poniedziałek, 24 października 2016

Duchy przeszłości - mamy nowe opowiadania i kilka zmian

Moi kochani opowiadań przybywa. Dziś dodaję trzy żebyście mogli spokojnie przeczytać. Na opublikowanie czekają kolejne. Wiem, że niektórzy mają kłopot z wyrobieniem się dlatego przesuniemy termin nadsyłania tekstów o tydzień. Do siódmego listopada. Dostaję też mnóstwo zapytań dotyczących długości tekstu. Myślę, że jeżeli komuś absolutnie nie udaje się zmieścić w 12 stronach to możemy przyjęć, że 13 jest dopuszczalnym limitem. Ale to ostateczność :) Wiem, że nie jest łatwo skracać (sama mam z tym kłopoty) ale cóż zrobić. Muszą być jakieś zasady :) Mam nadzieję, że mnie rozumiecie. No i jeszcze jedno: mamy wybrany tytuł zbiorku: "Duchy przeszłości". A na górze stworzyłam już zakładkę. Tam będą wszystkie teksty. Jeszcze nie jest uzupełniona ale do wieczora na pewno to się zmieni. A teraz życzę Wam miłej lektury. Przeczytajcie koniecznie! No i może napiszcie choć jedno zdanie, wiem, że dla autorów tekstów to ważne :)


Edyta Wilk

„Zmrożone serce”

Wysoki. Ramiona rozłożyste, jednak nieco opuszczone. Siwe włosy wystawały spod kapelusza. Zarost kilkudniowy. Płaszcz przetarty na łokciach pachniał lasem, mchem, ziemią i jeszcze czymś nieuchwytnym. Piżmem, mokrą sierścią. Na nogach miał gumofilce tak spękane, że już dawno nie spełniały swojej roli. Jakim cudem trzymały się na stopach?
- Janka - Głos ciepły, chropowaty bardzo niski. Głos zmęczonego człowieka.
- Janka, nie jadłem dwa dni.
Usiadł  na ławce pod malwami. Barwny parasol z kwiatów, a pod nimi bezbarwny  człowiek. Ten obraz pełen kontrastu:  kontrastu: delikatnych, świeżych kwiatów i Jana: czerstwego i szorstkiego – utkwił mi na zawsze w pamięci.
Nigdy nie wchodził do domu. Skierował jasne, błękitne oczy na mnie. Pobiegłam do studni po wodę. Przy studni zawsze stało wiadro pełne świeżo wyciągniętej wody. Jakby mi się chciało pić, mogłam czerpać z wiadra do woli. Sięgnęłam po emaliowany kubeczek. Biały w czerwone kropki. Miał troszkę ubite dno, ale tak go lubiłam, że nie chciałam, by babcia wymieniła go na inny. Nabrałam wody z wiadra i podeszłam do Jana.
- Dziękuję, dziecko.
Wypił jednym haustem.
Babcia wyszła i postawiła przed nim stołek. Wróciła do domu i przyniosła największy talerz pełen parującego barszczu. Do tego dwie pajdy grubo krojonego chleba posmarowane smalcem i posypane szczypiorkiem. Aluminiową łyżkę położyła obok talerza.
- Smacznego, Janie.
Jan bez słowa zaczął jeść. Mimo tego, że musiał bardzo być głodny, jadł powoli. Długo przeżuwał każdy kęs. Smakował.
- Janka, twój barszcz jest najlepszy w powiecie. Co ja mówię, w województwie.
- A, gadacie, Janie! Barszcz jak barszcz.
Babcia siadała przy płotku na małym stołeczku. Spoglądała w stronę drogi. Patrzyła, jakby czekając na coś. A na drodze, jak zwykle, nie działo się nic. Jedynie bawiące się wróble w samotnej kałuży robiły wrzawę.
- Ja wiem, co mówię. Z niejednego garnka barszcz jadłem!
Komplement musiał sprawiać jej radość, bo zawsze kąciki ust lekko się unosiły do góry.
- A bo buraki nad wyraz udane w tym roku. Urodziło ich aż miło. Będą zapasy na zimę.
- Urodziło, bo jak gospodyni ma dobre serce, to i dobrą rękę. A pod dobrą ręką zawsze się rodzi.
I tak Jan i babcia rozmawiali. Trwało to chyba z pół godziny, zanim Jan zjadł barszcz. Odprowadzałam go później najpierw do drogi, która ciągnęła się przez wieś, a potem do brzózki, za którą ciągnęła się polna droga aż do bzowieckiego lasu. Praktycznie nie rozmawialiśmy. Czasem Jan mruczał.
- Taka jak moja. Zupełnie jak moja.
I miałam wrażenie, że łka bezgłośnie.


Kiedy zaczynały się żniwa, babcia szukała robotników. Dużo żyta siała i potrzebowała pomocy. Sami z dziadkiem żniwowaliby do zimy. Najmowała różnych ludzi. Przychodził wtedy i Jan. Zostawał do czasu, aż wszystkie snopy zwiozło się  z pola. Spał w stodole i tam zanosiłam mu śniadanie. Obiady jadł z innymi, w polu. A kolację na ławeczce pod parasolem z malw.
- Babciu, dlaczego Jan nie wchodzi do domu?
- Oj, dziecko…
I nie odpowiadała. Przeganiała mnie ścierką jak natrętną muchę, wymawiając się robotą.


Jan wędrował po wioskach od wiosny po jesień. Zimą… Nie, nie pamiętam, by przychodził. Chociaż… raz zrobił wyjątek. Siedziałam na stole przylepiona do szyby. Chuchałam na nią i na zaparowanym oknie malowałam coś palcem. Czekałam na pierwszą gwiazdkę, a babcia z dziadkiem szykowali kolację. Byli bardzo zajęci, bo stryjek z wujenką mieli zjawić się na kolacji. I ciocia Milka z rodziną. Wcześniej wieszałam na choince jabłka i łańcuchy z kolorowego papieru. Teraz babcia wygoniła mnie, bym się przypadkiem czymś nie poparzyła. Przez namalowane gwiazdki spoglądałam w stronę drogi. Wszystko było białe. Jak oprószone mąką. Na śliwie rosnącej pod oknem babcia powiesiła kawałek słoniny. Sikorki były zachwycone taką stołówką: ćwierkały tak, że mimo szczelnie pozamykanych okien słyszałam ich świergot. Mogłam tak wlepiona w szybę siedzieć godzinami.
Ktoś zapukał. Babcia otworzyła drzwi, a po chwili zamknęła. Drzwi z okna nie widziałam, ale dostrzegałam ławkę pod grubą pierzyną śniegu. Zobaczyłam, jak Jan ściąga śnieg i siada na ławce. Babcia nalała wrzącego barszczu do talerza. Sięgnęła po łyżkę i dwa kapuśniaki, mocno wyrośnięte, posypane czarnuszką i kminkiem. Podała Janowi jak zwykle: na taborecie przy ławce. Jednak nie została, jak zawsze, by z nim porozmawiać. Wróciła, sięgnęła po starą lnianą torbę o spełzłych kolorach. Poszła do spiżarki i przyniosła dwa słoiki ogórków, kawał słoniny i okrągły chleb: największy bochen, który miał być rozkrojony na obiedzie świątecznym. Do dużego słoja nalała zupy grzybowej i owinąwszy kraciastą serwetą, włożyła do torby. Ukroiła jeszcze piroga biłgorajskiego i zawinęła w papier śniadaniowy. To wszystko poukładała w torbie. Dziadek zniknął gdzieś w pokoju i po chwili przyniósł nowe, grube rękawice i swój stary, ale wciąż ładny, zielony gruby sweter. Na koniec do torby wrzucił paczkę papierosów i dużo zapałek – takich pudełeczek z czarnym kotem. Lubiłam je. Wieczorami przed snem wyobrażałam sobie, że te koty w nocy z pudełek  schodzą i wędrują po domu. Bawią się.
Babcia podeszła do Jana, a on zaczął gestykulować. Zrozumiałam, że się kłócili. Usłyszałam strzępki zdań. Jan chciał tylko zapałki. Nic więcej. Jednak babcia była uparta.
- Jak nie weźmiesz torby i serwety mi na wiosnę nie oddasz, to więcej cię moim barszczem nie poczęstuję!
Tupnęła nogą. Jan ściągnął czapkę i ukłonił się w pas. Babcia objęła go i pocałowała w czoło. Zeskoczyłam ze stołu i szybko ubrałam buty i pomarańczowy kożuszek.
- Odprowadzę Jana, babciu.
- Nie dalej niż do brzózki.
Do drogi szło się przyjemnie. Dziadek odgarniał śnieg, więc było gładko. Kiedy wkroczyliśmy na drogę polną, zapadałam się w śniegu po uda. Pola wyglądały jak biały, płaski, wielki stół. Dobrnęłam z Janem do brzózki. Przyglądałam się śladom kuropatw na śniegu i zielono-brązowej ścianie drzew w oddali. Jan pogłaskał mnie po policzku i poszedł: nie drogą, tylko na przełaj przez pola. Zostawiał szerokie ślady na śniegu. Postałam chwilę i pomachałam mu, kiedy raz się odwrócił. Próbując trafiać we własne ślady wróciłam do domu.


Na polach śnieg  stopniał.
Pewnego wiosennego dnia bawiłam się przy studni. Do worka wlewałam wodę, robiłam dwie małe dziurki na skraju worka i udawałam, że doję krowę. Byłam mokra, brudna od piasku, szczęśliwa.
- Dzień dobry. Podasz mi kubek wody?
- Dzień dobry! Tak!
Jan zjawił się jak zwykle niespodziewanie. Sięgnęłam po swój ulubiony kubek, ten w czerwone kropki, i podałam mu wodę.
- Pobiegnę po babcię. Jest za stodołą na ogrodzie.
Zanim Jan cokolwiek odpowiedział, już mnie nie było. Krzyknęłam do babci, że Jan przyszedł i babcia od razu zostawiła motykę. Umyła ręce przy studni.
- Jak tam, Janie? Zima sroga była.
- A była.
- A jak wy się czujecie?
- A dobrze. Oddaję torbę i serwetę.
Jan pachniał ziemią. Nie miał płaszcza, tylko sweter dziadka i szare spodnie. I gołe stopy. Czarne. Usłyszałam stukot końskich kopyt. To dziadek wracał z targu. Podbiegłam szybko do niego. Tak jak się spodziewałam, dziadek wręczył mi słodkie szczypki i książkę. Zawsze kupował mi coś słodkiego i coś do czytania. Słodkie, jak to mówił, ma rozweselić ciało, a literki mają rozweselić duszę. Uwielbiałam jego prezenty.
Janowi podał rękę. Babcia wyniosła kwaśnego mleka w wielkim gliniaku. Przyniosła masło, chleb i cztery kubki. Wielką chochlą pomieszała w garnku, a potem nalała do kubków. Podała Janowi, dziadkowi i mnie. To był smak! Mleko było tak skwaśniałe, że można było je nożem kroić. Piłam przez zęby, delektując się nie tylko smakiem, ale i chłodem. Dzień był gorący. Babcia usiadła i zaczęła nożem kroić wielkie i grube pajdy chleba, a na nie nałożyła  grubo masła. Mnie ukroiła trochę cieńszą kromkę. Dziadek poszedł za dom i przyniósł z ogródka cebule. Opłukał je pod studnią. Gryzł kromkę, a potem tę cebulę jak jabłko. Jan podobnie, a mnie babcia pokroiła szczypiorku na wierzch kromki. To było pyszne.
Rozmawiali o ludziach w wiosce. O tym, że Krysia Popowa ma już czwartego męża, że u Śliwów, co już ósmy rok po ślubie, nadal dziecka nie ma, i że u Lody po zimie dach do naprawy, a ona sama wdowa nieporadna. Zjedliśmy.
Babcia złapała za gliniak i resztkę chleba.
- Tak się urobiłam w ogrodzie, że kawy bym się napiła. Napijecie się, Janie?
- To zbytek Janka. Ale jak zrobisz, nie pogardzę.
Babcia weszła do domu. Dziadek wyciągnął metalowe pudełeczko w kieszeni. Wieczorami robił papierosy ze swojego tytoniu i układał je w tym pudełeczku. Poczęstował papierosem Jana. Dziadek palił szybko. I nie dopalał do końca. Jan zaciągał się długo i palił, aż tytoń parzył go w palce.  Babcia przyniosła pachnące kawy w musztardówkach. I cukier w torebce. Lubiłam ten zapach. Taki odświętny. Niecodziennie parzyło się kawę. Popijali powoli.
- Janie, mam buty, co mnie uwierają – powiedział dziadek.
- A lato idzie. Butów nie trzeba.
- Drzewo będę z lasu woził. Samemu ciężko na wozie układać.
- A to ja chętnie pomogę.
- A w butach wygodniej w lesie.
- W sumie i wygodniej.
- To dam wam te buty, Janie, do roboty.
- Do roboty to się przydadzą.
Dziadek poszedł po buty, a babcia przyniosła mydło, stare spodnie dziadka i koszulę.
- W studni dużo wody, Janie – powiedziała, podając kostkę szarego mydła Janowi.
- Chodź, dziecko, na ogród: zobaczymy, czy maliny czerwone albo agrest dojrzał. Upiekłabym bułek drożdżowych na kolację.
Szłam, podskakując, do ogrodu. Agrest. Ach, taki agrest prosto z krzaka! Wiedziałam, że babcia chciała, by Jan spokojnie się umył. Nigdy mi nie mówiła wprost, żebym się oddaliła od studni.  Zawsze szukała mi jakiegoś zajęcia. Taki miała zwyczaj.
Gryząc agrest, który nie był jeszcze dobrze dojrzały i od kwasoty aż mnie skręcało, pytałam:
- Babciu, dlaczego Jan mieszka w lesie?
- Masz już siedem lat… Ziemia jest domem Jana. Dom Jana i jego rodzinę spalono podczas wojny. Żonę i dzieci. To były straszne czasy, dziecko. Jego akurat nie było we wsi. Od tamtej pory nie wszedł już nigdy do żadnego domu, bo żaden to nie jest jego, jego rękami nie został zbudowany. Wędruje po okolicznych wioskach i zatrzymuje się u ludzi, co mają dobre serce. Jedni mu dają zjeść, inni paczkę papierosów. A inni jakieś ubranie… Śpi w lesie. Tam wiele ziemianek po partyzantach zostało. Kiedyś, jak był młodszy, to więcej  pracował. Ile on teraz ma lat? Z osiemdziesiąt  będzie. A popatrz, jak prosto się trzyma. Ciało ma zdrowe, tylko serce zmrożone.
- Co to znaczy?
- Kiedyś zrozumiesz. Tylko pamiętaj, żeby zawsze głodnego nakarmić! Talerz zupy nie tylko ciało rozgrzewa. Chociaż tyle można dla niektórych zrobić. Tyle, bo czasu cofnąć się nie da!
Uzbierałyśmy pół wiadereczka malin. Cieszyłam się na myśl o bułkach z malinami na kolację. Babcia pozwalała mi wyrabiać ciasto, a potem robić bułki. To było takie przyjemne!
- Dziękuję wam – powiedział Jan, kiedy zobaczył babcię.
- Za co? Kawałek chleba? To nic, Janie. Przyjdź jutro do drzewa.
- Przyjdę.
Jan pachniał ziemią i mydłem. Lepiej wyglądał w spodniach dziadka i koszuli. Koszula co prawda miała łaty na łokciach, ale był czysta. Wiedziałam, że jak Jan przyjdzie następnym razem, ta koszula będzie miała na sobie ślady ziemi.

Odprowadziłam go jak zwykle do brzózki. Po drodze zrywałam czerwone i białe koniczyny. Urwałam gałązkę soczyście zielonej leszczyny i kilka dzikich bratków. Uformowałam roślinki w bukiecik.
- To dla ciebie, Janie.
Uklęknął przede mną, pocałował mnie w czoło i rozpłakał się. Cały się trząsł i łzy jak grochy leciały mu z oczu. Byłam zaskoczona i nie wiedziałam co robić. Ściągnęłam sweterek, w którym mi było za gorąco i jak chusteczką zaczęłam ocierać mu łzy. Chwilę trwało, zanim się uspokoił. Nagle złapał mnie i tak mocno przytulił… Myślałam, że zgniecie mi kości. Pocałował mnie jeszcze raz w czoło, przytulił do policzka bukiecik i poszedł w stronę lasu.

Wracałam wolniej do domu. Dużo wolniej niż zwykle.
- A co tak długo? – zapytała babcia.
- Tak wyszło. Jan płakał.
- Naprawdę? Jan płakał? – babcia była poruszona.
- Tak. Wytarłam mu łzy sweterkiem, bo nie miałam chusteczki. Płakał bardzo.
Babcia patrzyła na mnie z niedowierzaniem. Złapała sweter i zgniotła w rękach. Uśmiechnęła się jakoś smutno. Szepnęła jeszcze jedno słowo: „nareszcie”.


Minęło lato, a ja zostałam zmuszona do tego, by chodzić do szkoły w mieście. Do babci przyjeżdżałam tylko na wakacje. Każde lato oznaczało również spotkanie z Janem. Jan stał się jakby inny. Żartował z dziadkiem, mnie wypytywał o szkołę, o to, czego się nauczyłam. Mógł mnie słuchać godzinami, a ja miałam dużo czasu, by opowiadać.

Tak mijały lata. Jan stawał się powolniejszy. Słabszy. Jednak za żadne skarby nie chciał przekroczyć progu jakiegokolwiek domu.

Byłam już chyba nastolatką. Przyjechałam do babci z tuzinem książek. Siadywałam na ławeczce pod malwami i czytałam. Wsłuchana w odgłosy przyrody. Podświadomie wyczekiwałam kroków ludzkich. Konkretnych kroków. Kroków Jana.

Tamtego lata ich nie usłyszałam.

---


Moi dziadkowie nie żyją od wielu  lat. Ich domu już nie ma. Jednak, kiedy przychodzi lipiec, zawsze mam chęć pojechać w miejsce, gdzie spędziłam dzieciństwo. Tego lata tam byłam. Miejsce po domu zajęły krzaki. Jednak brzoza przy drodze stoi. Potężna. Wysoka. Przytuliłam się do niej. Biało-brązowy, chłodny, chropowaty nieco pień. Przyjemny. Popatrzyłam w stronę lasu. Słońce świeciło mocno, musiałam przyłożyć rękę do czoła, bo oślepiało. Przez moment miałam wrażenie, że widzę znajomą postać. Wysokiego, starego mężczyznę w szarym płaszczu. Uśmiechnęłam się na myśl o Janie. Mam nadzieję, że choć na  chwilę udało mi się rozmrozić jego serce…

Ela Matusiak

Wojenna Miłość
Wiosna 1943 roku przyszła wyjątkowo późno. Nim drzewa i kwiaty zaczęły wypuszczać pierwsze pąki, minęła już połowa kwietnia. Zima dała się we znaki wszystkim mieszkańcom Rawicza, także Mariannie Muławskiej, która z radością wystawiała swoją pomarszczoną twarz do słońca. Siedziała przykryta kocem  na starym, dębowym krześle ojca. Czekała na Tedzię, która parzyła właśnie dla niej kawę zbożową. Marzyła o wielkiej filiżance aromatycznej „parzuchy” z utartym na biało koglem – moglem. Zresztą nie tylko tego jej brakowało. Od początku wojny, racje żywnościowe były coraz mniejsze, a środków higienicznych jak na lekarstwo. Była już bardzo zmęczona wojenną zawieruchą, ale dzięki swojej córce i ogrodowi z tyłu domu – mogły się utrzymać.

- Proszę, mamo. Twoja kawa. Pij, póki gorąca – ja w tym czasie zapakuję wózek i pobiegnę na dworzec.
Marianna westchnęła ciężko, ale wiedziała, że jakiekolwiek perswazje tylko pogorszą sprawę, więc szepnęła cicho: - Z Panem Bogiem, dziecko. Uważaj na siebie i nie właź Niemcom pod nogi! Tedzia cmoknęła matkę w policzek i zniknęła w kuchni.

Przelewając krupnik z wielkiego gara do termosu, myślała o tym co ją czeka. Mogła nie wrócić już do domu, ale przysięgała i musiała wypełnić swój obowiązek. Dziś, jak co dzień wybierała się na dworzec. Od jakiegoś czasu w samo południe na rawicki peron pierwszy wtaczała się lokomotywa z wagonami, w których przewożono ludzi. Wieziono ich na roboty do Niemiec, a stacja w Rawiczu była przymusowym postojem. Ludzi traktowano jak bydlęta i za każde najdrobniejsze przewinienie dotkliwie bito, a nawet karano śmiercią. W tym samym czasie, druga lokomotywa (przysłaniając tę pierwszą) wiozła Niemców, którzy osiedlali się na polskiej wsi. Ludzie ci rozchodzili się po dworcu chcąc napić się gorącej herbaty w dworcowej kawiarni u Grety, lub rozprostować kości. Teodora, stawała nieopodal lokomotywy i wielką chochlą nalewała zupy do aluminiowych manierek żołnierzy SS, którzy pilnowali transportu. Dziewczyna miała duże błękitne oczy i piękne blond włosy, co sprawiało, że wyglądała jak prawdziwa Aryjka. Dzięki temu wyglądowi, nieufni zwykle żołnierze z ochotą zajadali zupę zaserwowaną im przez Tedzię i opowiadali rubaszne żarty. Dziewczyna uśmiechała się szeroko i z wielkim wdziękiem odpowiadała na dowcipy, co powodowało kolejne salwy śmiechu i zainteresowanie pozostałych strażników. Bardzo powoli rozdawała kolejne porcje zupy, dzięki czemu, garstka młodych mężczyzn i kobiet mogła wrzucić do wagonów pełnych ludzi trochę chleba i kanek z wodą. Czasem udawało się przemycić jakieś ubrania, koce, kostkę mydła. Pomoc to była znikoma, ale przyjaciele dziewczyny woleli to niż bezczynne przyglądanie się bandytom.

Kiedy wraz z ostatnią miską zupy oddalił się najbardziej natarczywy żołnierz, dziewczyna zamknęła termos, upchnęła czekoladę, cukier i herbatę pod płaszczem i z wyrazem ulgi, ciągnąc za sobą wózek – udała się w kierunku wyjścia z peronów. Była pewna, że dziś zatrzyma ją patrol rewizyjny, krążący w okolicy, dlatego niespiesznie i metodycznie przemierzała kolejne metry. Już od wielu tygodni czuła na sobie spojrzenie jednego ze strażników, którzy patrolowali dworzec. Mieli świadomość, że dziewczyna dostaje produkty żywieniowe za te kilka łyżek zupy, którą karmi, ale przymykali na to oko – wszak żołnierzom SS należało się to jak nikomu innemu. Mężczyzna patrolował dworzec wraz z kobietą. Oboje mieli krótko przystrzyżone włosy i nienaganne mundury. Kiedy stali odwróceni tyłem, trudno było odgadnąć, że jeden z nich to niewiasta. Tedzia znała tę kobietę z opowiadań. Miała na imię Ingeborg, była bezwzględna i bezduszna, a przy swoim metrze i osiemdziesięciu centymetrach wzrostu oraz ogromnej sylwetce, budziła respekt nawet wśród mężczyzn. Inga była najlepsza wśród kobiet dlatego przydzielono ją do patrolu Otta, który kierował wszystkimi patrolami w okolicy dworca.

Polka wpadła w oko mężczyźnie jeszcze zimą. Zza przepierzenia obserwował jak co dzień przychodziła na peron rozdawać zupę. Nie wiedział dlaczego tak chętnie pomaga okupantowi w zamian za kilka  produktów żywnościowych czy toaletowych. Czuł, że kryje się za tym coś innego niż chęć przetrwania i od tej pory przyglądał się jej szczególnie uważnie.

Widział zdenerwowanie w jej wzroku, pozornie spokojne ruchy rąk, które zaczynały drżeć przy najmniejszym hałasie, słodki uśmiech, który nie obejmował oczu. Widział także wielką ulgę malującą się na jej twarzy, kiedy zupa w termosie się kończyła i dziewczyna spokojnie mogła udać się do domu.

Tego dnia, kiedy się spotkali twarzą w twarz. Wszystko poszło  na opak. Najpierw mama obudziła się z gorączką. Po wizycie felczera Markiewicza wcale się nie uspokoiła, ponieważ przyczyna złego samopoczucia matki nie była znana. Później, zupa, którą Teodora ugotowała dla żołnierzy przypaliła się i zamiast tego kobieta musiała nagotować ziemniaków okraszonych cebulą i cudem zdobytą słoniną. Nie miała wyjścia, stwierdziła, że lepiej jest poświęcić kawałek przedniego tłuszczu niż narazić życie grupy znajomych, którzy czekali już pod wiaduktem kolejowym żeby pomóc przewożonym w wagonach ludziom. Czuła, że coś się wydarzy, była niezwykle przesądną osobą, a poranne wydarzenia wskazywały jednoznacznie na zbliżającą się katastrofę.
Tedzia szła w stronę dworca kolejowego z duszą na ramieniu. Kilkukrotnie zerkała w stronę stróżówki, sprawdzając czy przystojny Niemiec ma dziś wartę. O dziwo – nikogo nie zauważyła. Spojrzała na tory i zobaczyła zbliżającą się lokomotywę. Przygotowała termosy pełne tłuczonych ziemniaków i uzbrojona w szeroki, sztuczny uśmiech, czekała na wygłodniałych żołnierzy. Wydawanie porcji przebiegało bardzo sprawnie. Mężczyźni zadowoleni z sycącego posiłku rozsiedli się na dworcowych ławkach. Raz po raz posyłając dziewczynie wdzięczny uśmiech, a czasem obdarowując ją puszką kakao lub torebką cukru. Tedzia martwiła się o kolegów, którzy z drugiej strony wagonów przerzucali wałówki dla więźniów, ale starała się zachować spokój.  Upychała właśnie zdobyte produkty pod wełnianym kocem, kiedy podszedł do niej młody mężczyzna i kłaniając się w pas, rzekł:
- Dzień dobry, panience. Piękny dziś dzień, prawda? W sam raz na wycieczkę. - Uniósł dłoń Tedzi do ust i złożył na niej głośny pocałunek. Zaskoczona dziewczyna odpowiedziała na pozdrowienie i już miała zapytać skąd ją zna, kiedy poczuła, że nieznajomy wciska jej maleńkie zawiniątko. W lot zrozumiała, że coś się wydarzyło. Pożegnała się i wróciła do swoich zajęć. Pochyliła się nad termosem, ułożyła maleńki gryps na pokrywce i przeczytała:

„Tedziu, ratuj! Antek utknął w torowisku. Odwróć uwagę. J.”

Dziewczynę oblały zimne poty, wiedziała, że nie ma ani chwili do stracenia. Janek wzywał pomocy. Zrobiła zatem pierwszą rzecz, która przyszła jej do głowy. Jednym, gwałtownym ruchem zerwała koce i poprzewracała puste termosy. Narobiła tym takiego łoskotu, że żołnierze natychmiast wyciągnęli karabiny. Kiedy zobaczyli co było powodem hałasu, rzucili się do pomocy. Tedzia przewróciła się prosto na naczynia, ale uczynni mężczyźni czym prędzej pomogli jej wstać i pozbierać rozrzucone po peronie rzeczy. Dziewczyna rozglądała się na lewo i prawo, bo uzmysłowiła sobie, że wiadomość, którą dostała od nieznajomego wala się gdzieś pomiędzy naczyniami. Zdała sobie sprawę, że musi znaleźć gryps jako pierwsza, bo inaczej ją i resztę załogi czekają poważne konsekwencje, nie mówiąc już o uwięzionych w wagonach ludziach, którzy ośmielili się przyjąć pomoc. Miałaby na rękach krew setek ludzi, a do tego nie mogła dopuścić.
Maleńką kartkę dostrzegła tuż przed kotłującym się przy niej tłumie. Kiedy sięgała po nią ręką, całkowicie przykrył ją ciężki oficerski but. Podnosząc głowę do góry spodziewała się zobaczyć rozeźlony wzrok i karabin wycelowany w czoło. Oniemiała jednak kiedy przed jej twarzą zakwitł uroczy uśmiech Otta i pałające zielone oczy. Mężczyzna w kilka minut rozgonił towarzystwo i załagodził sytuację, mówiąc, że zajmie się dziewczyną. Podał jej rękę i odprowadził na ławkę. Tedzia trzęsła się ze strachu, ale ze wszystkich sił starała się nie patrzeć na Niemca, by ten nie ujrzał jej niepokoju. Miała nadzieję, że chłopcom udał się skok i nikomu nic się nie stało. Z rozmyślań wyrwał ją głos mężczyzny:
- Myślę, że nie powinna pani  tak ryzykować. Gdyby któryś z nich zobaczył tę wiadomość – już by pani nie żyła. Proszę tu na mnie poczekać, kończę zaraz wartę, odprowadzę panienkę do domu.
- Dziękuję, ale nie ma takiej potrzeby. - powiedziała płynnie po niemiecku – Odwdzięczę się panu. Proszę tylko powiedzieć czego panu trzeba.
- Moja propozycja nie podlega dyskusji, panienko. Proszę na mnie poczekać – stuknął obcasami i poszedł się odprawić. Dziewczyna siedziała z szeroko otwartymi ustami i wyrazem niedowierzania na twarzy. Myśli kotłowały się jej w głowie, była zmęczona i przerażona, a na domiar złego, ten dziwny Niemiec miał zamiar odprowadzić ją do domu. W pierwszej chwili chciała uciec, ale wiedziała, że to tylko pogorszy sprawę. Co ludzie powiedzą kiedy ich zobaczą? A matka? Jeszcze nie daj Boże jej się pogorszy.
Nie dokończyła myśli, ponieważ zjawił się Otto w cywilnym ubraniu i fikuśnym meloniku na głowie.
- Pani pozwoli, że ją odprowadzę. I proszę nic nie mówić, póki nie znajdziemy się poza zasięgiem ciekawskich uszu.

Szli przez chwilę w milczeniu. Otto obejrzał się za siebie i poprowadził dziewczynę przez pobliski park.
- Nie wiem jak panu dziękować – wybąkała Tedzia – gdyby nie pan… Proszę, muszę już wracać do domu, a to tuż za rogiem.
- Panienko, proszę teraz nic nie mówić. Domyślam się co pani robiła i jest to karygodne zachowanie. Mimo to, mam swoje powody by o tym nikogo nie powiadamiać. Teraz się przespacerujemy, a potem zaprosi mnie pani na herbatę. I wydaje mi się, że to nie jest zbyt wygórowana cena, nie sądzi pani? - powiedział, podając jej ramię.
Nie rozmawiali ze sobą. Szli pogrążeni we własnych myślach. Tedzia zastanawiała się jak wyjaśni matce obecność mężczyzny i to w dodatku Niemca, a Otto cieszył się z bliskiej obecności dziewczyny. Działała na niego jak balsam i postanowił, że zrobi wszystko by ją zdobyć, mimo iż było to zabronione i surowo karane.

Okazało się, że niepokój Tedzi był bezpodstawny. Mama czuła się lepiej, siedziała w fotelu i mimo uprzedzeń zabawiała gościa rozmową. Po wyjściu Otta powiedziała tylko, że nie będzie o nic pytała, póki córka zachowa ostrożność. Tedzia nie mogła zaprzeczyć, że Niemiec jej się podoba. Wielokrotnie tego wieczora zastanawiała się nad tym, czy gdyby nie wojna, mogliby umawiać się na randki, chadzać do kawiarni i na dancingi. Szybko jednak pozbyła się tych myśli i skupiła na codziennych obowiązkach. Była wdzięczna mężczyźnie za zachowanie dyskrecji. Dzięki niemu, grupa przyjaciół mogła nadal pomagać więźniom, choć musieli być bardziej ostrożni niż dotychczas.

Od tego pamiętnego dnia, Otto był stałym gościem w domu Tedzi. Godzinami rozmawiali o literaturze, skradzionych latach, trudnościach z jakimi przyszło im się zmierzyć w czasie wojny. Często towarzyszył Mariannie w spacerach do kościoła, a podczas codziennych wypraw na peron – stał przy Teodorze jak strażnik.
Całej te niecodziennej sytuacji przyglądała się Ingeborg, która stanowiła dla młodych poważną przeszkodę. Początkowo tylko naśmiewała się z Otta, że zadaje się z polskimi dziwkami, ale czas mijał, a młodzi coraz bardziej do siebie lgnęli. Była świadkiem rodzenia się między nimi uczucia. Widziała długie i gorące spojrzenia, ukradkowe muśnięcia dłoni, piękne uśmiechy, które przeznaczone były tylko dla nich. Krew w niej wrzała. Wiedziała, że musi donieść na kolegę, ale kobieca logika i zazdrość podpowiadały jej co innego. Planowała zemstę.
Jak się szybko okazało, kobieta nie musiała długo czekać. Podczas jednej z codziennych służb oddaliła się od peronu. Nie mogła patrzeć na świergoczącą parę i zauroczonych Teodorą żołnierzy. Nikt nie zwracał na nią uwagi, więc postanowiła przejść się wzdłuż pociągu i sprawdzić czy plotki krążące o Polakach są prawdziwe. Podczas spotkań w kantynie, jeden z niemieckich oficerów śmiał się, że więźniowie śmierdzą jak łajno, co dowodzi temu, że należy ich traktować jak zwierzęta.
Wychodząc zza lokomotywy, Inge zobaczyła kilku mężczyzn, którzy wrzucali maleńkie pakunki do wagonów.
W kilka sekund zorientowała się, że młoda dziewczyna na peronie i ci mężczyźni działają w komitywie. Zemsta smakuje najlepiej kiedy jest przemyślana, ale w tym przypadku, kobieta działała pod wpływem impulsu.
- Hände hoch! - krzyknęła do mężczyzn i z wycelowanym w nich karabinem, popędziła wzdłuż składu. Chłopcy, przyłapani na gorącym uczynku, rzucili się do ucieczki. Woleli zginąć niż dać się złapać. Ingeborg była jednak bardzo szybka i jednego z młodzików złapała w ostatniej chwili, tuż przed zbliżającym się pociągiem towarowym. Z wyrazem tryumfu na twarzy stanęła przy wózku Teodory i obserwowała reakcję dziewczyny. Kilka rzeczy stało się równocześnie. Teodora poczuła szarpnięcie i chrzęst łamiącego się nadgarstka. Przez łzy zobaczyła szamoczącego się z Ingeborg Otta, usłyszała huk wystrzału i upadającego ciała. Spojrzała w stronę, z której dochodził dźwięk i ujrzała tylko piękne zielone oczy, wpatrujące się w nią z miłością. Spojrzenie to zgasło minutę później.

Anna Grzebalska

Przeszłość, która wciąż trwa

Od zawsze wiedziałam, że nie jestem taka jak moje rówieśnice. I nie chodzi mi tu o wygląd, bo uwielbiam swoje długie miedziane włosy oraz duże zielone oczy, nie stroniłam od sukienek i spódnic oraz dodatków. Lubiłam też swoje imię i nazwisko: Matylda Polosewicz. Jednak, kiedy moje koleżanki z podwórka bawiły się na trzepaku, budowały domki, grały w klasy albo bawiły się w sklep ja wolałam zabawę z chłopcami w wojnę. To ja przenosiłam zawsze wymyślone meldunki lub rozkazy albo nieporadnie bandażowałam opatrunek na niewidzialnej ranie. Wieczorami lubiłam, gdy moja babcia Sabina opowiadała mi ,,jak to było, gdy to ona była młoda’’. Zwykłe bajki były dla mnie nie realne i nudne, nigdy nie chciałam być jedną z tych baśniowych księżniczek. Ich życie i przygody były dla mnie strasznie pozbawione sensu i tak mało mogły czymś mnie zaskoczyć.  Inaczej było z babcinymi opowiadaniami. Te były barwne, żywe, czasem wydawało się, że mogę to wszystko zobaczyć na własne oczy, dotknąć i posmakować. W pamięci do tej pory pamiętam niektóre z tych opowiadań. Jedno z moich ulubionych to o lanym poniedziałku. Do tej pory potrafię odtworzyć głosy babci podczas jej opowiadania. Było w nim tyle nostalgii… Był lany poniedziałek. Jak co roku chłopcy z naszej wsi oblewali dziewczęta. Nas było trzy. Ja, Klementyna, Eleonora. Klementyna nie chciała by chłopcom uszło to oblewanie na sucho. Uciekła na poddasze, tam miała naszykowane wiaderka z wodą. Gdy któryś się zbliżał do drabiny polewała go tą wodą. Wody jednak zbrakło. Postanowiła obsypywać ich plewami porozsypywanymi po podłodze. Na końcu tych naszych oblewanek wyglądali bardzo śmiesznie. Babcia wyciągała swoje pamiątki między innymi stare zdjęcia tak inne od tych współczesnych. Widziałam ją na nich taką młodą, na wielu z nich była dzieckiem lub młodą panienką. Na innych byli członkowie jej rodziny w tym jej rodzice oraz dalsi krewni. W liceum babcia Sabina wprowadziła mnie w tragiczną historię rodziny z czasu wojny i okupacji. Okupanci zabili jej ojca na drodze przy ich rodzinnym domu. Matka zmarła następnego dnia w wyniku epidemii. Poruszona zaczęłam wypytywać o ten tragiczny czas swoją drugą babcię Hannę. Ta jednak nigdy nie chciała nic powiedzieć. Powtarzała ,,jesteś za młoda by zrozumieć’’.  Dopiero po wielu latach dowiedziałam się dlaczego nie chciała nic mówić. I tak rosłam. Z dziecka stałam się nastolatką a potem kobietą. Obie babcie odeszły z tego świata. Już nie miałam jak je o ich losy czasu młodości zapytać. Chociaż przeczytałam wiele książek,  obejrzałam wiele filmów pozostał niedosyt. Powoli moje myśli ten niedosyt spychały w głąb mojego serca. Zastąpiły go sprawy dnia codziennego. Najpierw matura potem studia i kolejne sesje a na końcu praca. W końcu poznałam swojego obecnego narzeczonego Filipa. Przeszłość przodków zastąpiło tworzenie wspólnej przyszłości. Jednak wraz z tworzeniem przyszłości do głosu doszła  przeszłość i tragiczna historia babci Hani. Wszystko zaczęło się dwa miesiące przed ślubem. Właśnie byliśmy na obiedzie niedzielnym u moich rodziców, gdy w pewnym momencie mama podała mi szare pudełko.
-Skarbie, babcia Hania niedługo przed swoją śmiercią prosiła by ci to pudełko przekazać, ale tylko, gdy będziesz miała niedługo wyjść za mąż. Ma ono podobno odpowiedzieć na twoje wszystkie pytania, które zadawałaś jej w przeszłości.
–Dlaczego dopiero teraz ? Mam już 26 lat a na temat tego okrutnego czasu wiem już całkiem sporo. Nie musiała przecież bać się, że zbagatelizuje to co się od niej dowiem -odpowiedziałam.
–Nie wiemy dokładnie. Powiedziała tylko, że wspomnienia były ciąż dla niej żywe i bolesne. Bała się rozdrapywać stare rany. Chciała abyś znała jej historię, ale to kiedy miała zostać przekazana było ściśle związana z tym co się wydarzyło.
–Kochanie-wtrącił się Filip- poczekaj z osądami aż zapoznasz się z tym co ci przekazała.
-Masz rację, nie mogę jej winić nie wiedząc co kryła w swoim sercu. Wieczorem zobaczę co zawiera pudełko.
-Nie zapominaj skarbie, że masz w nas zawsze wsparcie-tata próbował dodać mi otuchy.
-Ja także pozostanę przy tobie bez względu co z tym dalej zrobisz  i będę cię wspierać całym sobą.
-Tak, gdybyś czegokolwiek potrzebowała będziemy starali ci wszyscy pomóc.
                                                                                                                                                                Tak jak obiecałam wieczorem przy kubku ulubionej hibiskusowej herbaty otworzyłam tajemnicze pudełko.
-Zobacz !-krzyknęłam zaskoczona do Filipa, który właśnie wchodził do salonu.
-Co tam się znajduje?- dopytywał się podekscytowany.
-List zaadresowany do mnie, sporo listów przewiązanych wstążeczką, jakiś zeszyt… czekaj to coś w rodzaju pamiętnika oraz stare zdjęcia osób, ale nie znam ich. Niestety nie są podpisane. Jest też bukiecik zeschłych wrzosów oraz guziczek z orłem w koronie.
-Jestem zaintrygowany twoim znaleziskiem. Przeczytaj list od babci. Może ci coś rozjaśni.                                                                  
Kochana wnusiu, jeśli czytasz ten list to znaczy, że już nie ma mnie z wami a wkrótce zbliża się twój wielki dzień. Nadszedł więc czas byś poznała moją historię. Wcześniej nie miałam odwagi do niej wracać. Nie chciałam mówić o tym co utraciłam. Nie chciałam wracać do tych miejsc, do tych wspomnień, które boleśnie odcisnęły się na mojej duszy i mojej przyszłości. Jeśli po przeczytani tego co ci zostawiłam zechcesz bliżej poznać moją historię skontaktuj się z Janeczką Jamską z Błękitnego Stawu. Babcia Hania.
-Nie wyjaśniła ci zbyt wiele. A ta wioska to gdzie leży ? –myślał na głos  Filip.
-List jest taki tajemniczy.  Chyba muszę przeczytać te wspomnienia. Nie jest tego znowu tak dużo.  A ta wioska chyba jest na Lubelszczyźnie. Tata kiedyś coś o niej wspominał.
-Zostać z Tobą ? Razem będzie ci raźniej.  
-Nie trzeba. Jak przeczytam wszystko ci opowiem. Idź już spać. Dobranoc.                                                                                                                                                                                                                                    
Wspomnienia babci wciągnęły mnie tak mocno, że tej nocy spać nie poszłam. W tych chwilach cały czas byłam blisko niej, Hani. Dziewczyny, z której przewrotny los zakpił w okrutny sposób, tak samo jak z milionów Polaków. Jednak to ona była bliska memu sercu i to jej losy zaważyły również na moim losie. Teraz po przeczytaniu tego co mi przekazała chciałam jeszcze bardziej wgłębić się w losy moich najbliższych. Chciałam zobaczyć na własne oczy te miejsca, w których wyrosła i stały się niemymi świadkami jej życia.
-Filip. Jadę tam- oznajmiłam wpadając do sypialni jak burza.
–Co? Gdzie? Stało się coś? –zaspany Filip zadawał pytania jedno po drugim.
-Do Błękitnego Stawu. Do pani Janeczki. Muszę natychmiast z nią porozmawiać!
-Zaczekaj. Jest dopiero 7.00 rano. Zjemy śniadanie, spakujemy trochę rzeczy na podróż.  W końcu nie wiemy jak dużo  nam to wszystko zajmie czasu.
-My?
-Tak. My. Jadę z tobą. Po drodze opowiesz mi co przeczytałaś- zażądał  kategorycznie- Ja prowadzę. Ty w tym stanie emocjonalnym nie jesteś w stanie.

W drodze do miejsca przeznaczenia opowiedziałam Filipowi co dowiedziałam się z listów i pamiętnika. Opowiedziałam o sielskim dzieciństwie Hanny, o jej rodzicach Wincentym i Marii i rodzeństwie:  najstarszej Zuzannie, Michalinie oraz najmłodszym Mikołaju, dalszym krewnych. Wspomniałam też o tym jak babcia z rodzeństwem pasła krowy, przysłuchiwała się gospodyniom podczas wspólnego darcia pierza, uczęszczaniu do wiejskiej małej szkółki. W końcu przeszłam do czasów wielkiego ucisku Polaków podczas okupacji w tym do represji, zakazów, nakazów stosowanych przez hitlerowców oraz do organizowaniu się obrony przeciwko temu wszystkiemu. Jej nastoletnie lata i pierwsze miłości przypadły w tym strasznym czasie. Wtedy poznała swoją wielką miłość, Kazika. W 1943 roku zamierzali się pobrać. Chłopak był partyzantem. Wraz ze swoim oddziałem pomieszkiwał w lasach okalających  Błękitny Staw i okoliczne wioski. Lasy dawały im świetne schronienie a mieszkańcy pomagali dostarczając czego im było trzeba. Tak oto poznali się Hania i Kazimierz. Pewnego wieczoru zapukał do domu rodzinnego dziewczyny by prosić o posiłek. To właśnie Hania przyrządziła mu wieczerzę a ten chciał się jej za dobry uczynek odwdzięczyć. Z czasem zaczął odwiedzać ją coraz częściej aż w końcu poprosił ojca dziewczyny o jej rękę i został przyjęty. Niedługo po zaręczynach Niemcy chcieli wygonić partyzantkę z lasów robiąc kocioł. Strzelali do nich jak do kaczek, nie ominęli nawet małego jeziorka. Bali się, ze partyzanci ukryli się pod wodą.  Na szczęście nikomu nic się nie stało. Wszyscy wycofali się wcześniej obserwując poczynania okupantów. Kazik po tym wydarzeniu dostał rozkaz powrotu do domu. We wrześniu 1943 roku odbył się ślub młodych.
-Hmm, twój dziadek miał na imię Stanisław i z tego co kiedyś mówił twój ojciec pobrali się w październiku 1944.
-Tak, to prawda.  To dziwne, w pamiętniku jest opisany tylko ślub z Kazikiem a potem pisze już o poznaniu dziadka Stanisława i swoim nowym życiu. Dlatego musimy porozmawiać z panią Janeczką. Z czasów zamieszkania w Warszawie nie wspomina ani o Kaziku ani o swojej rodzinie. Musiało się coś wydarzyć, coś o czym nie napisała.
Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy w końcu do  celu podróży i po kilku minutach błądzenia odnaleźliśmy dom Janeczki Jamskiej.
Puk, puk- zapukałam. Drzwi otworzyła nam miła, starsza pani.
-Dzień dobry, czy pani Janina Jamska?- zapytałam trochę speszona.
-Zuzanna!- krzyknęła.
-Przepraszam, nazywam się Matylda Polosewicz a to mój narzeczony Filip Jarski. Moja babcia Hanna pisała, że pani może pomóc mi w odkryciu jej przeszłości.
-Wnuczka Hanny ? Przepraszam. Jesteś taka do niej podobna. Do Zuzanny, starszej siostry Hani. Wejdźcie. Proszę. Kawy? Herbaty? Właśnie upiekłam ciasto drożdżowe.
Usidławszy na miękkiej sofie podałam, jak się okazało najlepszej przyjaciółce babci jej list.
-Tak, wiedziałam, że w końcu Hanka pójdzie po rozum do głowy. Tyle lat prosiłam ja by wyrzuciła z siebie to co ją przygniatało. Nie zdążyła. Ach, ile się z tym wszystkim męczyła.  Częstujcie się ciastem a ja opowiem wam wszystko co przeżyliśmy. Pewnie przeczytałaś jej wspomnienia w pamiętniku. Nie ma tam najważniejszego. Tragedii jaka wydarzyła się w wrześniu 1943 roku, ale powinnam wrócić do wesela Hani i Kazika. Kazik tak ją kochał a ona kochała jego. Byli gotowi oddać za siebie życie. Wracając do tematu. Ślub odbył się pod koniec sierpnia. Ja byłam świadkową Hani. Byłam też młodszą siostrą Kazika. Mieszkałam wtedy z rodzicami w miejscowości położonej kilka kilometrów od Błękitnego Stawu. Kazik po ślubie zamieszkał tutaj. Dwa tygodnie później Hania przyszła do nas i została na noc. Wtedy zdarzyła się tragedia. Dzień wcześniej partyzanci zabili jakiegoś ważnego Niemca  niedaleko wsi. Następnego dnia okupanci w ramach zemsty, z samego rana okrążyli Błękitny Staw. Mordowali jego mieszkańców. Nikogo nie oszczędzili. Wieś spalili niemal doszczętnie. Uchowała się tylko chata na skraju lasu. Rosło wokół nie wiele drzew i tamci ją przeoczyli. My widzieliśmy łunę pożarów aż u nas w domu, spakowaliśmy tak jak inni swój dobytek na wozy, bo gdyby tam Niemcy potem szli to byśmy uciekali na bagna. Hania chciała biec do swoich, ale nie pozwoliliśmy jej. Wiedzieliśmy czym to grozi. Gdy wszystko ucichło popędziliśmy co tchu z Hanią czy ktoś zdołał się uratować z rodziny. Niestety. Młodsze rodzeństwo Hani zostało zabite w domu i spalone, to samo spotkało jej rodziców. Zuzannę wywleczono i na drodze rozstrzelano. Kazik najwyraźniej chciał się bronić. Zginął z bronią w ręku. Trzeba było ich pochować, ale nie mieliśmy jak. Postanowiłam, że wrócimy do domu, powiemy ludziom co zobaczyłyśmy i ludzie nam pomogą. Hania chciała zostać, wiła się z rozpaczy. Nie dałam jej zostać samej. Prośbą i groźbą zmusiłam aby poszła ze mną. Bałam się tego co może sobie zrobić. Gdy byłyśmy koło chaty przy lesie dostrzegłyśmy kilkoro ocalałych mieszkańców wioski. Tym razem przystałam na błagania Hani by mogła zostać. Zostawiłam ją pod opieką innych mieszkańców. Sama przybiegłam co tchu do domu. Szybko zorganizowaliśmy pomoc uratowanym i przygotowaliśmy miejsca na pochówki dla zabitych. Ci, co ocaleli nie chcieli zostawiać swojej miejscowości. Wszyscy zamieszkali w tej chacie. Nie było ich wielu. Tylko czworo licząc Hanię. Później Niemcy uciekli. Po kapitulacji do wsi zaczęli powracać wywiezieni na roboty. Błękitny Staw znowu zaczął tętnić życiem.  Wszyscy patrzyli w przyszłość. Wszyscy oprócz Hani, ale tak dłużej nie mogło być.  Na pamięć o moim bracie prosiłam ją by zaczęła żyć. W końcu zgodziła się. Wyjechała by starać się odzyskać swoje życie. Tu czuła się jakby była martwa. Jakby została zabita wraz z innymi. I powoli zaczęła wychodzić na prostą, ale o tym co było nie chciała mówić. Kilka razy odwiedzałam ją w Warszawie, pisałyśmy do siebie regularnie. Tu jednak nigdy więcej nie przyjechała. To było dla niej za trudne. Nie chciała o tym mówić bliskim. Wiedział tylko o tym Stanisław.  On stracił narzeczoną w powstaniu. Potrafił zrozumieć co czuła Hania. Dziś po tej tragedii nie widać już śladów. Stoi tylko pamiątkowa tablica oraz dom, w którym mieszkali uratowani. Tam od wyjazdu Hani nikt nie zagląda. Wszystko jest tak jak zostawiła w dniu swojego wyjazdu.
-Teraz już wiem dlaczego nic nie chciała powiedzieć. Nie wiem jakbym się w takiej sytuacji zachowywała. Śmierć wszystkich bliskich w tym samym czasie, spalenie domu. Zniszczenie jej miejsca na ziemi.  A gdzie są wszyscy pochowani? Chciałabym się przy ich grobie pomodlić.
-Wszyscy zostali przeniesieni na miejscowy cmentarz i złożeni do zbiorowej mogiły.
-Chciałbym jeśli można zobaczyć też pamiątkową tablicę i ten dom. Oczywiście,  jeśli to nie kłopot.
-Dziś już nie ma bardzo możliwości, ale jutro jak najbardziej. Chciałabym abyście zobaczyli też nasz parafialny kościół wybudowany przez naszych ojców oraz starą szkołę, do której uczęszczała Hania z rodzeństwem.
-Z chęcią odwiedzimy miejsca, w których dorastała babcia. Jest tylko jeden problem.  –Jaki? Musicie wracać do domu?- dopytywała się starsza pani.
-Nie. To nie to. Nie spodziewaliśmy się, że tak to się wszystko potoczy i nie poszukaliśmy wcześniej żadnego hotelu. Właściwie była to spontaniczna podróż.
-Ależ to nie problem. Przenocujecie u mnie.
-Jest pani pewna?
-Oczywiście.

Kolejny dzień obfitował w moc zdarzeń. Razem z panią Janeczką zwiedziliśmy wszystkie miejsca, które zamierzaliśmy. Było dużo łez i dużo uśmiechu. Pani Janeczka co raz opowiadała anegdoty z dawanych czasów. Spotkaliśmy kilka osób, które znały babcię z młodości. Przywitali mnie z życzliwością. Wspominały, że jestem podoba do mojej ciotecznej babki Zuzanny. Pytali się o babcię. Na cmentarzu przez chwilę zastanawialiśmy się nad przeciwnościami losu. Teraz wiedziałam, że mam tu bliskich, których mogę odwiedzać. Dom, tak jak się spodziewaliśmy był zaniedbany, w środku leżały pozostawione przez babcię sprzęty domowego użytku. Piec kaflowy zapraszał do napalenia i ogrzania się przy nim, była też zniszczona jego cześć służąca do pieczenia pysznego chleba. Maślniczka zbutwiała a firaneczki w oknach zjadły mole.  Obejście było zarośnięte chaszczami. Wśród nich przebijały się jaśminy i bzy, które kwitnąc musiały pachnieć oszałamiająco. Byłam wdzięczna pani Janeczce za poświęcenie nam czasu, ale wiedziałam, że ta podróż była dla mnie i dla babci oczyszczająca. Tajemnice skrywane przez lata zostały wyjawione. Dzięki temu czułam się jeszcze bardziej związana z rodziną, dla mnie był to jak powrót do długo nie widzianego domu. Na sam koniec wizyty w Błękitnym Stawie miałam wrażenie, że znam tu każdy kamień i jestem częścią tej małej społeczności. Pani Janeczka stała się dla nas bardzo bliska, była jak  odnaleziony członek rodziny. Stała się dla mnie nową ciocią i dobrym duchem. Przed odjazdem prosiła mnie i Filipa byśmy o niej pamiętali, czasami ją odwiedzali. Z chęcią przystaliśmy na tą propozycję. Zgodziła się przyjechać na nasz ślub, bo nie wyobrażaliśmy sobie by mogło tam jej zabraknąć.  Chcieliśmy świętować ten dzień wraz z nią.  Na odjezdnym dała nam wcześniejszy prezent, który mnie niesamowicie wzruszył. Otrzymaliśmy zdjęcia a na nich: na jednym Zuzanna , dziadkowie, młoda babcia Hania i pani Janeczka siedzące nad rzeką, Hania i Kazik w dniu ślubu oraz najcenniejszą rzecz dla babci: medalion podarowany jej przez Kazika w dniu zaręczyn.

Dwa miesiące później odbył się nasz wielki dzień. Były przy nas wszystkie bliska nam osoby. Żałowałam tylko, że nie było ze mną moich dwóch kochanych babć. Tak bardzo je kochałam i chciałabym by mogły się tego dnia cieszyć wraz ze mną. Gdy tak spoglądałam na wszystkie znajome twarze i w mojej ręce trzymałam rękę Filipa czułam się szczęśliwa. Nie musiałam bać się przyszłości. Nie musiałam obawiać się, że wróg odbierze mi to co kocham  najbardziej. Razem, teraz już z moim mężem mogliśmy budować spokojną przyszłość, nasz dom. Wierzyłam głęboko, że razem będzie nam dane się zestarzeć. Miałam coś czego nie mogła doświadczyć babcia Hania. Wspólna droga, na dobre i na złe. Nie oddałabym tego za żadne pieniądze ani tytuły. To co miałam było dla mnie najważniejsze.

13 komentarzy:

  1. Właśnie odkryłam, że przekroczyłam limit znaków (mimo, że wysłałam już opowiadanie) - a tu taka miła niespodzianka, że może być 13 stron i teraz już się mieszczę :* Dziękuję za tą zmianę i rezerwuję czas na czytanie tych, które się pojawiły. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No to dupa... ja mam 15 i dalej piszę... ale nic. Napiszę najpierw całość a potem będę skracać

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. Na adres e-mail magdakor@vp.pl (Jest podany w pierszym poście dotyczącym tego tomiku, proszę sobie dla pewności sprawdzić)

      Usuń
  4. W tym ostatnim opowiadaniu "Przeszłość, która wciąż trwa" jest sporo literówek. i w jednym miejscu brakuje fragmentu zdania. Może przy publikacji coś się użarło? Nie przeszkadza to w odbiorze ale jak ktoś jest wzrokowcem to widzi wiec tylko tak zgłaszam dla porządku :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Każde opowiadanie jest na swój sposób ciekawe. Zawiera ziarenka prawdy z naszej historii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. W tej różnorodności jest magia :)

      Usuń
  6. Bardzo fajnie się czyta te historie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? Niby zdjęcia te same a historie tak różne.

      Usuń
    2. Wszystkie opowiadania łapią za serce.

      Usuń