niedziela, 19 stycznia 2020

Witajcie kochani jak dobrze Was uścisnąć!

Dzień dobry :)
To po pierwsze, jeżeli ktoś miał wątpliwości czy jeszcze żyje, to owszem, żyję :) Mam nadzieję, że jeżeli ktoś poczuł się rozczarowany tą informacją, to będzie miał na tyle taktu, że się do tego nie przyzna :) 

Po drugie postaram się jakoś logicznie opowiedzieć gdzie byłam, jak mnie nie było :) W miarę po kolei, bo po takiej przerwie blogowej inaczej  się nie da. To chyba moja największa absencja w historii blogowania. 
Od tamtego czasu, gdy tu ostatni raz zaglądałam, jeżeli chodzi o sprawy zawodowe, to zdążyłam napisać "Antolkę" i "Nieświętego Mikołaja". I to zaliczam bezwzględnie do sukcesów. Udało mi się również część z Was zdenerwować informacją, że kontynuacji "Uroczyska" chwilowo nie będzie. Kolejną część też trochę zirytowałam, zapewniając, że "Antolka" i "Nieświęty" też będą pojedynczymi powieściami. Z tego można wyciągnąć wniosek, że mam niebywały dar irytowania innych. I jeżeli chodzi o to, to nie jestem z siebie zbytnio dumna. A chcąc być szczera, to obawiam się, że to nie koniec irytacji, bo pozmieniały mi się nieco plany wydawnicze. Ale to zostawimy sobie na później. Na jutro, albo pojutrze, albo za rok... Tak żebyście mnie nie znielubili zupełnie :)
Z wiadomości bardziej optymistycznych, to nowa powieść się pisze, czego dowodem jest zamieszczony poniżej mały fragment. A kolejna już też mocno zaplanowana i uwaga! częściowo już napisana. Jeżeli ktoś z Was mnie zna to wie, że to fenomen, bo ja nigdy nie miałam niczego zrobionego z tak dużym wyprzedzeniem. W sensie plany, notatki a i owszem, ale taki konkretny tekst, z tym było gorzej. dodatkowo wspomnę, że "Wilczy dwór też już doczekał się kilku pierwszych scen. I tu pytanie do Was: chcielibyście na zaostrzenie apetytu, za czas jakiś, kilka pierwszych stron "Wilczego"? Napiszcie proszę, a ja się dostosuję. Ogólnie rzecz biorąc jeżeli macie pytania dotyczące moich powieści to pytajcie pod tym postem. Odpowiem w przeciągu tygodnia. Z ręką na sercu, bowiem postanowiłam, że ten rok będzie wyjątkowy. W końcu dwudziesty dwudziesty do czegoś zobowiązuje. I dlatego moi kochani, po pierwsze wrócę na bloga, bo mam ogromną potrzebę powrotu, a po drugie będę regularnie odpowiadała na komentarze. No dobrze w miarę regularnie. Znając moją niesubordynowaną naturę lepiej zostawię sobie lekko uchyloną furtkę :) 



A teraz trochę z innej beczki, bardziej prywatnie. 
Otóż moi kochani jak mnie tu nie było to w moim życiu działo się naprawdę dużo. Po pierwsze się przeprowadziliśmy, do naszego pierwszego, własnego mieszkania. I nareszcie mam własne miejsce do pracy. I tak oto przestałam być kobietą zza biblioteczki (w naszym poprzednim mieszkaniu miałam wciśnięty właśnie za nią stolik) a stałam się kobietą z gabinetem, własnym biurkiem i kredytem - żeby nie było za słodko :) Ale mniejsza o większość. Własny pęk kluczy to coś niesamowitego! Szczególnie po dwudziestu kilku latach tułaczki. Mam nadzieje, że cieszycie się razem ze mną :) To jeden z powodów, dla których tak rzadko się tu pojawiałam. Ci którzy nigdy tego nie przeżyli muszą uwierzyć na słowo: przeprowadzka to coś przypominającego do złudzenia koszmar! Szczególnie jeżeli należy się do ludzi, którzy kochają książki, mnóstwo książek i jeszcze trochę na dokładkę. Dodatkowo uwielbiają starą porcelanę (to ja), szkło (Kuba, mąż mój własny), szklane ryby (Tysiek), anioły różnej maści (ja), wiekowe meble (wszyscy jak jeden mąż) i tak dalej i tak dalej. I nigdy nie wierzcie tym, którzy będą mówić, że przeprowadzka z jednej strony ulicy na drugą jest lepsza niż ta na nieco większą odległość. To złudne i mamiące. Bo jak się przeprowadzacie tak blisko to wydaje się Wam, że właściwie dużą część zrobicie sami. My porwaliśmy się w pierwszej kolejności na przenoszenie książek. Bo właściwie jaki to problem zapakować plecak i dużo wielkich siatek (ikea i takie tam) i je przy okazji przenosić. Żaden, poza tym, że przy trzecim takim kursie czułam, że spokojnie mogę położyć się na środku chodnika i wyzionąć ducha (a zapomniałam wspomnieć - przeprowadzka z trzeciego na trzecie, bez windy). I tak moi drodzy przez cztery tygodnie zostałam wyłączona z życia normalnego i przerzuciłam się na kształtowanie mięśni, tężyzny fizycznej, szorowanie, malowanie i koncentrowanie się na tym, żeby zupełnie nie oszaleć. Jak widzicie przetrwałam :) Choć na widok pudeł z bananami w marketach (idealnie nadają się do pakowania) nadal mam dreszcze i obawiam się, że wyraźnie widoczne, nerwowe tiki. Potem gdy już ogarnęliśmy przeprowadzkę trzeba było błyskawicznie wziąć się do pisania. A potem były wakacje i...  Znów trzeba było wziąć się do pisania, bo "Nieświęty" czekał. I tak moją zeszłoroczną powieść zimową pisałam w toskańskim słońcu i na chorwackich plażach. Raz ubrałam moją bohaterkę w kostium i niefrasobliwie wypuściłam ją tak na ulice. Dobrze, że w porę sobie uprzytomniłam, że przecież u niej, na litość boską, jest grudzień, nasz polski, który być może nijak się ma do tych sprzed lat ale jednak do noszenia li i jedynie bikini nie nastraja. A potem wróciliśmy i trzeba się było uporać ze smutkiem, bo pożegnaliśmy się z naszymi kotami Michelem i Mordem. Jeden zginął tragicznie, drugi zachorował na raka i nie dało się go uratować. Byłam stale obecna na fb i na insta ale na bloga nie starczało mi czasu i chyba pogody ducha, bo tutaj staram się zawsze żebyście po lekturze byli choć trochę pokrzepieni. 



Ale widać uporałam się już z tym jako tako i najzwyczajniej w świecie zatęskniłam. Za pisaniem tutaj, tak odmiennym od tego co pisze się na fb. Za tym, żeby znów pisać o wszystkim i trochę o niczym. Za Wami, którzy tu zaglądacie. Reasumując pora na nowe :) I korzystając z okazji dziękuję, że cały czas tutaj zaglądacie. I że jesteście ze mną na targach, spotkaniach autorskich, fb, Instagramie. To bardzo dużo dla mnie znaczy. 
I dobrze, że w tym nowym nie zabraknie też tego starego, dobrze znajomego.  
I w myśl tego obiecany fragment tej, która dopiero się pisze :) A zdjęcia nieprzypadkowe. Jak myślicie dlaczego właśnie takie? 








Kręte, wąskie uliczki powoli znikały w mlecznej mgle. Niebo zasnute ciężkimi chmurami tylko w jednym miejscu, tam gdzie ukrywał się księżyc, jaśniało srebrzyście. Nicoletta patrzyła na to siedząc na szerokim parapecie i wychylając się coraz bardziej, zafascynowana tym jak bezgłośnie i szybko biała poświata pochłania wszystko wokół. Bruk, wieżę kościoła, figurkę Matki Boskiej ukrytej w zacisznym wgłębieniu ściany sąsiedniego domu. Wielokrotnie zachodziła w głowę kto umieścił ją właśnie tam. Co nim kierowało? Czy specyficzne poczucie humoru? Czy chęć posiadania Marii na własność? Bo widoczna była tylko z dwóch miejsc: okna z budynku naprzeciwko, czyli właśnie tego, z którego wyglądała i małego balkoniku, z którego można było do niej sięgnąć. Ta bezpośrednia bliskość podarowana została signorze Giovannie, małej, drobnej i pomarszczonej niczym przejrzałe jabłko staruszce, która w każdą sobotę wychodziła na balkon i stawiała przed Marią świeże kwiaty i zapalała świeczkę.

Może to właśnie dzięki temu rytuałowi i chybotliwemu światełku Nicoletta zwróciła na figurkę uwagę. A może to, że z signorą Giovanną miały ją na wyłączność sprawiło, że to właśnie ta konkretna Maria zajęła szczególne miejsce w jej sercu.  A teraz po raz pierwszy to ona miała zastąpić swoją sąsiadkę i zadbać o to, żeby tradycji stało się zadość.

-      Widzisz skarbie, jeszcze tak nie było, żeby w sobotę po zmroku Ona nie dostała swojego światełka. A jak na złość moja kuzynka,  Clotilda, raczyła właśnie teraz złamać nogę. To już taki typ, który zawsze, odkąd pamiętam, musiał być w centrum uwagi. Jestem pewna, że tego swojego kulasa, to też pokiereszowała tylko i wyłącznie z nudów! A jeszcze bardziej prawdopodobne, że zwyczajnie chciała mi sprawić kłopot! Bo tylko ja jej zostałam. Wszyscy inni, których Bóg obdarzył choć odrobiną rozsądku i instynktu samozachowawczego uciekli od niej jak najdalej, a tych, którym zbywało rozumu i nie wzięli nóg za pas wpędziła do grobu. Znaczy przepraszam – zerknęła na Nicolettę w popłochu. – Zawsze mi powtarzali, że w domu powieszonego nie mówi się o sznurze… Hmmm, chyba jednak nie polepszam sytuacji – zmitygowała się po niewczasie przytykając pomarszczoną rękę do ust, jakby miała nadzieję, że cieniutka, pergaminowa skóra powstrzyma potok słów, nad którym straciła panowanie.

-      Ale naprawdę nic takiego się nie stało. Ostatecznie to, że przemilczy się pewne rzeczy nie sprawi, że znikną – uspokoiła ją i pomyślała, że gdyby mogło być inaczej bez wahania złożyłaby dozgonne śluby milczenia.

Ledwo przemknęło jej to przez głowę z ogromną siłą uderzyło ją, że ostatnio wszystko zamyka się w tych dwóch, konkretnych słowach: „ostatecznie” i „dozgonnie”. Chociaż nie, było jeszcze jedno: „nigdy”, które nagle nabrało zupełnie innego, strasznego znaczenia.

-      To dobrze dziecko, że cię nie uraziłam – głos signory Giovanny zmusił ją do oderwania się od niewesołych myśli. – Niestety to jedna z moich głównych wad, plotę trzy po trzy i przez to wpadam w tarapaty. Ale biorąc pod uwagę ile już lat przeżyłam, to nie sądzę, że miałoby się to zmienić. Ale wracając do tematu, to niestety ale byłam na tyle nierozsądna, że odebrałam to cholerne ustrojstwo, które kupił mi mój syn – tu przerwała i wygrzebała z kieszenie rozłożystej, długiej do ziemi spódnicy telefon komórkowy i podsunęła ją pod nos swojej rozmówczyni, z miną jasno mówiącą co myśli o współczesnej technologii. – No i nacisnęłam ten zielony guzik i stało się. Dowiedziałam się o rzekomym nieszczęściu Clotildy. Oraz o wielu innych, z którymi musi się zmagać kulejąc i ledwo wstając z łóżka. O tych, których sama jest sprawczynią, oczywiście jakoś nie kwapiła się opowiadać – parsknęła ironicznie. – Tak czy  siak  sama, skarbie rozumiesz, że skoro już wiem o tym co się wydarzyło, nie mam innego wyjścia jak pojechać do niej. Bo gdybym nie wiedziała… - marząco zawiesiła głos i z niechęcią spojrzała na trzymany w ręku telefon. – Narzędzie piekieł i szatana – westchnęła głęboko.

-      Jak trzeba to trzeba – Nicoletta pokiwała ze zrozumieniem głową.

-      Tyle to i ja wiem, ale szkopuł w tym, że do soboty nie wrócę i…

-      I trzeba zapalić świeczkę naszej Marii – weszła jej w słowo.

Po plecach przebiegł jej dreszcz podekscytowania. Nagle to o czym myślała od wielu tygodni zaczynało nabierać realnych kształtów. Ostatnia przeszkoda miała zniknąć. A dodatkowo po raz pierwszy i zapewne ostatni będzie mogła przyjrzeć się z bliska figurce.

-      Dokładnie, chodzi mi o sobotę – przytaknęła signora Giovanna. – Nie zawracałabym ci tym dziecko głowy, ale obawiam się, że tylko ciebie mogę o to poprosić. Widać mamy coś z nieszczęsną Clotildą wspólnego. Jej zostałam jedynie ja a mi z kolei ty. Oczywiście w grę wchodziliby jeszcze moi chłopcy, ale…  Sama rozumiesz, to nie na ich męskie, pragmatyczne głowy  – zamachała gwałtownie ręką. – Dobrych mam synów, silnych, przystojnych, mądrych ale to i tak nie zmienia faktu, że  o Marię od dawien dawna dbają kobiety i nie wiem jak by bidulka przyjęła gdyby w okolicach jej sukni zaczęły gmerać męskie łapy… Znaczy nic zdrożnego nie miałam na myśli – zachichotała tym samym zaprzeczając dopiero co złożonemu zapewnieniu. – Chodziło mi tylko o brak finezji. Mężczyźni są raczej toporni, jeżeli wiesz co mam na myśli…

Nicoletta nie wiedziała ale rozsądnie postanowiła się do tego nie przyznawać.

-      No właśnie – signora Giovanna zinterpretowała jej milczenie po swojemu. – A dodatkowo, pomijając kwestię płci, w tę sobotę w telewizji leci transmisja jakiegoś arcyważnego meczu.

-      No tak, tej konkurencji Maria może nie wygrać – uśmiechnęła się przestępując z nogi na nogę z niecierpliwością a jednocześnie z całych sił starając się nie dać po sobie poznać jak bardzo jest poruszona.

19 komentarzy:

  1. Dobry wieczór, dostałam Pani powieść pod choinkę. Nieświęty skradł moje serce. Po przeczytaniu wróciła mi chęć do dziergania. Od razu powstała czapka, szal się kończy a w głowie coraz więcej pomysłów na udziergi. Pozdrawiam serdecznie Aga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ się cieszę, że Nieświęty spełnił swoje zadanie. Jestem niesamowicie ciekawa co jeszcze się wydzierga, no i jak wygląda szal i czapka. Buziaki przesyłam.

      Usuń
  2. Jak dobrze Cię czytać Madziu :) Brakowało Ciebie na tym blogu - Insta to nie to samo...
    Gratuluję mieszkanka i wyjścia zza biblioteczki! Współczuję jedynie tych dwóch trzecich bez windy...
    Ja fragmentów nigdy nie czytuję, wolę dostać całość do łapki :) Także wiesz - pisz szybko :D
    A fotki to pewnie do powieści włożyłaś jako miejsce akcji

    buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ewelko kochana też się cieszę! A komentarze sprawiły mi nieziemską frajdę, czuję się trochę tak jakbym po długiej podróży wróciła do domu a tam czekali na mnie przyjaciele :) Uściski i dużo słońca, bo za oknem buro i ponuro, to niech przynajmniej z wiadomości zaświeci.

      Usuń
  3. Pani Magdaleno, dziękuję serdecznie za cudowne powieści o Mai, Klementynie i Aniele do wynajęcia, którego właśnie skończyłam. Do tej pory największe wrażenie zrobił na mnie Wilczy Dwór i cierpliwie czekam na jego kontynuację. Pani książki dodają tyle otuchy, przywracają wiarę w ludzi, mają dobre zakończenia i pojawiły się w moim życiu dokładnie wtedy, kiedy najbardziej tego wszystkiego potrzebowałam. Dziękuję, że Pani jest i że tworzy Pani tak ciepłe i mądre opowieści.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Anno, dziękuję! Dobrze jest pisać dla Takich czytelników i dobrze czasem usłyszeć, że książki pomagają i wspierają. A to że pojawiły się akurat wtedy gdy były najbardziej potrzebne to zapewne ma coś wspólnego z moją wiarą w to, że nic nie dzieje się przypadkiem. Może ona też udziela się innym :) Pozdrawiam bardzo ciepło i moc uścisków przesyłam.

      Usuń
  4. Super że Pani wraca. Oczywiście Antolkę i Nieświętego pochłonęłam bardzo szybko,więc cieszę się niezmiernie, że pisze się kolejna powieść. Gratuluję nowego lokum a przede wszystkim własnej pracowni.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ślicznie! A powieść powolutku, powolutku się układa :) Dzięki niej mam teraz trochę słońca, dobrze mi się pisze o ciepłej Toskanii, o zapachu rozmarynu, o szukaniu odpowiednich dróg, które doprowadzą bohaterów do szczęśliwego zakończenia. Oho! Rozpisałam się :) Robi się niebezpiecznie :) Więc już nie zanudzam, przesyłam moc uścisków i buziaków:)

      Usuń
  5. Czekam na tą nową książkę jak zwykle z tęsknotą. Nieswietego Mikołaja przeczytałam jednorazowo i był super. Teraz życzę dużo pomysłów na nowe książki w nowym domu. Pozdrawiam serdecznie 😍

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ślicznie! Pomysły są, miejsce do pracy jest teraz tylko jakby pojawił się jakiś patent na wydłużenie doby to poproszę o podesłanie :) Potwornie czas mi ucieka, aż strach się bać :) Uściski ciepłe przesyłam!

      Usuń
  6. Czekam bardzo na drugi tom "Wilczego...". "Nieświęty..." przybył do mnie w prezencie /z dedykacją/ - codo. Co do przeprowadzek, doskonale rozumiem... Ja już przeżyłam to 3 razy. Czwartego razu oby nie było bo to istny armagedon...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Nieświęty znalazł się w tak troskliwych rekach :) Co do przeprowadzek mamy ich za sobą dziesięć więc chyba jesteśmy weteranami :) I szczerze mówiąc chwilowo mam dość :) Oby nam się nie przeprowadzało :) Moc buziaków!

      Usuń
  7. Bardzo sie cieszę z Nowego domu, wiem coś o przeprowadzce oraz remoncie. Jednak mieszkanie na swoim wynagrodzi wszystkie trudy. :) Antolka i Nieswiety bardzo mi sie podobały, szkoda, ze nie będą miały kontynuacji ale czekam na nowe powieści. Na pewno będą Tak cudowne jak zawsze. Czy można zdradzić coś więcej, kiedy będzie premiera itd. Czekam z niecierpliwością �� czy następna część Miasteczka z Klementyna bedzie w tym roku? Proszę zdradzić coś więcej na temat planów wydawniczych. �� Fragment cudowny coś czuje, że akcja będzie działa sie w Toskanii �� zdjęcie na pewno jest podpowiedzia. Czekam na następne wpisy na blogu. Pozdrawiam i do zobaczenia na jakimś spotkaniu autorskim lub targach. Paulina��

    OdpowiedzUsuń
  8. Gratuluję własnego mieszkania! Wiem, jakie to cudowne uczucie, mimo że też kupione z kredytem :) Kiedy wprowadzałam się do swojego nie miałam zbyt wielu "gratów" do zabrania, moim koszmarem był remont :) Czwarte piętro bez windy, więc bicepsy wyrabiałam na dźwiganiu worków kleju, gipsu, paneli, mebli, itp. Gdybym teraz miała się przeprowadzać, to miałabym podobną bolączkę z przeniesieniem księgozbioru. Czekam na plany wydawnicze i na spotkania przy okazji targów książki :)
    Ściskam serdecznie :D

    OdpowiedzUsuń
  9. U mnie też w ubiegłym roku przeprowadzka tyle, że o 500 km. Przeżyliśmy z trudem te wszystkie kartony, kartoniki, paczki, paczuszki itd. Wcześniej oczywiście remoncik no bo jakże to tak w czyjeś wychodzić. Musi być na nowo i po naszemu :) Doczekałam się też biblioteczki z prawdziwego zdarzenia. I jeszcze mam w niej miejsce 😉 Cieszę się, że kolejne historie się piszą, bo na razie jestem na bieżąco i z radością powitam kolejną opowieść. Toskanski fragment już mi się podoba, a to przecież dopiero krótka "wstawka". Życzę samych radości i nieustajacej weny. Będę zaglądać tu częściej. Pozdrawiam cieplutko

    OdpowiedzUsuń
  10. Magduś, myślę że Twoja nowa powieść, ta która się pisze będzie nieodłącznie związana z Toskanią, bardzo się cieszę, a kiedy znów spotkamy się z Klementyną w czwartej części Miasteczka☺?
    Przytulam Cię ciepło💗

    OdpowiedzUsuń
  11. Magduś, powyższy wpis jest ode mnie, raz jeszcze przytulam💗 Marta

    OdpowiedzUsuń
  12. Już myślałam,że Pani zapomniała zupełnie o marnych czytelnikach bloga;) Dobrze,że własne mieszkanie jest,jak płacić raty to lepiej za swoje, a nie komuś za wynajem. Fajnie,że się nowe opowieści piszą, mimo że ja nie jestem na bieżąco(obecnie tylko biblioteczne czytam) to się cieszę :) Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  13. Tak się cieszę, Madziu, z pozytywnych zmian w Twoim życiu :) Każde spotkanie z Tobą ociepla moje serce, i na żywo i w sieci. Z niecierpliwością czekam na kolejne spotkanie z bohaterami "Wilczego dworu".
    Pozdrawiam serdecznie :D
    Aleksandra Lewandowska
    PS. Miło by było częściej spotykać się na DKK.

    OdpowiedzUsuń