czwartek, 21 maja 2020

Piętnaście lat, piętnaście stron... Czyli co Wam w najbliższym czasie zgotuje :) I coś dla niecierpliwych :)


Mały przegląd: tak było półtora roku temu :)
Wiecie, że piętnaście lat temu po raz pierwszy dane mi było zobaczyć i wziąć do rąk książkę autorstwa Magdaleny Kordel :) Spełniło się moje wielkie marzenie, moja własna powieść, realna, szeleszcząca, pachnąca tym czymś czym pachną wszystkie książki czyli tajemnicą, obietnicą, magią... Matko jaka ja byłam szczęśliwa i do obłędu onieśmielona! Pierwsze spotkanie autorskie, pierwszy wywiad, pierwszy autograf... A teraz w 2020 mija piętnaście lat od tego momentu. Piętnaście lat które przyniosły ze sobą nowych wspaniałych ludzi, przyjaźnie, doświadczenia i nadzieje :) Przyniosły ze sobą pewność, że snucie opowieści, takich dobrych, mówiących o ważnych sprawach ma moc uzdrawiania. Jest potrzebne i pomaga i mi i innym. Dziękuję Wam za te piętnaście lat, za to, że z niejednym z Was dane mi było śmiać się, płakać i wzruszać. Za to, że wciąż sięgacie po moje powieści i za to, że jesteście i pozwalacie mi też być przy Was. Za półeczki wypełnione Kordelową :), za entuzjazm, za zaufanie! Bardzo, bardzo chciałam Wam za to podziękować.
W 2012 :) W księgarni Atena w Kamiennej Górze :)


Oczywiście to piętnastolecie miało wyglądać zupełnie inaczej. Dużo spotkań z Wami, dużo imprez, dużo... No wszystkiego miało być dużo :) Ale jest jak jest a piętnastolecie ma się tylko jedno :) W związku z tym biorę sprawy w swoje ręce i mówię precz z wirusem :) Przez najbliższe tygodnie a może nawet miesiące dużo działań i blogowych i tych na fb i instagramie będzie sponsorować liczba piętnaście :) I zaczynamy od piętnastu stron najnowszej powieści :) Tak żebyście mieli porządny przedsmak tego, co na Was czeka "W blasku słońca" :) 


Teraz, gdy w końcu nadszedł właściwy moment, usiadła wygodniej na parapecie i wyciągnęła przed siebie dłonie w białych, koronkowych rękawiczkach. Naciągała je z ostrożnością, mając świadomość, że popełnia świętokradztwo. Według tradycji rodzinnej powinny leżeć w specjalnym woreczku, aż do momentu, gdy jej córka będzie wychodziła za mąż. Dopiero wtedy miały zostać z pietyzmem wydobyte przez matkę lub babkę panny młodej, koniecznie w magicznym momencie odejścia nocy i nadejścia nowego dnia. A już naprawdę dobrą wróżbą dla panny młodej byłoby, gdyby delikatna niczym mgła koronka została ozłocona pierwszymi promieniami wschodzącego słońca. Tymczasem ona zrobiła coś, co zapewne sprawiło, że jej wszystkie prababki, bez względu na to, jak bardzo w owym „pra” były zaawansowane, przewróciły się w grobach. Szczególnie żal jej było babki Sofii. Biedna! To po niej przecież odziedziczyłam talent i tak jej się odwdzięczam ‒ pomyślała i poczuła coś na kształt wyrzutów sumienia. 
Rodzinna legenda głosiła, że to właśnie Sofia, wiele, wiele lat temu pierwsza założyła wykonane samodzielnie koronkowe cuda. To jej palce otuliły się delikatną, zwiewną nicią skomplikowanych splotów, a potem wokół nich owinęły się miękko złote słoneczne promienie wschodzącego słońca. Była najmłodszą z córek, i najbardziej utalentowaną. Urodziła się na Burano, jednej z weneckich wysepek. Jej ojciec, jak to wtedy określano, zajmował się „robieniem fal na morzu”, czyli jedwabiem. Wenecjanie już tak mieli, że wszystko kojarzyli z wodami, które ich otaczały i od których byli zależni. Nic dziwnego, że migotliwość lśniącego materiału przywodziła im na myśl morskie fale, a satynowe tkaniny pieszczotliwie nazywali wodnym jedwabiem. Tak więc mała Sofia dorastała w domu pełnym zwojów materiałów i dużo starszych sióstr i braci. Była dziewiątym dzieckiem, którego przyjścia na świat tak naprawdę nikt się nie spodziewał. Przytrafiła się. Najcenniejszy podarunek dla ludzi, którym wydawało się, że ich czas na dzieci przeminął. Ojciec mówił o niej, że jest córą swoich stron. Że podobnie jak Wenecja, której nie powinno udać się zbudować na wodzie, a jednak powstała, tak samo i ona, Sofia, jest cudem, który znienacka przestąpił próg ich domu. I jak się wkrótce okazało, cudem utalentowanym. Sofia, dziewiąta córka, która pojawiła się znienacka, okazała się fenomenalną koronkarką. Podobno do dziś starsze kobiety mieszkające na Burano i zajmujące się skomplikowanym wyrabianiem misternych koronek wspominają czasem jej imię. 
Podobno, bo szczerze mówiąc, Nicoletta trochę w to wątpiła. W dzieciństwie oczywiście była zafascynowana i samą historią, i Sofią. W końcu wszyscy powtarzali, że talent do szycia, dziergania i rysowania ma właśnie po niej. Ale z czasem zaczęło do niej docierać, że za dużo w tej historii szczegółów, które na logikę powinny zaginąć w pomroce dziejów. Zapewne signora Giovanna miała rację, gdy mówiła, że we Włoszech wszystko musi mieć swoją historię i być związane z jakąś legendą. Nie bez powodu zresztą. W końcu co dzień, a właściwie co chwilę, gdziekolwiek by się nie stąpnęło, o jaki kamień nie oparło, ocierało się o historie sięgające setek lat. Dotykało się czasu, który dawno upłynął. To sprzyjało zamiłowaniu do snucia opowieści i dopasowywanie ich do sytuacji wysysało się praktycznie z mlekiem matki. I zapewne tak właśnie obrastały w nie stare włoskie rodziny. Choć oczywiście część historii, którą opowiadano o Sofii, musiała być prawdziwa.
Dowodem na to były właśnie rękawiczki, które teraz otulały dłonie Nicoletty. Tak delikatne i eteryczne, że traktowano je w rodzinie jak największy skarb. Niemal jak relikwię, którą swoim postępowaniem właśnie sprofanowała. Ale w końcu nie mam córki, ani najmniejszej nadziei, że ją będę mieć ‒ pomyślała. A poza tym to szczególny dzień, można by nawet pokusić się o porównanie, że to prawie taki inny ślub. I początek. Znów wyciągnęła rękę przed siebie i przez rozcapierzone palce popatrzyła na strzępy mlecznej mgły, które do złudzenia przypominały tiul ślubnej sukni. 
 ‒ Idealna sceneria ‒ wyszeptała i zsunęła się z parapetu, uważając, żeby nie zaplątać się w długą, powłóczystą spódnicę. Otworzyła drzwi i bezszelestnie zbiegła po schodach. Uchyliła ciężkie skrzydło bramy, ale zanim ją opuściła, rozejrzała się uważnie, sprawdzając, czy nikt nie idzie. Nie chciała budzić niepotrzebnej sensacji, a zapewne jej strój zwróciłby uwagę każdego, na kogo by się natknęła. O ile oczywiście w ogóle by mnie zobaczył w tej mgle… Choć nawet gdyby, to zapewne wziąłby mnie za zjawę ‒ pomyślała i nagle poczuła, że chce jej się śmiać. Ostatkiem silnej woli powstrzymała podchodzący do gardła chichot i przemknęła na drugą stronę ulicy. Po chwili zdyszana wbiegała po schodach, podciągając wysoko zwoje białej, połyskującej migotliwie spódnicy. Z pęku kluczy wyłuskała ten, który signora Giovanna dla ułatwienia obwiązała czerwoną wstążeczką, i wsunęła go w zamek. Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Początkowo nie zamierzała zapalać światła, ale w korytarzu otoczyła ją ciemność tak gęsta, że odniosła wrażenie, iż nie zdoła w niej uczynić ani jednego kroku. Zanim wymacała na ścianie włącznik, poczuła, że coś delikatnie muska je spódnicę. Dotyk był jednocześnie nierzeczywisty, a jednak do szpiku kości realny. Nie krzyknęła tylko dlatego, że nie mogła wydobyć głosu przez ściśnięte gardło. Nie wiedzieć czemu z miejsca przyszło jej do głowy, że to wszystkie rozgniewane praduchy pojawiły się, by dać jej do zrozumienia, co myślą o tak jawnym nieposzanowaniu zwyczajów i sprzeniewierzeniu się rodzinnym tradycjom.
Gdy jednak w końcu udało jej się zdrętwiałymi palcami namacać włącznik i pokój zalała jasna struga światła, u swoich stóp zobaczyła Felicytę, która wyraźnie ucieszona z towarzystwa ocierała się o jej ubranie. 
 ‒ No pięknie! Jednak wiara w gusła i nie do końca czyste sumienie to nie najlepsza mieszanka ‒ mruknęła do kotki, oddychając z ulgą. ‒ No i pewnie jeszcze znaczenie ma to, że ostatnio niewiele jem. Odkąd Alberto wyjechał, trochę o tym zapominałam ‒ zakończyła, pocierając palcami czoło. ‒ A ty co? Martwiłam się, że do mnie wczoraj nie zajrzałaś, zastanawiałam się, czy przypadkiem się nie obraziłaś, a tymczasem signora, chyba na wszelki wypadek, cię zamknęła. Chodź, zobaczymy, co tam słychać w twoich miskach ‒ dodała i zajrzała do kuchni, a następnie dosypała do opróżnionej w połowie miseczki chrupek i wymieniła kotce wodę. Felicyta z miejsca przysiadła przy misce i z zadowoleniem zaczęła jeść, popatrując spod oka na Nicolettę.
 ‒ Cóż, przynajmniej jednej z nas apetyt dopisuje. ‒ Podrapała ją za uchem i sięgnęła po naszykowaną na stole świecę oraz leżącą obok niej zapalniczkę. ‒ To ty tu sobie zostań, żebyś mi nie czmychnęła, a ja pójdę załatwić to, co mam do załatwienia ‒ mruknęła, zamykając wyraźnie niezadowoloną kotkę w kuchni. Otworzyła drzwi balkonowe i odniosła wrażenie, że tym samym wpuściła do domu białą poświatę. Mgła jeszcze bardziej zgęstniała. Gdzieś z dołu poniósł się głuchy odgłos kroków kogoś, kogo mleczna peleryna uczyniła niewidzialnym. 
Przez ciało Nicoletty przebiegł dreszcz. W powietrzu dało się wyczuć niepokój. Miała wrażenie, jakby coś niecierpliwie czekało na to, co za moment się wydarzy. 
 ‒ To tylko moja wyobraźnia ‒ mruknęła, zapalając zapalniczkę i przykładając biały knot świecy do ognia. Zajął się nieomal natychmiast, bladobłękitny płomyczek zatańczył chybotliwie i omiótł ciepłym blaskiem wgłębienie w ścianie, w którym stała Maria. Nicoletta podeszła jak najbliżej i zanim postawiła świecę, przyjrzała się figurce uważnie. Z miejsca dostrzegła, że jest inna niż wszystkie, które dotąd widziała. Przód szaty miała złoty, ale z tyłu, tam, gdzie nikt oprócz signory Giovanny jej nie widział, suknia była czarna, na dole wykończona białą, misterną koronką. Nicoletta zmarszczyła brwi i wspięła się na palce, wyciągając przed siebie dłoń. Jeszcze raz spojrzała na rękawiczkę i na miniaturową koronkę, którą ozdobiony był dół szaty Marii. Niemożliwe ‒ pomyślała i głośno przełykając ślinę, sięgnęła po figurkę. Ale ledwo dotknęła jej końcówkami palców, ta zachwiała się niebezpiecznie. Nicoletta jęknęła, wypuściła świecę i w ostatnim momencie chwyciła Marię, ratując ją przed upadkiem. Przez moment stała nieruchomo, usiłując uspokoić przyspieszony oddech.
Z "Aniołem" to pewnie coś koło czterech lat temu :)

 ‒ Uhu! Niewiele brakowało ‒ przemówiła zduszonym szeptem i przesunęła się bliżej okna, tak żeby jak najlepiej wykorzystać światło, które padało z wnętrza domu. Zaintrygowana pochyliła głowę nad figurką, ale zanim zdołała przyjrzeć się dołowi jej szaty, jej uwagę przyciągnęły drobne literki wijące się u stóp Madonny. Prześlizgnęła się po nich wzrokiem i poczuła narastającą panikę. Zamrugała gwałtownie i jeszcze raz spojrzała. Ale jeżeli myślała, że to, co zobaczyła zniknie, myliła się. Literki, artystycznie pozawijane, układały się w trzy słowa zakończone trzema wykrzyknikami narysowanymi tak, że przypominały rozwarte w błagalnym krzyku usta. Nicoletta zaczerpnęła gwałtownie powietrza i delikatnie, usiłując opanować drżenie rąk, odstawiła Marię do wnęki, po czym podniosła leżącą na podłodze balkonu świecę. Jeszcze raz przytknęła ogień do knota. Jeszcze raz płomyk zamigotał i knot zaskwierczał. Jeszcze raz przybliżyła płomień do figurki i zobaczyła to, co wcześniej. Teraz już nie miała najmniejszych wątpliwości: wzór koronki ze skraju szaty Marii był identyczny jak ten na jej rękawiczkach, a słowa układały się w jedno krótkie zdanie, które szumiało jej w uszach, gdy jakimś cudem udało jej się postawić świecę tam, gdzie powinna się znaleźć, stało jej przed oczyma, gdy trzęsącymi się rękami usiłowała trafić kluczem w zamek, odbijało się echem, gdy wbiegała po schodach do siebie do domu. Aż w końcu, gdy nareszcie zatrzasnęła za sobą drzwi swojego mieszkania, eksplodowało w jej głowie.
 ‒ Nie rób tego, nie rób tego, nie rób tego!!! ‒ krzyczało tak strasznie, że w końcu przytknęła do uszu dłonie, bo miała wrażenie, że oszaleje. Podbiegła do otwartego okna, wychyliła się przez nie i gwałtownie zaczerpnęła wilgotnego, chłodnego wieczornego powietrza. Strzępy mgły dryfowały jej przed oczami, w głowie pulsowało.
I nagle poczuła, jak stopniowo opanowuje ją gniew pomieszany z rozpaczą. Ale nie taką, jaką odczuwała do tej pory. Nie cichą i potulną, pełną pokory i niemocy, lecz dziką i nieokiełznaną. Jednym ruchem ręki zmiotła z parapetu doniczki z kwiatami, które roztrzaskały się u jej stóp. Szarpnęła zasłonę, materiał poskarżył się jękliwie i spadając, pociągnął za sobą ciężki, mosiężny karnisz, który z hukiem wylądował gdzieś w okolicy jej głowy. Oddychając głośno, stała w pogrążonym w mroku pokoju, pośrodku pobojowiska, opromieniona jedynie mleczną poświatą wpadającą przez okno. Zrobiła krok do przodu, pod nogami zachrzęściły jej skorupy doniczek. Dopiero ten delikatny, rozpaczliwy dźwięk sprawił, że nieco ochłonęła. Ale nie na tyle, żeby całkowicie pozbyć się złości. Jeszcze raz wychyliła się przez okno. 
 ‒ Nie rób tego? Tylko tyle masz mi do powiedzenia?! ‒ krzyknęła w kierunku zasłanego mgłą nieba. ‒ A co dalej? Co w takim razie mam robić? ‒ dokończyła szeptem i nagle poczuła, że po policzkach płyną jej dwie mokre strużki. W nosie zabulgotało, a z gardła wydobył się urywany szloch. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów płakała. Ostatkiem przytomności zsunęła z dłoni rękawiczki i odruchowo zapakowała je do woreczka, który uprzednio powiesiła na okiennej klamce. Ściągnęła spódnicę i gorset i cisnęła nimi o podłogę. Dopiero potem rzuciła się na łóżko i ukryła twarz w dłoniach. Płakała tak długo, aż w końcu zmorzył ją sen. 

***
Nad ranem zerwał się wiatr i rozwiał ciężkie chmury, przepędził mgły i narobił zamieszania wśród gołębi nocujących na starej dzwonnicy. Poderwały się do lotu, gładkim ślizgiem wchodząc w nadchodzący poranek. Tylko jeden z nich obrał zupełnie inną stronę niż reszta stada i przysiadł na parapecie mieszkania Nicoletty. Przekrzywiając śmiesznie łebek, zajrzał do środka, uważnie lustrując wnętrze. Ale zwinięta w kłębek i pogrążona w mocnym śnie kobieta nie miała o tym pojęcia. W momencie gdy pierwsze słoneczne promienie musnęły jej twarz, była w zupełnie innym miejscu, tam gdzie zawiłe przejścia prowadziły ją drogami, które już dawno zniknęły. 
Śnił jej się labirynt wąskich uliczek, wśród których błądziła po omacku. Co rusz trafiała na mroczne, ślepe zaułki, schodki prowadzące donikąd, wpadała w gęste opary mgły, które łasiły się do niej niczym spragnione pieszczot koty. Rozpaczliwie czegoś szukała, ale nie mogła tego odnaleźć. 
 ‒ Miasto mgły miewa swoje kaprysy ‒ nagle usłyszała dobiegający zza pleców głos i od razu wiedziała, że należy do Sofii. Tej samej, która utkała koronkowe rękawiczki. ‒ Zwodzi na manowce, mami, ale czasem daje też prezent. Zaszumiało jej w głowie, a potem nagle znalazła się na wielkim placu, na środku którego stały cztery wykonane z brązu rumaki. Gdy tylko do nich podeszła, ożyły, wzbiły się w powietrze i przysiadły na fasadzie ogromnego budynku. Wiedziała, że to właśnie tu chciała dotrzeć i że zna to miejsce, ale nie mogła za nic przypomnieć sobie, gdzie już widziała i konie, i wspaniałą budowlę. Ale najwidoczniej to właśnie był ten podarunek, o którym wspomniała przybyła z zamierzchłej przeszłości Sofia. I gdy już jej się zdawało, że jest bliska rozwiązania zagadki, wokół niej znowu zawirowało i zobaczyła swoją babkę ze strony ojca, Maddalenę. 
 Siedziała na wielkim kufrze podróżnym. W tle majaczyła woda, a nad babką zaczęły zbierać się gołębie. Białe, siwe, kremowe. Witała je z uśmiechem. Z sekundy na sekundę ptaków przybywało, aż w końcu babka rozpostarła ramiona i gołębie zaczęły na nich przysiadać. Było ich tak dużo, że po chwili drobna kobieca postać zaczęła niknąć, otoczona niecierpliwym trzepotem skrzydeł. Wtedy gołębie uniosły ją, a na placu pozostał kufer z biletem bagażowym. Nicoletta przez moment patrzyła na czarne pantofelki babki, które unosiły się coraz wyżej i wyżej. I znienacka poczuła pewność, że powinna pójść w ślady Maddaleny. Tym bardziej, że część gołębi wróciła i zaczęły ją okrążać. Już, już miała rozłożyć ramiona i dać się unieść, gdy nad jej głową coś dziwnie zafurkotało, a kufer zaczął łomotać swoim ciężkim wiekiem. I w tym samym momencie otworzyła oczy. Plac i wielka skrzynia zniknęły. Ona zaś leżała na swoim własnym łóżku, ubrana w jedwabną halkę i pończochy. I czuła się obserwowana. Starając się nie ruszać, powiodła wzrokiem dookoła i po chwili jej oczy spotkały się z dwoma czarnym, okrągłymi paciorkami patrzącymi na nią z analityczną uwagą. Nicoletta zmarszczyła brwi i lekko uszczypnęła się w nadgarstek. Zabolało. A więc jednak to nie była dalsza część snu, a biały gołąb, który siedział na półce i gapił się na nią bezwstydnie, musiał należeć do świata jawy. Zanim jednak zdołała dojść do tego, jakim cudem się tu znalazł, łomotanie, które we śnie wydawało wieko kufra, powtórzyło się ze zdwojoną siłą. Poderwała się, płosząc gołębia, który z furkotem wzbił się w powietrze, spanikowany zatrzepotał pod sufitem, wpadł na klosz lampy, aż wreszcie znalazł drogę na zewnątrz i wyfrunął przez otwarte na oścież okno. 
 ‒ Boże, Nicoletta, do diabła ciężkiego, otwieraj! Przecież słyszę, że jesteś! ‒ zza drzwi wejściowych dobiegł podniesiony głos podkreślony kilkoma mocnymi uderzeniami, które odbiły się echem po pokoju. 
Nareszcie rozumiem, skąd ten hałas, w sumie, z dwojga złego, to wolę tę opcję niż widmowy kufer ze snu. Trochę bym się martwiła o swoją poczytalność, gdyby znienacka się tu zmaterializował i kłapał wściekle wiekiem ‒ pomyślała Nicoletta, odruchowo wsuwając stopy w rozdeptane kapcie i obciągając halkę. 
 ‒ Już, już! Pali się czy co? ‒ odkrzyknęła, przekręcając zasuwkę. ‒ A swoją drogą, Boga i diabła ciężkiego umieścić tuż koło siebie w jednym krótkim zdaniu to tylko ty potrafisz ‒ dokończyła, otwierając drzwi.
 ‒ Czy ty oszalałaś? ‒ Jej przyjaciółka, Elena, ignorując słowa Nicoletty, bezceremonialnie przepchnęła się przez szparę w drzwiach i wbiła w nią na wpół rozgniewane, a na wpół zatroskane spojrzenie. ‒ Całą noc przez ciebie nie spałam! Dlaczego nie odbierasz telefonu? Ani wczoraj wieczorem, ani dziś rano! Dzwoniłam do Alberta, ale powiedział, że pewnie położyłaś się wcześniej. Że na jego gust wszystko u ciebie w porządku, że wczoraj przed południem byłaś w salonie, poprawiłaś projekt i zachowywałaś się normalnie. Ba, nawet zmyłaś głowę jakiejś dziewczynie za brak zaangażowania. A, i dodał jeszcze, że ostatnio powiedziałaś mu, że masz dość tego, że wszyscy nad tobą gdaczemy jak kura nad niegramotnymi kurczakami, i że trzeba w końcu uszanować twoją wolę! I oczywiście znów powołał się na swój gust! Stanowczo nadużywa tego słowa. Dlaczego, do diaska, nie powie czasami „moim zdaniem”? Albo „jestem pewien”? Słownictwo mu potwornie zubożało! Ale wracając do tematu, o guście Alberta to ja mam sceptyczne zdanie i mimo wszystko wolałam sama sprawdzić. I… Co ty w ogóle masz na sobie? ‒ Przerwała, obrzucając Nicolettę uważnym spojrzeniem. 
 ‒ Poczekaj, zaraz będziesz mogła mnie nadal rugać ile dusza zapragnie i przesłuchiwać do woli, ale najpierw muszę do łazienki. ‒ Nicoletta skorzystała z tego, że przyjaciółce najwyraźniej na moment zabrakło tchu, i umknęła do toalety. Przysiadła na zamkniętym sedesie, przymknęła oczy i zakryła dłońmi uszy. Choć na moment musiała odizolować się od paplaniny Eleny. Pod powiekami przemknęły jej obrazy z poprzedniego wieczoru. Chwiejąca się Maria, koronkowe obramowanie sukni, krzyczące niemo literki, układające się w ni to rozkaz, ni błagalną prośbę: nie rób tego! Mgła tak gęsta, że sprawiała wrażenie, że można ją złapać w dłonie i ulepić kule, zupełnie tak jak zimą śnieżki. A potem płacz, mnóstwo łez, w których potoku, jeżeli by się postarała, na pewno dałaby radę popłynąć. I sen. Z namysłem zmarszczyła brwi, bo nagle opanowała ją niezbita pewność, że powinna przypomnieć sobie z niego jak najwięcej. Plac, konie, gołębie… 
 ‒ Nicoletta, żyjesz? ‒ dotarł do niej przytłumiony głos Eleny.
 ‒ Tak, już wychodzę! ‒ odkrzyknęła, naciskając przycisk spłuczki. ‒ Plac, konie gołębie, kufer, Sofia, babka Maddalena, która odfrunęła uniesiona przez ptaki, i bilet bagażowy ‒ mamrocząc pod nosem, wymieniła wszystkie elementy snu, które utkwiły jej w pamięci. One coś miały jej przekazać, babki nie zjawiały się w snach bez potrzeby. Szczególnie Maddalena, która na długo przed swoją śmiercią zapowiedziała, że nie zamierza nikogo nawiedzać, bo ma zupełnie inne plany. 
 ‒ Naprawdę nie miałabym nic innego do roboty, tylko mając do dyspozycji całe zaświaty, błąkać się za żyjącymi i zatruwać im egzystencję ‒ sarkała przy okazji najróżniejszych opowieści o zmarłych, którzy w taki czy inny sposób dawali o sobie znać. ‒ Możecie być pewni, że mnie się stamtąd nie będzie chciało ruszać. Coś mi mówi, że odnajdę się tam bez trudu. Słyszycie, jak to brzmi? Zaświaty! Od razu wiadomo, że będzie pełno mgły, melancholii i wilgoci. Czyli wszystkiego tego, z czego wyrosłam ‒ śmiała się. Tak, ona jedyna wydawała się zupełnie pogodzona z koniecznością pożegnania ziemskiej egzystencji. I gdy w końcu nadszedł jej czas, przeszła na drugą stronę spokojnie, tak jak chciała. Zwyczajnie położyła się wieczorem do łóżka, w swojej najlepszej, czarnej koronkowej koszuli sięgającej do ziemi, i następnego ranka nie otworzyła już oczu. I od tamtego momentu słowa dotrzymała. Aż do dzisiejszej nocy nie dawała o sobie znać. Dlatego właśnie Nicoletta nie miała wątpliwości, że skoro już włożyła tyle trudu i bezceremonialnie wpakowała się do jej sennego majaku, z całą pewnością nie stało się to przypadkiem. Na sto procent chciała jej coś przekazać i gdyby tylko Elena, z całym swoim skądinąd całkiem uzasadnionym zatroskaniem, pojawiła się pięć minut później i pozwoliła jej wyśnić sen do końca, to najprawdopodobniej teraz nie musiałaby się nad tym głowić. Ale ledwo wyszła z łazienki, dotarło do niej, że w tej chwili powinna darować sobie myślenie o nocnych rojeniach, a skupić się na jawie. Gwałtownie wyrwana ze snu, oszołomiona hałasem, który zrobiła przyjaciółka, waląc do drzwi, całkowicie zapomniała o szaleństwie minionej nocy. I dopiero teraz spojrzała przytomniej na pokój i zobaczyła to, co sprawiło, że Elenie na moment zabrakło słów, a nie zdarzało się to często. Właściwie podczas ich wieloletniej przyjaźni chyba  nie wydarzyło się nigdy. 
 ‒ Hmm… ‒ mruknęła, podążając za wzrokiem przyjaciółki, utkwionym w podłogę, na której walały się szczątki doniczek, połamane kwiatki, a jakby tego było mało, pośrodku tego pobojowiska leżała jej suknia ślubna, cała utytłana w mokrej ziemi. 
 ‒ Hmm ‒ powtórzyła jak echo Elena. ‒ Czy możesz mi wyjaśnić, na co ja właściwie patrzę? ‒ zapytała w końcu po długiej chwili ciszy. ‒ Ale tak szczerze, prosto z mostu, bo ostrzegam lojalnie, że nie zniosę żadnego kluczenia. Chcesz, żeby przestać cię niańczyć? Proszę bardzo! Ale najpierw, do cholery, udowodnij mi, że takie obrazki ‒ tu wskazała wyciągniętą oskarżycielsko dłonią w kierunku podokiennego pobojowiska ‒ nie powinny mnie niepokoić. Przekonaj mnie, że to normalne, że to jeden z etapów żałoby, czy cokolwiek innego, byleby tylko brzmiało tak, żebym mogła w to uwierzyć! ‒ Elena coraz bardziej podnosiła głos. ‒ Bo jak na razie… 
 ‒ Jak na razie to trudno ode mnie wymagać, żebym mogła cokolwiek powiedzieć, bo to ty prowadzisz monolog! Gdybyś mi tylko dała dojść do głosu, to może by mi się udało rozwiać twoje wątpliwości ‒ weszła jej w słowo.
 ‒ Nie będzie to łatwe, po tym, co tu zobaczyłam, ale w porządku, próbuj. ‒ Elena ujęła się wojowniczo pod boki.
 ‒ Przyznaję, dziwnie to wygląda. ‒ Nicoletta przysiadła na skraju łóżka i z namysłem spojrzała na upaprany ziemią tiul. ‒ Ale to… To jest tak, jak mówiłaś ‒ dodała, usiłując zyskać na czasie i znaleźć jakieś sensowne wytłumaczenie, które brzmiałoby wiarygodnie.
 ‒ Czyli jak? ‒ zainteresowała się uprzejmie Elena.
 ‒ Nooo, że to jest ten, jak to się nazywa, ten etap żałoby. ‒ Z ulgą uczepiła się podanego przez przyjaciółkę rozwiązania. ‒ Taki nietypowy, dopasowany do mnie, wiesz, indywidualny…
 ‒ Aha, tiaa, rzeczywiście brzmi sensownie ‒ zakpiła Elena. ‒ Łżesz jak z nut, moja droga ‒ wytknęła jej i kręcąc głową, z rozmachem usiadła na krześle. 
 ‒ Ale to prawda, ustaliliśmy z psychologiem…
 ‒ Tym, do którego chodzisz i ani razu nie raczyłaś się do niego odezwać? ‒ Elena kpiąco uniosła brwi do góry. ‒ 
Rozumiem, że nawiązaliście pozawerbalny kontakt? Coś w rodzaju mistycznej, duchowej więzi? (...)
I początek marca 2020 :) Mam nadzieję, że nadal można mnie rozpoznać :)
I jak kochani? Czy choć trochę udało mi się Was zaciekawić? Czytalibyście dalej? 

10 komentarzy:

  1. Jak Ty to robisz, że zupełnie nie widać po Tobie upływu czasu? Zupełnie się nie zmieniłaś (poza brakiem grzywki)!
    A teraz odpowiem na pytanie - Czy choć trochę udało mi się Was zaciekawić? Czytalibyście dalej? - tak, tak, tak! Nawet w tej chwili! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Omg to samo miałam napisać co Pani powyżej. Pani się w ogóle nie zmienia a co więcej czas działa tylko na korzyść:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Koniec... chętnie czytałabym dalej dalej i dalej. Super. Dziekuję za ten fragmencik ze Słonecznej książki:) Pięknie napisane bardzo sie wciągnęłam. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko czekać... Wszystkiego dobrego:) Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Wam dziewczynki bardzo :) Jesteście niesamowicie kochane. Buziaki przesyłam!

      Usuń
  4. Serdeczne gratulacje :) Piękny czas. Pamiętam Twój debiut :) Wszystkiego dobrego na kolejne piętnaście lat :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci z całego serca, w sumie to i my się już trochę znamy :) Ależ ten czas ucieka! Serdeczności!

      Usuń
  5. Dobrze i intrygująco się zaczyna, teraz nic innego nie pozostaje jak złożyć zamówienie w księgarni i czekać na pojawienie się książki. Gratuluję tego pięknego i twórczego czasu. Oby kolejny rok był jeszcze bardziej twórczy. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ślicznie :) Niech się spełnia! I niech kolejne lata też nam upływają w miłęj atmosferze i tak cudownym towarzystwie :)
      Pozdrawiam ciepło!

      Usuń
  6. Bardzo dobrze że jest takie zainteresowanie tym blogiem.To mi się naprawdę bardzo podoba.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, też jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu :)

      Usuń