Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytałam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytałam. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 stycznia 2018

Strzeżcie się czyli "Ogród Zuzanny"

"Ogród Zuzanny" brzmi niewinnie. A tymczasem moi drodzy nie ulegajcie pozorom, nie dajcie się zwieść, krótko mówiąc: strzeżcie się!  Bo w momencie gdy otworzycie książkę i leniwie przesuniecie wzrok po pierwszych słowach przepadniecie i słuch po Was zaginie. Z pełną świadomością zignorujecie głodnego męża, jęczące potomstwo... Ba, żebyście w pełni pojęli co was czeka dodam, że nawet domagający się napełnienia miski kot, nic nie wskóra. A wiadomo, że zignorowanie potrzeb kota to już wyższa szkoła jazdy:). Bowiem "Ogród Zuzanny" wciąga i nie daje się odłożyć.
W tej powieści jest wszystko co kocham i co Wy pokochacie. Trzy pokolenia kobiet: babka, matka i córka, mieszkające pod jednym dachem, w urokliwym domu - Kurzej Stopce. Domu, którego absolutnie nie chce się opuszczać. W kuchni zawsze jest coś pysznego do przegryzienia, najstarsza z pań Czaplicz, Cecylia, piecze i gotuje jak anioł. I ogólnie jest takim domowym aniołem stróżem. Gdy trzeba przytuli, pogłaszcze i pocieszy ale też umie nieźle zmyć głowę. Parzy tajemnicze herbatki, robi motanki, zaczarowuje rzeczywistość. Krystyna, jej córka ma zupełnie inny charakter. Życie jej nie oszczędzało i zapewne dlatego oblekła się w kolczasty, ochronny pancerz. Tylko, czy na pewno jest jej w nim wygodnie? Czy naprawdę jest taka szorstka, czy udaje tak skutecznie, że nawet samą siebie potrafi oszukać? Jest jeszcze Zuzanna, wnuczka Cecylii i córka Krystyny. Mądra, wrażliwa i bardzo pogubiona. Sama wychowuje syna, pracuje jako projektantka ogrodów, które jednocześnie są jej wielką miłością i pasją. Zuzanna kocha rośliny i fascynuje się wiktoriańską mową roślin. Uwierzcie, że znając sekretny język kwiatów, można powiedzieć praktycznie wszystko. Wyznać miłość, oznajmić, że ma się żal a nawet, że skrywa się pewne tajemnice. Zuzanna tęskni za miłością. I choć stara się brać przykład z babci, nie zawsze udaje jej się patrzeć na świat z optymizmem, choć trzeba przyznać, że bardzo się stara.
Polecam z całego serca!!!

Sporo też w tej powieści, barwnych postaci pobocznych (choć właściwie nie wiem, czy można je tak nazwać, bo każda z nich odgrywa w powieści istotną rolę), które sprawiają, że samemu chciałoby się zamieszkać w Starej Leśnej. Proboszcz Fąfara - motocyklista, sąsiad pań Czaplicz, Jacek Wtorek - zwariowany ekolog, cukiernik Stanisław Grzybek- smakosz, Kazia i Wiola - przyjaciółki Zuzanny, Wiesław Koczocik - aptekarz... Można by było jeszcze długo wymieniać. Ale jeżeli nadal nie czujecie się dostatecznie przekonani dodam, że spotkacie tutaj niesamowicie wojowniczą kurę, świnię, która nadmiernie wyrosła, psa, który cierpi na brak miłości... I jak tam czujecie się choć odrobinę zaintrygowani? Powinniście :)
Ta książka pachnie kwitnącym ogrodem i  ciastem, budzi tęsknotę za domem i opiekuńczymi ramionami bliskich. Sprawia, że nagle uważniej patrzymy na przyjaciół, dzieci i współmałżonków. Jest mądra i głęboka, bo mówi o tym co najważniejsze: o lojalności, miłości i przyjaźni. O wybaczaniu i zrozumieniu. O przewrotności losu i tęsknocie za miłością. Jest zarazem zabawna i wzruszająca, ciepła i otulająca.  Emanuje z niej świeżość, radość i przykazanie, by czerpać z życia pełnymi garściami. 
Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że pokochałam bohaterów "Ogrodu Zuzanny". I zachęcam Was byście pozwolili sobie na to samo :) 

Dodatkowo zapraszam Was jutro, bo o książce i trochę o sobie opowiedzą same autorki. Tymczasem tutaj pod tekstem napiszcie dlaczego chcielibyście przeczytać "Ogród Zuzanny". Razem z paniami Jagną i Justyną wybierzemy jedną z odpowiedzi a jej autora obdarujemy powieścią. Pozdrawiam Was serdecznie! 

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Jestem pod wrażeniem i witamy naszych gości :)

Wiecie co? Jesteście boskie! Piszę "boskie" bo chyba żadnego pana wśród nas nie było... Uwielbiam takie akcje, bo Wasze emocje mi się udzielają, ekscytacja, oczekiwanie i entuzjazm. Coś pięknego! Dziękuję, że jesteście tu z nami. Bo teraz, przez najbliższy tydzień dołączą do nas panie Justyna Bednarek i Jagna Kaczanowska. Ale to dla Was żadna niespodzianka, bo idealnie odgadłyście kim będą nasi goście. I tak pierwszy "Ogród Zuzanny" powędruje do Beaty Kandzi. Ale to dopiero początek. Autorki będą z nami przez cały tydzień i jeszcze będzie można przytulić kolejne egzemplarze "Ogrodu Zuzanny". A uwierzcie, że warto. Ale o tym już jutro. Zapraszam Was, zaglądajcie, komentujcie i bądźcie z nami. A tymczasem Jagno, Justyno witamy wśród naszego rozczytanego grona. Kto z zaglądających chciałby poznać obie Panie bliżej? Odezwijcie się w komentarzach, przywitajmy Autorki żeby poczuły się wśród nas jak w domu:) Buziaki wieczorne i ciepłe uściski.
Beato, poproszę o adres do wysyłki na maila: magdakor@vp.pl

niedziela, 7 sierpnia 2016

Paryż nigdy nie ma końca czyli Paryska żona

Paryż lat dwudziestych. Kafejki, restauracje, pisarze, poeci, artyści. Morze alkoholu, zabawa po sam świt. Miłość, bezgraniczne szczęście i równie bezdenna rozpacz. Młodziutki Hemingway i jego pierwsza żona Hadley Richardson. To wszystko przesunęło mi się przed oczami gdy tylko zobaczyłam zapowiedź powieści napisanej przez  Paulę McLain "Paryska żona". Historia Ernesta i Hadley nie była mi obca. Znałam ją z "Ruchomego święta", książki napisanej przez Hemingwaya. Jednej z moich ulubionych. Ale o ile w "Ruchomym święcie" poznajemy historię z punktu widzenia Ernesta, to "Paryska żona" przedstawia nam zupełnie inne spojrzenie na te same wydarzenia - spojrzenie żony pisarza. Oczywiście nie jest to biografia, to powieść ale mocno oparta na faktach.
Autorka tak o tym pisze:

“Choć Hadley Richardson, Ernest Hemingway i inni pojawiają się w tej książce jako postaci powieściowe, to jednak faktycznie istnieli i musiałam z jak największą dokładnością, zgodnie z istniejącymi dokumentami, oddać szczegóły ich biografii. Prawdziwa historia małżeństwa Hemingwayów, bardzo dramatyczna i wzruszająca, została przepięknie przedstawiona przez samego Ernesta Hemingwaya w Ruchomym święcie, a ja postanowiłam sięgnąć głębiej, do emocji bohaterów, i dać nowe spojrzenie na wydarzenia historyczne, pozostając jednocześnie wierna faktom.”

I rzeczywiście emocji jest w powieści sporo. Tak samo jak atmosfery charakterystycznej dla paryskiej bohemy. Miłość Ernesta i Hadley zawsze wydawała mi się piękna. Choć Hadley wcale nie była pierwszym wielkim uczucie, Hemingwaya. Ernest miał za sobą wielką nieszczęśliwą miłość z czasów pierwszej wojny. Zakochał się na zabój w pielęgniarce, przeżył z nią gorący romans, ale dziewczyna nie zamierzała się z nim związać na stałe. Rzuciła go. A potem nastała Hadley. Dobra, miła, opiekuńcza. Stawiająca dobro Ernesta ponad wszystko. Kochająca go bezwarunkowo. Oddana. Wyszła za Ernesta i przyjechała z nim do Paryża. Żeby jej mąż mógł spełnić swoje największe marzenie, żeby mógł zostać pisarzem.
Ernest i Hadley

I rzeczywiście nie wiadomo jak potoczyłyby się jego losy gdyby zdecydowali się zamieszkać gdzie indziej. Być może Ernest stał by się kimś zupełnie innym. Być może gdyby nie wciągnęłaby go paryska atmosfera i towarzystwo nie napisałby tekstów, które zaprowadziły go na szczyt. Ale przyjechali właśnie tutaj i chyba właśnie to miasto przesiąknięte artystyczną atmosferą, ludzie, którzy mieli podobne marzenia i pragnienia sprawili, że Ernest w przyszłości stał się wielkim pisarzem. Ale czy szczęśliwym człowiekiem?
Ale chwilowo nie wybiegajmy tak daleko w przyszłość. Otwierając "Paryską żonę" najpierw zanurzymy się w życie dwojga młodych i zakochanych w sobie ludzi. Pijanych młodością, cieszących się życiem i sobą. Choć już wtedy widać było, że Ernest kocha przede wszystkim swoją pracę. Był na swoim punkcie niesamowicie wrażliwy, żeby nie powiedzieć przewrażliwiony. I pokiereszowany duchowo. Przeżycia z pierwszej wojny zostawiły trwałe ślady. Hemingway sypia  przy zapalonym świetle, bo tylko wtedy udaje mu się unikać koszmarów, choć te i tak od czasu do czasu wracają, miewa napady depresji, wątpi w sens życia. Bycie z kimś takim, odpowiedzialność za niego wymagało ogromnego hartu ducha. Hadley stała się jego opoką, jego stałym punktem w świecie, jego powierniczką i kimś na kim bezwzględnie mógł polegać. Ile to ją kosztowało? I jak wielka może być miłość? Czy rzeczywiście wszystko wybacza?
Na jednej z ostatnich kart książki padają takie słowa:

"Czasem było mi przykro pomyśleć, że dla ludzi śledzących z zainteresowaniem jego życie byłam tylko pierwszą żoną, paryską. Ale to chyba przemawiała przeze mnie próżność, pragnienie wyróżnienia się w długim szeregu kobiet. Prawdę mówiąc, nie miało to dla mnie znaczenia, co widzieli inni. My wiedzieliśmy, co razem przeżyliśmy i co o znaczyło, i choć od tamtej pory wiele się wydarzyło w jego i w moim życiu, to jednak nic nie mogło dorównać tamtym powojennym latom w Paryżu. Życie było boleśnie czyste, proste i dobre, i wierzę, że Ernest był wówczas najlepszy."

Cokolwiek można powiedzieć to na pewno nie to, że Hadley była jedynie pierwszą żoną. Była aż pierwszą paryską żoną. Szczególną kobietą, którą Ernest kochał zupełnie inaczej niż wszystkie późniejsze przewijające się przez jego życie. W pewnym sensie stała się też jego ostatnią miłością. Bo to właśnie jej poświęcił "Ruchome święto", które kończy się tymi słowami:

"Paryż nigdy nie ma końca i wspomnienia każdego, kto w nim mieszkał, różnią się od wspomnień kogoś innego. Zawsze do niego wracaliśmy bez względu na to, kim byliśmy czy jak się zmienił, czy z jakimi trudnościami albo łatwością można było tam dotrzeć. Paryż zawsze był tego wart i otrzymywało się zapłatę za wszystko, co mu się przyniosło. Ale taki był Paryż w tych dawnych czasach, kiedy byliśmy bardzo biedni i bardzo szczęśliwi."

Zachęcam Was bardzo serdecznie do sięgnięcia po obie pozycje. Hadley zasługuje na to by o niej pamiętać. A w powieści "Paryska żona" można się rozkochać. Na moment cofnąć czas, zanurzyć się w przeszłość i razem z Hemingwayem, Hadley, Gertrudą Stein i wieloma wieloma innymi napić się absyntu, pospacerować po ogrodzie luksemburskim i przetańczyć całą noc w ramionach dawnego Paryża, który przecież nie ma końca...

   

środa, 16 grudnia 2015

Noelka wyciągnięta z półki - znaczy do świąt naprawdę już niedaleko :)

Trzeba, byś żył dla innych, jeżeli chcesz żyć dla siebie.
Seneka
Noelka Małgorzaty Musierowicz to mój stały, coroczny punkt wprowadzenia się w świąteczny nastrój. Wyciągnęłam ją z półki dzisiaj rano. I wystarczyło, że spojrzałam na pierwsze zdanie:"Elka była zdrowa i mocna jak orzech." i z miejsca poczułam, że wigilia naprawdę nadchodzi. Nawet nie musiałam czytać dalej (choć oczywiście to uczyniłam) żeby znaleźć się w kuchni Cyryjka i Metodego, wąchać bigos, który każdy ze starszych panów przyprawia po swojemu, lepić z Cyryjkiem pierogi no i czekać razem z Elką na Baltonę. Kto nie czytał może się nieco zdziwić, bo gdzie w tym opisie świąteczny nastrój. Ten jednak kto czytał wie, że w tej książce jest wszystko czym powinno być przesiąknięte Boże Narodzenie. Jest miłość, jest drugi człowiek, zbłąkany wędrowiec, którego ni mniej ni więcej Elka wykopuje za drzwi... Może nie dosłownie ale prawie. Zresztą chyba takich słów użył Tomcio, gdy razem z Elką przebraną za aniołka utknął w windzie. Są prezenty, choinki i wigilia u Borejków, podczas której nie tylko mamie Borejko zaszklą się oczy. Zawsze sięgam po tę książkę, bo w niej znajduję to co najistotniejsze. Jest w niej prawdziwy duch świąt. I cud. I pachnie piernikiem do którego Idusia zamiast miodu wlała smalczyk i są słowa o narodzinach Jezusa, które  jeszcze długo po odłożeniu książki tkwią w pamięci i sercach. No i jest mój ukochany Baltona. Nie wiem czy ja już kiedyś się do tego przyznałam, ale Baltona to moja wielka miłość. Marzyłam o takim chłopaku gdy jeszcze byłam nastolatką i zazdrościłam Patrycji z całego serca. Tego, że oni razem nad tym jeziorem mogli siedzieć i słuchać ciszy a ona tak pięknie gładziła go po ostrzyżonych króciutko włosach. Nagrzanych słońcem :) Ale to już było w Pulpecji, kolejnej części. Ale skoro się książki zna na pamięć to skojarzenia same się nasuwają. W Noelce Baltona wyglądał jeszcze inaczej. Posłuchajcie co mówi o nim Elka o orzechowych oczach, która już za momencik zamieni się w anioła o szafirowej twarzy :

Taki był cudowny! - arogancki, pełen dzikiego, beztroskiego wdzięku, obcy i niezwykły. Imponujący i fascynujący. Chudy i niebezpieczny, z takimi wilczymi zębami. Och. Och. I tak zupełnie nie zwracał na nią uwagi! Po raz pierwszy w życiu Elka poczuła się przy kimś aż tak nieważna. Jakby jej w ogóle nie było. Musiała uruchomić całą swą energię i siłę woli, by go skłonić do choćby jednego uważniejszego spojrzenia. Ale niewiele to dało. Rozmawiał z nią tak, jakby musiał się zniżać do jej poziomu. Mówił o filmach Jarmuscha, a ona w ogóle nie wiedziała, kto to Jarmusch. I wspomniał o Gombrowiczu, którego Elka jeszcze nie czytała. Boże, czuła się jak idiotka. A on w dodatku miał takie oczy przenikliwe, z takimi rzęsami. I takie usta cyniczne, gorzkie. Och.   

Muszę wam powiedzieć, że gdy po raz pierwszy czytałam Noelkę też nie wiedziałam kim jest Jarmusch i z miejsca rzuciłam się do książek żeby tę wiedzę uzupełnić. Bo przecież marzyłam o takim Baltonie i co by było gdyby nagle się okazało, że tak zupełnie i nieoczekiwanie stanąłby na mojej drodze a ja nie wiedziałabym kim jest rzeczony pan na J :) I miłość przeszłaby mi koło nosa z powodu nieuctwa. Och! :)

Wracając jeszcze do świątecznych aspektów. W Noelce poruszona jest jeszcze jedna ważna kwestia. Taka, która gdzieś tam siedzi w moim sercu i czasem rwie niczym nieusunięta drzazga. Szczególnie w sytuacjach, w których czuję się bezradna. Tak było jakiś czas temu. Rok albo dwa, nie pamiętam już dokładnie. Było zimno, czas okołoświąteczny. Wracaliśmy od znajomych. Późną nocą. Weszliśmy na klatkę, a tam na betonowej podłodze, skulony leżał bezdomny. Spał. I był pod wpływem. Cała klatka nieziemsko cuchnęła (wiem brzmi źle, ale nie ma innego dobrego słowa) długo niezmienianymi ubraniami. Weszliśmy z Kubą do domu i bez słowa popatrzyliśmy na siebie. Ja poszłam do kuchni mój mąż do pokoju. Po chwili byliśmy z powrotem na klatce z grubym kocem, reklamówką pełną jedzenia. Otuliliśmy go i zostawiliśmy pakunek z kanapkami, ciastem, mięsem. Wróciliśmy do domu i tam dopiero się popłakałam. Bo miałam świadomość, że tak naprawdę nie zrobiłam nic żeby poprawić los tego człowieka. Ale z drugiej strony nie wiedziałam co jeszcze mogłabym zrobić. Nie ośmieliłam się zabrać go do domu... I o tym właśnie pisałam w tekście o smutku pustego miejsca. I o tym też bardzo mądrze pisze pani Musierowicz:

- Mnie męczy przykre przeświadczenie - włączyła się Ida  - że połowiczna dobroczynność nie ma sensu. Nie poprawiliśmy doli tych dzieci ani odrobinę. Ogrzaliśmy je tylko i nakarmili.
- A czy to aż tak mało? - spytała nieśmiało mama Borejko.
- E tam, mamuś  - powiedziała Ida. - Jeszce dzisiaj będą znów brudne, zmarznięte i głodne. Rozumiesz, o co mi chodzi. Gdyby człowiek miał być dobry, tak naprawdę, na serio i konsekwentnie , musiałby po prostu zająć się losem tych dzieci do końca..
- Obawiam się, że do wyboru są tylko działania symboliczne albo bierność - odezwał się Marek Pałys.
- Chcę tylko powiedzieć - ciągnęła Ida -że miłość bliźniego to zadanie bardzo trudne. Kto wie czy nie najtrudniejsze.  
- Mnie się zdaje, że rozszczepiacie włos na czworo. Po prostu zawsze można coś zrobić. Symbolicznie czy nie, skutecznie czy tylko troszkę skutecznie, ale... zawsze można coś zrobić. To wszystko.    

No właśnie. To wszystko. Tak sobie to usiłuję własnie poukładać w głowie. Że niekiedy można zrobić tylko troszkę. Ale to chyb lepiej niż nic. Tyle tylko, że ta zadra po tym "trochę" zostaje. Na zakończenie chciałabym jeszcze przytoczyć słowa, które chyba powinny stać się dla każdego drogowskazem. I to nie tylko w czasie świąt:

- Więc jak tam sobie usiadłem, na tych schodach, to zrozumiałem, że Bóg nie może nam się ukazać inaczej, jak przez drugiego człowieka.  

I właściwie nic więcej nie można tu dodać. Wszystko zostało powiedziane. Chyba już teraz rozumiecie dlaczego Noelka co roku jest moją przedświąteczną lekturą obowiązkową :)  


czwartek, 12 listopada 2015

Przegląd czytelniczy

Czyli co ostatnio przeczytałam.  W tym roku nie zrobiłam książkowej listy i jestem na siebie wściekła. Z tytułami to jest tak, że z czasem się zacierają, a lista przeczytanych pozycji ma to do siebie, że zawsze można zajrzeć, sprawdzić... Od przyszłego roku na pewno będę notować. O tak, od przyszłego roku na pewno będę bardziej systematyczna, pracowita, szczuplejsza... Dobrze, że mam jeszcze parę dni żeby przygotować się na tak drastyczne zmiany :) Właściwie to można to przyrównać do bukowego jutra:

Nowy rok czy jutro na jedno w tym wypadku wychodzi:)

Ale wracajmy do przeglądu. A więc przeczytałam:

Biografię Nałkowskiej autorstwa  Iwony Kienzler. Ale o niej już pisałam tutaj. Żeby się nie powtarzać dorzucam dwa wpisy z jej dzienników (mam wszystkie tomy i podczytuję w międzyczasie). Widać tu wyraźnie jak bardzo Nałkowska tęskniła za miłością i jak była nieszczęśliwa...

Warszawa, 18 marca 1903 roku, środa

Dziś znowu gorzej z gardłem. – Zazdroszczę tobie, którykol­wiek czytasz mój dziennik: w tej chwili możesz zobaczyć, jak wiele jeszcze pozostaje do końca tej grubej księgi, czyli – jak długo będę jeszcze żyła. A ja, będąc w tym miejscu książki, pisząc to – nie wiem. Tam dalej – puste, białe karty – życie czy śmierć? I ile życia? Drugie tyle czy rok, dwa?
Pociechą jest mi w tym smutnym, szarym życiu myśl o Rygierze. Jego rzadkie zęby, „baranie” oczy i cudny timbre głosu wydaje mi się jak jeden czar. Nie tęsknię za nim. Wystarcza mi, że on w ogóle gdzieś jest.

Górki, 10 VII 1914 roku

Stało się. Godziny upływają mi na pasowaniu się z męczarnią dziwaczną jak obłąkanie. Czasami nie pojmuję, jak mogłam wystawić się na to, co przecież przechodzi moje siły. Nie stopień tęsknoty jest ważny, tylko te paroksyzmy trwogi, że jakoś tego nie zniosę, że nie wytrzymam. Najlepiej jest, kiedy zanoszę się od płaczu. — Wiem już, że czas leczy tęsknotę — ale myśl, że przeminie to jedyne, co mię z nim łączy, jest dla mnie straszna jak śmierć. Jeszcze rozstać się i z myślą o nim — — Wczoraj, wbrew projektom, nagle zdecydowałam się pojechać do Warszawy, by widzieć go jeszcze przez dziesięć minut. Ale właściwie uciekłam przed obłędem, przed przerażeniem, że nie zobaczę go już, choć jeszcze mogę. Zapewne dobrze jest, że niczym nie dałam mu poznać tej męki, że byłam w chwili ostatniej serdeczna i żartobliwa. Nie przez dumę, tylko z obawy — — Nie wie o żadnej łzie, o żadnym przerażeniu. Nie wie, że jest mi potrzebny jak oddech. Rozumiem teraz kobiety, które czepiają się nóg, które za cenę jednego widzenia zniosą każde poniżenie. Jest to przerażający próg.


"Narzeczona Schulza" Agata Tuszyńska -
19 listopada 1942 roku. Na rynku w Drohobyczu zostaje zastrzelony Bruno Schulz. Kilka lat później "Sklepy cynamonowe" i "Sanatorium pod Klepsydrą" zdobywają status arcydzieł i rozpoczynają wędrówkę do kanonu światowej literatury. Legenda genialnego artysty zaczyna żyć własnym życiem. Pośmiertnym sukcesom Schulza z pewnego oddalenia przygląda się tajemnicza kobieta… To Juna, znana czytelnikom z dedykacji do Sanatorium pod Klepsydrą.

Tak mi się poskładało, że przeczytałam "Narzeczoną" od razu po "Nałkowskiej". I dobrze, bo pewne rzeczy i tematy zazębiły się, uzupełniły, popatrzyłam na nie z szerszej perspektywy. Książka niewątpliwie godna polecenia. Piękny język no i sama postać Juny intrygująca. Sporo też można dowiedzieć się o Schulzu. I o Junie, jedynej kobiecie której Bruno zaproponował małżeństwo.

A to fragment rozmowy z autorką, opublikowany w Polskiej Gazecie Krakowskiej:

Dlaczego skromna stara panna, po wojnie dyrektorka biblioteki WSP w Gdańsku, ma się stać bohaterką książki? Czy wystarczy kilkuletnie narzeczeństwo z pisarzem z Drohobycza? Nieudana próba samobójcza po zerwaniu z Schulzem? 

Jest w niej tajemnica, która mnie pociąga. Tajemnica związku z Schulzem i tajemnica jej pochodzenia. Stale przed czymś uciekała, może przed sobą samą również? Przez lata nie pozwalała wyjawić swojego nazwiska, jako narzeczonej autora "Sklepów cynamonowych". A przecież swego czasu Schulz nazywał ją "najbliższym człowiekiem na ziemi". Coś tajemniczego zdarzyło się w jej życiu, we Lwowie, w Drohobyczu, coś, o czym nie chciała mówić, ale co zaważyło na jej losach. Po wojnie wybrała samotność, ale przeszłość i postać mężczyzny, którego kochała, niezmiennie jej towarzyszyły. Nikomu nie mówiła o Schulzu. Zamilczała jego obecność, wydarła z pamięci, a z drugiej strony - nad jej łóżkiem wisiały namalowane przez niego portrety z jej młodości i mnóstwo rysunków. Co sprawiło, że do końca życia pozostała Schulzowi wierna? Takie pytania poruszają wyobraźnię.   

Fakt poruszają. Poza tym książka jest wartościowa w trójnasób: to biografia Szelińskiej ale zarazem biografia Schulza i znakomita powieść. Sięgnijcie bo warto.

"Dolores Claiborne" Stephen King

Mieszkańcy Little Tall Island czekali blisko 30 lat, by dowiedzieć się, co przydarzyło się mężowi Dolores Claiborne pewnego dnia latem 1963 roku podczas całkowitego zaćmienia Słońca. Podejrzana o zamordowanie swojej pracodawczyni, bogatej Very Donovan, Dolores niespodziewanie przyznaje się do popełnienia zupełnie innej zbrodni, uparcie jednak deklarując: 'Wszystko, co robiłam, robiłam z miłości'. Tak zaczyna się jej niezwykła opowieść...

Czy rzeczywiście z miłości można zabić? I czy do osoby, która z premedytacją popełnia morderstwo można czuć sympatię? Cóż King sprawia, że pyskatą, momentami wulgarną Dolores zaczyna się lubić. I to pomimo tego, że od początku wiemy z kim mamy do czynienia. Zapewne gdyby czytelnik poznałby jej historię z gazetowych artykułów byłby przerażony. Nie wahałby się nazwać ją morderczynią. Ale słuchając jej spowiedzi  powoli zmienia zdanie. Wręcz zaczyna trzymać za nią kciuki i w pełni ją rozumie.Bo zdarzają się sytuacje, które nie pozostawiają wyboru.

„Dasz się nabrać raz, zmądrzeć szybko czas. Dasz się nabrać dwa razy, jesteś cymbał bez skazy.” 

Oto jedna z zasad, którymi kieruje się  Dolores. Nie dać się nabrać dwa razy. Nie dać się skrzywdzić ponad miarę, zawalczyć o siebie i o najbliższych. "Dolores Claiborne" to opowieść o kobiecie, która w życiu dotknęła wszystkiego co najgorsze, która musiała podjąć drastyczne decyzje a potem żyć ze świadomością tego co zrobiła. Kłamiąc, zmagając się z wyrzutami sumienia, koszmarami sennymi.

Czasem trzeba być bezduszną jędzą, żeby dać sobie radę w życiu. Czasem tylko to daje ci siłę...”

King napisał rewelacyjną powieść psychologiczną. Zagłębił się w kobiecą psychikę, wgryzł się w nią i zrobił to niezwykle umiejętnie.  Co więcej pomimo tego, że z dekalogiem z reguły się nie dyskutuje tutaj nie mamy wyjścia i musimy się zastanowić, czy przykazanie "Ne zabijaj" jest takie bezsporne.
Jedno natomiast jest pewne. Jędze są potrzebne. I każda matka kochająca swoje dzieci staje się taką wiedźmą.

„Wszystko, co zrobiłam, zrobiłam z miłości... z miłości, jaką matka darzy swoje dzieci. To najsilniejsza miłość na świecie i najbardziej niebezpieczna. Największą jędzą na ziemi jest matka przerażona o swoje potomstwo.“

Tak więc moi kochani czasem nie pozostaje nam nic innego jak zostać jędzą... A z jędzą nie radziłabym zadzierać :)







wtorek, 10 listopada 2015

Nałkowska i jej mężczyźni

Kobieta, która bała się zestarzeć, która przeglądała się w oczach mężczyzn i szukała u nich podziwu i uznania. Musiała błyszczeć i być na pierwszym miejscu. Przy jej wydatnej pomocy wydano "Sklepy cynamonowe" Schulza. Nazywana "polską Messaliną", mówiono też, że droga do kariery międzywojennych pisarzy wiodła przez jej łóżko. Pierwsza, która miała odwagę domagać się równouprawnienia kobiet we wszystkich sferach, również a może nawet przede wszystkim domagała się wyzwolenia kobiecego erotyzmu i seksualności.
Nałkowska fascynowała mnie od dawna. Już to, że dotknęła modernizmu, dwudziestolecia międzywojennego i PRL - u czyni ją wyjątkową. Poza tym do legendy przeszło jej bujne życie erotyczne. Niby wyzwolona, pragnąca rozkoszy w ramionach mężczyzn wybierała na partnerów brutali, typy macho, panów, którzy z reguły przynosili więcej problemów niż szczęścia. Czemu? Tak zanotowała w dzienniku:
"Marzę o kimś silniejszym, przy kim mogłabym zamknąć oczy chociaż na chwilę"
 A na kogo trafiała? Jej pierwszy mąż był erotomanem. Ale też świetnym kochankiem i Nałkowska wpadła w jego sidła. Można by rzec, że przepadła z kretesem. Ba, jej mąż i jego podboje erotyczne początkowo ją fascynowały. Bo taki doświadczony, taki obeznany, tak umiejący sprawiać rozkosz. A ona niewinna niczym lilia uczyła się od niego życia. Zachwyt trwał do czasu. Najpierw ukochany Rysio uwiódł pokojówkę. Nałkowska usłyszała o tym z ust samej uwiedzionej, która przybiegła do niej na skargę. Pojawiła się pierwsza rysa na szkle. Tym bardziej, że Zofia za tę dziewczynę czuła się odpowiedzialna. Obiecała jej matce, że będzie nad nią czuwać. Potem było jeszcze gorzej. Kochanek Rysio miał nieprzebrane ilości. Jak to na erotomana przystało. Co więcej chwalił się żonie swoimi podojami. Nałkowska zanotowała w dzienniku: "Przychodził nad ranem, roztkliwiony, mówił, że jestem atłasowa, że pachnę konwalią i wiosną, a tamta sprzed godziny... Ileż było takich zestawień. Okrutne i niepotrzebne".  Najgorsze w tym wszystkim było to, że miał nad nią władzę. Niesamowicie ją pociągał, widać świetnie spisywał się w sypialni, bo Zofia jeszcze wielokrotnie mu ulegała. Nawet wtedy, gdy ie mieszkali już razem potrafił skutecznie zawrócić jej w głowie i spowodować zmysłowe szaleństwo. Biorąc pod uwagę, jak silną i inteligentną kobietą była Nałkowska można tylko sobie wyobrazić jak strasznie irytowała ją ta uległość, to poddanie się urokowi piekielnego bawidamka.
To że była odważna potwierdza jej wystąpienie w 1907 roku na Zjeździe Kobiet. Nałkowska wygłosiła tam referat, który wywołał skandal. Mówiła jasno i wprost, że kobiety mają prawo do przyjemności z seksu, który bynajmniej nie jest dla nich jedynie koniecznością i celem do zostania matkami. Poruszyła też problem prostytutek. Mówiła o tym, że dziwi się, że na Zjeździe Kobiet nie ma ani jednej przedstawicielki tego zawodu. Dowodziła, że to zamykanie oczu i zakłamanie. Co więcej stwierdziła, że prostytucje uprawiają również mężatki, które prócz ciała sprzedają mężowi jeszcze i duszę.
"Nie właściwości erotyczne, nie nasz stosunek do mężczyzny powinien orzekać o naszej moralności. Walcząc o równouprawnienie polityczne i ekonomiczne nie wolno nam zapominać, że nie jesteśmy obywatelkami, póki nasze należenie do tej lub owej grupy społecznej, do związku, póki nawet prawo uczestnictwa w zjazdach kobiecych zależeć będzie od tego, jakie są nasze prywatne sprawy miłosne." - grzmiała  z mównicy. Wyobrażacie sobie miny tych wszystkich czcigodnych dam tam zgromadzonych? Myślę, że podziw mieszał się z oburzeniem i potępieniem. Nałkowska przemówienie to zakończyła stwierdzeniem: "Chcemy całego życia".
I chyba to można uznać za jej motto życiowe. Chciała żyć i oddychać pełną piersią. Chciała budzić podziw i być kochaną. Chciała pisać i wspinać się na twórcze wyżyny. Jeżeli macie ochotę poznać ją lepiej sięgnijcie po książkę Iwony Kienzler "Nałkowska i jej mężczyźni". Pasjonująca opowieść o niebanalnej i pełnej pasji kobiecie - Zofii Nałkowskiej.

środa, 21 października 2015

Tamte cudowne lata -cudowne!

Niezwykła historia o wielkiej mocy książek i prawdziwej miłości, porównywana do powieści Carlosa Ruiza Zafóna.

„Tęsknię za czasem, kiedy byliśmy panami życia”, mówi, krzątając się po kuchni, Lola. Jej dawna egzystencja, pełna marzeń, poświęcona była książkom i dyskusjom w kawiarniach, leniwym sjestom i snuciu wizji lepszej Hiszpanii, która w tamtym okresie powoli uczyła się demokracji. Jednakże przyszedł rok 1936, rok wybuchu hiszpańskiej wojny domowej, i życie zamieniło się w walkę. Teraz, po piętnastu latach, Loli i jej mężowi Matíasowi pozostał jedynie mały antykwariat, na wpół ukryty w jednej ze starych madryckich dzielnic, i sprzedawanie przypadkowym klientom romansów i zapomnianych klasyków. To tutaj, w tej skromnej księgarence, pewnego popołudnia roku 1951 Lola pozna Alice, kobietę, która znalazła w literaturze sens istnienia. We dwie, czytając wspólnie jedną książkę, zabiorą nas do Anglii początków XX wieku, gdzie poznamy pewną dziewczynkę, dorastającą w nieświadomości, kim byli jej rodzice. 
Powieść Marian Izaguirre to hołd złożony lekturze, ale również opowieść o dwóch kobietach, które wiedzą o życiu zbyt dużo, by móc o tym mówić."

Nie wiem czy porównałabym "Tamte cudowne lata" z powieściami Zafona. Dzięki Bogu już od długiego czasu nie zwracam uwagi na to do czego lub kogo przyrównują daną powieść wydawcy. Sama muszę się przekonać. W tym wypadku wystarczyło zaledwie kilka stron bym utwierdziła się w przekonaniu, że to książka, która idealnie do mnie pasuje.
Wyobraźcie sobie kobietę. Nie taką bardzo starą, ale siwe włosy dodają jej lat. Jest samotna, dużo spaceruje, przesiaduje na ławkach, podróżuje bez konkretnego celu autobusami. Czasem robi coś co ją samą zaskakuje. To Alice, tajemnicza angielka mieszkająca w Madrycie.  Pewnego dnia ulegając przeczuciu, impulsowi podąża za młodym mężczyzną. Razem z nią wędrujemy zaułkami, przebiegamy ulice mając nadzieję, że mężczyzna jej nie zauważy. I tu pierwsze spostrzeżenie, Alice jest postacią, której bezwiednie zaczyna się kibicować. Ani się człowiek spostrzeże a już trzyma za nią kciuki i przyjmuje wszystko co robi bez zastrzeżeń. Pomimo tego, że jej działania zaskakują i dziwią. Ale właśnie taka jest Alice i za to zaczyna się ją kochać.
Okazuje się, że mężczyzna jest właścicielem antykwariatu. Prowadzi go razem z żoną Lolą. Alice ledwo przekracza próg księgarni i robi kolejną zaskakującą rzecz. Podrzuca księgarzowi książkę "Dziewczyna o włosach jak len". I od tego momentu zaczynamy podróż w czasie. To historia, która przeniesie nas do Anglii i Paryża lat dwudziestych.  Poza tym książkowy podrzutek sprawi, że Alice i Lola (żona księgarza) poczują do siebie sympatię. Rodzące się pomiędzy nimi zaufanie sprawi, że łatwiej im będzie zmierzyć się z tym co było i wraca i z tym co dopiero nadejdzie.
Wyobraźcie więc sobie Alice i Lolę gdy siedzą razem w antykwariacie i wspólnie czytają książkę o dziewczynie o włosach jak len. Wyobraźcie sobie, że ta lektura przenosi was do przedwojennego Paryża, że odwiedzacie z bohaterami kluby, obracacie się wśród bohemy, słuchacie muzyki. I uczestniczycie w dramatach, radościach i tragediach ich życia. I odkrywacie tajemnicę.
"Tamte cudowne lata" to książka o miłości. Tej ludzkiej ale też tej do książek. O lekturach, pisarzach i o tym jak ważne jest by mieć na półkach książkowych przyjaciół, bo czasem czytanie może uratować życie albo ustrzec od popadnięcia w obłęd. To książka o przyjaźni i tęsknocie. O ludzkim okrucieństwie i dobroci. O nadziei i wytrwałości. Czytając ma się wrażenie, że jej lektura przenosi w czasie. Wraca się do opowieści babci, do powolnego cykania zegara, do tego do czego gdzieś tam w głębi duszy się tęskni. Do przeszłości właśnie. Moim zdaniem ta książka nie potrzebuje porównań. Nie trzeba wabić do niej nazwiskiem Zafona. Ona jest sama w sobie piękna, oryginalna i niepowtarzalna. Cóż więcej dodać? Chyba tylko tyle, że polecam :)


poniedziałek, 19 października 2015

Przegląd czytelniczy

Ostatnio czytam nieco mniej bo nieco więcej pracuje. Tak to się jakoś u mnie nieodmiennie przekłada. Sięgam wprawdzie do książek, które są mi potrzebne do pracy, zagrzebana jestem w związku z tym w Oskarze Kolbergu, książkach o Dziadach Wędrownych, Gazetach z 1800 z kawałkiem... W notatkach od przyjaciół (Igo,Błażeju dziękuję!). Ale nie byłabym sobą gdybym przy okazji nie czytała czegoś dla czystej przyjemności. Chociaż prawdę mówiąc wciągnęłam się w tematy potrzebne do pracy i jestem zainspirowana. Mówię tak odrobinę szyfrem, bo to jeszcze nie jest dobry moment żeby zdradzać szczegóły. Ale już za chwileczkę, już za momencik napiszę więcej :) A to znaczy, że praca wre i gna do przodu. Ale wracając do moich lektur. Ostatnie trzy książki, które towarzyszyły mi głównie wieczorami to:

Gdzie jesteś Jimmy? Autor: Carolina Leavitt

Rok 1956. Ava Lark z dwunastoletnim synem Lewisem wynajmuje dom w atrakcyjnym miejscu, przedmieściach Bostonu. Jest piękną rozwiedzioną Żydówką i kobietą pracującą. Sąsiedzi okazują się niezbyt życzliwi. Lewis tęskni za nieobecnym ojcem i przyjaźni się z dziećmi, które także wychowują się bez ojca: Jimmym i Rose. Pewnego popołudnia Jimmy znika. Sąsiedzi – ogarnięci zimnowojenną paranoją – wykorzystują okazję, by jeszcze bardziej odsunąć się od Avy i jej syna.

Po latach, gdy Lewis i Rose znowu się spotykają, usiłując rozwikłać tragiczną zagadkę, muszą zadecydować: czy powinno się mówić prawdę, nawet jeśli rani ukochane osoby, czy też pewne tajemnice lepiej zostawić pogrzebane na zawsze?

Seria "Leniwa Niedziela" mogłaby sugerować, że będzie to lektura ciepła, leniwa właśnie. Nic bardziej mylnego. Książka jest niesamowita. Autorka nie napisała książki o zaginięciu. Napisała przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy zostają i muszą się zmierzyć z codziennością, która nadchodzi po zniknięciu kogoś bliskiego. Jak bardzo taka tragedia upośledza rodzinę, przyjaciół? Jak wpływa na sąsiadów? Co wyzwala w rodzicach dzieci, które mieszkają w sąsiedztwie?
To jedno oblicze powieści. Niesamowite zagłębienie się w psychikę bohaterów. Tych głównych i pobocznych.
Drugie to sama zagadka. Cały czas, do końca książki zastanawiałam się, gdzie jest Jimmy. Nie dawało mi to spokoju ani na moment. I dla mnie to jest kunszt. Bo umiejętność trzymania czytelnika w takim napięciu to sztuka. Podsycanie ciekawości, takie złapanie na haczyk tutaj jest przeprowadzone rewelacyjnie.
Z tyłu na okładce jest taka opinia:
„Książka Gdzie jesteś, Jimmy? opisuje świat, w jakim chcielibyśmy zatrzymać się dłużej, oraz tajemnice, które usiłujemy rozwikłać, czytając do bladego świtu”.
Jeżeli chodzi o dosłowne rozumienie to zgadzam się tylko z drugą częścią zdania. Osobiście za nic nie chciałabym zamieszkać razem z Avą na przedmieściach Bostonu. Nie chwiałabym zatrzymywać się tam na dłużej. Nigdy w życiu. Natomiast chciałbym stać się przyjaciółką matki Levisa, Avy właśnie. I namówić ją do przeprowadzki. W bardziej kolorowy, przyjazny świat. Ale to z czytaniem do bladego świtu i pragnienie rozwikłania tajemnic to stuprocentowa prawda. Polecam!

Ale nie jest to numer jeden z książek, które ostatnio przeczytałam. Numerem jeden jest powieść Marian Izaguirre "Tamte cudowne lata".

"Niezwykła historia o wielkiej mocy książek i prawdziwej miłości, porównywana do powieści Carlosa Ruiza Zafóna.

„Tęsknię za czasem, kiedy byliśmy panami życia”, mówi, krzątając się po kuchni, Lola. Jej dawna egzystencja, pełna marzeń, poświęcona była książkom i dyskusjom w kawiarniach, leniwym sjestom i snuciu wizji lepszej Hiszpanii, która w tamtym okresie powoli uczyła się demokracji. Jednakże przyszedł rok 1936, rok wybuchu hiszpańskiej wojny domowej, i życie zamieniło się w walkę. Teraz, po piętnastu latach, Loli i jej mężowi Matíasowi pozostał jedynie mały antykwariat, na wpół ukryty w jednej ze starych madryckich dzielnic, i sprzedawanie przypadkowym klientom romansów i zapomnianych klasyków. To tutaj, w tej skromnej księgarence, pewnego popołudnia roku 1951 Lola pozna Alice, kobietę, która znalazła w literaturze sens istnienia. We dwie, czytając wspólnie jedną książkę, zabiorą nas do Anglii początków XX wieku, gdzie poznamy pewną dziewczynkę, dorastającą w nieświadomości, kim byli jej rodzice. 
Powieść Marian Izaguirre to hołd złożony lekturze, ale również opowieść o dwóch kobietach, które wiedzą o życiu zbyt dużo, by móc o tym mówić."

Pamiętacie jak prosiłam o tytuły, które ostatnio czytacie? Kilka mnie naprawdę zaintrygowało, w tym ten (Iwonko dzięki wielkie :)). Zakochałam się. Ale więcej napiszę jutro. W każdym razie to książka, którą mogę okrasić takim komentarzem:


 Rzeczywiście skończyłam ją z takim poczuciem, że muszę odczekać zanim sięgnę po następną. Więcej o "Tamtych cudownych latach" jutro.

Natomiast największy problem miałam z Vintage. Sklepem rzeczy zapomnianych. Długo nie mogłam się zdecydować co mam myśleć o tej książce. O tym też będzie wpis. Już wkrótce :)

Czytaliście którąś z wymienionych pozycji? I czy zdarza wam się mieć kaca książkowego? :)


  

czwartek, 27 sierpnia 2015

Biblioteczny stosik, pierwszy ale nie ostatni :)

To chyba mój pierwszy w życiu stosik :) Znaczy sfotografowany, bo stosików to ja miałam, mam i będę miała pod dostatkiem. To moje plany czytelnicze na najbliższy czas. Czytaliście coś z tego? Albo chcielibyście przeczytać? Albo może chcielibyście recenzję któregoś z tytułów? Jeżeli tak to piszcie :)



Od góry:

Marsha Mehran "Zupa z granatów".
Trzy piękne siostry Aminpur, uciekinierki z ogarniętego rewolucją Iranu, przybywają do małego irlandzkiego miasteczka Ballinacroagh. Otwierają w nim egzotyczną Cafe Babilon. Chociaż tradycyjne perskie potrawy, kuszące nieznanymi aromatami, intrygują mieszkańców, tajemnicze kobiety budzą nieufność i wrogość. Siostry muszą znaleźć sposób, by pokonać ludzką niechęć i zjednać sobie przyjaciół w nowym miejscu. Zupa z granatów- debiut który stał się międzynarodowym bestsellerem - to wypełniona zapachami i smakami magiczna opowieść o konfrontacji dwóch odmiennych kultur, przypominająca Czekoladę i Przepiórkę w płatkach róży. Dodatkowo dla smakoszy trzynaście przepisów na oryginalne potrawy.


Gillian Flynn "Mroczny zakątek"
Libby Day była małą dziewczynką, gdy zamordowano jej matkę i dwie starsze siostry. To jej zeznania doprowadziły do skazania jej piętnastoletniego brata Bena na dożywocie.

Dziś, po dwudziestu pięciu latach, Ben nadal siedzi w więzieniu, a Libby desperacko potrzebuje pieniędzy. Kiedy więc członkowie Klubu Zbrodni, stowarzyszenia, które fascynuje się tajemniczymi zabójstwami uznają, że Ben został niesłusznie skazany i proponują jej pieniądze w zamian za pomoc w jego uwolnieniu, Libby nie może się nie zgodzić. Musi poradzić sobie z demonami przeszłości, ocenić, co naprawdę pamięta z tamtej nocy, a co wmówiono jej w trakcie śledztwa i wreszcie poznać prawdę o swojej rodzinie. Czy brutalnego morderstwa dopuścił się brat, posądzany o satanizm? Czy śledczy popełnili błąd?

Gillian Flynn jest światowym fenomenem wydawniczym. Jej ostatnia powieść, „Zaginiona dziewczyna”, sprzedała się w ponad 6 milionach egzemplarzy i zapoczątkowała modę na thrillery psychologiczne -podobną do tej na kryminały skandynawskie po publikacji trylogii „Millenium”.

Jej debiutancka powieść „Ostre przedmioty”, jako pierwsza w historii, zdobyła dwie Dagger Award. „Mroczny zakątek” został wybrany najlepszą książką roku według „Publisher’s Weekly”, ulubioną książką krytyków „New York Timesa” i „Chicago Tribune”. Tej jesieni w kinach pojawią się ekranizacje dwóch jej powieści: „Zaginionej dziewczyny” w reżyserii Davida Finchera i „Mrocznego zakątka” z Charlize Theron w roli głównej.



Susan Gloss "Vintage. Sklep Rzeczy Zapomnianych" 
W czym tkwi istota kobiecej przyjaźni? Może w umiejętności słuchania i współodczuwania?

Violet, właścicielka sklepu z używanymi rzeczami Vintage, potrafi słuchać. Historii o rzeczach. I historii o ludziach. Jej klientki często odkrywają przed nią swoje tajemnice, choć – na pozór – często mówią tylko o przedmiotach. Porządkując szafy – porządkują swoje życie. I wspomnienia.

Swoją historię ma wszak plamka na sari, w którym wychowana w tradycyjnej hinduskiej rodzinie Amithi ruszyła do Ameryki u boku poślubionego w Indiach męża. I jej rubinowe kolczyki, przechodzące od pokoleń z matki na córkę, w których Jayana, córka Amithi, nie chce wziąć tradycyjnego ślubu. I oddana do butiku sukienka, z którą wiąże się dramat zerwanych zaręczyn April. Kostiumy teatralne i historia wyboru między nowojorską sceną teatralną a dużą rodziną. I kapelusz babci Violet (nie na sprzedaż!)…

W sklepie rzeczy zapomnianych Vintage nie ma rzeczy bez historii, a losy wielu ich byłych i przyszłych właścicielek (i właścicieli!) niekiedy zaskakująco się ze sobą splatają. Przyjaźń nie zna bowiem barier wieku, rasy, pochodzenia. Daje moc, pomaga wyjść bezpiecznie z najtrudniejszych życiowych zakrętów.

A miłość? Potrafi wybaczać. Ale też zmusza do trudnych wyborów.

Jednak żeby naprawdę się zaprzyjaźnić, trzeba też umieć się otworzyć, a to najtrudniej przychodzi samej Violet. Czy jej sklep pełen niecodziennych rzeczy przetrwa?

Sklep rzeczy zapomnianych Vintage to czarująca opowieść o szukaniu nowego życia, o miłości i nadziei, które możemy znaleźć nawet wtedy, gdy się tego najmniej spodziewamy. O możliwościach, które w nas tkwią, a które pomagają nam w sobie odkryć oddane przyjaciółki.

„Cudowna historia stanowiąca kwintesencję prawdziwej kobiecej przyjaźni” – Stephanie Evanovich, „New York Times”.


Józef Ignacy Kraszewski "Wspomnienia Wołynia Polesia i Litwy"
Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy – relacja z podróży po Kresach Józefa Ignacego Kraszewskiego wydana w Wilnie w 1840 roku. Wydanie
paryskie z 1860 ilustrowane było szkicami wykonanymi przez pisarza.











Jan Marcin Szancer "Curriculum vitae"
Chciał być malarzem, tworzyć monumentalne dzieła, został najwybitniejszym ilustratorem książek dla dzieci i młodzieży. Dla grafików, ilustratorów to absolutny ideał, mag. Czarodziej wyobraźni, ambasador wyobraźni, to tylko nieliczne z imion opisujących magiczną moc jego twórczości, dzięki której bez reszty zawładnął i ukształtował wyobraźnię wielu pokoleń Polaków. Trudno znaleźć czytelników, których nie uwiódł delikatnymi, subtelnymi twarzami ludzi o pięknych oczach, smukłych sylwetkach, bajkowym mikrokosmosem pełnym chrząszczy, biedronek, koników polnych, motyli i… krasnoludków. Trudno znaleźć kogoś, kogo nie wprawił w zachwyt owocami współpracy z Janem Brzechwą, Julianem Tuwimem i innymi wybitnymi pisarzami. Lokomotywa, Pan Kleks, Baśnie Andersena, Pinokio to tylko nieliczne z niezapomnianych, wspaniałych dzieł wielkiego mistrza ilustracji.

Wznowiona po ponad 40 latach autobiograficzna książka przypomina niezwykłego artystę, człowieka wielkiej pasji i wrażliwości.

Lekko, bez zbędnego nadęcia, językiem wspaniałego gawędziarza wprowadza nas autor w swoje bogate, aktywne życie, poprzez świat dzieciństwa i młodości przedstawiając swoje fascynacje oraz rozterki życiowe i artystyczne z tego okresu życia.

Muzą Jana Marcina Szancera była ukochana żona Zofia z domu Sykulska. To ona zainspirowała go do napisania tej niezwykle ciekawej książki.

środa, 26 sierpnia 2015

Zbrodnia w Szkarłacie, musicie, po prostu musicie przeczytać!

Lubicie zagadki, tajemnice rodzinne, stare dwory z tradycjami i ich mieszkańców, którzy dodatkowo mają wyraźnie zarysowane charaktery?  Jeżeli tak to "Zbrodnia w szkarłacie" jest książką właśnie dla Was. A jeżeli jeszcze lubicie jak książka Wam pachnie dobrą kuchnią, taką, że aż ślinka cieknie, jeżeli z rozrzewnieniem myślicie o dawnych spiżarniach zapełnionych frykasami to tym bardziej nie powinniście przegapić tej powieści. A jeśli dodatkowo marzy Wam się możliwość podejrzenia tego jak odbywały się przygotowania do ślubu mieszkanki dworu to... Sami wiecie:) Koniecznie musicie sięgnąć po książkę autorstwa pani Kasi.
A ślub poprzedzają niecodzienne okoliczności. Panna Helena, przyszła panna młoda, nie ma posagu, choć teoretycznie jest on na wyciągnięcie ręki, ukryty gdzieś na terenie posiadłości, przez jej dziadka. Dodatkowo rodzina ma kłopoty finansowe, stoi na skraju bankructwa. Dwór jest zadłużony, przyszła panna młoda z rezerwą odnosi się do narzeczonego a jakby tego było mało w jednym z pokoi dochodzi do morderstwa. Sami przyznacie, że to dość trudne warunki do urządzenia romantycznego ślubu. 
I z tym wszystkim będzie musiał poradzić sobie  nietuzinkowy detektyw Jan Morawski (osobiście uwielbiam Jana. Bo jak nie kochać kogoś takiego? Inteligentny, przystojny, błyskotliwy. Po prostu marzenie :)) , który początkowo miał li i jedynie zająć się poszukiwaniem ukrytego skarbu.  Teraz będzie miał pełne ręce roboty. 
Kim jest morderca? Czy dojdzie do ślubu? Dlaczego pruski urzędnik jest tak podejrzanie miły? Czy uda się ocalić dwór, który nie jest tylko majątkiem ale uosabia wszystko to co polskie?    
Cóż nie odpowiem na żadne z tych pytań. Nie mogłabym odebrać Wam przyjemności z odkrywania tych wszystkich tajemnic, ze smakowania każdej strony. Bo "Zbrodnia w Szkarłacie" jest właśnie taką powieścią, którą się smakuje.Można się w niej rozkochać. 
Dzięki niej dane mi było przenieść się w czasie do roku 1900, zamieszkać w Jeziorach - wielkopolskim dworze, słuchać zegara wygrywającego w szczególnych momentach Mazurek Dąbrowskiego, zasiadać wraz z mieszkańcami do posiłków, kłopotać się problemami życia codziennego i z zapartym tchem uczestniczyć w poszukiwaniu sprawcy zbrodni.
Katarzyna Kwiatkowska stworzyła barwną i nietuzinkową galerię postaci, splotła ze sobą ich losy i tak je zagmatwała, że nie sposób oderwać się od lektury. Tajemnica goni tajemnicę, napięcie rośnie, bohaterowie co rusz nas zaskakują a ich poczynania sprawiają, że to co początkowo zdawało się oczywiste staje pod znakiem zapytania.
„Zbrodnia w szkarłacie” to nie tylko kryminał ale też świetna powieść historyczna, szpiegowska i przygodowa, z pasjonującym wątkiem miłosnym. To powieść o tym, że nawet gdy Polski nie było na mapach istniała w sercach Polaków. O patriotyzmie, tradycjach skrzętnie pielęgnowanych w polskich domach.  Do końca czytałam z wypiekami na twarzy. A gdy dotarłam do ostatniej strony było mi żal żegnać się z mieszkańcami Jezior i z dworem, w którym nieoczekiwanie dla samej siebie się zadomowiłam.

Koniecznie musicie przeczytać! 

sobota, 22 sierpnia 2015

Czytam... I chcę być Ziemniaczaną Damą.

Czytam "Tysiąc dni w Toskanii". Lubię książki Marleny de Blasi. Są mądre. Nie przesłodzone. Pachnące włoską kuchnią. Pełne krętych ścieżek, uroczych zakamarków, uśmiechów i najróżniejszych charakterów. Można w nich znaleźć atmosferę domu i zaostrzyć nimi apetyt. Nie tylko na jedzenie ale też na to by marzyć i oddychać pełną piersią. I wierzyć. Poza tym pani Marlena wyznaje tę samą filozofię życiową co ja. Oto fragment, którym chciałabym się z Wami podzielić:

"... - Kiedyś znałam pewną kobietę bardzo podobną do ciebie - mówię.
- Chcesz powiedzieć, że wyglądam na Amerykankę? -pyta nieśmiało Flori,tylko nieznacznie obracając głowę w moją stronę.
- Nie do końca. Widziałam tę kobietę zaledwie raz. Miałam wtedy osiem, dziewięć lat. Byłam z wizytą u przyjaciół albo krewnych mojej babci, na wybrzeżu liguryjskim, nieopodal Genui. Raczej nie bardzo mi się tam u nich podobało. Tak czy inaczej wyruszyłam na spacer po plaży, niedaleko domu naszych gospodarzy, ispotkałam pewną kobietę piekącą ziemniaki w ognisku rozpalonym z kawałków drewna wyrzuconego przez fale. Miała na sobie kilka warstw długich spódnic, cała była owinięta szalami i chustami. Uśmiechnęła się do mnie, a ja usiadłam obok niej na piasku i zaczęłam ją obserwować. Wyciągnęła z kieszeni płaską srebrną butelkę, ujęła moją rękę i nalała na nią kilka kropli gęstego, ciemnozielonego płynu.Następnie wypiła odrobinę tajemniczego napoju, uśmiechając się i zamykając z lubością oczy. Ja zrobiłam to samo. Najpierw pomyślałam, że ten zielony syrop jest okropny - zupełnie jakbym piła krople żołądkowe. Jednak gdy go przełknęłam, poczułam właściwy smak i wtedy na mojej twarzy również pojawił się uśmiech. Pierwszy raz w życiu skosztowałam oliwy. (...) 
- Proszę cię, nie przerywaj, mów dalej.
- Otóż ta Ziemniaczana Dama przykucnęła na piasku podobnie tak jak ty przed chwilą. Na nogach miała grube kalosze widoczne spod spódnic.Wpatrywała się w ogień i co jakiś czas wstawała, żeby cisnąć w morze jakiś kamień albo kawał drewna.A gdy ziemniaki przypiekły się na złoty kolor, obróciła je i namaściła oliwą. Rzuciła też garść soli, którą wyjęła z innego magicznego schowka, rozniecając wielkie płomienie. W końcu wsadziła dwa albo trzy kawałki ziemniaka na patyk i podała mi. Zdążyłam nabrać na nie tak wielkiej ochoty, że jadłam parząc sobie usta - nie mogłam się nasycić ani pieczonymi ziemniakami, ani tą chwilą. Chciałam wtedy być nią. Kobietą z plaży. Nosić takie spódnice, szale, chusty i mieć srebrną buteleczkę. Też chciałam umieć sprawić, że kartofel smakuje lepiej niż czekoladowe ciasteczko. To właśnie ona, bardziej niż ktokolwiek inny, pozwoliła mi poznać samą siebie.Niekiedy zastanawiam się czy ta Ziemniaczana Dama nie była jakimś duchem, który pojawił się, by przekazać mi jedną z największych tajemnic - że o urodzie życia decyduje umiejętność cieszenia się chwilą. Tylko, że ta kobieta istniała naprawdę, Flori. I gdy myślę o niej teraz, uświadamiam sobie, że na pewno miała swoje zmartwienia. Ale znalazła sposób, na to, by jej życie mimo wszystko było piękne, tak jak tamtego popołudnia. Przyszło jej to tak samo łatwo, jak wyciągnięcie z kieszeni srebrnej flaszeczki. To był jej dar dla mnie. Pokazała, że szczęście jest kwestią wyboru."

Wiecie co? Też chce być taką Ziemniaczaną Damą. Zaczarowywać zwykłe dni i cieszyć się codziennością. Głęboko wierzę, że szczęście jest kwestią wyboru. Kto się do mnie dołączy i zostanie Ziemniaczaną Damą?

niedziela, 16 sierpnia 2015

Córka piekarza, czyli o tym, że dobro pachnie ciepłym chlebem

Znacie takie powiedzenie "uczepił się jak rzep psiego ogona"? Doskonale mogłam je zastosować do książki Sarah McCoy. Zobaczyłam "Córkę Piekarza" przypadkiem, u kogoś na blogu albo w jakiejś księgarni internetowej. Nie pamiętam do końca. Ale za to dokładnie pamiętam, że potem nie mogłam wybić sobie tej książki z głowy. Nie czytałam recenzji, nie szukałam informacji, po prostu cały czas o  niej pamiętałam i miałam niesamowitą ochotę ją przeczytać. Za jakiś czas przeglądając recenzje "Tajemnicy Bzów" natrafiłam na zdanie mówiące o pewnym podobieństwie pomiędzy Leośką a "Córką piekarza". I wtedy pomyślałam, że teraz to już koniecznie muszę, najlepiej natychmiast. Jak widać po dzisiejszym tekście dopięłam swego. Zacznę od dygresji, że rzeczywiście obie powieści, moja i Sary McCoy, mają wspólną cechę: przeszłość miesza się z teraźniejszością. I wojna zmienia wszystko. Z tym, że w "Córce Piekarza" wojna toczy się po tej drugiej stronie. Elsie jest młodą, niemiecką dziewczyną, córką piekarza właśnie.


"W 1945 r. Elsie Schmidt jest naiwną nastolatką, marzącą o swym pierwszym łyku szampana i pierwszym pocałunku. Ona i jej rodzina chronieni są przed skutkami wojny przez wysoko postawionego oficera SS, który chce się ożenić z Elsie. Kiedy w wigilię Bożego Narodzenia na progu jej domu pojawia się mały żydowski uciekinier, dziewczyna musi podjąć dramatyczna decyzję. Sześćdziesiąt lat później, w El Paso w stanie Teksas, Reba Adams zbiera materiał do felietonu świątecznego dla lokalnego czasopisma. Gdy rozpoczyna wywiad z właścicielką niemieckiej piekarni "U Elsie", nie spodziewa się, że wróci tam wiele razy. Usłyszana historia ożywia w niej wspomnienia własnej dramatycznej przeszłości, zaś pytania Reby przypominają Elsie bolesne wydarzenie posępnego, ostatniego roku II wojny światowej. Obie kobiety muszą zmierzyć się z nieprzyjemnymi prawdami z przeszłości i znaleźć w sobie odwagę, by wybaczyć."

To oficjalna notka opisująca książkę. Nie do końca się z nią zgadzam. Dla mnie Elsie może wydorośleje wraz z tym jak potoczą się jej losy, ale nie uważam jej za naiwną. Przeciwnie wydaje mi się, że z całej rodziny to ona dostrzega najwięcej, że ona ośmiela się wątpić w ideologię narzuconą Niemcom przez Hitlera. Matka, ojciec, zgadzają się z tym co dzieje się dookoła. Nawet jeżeli dostrzegają niesprawiedliwość dochodzą do wniosku, że tak musi być dla dobra kraju. Jedynie Elsie jest nieco inna, choć zdaje sobie sprawę, że żeby przeżyć nie należy zbyt głośno mówić o tym co naprawdę się myśli. I to, że to ona otwiera drzwi małemu żydowskiemu chłopcu, Tobiasowi, decyduje o późniejszy losie i jego i jej. Ale żeby była jasność: Elsie nie jest wielką bohaterką. Nie na początku. Przyjmuje małego uciekiniera by spłacić pewien dług, a nie dlatego, że chce koniecznie uratować go z rąk szalejącego w pościgu gestapo. Dopiero potem, z biegiem czasu dojrzewa do podjęcia świadomego ryzyka. I zaczyna kochać chłopca. A sytuacja nie jest łatwa. Jedyną osobą, która wie o ukrytym dziecku jest własnie ona. Ani matka ani ojciec niczego się nie domyślają. Elsie adorowana przez oficera SS, bywającego w ich domu, nie ma łatwo. Musi opanować strach i żyć tak jakby nie miała żadnych tajemnic. I żeby chronić swoją rodzinę i ukrytego Tobiasa przyjmuje pierścionek zaręczynowy i znów przeżywa wstrząs gdy odkrywa skąd pierścionek pochodzi.
Poza odpowiedzialnością za matkę, ojca i ukrywane dziecko, Elsie doskonale wie, że wszystko co zrobi może też zaważyć na losie jej starszej siostry, która przebywa w hitlerowskim ośrodku Labensborn, miejscu gdzie czyste rasowo kobiety miały jedno zadanie: rodzić doskonałe dzieci. O tych ośrodkach wrzucę Wam tekst już niebawem, muszę go tylko odszukać, bo pisałam go jakiś czas temu ale wydaje mi się że przypomnienie nie zawadzi. O tym traktuje część, która dzieje się w przeszłości. Sporo tam grozy, gestapo nie tylko w krajach okupowanych zebrało krwawe żniwo, sporo tam też miłości, poświęcenia i tragedii. I spojrzenia na losy tamtych ludzi przy wykorzystaniu całej palety barw. Chociażby narzeczony Elsie. Wysoko postawiony oficer SS. Służący Rzeszy. Wypełniający rozkazy. Bo tak trzeba. A jednak nie mogący się z tym pogodzić. Często zapominamy, że ludzcy ludzie byli wszędzie i że czasem to właśnie to człowieczeństwo uniemożliwiało życie.
Teraźniejszość to starsza Elsie, jej córka, piekarnia, która pachnie i karmi nie tylko puste żołądki ale też zgłodniałe serca. To zagubiona Reba, dziennikarka, która nie może uporać się z przeszłością a co za tym idzie nie radzi sobie z tym co tu i teraz.
"Córka piekarza" to doskonała powieść. Umiejętnie napisana, mądra, wnikliwa, umiejąca trafić do serca czytelnika i zostać tam na bardzo, bardzo długo.       

czwartek, 9 kwietnia 2015

Wszyscy ludzie przez cały czas... Czyli morderstwo którego nie popełniłam.

Wyobraźcie sobie kogoś okropnie zrzędliwego. Aroganckiego. Irytującego. Wiedzącego wszystko najlepiej. Niegrzecznego. Kąśliwego. Sfrustrowanego. Mającego w nosie opinie i uczucia innych.Wiecznie niezadowolonego. Już? To właśnie stanął przed wami nie kto inny ale Mario Ybl, bohater powieści "Wszyscy ludzie przez cały czas". Od siebie dodam, że można by śmiało rozwinąć tytuł i dodać parę słów. Brzmiał by wtedy: Wszyscy ludzie przez cały czas marzą o zamordowaniu Maria. I ci występujący w powieści i czytający. Gdybym spotkała go w realnym świecie najpewniej bym nie zdzierżyła i popełniła bezwzględny mord dając tym samym pani Marcie Guzowskiej, autorce, początek do kolejnej powieści kryminalnej:)
Ale jako bohater opowieści Mario sprawdza się rewelacyjnie. Poza niewątpliwie mało słodkim charakterem ma inne szczególne cechy i umiejętności. Jest świetnym antropologiem. Kości nie mają przed nim żadnych tajemnic. Ma też ogromny dar do zrażania do siebie ludzi. I cierpi na nyktofobie, czyli panicznie boi się ciemności.
To wszystko o czym wspomniałam będzie  miało ogromne znaczenie dla rozwoju akcji, która dzieje się na Krecie. Z pełnym rozmysłem nie napisałam pięknej, słonecznej greckiej wyspie. Jeżeli ktoś myśli, że Kreta widziana oczami Maria choć w części przypomina tę, którą znamy z folderów turystycznych jest w poważnym błędzie. Kreta Maria to zimne, ponure miejsce, przepełnione mrukliwymi, niesympatycznymi i ześwirowanymi ludźmi.
Mario zostaje ściągnięty do Grecji, przez swojego przyjaciela  Roberta,by pomóc ocenić znalezione podczas badań archeologicznych kości. Okazuje się, że teren wykopalisk to prawdopodobnie dawne miejsce składania rytualnych ofiar z ludzi. Mario z właściwą sobie przenikliwością na podstawie znalezionych szkieletów rekonstruuje przebieg wydarzeń sprzed setek lat.
Jednak mylił by się ten, kto myślałby że to jedyni martwi, których będzie nam dane poznać. Już następnego dnia pojawia się kolejna ofiara i jest nią dziewczyna, która spędziła z Mariem noc. I od tego momentu atmosfera się zagęszcza a akcja nabiera tempa. Razem z ekscentrycznym Mariem odwiedzamy skłócone ze sobą na śmierć i życie (dosłownie) greckie wioski, zaglądamy do miejscowego komisariatu, obserwujemy waśnie rodzinne... I cały czas zastanawiamy się kto i po co zabija? Czy to rzeczywiście miejscowe porachunki czy chodzi o coś więcej? I czy to, że wszystko rozgrywa się podczas Wielkiego Tygodnia, w czasie przygotowań do Wielkanocy ma znaczenie?
Muszę z miejsca się przyznać, że to moje pierwsze spotkanie z Mariem i twórczością pani Marty. Ale już poszperałam i wiem, że są jeszcze inne książki, w których nasz humorzasty antropolog gra pierwsze skrzypce. I koniecznie muszę je przeczytać. Bo pomimo, że jest wkurzający, zadufany w sobie to chętnie spędzę z nim kolejne wieczory.
Książka jest niesamowicie wciągająca, trzymająca w napięciu, wątek archeologiczny pasjonujący, Kreta zobaczona z innej, mniej bajkowej strony ciekawa, Mario jedyny w swoim rodzaju, a zakończenie zaskakujące. Powieść "Wszyscy ludzie przez cały czas" ma w sobie  wszystko to co powinien mieć dobry kryminał. Nic tylko siadać i czytać do czego niniejszym zachęcam z całego serca :)

środa, 25 marca 2015

Zwariowaliśmy, zwariowaliście czyli o potędze marzeń i miłości do książek

Księgarenka "Opowieści Samotnej sosny" w Big Stone
Gap (zdjęcie STĄD)
Jestem bibliofilem. Kocham stare domy. Mam marzenia i wiarę że się spełnią. Męża który jest moim najlepszym przyjacielem. I dość często gdy opowiadamy z Kubą o tym o czym marzymy słyszymy od ludzi: "Zwariowaliście". Po tym wstępie już jasno widać, że byłam skazana na zachwyt. Choć jeszcze o tym nie wiedziałam. Wy też pewnie jeszcze nie wiecie, że to nie będzie opowieść o nas tylko o Jacku i Wendy. Parze, która postanowiła podążyć za marzeniami i założyć własną księgarnię z używanymi książkami.
"Księgarenka w Big Stone Gap"stała na mojej półce już od dawna. Właściwie sięgnęłam po nią przez przypadek. Po prostu wylosowałam książkę z półki na której stoją te nie przeczytane (dobrze przyznam się od razu, że sporo mam tych półek z zaległościami:)). Otworzyłam i przepadłam. Od pierwszych stron. Właściwie wystarczyło zerknięcie na fragment:

"Kiedy sprzedajesz komuś książkę, nie sprzedajesz po prostu trzynastu gramów papieru, tuszu i kleju - sprzedajesz całe nowe życie. Miłość, przyjaźń, humor i statki na morzu w nocy - w książce, prawdziwej książce, są całe niebo i ziemia."

Christopher Morley, The Haunted Bookshop

I serce zaczęło mi szybciej bić. A potem było tylko lepiej. Jack i Wendy kupują stary dom:

"Za sprawą czegoś, co niebezpiecznie przypominało kaprys, zostaliśmy przerażonymi właścicielami edwardiańskiej posiadłości z pięcioma sypialniami i trzema łazienkami, z których tylko jedna działała, skrzypiącymi drewnianymi podłogami i przeciekającym dachem. Nie mieliśmy grosza przy duszy. Pod wpływem salsy i sangrii postanowiliśmy założyć w tym domu księgarnię z używanymi książkami, choćbyśmy to mieli przypłacić życiem."

Cóż poczułam się trochę tak jakbym właśnie czytała o sobie i Kubie (mężu). Wprawdzie nie kupiliśmy jeszcze domu ale wierzę, że w końcu ten moment nadejdzie. Dom najprawdopodobniej nie będzie edwardiański ale za to też będzie miał skrzypiące podłogi, schody na piętro i zapewne niejedną rzecz cieknącą, walącą się i wymagającą naprawy. Fragment z brakiem grosza przy duszy też zabrzmiał niepokojąco znajomo. I choć u nas prawdopodobnie będzie pensjonat/agroturystyka/coś w ten deseń to mam nadzieję, że będzie przypominało choć trochę księgarenkę. A księgarnia Jacka i Wendy to nie jest zwyczajne miejsce. Mam wrażenie, że coś co rodzi się nie z chłodnych kalkulacji ale przede wszystkim powstaje za sprawą marzeń nie może być zwyczajne. Już samo to, że powstało z miłości sprawia, że takie miejsca są odrobinę magiczne, klimatyczne i przyciągające niczym magnes. Czytając "Księgarenkę" widziałam te wszystkie półki zapełniające się powoli książkami, widziałam Jacka i Wendy dźwigających pudła, głaszczących swoje koty, rozmawiających z klientami. Ich księgarnia stała się miejscem spotkań, zwierzeń, miejscem gdzie pod osłoną książek, przy ciepłej szklance herbaty i ciasteczkach każdy mógł się wypłakać, podzielić swoimi kłopotami, radościami i nadziejami. Albo w zupełnym milczeniu schronić się wśród przyjaźnie mruczących książek.

Ale początki wcale nie były łatwe. Życie w niewielkim miasteczku rządzi się swoimi prawami. I na początku niewiele osób traktowało pomysł z księgarnią na poważnie. Na wiadomość o planach Wendy i Jacka mieszkańcy zwykle reagowali jednym słowem: "Zwariowaliście"! Bardzo wymowne jest jedno ze zdań w książce, mówiące właśnie o początkach i reakcji sąsiadów: "Cieszymy się, że tu jesteście, szkoda że nie zostaniecie dłużej".
Ale jak widać chcieć znaczy móc. Wendy i Jack wytrwali. Spełnili swoje marzenie, stworzyli miejsce do którego ciągną mieszkańcy miasteczka i ci, którzy muszą do księgarenki dojeżdżać i tacy, którzy wpadają do niej wtedy gdy przyjeżdżają z wizytą do krewnych i przyjaciół. Co niektórzy przychodzą na pogawędki, inni by pogłaskać leżące na półkach z książkami koty jeszcze inni by robić to wszystko razem. No i większość kupuje książki, przegląda książki, wącha książki... Tak moi kochani to trochę przypomina mały skrawek raju.
Księgarenka jest jedną z tych książek, które zamieszkają na półce z ulubionymi. Jest dla mnie takim wskaźnikiem, że trzeba podążać za marzeniami. I ciężko pracować by mogły się spełnić. Tym cenniejsza, bo opisująca prawdziwe zdarzenia i prawdziwych ludzi. Księgarenka w Big Stone Gap naprawdę istnieje, historia jest prawdziwa, Wendy i Jack zapewne teraz siedzą u siebie wśród półek i piją aromatyczną herbatę. Jeżeli ktoś z Was jeszcze nie miał okazji przeczytać "Księgarenki" serdecznie polecam. I ostrzegam, że książka sprawia, że czytający nie tylko chce odmienić swoje życie ale zaczyna wierzyć, że mu się to uda.
A tutaj możecie zajrzeć do Jacka i Wendy :)




wtorek, 16 grudnia 2014

Złodziejka jak to złodziejka, kradnie:) Czyli rzecz o Złodziejce marzeń Ani Sakowicz.

Anię Sakowicz poznałam jakiś czas temu. Jeszcze zanim napisałyśmy do siebie pierwszego maila podczytywałam jej bloga. Podobało mi się jej poczucie humoru, zmysł obserwacji i sposób pisania. Właściwie zaglądałam do Kury, bo jej wpisy czytało mi się jak najlepszą powieść.  Nie zdziwiło mnie więc za bardzo,  gdy okazało się, że Ania pisze. A potem wydaje. Najpierw był zbiorek opowiadań – humoresek „Żółta tabletka”.  A potem „Złodziejka marzeń”.  Powieść obyczajowa. Sięgnęłam po nią pewnego wieczoru. Miałam przeczytać tylko kilka stron, bo byłam fatalnie zmęczona, ale gdy zaczęłam nie mogłam skończyć. Z każdą stroną powtarzałam sobie: no dobrze to jeszcze jedna i koniec! I tak doleciałam do połowy.  Zegar wskazywał fatalnie nieatrakcyjną godzinę. I tak moi drodzy śmiało mogę stwierdzić, że to że byłam kolejnego dnia makabrycznie niedospana to wina a właściwie zasługa Ani i jej Złodziejki, które wespół w zespół  ukradły mi kilka godzin snu. Poranek też mi zabrały, bo oczywiście ledwo wstałam musiałam dokończyć. Ale cóż robić, Złodziejka ma już taki fach w ręku że kradnie:)
A zaczęło się od tego, że na pierwszej stronie poznałam Joannę, która cierpi na zniechęcenie. Praca nauczycielki, którą do niedawna kochała jakoś tak przestała ją cieszyć. Patrząc na bohaterkę z boku można stwierdzić, że ogólnie niewiele rzeczy tak naprawdę sprawia jej radość. Już pierwsza scena w autobusie uświadamia nam, że Joasia tęskni. I za młodością i za radością życia i za tym co zostawiła za sobą. Za marzeniami i za wiarą w to, że się spełnią. Na całe szczęście nie tylko my to widzimy, bo i bohaterka doskonale zdaje sobie sprawę, że z dnia na dzień jest coraz bardziej zniechęcona i wypalona. I postanawia temu zaradzić. Bierze roczny urlop, który zamierza poświęcić na zrealizowanie swoich dawnych pragnień. Niestety w życiu już tak jest, że nawet najdoskonalszy plan czasem ulega zmianie. I tak jest i w tym przypadku. Joanna ze swoją nastoletnią córką Lusią miast siedzieć w domu i odpoczywać wyjeżdżają by zaopiekować się starszą ciotką. Ciotka z miejsca przykuła moją uwagę, bo spodziewałam się, że zobaczę starszą, gderającą panią a zastałam... Rzecz jasna nie powiem kogo jak i dlaczego:) Wszak nie o to w tym chodzi żeby opisywać książkę. Dodam tylko, że Joanna po przyjeździe do ciotki rzeczywiście będzie musiała się wziąć z życiem za bary. Rozwikłać pewną zagadkę z przystojnym sąsiadem w roli głównej, przeżyć ekscytującą wizytę w seks szopie, ukrywać pewne monstrum pod kołdrą... Poza zabawnymi aspektami powieść porusza też serce w inny sposób. Wątek z hospicjum, samotność, tęsknota, taka zwyczajna, za drugim człowiekiem to wszystko sprawia, że powieść jest doskonale wyważona. Nie jest to ani dramat ani komedia tylko taka prawdziwa, życiowa książka. Czyli z mojego punktu widzenia to powieść z doskonałymi proporcjami. Serdecznie Wam polecam "Złodziejkę" i życzę by i Wam ukradła ona nieco czasu :)
Na koniec dodam tylko, że z jednego powodu strzelam focha: ciotka! Tego się czytelnikowi nie robi! Rzucić mi tu przynętę w postaci jej bujnej przeszłości a potem nic? Absolutne veto! Protestuję i żądam pikantnej opowieści o młodości cioteczki!

środa, 22 października 2014

Podarunek od Krysi czyli o tym jak zapachniało mi świętami. Jednym słowem świetna powieść!

No i stało się! Za oknem słońce, ptaszki śpiewają, liście dopiero zaczynają się złocić. Nic, dosłownie nic nie przypomina o zimie. A mimo to siedzę nucąc kolędy i tęsknie marzę o barszczu z uszkami, karpiu i tej specyficznej i niepowtarzalnej atmosferze, którą otulone są święta Bożego Narodzenia. A wszystko to dzięki magii, która sprawiła, że w słoneczne, ciepłe dni zapachniało nagle zimą i to tą w najpiękniejszym wydaniu. Taką skrzącą się śniegiem, pachnącą miłością, tęsknotą i nadzieją na spełnienie marzeń i pragnień. Jednym słowem moi kochani zapachniało jednym z najcudowniejszych dni w roku: Wigilią. A zawdzięczam to podarunkowi, który otrzymałam niespodziewanie od Krysi Mirek. A jest nim właśnie "Podarunek". Najnowsza powieść Krysi, która już niebawem ukaże się w księgarniach i uwierzcie, że gdy tylko trafi do Waszych rąk a zaraz potem prościutko do serc, i Wy zaczniecie tęsknić. Tak samo zresztą jak Marta. Jedna z bohaterek powieści.
Marta ma dobrą pracę. Męża. Dzieci. Niestety ma również teściową. Taką co to wszystko wie najlepiej, jest idealną panią domu i absolutnie nie może wybaczyć synowej, że ta ukradła jej ukochanego syna. Marta ma też marzenia. Marzy o pięknej wigilii, o magii świąt, która wszystko odmieni, która sprawi, że życie jej i najbliższych się zmieni. Marzy o tym by zasiąść za stołem, przy którym nie będzie żadnych wrednych teściowych... 
Kolejną wyrazistą postacią jest Eleonora. Starsza pani. Ma piękny dom z ogrodem, dom który przetrwał wszelkie burze, kltóry od pokoleń należy do jej rodziny i w swoich murach skrywa niejedną tajemnicę. Eleonora ma też córkę i syna. I ukochaną przyjaciółkę Marysię. Niestety ma również okropną synową, Martę. Dziewczynę, która odsunęła ją od syna i sprawiła, że w uroczej i poukładanej rodzinie zapanował chaos. Eleonora ma też marzenie. Marzy jej się wigilia, taka jak za starych dobrych czasów, z potrawami własnoręcznie przygotowanymi, z synem, który zapomina tego  wieczoru o swojej wrednej żonie... A że Eleonora jest kobietą czynu na marzeniach nie poprzestaje i wigilijną kolację przygotowuje mimo tego, że jeszcze nie wie czy wigilia nie odbędzie się gdzie indziej... 
Kolejna osobą która marzy jest koleżanka Marty - Kaja. Kaja nie chce wiele. Tylko tego by stać ją było na wszystko i by w spełnianiu jej pragnień pomagał jej jakiś bogaty i przystojny mężczyzna. Najlepiej taki, który nie za bardzo lubi liczyć i nie wnika w to, że większa część tego co zarabia przeznaczana jest na spłacanie zaciąganych przez Kaję długów. Kaja marzy też o idealnych świętach. Z choinką ubraną w najdroższe bombki, z jedzeniem zamówionym w najlepszej restauracji, z górą prezentów wysypujących się spod świątecznego drzewka.
Cóż ile ludzi tyle pragnień. Jednak warto w takich momentach przypomnieć sobie przestrogę by uważać o tym o czym się marzy, bo znienacka może nam się to spełnić. I to z mojej strony tyle. Nie zamierzam zdradzać żadnej z tajemnic jakie kryje w sobie ta ciepła i mądra powieść, bo byłoby to równoznaczne z zabraniem Wam kochani przyjemności z czytania. Powiem tylko tyle, że Krysia jest prawdziwą czarodziejką, która potrafi nawet w słoneczne dni wyczarować zimową, świąteczną magię  i sprawić, że słowa: dobroć, miłość, wybaczenie nabierają głębszej wręcz czarodziejskiej mocy. "Podarunek" to powieść, która zostawia nas z przeświadczeniem, że ta prawdziwa, piękna wigilia odbywa się przede wszystkim w naszych sercach i nie zawsze musi kończyć się w grudniowy wieczór. Niekiedy przeciąga się na wiosnę albo lato a nawet zostaje na resztę roku. Jednego natomiast jestem pewna: "Podarunek" jest przepięknym prezentem. Nie tylko wigilijnym, bo książka, która wyzwala w czytelniku to co najlepsze jest ponadczasowa. I za ten podarunek pięknie Ci Krysiu dziękuję. 

środa, 9 lipca 2014

Tajemnica Szkoły dla panien, czyli o tym czy znalazłam to czego szukałam

Właśnie skończyłam czytać. Piszę więc na gorąco. Zanim jednak rozwinę temat pokażę Wam okładkę.



I teraz część z Was już wie co mnie skusiło w tej książce. Zdjęcie jest intrygujące. Kryminał retro brzmi obiecująco. Lata dwudzieste to moje ulubione czasy. Nie mogłam się oprzeć... I czy po skończonej lekturze jestem usatysfakcjonowana? I tak, i nie.
Nazywanie tej powieści kryminałem to spore nadużycie. Owszem są zbrodnie. Pierwsza już na samym początku. W szkole dla panien zostaje odnaleziony trup jednej z uczennic. Podejrzewa się samobójstwo. Chociaż podkomisarzowi Ratajczakowi coś tam w tym samobójstwie nie pasuje to jednak dla świętego spokoju (swojego i innych mieszkańców) postanawia zbagatelizować przesłanki mówiące o tym, że być może to zabójstwo. Za chwile jednak pojawia się kolejny trup i już hipoteza samobójstwa wydaje się naciągana. Jak widać zbrodni nie brakuje (to nie jedyne trupy w powieści). A jednak stanowią one zaledwie tło. Zresztą jako kryminał książka wypada blado. Brak jej napięcia, tego charakterystycznego czegoś, co sprawia, że nie możemy doczekać się rozwiązania sprawy. Akcja płynie zbyt ślamazarnie, jakoś tak się rozmywa. Tak samo zresztą jak Podkomisarz Ratajczak. Ani go nie mogłam polubić, ani znielubić, był lekko mdły.
Natomiast jeżeli popatrzeć na książkę jako powieść obyczajową z wątkami kryminalnymi wygląda to dużo lepiej. Wprawdzie miłośnicy romantycznego ducha lat dwudziestych raczej go w "Tajemnicy" nie znajdą, ale nie można odmówić autorce, że dobrze oddała charakter tamtych czasów. Ciekawie pokazany jest problem radzenia sobie z dopiero co odzyskaną niepodległością, z biedą i nędzą. Dość wyraźnie zaznaczona jest przepaść pomiędzy biedotą i bogaczami, niektóre sceny są naprawdę mocne, jak chociażby ta z wytapianiem smalcu z psów. Zabawnie wypada też ukazanie grona pań, które usiłują działać charytatywnie i polepszać warunki higieniczne oraz poziom moralności mieszkańców miasteczka. Choć tutaj będę się czepiać. Bo z jednej strony są to sceny zabawne, z drugiej wydaje mi się, że mocno przerysowane i dość prześmiewcze. Tak samo zresztą jak pokazanie emancypantek jako rozhisteryzowanych panien nie mogących znaleźć męża. Można by było po lekturze wysnuć wnioski, że wszystkie emancypantki to histeryczki i wariatki, a panie działające w kółkach charytatywnych to nudzące się matrony szukające rozrywki i znajdujące ją w pomaganiu biednym.
Ale żeby nie było, książkę czyta się bardzo dobrze. Ma kilka zaskakujących momentów, historia jest ciekawa, miasteczko i mieszkańcy budzą... No, nie sympatię, ale zainteresowanie.
Mam wrażenie, że autorka chciała przybliżyć czytelnikowi jak trudno było ludziom dwudziestolecia odnaleźć się w zmieniającej się błyskawicznie rzeczywistości. Niepodległość o której się mówiło to jedno, a ta, z którą trzeba się było zmierzyć w praktyce to drugie. To samo tyczy się emancypacji. Wydaje mi się, że przerysowując charaktery pani Joanna chciała pokazać, że zmiana w postępową i światłą kobietę też wcale nie była prosta. Rozumiem ten zabieg, ale jak na mój gust jest za bardzo karykaturalny. Czy polecam tę lekturę? W sumie tak, ale na pewno nie jako powieść kryminalną, a obyczajową. Miłośnicy kryminałów mogą bowiem poczuć się zawiedzeni.        

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Śpiewaj ogrody czyli jestem zaczarowana!

Dziwnie się czuję pisząc ten tekst. Po raz pierwszy doświadczyłam bowiem czegoś takiego. Bardzo chcę napisać o tej książce i tak samo bardzo  nie wiem jak to zrobić, żeby oddać w pełni to co czuję. W jednym zdaniu określiłabym to tak:
Jestem zaczarowana. 
Zaczarowała, omamiła mnie już okładka. Dziewczyna jadąca na rowerze. Przedwojenna dziewczyna, rower, jej uśmiech ma w sobie czar któremu nie sposób się oprzeć. Tytuł też ma w sobie piękno: "Śpiewaj ogrody". Przemówił do mnie, do tej cząstki duszy, która drga tylko w takich momentach, gdy przeczuwa, że oto spotka mnie coś niezwykłego, trwałego, coś co we mnie zapadnie. Jak ta historia właśnie.
"Śpiewaj ogrody" Pawła Huelle to powieść, która smakuje przeszłością. Nagle ten świat, którego już nie ma w sposób magiczny ożywa. 
To opowieść o Grecie. Niemce, która pomimo przegranej wojny nie odchodzi wzorem tysięcy swych rodaków, którzy opuszczają Gdańsk niczym szczury zbiegające z tonącego okrętu. Zostaje w swoim domu by czekać w nim na męża, Ernesta Teodora. Bo gdzież by miał wrócić (jeżeli w ogóle wróci) jeśli nie tu? Do ich dawnego domu?  To opowieść o ich miłości, o przyjaźni z polskim chłopcem, o przedwojennym i powojennym Gdańsku, o Kaszubie panu Bieszke albo Bieszka ale na pewno nie Bieszczańskim, o mrocznych sekretach pewnego Francuza, który dawno temu mieszkał w domu przy Polankach. W domu, w którym później  zamieszkała Greta z Ernestem Teodorem. Francuzie, który tak jak szczurołap  z baśni zwabia swoje ofiary. Z tym, że szczurołap wyprowadza szczury z miasta a Francuz wprost przeciwnie zwabia nieszczęśników do swojego domu. To opowieść o sile muzyki. O szaleństwie na punkcie Wagnera. O niebezpieczeństwie jakie owa muzyka może ze sobą nieść. O odkryciu nieznanej opery Wagnera opowiadającej o Szczurołapie z Hameln. O tym jak to odkrycie zaważy na życiu męża Grety i jej samej. 
Jak zapewne zauważyliście dużo tutaj odwołań do tajemniczego flecisty wabiącego gryzonie. Bo też wydaje mi się, że to jeden z wątków przewodnich: życie naznaczone wołaniem frapującego kusiciela. A kuszenie przybiera najróżniejsze formy. Wreszcie to książka o dorastaniu chłopca, którego pani Greta wprowadza najpierw w świat muzyki, a potem powolutku i niedostrzegalnie wplata w muzyczne wątki inne opowieści, które stają się nierozerwalną pieśnią. Pieśnią która śpiewa ogrody.
Jak widzicie nie jest łatwo o niej pisać, ale jak opisać zwykłymi słowami magię? Nie da się. Trzeba po nią sięgnąć, rozsmakować się zanurzyć, zatracić... A potem zanucić swoją własną pieśń. Wynucić swoje własne ogrody...
Na tyle książki jest jej opis i tam znalazłam to zdanie, które oddaje najlepiej w kilku słowach czego doświadczycie jeżeli zatopicie się w ogrodach pana Pawła:
To książka:
"O muzyce w cieniu Hitlera, literaturze w cieniu zbrodni, miłości w cieniu wojny.”