Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lata dwudzieste lata trzydzieste. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lata dwudzieste lata trzydzieste. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 sierpnia 2016

Paryż nigdy nie ma końca czyli Paryska żona

Paryż lat dwudziestych. Kafejki, restauracje, pisarze, poeci, artyści. Morze alkoholu, zabawa po sam świt. Miłość, bezgraniczne szczęście i równie bezdenna rozpacz. Młodziutki Hemingway i jego pierwsza żona Hadley Richardson. To wszystko przesunęło mi się przed oczami gdy tylko zobaczyłam zapowiedź powieści napisanej przez  Paulę McLain "Paryska żona". Historia Ernesta i Hadley nie była mi obca. Znałam ją z "Ruchomego święta", książki napisanej przez Hemingwaya. Jednej z moich ulubionych. Ale o ile w "Ruchomym święcie" poznajemy historię z punktu widzenia Ernesta, to "Paryska żona" przedstawia nam zupełnie inne spojrzenie na te same wydarzenia - spojrzenie żony pisarza. Oczywiście nie jest to biografia, to powieść ale mocno oparta na faktach.
Autorka tak o tym pisze:

“Choć Hadley Richardson, Ernest Hemingway i inni pojawiają się w tej książce jako postaci powieściowe, to jednak faktycznie istnieli i musiałam z jak największą dokładnością, zgodnie z istniejącymi dokumentami, oddać szczegóły ich biografii. Prawdziwa historia małżeństwa Hemingwayów, bardzo dramatyczna i wzruszająca, została przepięknie przedstawiona przez samego Ernesta Hemingwaya w Ruchomym święcie, a ja postanowiłam sięgnąć głębiej, do emocji bohaterów, i dać nowe spojrzenie na wydarzenia historyczne, pozostając jednocześnie wierna faktom.”

I rzeczywiście emocji jest w powieści sporo. Tak samo jak atmosfery charakterystycznej dla paryskiej bohemy. Miłość Ernesta i Hadley zawsze wydawała mi się piękna. Choć Hadley wcale nie była pierwszym wielkim uczucie, Hemingwaya. Ernest miał za sobą wielką nieszczęśliwą miłość z czasów pierwszej wojny. Zakochał się na zabój w pielęgniarce, przeżył z nią gorący romans, ale dziewczyna nie zamierzała się z nim związać na stałe. Rzuciła go. A potem nastała Hadley. Dobra, miła, opiekuńcza. Stawiająca dobro Ernesta ponad wszystko. Kochająca go bezwarunkowo. Oddana. Wyszła za Ernesta i przyjechała z nim do Paryża. Żeby jej mąż mógł spełnić swoje największe marzenie, żeby mógł zostać pisarzem.
Ernest i Hadley

I rzeczywiście nie wiadomo jak potoczyłyby się jego losy gdyby zdecydowali się zamieszkać gdzie indziej. Być może Ernest stał by się kimś zupełnie innym. Być może gdyby nie wciągnęłaby go paryska atmosfera i towarzystwo nie napisałby tekstów, które zaprowadziły go na szczyt. Ale przyjechali właśnie tutaj i chyba właśnie to miasto przesiąknięte artystyczną atmosferą, ludzie, którzy mieli podobne marzenia i pragnienia sprawili, że Ernest w przyszłości stał się wielkim pisarzem. Ale czy szczęśliwym człowiekiem?
Ale chwilowo nie wybiegajmy tak daleko w przyszłość. Otwierając "Paryską żonę" najpierw zanurzymy się w życie dwojga młodych i zakochanych w sobie ludzi. Pijanych młodością, cieszących się życiem i sobą. Choć już wtedy widać było, że Ernest kocha przede wszystkim swoją pracę. Był na swoim punkcie niesamowicie wrażliwy, żeby nie powiedzieć przewrażliwiony. I pokiereszowany duchowo. Przeżycia z pierwszej wojny zostawiły trwałe ślady. Hemingway sypia  przy zapalonym świetle, bo tylko wtedy udaje mu się unikać koszmarów, choć te i tak od czasu do czasu wracają, miewa napady depresji, wątpi w sens życia. Bycie z kimś takim, odpowiedzialność za niego wymagało ogromnego hartu ducha. Hadley stała się jego opoką, jego stałym punktem w świecie, jego powierniczką i kimś na kim bezwzględnie mógł polegać. Ile to ją kosztowało? I jak wielka może być miłość? Czy rzeczywiście wszystko wybacza?
Na jednej z ostatnich kart książki padają takie słowa:

"Czasem było mi przykro pomyśleć, że dla ludzi śledzących z zainteresowaniem jego życie byłam tylko pierwszą żoną, paryską. Ale to chyba przemawiała przeze mnie próżność, pragnienie wyróżnienia się w długim szeregu kobiet. Prawdę mówiąc, nie miało to dla mnie znaczenia, co widzieli inni. My wiedzieliśmy, co razem przeżyliśmy i co o znaczyło, i choć od tamtej pory wiele się wydarzyło w jego i w moim życiu, to jednak nic nie mogło dorównać tamtym powojennym latom w Paryżu. Życie było boleśnie czyste, proste i dobre, i wierzę, że Ernest był wówczas najlepszy."

Cokolwiek można powiedzieć to na pewno nie to, że Hadley była jedynie pierwszą żoną. Była aż pierwszą paryską żoną. Szczególną kobietą, którą Ernest kochał zupełnie inaczej niż wszystkie późniejsze przewijające się przez jego życie. W pewnym sensie stała się też jego ostatnią miłością. Bo to właśnie jej poświęcił "Ruchome święto", które kończy się tymi słowami:

"Paryż nigdy nie ma końca i wspomnienia każdego, kto w nim mieszkał, różnią się od wspomnień kogoś innego. Zawsze do niego wracaliśmy bez względu na to, kim byliśmy czy jak się zmienił, czy z jakimi trudnościami albo łatwością można było tam dotrzeć. Paryż zawsze był tego wart i otrzymywało się zapłatę za wszystko, co mu się przyniosło. Ale taki był Paryż w tych dawnych czasach, kiedy byliśmy bardzo biedni i bardzo szczęśliwi."

Zachęcam Was bardzo serdecznie do sięgnięcia po obie pozycje. Hadley zasługuje na to by o niej pamiętać. A w powieści "Paryska żona" można się rozkochać. Na moment cofnąć czas, zanurzyć się w przeszłość i razem z Hemingwayem, Hadley, Gertrudą Stein i wieloma wieloma innymi napić się absyntu, pospacerować po ogrodzie luksemburskim i przetańczyć całą noc w ramionach dawnego Paryża, który przecież nie ma końca...

   

poniedziałek, 14 września 2015

Skoro zaczęliśmy od Tuwima...

No właśnie to zróbmy dzień Tuwimowy. Kiedyś napisałam tekst o jego mamie. O pani Adeli. Smutny to był artykuł. Ale dotyczący Julka. Stanowiący część jego życia. Chciałabym go przypomnieć. Ci którzy już czytali może sobie odświeżą. Albo mogą ominąć. A ci którzy dopiero od niedawna do mnie zaglądają może popadną razem ze mną w lekką zadumę...

Na smutno: o Adeli Tuwimowej, Zofiówce i Otwocku

Zofiówka dawniej (zdjęcie pochodzi stąd)
Posty o Otwocku i Willi Julii sprawiły, że zaczęłam podczytywać o swoim mieście. Niby mieszkam tu od urodzenia, znam uliczki, zaułki, domy, jakieś urywki historii mieszkańców obecnych i dawnych, ale jakoś tak mało mi było tych skrawków opowieści i zapragnęłam więcej. Czytam w sposób niestandardowy i dość charakterystyczny, który moja rodzina rozpoznaje bezbłędnie. Moja córka  weszła  ostatnio do pokoju, przejrzała stertę książek leżącą na stole i zapytała:
- O co chodzi tym razem? O Tuwima? - zgadywała zerkając na tytuły - Andriollego? Psychicznie chorych?
- O Otwock - wyjaśniłam.
- Aha - skwitowała bez zdziwienia.
Ta scenka doskonale obrazuje jak wygląda u mnie zainteresowanie tematem:) Zwykle zaczyna się od jednej książki, albo jakiegoś zagadnienia, a potem gdy zainteresowanie mutuje rozrastają się też moje lektury. Tym razem sterta dotyczyła głównie Zofiówki i matki Tuwima. Tragiczna historia pani Adeli przypomniała mi się gdy przechodziłam koło jednego z domów na ulicy Reymonta. A że zanim wojenne losy zagnały ją do tego miejsca przebywała w otwockiej Zofiówce to tak mi się jedno z drugim skojarzyło i stąd te dwa tematy zaprzątnęły mi głowę (będzie na smutno:( ). Ale zacznijmy od Tuwima i jego mamy. Sam Tuwim tak o niej pisał:

„Była to kobieta o rzadko spotykanej czułości serca a choć w naszym domu, jak to się mówi, »nie przelewało się«, całe życie pomagała ludziom, ucząc też swoje dzieci (mnie i siostrę) uprawiania czynnej, praktycznej dobroci, dającej ludziom istotną pomoc i korzyść. Uczyła nas szacunku dla ludzi pracy, ludzi prostych, wpajała w nas zasady chrześcijańskie (choć oficjalnie nie byliśmy chrześcijanami) i demokratyczne. Całym sercem kochała Polskę, jej kulturę i literaturę, i gdy jeszcze nie umiałem czytać, sama odczytywała mi najpiękniejsze wiersze polskie, nuciła śliczne, stare piosenki... To, że stałem się poetą, Jej przede wszystkim zawdzięczam”.

Ale pani Adela była też osobą znerwicowaną, chorą psychicznie co niewątpliwie odbiło się też na jej synu. Tuwim urodził się z ciemną plamą na policzku. Koledzy nazywali go: "Julek z myszką" (czyli plamą na twarzy). Matka obwiniała się o tę skazę. Co więcej upatrywała pojawienie się jej jako karę za jej przewinienia, za demoniczny znak.  Uważała, że chłopiec jest naznaczony.  Plama była również obiektem drwin i szyderstw ze strony rówieśników a nawet dorosłych. Gdy połączymy obsesję matki na tym punkcie i szyderstwo otoczenia możemy sobie wyobrazić jak wielki wpływ znamię miało na całe życie Tuwima. Ale właściwie nie o tym miałam pisać tylko o Adeli. Otóż jak już wspomniałam matka Julka była znerwicowana i miała skłonności do popadania w melancholie. Pod koniec lat trzydziestych ten stan nasilił się. Niewątpliwie duży wpływ na to miały pogłębiające się w tym czasie w Polsce antysemickie nastroje. Panią Adelę dręczyły koszmary i wizje, w których to świat zostaje opanowany przez "endeków", którzy prześladują i nienawidzą jej syna. W końcu po nieudanej próbie samobójstwa Adela Tuwimowa została przywieziona do Otwocka, do Zofiówki. Był to szpital dla nerwowo i psychicznie chorych Żydów. Nazwę wziął od fundatorki   Zofii Edelmanowej, która sprzedała swoją biżuterię i tak pozyskane środki przeznaczyła na wybudowanie ośrodka.  Początkowo Zofiówka składała się z jednego pawilonu, potem dobudowano następny dla kobiet. Po jakimś czasie dostawiono jeszcze jeden. Żeby zdać sobie sprawę z ogromu przedsięwzięcia trzeba wspomnieć. że w tamtych latach leczenie chorób umysłowych dopiero raczkowało. Podobna placówka była w podberlińskim Zehlendorfie. Do Zofiówki trafiali głównie biedni nie posiadający środków na leczenie Żydzi. Poddawano ich kuracji bezpłatnie. Tylko za niewielką część płaciły rodziny.  Ponadto Zofiówka słynęła z odkrywczych metod leczenia. Między innymi wierzono w uzdrawianie psychicznie skrzywionych pacjentów za pomocą pracy.Przedwojenny publicysta i redaktor Cezary Jelentta  tak o tym pisał:
„Wszyscy – lub prawie wszyscy – a jest ich, płci obojga, przeszło 200, coś robią, wszyscy „spokojni” dają się ująć w karby koordynacji (...), wprząc w jakąś więź solidarności, w jakiś rytm socjalny. Kobiety szyją, coś tam ścibią z kawałków przykrojonych przez instruktorkę i oto wkrótce jest gotowa porządna bluzka” 

O samym sanatorium napisał:

„bogactwo parku leśnego, najpiękniejszego w całym Otwocku, piękne dęby i świerki, jałowce wielkie jak sosny”... 
„Piękne osiedle opieki z białemi, schludnemi w każdym swym zakącie pawilonami – jest największą i przy całej kołowatości myśli swoich pensjonariuszy najoryginalniejszą atrakcją Otwocka”.


Zofiówka (fotografia stąd)
Do tego właśnie miejsca trafiła matka Tuwima. W wielu materiałach opisujących te zdarzenia można znaleźć informację, że tu też zginęła w czasie likwidacji szpitala. Bo nadeszła wojna i w okupowanym przez Niemców Otwocku utworzono Getto. Zofiówka znalazła się w jego obrębie w części nazywanej kuracyjną. Placówka funkcjonowała nadal jako jedyna na terenie Generalnej Guberni zajmująca się chorymi umysłowo Żydami. Jednak warunki panujące na terenie zakładu pogarszały się z dnia na dzień, tak samo zresztą jak w całym getcie. W Zofiówce w ramach prowadzonych przez nazistów akcji T4 (likwidacją życia niewartego życia)  na powolną śmierć głodową zostało skazanych 350 pacjentów. Tych którzy przetrwali rankiem 19 sierpnia 1942  roku  (likwidacja getta otwockiego) spędzono wraz z personelem do pawilonu I i w większości zabito. Resztę wywieziono do TreblinkiLikwidacje szpitala przeżyło jedynie kilku lekarzy, którym udało się uciec sanitarką do Warszawy. Nocą poprzedzającą te wydarzenia pozostały personel - dr Maślanko, dr Lewinówna i kierownik ośrodka dr Włodzimierz Kaufaman, odebrał sobie życie zażywając cyjanek potasu. Ale wśród pacjentów nie było matki Tuwima. Jej los spędzał Jukowi sen z powiek. W roku 1939 tak pisał z Paryża w liście do przyjaciół:
„Gestapo w Polsce znalazłoby z łatwością wszelkie powody, aby mnie odesłać na tamten świat. Szczęśliwy jestem, że moja siostra Irena wraz ze szwagrem (Stawiński) też są w Paryżu. Trapi mnie tylko bezustannie myśl o starej, chorej Matce, którą zostawiłem bez pieniędzy w Otwocku. Ale wyjazd nastąpił tak niespodziewanie... i błyskawicznie. W każdym razie podaje adres: A. Tuwimowa Otwock ul. Słowackiego 16.”

To jeden z niewielu tropów, które naprowadzają na ślad matki Julka. Przypuszcza się, że podobnie jak wielu lepiej sytuowanych Żydów ukrywała się poza terenem getta. Ponoć najpierw mieszkała przy ulicy Ceglanej  (w latach 80 XX wieku przyjechało kilku ludzi na Ceglaną i pytali o to w którym domu mieszkała pani Adela. Właścicielka posesji potwierdziła, że to tutaj i że opowiadała jej o tym nieżyjąca  krewna. Tuwimowa miała przebywać tam wraz z opiekunką, ale jak długo nie wiadomo), do której od Zofiówki było najbliżej. Ostatnim domem i zarazem miejscem, w którym panią Adelę dopadły wszystkie rojące się w jej chorej głowie obawy był dom przy ulicy Reymonta wtedy 1 dziś 7. Tam dopadli panią Adelę Niemcy zastrzelili ją a ciało wyrzucili przez balkon. Matka Tuwima została pochowana na podwórku, na które wyrzuciły ją nieznające litości ręce oprawców... 
Dziś Pani Adela spoczywa na Łódzkim cmentarzu, a Tuwim napisał przejmujący wiersz:

Matka
Jest na łódzkim cmentarzu,
 Na cmentarzu żydowskim,
 Grób polski mojej matki,
 Mojej matki żydowskiej. 

 Grób mojej Matki Polki,
 Mojej Matki Żydówki,
 Znad Wisły ją przywiozłem
 Nad brzeg fabrycznej Łódki. 

 Głaz mogiłę przywalił,
 A na głazie pobladłym
 Trochę liści wawrzynu,
 Które z brzozy opadły.

 A gdy wietrzyk słoneczny
 Igra z nimi złociście,
 W Polonię, w Komandorię
 Układają się liście. 

II

 Zastrzelił ją faszysta,
 Kiedy myślała o mnie, 
 Zastrzelił ją faszysta,
 Kiedy tęskniła do mnie.

 Nabił - zabił tęsknotę,
 Znowu zaczął nabijać,
 Żeby potem... - lecz potem
 Nie było już co zabijać.

 Przestrzelił świat matczyny:
 Dwie pieszczotliwe zgłoski,
 Trupa z okna wyrzucił  

 Na święty bruk otwocki.

 Zapamiętaj, córeczko!
 Przypomnij, późny wnuku!
 Wypełniło się słowo:
 "Ideał sięgnął bruku".

 Zebrałem ją z pola chwały,
 Oddałem ziemi-macierzy...
 Lecz trup mojego imienia
 Do dziś tam jeszcze leży.


Dom w którym ukrywała się Pani Adela nadal istnieje, choć nie ma już balkonu, z którego została zrzucona. Mieści się przy ulicy Reymonta 7. A Zofiówka... Zofiówka straszy ruiną, powybijanymi oknami, ale ponoć nie tylko. Podobno nocami słychać z tych murów krzyki i jęki. Co niektórzy twierdzą, że widzieli tam jakieś cienie i postacie... 

Spóźnione życzenia urodzinowe :)

Wczoraj były a ja przegapiłam. Urodziny Tuwima! Mojego ulubionego Julka. Mam nadzieję, że gdzieś tam siedzi na niebieskiej łące i nadal bazgrze na serwetkach naprędce wymyślane wiersze.
A wiecie jak to u Tuwima się zaczęło? Otóż najpierw Julek rozsyłał swoje poezje do niezliczonej ilości pism. Aż w końcu dostał taką oto odpowiedź:














Warszawa, 21 grudnia r. 1912

Szanowny Panie!

Segregując utwory, nadesłane do noworocznego numeru „Kuriera Warszawskiego”, natrafiłem na Pańskie piękne wiersze, które płyną
ze źródeł prawdziwej czystej poezji.
Wobec tego, że wyróżniają się one wybitnie z całego plonu, żal mi, że Szanowny Pan uczynił zastrzeżenie co do nazwiska. Zapytuję przeto najuprzejmiej, czy nie zechce Pan zastrzeżenia tego cofnąć.
Jednocześnie miło byłoby mi pośredniczyć między Panem a redakcją „Tygodnika Ilustrowanego” celem nawiązania bliższych stosunków.
Raczy W.Pan itd.

Zdzisław Dębicki

Co wtedy czuł? Oddajmy mu głos:

Co się ze mną wówczas, po przeczytaniu tych słów, stało, dziś już nie pamiętam: pokój zaczął wskoczyło do głowy i gdzieś ją daleko poniosło – szał nieprzytomnej radości. Do talerza stygnącej zupy zaczęły kapać łzy.
Bo to trzeba zrozkołować, serce umieć: Łódź w r. 1912, drugi rok w szóstej klasie, „nieszczęśliwie zakochany” i pełna szuflada wierszy, których nikt nie chciał drukować. A posyłałem je do wielu pism…
Odezwał się jeden jedyny:  Zdzisław Dębicki. On też pierwszy, w  styczniu 1913 roku wydrukował w „Kurierze Warszawskim”, wiersz „Jedni niech będą rycerze”, podpisany literkami St.M…

PISMA PROZĄ – Julian Tuwim 

A może wiecie dlaczego wiersz był podpisany takimi właśnie literkami? Jeżeli nie wieczorem Wam powiem:)

A oto debiutancki wiersz wydrukowany 6 stycznia 1913 r.:

PROŚBA 

Jedni niech będą rycerze,
Wojenne niech noszą szaty,
Niech maja miecze, puklerze…
… Inni niech będą jak kwiaty…

Jedni niech będą za czynem,
Niech skroń laurami okręcą…
… Inni – kwitnącym jaśminem,
inni niech cicho się smęcą…

Jedni niech walczą! Niedolę
Gnieść im potęgą swej ręki!
… Inni niech w zmierzch idą w pole
I nucą tęskne piosenki…

Lecz tych i tamtych niech bierze
Słońce dla ducha objaty,
Choć jedni będą rycerze,
A inni będą jak kwiaty.


czwartek, 10 września 2015

Birbant, awanturnik, hulaka, balzakowska wdowa, setki ofert...

Ogłoszenia z dawnej prasy są nie do podrobienia. Tak jak tamte czasy i charaktery. Oto specjalnie dla Was kilka smaczków :)




Sz. paniom, które okazały tak chętną gotowość podzielenia mych losów, nadsyłając prawie setkami oferty, serdeczne dzięki. Nie mogąc jednak odpowiedzieć równą gotowością tylu osobom, wybrałem jedną, resztę ofert według wskazania adresów odesłałem. – Bezinteresowny


„Obelgę rzuconą na Jadwigę B., zamieszkałą przy ul. Grunwaldzkiej 1 Z ŻALEM COFAM. Łucja B.” 




Wdowa w wieku kobiet Balzaca wyszłaby za mąż za człowieka poważnego, wykształconego i ze stanowiskiem, gdyby się znalazł taki. Jest nie ładna i nie brzydka, inteligentna i dystyngowana, a wykształcenie umie pogodzić z praktyczną stroną życia, bez obowiązków lecz i bez wiana.



Tutaj moim zdaniem najciekawsze dla odważnej, gotowej na wszystko samarytanki:

Znudzony nieustannemi nagabywaniami ze strony moich wierzycieli oraz doprowadzony do rozpaczy restauracyjnymi fryturami, pragnę wstąpić w związek małżeński z osobą, któraby od tych plag egipskich uwolnić mnie chciała. Mam lat 31, awanturnik, birbant i hulaka. Po ożenieniu na pewno się ustatkuję. Zdrowie dobre. Od przyszłej żony wymagam głównie dwóch rzeczy: wykształcenia, gdyż w szablonowej gąsce nie mógłbym się rozmiłować, i minimum 15 000 rs. posagu, potrzebnych do uregulowania moich interesów. Bezpieczeństwo dla posagu wskażę później. Fotografja niepotrzebna, gdyż uroda z sympatyczną powierzchownością nie zawsze chodzi w parze. Osoba nie zrażona moją otwartością, która zechciałaby nawiązać ze mną korespondencję celem bliższego poznania oraz omówienia warunków, raczy nadesłać list poste-restante pod adresem.

środa, 9 lipca 2014

Tajemnica Szkoły dla panien, czyli o tym czy znalazłam to czego szukałam

Właśnie skończyłam czytać. Piszę więc na gorąco. Zanim jednak rozwinę temat pokażę Wam okładkę.



I teraz część z Was już wie co mnie skusiło w tej książce. Zdjęcie jest intrygujące. Kryminał retro brzmi obiecująco. Lata dwudzieste to moje ulubione czasy. Nie mogłam się oprzeć... I czy po skończonej lekturze jestem usatysfakcjonowana? I tak, i nie.
Nazywanie tej powieści kryminałem to spore nadużycie. Owszem są zbrodnie. Pierwsza już na samym początku. W szkole dla panien zostaje odnaleziony trup jednej z uczennic. Podejrzewa się samobójstwo. Chociaż podkomisarzowi Ratajczakowi coś tam w tym samobójstwie nie pasuje to jednak dla świętego spokoju (swojego i innych mieszkańców) postanawia zbagatelizować przesłanki mówiące o tym, że być może to zabójstwo. Za chwile jednak pojawia się kolejny trup i już hipoteza samobójstwa wydaje się naciągana. Jak widać zbrodni nie brakuje (to nie jedyne trupy w powieści). A jednak stanowią one zaledwie tło. Zresztą jako kryminał książka wypada blado. Brak jej napięcia, tego charakterystycznego czegoś, co sprawia, że nie możemy doczekać się rozwiązania sprawy. Akcja płynie zbyt ślamazarnie, jakoś tak się rozmywa. Tak samo zresztą jak Podkomisarz Ratajczak. Ani go nie mogłam polubić, ani znielubić, był lekko mdły.
Natomiast jeżeli popatrzeć na książkę jako powieść obyczajową z wątkami kryminalnymi wygląda to dużo lepiej. Wprawdzie miłośnicy romantycznego ducha lat dwudziestych raczej go w "Tajemnicy" nie znajdą, ale nie można odmówić autorce, że dobrze oddała charakter tamtych czasów. Ciekawie pokazany jest problem radzenia sobie z dopiero co odzyskaną niepodległością, z biedą i nędzą. Dość wyraźnie zaznaczona jest przepaść pomiędzy biedotą i bogaczami, niektóre sceny są naprawdę mocne, jak chociażby ta z wytapianiem smalcu z psów. Zabawnie wypada też ukazanie grona pań, które usiłują działać charytatywnie i polepszać warunki higieniczne oraz poziom moralności mieszkańców miasteczka. Choć tutaj będę się czepiać. Bo z jednej strony są to sceny zabawne, z drugiej wydaje mi się, że mocno przerysowane i dość prześmiewcze. Tak samo zresztą jak pokazanie emancypantek jako rozhisteryzowanych panien nie mogących znaleźć męża. Można by było po lekturze wysnuć wnioski, że wszystkie emancypantki to histeryczki i wariatki, a panie działające w kółkach charytatywnych to nudzące się matrony szukające rozrywki i znajdujące ją w pomaganiu biednym.
Ale żeby nie było, książkę czyta się bardzo dobrze. Ma kilka zaskakujących momentów, historia jest ciekawa, miasteczko i mieszkańcy budzą... No, nie sympatię, ale zainteresowanie.
Mam wrażenie, że autorka chciała przybliżyć czytelnikowi jak trudno było ludziom dwudziestolecia odnaleźć się w zmieniającej się błyskawicznie rzeczywistości. Niepodległość o której się mówiło to jedno, a ta, z którą trzeba się było zmierzyć w praktyce to drugie. To samo tyczy się emancypacji. Wydaje mi się, że przerysowując charaktery pani Joanna chciała pokazać, że zmiana w postępową i światłą kobietę też wcale nie była prosta. Rozumiem ten zabieg, ale jak na mój gust jest za bardzo karykaturalny. Czy polecam tę lekturę? W sumie tak, ale na pewno nie jako powieść kryminalną, a obyczajową. Miłośnicy kryminałów mogą bowiem poczuć się zawiedzeni.        

środa, 21 listopada 2012

Duch w retro stylu

Lata dwudzieste, lata trzydzieste...                                                 

Za ileś lat, przez Nowy Świat
Już inni ludzie wieczorami będą szli.
A jednak wiem na pewno, że melodyjką zwiewną
Powrócą nasze dni.

Lata dwudzieste, lata trzydzieste
Wrócą piosenką, sukni szelestem
Błękitnym cieniem nad talią kart
I śmiechem który kwitował żart

Lata dwudzieste, lata trzydzieste,
Kiedyś dla wzruszeń będą pretekstem
Zapachem dawno już zwiędłych bzów
Poezją skrytą wśród zwykłych słów

Wzrok pełen łez, w łazienkach bez
I blask neonów co na jezdni mokrej drży
Po latach zatęsknicie, za naszym pięknym życiem
Realnym tak jak my.



Właśnie: "Po latach zatęsknicie, za naszym pięknym życiem, realnym tak jak my." Co mają w sobie te magiczne lata, że tak nieodparcie przyciągają i kuszą? Co w nich jest takiego, że niejedna dziewczyna (a i pewnie chłopak, choć panowie to raczej z innych pobudek niż panie:) Te rewie kabarety i tancerki, ehh;)) bez namysłu wskoczyłaby w tamten czas? Czyżbyśmy w zabieganiu, otoczeni nowoczesnością i co tu kryć luksusem i wygodą odczuwali jednak tęsknotę za..? No właśnie za czym? Co Was w tamtych latach pociąga? Co byście zrobili (bo zakładam, że może panowie też dadzą pociągnąć się za język) gdybyście pewnego ranka obudzili się w dwudziestoleciu międzywojennym? Od czego zaczęlibyście dzień? I gdzie chcielibyście go skończyć? Kogo byście poprosili o autograf, z kim chcielibyście się napić wódki, albo wina? No to macie pracę domową do odrobienia:) Wywołuję do tablicy i nie chce słyszeć żadnej odmowy:) 
A teraz z innej mańki. Wiecie już, że lata międzywojenne towarzyszą mi od jakiegoś czasu. Zaopatrzyłam się w różnoraką lekturę z tamtego okresu i czytam. Ale tej książki nie planowałam. To ona sama mnie zaatakowała wypadając na mnie z półki i dając mi po głowie. Podniosłam, popatrzyłam na okładkę, uśmiechnęłam się i pomyślałam: moja ci ona! Bo przecież nie mogłam zignorować tego, że zostałam trafiona "Miłością w stylu retro":)  Przytargałam papierowego zamachowca do domu i zaczęłam czytać. I tu muszę wam wyznać zaskoczyłam sama siebie solidnie. Już na początku bowiem popłakałam się ze śmiechu. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że sceny, które mnie tak ubawiły odbywały się w czasie pogrzebu! Już w czasie lektury "Klaudyny" Colette nawiedziło mnie straszne przypuszczenie, że jestem zepsutą kobietą i teraz wyszło na to, że nie dość żem zepsuta to jeszcze dodatkowo kompletnie zdegenerowana! Bo jak można śmiać się z pogrzebu staruszki, na którym zjawia się rodzina, ale tylko i wyłącznie z poczucia obowiązku? Jak może bawić taka ceremonia na którą nikt nawet nie przyniósł kwiatów, a bogaty krewny wykorzystuje śmierć starszej pani by polepszyć swój wizerunek w mediach? Właśnie może, szczególnie gdy okazuje się, że na pogrzeb przybywa nikt inny tylko duch chowanej, który absolutnie nie zamierza do pogrzebu dopuścić.  A duch to nie byle jaki, bo pochodzący z lat dwudziestych:) Sadie (ów duch) powraca jako młoda dziewczyna. Widzi ją tylko Lara, która poznajemy przed ceremonią pogrzebu. Wiadomo już  że w jej życiu się namieszało, porzucił ją facet, firma, która miała dać jej stabilizację i satysfakcję kuleje, wspólniczka zamiast pomagać i wspierać wyjechała i zostawiła Larę na pastwę losu. Nic dziwnego, że gdy dziewczyna widzi pokrzykującego na nią ducha jest przekonana, że właśnie przepełniła się czara i dopadło ją szaleństwo. I tak to wszystko się zaczyna. Sadie domaga się nie tylko przerwania ceremonii pogrzebowej, ale też odnalezienia tajemniczego naszyjnika. A jej metody działania wcale, a wcale nie będą standardowe. Co więcej Sadie nie zamierza tracić czasu, który pozostał jej na ziemi i chce się bawić i to nie byle jak, tylko tak jak to czyniono w czasie jej młodości! Chce uwodzić mężczyzn, pić drinki, tańczyć charlestona, ubierać modne stroje. I oczywiście robić to wszystko w towarzystwie Lary, bo tylko ona ją widzi. Książka pełna jest zabawnych sytuacji, jak się okazuje dziewczyny z lat dwudziestych też umiały nieźle się bawić i to wcale nie w tak sentymentalnym stylu jak nam się zdaje:) 
 Do czego może doprowadzić przedziwna mieszanka współczesności i lat dwudziestych ubiegłego wieku? Co może z czyimś życiem zrobić pomysłowy duch? I kim naprawdę była Sadie i czemu tak zależy jej na odzyskaniu naszyjnika? Pewnie się domyślacie do czego zmierzam:) Musicie przeczytać:) Lektura jest bardzo miłą rozrywką, dużo w niej szczegółów na temat lat dwudziestych, opisów sukien (Sadie codziennie jest ubrana w co innego), wizyt w sklepach, gdzie sprzedają rzeczy retro. No i przy okazji jest trochę miłości, tajemnica rodzinna do rozwiązania i sporo ciepłych uczuć, które zostają po skończeniu lektury. Takich uczuć i tęsknotek w stylu retro właśnie:)  
Książka napisana została przez Sophie Kinsella, a wydał ją Świat Ksiażki.
A jeżeli chodzi o Sadie to jak o niej myślę to przed oczami staje mi Audrey Hepburn i nijak nie mogę wyobrazić jej sobie inaczej. Dla mnie wyglądała własnie tak: 



poniedziałek, 1 października 2012

Wzięło mnie!

Ordonka
Wzięło, złapało i nie puszcza. A co? A lata dwudzieste, lata trzydzieste:). Zaczęło się z dwa tygodnie temu od "Miłość ci wszystko wybaczy". Szczerze mówiąc dopiero teraz obejrzałam ten film od początku do końca. No i wpadłam po uszy. Widać trafiliśmy na siebie z filmem w idealnym momencie, bo odeszłam od telewizora rozrzewniona i z wielką ochotą na więcej. Oczywiście poskutkowało to tym, że utonęłam w latach dwudziestych i trzydziestych, zakopałam się w nich po uszy i szczerze mówiąc wracać mi się wcale stamtąd nie chce. W sumie nie powinno mnie to dziwić. Zawsze tak miałam, że jak mnie coś zainteresowało to przepadałam na amen. Studia (których przyznaje się bez bicia nie skończyłam) były dla mnie koszmarem. Nie dlatego że nie mogłam opanować materiału. Wręcz przeciwnie, opanowywałam go doskonale tyle że jak grupa omawiała powiedzmy Barok ja tkwiłam nadal w Średniowieczu, bo z jednego tematu wynikały następne, równie ciekawe, z tamtych następnych kolejne i nijak nie mogłam się wygrzebać i przejść dalej. Potem na egzaminie profesor patrzył na mnie i nie wiedział co ze mną uczynić, bo o rzeczonym Średniowieczu wiedziałam nadprogramowo dużo, ale z resztą było gorzej. Gdy zaintrygowany zapytał z czego to wynika, a ja  wyjaśniłam mu, że po prostu nie umiem tak po łebkach przelecieć tematu który mnie naprawdę interesuje ubawił się serdecznie i stwierdził, że wyjątkowo ma ochotę na dyskusję o wiekach średnich:) Więc możecie się tylko domyślać co teraz się dzieje u mnie w domu. Tym którzy domyślni nie są podpowiem: otóż kompletuję książki, mówiące o artystycznym światku lat międzywojennych, zachłannie czytam i w związku z tym jestem nieco nostalgiczna. Ale po kolei. Zacznijmy od Miłości, od której się wszystko rozpoczęło. "Miłość ci wszystko wybaczy" to biografia Ordonki.
"Film nie zamierza burzyć legendy i dochodzić ukrytej prawdy. Pragnie on raczej uwierzyć legendzie, a nawet dodać do niej swoje własne domysły. Ludzie, którzy znali bohaterkę, powiedzą o nim, że jest nieprawdziwy. Ci, którzy jej nie znali, niech popatrzą nań jak na legendę gwiazdy". Tak zaczyna się ścieżka dźwiękowa filmu "Miłość ci wszystko wybaczy". (ten fragment znajdziecie tutaj ). 

Właśnie. A ja z miejsca zapragnęłam dowiedzieć się jak było naprawdę. I okazało się, że to wcale nie będzie takie proste, bo o Ordonce napisano bardzo niewiele. Znalazłam tylko jedną pozycję, autorstwa Tadeusza Wittlina "Pieśniarka Warszawy Hanka Ordonówna i jej świat". Zakupiłam natychmiast i nie mogąc się doczekać aż przyjdzie pognałam do biblioteki i tryumfalnie przytargałam książkę do domu. I zostałam oczarowana. Biografie czytuję pasjami, ale różnie z nimi bywa. czasami najeżone datami, nazwiskami, faktami są trudne do przełknięcia. Tymczasem ta o Hance czyta się jak piękna opowieść nie tylko zresztą o niej, ale o ludziach jej bliskich, o czasach, które odeszły bezpowrotnie, oddaje klimat, który zaginął wraz z magicznymi latami międzywojennymi. Hanka urodziła się w ubogim domu i nazywała się Maria Pietruszyńska. Gdy zaczęła występować i marzyć o sławie uświadomiono jej że z takim nazwiskiem to po prostu kariery nie da się zrobić i właśnie wtedy rodzi się Hanka Ordonówna. Brzmi lepiej i bardziej tajemniczo od zwykłej Pietruszyńskiej. Ale oczywiście przybranie pseudonimu nie jest równoznaczne ze zdobyciem uznania publiczności. Zanim Hanka stanie się jej ulubienicą czeka ją długa i wyboista droga, najeżona rozczarowaniami i trudnościami, z którymi nawiasem mówiąc Haneczka radzi sobie rewelacyjnie. Ma w sobie ogromne umiłowanie życia, naturalność tak rzadko spotykaną u ówczesnych gwiazd i niewyczerpane pokłady optymizmu. Ale nawet i tak wielka radość czasami przegrywa z czarnymi stronami życia, czego dowodem jest próba samobójcza Hanki, po miłosnym zawodzie. Na całe szczęście dziewczynę udaje się odratować, a pozostałością po nieszczęśliwej miłości jest blizna, którą Ordonka ukrywa pod zsuniętym na skroń kapeluszem, co skutkuje tym, że modne panie zaczynają nosić nakrycia głowy w ten sam sposób:) Wracając do kariery Hanki nie wiadomo jakby się potoczyła gdyby na jej drodze nie stanął Fryderyk Jarosy, polski konferansjer  węgierskiego pochodzenia, reżyser teatralny i dyrektor wielu teatrów kabaretowych międzywojennej Warszawy. To on pierwszy dostrzegł w Hance drzemiącą gwiazdę i dzięki niemu Ordonka dostała znaczące role, on nauczył ją jak występować, jak mówić, jak podobać się publiczności. On też stracił dla niej głowę, z wzajemnością zresztą. W filmie to Hanka odtrąca Jarosego. Gdy oglądałam" Miłość ci wszystko wybaczy", było mi go bardzo żal, nawet trochę zła byłam na Hankę, że tak Fryderyka potraktowała. Tymczasem prawda była taka, że to Jarosy zostawił Ordonkę dla Stefci Góreckiej jednej z Tacjanek (tańczących w kabarecie dziewcząt). I szczerze mówiąc gust męski pozostanie dla mnie tajemnicą, bo nie rozumiem jak Fryderyk mógł zamienić Ordonkę na Stefcię... Toć ona nawet Hance do pięt nie sięgała! Ale widać miała jakieś inne przymioty (skrycie podejrzewam, że po prostu była młodsza i w tym tkwi cała tajemnica:)). Tak czy inaczej Hanka została sama i choć nie obnosiła się ze swoim cierpieniem to cierpiała bardzo. W końcu jednak i do niej los się uśmiechnął i skrzyżował jej drogę z drogą Michałą Tyszkiewicza, który pokochał Ordonkę tak bardzo, że nawet przeciwstawił się rodzinie i ożenił się z Hanką. Biedna Ordonówna nie miała pojęcia, że to że zastałą majątek męża pusty, gdy do niego po raz pierwszy zawitała to nie przypadek, ale ostentacyjne danie do zrozumienia, że nowa hrabina nie jest tu mile widziana. Michał czy też jak nazywała go Hanka - Misio niewątpliwie kochał swoją żonę, ale jednocześnie bardzo często zostawiał ją samej sobie. Ordonka niby go rozumiała, ale samotność nie służy młodej kobiecie, tym bardziej nie służy kobiecie występującej na scenie. Czasem pokusa bycia z kimś, bycia adorowaną i tęsknota za czułością okazują się zbyt silne... 
Pieśniarka Warszawy. Hanka Ordonówna i jej świat. Autor: Tadeusz Wittlin.

O tym właśnie, o romansach, kulisach życia kabaretu, teatralnych psotach, pierwszych filmowych doświadczeniach Ordonówny opowiada Pieśniarka Warszawy. Wyglądają z jej kart też inni, znani i lubiani: Tuwim, Zula Pogorzelska, która słynęła ze swoich pięknych nóg (Swoją drogą powinni jej zdjęcia oraz fotografie innych pań z tamtych czasów obejrzeć współcześni kreatorzy mody. Padli by na zawał i natychmiast odesłali piękności z tamtych lat na diety odchudzające:)), Osterwa i wielu, wielu innych. Tej książki się nie czyta, ta książka sama się opowiada. Ja oczywiście poszłam dalej i zakupiłam "Dymek z papierosa" książkę, która też traktuje na podobne tematy i "Ostatnią Cyganerię" Wittlina. Książki te są o tyle niebezpieczne, że wzbudzają wielką, nieopanowaną tęsknotę za tamtymi czasami i żal, że to już przeminęło i nie wróci, wzbudzają świadomość, że wojna zabrała nam nie tylko wielu wspaniałych ludzi, ale uśmierciła też specyficzną atmosferę, którą przesiąknięte były lata dwudzieste, lata trzydzieste... 
Swoją drogą to też jeden z moich ulubionych filmów:)

A to w ramach zatęsknienia, piosenka Agnieszki Osieckiej:
ŚWIAT ORDONKI
Słowa: Agnieszka Osiecka
muzyka: Juliusz Loranc
wykonanie: Ewa Bem (1997)
Piosenka dostępna na płycie DVD Agnieszka Osiecka - Zielono mi

Nie najlepszy to był świat, 
pełen drobnych i wielkich wstydów, 
ta Warszawka z dawnych lat 
te fałszywe etole z mitów...

Ale było kilka pań 
cudownie sentymentalnych, 
ale było kilka pań 
prawdziwie niebanalnych! 

Dziś miłość ci nic nie wybaczy, 
za kłamstwo, alkohol czy grzech 
dziś przyjdzie ci słono zapłacić, 
i nikt nie zamieni ich w śmiech! 

Gdy wrócisz pijany, 
szczęśliwy czy zły,
czyjś głos ukochany 
nie powie: "To nic, to ty..." 

Bo miłość dziś nic nie wybaczy, 
lecz wściekła pobiegnie do drzwi, 
w dzisiejszych kochankach tak wiele jest z graczy 
a mało, tak mało - z Ordonki i mgły... 

Przeminęły czasy burz 
i dziewczyny są wyższe i dłuższe, 
świat Ordonki przykrył kurz 
i kobiety dziś mają duszę. 

Ale czemu nie ma pań 
nieznośnie sentymentalnych,
ale czemu nie ma pań 
prawdziwie niebanalnych! 

Dziś miłość ci nic nie wybaczy, 
za kłamstwo, alkohol czy grzech 
dziś przyjdzie ci słono zapłacić 
i nikt nie zamieni ich w śmiech! 

Gdy wrócisz pijany, 
szczęśliwy czy zły, 
czyjś głos ukochany 
nie powie: "To nic, to ty..." 

Bo miłość dziś nic ci nie wybaczy,
lecz wściekła pobiegnie do drzwi, 
w dzisiejszych kochankach tak wiele jest z graczy 
a mało, tak mało - z Ordonki i mgły...