środa, 13 maja 2020

O tym że jestem wędrownie niebezpieczna :)

Dzień dobry, cześć i czołem! Nie wiem jak  Was ale mnie coraz bardziej nosi. Już tak mam, że nadchodzi moment, że włącza mi się szwędacz i wtedy się zaczyna. W ruch idą przewodniki, mapy, w przeglądarce internetowej odpalone jest tyle okienek, że mój mąż ukochany na ten widok dostaje palpitacji serca i przepowiada mi, że niechybnie wykończę to biedne urządzenie. W okienkach są strony miejsc, które mnie aktualnie interesują, blogi i właściwie wszystko co tylko w jakiś sposób wiąże się z tematem więc logiczne jest, że nic nie można zamknąć, bo nie wiadomo co może się przydać. Ale ja właściwie nie o tym. Znaczy o tym w kontekście szwendacza a nie tego jak znęcam się nad przeglądarką :) I tutaj, uwaga, szykuję się na wyznanie. Wstydliwe. I szokujące. I jasno dające do zrozumienia, że jestem autorką wędrowną z rodzaju niebezpiecznych.
Otóż moi drodzy zaczęło się już w listopadzie zeszłego roku. Dopadła mnie nagła i niepohamowana chęć spakowania walizek i wyruszenia. Przed siebie. Daleko. Wprawdzie nie tam gdzie oczy poniosą  tylko w konkretne miejsce a mianowicie do Wenecji. Koniecznie w grudniu, bo natchnęła mnie lektura "Znaku wodnego" Josifa Brodskiego. Chciałam żeby było dokładnie tak jak on opisywał:

„Wiele księżyców temu dolar był wart 870 lirów, a ja miałem trzydzieści dwa lata. Kula ziemska była również lżejsza o dwa miliardy dusz, a bar przy stazione, na której wysiadłem w ową zimną grudniową noc, był pusty. Stałem w nim, czekając na jedyną osobę, którą znałem w tym mieście i która miała mi wyjść na spotkanie."
A potem:
"Tło składało się w całości z ciemnych sylwetek kopuł kościelnych i szczytów dachów; most wyginał się łukowato nad czarną krzywizną wody, której oba końce ucinała nieskończoność. W nocy poczucie nieskończoności nieznajomych obszarów daje nam ostatnia lampa uliczna, i właśnie taka lampa świeciła dwadzieścia metrów dalej. Było bardzo cicho. Od czasu do czasu pojawiało się mętne światełko grasującej w pobliżu łodzi; śruba mąciła odbicie dużego neonu CINZANO, usiłującego usadowić się na czarnej ceracie powierzchni wody (...) Dość było się po prostu obrócić na pięcie, abym ujrzał stazione w całym jej prostokątnym splendorze neonów i wielkomiejskiej ogłady, abym ujrzał duże litery oznajmujące VENEZIA."

Czujecie to? Grudniowa noc, lekko siąpiący deszcz, albo jeszcze lepiej prószący śnieg i ja romantycznie marznąca na weneckich mostach... No dobrze, przyjmuję, że nie do każdego musi trafiać ta wizja :) Ale mnie opętało. Chciałam wilgotnego wiatru, lekkiego zimna i Placu Świętego Marka skąpanego we mgle. Swoją drogą to nie wiem czy wiecie, ale Wenecjanie kochają swoje mgły i mają na ich określenie wiele słów: nebbia, nebbietta, caligo, foschia...  I teraz uruchomcie wyobraźnię, przymknijcie oczy i zobaczcie miasto na wodzie, otulone we mgłę, która sprawia, że ma się wrażenie, że właściwie to wszystko tutaj unosi się lekko w tej białej poświacie. Cisza i spokój i nagle bicie dzwonów, które płynie z wież kościołów i kościółków...
Już mniej się dziwicie, że uparłam się na wenecki grudzień? A dodatkowo kusiła mnie jeszcze perspektywa niewielkiej ilości turystów. No więc od marzeń przeszłam do realizacji. Zamówiłam bilety na samolot. Niby nic, ale to jest kolejna sprawa, do której przyznaję się z lekkim zawstydzeniem. Otóż to był mój pierwszy raz. W życiu nie leciałam. Naprawdę! Zawsze nasz dzielny Manfred pieszczotliwie Maniek(samochód) dzielnie spisywał się w boju i dowoził nas gdzie trzeba. Ale tutaj pomyślałam, że po pierwsze szkoda czasu na podróż, bo wyjazd miał być tygodniowy, a po drugie odpadał kłopot z parkingiem. Więc wzięłam głęboki oddech, pomyślałam "raz kozie śmierć" i że zawsze musi być ten pierwszy raz i klepnęłam bilety. Obłożyłam się przewodnikami, mapami, książkami i zaczęłam planować.
A to jest jeden z najmilszych elementów podróży. Myśleć o tym co, gdzie, kiedy...
Jeszcze nie dotknąłeś, nie zobaczyłeś a jednak już masz przedsmak, już czujesz ten ekscytujący dreszcz na samą myśl o tym, że za momencik, za chwileczkę to wszystko stanie się twoim udziałem. I że w jakiś sposób twoja obecność wpisze się w miejsce, które odwiedzisz. Echo twoich kroków, zamieszka w uliczkach, stolik w knajpce zostanie pogłaskany przez twoją dłoń. To gdzieś musi zostawać, nie może tak zwyczajnie zniknąć. I przez tą ulotną chwilę staniesz się częścią historii, choćby tej dotyczącej jednego dnia...
Kocham to uczucie, ten czas przygotowań chyba na równi z chwilą gdy już jestem na miejscu i przeżywam wszystko realnie. Ale wracając do meritum. Bilety zamówiłam, literaturę zgromadziłam i z niecierpliwością czekałam na grudzień. I przyszedł... I Wenecja zaczęła tonąć. Stało się jasne, że tym razem musimy zmienić plany. Wędrowne. Lotne. Wyczekane. Mgliste. Z pewnym rozczarowaniem patrzyłam na moje notatki, przewodniki, książki... A potem pomyślałam, że w porządku co się odwlecze to nie uciecze i trudno, polecimy w następnym roku. Zaplanowałam wyjazd na wiosnę. Na drugą połowę marca. I co? No chyba nie muszę nikomu tłumaczyć co zatrzymało mnie w domu :) Pandemia nieźle pokrzyżowała plany, zresztą nie tylko te moje (swoją drogą to zauważyliście, że to słowo z miejsca kojarzy się wrednie? Można by było tak dać na imię jakiejś okropnie zgryźliwej i jadowitej bohaterce :) ) No ale wracając do tematu to właśnie zbliżam się do konkluzji: otóż w grudniu chciałam jechać do Wenecji i zatonęła. W marcu chciałam jechać do Wenecji i co?  Rozhulał się w najlepsze korona wirus. Hmmm... Obiecuję, że jak będę planowała kolejny raz to uprzedzę :) A wniosek z tego taki, że po pierwsze jestem potwornie przyziemną autorką, bo nie dane mi było polecieć, a po drugie, że jestem wędrownie niebezpieczna :)
P.S. Zaplanowałam już wakacje, w najbliższym czasie uprzedzę gdzie zamierzam jechać :)
P.S. 2 W następnym poście będzie dużo o "W blasku słońca", bo wiecie, że nowa powieść już w czerwcu?
Buziaki i dobrego wieczoru!

5 komentarzy:

  1. Piękne podróżnicze marzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) I na pewno na marzeniach się nie skończy. Chwilowo trzeba było odsunąć w czasie plany ale za to jest na co czekać. Pozdrawiam ciepło!

      Usuń
  2. Ja tak planowałam kiedy wyjeżdżałam z koleżankami nad nasze polskie morze. Ile potem miałam radochy kiedy dziewczyny były zdziwione, że ja tak pewnie śmigam po uliczkach danego miasteczka. Ja więcej podróży odbyła przysłowiowym palcem po mapie niż w rzeczywistości, lubię to. A Pani wyjazd do Włoch spełni się za trzecim razem, proszę dalej planować. Pozdrawiam serdecznie i czekam na pokazanie się "W blasku słońca" w księgarni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja własnie też uwielbiam planować, zapisywać, doczytywać. Takich podróżniczych marzeń jest coraz więcej i więcej. I powolutku będę je realizować, modyfikować, dopisywać i zachwycać się coraz to czym innym. I zamierzam się tym tutaj dzielić więc zapraszam do wspólnych podróży :) Też wierzę, że się spełni. Dzięki za oczekiwanie razem ze mną na najnowszą :) Buziaki przesyłam!

      Usuń
  3. Ja planuje podróże identycznie jak Ty :-) uwielbiam jeździć palcem po mapie, oglądać miejsca które chce zobaczyć. Ja zawsze w naszej paczce jestem za to odpowiedzialna i to lubię wiedzieć gdzie jadę i co warto zobaczyć.
    No widać Wenecja w marcu nie wypaliła bo na grudzień każe poczekać :-)To życzę Ci Kochana,żeby udało się spełnić to weneckie marzenie :-) takie wyczekiwane i wytęsknione marzenie podróżnicze będzie smakować jeszcze bardziej :-)

    OdpowiedzUsuń