Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 maja 2020

Ogień i woda, szmat czasu i nowa powieść

To już pewnego rodzaju tradycja, że w momencie gdy ma pojawić się moja nowa powieść piszę o niej tutaj, na blogu, specjalnie dla Was. Blog sprzyja innemu rodzajowi komunikacji niż facebook i instagram. Ostatnimi czasy bywałam tu rzadko. Ale to już kolejny post, który pisze i odpoczywam. Czuję się trochę tak jakbym wracała do przytulnego domu, w którym czekają na mnie przyjaciele.  Wiecie, że jestem tu z Wami a Wy ze mną od 2012 roku? Pamiętam tremę z jaką siadałam przy komputerze pisząc pierwszy tekst na bloga. Pamiętam niepewność. I to jaka byłam zielona. Niczym szczypiorek na wiosnę. Przez te osiem lat wiele się nauczyłam. I wielu z Was towarzyszyło mi w tej drodze od początku. Część dołączyła w trakcie a jeszcze inni dopiero po raz pierwszy tu zajrzą. Ale te wszystkie lata, teksty, które napisałam a Wy przeczytaliście sprawiają, że w szczególny sposób zapisaliście się
w moim życiu. I pomimo tego, że nie wszystkich Was znam osobiście jesteście mi bliscy. Dziękuję Wam za te piękne chwile, które już spędziliśmy razem i za te dni, które dopiero nadejdą :)
I mam pytanie, zdradzicie mi od kiedy do mnie zaglądacie? I od której powieści zaczęliście sięgać po moje książki? A może to jeszcze przed Wami?
Może planujecie zacząć od najnowszej, która dopiero się pojawi, "W blasku słońca"?
Ta powieść początkowo miała mieć zupełnie inny tytuł, "Bocznymi drogami". I dlatego zaczyna się wierszem, który nadal, pomimo zamiany na "W blasku...", bardzo pasuje do całości. To ostania zwrotka:

Po wielu latach, z twarzą przez zmarszczki zoraną,
Opowiem to, z westchnieniem i mglistym morałem:
Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano
Dwie drogi; pojechałem tą mniej uczęszczaną ‒
Reszta wzięła się z tego, że to ją wybrałem.*


Te nieuczęszczane drogi i boczne trakty są przeznaczeniem obu bohaterek: Nicoletty i Leli. Gdybym miała określić je krótko i treściwie to napisałabym, że są jak ogień i woda. Ale pomimo wszystko obie muszą odnaleźć swoje miejsce w życiu, wybrać drogę, którą podążą.  O Nicolettcie opowiem Wam w kolejnym wpisie a dziś chciałabym przedstawić Wam Lelę. Diabelnie upartą, narwaną i biorącą się z życiem za bary. To jest taki mały fragment z samego początku opowieści zanim Lela wyruszy w podróż na spotkanie swojego przeznaczenia :)
Jeżeli pokusicie się o przeczytanie to zobaczycie jutro jak bardzo różnić się będą bohaterki. A jednak, jednak coś je połączy, już moja w tym głowa :)

A teraz, uwaga! Oficjalnie przedstawiam Wam Lelę:


Siedziała przy barze i sączyła któregoś z kolei drinka. Po trzecim przestała liczyć, bo właściwie ilość nie miała większego znaczenia. Miejsce wybrała ze względu na klimat, tchnęło przedwojennym czarem i gdyby nie to, że część z bywalców tonęła wzrokiem w telefonach komórkowych, można by było przypuszczać, że czas się cofnął i że nagle znaleźli się w czasach, gdy paryskie uliczki przemierzali Hemingway, Picasso i Scott Fitzgerald.
 ‒ I gdy można było odurzyć się przyzwoicie mile otumaniającym absyntem ‒ mruknęła do siebie i skrzywiła się, patrząc na swojego drinka.
 ‒ Słucham, mówiła coś pani? ‒ Facet siedzący po jej prawej stronie nachylił się w jej kierunku.
 ‒ Że chętnie napiłabym się absyntu, ale takiego prawdziwego, z dawnych lat. Pełnego opium i z ogromną zawartością alkoholu ‒ podniosła głos, przekrzykując muzykę, którą ktoś nagle pogłośnił. ‒ Co niektórzy twierdzą, że Vincent van Gogh obciął sobie ucho właśnie wtedy, gdy za dużo go sobie chlapnął ‒ dorzuciła, przysuwając szklankę do siebie.
‒ No proszę, interesuje się pani sztuką. ‒ Odwrócił się do niej z zainteresowaniem.
 ‒ Niestety, pudło. Interesuję się jedzeniem, a w tej chwili, jak widać na załączonym obrazku, głównie piciem ‒ mruknęła. ‒ Zresztą pan też za kołnierz nie wylewa. Wiem, bo przyszedł pan tuż po mnie, najpierw nie zamawiał niczego, potem powoli pił jednego drinka, a potem poszedł na całość. Barman nie nadąża z napełnianiem pana szklanki. A z tego wynika…
 ‒ Widzę, że zostałem poddany wnikliwej analizie ‒ przerwał jej, przekrzywiając zabawnie głowę i uśmiechając się lekko jednym kącikiem ust. ‒ I co pani ustaliła, pani doktor? ‒ zapytał kpiąco.
 ‒ Że wystawiła pana do wiatru. Nie przyszła ‒ dodała, unosząc kieliszek do góry. ‒ Jej zdrowie!
 ‒ Zadziwiające łączenie faktów, jestem pod wrażeniem! ‒ Zmarszczył brwi i spojrzał na nią uważnie. Wyraz kpiny zastąpiło zaciekawienie. ‒ Zakładając, czysto teoretycznie oczywiście, że ma pani rację, to czemu miałbym wznosić toast na cześć kogoś, kto mnie olał? ‒ zapytał po chwili, przerywając przedłużającą się ciszę.

 ‒ Z prostej przyczyny, mogła to zrobić, powiedzmy, po czterech latach, ot przyjść, usiąść przed tobą… Przepraszam, nie jesteśmy na ty ‒ zreflektowała się.
 ‒ Wiem, jak temu zaradzić. Pierre. ‒ Wyciągnął do niej rękę.
 ‒ Mirela, albo Lela, jak wolisz. ‒ Uścisnęła mu dłoń.
 ‒ I już możemy bez przeszkód kontynuować. Skończyłaś na „usiąść przed tobą” ‒ przypomniał jej, jednocześnie sugestywnie potrząsając pustą szklanką w kierunku barmana.
‒ A tak, usiąść przed tobą i powiedzieć ci, że to jednak nie to i że się pomyliła. Mogłaby jeszcze dodać, że jest jej przykro i że jest ci wdzięczna za wspólnie spędzony czas ‒ dokończyła i jednym haustem dopiła drinka. ‒ I zmarnowałbyś cztery lata, a skończyłbyś tak samo. Pijąc w barze i wymyślając sobie od kretynów. Więc jak najbardziej na miejscu jest wypicie jej zdrowia.
 ‒ Rozumiem, że w ten przewrotny sposób opowiedziałaś mi właśnie swoją historię. Zostawił cię po czterech latach, tak?
 ‒ Tak jakby. A ja w związku z tym mam dzień, a właściwie noc użalania się nad sobą. Zauważyłeś, że w każdym filmie o miłości, jak facet zostawia dziewczynę i ona idzie do knajpy, taka wiesz, spłakana, opuchnięta i wyglądająca jak „idź stąd”, to i tak z miejsca znajduje się jakiś samarytanin gotowy ją utulić, pocieszyć, zabrać do łóżka i zaproponować cudowne życie u swojego boku? Zadziwiające!
 ‒ Czemu? ‒ Pierre popatrzył na nią mętnym wzrokiem.
 ‒ Jak to czemu? A uprawiałbyś teraz ze mną gorący seks? ‒ wypaliła.
 ‒ O Boże, nigdy w życiu. ‒ Nieomal się zatchnął, a na jego przystojnej twarzy pojawił się wyraz popłochu. ‒ Znaczy nie zrozum mnie źle, po prostu yyy… Nie znam cię i tak dalej…
 ‒ Daruj sobie. ‒ Machnęła lekceważąco ręką. ‒ To, że mnie nie znasz, nie ma żadnego znaczenia. Natomiast to, że wyglądam, jak wyglądam, już tak. Zanim tu przyszłam, porządnie się zryczałam, więc na pewno mam spuchniętą górną wargę z czerwoną otoczką, co upodabnia mnie do świnki, pod oczami pojawił mi się czerwony rzucik…
 ‒ Nie, pod oczami masz jedynie takie wielkie czarne maziaje ‒ sprostował słabo.
 ‒ Spokojna głowa, to tylko tusz mi spłynął, a rzucik jest na swoim miejscu, tylko go nie widać. Tak samo zresztą jak kolejki potencjalnych adoratorów gotowych służyć mi chusteczkami do otarcia łez oraz szeroko otwartymi ramionami, w które mogłabym się rzucić i wypłakać. Dlatego nie znoszę filmów romantycznych. Ani tych o odnajdywaniu nowego miejsca do życia, w koniecznie nowym-starym domu, gdzie czeka na bohatera… No zgadnij, Pierre, co tam na niego, a właściwie nią, bo zwykle to kobiety wpadają na takie pomysły, czeka?
 ‒ A bo ja wiem? Martwa staruszka w piwnicy z truchłem kota na kolanach? ‒ Widać było, że usiłuje sprostać jej oczekiwaniom i wymyśleć coś nietuzinkowego.
 ‒ O rany, nie wiem, co ty pijesz, ale w następnej kolejce chcę to samo. ‒ Popatrzyła na niego zafascynowana. ‒ A poza tym widać, że czytasz i oglądasz raczej kryminały i horrory niż nie romansowe historie. Nie, mój drogi, na staruszkę to nawet ja bym się połaszczyła! Nie mówiąc już o struchlałym kocie. Ale tam na nie czeka wielka, prawdziwa miłość! Zawsze i obowiązkowo!
 ‒ Cóż, może ona jednak istnieje, tylko my do tej pory nie mieliśmy szczęścia. Może ona chodzi bocznymi drogami, a my idziemy zawsze wygodnym i utartym traktem. ‒ Zamyślił się. ‒ Moja babcia mówiła, że nic, co ważne i najbardziej kochane, nie przychodzi łatwo. Że zawsze wymaga wysiłku. Może coś w tym jest, że czasem warto rzucić wszystko…
 ‒ Taa… i wyjechać w Bieszczady ‒ przerwała mu.
 ‒ Gdzie? ‒ Wbił w nią nic nierozumiejące spojrzenie.
 ‒ Nieważne, jesteś Francuzem, i tak nie załapiesz… To taki nasz polski koniec świata. ‒ Machnęła ręką.
 ‒ Aha. ‒ Po tonie, jakim to wypowiedział, wywnioskowała, że końce świata nie leżą w jego sferze zainteresowań. ‒ W takim razie, wracając do tematu, to właściwie czemu on cię zostawił? Ma inną?
 ‒ Właściwie, Pierre, to, czy ma inną, nie ma znaczenia. Zostawił mnie, bo go nie kochałam ‒ powiedziała, nagle smutniejąc.
 ‒ I to on cię zostawił, a nie ty jego? ‒ Potrząsnął głową. ‒ Za dużo alkoholu i nic z tego nie rozumiem!
 ‒ Kochany, uwierz, że na trzeźwo byłoby tylko gorzej ‒ mruknęła.
 ‒ Taaa, to skomplikowane, lepiej będzie, jeżeli przestaniemy drążyć ten temat. W zamian proponuję ci spełnienie twojego marzenia. No może nie całkowicie, ale częściowo ‒ powiedział, wyjmując portfel. ‒ Starego, przedwojennego absyntu nie mogę ci zaoferować, bo jeszcze nie nauczyłem się cofać w czasie, ale znam lokal, gdzie nadal się go pija. Chodź, dzisiaj zafunduję ci lokalne wydanie „O północy w Paryżu” ‒ dodał i podtrzymał ją, gdy zsuwała się ze stołka, a potem uiścił rachunek.
 ‒ Jesteś tysiąc razy lepszy niż stado samarytanów i ich obleśne łóżkowe propozycje ‒ wyznała, lekko się zataczając. ‒ A wiesz, że ktoś powiedział, że picie absyntu jest jak wywoływanie duchów ‒ nigdy nie wiadomo, co cię opęta. ‒ Zabawnie zmarszczyła nos.
 ‒ Brzmi ciekawie ‒ parsknął śmiechem i podał jej lekką narzutkę, którą miała przewieszoną na oparciu krzesła. ‒ A wiesz, ja z kolei powiem ci, w nawiązaniu do tych pocieszycieli, że do łóżka to niekoniecznie mi się pali, ale chętnie się z tobą zaprzyjaźnię ‒ uśmiechnął się.
I coś mi się wydaje, że w tym właśnie leży mój problem ‒ pomyślała, idąc za Pierre’em. Że to zawsze będzie tylko przyjaźń. I żadne utarte trakty ani boczne drogi mi tu nie pomogą.

* Wiersz Roberta Frosta, tłum. Stanisław Barańczak. 

niedziela, 22 stycznia 2017

Dolce vita czyli poszukiwania Cortony

Widok z Piazza Garibaldi na malowniczą dolinę 
Właściwie to byłam przekonana, że najbardziej ze wszystkich nieznanych miejsc na świecie (a jest ich naprawdę wiele) tak najbardziej pragnę zobaczyć Francję. Paryż, Wersal i Luwr. Pola Elizejskie, małe wiekowe miasteczka i zamki nad Loarą. Byłam pewna aż do momentu gdy obejrzałam film "Pod słońcem Toskanii". I przepadłam. Zauroczyły mnie tajemnicze cyprysy rosnące na poboczach dróg, gaje oliwne, pola słoneczników. Uśmiechnięci Włosi, ich gadatliwość i lekkie podejście do czasu. Zakochałam się na amen. Od pierwszego wejrzenia. W Cortonie, jej stromych wąskich uliczkach, w kapliczce którą zobaczyłam na filmie, we włoskim niebie, we wszechobecnej kawie i winie. I do moich wielu marzeń dołączyło i wysunęło się na prowadzenie to jedno, żeby to wszystko zobaczyć na własne oczy, żeby dotknąć, powąchać, poczuć. Ale wtedy było to poza naszym zasięgiem. Ale mogłam robić coś innego. Zaczęłam gromadzić wszystko co napisano o Toskanii. Oczywiście na pierwszy ogień poszła książka Frances Mayes "Pod słońcem Toskanii". Na początku, gdy zaczęłam czytać zdziwiłam się, że książka nie ma zupełnie nic wspólnego z filmem. Ale nie byłam rozczarowana, bo i owszem dostałam coś zupełnie innego ale za to przesyconego włoskim klimatem. Frances pozwoliła mi zajrzeć do włoskich sklepików, ogrodów, domów. I do listy marzeń dołączyło jeszcze jedno, chciałam kiedyś odnaleźć i zobaczyć na własne oczy Bramasole.
Kilka lat pielęgnowałam marzenia o Włoszech. I w końcu dwa lata temu po raz pierwszy pojechaliśmy. Pamiętam siebie stojącą obok samochodu, marznącą w październikowym chłodzie i zastanawiającą się nad tym czy ja właściwie dobrze robię. Bo co będzie jeżeli moje wyobrażenie w zderzeniu z rzeczywistością polegnie? Co będzie jeżeli się rozczaruję?
Nie rozczarowałam się. Prosto z zimnego październikowego dnia wpadłam w gorący, sierpniowy poranek. Oczywiście był październik, ale we Włoszech było gorąco. Błękitne niebo bez ani jednej chmurki. I ten zapach obłędny! Gdyby mi ktoś zaproponował takie perfumy byłabym ich wierną fanką: rozmaryn, bazylia, tymianek, upalne nagrzane słońcem powietrze, to była istna eksplozja aromatów.
Ale dzisiejszy wpis ma być z założenia o czym innym. O poszukiwaniu Bramasole. Bo było wiadomo, że jednym z żelaznych punktów była wizyta w Cortonie. W końcu od niej to wszystko się zaczęło. Z miejsca, w którym mieszkaliśmy do Cortony było mniej więcej 100 kilometrów. Pojechaliśmy.
Pierwsze schodki, jeszcze nie te ruchome, których
niestety nie sfotografowaliśmy.

Pomnik na Piazza Garibaldi

My w odsłonie włoskiej :)

Jedna z uliczek Cortony

Piazza della Repubblica, trzynastowieczny Palazzo Comunale


Uliczki pną się w górę. I wychodzi słońce :)

Tysiek odpoczywa

Dodaj napis

Kołatki nas zachwyciły



Zatrzymaliśmy się na parkingu u podnóża miasteczka. I co nas przywitało? Ruchome schody, na wolnym powietrzu, które zawiozły nas na górę. Znaleźliśmy się na Piazza Garibaldi. Z tego placu roztacza się taki widok, który zapiera dech w piersiach. Pogoda tym razem była kapryśna. Świeciło słońce ale co chwila nadciągały chmury i siąpił deszcz. Ale obeszliśmy Cortonę szukając znajomych kadrów z filmu, pnąc się w górę stromych uliczek, zaglądając  do maleńkich sklepików. I usłyszeliśmy bicie dzwonów :) Przysiedliśmy na schodach ratusza, zjedliśmy lody. Niestety byliśmy w porze sjesty i wszystko poza jedną knajpką było pozamykane. W związku z tym, że Tysiek umierał z głodu skorzystaliśmy z jedynej możliwości. I cóż... Jedzenie było marne ale Włoch, który nas obsługiwał tak uroczy, że właściwie trudno było czuć irytację. I żeby nie było, mój mąż był podobnego zdania :)
Przerwa na lody
Poniżej Cortona zaklęta w fotografiach:








A potem chcieliśmy zgodnie z planem ruszyć na poszukiwanie Bramasole. Ale nie bardzo wiedzieliśmy jak się do tego zabrać, Tysiek rozmarudzony i zmęczony chciał już wracać więc z żalem odpuściliśmy. To była jedna z rzeczy, której bardzo żałowałam. Ale jak to mówią co się odwlecze to nie uciecze :) I w zeszłym roku powtórzyliśmy wyprawę. Tym razem postawiliśmy na "koniec języka za przewodnika". Najpierw pani w informacji turystycznej zaznaczyła nam na mapce jak iść. Potem gdy nieco się zagubiliśmy, zaczepiliśmy dwie panie, z którymi mieszaniną angielskiego, włoskiego i gestów i uśmiechów dogadaliśmy się i nie dość, że wskazały nam drogę to jeszcze życzyły wszystkiego co najlepsze.
Przeszliśmy przez park w Cortonie pełen spacerujących par, plotkujących starszych pań, grupek włoskich tatusiów, którzy pilnując dzieci umilali sobie czas głośnymi, dynamicznymi dyskusjami. Nawiasem mówiąc Włosi przepięknie gestykulują :) A potem weszliśmy na szosę, którą obsadzono cyprysami. Posadzonych z intencją uczczenia pamięci chłopców, którzy polegli w czasie pierwszej wojny światowej. Idąc w górę ulicy minęliśmy siwego pana i panią w kapeluszu. Uśmiechnęli się do nas porozumiewawczo jakby doskonale wiedzieli dokąd zmierzamy. I w końcu dotarliśmy i możecie mi wierzyć, że nie spodziewałam się, że aż taką wielką przyjemność mi sprawi widok Bramasole. Uśmiech nie chciał zejść mi z ust.
Aleja cyprysów. Tędy Frances wędrowała do Cortony

relaks pod cyprysami

Okoliczne widoki zapierają dech w piersi

Willa Bramasole wyłania się zza zakrętu

To było wzruszające. Dotknąć marzenia. I było dokładnie tak jak opisywała Franczeska:
Kapliczka to pierwsza rzecz, którą widać przy podjeździe do domu. Jest w
zaokrąglonym zagłębieniu kamiennego muru, nic nadzwyczajnego w tych stronach, glinianaMaryja na niebieskim tle w stylu Delia Robbia pośrodku łukowanej wnęki. Widuję tu na wsi inne takie kapliczki zakurzone, zapomniane. O tej z jakiegoś powodu się pamięta.
Mój pielgrzym to stary człowiek w płaszczu narzuconym na ramiona, chodzący
powoli, jakby zadumany. Kiedyś minęłam się z nim w parku w Cortonie. Powiedział wtedy z powagą:
- Buongiorno.
Ale nie wcześniej, niż ja to powiedziałam. Zdjął na chwilę czapkę z głowy i
zobaczyłam frędzelki białych włosów wokół łysiny, na ciemieniu świecącej jak żarówka.Oczy miał chmurne i dalekie, kamiennie niebieskie. Widuję go też na ulicach miasteczka. Nie jest towarzyski, nie przysiada się do znajomych pijących kawę przy stolikach. Idąc główną ulicą, nie zatrzymuje się, żeby z kimkolwiek porozmawiać. Przychodzi mi na myśl, że może on jest aniołem, zawsze w płaszczu narzuconym na skrzydła, niewidzialny dla wszystkich oprócz mnie. Pamiętam, jak śniło mi się pierwszej nocy tutaj, że odkryję obecność stu aniołów, jednego po drugim. Ten anioł jednak ma ciało. Chustką do nosa ociera pot z czoła.
Może urodził się w tym domu, a może kochał kogoś, kto tu mieszkał. Albo może te cyprysy wzdłuż szosy posadzone ku pamięci miejscowych chłopców poległych w pierwszej wojnie światowej (aż tylu ich z jednego małego miasteczka?) przypominają mu o kolegach. Może jego matka była bardzo piękną damą i wsiadała do powozu w tym właśnie miejscu, albo jego ojciec, strasznie zawzięty, wygnał go raz na zawsze z tego domu. Albo może on dziękuje Jezusowi za wysłuchanie prośby, żeby jego córki nie operowali niebezpieczni chirurdzy w Parmie. Albo po prostu to jest tylko cel jego codziennego spaceru, przyjemny nawyk, hołd oddawany Bogu Wędrówki. Tak czy inaczej, waham się, czy zetrzeć kurz z oblicza Maryi, czy wyglansować ścierką ten błękit, a nawet, czy poruszyć kopiec zesztywniałych kwiatów na ziemi, wciąż jeszcze nietknięty. W starych miejscach jakieś życie, a my zawsze przechodzimy przez nie. Ten człowiek sprawia, że wyczuwam wokół domu wielkie kręgi. Przez lata całe będę się tu uczyła, czego mogę dotykać i jak. 


Docieramy

kapliczka








Była kapliczka z Matką Boską, i balkon i zielone okiennice. I napis Bramasole i kuta brama. Tylko starszego pana nie było. Za to wracając spotkaliśmy tę samą parę: siwego pana i panią w kapeluszu. Tym razem mężczyzna nie tylko się do mnie uśmiechnął ale lekko kiwnął głową. Kim był? Nie mam pojęcia. Ale z całą pewnością będę go pamiętać. I mam nadzieję, że gdy tam wrócimy znów go spotkamy. A wrócimy na pewno. Bo Włochy uzależniają.

wtorek, 18 sierpnia 2015

Sudecko - włoskie popołudnie czyli toskańska zupa według Marleny de Blasi


Dzisiaj o powieści ale nie tradycyjne tylko od kuchni czyli propozycja obiadowa, prosto z Włoch. Oczywiście na wyjazd zabrałam całą stertę książek, nie byłabym sobą gdybym tego nie zrobiła :) Między innymi do walizki trafiła trylogia Marleny de Blasi "Tysiąc dni w Wenecji", "Tysiąc dni w Toskanii" i Tysiąc dni w Orvieto". I czytając "Tysiąc dni w Wenecji" naszła mnie ogromna ochota na połączenie moich dwóch miłości: sudeckiej i włoskiej. Skoro w Sudetach jestem wystarczyło ugotować coś dzięki czemu zapachnie nam słonecznym, aromatycznym powietrzem Italii. I tak wczoraj na stole zawitała zupa toskańsa gęsta zupa pomidorowo - chlebowa. Żeby jeszcze bardziej przemieszać to co nasze polskie, sudeckie z tym co włoskie podana w miseczkach z Bolesławca :). Zupa jest pyszna, sycąca, pachne obłędnie. Sądząc po szybkości znikania smakuje też zacnie:) Skuście się a nie pożałujecie!

Pappa al pomodoro - tradycyjna toskańska gęsta zupa pomidorowo-chlebowa

Składniki:
3/4 szklanki oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia
4 duże ząbki czosnku, obranego, zgniecionego i poszatkowanego
1 duża żółta cebula, obrana i poszatkowana
4 duże, bardzo dojrzałe pomidory, obrane, z usuniętymi pestkami, poszatkowane (albo kilogram podłużnych pomidorów z puszki, lekko rozgniecionych, razem z sokiem
6 szklanek dobrego bulionu wołowego, najlepiej własnej roboty, albo 6 szklanek wody (nie stosuj wywaru z kurczaka)
1 szklanka białego wina
drobna sól morska i świeżo tłuczony pieprz
2 1/2 szklanki lekko czerstwego chleba bez skórki, porwanego na kawałki wielkości ok. centymetra
1 szklanka świeżo startego sera pecorino (opcjonalnie)
1/3 szklanki liści bazylii, podartych (nie krojonych)
1/2 łyżeczki dobrego octu z czerwonego wina

W dużym garnku rozgrzej oliwę z oliwek, lekko przesmaż czosnek i zeszklij cebulę. Dodaj pomidory, bulion albo wodę, wino, sól i pieprz. Gotuj przez dziesięć minut na wolnym ogniu. Wrzuć chleb i gotuj jeszcze dwie minuty. Zdejmij garnek z gazu, dodaj pecorino i bazylię. Zamieszaj, żeby połączyć wszystkie składniki. Odstaw na co najmniej godzinę. Dodaj ocet, wymieszaj; zupę podawaj w temperaturze pokojowej (albo znowu podgrzej, żeby zupa była letnia lub ciepła), w głębokich talerzach, polaną niewielką ilością dobrej, na przykład zielonej, oliwy z oliwek. Przechowywanie w lodówce nieodwracalnie niszczy czysty smak zupy.