Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co mi w duszy gra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co mi w duszy gra. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 maja 2020

Ogień i woda, szmat czasu i nowa powieść

To już pewnego rodzaju tradycja, że w momencie gdy ma pojawić się moja nowa powieść piszę o niej tutaj, na blogu, specjalnie dla Was. Blog sprzyja innemu rodzajowi komunikacji niż facebook i instagram. Ostatnimi czasy bywałam tu rzadko. Ale to już kolejny post, który pisze i odpoczywam. Czuję się trochę tak jakbym wracała do przytulnego domu, w którym czekają na mnie przyjaciele.  Wiecie, że jestem tu z Wami a Wy ze mną od 2012 roku? Pamiętam tremę z jaką siadałam przy komputerze pisząc pierwszy tekst na bloga. Pamiętam niepewność. I to jaka byłam zielona. Niczym szczypiorek na wiosnę. Przez te osiem lat wiele się nauczyłam. I wielu z Was towarzyszyło mi w tej drodze od początku. Część dołączyła w trakcie a jeszcze inni dopiero po raz pierwszy tu zajrzą. Ale te wszystkie lata, teksty, które napisałam a Wy przeczytaliście sprawiają, że w szczególny sposób zapisaliście się
w moim życiu. I pomimo tego, że nie wszystkich Was znam osobiście jesteście mi bliscy. Dziękuję Wam za te piękne chwile, które już spędziliśmy razem i za te dni, które dopiero nadejdą :)
I mam pytanie, zdradzicie mi od kiedy do mnie zaglądacie? I od której powieści zaczęliście sięgać po moje książki? A może to jeszcze przed Wami?
Może planujecie zacząć od najnowszej, która dopiero się pojawi, "W blasku słońca"?
Ta powieść początkowo miała mieć zupełnie inny tytuł, "Bocznymi drogami". I dlatego zaczyna się wierszem, który nadal, pomimo zamiany na "W blasku...", bardzo pasuje do całości. To ostania zwrotka:

Po wielu latach, z twarzą przez zmarszczki zoraną,
Opowiem to, z westchnieniem i mglistym morałem:
Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano
Dwie drogi; pojechałem tą mniej uczęszczaną ‒
Reszta wzięła się z tego, że to ją wybrałem.*


Te nieuczęszczane drogi i boczne trakty są przeznaczeniem obu bohaterek: Nicoletty i Leli. Gdybym miała określić je krótko i treściwie to napisałabym, że są jak ogień i woda. Ale pomimo wszystko obie muszą odnaleźć swoje miejsce w życiu, wybrać drogę, którą podążą.  O Nicolettcie opowiem Wam w kolejnym wpisie a dziś chciałabym przedstawić Wam Lelę. Diabelnie upartą, narwaną i biorącą się z życiem za bary. To jest taki mały fragment z samego początku opowieści zanim Lela wyruszy w podróż na spotkanie swojego przeznaczenia :)
Jeżeli pokusicie się o przeczytanie to zobaczycie jutro jak bardzo różnić się będą bohaterki. A jednak, jednak coś je połączy, już moja w tym głowa :)

A teraz, uwaga! Oficjalnie przedstawiam Wam Lelę:


Siedziała przy barze i sączyła któregoś z kolei drinka. Po trzecim przestała liczyć, bo właściwie ilość nie miała większego znaczenia. Miejsce wybrała ze względu na klimat, tchnęło przedwojennym czarem i gdyby nie to, że część z bywalców tonęła wzrokiem w telefonach komórkowych, można by było przypuszczać, że czas się cofnął i że nagle znaleźli się w czasach, gdy paryskie uliczki przemierzali Hemingway, Picasso i Scott Fitzgerald.
 ‒ I gdy można było odurzyć się przyzwoicie mile otumaniającym absyntem ‒ mruknęła do siebie i skrzywiła się, patrząc na swojego drinka.
 ‒ Słucham, mówiła coś pani? ‒ Facet siedzący po jej prawej stronie nachylił się w jej kierunku.
 ‒ Że chętnie napiłabym się absyntu, ale takiego prawdziwego, z dawnych lat. Pełnego opium i z ogromną zawartością alkoholu ‒ podniosła głos, przekrzykując muzykę, którą ktoś nagle pogłośnił. ‒ Co niektórzy twierdzą, że Vincent van Gogh obciął sobie ucho właśnie wtedy, gdy za dużo go sobie chlapnął ‒ dorzuciła, przysuwając szklankę do siebie.
‒ No proszę, interesuje się pani sztuką. ‒ Odwrócił się do niej z zainteresowaniem.
 ‒ Niestety, pudło. Interesuję się jedzeniem, a w tej chwili, jak widać na załączonym obrazku, głównie piciem ‒ mruknęła. ‒ Zresztą pan też za kołnierz nie wylewa. Wiem, bo przyszedł pan tuż po mnie, najpierw nie zamawiał niczego, potem powoli pił jednego drinka, a potem poszedł na całość. Barman nie nadąża z napełnianiem pana szklanki. A z tego wynika…
 ‒ Widzę, że zostałem poddany wnikliwej analizie ‒ przerwał jej, przekrzywiając zabawnie głowę i uśmiechając się lekko jednym kącikiem ust. ‒ I co pani ustaliła, pani doktor? ‒ zapytał kpiąco.
 ‒ Że wystawiła pana do wiatru. Nie przyszła ‒ dodała, unosząc kieliszek do góry. ‒ Jej zdrowie!
 ‒ Zadziwiające łączenie faktów, jestem pod wrażeniem! ‒ Zmarszczył brwi i spojrzał na nią uważnie. Wyraz kpiny zastąpiło zaciekawienie. ‒ Zakładając, czysto teoretycznie oczywiście, że ma pani rację, to czemu miałbym wznosić toast na cześć kogoś, kto mnie olał? ‒ zapytał po chwili, przerywając przedłużającą się ciszę.

 ‒ Z prostej przyczyny, mogła to zrobić, powiedzmy, po czterech latach, ot przyjść, usiąść przed tobą… Przepraszam, nie jesteśmy na ty ‒ zreflektowała się.
 ‒ Wiem, jak temu zaradzić. Pierre. ‒ Wyciągnął do niej rękę.
 ‒ Mirela, albo Lela, jak wolisz. ‒ Uścisnęła mu dłoń.
 ‒ I już możemy bez przeszkód kontynuować. Skończyłaś na „usiąść przed tobą” ‒ przypomniał jej, jednocześnie sugestywnie potrząsając pustą szklanką w kierunku barmana.
‒ A tak, usiąść przed tobą i powiedzieć ci, że to jednak nie to i że się pomyliła. Mogłaby jeszcze dodać, że jest jej przykro i że jest ci wdzięczna za wspólnie spędzony czas ‒ dokończyła i jednym haustem dopiła drinka. ‒ I zmarnowałbyś cztery lata, a skończyłbyś tak samo. Pijąc w barze i wymyślając sobie od kretynów. Więc jak najbardziej na miejscu jest wypicie jej zdrowia.
 ‒ Rozumiem, że w ten przewrotny sposób opowiedziałaś mi właśnie swoją historię. Zostawił cię po czterech latach, tak?
 ‒ Tak jakby. A ja w związku z tym mam dzień, a właściwie noc użalania się nad sobą. Zauważyłeś, że w każdym filmie o miłości, jak facet zostawia dziewczynę i ona idzie do knajpy, taka wiesz, spłakana, opuchnięta i wyglądająca jak „idź stąd”, to i tak z miejsca znajduje się jakiś samarytanin gotowy ją utulić, pocieszyć, zabrać do łóżka i zaproponować cudowne życie u swojego boku? Zadziwiające!
 ‒ Czemu? ‒ Pierre popatrzył na nią mętnym wzrokiem.
 ‒ Jak to czemu? A uprawiałbyś teraz ze mną gorący seks? ‒ wypaliła.
 ‒ O Boże, nigdy w życiu. ‒ Nieomal się zatchnął, a na jego przystojnej twarzy pojawił się wyraz popłochu. ‒ Znaczy nie zrozum mnie źle, po prostu yyy… Nie znam cię i tak dalej…
 ‒ Daruj sobie. ‒ Machnęła lekceważąco ręką. ‒ To, że mnie nie znasz, nie ma żadnego znaczenia. Natomiast to, że wyglądam, jak wyglądam, już tak. Zanim tu przyszłam, porządnie się zryczałam, więc na pewno mam spuchniętą górną wargę z czerwoną otoczką, co upodabnia mnie do świnki, pod oczami pojawił mi się czerwony rzucik…
 ‒ Nie, pod oczami masz jedynie takie wielkie czarne maziaje ‒ sprostował słabo.
 ‒ Spokojna głowa, to tylko tusz mi spłynął, a rzucik jest na swoim miejscu, tylko go nie widać. Tak samo zresztą jak kolejki potencjalnych adoratorów gotowych służyć mi chusteczkami do otarcia łez oraz szeroko otwartymi ramionami, w które mogłabym się rzucić i wypłakać. Dlatego nie znoszę filmów romantycznych. Ani tych o odnajdywaniu nowego miejsca do życia, w koniecznie nowym-starym domu, gdzie czeka na bohatera… No zgadnij, Pierre, co tam na niego, a właściwie nią, bo zwykle to kobiety wpadają na takie pomysły, czeka?
 ‒ A bo ja wiem? Martwa staruszka w piwnicy z truchłem kota na kolanach? ‒ Widać było, że usiłuje sprostać jej oczekiwaniom i wymyśleć coś nietuzinkowego.
 ‒ O rany, nie wiem, co ty pijesz, ale w następnej kolejce chcę to samo. ‒ Popatrzyła na niego zafascynowana. ‒ A poza tym widać, że czytasz i oglądasz raczej kryminały i horrory niż nie romansowe historie. Nie, mój drogi, na staruszkę to nawet ja bym się połaszczyła! Nie mówiąc już o struchlałym kocie. Ale tam na nie czeka wielka, prawdziwa miłość! Zawsze i obowiązkowo!
 ‒ Cóż, może ona jednak istnieje, tylko my do tej pory nie mieliśmy szczęścia. Może ona chodzi bocznymi drogami, a my idziemy zawsze wygodnym i utartym traktem. ‒ Zamyślił się. ‒ Moja babcia mówiła, że nic, co ważne i najbardziej kochane, nie przychodzi łatwo. Że zawsze wymaga wysiłku. Może coś w tym jest, że czasem warto rzucić wszystko…
 ‒ Taa… i wyjechać w Bieszczady ‒ przerwała mu.
 ‒ Gdzie? ‒ Wbił w nią nic nierozumiejące spojrzenie.
 ‒ Nieważne, jesteś Francuzem, i tak nie załapiesz… To taki nasz polski koniec świata. ‒ Machnęła ręką.
 ‒ Aha. ‒ Po tonie, jakim to wypowiedział, wywnioskowała, że końce świata nie leżą w jego sferze zainteresowań. ‒ W takim razie, wracając do tematu, to właściwie czemu on cię zostawił? Ma inną?
 ‒ Właściwie, Pierre, to, czy ma inną, nie ma znaczenia. Zostawił mnie, bo go nie kochałam ‒ powiedziała, nagle smutniejąc.
 ‒ I to on cię zostawił, a nie ty jego? ‒ Potrząsnął głową. ‒ Za dużo alkoholu i nic z tego nie rozumiem!
 ‒ Kochany, uwierz, że na trzeźwo byłoby tylko gorzej ‒ mruknęła.
 ‒ Taaa, to skomplikowane, lepiej będzie, jeżeli przestaniemy drążyć ten temat. W zamian proponuję ci spełnienie twojego marzenia. No może nie całkowicie, ale częściowo ‒ powiedział, wyjmując portfel. ‒ Starego, przedwojennego absyntu nie mogę ci zaoferować, bo jeszcze nie nauczyłem się cofać w czasie, ale znam lokal, gdzie nadal się go pija. Chodź, dzisiaj zafunduję ci lokalne wydanie „O północy w Paryżu” ‒ dodał i podtrzymał ją, gdy zsuwała się ze stołka, a potem uiścił rachunek.
 ‒ Jesteś tysiąc razy lepszy niż stado samarytanów i ich obleśne łóżkowe propozycje ‒ wyznała, lekko się zataczając. ‒ A wiesz, że ktoś powiedział, że picie absyntu jest jak wywoływanie duchów ‒ nigdy nie wiadomo, co cię opęta. ‒ Zabawnie zmarszczyła nos.
 ‒ Brzmi ciekawie ‒ parsknął śmiechem i podał jej lekką narzutkę, którą miała przewieszoną na oparciu krzesła. ‒ A wiesz, ja z kolei powiem ci, w nawiązaniu do tych pocieszycieli, że do łóżka to niekoniecznie mi się pali, ale chętnie się z tobą zaprzyjaźnię ‒ uśmiechnął się.
I coś mi się wydaje, że w tym właśnie leży mój problem ‒ pomyślała, idąc za Pierre’em. Że to zawsze będzie tylko przyjaźń. I żadne utarte trakty ani boczne drogi mi tu nie pomogą.

* Wiersz Roberta Frosta, tłum. Stanisław Barańczak. 

niedziela, 19 stycznia 2020

Witajcie kochani jak dobrze Was uścisnąć!

Dzień dobry :)
To po pierwsze, jeżeli ktoś miał wątpliwości czy jeszcze żyje, to owszem, żyję :) Mam nadzieję, że jeżeli ktoś poczuł się rozczarowany tą informacją, to będzie miał na tyle taktu, że się do tego nie przyzna :) 

Po drugie postaram się jakoś logicznie opowiedzieć gdzie byłam, jak mnie nie było :) W miarę po kolei, bo po takiej przerwie blogowej inaczej  się nie da. To chyba moja największa absencja w historii blogowania. 
Od tamtego czasu, gdy tu ostatni raz zaglądałam, jeżeli chodzi o sprawy zawodowe, to zdążyłam napisać "Antolkę" i "Nieświętego Mikołaja". I to zaliczam bezwzględnie do sukcesów. Udało mi się również część z Was zdenerwować informacją, że kontynuacji "Uroczyska" chwilowo nie będzie. Kolejną część też trochę zirytowałam, zapewniając, że "Antolka" i "Nieświęty" też będą pojedynczymi powieściami. Z tego można wyciągnąć wniosek, że mam niebywały dar irytowania innych. I jeżeli chodzi o to, to nie jestem z siebie zbytnio dumna. A chcąc być szczera, to obawiam się, że to nie koniec irytacji, bo pozmieniały mi się nieco plany wydawnicze. Ale to zostawimy sobie na później. Na jutro, albo pojutrze, albo za rok... Tak żebyście mnie nie znielubili zupełnie :)
Z wiadomości bardziej optymistycznych, to nowa powieść się pisze, czego dowodem jest zamieszczony poniżej mały fragment. A kolejna już też mocno zaplanowana i uwaga! częściowo już napisana. Jeżeli ktoś z Was mnie zna to wie, że to fenomen, bo ja nigdy nie miałam niczego zrobionego z tak dużym wyprzedzeniem. W sensie plany, notatki a i owszem, ale taki konkretny tekst, z tym było gorzej. dodatkowo wspomnę, że "Wilczy dwór też już doczekał się kilku pierwszych scen. I tu pytanie do Was: chcielibyście na zaostrzenie apetytu, za czas jakiś, kilka pierwszych stron "Wilczego"? Napiszcie proszę, a ja się dostosuję. Ogólnie rzecz biorąc jeżeli macie pytania dotyczące moich powieści to pytajcie pod tym postem. Odpowiem w przeciągu tygodnia. Z ręką na sercu, bowiem postanowiłam, że ten rok będzie wyjątkowy. W końcu dwudziesty dwudziesty do czegoś zobowiązuje. I dlatego moi kochani, po pierwsze wrócę na bloga, bo mam ogromną potrzebę powrotu, a po drugie będę regularnie odpowiadała na komentarze. No dobrze w miarę regularnie. Znając moją niesubordynowaną naturę lepiej zostawię sobie lekko uchyloną furtkę :) 



A teraz trochę z innej beczki, bardziej prywatnie. 
Otóż moi kochani jak mnie tu nie było to w moim życiu działo się naprawdę dużo. Po pierwsze się przeprowadziliśmy, do naszego pierwszego, własnego mieszkania. I nareszcie mam własne miejsce do pracy. I tak oto przestałam być kobietą zza biblioteczki (w naszym poprzednim mieszkaniu miałam wciśnięty właśnie za nią stolik) a stałam się kobietą z gabinetem, własnym biurkiem i kredytem - żeby nie było za słodko :) Ale mniejsza o większość. Własny pęk kluczy to coś niesamowitego! Szczególnie po dwudziestu kilku latach tułaczki. Mam nadzieje, że cieszycie się razem ze mną :) To jeden z powodów, dla których tak rzadko się tu pojawiałam. Ci którzy nigdy tego nie przeżyli muszą uwierzyć na słowo: przeprowadzka to coś przypominającego do złudzenia koszmar! Szczególnie jeżeli należy się do ludzi, którzy kochają książki, mnóstwo książek i jeszcze trochę na dokładkę. Dodatkowo uwielbiają starą porcelanę (to ja), szkło (Kuba, mąż mój własny), szklane ryby (Tysiek), anioły różnej maści (ja), wiekowe meble (wszyscy jak jeden mąż) i tak dalej i tak dalej. I nigdy nie wierzcie tym, którzy będą mówić, że przeprowadzka z jednej strony ulicy na drugą jest lepsza niż ta na nieco większą odległość. To złudne i mamiące. Bo jak się przeprowadzacie tak blisko to wydaje się Wam, że właściwie dużą część zrobicie sami. My porwaliśmy się w pierwszej kolejności na przenoszenie książek. Bo właściwie jaki to problem zapakować plecak i dużo wielkich siatek (ikea i takie tam) i je przy okazji przenosić. Żaden, poza tym, że przy trzecim takim kursie czułam, że spokojnie mogę położyć się na środku chodnika i wyzionąć ducha (a zapomniałam wspomnieć - przeprowadzka z trzeciego na trzecie, bez windy). I tak moi drodzy przez cztery tygodnie zostałam wyłączona z życia normalnego i przerzuciłam się na kształtowanie mięśni, tężyzny fizycznej, szorowanie, malowanie i koncentrowanie się na tym, żeby zupełnie nie oszaleć. Jak widzicie przetrwałam :) Choć na widok pudeł z bananami w marketach (idealnie nadają się do pakowania) nadal mam dreszcze i obawiam się, że wyraźnie widoczne, nerwowe tiki. Potem gdy już ogarnęliśmy przeprowadzkę trzeba było błyskawicznie wziąć się do pisania. A potem były wakacje i...  Znów trzeba było wziąć się do pisania, bo "Nieświęty" czekał. I tak moją zeszłoroczną powieść zimową pisałam w toskańskim słońcu i na chorwackich plażach. Raz ubrałam moją bohaterkę w kostium i niefrasobliwie wypuściłam ją tak na ulice. Dobrze, że w porę sobie uprzytomniłam, że przecież u niej, na litość boską, jest grudzień, nasz polski, który być może nijak się ma do tych sprzed lat ale jednak do noszenia li i jedynie bikini nie nastraja. A potem wróciliśmy i trzeba się było uporać ze smutkiem, bo pożegnaliśmy się z naszymi kotami Michelem i Mordem. Jeden zginął tragicznie, drugi zachorował na raka i nie dało się go uratować. Byłam stale obecna na fb i na insta ale na bloga nie starczało mi czasu i chyba pogody ducha, bo tutaj staram się zawsze żebyście po lekturze byli choć trochę pokrzepieni. 



Ale widać uporałam się już z tym jako tako i najzwyczajniej w świecie zatęskniłam. Za pisaniem tutaj, tak odmiennym od tego co pisze się na fb. Za tym, żeby znów pisać o wszystkim i trochę o niczym. Za Wami, którzy tu zaglądacie. Reasumując pora na nowe :) I korzystając z okazji dziękuję, że cały czas tutaj zaglądacie. I że jesteście ze mną na targach, spotkaniach autorskich, fb, Instagramie. To bardzo dużo dla mnie znaczy. 
I dobrze, że w tym nowym nie zabraknie też tego starego, dobrze znajomego.  
I w myśl tego obiecany fragment tej, która dopiero się pisze :) A zdjęcia nieprzypadkowe. Jak myślicie dlaczego właśnie takie? 








Kręte, wąskie uliczki powoli znikały w mlecznej mgle. Niebo zasnute ciężkimi chmurami tylko w jednym miejscu, tam gdzie ukrywał się księżyc, jaśniało srebrzyście. Nicoletta patrzyła na to siedząc na szerokim parapecie i wychylając się coraz bardziej, zafascynowana tym jak bezgłośnie i szybko biała poświata pochłania wszystko wokół. Bruk, wieżę kościoła, figurkę Matki Boskiej ukrytej w zacisznym wgłębieniu ściany sąsiedniego domu. Wielokrotnie zachodziła w głowę kto umieścił ją właśnie tam. Co nim kierowało? Czy specyficzne poczucie humoru? Czy chęć posiadania Marii na własność? Bo widoczna była tylko z dwóch miejsc: okna z budynku naprzeciwko, czyli właśnie tego, z którego wyglądała i małego balkoniku, z którego można było do niej sięgnąć. Ta bezpośrednia bliskość podarowana została signorze Giovannie, małej, drobnej i pomarszczonej niczym przejrzałe jabłko staruszce, która w każdą sobotę wychodziła na balkon i stawiała przed Marią świeże kwiaty i zapalała świeczkę.

Może to właśnie dzięki temu rytuałowi i chybotliwemu światełku Nicoletta zwróciła na figurkę uwagę. A może to, że z signorą Giovanną miały ją na wyłączność sprawiło, że to właśnie ta konkretna Maria zajęła szczególne miejsce w jej sercu.  A teraz po raz pierwszy to ona miała zastąpić swoją sąsiadkę i zadbać o to, żeby tradycji stało się zadość.

-      Widzisz skarbie, jeszcze tak nie było, żeby w sobotę po zmroku Ona nie dostała swojego światełka. A jak na złość moja kuzynka,  Clotilda, raczyła właśnie teraz złamać nogę. To już taki typ, który zawsze, odkąd pamiętam, musiał być w centrum uwagi. Jestem pewna, że tego swojego kulasa, to też pokiereszowała tylko i wyłącznie z nudów! A jeszcze bardziej prawdopodobne, że zwyczajnie chciała mi sprawić kłopot! Bo tylko ja jej zostałam. Wszyscy inni, których Bóg obdarzył choć odrobiną rozsądku i instynktu samozachowawczego uciekli od niej jak najdalej, a tych, którym zbywało rozumu i nie wzięli nóg za pas wpędziła do grobu. Znaczy przepraszam – zerknęła na Nicolettę w popłochu. – Zawsze mi powtarzali, że w domu powieszonego nie mówi się o sznurze… Hmmm, chyba jednak nie polepszam sytuacji – zmitygowała się po niewczasie przytykając pomarszczoną rękę do ust, jakby miała nadzieję, że cieniutka, pergaminowa skóra powstrzyma potok słów, nad którym straciła panowanie.

-      Ale naprawdę nic takiego się nie stało. Ostatecznie to, że przemilczy się pewne rzeczy nie sprawi, że znikną – uspokoiła ją i pomyślała, że gdyby mogło być inaczej bez wahania złożyłaby dozgonne śluby milczenia.

Ledwo przemknęło jej to przez głowę z ogromną siłą uderzyło ją, że ostatnio wszystko zamyka się w tych dwóch, konkretnych słowach: „ostatecznie” i „dozgonnie”. Chociaż nie, było jeszcze jedno: „nigdy”, które nagle nabrało zupełnie innego, strasznego znaczenia.

-      To dobrze dziecko, że cię nie uraziłam – głos signory Giovanny zmusił ją do oderwania się od niewesołych myśli. – Niestety to jedna z moich głównych wad, plotę trzy po trzy i przez to wpadam w tarapaty. Ale biorąc pod uwagę ile już lat przeżyłam, to nie sądzę, że miałoby się to zmienić. Ale wracając do tematu, to niestety ale byłam na tyle nierozsądna, że odebrałam to cholerne ustrojstwo, które kupił mi mój syn – tu przerwała i wygrzebała z kieszenie rozłożystej, długiej do ziemi spódnicy telefon komórkowy i podsunęła ją pod nos swojej rozmówczyni, z miną jasno mówiącą co myśli o współczesnej technologii. – No i nacisnęłam ten zielony guzik i stało się. Dowiedziałam się o rzekomym nieszczęściu Clotildy. Oraz o wielu innych, z którymi musi się zmagać kulejąc i ledwo wstając z łóżka. O tych, których sama jest sprawczynią, oczywiście jakoś nie kwapiła się opowiadać – parsknęła ironicznie. – Tak czy  siak  sama, skarbie rozumiesz, że skoro już wiem o tym co się wydarzyło, nie mam innego wyjścia jak pojechać do niej. Bo gdybym nie wiedziała… - marząco zawiesiła głos i z niechęcią spojrzała na trzymany w ręku telefon. – Narzędzie piekieł i szatana – westchnęła głęboko.

-      Jak trzeba to trzeba – Nicoletta pokiwała ze zrozumieniem głową.

-      Tyle to i ja wiem, ale szkopuł w tym, że do soboty nie wrócę i…

-      I trzeba zapalić świeczkę naszej Marii – weszła jej w słowo.

Po plecach przebiegł jej dreszcz podekscytowania. Nagle to o czym myślała od wielu tygodni zaczynało nabierać realnych kształtów. Ostatnia przeszkoda miała zniknąć. A dodatkowo po raz pierwszy i zapewne ostatni będzie mogła przyjrzeć się z bliska figurce.

-      Dokładnie, chodzi mi o sobotę – przytaknęła signora Giovanna. – Nie zawracałabym ci tym dziecko głowy, ale obawiam się, że tylko ciebie mogę o to poprosić. Widać mamy coś z nieszczęsną Clotildą wspólnego. Jej zostałam jedynie ja a mi z kolei ty. Oczywiście w grę wchodziliby jeszcze moi chłopcy, ale…  Sama rozumiesz, to nie na ich męskie, pragmatyczne głowy  – zamachała gwałtownie ręką. – Dobrych mam synów, silnych, przystojnych, mądrych ale to i tak nie zmienia faktu, że  o Marię od dawien dawna dbają kobiety i nie wiem jak by bidulka przyjęła gdyby w okolicach jej sukni zaczęły gmerać męskie łapy… Znaczy nic zdrożnego nie miałam na myśli – zachichotała tym samym zaprzeczając dopiero co złożonemu zapewnieniu. – Chodziło mi tylko o brak finezji. Mężczyźni są raczej toporni, jeżeli wiesz co mam na myśli…

Nicoletta nie wiedziała ale rozsądnie postanowiła się do tego nie przyznawać.

-      No właśnie – signora Giovanna zinterpretowała jej milczenie po swojemu. – A dodatkowo, pomijając kwestię płci, w tę sobotę w telewizji leci transmisja jakiegoś arcyważnego meczu.

-      No tak, tej konkurencji Maria może nie wygrać – uśmiechnęła się przestępując z nogi na nogę z niecierpliwością a jednocześnie z całych sił starając się nie dać po sobie poznać jak bardzo jest poruszona.

niedziela, 21 stycznia 2018

Jak to jest gdy jest się gapą czyli a miało być tak pięknie

zdjęcie nie nasze ale wiecie, zgodnie stwierdziliśmy,
że przecież mogłoby być :)
Ferie zaplanowaliśmy już jakiś czas temu. Wiedzieliśmy, że chcemy pobyć razem (w okrojonym składzie, bo Zuza ma sesję więc nie dało jej się wyrwać z bezlitosnych szponów nauki), poczytać, pospacerować, spędzać czas tak jak nam się zapragnie... Bez stresu i bez gnania. I wymarzył mi się śnieg. Bo jakoś tak nagle zaczęłam mieć dość tego przedwiośnia, które panowało u nas za oknami. I jeszcze żeby trochę prześlicznych zdjęć przywieźć - marzyłam. Takich zimowych i z ptakami, sarnami, soplami zwisającymi z dachów, szronem na gałęziach drzew... Kuba (mąż mój osobisty) marzył o tym samym. To jest dopiero szczęście mieć takiego męża, który nawet w sferze marzeń jest zgodny. I w związku z tym, nadal zgodnie, zakupiliśmy do naszego aparatu obiektyw. Taki co to miał nam zbliżać te wszystkie cuda natury, których zamierzaliśmy doświadczać, podglądać i szukać. Dostatecznie wcześnie zakupiliśmy żeby nie było problemu z odebraniem. Wypróbowaliśmy jeszcze w domu na kawkach siedzących na sąsiednim bloku, na gołębiu grzywaczu, który się raczył raz pokazać i zasiąść na drzewie widocznym z naszego okna. Fotografie wychodziły świetne. Tysiek zaczął (zgodnie rzecz jasna) podzielać nasze podekscytowanie potencjalnymi zdjęciami. Widać zgodność też bywa dziedziczna. I wszystko było pięknie. Nawet jeden dzień opóźnienia nie zepsuł nam  radości z zaplanowanej eskapady. Nadal byliśmy zgodni, że będzie pięknie. W końcu zapakowaliśmy walizki, potem siebie do auta i pojechaliśmy. Na nasze bezdroża, nasz wymarzony mazurski koniec świata. W połowie drogi zaczął sypać śnieg. Cudownie - ucieszyliśmy się w miarę zgodnie, bo Kuba tym razem przejawił nieco mniejszy entuzjazm, bo ślisko się zaczęło robić na drodze.  W pewnym momencie tak nas bujnęło, że nasza Maryśka (nasze auto, właśnie chyba Wam jeszcze nie mówiłam, że zakończyła się era męskiego samochodowego panowania, dla niewtajemniczonych do tej pory mieliśmy Edmunda, Floriana i Juliusza. W związku z tym, że z Juliusza wyszła niezła gadzina, która w kółko się psuła, teraz nasze auto nazywa się Maryśka i jeszcze ani razu nie sprawiło nam kłopotu :))  zatańczyła i zaczęła tracić panowanie nad kuprem, który niepokojąco gonił przód. Zatchnęło mnie z lekkiego przerażenia. Na całe szczęście z naprzeciwka nic nie jechało i udało nam się przywołać Mańkę do porządku. Plus z tego był taki, że jak ręką odjął przeszła mi ochota na spanie i do końca podróży byłam żwawa niczym skowronek, który poczuł pierwsze promienie słońca. Ale nie wybiegajmy naprzód. Na razie jesteśmy w połowie drogi. I właśnie jakoś tak zaraz po tym, jak Maryśka zapragnęła uprawiać łyżwiarstwo oponowe mignęła mi w głowie niepokojąca myśl. Rozejrzałam się wokół siebie, spojrzałam pod nogi, zajrzałam do schowka. I wypowiedziałam na głos to co mnie zaniepokoiło, jedno małe słowo: aparat!
Przez moment w aucie panowała cisza a potem zgodnie (a jakże) jęknęliśmy z rozpaczą. Aparat bowiem został na regale, na półce z książkami.
I co się później wydarzyło? Ano to co zwykle w takich sytuacjach ma miejsce. Nie mieliśmy aparatu a więc od samego rana za oknami naszego pensjonatu odbywały się szydercze przemarsze najróżniejszych okazów, które moglibyśmy uwiecznić ku naszej radości i pamięci potomności. Ledwo z nostalgią pomyślałam o gilach a tu proszę bardzo, jak za potrząśnięciem czarodziejskiej różdżki całe stada z czerwonymi brzuszkami obsiadły drzewa. Dzięcioły dosłownie paradowały tuż pod naszymi nosami. Jakbyśmy mieli aparat to zapewne dziadygi w ogóle by się nie pojawiły. Sarny? Ależ proszę bardzo, miałam je w ilościach hurtowych, specjalnie na tę okazję wyszkolone, bo nawet nie uciekały i stały na poboczach i mrugały do mnie ciemnymi oczyskami. Mało mi było? To proszę bardzo dostałam jeszcze w prezencie dwa łosie... No dobra właściwie to ich zady, bo reszta ginęła w gęstwinie, ale że łoś zad ma potężny to te dwa działały na wyobraźnię i dawały przedsmak tego co jest z przodu i co na pewno naszym cudownym obiektywem można by było zbliżyć. O topolach całych porośniętych jemiołą i brzozach, których gałązki migotały srebrzystym szronem nie wspomnę.
Ale powiem Wam, że tak czy siak pięknie jest :) Jest bo wyjeżdżamy jutro więc chwilo trwaj jak najdłużej. Wracam bez zdjęć ale z obrazami zapisanymi w pamięci i z genialnym wątkiem do książki, który absolutnie nie pojawiłby się gdyby mnie tutaj nie przywiało. I śnieg był i łosie były i ptaki i długie spokojne wieczory. Dobrze, że można takie obrazy zachować w kadrach pamięci :) Choć łosi żałuję, to by były najładniejsze zady jakie do tej pory sfotografowałam :)
Buziaki dla Was kochani i spokojnej i dobrej nocy i cudownych kolejnych dni.   

wtorek, 22 sierpnia 2017

O tym, że wodniki mają samice i o tym jak znalazłam się na dachu świata, czyli Czeska Szwajcaria

Moi kochani pytacie gdzie jestem, w jakich górach. Otóż jesteśmy w Czeskiej Szwajcarii.  jest pięknie. Skaliście, zielono, górzyście, trochę dziko. Wróciliśmy tu po raz drugi (napiszę w kolejnym poście o naszej kwaterze, bo naprawdę jest godna polecenia) i właśnie dziś udało nam się to co w zeszłym roku nie wyszło. Ziściło się jedno z moich podróżniczych marzeń. dotarliśmy bowiem w trzy miejsca o których marzyło mi się dwanaście miesięcy: Mariina Skala, Vileminina Stena oraz Rudolfuv Kamen. W zeszłym roku wypatrzyłam je na zdjęciach i poczytałam relacje na blogach i zapragnęłam. Ale z nami już tak jest, że dość często musimy swoje odczekać zanim zdobędziemy to o czym zamarzymy. Tak samo było z Koruną, jedną z moich ulubionych gór (napiszę o niej wkrótce, bo też w tym roku udało nam się na nią wejść). Zobaczyłam ją w momencie gdy Tysiek miał roczek. I wtedy baliśmy się z nim wchodzić. A góra podobała mi się niesamowicie. Odczekałam rok i wspięliśmy się na szczyt :) Ale na razie wróćmy do Czeskiej Szwajcarii. Mariina Skala kusiła mnie niesamowicie. Jeżeli spojrzycie na poniższe zdjęcie pewnie mnie zrozumiecie :)

Skała Mariina (specjalnie dla Krzysia W :"na komin to na komin" nawiązując do ostatnio obejrzanych :Postrzyżyn" :)
Ta chatka na  górze to właśnie nasz cel :)  W 1856 roku książę Ferdinand Kinský polecił zbudować na wierzchołku skały prosty taras z balustradą i zadaszeniem, a jednocześnie skałę nazwał imieniem swojej żony księżnej Marii Anny Kinskiej. Oczywiście altanka, która tam teraz stoi to już kolejna wybudowana. Kilka poprzednich padło ofiarą pożarów.
Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy w Jetřichovicach. Zostawiliśmy tam auto i ruszyliśmy czerwonym szlakiem. I spełniłam swoje marzenie :)
Weszliśmy, widoki boskie, zapierają dech w piersiach. Naprawdę było warto. Następnie podążyliśmy dalej czerwonym szlakiem do Vilemininej Steny (Ściana Wilheliminy). Cała droga przepiękna, skały, podejścia, wąziutkie ścieżki. Te ostatnie niekiedy naprawdę wąskie i prowadzące tuż nad przepaściami, na całe szczęście Tysiek jest już coraz starszy i wie, że w niektórych miejscach nie należy szaleć. Ale mam wrażenie, że dla tych, którzy mają problem z wysokością ten szlak byłby niezłym wyzwaniem. Vileminina Stena przywitała nas przepięknymi widokami. Przez moment miałam ważenie jakbym właśnie znalazła się na dachu świata.
  


A potem dotarliśmy pod Kamień Rudolfa. Na szczyt prowadzą wykute w skale schodki, drabinki, drewniane schody, korzenie... Wchodząc w głowie zabłysła mi myśl, że właściwie to trzeba będzie odbyć tę drogę w drugą stronę i zejść... Ale tak jak Scarlett postanowiłam pomyśleć o tym później :) Na szczycie jest pięknie ale trzeba zaznaczyć, że nie ma tam żadnych barierek zabezpieczających (zobaczcie na zdjęciach poniżej, szczególnie na tym, gdzie Tysiek stoi na szczycie skały) więc jeżeli ktoś boi się wysokości albo zamierza wejść tam z małym dzieckiem trzeba mieć to na uwadze.

Wchodząc w głowie zabłysła mi myśl, że właściwie to trzeba będzie odbyć
tę drogę w drugą stronę i zejść...

Tysiek na szczycie :)

Widok z Rudolfa.

Dzieciaki w komplecie :) Kuba (chłopiec Zuzy, czyli właściwie już moje
trzecie dziecko) Tysiek i Zuza w drodze powrotnej z
kamienia Rudolfa.

A to już widok końcówki szlaku.

Ścieżki gdzieniegdzie są naprawdę wąskie.
I cóż, był moment przy schodzeniu, w którym poczułam serce w gardle ale tu prawdą okazało się powiedzenie "najtrudniejszy pierwszy krok". Potem już jakoś poszło i cała i zdrowa dotarłam na dół. Tak samo jak cała reszta. Swoją drogą muszę Wam powiedzieć, że Tysiek śmiga po górach jak mały koziołek (kozica jakoś mniej do niego pasuje :))
I wróciliśmy do Jetřichovic. A tam moi kochani, tam zjedliśmy najlepszy jak do tej pory obiad. Więc gdy będziecie w pobliżu, zejdziecie utrudzeni ze szlaku koniecznie wejdźcie do Penzion Svycarsky Dvur.
Penzion Svycarsky Dvur.


Karmią bosko, gulasz to nieomal poezja, wołowina w sosie koperkowym cudna, smażony syr (żelazne danie Tyśka po czeskiej stronie) również wspaniale opanierowany :) Obsługa przemiła, uśmiechnięta. Piwo idealnie schłodzone :) Jednym słowem kulinarny raj :)
A potem ruszyliśmy nie do domu tylko na kolejną wędrówkę :) Też czerwonym, wzdłuż rzeki, szlak cudownie relaksujący, z niewiarygodną ilością kładek i mostków i tylko z jednym mocniejszym podejściem. No i napotkaliśmy wodnika siedzącego na drzewie. Tutaj to dość częste, wodników jest sporo ale ten jako jedyny był samicą :) Tak nam się przynajmniej wydawało :) Zresztą oceńcie sami :) 
Buziaki Wam przesyłam i znikam, bo dziś mamy w planach Děčínský Sněžník i okolicę :)
Fotografie autorstwa mojego męża własnego Kuby Kordela.
A post zaczęłam pisać wczoraj, skończyłam dziś, dlatego na początku jest mowa o dniu dzisiejszym czyli tak naprawdę wczorajszym :) Ależ mam talent do gmatwania :)

   
 
Wodnik samica :)

piątek, 21 sierpnia 2015

Kto napisze ze mną książkę, uwaga startujemy! Czyli "Zaczarowani słowami"

Kochani moi tak jak pamiętacie zaproponowane tematy do tomiku były dwa : "Lwowskie opowieści" i "W górach jest wszystko co kocham". Ewidentnie większość z Was wybrała drugi. Ale pomyślałam, że właściwie nikomu nie zaszkodzi jak w tym tomiku zrobimy dowolność. Piszcie z motywem który wam się podoba: lwowski albo górski.

Opowiadanie przesyłacie do 12 listopada do 24:00.  Tematem przewodnim ma być:
1) W górach jest wszystko co kocham
albo
2) Lwowskie opowieści
Do wyboru.

Przysyłacie je na mój adres mailowy (magdakor@vp.pl),  a ja w specjalnej zakładce "Zaczarowani słowami" umieszczam wszystkie teksty.
Potem 14 listopada rozpoczniemy głosowanie. Te dwa dni  przerwy są po to żeby opowiadania, które przyjdą w ostatnim dniu też miały szansę na to by spokojnie je przeczytać i móc oddać na nie głos. Głosujemy do 21 listopada. Będziemy głosować za pomocą komentarzy i punktów. Każdy z głosujących będzie miał 20 punktów do rozdzielenia pomiędzy 5 wybranych opowiadań Nie można oddać całości punktów na jedno opowiadanie, trzeba wybrać 5. Anonimowe głosy nie będą się liczyć. Najwyżej ocenione teksty zwyciężą a autorzy otrzymają 2 egzemplarze książki w nagrodę. Pozostałych uczestników opowiadania też zostaną umieszczone w książce (opowiadania, które przyślecie drukowane są w tomiku). Jeżeli chodzi o sprawy złożenia, wydrukowania, zaprojektowania okładki i tym podobne to jak zwykle biorę to na siebie, a raczej na męża:) Tym razem odchodzimy od anonimowości (chyba że ktoś życzy sobie pisać pod pseudonimem to oczywiście może). W poprzednich edycjach nie można było aż do głosowania ujawniać autorów. Miało to służyć sprawiedliwej ocenie tekstów, ale w związku z tym, że nie zawsze tego przestrzegano nie ma sensu ukrywać autorów, bo to była i tak tajemnica poliszynela.

Bardzo proszę o to byście w miarę możliwości wstawili banerek i info na wasze blogi. Banerek za moment pojawi się na blogu po prawej stronie. Proszę o to bardzo, bardzo, bardzo, bo to dzięki Wam mogę trafić z tą inicjatywą do większej ilości osób. A wiem, że już są takie przypadki, że dzięki tej akcji ktoś się ośmielił i przestał pisać do szuflady i wydaje lub wydał już książkę:)

Czyli reasumując: Opowiadanie, niepublikowane do tej pory, ma być nie dłuższe niż 15 stron (jedna strona=1800 znaków).  Oczywiście jeżeli wyjdzie dziesięć słów więcej nikt nie będzie robił z tego tragedii. Może być krótsze. Każdy uczestnik może przysłać tylko jeden tekst czyli jedno opowiadanie. Teksty proszę przesyłać na mojego maila (magdakor@vp.pl) Gdy dostanę pierwsze opowiadanie stworzę zakładkę i je tam wkleję i kolejne też tam trafią. Tematy do wyboru to:
1) W górach jest wszystko co kocham
albo
2) Lwowskie opowieści
 Opowiadania przesyłamy do 12 listopada do 24:00.  5 pierwszych miejsc dostanie tomik (sztuk 2) w nagrodę a reszta będzie mogła zakupić go po kosztach wydrukowania. Kupno tomiku jest dobrowolne. Przysłanie opowiadania jest równoznaczne ze zgłoszeniem, ze zgodą na jego publikację na moim blogu, a potem na umieszczenie go w tomiku.

Banerek będzie z motywem podróży:) Czyli tym zdjęciem na górze, bo wydaje mi się adekwatny. Nieco nostalgiczny, oczekujący na to co się wydarzy, no i oba tematy mają w sobie element wędrówki: góry to podróż sama w sobie, szlak, pokonywanie odległości... A Lwów to podróż w przeszłość albo do teraźniejszego miasta, które jednak nieustannie nuci o tym co było.