Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toskania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toskania. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 stycznia 2020

Witajcie kochani jak dobrze Was uścisnąć!

Dzień dobry :)
To po pierwsze, jeżeli ktoś miał wątpliwości czy jeszcze żyje, to owszem, żyję :) Mam nadzieję, że jeżeli ktoś poczuł się rozczarowany tą informacją, to będzie miał na tyle taktu, że się do tego nie przyzna :) 

Po drugie postaram się jakoś logicznie opowiedzieć gdzie byłam, jak mnie nie było :) W miarę po kolei, bo po takiej przerwie blogowej inaczej  się nie da. To chyba moja największa absencja w historii blogowania. 
Od tamtego czasu, gdy tu ostatni raz zaglądałam, jeżeli chodzi o sprawy zawodowe, to zdążyłam napisać "Antolkę" i "Nieświętego Mikołaja". I to zaliczam bezwzględnie do sukcesów. Udało mi się również część z Was zdenerwować informacją, że kontynuacji "Uroczyska" chwilowo nie będzie. Kolejną część też trochę zirytowałam, zapewniając, że "Antolka" i "Nieświęty" też będą pojedynczymi powieściami. Z tego można wyciągnąć wniosek, że mam niebywały dar irytowania innych. I jeżeli chodzi o to, to nie jestem z siebie zbytnio dumna. A chcąc być szczera, to obawiam się, że to nie koniec irytacji, bo pozmieniały mi się nieco plany wydawnicze. Ale to zostawimy sobie na później. Na jutro, albo pojutrze, albo za rok... Tak żebyście mnie nie znielubili zupełnie :)
Z wiadomości bardziej optymistycznych, to nowa powieść się pisze, czego dowodem jest zamieszczony poniżej mały fragment. A kolejna już też mocno zaplanowana i uwaga! częściowo już napisana. Jeżeli ktoś z Was mnie zna to wie, że to fenomen, bo ja nigdy nie miałam niczego zrobionego z tak dużym wyprzedzeniem. W sensie plany, notatki a i owszem, ale taki konkretny tekst, z tym było gorzej. dodatkowo wspomnę, że "Wilczy dwór też już doczekał się kilku pierwszych scen. I tu pytanie do Was: chcielibyście na zaostrzenie apetytu, za czas jakiś, kilka pierwszych stron "Wilczego"? Napiszcie proszę, a ja się dostosuję. Ogólnie rzecz biorąc jeżeli macie pytania dotyczące moich powieści to pytajcie pod tym postem. Odpowiem w przeciągu tygodnia. Z ręką na sercu, bowiem postanowiłam, że ten rok będzie wyjątkowy. W końcu dwudziesty dwudziesty do czegoś zobowiązuje. I dlatego moi kochani, po pierwsze wrócę na bloga, bo mam ogromną potrzebę powrotu, a po drugie będę regularnie odpowiadała na komentarze. No dobrze w miarę regularnie. Znając moją niesubordynowaną naturę lepiej zostawię sobie lekko uchyloną furtkę :) 



A teraz trochę z innej beczki, bardziej prywatnie. 
Otóż moi kochani jak mnie tu nie było to w moim życiu działo się naprawdę dużo. Po pierwsze się przeprowadziliśmy, do naszego pierwszego, własnego mieszkania. I nareszcie mam własne miejsce do pracy. I tak oto przestałam być kobietą zza biblioteczki (w naszym poprzednim mieszkaniu miałam wciśnięty właśnie za nią stolik) a stałam się kobietą z gabinetem, własnym biurkiem i kredytem - żeby nie było za słodko :) Ale mniejsza o większość. Własny pęk kluczy to coś niesamowitego! Szczególnie po dwudziestu kilku latach tułaczki. Mam nadzieje, że cieszycie się razem ze mną :) To jeden z powodów, dla których tak rzadko się tu pojawiałam. Ci którzy nigdy tego nie przeżyli muszą uwierzyć na słowo: przeprowadzka to coś przypominającego do złudzenia koszmar! Szczególnie jeżeli należy się do ludzi, którzy kochają książki, mnóstwo książek i jeszcze trochę na dokładkę. Dodatkowo uwielbiają starą porcelanę (to ja), szkło (Kuba, mąż mój własny), szklane ryby (Tysiek), anioły różnej maści (ja), wiekowe meble (wszyscy jak jeden mąż) i tak dalej i tak dalej. I nigdy nie wierzcie tym, którzy będą mówić, że przeprowadzka z jednej strony ulicy na drugą jest lepsza niż ta na nieco większą odległość. To złudne i mamiące. Bo jak się przeprowadzacie tak blisko to wydaje się Wam, że właściwie dużą część zrobicie sami. My porwaliśmy się w pierwszej kolejności na przenoszenie książek. Bo właściwie jaki to problem zapakować plecak i dużo wielkich siatek (ikea i takie tam) i je przy okazji przenosić. Żaden, poza tym, że przy trzecim takim kursie czułam, że spokojnie mogę położyć się na środku chodnika i wyzionąć ducha (a zapomniałam wspomnieć - przeprowadzka z trzeciego na trzecie, bez windy). I tak moi drodzy przez cztery tygodnie zostałam wyłączona z życia normalnego i przerzuciłam się na kształtowanie mięśni, tężyzny fizycznej, szorowanie, malowanie i koncentrowanie się na tym, żeby zupełnie nie oszaleć. Jak widzicie przetrwałam :) Choć na widok pudeł z bananami w marketach (idealnie nadają się do pakowania) nadal mam dreszcze i obawiam się, że wyraźnie widoczne, nerwowe tiki. Potem gdy już ogarnęliśmy przeprowadzkę trzeba było błyskawicznie wziąć się do pisania. A potem były wakacje i...  Znów trzeba było wziąć się do pisania, bo "Nieświęty" czekał. I tak moją zeszłoroczną powieść zimową pisałam w toskańskim słońcu i na chorwackich plażach. Raz ubrałam moją bohaterkę w kostium i niefrasobliwie wypuściłam ją tak na ulice. Dobrze, że w porę sobie uprzytomniłam, że przecież u niej, na litość boską, jest grudzień, nasz polski, który być może nijak się ma do tych sprzed lat ale jednak do noszenia li i jedynie bikini nie nastraja. A potem wróciliśmy i trzeba się było uporać ze smutkiem, bo pożegnaliśmy się z naszymi kotami Michelem i Mordem. Jeden zginął tragicznie, drugi zachorował na raka i nie dało się go uratować. Byłam stale obecna na fb i na insta ale na bloga nie starczało mi czasu i chyba pogody ducha, bo tutaj staram się zawsze żebyście po lekturze byli choć trochę pokrzepieni. 



Ale widać uporałam się już z tym jako tako i najzwyczajniej w świecie zatęskniłam. Za pisaniem tutaj, tak odmiennym od tego co pisze się na fb. Za tym, żeby znów pisać o wszystkim i trochę o niczym. Za Wami, którzy tu zaglądacie. Reasumując pora na nowe :) I korzystając z okazji dziękuję, że cały czas tutaj zaglądacie. I że jesteście ze mną na targach, spotkaniach autorskich, fb, Instagramie. To bardzo dużo dla mnie znaczy. 
I dobrze, że w tym nowym nie zabraknie też tego starego, dobrze znajomego.  
I w myśl tego obiecany fragment tej, która dopiero się pisze :) A zdjęcia nieprzypadkowe. Jak myślicie dlaczego właśnie takie? 








Kręte, wąskie uliczki powoli znikały w mlecznej mgle. Niebo zasnute ciężkimi chmurami tylko w jednym miejscu, tam gdzie ukrywał się księżyc, jaśniało srebrzyście. Nicoletta patrzyła na to siedząc na szerokim parapecie i wychylając się coraz bardziej, zafascynowana tym jak bezgłośnie i szybko biała poświata pochłania wszystko wokół. Bruk, wieżę kościoła, figurkę Matki Boskiej ukrytej w zacisznym wgłębieniu ściany sąsiedniego domu. Wielokrotnie zachodziła w głowę kto umieścił ją właśnie tam. Co nim kierowało? Czy specyficzne poczucie humoru? Czy chęć posiadania Marii na własność? Bo widoczna była tylko z dwóch miejsc: okna z budynku naprzeciwko, czyli właśnie tego, z którego wyglądała i małego balkoniku, z którego można było do niej sięgnąć. Ta bezpośrednia bliskość podarowana została signorze Giovannie, małej, drobnej i pomarszczonej niczym przejrzałe jabłko staruszce, która w każdą sobotę wychodziła na balkon i stawiała przed Marią świeże kwiaty i zapalała świeczkę.

Może to właśnie dzięki temu rytuałowi i chybotliwemu światełku Nicoletta zwróciła na figurkę uwagę. A może to, że z signorą Giovanną miały ją na wyłączność sprawiło, że to właśnie ta konkretna Maria zajęła szczególne miejsce w jej sercu.  A teraz po raz pierwszy to ona miała zastąpić swoją sąsiadkę i zadbać o to, żeby tradycji stało się zadość.

-      Widzisz skarbie, jeszcze tak nie było, żeby w sobotę po zmroku Ona nie dostała swojego światełka. A jak na złość moja kuzynka,  Clotilda, raczyła właśnie teraz złamać nogę. To już taki typ, który zawsze, odkąd pamiętam, musiał być w centrum uwagi. Jestem pewna, że tego swojego kulasa, to też pokiereszowała tylko i wyłącznie z nudów! A jeszcze bardziej prawdopodobne, że zwyczajnie chciała mi sprawić kłopot! Bo tylko ja jej zostałam. Wszyscy inni, których Bóg obdarzył choć odrobiną rozsądku i instynktu samozachowawczego uciekli od niej jak najdalej, a tych, którym zbywało rozumu i nie wzięli nóg za pas wpędziła do grobu. Znaczy przepraszam – zerknęła na Nicolettę w popłochu. – Zawsze mi powtarzali, że w domu powieszonego nie mówi się o sznurze… Hmmm, chyba jednak nie polepszam sytuacji – zmitygowała się po niewczasie przytykając pomarszczoną rękę do ust, jakby miała nadzieję, że cieniutka, pergaminowa skóra powstrzyma potok słów, nad którym straciła panowanie.

-      Ale naprawdę nic takiego się nie stało. Ostatecznie to, że przemilczy się pewne rzeczy nie sprawi, że znikną – uspokoiła ją i pomyślała, że gdyby mogło być inaczej bez wahania złożyłaby dozgonne śluby milczenia.

Ledwo przemknęło jej to przez głowę z ogromną siłą uderzyło ją, że ostatnio wszystko zamyka się w tych dwóch, konkretnych słowach: „ostatecznie” i „dozgonnie”. Chociaż nie, było jeszcze jedno: „nigdy”, które nagle nabrało zupełnie innego, strasznego znaczenia.

-      To dobrze dziecko, że cię nie uraziłam – głos signory Giovanny zmusił ją do oderwania się od niewesołych myśli. – Niestety to jedna z moich głównych wad, plotę trzy po trzy i przez to wpadam w tarapaty. Ale biorąc pod uwagę ile już lat przeżyłam, to nie sądzę, że miałoby się to zmienić. Ale wracając do tematu, to niestety ale byłam na tyle nierozsądna, że odebrałam to cholerne ustrojstwo, które kupił mi mój syn – tu przerwała i wygrzebała z kieszenie rozłożystej, długiej do ziemi spódnicy telefon komórkowy i podsunęła ją pod nos swojej rozmówczyni, z miną jasno mówiącą co myśli o współczesnej technologii. – No i nacisnęłam ten zielony guzik i stało się. Dowiedziałam się o rzekomym nieszczęściu Clotildy. Oraz o wielu innych, z którymi musi się zmagać kulejąc i ledwo wstając z łóżka. O tych, których sama jest sprawczynią, oczywiście jakoś nie kwapiła się opowiadać – parsknęła ironicznie. – Tak czy  siak  sama, skarbie rozumiesz, że skoro już wiem o tym co się wydarzyło, nie mam innego wyjścia jak pojechać do niej. Bo gdybym nie wiedziała… - marząco zawiesiła głos i z niechęcią spojrzała na trzymany w ręku telefon. – Narzędzie piekieł i szatana – westchnęła głęboko.

-      Jak trzeba to trzeba – Nicoletta pokiwała ze zrozumieniem głową.

-      Tyle to i ja wiem, ale szkopuł w tym, że do soboty nie wrócę i…

-      I trzeba zapalić świeczkę naszej Marii – weszła jej w słowo.

Po plecach przebiegł jej dreszcz podekscytowania. Nagle to o czym myślała od wielu tygodni zaczynało nabierać realnych kształtów. Ostatnia przeszkoda miała zniknąć. A dodatkowo po raz pierwszy i zapewne ostatni będzie mogła przyjrzeć się z bliska figurce.

-      Dokładnie, chodzi mi o sobotę – przytaknęła signora Giovanna. – Nie zawracałabym ci tym dziecko głowy, ale obawiam się, że tylko ciebie mogę o to poprosić. Widać mamy coś z nieszczęsną Clotildą wspólnego. Jej zostałam jedynie ja a mi z kolei ty. Oczywiście w grę wchodziliby jeszcze moi chłopcy, ale…  Sama rozumiesz, to nie na ich męskie, pragmatyczne głowy  – zamachała gwałtownie ręką. – Dobrych mam synów, silnych, przystojnych, mądrych ale to i tak nie zmienia faktu, że  o Marię od dawien dawna dbają kobiety i nie wiem jak by bidulka przyjęła gdyby w okolicach jej sukni zaczęły gmerać męskie łapy… Znaczy nic zdrożnego nie miałam na myśli – zachichotała tym samym zaprzeczając dopiero co złożonemu zapewnieniu. – Chodziło mi tylko o brak finezji. Mężczyźni są raczej toporni, jeżeli wiesz co mam na myśli…

Nicoletta nie wiedziała ale rozsądnie postanowiła się do tego nie przyznawać.

-      No właśnie – signora Giovanna zinterpretowała jej milczenie po swojemu. – A dodatkowo, pomijając kwestię płci, w tę sobotę w telewizji leci transmisja jakiegoś arcyważnego meczu.

-      No tak, tej konkurencji Maria może nie wygrać – uśmiechnęła się przestępując z nogi na nogę z niecierpliwością a jednocześnie z całych sił starając się nie dać po sobie poznać jak bardzo jest poruszona.

wtorek, 9 października 2018

W Toskanii też pada :)

Tym razem naszego pierwszego, właściwego dnia w Toskanii nie mogłam nazwać "pod słońcem Toskanii". Właściwego, bo gdy dojechaliśmy, późnym popołudniem w piątek, było pięknie. Zachód słońca nad pofałdowanymi wzgórzami był modelowy, niczym z toskańskiej pocztówki. Otworzyliśmy wino, lśniło rubinowo w blasku odchodzącego dnia. Leżeliśmy na leżakach wdychając powietrze przesycone zapachem rozmarynu i słońca. My leżeliśmy, bo Tymek natychmiast wskoczył do basenu :) Rozmarzona patrzyłam na widoczne z oddali wieże San Gimignano. W głowie roiło mi się od planów na najbliższe dni. Tymczasem już w nocy na zewnątrz coś podejrzanie zaczęło szeleścić. Potem szumieć. Przyszedł deszcz drwiąc sobie ze wszystkich moich planów. Sobotni poranek wstał zapłakany i chłodny. Na zewnątrz mokły oliwki, z liści winogron skapywały zimne krople i... No właśnie kochani, nadal było pięknie :) I to był chyba dowód na to, że naprawdę jestem zauroczona tym miejscem i to tak na amen. Wypiliśmy kawę, zjedliśmy bagietkę maczaną w oliwie zakąszając pomidorami i serem, założyliśmy kurtki, wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy obejrzeć jak wyglądają okoliczne miasteczka w deszczu. Trasę ustaliliśmy tak żeby kończyła się na Volterze, bo Volterra jest ukochanym miastem Tymka.



Volterra, położona na szczycie wzgórza robi niesamowite wrażenie. Włoski poeta Gabriele d’Annunzio, nazwał ją miastem wiatru i kamienia. I trudno się z nim nie zgodzić, bo wiatr jest wszechobecny, ten, który lekko przemyka się po plątaninie starych uliczek i ten, który mierzwi włosy gdy wychodzi się na bardziej otwartą przestrzeń. A jeżeli chodzi o kamień to Volterra jest miastem alabastru.





W sklepikach pełno jest alabastrowych drobiazgów a spacerując uliczkami można trafić do otwartych warsztatów, gdzie powstają alabastrowe cuda, zajrzeć do środka i bezkarnie podglądnąć artystów przy pracy. Można też przysiąść na jednej z licznych ławeczek i pomyśleć o tym, że oto jesteśmy w miejscu, którego początki sięgają VII wieku przed naszą erą, wtedy to przybyli tu Etruskowie i założyli osadę. W IV wieku otoczono je murami. Już ten okruszek wiedzy daje do myślenia i sprawia, że trudno nie poczuć minionego czasu błąkającego się po stromych uliczkach.
Miasto odwiedziliśmy już wiele razy, mamy swoją ulubioną knajpkę, w tym roku pani, która zawsze wita nas w drzwiach i potem podaje pyszne jedzenie, zobaczyła nas przez okno, wybiegła i uścisnęła Tymka na powitanie. To coś niesamowitego, gdy nagle okazuje się, że nie jesteśmy już anonimowi i że ktoś po prostu cieszy się na nasz widok. Tym razem Volterra zrobiła nam jeszcze jedną niespodziankę. Zajechaliśmy i okazało się, że nie pada. Mgły unosiły się nad wiekowym brukiem, było klimatycznie i pięknie. W jednym z następnych postów zapraszam Was na spacer po Volterze i oczywiście mnóstwo zdjęć :) 
P.S. W niedzielę wyszło słońce i pojechaliśmy... Zajrzyjcie tu, niebawem
pokażę Wam coś naprawdę pięknego :)










środa, 11 października 2017

Zwyczajność w Toskanii :) Czyli moja wielka miłość

Zaczęło się od wielkiego marzenia. I zachwytu. I obejrzenia filmu "Pod słońcem Toskanii". Zapewne na to co się we mnie wtedy obudziło miało wpływ wiele czynników. Tęsknota za słońcem, zachwyt radością, nostalgia za własnym miejscem na ziemi... W każdym razie przepadłam. Platonicznie zakochałam się w Toskanii. Pielęgnowałam tę miłość przez kilka lat. Oglądałam, czytałam wszystko co wpadło mi w ręce na ten temat. Zarażałam bliskich entuzjazmem, którego między nami mówiąc miałam mnóstwo więc było się czym dzielić. W końcu udało się! Zarezerwowaliśmy pobyt, kwatera blisko Florencji, w samym sercu Toskanii :) I tu nagle pojawił się problem. Pamiętacie Magdę z "Wymarzonego domu"? I jej lęk przed pojechaniem do ukochanej Francji? Otóż obdarzyłam ją tym samym strachem, który sama odczuwałam. Taka scena wciąż stoi mi przed oczami: ja przy zapakowanym po brzegi samochodzie, otwarte drzwi i nie mogę się zdecydować żeby wsiąść, bo co będzie jeżeli okaże się, że to na co przez tyle czasu czekałam, o czym marzyłam mnie rozczaruje? Ale na całe szczęście te obawy okazały się płonne. Wróciliśmy rozkochani, zachwyceni i z bardzo silnym postanowieniem, że do Włoch będziemy wracać. I wracamy :) I właśnie moi mili znów powróciliśmy. Z październikowego zimna i pluchy wpadliśmy prosto w słoneczne objęcia letniego popołudnia. Bo tutaj nadal jest lato :) I oszałamiająco pachnie rozmaryn, granaty rosną w ogrodach, ludzie piją wino, gestykulują, śmieją się i wygrzewają w popołudniowym słońcu na ławkach, schodach, murkach. Mieszkamy w otoczeniu gajów oliwnych i winnic. Z okna widzę strzeliste cyprysy. W południe z pobliskiego miasteczka dochodzi dźwięk dzwonów. Wczoraj nie chciało nam się nigdzie spieszyć. Zeszliśmy do Poggibonsi. Wypiliśmy kawę. Powłóczyliśmy się po wąskich uliczkach. Wspięliśmy się na wzgórze, na szczycie, którego dumnie rozparł się zamek. Jaszczurki umykały nam spod nóg. Było zwyczajnie. Błogo i dobrze. W drodze powrotnej spotkaliśmy parę: szpakowatego pana i przepięknie uśmiechniętą kobietę. Prowadzili na smyczy roześmianego psa. Ogon mu się tak machał, że mogę przysiąc, że był ucieszony. Wyglądał... No włosko :) Razem z państwem z psem szły dwa koty po kociemu dumne. Pani na nasz widok zatrzymała się i zapytała skąd jesteśmy i czy byliśmy pieszo w miasteczku. O dziwo jakoś się zrozumieliśmy, pomimo tego, że my po włosku mówimy raczej szczątkowo (co zamierzam definitywnie w tym roku zmienić:)) Gdy przytaknęliśmy zgodnie z mężem wykrzyknęli: bravo, bravo! Pożegnaliśmy się i rozeszliśmy w przeciwne strony. Oni z psem i kotami podążyli w swoją stronę a my wróciliśmy do domu. Bo chwilowo to właśnie tutaj jest nasz dom. I znów było zwyczajnie. Błogo i dobrze. I właśnie takiej zwyczajności Wam życzę. Bo to ona jest najcenniejsza. A na koniec garść zdjęć :)















niedziela, 22 stycznia 2017

Dolce vita czyli poszukiwania Cortony

Widok z Piazza Garibaldi na malowniczą dolinę 
Właściwie to byłam przekonana, że najbardziej ze wszystkich nieznanych miejsc na świecie (a jest ich naprawdę wiele) tak najbardziej pragnę zobaczyć Francję. Paryż, Wersal i Luwr. Pola Elizejskie, małe wiekowe miasteczka i zamki nad Loarą. Byłam pewna aż do momentu gdy obejrzałam film "Pod słońcem Toskanii". I przepadłam. Zauroczyły mnie tajemnicze cyprysy rosnące na poboczach dróg, gaje oliwne, pola słoneczników. Uśmiechnięci Włosi, ich gadatliwość i lekkie podejście do czasu. Zakochałam się na amen. Od pierwszego wejrzenia. W Cortonie, jej stromych wąskich uliczkach, w kapliczce którą zobaczyłam na filmie, we włoskim niebie, we wszechobecnej kawie i winie. I do moich wielu marzeń dołączyło i wysunęło się na prowadzenie to jedno, żeby to wszystko zobaczyć na własne oczy, żeby dotknąć, powąchać, poczuć. Ale wtedy było to poza naszym zasięgiem. Ale mogłam robić coś innego. Zaczęłam gromadzić wszystko co napisano o Toskanii. Oczywiście na pierwszy ogień poszła książka Frances Mayes "Pod słońcem Toskanii". Na początku, gdy zaczęłam czytać zdziwiłam się, że książka nie ma zupełnie nic wspólnego z filmem. Ale nie byłam rozczarowana, bo i owszem dostałam coś zupełnie innego ale za to przesyconego włoskim klimatem. Frances pozwoliła mi zajrzeć do włoskich sklepików, ogrodów, domów. I do listy marzeń dołączyło jeszcze jedno, chciałam kiedyś odnaleźć i zobaczyć na własne oczy Bramasole.
Kilka lat pielęgnowałam marzenia o Włoszech. I w końcu dwa lata temu po raz pierwszy pojechaliśmy. Pamiętam siebie stojącą obok samochodu, marznącą w październikowym chłodzie i zastanawiającą się nad tym czy ja właściwie dobrze robię. Bo co będzie jeżeli moje wyobrażenie w zderzeniu z rzeczywistością polegnie? Co będzie jeżeli się rozczaruję?
Nie rozczarowałam się. Prosto z zimnego październikowego dnia wpadłam w gorący, sierpniowy poranek. Oczywiście był październik, ale we Włoszech było gorąco. Błękitne niebo bez ani jednej chmurki. I ten zapach obłędny! Gdyby mi ktoś zaproponował takie perfumy byłabym ich wierną fanką: rozmaryn, bazylia, tymianek, upalne nagrzane słońcem powietrze, to była istna eksplozja aromatów.
Ale dzisiejszy wpis ma być z założenia o czym innym. O poszukiwaniu Bramasole. Bo było wiadomo, że jednym z żelaznych punktów była wizyta w Cortonie. W końcu od niej to wszystko się zaczęło. Z miejsca, w którym mieszkaliśmy do Cortony było mniej więcej 100 kilometrów. Pojechaliśmy.
Pierwsze schodki, jeszcze nie te ruchome, których
niestety nie sfotografowaliśmy.

Pomnik na Piazza Garibaldi

My w odsłonie włoskiej :)

Jedna z uliczek Cortony

Piazza della Repubblica, trzynastowieczny Palazzo Comunale


Uliczki pną się w górę. I wychodzi słońce :)

Tysiek odpoczywa

Dodaj napis

Kołatki nas zachwyciły



Zatrzymaliśmy się na parkingu u podnóża miasteczka. I co nas przywitało? Ruchome schody, na wolnym powietrzu, które zawiozły nas na górę. Znaleźliśmy się na Piazza Garibaldi. Z tego placu roztacza się taki widok, który zapiera dech w piersiach. Pogoda tym razem była kapryśna. Świeciło słońce ale co chwila nadciągały chmury i siąpił deszcz. Ale obeszliśmy Cortonę szukając znajomych kadrów z filmu, pnąc się w górę stromych uliczek, zaglądając  do maleńkich sklepików. I usłyszeliśmy bicie dzwonów :) Przysiedliśmy na schodach ratusza, zjedliśmy lody. Niestety byliśmy w porze sjesty i wszystko poza jedną knajpką było pozamykane. W związku z tym, że Tysiek umierał z głodu skorzystaliśmy z jedynej możliwości. I cóż... Jedzenie było marne ale Włoch, który nas obsługiwał tak uroczy, że właściwie trudno było czuć irytację. I żeby nie było, mój mąż był podobnego zdania :)
Przerwa na lody
Poniżej Cortona zaklęta w fotografiach:








A potem chcieliśmy zgodnie z planem ruszyć na poszukiwanie Bramasole. Ale nie bardzo wiedzieliśmy jak się do tego zabrać, Tysiek rozmarudzony i zmęczony chciał już wracać więc z żalem odpuściliśmy. To była jedna z rzeczy, której bardzo żałowałam. Ale jak to mówią co się odwlecze to nie uciecze :) I w zeszłym roku powtórzyliśmy wyprawę. Tym razem postawiliśmy na "koniec języka za przewodnika". Najpierw pani w informacji turystycznej zaznaczyła nam na mapce jak iść. Potem gdy nieco się zagubiliśmy, zaczepiliśmy dwie panie, z którymi mieszaniną angielskiego, włoskiego i gestów i uśmiechów dogadaliśmy się i nie dość, że wskazały nam drogę to jeszcze życzyły wszystkiego co najlepsze.
Przeszliśmy przez park w Cortonie pełen spacerujących par, plotkujących starszych pań, grupek włoskich tatusiów, którzy pilnując dzieci umilali sobie czas głośnymi, dynamicznymi dyskusjami. Nawiasem mówiąc Włosi przepięknie gestykulują :) A potem weszliśmy na szosę, którą obsadzono cyprysami. Posadzonych z intencją uczczenia pamięci chłopców, którzy polegli w czasie pierwszej wojny światowej. Idąc w górę ulicy minęliśmy siwego pana i panią w kapeluszu. Uśmiechnęli się do nas porozumiewawczo jakby doskonale wiedzieli dokąd zmierzamy. I w końcu dotarliśmy i możecie mi wierzyć, że nie spodziewałam się, że aż taką wielką przyjemność mi sprawi widok Bramasole. Uśmiech nie chciał zejść mi z ust.
Aleja cyprysów. Tędy Frances wędrowała do Cortony

relaks pod cyprysami

Okoliczne widoki zapierają dech w piersi

Willa Bramasole wyłania się zza zakrętu

To było wzruszające. Dotknąć marzenia. I było dokładnie tak jak opisywała Franczeska:
Kapliczka to pierwsza rzecz, którą widać przy podjeździe do domu. Jest w
zaokrąglonym zagłębieniu kamiennego muru, nic nadzwyczajnego w tych stronach, glinianaMaryja na niebieskim tle w stylu Delia Robbia pośrodku łukowanej wnęki. Widuję tu na wsi inne takie kapliczki zakurzone, zapomniane. O tej z jakiegoś powodu się pamięta.
Mój pielgrzym to stary człowiek w płaszczu narzuconym na ramiona, chodzący
powoli, jakby zadumany. Kiedyś minęłam się z nim w parku w Cortonie. Powiedział wtedy z powagą:
- Buongiorno.
Ale nie wcześniej, niż ja to powiedziałam. Zdjął na chwilę czapkę z głowy i
zobaczyłam frędzelki białych włosów wokół łysiny, na ciemieniu świecącej jak żarówka.Oczy miał chmurne i dalekie, kamiennie niebieskie. Widuję go też na ulicach miasteczka. Nie jest towarzyski, nie przysiada się do znajomych pijących kawę przy stolikach. Idąc główną ulicą, nie zatrzymuje się, żeby z kimkolwiek porozmawiać. Przychodzi mi na myśl, że może on jest aniołem, zawsze w płaszczu narzuconym na skrzydła, niewidzialny dla wszystkich oprócz mnie. Pamiętam, jak śniło mi się pierwszej nocy tutaj, że odkryję obecność stu aniołów, jednego po drugim. Ten anioł jednak ma ciało. Chustką do nosa ociera pot z czoła.
Może urodził się w tym domu, a może kochał kogoś, kto tu mieszkał. Albo może te cyprysy wzdłuż szosy posadzone ku pamięci miejscowych chłopców poległych w pierwszej wojnie światowej (aż tylu ich z jednego małego miasteczka?) przypominają mu o kolegach. Może jego matka była bardzo piękną damą i wsiadała do powozu w tym właśnie miejscu, albo jego ojciec, strasznie zawzięty, wygnał go raz na zawsze z tego domu. Albo może on dziękuje Jezusowi za wysłuchanie prośby, żeby jego córki nie operowali niebezpieczni chirurdzy w Parmie. Albo po prostu to jest tylko cel jego codziennego spaceru, przyjemny nawyk, hołd oddawany Bogu Wędrówki. Tak czy inaczej, waham się, czy zetrzeć kurz z oblicza Maryi, czy wyglansować ścierką ten błękit, a nawet, czy poruszyć kopiec zesztywniałych kwiatów na ziemi, wciąż jeszcze nietknięty. W starych miejscach jakieś życie, a my zawsze przechodzimy przez nie. Ten człowiek sprawia, że wyczuwam wokół domu wielkie kręgi. Przez lata całe będę się tu uczyła, czego mogę dotykać i jak. 


Docieramy

kapliczka








Była kapliczka z Matką Boską, i balkon i zielone okiennice. I napis Bramasole i kuta brama. Tylko starszego pana nie było. Za to wracając spotkaliśmy tę samą parę: siwego pana i panią w kapeluszu. Tym razem mężczyzna nie tylko się do mnie uśmiechnął ale lekko kiwnął głową. Kim był? Nie mam pojęcia. Ale z całą pewnością będę go pamiętać. I mam nadzieję, że gdy tam wrócimy znów go spotkamy. A wrócimy na pewno. Bo Włochy uzależniają.