie mają i o niej marzą - narzekała z kwaśna miną.
 Już nic nie mówiąc zabrałam się szybko za pracę, dostrzegając kątem oka wykrzywioną zabawnie, za plecami kierowniczki, minę mojej koleżanki Baśki. Uśmiechnęłam się pod nosem i zachichotałam.
-A cóż to pani tak wesoło? Czy ja powiedziałam coś śmiesznego - warknęła pani Wanda biorąc się pod boki.
- A nie nic. Oczywiście, że nie. Tylko coś mi się przypomniało - wydukałam.
Praca mi się dłużyła w tym dniu. Pracowałam uczciwie bez przerw, a stos skoroszytów na biurku nie malał. Szefowa z ironicznym uśmiechem, przynosiła mi wciąż nowe. Pracę skończyłam o szesnastej i pognałam szybko do domu, bo wieczorem miał przyjść Jacek.
Jacek przyszedł przed siódmą. Przywitałam go w drzwiach, poprawiając włosy i już za moment utonęłam w jego ramionach. Przytulił mnie, pocałował i zajrzał mi w oczy.
- Słuchaj Aniu zrób się zaraz na bóstwo, bo mam dla ciebie niespodziankę. Zaplanowałem romantyczny wieczór w Europejskiej - rzucił z uśmiecham.
- O matko ale Europejska to strasznie droga restauracja - obruszyłam się. Chyba bank obrabowałeś. Tam kawa kosztuje chyba drożej niż obiad np. w Bałtyckiej.
- E tam aż tak droga nie jest. Poza tym dziś niezwykła okazja i mamy ją zapamiętać- dodał.
- A jaka?- spytałam robiąc wielkie oczy.
- A zobaczysz. To niespodzianka, a na razie sza - uśmiechnął się. Stolik zamówiłem na dwudziestą pierwszą to trochę czasu masz na przygotowanie. No zmykaj już i pamiętaj, że masz dziś wyglądać wyjątkowo pięknie.
Wyswobodziłam się z jego ramion i pomknęłam do łazienki. No to chyba faktycznie mi się oświadczy. Myślałam cała w skowronkach. Za moment wyciągnęłam się w wannie pełnej pachnącej wody. Później  natarłam ciało luksusowym balsamem, wysuszyłam włosy i ułożyłam je w misterny kok. Na ubranie i makijaż poświeciłam prawie godzinę. Efekt był zadawalający, bo z lustra patrzyła na mnie całkiem atrakcyjna brunetka o kocich oczach i zmysłowych ustach. Jeszcze tylko biżuteria, perfumy i już stanęłam przed Jackiem oczekując komplementów. Nie zawiodłam się.
- Jesteś dziś piękna. Wyjątkowo piękna – powiedział przypatrując mi się.
- Dziękuję. Powiesz mi teraz co to za okazja - spytałam.
- A nie. Jeszcze nie. Bądź cierpliwa - uśmiechnął się. Zaraz pojedziemy to się dowiesz.
Wyszliśmy przed dom gdzie stał wysłużony ford Jacka. Wsiedliśmy i Jacek ruszył już bez zwłoki. Droga zajęła nam parę minut. Do restauracji nie było tak daleko, a na ulicach po dziennych korkach nie było śladu. Niewiele samochodów nas mijało. Deszcz wystraszył też przechodniów. Restauracja okazała się naprawdę luksusowa. Było bogato ale wystrój nawiązywał do dawnych czasów. Wszędzie stały antyki. Było pełno szkła, roślin, a grube dywany tłumiły kroki. Kelner zaprowadził nas do stolika w rogu. Na stoliku płonęły świece. Usiadłam trochę niepewna, bo jeszcze w tak dobrej restauracji nie byłam. Jacek był pewny siebie i sprawiał wrażenie rozluźnionego. Kelner przyjął zamówienie i bezszelestnie zniknął. My zaczęliśmy rozmawiać.
- No to zastanowiłaś się Aniu czy chcesz ze mną zamieszkać- zagaił Jacek.
- Chcę, a kiedy- spytałam.
- No raczej szybko. Remont u mnie skończony to możesz w zasadzie już- ucieszył się.
- No to jeszcze drobiazg. Wyjdziesz za mnie – powiedział klękając na kolano i wyjmując pudełeczko z pierścionkiem.
Odpowiedziałam tak i w tym momencie nadchodzący kelner nie zdążył wyhamować, potknął się i cała taca z zamówionym jedzeniem wylądowała na Jacka plecach. Zrobił się ruch. Przerażony kelner usiłował mu pomóc. Kierownik sali bardzo przepraszał. Ludzie się przyglądali ale Jacek rezonu nie stracił. Już po chwili śmiał się serdecznie.
- No co? Przynajmniej będzie co wspominać- śmiał się strzepując makaron z ramion. Nasze dzieci też będą miały ubaw.
-Fakt i za ten luz i poczucie humoru cię miedzy innymi kocham- roześmiałam się już rozluźniona.
Przeprowadziłam się do Jacka w ciągu następnych kilku dni. Ślub wzięliśmy tuż po Nowym roku. Na dzieci dopiero czekamy. Córeczka ma się urodzić za dwa miesiące, a historyjkę o tym co się zdarzyło w chwili oświadczyn opowiadamy wszystkim kto tylko chce słuchać. Wszyscy się śmieją.

112 komentarzy:

  1. Głosuję :-) Anna Bachor "Piernik"- 16 pkt, Małgorzata Szumann "Kruche serce z piernika" - 4 pkt.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  3. Moje 20 pkt rozdzielam na:
    Agnieszka Kamińska 19 pkt, Małgorzata Szuman - 1 pkt

    OdpowiedzUsuń
  4. Moje 20 punktów rozdzielam między:
    Agnieszka Średnicka - 19 pkt, Magdalena Natonek - 1 pkt.

    OdpowiedzUsuń
  5. Skoro głosuje się na 2 opowiadania, to każdy powinien mieć do dyspozycji 3 punkty. To by miało sens,a nie 20 rozdzielone na zasadzie 19 dla przyjaciółki, 1 dla kogoś innego.

    OdpowiedzUsuń
  6. Głosuję na Krysię Radziejewicz - 19 pkt oraz Justynę Osiecką – Herszel - 1 pkt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Oxfordka/Literacka Fantazja" pominę ten komentarz milczeniem, brak słów na takie wypowiedzi.

      Usuń
    2. Jest napisane tak: "Profil jest niedostępny
      Nie można wyświetlić żądanego profilu usługi Blogger. Wielu użytkowników usługi Blogger nie zdecydowało się jeszcze na upublicznienie swoich profilów.

      Jeśli jesteś użytkownikiem usługi Blogger, zachęcamy Cię do włączenia dostępu do swojego profilu."

      Jeśli chciała Pani pominąć ten komentarz milczeniem to trzeba było nie pisać komentarza wcale. Pozdrawiam.

      Usuń
  7. Piękne opowiadania, po ich przeczytaniu głosuję na: Agnieszka Średnicka 19 punktów, Małgorzata Szuman 1 punkt.

    OdpowiedzUsuń
  8. Głosuje na Amelia Puch 10 punktów i Iza Raszka 10 punktów

    OdpowiedzUsuń
  9. Głosuję na: Agnieszka Średnicka "Serce z piernika" 10 punktów i Iza Raszka "Pewna sukienka" 10 punktów

    OdpowiedzUsuń
  10. Moje 20 punktów dzielę między:
    Agnieszka Średnicka - "Serce z piernika" -10 punktów
    Piotr Podgórski - "Kawałek serca" - 10 punktów
    Piękne opowiadania. Z wyjątkowym przesłaniem i morałem.

    OdpowiedzUsuń
  11. Wspaniałe i wyjątkowe opowiadania... nominuję Krystynę Radziejewicz "Serce z piernika" 17 pkt i Monika Madejak "List" 3 pkt

    OdpowiedzUsuń
  12. Głosuję na: Agnieszka Średnicka "Serce z piernika" 10 punktów i Iza Raszka "Pewna sukienka" 10 punktów. :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Przyznaję punkty następująco: Justyna Gross 14 pkt, Magdalena Natonek - 6 pkt

    OdpowiedzUsuń
  14. Iza Raszka - 19 pkt
    Anna Bachor - 1 pkt

    OdpowiedzUsuń
  15. Agnieszka Średnicka "Serce z piernika" -10 punktów
    Piotr Podgórski "Kawałek serca" - 10 punktów

    OdpowiedzUsuń
  16. Agnieszka Średnicka 15 pkt
    Iza Raszka 5 pkt

    OdpowiedzUsuń
  17. Agnieszka Średnicka 15 pkt , Agnieszka Kamińska 5 pkt

    OdpowiedzUsuń
  18. Hanna Hippler "Nadzieja" 19 pkt
    Piotr Podgórski "Kawałek serca" 1 pkt

    OdpowiedzUsuń
  19. Hanna Hippler 19 pkt
    Emilia Baczyńska 1pkt

    OdpowiedzUsuń
  20. Justyna Osiecka-Herszel 1pkt
    Hanna Hippler 19pkt

    OdpowiedzUsuń
  21. Krysia Radziejewicz 19 pkt.
    Agata Rak 1 pkt.

    OdpowiedzUsuń
  22. Hanna Hippler 19 pkt
    Emilia BAczyńska 1 pkt

    OdpowiedzUsuń
  23. Brygida Joachimiak11 grudnia 2017 20:22

    Agata Rak 1 pkt
    Karolina Cichocka 19 pkt

    OdpowiedzUsuń
  24. "Już JEJ nie ma" - 19 pkt
    "Pierwszy śnieg" - 1 pkt

    OdpowiedzUsuń
  25. Magdalena Natonek- 19 pkt, 1 pkt Izunia Raszka.

    OdpowiedzUsuń
  26. 19 pkt Agnieszka Średnicka
    1 pkt Anna Grzebalska

    OdpowiedzUsuń
  27. Katarzyna Lepiarz "Fundacja" - 19 punktów
    Anna Bachor "Piernik" - 1 punkt

    OdpowiedzUsuń
  28. 19 pkt - Justyna Gross "Pracownia uczuć zagubionych"
    1 pkt - Agnieszka Średnicka - "Serce z piernika"

    OdpowiedzUsuń
  29. Justyna Gross 15, Magdalena Natonek 5

    OdpowiedzUsuń

  30. AGNIESZKA ŚREDNICKA "SERCE Z PIERNIKA " 19 PUNKTÓW MONIKA MADEJEJ "list " 1 punkt

    OdpowiedzUsuń
  31. AGNIESZKA ŚREDNICKA "SERCE Z PIERNIKA"-19 PUNKTÓW,IZA RASZKA "PEWNA SUKIENKA" 1 PUNKT

    OdpowiedzUsuń
  32. Głosuję na Annę Bachor "Piernik"- 16 punktów i Justynę Gross "Pracownia uczuć zagubionych"- 4 punkty.

    OdpowiedzUsuń
  33. Krystyna Radziejewicz - 19pkt
    Anna Bachor - 1 pkt

    OdpowiedzUsuń
  34. aNIA bACHOR - 19 PKT, aGNIESZKA ŚREDNICKA - 1 PKT

    OdpowiedzUsuń
  35. Głosuję na Martę Niebrzydowską - 5 pkt i na Anię Bachor - 15 pkt.

    OdpowiedzUsuń
  36. głosuję na Annę Bachor 19 pkt. :)

    OdpowiedzUsuń
  37. głosuję na Annę Bachor 19 pkt i Emilię Baczyńską 1 pkt

    OdpowiedzUsuń
  38. Wszystkie głosy na Agnieszkę Średniacką :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba rozdzielić 20 punktów na 2 opowiadania

      Usuń
  39. głosuję na Justynę Gross "Pracownia uczuć zagubionych" - 16 pkt i na Emilię Baczyńską "Pierwszy śnieg" - 4 pkt

    OdpowiedzUsuń
  40. Głosuję na: 1. Agnieszka Średnicka - 19 punktów, 2. Amelia Puch - 1 punkt. Pozdrawiam wszystkich serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  41. Krysia Radziejewicz - 19pkt
    Amelia Puch - 1pkt

    OdpowiedzUsuń
  42. Anna Bachor Piernik - 19 pkt,
    Ilona Ciepał-Jaranowska „Puste ściany” - 1 pkt

    OdpowiedzUsuń
  43. Anna Bachor - 19 pkt,
    Anna Grzebalska- 1 pkt

    OdpowiedzUsuń
  44. Alicja Wiśniewska "Serce z piernika" - 19 pkt
    Justyna Osiecka – Herszel "Serce z piernika" - 1 pkt

    OdpowiedzUsuń
  45. Krystyna Radziejewicz 19 pkt
    Amelia Puch 1 pkt

    OdpowiedzUsuń
  46. Magdalena Natonek 19 pkt i Amelia Puch 1 pkt

    OdpowiedzUsuń
  47. Krysia Radziejewicz - 19 pkt
    Justyna Osiecka – Herszel 1 pkt

    OdpowiedzUsuń
  48. Andrzej Michał - 10 pkt
    Agnieszka Data - 10 pkt

    OdpowiedzUsuń
  49. Justyna Gross 19 pkt
    Krysia Radziejewicz 1pkt

    OdpowiedzUsuń
  50. Justyna Gross 3 pkt.
    Magdalena Natonek 17pkt

    OdpowiedzUsuń
  51. Justyna Gross-19pkt, Anna Bachor-1pkt

    OdpowiedzUsuń
  52. Justyna Gross-19pkt, Anna Bachor-1pkt

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z całym szacunkiem :) czy aby ten wyżej komentarz nie jest również pana? :) Pablo to inaczej Paweł i to "GROSzek". Już pomijam, że komentarz wypisz wymaluj identyczny nawet z pominiętą spacją przed myślnikiem :)

      Usuń
    2. Masz rację Oxfordka. Proszę usunąć komentarz ssorG łewaP - to drugie konto mojego syna. No co za cwaniak. Przepraszam.

      Usuń
  53. Agnieszka Średnicka 19
    Amelia Puch 1

    OdpowiedzUsuń
  54. Agnieszka Średnicka 18pkt i Amelia Puch 2pkt

    OdpowiedzUsuń
  55. Agnieszka Średnicka 19 pkt Gosia Schumann 1 pkt

    OdpowiedzUsuń
  56. Magdalena Natonek - 19 pkt ; Piotr Podgórski - 1 pkt

    OdpowiedzUsuń
  57. Ilona Ciepał Jaranowska "Puste ściany" 19 punktów
    Hanna Hippler "Nadzieja" 1 punkt

    OdpowiedzUsuń
  58. Ilona Ciepał Jaranowska "Puste ściany" 19 punktów, Iza Raszka "Pewna sukienka" 1 punkt

    OdpowiedzUsuń
  59. Amelia Puch 1 punkt, Ilona Ciepał Jaranowska 19 punktów

    OdpowiedzUsuń
  60. Zgodnie z obowiązującymi wymogami w ocenie opowiadania uwzględnia się:
    1. fabułę - urozmaicona (co najmniej 6 elementów spośród: czas akcji, miejsca akcji, opis, charakterystyka, dialog, monolog,retrospekcja, puenta) lub prosta
    2. język , 3. styl, 4. spójność (w tym logiczną), 4. kompozycję.
    Jak uzasadnić przydział punktowy 19p. i 1p. A takich ocen jest dużo.
    Z tego też względu wstrzymuję się z oceną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam takie same odczucia. To chyba bardziej na zasadzie - kto ma więcej znajomych, którzy zagłosują....

      Ania

      Usuń
    2. Ja też się wstrzymuje. Opowiadania są ciekawe i twierdzenie, że jedno jest 19 razy lepsze od drugiego to chyba kpina.

      Usuń
    3. Dlatego mnie najbardziej cieszy 1 punkt od osoby, której nie znam niż 19 od znajomych, tu nie chodzi o wygranie za wszelką cenę, tylko o sprawdzenie czy komuś podoba się to, co piszemy, a chyba niektórzy o tym zapomnieli, że głosuje się na opowiadanie a nie na daną osobę...

      Usuń
    4. Masz rację. Ten 1 punkt to też dowód na to,że Twoje opowiadanie ktoś w ogóle przeczytał. Bo do głosowania na znajomych czytanie nie jest konieczne...

      Usuń
    5. Chcę zaproponować Magdzie inną opcję głosowania. Jest ona dosyć rygorystyczna i jednolita, ale chyba byłaby najbardziej sprawiedliwa. Co sądzicie o głosowaniu na bazie ankiety jaką mamy do okładki? 1 głos od 1 osoby na 1 opowiadanie. Żadne punkty tylko głos. Jeden jedyny. Muszę jeszcze sprawdzić czy jest opcja głosowania tylko i wyłącznie przez osoby posiadające konto. Myślałam również by zrobić głosowanie wewnętrzne - tylko osoby, które napisały opowiadanie niech głosują, ale z wyłączeniem swojej własnej pracy, LUB! i tu już całkiem wyższa szkoła jazdy - rozbudowana ankieta z otwartymi odpowiedziami. I nie punkty byłyby ważne, ale np głosuje się na to i tamto opowiadanie, ale trzeba napisać dlaczego właśnie to i nie na bazie - bo jest fajne, ale odnieść się do treści. Wtedy wiadomo, że dana osoba czytała opowiadanie i na jakiej podstawie twierdzi że własnie to opowiadanie zasługuje na głos. Na prawdę... Podliczam te głosy z własnej nieprzymuszonej woli, ale jest mi z tym źle... bo widzę komentarze napisane z tymi samymi błędami, z pozmienianymi niepozornie nickami, głosy kont utworzonych W TYM MIESIĄCU, z identyczną punktacją na identyczne osoby i jak ktoś napisze "Małgonia" to ta druga osoba nawet dla niepoznaki jest taka leniwa, że tego nie zmieni tylko rzuci jak jest i to przecież tylko debil by nie skumał, że to albo ta sama osoba, albo osoba, która została poproszona o głos. Konta Anonimowe w treści podpisane nazwiskiem. Gdybym chciała mogę się wylogować i pierdyliard takich komentarzy napisać. Jestem zła, bo ludzie się zachowują, jakby te 15 zł za tomik to był jakiś majątek. Chciałabym się dowiedzieć komu na prawdę podobało się moje opowiadanie, a nie bo prosiłam o głos, lub sama sobie nastukałam punktów. I jestem też zła, bo chciał nie chciał musze uznać takie punkty bo nie wiem czy ktoś utworzył nowe konto i pojechał z tą samą punktacją, czy jakiś znajomy był na tyle leniwy by napisać kogoś innego... NAWET BŁĘDY SĄ TE SAME!!!! i nie wiem co mam zrobić...na prawdę lubię podliczać te głosy. Magda mnie o to nie prosiła, nawet pewnie jej to przez myśl nie przeszło. Sama usiadłam z tyłkiem i poświęciłam nie minuty a czasem godziny by wszystko podliczyć, kliknąć w każdy nick by sprawdzić czy konto istnieje co się tam znajduje. Czytam te komentarze i nie wiem czy się śmiać, płakać, klnąć, akceptować punkty, czy odłożyć je na bok i robić KOLEJNE podliczanie bo się bajzel robi...Podliczę te punkty, ale dalsze brnięcie takim systemem jest po prostu niesprawiedliwe dla każdego z nas... sami sobie robimy chaos. Najsprawiedliwiej by było, gdyby jury wybrało swoje typy i na tym koniec. Magda mam nadzieję, że czytasz ten komentarz i możemy o tym na fb na grupie pogadać, bo jak widzisz nie tylko mi chyba już puszczają nerwy, a muszę przyznać że i tak wyrażam się w sposób kulturalny i nie ciskam mięsem, które aż się prosi by je rzucić na lewo i prawo. Jak znajdę chwilkę podliczę pozostałe punkty :) życzę każdemu z Was miłego wieczoru :)

      Usuń
    6. Na głosowanie już przestałam zerkać, bo to co się tutaj dzieje pozostawię bez komentarza.
      Intryguje mnie za to inna kwestia. Czy wie ktoś może, czy ktoś sprawdza długości tekstów (chodzi mi o ilość znaków). W regulaminie było wyraźnie określone ile każdy tekst może mieć maksymalnie znaków, a z tego co widzę część z opowiadań jest (co widać gołym okiem, bez sprawdzania co do znaku) sporo dłuższa. Nie rozumiem dlaczego część osób potrafi się trzymać regulaminu, a część ma to w "głębokim poważaniu". W moim odczuciu jest to w pewnym sensie nieszanowanie Pani Magdy, która z jakiegoś powodu ograniczenie zastosowała...

      Usuń
    7. To prawda!!!

      Usuń
  61. Ja swoje głosy chciałabym rozdzielić następująco:

    16 pkt dla Ani Bachor, natomiast 4 pkt dla Agaty Rak.

    OdpowiedzUsuń
  62. Mój Głos:
    19 punktów - Kasia Radziejwicz Serce z piernika
    1 punkt - Hanna Hippler Nadzieja

    OdpowiedzUsuń
  63. Głosuję na Justynę Gross ;) "Pracownia uczuć zagubionych"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 19 pkt dla Justyny Gross ;) 1 pkt Kasia Radziejewicz "serce z piernika"

      Usuń
  64. 19 pkt dla Agnieszki Średnickiej, 1 pkt dla Iza Raszka

    OdpowiedzUsuń
  65. Krysia Radziejewicz 19 pkt. _ Iza Raszka 1 pkt.

    OdpowiedzUsuń
  66. Agnieszka Średnicka - 12 punktów, Magda Natonek - 8 punktów

    OdpowiedzUsuń
  67. To ja dwa razy "Serce z piernika":
    Justyna Osiecka Herszel - 9 pkt
    Krysia Radziejewicz - 11 pkt

    OdpowiedzUsuń
  68. Krysia Radziejewska 19 pkt, Anna Grzebalska 1 pkt

    OdpowiedzUsuń
  69. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  70. Anna Grzebalska 1 pkt
    Krystyna Radziejewicz- 19 pkt:-)

    Pozdrawiam Mirosława Dudulska

    OdpowiedzUsuń
  71. Amelia Puch 1 pkt
    Krystyna Radziejewicz- 19 pkt:-)

    OdpowiedzUsuń
  72. Krysia Radziejewicz-10 pkt, Justyna Gross - 10 pkt

    OdpowiedzUsuń
  73. Krysia Radziejewicz - 19 pkt
    Agnieszka Kamińska - 1 pkt

    OdpowiedzUsuń
  74. Anna Bachor - 19 pkt
    Hanna Hippler - 1 pkt

    OdpowiedzUsuń
  75. Anna Bachor - 19 pkt
    Hanna Hippler - 1 pkt

    OdpowiedzUsuń
  76. Monika Szostak 1 pkt
    Krystyna Radziejewicz 19 pkt

    OdpowiedzUsuń
  77. Krysia Radziejewicz-16pkt
    Emilia Baczyńska-4pkt

    OdpowiedzUsuń
  78. Glosuję na Celinę Mioduszewską i jej tekst "O sercu z piernika metaforycznie" - 16 punktów oraz Monikę Szostak "Serce w rozsypce" - 4 punkty.

    OdpowiedzUsuń
  79. Głosuję Celina Mioduszewska
    "O sercu z piernika metaforycznie" - 15 pot.
    Ilona Ciepał-Jaranowska
    „Puste ściany” - 5 pkt.

    OdpowiedzUsuń
  80. Moje głosy przekazuję
    Celinie Mioduszewskiej "O sercu z piernika metaforycznie" 16pkt
    Emilii Baczyńskiej "Pierwszy Śnieg" 4pkt

    OdpowiedzUsuń
  81. oddaję głos : 19 pkt : "Już JEJ nie ma"
    Oddaję głos ; 1 pkt :" Zbieg okoliczności"

    Lidia Jordan

    OdpowiedzUsuń
  82. Monika Szostak 1 pkt
    Krystyna Radziejewicz 19 pkt

    OdpowiedzUsuń
  83. Dziękuję za głosy oddane na moje opowiadanie. Za poświęcony na lekturę czas. Spokojnej nocy.

    OdpowiedzUsuń
  84. 10 punktów Agnieszka Średnicka, 10 punktów Iza Raszka :)

    OdpowiedzUsuń
  85. Katarzyna Lepiarz 19pkt
    Anna Bachor 1pkt

    OdpowiedzUsuń
  86. Krystyna Radziejewicz 19, Monika Szostak 1

    OdpowiedzUsuń
  87. Widzę, że tutaj emocje aż buzują. Kochani - studzę. Po pierwsze po to właśnie mamy jury żeby było obiektywnie, po drugie owszem czasami niektórych ponosi. Ale duża część głosuje uczciwie. Przynajmniej ja to tak widzę, nie chcę całkowicie wątpić w szczerość i prostolinijność. Ankieta też nie jest obiektywna, bo można ją obejść. Nie będę pisała jak ale można. Nie chcę ograniczeń. Kochani przede wszystkim przypomnijmy sobie po co w ogóle powstał ten tomik. PO TO ŻEBY SPEŁNIAĆ MARZENIA! Po to żeby Ci którzy marzą o pisaniu nabrali wiatru w żagle. Żeby dać sobie skrzydła. Żeby zobaczyć w tomiku swój teks podpisany własnym imieniem i nazwiskiem. I to jest najważniejsze. Przede wszystkim to ma być inspiracja. Pamiętajcie o tym. Akurat tu to podium nie jest najważniejsze. Ważne jest zupełnie co innego. Kto rozumie ten wie o czym mówię. Ten kto nie rozumie zapewne nie zrozumie nigdy.

    OdpowiedzUsuń
  88. A może po prostu nie warto organizować takiego głosowania, skoro jest jury?

    OdpowiedzUsuń
  89. Myślę, że sprawa jest prosta - pewnie wiele osób pochwaliło się znajomym swoim opowiadaniem, a znajomi głosują jak głosują - nie jest to szczególnie obiektywne jeśli chodzi o jakość opowiadań, ale też nie sądzę, żeby ktoś zmuszał ludzi do takiego głosowania albo sam nabijał sobie głosy. Po prostu taki sposób głosowania ma swoje wady. Można by go trochę uratować gdyby zmienić punktację - do rozdania 3 pkty. Wtedy drugie miejsce też miałoby jakieś znaczenie.

    OdpowiedzUsuń
  90. Monila Szostak 3pkt
    Celina Mioduszewska 17pkt

    OdpowiedzUsuń
  91. Monika Szostak 18 pkt
    Anna Bachor 2 pkt

    OdpowiedzUsuń
  92. No nie wierzę.... Magda dostała pierniczki zrobione przez Klementynę

    OdpowiedzUsuń