Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nadzieje i marzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nadzieje i marzenia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 kwietnia 2016

Pani Magdo dlaczego... I mały fragment w którym poznacie mojego wymarzonego dziada. Nadzieje i marzenia dostaną głos.

Tak właśnie rozpoczynał się mail, który dzisiaj dostałam. Pani pytała w nim o kilka spraw, ale przede wszystkim o to dlaczego zaczęłam bawić się w historię. Dlaczego nie trzymam się tego co tu i teraz, tego co w tej chwili nas określa. Dobra, dziejąca się współcześnie powieść też jest potrzebna - przekonywała.
Na ten mail już odpisałam, ale nadal nie mogę przestać myśleć o wyżej wspomnianych pytaniach. Rzeczywiście już od jakiegoś czasu historie które opowiadam sięgają w przeszłość. Gdyby ktoś mnie zapytał kiedy konkretnie zdecydowałam, że tak właśnie będą wyglądały moje powieści nie umiałabym na to pytanie odpowiedzieć. Po prostu w pewnym momencie okazało się, że każdy z bohaterów o których opowiadam ma przypisanych do siebie przodków, którzy dopominają się o głos, a przeszłość wpływa na to kim są w tej chwili ich potomkowie. Teraźniejszość nie straciła na znaczeniu ale przeszłość ewidentnie upominała i upomina się o swoje prawa. Poza tym nie ma czegoś takiego co określa nas tylko i wyłącznie w tej chwili. Na to gdzie mieszkamy, jak żyjemy ma wpływ właśnie historia.  Nie jesteśmy tworami, które pojawiły się znienacka i niezwiązani z niczym i z nikim szybują nad ziemią. Każdy z nas ma korzenie, antenatów, historie rodzinne. Bez przeszłości nie byłoby teraźniejszości ani przyszłości. Są ze sobą nierozerwalnie powiązane. I szczerze mówiąc trochę martwi mnie to, że coraz częściej o tym zapominamy. Z rozczuleniem i ogromnym szacunkiem patrzę na ludzi starszych, którzy noszą w sobie świat, którego już nikt z nas nie dotknie. Jedynym sposobem na to by go poznać i ocalić od zapomnienia to właśnie słuchanie, zapamiętywanie, spisywanie. To pochylenie się nad tym co było. Dla mnie historia to nie fronty, walki, daty. To ludzie, którzy żyli, kochali, mścili się, walczyli. Gdy za jakimś wydarzeniem zaczynają stać ludzie z krwi i kości daty nagle same się zapamiętują. I właśnie dlatego... Tu chciałam zacytować autorkę listu "bawię się w historię", ale nie mogę tego zrobić. Bo to raczej historia bawi się mną. Ożywa, staje się realna, bliska. Zaczynają pojawiać się smaki, zapachy, stroje, wydarzenia, które choć dawno odeszły nadal rwą się do życia. I ja im chcę to drugie istnienie podarować. Chcę żebyście i Wy moi Czytelnicy, razem ze mną zachwycali się i tym co teraz ale również tym co za nami. Dlatego w "Tajemnicy bzów" tyle przedwojennego Lwowa i wojennej Warszawy. Dlatego dziadkowie Leontyny mieszkają w leśniczówce, bo ta leśniczówka naprawdę istniała i jej historia aż prosiła się o to by ją zachować.

Dlatego w "Nadziejach i marzeniach" Malownicze, Magda i inni mieszkańcy mają głos, który po jakimś czasie bez żalu oddają tym, którzy żyli długo przed nimi ale jak się na koniec okaże nadal mają wpływ na to co się dzieje tu i teraz.
Dziś nie jest samotną wyspą. Dziś urodziło się wczoraj. A na zachętę maleńki fragmencik z wymarzonym dziadem w roli głównej. Poznajcie proszę Macieja:

Zmierzch już zapadał, gdy na drodze prowadzącej do wsi pojawiła się zgarbiona postać, opatulona w długi, pielgrzymi płaszcz. Mężczyzna szedł wolno, podpierając się sękatym, grubym kijem z zamocowaną na końcu skórą z jeża. Niejeden już raz ta kolczasta nakładka uratowała mu skórę, gdy rozjazgotane kundle usiłowały go pogryźć. Przy boku miał też przytroczony bat, ale używał go znacznie rzadziej. Psy nie były głupie. Przećwiczone kilka razy kijem i jeżową skórą wolały zostawić go w spokoju. W miejscach, gdzie bywał częściej, nawet rozpoznawały go z daleka i umykały na jego widok z podkulonymi ogonami. I dobrze robiły, bo dzięki temu Maciej nie musiał używać bata, który smagał o wiele dotkliwiej niż kostur. A już taki miał charakter, że przemocy nie lubił, choć życie nie raz zmuszało go do zadania gwałtu swej łagodnej naturze. Podpierając się coraz mocniej na kiju, głośno westchnął. Całodzienna wędrówka w upale i kurzu polnych dróg zmęczyła go i teraz ciążyła mu nawet lekka, płócienna torba, wypełniona ziołami i przymocowane do pleców gęśle. Mijał już kilka wsi, gdzie serdecznie zapraszano go do większości chałup, ale jakaś siła pchała go wciąż przed siebie. A stary Maciej podczas wieloletniej pielgrzymki nauczył się, że czego jak czego, ale przeczuć nie należy ignorować. Był prawdziwym dziadem. Nie to, co duża część żebraków i złodziejaszków, usiłujących podszyć się pod dziadów z krwi i kości. A w ostatnich latach namnożyło się tych farbowanych lisów, co niemiara i tylko opinię psuli takim jak on. Oszukiwali, wykorzystywali wiarę ludzi, kradli. Nie próbował nawet zliczyć przypadków, gdy ktoś został poszkodowany przez maskującego się skutecznie oszusta. Na całe szczęście nadal w większości miejsc otwierano przed nim drzwi, bowiem przepędzenie dziada sprowadzało na dom nieszczęście. Ta wiara głęboko osiadła w sercach ludzi, dużo głębiej, niż strach przed potencjalnym hochsztaplerem. Maciej w głębi duszy nie chciał wywoływać strachu, ale to, co niezrozumiałe, budziło lęk. Doskonale o tym wiedział. Widział dużo więcej, niż zwykli śmiertelnicy, a ci wprawdzie pragnęli poznać to, co dla nich ukryte, ale jednocześnie bali się jego umiejętności, niczym diabeł święconej wody. 
Tak czy inaczej dar Macieja czasem wymagał od niego poświęceń. Tak jak w tej chwili, gdy nie bacząc na ból nóg i dokuczliwy skwar, lejący się z nieba, szedł nie korzystając po drodze z proponowanej gościny. Czuł, że potrzebny jest w innym miejscu. I to potrzebny niezwłocznie. Teraz mijając pierwsze domy we wsi, poczuł przebiegający po plecach charakterystyczny, zimny dreszcz – niechybny znak, iż zbliża się do celu. Jednak żadne z okolicznych domostw go do siebie nie wołało, choć z kilku chałup wyszli do niego mieszkańcy, zagadując i serdecznie zapraszając do środka. Zatrzymywał się, odpowiadał na pytania, a na jednym z podwórek poprosił o wodę. Skwapliwie podała mu ją pulchna, rumiana kobieta, do której nóg przytulała się cała gromadka dzieci. Maciej wypił, podziękował, uczynił nad drobiazgiem znak krzyża i powędrował dalej. Gdy w oddali zamajaczyła szeroko otwarta, bogato zdobiona, kuta brama, przyspieszył kroku. 


 

wtorek, 12 kwietnia 2016

Przedstawiam Wam... Wymarzonego dziada :)

Od kilku dni już jest. Wprawdzie dopiero wirtualnie. Wprawdzie dopiero w kilku miejscach. Wprawdzie na razie można oglądać tylko okładkę. Wprawdzie już tu się pojawiła ale jeszcze jej oficjalnie nie przedstawiłam. A więc moi kochani oto wprowadzam na salony moją najnowszą powieść: "Nadzieje i marzenia". To opowieść, która do końca, do ostatniego słowa pisała się bez tytułu. Pomimo tego, że intensywnie nad nim myślałam. W pewnym momencie wręcz opętańczo, bo nic nie przychodziło mi do głowy. W końcu zaraziłam obsesją tytułową wszystkich wokół. Nękałam telefonicznie każdego kto nękać się dał (Krysia Mirek może potwierdzić), rodzina usiłowała sprostać zadaniu i nie uciekać na mój widok gdy z szaleństwem w oczach mówiłam: słuchajcie a może tak... W końcu jak to w takich przypadkach bywa nastąpiło zmęczenie materiału i dostałam głupawki. W tym stanie powstały dwie wersje tytułu, tak żeby był zgodny z serią Malownicze. Wersja dla romantycznych: "Malownicze: Wymarzony dziad" i wersja a dla steranych życiem: "Malownicze: dziadowski czas". Moja biedna Pani redaktor po usłyszeniu tych rewelacji stwierdziła, że jak tak dalej pójdzie obie pójdziemy na dziady. Dziad pojawił się w moich myślach nie bez kozery, bo jedną z bardziej istotnych postaci jest właśnie dziad wędrowny. To od niego wszystko się zaczęło. A właściwie od opowieści jednego z naszych przyjaciół, który kiedyś przy kosztowaniu przepysznej nalewki opowiedział historię, która przyczyniła się do ocalenia jego rodziny. Dziad proszebny odgrywał w niej niebagatelną rolę. A ja poczułam się tak jakby we mnie piorun strzelił. Miałam wrażenie jakby ta historia czekała własnie na mnie. Oczywiście z miejsca w mojej głowie pojawiły się obrazy zupełnie niezwiązane z własnie usłyszaną opowieścią ale snute na kanwie, którą rozpięły słowa Tomka. A potem, dzięki Idze i Błażejowi (nasi najserdeczniejsi przyjaciele) pojawił się dwór (który naprawdę istnieje, można go odnaleźć na mapie) i kolejne opowieści, te najcenniejsze bo prawdziwe. I to wszystko złożyło się w całość. I tak powstała historia, która zaczyna się w 1843 roku i toczy się aż do Powstania Styczniowego.
Ale nie bójcie się, to opowieść o ludziach, o emocjach, miłości, dzieciach... O magii, która była obecna w zwyczajnym i powszednim życiu. O dwóch Sabinach, o dziadzie wędrownym Macieju... O ważnych wydarzeniach, które zapalały w młodych sercach wolę walki. O ludziach, którzy żyli w burzliwych czasach, o tych, którzy w przedziwny sposób powiązani są z teraźniejszością choć już dawno odeszli.
Ale to tylko jedna odsłona powieści. Bo druga to Malownicze. Kraśniakowa, pan Miecio, Magda, Michał i dzieci. Herbaciarnia u Krysi, stare dobrze znajome kąty, kręte, wąskie uliczki sudeckiego miasteczka. Sporo w tej powieści Malowniczego. To tak dla uspokojenia tych, którzy się stęsknili. Ale sporo też nowych nieznanych dróg, którymi podążą bohaterowie. Po to by na koniec wszystkie wątki spotkały się i powiązały. Mam nadzieję i marzę, że będziecie na tę moją powieść czekać razem ze mną :) W końcu z jakiegoś powodu jej tytuł to "Malownicze. Nadzieje i marzenia". Choć uważam, że Wymarzony Dziad też miał w sobie coś :)