Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miejsca szczególne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miejsca szczególne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 czerwca 2019

A gdzie ten murek, gdzie jezioro?

Stała tuż przy cmentarnym murku
porośniętym gdzieniegdzie mchem
a przed nią rozciągała się panorama jeziora tonącego
w blasku zachodzącego słońca.
Różowozłote pasma kładły się na wodzie, migocząc i drżąc zwodniczo. 
Po ostatnim wpisie i tutaj i na mailu i na fb pojawiły się pytania dotyczące murku, na którym siedzę. I ja już wiem, o co Wam moi kochani chodzi. Otóż znacie mnie jak własną kieszeń i zapewne w duchu zadajecie sobie pytanie, czy z "Antolką" będzie tak jak z Malowniczym, że gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie... I właśnie złapałam się na tym, że nucę:

Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie 
Świat, w którym baśń ta dzieje się, 
Maleńka pszczółka mieszka w nim 
Co wieść chce wśród owadów prym. 

Tę pszczółkę, którą tu widzicie, zowią Mają, 
Wszyscy Maję znają i kochają. 
Maja fruwa tu i tam 
Świat swój pokazując nam. (...) 

Myślicie, że skoro mi się pokojarzyło  właśnie z tym to jestem potwornie stara?  Dziś chyba już mało kto pamięta starą, dobrą Maję i Gucia i pajęczycę Teklę ... Oho, no i odpłynęłam, ale już wracam na właściwy kurs, czyli do Antolki i murku i Janka i zachodu słońca w Kalu... I tutaj właśnie mamy odpowiedź. Murek istnieje (dowód na zdjęciu) 

a w powieści wszystkie miejsca, w których będzie Antolka będą autentyczne, wymienione i całkowicie do zlokalizowania.
Tak żeby Wam przybliżyć klimat powieści wstawiam zdjęcia :) Możecie zerknąć na to, co widziała Antolka.

A poniżej mały fragment, ten jest trochę nostalgiczny, ale nie dajcie się zwieść. Antolka nie jest panienką, która zbyt często popada w taki nastrój, ale tym razem jej się zdarzyło :) 

Buziaki dla Was kochani!

A właśnie okładka Antolki pojawi się trzeciego lipca :) Czyli już nie licząc dzisiejszego, za osiem dni :) 



Z "Pięknego Brzegu" wracali na jacht krętą, wąską ścieżką, z obu stron malowniczo przyozdobioną kwitnącymi dzikimi różami i głogami, które jeszcze gdzieniegdzie pomiędzy liście wplatały ostatnie płatki kwiatów.
- Pięknie tutaj. – Antolka przystanęła i rozejrzała się dookoła. – Zobacz, ile tu rośnie zdziczałych jabłonek! Szkoda, że już przekwitły! 

- A jakie dają jabłka! Tego się nie da opisać. Słodycz nagrzana słońcem i smakująca wspomnieniem lata. –  Uśmiechnął się Janek. – Właściwie chciałbym tu wrócić jesienią i znów zobaczyć jabłonki pochylone pod ciężarem owoców, głóg, który tak pięknie odznacza się purpurą na tle ciemnozielonych liści. Bo teraz ta zieleń jest jeszcze młoda, niepoważna a później, we wrześniu, październiku staje się głębsza, dojrzalsza. Ale to chyba nie jest w dobrym tonie podczas wiosny tak jawnie tęsknić za jesienią. – Roześmiał się. – Lepiej skupić się na tym, co jest tu i teraz. Chodź, pójdziemy kawałek pod górę, pokażę ci coś naprawdę wyjątkowego. – Uśmiechnął się i jak gdyby nigdy nic, wziął ją za rękę. 
To tylko zwykły, miły gest – przekonywała sama siebie, usiłując nie zwracać uwagi na bijące w oszalałym tempie serce. Pewnie robi tak z każdą dziewczyną, którą tutaj zabiera. Ot tak po prostu, zamyka jej dłoń w swojej ręce, żeby im się przyjemniej szło. No i rzeczywiście jest miło… Ale czy jakoś nadzwyczajnie? Usiłując nie dać się ponieść wyobraźni, zajęta swoimi myślami, z oczami wbitymi w ziemię, nie zauważyła, że doszli na szczyt wzgórza.


- Chciałem, żebyśmy dotarli tu tuż przed zachodem słońca, i się udało. To magiczne miejsce, jedno z moich ulubionych – powiedział, podprowadzając ją do kamiennego muru, za którym rozciągał się stary cmentarz wojenny. 
Dookoła niego zasadzono sosny, które zupełnie nie przypominały Antolce tych mazowieckich, długich i strzelistych. Te były niższe, bardziej rozgałęzione, sprawiały wrażenie, jakby wcale im nie zależało na tym, by piąć się do słońca, raczej skupiły się, żeby otulić swoimi pochylonymi ramionami śpiących snem wiecznym wojaków.
- Leżą tu żołnierze wrogich armii – powiedział cicho Janek. – Niemcy, Rosjanie. Jak popatrzysz na nagrobki uważnie, to zobaczysz też i polskie nazwiska. Kiedyś zastanawiałem się, czy teraz, gdy już wreszcie wszystko skończone, umieją dogadać się między sobą.



- Mnie się wydaje, że się całkiem nieźle dogadują – szepnęła nagle wzruszona Antolka, podchodząc do ogromnego, drewnianego krzyża. – Tu jest taki głęboki spokój, taka cisza pełna znaczeń, że inaczej być nie może. To się czuje w powietrzu, że oni już nie są na wojnie, że im tam gdzieś, gdzie teraz są, jest dobrze i spokojnie. Pewnie siedzą na drewnianych ławeczkach, stojących pod bielonymi ścianami domów, i opowiadają swoje wojenne dzieje dzieciom, których nie zdążyli mieć. I nie pozwalają swoim synom nawet myśleć o wojnie. Palą fajki, a wieczorami piją koniak dla kurażu… – Zamilkła, nagle zawstydzona tym, że głośno wypowiedziała to wszystko co w tej chwili ją przepełniało. 


Zerknęła spod oka na Janka, ale w jego twarzy nie było niczego, czego się obawiała. Ani śladu kpiny czy zdziwienia. Za to oczy miał pełne ciepła i zrozumienia. I właśnie w tym momencie dotarło do niej, że oto zupełnie nieoczekiwanie spotkała kogoś, kto po prostu ją rozwiązał jak krzyżówkę, i to mimo tego, że miała tak potwornie trudne hasła. Przed Jankiem nie musiała niczego udawać. Wystarczyło, że jest taka, jaka jest. Ot, po prostu, zwyczajnie. 
- Chodź, bo to jeszcze nie koniec, to jest jedno z tych miejsc, których nie można pominąć, będąc na Mazurach, nie tylko ze względu na to wszystko. – Janek znacząco powiódł wzrokiem wokół siebie, jeszcze mocniej ujął jej dłoń i pociągnął za sobą w stronę murku. – Zamknij oczy i otwórz dopiero, jak powiem. Jeszcze moment, zrób krok, no nie bój się, przecież cię trzymam i nie puszczę. – W jego głosie słychać było czułość i pewność. – Teraz spójrz! – Antolka otworzyła oczy i znieruchomiała.
Stała tuż przy cmentarnym murku porośniętym gdzieniegdzie mchem a przed nią rozciągała się panorama jeziora tonącego w blasku zachodzącego słońca. Różowozłote pasma kładły się na wodzie, migocząc i drżąc zwodniczo. 

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Gęsi Zakręt, miejsce gdzie można dotknąć nieba

Gęsi pod chmurami.
Są takie miejsca, które wpisują się w człowieka. Dopasowują, idealnie leżą, wtulają się w nas. Znalezienie ich nie jest łatwą sprawą. Mi w tym roku się poszczęściło.
Ogólnie uważam, że domy, miejsca dzielą się na te w których niezbędni są ludzie. To pierwszy typ. To oni tworzą klimat, sprawiają, że człowiek przekracza próg, widzi czyjś przyjazny uśmiech, ściska wyciągniętą dłoń i oddycha z ulgą. Bezpiecznie dotarł do celu podróży. Drugi typ to sam dom. Są takie, które specyficzną atmosferą przywabiają. Staje się w drzwiach takiego budynku i nieomal się słyszy słowa powitania. Takie właściwości zazwyczaj mają stare, doświadczone domy. Które już niejedno w życiu widziały i przeżyły. Zdążyły przesiąknąć atmosferą minionych lat ale wciąż niezłomnie trwają i bez lęku czekają na to co im los przyniesie. Nie boją się burz, bo przecież już niejedną przetrwały. Niekiedy typ pierwszy łączy się z drugim. I wtedy powstaje największa w świecie magia.
Jest też typ trzeci. Miejsca, które wyraźnie nie życzą sobie żadnych przybyszów. Dobitnie mówią: idźcie sobie, zostawcie mnie w spokoju. Ale tymi zajmiemy się innym razem, bo w tym roku na całe szczęście nie spotkałam się z takim opryskliwym odludkiem.
A tam wystarczy wejść po schodach i już jest nasz
ulubiony taras.

Natomiast ewidentnie w Bieszczadach trafiłam na typ pierwszy. Takiego miejsca szukałam bardzo długo. Przeglądałam ogłoszenia, oglądałam zdjęcia. Aż w końcu trafiłam na stronę Gęsiego Zakrętu. Najpierw zaintrygowała mnie nazwa, potem fotografie. Ale w związku z tym, że miałam już za sobą niezbyt pozytywne doświadczenia z fatalnymi kwaterami nadal byłam nieufna. Poczytałam opinie gości. Więcej niż pozytywne. Ale przeważyły słowa gospodarzy, które znalazłam na ich stronie:

Jak bardzo bym się nie namęczył, jakkolwiek bym się nie prężył, żeby zgrabnie opisać, co mamy do zaoferowania, to i tak skończy się na tym, że uśmiechniecie się pod nosem z powątpiewaniem. Jak wymienię, czego nie mamy, to niepotrzebnie skupicie się na negatywach. Fakty są takie, że Gęsi Zakręt powstał na bazie naszych przekonań, zamysłów, idei, poczucia estetyki, no i, rzecz jasna, wedle możliwości. Lubimy nasz dom i dobrze nam w nim. Bo kto by chciał mieszkać na końcu wszechświata, wokół wilków, niedźwiedzi, rowerzystów, artystów i innych leśnych stworów, gdyby tego nie lubił. Dodam również, że ludzi też lubimy dlatego... cóż... Zapraszamy. Ania i Paweł.

Trafiły do mnie całkowicie. Zarezerwowałam pokój. I jak się domyślacie nadszedł lipiec i pojechaliśmy. I wrócimy tam jeszcze nie raz. Po to żeby móc choć na chwilę zobaczyć się z Anią i Pawłem, by posiedzieć z innymi gośćmi na tarasie, by o poranku w nieco sennej atmosferze pić kawę i czytać książki, by wyciągnąć się po długiej wędrówce na leżakach, pić piwo i na nowo odkrywać w sobie to wszystko, co pęd życia na co dzień skrzętnie ukrywa pod słowami"trzeba", "muszę", "koniecznie". W Gęsim Zakręcie koniecznie to trzeba oddychać pełną piersią i koniecznie trzeba po prostu żyć.


Gdy wieczory niepostrzeżenie zmieniały się w noc a niebo nad Gęsim Zakrętem rozbłyskiwało milionem gwiazd, miałam wrażenie, że wystarczy wyciągnąć rękę by zanurzyć ją w ciemnym granacie. Chyba nie byliśmy w tym odosobnieni, bo wieczorami taras się zapełniał. I robiło się ciepło, rodzinnie i tak, że nie chciało się wychodzić.
niebo, sami przyznajcie, że nieziemskie :)

Paweł i Ania dokonali czegoś pięknego: sprawiają, że ludziom którzy do nich przyjeżdżają po prostu jest dobrze. Z nimi, pod ich dachem, z innymi gośćmi, którzy nie wiedzieć kiedy stają się zaprzyjaźnioną, zżytą grupą. Przesadzam? Nie sądzę. Na potwierdzenie moich słów dodam, że ludzie których poznaliśmy u Ani i Pawła wracają do nich rok w rok. Bo Gęsi Zakręt przyciąga. Bo kusi i wabi. I ja się temu kuszeniu całkowicie poddaję :) I tęsknię. Za Bieszczadami, cykaniem świerszczy, bocianami spacerującymi tuż koło domu (widzieliśmy nawet czarnego), za tarasem, długimi pogaduchami. Jeżeli szukacie miejsca z duszą to koniecznie zajrzyjcie do Gęsiego. Myślę, że jedynym rozczarowaniem jakiego doznacie będzie to, że czas wam ucieknie zbyt szybko. I że potem będziecie czekać na kolejny raz, na kolejne dotknięcie nieba.

Aniu, Pawle dziękujemy!

A gdyby ktoś planował wybrać się w Bieszczady i chciał sam sprawdzić ile Gęsi Zakręt ma w sobie czaru to podaje wolne terminy (wypytałam Pawła:)):

Terminy na wrzesień
06-11
13-18
20-25
27-30

Tak było kilka dni temu, ale jeżeli ktoś miałby ochotę zajrzeć na stronę "Gęsiorów" to wystarczy kliknąć TUTAJ 

Zdjęcia wycyganione od gospodarzy Gęsiego :)


wtorek, 22 stycznia 2013

Na smutno: o Adeli Tuwimowej, Zofiówce i Otwocku

Zofiówka dawniej (zdjęcie pochodzi stąd)
Posty o Otwocku i Willi Julii sprawiły, że zaczęłam podczytywać o swoim mieście. Niby mieszkam tu od urodzenia, znam uliczki, zaułki, domy, jakieś urywki historii mieszkańców obecnych i dawnych, ale jakoś tak mało mi było tych skrawków opowieści i zapragnęłam więcej. Czytam w sposób niestandardowy i dość charakterystyczny, który moja rodzina rozpoznaje bezbłędnie. Moja córka  weszła  ostatnio do pokoju, przejrzała stertę książek leżącą na stole i zapytała:
- O co chodzi tym razem? O Tuwima? - zgadywała zerkając na tytuły - Andriollego? Psychicznie chorych?
- O Otwock - wyjaśniłam.
- Aha - skwitowała bez zdziwienia.
Ta scenka doskonale obrazuje jak wygląda u mnie zainteresowanie tematem:) Zwykle zaczyna się od jednej książki, albo jakiegoś zagadnienia, a potem gdy zainteresowanie mutuje rozrastają się też moje lektury. Tym razem sterta dotyczyła głównie Zofiówki i matki Tuwima. Tragiczna historia pani Adeli przypomniała mi się gdy przechodziłam koło jednego z domów na ulicy Reymonta. A że zanim wojenne losy zagnały ją do tego miejsca przebywała w otwockiej Zofiówce to tak mi się jedno z drugim skojarzyło i stąd te dwa tematy zaprzątnęły mi głowę (będzie na smutno:( ). Ale zacznijmy od Tuwima i jego mamy. Sam Tuwim tak o niej pisał:

„Była to kobieta o rzadko spotykanej czułości serca a choć w naszym domu, jak to się mówi, »nie przelewało się«, całe życie pomagała ludziom, ucząc też swoje dzieci (mnie i siostrę) uprawiania czynnej, praktycznej dobroci, dającej ludziom istotną pomoc i korzyść. Uczyła nas szacunku dla ludzi pracy, ludzi prostych, wpajała w nas zasady chrześcijańskie (choć oficjalnie nie byliśmy chrześcijanami) i demokratyczne. Całym sercem kochała Polskę, jej kulturę i literaturę, i gdy jeszcze nie umiałem czytać, sama odczytywała mi najpiękniejsze wiersze polskie, nuciła śliczne, stare piosenki... To, że stałem się poetą, Jej przede wszystkim zawdzięczam”.

Ale pani Adela była też osobą znerwicowaną, chorą psychicznie co niewątpliwie odbiło się też na jej synu. Tuwim urodził się z ciemną plamą na policzku. Koledzy nazywali go: "Julek z myszką" (czyli plamą na twarzy). Matka obwiniała się o tę skazę. Co więcej upatrywała pojawienie się jej jako karę za jej przewinienia, za demoniczny znak.  Uważała, że chłopiec jest naznaczony.  Plama była również obiektem drwin i szyderstw ze strony rówieśników a nawet dorosłych. Gdy połączymy obsesję matki na tym punkcie i szyderstwo otoczenia możemy sobie wyobrazić jak wielki wpływ znamię miało na całe życie Tuwima. Ale właściwie nie o tym miałam pisać tylko o Adeli. Otóż jak już wspomniałam matka Julka była znerwicowana i miała skłonności do popadania w melancholie. Pod koniec lat trzydziestych ten stan nasilił się. Niewątpliwie duży wpływ na to miały pogłębiające się w tym czasie w Polsce antysemickie nastroje. Panią Adelę dręczyły koszmary i wizje, w których to świat zostaje opanowany przez "endeków", którzy prześladują i nienawidzą jej syna. W końcu po nieudanej próbie samobójstwa Adela Tuwimowa została przywieziona do Otwocka, do Zofiówki. Był to szpital dla nerwowo i psychicznie chorych Żydów. Nazwę wziął od fundatorki   Zofii Edelmanowej, która sprzedała swoją biżuterię i tak pozyskane środki przeznaczyła na wybudowanie ośrodka.  Początkowo Zofiówka składała się z jednego pawilonu, potem dobudowano następny dla kobiet. Po jakimś czasie dostawiono jeszcze jeden. Żeby zdać sobie sprawę z ogromu przedsięwzięcia trzeba wspomnieć. że w tamtych latach leczenie chorób umysłowych dopiero raczkowało. Podobna placówka była w podberlińskim Zehlendorfie. Do Zofiówki trafiali głównie biedni nie posiadający środków na leczenie Żydzi. Poddawano ich kuracji bezpłatnie. Tylko za niewielką część płaciły rodziny.  Ponadto Zofiówka słynęła z odkrywczych metod leczenia. Między innymi wierzono w uzdrawianie psychicznie skrzywionych pacjentów za pomocą pracy. Przedwojenny publicysta i redaktor Cezary Jelentta  tak o tym pisał:
„Wszyscy – lub prawie wszyscy – a jest ich, płci obojga, przeszło 200, coś robią, wszyscy „spokojni” dają się ująć w karby koordynacji (...), wprząc w jakąś więź solidarności, w jakiś rytm socjalny. Kobiety szyją, coś tam ścibią z kawałków przykrojonych przez instruktorkę i oto wkrótce jest gotowa porządna bluzka” 

O samym sanatorium napisał:

„bogactwo parku leśnego, najpiękniejszego w całym Otwocku, piękne dęby i świerki, jałowce wielkie jak sosny”... 
„Piękne osiedle opieki z białemi, schludnemi w każdym swym zakącie pawilonami – jest największą i przy całej kołowatości myśli swoich pensjonariuszy najoryginalniejszą atrakcją Otwocka”.


Zofiówka (fotografia stąd)
Do tego właśnie miejsca trafiła matka Tuwima. W wielu materiałach opisujących te zdarzenia można znaleźć informację, że tu też zginęła w czasie likwidacji szpitala. Bo nadeszła wojna i w okupowanym przez Niemców Otwocku utworzono Getto. Zofiówka znalazła się w jego obrębie w części nazywanej kuracyjną. Placówka funkcjonowała nadal jako jedyna na terenie Generalnej Guberni zajmująca się chorymi umysłowo Żydami. Jednak warunki panujące na terenie zakładu pogarszały się z dnia na dzień, tak samo zresztą jak w całym getcie. W Zofiówce w ramach prowadzonych przez nazistów akcji T4 (likwidacją życia niewartego życia)  na powolną śmierć głodową zostało skazanych 350 pacjentów. Tych którzy przetrwali rankiem 19 sierpnia 1942  roku  (likwidacja getta otwockiego) spędzono wraz z personelem do pawilonu I i w większości zabito. Resztę wywieziono do TreblinkiLikwidacje szpitala przeżyło jedynie kilku lekarzy, którym udało się uciec sanitarką do Warszawy. Nocą poprzedzającą te wydarzenia pozostały personel - dr Maślanko, dr Lewinówna i kierownik ośrodka dr Włodzimierz Kaufaman, odebrał sobie życie zażywając cyjanek potasu. Ale wśród pacjentów nie było matki Tuwima. Jej los spędzał Jukowi sen z powiek. W roku 1939 tak pisał z Paryża w liście do przyjaciół:
„Gestapo w Polsce znalazłoby z łatwością wszelkie powody, aby mnie odesłać na tamten świat. Szczęśliwy jestem, że moja siostra Irena wraz ze szwagrem (Stawiński) też są w Paryżu. Trapi mnie tylko bezustannie myśl o starej, chorej Matce, którą zostawiłem bez pieniędzy w Otwocku. Ale wyjazd nastąpił tak niespodziewanie... i błyskawicznie. W każdym razie podaje adres: A. Tuwimowa Otwock ul. Słowackiego 16.”

To jeden z niewielu tropów, które naprowadzają na ślad matki Julka. Przypuszcza się, że podobnie jak wielu lepiej sytuowanych Żydów ukrywała się poza terenem getta. Ponoć najpierw mieszkała przy ulicy Ceglanej  (w latach 80 XX wieku przyjechało kilku ludzi na Ceglaną i pytali o to w którym domu mieszkała pani Adela. Właścicielka posesji potwierdziła, że to tutaj i że opowiadała jej o tym nieżyjąca  krewna. Tuwimowa miała przebywać tam wraz z opiekunką, ale jak długo nie wiadomo), do której od Zofiówki było najbliżej. Ostatnim domem i zarazem miejscem, w którym panią Adelę dopadły wszystkie rojące się w jej chorej głowie obawy był dom przy ulicy Reymonta wtedy 1 dziś 7. Tam dopadli panią Adelę Niemcy zastrzelili ją a ciało wyrzucili przez balkon. Matka Tuwima została pochowana na podwórku, na które wyrzuciły ją nieznające litości ręce oprawców... 
Dziś Pani Adela spoczywa na Łódzkim cmentarzu, a Tuwim napisał przejmujący wiersz:

Matka
Jest na łódzkim cmentarzu,
 Na cmentarzu żydowskim,
 Grób polski mojej matki,
 Mojej matki żydowskiej. 

 Grób mojej Matki Polki,
 Mojej Matki Żydówki,
 Znad Wisły ją przywiozłem
 Nad brzeg fabrycznej Łódki. 

 Głaz mogiłę przywalił,
 A na głazie pobladłym
 Trochę liści wawrzynu,
 Które z brzozy opadły.

 A gdy wietrzyk słoneczny
 Igra z nimi złociście,
 W Polonię, w Komandorię
 Układają się liście. 

II

 Zastrzelił ją faszysta,
 Kiedy myślała o mnie, 
 Zastrzelił ją faszysta,
 Kiedy tęskniła do mnie.

 Nabił - zabił tęsknotę,
 Znowu zaczął nabijać,
 Żeby potem... - lecz potem
 Nie było już co zabijać.

 Przestrzelił świat matczyny:
 Dwie pieszczotliwe zgłoski,
 Trupa z okna wyrzucił  

 Na święty bruk otwocki.

 Zapamiętaj, córeczko!
 Przypomnij, późny wnuku!
 Wypełniło się słowo:
 "Ideał sięgnął bruku".

 Zebrałem ją z pola chwały,
 Oddałem ziemi-macierzy...
 Lecz trup mojego imienia
 Do dziś tam jeszcze leży.


Dom w którym ukrywała się Pani Adela nadal istnieje, choć nie ma już balkonu, z którego została zrzucona. Mieści się przy ulicy Reymonta 7. A Zofiówka... Zofiówka straszy ruiną, powybijanymi oknami, ale ponoć nie tylko. Podobno nocami słychać z tych murów krzyki i jęki. Co niektórzy twierdzą, że widzieli tam jakieś cienie i postacie. Nakręcono tam nawet odcinek Przeklętych rejonów. Jeżeli ktoś dotrwał do końca tego długaśnego tekstu i jest ciekawy wrzucam film.