Duchy przeszłości - Kto napisze ze mną książkę

Konrad Rubacha
Ostatnia przesyłka
W jednej chwili zobaczył błysk a w następnej z nieba lunął gwałtowny deszcz. Nagle zrobiło się potwornie ciemno i Tomasz bardziej niż zwykle pragnął znaleźć się w ciepłym przytulnym domu. Ale do dostarczenia została mu już tylko jedna, niepozorna paczka.
Nawigacja kazała skręcić mu w prawo na najbliższym skrzyżowaniu. Zwolnił jeszcze bardziej starając się dostrzec cokolwiek przez zamazane deszczem szyby. Ale przecież tu nie ma żadnego skrzyżowania...
Zjechał na bok. Ubrał kurtkę wiedząc , że natychmiast tego pożałuje wysiadł z samochodu czując jak lodowate krople deszczu boleśnie torturują jego ciało. Tym co nawigacja nazywała skrzyżowaniem okazała się wąska, leśna dróżka, której utwardzenie stanowił jedynie rozmywający się żwir. Co gorsza, Tomasz dostrzegł, że co jakiś czas leżą na niej gałęzie drzew, wynik tej, albo, kto wie, nawet wielu poprzednich burz. Nie było mowy, aby wjechał tam samochodem. Po pierwsze nie miał najmniejszej ochoty na przemian jechać dwadzieścia metrów tylko po to aby co chwila usuwać kolejne konary a po drugie przeczuwał, że prędzej czy później się tu zakopie, a czekając na pomoc dotrze do jakiejkolwiek cywilizowanego miejsca najprędzej jutro. Spojrzał na zardzewiałą tabliczkę z nazwą miejscowości i ciężko westchnął.
LEŚNE LICHO 1KM
„Faktycznie, licho...” - pomyślał. - „Właściwie to niedaleko, ale żeby dla jednej malutkiej paczki tak bardzo się starać...”
Musiał ją jednak dostarczyć. Miał tylko nadzieję, że na pewno zastanie adresata.
Wrócił do samochodu, żeby zaparkować w najbliższej leśnej wnęce, jaką udało mu się dostrzec. Wyciągnął z bagażnika nieszczęsną paczkę i ruszył przed siebie z niepokojem obserwując nasilającą się wichurę, która mogła uszkodzić służbowy samochód. Szedł szybkim krokiem nawet nie próbując omijać kałuże. Co chwila zahaczał o drobne gałązki, które boleśnie smagały go po zziębniętej twarzy. Mimowolnie czuł narastający niepokój. Była późna jesień, szybko robiło się ciemno, a było już dawno po piętnastej.
Usłyszał za sobą jakieś niepokojące dźwięki. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby napadły go dziki. Przyśpieszył jeszcze bardziej. Znowu usłyszał te dziwne odgłosy i zaczął już prawie biec.
„Nigdy więcej, nigdy więcej...” Przerażała go wizja powrotu. Chciał już tylko zdążyć przed całkowitym zachodem słońca. Mylił się jednak myśląc, że gorzej być już nie może. Nagle, poczuł jak noga niebezpiecznie ugrzęzła w głębokiej kałuży. Gdy ją wyszarpnął but utkwił w mętnej wodzie. Przeklinając schylił się po niego poślizgnął się o wilgotną ziemię, po czym wpadł cały do wody razem z paczką, którą zobowiązał się dostarczyć całą i na czas. Leżał tak przez chwilę resztkami sił powstrzymując się przed tym, aby nie wybuchnąć płaczem. Podźwignął się trzęsącymi nogami z przerażeniem oglądając zalaną błotnistą papką przesyłkę.
„No to po mnie...” - pomyślał.
Ruszył przed siebie chwiejnym krokiem. Wszystko było mu już obojętne. To jak wyglądał i to co będzie dziać się za chwilę. Teraz wolałby nigdy nie dojść już do tej przeklętej wiochy na końcu świata.
Las nagle stał się rzadszy a przez drzewa zaczęły przebijać się światła latarni. Licho Leśne okazało się niewielką osadą składającą się z kilku domów, z których niektóre wydawały się zupełnie opustoszałe. Na szczęście nikogo nie dojrzał, miał świadomość jak musiał teraz wyglądać. Z niechęcią spojrzał na słabo widoczny adres.
Leśne Licho 7.
Obrócił głowę we wszystkie strony. Dom numer 1, 2, 3, przeszedł parę kroków dalej i dostrzegł kolejne trzy numery a potem znowu zaczął się las.
„Nie wytrzymam. Zawracam...” - pomyślał z goryczą, po czym nagle ogarnęła go fala wściekłości. Rzucił paczkę na ziemię. Gdy był już gotowy ją kopnąć, niespodziewanie usłyszał ludzki głos.
-Kogo pan szukasz?
Odwrócił się na pięcie a jego oczom ukazał się niewysoki, wąsaty mężczyzna, który mimo deszczu spokojnie stał oparty o płot paląc papierosa.
-Dom numer 7. Nie mogę go znaleźć... - odpowiedział Tomasz załamując ręce.
Był już na granicy wytrzymałości psychicznej. Podszedł z nadzieją do staruszka mając nadzieję, że ten powie mu, że takiego domu nie ma.
-A po co tam panu iść?
Takiej reakcji się nie spodziewał. Mężczyzna powiedział to tak chłodno, jakby kryło się pod tym coś złowrogiego.
-Muszę dostarczyć tam paczkę. - odrzekł zrezygnowany.
-Tam... paczkę... - mówił powoli jakby się nad czymś zastanawiał. - A kto może wysyłać coś tej wiedźmie...
-Wiedźmie? - powtórzył nie do końca rozumiejąc o co tu właściwie chodzi. - Co Pan ma na myśli?
-A... - mężczyzna machnął ręką. - Nikt o zdrowym umyśle z własnej woli tam nie chodzi. Ale pan nie stąd to nie może wiedzieć...
Tomasz poczuł niepokój.
-O co panu chodzi? - rzekł z pretensją. - Chcę tylko dostarczyć przesyłkę. Pokaże mi pan gdzie to jest?
-Taaa... - odrzekł. - Ale nie licz, że pójdę tam z tobą. Nie chcę umrzeć zanim przyjdzie do mnie naturalna śmierć.
-Nic z tego nie rozumiem i chyba nawet nie chcę. - dodał. - Gdzie mam się kierować?
-Idź pan prosto przez ten las, to jeszcze jakieś pół kilometra. Na końcu drogi stoi samotny dom. To właśnie tam... - rzekł, po czym się wzdrygnął. - Będę się o pana modlić, żeby doszedł pan cały i zdrowy.
-Dzięki. - rzucił i czym prędzej ruszył we wskazanym kierunku. Nie wiedział co dziadek mógł mieć na myśli i nawet nie chciał o tym myśleć. Wszystko było mu jedno. Do czasu, aż światła latarni zgasły i znalazł się sam na zupełnie ciemniej, wąskiej ścieżce, po której już dawno nie przejechał żaden samochód. Miał już naprawdę dość. Był mokry, głodny, zziębnięty i wyczerpany psychiczne.
Zastanawiał się co mężczyzna mógł mieć na myśli. Może po prostu był zdziwaczały. Nie należało traktować tego poważnie.
Zaświecił komórką, żeby lepiej dostrzec gdzie idzie. Zaczął biec chcąc jak najszybciej mieć to za sobą. Gdy wreszcie wyszedł z ciemnego buszu odczuł ulgę. Kompletnie przestała obchodzić go reakcja kobiety na widok zniszczonej przesyłki. Zaświecił telefonem, żeby jeszcze raz odczytać nazwisko, na które zaadresowano paczkę.
Jadwiga Zielińska
Leśne Licho 7.
Nie brzmiało to szczególnie strasznie.
Dom numer siedem okazał się niewielkim dworkiem otoczonym dość sporym i wyraźnie użytkowanym ogrodem, na środku którego stała drewniana altanka. Przez wątłe światło zachodzącego słońca Tomasz dostrzegł, że osoba, która w nim mieszka jest samotna, bo choć dbała o obejście, budynek wyglądał na nieco podupadły.
Wszedł na szerokie schody prowadzące do drzwi, odetchnął, po czym głośno zapukał. Po wyjątkowo przedłużającej się minucie czekania uniósł rękę, aby zapukać jeszcze raz, ale wtedy usłyszał za drzwiami wyraźny ruch.
-Kto tam? - usłyszał za drzwiami niepewny głos starszej kobiety.
-Kurier. Mam dla pani przesyłkę. - odpowiedział.
-Kurier? Przesyłkę? - właścicielka dworku uchyliła nieco drzwi. Ujrzał około siedemdziesięcioletnią, szczupłą kobietę, która spojrzała na niego wystraszonymi, ale łagodnymi oczami.
-To dla pani. - rzekł starając się podać paczkę przez szczelinę, którą uchyliła. - Proszę podpisać. Spokojnie, jest opłacona. - Podał jej długopis, ale kobieta nadal nic nie mówiła. - Proszę... - dodał z naciskiem. - Troszkę mi się spieszy.
-Pan jest listonoszem?
-Tak... kurierem...
-Wiem co to jest! - wykrzyknęła otwierając nagle drzwi. - Niech pan wejdzie! Nie spodziewałam się nikogo o tak późnej porze a tu taka niespodzianka!
Chwyciła paczkę i zamarła widząc w jakim jest stanie.
-Ach tak... Niech pani wybaczy, ale... wstyd się przyznać, przez obecny stan pogody nieco się poniszczyła. Mam tylko nadzieję, że zawartość nie uległa zniszczeniu.
Kobieta spojrzała na niego i prawie krzyknęła zakrywając usta ręką.
-A panu co się stało?
-Poślizgnąłem się i wpadłem do kałuży... razem z paczką. - dodał zmieszany. -Jeżeli to coś ważnego to pokryję straty. - rzekł zanim zdążył ugryźć się w język.
-Niech pan szybko wchodzi i nie stoi na tym zimnie. - odpowiedziała troskliwie prowadząc go domu. - Zrobię panu ciepłej herbaty.
Dał się skusić, gdy poczuł na ciele ciepło wydobywające się z mieszkania. Kobieta zapaliła lampkę, której delikatne stłumione światło dodawało przyjemnej przytulnej atmosfery.
-Niech pan usiądzie. - poleciła wskazując wygodne fotele ustawione naprzeciwko starego, masywnego stołu.
Usiadł czując się zupełnie bezpiecznie. Kobieta chwyciła do ręki przesyłkę i czym prędzej ją rozpakowała.
-To dokładnie to, na co czekałam! - wykrzyknęła radośnie klaszcząc w dłonie.
-Książka? - zapytał patrząc z ciekawością na dość grubą, ciemnobrązową książkę, którą trzymała jak cenny dar.
-Tak! - odrzekła z radością. - Ale to moja książka.
-Wydała pani książkę? Gratuluję...
-To nic wielkiego. - przerwała machnąwszy ręką. - Tylko na własny użytek. Nie chcę tego rozpowszechniać. Chyba, że po mojej śmierci. Zamówiłam kilka egzemplarzy, tylko dla siebie.
-Rozumiem.
-To taki mój pamiętnik. - wyjaśniła odstawiając książkę. - Chciałam po prostu trwale opisać swoje życie. Zaraz przyniosę herbatę. Niech się pan rozgości.
Zostawiła go sama otoczonego pięknymi, zabytkowymi meblami. Tomasz czuł się tu dobrze. Nagle przypomniał sobie jak staruszek przestrzegał go przed tym miejscem. Spojrzał w stronę książki, którą kobieta położyła na krańcu stołu. Nie był w stanie się powstrzymać. Wstał i starając się bezgłośnie obejść niemiłosiernie długi odcinek co chwila zerkał z niepokojem czy nadchodzi. Wciąż słyszał dźwięk gotującej się wody, ale i tak miał pewnie nie więcej niż minutę czasu. Wziął do ręki jeden z pięciu egzemplarzy a potem otworzył na pierwszej stronie i zaczął łapczywie czytać.
Oczy rozszerzały mu się coraz szerzej z każdym przeczytanym zdaniem.
„Przeżyłam w samotności czterdzieści lat wyszydzana i opuszczona przez ludzi, których miałam za przyjaciół. Jednak nawet wtedy byłam szczęśliwsza mogąc żyć bez niego... Nie żałuję i nie mam żadnych wyrzutów sumienia. Nie cofnęłabym czasu. Nie czuję się winna. Nie zamierzam się też tłumaczyć. Zabiłam swojego męża i dobrze się z tym czuję. Chcę tylko aby ktoś kiedyś poznał moją historię i spróbował mnie zrozumieć...”
-Nieładnie jest czytać cudze pamiętniki. - odwrócił się jak porażony prądem. Opuścił książkę na podłogę.
Stała trzymając w ręku tacę z herbatą i ciasteczkami. Patrzała na niego dumnym buntowniczym wzrokiem. Nie wyglądała jak osoba, która czegokolwiek się wstydzi. Tomasz poczuł się dziwnie mały pod naciskiem jej oskarżającego spojrzenia. Zaraz jednak odzyskał nieco pewności siebie i rzekł z trudem wymawiając każde słowo:
-Pani naprawdę zabiła własnego męża?!
-Tak. - rzekła spokojnym tonem nie spuszczając z niego wzroku.
-To dlatego...
-Słyszał pan coś na temat mojej osoby?
-Tak, całkiem przypadkowo, to znaczy jeden mieszkaniec, kiedy zapytałem go o drogę nazwał panią...
-Wiedźmą? Zmorą? Czarownicą? Morderczynią? Przywykłam...
-Ale chyba miał PODSTAWY tak panią nazwać...
-Podstawy mówi pan... ciekawe... ani pan ani on ani nikt inny nie ma prawa oceniać tego co zrobiłam. Nikt nie wie jak było naprawdę! Po dziesięciu latach poniżania zapragnęłam być tylko wolną kobietą. Zmuszono mnie do tego małżeństwa, a potem nikt nie chciał słyszeć o tym jak naprawdę to wygląda. Nie pomogła mi ani moja matka, ani mój ojciec, nawet dzieci, które stanęły po stronie ojca, a przecież nie raz widziały jak się nade mną pastwi. Dlatego zdanie obcych ludzi nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Nauczyłam się żyć sama ze sobą i dobrze mi z tym.
-Dlaczego nie zamknięto panią w więzieniu?
-A jakże! Byłam tam! Ale wypuszczono mnie po dziesięciu latach ale nikt nie przywitał mnie z otwartymi ramionami. Podpalano mi dom, okradano, straszono, wyzywano, w końcu wszyscy się postarzeli, młodzi wyjechali i na starość mam trochę spokoju. Chciałam to opisać, tylko tyle, żeby ktoś kiedyś zrozumiał moją sytuację. Teraz nie pragnę niczego więcej. Jedynie spokojnej starości.
Nie potrzebuję znać pańskiej opinii. Napije się pan tej herbaty? - dodała nagle.
Tomasz spojrzał na nią mętnym wzrokiem a potem bez słowa udał się w kierunku drzwi.
-Ucieka pan? Jak wszyscy... Proszę chociaż wziąć jedną książkę.
Podeszła do niego dumnym krokiem niosąc jeden z egzemplarzy.
-Spokojnie. Nie ma tam bomby. - mruknęła na widok jego twarzy. - Dziękuję za wizytę. Było miło. Do widzenia.
Tomasz wyszarpnął z jej ręki książkę i czym prędzej rzucił się pędem w stronę samochodu. Biegł jak szalony w ogóle nie czując zmęczenia. Po drodze minął staruszka, który wciąż tam stał. Spojrzał  na niego jakby chciał coś powiedzieć zrezygnował. Dobiegł do samochodu nie do końca rozumiejąc co się właściwie stało. Ciężko oddychając, uświadomił sobie, że ma w ręku książkę. Bezwiednie otworzył ją na pierwszej stronie i zaczął czytać...

MonikaSzostak
Czerwone szpilki

Prolog...

Codzienność przysłaniała mi cały świat. Żyjąc z dnia na dzień, zapominam o reszcie, swoich zamierzeń, planów, marzeń. Wszystko toczyło się tym samym, monotonnym rytmem. Rano wstaję, jem śniadanie, popijając je kilkoma łykami mocnej, czarnej kawy. Następnie wędruję w kierunku łazienki, gdzie starannie nakładam kolejne warstwy kosmetyków. Pod nimi kryję prawdziwą siebie – dziewczynę wrażliwą i czułą. Romantyzm przykrywam mgiełką podkładu i pudru, który maskuje moje niedoskonałości. Nakładając róż na policzki, przysłaniam skromność i nieśmiałość. Pokrywając rzęsy czarną kołderką tuszu chowam głęboko w sobie swoje prawdziwe postrzeganie świata i ludzi. Wreszcie czerwonym posunięciem szminki maluję na nich pewność siebie i zadziorność potrzebną w  zawodzie. Tak uzbrojona zakładam ulubione czerwone szpilki i niemal biegnę do wydawnictwa. Tam, jak zwykle wypełniam swoje obowiązki. Piszę, redaguję, pomagam stażystom. Pochłonięta zajęciami  nigdy nie wiem, kiedy przychodzi czas powrotu do domu.
Każdego dnia przebijam się ulicami naszego miasta. Każdy jego zakamarek przywołuje wspomnienia. Tam za rogiem wpadliśmy na siebie pierwszy raz. Pamiętam twój wyraz twarzy. Jakbyś widział szarą, spłoszoną myszkę. I moje zachowanie. Niemal błagalnym tonem prosiłam cię o wybaczenie. Pamiętasz, prawda?
 A tam? W tej kawiarni spotkaliśmy się kilka dni później. Pięknie wyglądałeś. Biała koszula w połączeniu z fioletowym krawatem. Skąd wiedziałeś, jaką sukienkę włożę? Dałeś mi wówczas jedną, różową różę. Mam ją do dziś. Zasuszona i zakonserwowana stoi na mojej szafce nocnej.
Zawsze, kiedy przechodzę koło parku mam łzy w oczach. To przecież tu klękałeś rok temu, głośno wygłaszając swoją przemowę. Powiedz mi, czemu nie może być, jak dawniej? Ty przy mnie, ja przy tobie.
Chcę uciec.
Wreszcie robę zakupy w pobliskim markecie. Ty zawsze wiedziałeś, co kupić. Nie potrzebowałeś listy zakupów, tak jak ja. Następnie taskam je do swojego azylu. W windzie wymyślam, co przyrządzić na kolację, a przekraczając  próg swojego mieszkania w myślach nanoszę poprawki na kolejny artykuł. Między następującymi po sobie etapami przygotowywania posiłku, spijam gorące łyki kawy. Nie słodzę. Już nie. Spijam gorycz, jaka mi została. Od dawna nic nie ma smaku, koloru kształtu. Dni upływają na rozładowanych bateriach. Brak mi sił do walki. Zamknięta w rutynie zasypiam i…
Widzę ciebie. Jedziemy twoim ukochanym autem. Tylko ja byłam ważniejsza od niego. Jak zawsze błyszczący i pachnący w środku. Twoje małe cacko.  Nikomu nie pozwalałeś się do niego dotykać. Mówiłeś do niego „Mój mały Chryslerek.”  Nigdy nie potrafiłam wypowiedzieć tego zdrobnienia. Wolałam nazywać go czerwonym cudeńkiem.
 Rozłożyłeś dach. Wiedziałeś, jak lubię podmuch wiatru we włosach.  Tak cudnie czuć dotyk twojej dłoni. I ten uśmiech. Zawsze mówiłeś, że to ten z serii zarezerwowanych tylko dla mnie. Rękawy swojej markowej koszuli zwinąłeś do łokcia. To twój ulubiony szyk – elegancki, ale figlarny.  I te potargane włosy. Godzinami mogłabym je tarmosić. Gdzie mnie wieziesz? Ach wiem! Jedziemy na naszą polanę. Lato, świeżo skoszona trawa i jej słodki smak, a w tym wszystkim – my. Pamiętasz, jak pierwszy raz całowaliśmy się na tej polanie? Po co pytam, znam przecież odpowiedź. Wiesz? Dzisiaj moje czerwone szpilki są mi zbędne. Mogą odejść w zapomnienie. Niech pokryje je kurz. Nie będę przecież chodzić po trawie w dwunastocentymetrowych obcasach. To byłaby zgroza! Kocham ten uśmiech. Z tobą mogę uciec nawet na koniec świata. Ale kochanie uważaj! Te zakręty są okropne! Nie, to nie może się dziać naprawdę! Dlaczego świat wiruje?! Nie to nie świat! To my. I ten przeszywający ból…
Budzę się, a ciebie już nie ma. Zostały tylko szpilki, łzy i te cholerne zakręty.


Czy to życie, czy to tylko zły sen?

Śnił mi się wyraz twojej twarzy. Zimna, blada, bez wyrazu. Z otwartymi oczami wpatrywałeś się w... drzewo. Tak. To ono stanęło nam na drodze. To ono zatrzymało nas. Ogromny buk, który zatrzymał wpędzoną w ruch machinę. Tez zakręt stał się powodem naszego nieszczęścia. Ty jednak zawsze wiedziałeś, co zrobić. Nawet jeśli mieliśmy inne zdania na temat słuszności twoich poczynań, ty zawsze robiłeś swoje. Wtedy również. Rzuciłeś się wręcz na mnie. Ciało na ciało. Życie za życie. Cena jaką zapłaciłeś była zbyt wielka. Nie pytaj teraz, czy żałuję twej decyzji, bo znasz odpowiedź. Chcę uciec. Uciec tam, gdzie znajdę ciebie. Tylko ciebie szukam, wyglądam, nadal kocham. Tak kocham. Chodź, weź moją dłoń, ucieknijmy. Przecież to nie może być prawdą. Obudźcie mnie z tego koszmaru!
Chcę uciec. Uciec. By znaleźć się z tobą.
Budzę się w szpitalnym łóżku cała zlana potem. Początkowo nie wiedziałam, gdzie jestem. Biały sufit, ściany i ten zapach – przeraźliwie sterylny – uświadomił mi, gdzie się znajduję. Salowa powiedziała mi, że miałam ogromne szczęście i wszystko będzie już dobrze. Spytałam wówczas, gdzie jesteś. Cisza, która zapadła powiedziała mi wszystko.  Czym wobec  tego jest szczęście?! Czym jest życie bez ciebie?! Niczym!  Jak mam się budzić, wiedząc, że ciebie już nie ma?
Wszystko jest źle. Nic się nie układa. Jak ma się ułożyć? Bez ciebie?!  Zamykam oczy. Widzę, jak siedzisz w fotelu. Zawsze chciałam go wrzucić. Zwykły, stary, fioletowy i  poszarpany przez Rufusa, kawałek złomu. Ty jednak ceniłeś jego leciwość i zapach. Tak, nigdy go nie lubiłam. Cuchnął starością i po części pleśnią. Teraz siedzisz w nim i czytasz książkę. Kolejną, ciekawą i odmieniającą woje myślenie. Tyle razy chciałeś mnie przekonać do czytania. Jakże trudno było mi odmówić Nie chciałam robi ci przykróci, jednak nie miałam siły. Po całym dniu pracy wolałam wtulić się w ciebie. Ach, jak ja kocham wyraz twojej twarzy Stanowczy, a zarazem rozmarzony. Nagle wszystko znika, jak bańka mydlana Jestem tylko ja i fotel i książki. Powiedz, czemu nie możesz być teraz ze mną? To przecież jedyne czego oczekuję. Wtedy będzie dobrze! Odpowiedz mi! Słyszysz?! Mów!
Jednak ciebie już nie ma. Jest tylko pustka i cisza, odbijająca się po każdej cząstce mojego ciała. Tu zawsze było pełno życia, śmiechu, gwaru, a teraz? Teraz nie ma już nic. Nic się nie dzieje. Z każdym dniem tęsknię coraz bardziej. Usycham coraz bardziej.
Jutro sobota. Zapewne wybieralibyśmy się, jak co tydzień, za miasto. Tam odpoczęlibyśmy od codzienności, zgiełku miasta. A może odwiedzilibyśmy stadninę u Miążków? Tam moglibyśmy odpocząć przy naszych ukochanych zwierzętach. Tak kochałeś robi zdjęcie tym istotom. W przyszłości chciałeś kupić jednego z nich. Nawet już rozmawiałeś o tym z właścicielem stadniny. Tylko kochanie, gdzie byśmy go trzymali? Wiem, to tez miałeś już zaplanowane. Chciałeś wynieść się z miasta. Tu nieopodal kupiłeś działkę. Fundamenty już stoją.

Stoją.
 Nas jednak już nie ma. Nie z naszej woli, a z woli Boga. On tak chciał. Wiem miał w tym swój cel. Zabrał cię tak wcześnie, tak niespodziewanie. O dobry Boże daj mu spokój wieczny! Daj mi ukojenie! Daj mi, błagającej, siłę i pocieszenie! Daj mi moją miłość!
Dzisiaj idę naszymi ulicami, ścieżkami i ich nie poznaję. Każde spojrzenie daje mi ogrom bólu. Pamiętam wszystko. Każde wspomnienie wraca i rani mnie horrendalnie.  Moje serce jest jedną, krwawiącą raną. Patrzę na innych ludzi. Ida tym samym chodnikiem, co ja Oni nie widza mojego cierpienia. Oni są weseli. Mają swoje proste życie. Jedni się śmieją, drudzy rozmawiają z uśmiechniętymi twarzami, jeszcze inni słuchają muzyki ze swoich odtwarzaczy. A ja? Ja spadam. Proszę kochanie złap mnie! Nie mogę odnaleźć się. Widzę przed sobą parę taką, jak my kiedyś. On ją obejmuje, ona się śmieje. Nagle wyciąga pierścionek i wśród tłumów klęka i oświadcza się jej. Ja? Stoję i płaczę.  Pamięć powraca. Wtedy, kiedy ty... W szpitalu pielęgniarka dała mi małe czerwone pudełeczko. Tak, to był pierścionek. Chciałeś abyśmy związali swe życie jedna wstęga. Nie było nam jednak dane. Rozdzieliła nas wieczność.  Stoję, płacze i krzyczę. Tysiące oczu na mnie spogląda. Zamiast patrzeć na szczęście tamtej pary swój wzrok skierowali na mnie. Według nich zwariowałam, szydzę ze szczęścia młodych narzeczonych. Mi natomiast jest już wszystko jedno. Niech myślą, co chcą. Czy to życie, czy tylko zły sen?!
Składam ku górze w modlitwie dłonie.
Panie wskaż mi moją drogę! Daj mi drogowskaz! Zabierz cierpienie! Oddaj mi go! Wiem, że na Twe decyzje trzeba skłaniać głowy z pokora, ale błagam oddaj i moją miłość! Oddaj mi moje serce! Złap mnie Panie bo upadam!
Nie mogę już wytrzymać. Zaczynam biec. Przed siebie, na oślep. Nie liczy się nic i nikt. Jestem tu sama, zupełnie sama. Nikogo nie widzę, nie słyszę nic. Nie istnieje już nic. Nie zwracam już uwagi na moje łzy. Ciekną po rozgrzanych od łkania policzkach.  Odbijam się od osób, usiłujących mnie zatrzymać. Nie chcę słuchać nikogo. Spadam na dno bezwładnie. Tak długo powstrzymywałam ten moment, lecz on bezustannie gonił mnie.
Nagle słyszę pisk. Ten odgłos przeszywa mnie i paraliżuje. Widzę przed sobą ogromny biały samochód. Nie wiem, co robić. Ja stoję, a n gna. Robi mi się zimno. Czuje to tylko ja. Zamykam oczy gotowa na to, co zaraz nastąpi. Już tylko kilka sekund i...

Ogromna siła powala mnie na ziemię. Czuję ból i strach. Coś miażdży mi rękę. Ale ja żyje! Niepewnie otwieram oczy, by sprawdzić, co się stało.
- Nie ja jednak umarłam – mówię, spoglądając należącego na mnie mężczyznę. To przecież ty. Może nieco bardziej muskularny, ale jednak.
- Mało brakowało – wypowiadasz te słowa, a ja nabieram pewności, ze to ty. Ten sam głos, sposób wypowiedzi i ten wzrok. Wściekłość połączona z czułością. Nie umiem powstrzymać łez. Ponownie zaczynam szlochać i robię to co zawsze – tulę się do ciebie. I wtedy wszystko się zmienia. Przytulasz mnie i bierzesz na ręce. Czuję, jak moje serce napełnia się radością. Moje prośby zostały wysłuchane. Jesteś ze mną. Jesteś, a ja już cię nigdzie nie wypuszczę. Nie pozwolę, aby stała ci się jakakolwiek krzywda. O nie kochanie już nie będziemy ryzykować. Wyniesiemy się stąd. Pojedziemy tam do naszego przyszłego domu. Tam rozpoczniemy nowe życie. Tylko tym razem to ja kieruje. Nie popełnimy ponownie tego samego błędu. Głaszczesz mnie po głowie, a ja zasypiam. Tyle nieprzespanych nocy, ale to już koniec. Wreszcie odpoczniemy.

Budzę się i znowu czuję ten zapach. Sterylność ponad wszystko. Czy mi się to wszystko śniło? Czy może zwariowałam już zupełnie? Usilnie usiłuję wstać, lecz coś mnie nadal przygniata. Nagle spostrzegam, że moje prawa dłoń jest wyraźnie cięższa od drugiej.
- Co się dzieje? – mówię, niemalże płacząc.
- Ma pani złamaną rękę – słyszę beznamiętny głos pielęgniarki. Znowu czuję chłód. Coś jest nie tak, jak powinno.
- A Eryk? – pytam bezwładnie.
- Jaki Eryk?
- Mój narzeczony. Mężczyzna, który mnie uratował – wyjaśniam już płacząc.
- Nie było żadnego mężczyzny. Przywiozła panią karetka. Kobieta zgłaszająca wypadek mówiła, że usiłowała się pani zabić – mówi spokojnie, ale stanowczo. – Miała pani dużo szczęścia. Tir gnał z podwójną prędkością, a z tego, co mówili świadkowie pani stała przed nim, jak słup soli. Co pani strzeliło do tej ślicznej, rudej główki? – pyta, pieszczotliwie gładząc mnie po głowie.
- Więc nie było go tam? Ale ja go widziałam – mówię, szlochając. – On tam był, niósł mnie przecież, a ja wtuliłam się w jego ramię. Nie to niemożliwe! Czemu pani kłamie?! – Nicość w której żyłam przez ostatnie miesiące wraca do mnie ze zdwojona siłą. Nawet lek uspakajający nie robi na mnie wrażenia. Jest mi obojętne już wszystko. Czuje się, jak marynarz na pustym oceanie. Nie ma nic i nikogo. Cisza i samotność. Zero wiatru pomocnego w dopłynięciu do celu. Bezkres wody i bezsilności.
Kilka dni później wychodzę ze szpitala. Pogoda piękna, jak na te porę roku. Przypominam sobie, jak godzinami wsłuchiwałeś się w śpiew ptaków. Każdy trel rozróżniałeś. Bardzo mi tym imponowałeś. Przecież jesteśmy  częścią natury, więc powinniśmy rozróżniać naszych małych podopiecznych. Tylu rzeczy mnie nauczyłeś. To przecież jedna z nich.
Kiedyś nauczyłam się dzięki tobie wierzyć Pamiętam, jak zalękniona byłam. Nie widziałam sensu istnienia. Nie dostrzegałam nikogo wyższego. Bo jak widzieć, coś co jest niewidziane? A jedna. Ty wierzyłeś, a ja dzięki tobie.
O Panie daj mi siłę do życia. Pozwól przetrwać ten huragan uczuć. Daj wytchnienie, sens nowego jutra! Pozwól mi przetrwać! Nie daj mi ponownie upaść, podczas gdy chce wstać!
Idę do domu, ale już nie tą samą drogą. Nie chcę przywoływać wspomnień.  Jeszcze nie teraz. Pragnę się odnaleźć w tym świecie. W świecie w którym już cię nie ma. Tak kochanie musze nauczyć się ponownie żyć. Pomożesz mi prawda? Wiem, że jesteś teraz moim aniołem - aniołem stróżem.
Wchodząc do domu podejmuję nagłą decyzję. Wbiegam do sypialni i pakuję swoje rzeczy i pamiątki po tobie. Następnie wybiegam, zatrzaskując za sobą mocno drzwi. Z całym tobołem wchodzę do hotelu, znajdującego się na końcu miasta. Nikt tu mnie nie zna i ja nie znam nikogo. To mój nowy początek.
- Na jak długo chce pani zarezerwować pokój? – słyszę pytanie recepcjonistki.
- Nie wiem – odpowiadam zgodnie z prawdą. – Na tydzień – dodaję po chwili milczenia. Po paru minutach moje bagaże dostarczane są do pokoju numer trzydzieści siedem. Rozglądam się po wnętrzu budynku. Widzę staranność w doborze kolorów, dodatków. Właściciele chcieli uzyskać efekt rodzinnego domu dla podróżujących. Bardzo mi się to podoba. Nie czuję zimnych murów, obcości Mogę tu odpocząć, oderwać się od własnej, szarej codzienności.
Wchodzę do pokoju i... padam bezwładnie na łóżko. Wpatruje się w sufit. Pojedyncza łza spływa po moim policzku.  Obiecuję kochanie to już ostatnia.

***

To już rok.  Dzisiaj mija rok od naszej tragedii. To właśnie rok temu zostaliśmy rozdzieleni. Pamiętasz, jak wielki był mój ból. Nadal jest wielki. Teraz jednak potrafię z nim żyć. Wiesz, ze bardzo pragnę cofnąć czas i zapobiec temu, co się wówczas stało. Niestety nie mogę.
Stoję teraz przed twoim grobem. Pierwszy raz od roku tu jestem. Klęczę i płaczę. Ból, który był ze mną tak długo wyszedł ze mnie. Wiem, iż jest to oczyszczenie. Całe cierpienie uchodzi ze mnie, oczyszczając moją duszę. Trzęsę się wiem. Nie mogę tego powstrzymać. Czuję ten sam chłód, co wtedy. Powracają te same pytania, co wtedy. Nie wiem, czemu to ja tu jestem. Mam wyrzuty sumienia. Przecież mogło być inaczej! To ty powinieneś tu być.
- Powinna się pani uspokoić – słyszę nagle. Spoglądam na mężczyznę za sobą i doznaję szoku. To znowu ty! Nie ja zwariowałam. To nie może być prawda. Tym razem nie dam się oszukać tęsknocie. Wstaję i wymierzam ci siarczysty policzek. Coś jest jednak nie tak. Czuje to uderzenie. Czuję ból dłoni.
  - Ja już zupełnie zwariowałam – mówię i wybiegam z cmentarza. Biegniesz za mną. Kiedy łapiesz mnie za nadgarstki i usiłujesz uspokoić zaczynam się motać, jak zwierzę złapane w pułapkę. Zaczynam bić cię w klatkę piersiowa. Uderzam, gdzie popadnie. Nie ustępujesz jednak, więc zaczynam płakać. Zupełnie bezsilna pozwalam się przytulic. Łkam, jak dawniej. Ta sytuacja mnie przerosła.
- Czy pan – zaczynam mówić przez łzy. -  Czy pan istnieje naprawdę?
- Tak – słyszę w odpowiedzi. Nic już nie rozumiem. Jak on może istnieć, skoro poprzednio go nie było. Jak może istnieć skoro mój Eryk od roku nie żyje?
- Przecież ty... – mówię znowu płacząc  - nie żyjesz. – Nie odpowiada. Tuli mnie jeszcze bardziej i uspokaja. Siadamy na pobliskiej ławce. Trzymam głowę na jego ramieniu, a on gładzi moją dłoń. W końcu przerywa ciszę.
- Eryk był wspaniałym człowiekiem i bratem. Kochałem go i długo nie mogłem się pozbierać. Zajęło mi cały rok zanim się tu zjawiłem. Niedawno miałem próbę samobójczą. Wiesz kogo widziałem wówczas? – Patrzę na niego, jak na wariata. Niedowierzam jego słowom. Przecież coś takiego nie może istnieć.


Epilog
Świat zatoczył koło. To, co dwa lata temu było czarne teraz jest kolorowe. Po raz ostatni rozpakowuje swoje bagaże. Z dumą patrzę na świeżo pomalowane ściany budynku. Kolory są ciepłe i radosne. Tak bardzo chcę tu być, żyć!
Wchodzę na górę. Tu znajdują się sypialnie. W pierwszej są moje walizki. Podchodzę do jednej z nich i wyjmuję twoje zdjęcie. Tak kochanie będziesz tu ze mną zawsze. Ty zacząłeś tą budowę. Na samym dnie leżą moje czerwone szpilki. Miałam je wtedy... Dzisiaj mogę je założyć. Dziś już tak. Do tego wkładam nową sukienkę. Mała czarna tak byś to nazwał, ale dziś...
 Dziś zakładam ją dla niego. Tak głęboko wierzę, że spotkałam go dzięki tobie. Czasami mam wyrzuty sumienia, że związałam się z twoim bratem, w dodatku, bliźniakiem. Nasze poznanie było tak nierealnie. Bo jak wytłumaczyć fakt, że w najtrudniejszym momencie swojego życia, w momencie próby samobójczej, oboje widzieliśmy siebie? Nawet, kiedy o tym myślę wydaje mi się to irracjonalne. A jednak. Tak było. Dwie osoby nie mogą się mylić.
Stoję teraz przed lustrem. Wpatruję w nie swoją twarz. Chwilami nie poznaje siebie. Wydaje mi się, jakby moje oblicze nabrało światła. Tak długo wędrowałam w ciemnościach. Nie widziałam sensu życia. Nic mnie tu nie trzymało. Przecie ciebie już nie było, więc po co miałam żyć? Błąkałam się, jak człowiek nie mający swojego własnego konta. Tak właśnie było. Byłam sama wśród całego świata. Pogubiłam się we własnym JA. Zimno ogarniało mnie i pożerało. Z każdym dniem szarzałam, by wkrótce zupełnie zniknąć. Nikt by pewnie wówczas po mnie nie płakał. Ja też nie płakałabym, bo i po kim? Dzisiaj natomiast jest inaczej. W tym momencie moja cera jest jasna. Odczuwam wewnętrzną radość i chęć do... wszystkiego!
Wiara odnowiła się we mnie na nowo. Od początku nauczyłam się modlić!
O dobry Boże dziękuję Ci za to, że jesteś tu ze mną! Składam Ci gorące dziękczynienie za dar życia! Dzięki Ci za Twoją łaskę i miłość! Dzięki Twej obecności przetrwałam!
Wychodzę na balkon. Bezwiednie wpatruję się w dal. Powinnam właśnie schodzić na dół i wsiadać do samochodu Krystiana. Jednak jeszcze nie zejdę. Trwam tu ubrana w wiatr. Nie słyszę nikogo, nie czuję nic – nic złego, destrukcyjnego. Jestem tylko ja i cisza. I ty kochany. Przez ten dług czas cierpiałam, płakałam. Nie pozwalałam ci odejść. Twój duch nie mógł zaznać spokoju. Los tak okropnie nas rozdzielił. Doświadczyliśmy oboje bólu. Ty – fizycznego. Ja – psychicznego. Ale nadszedł moment, w którym mówię ci żegnaj. Pora, abym pozwoliła Ci odejść. Tak kochany.  Zawsze będę o tobie pamiętać. W moim sercu zawsze znajdzie się miejsce dla ciebie. Jednak zatrzymując cię tu zadałabym nam obojgu największy ból.  Po moim policzku bezwiednie spływa, samotna, łza. Nie ocieram jej. Już nie. Wierzę i wiem, że tam gdzie teraz jesteś będziesz szczęśliwy. Tam jesteś bezpieczny i nie cierpisz. Mimo wszystko jesteś blisko mnie. Patrzysz na mnie i chronisz mnie. Zawsze byłeś dobrym człowiekiem. Ja zawsze chciałam być choć w połowie taka, ja ty. Nie wiem do dziś, czy osiągnęłam ten cel.
Przynieś proszę ukojenie moim zmysłom! Kochany czuwaj nade mną! Bez ciebie jestem bezwładna, jak liść na wietrze. Tak ciężko odejść wiem to. Dla ciebie robiłam zawsze wszystko. Ciągle szukałam cię, twojego ciała. Nie rozumiałam, ze ty jesteś przy mnie. Co było tak nagle prysło. Lecz ja wiem, ze to wcale nie znikło.
 Jest nadzieja. Krystian jest moją nadzieją. Dzięki niemu po nocy przyjdzie dzień. Przeznaczenie widzę tylko w jednych oczach, tych zielonych, jak trawa, których wspomnienie uczyło mnie jak szlochać. Je chcę kochać. Gonię za jego uśmiechem i  gestami twarzy. Gonię za szczęściem i wiem, że je zdobędę!
Wreszcie ocieram, spływające po moim policzku łzy. Pora na radość. Podchodząc ponownie do lusterka poprawiam starannie nałożony na dzisiejszy dzień makijaż. Zmywam z twarzy resztkę cierpienia. Z ust zabieram szloch i krzyk. Ściągając tusz do rzęs wyrzucam ból i złość na cały świat. Wreszcie nakładając podkład przybieram nową siebie. Malując usta przyjmuje radość, która rozgaszcza się w moim sercu. Natomiast barwiąc powieki cieniem przyodziewam się we wszystkie kolory tęczy na znak nowego początku. Nowego, kolorowego życia.  Twój obraz trzymam ciągle pod powiekami, lecz już nie płaczę.
Żegnaj kochany, zawsze będę cię kochać!

Dorota Hubicka 
Duchy przeszłości

Szliśmy wzdłuż obwodnicy, lekkim wzniesieniem. Przed nami górka, kościół. Pies wlókł się i hamował pociągając smycz. Obwąchiwał każdą trawkę.Jeszcze tylko przejdziemy na drugą stronę jezdni, wyjdziemy na łąkę przed kościołem i odepnę psa. Pełnia szczęścia. Kocha tę drogę do lasu nie mniej niż ja. Ale to moja droga.
Kiedy  przez długi czas po ciężkiej operacji i radioterapii nie mogłam wychodzić z domu, wymarzyłam  sobie ten spacer.
Widziałam krok po kroku jak idę, jak ogladam sie za siebie z dumą, jak podziwiam psa biegającego w wysokich trawach.Tak ułożyłam sobie w głowie tę trasę i tak o niej marzyłam,że pewnego razu poczułam zapach skoszonej ląki. Dziś kiedy to wspominam, mam watpliwości czy tak było...
Własciwie to nie wiem dlaczego właśnie tam chciałam pójśc. To niewielkie wzniesienie z kościołem na szczycie jawiło mi sie jako ten szczyt trudny do zdobycia. Po drugiej stronie zbocza, u podnórza zaczynał sie stary las. Wejścia do lasu strzegły wielkie dęby, ale dalej to już trudno było skupić sie na urokach tego miejsca. Nawet pies nie bardzo wiedział którędy pójdziemy, w tej części lasu królowały jeżyny, skutecznie utrudniając przejście.

  Tym razem postanowiłam zapuścić się dalej, w głąb lasu.
Wydawało mi ,że to właśnie w tej okolicy stoi stary dom. Kiedyś chłopcy bawiący sie w wojsko robili sobie zdjęcia przy nim. Syn powtarzał zasłyszane historie o tym, jak to straszy w tym miejscu. Wraz z kolegami postanowili przenocować nawet w poblżu, aby udowodnić swoją dorosłość. Skończyło się ewakuacją póżną nocą, nie mówiąc już o czuwaniu wszystkich rodziców. Okazało sie,że zdecydowanie straszy, ze wszystkich stron, choć nie do końca wiadomo co i jak. Myslę,ze tak się wspólnie nakręcili,ze koło północy zadne strachy nie były im potrzebne.
  Wysłuchiwałam tych opowieści. Nigdy nie miałam czasu w swoim pracującym zyciu odwiedzać takich miejsc. Ale co innego teraz. Wszystko sie zmieniło. Czas zwolnił i wyciągał z zakamarków mojej głowy wiadomości dawno zepchnięte w niepamięć.
  Niektóre z nich budziły mój niepokój, albo strach, albo lęki nie pozwalające zasnąć.Myśli  nie dały się juz tak zepchnąć. Zaczęły wracać do mnie jakieś obrazki z dzieciństwa. Już od wielu lat byłam sama. Nie miałam zamiaru nic zmieniać, nic nie planowałam, ale przesladowały mnie niezmiennie sny o poszukiwaniach.
  W snach ciągle szukałam mieszkania, domu , urządzałam mieszkanie, jakiś pokój, przestawiałam sprzęty lub wręcz zaglądałam pod nie.
  Pamiętam sen o wielkim lustrze. Było krzywo zawieszone, z odrapana ramą. Przegladając sie pokazywało postać z jedną nogą. Wspinająć się po wystających ze ściany cegłach, poprawiałam, przesuwając je ,a ono i tak pokazywało moja jedną nogę...Budziłam się i zamykałam szybko oczy mając nadzieję, że dośnię tę drugą nogę...
Starałam się nie zapamiętywać tych snów. Nagła choroba zupełnie przeorganizowała moje życie. Na rozmyślania miałam nieograniczony czas...
  Wówczas to stałam się właścicielką psa. Protestowałam ale nic z tego. Podobno to własnie pies miał się mną opiekować a nie odwrotnie..
  Pies szalał. Las zrobił się liściasty. Dotarliśmy do drogi, nawet autem by to przejechał.
Uwielbiam przysiadać na zwalonym drzewie. To taki znak luksusu, nigdzie mi nie spieszno, mogę tu jeszcze pobyć.
Słonce było już dosyć wysoko. Poczułam sie zmęczona. Jakaś kanapka z kieszeni zjedzona na połowę i idziemy. Ale może inną drogą...I wtedy zobaczyłam ten stary dom. Myślałam,że to fragmeny muru, jakie czasem mozna spotkać. Korony drzew zasłaniały górną część domostwa. Z jednej strony krzaczyska wyrosły wysoko ,a nawet wciskając się w załomy sciany mwzbudziły niepokój. Pies stanął zdziwiony. Przestraszył się czy wyczuł mój strach? Podeszłam jeszcze trochę ,ale czy to zmęczenie ,czy coś innego spowodowało drżenie kolan...

Zawróciłam.
Wracając znalazłam lepsze dojście do tamtego miejsca. Wystarczyło nadrobić trochę skręcając w bok.
  Ale obraz tego domu, tego miejsca nie dawał mi spokoju. Myslałam o tym nieustannie. Miałam wrażenie,ze znam to miejsce. Nawet dzisiaj boję sie napisać o tym wprost.
 Znałam to miejsce. Nie mogłam go z niczym powiązać ,ale byłam przekonana,ze już już i będę wiedzieć o co chodzi.
  Takich pojedynczych obrazków miałam kilka. To była postać wysokiego mężczyzny, chudego i w kapeluszu zasłaniającym twarz. Często myslałam o nim przegladając jakies stare rodzinne zdjęcia, czy może to ktoś z fotografii. Ale nie pasował do nikogo. Z czasem przestał być grożny, ale zawsze kojarzył sie z dzieciństwem.
 Drugim takim obrazkiem zapamiętanym nie jako zdarzenie ,lecz jak fotografia własnie, to książki z niemieckimi tytułami w płóciennych okładkach, rozsypane na podłodze. Wiem,że nie mogłam tych liter poskładać. Ale przecież nie potrafiłam wtedy czytać... I obrazy na ścianie, których nigdy nie spotkałam. Długo myslałam,że kiedys je namaluje. Myślałam nawet,że to jakś wrózba na przyszłość, że może przyniosą mi sławę i pieniądze.
  Wybrałam sie jeszcze dwukrotnie w tamto miejsce ,ale nie dotarłam. Raz zawróciła nas burza, drugim razem po prostu nie odnalazłam tego miejsca.
  Przyszła zima. Spacery zdecydowanie były krótsze. Często jednak w bezsenne ,obolałe noce wracały duchy przeszłości. Liczyłam ludzi, którzy odeszli, próbowałam sie za nich modlić. Rozliczałam rodziców z błędów wychowawczych, dawałam im rozgrzeszenie i analizowałam swoje zachowania wobec najbliższych. Raczej przebaczałam, i sobie i innym. Starałam się wszystko zrozumieć i wyciągnąć naukę. Próbowałam pojąć istotę naszego życia aby zaakceptować przemijanie. Odnalazłam w sobie spokój,
Nigdy nie zniknęły z mojej głowy obrazki. Ale nie było już w tym strachu.

  Tamtej zimy postanowiłam w końcu rozprawić się ze zdjęciami zgromadzonymi przez lata. Nie oglądałam tych rodzinnych zdjęć bo przez lata nie mogłam się pogodzić ze swoim rozlacianym związkiem. We wszystkich niepowodzeniach widziałam tylko jedną przyczynę -samotność. To była porażka za którą zapłaciłam wysoką cenę: najpierw pracoholizm a potem choroba.
  Dzieci poszły już dawno swoją drogą. Zrobię im albumy ze zdjęciami z całego życia. Zrobiłam. Wylałam morze łez nad zdjęciami całej nasze czwórki. Oczywiście tymi, które ocalały z pożogi rozwodowej. Porzucona kobieta wrzuci do kominka ślubne zdjęcia bez zastanowienia. Potem po 15 latach daremnie szuka żeby dzieciom pokazać jaką to byliśmy piękną parą...
  Znosiłam różne pudełka i koperty z różnych okresów. Wiele razy zmianialiśmy miejsca zamieszkania, niektóre zawiniątka były stare. Było wsród tych skarbów pudełko ze zdjęciami na szkle oraz zdjęcia bardzo stare ale nie należące do nikogo z naszych rodzin. Jakież było moje zdumienie ,gdy odnalazłam tam człowieka w kapeluszu. To jakiś zupełnie nie znany mi stary dworzec kolejowy. Na peronie grupa osób pozujących do zdjęcia. To dwie eleganckie kobiety ,w kapeluszach i rękawiczkach w średnim wieku. Mają eleganckie garsonki a mężczyżni przy nich to dwaj panowie, w garniturach, z mocno wywatowanymi ramionami. I jeden gość w długim płaszczu ,z podniesionym kołnierzem i kapeluszem nasuniętym na czoło! Kiedy go rozpoznałam,zdjęcie wypadło mi z rąk. Nie mogłam uwierzyć. Wszystko wydało się tak surrealistyczne, że bałam sie patrzeć na to zdjęcie. Pospiesznie wyniosłam  pudełka ,no i bałam sie do tego wracać.
  W snach zwiedzałam jakieś opuszczone domy, próbowałam podtrzymać walącą się ścianę lub pukałam do drzwi ,a otwierał je mój mężczyzna w kapeluszu. Przyniosłam pudełko. Był tez na innych zdjęciach. Na żadnym nie widać dokładnie rysów jego twarzy. Z czasem miałam już odwagę wpatrywać się w fotografię, a nawet pytałam go wprost: kim ty jesteś człowieku? Nocami nie poświęcałam mu już tyle czasu. Bo i noce były coraz krótsze. Za to powróciły nasze z psem spacery najdłuższe w życiu.
  Znów szliśmy po zakolu drogi, znów byle do łąki , potem w górę. Potem stanąć na tym niewielkim wzgórzu ,gdzie wydaje sie być bliżej Pana Boga i podziwiać ten świat! Pies szaleje w trawach . Co chwilę wraca, żeby potwierdzić, że nie ma nic piękniejszego .
  Nie chciałam zdefiniować swoich zamiarów. Raczej myślałam - a niech tam, pójdziemy przed siebie, zobaczymy gdzie nas zaprowadzi ta dróżka...
  Chciałam znależć to powalone drzewo, ale okazało sie ,że to miejsce jakby uprzatnięte, Stary dom był widoczny już ze skraju drogi. Nie wydawał sie jak poprzednio ruiną. Stanowił całość, co mnie mocno zaskoczyło, Wydawało mi sie bowiem,że tu  nawet nie ma dachu w całości.
  Przystanęłam ,a mój pies wraz ze mną. Chociaż wybiegał całą drogę do przodu, to teraz miałam wrażenie,że słyszę kołatanie dwóch serc. Znieruchomiałam. Rozgladałam się wokół szukając pomocy. Nikogo... Kiedy ochłonęłam, zebrałam w sobie wszystkie ,siły aby przywołać w pamięci jakie to przeszkody już pokonałam w życiu. Muszę to zrobić. Muszę podejść i zajrzeć za to okno ,co w snach tłucze okiennicą i nie daje spokoju! Muszę to zrobić.
 Podeszłam. Sama juz nie wiem jak. Jakbym to wszystko wiedziała. Jakbym była tutaj kiedyś . Pusto ale znajomo. Juz bez zastanowienia popchnęłam stare drzwi. Złowrogie skrzypnięcie i pies uskoczył w bok. Ale szedł ostrożnie przy mojej nodze. I w tym momencie stare lusto w obskubanej ramie opadlo na bok. Nie byłam w stanie zrobić żadnego ruchu. To jest moje lustro...to ten kąt sprzatałam którejś nocy.  I wynosiłam te stare buty. Ale one ciągle były w tym samym miejscu. I teraz tez tu są. Stałam przerazona , żeby czasem nie podejść i nie przejrzeć się i nie zobaczyć siebie z jedną nogą! Tylko to miałam na myśli . Odwróciłam się, ale nie mogłam tych drzwi otworzyć. Stara klamka potrzebowała mojej siły...No i wtedy ktoś przeszedł szybkim krokiem przed oknem. Zobaczyłam tylko podniesiony kołnierz jego płaszcza, i kapelusz nasunięty na czoło.
  Nie pamiętam drogi powrotnej. Pies szedł przy nodze ,jakby wiedział,że potrzebuję jego pomocy. Po powrocie nie mogłam uspokoić myśli. Nie wychodziłam wieczorami, bo wydawało mi się,ze spotkam kogoś....no tak...tego gościa w kapeluszu.
   Ale nie spotkałam. Nie poszłam już nigdy w tamtą stronę lasu. Nawet o tym nigdy nie pomyslałam. Ale robiąc porządki, wyciągnęłam pudełko ze starymi fotografiami. Pożegnałam je czule, jak swoje własne wepomnienia.  Zawinęłam i odłożyłam na miejsce. . Niech czekają aż ktoś ich rozpozna. Znów wyniosłam na górę. Międzyczasie mój Syn zabierał z domu swoje książki. Wybierał te za którymi tęsknił,albo te, których potrzebuje do pracy. Trzeba było troche uporządkować. Kocham książki. Porządkowanie biblioteki, a nawet niewielkiej ilości książęk, jest dla mnie ogromną przyjemnością. Poszczególne książki przypisuję do różnych zdarzeń w życiu i różnych jego okresów. Powoli oglądałam każda pozycję. Jakieś czułe struny poruszają te stare książki...Kto dziś chciałby je czytać. Jeszcze tylko jakieś komiksy , jeszcze równo i cóż to? Egzemplarz w płóciennej oprawie z wielkimi literami. Tego było za wiele.
  Nie przeczytałam tytułu. Nie mogłam. Znam tę książkę. Znam ją na pewno. Ale nigdy nie zainteresowałam się jaki ma tytuł. Wiem tylko ,że zawsze dokładnie ją widziałam.
  Niech tak zostanie.
  Dalej myślę o swoich obrazkach z dzieciństwa. Ale nie boję się już swoich myśli. Trochę mniej poszukuję w swoich snach. Szczególnie ostatnio.
   W naszym otoczeniu wiele zmian. Poszczególne dzielnice zapraszają mieszkańców na spotkania dla jakichś społecznych konsultacji. No ina takim spotkaniu był Pan Leśniczy. Od razu pomyślałam,że zapytam kto jet właścicielem tego starego domu. Zapytałam. Pan L. odpowiedział, że tam juz od wielu lat nie ma domu tylko jakieś ruiny. Nikt sie tym nie zajmuje, bo nie ma takiej potrzeby. Przyroda w naturalny sposób zagospodarowała itd. Opowiedziałam jak to 3 lata temu była wewnątrz budynku a Pan L. wybuchnął śmiechem! Niemożliwe!  Już ze 20 lat jak zawalił się tam dach przygniatając człowieka.
-Nie słyszała Pani? powiedział.
-Wszyscy o tym słyszeli. Nigdy nie ustalono jego tożsamości, choć publikowano wizerunek.
Tak, pomyślałam. Akurat wizerunek znam.


Małgorzata Janczarek
Nadzieja
Biała Alfa Romeo wydała z siebie przeraźliwy dźwięk. Marcin miał nadzieję, że mieszkańcy domów przy ulicy Polnej wykażą się dużą cierpliwością i nie zaczną się awanturować o te poranne hałasy. Uderzanie raz po raz w klakson samochodu było desperacją. W obecnej sytuacji tylko na tyle było go stać. Zdenerwowanie rosło z każdą sekundą, mogłoby się zdawać, że agresja wypełnia każdą komórkę jego ciała. Nie był to powód do dumy. Wręcz przeciwnie, Marcin po każdym takim niekontrolowanym wybuchu czuł wstyd. I strach, że przy kolejnej kłótni całkiem straci panowanie nad sobą. Postanowił policzyć w myślach do dziesięciu, albo nawet i do stu, byle tylko się uspokoić. Tak bardzo pragnął spokoju.
Ewa siedziała obok i spokojnie czekała, aż jej mąż skończy to przedstawienie. Wybuchy złości, krzyki, przekleństwa nie robiły na niej żadnego wrażenia, były za to świetnym pretekstem do kpin. Często dolewała oliwy do ognia mówiąc, żeby zmienił płytę bo się zacina, albo że powinien grać w komediach bo jest śmieszny. Wiedziała że go rani, ale nie miało to już większego znaczenia. Od dawna był jej obojętny.
Cisza, która zapanowała w samochodzie stawała się nieznośna. Mężczyzna nie wytrzymał tego jako pierwszy, westchnął głośno i powiedział – Nie masz prawa tak mnie traktować. Zarzucasz mi, że już nie pamiętam o naszej córce, i przyjechałem tu akurat dziś być zrobić Ci na złość. Jesteś niesprawiedliwa. Nie tylko ty straciłaś dziecko, ale chyba o tym zapomniałaś. – Ewę ścisnęło w gardle, do oczu napłynęły łzy. Skierowała wzrok w górę i szybko zamrugała kilka razy. Nie chciała rozpłakać się na dobre. Nie przy nim. Marcin też tego nie chciał. Zaczął mówić spokojniej i ciszej. – Proszę, wyjdź z samochodu i chodź obejrzeć ten dom. Ksiądz Stanisław na pewno na nas czeka. Ja znam już to miejsce, ale obiecałem, że przyjadę z Tobą. – Ewa, popatrzyła na męża z niedowierzaniem. Jak to możliwe, że jakiś dom jest ważniejszy od ich córki. Kobieta nie mogła jednak nic wyczytać z jego oczu. Doskonale pamiętała, że kiedyś w tych błękitnych oczach mogła znaleźć odpowiedź na każde, nawet nie wypowiedziane na głos pytanie. Dziś w ten jesienny sobotni poranek, niebieskie oczy jej męża nie mówiły nic. Były puste i obce. Gdy wysiadała z samochodu, Marcin podał jej rękę i powiedział. – Nie myśl sobie, że jestem bezduszny – Byłem na cmentarzu dziś rano. Nie zapomniałem o naszej córce. Kupiłem róże w jej ulubionym kolorze. Żółte. Bardzo ładne. A teraz chodź.. – Ewę zamurowało..
Ksiądz co kilka chwil sprawdzał godzinę na swoim zegarku, a w jego głowie kłębiły się czarne myśli. Co będzie jeśli Marcin odrzuci moją propozycję ? – Kto zadba o dom i ogród ? Ja już nie mam tyle sił co kiedyś, a i dzieciaki z bidula coraz rzadziej chcą pomagać – Stanisław rozejrzał się dookoła. Nietrudno było zauważyć, że dwupiętrowy, murowany domek nie prezentował się już tak okazale, jak na samym początku, po wybudowaniu. Czas nie był łaskawy dla konstrukcji budynku. Kamienne atlanty podtrzymujące balkon nad głównym wejściem wymagały całkowitego remontu, stare i zniszczone drewniane okna mogły tylko odstraszać. Szara i ponura budowla zyskiwała w oczach innych jedynie dzięki roślinom wypełniającym każdy centymetr ogrodu. To pnący bluszcz, duże strzeliste świerki, rozłożyste płaczące wierzby, delikatne brzozy oraz berberysy nadawały temu miejscu klimat.
Ewa była zaskoczona tym, że Marcin pamiętał o rocznicy śmierci Amelki. Przez chwilę zastanawiała się czy to coś zmienia w jej planach. Doszła jednak do wniosku, że już za późno na zmianę decyzji. Spojrzała w lusterko, poprawiła makijaż, po co ksiądz ma widzieć że płakała. Zresztą to i tak już nieważne, co pomyślą sobie inni. Wysiadła z samochodu z mocnym postanowieniem, że zaraz po spotkaniu i obejrzeniu domu powie mężowi, że odchodzi. Odchodzi do innego, albo po prostu powie, że odchodzi od niego, od Marcina. Wysiadła z samochodu, Marcin wziął ją za rękę i ruszyli.
Furtka był otwarta, co oznaczało że ksiądz już jest i na nich czeka. Przyśpieszyli kroku, i w milczeniu podążali wąską alejką. Kobieta spojrzała kątem oka na męża. Jego mina nie zdradzała żadnych emocji. Ewa wiedziała, że często bywał tu jako dziecko. Każdego roku, ksiądz organizował sprzątanie ogrodu okalającego dom, i do tych prac często zabierał wychowanków sierocińca. Wielkie porządki, były w gruncie rzeczy dla chłopaków z domu dziecka zabawą w podchody. To ksiądz Stanisław wykonywał najcięższe prace porządkowe. Gdy Marcin opowiadał jakie psikusy robili księdzu, to śmiał się do łez. To były dobre czasy; te „Marcinowe” wspominki, ale to było tak dawno. Dawno i nieprawda. Teraz to u Ewy w kącikach ust pojawił się lekki uśmiech. „Dawno i nieprawda” to było ulubione powiedzenie jej babci Helenki.
Ksiądz Stanisław obserwował ich dłuższą chwilę. Szli w zupełnej ciszy, nawet nie trzymali się za ręce. – No tak, znowu mają problemy. – Jego wzrok powędrował do góry, wyszeptał sam do siebie – Dobry Boże daj mi siłę, żebym mógł im pomóc – Przez chwilę pocierał swoje dłonie, patrzył na pomarszczone ręce i próbował znaleźć odpowiednie słowa. Tyle lat posługi, doświadczenia, ale wciąż nie miał recepty na wszystkie problemy tego świata, szczególnie problemy najbliższych. Ruszył im naprzeciw, i zaczął pełnić honory domu. – Witajcie Kochani. Długo kazaliście na siebie czekać. Przecież z Woli do Śródmieścia  jest „rzut beretem”. Spokojnie nie gniewam się, zakochani mają swoje prawa. – Gdy tylko to powiedział poczuł że zrobił głupotę. Szybko skarcił się myślach. Ty głupcze, w ten sposób im nie pomożesz. – Ewa z Markiem, nie wiedzieli co mają odpowiedzieć, przeprosili tylko za spóźnienie tłumacząc się korkami na drodze. – No dobrze już dobrze nie musicie mnie przepraszać, wybaczam wam pod warunkiem ze zdecydujecie się tu zamieszkać – Zawiesił głos, czekał na ich reakcję, wciąż miał nadzieję, że te marsowe miny z jakimi go przywitali, to tylko przejściowe kłopoty tych dwojga. Marcin, szybko uciekł wzrokiem, a Ewa zaczęła szukać czegoś w torebce. – No tak. Łatwo nie będzie. Muszę dowiedzieć co się stało – pomyślał. Wyciągnął rękę na powitanie – Z tym spóźnieniem żartowałem. Zapraszam w moje skromne progi. Marcin znasz to miejsce doskonale, dlatego rozgość się sam, a ja w tym czasie porwę Ewę i oprowadzę ją po całym terenie. – Ewo może zaczniemy od ogrodu, a na końcu obejrzysz dom, to będzie taka wisienka na torcie – Kobietę obleciał  strach, przeczuwała że ksiądz zasypie ją pytaniami o małżeńskie sprawy. – Moi drodzy uprzedzam tylko, że nie jestem sam, gdzieś tu biega Franek, uroczy siedmiolatek. Od niedawna jest u nas w bidulu. Bardzo do mnie przylgnął, i wszędzie chodzi za mną krok w krok. Nie mogłem mu odmówić przyjazdu tutaj, ale zapewniam Was nie będzie nam przeszkadzał. Marcin ze spokojem wysłuchał księdza, z łatwością spostrzegł, że on już się domyślił i wie jak bardzo jest między nimi źle. Postanowił wprost powiedzieć o swoich planach – Proszę Księdza ja już się zdecydowałem. Zamieszkam tu – Stanisław prawie wszedł mu w słowo –  A twoja żona ?
– Nie wiem proszę jej zapytać – Ksiądz spojrzał na  Ewę, było jej głupio. Twarz kobiety pokryła się czerwonym rumieńcem. Wstydziła się. Ksiądz rzucił karcące spojrzenie w stronę swojego wychowanka, które Marcin odczytał bez trudu – Jak możesz traktować tak swoją żonę ? Nie tego Cię uczyłem – Młody człowiek ruszył w stronę domu. Nie odwracając się, warknął tylko – Będę na werandzie. Tylko pośpieszcie się z tym zwiedzaniem. Wieje jak cholera i jestem już zmęczony. Zmęczony tym wszystkim – Stanisław był szczerze zdziwiony ich zachowaniem. Wiedział doskonale przez co przeszli. Po wypadku, w którym zginęła Amelia, bardzo im pomagał, szczególnie Marcinowi. To na jego oczach wydarzyła się ta tragedia, ale był głęboko przekonany że poradzili sobie już z tym tragicznym wydarzeniem.
– Proszę Księdza – Podniesiony trochę piskliwy głos wyrwał go z Tych rozmyślań. To była Ewa. Teraz gdy spojrzał na nią, zaczęła mówić spokojnie i znacznie ciszej. – Proszę Księdza, muszę zadzwonić. To potrwa tylko chwilę. Zaraz wracam, i obejrzymy wspólnie tę działkę. – Dobrze moje dziecko, jeśli to ważne i musisz zadzwonić to idź. Spotkamy się za chwilę. Będę przy tamtych brzozach. – Ewa, nawet nie spojrzała na brzozy tylko skinęła głową i pośpiesznie odeszła na bok. Gdy tyko odeszła parę metrów dalej poczuła ulgę. Nareszcie jest sama. Wsunęła rękę do kiszeni i wyjęła telefon. Tak tego się spodziewała. Piętnaście nieodebranych połączeń. Obiecała, że do niego zadzwoni, gdy tylko porozmawia z mężem. Widocznie nie mógł tego doczekać, może obawiał się, że zmieni zdanie, że postanowi ratować małżeństwo. Ewa wiedziała że na to jest za późno – Jest za późno – powiedziała na głos sama do siebie. I wybrała numer. Jeden sygnał, drugi, trzeci. W końcu usłyszała głos Artura – Oddzwaniam, miałam wyłączony telefon –  Mówiła szybko, jej głos brzmiał sztucznie, słychać było że jest spięta. – Nie, jeszcze nie. Tak powiem mu. Dzisiaj. Artur to nie fair. Wiesz jakie to trudne. Muszę kończyć, Zadzwonię później. Tak. Kocham Cię – Gdy Ewa skończyła rozmawiać poczuła na swoich plecach czyjejś spojrzenie, odwróciła się gwałtownie. Gdy zobaczyła księdza chciała się zapaść pod ziemię. Zaczęła nerwowo się uśmiechać, a twarz oblała się rumieńcem. Zdołała tylko wydusić z siebie niemrawo pytanie – Jak długo Ksiądz tu stoi ? –  Stanisław nie odpowiedział, ale z jego mowy ciała można było wyczytać, że przysłuchiwał się rozmowie wystarczająco długo, by wysnuć odpowiednie wnioski. Co dziwnie nie był zmieszany, zdziwiony, raczej wyglądał na zasmuconego. Ewa oczekiwała na reprymendę. Nic takiego nie nastąpiło.
Stanisław zaczął mówić spokojnym, a jednocześnie dobitnym głosem – To piękne miejsce. Ciekawi mnie co widzisz, gdy patrzysz na ten budynek. Pewnie tylko podniszczone mury, zjedzone przez ząb czasu. – Ewa nie rozumiała po co Stanisław o tym mówi. Chciała zapytać, czy może już iść, ale ksiądz przyłożył tylko palec wskazujący do ust, i tym jednym gestem dał jej do zrozumienia że jeszcze nie skończył, a ona ma wysłuchać go do końca. – To miejsce jest szczególne. W tym domu wychowało się kilka pokoleń, począwszy od mojego pradziadka, a skończywszy na mnie. Te mury widziały wszystko; radość i cierpienie, spokój i łzy, narodziny i śmierć. Nic nie trwa wiecznie, ale te dom stoi w tym miejscu od ponad stu lat. Wiesz dlaczego? Bo został zbudowany na najtrwalszych fundamentach. Wiara, nadzieja i miłość, to są podstawy wszystkiego. Teraz jest czas na Was, jeśli zadbacie o to miejsce, to zyskacie nie tylko miejsce do mieszkania, odnajdziecie drogę do siebie, bo chyba gdzieś zbłądziliście. Ewo, nie krzywdź siebie. Może wydaje Ci się, że będzie lżej, gdy odejdziesz od Marcina i zwiążesz się z kimś innym. Stanisław skinął na telefon, który Ewa wciąż ściskała kurczowo w swojej dłoni. I dodał – Ucieczka nie jest rozwiązaniem. Trzeba zmierzyć się z tym co przynosi życie. To jedyna słuszna droga – Wzruszenie odbierało mu głos. Z trudem wypowiadał kolejne zdania – „Miłość we wszystkim pokłada nadzieję” Niech ten dom będzie dla ciebie nadzieją na nowy początek. Pamiętaj też, że czas leczy rany – Ksiądz dostrzegł pytające spojrzenie Ewy, i od razu dodał – Widać nie upłynęło go wystarczająco dużo. Nie wiem ile jeszcze będziesz potrzebowała czasu, aby zostawić za sobą przeszłość – Zapadła niezręczna cisza. Stanisławowi zaczęło brakować argumentów. Ewa milczała. Z twarzy nie można było odczytać żadnych emocji. Zdenerwowanie kobiety zdradzały jej ręce i białe kostki widoczne na zaciśniętych dłoniach. Gdy ksiądz już tracił nadzieję na pomyślne rozwiązanie tej sprawy, Ewa odezwała się – Chodźmy w stronę domu, muszę przyjrzeć mu się dokładniej. Na pierwszy rzut oka wymaga sporego remontu, ale jeśli zaczniemy od jutra, to może uda nam się z Marcinem, wprowadzić tu przed zimą – Stanisław usłyszawszy te słowa, aż przysiadł z wrażenia, a do oczu napłynęły mu łzy. Ewa ledwo dosłyszała jego głos – Moje dziecko idź tam sama i przekaż Marcinowi tę dobrą nowinę. On czeka.


Kinga Kosiek
Opuszczony dom

„Tożsamość bestsellerowej pisarki odkryta po latach!”, „Wiadomo kim jest najsłynniejsza polska pisarka kryminałów!” – krzyczały nagłówki najpoczytniejszych gazet domagając się uwagi czytelników. Nie pomogły ani ciemne okulary, ani zawinięcie się po sam czubek nosa w wielką wełnianą chustę – Krystyna czuła się jak ścigana zwierzyna, a wystawione w witrynach gazety chłostały ją wielką czcionką sensacyjnych tytułów. Tyle lat starań poszło na marne przez jednego cholernego dziennikarzynę! Po jakiego diabła wsadzał ten swój długi ciekawski nos w jej sprawy? Komu przeszkadzało, że pisała sobie w spokoju pod pseudonimem?! Ile wysiłku włożyła w przekonanie wydawcy do swojej koncepcji! Na początku wcale nie był zachwycony, ale gdy okazało się, że jej kolejne książki zdobywają wszystkie możliwe nagrody przewidziane dla kryminałów i zyskują status bestsellerów, jej pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Jej nieznana tożsamość podsycała emocje, prowokowała liczne dyskusje i tym samym nakręcała skutecznie mechanizm darmowej reklamy. Wkrótce w interesie wydawcy stało się dbanie o zachowanie wszystkiego w sekrecie. Skończyły się głupie dyskusje i przepychanki. To ona wybierała zawsze miejsce spotkania z przedstawicielami wydawcy i swoim redaktorem, i wszystko funkcjonowało bez zarzutu przez prawie dziesięć lat. Dopóki jej redaktor nie zachorował i nie zastąpiła go jakaś niedoświadczona młoda cizia z łapanki. Przynajmniej tak myślała o niej w tej chwili Krystyna, która w niegasnącej od tygodnia furii miała w nosie solidarność jajników. Głupoty nie tolerowała u nikogo! Justyna, bo tak miała na imię jej nowa redaktorka, dała się oczarować młodemu ambitnemu dziennikarzowi z poczytnego szmatławca i, cielęco oczarowana i zadurzona, wypaplała mu przy winie o parę zdań za dużo. To wystarczyło, żeby ten ostatni zaczął ją śledzić i, po kilku dniach śmiertelnego nudzenia się pod różnymi galeriami handlowymi, które młoda redaktorka odwiedzała z podziwu godną regularnością, doczekał się rekompensaty w postaci nakrycia jej podczas roboczego spotkania ze słynną pisarką. I oto teraz cała Polska mogła podziwiać zdjęcia młodej głupiutkiej Justysi z tajemniczą Pam Veritas, która okazała się być czterdziestolatką przy kości o swojsko brzmiącym nazwisku Krystyna Morawska. Krystyna z obrzydzeniem lustrowała zdjęcia z pierwszych stron gazet, na których wyszła jak własna ciotka.
- Jeszcze, na domiar złego, zrobił nam zdjęcia od strony mojego gorszego profilu! – mruczała do siebie ze złością, a jej syczące mruczando wsiąkało w wełnę zbawiennie kryjącej ją przed ciekawskimi spojrzeniami chusty. Nie było wyjścia, musiała podjąć jakieś kroki. Ledwo wsiadła do swojego samochodu, zaparkowanego w najgorzej oświetlonym kącie parkingu, sięgnęła po komórkę.

- Ależ oczywiście, że możesz przyjechać! – głos Adeli, jak zawsze ciepły i kojący, działał na napięte nerwy Krystyny jak balsam – Sama miałam do ciebie zadzwonić dziś wieczorem i zaproponować, że cię tutaj zabiorę, przynajmniej dopóki szum wokół twojej osoby trochę nie ucichnie.
- Jesteś skarbem! – wykrzyknęła do telefonu uradowana pisarka. Pierwszy raz od kilku dni ujrzała nikłe światełko w tym piekielnym tunelu, który przed oczami jej bogatej wyobraźni był zbudowany z ogromnych nagłówków gazet i jej zdjęć z Justyną.
- Nie martw się o mnie, wolę dojechać do twojego domku sama, będę musiała wyruszyć o jakiejś nieludzkiej porze, żeby mnie nie nakrył żaden nadgorliwy paparazzo! – gorączkowo ustalała z przyjaciółką szczegóły – Zostaw mi klucze u pana Stanisława, uprzedź go tylko, że mogę być u niego bladym świtem.
- Nic się nie martw, wszystko załatwię! – uspokajała Adela – Domek będzie przygotowany, poproszę Rafała, to jeszcze podjedzie wszystko sprawdzić.
Rafał, mąż Adeli, był niezawodny w takich sytuacjach i Krystyna wiedziała, że może na nim polegać jak na Zawiszy.
- Ratujesz mi życie, dziękuję. – wyszeptała wzruszona zanim odłożyła słuchawkę i zabrała się za gorączkowe pakowanie.
Domek, do którego właśnie się udawała, nazywany żartobliwie przez Adelę i jej męża ich letnią rezydencją, należał kiedyś do ciotki jej przyjaciółki, Klementyny. Ciotka ubóstwiała Adelę, nikogo więc nie zdziwiło, że kiedy odnaleziono jej testament, po jej tajemniczym zaginięciu, okazało się, że wszystko, co miała, zapisała właśnie jej. Prawdę mówiąc, bardziej zdziwieni byli faktem, że stosunkowo młoda kobieta pomyślała zawczasu o spisaniu testamentu… O tym zaginięciu pisały kiedyś wszystkie gazety, podobnie jak teraz o odkryciu prawdziwej tożsamości Pam Veritas. To było siedemnaście lat wcześniej, gdy Adela i Krystyna były jeszcze studentkami. Klementyna była wtedy pewnie mniej więcej w tym samym wieku, co one obecnie. Była zapaloną fotografką przyrody, zaczynała nawet odnosić pierwsze sukcesy. Choć amatorka, miała świetne oko i potrafiła wychwycić niezauważone przez innych szczegóły. Pewnego dnia wyszła, jak niemal codziennie, na bezkrwawe łowy z aparatem, do pobliskiego lasu, i wszelki ślad po niej zaginął. W dodatku nikt nie wiedział kiedy dokładnie zniknęła, bo mieszkała samotnie, i dopiero Adela, która przyjechała do niej na weekend, na który wcześniej się umówiły, zgłosiła zaginięcie. Drobiazgowe śledztwo wykazało jedynie, że musiała wybrać się na spacer między wtorkiem a piątkiem, przed przyjazdem siostrzenicy. Brak ubrania, które zwykle ubierała do lasu, i jej aparatu, podpowiadały możliwy scenariusz wydarzeń. Poza tym jednak nie natrafiono na żaden, choćby najmniejszy ślad Klementyny. Nikt jej nie spotkał spacerującej, nikt niczego podejrzanego nie zauważył, śledczy nie mieli żadnego punktu zaczepienia. Każdy scenariusz był możliwy, począwszy od zasłabnięcia czy tragicznego wypadku w lesie aż po porwanie czy morderstwo. Szkopuł w tym, że nigdy nie znaleziono ciała… Krystyna współczuła gorąco rozpaczającej po zaginięciu ukochanej ciotki przyjaciółce. To właśnie ta historia popchnęła ją w kierunku pisania kryminałów. Ale nigdy jej nie wykorzystała w żadnej ze swoich książek, choć nawet sama Adela jej to sugerowała. Tymczasem Krystyna, mimo upływu lat, wciąż żyła nadzieją, że kiedyś poznają prawdę o losie Klementyny…

Świtało, gdy dojeżdżała do Bajdowic, małej wioski, ostatniej przy drodze prowadzącej do domku Adeli. Potem jechało się jeszcze około sześć kilometrów szczerymi polami, bez jednego marnego zabudowania, aż pod las, pod którym stał rzeczony domek. Krystyna lubiła się tam czasami zaszyć gdy terminy ją goniły i potrzebowała ciszy i skupienia. Zazwyczaj jednak robiła to latem, gdy dni były długie, a noce krótkie. A nawet wtedy bardzo często nocowała z nią Adela, bo kobieta czuła się trochę nieswojo w samotnym domku pod lasem. Zdała sobie sprawę, że właściwie pierwszy raz w życiu wybrała się do domku późną jesienią, w okresie najdłuższych nocy. Trochę się wzdrygnęła na tę myśl, ale zaraz potem uspokoiła samą siebie wyśmiewając dziecinne lęki. Odebrała klucze do domku od zaspanego pana Stanisława, sołtysa Bajdowic i przyszywanego wujka Adeli, raz jeszcze obrzuciła tęsknym spojrzeniem uśpioną wioskę i ruszyła w dalszą drogę. Potrzebowała schronić się na końcu świata, tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, a jeśli jakieś miejsce zasługiwało na takie miano, to z pewnością był nim domek Adeli.

Tajemniczy dom odkryła siódmego dnia pobytu w odosobnieniu, podczas długiego samotnego spaceru. Po przyjeździe na miejsce skontaktowała się wyłącznie z Adelą oraz ze swoim wydawcą. Ten ostatni kajał się i przepraszał, ale jednocześnie próbował namówić rozsierdzoną Krystynę, żeby na fali niechcianej popularności wypromować jej najnowszą książkę, która miała się ukazać za dwa tygodnie. Pisarka zakończyła rozmowę rzucając słuchawką i, rozzłoszczona do granic możliwości, wyłączyła komórkę. Wydawca, ani nikt poza Adelą i jej bliskimi, nie mieli pojęcia, że w domku był też zamontowany telefon stacjonarny, założony jeszcze za czasów Klementyny. Adela, przez sentyment, nie zlikwidowała go nawet wtedy, gdy nastała doba telefonów komórkowych. Krystyna miała więc kontakt ze światem, a konkretniej, z tą bardziej lubianą częścią świata, Reszta jej w tym momencie nie obchodziła. Próbując wyciszyć rozedrgane nerwy, chodziła codziennie na długie spacery. Podobnie jak kiedyś Klementyna, ona też lubiła robić zdjęcia. Wyciszało ją to i uspokajało. I właśnie ta nieokiełznana pasja fotografowania zaprowadziła ją daleko w miejsce, o którym nie miała pojęcia. Na niewielkiej polanie w głębi lasu znalazła zniszczony dom, który od pierwszej chwili ją zaintrygował i rozbudził jej, i tak rozbuchaną, wyobraźnię. Domek był niski, biały, z mocno podziurawionym, pokrytym szarą dachówką dachem i drzwiami w kolorze delikatnej jasnej zieleni. Był bardzo zniszczony, pochylony pod wpływem czasu niczym czcigodny, pokręcony reumatyzmem starzec. Brakujące fragmenty ścian odsłaniały jego wnętrzności, owe kawałki intymnego świata, zwykle zakrytego przed ciekawskimi spojrzeniami przechodniów. Początkowo Krystyna chciała tylko przyjrzeć się z bliska jasnozielonym drzwiom i zrobić im kilka zdjęć. Mimo unoszącej się wokół domu atmosfery opuszczenia i dewastacji, te drzwi w kolorze nadziei zdawały się zapraszać i wabić do środka. Krystyna przysięgłaby, że niemal słyszała ich syreni śpiew. Kiedy podeszła już tak blisko, że mogła dotknąć i poczuć pod zmarzniętymi palcami chropowatą, nadgryzioną zębem czasu fakturę starego drewna, nie potrafiła oprzeć się pokusie zajrzenia do domku. Nie zniechęcił jej nawet katastrofalny stan ścian, które wydawały się trzymać tylko na słowo honoru. Zawiesiła na kołku wszelkie obawy i poczucie odpowiedzialności i weszła do środka.

Od razu poczuła się tak, jakby przeniosła się w bliżej nieokreśloną przeszłość, w jakiś inny wymiar. Jęki listopadowego wiatru wiejącego coraz mocniej sprawiały, że dom zdawał się śpiewać żałosną pieśń tęsknoty i opuszczenia. Pierwszym, co rzuciło się w oczy Krystynie, było przykryte grubą warstwą kurzu i brudu pianino. Nie mogła się oprzeć, żeby nie podejść i nie dotknąć z czułością pokiereszowanych klawiszy. Sufit nad jej głową straszył dziurami i zaciekami, wypaczona zupełnie przez wilgoć i upływ czasu podłoga tworzyła góry i doliny, a mimo to kobieta widziała wyłącznie grację i wdzięk, którymi musiał kiedyś cieszyć oczy ludzi ten piękny instrument. Zwróciła też uwagę na niedbale porzucone w kącie salonu porcelanową misę i dzban do mycia. Jedną z cichych pasji Krystyny było kolekcjonowanie starej porcelany, nie mogła przejść obojętnie obok takiego znaleziska. Delikatnie przetarła znalezioną w kieszeni chusteczką lekko poszczerbiony dzban. Odwróciła go do góry dnem i, czując najprawdziwszy dreszczyk emocji, odkryła tam sygnaturę jednej z najsłynniejszych dziewiętnastowiecznych manufaktur porcelany. Musiała, po prostu musiała się dowiedzieć kto jest właścicielem tego domku, żeby zapytać o możliwość kupienia porcelanowych cudeniek! Opamiętała się dopiero wtedy, gdy spostrzegła zapadający za oknami zmrok. Jak to możliwe?! Przecież wyszła z domu zaraz po ósmej rano, spacer przez las zajął jej najwyżej półtorej godziny, czyżby spędziła cały dzień w tym niezwykłym wnętrzu? Był listopad, już po piętnastej robiło się ciemno, a ona była dobry kawał drogi od domu, sama w lesie! Zrobiła jeszcze migiem kilkanaście ujęć wnętrza tajemniczego domku i czym prędzej ruszyła w drogę powrotną. Obiecała sobie jednak, że jeszcze tutaj wróci!

- Opuszczony dom w środku lasu?! – zdziwienie Adeli nie miało granic i było tak namacalne, że Krystyna wręcz widziała jak materializuje się nad słuchawką telefonu w postaci ogromnego pytajnika z wdzięcznie zawiniętym ogonkiem – O czym ty opowiadasz?!
- No jak to, o czym! – zżymała się Krystyna, którą nieprzyjemnie zaskoczyło niedowierzanie przyjaciółki – Mówię o małym, białym, prawie walącym się domku na polanie w środku lasu, jakieś cztery – pięć kilometrów od twojego! Trafiłam tam dzisiaj przypadkiem, podczas spaceru. Zresztą, jeśli mi nie wierzysz, prześlę ci mailem zdjęcia, które tam zrobiłam!
- Spokojnie, nie denerwuj się tak! – Adela próbowała wyciszyć wyraźnie rozeźloną przyjaciółkę – Nie chodzi o to, że ci nie wierzę, ale po prostu nijak nie umiem sobie wytłumaczyć obecności domku, o którym nikt nigdy nie słyszał.
- Skąd wiesz, że nie słyszał?! – piekliła się tymczasem Krystyna, która, nie wiadomo dlaczego, poczuła się osobiście dotknięta sceptycyzmem przyjaciółki – Może po prostu, jak to w życiu bywa, temat domku nigdy nie wypłynął w rozmowach?
- No dobrze, powiedzmy, ze tak było – skapitulowała zmęczona uporem Krystyny Adela – Ale przecież wiesz, że na tym terenie przez wiele tygodni prowadzono poszukiwania ciotki Klementyny po jej tajemniczym zaginięciu. I co, i nikt nigdy nie natrafił na jego ślad? Nikt o nim nie wspomniał?
- Ale co ty właściwie sugerujesz? – zaniepokoiła się Krystyna – Chcesz mi delikatnie powiedzieć, że mam jakieś urojenia i coś sobie wymyśliłam?!
- Ale Boże broń! – uspokajała coraz bardziej zbita z tropu Adela – Ja tylko nie umiem sobie tego na razie w żaden sposób wytłumaczyć. Nie traktuj tego tak osobiście. Najlepiej przyślij mi te zdjęcia, które tam zrobiłaś, pokażę je Rafałowi, oboje popytamy znajomych, może ktoś coś słyszał, coś widział, i wszystko będzie jasne.
- Wyślę ci je dzisiaj wieczorem – obiecała Krystyna – Sama zobaczysz, jakie niesamowite wrażenie robi ten dom!

Rzeczywiście, późnym wieczorem zasiadła przed komputerem, żeby zgrać z aparatu zrobione podczas spaceru zdjęcia opuszczonego domu. Już się cieszyła na myśl o artystycznych ujęciach, które zrobiła. Ktoś jej kiedyś powiedział, że robi zdjęcia z duszą. Była bardzo dumna z tego komplementu. Poza tym bawiła ją myśl o minie, jaką z pewnością zrobi Adela na widok jej zdjęć. Powinna znać te tereny jak własną kieszeń, a tymczasem nie miała zielonego pojęcia o tajemniczym domu! Zazwyczaj Krystyna, niecierpliwa i ciekawa efektów swojej pracy, oglądała wstępnie zdjęcia zaraz po ich zrobieniu, jeszcze w aparacie. Tym razem jednak zapadający szybko za oknem zmrok i konieczność przejścia kilku kilometrów przez las sprawiły, że wrzuciła tylko aparat do plecaka i niemal biegiem ruszyła w drogę powrotną. Dlatego teraz nie mogła się doczekać momentu gdy będzie mogła otworzyć zgrane na komputer zdjęcia i przyjrzeć się im w spokoju. Ledwo zniknął z ekranu komputera pasek pokazujący pobieranie plików, niecierpliwie kliknęła na ikonkę pierwszego zdjęcia. Dziwne. Zdjęcie okazało się być kompletnie zamazane, choć robiła je w świetle dnia. Owszem, listopadowe poranne światło różni się znacznie od tego wiosennego, ale żeby zdjęcie wyszło aż tak rozmyte, praktycznie nieczytelne? Trudno, pewnie następne będą lepsze. Krystyna zaczęła otwierać kolejne zdjęcia i z coraz większym zdumieniem odkrywała, że nie różnią się niczym od tego pierwszego. Coraz bardziej zdenerwowana, przejrzała wszystkie po kolei, a było ich ponad dwieście. I żadne, choćby jedno jedyne, nie było czytelne! Pomyślała, że widać coś stało się z aparatem. Sięgnęła po niego i zrobiła szybko zdjęcie rozświetlonego ekranu komputera. Ze zdumieniem przekonała się, że zdjęcie wyszło bez zarzutu!
- Nie wiem, o co chodzi – wymamrotała sama do siebie – ale muszę tam jutro wrócić!!! Zrobię te zdjęcia raz jeszcze i wyślę na dowód Adeli.
Przed pójściem spać wysłała do przyjaciółki krótką wiadomość: „Zdjęcia mi nie wyszły, zrobię jutro nowe i ci wyślę”.

Jakiś niewytłumaczalny niepokój sprawił, że bardzo źle spała. Obudziła się przed szóstą i, czując, że i tak już za nic nie zaśnie, wstała, ubrała się i przygotowała sobie porządne śniadanie. Zrobiła to bardziej z rozsądku niż z prawdziwej potrzeby, bo choć nie czuła głodu, wiedziała, że czeka ją długa droga, w obie strony to będzie pewnie ponad dziesięć kilometrów. Pogoda się wyraźnie popsuła i nie zachęcała do wyjścia. Wiatr za oknami zawodził z zacięciem godnym duszy potępionej, poza tym zaczynało padać. Na razie była to tylko nieprzyjemna mżawka, ale i tak Krystyna zaraz po wyjściu z domu poczuła się tak, jakby cała zawilgła od środka. Nieprzyjemny wiatr potęgował uczucie dojmującego zimna i sprawiał, że drobniutka mżawka stawała się jeszcze bardziej dokuczliwa. Właściwie Krystyna powinna zawrócić, ale pomyślała, że przecież ta pogoda i tak nie będzie miała wpływu na jakość zdjęć robionych we wnętrzu opuszczonego domu, a to na nich najbardziej jej zależało. Sprawdziła tylko czy jej aparat jest dobrze zabezpieczony przed deszczem i ruszyła w drogę.

Tym razem dom z zielonymi drzwiami wyglądał zupełnie inaczej niż poprzedniego dnia. Wczoraj wydał się Krystynie opuszczony i samotny, ale też romantyczny. Dziś, nie wiadomo dlaczego, wzbudził w niej niepokój i grozę. W ten pochmurny listopadowy poranek, wyjątkowo ciemny nawet jak na tę porę roku, przy akompaniamencie wyjącego wiatru, opuszczony dom wydawał się szczerzyć do niej dziurawymi ścianami w strasznym uśmiechu. Wzdrygnęła się i przez chwilę pomyślała o tym, żeby zawrócić, ale szybko zdrowy rozsądek wziął górę nad emocjami i kobieta pewnie weszła w powstałą w ścianie wyrwę…

Rok później

„Kurier Literacki” przypomina, że dzisiaj mija rok od tajemniczego zaginięcia Krystyny Morawskiej, znanej czytelnikom jako Pam Veritas. Autorka bestsellerowych kryminałów, uwielbiana przez miliony czytelników, zniknęła niedługo po tym jak na jaw wyszła jej prawdziwa tożsamość. Jak zeznała w trakcie prowadzonego śledztwa jej przyjaciółka, Adela Domiszewska, Krystyna Morawska postanowiła ukryć się w domku letnim jej rodziny, żeby przeczekać aferę związaną z publicznym ujawnieniem prawdy. W przeddzień zaginięcia miała ona jakoby odkryć podczas spaceru opuszczony dom w głębi lasu. Opowiedziała o nim przyjaciółce i obiecała wysłać zrobione w jego wnętrzu zdjęcia. Ostatni sygnał, jaki Domiszewska otrzymała od zaginionej to mail, w którym informuje ona, że zdjęcia nie wyszły i w związku z tym następnego dnia zamierza wrócić do tajemniczego domu zrobić nowe. Adela Domiszewska bezskutecznie próbowała dodzwonić się do przyjaciółki więc, zaniepokojona, pojechała wraz z mężem do ich domku sprawdzić, co się dzieje. Zastała dom zamknięty, na stole ślady po śniadaniu zjedzonym widocznie przez Krystynę Morawską przed wyjściem. Brakowało jedynie jej ubrania, w którym chodziła na spacery, oraz aparatu fotograficznego. Pomimo szeroko zakrojonego śledztwa i zaangażowania ogromnych sił policyjnych, przez cały ubiegły rok nie udało się nikomu natrafić na najmniejszy choćby ślad zaginionej ani też na ślad domu, który jakoby miała odkryć. Pojawiły się nawet spekulacje, że owo zaginięcie to nic innego jak chwyt marketingowy mający zwiększyć sprzedaż najnowszej książki Morawskiej, której premiera miała miejsce zaledwie tydzień po zaginięciu. I rzeczywiście, wydawnictwo odnotowało rekordowy wzrost sprzedaży książek Krystyny Morawskiej za ubiegły rok. Zainteresowanych tematem niepokoi jedynie fakt, że w identycznych okolicznościach zaginęła siedemnaście lat wcześniej ciotka Adeli Domiszewskiej, niejaka Klementyna Wilk. Czyżby lasy wokół Bajdowic kryły nierozwiązaną tajemnicę?





Małgorzata Sulima
Koniec drogi

Piaszczysta droga wiła się i skręcała jak diabeł na spowiedzi, na szczęście widać już było niewielką górkę na jej końcu. Wzniesienie nie było duże, ani specjalnie strome. Mimo to Wiktor odetchnął kilka razy ciężko, stając na szczycie. Rower zostawił na dole pokonując jak zwykle ostatnie
kilkadziesiąt metrów pieszo. Upał nie ułatwiał sprawy. Wiatr trochę się lenił i mężczyzna musiał chwilę odsapnąć. Trawa sięgała mu niemal do kolan. Wydeptana kiedyś ścieżka zniknęła. Dawno nikt się tu nie zapuszczał. Omiótł wzrokiem okolicę aby możliwie opóźnić moment spojrzenia na to, co gotu przywiodło i natychmiast zganił się w myślach za dziecinne zachowanie. Nie musiał się oszukiwać. Nie był małym chłopcem. Był dojrzałym i wciąż samotnym mężczyzną. Przyczyna jego samotności i rozgoryczenia stała jakby nigdy nic w dole. Trochę bardziej zniszczona, ciut mocniej przechylona na jedną stronę niczym złożona artretyzmem staruszka, ale stała, podczas gdy jego życie zawalało się z hukiem kilka razy. Ruina, która zniszczyła mi życie – tak myślał o chacie tkwiącej na odludziu, którą babcia uważała za miejsce cudowne, dobre i magiczne. Żadnego innego, w którym przyszło jej żyć nie nazwała nigdy domem. Tylko tę nieszczęsną chałupinę pełną śmieci, myszy i pajęczyn. Wspomnienie babci złagodziło na chwilę chmurne spojrzenie. Mógł źle myśleć o domu, ale nie o niej.
Była silną, mądrą kobietą. Wychowywała go odkąd w wieku 3 lat został sam. Nie starała się zastąpić mu matki, której zresztą wcale nie pamiętał, bo umarła zbyt młodo, ani wiecznie pracującego z dala od domu ojca. Była każdym nie przestając być sobą i w zupełności wystarczała Wiktorowi do szczęścia.Rzadko czuła i wylewna, ale bezwzględnie szczera i oddana. Nigdy go nie okłamywała nawet jeśli prawda piekła boleśnie. Silna i zdecydowana stała u steru rodziny wyprowadzając ją na spokojne wody nawet z największych burz. Uspokajał go dotyk jej pergaminowych palców, kiedy kreśliła znak krzyża na jego czole tuż przed zaśnięciem. I opowieści, które snuła właściwie bez przerwy, a które mogły równie dobrze być prawdą jak i całkowitym zmyśleniem. Miała dar wciągania słuchacza w słowa. Zupełnie jakby otwierała kolejne pokoje i zapraszała do środka, coraz dalej i dalej w głąb domu.
Dom – przypomniał sobie nagle i otrząsając wspomnienia spojrzał na walącą się chałupę. Przyszedł
czas rozprawić się z tym pobojowiskiem. Kiedy babcia umierała dwa lata temu wiedział, że właśnie
jemu zostawiła to, co miała najdroższego. Dom i ziemię. Kochała to miejsce miłością ślepą
i dozgonną. Nic dziwnego – urodziła się tu. W babcinych opowieściach dom rodzinny jawił się jako
osobny, niemal metafizyczny wymiar, emanował ciepłem i tajemnicą. Babcia przysięgała, że oddychał jak żywe stworzenie. Pradziadkowie jako jedyni w okolicy posiadali radio i pianino, na którym prababcia rżnęła walce i polki z takim zapałem, że pękały belki stropowe, a kury przestawały znosić jajka. Nie miała kobieta polotu do prac domowych ani ogrodu. Interesowała ją muzyka, książki, które mąż sprowadzał dla niej z całej porozbiorowej Polski i fantazyjne opowieści. Mimo to cudem udawało się utrzymać porządek i w domu i ogrodzie, gdzie wszystko rosło na wszystkim i wbrew wszystkiemu, ale zawsze bujnie i dorodnie. Pradziadek był wiejskim lekarzem. Felczerem właściwie, ale na tyle zdolnym, że leczył wszystko, co żywe. Od wiejskich dzieci począwszy, na krowach i świniach skończywszy. Podobno nigdy nie odmawiał pomocy, co zapewniło rodzinie sympatię miejscowych nieodzowną dla kogoś nietutejszego, przybywającego nie wiadomo skąd i dlaczego. Z równie niewiadomych powodów wybrał sobie skromny domek przytulony do lasu, zawieszony pomiędzy pobliskim miasteczkiem, a nieodległą wsią. Nie przynależny nigdzie. Jak oni. Babcia zawsze mówiła  Wiktorowi, że to dom wybrał ich, że miał duszę i moc dawania lub odbierania szczęścia. I najwidoczniej byli tu bardzo szczęśliwi, bo opuścili go dopiero wtedy, gdy wojenny walec przetoczył się przez najbliższą wioskę nie zostawiając po sobie niczego prócz śmierci i gruzów i zajrzał wprost w okna ich samotni. Uciekli. Wrócili dwa lata po wojnie. Dom ocalał. Stał prawie nietknięty pośrodku mogił i zniszczenia. Wioskę doszczętnie spalili Niemcy. Miasteczko przeorali Sowieci. A on trwał. Zupełnie jakby był niewidzialny dla przewalających się oddziałów okupacyjnych i wyzwoleńczych. Niestety równie niewidzialny wydawał się nowej, ludowej władzy.
- Żadnego domu w tym miejscu obywatelu nie ma i nie było – usłyszał pradziadek - ziemia jest niczyja czyli teraz państwowa i o jakiejkolwiek własności prywatnej mowy być nie może!
Na potwierdzenie pradziadek dostał nakaz pracy w mieście oddalonym o prawie trzysta kilometrów.
Zabrał córkę, bo żona zmarła podczas wojny na grypę i pojechał. Umarł cztery lata później nie
pogodzony do końca z tą podwójną stratą. Na szczęście osierocona córka była już dorosła i mogła
wyjść za mąż, co jako osoba niezwykle praktyczna natychmiast zrobiła. Nigdy nie przestała wierzyć, że odzyska swój rodzinny dom. Pielęgnowała tę myśl jak delikatną, egzotyczną roślinę aż zamieniła ją w silne, rozłożyste drzewo zdolne zagarnąć gałęziami wszystkich w zasięgu i zarazić ich wiarą
i determinacją. To dlatego dziadek całe życie zabiegał o odzyskanie domu rodzinnego żony. Podobnie
jak pradziadek, nie zważając na koszty i przeciwności sprowadzał dla prababki książki i nuty, dziadek
próbował najróżniejszych sposobów by przywrócić dom rodzinie. Nie zrażały go ani niezliczone
odmowy, ani groźby, ani propozycje by poszedł do diabła, ani nawet powołany na babcinej
ojcowiźnie PGR. Nie doczekał niestety zmiany ustroju i ustawy reprywatyzacyjnej na mocy której, po nieskończenie długiej i żmudnej batalii urzędowej babci zwrócono jej skarb. Wiktor całe dzieciństwo słuchał o wspaniałości i niezwykłości tego miejsca, o widokach zapierających dech w piersi i wianku dobrych emocji gęstych jak śmietana otaczających dom. Kiedy więc przyjechał i zobaczył walącą się, powyginaną chatynkę zamiast zachwytu poczuł zawód. Babcia za to zdawała się nie przejmować stopniem dewastacji. Wciągnęła głęboko powietrze, a dom jakby westchnął razem z nią. Uśmiechnęła się do wnuka w sposób jakiego nie znał, choć myślał, że zna już wszystkie jej uśmiechy. Przez mgnienie oka zobaczył roześmianą dziewczynę z jasnym warkoczem goniącą motyle w zdziczałym ogrodzie. Usłyszał szczekanie psów i wylewającą się oknami melodię szalonych walców wygrywanych przez prababkę. Poczuł oszałamiający zapach szczęścia ukrytego starannie w szczelinach białych ścian.
O dziwo ani socjalistyczna ojczyzna, ani wiejscy sąsiedzi, ani liczni szabrownicy nie byli
zainteresowani dobrami skrywanymi wewnątrz domu. Może naprawdę był niewidzialny? Nie tylko
niczego nie wyniesiono, nie zabrano i nie skradziono, ale nawet nie zdemolowano go specjalnie.
Największych zniszczeń dokonał bezlitosny czas.
Babcia nie miała ani środków ani czasu by odbudować dom i wcale się przy tym nie upierała.
Wystarczała jej świadomość, że został odzyskany, chociaż sama mówiła, że wrócił. Jakby był kimś
żywym, cudem odnalezionym krewnym. W miarę upływu lat mówiła o domu coraz więcej i częściej,
a jej z roku na rok barwniejsze opowieści nabierały cech kompletnej fikcji. Opowiadała o młynarzu,
którego pradziadek zdemaskował jako mordercę dlatego właśnie, że wszedł do domu nieświadom iż
tam ukaże się jasno jego zbrodnicza natura. Dom bez trudu rozpoznawał niewierne żony i wiarołomnych mężów, ludzi poczciwych odróżniał od podłych a mądrych od głupich. Twierdziła, że
każdego wchodzącego na podwórze psa można było od razu rozszyfrować czy jest zły, czy tylko
głodny, ugryzie czy jedynie szczeknie, czy skrzywdzony, czy zwyczajnie zagubiony. W bajaniach babci w tym domu każdy był widoczny dokładnie takim, jakim był i dzięki temu pradziadkowie dokładnie wiedzieli komu można ufać, a od kogo trzymać się z daleka. Wiktor oczywiście nie wierzył w takie bzdury, ale kiedy pierwszy raz się zakochał i zwierzył babci ze swoich uczuciowych wątpliwości, ta poradziła by zabrał dziewczynę do domu. Wciąż nie wie dlaczego jej posłuchał!
Wiktor i Kinga byli jak ogień i woda. Ona – dusza towarzystwa i obowiązkowa persona na wszystkich najlepszych studenckich imprezach. Wygadana, wesoła, energiczna i z pełnym portfelem.
Złośliwi mówili o niej „świńska księżniczka”, ale nigdy w oczy. Jej ojciec faktycznie dorobił się na
świniach. Najpierw na hodowli, a kiedy obok chlewni wybudował nowoczesną rzeźnię, także na
szlachtowaniu. Mięso sprzedawał do marketów dopisując kolejne tysiące do rachunku bankowego
i budując fortunę, z której bez przeszkód czerpała jedynaczka.
Wiktor – spokojny student, wolący raczej dobry film w kameralnym kinie niż koncert w studenckim
klubie, nie mający nigdy w portfelu więcej niż do pierwszego i żadnych kompleksów z tego powodu.
Prawdopodobieństwo, że Kinga zwróci na niego uwagę nie przekraczało prawdopodobieństwa
trafienia szóstki w lotka, a jednak się stało. Stanowili melanż cudownych sprzeczności. Ona
wyciągnęła go do ludzi. On czytał jej Marqueza po hiszpańsku, kiedy na dworze szalała zima. I było
dobrze. Owszem, czuł się zażenowany siedząc w jej złotym BMW i towarzysząc w zakupach ciuchów po absurdalnie wysokich cenach, ale ostatecznie istnieją większe wady niż nadmiar pieniędzy i bogaty tatuś. Kiedy więc doszedł do wniosku, że to kobieta na resztę życia zabrał ją do domu na wsi.
Pokłócili się już po drodze, gdy okazało się, że droga jest wyboista i nieutwardzona, a złoty lakier
BMW pokryła gruba warstwa kurzu. Konieczność przebycia ostatnich kilkudziesięciu metrów piechotą pod górkę Kinga przyjęła z wściekłą furią. Wdrapawszy się na pagórek, kipiąc złością zdołała wycedzić jedynie: „To jest ta twoja hacjenda krezusie?” Wiktor poczuł bolesne smagnięcie pogardy. Przez mgnienie oka zobaczył dziewczynę o przeciętnej urodzie, powierzchownej wiedzy i równie płytkich uczuciach, ubraną w markowe ciuchy i za pieniędzmi ojca kryjącą strach przed zdemaskowaniem swojej nijakości. Wrócili do miasta w całkowitym milczeniu. Niby wciąż razem. Niby nic się nie zmieniło, ale zmieniło się wszystko. Coś wcisnęło się między nich i uwierało jak mały kamyk w dobrze dopasowanym bucie. Kinga od czasu do czasu żartowała złośliwie z posiadłości rodowych Wiktora. On ignorował jadowite przytyki, co doprowadzało ją do pasji. Nie potrafił zapomnieć tamtego obrazu i spojrzeć na nią jak kiedyś. Przestało im się układać, aż zawaliło się z hukiem i rozmachem godnym świńskiej księżniczki po kosmicznej, publicznej awanturze.

Wiktor lizał rany włócząc się po górach i wkuwając do egzaminów. Złote BMW zamienił na krzesło
w bibliotece. A kiedy pewnego dnia podniósł oczy znad książki, dostrzegł drobną blondynkę
o dziecięcej twarzy i okrągłych oczach wiecznie zdziwionej dziewczynki. Tak poznał Aśkę.

Aśka skończyła kierunek pedagogiczny i właśnie mierzyła się z pierwszą poważną pracą. Spokojna,
ciepła nie potrzebowała szalonych imprez, towarzystwa i emocjonujących przygód. Szukała za to
wsparcia i opieki. Pozwalała Wiktorowi robić sobie zakupy, gotować, wbijać gwoździe i przestawiać
meble. Z czasem dzwoniła nawet jeśli nie mogła odkręcić słoika, albo wymienić baterii w pilocie.
Rozczulała. Wiktor czuł się potrzebny. Lubił domatorskie usposobienie Asi, które zapewniało mu
spokój i pierwszą, dorosłą stabilizację. Ciągłe domaganie się uwagi z jej strony i nieporadność
w prostych sytuacjach bywały męczące, ale stanowiły niewielką cenę za normalność. A on pragnął
normalności. Zwyczajnego życia. Aśka nie polubiła pracy w szkole. Wiecznie na nią narzekała i Wiktor  zaczął podejrzewać, że nie znosi pracować w ogóle. Innych ambicji zawodowych nie zdradzała. Największym i jedynym jej marzeniem był dom, koniecznie z ogródkiem, którym mogłaby zarządzać i urządzać, meblować i pielęgnować. Odkąd więc przedstawił Aśkę babci, a ta wspomniała mimochodem o domu na wsi, dziewczyna oszalała na tym punkcie. Nie mówiła o niczym innym tylko o kolorach ścian, meblach, firankach, kafelkach, ciepłych obiadach, psach, kotach i poważnym związku. Każda rozmowa wędrowała tajemniczo w rejon upragnionego siedliska, na który miała swój doskonały pomysł, swoją nieskazitelną wizję i złościła się ilekroć nie chciał o tym gadać. Wiktor długo się wahał, ale kiedy Aśka uderzyła w płaczliwy ton powiedział sobie „raz kozie śmierć” i pojechali.

Wrześniowy wiatr wywiewał przez otwarte drzwi i okna malownicze kłęby kurzu i pajęczyn wprost
pod ich nogi. Z dziury w zapadniętym dachu raz po raz wylatywał ptak i nerwowo lustrował okolicę.
Wiktorowi wydawało się, że ostatnio dom był przechylony w inną stronę i jakby przestąpił z nogi na
nogę podczas jego długiej nieobecności, ale nie był pewien. Aśka chlipała cicho jak dziecko, któremu
zabrano lizaka. Wolałaby dom w mieście. Piętrowy. Z żywopłotem. A to była ruina, kompletna ruina.
Czuła się oszukana, zawiedziona i poniżona. Tak, poniżona! Z każdym chlipnięciem Wiktor dostrzegał więcej cech kobiety trującej jak bluszcz. Zachłannej, zrzędliwej, cwanie pozującej na nieporadną kobietkę potrzebującą nieustannej pomocy. Nie miała innych talentów niż manipulacja i sprawnie się nią posługiwała. Oplatałaby go stopniowo coraz ciaśniej i ciaśniej, aż zabrakłoby mu tchu. Płakała i chociaż nie był odporny na kobiece łzy, teraz czuł jak coś wewnątrz kamieniało na granit. Cierpliwie zniósł wymówki wypłakane w drodze powrotnej. Znosił je przez następne pół roku łudząc się, że żal wreszcie się wyczerpie, ale nie potrafił pozbyć się uczucia powolnego spadania w bezkształtną otchłań. Ciągnięty w dół ciężarem pretensji, narzekań i oskarżeń tracił powietrze, tracił nadzieję. To rozstanie nie było burzliwe. Przypominało dogaszanie ledwie tlącego się ogniska, albo zwijanie teatralnych dekoracji. Wiktor wynosił stopniowo rekwizyty z ich wspólnego życia, aż nie pozostało nic innego niż opuścić kurtynę i pogasić światła. Przyjął na drogę tobołek z ostatnią porcją łez, winy, zarzutów i odszedł. Aśka szybko znalazła pocieszenie w ramionach jakiegoś bankiera ze zdolnością kredytową na poziomie piętrowego domu z żywopłotem w mieście. Wiktor zamroził się na nowe uczucie na dłuższy czas.

W pobliżu rozszczekał się pies wyrywając Wiktora z niewesołych wspomnień. W samą porę.
Do tego, co zdarzyło się później nie miał najmniejszego zamiaru wracać. Bolało i piekło mniej niż dwa lata temu, ale dziura jaką nosił w środku nie dawała się niczym zasypać. Odwrócony plecami mniej się bał, że znów go wciągnie i przemieli. Zerknął na zegarek. Pośredniczka się spóźniała. Usiadł w trawie dając jej jeszcze najwyżej kwadrans. Kiedy zdecydował, że sprzeda ten bajzel, jednocześnie zdecydował, iż nie będzie tego robił samodzielnie. Kolega, tłumacz polecił mu biuro nieruchomości. Wiktor skorzystał. Ponad miarę gadatliwa pośredniczka nie przypadła mu do gustu, ale wyniki miała doskonałe i przystąpiła do działania z taką werwą jakby od tego zależało życie. Jego właściwie zależało. Może sprzedając ten dziwny kawałek świata mógłby otworzyć sobie nową drogę? Czasu już nie odzyska, ale może przynajmniej wiarę? Wiarę w ludzi. W siebie. W szczęście. Prawda, którą bezlitośnie wywlekał na wierzch ten dom nie była najczęściej ani piękna, ani potrzebna. Komu potrzebna prawda pustosząca duszę i zostawiająca zgliszcza? Bez niej mógł pędzić zwyczajne życie z Kingą, Aśką, a nawet z Niną. Trybik wewnątrz zgrzytnął na hasło „Nina”. Żaden pies nie zaszczekał żeby powstrzymać lawinę myśli.

Nina była jak grom z nieba. Jak dar. Jak gwałtowna odwilż po długiej, mroźnej zimie. Wypadła
na niego z zatłoczonego autobusu wypchnięta ludzką falą, wypuszczając przy tym dwa kosze pełne
dojrzałych jabłek. Owoce rozsypały się bezładną rzeką po pustoszejącym przystanku, a Wiktor ledwie utrzymał pion łapiąc dziewczynę. Zapach jabłek i brązowe oczy wdarły się przemocą pod warstewkę starannie hodowanej obojętności i rozniosły wszystko w pył. Jej melodyjny śmiech zadźwięczał mu w uszach jak dziwna, nieznana dotąd muzyka. Życie fiknęło efektowne salto. I przepadł. Uratowali nieszczęsne owoce przed rozjechaniem kołami i rozdeptaniem. Zanieśli kosze gdzie trzeba, ale zamiast rozstać się w tym momencie, jak nakazywał rozsądek, rozpoczęli wielogodzinną wędrówkę bez celu zatopieni w rozmowie. Ta miłość była dla Wiktora jak totalna pożoga. Wypaliła wszystko, co przedtem i wypełniła szczelnie całą duszę, serce i rozum. Z przesadą, charakterystyczną dla kogoś długo karmiącego się nieufnością, rzucił się na oślep karczując jakiekolwiek wątpliwości szybko i bez zastanowienia. W jego mniemaniu stanowili dla siebie mikrokosmos. Oni się nie uzupełniali. Oni się przenikali. Oddychali sobą jak najczystszym powietrzem wystarczając sobie nawzajem za cały świat. Żadne rysy nie szpeciły szklanej kuli szczęścia, w której Wiktor lewitował przez kolejny rok. Dlatego bez oporów, spokojny i pewny, zorganizował wypad do rodzinnego domu babci. Tym razem nic złego nie mogło się wydarzyć.

Gdy dotarli na miejsce na podwórku odbywał się jakiś piekielny festiwal tłoku i chaosu. Gnane
wiatrem, który wiał najwyraźniej tylko tutaj, hulały koronki jakby z pożółkłego ślubnego welonu. Na
krzywych, szczerbatych płotach furkotały strzępy wstążek. Ptasie pióra i liście wirowały na piasku
w dziwacznym tańcu bez rytmu i melodii, a dom znów stał nieco inaczej niż poprzednio trzeszcząc
podejrzanie. Czuło się w powietrzu niepokój jak po złym śnie, albo strasznym filmie. Nina wyciągnęła rękę żeby złapać przelatujący fragment koronkowej materii, ale natychmiast cofnęła ją jak oparzona. W oczach miała strach i winę. Wiktor choćby chciał nie potrafił zatrzymać pokazu slajdów w swojej głowie. Całe litanie nocnych smsów pisanych w toalecie, żeby go nie budzić. Szeptane rozmowy, urywane gwałtownie, kiedy wchodził. Jej niespodziewane wyjazdy. Samochód zaparkowany pod luksusowym hotelem, pożyczony rzekomo koleżance w potrzebie tak pilnej, że nie zdążyła mu powiedzieć. Pieniądze pojawiające się nagle znikąd lub znikające bez wyjaśnień. Para męskich rękawiczek w jej torebce skwitowana beztroskim: „noszę dla ciebie w razie zimna”. Nigdy wcześniej nie było mu tak zimno jak w tym momencie.
-
 Nie jestem jedynym mężczyzną w twoim życiu? – zaryzykował pytanie nie będąc przygotowanym na odpowiedź inną niż przecząca.

- Ale teraz najważniejszym – wzruszyła niedbale ramionami próbując jednocześnie okiełznać
fruwającą sukienkę. Wiatr ustał. „Ale” i „teraz” dwa precyzyjne ostrza zarzynające bezlitośnie coś
w środku jego wciąż zdumionego serca. Wiktor czuł i słyszał walące się z łoskotem fundamenty
marzeń, złudzeń, planów. Obserwował konającą nadzieję i powiększającą się czarną dziurę w głowie.
Mógłby dać im drugą szansę. Mógłby jej wybaczyć zdrady i kłamstwa. Tyle, że Nina nie chciała
wybaczenia. Nie chciała też monogamii. Pragnęła żyć jak dotąd, a on tak żyć nie umiał. Coś zawyło
rozdzierająco wewnątrz ostatni raz i zdechło, a Wiktor stał się jak ten dom - pustą ruiną pełną śmieci
i boleśnie cierpkich wspomnień.

W tym samym roku umarła babcia. Do ostatniego dnia próbowała postawić wnuka na nogi,
przywrócić go do życia, ale nie udało jej się wskrzesić niczego głębszego poza tym, że wstawał z łóżka, jadł, pracował i spał. Wiktor urządził jej wspaniały pogrzeb, na jaki zasługiwała jak nikt inny. Potem przegonił wszystkich, którzy oferowali pomoc i wsparcie. Przybity podwójnie stratą najważniejszych kobiet zamknął się w sobie jeszcze szczelniej i nie wyściubiał nosa z mroku. Żal i tęsknota kotłowały  się w nim jak górska rzeka bez ujścia. Każdą nienawistną myśl kierował do zniszczonej, wiejskiej chałupki upatrując w niej źródła wszystkich klęsk. Swojej samotności, zdrad Niny, a nawet śmierci babci, chociaż rozum podpowiadał, że miała 95 lat i pełne prawo do opuszczenia tego padołu. Po dwóch latach dorzucania win do pojemnego wora smutku przesypało się wreszcie i Wiktor postanowił pozbyć się przeklętej budy na zawsze. Zepchnął w kąt wyrzuty sumienia. Wynajął pośredniczkę i podpisał umowę, ale nie przyniosło to żadnej ulgi.

Gromkie „dzień dobry” poderwało Wiktora na równe nogi. Potrzebował chwili by wrócić do
tu i teraz. Wygrzebywał się jeszcze z trawy, gdy objuczona niemożliwie postać wspięła się na górkę
i to bez zadyszki. Drobna kobietka w trudnym do ustalenia wieku, z opadającą na czoło grzywką
stanęła przed Wiktorem i wlepiła w niego zielone, lekko skośne oczy.

- Przepraszam. Nie chciałam pana przestraszyć.
- Nie szkodzi – wydukał Wiktor dyskretnie prostując sztywne plecy – Nie słyszałem pani samochodu.
- Przyjechałam rowerem – wyjaśniła pogodnie – leży przy drodze obok jakiegoś innego. Razem
zawsze raźniej.

Uśmiechnęła się i nie czekając czy odpłaci tym samym, zaczęła wprawnie zdejmować z ramion
i pleców kolejne futerały. Wiktor nie miał pojęcia jak przywiozła to wszystko sama na rowerze.

- Wiktor – przedstawił się wyciągając do dziewczyny rękę.
- Wiktoria – odpowiedziała zdecydowanym uściskiem i kolejnym uśmiechem, który odejmował jej lat
– Mam zrobić zdjęcia do oferty sprzedaży. Ciocia wysłała smsa, że nie dojedzie gdyż leży powalona
niemocą. Ma to swoje dobre strony, bo nie mówi tyle, co zwykle, ale jednak żal biedaczki.

Żartobliwa wypowiedź dziewczyny nie rozbawiła Wiktora. Odruchowo sięgnął po telefon.
Rzeczywiście dostał wiadomość prawie godzinę temu. Pogrążony w myślach nie usłyszał sygnału, ani nie poczuł wibracji komórki. Nie mógł uwierzyć, że spędził tu tyle czasu. Zaklął w myślach.

Wiktoria odwróciła się i stojąc bokiem w lekkim, trochę żołnierskim, rozkroku lustrowała okolicę.
Dłonie oparła na biodrach i zastygła w całkowitym bezruchu. Wiktor zauważył małe, delikatne uszy
i niesforne pasma włosów najwyraźniej odporne na próby ujarzmienia. Wymykały się definicji fryzury i swobodnie opadały na opalony kark i szyję. W beżowych bojówkach i turkusowej koszulce wyglądała zwyczajnie i bardzo dziewczęco. Poczuł się dziwnie onieśmielony. Dawno nie przyglądał się żadnej kobiecie z taką ciekawością. Owszem mijał je, spotykał w pracy, sklepie, czasem jakaś uśmiechnęła się, zagadała, ale nie zapamiętywał twarzy, ani słów. Rozpływały się w ciemności, którą nosił w sobie.

- Bajkowa sceneria – przerwała ciszę nie odrywając wzroku od horyzontu.
- Z baśni o babie jadze – wymsknęło się Wiktorowi.
- Na ogłoszenie: „sprzedam dom na kurzej stopce” ciotka się nie zgodzi. Zbyt awangardowe.

Wiktor nie był pewien czy to żart i na wszelki wypadek zachował obojętny wyraz twarzy. Milczeli
dłuższą chwilę. Ona zapatrzona w dal z nieodgadnioną miną. On zagapiony w jej nieruchomy profil.
Omal nie podskoczył, kiedy niespodziewanie znów się odezwała.

- Mogłabym zrobić kilka zdjęć dla siebie? Oczywiście jak skończę te do ogłoszenia – dodała szybko.
Zdziwiła go ta niespodziewana prośba i nie wiedzieć czemu zezłościła, ale natychmiast się opanował.

- Pstrykaj ile chcesz – wzruszył ramionami – tylko po co ci to?

Odwróciła do niego twarz z wyrazem najszczerszego zdumienia i znów na chwilę spojrzała mu prosto w oczy:
– To inspirujące miejsce. Może kiedyś napiszę książkę. Mogłaby się tu toczyć akcja powieści…
- Chyba horroru – mruknął Wiktor.
- Widzę, że nie bardzo lubicie się z panem domkiem – zauważyła zatrzymując dla odmiany wzrok na
zaciśniętych ustach rozmówcy.

Miał ochotę się uśmiechnąć, ale prawie natychmiast przypomniał sobie, co potrafi niepozorny
budynek i na nowo zmarkotniał.

- Pan domek zaraz wywlecze na światło dzienne najczarniejsze grzechy i urządzi nam tu piekło –
wymamrotał bardziej do siebie niż do niej, ale musiała usłyszeć, bo roześmiała się głośno. Dźwięcznie.Serdecznie. Nie pamiętał kiedy ostatnio słyszał taki śmiech.

- No to zobaczmy te grzechy. Jestem bardzo ciekawa – powiedziała niezrażona łapiąc dwa futerały
i schodząc na podwórko. Powlókł się za nią taszcząc plecak. Szczupła sylwetka płynęła przed nim jak
żagiel i Wiktor wyobraził sobie wieczorne morze, plażę i stada skrzeczących mew. Czuł dziwne
migotanie w środku, jakby ktoś bardzo szybko gasił i zapalał światło.

Podwórko nie zdradzało żadnych oznak życia. Trwało w absolutnym bezruchu. Wiktoria zrzuciła swój ładunek i rozglądała się ciekawie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Wciągała głęboko powietrze i wydychała głośno. Po dłuższej chwili sięgnęła po aparat i przymierzyła się do zdjęcia. Wiktor obserwował jej płynne ruchy i nabierał pewności, że nie fotografuje jedynie nieruchomości na
sprzedaż, ale że kocha to zajęcie i z pewnością robi fantastyczne zdjęcia. Obracała się wolno,
rytmicznie zwalniając przycisk. Pstrykanie migawki skojarzyło się Wiktorowi z klaskaniem dziecięcych rąk. Zagapił się na nią z cielęcym półuśmiechem nie myśląc o niczym konkretnym. Prawie podskoczył, kiedy wycelowała do niego i zrobiła dwa szybkie zdjęcia.

- Nie grzeszysz za dużo – uśmiechnęła się opuszczając aparat. W pierwszej chwili nie zrozumiał, co ma na myśli, ale szybko pozbierał rozsypane myśli i wrócił na ziemię. Rzeczywiście dom milczał jak
zaklęty. Pewnie z czystej złośliwości.
- Zajmujesz się fotografią zawodowo? – zapytał szybko żeby pokryć zmieszanie.
- Trochę – odpowiedziała swoim zwyczajem patrząc prosto w oczy – Pracuję jako grafik. Fotografuję
amatorsko i chyba powoli zaczyna mi wychodzić.

Kiwnął głową nie podejmując tematu. Zdawał sobie sprawę, że zachowuje się głupio, ale zielone oczy i przeklęte milczenie chałupy całkowicie go dezorientowały. Chciał żeby coś się stało i nie stało
zarazem, żeby zwyczajowe zdemaskowanie wreszcie się dokonało. A jednocześnie pragnął czegoś
wręcz przeciwnego. Niech powie teraz lub zamilknie na wieki – pomyślał idiotycznie i omal się nie
roześmiał. Mętlik w głowie narastał i miał zielony kolor lekko skośnych tęczówek. Na szczęście
Wiktoria zachowywała się swobodnie i zwyczajnie.

- Wejdziemy do środka – bardziej stwierdziła niż zapytała i zanim zdążył odpowiedzieć cokolwiek już przebijała się przez imponującą pajęczynę w spróchniałych drzwiach. Wiktor nie był tam od lat.
Śmierdziało kurzem, stęchlizną i czymś, co przywodziło na myśl zasuszone resztki cudzego życia.
Wzdrygnął się jakby ktoś niespodziewanie dotknął go zimną dłonią. Dom uparcie nie gadał.
Dziewczyna szła tuż przed nim ostrożnie stawiając stopy. Z półmroku wyłaniały się resztki sprzętów.
Wykrzywione starością komody. Wiekowe łoże z materacem wyżartym przez myszy i mole.
Zardzewiałe garnki, wypłowiałe szmaty, napuchnięte wilgocią książki w skórzanych oprawach.
Damskie buty w zadziwiająco dużym rozmiarze. Wiktoria zatrzymała się nagle i wpadł jej na plecy.
Zatoczyli się niebezpiecznie. Odruchowo objął ją w tali i przytrzymał. Miała silne, wysportowane ciało i włosy pachnące słońcem. Pisnęła jak dziecko, nie wiadomo ze strachu, czy rozbawienia. Cisza
zgęstniała i na milisekundę świat stanął dęba. Krótkim ruchem wyciągnęła aparat. Wiktor puścił ją
niechętnie i natychmiast poczuł chłód. Na podłodze dostrzegł zakurzone zdjęcie. Podniósł je i otrzepał z kurzu. Spoglądały na niego dwie dziewczynki w kolorze sepii. W jednej, ubranej w staromodną, białą sukienkę, rozpoznał babcię. Patrzyła wprost w obiektyw dojrzałym, mądrym spojrzeniem, które dobrze znał i za którym tęsknił.” Jesteś silny, jesteś mądry. Otwórz oczy, otwórz uszy i pamiętaj, że masz serce” – przypomniał sobie słowa, którymi kołysała go do snu, gdy był chłopcem. Uśmiechnął się mimowolnie. Trzask migawki przerwał ciszę. Wiktoria znów zrobiła mu zdjęcie.

- Tu jest jak w życiu – powiedziała celując aparatem w komodę – Pełno niedomkniętych szuflad.
Trochę radości – pstryknęła rozlatujące się pianino – Trochę wspomnień – zrobiła zdjęcie zdjęcia –
i cała masa śmieci.

Dom zatrzeszczał i stęknął. Wiktor nie odrywał już oczu od kobiety z aparatem. Każdy przedmiot, nad którym się pochylała wypełniał się światłem i na kilka sekund młodniał. Zobaczył lśniące buty
ustawione jak do tańca. Książkę szeleszczącą cudownie wyprostowanymi stronami. Sukienkę w
odzyskanym na moment kolorze dojrzałej piwonii. Dzbanek malowany w kolorowe kwiaty. Cicho
zagrało pianino i jak błyskawica przeleciały obrazy przygarnianych bezpańskich kotów i psów, stosów książek. Zapach ciasta ze śliwkami i miętowej herbaty. Głośny, niepohamowany śmiech , jasne włosy na wietrze, zielone oczy. Spokój. Słońce. Dużo słońca.

Dom gadał jak najęty z każdym słowem odłupując kolejną łuskę z twardej zbroi Wiktora. Kiedy
skończył Wiktor był pewien dwóch rzeczy. Będzie musiał pozamykać definitywnie niektóre szuflady i
zrobi to z radością; oraz wieźć na rowerze ciężki plecak pełen obiektywów. Odpowiedział pełnym
uśmiechem na uśmiech zielonych oczu. Zobaczymy co powiesz staruszku, kiedy przyjedziemy tu za
rok – pomyślał.

Małgorzata Gajewska
Tajemnice Dębowego Dworu
Gwałtowne podmuchy wiatru wzbiły w powietrze tumany kurzu powodując, że odruchowo mrużyłam oczy. Obawiałam się, że zjadę ze ścieżki i wyląduję w rowie. Granatowe niebo raz po raz rozświetlały błyskawice, którym towarzyszyły przeraźliwe grzmoty.
- Jasny gwint! Zaraz w nas piorun strzeli! – histeryzowałam pedałując z całej siły.
- Nie panikuj, za moment tam dojedziemy! – odkrzyknął Krzysiek.
Jasne było, że pilnie potrzebowaliśmy schronienia. Do zabudowań ukrytych w zagajniku za cmentarzem dzielił nas dystans około dwustu metrów. Skoncentrowałam się więc na utrzymaniu tempa jazdy oraz na omijaniu dziur i kamieni. W końcu dotarliśmy do skrętu na zarośniętą ścieżkę wiodącą do opuszczonego domostwa. Krzysiek zsiadł z roweru i z trudem zaczął się przedzierać w kierunku wyłamanej furtki wyznaczającej granicę miedzy tajemniczą posesją a reszta świata. Właśnie weszliśmy na podwórko, gdy pierwsze krople deszczu zaczęły rozbijać się o spieczoną ziemię.
- Do środka! – zawołał mąż kierując się w stronę zdezelowanych drzwi.
Na pierwszy rzut oka, mimo upływu wielu lat, widać było, że większość domu strawił ogień pożaru. Podwórko zarzucone było gruzem i zwęglonymi deskami, które porastała trawa. Marne resztki zapadniętego dachu i puste otwory okien sprawiały upiorne wrażenie. Nagle przypomniałam sobie ostrzeżenie pani Genowefy i wzdrygałam się na myśl o wejściu do pogorzeliska. Jednakże nie miałem wyboru, bo burza szalała już w najlepsze.
Krzysztof wziął mój rower i machnął ręką na znak, abym weszła przed nim do środka. Tłumiąc obawę wbiegłam do zaśmieconego pomieszczenia, które zapewne było sienią. Dach trochę przeciekał, ale przynajmniej stare mury dawały schronienie przed nawałnicą i piorunami. Nagle usłyszałam rozdzierający trzask łamanego drzewa i zaraz potem okropny huk. Przerażona zerknęłam w stronę sufitu, który zaczął walić mi się na głowę. Krzyknęłam i odruchowo zasłoniłam rękoma głowę. Przez chwilę zdawało mi się, że widzę w kącie pomieszczenia niewyraźną postać odzianą
w długą czarną suknię. Do piersi przyciskała przedmiot przypominający sporą księgę.
***
Przygodę z rowerami zaczęliśmy dwa lata temu, po tym jak u Krzycha zdiagnozowano podwyższony poziom cukru we krwi, co przy jego nadwadze mogło skończyć się cukrzycą. Niestety ja też zapuściłam się trochę, więc postanowiłam towarzyszyć mężowi w wyprawach rowerowych. Szkoda tylko, że nasze nastoletnie dzieci nie chciały z nami jeździć. Tym razem postanowiliśmy wybrać się do Puszczy Dulowskiej. Właśnie przeglądałam strony internetowe poświęcone tamtemu rejonowi, kiedy do pokoju wszedł Krzysiek.
- Na jutro zapowiadają lekkie zachmurzenie i przelotne opady – mruknęłam trochę zmartwiona.
- Co tam mały deszczyk! Z cukru jesteś? – zażartował.
- Zapakuj chociaż peleryny.
- Jak zawsze Aniu – zapewnił małżonek i uśmiechnął się beztrosko.
Następnego dnia o świcie, wraz z rowerami, wsiedliśmy do pociągu. Po niespełna godzinnej podróży dotarliśmy do przystanku kolejowego w Woli Filipowskiej, a stamtąd ruszyliśmy w stronę dróżki prowadzącej do Puszczy Dulowskiej. Pomimo wczesnej pory było raczej duszno, ale słońce niepodzielnie panowało na błękitnym niebie.
- Czy wiesz, że linia kolejowa prowadząca z Krakowa do Mysłowic przez Wolę Filipowską
została otwarta w 1847 roku? – zapytał Krzysiek zrównując się ze mną na pustej szutrowej dróżce.
- Jeździł tędy nawet Sienkiewicz – dodał z przekąsem.
- Kuba Sienkiewicz? Ten neurolog-piosenkarz?
- Nie! Henryk – ten od Trylogii!
Krzysztof  jako nauczyciel historii i entuzjasta pociągów dysponował obszerną wiedzą z dziedziny kolejnictwa. Tym razem jednak nie miałam ochoty wysłuchiwać kolejnego wykładu na temat pierwszych parowozów, więc szybko zmieniłam temat.
- Mam nadzieję, że dojazd do naszego szlaku nie odbierze nam wszystkich sił – sapnęłam.
- Według mapy, za moment wyjedziemy na płaski teren, a droga przez puszczę jest właściwie prosta jak patelnia.
Przez kilka minut jechaliśmy w ciszy rozglądając się po okolicy.
- Czy wiedziałeś, że Puszcza ma około 1300 hektarów i jest pozostałością prastarej puszczy, która od wieków porastała te tereny? – zagaiłam rozmowę.
- Faktycznie, duży obszar. Pewnie mieszka tu sporo dzikich zwierząt.
- Na pewno! Może zróbmy tu postój na kanapki – zaproponowałam wskazując drewnianą ławeczkę przy wjeździe na szlak.
- Popatrz! Widać stąd ruiny zamku w Tenczynku – Krzysiek wskazał ręką białe mury górujące w oddali nad lasem.
- No to mamy następną pozycję do naszej listy wycieczkowej – podsumowałam zsiadając z roweru.
Generalnie droga przez puszczę zrobiła na nas duże wrażenie. Jadąc prostymi alejami wśród
zielonych drzew, napawaliśmy się śpiewem ptaków i zapachem lasu. Od czasu do czasu zatrzymywaliśmy się, aby napić się wody i zrobić zdjęcia. Po niespełna dwugodzinnej przejażdżce dotarliśmy na przeciwległy skraj puszczy.
Na małej polance, tuż przy dróżce, wypatrzyłam altankę i ponownie zarządziłam odpoczynek. Usiedliśmy zatem pod zadaszoną wiatą i zachłannie pochłanialiśmy ostatnie zapasy. W pewnym momencie zwróciłam uwagę na starszą kobietę, która siedziała na zwalonym pniu nieopodal naszej ławki. Na trawie, tuż przy jej nogach leżał duży wiklinowy kosz. Staruszka ubrana była we flanelową kraciastą koszulę, dresowe spodnie i wysokie, gumowe buty. Na głowie miała kwiecistą chustę, spod której sterczały potargane, siwe włosy. Kobieta widocznie wyczuła moje zainteresowanie, bo raptownie spojrzała na mnie mrużąc brwi.
- Anka, to co dalej robimy? – mruknął Krzysiek przeciągając się leniwie.
-  Co mówiłeś? – zapytałam niezbyt przytomnie, wyrwana z zamyślenia.
- W sumie mamy jeszcze sporo czasu, dopiero co minęło południe.
- Pogubili drogę? – zapytała niespodziewanie staruszka i podeszła do nas lekko utykając.
- Nie, dlaczego? – odparł zmieszany małżonek.
- Hę? – kobieta widocznie nie zrozumiała.
- Chociaż właściwie, to mam pytanie – rzekł Krzysiek przesuwając się tak, by starowinka mogła wygodnie usiąść na ławce w cieniu.
- Może nam pani polecić jakieś dobre miejsce na obiad w Trzebini?
- Jak nie, jak tak!  – odpowiedziała z przyjaznym uśmiechem.
- Ino od ranka zbieram jagody i od słoneczka nieco osłabłam – poskarżyła się babcia.
Na to oświadczenie od razu oddałam jej ostatnią butelkę wody mineralnej. Kobiecina, zaspokoiwszy pragnienie, poleciła nam jadłodajnię swojej kuzynki oraz objaśniła nam jak dojechać do Trzebini.
- Czy warto podjechać na górę Bożniową? – dopytywałam naszej nowej przewodniczki, bo właśnie przypomniałam sobie, że też coś tam o niej czytałam.
- A owszem. Caluśką okolicę stamtąd widać jak na dłoni. Na szczycie od niedawna stoi wysoki krzyż, milenijny – dodała patrząc na mnie podejrzliwie.
- Jak na Giewoncie? Brzmi zachęcająco – odparłam zmieszana.
Kobiecina wytłumaczyła nam z grubsza, którymi dróżkami dojechać w rejony wzgórza.
- Ale za cmentarzem droga się kończy i trzeba tam dobrze wypatrywać ścieżki. Zwarzcie, co by na rozstajach iść zawsze w lewo. Jak przejdziecie dębowy zagajnik, to już niedaleko będzie na górkę.
Jeno za nic nie zbaczajcie do tego domu w zagajniku – przestrzegła machając przy tym powykręcaną
artretyzmem dłonią.
- A co? Straszy tam? – zakpił Krzysiek.
- To przeklęte miejsce. Nora wampira, psia jego mać – odparła poważnie staruszka i splunęła przez lewe ramię.
- Jasne – parsknęłam śmiechem przekonana, że kobieta stroi sobie z nas żarty.
Popatrzyła na mnie z dezaprobatą.
- Miarkuję, że pójdziemy w jedną stronę – sapnęła podnosząc się z miejsca.
- Chyba tak – bąknęłam zdezorientowana nagłą zmianą tematu.
- Podprowadźcie kawałek, jeno do drogi – rzekła pokazując na swój bagaż. – Dam wam pół litra borówek – zachęcała.
Cóż mieliśmy robić? Krzysztof wziął kosz na ramę, ja babinę pod ramię i ruszyliśmy w drogę.
- Więc cóż to za historia z tym wampirem? – zapytałam po chwili.
- A, to stare dzieje, ale wam powiem. Żyły tu przed laty takie podejrzane cudzoziemce. Z Siedmiogrodu wpierw przyjechał, jak mu tam było?... Razvan Constantin. Dom pobudował i nazwał go Dębowym Dworem, pewno od dębów, co tam od zawsze rosły. Rychło sprowadził żonę z bachorem, a baba jak nic wampirzyca. Kto ją widział przysięgał na Boga, że kły czerwone szczerzyła i włosy miała na twarzy. Nocą polowała po lasach, albo zwierzęta po zagrodach kradła. Gadali, że ino truchła po nich zostawiała, bez kropli krwi.
- Bujdy jakieś – Krzysiek machnął ręką. - Wampiry to fikcja.
- Gadam jak było – sapnęła. - Mój dziad na poczcie pracował i znał tego Razvana. Elenę też raz widział bez welonu.
Kobiecina zamilkła i tylko jej zaciśnięte usta zdradzały, że jest urażona.
- Proszę, niech pani mówi dalej – zachęciłam staruszkę.
Po chwili kobieta zaczęła znowu opowiadać.
- Dziecko posyłali na nauki do dworu, jak jaka szlachta! Służyła onegdaj u Zielenieckich moja babka cioteczna, to gadała, że polskiej mowy ją dziedzicowa uczyła i na fortepianach z nut grać. Ponoć Marianna normalna była, tylko że blada okrutnie. Te mary dobrze się maskują, ja tam swoje wiem! Zaraz po tym jak Elena zmarła w połogu, to Razvan zniknął. Może się zabił, a może uciekł. Ludzie gadali, że był austriackim szpiegiem i wyjechał do Wiednia. Zresztą zaraz potem pierwsza wojna
nastała i straszny czas przyszedł.
Marianna chowała się sama ze służbą tylko i tym ich sługusem, doktorem. Na szczęście proboszcz poświęcił Dębowy Dwór, a Mariannę przy okazji ochrzcił. No i był spokój dopóki się dziewce nie zachciało za cudze chłopy brać. Jakie to było rozpustne i zawzięte! A skąpe! Majątek pochowany mieli w kufrach, ale jak trzeba było wykupić kochanka z niewoli od hitlerowców to gadała bezczelnie, że biedna. A ta jej córunia to dopiero była cicha woda. Jak się druga wojna skończyła, to chodziłam z tą Heleną do jednej szkoły. Nie raz mi matula mówiła: „Gienia, pamiętaj, że jabłko niedaleko padła od jabłoni. Nie zadawaj się z tą dziewką”. W końcu franca zbałamuciła mojego Franciszka, świeć Panie nad jego duszą! Pewnie mu jakiego lubczyka do piwa nakruszyła! Toć bestia z niej wyszła. Na potańcówce w domu strażaka dostała ataku szału. Do szpitala ją wtedy zawieźli. Konowały zamiast zaciukać bestię, to puściły ją wolno. Choć tyle, że uczciwym ludziom zeszła z oczu. Za dnia to jej już w miasteczku nie uświadczył. Ale dobry Bóg zesłał ogień na ten ród przeklęty. Spaliło się domiszcze, tyle że strażacy nijakich trupów nie znaleźli. Pewnie się od ognia w proch rozsypały! 
Nie dało się ukryć, że kobietę bardzo cieszył dramatyczny finał tej dziwnej historii.
- Teraz nie ma co tam zachodzić – dodała Genowefa. - Nawet miejscowym satanistom nie spodobała się ta nora.
Szliśmy w milczeniu, aż w końcu dotarliśmy do niewielkiej chałupy przy drodze.
- Jesteśmy na miejscu. Bóg zapłać! – rzekła babcia odbierając koszyk i wchodząc na swoje podwórko.
- Niesamowita historia. Dziękujemy za opowieść - rzekłam na pożegnanie.
Kobieta tylko wzruszyła ramionami i weszła do domu zamykając za sobą drzwi.
- A nasze borówki? – jęknął zawiedziony Krzysiek.
Jakiś czas później, siedząc przy fontannie na trzebińskim rynku i odpoczywając po pysznym obiadku, toczyliśmy zażartą dyskusję. Krzysiek uważał, że ta stuknięta babina wszystko zmyśliła. Ja byłam odmiennego zdania, chociaż w duchy i wampiry nigdy nie wierzyłam.
- Podobno w każdej bajce jest też odrobina prawdy – zastrzegłam chcąc mieć ostatnie zdanie.
W drodze na górę Bożniową, cały czas rozmyślałam o tajemniczym domu i jego
podejrzanych mieszkańcach. Tak jak tłumaczyła staruszka minęliśmy cmentarz i skręciliśmy na ścieżkę prowadzącą na wzniesienie. Z zaciekawieniem wypatrywałam pogorzeliska i faktycznie w pewnym momencie pomiędzy drzewami dostrzegłam jakieś mury.
- Ciekawe, czy to pozostałości po tym Dębowym Dworze.
- Może – wysapał Krzysiek. – Lepiej się pospieszmy, bo się mocno zachmurzyło i kto wie, czy jakiej burzy z tego nie będzie.
Faktycznie, już od pewnego czasu powietrze stało w miejscu i miało się wrażenie, że nie ma czym oddychać. Kilka chwil później podziwialiśmy panoramę puszczy i miasteczka. Stojąc pod
dwunastometrowym krzyżem na szczycie góry Bożniowej, faktycznie całą okolicę mieliśmy
jak na dłoni.
- Warto było tu zajrzeć!– uśmiechnął się Krzysiek robiąc zdjęcia.
- Lepiej już się zbierajmy, zaczyna wiać! – powiedziałam wyciągając z plecaka peleryny.
Już raczej nie było szans uciec przed szybko zbliżającą się burzą.
***
Ocknęłam się i od razu ujrzałam nad sobą twarz Krzyśka.
- Nic ci nie jest? – zapytał z niepokojem.
Rozejrzałam się oszołomiona. To istny cud, że nic mi się nie stało. Dookoła walały się fragmenty
dachówek  i gałęzi. Na dodatek cały czas szalała burza. Niemal od razu wróciła mi pamięć i spojrzałam w kąt, gdzie jak mi się zdawało, widziałam zjawę.
- Popatrz! – krzyknęłam zrywając się na nogi.
W podłodze, tuż obok nas, powstała dziura wybita przez konar dębu. Wyraźnie było widać fragmenty kamiennych schodów prowadzących do jakiejś zapomnianej piwnicy.
– Wchodzimy tam! – zdecydował Krzysiek świadomy, że w każdej chwili może nas przygnieść
kolejny fragment niestabilnego dachu.
Po pokonaniu kilkunastu schodków znaleźliśmy się w bardzo ciemnej piwnicy. Pomimo tego, że znajdowało się głęboko poniżej poziomu podwórka, to było tam wyjątkowo sucho. Krzysiek uruchomił funkcję latarki w swojej komórce i poświecił.
- To chyba jakiś schron – szepnęłam rozglądając się dookoła.
Najpierw dojrzeliśmy regały z przetworami w szklanych wekach, narzędzia rolnicze i zniszczony męski rower. Mój wzrok zatrzymał się na starym żelazku z duszą postawionym na połamanym krześle, takim samym jaki miała moja babcia. Pod ścianą, przy następnych drzwiach, leżały dwie solidne metalowe skrzynie przypominające trumny. Pierwszy raz w życiu poczułam jak włosy stają mi dęba ze strachu.
- Jak w jakimś horrorze! – Krzysiek parsknął nerwowym śmiechem.
- Zamknij się! – wysyczałam chwytając go za rękę.
- Nie panikuj. Idziemy dalej, może znajdziemy jakiś skarb?- próbował żartować.
Nie zdążyłam zaprotestować, bo małżonek ruszył do przodu ciągnąc mnie za sobą. Uchylił następne drzwi i szybko omiótł skromnym światełkiem wnętrze. Było dużo większe i bardziej zagracone. Stała tam komoda z wysuniętą szufladą, otwarte pianino, metalowe miski, a nawet porcelanowa zastawa. Na podłodze w nieładzie walały się książki, ubrania i buty.
- Całkiem jak w pokoju Agnieszki – mruknął mąż mając na myśli naszą córkę.
- Kto tu mieszkał? – zastanawiałam się na głos.
W głębi pomieszczenia stało jeszcze staroświeckie łóżko z metalową ramą. Spod żółto-burej narzuty wystawały dwie czaszki oblepione resztkami zasuszonej skóry i kępkami ciemnych włosów. Stanęliśmy sparaliżowani niezwykłym widokiem i strachem. Tymczasem na zewnątrz burza nadal szalała w najlepsze. Wiatr smagał deszczem resztki budynku nad nami. Kolejna błyskawica przecięła niebo, a towarzyszący jej grom niemal wstrząsnął ziemią. Krzysztof z przejęcia upuścił telefon z latarką. Wrzasnęłam, po czym na oślep zaczęliśmy uciekać w stronę wyjścia. Wyhamowaliśmy dopiero pod studnią na podwórku. Nikt, ani nic, nas nie goniło. W strugach deszczu, objęci i drżący ze strachu, pomału dochodziliśmy do siebie. Burza stopniowo się wyciszała, a my zastanawialiśmy się co robić.
- Musimy zawiadomić policję.
- Za moment –  szepnęłam zbierając się na odwagę. – Przecież najpierw musimy tam wrócić, choćby
po twój telefon.
Zeszliśmy więc do piwnicy po raz wtóry. Rozglądając się uważnie podeszliśmy do łóżka, na którym leżały zwłoki. Na biureczku, przy materacu, dostrzegłam czarno-białe fotografie i sporą księgę. Dałabym głowę, że taką samą jaką miała w ręce „moja” zjawa, gdy raczyła mi się ukazać. Przetarłam rękawem zmurszałą okładkę i przeczytałam napis Das Tagebuch. Wiedziona ciekawością na chybił trafił otworzyłam pamiętnik. Znam język niemiecki, ale z trudem odcyfrowałam i przetłumaczyłam odręczne pismo. 
12 kwiecień 1912 roku
 „Do Trzebini przyjechaliśmy pociągiem. Podróż z Wiednia była strasznie długa i męcząca. Na szczęście Marianną zajmował się Razvan i Helga. Mam nadzieję, że zmiana klimatu, a zwłaszcza otoczenia sprawi, że poczuję się lepiej. Dwór jest cudowny. Nie mamy sąsiadów, ale w mojej sytuacji to tylko lepiej. Doktor Rudolf twierdzi, że zostało mi może ze dwa lata życia. Nie mogę spać, często mam przywidzenia i wymiotuję. Na szczęście Marianna rozwija się normalnie. Niech ją Bóg uchroni od cierpienia, jakiego doświadczam każdego dnia.”
Zaintrygowana zaglądnęłam kilka stronic dalej:
16 wrzesień 1914 roku
Drogi pamiętniku,
Tatuś napisał do mnie list z Siedmiogrodu. Nie zdążył pojednać się z dziadkiem, bo ten zmarł tydzień przed jego przyjazdem. Na nic cały ten pośpiech. Tata obiecał, że wróci po mnie i razem wyjedziemy w bezpieczne miejsce. Pojedzie przez Galicję, chociaż obawia się, że działania wojenne mogą spowodować utrudnienia. Napisał też, że teraz, jak już nie ma matki, jestem jego jedyną nadzieją i dziedziczką. Prosił, abym nie zaniedbywała się w nauce i była grzeczna. Tak się o niego boję. I ciągle tęsknię za mamą.
- To musiała pisać mała Marianna – szepnęłam wzruszona.
W pośpiechu przerzuciłam kilka stron zapisanych innym charakterem pisma.
21 marzec 1935 roku
Za tydzień skończę trzydzieści lat, a dziś w nocy zostałam mamą! Helenka jest cudownym
prezentem od losu. Głęboko wierzę, że teraz Józef odejdzie od tej jędzy i zamieszka z nami
w Dębowym Dworze.
3 luty 1943 roku
Komendant obozu nie uwolnił Józefa, tak jak obiecał. Powiedział, że kolia z rubinami to za mało. Myślałam, że mnie zabije! Błagałam go o litość, ale on tylko mnie zniewolił, a potem wyrzucił za bramę. Przecież ja naprawdę nie mam więcej klejnotów. Nie ma już nadziei dla mojego lubego. Cecylia też mi nie uwierzyła. Jak ona mnie nienawidzi. Boże, gdzie ty teraz jesteś! Co my teraz z Helenką poczniemy…
Znowu przekartkowałam księgę i natknęłam się na wpisy dokonane jeszcze innym charakterem pisma.
15 październik 1953 
Franek mnie pocałował i powiedział, że mnie kocha. Jeszcze nikt mnie tak nie dotykał,
a potem…Chyba nie mogę o tym pisać, to zbyt piękne, aby naszą miłość ubrać w zwykłe słowa.
Boję się tylko jak to przyjmie Gienia. Chyba ON też jej się podoba.
21 czerwiec 1955 roku
Nie mam już nikogo. Dzisiaj w nocy umarła mama. Tak jak prosiła przeniosłam ją do naszej krypty. Teraz leży taka cicha i zimna. Nakryłam ją moim ulubionym kocem. Przed śmiercią dała mi buteleczkę z jakimś płynem. Powiedziała, że jak odejdzie, to mam to wypić i położyć się obok niej. „Przyjdziesz do mnie we śnie, bez bólu i strachu”- tak powiedziała!. Chyba wariuję. Widzę rzeczy, których nie powinnam widzieć, słyszę rzeczy, których nie mam prawa słyszeć. Nie mogę patrzeć w lustro. Lekarz mówił, że mam porfirię. Jest nieuleczalna. Babcia Elena też na to chorowała. Ale ja chcę żyć i być normalna! Chcę żeby Franek do mnie wrócił. Dostałam list od Gieni. Napisała, że mamy wyjechać, albo nas wykurzy. Dlaczego ona tak mnie nienawidzi? Przecież jest moją siostrą.
22 czerwic 1955 roku
Nie chcę dalej żyć, w ciemności, bólu i strachu. Ktoś krzyczy przed domem „zabić wampira!”, ale ja nie jestem żadnym wampirem! Nikogo nie skrzywdziłam! Rzucają kamieniami. Boję się. Przyszłam do krypty i zamknęłam właz. Idę do mamy!
To był ostatni wpis. Krzysztof już powiadomił policję, a ja siedziałam na schodkach przed wejściem do Dębowego Dworu i czytałam pamiętnik kobiet z rodu Constantinów. Na podstawie wpisów trzech kobiet, kilku zachowanych listów i dzisiejszej opowieści Genowefy, zrekonstruowałam sobie w miarę wiarygodny przebieg zdarzeń.
W 1910 roku do Trzebini przybył Razvan Constantin, przemysłowiec z Siedmiogrodu. Przyjechał do miasteczka koleją z jednym lokajem i dwoma skrzyniami, do których nikogo nie dopuszczał. Słabo mówił po polsku, miał śniadą skórę i zachowywał się wyniośle. Początkowo gościł w dworze Zieleniewskich, więc ludzie zaczęli snuć domysły, że to następny absztyfikant panny Zielenieckiej. Jednak pan Constantin był żonaty i nie chcąc stawiać swojego gospodarza w kłopotliwej sytuacji, wynajął pokój w gospodzie przy rynku. Krążyły plotki, że chce kupić trzebińską rafinerię, albo nawet kopalnię. Chociaż żadnego interesu z Zielenieckimi nie ubił, to tak się zachwycił okolicą, że nabył ziemię przy wzgórzu Bożeniowym, najął ludzi i zaczął budować dom. Był samotnikiem, do kościoła nie chodził i w życiu towarzyskim nie uczestniczył. Za to włóczył się wieczorami ze strzelbą po okolicznej puszczy i regularnie wysyłał listy do Wiednia. To wystarczyło, aby miejscowi odnosili się do niego podejrzliwie. Ktoś nawet puścił plotkę, że jest austriackim szpiegiem. Chyba bardziej się go bano niż szanowano. Płacił dobrze robotnikom i sam wszystko nadzorował, więc dom szybko zbudowano. Wtedy Razvan zniknął na kilka miesięcy zostawiwszy wszystko pod nadzorem zaufanego lokaja. Wrócił na wiosnę z żoną i kilkuletnią córeczką. Wszyscy byli ciekawi pani Constantinowej, ale kobieta odziana w czarną suknię i zasłonięta gęstym welonem szybko została z dworca przewieziona zadaszoną bryczką do domu na wzgórzu. Upadła też nadzieja na znalezienie pracy w domu u państwa Constantinów, bo ci przywieźli ze sobą kucharkę i Helgę, opiekunkę do dziecka. Mieszkańcy Dębowego Dworu, skrupulatnie strzegli swojej prywatności. Panią Constantin
w ogóle nie widywano w miasteczku. Ponadto za dnia nie wychodziła z domu. Natomiast często
wieczorami spacerowała w towarzystwie męża po okolicznych lasach. Ci którzy się przypadkiem natknęli się na Elenę uciekali z krzykiem. Elena chorowała na porfirię, potocznie zwaną wampiryzmem. Choroba rozwinęła się u niej zaraz po urodzeniu dziecka i szybko postępowała. Z tego powodu rodzice Razvana domagali się unieważnienia małżeństwa, ale mężczyzna nie chciał nawet o tym słyszeć. Doszło do awantury i aby uniknąć skandalu Razvan przeprowadził się z rodziną do Wiednia, gdzie próbował ją leczyć u znanych lekarzy. Do Dębowego Dworu też zaczął regularnie jeździć miejscowy lekarz. Został jednak sowicie opłacony (lub jak twierdzili niektórzy zastraszony) i nigdy nic nikomu nie mówił o nowej pacjentce. Mieszkańcy zaobserwowali, że od momentu przyjazdu Eleny Constantin w okolicy zaczęły znikać mniejsze zwierzęta, a nawet ludzie. Tak się złożyło, że jakoś nikt nie brał pod uwagę ataków dzikich zwierząt z pobliskich lasów. Zabobonni ludzie rozgłosili teorię, że w Dębowym Dworze mieszkają wampiry. Pomimo wszystko Marianna, córka Constantinów, była regularnie zaprowadzana do dworu, gdzie pani Zieleniecka udzielała jej lekcji języka polskiego oraz gry na pianinie. Pewnej nocy do miejscowej akuszerki przyjechał przejęty Razvan i w pośpiechu zabrał ją do swojego domu. Okazało się, że Elena zaczęła wcześniej rodzić, a lekarza akurat nie było w miasteczku. Niestety Elena i dziecko nie przeżyli porodu. Nikt nie był na pogrzebie, ani nikt nie potrafił wskazać mogiły pani Constantinowej. Może dlatego, że mąż pochował ich w jednej ze swoich tajemniczych skrzyń, w krypcie pod dworem. Kilka tygodni później Razvan zniknął bez śladu. Mówiono, że popełnił samobójstwo. Niektórzy twierdzili, że widzieli go w pociągu jadącym do Wiednia. Po jakimś czasie akuszerka wygadała się, że tak zdeformowanego płodu nigdy wcześniej nie widziała. Zresztą sama pani Elena była w strasznym stanie. Ludzie byli poważnie zaniepokojeni, ale wkrótce ważniejsze sprawy zaczęły zaprzątać ich głowy. Oto wybuchła pierwsza wojna światowa. Dziewięcioletnia Marianna została tylko ze służbą. Od wyjazdu Zielenieckich z Trzebini kontakty utrzymywała jedynie z rodziną lekarza i księdzem. Podobno była niezwykle utalentowana muzycznie, toteż proboszcz pozwalał jej ćwiczyć na kościelnych organach. Marianna dla możliwości obcowania z muzyką zrobiłaby wszystko, toteż pozwoliła się nawet ochrzcić. Za namową doktora zaczęła prowadzić działalność charytatywną, a czasem nawet pomagała doktorowi opiekować się chorymi w miejscowym szpitalu. Czas wojny Marianna przetrwała korzystając głównie z pieniędzy, które zostawione jej ojciec oraz wyprzedając rodzinne klejnoty. Razvan nigdy nie wrócił do Trzebini. Marianna była dobra i łatwowierna, a do tego zamożna. Takie połączenie niemal zawsze kończy się katastrofą. Na dodatek wyrosła na bardzo ładną kobietę, toteż nic dziwnego, że zaczęli się wokół niej kręcić różni podejrzani zalotnicy. W końcu dała się uwieść bratankowi doktora. Przeżyła miłosny zawód, gdy narzeczony uciekł z większością majątku dziewczyny do Warszawy, gdzie słuch po nim zaginał. Od tego czasu Marianna żyła jak pustelniczka. Odprawiła służbę i zajęła się zielarstwem. Często widywano ją samotnie snująca się po okolicznych lasach. Mówiono, że zaczęła w niej grać krew przodków i wkrótce przemieni się w wampirzycę. Nie przeszkadzało to jednak niektórym mieszkańcom przychodzić do niej po wywary i cudowne specyfiki ziołowe na wszystkie prawdziwe i urojone choroby. Dziewczyna zawsze przyjmowała klientów w sieni domu. Klienci zawsze, tak na wszelki wypadek, mieli ze sobą srebrny krzyżyk i czosnek, którego Marianna wręcz nie znosiła. Minęło kilka lat i okolicą wstrząsnął kolejny skandal związany z Constantinami. Otóż  na wiosnę trzydziestego piątego wyszedł na jaw romans Marianny z pewnym szanowanym i zamożnym obywatelem miasteczka. Jakby tego było mało Józef był żonaty i miał kilkuletnie dziecko. Żona Józefa była pewna, że zielarka zauroczyła męża używając do tego czarnej magii i groziła wszystkim, którzy mieli ochotę nadal zaopatrywać się u Marianny. Wkrótce cała okolica odwróciła się od zielarki, pozbawiając ją tym samym jedynego źródła utrzymania. Oczekiwano, że kobieta rychło wyjedzie z Trzebini, ale Marianna właśnie urodziła Helenę i pozostała w Dębowym Dworze. Również wbrew oczekiwaniom opinii publicznej Józef nie porzucił swojej kochanki i uznał małą Helenę. Mężczyzna, w dowód wielkiej miłości i przywiązania, sprowadził dla Marianny aż z Berlina pianino. Oczywiście Marianna była zachwycona takim prezentem, w przeciwieństwie do Cecylii, żony Józefa, z której wszyscy się po cichu naśmiewali. Czas mijał, dzieci rosły a historia zatoczyła koło i znowu wybuchła wojna. We wrześniu 1939 roku Trzebinia znalazła się w pasie działań armii niemieckiej. Po klęsce wrześniowej gmina została włączona do Rzeszy, a przez jej teren przebiegała granica z Generalną Gubernią. W sierpniu 1944r. okupanci założyli przy rafinerii ropy naftowej podobóz obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu – Arbeitslager Trzebinia. Większość więźniów stanowili Węgrzy i Polacy narodowości żydowskiej, ogółem około osiemset osób. Wśród nich znalazł się Józef. Cecylia i Marianna postanowiły w obliczu nieszczęścia zjednoczyć siły i spróbować jakoś wyrwać ukochanego mężczyznę z niewoli. Doszło wtedy do wielkiej awantury. Cecylia posądziła Mariannę o to, że ta nie zgodziła się ofiarować na ratowanie Józefa klejnotów rodowych. Prawda była zgoła inna. Józef zginął w obozie, prawdopodobnie w dniu, w którym Marianna oddała komendantowi rubiny. Po wojnie Marianna podjęła pracę w miejscowej kopalni, a Helena poszła do szkoły. Była wesołą i miłą dziewczynką. Uczyła się dobrze i była ulubienicą nauczycieli, co raczej nie przysparzało jej popularności wśród rówieśników. Wyrosła na piękną i inteligentną dziewczynę, więc wzbudzała zainteresowanie mężczyzn. Zaczęła bywać na prywatkach i zabawach. Na jednej z takich imprez stało się coś strasznego. Helena po raz pierwszy napiła się alkoholu, a zaraz po tym miała atak padaczki. W szpitalu nie postawiono jednoznacznej diagnozy, za to dziewczyna zaczęła bywać agresywna i bardzo pobudzona psychicznie. Ponadto nie mogła przebywać na słońcu, bo od razu schodziła jej skóra. Stopniowo wydłużały jej się zęby. Jakby tego było mało, na twarzy zaczęły jej rosnąć włosy. Nietrudno się domyślić, że wszyscy zaczęli jej wtedy unikać, a narzeczony Franek po prostu porzucił. Marianna zrezygnowała z pracy i zaszyła się z córką w domu. Ludzie przypomnieli
sobie Elenę Constantin i po okolicy rozniosła się wieść, że Helena zamieniła się w wampira. Zaczęto im grozić. Ludzi szczególnie podburzał Franek i Gienia, pierworodna córka Józefa i Cecylii.
***
- Helena popełniła samobójstwo – powiedziałam patrząc na Krzysztofa, który zaglądał mi przez ramię.
- A babcia Genowefa pewnie agitowała do spalenia dworu – dopowiedział Krzysiek.
Siedzieliśmy w milczeniu na schodkach przed wejściem. Spomiędzy kartek pamiętnika wysunęła się czarno biała fotografia przedstawiająca piękną kobietę w długiej sukni i przystojnego mężczyznę. Podniosłam ją i przeczytałam na wpół zamazany podpis:
Der Graf Razvan mit Frau Elena von Constantin, 1904.
- Nie wiadomo, jakie jeszcze skarby kryją stare skrzynie w podziemnej krypcie – wyszeptałam.
- Właśnie, nie wiadomo...
Ktoś powie, że to zbieg okoliczności, ale ja jestem przekonana, że ten dwór czekał na kogoś takiego jak my, aby uwolnić duchy przeszłości i ujawnić światu tajemnicę swoich nieszczęsnych mieszkańców. 

Z zamyślenia wyrwał nas odgłos silnika zbliżającego się samochodu policyjnego. Jakby na to nie patrzeć, byliśmy teraz na miejscu przestępstwa. Zza chmur wyjrzało popołudniowe słońce i oświetliło ruinę, która kiedyś była dworem prawdziwego hrabiego z Siedmiogrodu.

Iza Raszka 

Stary dom

- Dzień dobry, panie Macieju.
- Dzień dobry, pani Kaju. Bardzo się cieszę, że zdecydowała się pani przyjechać i obejrzeć ten budynek. Mogła pani zrezygnować ze spadku… Nawet nie wie pani jak długo musieliśmy panią szukać? Jest pani ostatnią żyjącą krewną hrabiego von Doluhe.
- Tak, wiem… Nawet nie wiedziałam o tym, że miałam wuja… Na początku nie chciałam nawet o niczym słyszeć… Właściwie przekonały mnie ostatecznie zdjęcia, które mi pan wysłał. Są takie… Wyjątkowe… Mimo iż ten domek to właściwie ruina. Właściwie jestem ciekawa tych wszystkich cudnych przedmiotów, które tam się znajdują, chociażby pianino. Wie pan, że ja nigdy nie miałam pianina? 
Maciej uśmiechnął się szeroko. 
- To co wchodzimy do środka?
- Tak!
Kaja nie mogła się już doczekać, była bardzo podekscytowana. 
Weszli na teren posiadłości, która już za chwilę miała należeć do niej.
Mąż nazwał ją wariatką gdy zobaczył kilka zdjęć, które mu wczoraj w nocy pokazała po jego powrocie z delegacji.
Kaja jak zaczarowana rozglądała się dookoła. Mimo stanu budynku, teren posiadłości był wyjątkowo zadbany. Wszędzie rosły piękne różane krzewy. Traf chciał, że to jej ulubione kwiaty.
Coraz bardziej jej się tu podobało. Oczami wyobraźni widziała siebie odpoczywającą się w hamaku powieszonym na dwóch wiekowych już brzozach rosnących na tyłach budynku.
Maciej otworzył drzwi. Weszli do środka.
Tam znajdowały się tylko cztery pomieszczenia - w tym mała izebka, w której stała stara komoda i wiele innych pięknych, ale i zniszczonych przedmiotów, w tym wielkie małżeńskie łoże z pięknie zdobionymi ramami.
Kaja w miejscu się w nim zakochała.
Zajrzała do komody, znalazła tam kilka starych ubrań, zdjęcia kochającej się czteroosobowej rodziny i notes w skórzanej okładce. Otworzyła go na przypadkowej stronie i zaczęła czytać:
- „Henryku, ukochany... Wprawdzie na początku naszej znajomości nie bardzo nam się układało. Nie zawsze byłam fair wobec ciebie, robiłam ci wiele psikusów... Lecz już od dawna jestem w tobie zakochana... Ująłeś mnie między innymi swoją mądrością, opanowaniem, zaradnością... A dziś, stojąc tu przy tobie, biorę sobie ciebie za męża i ślubuję zrobić wszystko, aby rozjaśnić każdy twój dzień, zawsze trwać przy tobie, wspierać cię, być wierną, a przede wszystkim kochać cię aż po kres moich dni. Na świadków biorę wszystkich tu zebranych, a obrączka niech będzie symbolem mojej miłości i oddania.”
Przerwała by złapać oddech i po chwili kontynuowała:
- „Anno, najdroższa... Początki były trudne. Nie ukrywam, że twoja spontaniczność, ciągła chęć robienia kawałów działały mi na nerwy. Nie pasowało to do mojego poukładanego i dobrze zorganizowanego świata. Lecz gdy tego zabrakło, nie byłem sobą. Wtedy zrozumiałem, że kocham to w tobie, twój uśmiech, radość, chęć do życia. Rozjaśniasz już od dawna każdy mój dzień. A dziś, stojąc tu przy tobie, biorę sobie ciebie za żonę i ślubuję zrobić wszystko, aby rozjaśnić każdy twój dzień, zawsze trwać przy tobie, wspierać cię, być wiernym, a przede wszystkim kochać cię aż po kres moich dni. Na świadków biorę wszystkich tu zebranych, a obrączka niech będzie symbolem mojej miłości i oddania.”
Cofnęła kilka stron i znów poruszona czytała na głos:
-„Dzisiaj wróciłam ze szpitala, Henryk obiecał mi opowiedzieć naszą historię, musiałam ją zapisać, na razie w skrócie, ciągle na nowo ją odkrywam. Zacytuję Henryka:
Nasi rodzice poznali nas ze sobą 16 lat temu. Postanowili, że będę u was spędzał każde lato i zimę - zaczął, miał nieobecny, charakterystyczny dla osoby pogrążonej we wspomnieniach wzrok. - Szczerze? Na początku nie przypadliśmy sobie do gustu. Ty miałaś mnie za nad wiek poważnego mądralę. Ja z kolei ciebie za rozpieszczoną, marudną pannicę. Lubiłaś robić mi dowcipy, wiesz? - Mówiąc to zaśmiał się serdecznie. Nie mogłam i ja się nie uśmiechnąć. - Jednak z czasem miałem tego już dość. Nie byłem w stanie ci się zrewanżować... Z każdym rokiem miałem coraz mniejszą ochotę spędzać z tobą czas. Wiedziałem jednak, że muszę. Postanowiłem więc cię unikać. To było trudne, nie pozwalałaś mi na to. Zawsze robiłaś mi na złość. Trwało to parę lat. W końcu sama zaczęłaś mnie unikać. Nie wiesz, jak mnie to wtedy cieszyło. Miałem wreszcie odrobinę spokoju. I tak mijały lata, aż do pewnej zimy. Złamałaś wtedy nogę i musiałaś cały czas leżeć. Wiedziałem, że tego nie cierpisz. Uwielbiasz przecież być ciągle w ruchu. Chcąc, nie chcąc zacząłem się tobą opiekować, dotrzymywać ci towarzystwa. Z początku niechętnie. Myślałem, że nic, a nic się nie zmieniłaś. Bałem się, że ciągle będziesz marudzić. Nie wiedziałem czy chcesz żebym z tobą siedział. Myliłem się jednak. Dzielnie znosiłaś fakt, że musisz leżeć. Nie miałaś też nic przeciwko mojemu towarzystwu. Nie marudziłaś, nie skarżyłaś się... Ale też nie uśmiechałaś się, byłaś małomówna... Po paru dniach zdałem sobie sprawę, jak bardzo w tamtym momencie i przez ostatnie lata brakowało mi twoich wygłupów, śmiechu. Ta dziewczyna ze złamaną nogą to nie byłaś ty. Nim się obejrzałem, zacząłem robić wszystko, żeby tamta Anna wróciła. Starłem się na wszelkie sposoby poprawiać ci humor. Opowiadałem śmieszne historie, anegdotki. Czytałem ci na głos książki. Zacząłem nawet nosić cię na barana po podwórzu. Ale wtedy wszyscy patrzyli na nas i się dziwili. Niektórzy mówili nawet, że chyba ktoś nas podmienił. Wiedzieli przecież, że się unikamy, a tu nagle takie coś. Te wszystkie rzeczy pomogły, jednak tylko w niewielkim stopniu. Nie miałaś tego błysku w oku, co wcześniej. Pewnego ranka zapytałaś mnie, po co to robię, skoro cię nie lubię. Nigdy nie zapomnę smutku, jaki malował się na twojej twarzy, gdy o to pytałaś. Zrozumiałem wtedy, że to przeze mnie jesteś taka smutna i że bardzo cię zraniłem, odsuwając od siebie. Oczywiście powiedziałem, że cię lubię. Wyznałem też, dlaczego taki byłem, że nie wytrzymywałem już twojego zachowania. Powiedziałaś, że myślałaś, że ono mi zaimponuje. Tego dnia pierwszy raz usłyszałem z twoich ust słowo „przepraszam”. Wiele sobie wyjaśniliśmy. Dałaś mi nawet pierwszego buziaka. Od tamtego czasu byliśmy przyjaciółmi. Wróciłaś stara ty. Uśmiechnięta, rozmowna psotnica. Ja stopniowo przez kolejne lata uświadamiałem sobie, że jestem w tobie zakochany. Jednak to nie ja pierwszy się do tego przyznałem. Kiedy usłyszałem z twoich ust „kocham cię” po raz pierwszy byłem najszczęśliwszym mężczyzną na ziemi. Obiecałem sobie wtedy, że zrobię wszystko, żebyś już zawsze była szczęśliwa i uśmiechnięta.”
Kaja płakała…
- Gdzie mam podpisać?- spytała z uśmiechem.
Maciej podsunął jej dokumenty i wskazał odpowiednie miejsce.
Kaja z radością złożyła na nich swój podpis, teraz tylko musiała wykombinować skąd wziąć pieniądze na remont jej przyszłego domu.
Ale to już zupełnie inna historia.


Kokonikowi,
Karolci,
Dragonowi,
Oli
I sobie samej.
Są ludzie, których nie dostrzegamy pół swojego życia, są też tacy, których poznajemy przez przypadek. Są osoby mieszkające kilka metrów dalej oraz tacy, których ledwo co znasz, a wydaje się jakby byli z Tobą całe życie…
Bo czasami nie trzeba słów, by się zrozumieć.

Małgorzata Irena Szumann
Na miarę księżniczki

Słońce prażyło niemiłosiernie. Jego promienie wdzierały się do jednego z pomieszczeń chatki stojącej na uboczu, z dala od reszty domostw. Pokój nie był duży, mimo że ilość przedmiotów znajdująca się w środku mówiła zdecydowanie co innego. Dosłownie każdy skrawek podłogi zajmowały różnego koloru materiały, nici, przeróżne wstęgi i artykuły krawieckie. W gąszczu porozrzucanych rzeczy siedziała drobna dziewczyna. Blond włosy spięte miała w luźny warkocz, opadający na ramię. Ubrana w znoszoną  flanelową koszulę, usiłowała przyszyć czarny guziczek do ubrania, nad którym właśnie pracowała. Przerwało jej ciche pukanie do drzwi i chwilę później w progu pokoju pojawiła się staruszka uśmiechnięta od ucha do ucha.
– Witaj Amelio, czy przeszkadzam? – zapytała. 
– Skądże znowu! – Zaprotestowała dziewczyna. – Niech pani przejdzie do salonu. Zaraz przyjdę z naprawionym fartuszkiem – powiedziała, wstając. Starowinka doskonale znała  każdy kąt tego domu. Była tutaj częstym gościem nie tylko dlatego, że ciągle miała do zacerowania swoje ulubione fartuchy, ale lubiła tę dziewczynę. Od pierwszej chwili Amelia urzekła ją swoją życzliwością oraz skromnością i to właśnie te cechy sprawiły, że kobiety darzyły się sympatią. Od ich pierwszego spotkania minęło pięć lat, a między nimi utworzyła się silna nić przyjaźni.
Kobieta weszła do pokoju obok, w którym było pianino zbudowane z ciemnego drewna, a na stoliku umieszczonym przy oknie stał malutki wazonik wypełniony polnymi kwiatami. To właśnie tu obie panie przegadały większą część dnia, kiedy po raz pierwszy się spotkały. Kobieta usiadła na jednym z drewnianych krzeseł przysuniętych do stolika i cierpliwie czekała na przybycie dziewczyny. Ta zjawiła się po kilku minutach z kitlem przewieszonym przez ramię i tacą w dłoniach, na której umieściła dwie szklanki napełnione kompotem z jabłek. Ostrożnie postawiła ją na stoliku i dopiero wtedy zajęła się prezentowaniem stroju.
– Oprócz zszycia dziury w kieszonce, ulepszyłam go o kaptur. Pogoda ostatnio nie dopisuje. Woda leje się z nieba, a pani stanowczo odmawia noszenia parasolki. Pomyślałam zatem, że pójdziemy na kompromis. Oczywiście można go zdjąć, jednak byłabym rad, widzieć panią z nim na głowie podczas ulewy. – Podała kobiecie materiał i wstrzymując oddech, czekała na jej reakcję.
– Ten materiał… dziecko, czy jest coś, o czym zapomniałaś mi powiedzieć? 
– Pomyślałam… – Zaczęła nieco zawstydzona Amelia. – Pomyślałam, że wszyję w materiał drobinki żywicy. Dzięki temu nie będzie tak bardzo nasiąkać wodą, a w upały zatrzyma ciepło. Ponadto pachnie świeżością  i jest taki…
– Przyjemny w dotyku. – Dokończyła za nią starsza pani, po czym starannie złożyła fartuszek w kostkę i położyła na stoliku. – Bardzo ci dziękuję, kochanieńka. Ile jestem ci winna? – Dziewczyna machnęła lekceważąco ręką.
– Pani Zofio… Tyle razy mi pani pomagała. Jak mogłabym żądać chociażby grosz.
– To twoja praca. Z tego żyjesz! Nie możesz ciągle szyć dla mnie za darmo.
– To będzie ostatni raz. Obiecuję – powiedziała dziewczyna i uśmiechnęła się do pani Zofii. 
– Kochana, a co z balem? Myślałaś już co założysz? Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nie masz zamiaru pójść? – Oczy Amelii rozbłysły z podekscytowania. Bez słowa wstała i wybiegła z pokoju, by wrócić z manekinem ubranym w piękną, długą suknie balową. Pani Zofia wydała z siebie ciche westchnienie. Wstała i obejrzała strój ze wszystkich stron. Suknia opinała manekina w biuście i talii, by niżej opaść kaskadą fal.– Rozumiem, że na tym nie koniec? Jak znam ciebie, to jest to dopiero początek.
– Oczywiście! – powiedziała z entuzjazmem dziewczyna. – Pomyślałam, że dół sukni przykryję jasnymi piórami, najlepiej białymi. Chciałam iść na poszukiwania odpowiednich. Górę zaś poprzetykam kilkoma błyskotkami, które będą skrzyć się w słońcu. –Patrzyła z rozmarzeniem na swoje dzieło, nie mogąc się doczekać kiedy będzie mogła ją ubrać i pójść na bal. Z zamyślenia wyrwała ją pani Zofia, która położyła rękę na jej ramieniu.
– Kochanieńka, ta suknia już teraz jest przepiękna, a co dopiero gdy ją ukończysz. Już za kilkanaście dni będziesz najpiękniejszym stworzeniem, które pojawi się na balu u króla Alberta, ja ci to mówię.Tymczasem nie będę ci przeszkadzać. Ruszaj w poszukiwaniu tych swoich piórek, złotko – powiedziała kobieta. Zabrała ze stolika swój naprawiony kitel i objęła dziewczynę. Obie pożegnały się w milczeniu. Kiedy Amelia usłyszała ciche zamykanie drzwi frontowych, spojrzała ostatni raz na manekina odzianego w suknię, po czym chwyciła wiklinowy koszyk i wyszła na zewnątrz w poszukiwaniu piór.

***
Pani Zofia co jakiś czas ukradkiem spoglądała na naprawiony fartuszek i uśmiechała się mimochodem. Pomimo upływu lat od kiedy zna Amelię, wciąż nie mogła nadziwić się jej zdolnościom i tego, na jakie szalone pomysły wpadała. Kto obsmarowuje materiał żywicą? Albo gdzie znaleźć kapelusz przeciwsłoneczny, na którego rondzie rośnie rzeżucha? Takie ekstrawagancje można było zobaczyć jedynie u Amelii i tylko ona potrafiła takie rzeczy tworzyć z kawałka materiału, i dobrobytu Matki Natury. Ludzie ze wsi chwalili sobie pracę dziewczyny i często przychodzili do niej z prośbą o uszycie stroju lub naprawienie starego, w zamian za dogodną cenę, lub produkt, na którym naprawdę zależało młodej krawcowej. Pani Zofia już nie mogła się doczekać, kiedy wróci do domu i założy swój ulubiony kitel. Podśpiewując wesoło, szła powolutku polną ścieżką w stronę chaty. 

***
Młody mężczyzna odziany w znoszony, podziurawiony płaszcz, szedł przez wieś, rozglądając się dookoła. Kilkudniowy, ciemny zarost odznaczał się na jego jasnej  twarzy, a brązowe oczy wodziły po wieśniakach, jakby kogoś szukał. Nie śpieszył się. Wolnym krokiem szedł przed siebie, a ludzie spoglądali na niego zaciekawieni. Nie wiedział jak długo wędrował. Całkowicie stracił poczucie czasu kiedy przemierzał pobliskie wsie i podsłuchiwał ludzi rozmawiających o swoich problemach i rozterkach.Domów było coraz mniej i wiedział, że opuszcza tę wioskę. Po raz kolejny nie znalazł tego, po co tu przyszedł. Przystanął na chwilę by odpocząć. Wziął głęboki wdech i spojrzał na dróżkę przed sobą. W jego stronę szła starsza kobieta i już z daleka słyszał jej radosny śpiew. Postanowił, że odezwie się do niej. Nie za bardzo wiedział dokąd zmierza, a przed zmrokiem chciał wrócić do domu.
– Przepraszam, mości panią. – Zaczął. Kobieta zatrzymała się i ze szczerym uśmiechem na twarzy spojrzała na chłopaka. – Mogłaby mi wielmożna pani powiedzieć, którą mamy godzinę? – zapytał.
– Dochodzi południe, kochanieńki. Bynajmniej tak wskazuje mój stary zegarek. – Spojrzała uważniej na tarczę swojego zegarka, by upewnić się, że się nie myli. W tym momencie do nozdrzy chłopaka doszedł zapach sosen, tak intensywny, że słowa same mu się wyrwały.
– Pachnie pani sosnami i… żywicą. – Kobieta zaśmiała się.
– To ten fartuszek. Amelia mi go naprawiła i ulepszyła według własnego uznania. Wiem, że się starała i wiem również, że fartuch długo będzie mi służyć, a przy okazji pachnieć. – Pokazała mu małe zawiniątko. Chłopak wziął do ręki materiał. Był lekki, jedwabisty i pachniał sosnami.
– Bardzo piękny i starannie wykonany. Gdzie mógłbym znaleźć tę Amelię? Może i ja bym coś zamówił – powiedział, oddając kobiecie fartuszek.
– Musisz iść cały czas tą ścieżką i za rzeczką skręcić w prawo. Jest tam kilka domostw. Jej ma jasną dachówkę i zielone drzwi, na pewno tam trafisz.
– Bardzo dziękuję za wszelką informację, szanowna pani. – Ujął jej pomarszczoną dłoń, składając na niej pocałunek, po czym ruszył dróżką w wyznaczonym przez starowinkę kierunku. Pani Zofia patrzyła na oddalającą się postać młodzieńca do czasu, aż straciła go z pola widzenia. Dopiero wtedy ruszyła w stronę domu, podśpiewując radośnie i zapominając o chłopaku.
Podróżnik dotarł na miejsce. Jego oczom ukazał domek z charakterystycznymi zielonymi drzwiami. Zapukał w nie mocno i stanowczo, mając nadzieję, że niebawem otworzą się i ujrzy właścicielkę. Niestety drzwi się nie uchyliły. Rozejrzał się dookoła. Okolica była spokojna i cicha. Stały tu zaledwie trzy domy, oddalone od siebie w dostatecznej odległości, by jeden drugiemu nie wchodził w drogę. Zapukał ponownie, jednak efekt był ten sam. Coś mu mówiło, że musi spotkać się z tą dziewczyną i ujrzeć jej prace. Podszedł do jednego z okien i zajrzał przez nie do środka. Jego oczom ukazał się pokoik zawalony materiałem wszelkiej maści. Barwne kolumny kolorowej tkaniny walały się po kątach. Z szuflad wystawały kłębki wełen, nici i wstęg, a tuż przy oknie ujrzał maszynę do szycia. Przez oparcie krzesła przewieszona była flanelowa koszula, cała w plamach od nieznanej mu substancji, zaś po drugiej stronie pomieszczenia rzędem ustawione były manekiny, na których wisiały na wpół gotowe stroje. Chłopak usiłował zobaczyć co kryje się za szafką, która zasłaniała mu widok, gdy usłyszał chrząknięcie.
– Ładnie to tak zaglądać w cudze okna? – Głos wypowiadający te słowa był delikatny i melodyjny, a zarazem w jego tonie dało się wyczuć zdenerwowanie. Podróżnik odwrócił się, a jego oczom ukazała się drobna dziewczyna, z luźno upiętym warkoczem, opadającym jej na ramiona i koszykiem wiklinowym wypełnionym pierzem. 
– Proszę o wybaczenie szanowną panienkę… szukam właścicielki tego domu… wiem, że ma na imię Amelia – powiedział młodzieniec. Dziewczyna przez chwilę przypatrywała się mu, zastanawiając się czy ma od razu zbesztać go za wścibskość, czy pozwolić mu mówić.
– Jeśli nikt panu nie otworzył to znaczy, że właścicielki nie ma w domu, to chyba oczywiste – rzekła. – Ja jestem Amelia. – Dodała po chwili, widząc jak usta chłopaka otwierają się, by coś powiedzieć.
– Nie chciałem być wścibski. Proszę o wybaczenie. – Amelia stała z kamienną twarzą, jednak  po chwili uśmiechnęła się delikatnie.
– Wybaczam tą niezręczność sytuacji. Nigdy panicza tu nie widziałam, jeżeli jednak zna pan me imię to musiał je ktoś panu powiedzieć i chce pan coś zamówić, prawda?
– To była taka starsza pani i miała przedziwny fartuszek… – zaczął.
– Pani Zofia – powiedziała bardziej do siebie niż do chłopaka. – Zatem co miałabym dla pana zrobić?
– Wpierw chciałem się rozeznać… dowiedzieć co można…
– Wszystko – odpowiedziała i uśmiechnęła się do Podróżnika. – Proszę mi wybaczyć czy mógłby mi pan chociaż zdradzić swoje imię? Lubię wiedzieć komu szyję.
– Najmocniej przepraszam… to przez to okno i w ogóle… – Podszedł do Amelii i ujął jej drobną dłoń, składając na niej pocałunek. – Tomas, ale mów mi Tom – odpowiedział.
– Zatem, Tomie, zapraszam do środka – powiedziała dziewczyna, lekko zarumieniona i otworzyła drzwi wejściowe, po czym weszła do środka i gestem zaprosiła chłopaka. Podróżnik poszedł za Amelią, która zaprowadziła go do salonu. – Przepraszam za bałagan – rzekła i wyniosła z pomieszczenia manekina, na którym była suknia balowa. Kiedy wróciła, miała na sobie koszulę, którą Tom widział przez okno, a w dłoni trzymała mały notesik i długopis. Przez ramię przewiesiła sobie miarę krawiecką. Usiadła naprzeciwko chłopaka, obdarzając go serdecznym uśmiechem. Coś w tym uśmiechu urzekło chłopaka. Oto siedziała przed nim drobna postać, która patrzyła z zaciekawieniem wprost na niego. Tylko do niego. Z zamyślenia wyrwał go jej głos.
– Czy chcesz uszyć coś konkretnego? Materiał i wszelkie dodatki będę dobierać według twojego uznania, a przy odrobinie informacji mogłabym dorzucić coś gratis.
– Sam nie wiem. Ujrzałem tą panią z fartuszkiem… to naprawdę wspaniała robota.  Jeszcze nigdy nie widziałem, by ktoś był tak oryginalny i dobry w swoim fachu. Chciałbym coś podobnego.
– Znaczy się, fartuszek? Myślałam, że tylko kobiety lubują się w takich rzeczach, ale jeśli nalegasz… Jaki chciałbyś wzór? Kwiatki? Serduszka? – Tom spojrzał na nią lekko zmieszany, a dziewczyna widząc jego minę wybuchła śmiechem. – Żartowałam – powiedziała. – Proponowałabym jakąś kamizelkęalbo marynarkę. Oczywiście jeśli chcesz.
– Miałem raczej na myśli prezent dla rodziców. Nie przypominam sobie, by mieli w swoich strojach tak oryginalne rzeczy i na pewno byliby zachwyceni.
– Jak sobie życzysz. A co ma być tym prezentem? – Po dłuższej rozmowie przy filiżance herbaty, dziewczyna spisała wszystkie uwagi chłopaka w swoim notesie.Czarna marynarka z czerwonymi akcentami i obszytymi w złotym kolorze guzikami oraz czarne spodnie w kant miały być prezentem dla ojca, zaś dla matki Tom zażyczył sobie długiej, delikatnej, w lekko niebieskim kolorze sukni balowej, która mieniłaby się kolorami tęczy w słońcu. Amelia otrzymała również wskazówki z jakiego materiału mają być uszyte stroje, zaś proponowane przez nią dodatki, miały zostać wykonane wedle jej uznania. To właśnie one najbardziej intrygowały Toma i ciekaw był co z tego wyjdzie. Dziewczyna spojrzała na szybko zapisane punkty i zmarszczyła czoło. Przygryzła koniec długopisu jakby się nad czymś zastanawiała. 
– Nie zrozum mnie źle… – Zaczęła. – Masz dosyć wygórowane wymagania, rzec można iście królewskie zważywszy na kolorystykę oraz materiał z jakiego mam korzystać. Trochę niezręcznie mi to mówić, ale czy aby na pewno stać cię na te stroje? Nie wyglądasz na kogoś, kto śpi na złocie. – Chłopak uśmiechnął się tajemniczo.
– Moja droga. Gdybym nie miał czym zapłacić za wykonaną przez ciebie pracę, to nie prosiłbym o jej wykonanie. O wynagrodzenie nie musisz się bać, za to ja lękam się co wymyślisz. Ciągle przed oczami mam ten fartuszek i nie ukrywam, że nadal czuję zapach sosny. – Tymi słowami wywołał uśmiech na twarzy dziewczyny, która coraz bardziej mu się podobała. Widział jej zaangażowanie w pracy, uczciwość i kreatywność, jednak najbardziej spodobała mu się jej skromność. Nie chwaliła się na prawo i lewo, że potrafi stworzyć coś oryginalnego za pomocą kawałka materiału i nici. Uważała swoją pracę za coś naturalnego i nie czuła potrzeby, by na siłę zachęcać kogoś do zamawiania u niej ubrań. Tom pomyślał, że spotkał na swojej drodze wiele kobiet, ale żadna nie zaintrygowała go tak, jak ta prosta dziewczyna mieszkająca na skraju wsi. Inne wieśniaczki nie miały swoich pasji. Każde zajęcie jakie wykonywały robiły z przymusu, a najczęściej słyszane zdanie to „Gdybym została żoną księcia…”. Temat królestwa i potencjalnego bogactwa przewijał się codziennie przez każdą wieś i miasteczko jakie udało się Tomowi odwiedzić. Jakby nie liczyło się na świecie nic oprócz złota i władzy. Robiło mu się niedobrze na samo słowo „królestwo”. Czuł się jak odludek, gdzie wszyscy zainteresowani byli tym co dzieje się na dworze, a on sam jak palec nie miał najmniejszej ochoty tego słuchać. Wszystko zmieniło się, gdy przypadkiem trafił na panią Zofię, a ta pokierowała go wprost pod drzwi Amelii. Dziewczyny, która ani słowem nie wspomniała o dworze króla Alberta. Z rozmyślań wyrwał go głos młodej krawcowej, która machała przed jego twarzą dłonią.
– Tom, słyszysz?
– Przepraszam, zamyśliłem się. Mogłabyś powtórzyć?
– Mówiłam, że będziesz mógł odebrać stroje mniej więcej za dwa miesiące. Czy nie będzie to dla ciebie zbyt długi okres oczekiwania?
– Skądże! – Zaprzeczył chłopak. – Jeśli przez ten czas będę mógł cię odwiedzać, to będzie to dla mnie sama radość.
– Dobrze. –Zgodziła się Amelia. – Tylko zważaj na co się piszesz. Często chodzę po bagnach i nie zawsze wyglądam jakbym była zdrowa na umyśle. Pani Zofia opowiedziałaby ci na ten temat znacznie więcej.
– Z wielką radością dotrzymam ci towarzystwa zarówno tutaj, jak i na bagnach lub gdziekolwiek indziej, a i panią Zofię rad byłbym poznać bliżej.

***
Kiedy Tom wyszedł z chatki Amelii, było już ciemno. Dziewczyna podziękowała mu za towarzystwo i obiecała uszyć stroje najszybciej jak potrafi. Dawno nie spędziła tak miłego wieczoru. Z uśmiechem na twarzy przeszła do pomieszczenia, w którym jeden z manekinów odziany był w niedokończoną suknię balową i zabrała się do  jej wykańczania. Miała cichą nadzieję, że Podróżnik pojawi się na balu i będzie mogła spędzić z nim więcej czasu. Ostatnie piórko z wiklinowego kosza zniknęło długo po północy.
Kolejne dni minęły Amelii bardzo pracowicie. Szyła ubrania dla ludzi ze wsi, dokańczała ostatnie detale przy swojej sukni i z pełnym zaangażowaniem pracowała nad zamówionymi przez Toma strojami. Wieczory spędzała w jego towarzystwie. Chłopak starał się przychodzić codziennie, ale bywały dni, że pojawiał się raz lub dwa razy w tygodniu. Pomagał dziewczynie zbierać przeróżne rośliny w lesie i na łące, zadawał jej setki pytań odnoście pracy jaką wykonuje, a ona cieszyła się, że tak bardzo go to interesuje. Oboje czuli się dobrze w swoim towarzystwie i coraz bardziej się przed sobą otwierali. 
Tydzień przed balem, Amelia ukończyła swoją suknie. Razem z Tomem siedziała w salonie i patrzyła na swoje gotowe dzieło. 
– Piękna – powiedział, patrząc na nią. – Będziesz cudownie w niej wyglądać na balu. Być może się zjawię – rzekł tajemniczo i uśmiechnął się do dziewczyny. – Niestety nie mogę ci powiedzieć wszystkiego co bym chciał, ale jeśli pojawię się na balu to zapewniam cię, że dowiesz się o mnie wszystkiego.
– Jesteś bardzo tajemniczy – powiedziała Amelia.
– Tajemnica to moje drugie imię. Mam tylko nadzieję, że to co będę chciał ci powiedzieć nie sprawi, że uciekniesz jak najdalej ode mnie. – Chłopak zachowywał się dziwnie i Amelia czuła, że coś przed nią ukrywa, ale nie wiedziała co. Tom wstał i składając pocałunek na czole dziewczyny pożegnał się z nią. Młoda krawcowa odprowadziła go do drzwi, które zamknęły się za nim z cichym kliknięciem. Została sama. Ze swoją suknią i perspektywą nadchodzącego balu.
***
W sąsiedniej chacie młoda dziewczyna, której krótkie, czarne włosy opadały na czoło patrzyła przez okno na wychodzącego z domu Amelii Podróżnika. Nie pierwszy raz widziała, jak chłopak opuszcza mieszkanie jej sąsiadki i miała nieodparte wrażenie, że skądś go zna. 
– Mamuśka! – zawołała. – Chodźże tu prędko! – Niebawem obok córki zjawiła się szczupła kobieta z przenikliwym i zaciekawionym wzrokiem. Miała równie czarne włosy jak dziewczyna, spięte w  elegancki kok, z którego uciekło kilka poskręcanych kosmyków. –Kimże on jest? – zapytała. Kobieta spojrzała na Podróżnika, który zbliżał się do ich chaty. Jedynie przechodząc obok ich domu mógł dostać się do mieszkania Amelii. Nie założył jeszcze kaptura dzięki czemu kobieta przyjrzała się uważnie jego twarzy. 
– Wygląda na łachmytę, ale gdyby nim był to nie przypominałby mi kogoś – powiedziała. – Z resztą ta cała pani Zofia też jest wieśniaczką jakich mało, a ta dziewucha się z nią trzyma. Jaka kara nas spotkała, by mieszkać koło takiej dziwaczki, co do domu nawet świnię by wprowadziła – dodała kobieta i odeszła od okna. Córka spojrzała na nią z zaciekawieniem. – Za tydzień bal. Jestem przekonana, że mamy najpiękniejsze suknie w całej okolicy. Już ja się postaram, żeby książę Maksymilian zwrócił na ciebie uwagę. Nie cofnę się przed niczym, by moja jedyna córeczka dostała to co najlepsze.
– Och, mateńko! – zawołała dziewczyna i przytuliła się do niej. Wiedziała, że kto jak kto, ale jej matka nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć to czego chce.

***
Pani Zofia otworzyła zielone drzwi, prowadzące do domu Amelii Jej oczy skrzyły się z podekscytowania.
– No wyjdźże kochanieńka! Niech no cię ujrzy świat! – Ponaglała ją starowinka. Dziewczyna powoli przekroczyła próg domu. Oblana rumieńcem stanęła przed panią Zofią ubrana w pierzastą biel. Suknia balowa skrzyła się w słońcu od wszytych błyskotek, a starannie doczepione do niej piórka lekko falowały na wietrze. Długie blond włosy opadały na jej nagie ramiona. Wyglądała nie jak wieśniaczka, a jedna z dam dworu, na który właśnie się wybierała. 
– Moja piękna – powiedziała jedynie starowinka, bo nic innego nie była w stanie powiedzieć. Amelia uśmiechnęła się zawstydzona. Chwilę później pod jej dom nadjechał powóz. – Baw się dobrze, moja droga.
– Obiecuję, że będę się świetnie bawić. –Amelia wsiadła do powozu, gdzie siedziała jej sąsiadka wraz z córką. Obu paniom dziewczyna również uszyła suknie, takie jakie chciały. Starsza z kobiet – pani Kornelia, ubrana była  w krwiście czerwoną suknie, z głębokim dekoltem i rękawami w trzy czwarte. Strój był prosty, ale rzucający się w oczy. Jej córka – Marta, zażyczyła sobie czarną suknię, której dół z przodu sięgał powyżej kolan, zaś tył lekko ciągnął się po ziemi.  W pasie mieniły się sporych rozmiarów diamenciki, a w krótkich czarnych włosach miała wpięte złotą spinkę. Obie panie z zainteresowaniem przyglądały się dziewczynie, która machała pani Zofii na pożegnanie. 
– Dzień dobry. – Przywitała się, kiedy starowinka zniknęła jej z zasięgu wzroku.
– Dzień dobry, droga sąsiadko – zaszczebiotała matka Marty ze sztucznym uśmiechem.
Gdy tylko kobiety dojechały na dwór króla Alberta i wyszły z powozu, pani Kornelia odciągnęła na bok swoją córkę.
– Widziałaś, jak ona wygląda? Ta wieśniaczka myśli, że w tych swoich piórach zwróci uwagę księcia – syknęła, mrużąc wściekle oczy. To ty masz być królową tego balu, rozumiesz? Musimy koniecznie odszukać księcia zanim ta… ta… zanim on ją zobaczy – powiedziała i ciągnąc Martę za sobą, przekroczyła próg zamku.

***
Amelia na balu bawiła się przednio. Nie odmawiała nikomu tańca, a jej suknia robiła furorę wśród zebranych. Pani Kornelia obserwowała ją zazdrosnym wzorkiem i z minuty na minutę coraz bardziej się denerwowała. Król ogłosił, że jego syn nie pojawi się na balu, więc pani Kornelia krótko przed północą chciała wrócić do domu. Już miała zabrać Martę i wyjść, gdy go ujrzała. Opierał się o balustradę na piętrze i patrzył wprost na Amelię. Kobieta poznałaby księcia z daleka i fakt, że wpatrywał się jak urzeczony w jej sąsiadkę, całkiem wyprowadził ją z równowagi. To spojrzenie wystarczyło, by była przekonana o tym iż książę oniemiał na widok dziewczyny. Koniecznie musiała coś zrobić, by ta dwójka nie przypadła sobie do gustu. Młodzieniec nie wyjdzie do poddanych, zatem miała czas do kolejnego balu, by obmyślić plan, jak zwrócić na siebie i swoją córkę uwagę księcia albo… jak pozbyć się sąsiadki.

***
Podróżnik zjawił się u dziewczyny trzy dni po balu. Przeprosił ją, że nie mógł się pojawić na przyjęciu, ale zatrzymały go ważne sprawy rodzinne. Amelia tak jak wcześniej pani Zofii, opowiedziała Tomowi wszystko ze szczegółami, zaś on słuchał jej z zainteresowaniem. Dopiero gdy miał opuścić jej dom, oznajmiła, że ukończyła stroje jakie zamówił. To co ujrzał przekroczyło jego najśmielsze oczekiwania, zwłaszcza suknia dla jego matki. Wyglądała niczym wyrzeźbiona w krysztale, a materiał był tak miękki i delikatny w dotyku, że Podróżnik bał się chwycić go mocniej.
– Nie wiem, co powiedzieć – rzekł oniemiały z zachwytu.
– Wystarczy, że zapłacisz mi za wykonaną pracę – odpowiedziała dziewczyna.
– Nie byłem przygotowany na dzisiaj, jednak mogę dostarczyć pieniądze jutro, jeśli nie sprawi ci to problemu.
– Zatem jesteśmy umówieni – odpowiedziała dziewczyna, uśmiechając się szeroko. Oboje posiedzieli jeszcze przez chwilę, po czym Podróżnik pożegnał się z Amelią i poszedł. Jej sąsiadka Marta znowu siedziała przy oknie i obserwowała okolicę. Kiedy zobaczyła Toma, natychmiast zawołała swą matkę. Ta przyjrzała się ponownie młodzieńcowi i coraz bardziej była przekonana, że już go gdzieś widziała. Pełna rezygnacji miała się poddać, gdy nagle ją olśniło.
– Czyżby… – Zaczęła, jednak nie dokończyła. Chwyciła swoją córkę mocno za ramiona i potrząsnęła nią, jakby nic do niej nie docierało. – Już wiem! – krzyknęła. – To ci niespodzianka! To ci dopiero bezczelna smarkula!!! Trzeba się jej pozbyć! – Szybkim krokiem przeszła się przez cały pokój, by stanąć przy drzwiach z triumfalną miną. – Mam plan, a gdy go wykonam, Amelia nie będzie dla ciebie żadnym zagrożeniem. Tak, córeczko! Mamusia utoruje ci drogę do księcia! – Mimo że Marta nie miała zielonego pojęcia, co ma na myśli jej rodzicielka, uśmiechnęła się na samą myśl, że dzięki niej zostanie żoną księcia. Z niecierpliwością wyczekiwała dnia, gdy jej matka wprowadzi tajemniczy plan w życie.

***
Dzięki pomocy pani Zofii, Amelii udało się przygotować wszystkie materiały potrzebne do uszycia nowej sukni balowej w jakiej miała pójść na kolejne przyjęcie. Nie marnując czasu, od razu zabrała się za tworzenie kreacji, zaś staruszka służyła dziewczynie pomocą kiedy tylko mogła. Sam fakt, że Amelia mogła skorzystać z jednego z pomieszczeń jej domu był dla niej niczym dar z niebios. Suknia jaką chciała stworzyć, miała być rozłożysta na samym dole, tak, by jej materiał ciągnął się po ziemi. W jej małej chatce nie starczyłoby na to miejsca. Całymi dniami przesiadywała w domu pani Zofii i nie wyściubiała nosa po za pomieszczenie w jakim postanowiła pracować nad swoim strojem. Pozostało jedynie nadanie koloru sukni, jednak na to nie starczyło już sił przepracowanej dziewczynie. 
– Dziecko. Ta suknia już jest piękna… Jeszcze nigdy nie widziałam, by ktoś był tak kreatywny, tak oryginalny, tak… Wróć do domu i prześpij się. Jesteś wykończona, pracujesz całymi godzinami, a do balu zostało przecież tyle dni. Możesz przyjść jutro i wtedy obsypiesz materiał sukni, czym tylko zechcesz, ale teraz serce mnie się kroi, gdy tak na ciebie patrzę. – Pani Zofia obawiała się, że Amelia jej nie posłucha i te ostatnie kosmetyczne poprawki będzie chciała dokończyć jeszcze dziś, jednak dziewczyna wstała z klęczek, otarła rękawem pot z czoła i uśmiechnęła się nieznacznie do staruszki.
– Ma pani rację. Wrócę jutro i dokończę suknię. Dzisiaj padam z nóg. Jeszcze raz dziękuję, że użyczyła mi pani jednego ze swoich pokoi do pracy nad tą suknią.
– Ach, chociaż tak mogłam ci się odwdzięczyć za te wszystkie przepiękne fartuszki, a teraz zmykaj kochanieńka do siebie. Zobaczysz, że sen dobrze ci zrobi i jutro wypoczęta zakończysz pracę. – Amelia pożegnała się z panią Zofią i wyszła z jej domu, biorąc głęboki wdech. Chłodne powietrze trochę ją orzeźwiło i przez chwilę chciała nawet wrócić, jednak uznała, że staruszka ma racje. Sen dobrze jej zrobi. Z myślami pogrążonymi pod fałdami prześcieradeł i koców, ruszyła w drogę powrotną do domu, jednak zamiast dobrze sobie znanej chatki, ujrzała słup ognia. Z przerażeniem w oczach czym prędzej pobiegła w stronę palącego się domu, którego ogień trawił już dach i przednią ścianę mieszkanka. Dopiero po chwili ujrzała, jak dużo ludzi znajduje się obok i usiłuje ugasić pożar. 
– Moje stroje! – krzyknęła zrozpaczona. Chciała wbiec do chatki i uratować co się da, gdy ogień buchnął przez jedną z szyb, tłukąc ją na malutkie kawałeczki. W ostatniej chwili jeden z jej sąsiadów uchronił ją od poparzenia.
– Za późno Amelko! – krzyknął jedynie, próbując przekrzyczeć innych ludzi, którzy biegali z wiaderkami wody. – Pomóż nam gasić pożar, może coś uda nam się uratować! – Nie trzeba było mówić tego dziewczynie drugi raz. Razem z innymi biegała z wodą i zalana łzami oblewała go, modląc się w duchu, by chociaż rodzinne pamiątki pozostały nietknięte. Po chwili, która zdawała się być wiecznością przybyła straż pożarna i to dzięki niej udało się ugasić płomienie. Dom był w opłakanym stanie. Tuż przy drzwiach ziała wielka dziura, przez którą spokojnie można było wejść do środka, dach zapadł się, jakby niedługo miał cały runąć i nie wiadomo było, co dziewczyna zastanie w środku. Ludzie, którzy przyszli z pomocą powoli oddalali się do swoich domów, składając Amelii najszersze wyrazy współczucia. Jeden ze starszych panów podszedł do załamanej i jeszcze nie dowierzającej krawcowej.
– Masz gdzie się podziać? Moja chata może i mała, ale znajdzie się w niej miejsce dla ciebie.
– Dziękuję… mam gdzie mieszkać, proszę się o mnie nie martwić – odpowiedziała. Mężczyzna wzruszył ramionami i tak jak pozostali odszedł, pozostawiając dziewczynę samą. Amelia patrzyła na to, co zniszczył ogień. Bała się wejść do środka. Kiedy w końcu postanowiła przekroczyć próg swojego domu, usłyszała głos swojej sąsiadki.
– Amelio kochana, nie ma sensu tam dziś wchodzić. Jest już ciemno i tak nic tam nie zobaczysz. Przenocuj w moim domu, a jutro razem pójdziemy i sprawdzimy co się uchowało. 
Pani Kornelia stała nieopodal i gestem zapraszała do siebie dziewczynę. Propozycja była kusząca. Zmęczona Amelia na nic nie miała siły, a zderzenie z przykrą rzeczywistością, jeszcze bardziej by ją dobiło. Z głową opuszczoną w dół, podeszła do pani Kornelii, która objęła ją w pasie i zaprowadziła do swojego domu.
Kiedy tylko dziewczyna znalazła się w ciepłym pokoju i położyła się na łóżko zasnęła jak kamień. Przebudzona wdzierającym się do pomieszczenia słońcem, wstała i przetarła swoje napuchnięte od płaczu oczy. Zdarzenia minionego wieczoru dopiero docierały do jej umysłu, a gdy całkiem oprzytomniała, wstała chcąc niezwłocznie zobaczyć swój dom. Podeszła do drzwi z zamiarem otworzenia ich, jednak te były zamknięte. Zdziwiona pociągnęła za klamkę mocniej, jednak to nie poskutkowało. Była zamknięta. Spojrzała przez okno i dopiero wtedy zobaczyła, że umieszczone są w nim kraty. Myśl jaka przebiegła przez jej głowę była zatrważająca.
– Pomocy! – krzyknęła. Niespełna minutę później usłyszała, jak ktoś się zbliża. 
– Nie wydzieraj się tak smarkulo. Nikt prócz mnie i mojej córki cię nie usłyszy. – To był głos pani Kornelii. Amelia nic z tego nie rozumiała. Dlaczego kobieta ją uwięziła? Usłyszała szczęk otwieranych drzwi i jej oczom ukazała się jej sąsiadka. W wytwornej sukni stanęła w progu i popchnęła dziewczynę, tak że upadła na podłogę. Z uśmiechem na twarzy postawiła tuż przed nią talerz z jedzeniem i wyszła zamykając za sobą drzwi. Amelia nie zdążyła do nich dobiec. Już była zamknięta. – Smacznego. Ażeby ci w gardle stanęło… kochanieńka. – Próbowała udawać głos pani Zofii, po czym z mrożącym krew w żyłach śmiechem oddaliła się.
Od zniknięcia Amelii minęły dwa tygodnie. Zarówno pani Zofia jak i Podróżnik zaczęli się o nią martwić i żadne z nich nie wiedziało gdzie jej szukać. Dzień po pożarze, starsza pani poszła odwiedzić dziewczynę, która nie zjawiła się u niej do południa, a kiedy zobaczyła dom, wbiegła do niego, by sprawdzić, czy nie znajdzie tam nieżyjącej dziewczyny. Chatka była pusta, co podniosło ją na duchu, jednak gdzie zatem podziała się Amelia? Nikt nie wiedział gdzie dziewczyna udała się po ugaszeniu pożaru. Mężczyzna, który proponował jej nocleg, zapewniał panią Zofię tysiąckrotnie, że młoda krawcowa mówiła, że ma gdzie zamieszkać, więc tak jak reszta oddalił się z miejsca wypadku. Amelia przepadła.

***
Tom nie potrafił skupić się na niczym. Ciągle zastanawiał się gdzie podziała się Amelia. Gdy ujrzał jej dom, jego serce podskoczyło mu do gardła. Obawiał się najgorszego, ale nie zastał w niezdatnej do mieszkania chatce dziewczyny. Każda czynność jaką wykonywał nie sprawiała mu radości. Był rozdrażniony, wiecznie zamyślony i ciężko było się z nim dogadać. Jedyną nadzieją na odnalezienie Amelii było odkrycie wszystkich kart, a tego nie chciał robić. Niestety nie pozostało mu nic innego. Postanowił, że następnego dnia odwiedzi panią Zofię i powie jej to, co zamierzał wyjawić Amelii.
Starowinka kiedy tylko usłyszała pukanie do drzwi, szybkim krokiem poszła je otworzyć. W progu ujrzała młodego mężczyznę, któremu towarzyszyło dwóch rycerzy.
– Pani Zofia, czy tak? – Kobieta ujrzawszy młodzieńca klęknęła przed nim pokornie.
– Miłościwy książę! – zawołała. – Czym mogę służyć? – zapytała, nie podnosząc wzroku. Książę pochylił się nad kobietą i pomógł jej wstać. Pani Zofia cała drżała.
– Potrzebuję pomocy, wielmożna pani, a tylko pani może mi pomóc. Czy możemy wejść?
– Oczywiście! Proszę, proszę! – Zaprosiła przybyszy do środka i zamknęła za nimi drzwi. 
To właśnie wtedy starsza pani dowiedziała się całej prawdy. Tak naprawdę Podróżnik był księciem. Chłopak opowiedział kobiecie ze szczegółami, jak podróżował po wsiach, podsłuchiwał ludzi, słuchał jakie mają problemy, w czym trzeba im pomóc, a przy okazji szukał swojej drugiej połówki. To właśnie dzięki pani Zofii odnalazł Amelię, która od pierwszej chwili zawróciła mu w głowie, a teraz przepadła i nikt nie wiedział, gdzie jej szukać.
– Musze ją znaleźć, chociażbym miał przeszukać cały kontynent, jednak boję się jej reakcji, gdy dowie się o mnie tego co pani teraz. – Zakończył swoją przemowę.
– Amelia z pewnością kocha pana jako człowieka, a nie pański dobytek, ale co my możemy zrobić… – Westchnęła starowinka. Było widać, że porzuciła wszelką nadzieję, na odnalezienie dziewczyny. Wtenczas książę uśmiechnął się.
– Zrobimy to, co każdy zastępca władcy ma prawo zrobić. Przeszukamy każdy dom.
Tak też się stało. Pani Zofia wraz z księciem i jego dwoma rycerzami, pukała do drzwi każdego z domostw i szczegółowo przeszukiwała kąty chałup. Wieśniacy chcieli czy nie, z rozkazu księcia musieli wpuścić go do środka, jednak w żadnym z domów nie odnaleźli Amelii. Wieść o poszukiwaniu dziewczyny rozniosła się w zastraszającym tempie i kiedy tylko informacja doszła do uszu pani Kornelii, kobieta upewniwszy się, że powzięła wszelkie środki ostrożności, czekała na przybycie księcia. Słysząc pukanie do drzwi, przybrała minę niewiniątka i otworzyła je.
– W imieniu księcia Maksymiliana, mamy rozkaz przeszukać pański dom w celu odszukania krawcowej Amelii – rzekł jeden z rycerzy, po czym odsunął panią Kornelię od drzwi, przepuścił w nich księcia i staruszkę, po czym dopiero zezwolił właścicielce pójść w ślad za nimi. Maksymilian obejrzał wnętrze domu. Było zadbane i przytulne. Nie spodziewał się, że odnajdzie w nim dziewczynę. Razem z towarzyszami przeszukali każdy kąt domu, zaś podenerwowane pani Kornelia oraz Marta chodziły za nimi jak cień, modląc się, by nie zauważyli wejścia do piwnicy ukrytego pod dywanem. 
Wtem do drzwi domu ktoś zapukał i w progu pojawił się mężczyzna. Wlazł do środka jak do siebie, stanąwszy przy wejściu do piwnicy z dużym workiem.
– Ziemniaki przyniosłem. Władować do spiżarni? – Nie czekając na odpowiedź osłupiałej kobiety, odsunął dywan i otworzył przejście na dół. Książę wymienił spojrzenia ze swoimi rycerzami.
– Tam nic nie ma – powiedziała szybko pani Kornelia. – To tylko spiżarnia.
– Sprawdzimy to – odpowiedział jeden z rycerzy. Książę wszedł do środka jako pierwszy. Na końcu ciemnego korytarza ujrzał drzwi, w których zamku wisiał klucz. Ostrożnie przekręcił je i uchylił przejście. Jego oczom ukazała się skrępowana dziewczyna, z oczami wypełnionymi łzami. Na ramionach miała sińce, a wyraz jej twarzy zmroził mu serce.
– Amelio! – zawołał i podbiegł do dziewczyny. Była słaba i z ledwością widziała kontury osoby, która się do niej zbliżyła.
– Tom? – spytała cicho.
– Boże… jak się cieszę, że żyjesz… – Z pomocą rycerzy uwolnił Amelię i przytulił do siebie. 
– Na mocy prawa danego mi przez mojego ojca, króla Alberta, skazuję was na więzienie, do chwili kiedy król będzie mógł was sprawiedliwie osądzić. Nie godzi się więzić drugiego człowieka! – Zagrzmiał jego głos. Jeden z rycerzy podszedł do kobiet i mocnym uściskiem chwycił je za ramiona i wyprowadził z domu. Tymczasem Maksymilian zwrócił się do Amelii.
– Wszystko będzie dobrze…
– Będzie dobrze – powtórzyła dziewczyna i zemdlała.

***
Amelia obudziła się w ogromnym łożu z baldachimem w pięknej komnacie. Obok ujrzała panią Zofię, która przyglądała jej się ze zmarszczonym czołem.
– Obudziłaś się, dziecko moje kochane – powiedziała i ścisnęła dłoń młodej krawcowej. 
– Gdzie ja jestem? Co się stało?
– Ach. – Westchnęła starowinka.  – To długa historia. – Dodała, ale rozpoczęła opowieść. Powoli opowiedziała wszystko, co miało miejsce od chwili, gdy spotkała księcia po raz pierwszy. Kiedy zakończyła swoją opowieść, spojrzała z niepokojem na dziewczynę.
– Czyli Tom, to tak naprawdę… książę?
– Tak – odpowiedziała pani Zofia. Przez chwilę obie milczały.
– A moja suknia?! Kiedy bal?! Czy ona…
– Wszystko na ciebie czeka. – Zapewniła ją starowinka i uśmiechnęła się do młodej dziewczyny. Wiedziała już, że Amelia uwierzyła w każde jej słowo i nie ma zamiaru uciekać przed księciem, którego pokochała, znając go jako zwykłego, szarego człowieka. 
Kiedy tylko dziewczyna wydobrzała, chciała wrócić do domu. Nie była tam od felernego dnia, kiedy cały jej dobytek pochłonął ogień. Wraz z panią Zofią oraz Maksymilianem, który uparł się, że będzie im towarzyszyć ruszyli do wsi, gdzie mieszkała Amelia. Dziewczyna ostrożnie podeszła do swojego domu. Nie opłacało się wchodzić do niego drzwiami, które ledwo trzymały się na zawiasach. Weszła do środka przez ziejącą obok dziurę wprost do swojej pracowni. Wszystkie materiały jakie miała, były nadpalone lub całkiem spopielone. Każda z szuflad pootwierana, wystawały z nich strzępki materiałów, upchane na siłę. W sypialni zastali totalny syf. Złota narzuta miała ślady ubłoconych butów, każda szafka była otwarta, a na podłodze leżały odłamki sypiącego się sufitu i skrawki materiałów. Dziewczyna podeszła do jednej z komód. W jednej z szuflad miała ukryty kuferek. Drżącą ręką otworzyła go, po czym wypuściła głośno powietrze. W środku znalazła nie naruszone, pożółkłe zdjęcia swojej rodziny. To właśnie na tych zwykłych, ale jakże cennych rzeczach najbardziej jej zależało. Wszystkie pamiątki rodzinne, włożyła z powrotem do kuferka i zabrała ze sobą. Opuszczając dom, obejrzała się za siebie ostatni raz, po czym wraz z panią Zofią i Maksymilianem poszła do mieszkania starszej pani. Książę spędził z nimi popołudnie, przeprowadzając z paniami rozmowę na temat tego, co się wydarzyło.
– Mój ojciec nie odwoła jutrzejszego balu. To właśnie na nim chciałem oznajmić wszystkim, że wybrałem sobie ciebie za żonę. – Zwrócił się do dziewczyny, która oblała się rumieńcem.
– Będę gotowa, tylko muszę ukończyć suknię. Pozwól mi tą ostatnią noc spędzić u pani Zofii.
– Jak sobie życzysz, moja droga. Czy mogę cię wypatrywać na jutrzejszym balu?
– Jak najbardziej – odpowiedziała dziewczyna i uśmiechnęła się do księcia. Kiedy tylko się pożegnali, Amelia zabrała się do pracy. Pozostało jej jedynie nadać barwę swojej sukni. Stanęła przed manekinem, na którym wisiał jej strój, zaś pani Zofia podała jej kubełek, w którym dziewczyna miała przygotowaną substancję, którą ubarwi materiał. Chwyciła pędzel i mocząc go w złotym płynie, delikatnie zaczęła smarować nim suknię, wykonaną z pajęczych nici, które utwardziła żywicą i bezbarwnym klejem. Złocisty płyn wtapiał się w delikatne nitki, nadając sukni cudowną złotą barwę. Cały proces trwał nie więcej niż godzinę, zaś efekt końcowy był oszałamiający. Amelia odłożyła pędzel na miejsce i spojrzała na swój strój. 
– Gotowa – powiedziała. Pani Zofia uściskała młodą krawcową.
– Moje kochane dziecko – rzekła jedynie starsza pani, bo na nic więcej nie mogła się zdobyć.
Następnego dnia odbył się bal.  Książę siedział obok swoich rodziców, którzy wiedzieli tylko, iż dziś ujrzą synową. Gdy Amelia pojawiła się na balu, nie mieli żadnych wątpliwości, że to właśnie o nią chodzi. Ludzie schodzili jej z drogi. Ze spuszczoną głową szła przed siebie w kierunku podestu, na którym zasiadał władca z małżonką oraz Maksymilian. Pani Zofia towarzyszyła jej przez cały czas. Dziewczyna uniosła wzrok i oniemiała. Król i królowa odziani byli w stroje, które sama uszyła na prośbę Maksymiliana. Pamiętała tę chwilę jak dziś, kiedy to będąc przekonana, że rozmawia ze zwykłym wieśniakiem, przyjmowała zlecenie od chłopaka na te stroje. Łza zakręciła się jej w oku, ale opanowała wzruszenie. Książę wstał i chwycił dziewczynę za rękę, po czym poprowadził przed oblicze króla.
– Ojcze mój i królu, to kobieta, którą chciałbym pojąć za żonę – powiedział. – Czy zechciałbyś nas pobłogosławić? – W sali zapanowała cisza. Król Albert wstał.
– Czy ty, młoda damo również tego pragniesz? – Amelia potwierdziła jedynie skinieniem głowy. – Zatem błogosławię wam moje dzieci. Macie moje całkowite poparcie – rzekł król, po czym w pomieszczeniu zapanowała wrzawa. Ludzie świętowali do białego rana, a kiedy władca ogłosił zakończenie przyjęcia w końcu mógł na spokojnie porozmawiać z synem i jego przyszłą żoną. Oboje opowiedzieli mu jak się poznali i gdzie książę odnalazł dziewczynę, gdy spłonął jej dom. Król musiał osądzić panią Kornelię oraz jej córkę, a także zadecydować co zrobić z dawnym domem Amelii. Dziewczyna nie chciała go opuszczać tak samo jak nie chciała rozstawać się z panią Zofią. Król Albert doskonale rozumiał rozterki młodej krawcowej, dlatego nakazał odbudować chatkę dziewczyny, zaś pani Zofii dał zezwolenie na odwiedzanie dziewczyny w dworze, a także możliwość zamieszkania w nim. Starsza pani niezmiernie ucieszyła się z tej informacji. Traktowała Amelię jak własną wnuczkę i chcąc być jak najbliżej niej, postanowiła wprowadzić się na dwór, dom zaś wynająć. Amelia nadal szyła dla ludzi. Swoją chatkę przeobraziła w pracownię i każdy mógł przyjść do przyszłej księżniczki zamówić dla siebie ubranie. Maksymilian z dumą patrzył na swoją wybrankę, która z zaangażowaniem zabierała się do pracy, jakby zmiana statusu z wieśniaczki na księżniczkę nie zmieniała praktycznie nic. Uniósł miarę krawiecką i podał ją Amelii.
– Na miarę księżniczki – szepnął jej do ucha. To zdanie było najpiękniejszym jakie dziewczyna słyszała z ust Maksymiliana za każdym razem, gdy uśmiechnięty od ucha do ucha odwiedzał ją w pracowni. Widział ile radości sprawia jej szycie dla poddanych i nie zamierzał tego zmieniać, chyba że Amelia sama o tym zadecyduje. Zarówno on jak i jego rodzice ogromnie się cieszyli, że dziewczyna pojawiła się w ich życiu, zaś pani Zofia i wieśniacy nie mogli wymarzyć sobie lepszej księżniczki.

Andrzej Michał 
„Moja Lotaryngia” 

Wiruje przestrzeń, wiruje czas, koło historii unosi nas. Jestem tam wśród nich i tu, pośród was.
Minęło dokładnie sto lat od chwili, kiedy pierwszy raz znalazłem się dokładnie tu oto w tym miejscu.
I natychmiast, by nie było żadnych nieporozumień, wyjaśnię kwestię mego wieku; nie jestem wcale ponad stuletnim matuzalemem a tylko, tak samo jak kiedyś, tak i dzisiaj mam lekko ponad czterdziestkę. Dla mężczyzny wiek to idealny, nie za dużo i nie za mało, tak w sam raz.
W podobnym wieku był pewien Francuz ze stolicy Lotaryngii, pięknego miasta Metz, kiedy w połowie dziewiętnastego wieku zawitał przypadkiem do Zagłębia Dąbrowskiego i uwiedziony jego niezaprzeczalnymi walorami, postanowił zainwestować tu swe pieniążki.
Wykupił ów Lotaryńczyk od jednego Polskiego Hrabiego niezły kawał gruntu, pod którym znajdowały się ogromne pokłady „czarnego złota”, czyli węgla kamiennego.
Kopalnia powstała szybko, może nawet za szybko, przy jej budowie straciło życie kilkadziesiąt osób a tych z utraconym zdrowiem nikt nie zliczy, ale to nie było ważne. Liczyły się tylko zyski. A te były ogromne. Wszak węgiel sprzedawał się znakomicie na całym świecie. 
Przy tak ogromnym kapitale nasz Lotaryńczyk, wzorem miast przemysłowych Anglii i Francji postanowił zbudować tuż obok hutę żelaza, oraz koksownię. 
Stal wytapiana w Zagłębiu należała do najlepszych na świecie, nie było problemów z jej zbytem. 
Majątek Lotaryńczyka przyrastał z dnia na dzień, przekraczając wszelakie normy przyzwoitości. To i wydatki zdawało się musiał mieć spore? Nic z tych rzeczy. Pan Mortimer – tak się ów Francuz nazywał, był nadzwyczaj skromnym człowiekiem. Wiódł on prywatnie niezbyt wystawne życie a całą niemalże zarobioną fortunę inwestował dalej w swe przemysłowe imperium.
Wyjątek stanowiło cztery hektary w tak zwanej „zielonej dolinie”, położonej pomiędzy jego kopalnią a hutą, gdzie sprowadzeni z Francji architekci zbudowali gustowny pałacyk, co ciekawe w stylu, nie rodem z Lotaryngii a raczej z położonej nad oceanem Bretanii. Ogród okalający pałacyk, też raczej, nie przypominał ogrodów Wersalu a wypisz wymaluj był to typowy park w stylu angielskim. Z wyspą na środku stawu, gdzie prowadził gustowny mostek a pod nim łagodnie przepływały białe łabędzie z sobie tylko znaną gracją. 

Dziś w połowie drugiego dziesięciolecia, dwudziestego pierwszego wieku stąpam już tylko po zgliszczach minionej świetności, rozbitym szkle i zapuszczonym parku, kiedyś zielona rajska wyspa pośród przemysłowego przedmieścia Sosnowca, obecnie zapuszczone śmietnisko, którym nikt się specjalnie nie interesuje a pałacyk to rudera z dziurawym dachem, pękającymi ścianami, trzeba sporo odwagi, by wejść do jego środka. 
Wilgoć, wszędzie wilgoć, wita mnie wilgoć i stare objedzone przez myszy skórzane damskie buty, może mają ze sto lat? 
Zaglądam do pomieszczenia, w którym sto lat temu był gabinet, obecnie stoi tam rozwalone łóżko, pokryte wszechobecnymi pajęczynami. Nawet nieźle to wygląda, niczym z tandetnych filmów grozy. Jeżeli w gabinecie znalazło się łóżko, to ciekawe, co znajdę w sypialniach na piętrze? Może biurko a w nim skarby. 
O dziwo, schody zachowały się na tyle dobrze, iż bez uszczerbku na zdrowiu mogę dotrzeć do pokoju, w którym przed stu laty mieszkałem czas jakiś. Znowu rozwalone łóżko, pajęczyny no i dla odmiany rozwalona komoda, z której „wygląda” stara czarnawa pościel, otwieram jedną z szuflad i natrafiam na stare zdjęcia. Na których dawno zmarłe postacie spoglądają na mnie swym wyblakłym wzrokiem, to rodzina Mortimerów, potężny ród, który jednak zaginął w otmętach historii.
Na parapecie leży stara książka, boję się wziąć ją do ręki, by się nie rozsypała. Jej tytuł daje mi do myślenia; „The Uninvited”. Czyżbym ja też był tutaj, tym nieproszonym gościem? Na wszelki wypadek zabieram się do wyjścia, chcę tylko jeszcze zajrzeć do salonu i kuchni. Tam obijam się o stary rower, dziwne? Że go nie wyniósł gang złodziei złomu, podobnie jak mosiężnej płyty kaflowego pieca, zardzewiałych żelazek z duszą i tego wszelkiego żelastwa się wokół walającego, takiego jak ta stara szalkowa waga, można ją przecież sprzedać na giełdzie staroci, podobnie jak ten ponad stuletni malowany dzbanek, zachowany w całości wraz z miseczką.
Muszę stąd wyjść, jeszcze tylko zajrzę do salonu i uciekam. Pajęczyny i kurz doprowadzają mnie do szalonych eksplozji siennego kataru. Nic tu po mnie. 
Salon obchodzę szybko, wiekowe stołki trzymają straż nad tym wszystkim, poprzewracane komody, dziwne? Że okna zachowały się w całości, pod ścianą stoi klawesyn, nie mam odwagi dotknąć jego klawiszy, jeszcze dźwięk tego umarłego instrumentu przywoła demony z otchłani a na to jestem zupełnie nieprzygotowany. 
Zielone we wzory, oberwane tapety jednak wyglądają całkiem przyjaźnie, ja tu mieszkałem przecież sto lat temu, może one i mnie pamiętają z tamtych lat, ma pamięć się nagle urywa, co było dalej? Co będzie dalej? Nie wiem.
Wolnym krokiem zmierzam do wyjścia, spoglądam jeszcze w dół i wśród spróchniałych szpałków podłogi, pośród tego całego szklanego rumoru, znajduję rozbitą filiżankę – uszko jest jeszcze na swoim miejscu. Pochylam się po nią i po chwili podnosząc na wysokość swych oczu, oglądam czule, już trochę zamglonym wzrokiem i nim zdążyłem zareagować to z mych wilgotnych oczu spadły dwie łzy. 
Mężczyźni też płaczą, ale tylko wtedy, gdy nikt ich nie widzi i kiedy jest ku temu słuszny powód. Nie płakałem nad zrujnowanym pięknym pałacem, nie uroniłem łzy nad zarżniętym parkiem, czy też w jednej chwili, zamordowanym przemysłowym miastem. Me łzy, tak kap, kap… kilkanaście łez, nie więcej, może nie było ich zbyt wiele, ale zawsze jednak. Miałem wszak do nich powód najsłuszniejszy na świecie; Wspomnienie. Tam, sto lat temu z tej filiżanki, mocną, angielską herbatę piła ONA.

Widocznie, nie było dla mnie miejsca w piekle ani też i w niebie, tak, że urodzić się musiałem ponownie. Nie do końca w tym samym miejscu, ale w tym samym regionie, by zobaczyć na własne oczy jego świetność jak i upadek, ale dziś nie o tym, dziś powracam pamięcią sto lat wstecz i przestępuję wspaniałą kutą ręcznie bramę z napisem ” Lorraine”. Gdzie lekkim krokiem podążam wyszlifowanym brukiem szerokiej parkowej alejki, pośród zieleni wyłania się piękny dom, śnieżna biel jego elewacji jest tak nierealnie niewinna, iż przywodzi na myśl pannę młodą w białej sukni, tuż przed ołtarzem. Kolumnada przy wejściu głównym sprawia przyjazne wrażenie, zaprasza do wejścia. Jeszcze tylko krótko spoglądam na całość budowli, wysoki parter, piętro ze swymi strzelistymi nadokiennymi wykończeniami i granatową dachówkę, popularną może tam na północy Francji, ale tu stanowi niezwykłe, jedyne w swym rodzaju wykończenie spadzistego dachu. Na więcej nie mam czasu, barczysty lokaj zaprasza mnie do środka gdzie szybko przechodzę przez hol w oczywistej białej tonacji, mijam po drodze replikę jakieś starożytnej rzeźby, to chyba Wenus z Milo i bożek Pan, tym razem cały w kredowej bieli. Nad wszystkim obowiązkowo kryształowy żyrandol ociekający złotem, niestety nie mam czasu na więcej, gdyż w gabinecie oczekuje na mnie właściciel tej wspaniałej posiadłości, wnuk tego, który zapoczątkował to wszystko. 
Dziś zostałem zaproszony tu na przyjęcie, podczas którego cała Zagłębiowska śmietanka towarzyska omawiać będzie interesa i takie tam. Ja znalazłem się tutaj tylko dla tego, że jako wywrotowy dziennikarz dałem się im wszystkim mocno „we znaki” i właśnie postanowiono mnie nie zabijać a tylko przekupić, lekko utemperować a nawet wciągnąć w szeregi tutejszego tajnego stowarzyszenia. To mi przyszło na myśl, kiedy w gabinecie obecnego Pana i władcy tutejszych włości, zobaczyłem marmurową podłogę w czarno białą szachownicę. Obowiązkowy wszak to wystrój każdej loży a i cyrkiel z węgielnicą, widniał tu na każdym miejscu. Nie było żadnych wątpliwości, co tutaj się wyprawia.
- Dzień dobry. – To ja na powitanie. Nieoczekiwanie za biurka wstał szpakowaty facet, niższy wzrostem o nieokreślonym wieku i podszedł szybkim krokiem do mnie, wyciągnął dłoń w powitalnym geście i „zastrzelił” mnie swą poprawną polszczyzną.
- Dzień dobry. Nie mogłem się już na Pana doczekać, tyle o Panu słyszałem i muszę powiedzieć, iż jestem Pana wielkim miłośnikiem. Co prawda pańskie teksty w lewicowych gazetkach są dla nas nie do przyjęcia, ale ich styl…zachwyca. Ta pochwała klasy pracującej, opisy górniczego trudu, nędzy ich rodzin, sprawiło, iż nawet ja zapragnąłem zostać socjalistą! Przez chwilę oczywiście.
- Nie jestem socjalistą. – Przerwałem Panu Mortimerowi. 
- Wiem. Dlatego Pana tutaj zaprosiłem. Przejdę może do rzeczy, gdyż czas nagli a i goście czekają. – Tu Pan Mortimer wskazał na dwa olbrzymie fotele z czarnej skóry, stojące obok paleniska kominka. Był już chłodnawy październik, potrzebowaliśmy tego miłego ciepła. 
- Dziękuję. – Odrzekłem, zapadając się w miękkie siedzisko fotela.
- Układ jest prosty. – Pan Motimer naprawdę przeszedł od razu do rzeczy. – Jest Pan autorem kilku nie wydanych powieści. Ich tematyka po lekkim retuszu nadawałaby się do publikacji. Pańskie opisy gór, zwyczajów, ludzkie losy na tle tych wspaniałości… Tatry, Beskidy. A nawet pańska relacja z bałtyckiego kurortu Zoppt…
- Sopot.- Poprawiłem lekko pana Mortimera.
- Tak, Sopot oczywiście. Tam Polska szlachta wydaję duży pieniądz. W międzyczasie romansuje, jeździ konno i oczywiście te pojedynki! To jest dobre, to chcemy wydać, to chcemy czytać. Nie potrzebujemy humanistycznego bełkotu o umierających na pylicę górnikach, czy hutnikach wypluwających swe płuca. Pan wie i to na pewno rozumie. Swawole zadowolonych z życia w górskich kurortach są dobre. Bieda jest zła.
- To niech Pan zacznie uczciwie płacić swym pracownikom. To wtenczas też będzie ich stać na wypoczynek w kurortach. – Tu znowu ja. Trochę nieszczerze, bo miałem dość, wywrotowego życia a Pan Mortimer był dla mnie bardzo miły, lokaj nalał mi właśnie do kieliszka wyśmienitego czerwonego wina.
- Wydamy pańską twórczość tu i za granicą, przetłumaczoną oczywiście. – Mortimer uznał za niebyłą moją sugestię, co do poprawy robotniczych zarobków. – Wypłacimy Panu tantiemy na tyle wysokie, by stać było Pana na przebywanie tu pośród nas a nawet i więcej. Pan się do mnie może wprowadzi? Tak Pan się do mnie wprowadzi. Tu na piętrze znajdzie się dla Pana obszerny pokój z wielkim łóżkiem i jeszcze większym biurkiem, przy którym Pan ładnie będzie pisał, co nam się podoba i nie będzie Pan stwarzał żadnych problemów. – Pan Mortimer popatrzył mi głęboko w oczy a ja się tylko uśmiechnąłem. I wypowiedziałem słowa, które przeszły do historii:
- Umowa została zawarta. 
- Cieszę się niezmiernie, nie pożałuje Pan swej decyzji. – Tu Pan Mortimer ujął mnie za ramię i poprowadził do rozległego salonu, gdzie przy długim, suto zastawionym stole biesiadowała tutejsza towarzyska śmietanka.
- Nasz drogi przyjaciel, mistrz pisanego słowa. Naszego słowa. – Pan Mortimer przedstawił mnie obecnym. Z których większość znałem z widzenia; właściciele hut i kopalń. Żydowski bankier, który kiedyś groził:„że mnie wyłowią z Przemszy”, szeroko się do mnie teraz uśmiechał a Pan Reden, francuski właściciel kopalni węgla z Dąbrowy, już nie chciał mnie truć a tylko polecał świeże ostrygi, sprowadzone z jego ojczyzny. Nawet jeden Niemiec, ten właściciel zakładów włókienniczych, co miał podobno zamiar wynająć „fachowców”, do spalenia mego małego domku, teraz przyjaźnie do mnie machał kuflem piwa.
- Dziękuję. – Ukłoniłem się wszystkim i zająłem miejsce przy stole. 

Minęło zaledwie sto lat i wszystko diabli wzięli. Kopalnie zalane, huty zrównane z ziemią. O dawniej świetności, tylko szemrze wiatr tak na cmentarzach, pośród monumentalnych grobowców dawnych kapitalistów jak i tu pośród zrujnowanej, śmierdzącej obecnie wilgocią, sali balowej. Tu kiedyś siedziałem przy stole pośród prawdziwych bogaczy, nie takich jak teraz „biznesowacach”, co tylko uraczą cię prymitywną przyśpiewką w stylu: „masz coś dla mnie”. Czy; „ja nie będę miał na chleb”, to w przypadku kiedy nie chcą innym za „coś” płacić. 
Ci dawni byli naprawdę bogaci. Starali się też przynajmniej zachować pozory. Dużo czytali, szanowali sztukę i kulturę, fundowali teatry, filharmonie a nawet jak pokazuje ma historia, zamiast zabijać niewygodnych sobie „pismaków”, uczciwe ich przekupywali, nie jakimiś ochłapami, lecz kwotami tak wysokimi, że ci nie byli się w stanie nim oprzeć. Nie tak jak dzisiaj, kiedy się łatwo wysadza kamienicę, bo tam mieszka niewygodny dziennikarz z całą swą rodzinną. To zdarzenie miało miejsce w centrum Katowic. A Poznaniu też, jakiś senator, nasłał zbirów na uczciwego dziennikarza i tyle tego widzieli. Barbarzyństwo wśród cwaniactwa kwitnie, no cóż, trzeba będzie poczekać na lepsze czasy.
Lekko znużony, wykwintną atmosferą przyjęcia, postanowiłem rozprostować swe kości i przejść się trochę po okolicy, wypiłem przy stole trochę winka i szampana, to teraz, aby ochłonąć musiałem zaczerpnąć świeżego powietrza. 
Wiedziony przez swą intuicję odszukałem wyjście z olbrzymiego domu i niepokojony przez nikogo, przeszedłem przez dwuskrzydłowe szklane drzwi, wprost na duży taras, gdzie w jednej chwili owiał mnie chłód nocy i wzrok mój powędrował nieoczekiwanie, gdzieś w pustą ciemność, na której końcu zdawało się znajdować coś, lub ktoś? W każdym razie zdałem sobie sprawę z tego, że muszę tam iść. 
Kręconymi schodami zszedłem z tarasu do przyległego parku. Alejki parkowe były oświetlone intymnymi zielonymi światłami. Ta magiczna poświata pochwyciła mnie i już nie dała mi wyboru, czy też możliwości ucieczki. Słysząc niewypowiedziany głos: -„Chodź do mnie.” –  spokojnie pewnym krokiem podążyłem w „zielony mrok” na wprost, by po chwili nieoczekiwanie skręcić w lewo, przejść jeszcze kilka kroków i zamiast zielonego światła pojawiło się światło białobłękitne. A przy tym, me miejskie nozdrza wyczuły nieprzyjemną woń końskiego nawozu. Zapaliłem papierosa i udałem się w stronę światła, które jak się okazało było gazową lampą oświetlającą okrągły placyk, włożony szutrowymi kamykami. Obok tego znajdowały się charakterystyczne zabudowania przypałacowej stajni. Która z zewnątrz była lekko podświetlona białym światłem. Nagle usłyszałem końskie rżenie. Nacechowane lekkim zaniepokojeniem i strachem.
- „Nie bój się mnie koniku.” – Posłałem mentalnie w stronę stajni i chociaż byłem na zewnątrz zobaczyłem w środku konia, który przyjaźnie pokiwał swym pięknym łbem. 
Małe drzwi do wewnątrz były nie zamknięte na klucz, ostrożnie wszedłem do środka.
I chociaż w środku było zupełnie ciemno ja wszystko widziałem! 
- Ja widzę?! – Bardzo się zadziwiłem. Co prawda me oczy nie rozróżniały kolorów, ale doskonały szaro- czarny obraz otoczenia nie był ułudą. Otrzymałem dar. Dar kociego widzenia w nocy. 
Ostrożnie, by nie niepokoić znajdujących się w środku koni, przeszedłem środkiem, pośród nich. Paradoksalnie nie były to piękne araby a czystej krwi „angliki”. Lubiłem i znałem końskie piękno aż zanadto. Zatrzymałem się przy ostatnim, trochę zabiedzonym koniku, którego pogładziłem po pysku. Koń ten posunął się filigranowo w stronę nieoczekiwanej czułości. Tak, że z bliska zobaczyłem dokładnie jego smutne oczy, w których pokazała się wdzięczność i iskierka radości. 
- Ja ciebie stąd zabiorę. –  Powiedziałem do konia. A ten z radością pomachał łbem i ogonem. W tej samej chwili temperatura powietrza wokół się obniżyła, tak, że z pyska konia i mych ust wydobyły się kłęby pary. 
- To zwykły wałach, po co Ci taki? – usłyszałem głos za sobą i wiedziałem, że stoi za mną diabeł. 
- Pokochałem tego konia i już. A że stać mnie na jego wykupienie i jego utrzymanie, to zabiorę go stąd. –  Odpowiedziałem grzecznie, jednak się nie odwróciłem.
- Nie marnuj sobie życia na wałachach, zgliszczach przeszłości ani tłustych tyłkach, które Cię nie doceniają. – Tu diabeł mnie wyprzedził i dotknął swym palcem głowy konia, który natychmiast po tym padł martwy.
Zrobiło się teraz mi przykro, to diabeł, cóż mogłem zrobić? Zabił mego ukochanego konika, z którym nawet nie zdążyłem się dobrze zapoznać. Starałem się jednak być twardy. Wyszedłem ze stajni nie zwracając, żadnej uwagi na diabła. Ten podążył jednak za mną. 
- Niech Pan nie będzie taki. –  Diabeł szedł dalej za mną.
- Jaki? – Odwróciłem się do znajdującej się za mną postaci i ujrzałem mężczyznę swego mniej więcej wzrostu, lat około sześćdziesięciu z włosem przyprószonym siwizną. Ubrany wytwornie w granatowy trzyczęściowy angielski garnitur, w paski, krawat pod kolor i jeszcze białe rękawiczki na dłoniach tamtego. 
- Zapali Pan? – Srebrna papierośnica otwarła się w mej dłoni, diabeł się poczęstował. Na jego palcu powstał płomień tak z niczego. Odpaliłem od niego swego papierosa ja również.
- Dziękuję. – Ja.
- Miły jesteś mój Pisarzu. – Diabeł.
- Nie jestem twój. A co do mego pisarstwa, to ciężko będzie. Brak rozumku i wiele innych jeszcze kwestii… - Nie będę przecież ukrywał oczywistego.
- Jeszcze. Owszem jeszcze nie jesteś, ale będziesz. Twa cena wysoką jest. Nawet za wysoką do tego, co prezentujesz obecnie. Ale ja chętnie zapłacę. Wiedza to sprawa względna, wystarczy, że masz talent.
- Porozmawiajmy o czymś innym. – Zaproponowałem. Na dziś jeden cyrograf mi wystarczy. 
- A o czym? Może o koniach? – Tamten chyba czytał w mych myślach.
- Tak. Może być i koniach. – Zacząłem niezgrabnie. – Pan dobrze wie, że koń to nasza Polska tradycja, znikną w Polsce konie, zniknie też i ona sama. – Dodałem.
- Pan zdaje się nie przepadać za arabami. – Diabeł.
- Nie oto, że nie przepadam. Doceniam ich piękno, szybkość, zwrotność, ale akurat w naszych warunkach klimatycznych stawiałbym na prawie wymarłą rasę Polskich ciężkich, bojowych…
- Tak, Husaria i tak dalej. – Diabeł wiedział, że wiem o koniach, co nieco a ja wiedziałem, że Diabeł wie wszystko, więc dalsza rozmowa na tematy fachowe nie miałaby żadnego sensu.
- Kocham konie, bo są piękne. – Marzycielsko wtrąciłem.
- A ja uwielbiam konie na talerzu w ostrym sosie. – Diabeł się uśmiechnął.
- Ja nigdy nie jadłem świadomie koniny, dla mnie to niczym kanibalizm.
- A szkoda, bo konik dobrze przyprawiony smakuje wybornie.
- Kusi mnie Pan? 
- Cały czas. – Diabeł skończył palić papierosa. – Konie to teraz wyznacznik statusu materialnego. Jesteś bogaty, zakup stadninę. Nic poza tym. – Diabeł.
- Nie zgadzam się z Panem.
- Wiem. Dlatego Cię lubię. – Nic już nie odpowiedziałem. Zdałem sobie sprawę z tego, że jestem mocno pijany. Chciałem wrócić do pałacyku i się położyć, lecz nie znałem drogi powrotnej. Diabeł mi ją wskazał. I tak idąc obok mnie nagle się rozpłynął a ja wytrzeźwiałem.
Wchodząc do środka zastanawiałem się czy postać spotkana przed chwilą była realna? Czy też to tylko może wspartej alkoholem wytwór mej fantazji? Dziś po stu latach też tego nie wiem, lecz porada jakiem wówczas mi udzielił sprawdza się, co do joty. Zmarnowałem majątek na ratowanie wałachów i remonty ruder a i tłuste kobiece tyłeczki też mnie doprowadziły do czarnej rozpaczy. Szczególnie jeden z nich. I to dwa razy; kilka miesięcy temu i tam w przeszłości. To na pewno Ona, ta sama.
Następnego dnia po przyjęciu przeprowadziłem się do pokoju na piętrze i zabrałem się od razu do pisania. Kiedy schodziłem na obiad w holu zobaczyłem nieznajomą kobietę w dużym kapeluszu na głowie z pod którego długie czarne włosy opadały łagodnie na ramiona w ten jedyny niepowtarzalny sposób.
Ubrana była jak na tamte czasy przystało; Suknia obszerna, szara, szczelnie wszystko zakrywająca, zarzucone drogie futerko z norek czy też innych, zaszlachtowanych lisków. Lokaj musiał zauważyć błysk w mym oku i wszystko mi wyjaśnił.
- To córka handlarza koni. Czeka na ojca. Ten bezczelnie zażądał od Pana Mortimera zbyt dużej kwoty. – Nie słuchałem już go, podszedłem do kobiety i wbrew konwenansom się przedstawiłem, następnie dodałem.
- Chodź ze mną, oprowadzę Cię po mojej małej Lotaryngii. 
- Muszę czekać tu na ojca, on z Panem Mortimerem, robi interesy. – Odpowiedziała a ja uwiedziony tonacją jej głosu puściłem jej oczko. Jej piękna twarz się zapłoniła. Cudowne duże czarne jej oczy, wyraziły zachwyt.
- Choć ze mną, oprowadzę Cię po przemysłowym mieście. Widziałaś może huty i kopalnie? – To musiało głupio zabrzmieć, lecz przyniosło skutek.
- Nie, nasza rodzina handluje końmi. Mieszkamy na wschodzie. Handel końmi nie idzie tak dawniej. Mówi się, że automobile wkrótce zastąpią transport konny. – Dziewczyna zdawała się być mną zachwycona, ja zastanawiałem się nad jej wiekiem. Wziąłem ją za starą pannę, na oko tak pod trzydziestkę. 
- Automobile to przyszłość, choć ze mną zaprowadzę Cię do huty, gdzie stopi nas żar uczuć. Gdzie w piecach niczym w piekle, gotuje się płynna stal a robotnicy niczym diabły włochate, krzątają się wśród kadzi. – Dalej plotłem głupoty, nie zauważyłem, iż ona się również zakochała we mnie od pierwszego wejrzenia. 
- Taka huta to bardzo dobry interes, nie to, co handel końmi. – Powiedziała zawstydzona. 
Nasza pierwsza rozmowa trwała dokładnie jedenaście minut. Po czym zgodnie z ówczesnymi zwyczajami rozstaliśmy się. Ja zamiast na obiad udałem się do swego pokoju. Nic przecież i tak bym nie zjadł. To była kobieta, na którą czekałem całe życie. 
Natychmiast zadzwoniłem po lokaja i powiedziałem mu o tym. Ten poinformował mnie, że ta panna i jej ojciec mieszkają w hotelu nieopodal dworca w Sosnowcu. I żebym jak najszybciej napisał do niej list prosząc o spotkanie, za zgodą jej rodzica oczywiście. 
Tak też zrobiłem a lokaj dostarczył list do rąk własnych. Panna była zachwycona, jej ojciec wyraził zgodę i dane nam było pospacerować sobie wspólnie po ogrodzie Lotaryngii, i to dwukrotnie, dzień po dniu, tak po godzince, tuż przed obiadkiem. Za nami szła przyzwoitka i nie mogłem ukochanej, nawet ująć ją za dłoń. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Byłem w niej zadłużony po same uszy, ona we mnie też, chociaż jej stwierdzenia, iż nie ogarnia mego pisarskiego umysłu mogło dać mi trochę do myślenia. Wyznałem jej swą miłość. Ona przyjęła to z radością, ale chciała abyśmy się lepiej poznali. Wszystko było na dobrej drodze do szczęścia. 
Wszystko diabli wzięli podczas obiadu, kiedy wyjawiliśmy sobie nasze daty urodzenia i okazało się, że oboje się bardzo w swych ocenach pomyliliśmy. Panna nie była pod trzydziestkę a lat miała dwadzieścia dwa. Starszy wygląd zawdzięczała prawdopodobnie ciężkiej pracy przy koniach. Natomiast ona się pomyliła, co do mnie jeszcze bardziej, dała mi około trzydziestki a ja miałem znacznie więcej. No cóż, już wtenczas mężczyźni z miasta wyglądali znacznie młodziej. Ogólnie dwadzieścia jeden lat różnicy pomiędzy nami podziałało na nią na tyle odstraszająco, iż po prostu wyjechała. Co było potem? Tego nie wiem. Nie pamiętam już swych dalszych losów z poprzedniego żywota. 
Spotkałem moją Marzenkę znów po stu latach. Prawie w tym samym miejscu. 
Obok zapuszczonego ogrodu Lotaryngii istniała wielka huta, którą kilka lat temu zrównano z ziemią a na jej miejscu postawiono wielkie hale targowe. Kilka miesięcy temu odbywały się właśnie tam targi łowieckie, gdzie Marzenka jako jeden z wystawców oferowała przeróżne artykuły dotyczące jazdy konnej, sokolnictwa i drobnych militariów. 
I znów za pierwszym razem rozmawialiśmy ze sobą jedenaście minut i znów przypadliśmy sobie do gustu, i znów pomyliliśmy się, co do swego wieku, znów dwadzieścia jeden lat różnicy. Marzenka dowiedziała się tego po miesiącu, chyba była przerażona. Tylko nie wiem, czym? Że się tak pomyliła dając mi trzydziestkę, czy tym, że jestem niewiele młodszy od jej ojca? W końcu jestem niczego sobie, mam niezłą kondycję a silniejszy jestem od większości dwudziestolatków. No cóż? Sto lat temu nie wiem jak to się zakończyło. Obecnie książka jest jeszcze otwarta. Może się jeszcze wszystko wydarzyć. A może napiszę na tej podstawie powieść? Zakończenie wszak już napisałem: 
„…- Ja Cię kocham, ja bez Ciebie już nie mogę żyć. – Wypowiedział te słowa do niewiadomo, gdzie się znajdującej kobiety, zakrył twarz w dłoniach i poprosił Boga o pomoc. A ten okazał się być wielkim kpiarzem. Pokazał mu przez chwilę kobietę jego życia, dał iskierkę nadziei, po czym wystawił, mówiąc:
-Idź do diabła.”

Sosnowiec  16.10.2016.

Dagmara Potoczny

Nowy dom

Siedzę i patrzę przez to okno. Na tym starym krześle, co go nie wiadomo skąd przytargał dziadek, a Ona nie pozwoliła go nigdy ani wywalić, ani odnowić. Jeszcze chwilę temu byłam przekonana, że ono to wrośnięte jest w tą podłogę. No bo nie może być tak, że przez lata nie przesunęło się nawet o kilka milimetrów. Tak się nie da. A jednak. Lakier dawno miejscami zaczął odpryskiwać, a skóra, choć ewidentnie musiała ją nacierać czymś dobrym, z czasem popękała. To nie byle jakie krzesło było, sam Pan na nim siadywał. Pan. Kurcze, jaki Pan znowu. Przecież Panów od dawna nie ma, nawet Towarzysze już czas temu jakiś przeminęli, a wydawało się, że trwać będą wiecznie. Nic nie trwa wiecznie. Ona też nie. 
Już słyszę głos Izy, jak marudzi, że o własnej Babce nie mówi się „Ona”. O własnej to może i nie, ale akurat Lutka nie była moją Babką, tylko Babką Izy. Nikogo więcej starucha nie uznawała, a mnie to już w szczególności. W sumie, to co się dziwić, żywą kopią jej konkurentki byłam i ulubienicą dziadka. Paranoja jakaś z tą zazdrością. Normalnie, przecież nic jej winna nie byłam, a o te dziadkowe kochanie też nie prosiłam. Dostałam, za niezależność i roztrzepanie, takie samo jak miała moja Babcia. Niech się ugryzie w nos.
- To co dalej z tym wszystkim? 
- No jak to co? Nic, każdy zabierze co chce, a resztę się sprzeda albo wyrzuci, chyba, że się rozmyśliłaś i chcesz nas spłacić, i wszystko będzie twoje. 
- Nie, nie rozmyśliłam się. Chociaż, dom chyba jest jeszcze do uratowania.
- Żartujesz sobie? Popatrz na tego grzyba, powąchaj tę pleśń w powietrzu. Babcia nic tu nie robiła od śmierci dziadka, tylko sprzątała, a dom to dom, wymaga dbania i pracy. Taniej go rozebrać i postawić tu coś nowego. Działka jest faktycznie bardzo interesująca. Gdyby nie to, że to takie zadupie, może bym i was spłaciła, ale nie mam teraz głowy do tego wszystkiego. Więc jak? Co dalej. 
Iza stała na środku niezbyt wysokiego pokoju. W ręce trzymała rozłożony testament Babci. Nie było w nim nic nadzwyczajnego, ani niespodziewanego, a cały dobytek został podzielony jeszcze za jej życia. To wszystko teraz to tylko formalności i nic więcej. Prości zna. A jednak. Ten sentyment. Coś niespodziewanego. Akurat tego się po sobie Daria zupełnie nie spodziewała.
- Chcesz coś stąd pozabierać?  
- Mogę zabrać to krzesło?
- Jasne. To stary grat. Dobra, mieszkasz bliżej, zostawiam Ci klucze i się zbieram. Marek zabrał już to co chciałam zachować, reszta mnie właściwie nie interesuje. Tylko jeszcze ta stara szafa, ale to tak jak się umawiałyśmy. Na tygodniu, jak znajdę wolną chwilę i transport. 
- A z tych pozostałych pomieszczeń?
- Co ty, same graty do wywalenia. Wszystko obejrzałam. Ja tego nie chcę w każdym bądź razie. Liczyłam, że ta mahoniowa komoda będzie jednak w lepszym stanie, ale tak jak jest, to szkoda na nią pieniędzy i czasu. Renowacja droższa niż nowa. Bierz co chcesz. Dobra, ja lecę. Muszę dziś jeszcze pozałatwiać zaległości, co się nagromadziły przez ten cały pogrzeb. Trzymaj się.
Krótkie uściski, buziak w powietrzu. Na podwórku Marek już niecierpliwie trąbił klaksonem na całą okolicę. Po co? Na co. Iza poleciała jak na skrzydłach. Daria została sama. W niewielkim, pustym, wilgotnym domu. Domu pachnącym starością, wilgocią i nostalgią. Kurcze przecież tutaj każdy przedmiot miał swoją historię. Wszystko było skądś i dlaczegoś. No dobrze, nie dlaczegoś, tylko dla pamiętania. Nawet nie dla pamięci, a dla pamiętania właśnie. 
Kurcze, tyle czasu, tyle historii, tyle opowieści. Tak wszystko wywalić na śmietnik? Całe życie dziadka i życie dwu kobiet? No dobra, jednej. Lutka dobrze przypilnowała żeby Babcia nie zagościła na długo w życiu dziadka. Co, to, to nie. Ona była żoną, nawet jak nią nie była, to i tak była. Kto by się papierami przejmował. Prawo było jej. Koniec. Jakaś obca przybłęda nie miała prawa mieszać w jej życiu. Już ona tego dobrze dopilnowała. Dziadek był jej własnością. 
Daria rozglądała się po pustym i cichym pokoju. Przez brudne okna i grube firanki wpadało niewiele popołudniowego światła, tym mniej, że dzień był pochmurny. Nie mogła przecież tak siedzieć i siedzieć, i wzdychać. Nie przepadała za Lutką, a Lutka nie znosiła jej chronicznie, ale razem z tą obcą i niesympatyczną kobietą odeszło wszystko co łączyło ją z Dziadkiem i Babcią. Bardzo za obojgiem tęskniła, ale życie ma swoje prawa. 
- Czas się ruszyć. Nie ma co tak siedzieć. 
Jeszcze tylko przejdzie wszystkie pomieszczenia, posprawdza, czy wszystko jest pozamykane, zapakuje do samochodu krzesło i tę mahoniową komodę, co to się jedno i drugie do niczego nie nadaje wedle Izy. Tak jej ta komoda spontanicznie jakoś przyszła do głowy, żeby ją zabrać. Iza nawet nie wyciągnęła z niej szuflad. Nie przyjrzała się jej dobrze, a była przecież piękna, no i w sumie była dziadkowa. Co tam, weźmie i ją. Nie jest wielka, a w środku są szpargały które może poprzeglądać w domu. 
Posprawdzała okna, drzwi od podwórka, które kiedyś były drzwiami od stajni, ale kiedy się tu sprowadzili, to dziadek stajnie zamienił na dodatkowe dwa pokoje. Na bogato miało być. Co tam jedna izba i kuchnia to nie u niego. No i było. Łatwiej widać było mu pracować niż siedzieć w domu. Nawet jak siedział to coś robił. Teraz pokoje po stajni to była graciarnia. Lutka wszystko tam upychała. Czasem Daria się zastanawiała co tę kobietę powstrzymało od tego aby spalić wszystkie rzeczy dziadka po jego śmierci. Nic z nimi nie zrobiła, choć wszystkie które się dało upchnęła w jednym z pokoi, poza rzecz jasna tym nieszczęsnym krzesłem ze skórzaną tapicerką. Jeszcze raz sprawdziła okno w kuchni, zapakował komodę i krzesło do samochodu i ruszyła do domu. Trochę ciężko będzie wytargać na jej poddasze te zdobyczną komodę, ale da sobie radę. Nic nowego.
Droga minęła szybko i sprawnie. Pora dnia i sobota zrobiły swoje. Małe miejscowości w sobotnie popołudnia stają się wyludnione. Każdy zabiega o swoje domowe ognisko. Na pierwszy ogień poszły szuflady z komody, później komoda. Ciężka była, ale akurat syn sąsiada się nawinął i nawet sam pomoc zaproponował. Skorzystała, a co tam, jak młody ma chęci, to nie ma co go odstraszać i wyręczą. We dwoje szybko się z nią uporali, a kiedy wniosła krzesło i postawiła je na środku dużego pokoju, była bardzo z siebie zadowolona. Komoda, obok niej szuflady, i krzesło. Wszystko brudne, skurzone i stojące na jej jasnym dywanie. 
- Ślicznie. Super. Poza czyszczeniem mebli, zafundowałam sobie jeszcze rozrywkę w postaci pranie dywanu. Jestem po prostu genialnym strategiem i logistykiem jeśli chodzi o dodawanie sobie zajęcia. No dobra. Co my tu mamy?
Rzuciła kurtkę na kanapę, a sama usiadła na dywanie obok swoich zdobyczy. Czyszczenie poczeka. Lepiej się teraz przyjrzeć może swoim zdobyczom. Komoda była piękna. Zaniedbana, to fakt, ale była piękna. Prosta i szlachetna. Nieco porysowana, ale rysy nie były głębokie. Żadnych korników. Super. Daria przesuwała ręką po meblu. Badała każdy jego fragment. Po prostu był piękny. Szuflady miały zaśniedziałe uchwyty, ale zdaje się, że da się je odczyścić. No i te skarby w szufladach. Proszę, proszę. Stare materiały obiciowe. Grube i ciężkie. Raczej chyba dziadek zostawiał je na łatanie, bo za mało aby coś większego z nich zrobić. Zawilgnięte i brzydko pachnące naftaliną i stęchlizną, ale całe i całkiem mocne. Może jej się jeszcze do czegoś przydadzą, jak je wypierze, jeśli się nie rozpadną. W kolejnej były jakieś papiery warsztatu. Pisane śmiesznym językiem. Niby urzędniczym, ale jakże innym od tego do czego na co dzień była przyzwyczajona. Wszystko się zmienia. Uśmiechała się do przeglądanych papierzysk. W kolejnej były zdjęcia. W kartonowym pudełka, w żadnym tam albumie, o tak wrzucone. Jedne starsze, drugie młodsze. Większość czarnobiała. Jej matka, jej ojciec, ona sama  i z Izą, z Pawłem. Sporo osób zupełnie jej nieznajomych. Dziadek uśmiechnięty, robiący miny do wnucząt. Na kilku dziadek z Lutką. Ani pół zdjęcia Babci. Poczuła się rozczarowana. Liczyła na jakąś sentymentalną podróż w czasie, a tu nic. Nic z tych rzeczy. Była zawiedziona. 
- Czas na herbatę. 
Wstając z podłogi przewróciła krzesło. Upadło z głuchym uderzeniem wytłumionym przez dywan. Przy okazji odpadło z niego siedzisko. 
- Niech to diabli. Stary rupieć się rozleciał, a ja się go tyle nataszczyłam i reanimować chciałam. 
Daria złapała za oparcie i postawiła pustą ramę na nogi. Z rozmachem złapała siedzisko i szarpnęła je do góry. Na podłogę posypały się jakieś papiery. Dziewczyna zaczęła się im bliżej przyglądać. To nie były zwykłe papiery. To były listy. Listy do Dziadka. 
- Nie może to być. Schowałeś to Stary capie pod okiem Lutki, na jej oczach, pod własnym tyłkiem? Pierdziałeś w listy mojej Babci? Ty stary popaprańcu!
Inna rzecz,  że krzesło było „święte” i nikt nie miał prawa się do niego zbliżać. Daria poprzyglądała się dokładniej meblowi. Faktycznie, mebel miał niewielką skrzynkę z cieniutkiej sklejki zaraz pod sprężynami siedziska. Raczej nie jest to schowek spodziewany, ale wygląda na skuteczny. Krzesło stało przez rok w nieużywanym domu. Zawilgoconym i chyba wilgoć wypaczyła cienką sklejkę, która przy upadku puściła. Listy. Listy Babci do Dziadka. Nie wiedziałam, że Babcia pisała listy do Dziadka. 
Listów nie było jakoś wiele. Tak ze dwadzieścia. Były między nimi dłuższe i krótsze przerwy. Pierwsze były pełne miłości, późniejsze pełne zagubienia i bólu. Ostatni był pożegnaniem. Czytała go i nie mogła zrozumieć co czyta. 
Janie, minął rok odkąd widzieliśmy się ostatni raz, a nadal nie ma dla mnie dnia abym o Tobie nie myślała. Nie ma dnia, abym nie zastanawiała się co poszło nie tak między nami. Teraz już to widzę. Widzę co zrobiłam źle, i gdzie nie dałam Ci tego na co zasługiwałeś. Byłam tak bardzo egoistyczna, i tak bardzo pragnęłam mieć Ciebie na własność, że nie dopuszczałam do siebie myśli, że Ty możesz czuć co innego. Chcę Ciebie przeprosić, za to, że kochałam Ciebie za bardzo. Prawie udusiłam nas tą moją miłością do Ciebie. 
Staram się nie ulegać pokusie wspomnień o Tobie, bo to nadal dla mnie nie jest dobre. Nadal napawa mnie melancholią, którą później trudno mi opanować. Noce są najgorsze. Noce są puste bez twojego zapachu i dotyku. Czasem boję się zasnąć mocno, bo we śnie przychodzisz do mnie tak jak przychodziłeś jeszcze poprzedniego lata. Każde wspomnienie o Tobie jest takie dokładne, jakby pochodziło z przed chwili, jakby dopiero się tworzyło i samej trudno mi uwierzyć, że ten rok minął. Był pusty i ciemny. Wierzyłam, że Ty też czujesz, że łączy nas coś magicznego, nieprawdopodobnego. Mogliśmy gadać albo milczeć godzinami, albo godzinami się kochać. Wszystko było takie naturalne, a ja to wszystko zaprzepaściłam swoimi pretensjami i domaganiem się tego abyś coś w końcu zadecydował. 
Tęsknię za Tobą, ale z tym można żyć. Może nawet przyjdzie dzień kiedy znowu zacznę się uśmiechać. Jednak wiem, że nie mogę zostać dłużej w tym miejscu swojego życia, w którym jestem. Wiem już, zrozumiałam, że nie wrócisz do mnie, że nawet nie napiszesz, nie odezwiesz się słowem, choćby jednym. Już nie masz w swoim życiu miejsca dla mnie, a ja w swoim zawsze będę mieć kawałek siebie dla Ciebie. Zawsze jakaś część mnie będzie czekała na Ciebie. Zawsze też jakaś część mnie będzie wierzyć, że choć przez chwilę może czułeś to co czułam ja. Nie mogło być inaczej, a już nie tamtej majowej nocy, kiedy świat się na chwilę zatrzymał i zeszliśmy do raju, a może do piekła? Sama nie wiem, gdzie byliśmy, jednak gdzie by to nie było – byliśmy razem. Razem i ciałem, i duszą. To nie racjonalne, ale tak jest. 
Mam nadzieję, że Twoje życie jest takie jak chciałeś, że wszystko układa się w nim wedle Twojej woli. Życzę Ci żebyś był szczęśliwy, a jeśli Ty będziesz szczęśliwy, to i jakaś część mnie odnajdzie spokój. Może to nie był po prostu nasz czas. Może jeszcze dane nam będzie się spotkać, jeśli nawet nie w tym, to w innym życiu. Kocham i kochać będę, na prokur Tobie i światu, bo tego nie możesz mi zabronić, choć czasem byś pewnie chciał. Żyj dobrze i spokojnie. Bądź szczęśliwy. Malwina.
Daria czytała list trzeci raz i nie wiedziała co ma o nim myśleć. Czy Babunia była szalona, czy Dziadek był zimnym draniem, czy jeszcze coś innego się działo. Była wściekła na tą Malwinę. Była wściekła na Jana. Głupi Jan zawrócił w głowie głupiej Malwinie, a ta się w nim zakochała bez pamięci, a on wrócił do tej całej Lutki, też głupiej. 
Z drugiej strony dobrze wiedziała, że Babcia była silną osobą, że Dziadek miał słabość do łatwych rozwiązań, które potrafił rozgrzeszać „odpowiedzialnością”, a to, że Lutka była mistrzynią manipulacji nawet na łożu śmierci powie każdy z domu opieki, gdzie spędziła ostatnie miesiące życia. Gdzie tu więc jest sens? Jak to możliwe, że silna kobieta zakochała się w obiboku, który chodził na postronku innej kobiety, która nawet właściwie nie była jego żoną? No dobra, kościelnie była, ale akurat, kto jak kto, ale Lutka z kościołem to nigdy po drodze nie miała, co najwyżej tylko dla zachowania pozorów na wsi, co to i tak nikt w te pozory jej nie wierzył, choć wszyscy udawali, że jest pięknie i że wierzą. Tak, zdecydowanie Lutka też do słabych kobiet nie należała. Obie były silne, a on? On przy nich to dzimdziak był. Maszynka do zarabiania dla Luci, i chyba niezły ogier dla Babci. 
No i co z tymi listami? Czy Lutka je widziała? Czy je czytała? Idiota z tego dziadka. Gdyby tu teraz był już ona by mu powiedziała kilka słów. Tak do słuchu. Daria czuła się w obowiązku bronić interesów Babci. Skoro ona sama już nie mogła się obronić, to ktoś musiał o nią przecież zadbać. Zatroszczyć się o jej interes, tam gdzie sama była słaba i bezsilna. Nie no, jeśli do tego Lutka czytała te babcine listy to po prostu przesada! 
- Dziadku, myślę, że zadbałeś o to, żeby jednak ona tego nie dostała w swoje chciwe łapska…
Z drugiej strony, to gdyby Lutka te listy dostała do ręki, to pewnie by je zniszczyła, albo by je wykorzystała do jakiś podłych knowań. Chociaż kto to wie co to było. Dziadek spełniał wszystkie zachcianki Lutki. Nowe stroje, nowe meble, auto pierwsze we wsi, pierwszy telewizor, wszystko pierwsze, żeby Lutkę podziwiały sąsiadki i zazdrościły jej i majątku i chłopa. Tylko, czy z tym majątkiem miała też miłość tego chłopa? No bo skoro Jan nic nie czuł do Marleny, to po co schował jej listy i jedno zdjęcie w przemyślnej skrytce w fotelu, którego nie wolno było tykać nikomu poza nim. Dlaczego nikomu nie pozwalał konserwować krzesła, twierdząc, że nikt tego nie potrafi dobrze zrobić? Dlaczego wybrał ciężkie drewno z ciężkim, grubym i skórzanym siedziskiem, skoro wiedział, że jest to mebel zupełnie nie pasujący do tego domu, ani do tego jak urządziła ten dom Lutka. Był zupełnie nie w stylu Lutki, kobiety która na dodatek jedynym miejscem gdzie uznawała skórę to na kozakach. Na butach była dobra, ale nie na meblach. A gdyby tak się zastanowić, to przecież krzesło to bardzo by pasowało do salonu Babci. Czy Lutka się tego domyślała? Czy zdawała sobie sprawę, że jest gdzieś dom, do którego ten mebel pasuje, jakby to tam miało być jego miejsce od zawsze i na zawsze? Tyle pytań. Tyle pytań i nie ma już nikogo kto mógłby Darii na nie odpowiedzieć.
- Nie, normalnie to się tak nie robi ludzie kochani. Wzięliście się i pozabierali, a mnie zostawiliście jakieś strzępy rzeczywistości, urywki waszego życia, całe góry, całe Himalaje niezaspokojonej ciekawości i mnóstwo domysłów. Tak się nie robi! Wy mi numer wykręciliście, to teraz ja wam wykręcę. Trzeba było mnie nie prowokować. 
Daria zerwała się z nieszczęsnego drewnianego krzesła, na którym usiadł po pozbieraniu rozsypanych listów. Zrzuciła kurtkę na podłogę i wysypała na kanapę zawartość torebki. Złapała telefon i wybrała numer Izy.
- No co tam? 
- Spłacę Was. 
- Słucham? Jeszcze raz, bo chyba nie bardzo wiem o czym mówisz.
- Zwyczajnie, mówię, że spłacę Ciebie i Twojego brata w kwestii domu dziadków. Odkupię od Was tę ruinę. 
- Spoko. Nie widzę przeszkód, jeśli masz taką wolę. Tylko nie miej pretensji do nas później, bo to prawdziwa ruina jest. Jasne?
- Przecież wiem, widziałam, znam się na tym trochę. Chciałabym to załatwić tak szybko, jak się da.
- Dobra. Jutro pogadam z notariuszem i dam ci znać. Będzie? 
- Będzie. 
- No to dobrej nocy.
- Cześć.
Daria poczuła spokój. Dobrze zrobiła. To miejsce powinno było mieć inna historię, ale to, że była ona pełna ucieczki, zakłamania, udawania, że wiele rzeczy nigdy się nie wydarzyło, nie znaczy jeszcze, że nie zasługuje ona na drugą szansę. Daria też zasługuje na drugą szansę, więc da ją im obojgu, i sobie, i domowi. Jej domowi. Domowi z widokiem na sad i łąki.

Agata Rak

Przypadek Fredka D

Była siedemnasta, gdy Fredek obudził się zupełnie trzeźwy. Nic dziwnego rano wypił ledwie ćwiarteczkę (bo na więcej nie miał), a kumpli chętnych postawić pod sklepem jak na złość nie spotkał. W domu był ziąb – ogień pod blachą dawno wygasł - a na dworze trzymał tęgi mróz. Co najgorsze musiał się we śnie rzucać, ponieważ stół był przechylony i ostatni kieliszeczek, który zostawił sobie na klina, przepadł.
- Cholera – zaklął pod nosem - ale mnie suszy. Muszę coś skombinować, bo uschnę. Może Albert coś będzie miał. Wczoraj przecież wziął zasiłek. Może jeszcze wszystkiego nie przepił... Albo Kazek - temu przecież dopiero co listonosz rentę przyniósł. Myślał, ubierając się w pośpiechu. Już po chwili zamykał drzwi i przedzierał się przez zaspy do furtki. Mróz trzymał. Musiało być ze dwadzieścia stopni, bo policzki i nos momentalnie mu zdrętwiały. Droga była zasypana jak zawsze. Pług przecież jeździł tylko do domu sołtysa, a dalej ludzie musieli sami sobie radzić.
- Najpierw do Kazka, bo bliżej - mruknął, naciągając czapkę na uszy. 
Szło się ciężko. Poboczem w ogóle się nie dało, bo śnieg był za głęboki, a jezdnia przypominała miejscami szklankę. Miejscami zaś, między koleinami, śnieg był twardy i ubity. W dodatku było już prawie ciemno. 
- Jeszcze tylko zakręt koło domu Karolaka i już będę na miejscu - wymamrotał. Żeby tylko starej Kazka nie było, bo to jędza jakich mało. W kościele tylko siedzi i udaje cnotliwą, a przyzwoitym człowiekiem gardzi. Ostatnio, jak robili z Kazkiem i Bolkiem flaszeczkę, wpadła niczym furia i za miotłę złapała. A jak się przy tym darła, jak wyzywała. Od pijaków i ochlaptusów. Aż uszy więdły. Później won z domu kazała iść. To poszliśmy. Cóż się będziemy z babsztylem wadzić. "Szkoda tylko Kazka, że z taką jędzą zapowietrzoną pod jednym dachem żyje" - myślał, wlokąc nogę za nogą.
Po chwili już był pod domem kumpla. Jeszcze do drzwi nie doszedł jak usłyszał wrzaski Kazkowej. Za moment Kazek pojawił się w drzwiach i trzymając palec przy ustach ruszył chwiejnie do furtki. Cóż było robić... Fredek zrobił w tył zwrot i podążył za Kazkiem.
- Masz coś? – spytał.
- A skąd – odparł Kazek. Do zlewu mi cholera jedna wylała i resztę pieniędzy zabrała. Rozwodem grozi. A gdzie ja na stare lata pójdę. Córkę buntuje i ta już ze mną nie rozmawia prawie. Ech życie – westchnął.
- Trza iść do Alberta. Jak nic. Sam jest i nikt mu głowy nie suszy – stwierdził Fredek.
- Ano trza. Tylko czy mu jeszcze co zostało, bo rano widziałem go pod sklepem z Bolkiem - i chyba mu stawiał – dorzucił Kazek. Witek ten z K. też tam był i Stasiek spod lasu, a oni za kołnierz nie wylewają.
- Może jeszcze coś ma. Zasiłek wziął przecież dopiero wczoraj – rzucił Fredek.
- A kto go tam wie. Chytry nie jest i lubi się napić w towarzystwie. Wszystkim stawia, a sępów nie brakuje. Tylko o kumplach nie zawsze pamięta – mruknął Kazek.
Zamilkli i ruszyli przed siebie, pogrążeni we własnych myślach. Po paru krokach byli już przy zagajniku, za którym znajdował się przystanek i tuż obok chatynka Alberta. Stara i pochylona. Było już całkiem ciemno. Tylko świecący księżyc umożliwiał poruszanie się. Po chwili Fredek, idący przodem, zauważył jakiś ciemny kształt, leżący na drodze - tuż koło pobocza. Kształt był duży i przypominał człowieka. Gdy doszli bliżej, okazało się, że to mężczyzna.
- Ani chybi zabity – rzucił Kazek. Pewnie go coś stuknęło jak szedł od autobusu. Tak tu ciemno.
- To ten inżynier, zięć Karolaka – stwierdził Fredek. - Wiesz... ten, co mu prawo jazdy zabrali, bo po pijaku wjechał w płot starej Malczykowej. Teraz autobusem do pracy jeździł. Szkoda go. Swój chłop był.
- Może jeszcze żyje. Zobacz, czy dycha – mruknął Kazek, oglądając się wkoło niepewnie.
- E tam dycha. Zobacz, ile krwi. Cały śnieg zalany. Ani chybi trup – powiedział Fredek, przeszukując mu kieszenie. Patrz, ile ma forsy. Pewnie wypłatę wziął. Jemu to się już nie przyda, a my porządzimy z tydzień – dodał, chowając pieniądze do kieszeni. Jak nie my weźmiemy, to inni to zrobią. Wątpię, by rodzinie oddali ci, co go znajdą.
- No dobrze już, dobrze. Chodź szybko, zanim ktoś nas tu zobaczy – wymamrotał Kazek.
Pili do północy. Później zdrzemnęli się trochę. Rano Kazek ruszył do domu, a Fredek do sklepu. Wyrzutów sumienia z powodu zabranych pieniędzy nie mieli. Zmarłego nie żałowali. Nawet na ten temat nie rozmawiali, bo i po co. Umówili się tylko na wieczór na następną flaszkę, albo i dwie. W końcu mieli teraz za co pić. Fredek pod sklepem spotkał Bolka i Staśka. Jak zwykle czekali na okazję. Rozmowa toczyła się o zięciu Karolaka. A jakże.
- A wiesz ty, Fredek, co się wczoraj Jackowi od Karolaka przytrafiło. Leżał napity koło zagajnika i jakaś menda mu wypłatę zabrała. Caluśką. Ani grosza do domu nie przyniósł. Co gorsze - butelka wina, którą niósł na przeprosiny dla żony, mu się potrzaskała. Całe ubranie sobie powalał na czerwono. Karolak wściekły powiedział, że go z chałupy wygoni.
- Słyszałem, słyszałem – wymamrotał Fredek, umykając chyłkiem do domu.

Magdalena Bruchal
„Jak to się stało?!”

Zazwyczaj mam wyłączone dźwięki w telefonie. Po pierwsze nie chcę, żeby ktoś mi przeszkadzał, a po drugie pracuję w bibliotece, a jak wszyscy dobrze wiedzą, jest to miejsce, gdzie panuje cisza i spokój. Dzisiaj zapomniałam to zrobić i doskonale o tym wiedziałam, idąc do czytelni. Jednak nie przejęłam się tym zbytnio, po latach wiem, że nikt ze znajomych nie zakłóca wiecznej ciszy bibliotecznej. Z takim założeniem wpadłam do biblioteki 
i zobaczyłam trzy kartony pełne nowych książek, które zostały zamówione na prośbę czytelników. Zabrałam się więc do ich rozpakowywania. 
Przez większość czasu wszystko szło jak z płatka, żadna książka nie była poszkodowana podczas transportu, liczba okładek była zgodna z ilością powieści… Aparat również leżał bez dźwięku na biurku obok komputera. 
Około godziny szesnastej, czyli godzinę przed końcem mojej pracy, zadzwonił telefon. Wzięłam go do ręki i zdziwiłam się, bo nie znałam numeru. Odebrałam więc, ale mimo zapytań, czy ktoś mnie słyszy, nikt się nie odezwał. Pomyślałam, że to najpewniej pomyłka. Odkładając komórkę, zobaczyłam, że zrobiła się kolejka do mnie. Pochłonięta wypożyczaniem książek, w większości tych nowych, niezniszczonych, nie myślałam oraz nie przejmowałam się tą sprawą. 
Wpisując datę oddania ostatniej z powieści, usłyszałam dźwięk przychodzącego esemesa. Gdy skończyłam i wszyscy wyszli, sprawdziłam go. Szczerze mówiąc, trochę się zdziwiłam, ponieważ wiadomość była z numeru, który widziałam na wyświetlaczu przed paroma minutami. Ów człowiek napisał: „Rozalia?”, czyli moje imię. Mimo, iż miałam obawy 
i czułam wewnętrzny niepokój, odpisałam jedno słowo na potwierdzenie jego pytania. 
Siedziałam jak na szpilkach, czekając na odpowiedź. I dostałam ją po kilku chwilach. 
„ Przyjdź do opuszczonego domu w parku. Zejdź do piwnicy. Znajdź szafę przy oknie.” 
Przestraszyłam się. Nie wiedziałam, co robić. Przez brak skupienia nie zauważyłam, że ktoś podszedł do mnie, aby oddać książki. Mimo, iż wykonuje tę czynność codziennie i mogłabym to robić z zamkniętymi oczami, teraz akurat nie potrafiłam. Poprosiłam koleżankę, aby zrobiła to za mnie, usprawiedliwiając się złym samopoczuciem. Kilka minut później powiedziałam 
to samo szefowej, prosząc o wcześniejsze wyjście do domu. Na moje szczęście jest dość wyrozumiała i pozwoliła mi.
Wyszłam z budynku i od razu pognałam do swojego mieszkania. Musiałam doradzić się kogoś, co mam robić. A kogo miałabym się pytać o zdanie, jak nie mojej siostry. 
Po otworzeniu drzwi dosłownie wleciałam do mieszkania i krzyknęłam do Karoliny, jednak nikt nie odpowiedział. 
- Kari, weź mnie nie denerwuj i chodź tu do mnie, bo mam problem! Przecież widzę, że twoje buty są, to ty też jesteś! – mówiłam bardzo głośno, na granicy krzyku, mimo tego, dalej nikt nie odpowiadał. 
Przeszukałam wszystkie pomieszczenia. Nigdzie jej nie było. A być tu powinna, skończyła pracę, nie mówiła mi, że gdzieś wychodzi! Zaniepokoiłam się. Byłam pewna, że tu jest, bo wchodząc do mieszkania, zauważyłam w przedpokoju nie tylko jej buty, ale i kurtkę, szalik oraz czapkę…  
I nagle coś mi przyszło do głowy. Karolina miała zmieniać numer telefonu. Pewnie robi sobie ze mnie żarty. Wie doskonale, że jestem panikarą i wszystko biorę na serio oraz wszystkiego się boję. Zrobiła to celowo, żeby mnie zdenerwować. Ale ona jest głupia… Stara, a taka dziecinna. 
Chętnie zostałabym tu i poczekała na nią, aby  jej wykrzyczeć w twarz, że prawie zawału dostałam, ale z drugiej strony jestem ciekawa, co takiego dla mnie przygotowała. 
Wyszłam więc z domu i ruszyłam w kierunku parku. Droga nie była długa, bo mieszkamy dość blisko.  
Pięć minut później stałam pod dużym, starym i opuszczonym domem, który wyglądał na taki typowy budynek z horrorów. Gdyby można było nadawać imiona lub nazwy domów 
z pewnością nazywałby się „Rozsypka”. Wygląda, jakby piorun w niego strzelił. Nie mogła wybrać lepszego miejsca do straszenia mnie. 
Weszłam na schody i stojąc już przed drzwiami, zastanawiałam się, czy to na pewno dobry pomysł. Przecież nie mam pewności, że to ona. Ale z drugiej strony… to przecież w jej stylu.
Z zamyśleń wyrwał mnie dźwięk przychodzącej wiadomości. Wyciągnęłam telefon. 
„ Widzę, że już jesteś”. 
To ona. Na pewno. Obserwowała mnie. Kto inny mógłby kazać przychodzić mi do takiego miejsca? Tylko ona. Nie mam tutaj wielu znajomych, nie sądzę, żeby ktoś chciał się ze mną tutaj spotkać. A zwłaszcza w piwnicy. Przy jakiejś starej szafie. 
„Zapraszam do umówionego miejsca…” – kolejna wiadomość. 
„Już idę” – odpisałam. 
Chyba jej. 
Ruszyłam w głąb domu. Rozejrzałam się i zlokalizowałam cztery pomieszczenia oraz schody na górę, czyli tam gdzie bym nie weszła. W zagłębieniu po lewej stronie od wejścia było zejście na dół. Na pewno do piwnicy. 
Stanęłam na ich szczycie i wzięłam głęboki oddech. Trochę bałam się tam schodzić, bo nie byłam do końca pewna, że to ona. Jakiś głos z tyłu głowy podpowiadał mi, iż mogę się mylić co do tego. No ale kto inny? 
Kolejny esemes.
„Czekam”. 
Spojrzałam w dół i doszłam do wniosku, że jest tam za ciemno, nic nie zobaczę. Rozglądnęłam się po parterze i zobaczyłam latarkę na stoliku pod schodami na górę. Wzięłam ją i sprawdziłam, czy działa. Na moje szczęście dawała bardzo dobre światło. Zgasiłam ją 
na chwilę wiedząc, że na razie nie będzie mi potrzebna.
Cofnęłam się i po chwili już byłam przy zejściu w dół. Schodziłam powoli, odczuwając coraz większy strach. To na pewno Karolina, nie masz czego się bać – powtarzałam sobie w głowie. Gdy byłam już na samym dole zapaliłam latarkę i zobaczyłam, że do piwnicy dzielą mnie tylko jedne drzwi. Otworzyłam je z wahaniem. Wiedziałam, że już nie ma odwrotu. Od czego? Przecież to tylko wygłupy Karoliny.
Wchodząc, zaczęłam rozglądać się po pomieszczeniu. Widać było, że dawno tam nikt nie wchodził. Było pełno kurzu, pająków oraz zapach stęchlizny. W kątach leżały zdechłe szczury i myszy, a niektóre z żyjących jeszcze zwierząt zaczęło uciekać ode mnie. Przy zniszczonym łóżku zobaczyłam starą szafę, z której wysypywały się równie stare i zużyte ubrania. Nigdzie nie było Karoliny. Myślałam, że chociaż będzie jakaś wskazówka, ale nic nie ma. Podeszłam do mebla i otworzyłam jego drzwi na oścież. Może tam się ukrywa 
ta wariatka z nadzieją, ze mnie wystraszy? 
A jednak nie. Uzyskałam tylko to, że byłam przysypana jakimiś kolorowymi szmatkami aż 
do kolan. 
- Karolina, wyłaź stamtąd! – krzyczałam wygrzebując się z ubrań. – Gdziekolwiek jesteś – wyjdź! Mam dość tych dziecinnych zabaw! 
Kiedy się w końcu uwolniłam, chciałam wyjść z pomieszczenia. Coś mnie jednak podkusiło 
i poszłam za szafę. I to był błąd. To, co zobaczyłam było okropne. 
To były zwłoki. 
Zwłoki Karoliny. 
Martwe ciało mojej starszej siostry, którą jeszcze przed sekundą oskarżałam o sprowadzenie mnie tutaj. 
- Nie… Karolcia… - zaczęłam płakać. Miała plamę z krwi na brzuchu. Położyłam jeszcze ciepłe ciało na kolana i przytuliłam do siebie.
Moja siostrzyczka… nie żyje. Jakiś chory człowiek bezlitośnie ją zabił i tutaj zostawił. 
Z myszami i szczurami, których tak się bardzo bała… 
„Piękna niespodzianka, prawda?” – napisała osoba, która prawdopodobnie była zabójcą Karoliny. 
„Kim jesteś?” – zapytałam, ale gdy po dziesięciu minutach, podczas których zdążyłam wypłakać morze, albo raczej ocean łez, wiedziałam, że już mi nie odpowie. Zaczęłam panikować. Chciałam zadzwonić na policję, pogotowie albo w ogóle po kogokolwiek, ale nie byłam w stanie myśleć o niczym. Momentalnie zapomniałam numeru do wszystkich. Zapomniałam, jak używa się komórki. Liczyła się tylko moja siostra… moja martwa siostra 
w kałuży krwi. 
W pewnym momencie usłyszałam syreny radiowozu. Wzięłam Karolinę pod pachy 
i zaczęłam prowadzić w kierunku schodów. Chciałam ją wyprowadzić i pokazać, że są 
tu zwłoki mojej siostry. Idąc tyłem potknęłam się o coś. Był to nóż, cały we krwi. Zapewne nim zabito mi siostrę. Złapałam za jego rękojeść i rzuciłam w bok, aby nie potknąć się o niego znowu. 
Usłyszałam kroki. Podniosłam ją i ponownie zaczęłam prowadzić do wyjścia, ale nie dałam tym razem rady. Upadłam na zakurzoną podłogę. 
I wtedy nastała ciemność. 
Obudziłam się w wilgotnym pomieszczeniu. Strasznie bolała mnie głowa, ale zaczęłam się powoli podnosić. Byłam w celi. Paskudnej i brudnej celi. Obok mnie leżała butelka z wodą. Widać było na pierwszy rzut oka, że jest nieświeża. W oddali usłyszałam czyjeś kroki. Zerwałam się z łóżka i podeszłam do krat. Krzyknęłam, aby zwrócić na siebie uwagę. 
Przeczekałam chwilę, aż w końcu zobaczyłam policjanta.  
- O! – powiedział z szerokim uśmiechem. – Widzę, że się już obudziłaś. 
- Gdzie ja jestem? 
- Nie widzisz? Wzrok straciłaś? W celi, kobieto, w celi.
- To, to ja widzę. Niech mi pan powie, co ja tu robię! – krzyknęłam mu w twarz. 
- Spokojnie… Wszyscy bardzo się cieszymy, że możemy w końcu posłuchać zeznań potencjalnego zabójcy. Serdecznie zapraszam za mną. 
- Chwila, jakiego znowu zabójcy? Kogo zabójcy? 
- Twojej siostry. 
Zagotowałam się w środku. Ja zabiłam własną siostrę? Ja?! Przecież każdy wie, że jesteśmy nierozłączne, że kochamy się ponad życie… skąd takie oskarżenia?!
- Nie zabiłam jej! Znalazłam jej ciało w piwnicy!  
- Nie tłumacz się teraz, idziemy na przesłuchanie. 
- Mogę wiedzieć na jakiej podstawie stwierdziliście, że to ja ją zabiłam? 
- Na nożu były tylko twoje odciski palców, poza tym świadkowie mówią, że ostatnio o coś się pokłóciłyście. 
- Siostry zawsze się kłócą! – zaczęłam płytko oddychać. Po chwili zaczęłam powoli 
i spokojnie:
- Mam dowody na swoją niewinność. Korespondowałam z osobą, która kazała mi przyjść 
do tego starego domu i zejść do piwnicy. 
- Wytłumaczysz się za chwilę. 
Otworzył celę i mnie skuł. Prowadził przez korytarz. Z każdym krokiem byłam coraz bardziej przerażona. Bałam się, że mi nie uwierzą. Byłam niewinna. To niesprawiedliwe, że morderca jest na wolności, a ja tu siedzę i idę na przesłuchanie. 
- Myśli pan, że mi uwierzą? – zapytałam ze łzami w oczach. 
- Jeżeli mówisz prawdę z tymi wiadomościami, i znajdziemy je, to wszystko jest możliwe. Zobaczymy. 
- Tak… zobaczymy… 

Ewa Maja Maćkowiak
Woda na młyn.

– Oczadziałaś? – Halinka wrzeszczała do słuchawki, nie mogąc ukryć emocji. –Kobieto, czyś ty na głowę upadła?! Krupnik ci zaszkodził? Słońce styki przegrzało? Baśka! Na litość boską, opamiętaj się. 
Teraz już piszczała do słuchawki. Zawsze kiedy się zdenerwowała jej głos brzmiał niczym zmurszała piszczałka, choć wolałaby, żeby był to głos czarodziejskiego flecika. – Całą noc przez ciebie nie spałam i to nie jedną zresztą. Wysłałaś mi ten kretyński mali parę tygodni po twoim zniknięciu z „frapującymi” załącznikami, na widok których omal nie zeszłam z tego świata, że jesteś na końcu świata i nie masz dostępu do Internetu. Nie, no wspaniale! Pogratulować fantazji. Z ciebie przyjaciółka jak z koziej dupy trąba, tyle ci powiem na wstępie. – wypowiedziała resztę tyrady na wdechu.
– Też się cieszę, że cię słyszę Halinko – usłyszała melodyjny głos przyjaciółki. Zawsze zazdrościła jej tego anielskiego zaśpiewu. Co prawda nigdy nie słyszała ani chórów anielskich, ani choćby jednego anioła, ale gdyby usłyszała… z całą pewnością, byłby właśnie taki, jak głos przyjaciółki.
– Sraty graty!  Ja tu od zmysłów odchodzę, a już szczególnie od kiedy przejrzałam pocztę od łaskawej hrabini. Pisać do ciebie nie ma sensu, bo netu niet, dzwonić też, bo w telefonie jak zdarta płyta słyszę… abonent chwilowo niedostępny, abonent chwilowo niedostępny. No to było ponad moje siły. Ja wiem, że ty chciałaś zmienić swoje życie. Ba! Ja cię sama do tego nakłaniałam, i bóg mi świadkiem, że żałuję tego równie mocno, jak tego, że zrobiłam sobie depilację, wiesz jaką… ale Baśka, to … to co ja zobaczyłam, to nie zmiana, to jakiś koszmar. Te zdjęcia mnie p r z e r a z i ł y. Ja mam słabe nerwy, ja mam sfatygowaną zastawkę, mnie nie stać na takie atrakcje. Życie mi jeszcze miłe, moja kochana. Dlaczego ty mi to robisz?!
–  Uwielbiam te twoje powiedzonka. Wygadałaś się, przeszło ci? – zapytała, po czym łagodnie przeszła do śpiewu, wprawiając przyjaciółkę w osłupienie.
W moim magicznym domu, daj mi go dobry boże.
W takim zaczarowanym domu, nic mi się stać nie może.
Anioł, co na zydelku cichutko sobie siedzi . 
Raz spojrzy w prawo, to znów na lewo 
i życie domu bacznie śledzi.
Wieczorem na mym łóżku, przy głowie mojej siada , 
a ja mu wtedy w wieczornej ciszy, różne historie opowiadam.
Ile w tym moim domu, cudów i ile jest radości.
Ilu przygarnia tu do siebie, ludzi strapionych, ilu gości.
Anioł cierpliwie słucha i tylko czasem westchnie,
by potem szepnąć mi do ucha, tak cichuteńko bezszelestnie.
Spij już dziecino miła, bo cały dom już zasnął.
I nawet księżyc tam za domem dawno już temu, dawno zasnął.
A jutro wczesnym rankiem, jak tylko dzień na świat zawita ,
magiczny domek słońce oświeci i będzie znów wędrowców witał.
Śpij już więc dziecino droga w zaczarowanym domku, 
a ja polecę tam do nieba i powiem wszystko komu trzeba.
O tym magicznym domku, daj ci go panie boże.
Może to co mu powiem o tobie, w tej prośbie ci pomoże.
lalalalalalalala.

Halina wraz z każdą nutką znanej, ale przerobionej przez przyjaciółkę piosenki, czuła jak jej i tak już wielkie po osobistej mamie Jadwidze oczy, wychodzą sobie z orbit i najwyraźniej nie zamierzają przestać.
 –  Widzę, że humorek dopisuje – odpowiedziała i przetarła oczy, tak na wszelki wypadek, żeby powstrzymać ich dalszą ekspansję. – Ale ja ci powiem, jesteś niespełna rozumu. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! Ja do tego ręki nie przyłożę. Możesz sobie śpiewać ile chcesz i co chcesz nie bacząc, że beczysz jak koza, bo umówmy się co jak co, ale śpiewać to ty lubisz ale nie umisz, – podkreśliła, choć wiedziała, że co jak co, ale głos i słuch to Baśka ma, i jeśli czegoś jej brak, to rozumu. Tak z rozumem odkąd wyjechała bóg wie gdzie, było troszkę gorzej.
– Więc jeśli myślisz, dalej nazywać tę rozpadającą się chałupę magicznym domkiem, to sama sobie tę magię uprawiaj! – wrzasnęła. – Na litość boską, oczu nie masz? To nie magiczny domek, to ruina. Ruuu iiiii nnnaaa.– na wszelki wypadek gdyby do Baśki miała nie dotrzeć ta ważna wiadomość, przeciągnęła sylaby.
– Może i ruina, ale już moja. Mówię ci, ten dom ma duszę!
– Noooo, z całą pewnością ma i to nie jedną. Kobito, w tym domu, tfuu, w tej ruinie jest dusz od cholery i ciut, ciut. I patrząc po tych zdjęciach śmiem twierdzić, że miejsca to tu dla ciebie jest stanowczo …brak!  Zaraz, zaraz, czy ja dobrze zrozumiałam, ty powiedziałaś: może i ruina… ale… już …moja?!
Po drugiej stronie słychać było „siejący się mak” i trzepot skrzydeł muchy owocówki.
– W imię Ojca i syna i ducha Świętego.– Halinka podniosła rękę, robiąc energicznie znak krzyża. –  Święta Rito od spraw trudnych, Święta Rito od spraw trudnych, Święta Rito od spraw trudnych  – wezwała trzy razy, bo wezwani po trzykroć podobno przybywają. – Nie proszę o siebie, proszę byś przywróciła mojej przyjaciółce Barbarze z domu Budziarek rozum. Straciła go i tak ją trzyma.
– No wiesz! –Basia żachnęła się – chyba troszkę przesadzasz. –  Miałam nadzieję, że kto, jak kto, ale właśnie ty będziesz mnie wspierała. Od zniechęcania i łojenia miałam ciotkę. 
W słuchawce zaległa cisza, w Halinie zabuzowała krew, a w głowie biegały rozszalałe myśli… no Halinka, brawo, brawo, bravissimo. Ale jesteś wredna. I przyjaciółka z ciebie jak z koziego zada trąbka. Dziewczyna przechodziła w „domu” gehennę, a ty zamiast ją wspierać wbijasz nóż w plecy. Uciekła od tego, co dane ci było samej nie raz słyszeć : – „Do czego ty się nadajesz, niedojdo?”, „Zginiesz, jak Andzia w parku”, ”Co ty byś beze mnie zrobiła?” , „Masz dwie lewe ręce”, „Rusz dupę , darmozjadzie”, „Jesteś nikim, rozumiesz, bękarcie?”. To i jeszcze inne, „miłe” przytyki wysłuchiwała co dnia od ciotki, która po śmierci mamy, była jej rodziną zastępczą, a ty nikczemna, kopiesz leżącego. No brawo ty.
Skąd się biorą tacy ludzie? Myśli kotłowały się po jej głowie. Zawsze zadziwiało ją to, dlaczego dwie siostry bliźniaczki, podobne jak dwie krople wody, tak bardzo różniły się od siebie. Katarzyna, mama Basi była ciepła, czuła i wrażliwa, zaś ciotka Bogusława, zimna, szorstka i brutalna. I właśnie tej brutalności doświadczała przyjaciółka.
– Jesteś tam? – Zapytała cichutko, wiedziała, że Halinka ma prawo się złościć. 
– Jestem Basiu, jestem. Przepraszam, bardzo cię przepraszam – wyszeptała w słuchawkę. – Gdzie jesteś? Zaraz będę przy tobie, tylko powiedz. Wybaczysz mi? – zapytała, a w głosie słychać było troskę.
– Nie mam czego wybaczać, przecież wiesz. Jestem na Końcu Świata.
– Gdzieee?! Nieee… Nie wierzę w to co słyszę. To ja się samobiczuję, że podła, że wredna jestem, a ty dalej swoje?! Na końcu świata, powiadasz?! To se tam na tym końcu świata siedź i to nawet do końca świata! O!
– Ale ja naprawdę jestem na Końcu Świta. 
– Taaa! Brnij dalej, z tymi dowcipami, ale do pustej słuchawki! – huknęła ze złością. 
– Nie rozłączaj się, proszę. Koniec Świata, tak się nazywa miejscowość w której jestem. Sprawdź sobie.
– Ty mówisz serio. 
– Serio.
– Ja z tobą zwariuję – zaśmiała się – dobra, niech ci będzie, pójdę za tobą na ten koniec świata, a nawet pojadę.

Tym razem śmiały się obie. 


Korek ciągnął się niemiłosiernie na długość półtora kilometra. Samochód toczył się więc po drodze tempem ślimaka. Choć co by nie powiedzieć, ślimak raczej pełza niż się toczy. Halina miała chcąc nie chcąc dużo czasu na ten Koniec Świata. Przez cały czas zachodziła w głowę co się stało, że Baśka kupiła dom w tak dalekim i odludnym miejscu, o ironio rzeczywiście na samym końcu świata. Wiedziała, że ciotka nie dawała jej żyć, ale musiało zajść coś, czego dziewczyna nie mogła już unieść. I z całą pewnością dowie się co to było, niech no tylko tam dotrze. Najpierw jednak utuli Basieńkę. Czuła, słyszała to w jej głosie, że tym razem stało się coś więcej, dużo, dużo więcej. Musiało się stać, inaczej nie trafiłaby na koniec świata do rudery, bo domem nazwać tego pożal się panie boże przybytku nazwać się nie dało. Jeśli to co widziałam na fotografiach jest prawdą, to zaczynam się o przyjaciółkę bać – rozmyślała. Przecież w tym domu aż roi się od duchów. Te wszystkie przedmioty nadgryzione zębem czasu, pianino z co drugim białym, a raczej pożółkłym zębem, rozwalające się komody, krzesła z podartą tapicerką, stare fotografie z których spoglądały smutne twarze, walające się ubrania, które pokryła warstwa kurzu, strach pomyśleć co pod nimi mieszka. Wzdrygnęła się na samą myśl o gryzoniach. Ten dom nie napawał optymizmem. Wyglądał, jakby ktoś opuszczał go w pośpiechu. 
Tak, jej przyjaciółka musiała przeżyci coś, co zmusiło ją do takiego kroku, do takiego desperackiego kroku!

Dom ciotki, w którym mieszkała, a raczej pozory domu, bo w tym układzie, Basia robiła za służącą, i jej życie w nim nie było bajką, no chyba, że byłaby to bajka o kopciuszku i złej macosze. Bo kochana cioteczka Dżili, albo Cruella, jak nazywały ją za plecami, była na wskroś zła. O ironio, to wcielenie diabła nosiło imię Bogusława, a powinna raczej hańba, bo nic boskiego nie wnosiła do życia innych. Sława, owszem ta część pasowała jak ulał. Cioteczka niczym wprawna aktorka odgrywała rolę kobiety o nieposzlakowanej opinii, zawsze głęboki pokłon i dzień dobry sąsiedzie, co słychać, jak się czuje babcia? No na tej grze pozorów mogłaby zdobywać sceny świata, sława murowana. – Ech życie… – westchnęła. – Ściany, czasami tylko ściany wiedzą o nich całą prawdę, bestie w ludzkiej skórze. – wypowiedział na głos.

Barbara siedziała na progu chyba stuletniego domu, przymrużała oczy obserwowała jak drobinki kurzu unoszą się w ostatnich promieniach czerwcowego słońca i tańczą swój podniebny taniec. Było tak cicho, iż miała wrażenie, że słyszy jak całe rodziny korników uwijają się, żeby do rana zjeść jej chatkę i modliła się, żeby to był tylko wytwór jej wyobraźni. Pokochała to miejsce, ten dom, chciałaby tu zostać do końca świata. Urzekło ją to miejsce od pierwszego wejrzenia. Ten dom miał w sobie duszę. To nic, że trzeba było naprawić dach, a w zasadzie przeprowadzić generalny remont. Zrobi to, uratuje od zapomnienia to cudowne miejsce. Tyle tu skarbów, pomyślała i uśmiechnęła się do swoich myśli. Co dla jednego jest skarbem, dla innych rupieciem. Halinka uznała to za rupiecie, jej prawo. A ja wyczyszczę i doprowadzę do świetności co tylko się da. Przeciągnęła się, rozmasowała obolałe ramiona. No tak, mają prawo boleć, pomyślała. W końcu odwaliłam już kawał dobrej roboty. Wyszlifowana komoda i stół i drewniane krzesła czekały tylko na położenie farby. Do renowacji pianina zamówi specjalistę, bo co jak co ale to pianino musi tu zostać. Te porządki zrobiły przy okazji całkiem dobrą robotę dla niej samej. Odgruzowała dom ze zbędnych rzeczy, ale przede wszystkim głowę z nadmiaru trosk i pytań co dalej.
Przedwieczorne powietrze gęste było od jaśminowego, zapachu. Uwielbiała jaśmin, tak jak jej mama. Jego zapach zawsze przywoływał z pamięci obrazy, kiedy to w ciepłe czerwcowe wieczory siadały na ławeczce pod jaśminowymi krzewami, wtedy Basia mówiła, – mamo, a powiesz ten jaśminowy wiersz. Jaśminem pachniały moje sny…? Powiedz, jak poznałaś tatę, proszę. 
A kiedy mama zaczynała opowiadać, Basia zamykała oczy, wtulała się w nią i czuła, jak jej ciepły, pełen miłości głos otulał jej malutkie ciałko. Jeszcze wtedy wierzyła, że te chwile będą trwały wiecznie. 

białopłatków wonna gałązka 
jaśminowym upojeniem
zapowiedziała 
miłości 
bezgrzesznością 
słów 
wyszeptanie
  
kocham te obietnice
to jaśminowe 
nocywitanie.

– Jaśminem pachną moje sny, mamo – wypowiedziała na głos, a gorące, palące tęsknotą łzy, spływały po policzkach… – Jak mogłaś mi to zrobić? Dlaczego nie powiedziałaś mi prawdy, mamo? – kierowała w niebo słowa żalu, szukając wzrokiem, jakby tam na przepływającej chmurze miała ją zobaczyć, kiedy usłyszała odgłos zbliżającego się samochodu. Szybkim ruchem otarła oczy. Czyżby ktoś zbłądził, pomyślała? Wstała, wolnym krokiem po zarośniętej wysoką trawą dróżce, kierowała się ku drewnianej furtce. Samochód zatrzymał się dokładnie wtedy, kiedy ją uchyliła, drzwiczki zaskrzypiały, jakby witały gościa… 
– O rany, to niemożliwe, co ty tu robisz? – wrzeszczała podskakując z radości.
– Jak to co? Przybyłam za tobą na koniec świata, żeby cię ratować przed niegodziwością tego świata.
– Ale dziś? 
– Jak widać.
– Miałaś być w przyszłym tygodniu, przecież praca, urlop…
– Nieee, no jak tak się cieszysz, że jestem dziś, to ja wsiadam, zawracam i już mnie nie ma. 
– No przecież wiesz, że się cieszę wariatko.
– No pewnie, że przecież wiem, drażnię się z tobą, ty niedobra. Lepiej chodź, pokażesz mi to stare, zawalone stertą rupieci domiszcze. –kończyła, wpadając w ramiona przyjaciółki. –  Oj, przepraszam, nie rób takiej miny, bo ci zostanie. Niech ci będzie, pokaż mi ten swój raj, na ..
– Końcu świata – przerwała – a żebyś wiedziała – dokończyła śmiejąc się od ucha do ucha.
– A co ty tu będziesz, że sobie tak pozwolę zapytać, robić w tym swoim zamku, księżniczko?
– Z całą pewnością, nie będę się użalać nad sobą. Już dość:
Nikt mnie nie kocha. 
Nikt mnie nie lubi. 
Jestem beznadziejna. 
Jestem brzydka. 
Jestem do niczego. 
Nic nie potrafię... 
Bo jak to mówią: Mówisz - Masz!

To była woda na młyn, mojego życia... Woda na młyn, rozumiesz?! Może więc najwyższy czas zmienić przekonania...?
– Wody na młyn?
– Nie patrz na mnie tak dziwnie, nie rozumiesz? 
– Eeee… nieee? – Będziesz miała m ł y n? 
–  JenyJulek, Hala, jaki młyn? Będę pisała książki.
– Wróciłaś, kochana moja, wróciłaś. Jak dobrze cię znów widzieć!– wrzasnęła Halina. Podbiegła do przyjaciółki, objęła rękoma, uniosła i zakręciła z nią piruety. – Możesz sobie i te swoje młyny budować, bo najważniejsze, że wróciłaś. Moja ty kochana pisarko. Już zamawiam egzemplarz.
– Ale co ty z tymi młynami? Zresztą, nieważne. Lepiej mnie puść, bo słyszę, że mi żebra trzeszczą i chodź, domek nad potokiem czeka. 
– Domek powiadasz? – zapytała zadziornie, – a niech ci będzie. A gdzie my będziemy spać, pani pisarko? – zapytała stawiając Basie nagle na ziemi. – Ty może masz bujną wyobraźnię, moja, nie sięga aż tak daleko. Ja za Brunhildę robiła na ruinach tego zamczyska robiła nie będę. 
– A to się zdziwisz.
– Wygodne to łóżko, sama je wymalowałaś? 
– Wymalowałam, a nawet czyściłam. Wszystko od podstaw. Zawsze podobały mi się przecierane meble. Ten to perełka, musisz przyznać.
– Przyznaję. I powiem ci, że mnie zatkało, jesteś moją bohaterką.
Dziewczyny siedziały umoszczone na drewnianym łóżku, wygodny, miękki materac zachęcał do leniuchowania. Półmrok, rozświetlały roztańczone płomienie świeczek, które Basia porozstawiała po całym pokoju.
– Chcesz przywołać duchy przeszłości, wabiąc je świecami? 
– A ty ciągle swoje. Powtarzam ci, tu nie ma żadnych duchów – ofuknęła przyjaciółkę.
– Nie ma, nie ma, ale po co wywoływać wilka z lasu? Podobno, kiedy świecisz lampkę na cmentarzu, to dusza przychodzi…
– Ta, zimą w kozaczkach, latem w sandałach. Czy widzisz tu cmentarz?
– Na zdjęciach widziałam, więc wiem co mówię.
– Halina!
– Już dobrze, dobrze, milknę jak grób. 
Zachichotały razem…
– Przywiozłam winko, twoje ulubione. Chciałam zostać matką chrzestną tego domku, ale boję się, że jak puknę butelką, choćby najdelikatniej, to się ta twoja wymarzona ruina rozleci. Nie, no żartuje –  uśmiechnęła się widząc minę przyjaciółki. To całkiem fajny dom. Podrasujesz go jeszcze i będzie jak malowany. Dlatego zamiast rujnować rui… dom, napijemy się za jego przyszłość.
– Gwarantuję ci, że po tym co ci powiem będziesz chciała się napić. Bo ja z całą pewnością.  
Halinka spojrzała na przyjaciółkę, rzeczywiście była jakaś inna, zmieniona. Myślała, że jest przewrażliwiona, ale teraz, teraz widziała to lepiej. Kąciki ust Basi układały się nienaturalnie w podkówkę. Schudła. Sińce pod oczami. Ale najważniejszy był wyraz oczu, a raczej brak wyrazu. Oczy przyjaciółki były nieobecne, spojrzenie puste.
– Po tym co mi zapowiedziałaś, a raczej jak, mam ochotę napić się już, i boję się, że na to co usłyszę jedna butelka może nie wystarczyć.
– Może.
– Baśka! Błagam cię, mów, że wreszcie!
– Nie jestem owocem miłości.
– Że co?
– Że to! Jestem owocem gwałtu.
Halina siedziała jej oczy robiły się coraz to większe. Usta otwierały, ale klucha, która rosła w gardle nie pozwalała na wydobycie się głosu.
– Zatkało cię. Mnie też.
– Basiu… 
– Basiu, Basiu… twoja przyjaciółka Basia jest owocem owszem, ale nie miłości, tylko grzechu, zepsutym, zgniłym, owocem gwałtu. I teraz wszystko układa się w całość. Teraz wiem, dlaczego ciotka mnie tak nienawidzi, dlaczego nienawidziła mamy, dlaczego całe życie była sama, dlaczego nienawidzi facetów. I wiesz co, ja się zastanawiam, czy do śmierci mamy ktoś nie przyłożył ręki. I czy nie była to jej reka…
– Jezu, Basiu, co ty mówisz…?

Za oknem zahuczała sowa. Halinka podskoczyła, złapała się za serce…


Agnieszka Bruchal
Zieleń jej oczu

Anatol Zając siedział  w swoim ulubionym fotelu, który śmiało mógłby służyć jako eksponat do podziwiania w niejednym muzeum. Niestety właściciel nie wyobrażał sobie by jego ukochane meble z duszą, stały zakurzone próżno czekając na powrót właściciela, który szurając kapciami w końcu zasiądzie wraz z gazetą.
Tak, Anatol był konserwatystą. Nie zaprzedał się postępowi, nie wymienił przepięknie zdobionych witryn na regały z Ikei, masywne szafy na te... to badziewie ze sklejki, czy czegoż one były zrobione. Nie. Takiej profanacji mężczyzna nigdy by nie popełnił.  Zrobił tylko jeden jedyny wyjątek w pędzie postępu, zakupił komputer.

 Dlatego gdy obolałe stawy uniemożliwiały przebyć trasę z czwartego piętra do pobliskiego kiosku z gazetami, załączał odpowiednią stronę w przeglądarce i zatapiał się w lekturze. Oczywiście przybytek technologii nie służył li tylko czytaniu wiadomości. Zając miał swoje maleńkie sekreciki, o których nie miała pojęcia ani najbliższa rodzina – siostrzeniec materialista oraz jego jedyny znajomy. Leon Szerszeń.
Anatol miał swój sekret, który ukrywał za fasadą szorstkości i nieprzystępności w realnym życiu. Te wiele lat temu spisał na straty, jako człowiek dumny nie potrafił przejść do porządku dziennego po tym, co ugodziło jego honor. Teraz jednak miał internet, a dzięki niemu mógł być kim tylko chciał. Oczywiście w granicach zdrowego rozsądku. Zając nie miał zapędów zboczeńca, albo innych odchyleń. Po prostu chciał poczuć się szczęśliwy.... Chociaż w tym świecie pełnym iluzji.


Często kiedy dni stawały się coraz krótsze, słońce nie ogrzewało swoim ciepłem ziemi i serc, zasiadał w fotelu z kieliszkiem koniaku i wspominał. Wracał pamięcią do czasów gdy miał marzenia i plany na przyszłość. Jakże on wierzył, że świat stoi u jego stóp! Był przekonany o swoim sukcesie zawodowym, rodzina? Wiadomo! Anatol przystojny, postawny i pewny siebie młodzieniec, mógł mieć praktycznie każdą dziewczynę. Tak. Wtedy za młodu zdawało się, że czas stoi w miejscu i zdąży ze wszystkim. Powiedzieć tej jedynej, że kocha. Podpisać odpowiednie dokumenty będące przepustką do kariery zawodowej. Niestety nie przewidział jednego. Życie nie zaczekało na niego.

Lata młodości wypadły w okresie gdy trzeba było określić własne stanowisko względem poprawności politycznej. Albo byłeś za, albo przeciw. Kto nie zgadzał się, wiadomo jak skończył. Anatol miał swoje zdanie, a jednak nie potrafił walczyć o swoje. Postanowił zaryzykować, na chwilę, bo przecież dla dobra kariery, żeby mieć możliwość lepszego startu. Nie zgadzał się z ustrojem, ale i nie sprzeciwiał. Był pośrodku. Nie chciał się narażać. Nie przeszło mu przez głowę, że kiedyś za ten jeden jedyny błąd będzie musiał żałować całe życie. Lata spędzone w samotności. Przepełnione wyrzutami sumienia.  

***

Marysię poznał w parku, siedziała w kwiecistej sukience, sama wygląda jak jeden z najpiękniejszych kwiatów, który rozwinął swój pąk kierując płatki ku majowemu słońcu. Anatol aż przystanął z wrażenia, w jego życiu było sporo kobiet, jednak do tej pory żadna nie wywarła aż takiego wrażenia. Piękna, eteryczna. Delikatna. Po prostu ucieleśnienie wszystkiego co najlepsze. Miedziano-brązowe włosy uroczo zakręcały się w spiralki okalając drobną, lekko bladą twarz, ale ta bladość była największym atutem, dziewczyna miała delikatnie różowe policzki i usta. I te oczy. Ciemno oprawione, szmaragdowe. W jej spojrzeniu można było utonąć.  Anatol po raz pierwszy w swym młodym życiu – zakochał się od pierwszego spojrzenia.  W tym momencie mogłaby zakończyć się bajka. Młodzieniec podchodzi, rozmawia. Okazuje się, że dziewczyna również odwzajemnia swoje zainteresowanie. Umawiają na pierwszą randkę, kolejną i... ślub. Później dzieci, żyli długo i szczęśliwie. Niestety.  Scenariusz napisał się zbyt brutalnie.

Pierwsza prawdziwa miłość jest przepiękna, emocje oczekiwania każdego spotkania. Euforia i stres, ale i radość rozchodząca po całym ciele. Tak, miłość jest piękna. Gorzej kiedy na jej drodze napotykane są zbyt trudne przeciwności losu. Oczywiście. We dwoje można wszystko. Można przejść razem trzymając się za ręce podczas burzy, a nawet tornada. Można. Lecz nie każdą przeszkodę zdoła się ominąć, nie każdy błąd wybaczyć. Nawet kiedy kocha się ponad wszystko.

Miesiące kiedy oboje żyli sobą i dla siebie jawiły z rodem najpiękniejszej bajki. Anatol zaraz po pracy spieszył się do domu, by przebrać i pobiec na spotkanie z Marysią. Zmierzali w swych planach ku przyszłości wspólnej. Zaręczyny i ślub. Mieszkanie i później dziecko. Miało być niby zwyczajnie, ale ta zwyczajność spełniała marzenia obojga. Niby nic, a tak wiele.


Tego dnia mieli pojechać na wieś. Do rodziców Marii, która teraz pomieszkiwały u swojej ciotki. W mieście łatwiej było o pracę, no i mogła ukończyć szkołę wieczorowo. Nawet gdy zaoszczędziła posyłała rodzicom parę gorszy. Żeby nie brakowało.  
Był październik, słońce odprowadzało ich na peron stacji kolejowej. Za dwie godziny mieli wysiąść w miasteczku od którego do wioski dzieliło trzy kilometry. Mały spacer. W sam raz dla dwojga zakochanych. Anatol był szczęśliwy, jego rodzice zmarli dwa lata wcześniej, dlatego myśl o zyskaniu teściów bardzo go radowała, chociaż czuł stres. Czy zostanie zaakceptowany, czy aby na pewno spodoba się przyszłej rodzinie. Ślub zaplanowali w Boże Narodzenie, nie chcieli czekać, wielka uroczystość nie była im potrzebna, zresztą i tak nie było ich stać na wystawne wesele.
Zgodnie postanowili o skromnym poczęstunku dla najbliższych.
Teraz zmierzali w stronę małej wioski, w której wychowała się Marysia, może za jakiś czas będą przyjeżdżać tu we trójkę? Z dzieckiem na odpoczynek do dziadków?
Szli roześmiani. I chociaż słońce zasnuły szare chmury, oni byli szczęśliwi. I nawet wicher nie był wstanie zmienić ich nastroju. Nie mogli spodziewać się, że zmiana pogody, miała być zwiastunem nieszczęścia.
***

Kilka miesięcy przed wyjazdem...


Anatol Zając proszony jest do naczelnika!
 Idąc w stronę pokoju przełożonego nie spodziewał się, że informacje jakie udzieli zaważą na przyszłości, nie tylko jego, ale również ukochanej i jej rodziny. Nie miał pojęcia, że Ojciec Marii od dawna jest obserwowany, dlatego kiedy szef dosyć szczegółowo dopytywał się  o zajęcia i sprawy związane z przyszłym teściem, odpowiadał wszystko co wiedział. Owszem, zdawał sobie sprawę, że czasy były trudne, nie wiadomo było koto, komu i za co podpadnie. Może gdyby był bardziej ostrożny, może gdyby skłamał i powiedział, że jego wiedza jest niewielka. Może nie doszłoby do tragedii. Może...


***

Właśnie dochodzili do zabudowań, kiedy zwrócili uwagę na dziwne poruszenie we wsi. Ludzie biegali z krzykiem, trudno było zlokalizować źródło niepokoju, tego co wywołało falę paniki.  To znaczy dla Anatola, bo Marysia od razu zamarła ze wzrokiem zwróconym na chatę położoną  nieco na uboczu. To właśnie tam stały czarne, przerażające samochody, które nigdy nie wróżyły niczego dobrego. Kim byli? Czego chcieli od jej rodziny? Z truchlejącym sercem popędziła do domu, miejsca gdzie powinno być bezpiecznie, gdzie nigdy nie powinno wydarzyć się nic strasznego.
Gdy dotarł na miejsce, jego oczom ukazał się straszny obraz. Niedoszły teść leżał w kałuży krwi, matka Marysi wyglądała niewiele lepiej, jeszcze żyła. Jeszcze, chociaż na pierwszy rzut było widać, że wydobywa z siebie ostatnie oddechy. Co takie się wydarzyło? Krzyk ukochanej, szok i niedowierzanie. Dziewczyna rzuciła się z pięściami do jednego napastników, nie miała z nim szans, ale rozpacz odbiera myśli. I jeśli w tej chwili Anatol myślał, że przeżywa najgorszy z koszmarów, był w ogromnym błędzie. Za chwilę jego przyszłość miała rozpaść się w pył.
Podchodził do Marysi, chciał pocieszyć, złagodzić ból, który rozdarł jej niewinne, szczere serce. Stała zapłakana, patrzyła na niego, czekała aż otuli ją swoimi ramionami, i nagle... Jeden z tych morderców, oprawców bez sumienia podchodzi do jej wybrana, poklepuje po ramieniu. Dziękuje, za „dobrą robotę”. Gdyby cisza mogła krzyczeć, ten krzyk sprawiły, że każdy znajdujący się w pobliżu straciłby słuch.

On, nie miał pojęcia za co, otrzymał „podziękowanie”, nie rozumiał sytuacji. Co takiego i dlaczego się wydarzyło. W co, został wplątany. Żadnej przysługi nie wyświadczał, o nic go nie proszono.

Ona, otrzymała najgorsze ciosy, straciła rodziców. Ukochany okazał się zdrajcą. Wystawił dwoje najważniejszych ludzi, sprzedał ich życie. Za co? Co otrzymał w zamian?

Miał wrócić z przyszłą żoną, mieli doprowadzić wszystkie sprawy związane ze ślubem do końca, oczekiwać jednego z najważniejszych dni w swoim życiu. Miał być początkiem szczęścia we dwoje.  

Marysia nie wytrzymała, uciekła w las, Anatol pobiegł za nią, jednak nie znalazł kobiety swojego życia. Nie znał okolicy, błądził, wołał. Błagał. Chciał wyjaśnić. Nie wiedział, nie miał pojęcia, że zwyczajna rozmowa odbierze im przyszłość...  
Tego dnia umarli rodzice Marysi. Umarła ich miłość i oni sami. Nigdy więcej się nie spotkali.  

***

Można żyć nie mając serca. Każdy kolejny dzień wygląda tak samo. Ból nie mija, po prostu po jakimś czasie staje się nieodłącznym towarzyszem. Zasypia i budzi się razem z tobą. Anatol oswoił się z pustką, dziurą w swojej duszy. Utracił część siebie. Lata mijały, poznał wielu ludzi, pojawiały się kobiety. Żadna nie zagościła w jego sercu. Było w nim miejsce dla jedynej, uciekła wraz z jego cząstką. Nie umiał udawać, nie chciał kłamać i dawać złudnej nadziei. Wybrał samotne życie. Wyjechał na drugi koniec kraju, jak najdalej od wspomnień. Miejsc, które kojarzył się z najpiękniejszymi chwilami. Brutalnie odebranymi.  
Pracował, praca była dla niego wszystkim. Nie chciał wracać do pustego domu. Dawał z siebie nie sto, ale dwieście procent, spał bardzo krótko. Zazwyczaj kiedy organizm zmuszał go do odpoczynku.  W taki sposób upłynęło życie Anatola Zająca.
Emerytura jawiła się czymś strasznym. Siedzieć w domu i patrzeć w przestrzeń? Nie miał wnuków, których mógłby pilnować. Była Sam. Właśnie podczas jednego z samotnych wieczorów podjął decyzję, kupna komputera. Nie miał życia w tym realnym świecie, stworzy sobie w wirtualnym. Anatol nie był zacofanym starszym panem, na bieżąco był z techniką. Czuł dumę z tego powodu. Inni jego rówieśnicy nie potrafili zrozumieć fenomenu w jaki sposób towar w markecie jest nabijany. Dlaczego tak „pika”. Cóż poradzić. On wiedział sporo. Śledził wiadomości, nowinki, doszkalał się. Chciał starzeć się z klasą.


Strona, na której mógł wykreować nowy wizerunek wpadła w jego oczy zupełnie przypadkiem. Przeczytał o niej w jednej z gazet. Niestety nie posiadał komputera i internetu. Na szczęście wiedział gdzie się udać. Po kilku dniach zasiadł w ulubionym fotelu przed monitorem. Euforia i ciekawość. Dawno nie doznawał podobnych uczuć.
Czuł się wyprany z emocji. Teraz, po tylu latach udręki mógł pokierować własnym losem, zadecydować o nim, napisać scenariusz. Taki, jaki powinien mieć miejsce jakieś czterdzieści pięć lat temu.

Napisał adres, wyświetliła się strona startowa. Mnóstwo kolorowych reklam, i to co najbardziej go zaciekawiło. Aby móc zostać użytkownikiem potrzebna była opłata. Tak. W dzisiejszych czasach za wszystko trzeba zapłacić. Anatol miał pieniądze. Uzbierał ładną sumkę, nie musiał sobie na nic żałować, jeżeli w tej  wyimaginowanej rzeczywistości miał poczuć namiastkę szczęścia, nie zważał na cenę. Chociaż tyle mu zostało.
Wybrał odpowiedniego swoim zdaniem avatara, nadał mu imię Antoni – w końcu tutaj ma być nowym człowiekiem. Rozpoczął budowanie nowego wizerunku, miejsca w jakim będzie mieszkał. Poznawał ludzi. Pokieruje swoim nowych „ja” tak, jak marzył przez wszystkie lata. Dni i wieczory. Może gdzieś w tym sztucznie wykreowanym miejscu spotka kogoś podobnego do dawnej ukochanej? Tylko zakończenie będzie miało lepszy finał...

***

Wirtualne życie pochłaniało Anatola, zapominał o tym co dzieje się poza monitorem komputera. Z każdym dniem coraz trudniej było mu oderwać się, do szarej rzeczywistości. Nie chciał spać. Po co? Tam w „sieci” miał to czego nie zaznał w normalności.

Był październik. Piękny, słoneczny. Liście złociły się na drzewach. Anatol miał dziwny sen. Od pamiętnej tragedii nie miewał snów. Lecz tej nocy przyśniła się Marysia. Nie widział jej twarzy, ale oczy. Te oczy poznałby w samym piekle. Obudził się z dziwnym uczuciem. Jakby coś go wołało, jakby dziwna siła popychała do podróży, do miejsca w którym skończyło się życie, a rozpętał koszmar. Nie opuszczał miasta od wielu lat. Ba! Starszy pan nie wyjeżdżał dalej poza granice własnego osiedla. Miał pod bokiem wszystko to, czego potrzebował.  I nagle, tego październikowego poranka poczuł, że musi jechać. Spakował najpotrzebniejsze rzeczy, sprawdził połączenia i wyruszył na stację. Czekały go dwie przesiadki. To też zaopatrzył się w ulubione czasopisma. Nie lubił siedzieć bezczynnie. Długa podróżą nie przerażała. Tam w środku czuł, że robi słusznie.

Na miejsce dotarł wieczorem, planował od razu pojechać do celu swojej wyprawy, ale miał świadomość, że wiek nie ten, zmęczenie i zapadający zmrok nie są na korzyść . Zameldował się w okolicznym pensjonacie. Jakże dziwnie się czuł. Znajome krajobrazy, ale obce. Niegdyś tak bardzo bliskie. Sen nadszedł szybko, bladym świtem Anatol zszedł ubrany i gotowy do ostatniego etapu. Wsiadł do pustego przedziału, najwidoczniej młodzież i jeszcze pracujący mieszkańcy zmienili środki lokomocji. Za czasów młodości trudno było o miejsce siedzące, nawet stojące było luksusem. Cóż... tyle lat.  Jak się okazuje, nawet do wioski można było dojechać busem, kiedyś tylko spacer.  Zadowolony kupił bilet, nie wiele osób jechało.
Nie poznał miejsca, w którym wysadził go kierowca, inne obrazy zachowały się w jego pamięci. Wiele domów było odremontowanych, albo całkiem nowych wybudowanych. Zarośnięte polne drogi, teraz zadbane. Dziwnie było przemierzać tereny, które wywoływały tyle smutnych wspomnień. Nie było go tutaj tyle lat, ale mimo to, pamiętał gdzie iść, w którą stronę skręcić. Nogi same go prowadziły.

Nie wiedział jakiego widoku ma się spodziewać, już wtedy dom nie należał do zadbanych. Jego oczom ukazała się zapadnięta chatynka, od lat niezamieszkiwana, rośliny radośnie zajęły wnętrze. Dom umarł. Czy ktoś mieszkał w nim? Czy został pozostawiony sam sobie, po tej nieszczęsnej tragedii? Obszedł dookoła,  nie wiedział czy może zajrzeć do i tak już zmęczonego czasem wnętrza. Miał wrażenie, że coś go popycha ku drzwiom, które w zasadzie wyglądały jakby zaraz po otwarciu miały się rozsypać.
Delikatnie chwycił klamkę, wyobraził sobie ile razy jego Marysia jej dotykała, może była wtedy roześmiana, może smutna. Jedno jest pewne, całym sobą odczuł jej obecność w tym zapomnianym miejscu, zgrzytnęło, zacięło, ale i puściło. Drzwi głośnym westchnieniem otworzyły się przed zagubionym wędrowcem. Poprzez dziury w ścianach i suficie dochodziło światło. Anatol powoli zagłębiał się w pomieszczenia, które nie dane było zobaczyć, za życia właścicieli jak i samego domu. Teraz jego oczom ukazały się szczątki. Miał poczucie, że nie powinien zakłócać spokoju. Tutaj umarły dwie osoby, umarła miłość. Budynek stał się grobowcem.  Serce staruszka zakuło, nagle odczuł ból minionych lat, tego co utracił. Jego ciałem wstrząsnął szloch, nie potrafił się opanować. Gdzieś w oddali słyszał szelest, może dzikie zwierzątko przebiegło, może lis wyruszył na poszukiwania pożywienia. Świat kręcił się, żył i parł do przodu. Anatol był jakby obok, żył ale nie odczuwał radości. Gdy łzy przestały płynąć podniósł głowę, coś się poruszyło... Jego oczom ukazał się zapomniany i długo wyczekiwany widok. W końcu ją zobaczył. Wymówił tylko jedno słowo. Marysia....

Paulina Kuchta
Zawsze masz mnie

W życiu nie chodzi o to by się bawić. W życiu chodzi o to, by być szczęśliwym, gdy tylko inni się bawią. 
Złota myśl ojca

Gdy po ośmiu latach mnie wypuścili, chciałam tylko zapomnieć. O ojcu, o tym co zrobił. Nawet wmawiałam sobie, że to był nieszczęśliwy wypadek, uciekałam w kolejne związki, pracę, hobby. Ciągle gnałam do przodu, żeby tylko nie powracać myślami do domu. Do tamtych strasznych dni. Do powodzi. I matki odpływającej w trumnie. Niedawno zrozumiałam, że życie zeszło mi na ucieczce i próbie zapominania. I chociaż w niepamiętaniu jestem dobra, nie udało mi się. Wspomnienia przywołał ojciec. Swoim odejściem wywołał to, co tak długo upychałam w podświadomości. 

Na pogrzeb rodzina zjechała się z najdalszych stron. Patrzyli na mnie, jak na wyklętą, zakałę rodu, co to ojca w chorobie zostawiła, bezbronnego jak dziecko. Spojrzenia pełne wyrzutów paliły. Zresztą, osądzili mnie już dawno. Już wtedy gdy oglądałam pokój bez klamek, albo nawet zanim. Przyniosłam im wstyd, tylko to. Chorzy na raka budzą współczucie, litość, chorych na głowę lepiej unikać. Niech siedzą do śmierci w psychiatrykach. A nuż, szaleństwo jest zaraźliwe? Niektórzy nie dziwili się, sama sobą nie umiałam się zająć, jak miałabym starym, schorowanym człowiekiem? 

Nikt dokładnie nie wie, kiedy to się zaczęło. Kiedy pomieszało mi się w głowie. Czy śmierć matki to sprawiła, czy tak było na długo zanim odeszła. Pamiętałam, jakby to było wczoraj. Miałam dziesięć lat. Staliśmy tak razem, ojciec i córka. Ciało z ciała, krew z krwi, kość z kości, a każda moja cząsteczka chciała uciec. Ludzie widzieli tylko jego krokodyle łzy, spływające po nieogolonej twarzy, skapujące na zbyt ciasny garnitur. Ja widziałam co zrobił. 
Tamtego dnia, jak zawsze podniesione głosy niosły się po domu. Do czasu. Gdy w domu się krzyczy nie jest jeszcze źle, najgorzej gdy się milczy. Kiedy zapadła cisza, coś kazało mi wyjść z pokoju. Podeszłam na palcach. Mama leżała, wyglądała jakby spała. Tylko ta krew. Ojciec siedział w fotelu jakby też uszło z niego życie. Zaczęłam krzyczeć. Wykręcił mi rękę, uderzył na otrzeźwienie i syknął, że zabije jak coś powiem. Powiedział jeszcze: mama odeszła, zawsze masz mnie. 
Wtedy zrozumiałam, że jestem sama. Patrzyłam jak Bug zabiera okoliczne łąki, myślałam, że nastąpił koniec świata i Bóg wymierza ojcu w ten sposób sprawiedliwość. Rwąca rzeka odcięła nas zupełnie od świata. Zapomniana podlaska wieś, stała się z dnia na dzień wyspą. Nikogo to nie obchodziło. 
Potem było morze tabletek. Na lęk. Na sen, który nie nadchodził. Ojciec myślał, że lekami da się załatwić wszystko. Dziecko zapomni, że miało matkę. Po kilku latach machnął ręką, dotarło do niego, że zawsze będę pamiętać. Uznał, że potrzebuję fachowej pomocy. Tak trafiłam na oddział. Pamięć płata figle, niewiele obrazów z tego okresu przetrwało w mojej głowie. Wszystko jest nierealne i rozmyte, jak akwarele zalane nieopatrznie wodą. Po opuszczeniu szpitala wychodziłam powoli na prostą. Krok za krokiem. Bywało, że płakałam z przerażenia. Zapomniałam jak to jest żyć samodzielnie. Za murami było bezpieczniej.

Przeżyłam śmierć matki, przeżyję ojca. Koniec z wieczną żałobą. Tak postanowiłam. Weszłam do domu, by zobaczyć jeszcze raz ojca i pożegnać się – z nim, domem, przeszłością. Wszyscy wokół szlochali, tylko nie ja. Choroba zostawiła mu tylko skórę i kości. Wyglądał jak o wiele za stara miniaturka siebie. 
Myślałam wtedy, że to był ten ostatni raz, ale wróciłam. I teraz gdy znów tu stoję, jestem stara, zmęczona trwaniem, życiem i umieraniem. Jeszcze raz dogoniła mnie pamięć i duchy przeszłości. Chodzę po domu i daje się ponieść wspomnieniom. Już nie bolą. Myśli bezwiednie płyną jak Bug. Czasem zwalniają bieg, to normalne w moim wieku. Czasem zatrzymują się przy jakimś wydarzeniu i uparcie próbują sobie przypomnieć. Pozwalam im. Nie walczę już z przeszłością, nic w niej nie zmienię. Ostatecznie i tak wszyscy obrócimy się w proch. Rozglądam się wokół.  Sfatygowane buty mamy, zakurzona porcelana w kwiaty, zniszczone meble, poprzewracane krzesła, stara książka pokryta pajęczyną. Wszędzie kurz i gruz, który niebawem pogrzebie dom. Może to i dobrze. Niegdyś piękna nadbużańska posiadłość  obróci się w pył. Tak powinno być. A wtedy wraz z nią umilkną duchy przeszłości. Kiedyś muszą. A później ktoś zachwyci się tym miejscem i wybuduje dom. Może ten będzie szczęśliwy. 

Artur Kuchta 
Nowy dom Weroniki

“Jesteś nikim! Słyszysz? Nic nie znaczysz i do niczego w życiu nie dojdziesz. Bez mojej pomocy zginiesz marnie. Czy ty mnie słyszysz, dziewucho?!”. Słowa matki dochodziły do niej jak z oddali. Odkąd opuściła dom nie chciały wyjść z głowy. Czasami milkły. Sadowiły się gdzieś na pograniczach umysłu, uśpione, senne, niesłyszane i wydawało się martwe. Weroniki to nie zwiodło. Mimo, że mogła przez chwilę czuć się bezpiecznie, żyć w miarę normalnie, miała świadomość, że one tam są. Czekają na stosowny moment by zaatakować. Jak teraz, gdy weszła do tej chaty. Co ją naszło by kupić dom w tak odludnej okolicy?
Z matką nie dogadywała się odkąd sięga pamięcią. Jako dziecko zrzucała to na karb dziecięcego sprzeciwu, braku wiedzy o życiu (tak przynajmniej twierdziła mama), później nastoletniego buntu. W wieku trzydziestu sześciu lat brakło jej pomysłów. Mieszkały razem. Weronika była sama. Od prawie dziesięciu lat wypruwała żyły, tracąc zdrowie i nerwy w korporacji. Wreszcie, powiedziała dość! To wywołało furię matki. Dotychczas układała życie Weroniki wedle swoich planów. Szkoła, studia, praca, sprawy osobiste (właściwie ich brak, bo matka nie tolerowała żadnego z kandydatów na przyszłego męża córki). W Weronice coś pękło. Z dnia na dzień rzuciła pracę, a za część zarobionych pieniędzy kupiła dom na Lubelszczyźnie. Może pracować zdalnie. Wykorzysta wiedzę nabytą przez te wszystkie lata. Pokaże wszystkim na co ją stać.
Marzyła o domu, odkąd pojawiły się sny. Nie przedstawiały widoków jak z katalogów Ikei. Raczej stare, zrujnowane domostwo, zawalone stertą rupieci, gratów i walających się po zniszczonej podłodze śmieci. Coś jednak ciągnęło ją do tego miejsca. Zapragnęła wreszcie własnego kąta, spokoju i przestrzeni, którą sama zagospodaruje. Bez marudzenia matki i wojny o każdą przełożoną w inne miejsce rzecz. Bez ciśnięcia się w dwupokojowym mieszkaniu z kobietą, której nie rozumie, mimo że jest jej własną matką. Kiedy zobaczyła w Internecie ten dom, serce zatrzymało się na moment. Wyremontowane wnętrza w niczym nie przypominały tych ze snów. A jednak - rozkład pomieszczeń, ułożenie okien, wszystko było bliźniaczo podobne. To przypadek, powiedziała sobie początkowo. Jednak im dłużej o tym myślała, tym bardziej chciała tam zamieszkać. Po tygodniu podjęła decyzję. Zadzwoniła do biuro zajmującego się pośrednictwem nieruchomości, później do szefa. Kupiła dom i złożyła wypowiedzenie jednego dnia. Matka stwierdziła, że oszalała. Weronika momentami myślała, że ma rację.

W kilka dni zdążyła się oswoić z nowym miejscem. Posprzątała, porządnie wywietrzyła chatę i w wiejskim sklepiku zaopatrzyła się, jakby miała nadejść klęska żywiołowa. Wysłała też oferty do kilku firm. Zajmowała się promocją i marketingiem od lat. Nadzorowała wiele kampanii na zlecenie wielkich koncernów, więc było co wpisywać do CV. Miała nadzieję, że ktoś skorzysta z jej usług. Co prawda miała jeszcze na koncie kilka tysięcy, ale nawet na wsi oszczędności szybko stopnieją. Był sierpień, niebawem czekał ją spory wydatek w postaci kupna węgla na zimę. Do tego dochodziło wyżywienie, a jak zdążyła się zorientować ceny w jedynym w Roszpontowie sklepie, miały się nijak do tych marketowych. Dodatkowo, jak na złość, w środę powróciły sny.
Kolejny raz znajdowała się w zrujnowanym domu. Tym razem nie była sama. Mężczyzna, do którego siedziała przytulona wywoływał u niej dreszcze. Nie była pewna, podniecenia czy strachu. Ważne, że przy nim cały ten bałagan wydawał się nieistotny. W jednej chwili stał się zamazanym tłem, na które nie zwracała uwagi. Całą skupiła na przystojniaku, który bez ostrzeżenia zbliżył się do jej warg. Pocałunek trwał całe wieki i wydawał się taki... realny. Po wszystkim nie była w stanie wydobyć z siebie nawet słowa. Ciszę przełamał nieznajomy.
– Pamiętaj – zaczął. – Nawet jeśli wszystko się posypie, nasze uczucie przetrwa. Nie rozłączy nas nawet śmierć. Ja w to wierzę. Mam nadzieję, że ty też. – Weronika milczała. O co chodzi temu facetowi? Kim on jest? – Przysięgnij – mówiąc to szarpnął ją mocniej za ramię.
– Przysięgam – odparła i obudziła się.
O śnie myślała cały ranek. Przez kolejne dwa dni szukała wyjaśnienia zagadki. Nic sensownego jednak nie przyszło Weronice do głowy. Czasem tylko wydawało jej się, że gdzieś już widziała tego mężczyznę. Może już o nim śniła, tylko nie pamięta? Kiedy prawie udało się o tym zapomnieć, nieznajomy wrócił. Wszystko przebiegło podobnie jak wcześniej. Z tą różnicą, że zanim się pocałowali drzwi do chaty runęły z łoskotem. Do środka wdarła się kilkuosobowa grupa mężczyzn. Rzucili się jak dzikie bestie na oszołomionego, bezbronnego mężczyznę i siłą wywlekli z budynku. Weronika zapragnęła krzyczeć, jednak głos uwiązł jej w gardle. Strach sparaliżował kończyny. Stała bezradnie, patrząc na szamoczącego się mężczyznę i wymierzających mu razy agresorów. Obudziła się przerażona. Przez kilka godzin nie była w stanie usnąć ani nic przełknąć. Przed oczami miała wystraszoną twarz kochanka ze snu. Nie zrobiła nic by mu pomóc. To męczyło ją najbardziej. Dopiero wieczorem usiadła z kubkiem herbaty i mocnym postanowieniem zagłębienia się w lekturze. Nie wiedziała kiedy usnęła. Wybudził ją cichy szept. Odruchowo sięgnęła po leżącą na kolanach książkę. Powieści nie było. Podobnie fotela na którym siedziała i mebli. Leżała na pogryzionym przez szczury barłogu. Nad nią pochylał się nieznajomy, delikatnie głaszcząc po głowie. To jego głos obudził Weronikę. Choć nie do końca, bo wszystko wskazywało na to, że rozpoczęła się kolejna z dziwnych, niepokojących wizji.
– Wreszcie jesteś. – Uśmiechnął się. Weronika poczuła się lepiej, nie miała ochoty powracać do rzeczywistości. Do samotnego życia, codziennych kontrolnych telefonów matki i poszukiwania zlecenia. Miała ochotę zagubić się do reszty, w tych wielkich błękitnych oczach, osadzonych w przystojnej twarzy naznaczonej kilkudniowym zarostem.
– Kim jesteś? – ośmieliła się wreszcie zapytać.
– Nie pamiętasz? – Zdziwił się. – Kochaliśmy się nad życie. Nasze rodziny żyły w nienawiści od lat. Dlatego musieliśmy spotykać się potajemnie w tym zrujnowanym domostwie. Jednak ktoś nas wydał. Ludzie twojego ojca weszli tu gwałtem, pobili mnie i wynieśli na pole bym umarł. Ale już wszystko będzie dobrze.
– Umarł? – Zlękła się Weronika. Z każdą chwilą przestawało się to jej podobać. Robiło się zbyt niesamowicie, upiornie wręcz.
– Tak, umarł. Nawet nie masz pojęcia jak za tobą tęskniłem. Tyle lat, Marysiu, tyle lat...
– Ale ja mam na imię Weronika – odparła przytomnie. Ten sen był najdziwniejszy z dotychczasowych. – Mieszkam z mamą w Katowicach. To znaczy do tej pory mieszkałam – poprawiła się. – Teraz żyję...
– Tutaj – przerwał jej nieznajomy. – A teraz ciii... – Uciszył Weronikę przykładając delikatnie palec wskazujący do ust. Ich wargi spotkały się w delikatnym muśnięciu. – Poznałem cię, kiedy tylko zobaczyłem pierwszy raz. Musisz być nią. Nie wiem jak to możliwe, ale Bóg wysłuchał moich próśb. Zostaniesz ze mną na zawsze? Tak jak sobie obiecywaliśmy.
– Zostanę – usta Weroniki same wypowiedziały to słowo.

Janina bała się ciszy. To właśnie cisza przywitała ją w domu, który kupiła córka. Od początku próbowała jej wybić ten irracjonalny pomysł z głowy. Jak zwykle Weronika postawiła na swoim. Zawsze była uparta. Janina miała nadzieję, że z wiekiem to minie. Niestety, było nawet gorzej. Weronika musiała zrealizować każdy, nawet najbardziej szalony plan, jaki wymyśliła. Kiedy przestała odbierać telefony, Janina zaniepokoiła się nie na żarty. Po dwóch dniach wpadła w panikę. Kolejnego ranka stała na ganku rudery, którą córka z uporem maniaka nazywała nowym domem. Od biedy można w czymś takim zamieszkać, ale żeby dziewczyna z miasta... Kolejny raz dotarło do niej, jak słabo zna swoją córkę. Po minucie natarczywego dobijania się do drzwi, korzystając z zapasowego klucza dostała się do środka. Dom był pusty. Na stole w kuchni leżał kubek z niedopitą herbatą, w pokoju niedbale rzucona na fotel książka. Weronika całe życie była bałaganiarą. Bez przerwy musiała po córce sprzątać, coś poprawiać. Westchnęła i podniosła powieść. Odkładając podniszczony tom na stół, zerknęła na okładkę. Tytuł “Zaginiona dziewczyna” napełnił Janinę kolejną dawką niepokoju. Nerwowo przeszukała dom. Ani śladu córki. Kierowana nieokreślonym przeczuciem wspięła się na schody prowadzące na górę. Stryszek, podobnie jak reszta domu był w ostatnich latach odnowiony. Pochyłe ściany pokrywały pomalowane na pastelowo regipsy, na podłodze czystością lśniły panele. Uwagę Janiny zwróciło ustawione pod ścianą kartonowe pudło. Nie pasowało do całości. Stare, śmierdzące stęchlizną, nie zachęcało do zapoznania się z zawartością. Kiedy otworzyła, buchnął kurz, podrażniając śluzówki nosa. Głośne kichnięcie klinem wbiło się w panującą w domu ciszę. Poczuła się intruzem. Niezapraszana, niechciana, profanująca to miejsce swoją obecnością. Wytarła nos i wyrzuciła z głowy niedorzeczne myśli. Niezrażona niedogodnościami kontynuowała oględziny. W pudle znalazła zmurszałą kopertę. Ze środka wypadły zdjęcia, na oko mające co najmniej pół wieku. W większości nieciekawe wiejskie widoczki. Zatrzymała się na fotografii, przedstawiającej parę po trzydziestce. Stali na tle okwieconej letniej łąki, trzymając się za ręce. Beznadziejnie zakochani. Janina uśmiechnęła się. Przyjrzała się bliżej twarzom sfotografowanych osób. Kobieta łudząco przypominała Weronikę. Janina, odkładając plik zdjęć zadrżała. Przypomniała sobie usłyszaną w dzieciństwie jedną z przygód babki. Wtedy była pewna, że babcia zmyśla. Sama stworzyła tragiczną historię rodem z Romea i Julii. Teraz nie była tego pewna. Po chwili otrząsnęła się. Przyjechała tu odszukać córkę, nie roztrząsać stare, wyssane z palca staruszki opowieści.
– Córeczko! – krzyknęła, wiedząc że jej wołanie pozostanie bez odpowiedzi. Cisza wbijała się w serce matki niczym lodowa szpila. Zwiastowała najgorsze.


Ilona Ciepał-Jaranowska
„Powrót do przeszłości”


Na wzgórzu pomiędzy Muszkowicami a Starym Henrykowem była hydrofornia, pamiętam że szum wody napędzanej pompami był bardzo głośny, wręcz przerażający mimo to biegaliśmy tam z kolegami, żeby napić się wody ze źródła.
Do Muszkowic przeprowadziliśmy się w czterdziestym piątym, zaraz po wojnie, miałem wtedy 5 lat. Jechaliśmy pociągiem z masą ludzi, szukających tak jak my miejsca na ziemi. Po drodze był jeden postój – ojciec poszedł wtedy coś kupić i zginął w tłumie, zrozpaczona mama nie wiedziała co robić, nie mogła go odnaleźć, masa ludzi nie dała się przebić wzrokiem a była za niska, żeby szukać go z góry. W końcu wzięła mnie „na barana” z nadzieją, że to on nas wypatrzy i tak się stało, odnaleźliśmy się i mogliśmy jechać dalej. Dom, który wcześniej ojciec dla nas wypatrzył był już zajęty, szukaliśmy więc innego. Dla mnie wszystkie wyglądały tak samo – czerwone dachy i białe mury, każdy też wydawał się ogromny. Ojciec w końcu natrafił na ten jeden, zajęliśmy go i od tej pory był nasz.
Wspomnienia taty przerwało głośne ujadanie psa. Byliśmy już na miejscu. Jechaliśmy kilka godzin, żeby dotrzeć do miejsca, w którym mój tata spędził 6 lat swojego dzieciństwa. To, żeby tam z nim pojechać było moim marzeniem od zawsze. Gdy miałam 8 lat ojciec pojechał na „Zachód”, jak to się u nas mówiło, z moim bratem, siostrą i jej mężem – dla mnie zabrakło już miejsca i nie mogłam się z tym pogodzić. Od tej pory minęło 22 lata a ja wreszcie dopięłam swego. Zabrałam tatę i razem z moim mężem pojechaliśmy dotknąć historii.
Brama domu, w którym mieszkał tata była zamknięta. Ujadanie psa wywołało na podwórko obecnego właściciela, ale nie podszedł do nas, chciał nas zbyć, ponieważ jak się później okazało wziął nas za Cyganów... Tata nie dał za wygraną i próbując przekrzyczeć psa zapytał: „pan Henryk? Nazywam się Edward Jankowski.” Wtedy pan Henryk do nas podszedł i otworzył bramę.
–Bardzo przepraszam nie poznałem pana, a w okolicy kręci się dużo Cyganów, myślałem, że jesteście od nich.
–Trudno się dziwić. Byłem tu ostatnio 22 lata temu i od tej pory mogłem się trochę zmienić. To jest moja najmłodsza córka i zięć.
–Proszę, zapraszam do środka.
Dom, mimo upływu lat, był dobrze utrzymany, po prawej stronie znajdowało się wejście do pokoju, przez który wchodziło się do kuchni, po lewej stronie strome schody prowadziły na piętro, tam były dwa pokoje, jeden z nich miał małe okienko. Tata pamiętał, że właśnie w nim przyszła na świat jego siostra.
Pan Henryk poczęstował nas kawą – rozmawialiśmy o dawnych czasach i o tym, co dzieje się teraz. Spotkanie było bardzo sympatyczne. Ja wręcz nie mogłam uwierzyć, że znajduję się w domu, który pamięta zawiłe ludzkie historie sprzed wielu lat. W domu, w którym dorastał mój tata, gdzie przyszły na świat moje ciocie. W miejscu, które dziadkowie wybrali i chcieli tu stworzyć swój świat. Chodziłam po domu i z zachwytem patrzyłam na „przedmioty z duszą”, niektóre meble utrzymały się bowiem do dziś. Gdy podeszłam do wiekowego kredensu zwróciłam uwagę na piękny dzban i misę, ozdobione gałązką z owocami i kwiatami. Za moim wzrokiem podążył tata i zdziwiony zapytał:
–Ten dzban i misa tu dalej są? Pamiętam je. Wiąże się z nimi ciekawa historia. Niemki, które z nami mieszkały, a które musiały już opuścić ten dom, spakowały wszystko, co mogły – niektórzy ludzie nie pozwalali Niemcom na zabranie czegokolwiek, uważając ich rzeczy za swoje, mój ojciec jednak nie zwracał uwagi na to, co zabierały i słysząc szuranie na strychu (pewnie tam miały pochowane najcenniejsze rzeczy), machał tylko ręką. Kobiety chciały zabrać ten dzban i misę. Wszyscy troje (ja, mama i tata) widzieliśmy jak je zabierały i chowały do walizki. Jakie było nasze zaskoczenie, gdy następnego dnia te przedmioty stały na swoim miejscu. Raczej nie było sposobu, żeby wróciły i zostawiły dzban i misę. Pamiętam, że to były ostatnie rzeczy spakowane, potem tata zaniósł wszystko do wozu, którym odjechały. Nie wiedzieliśmy gdzie się przeprowadzają i los nas już ze sobą nie zetknął. Wtedy po prostu wytłumaczyliśmy sobie, że jedna z nich jakoś musiała wrócić i odstawić te rzeczy na miejsce, nie było innego rozsądnego wyjaśnienia. Jednak to nie jedyna „dziwna” historia. Kiedy my z kolei opuszczaliśmy to miejsce mama prosiła tatę by spakował dzban i misę, tata nie widząc ich w zasięgu wzroku, był przekonany, że mama je spakowała. Po powrocie z Zachodu okazało się, że nie ma ich w żadnym bagażu.
Pan Henryk przypatrywał się tacie i pokiwał głową:
–Coś w tym musi być. Kiedyś, gdy odwiedziła mnie siostra, chciałem jej podarować tę misę i dzban, zabrała je do domu i proszę sobie wyobrazić, że po tygodniu przywiozła mi je z powrotem. Twierdziła, że w nocy słyszała niemieckie słowa, raz nawet wydawało się jej, że słyszy strzał. Od razu powiązała te dziwne zjawiska z dzbanem i mi go oddała. Tu oczywiście nigdy nie słyszałem nic dziwnego, ale po Pana opowieści chyba już nie będę naśmiewał się z siostry.

Wiedziałam już z opowieści ojca, że dom, w którym zamieszkali po przyjeździe na „Zachód” nie był opuszczony – przez pół roku mieszkały z nimi Niemki.
- Zdążyliśmy się z nimi zaprzyjaźnić – opowiadał, ja szybko nauczyłem się języka niemieckiego na tyle, że gdy rodzice chcieli coś im przekazać wołali mnie, żebym tłumaczył. One bardzo chętnie pomagały w gospodarstwie i w domu. Właściwie moi rodzice niewiele mieli do zrobienia, dzięki czemu mogli sobie pozwolić na wizyty sąsiedzkie i zapoznanie się z innymi ludźmi, których los skierował w ten zakątek świata. Byli to głównie ludzie ze Wschodu. Wielu z nich lub ich potomków mieszka nadal w tym samym miejscu. Wracając do Niemek, pamiętam, że na Święta Bożego Narodzenia po raz pierwszy w życiu widziałem choinkę, one ubrały ją w tajemnicy przed dziećmi – pokój był zamknięty a nam nie wolno było tam wchodzić – drzewko zobaczyliśmy dopiero w Wigilię wieczorem. Nauczyłem się też niemieckiej piosenki: „O Tannenbaum, O Tannenbaum, Wie treu sind deine Blätter”. Ciągle pamiętam te słowa. Szkoda było, gdy te kobiety musiały opuścić swój dobytek, pamiętam, że moja mama płakała razem z nimi.
Miło było spędzić czas w domu, który kiedyś zamieszkiwał mały Edzio, w domu pełnym historii różnych ludzi, zwykłych ludzi, którzy wbrew swojej woli zostali wplątani w historię tego świata, złą historię. Ludzi, którzy musieli opuścić swoje domy i udać się w nieznane. Nieważne czy chodzi o Niemców, czy Polaków. Jednym kazano, inni po prostu mieli taką możliwość, wszyscy ci ludzie byli po prostu tułaczami. Po opowieści taty i pana Henryka okazuje się, że tylko przedmioty nie dały się ponieść w nieznane. Zakotwiczyły się w miejscu i trwają. Niby bezduszne a potrafiły się przeciwstawić losowi. Teraz gra w nich pieśń historii.
–Panie Henryku, bardzo dziękujemy za gościnę, na nas już czas.
Trochę z ociąganiem, ale opuściliśmy dom pana Henryka. Po wyjściu zwiedziliśmy jeszcze okolicę - kościół w którym tata przyjął pierwszą komunię świętą i w którym służył do mszy odprawianej po łacinie. Budynek szkoły, do której chodził i hydrofornię, która cały czas była w tym samym miejscu i przerażała hukiem pompowanej wody.
Po powrocie do domu śnił mi się dzban i misa z której wydobywała się melodia świątecznej, niemieckiej piosenki: „O Tannenbaum, O Tannenbaum, Wie treu sind deine Blätter”...



Jadwiga Stróżykiewicz
Credo

Bernadeta siedziała nieruchomo w pełnym przepychu pokoju. Chylące się ku zachodowi słońce muskało jej twarz.
 – Dlaczego nie uhonorowałam życiowego przesłania rodziców – Żyj biednie, ale uczciwie… Dlaczego?
Patrzyła na wytworną otomanę. Kiedyś w tym miejscu stało dziecięce łóżko, nad nim wisiał kilim z czarnego sukna w wyszywane przez matkę różnorodne kwiaty, w które przez jakiś czas wkomponowany był lizak. Pamięta, jak z domowej kasetki wzięła 20 groszy, aby zaspokoić dziecięce łakomstwo. Nie zdawała sobie sprawy, że taki czyn jest kradzieżą. Karę wymierzył ojciec. Nie tylko przed zaśnięciem spoglądała na lukrowany przysmak. Podczas codziennej modlitwy, przez wiele tygodni prosiła Najwyższego o przebaczanie, a ponadto kierowała prośbę o to, by nigdy więcej nie miała podobnych pokus.
A teraz po latach wszyscy wskazują ją palcami: to dom, żona i dzieci przestępcy, którego podczas próby ucieczki dopadła kula z policyjnego pistoletu.
Sama niewiele jest winna. Przecież nie ona, tylko Franek przekraczał granicę w innym celu niż uczciwa praca. Najpierw przywoził słodycze, jakieś ciuchy i niewiele waluty. Kiedy przyjechał starym volkswagenem, wierzyła, że kupił go za uczciwie zarobione pieniądze.
Czasami pytała męża, jak on to robi, że stać go na coraz więcej.
– Nie pytaj – odpowiadał – ciesz się z tego, co masz!
Wiara Bernadety w to , że mąż jest zatrudniony na półtora etatu, szybko prysła. Zdarzało się, że w środku tygodnia wpadał do domu wczesnym popołudniem. Włączał wideo z pornosami. Oglądane filmy rozbudzały w nim męskość. Bernadeta doznawała takiej rozkoszy, o jakiej dotąd nie miała pojęcia. Po wyjeździe ukochanego zatapiała się nie tylko w erotycznych wspomnieniach. Snuła domysły. Luby nie chciał słyszeć o założeniu  konta w banku. Nie rozliczał żony z wydatków, jednak coraz zasobniejszy portfel nakazał przechowywać na strychu w specjalnie wyżłobionym schowku, w jednej ze stropowych belek. Nie chciała drążyć tematu. Nagle stali się rodziną zamożną, a bogactwo każdemu zakłóca logikę. Pamiętała jeszcze nieodległy czas: zupki z paczki, które przezornie kupowała po otrzymaniu zasiłku dla bezrobotnych albo ziemniaki ze słoniną i z zsiadłym mlekiem. Pamiętała łaskawe przywołania przez jej brata do sezonowych prac w polu. Za odrobek dostawała kartofle i mleko. Na zakup butów i odzieży, choćby dla synów, zawsze brakowało pieniędzy. W tej potrzebie wspomagał ich właśnie brat z żoną. Nie mieli dzieci, a obydwoje byli rodzicami chrzestnymi synów Bernadety. Brat z sąsiadką trzymał pierworodnego, bratowa w towarzystwie odległego kuzyna pełniła rolę chrzestnej wobec młodszego.
Kiedy Franek wyjeżdżał w poniedziałki, w tygodniu wpadał na kilka godzin  i przyjeżdżał na weekendy  Bernadeta była w miarę spokojna. Wszystko, co przywoził, rekompensowało samotne chwile. Nadmiar produktów spożywczych sprzedawała sąsiadom. Często dostrzegała oznaki zazdrości, ale przecież każdy mógł zarabiać w Niemczech.

Po likwidacji pegeeru mało kto nastawiał budzik, aby wstać do pracy. Ze wszystkich stron do domostw zaglądało ubóstwo. Skoro mężczyźni woleli wylegiwać się do godzin południowych, później przesiadywać pod sklepem z butelką piwa wziętego na zeszyt, to ich sprawa. Franek był operatywny. Zapewniał rodzinie, jak na mężczyznę przystało, przyzwoity byt.
Dom, w którym po wojnie zamieszkali rodzice Bernadety, młodzi wykupili od gminy za przysłowiowy grosz. Niebawem wkroczyła brygada w roboczych kombinezonach. Remont nie trwał długo. Ciekawscy spacerowali celowo, aby zobaczyć: plastikowe okna z zewnętrznymi roletami, fakturę tynku, werandę z przyciemnionym oszkleniem i garaż, który na miejscu  zburzonej chlewni wyrósł jak grzyb po deszczu. Do wnętrza budynku mało kto miał dostęp. Wszystko, co było na zewnątrz, wzbudzało zainteresowanie mieszkańców wsi. Ze strategicznego punktu obserwacji, jakim był przystanek autobusowy naprzeciwko odrestaurowanych zabudowań, widzieli każdy szczegół.
Zdarzało się, że z autobusu wysiadł ktoś nieznajomy, jak kobieta ubrana inaczej od miejscowych. Podobno mieszkała tu po wojnie. Wyjechała w latach sześćdziesiątych do  Poznania. Ktoś mówił, że studiowała, a teraz wykłada na uczelni.
Bernadeta przypomniała sobie, że całkiem niedawno  myślała o niej z pogardą:
– Taka wykształcona, ale czy to widać? Wypłowiały kapelusz, niemodne palto. Jedynie twarz, chyba za sprawą makijażu, mniej toporna niż u wieśniaczki. Ciekawe do kogo i po co przyjechała? Ach tak, z powojennych mieszka tu jeszcze zgrzybiała księgowa z pegeeru.
Przypuszczenia Bernadety były słuszne. Przyjezdna i księgowa razem kręciły się po wsi. Odwiedziły szkołę. Były na cmentarzu i w kościele.
– Zapewne  wielkomiejska pani zwróciła uwagę na jedyne w okolicy budowlane cacko. Sama chyba mieszka w bloku, gdzie zapach obiadu sąsiadów przez szyb wentylacyjny przenika do mieszkania. Kiedy dama dusi kurczaka i obiera ziemniaki na niedzielny obiad, my robimy wypady do ekskluzywnych lokali. I pomyśleć, że uczona jeździ pekaesem. Chyba nie ma za co kupić auta. I co jej przyszło z nauki?
Dźwięk dzwonka wyrwał kobietę z zadumy. Brat od dłuższego czasu nie bywał w tym domu. Przyszedł spytać o pogrzeb szwagra. Rodzeństwo wpadło sobie w ramiona, a szloch siostry upewnił Ludwika, że ta rozpacza nie tylko z powodu utraty męża, ale także okazuje skruchę za to, że kiedy próbował uzmysłowić mgliste źródło ich bogactwa, z krzykiem – zazdrościsz! – wskazała mu drzwi. Teraz wiedziała, że brat oczekuje wyjaśnień.
– Chciałam wierzyć we wszystko, co mówił Franek. Jednak od momentu, gdy znikał na całe tygodnie, podejrzewałam go o figle z jakąś babą. Niczego nie mogłam  wywęszyć. Sprawdzałam  pocztę głosową w komórce, ale to zawsze męski głos ze wschodnim akcentem, mówił jak zegarynka godzinę.
– A o przerzutach papierosów, narkotyków i dziupli w lesie nie wiedziałaś? W niej oprócz trumien  były różności. Wieść, że towary pochodziły z jumy, wędrowała z domu do domu. Po wsi kręcili się obcy mężczyźni, dopytywali o was… - mówił brat.
– Co ja teraz zrobię, wszystko mi skonfiskują, zostanę bez niczego. Chłopcy przyzwyczaili się do dobrobytu …
– Możesz liczyć na mnie. Mam ziemię, zakaszemy rękawy, wyżywimy się w piątkę. Wiesz, Maryśka choruje, to i w chałupie przydadzą się kobiece ręce. Twoim synom spróbuję zastąpić ojca. A kiedy dorosną, być może sami wyciągną wnioski…

Pomimo deszczowej pogody pogrzeb Franka zgromadził na cmentarzu niemal wszystkich mieszkańców wsi. Przy trumnie postawionej nad wykopaną mogiłą ksiądz odmówił „Wieczne odpoczywanie…”,  kropidłem uczynił znak krzyża, zapowiedział termin mszy żałobnej i odszedł.
Żałobnicy dyskutowali. Jedni o tym, że zarówno nieboszczyk, jak i jego żona od lat nie chodzili do kościoła, jednak pochówek był z księdzem. Inni, że przestępczy proceder nie mógł trwać bez końca. Starsi wspominali zacnych rodziców Bernadety i czas, kiedy zabraniali córce związku z obcym, który  przyjechał tu z kilkoma mężczyznami, aby budować pegeerowskie bloki.

Żal nie pozwalał wdowie niczego słyszeć ani widzieć. Wsparta na ramieniu brata uświadomiła sobie, że dawno minęli przystanek i przeklęte miejsce, tam z najbliższymi pławiła się w nieuczciwym dobrobycie. W świadomości kobiety kłębiły się myśli:
– Powinnam cenne słowa rodziców – „Nawet mozolna praca  nie czyni nikogo nadmiernie bogatym” – traktować jak relikwie.
Z dwojga złego byłoby lepiej, gdybym wbrew woli ojców, podobnie jak wielu innych, wyjechała z przygranicznej dziury. Chyba całkiem nieźle wyglądałabym w kapeluszu …



Edyta Stefan
Droga do domu

Gdy pierwsze promienie słoneczne zaczęły przebijać się przez zasłony okienne do pokoju Ani – dziewczynka otworzyła powieki. Czuła ból, ale już nie tak wielki jak ten, który obudził ją dwie godziny wcześniej: tępy i przenikliwy, promieniujący na całą jej niewielką główkę. Koszmarne cierpienie zostało ukojone lekami, które podała jej mama. Teraz dziewczynka czuła się nieco lepiej. Obraz przed jej oczami rozmywał się nieco, jednak zauważyła, iż na łóżku obok niej siedzi kobieta. Choć jawiła się jej jakby za delikatną mgłą – Ania widziała wyraźnie jej subtelne rysy twarzy. Niewiasta przyodziana była w długą suknię, której krój podkreślał jej zgrabną sylwetkę. Dziewczynka spostrzegała zjawiskową piękność niemal w całej okazałości dzięki temu, iż kobieta odwiedzała ją już wcześniej, a swym wyglądem przypominała damę w liliowej sukni z obrazu Władysława Czachórskiego, którego replika od lat znajdowała się w salonie nad kominkiem. Mama Ani lubiła w wolnych chwilach usiąść w pokoju gościnnym na odziedziczonej po prababci i odnowionej przez siebie, rozłożystej sofie w kwiaty, by oglądać albumy przedstawiające dzieła sztuki malarskiej. Dama w liliowej sukni spodobała jej się tak bardzo, iż na zamówienie wykonano dla niej kopię tego dzieła. Kiedy dziecko jeszcze biegało po domu – zasiadały czasem razem na kanapie, mama obejmowała Anię ramieniem, kartkowała albumy i snuła długie opowieści o malarzach, ich życiu i obrazach. Kobieta w bajkowy niemal sposób mówiła o najdrobniejszych szczegółach kolejnych dzieł, ukrytych w nich: pięknie, radości i smutku, które dla innych były niewidoczne. Nic dziwnego, że dziewczynka, mimo swoich zaledwie ośmiu lat i zdarzającym się coraz częściej zaburzeniom pamięci, kochała sztukę nie mniej niż jej mama.

Siedząca przy dziewczynce kobieta wyciągnęła do niej rękę i rzekła:
- Wstań Słonko, daj rączkę,
pójdziemy do domu...
-Jeszcze... nie... dzisiaj – rzekła powoli i cichutko dziewczynka – Muszę... jeszcze... pomóc.... mamusi...
W tym momencie drzwi do pokoju otworzyły się i pojawiła się w nich uśmiechnięta mama Ani. Kobieta z portretu zniknęła.
-Witaj, Kochanie! - rzekła mama do dziecka – Jak się dzisiaj czujesz?
-Dobrze... mamusiu... - z trudem odpowiedziała Ania – Wiesz... znowu... był... dziś... u mnie... anioł... I... chciał... zabrać... mnie... do... domu...
-Kochanie! Ale przecież tutaj jest twój dom. - powiedziała uśmiechając się jej mama. Jednak mimo, iż usta Amelii wyrażały uśmiech, w jej oczach czaiły się ból i lęk. Ania również je wyczuwała i aby ukoić je nieco, z trudem, wolniutko wyszeptała:
-Mamusiu... zawsze... będę... cię... ko... chała... Obej... rzymy... dziś.... two... je... al... bu... my? - coraz ciężej było jej mówić.
Mama pocałowała swój skarb w policzek:
-Co tylko zechcesz, maleńka. Jednak najpierw czeka nas wizyta u doktora Jasińskiego. A teraz już nic nie mów. Odpocznij. Za chwilkę przyniosę ci śniadanko.
Gdy Amelia opuściła pokój Ani z jej oczu popłynęły łzy.
-Dlaczego? Boże... Dlaczego robisz to mojej córeczce? - ze złością i strachem zapytała w nicość.

* * *
Amelia siedziała w gabinecie doktora Pawła Jasińskiego i czekała, próbując wyciszyć szalejące w niej emocje. Miejsce sprzyjało uzyskaniu spokoju, albowiem jego ściany zdobne były w obrazy przedstawiające piękno natury. Na grafice znajdującej się naprzeciw wzroku kobiety niewielki koliber spijał nektar z kwiatów o przepięknych czerwonych płatach.  Amelia jednak nie potrafiła się wyciszyć. Myślała wyłącznie o tym, iż już za chwilę dowie się, czy leczenie Ani przynosi rezultaty, czy panoszący się w jej głowie guz po ostrej chemioterapii zmniejszył się i jest szansa na to, by dziewczynka powróciła do zdrowia.
Męża nie było przy niej, pomimo, iż w tej właśnie chwili powinien trzymać ją za rękę. On jednak 'musiał pracować'. Harował, by zapewnić Ani możliwie najlepsze leczenie, przez to jednak niemal nie miał czasu dla swoich kobiet. Z domu wybiegał rano, wracał zaś późnym wieczorem, a nieraz nawet nocą, kiedy obie jego dziewczyny już spały. Początkowo starał się przynajmniej jeden dzień w tygodniu spędzać z nimi, jednak gdy stan Ani z dnia na dzień stawał się poważniejszy i jej mama musiała zrezygnować z życia zawodowego – jeszcze bardziej zaangażował się w pracę analityka. "Giełda nie śpi" – mawiał, starając się uśmiechać i puszczając do nich oko. Później jednak, gdy córeczka kładła się spać, tłumaczył zdenerwowany rozżalonej o brak jego obecności w domu żonie, że to jego jedyna szansa na dodatkowe zarobki, a on nie odpuści. Nie odpuści temu cholernemu glejakowi, który panoszy się w główce ich dziecka. Będzie w pracy dzień i noc po to, aby zdobyć pieniądze na leki, operację za granicą, cokolwiek co będzie potrzebne dziewczynce. Tyle, że ten piekielny guz okazał się nieoperacyjny. Żaden rodzimy lekarz z którym rozmawiali nie chciał podjąć się takiego działania. Mieli nadzieję na to, że może medyk z innego kraju zechce wykonać zabieg i poszukiwali takiego wytrwale, jednak nawet jeśli w końcu znajdą lekarza gotowego przeprowadzić operację lub stosującego nowe metody leczenia, które mogłyby pomóc ich córce – wyjazd będzie wiązał się z ogromnym wydatkiem, a czasu mają niewiele. Marek zatem walczył o pieniądze. Amelia walczyła zaś o każdy dzień swojej córeczki, o jej uśmiech, i wstępnie dni, a obecnie już tylko godziny bez wymiotów, zasłabnięć i bólów głowy, który jej dziecko, a wraz z nim ją samą, przeszywał do granic wytrzymałości.
Walczyła o Anię, jej zdrowie, siły dla siebie, których zaczynało jej brakować, swój związek. Coraz częściej zastanawiała się, czy ona i Marek to przetrwają. Czy ich małżeństwo wyjdzie zwycięsko z tej strasznej próby? Niekiedy jeszcze uprawiali seks, delikatnie, długo, oddając się sobie wzajemnie, gdy stan córki ulegał poprawie lub wydawał się unormowany, a czasem ostro, szybko, ze łzami w oczach – gdy dostawali kolejny ogromny cios od losu. Tulili się potem długo. Amelia płakała, a Marek głaskał ją po głowie i starał się pocieszać, sam coraz trudniej powstrzymując łzy. Chwil bliskości z dnia na dzień było jednak mniej. Kochali się, a jednak coraz częściej dochodziło między nimi do konfliktów. Ona wyrzucała mu, że ucieka z domu, aby nie patrzeć na cierpienie córki, jej bóle głowy, drgawki, wymioty, na jej zmieniający się przez wpływ raka wygląd, niekształtną, łysą główkę.  On twierdził, że "tyra dla Ani", i że żona nie ma najmniejszego pojęcia, ile kosztuje go ten wysiłek i świadomość, że jego dziecko leży poważnie chore w domu, jeździ na kolejne wizyty i zabiegi do różnych lekarzy, tuła się po szpitalach, a on nie może z nim być, nie może mu pomóc. Oddalali się od siebie i czuli to oboje.
Z zamyślenia wyrwał kobietę szmer powoli otwieranych drzwi. Pojawił się w nich wyczekiwany przez niewiastę lekarz, który podszedł, uścisnął jej dłoń, i zamiast usiąść na krześle po drugiej stronie biurka przysunął je do siebie, po czym zajął miejsce przy strapionej matce.
-Droga Amelio... ciężko mi o tym mówić – rzekł do niej, a jej twarz wykrzywiła się w wyrazie bólu i oczekiwania... - wystąpiły trudności z penetracją leków cytotoksycznych. Chemioterapia w niewielkim stopniu wpłynęła na guza, zmiany są nikłe, natomiast organizm Ani jest coraz słabszy. Musimy przygotować się... na najgorsze...
Zaległa cisza. Wydawało się iż trwała latami, tak naprawdę jednak minęło zaledwie kilka chwil nim z piersi kobiety wyrwał się szloch. Nieprzerwany, odbierający oddech, spazmatyczny szloch, a zaraz po nim zawodzący, zwierzęcy wręcz skowyt matki, która czuła, jakby serce jej brutalnie wyrywano z piersi i rozrywano na strzępy. Przerażający krzyk przedostał się przez ściany gabinetu i odbijał echem po szpitalnych korytarzach. W pokoju natychmiast znalazła się pielęgniarka z lekiem uspokajającym i szklanką wody. Amelia wyrwała naczynie z jej ręki i z całej siły cisnęła nim przed siebie. Szklanka rozprysnęła się w drobny mak na obrazie przedstawiającym ptaszka zapylającego piękny, czerwony kwiat. Kobieta krzyczała, płakała, zawodziła. Chwyciła znajdujące się przy niej krzesło i cisnęła nim o ścianę. Nie panowała nad sobą. Czuła ból, przeraźliwe, ogarniające ją doszczętnie cierpienie. Nie liczyło się nic... nic... wciąż słyszała w głowie słowa "musimy przygotować się... na najgorsze... najgorsze... najgorsze..." Doktor Paweł złapał ją z całych sił i starał się przytrzymać. Ona wyrywała się, nie panując nad sobą, gdzie popadnie tłukła mężczyznę pięściami. Paweł jednak nie odpuszczał, przytulił i trzymał ją z całej swojej mocy, tak długo aż zupełnie opadła z niej energia i kobieta padła na kolana, wciąż szlochając.
-Prze... pra... szam... przepraszam panie doktorze – chlipała coraz ciszej.

* * *
Stan Ani pogarszał się z dnia na dzień. Doktor Jasiński poradził, by umieścić dziecko w hospicjum, lecz rodzice dziewczynki postanowili, dopóty dadzą radę, zapewnić w domu odpowiednie dla niej warunki. Konieczne do tego było zapewnienie płynności finansowej, dlatego Marek wciąż pracował. Każdego dnia jednak spędzał przy łóżku córeczki przynajmniej godzinę. Pewnym stało się, że dziewczynka spędzi z rodzicami już tylko kilka miesięcy, tygodni, a może zaledwie dni? Oprócz rodziców nad chorą, przez całą dobę czuwały dwie wspaniałe, pełne ciepła i troski pielęgniarki, na co dzień zatrudnione w hospicjum. Dawały one ogromne wsparcie nie tylko dziecku, ale także jej opiekunom, a przede wszystkim pogrążonej w coraz głębszym smutku mamie. Ania, dzięki podawanym jej silnym lekom przeciwbólowym głównie spała. Czasem, gdy się budziła czuła tak wielki ból głowy, jakiego dotąd nie doświadczyła. Coraz rzadziej miała siły na to, aby choć przez krótki czas porozmawiać z bliskimi. Niemal codziennie za to rozmawiała z kobietą – aniołem. Dama przychodziła do niej, jak zwykle siadając na łóżku tuż obok dziewczynki. Wyciągała do niej rękę i mówiła:
- Wstań Słonko, daj rączkę,
pójdziemy do domu...
Dziewczynka, mimo ogromnego cierpienia fizycznego prosiła jednak o czas. Mama nie była gotowa, by odeszła.

* * *
Zmrok dawno już zapadł. Ania spała w swoim łóżeczku i tylko od czasu do czasu słychać było przez sen jej bolesne, krótkie zawodzenie. Marek z Amelią spędzili przy niej kilka godzin. Tego wieczora mężczyzna płakał. Nagromadzone w nim emocje musiały w końcu znaleźć ujście. Patrzył na swój kochany skarb, a z jego oczu popłynęły łzy. To był pierwszy raz, kiedy przestał udawać. Przestał myśleć o tym, co chodziło po jego głowie od dłuższego czasu, że musi być silny, musi być oparciem dla swoich kobiet i nie może pozwolić sobie na smutki. Dopuścił do świadomości przerażającą myśl, że jego kochane dziecko odejdzie przed nim, a nie ma chyba większego bólu dla rodzica, niż ten, gdy jego pociecha wyprzedza go w biegu do wieczności. Łzy, niczym z zerwanej tamy, płynęły po jego twarzy przez długi czas. Przy sobie miał jednak żonę. Ona też płakała, tyle że właśnie w tym momencie zrozumiała, że Marek także cierpi, boleje nie mniej niż ona. Tego dnia po raz pierwszy od kiedy Ania podupadła na zdrowiu poczuli się sobie naprawdę bliscy, zrozumieli, że smucą się oboje, żadne z nich mniej, żadne bardziej, nikomu z nich nie jest łatwiej. Przytuleni, pierwszy raz od dawna, pozwolili bólowi dać ujście.
Kiedy uspokoili się nieco i kobieta wyszła z pokoju kochający tata złapał swą córeczkę za rękę i zmęczony, oparłszy głowę w fotelu – usnął. Sen jego był niespokojny, jednak pierwszy raz od kilku dni mężczyzna zmrużył oczy.

* * *
Amelia siedziała w kuchni na krześle. Przyciągnąwszy kolana pod brodę, skulona, wpatrywała się w dal za oknem. Był grudzień i właśnie padał pierwszy zimowy śnieg, lecz ona tego wspaniałego, ulotnego, białego puchu w ogóle nie widziała. Nagle z jej ust wyrwał się szloch, a z oczu znów popłynęły łzy. Ramiona jej drżały. Płakała tak przez jakiś czas, gdy poczuła na ramieniu rękę pielęgniarki Joanny, która tego dnia pełniła dyżur przy chorej.
-Przepraszam... myślałam... myślałam... że wszyscy śpią.
-Proszę nie przepraszać – rzekła życzliwie kobieta – Niech pani płacze, pani Amelko, łzy oczyszczają. - Po tych słowach podeszła bliżej, nachyliła się do kobiety i przytuliła ją serdecznie.
-Ania... Ania mówiła, że odwiedza ją anioł... Mówiła że... że on... chce ją zabrać... do domu... Do jakiego domu?... Jakiego domu?... Jakiego... domu? - powiedziała z naciskiem.
Pielęgniarka, piękna niewiasta, o delikatnych rysach twarzy, która w tym momencie w jakiś dziwny sposób wyjątkowo mocno skojarzyła się Amelii z damą w liliowej sukni z obrazu Czachórskiego, ukucnęła przy kobiecie, złapała jej ręce w swoje i patrząc jej w oczy rzekła spokojnym głosem:
-Dom, kochana Amelko... dom jest tam, gdzie my jesteśmy. My i nasi bliscy. Wszyscy przyjaciele. Ci obecni ciałem i ci, których już na co dzień nie możemy ujrzeć.  Dla osób, które żegnają najbliższych i mają ich już nie zobaczyć to stara, waląca się chałupa. Czyż nie tak to widzisz, kochana? Spostrzegasz ten dom jako ruinę, w której Twego dziecka nie czeka już nic, panuje tam smutek i przygnębienie. Widzisz wiekową, walącą się chatę, która kilka pokoleń przeżyła. Dom, który nic już nie powie, porośnięty chwastami niepamięci. Jego drzwi spróchniały, klamka zardzewiała i lada moment odpadnie. W środku mnóstwo kurzu, a sprzęty znajdujące się w nim nadgryzione zębem czasu. Nie, nie nadgryzione, pożarte, zniszczone... Wśród nich pokryte wieloma warstwami pyłu: stare, rdzewiejące i uszkodzone żelazko, fortepian bez kompletu klawiszy, stojący gdzieś w kącie, zniszczony stół z ułamaną nogą i drewniane krzesła, odrapane z farby. W rzeczywistości Ania cierpi i to jej aktualne życie jest jak ta stara, zrujnowana chałupa.

Jednak dom, o którym mówi Ania, ten wiekowy budynek kryje w sobie przeżycia wielu ludzi. W jego ścianach wciąż pobrzmiewają ich historie, buzują emocje, skrzy się tam od smutków i radości, szczerych łez i gromkiego śmiechu, choć dla innych są one już dawno bez znaczenia.
Jeśli Ania otworzy drzwi tego domu – ujrzy go za czasów świetności. Obudzą się sprzęty w nim śpiące, zobaczy ogień skrzący się ciepłym blaskiem w piecyku, na stole kwiaty i świeżo uprany obrus. Czekają tam na nią wszyscy ci, którzy ją kochali i których od lat nie było Wam dane zobaczyć. Na fortepianie ktoś z nich zagra jej ulubioną melodię. To dom, w którym nie zazna już więcej bólu, cierpienia. To dom, który czeka na nas wszystkich, gdy przyjdzie nasz czas. Pamiętaj... Amelko... klucz do tej chałupki nosimy w sercach. Nasi bliscy żyją – dopóki pamięć o nich w nas nie umrze.

Nagle, pomimo smutku, Amelia poczuła spokój. Dopiero po chwili zauważyła, że pani Joanny nie było już przy niej. Jak to się stało? Kiedy wyszła? Tego kobieta nie wiedziała.

* * *
Ania wybudzała się coraz rzadziej. Gdy jednak do tego dochodziło i udawało się jej otworzyć oczy za gęstą mgłą, która okalała wszystko wokół, widziała przy sobie dwie postacie. Mama i tata przemawiali do niej ciepło, przytulali się. Dziewczynka czuła, że jej rodzice odzyskali siebie nawzajem. Zapadała w sen, by za jakiś czas (czas, który dla niej był nieodgadniony) ponownie się obudzić. Na przemian to z bólem głowy, przyćmionym nieco lekami, to znów przez mgłę spostrzegając kochających ją opiekunów.
Gdy po raz kolejny otworzyła powieki nie czuła bólu, a obraz przed jej oczami był wyraźny. Nie było przy niej mamy i taty. Siedziała tam za to tak dobrze jej znana dama w liliowej sukience, która wyciągnęła do dziewczynki dłoń i rzekła:
- Wstań Słonko, daj rączkę,
pójdziemy do domu...



Katarzyna Lepiarz
„Tajemnica ciotki Matyldy”

Od czterdziestu minut stoję tutaj i zastanawiam się, jak to jest możliwe, że taka rudera jeszcze stoi. Jak ciotka mogła doprowadzić dom do takiego stanu? Dachu połowy nie ma, tynk dawno odpadł. Deszcz zrobił swoje i mogę się tylko domyślać jaki był wzór tapety, której resztki pozostały za żeliwną ramą łóżka.
Ciotka Matylda zmarła miesiąc temu i ku zdziwieniu wszystkich, a zwłaszcza mojemu, to co miała zapisała w testamencie właśnie mnie. Dlaczego? Nie mam pojęcia. W całym swoim dziewiętnastoletnim życiu widziałam ją raz – na jej pogrzebie, czego zdecydowanie wolałabym nie pamiętać. Od dawna w rodzinie taty powtarzano po kryjomu, że ciotka zwariowała zanim skończyła dwadzieścia lat, a ja patrząc na akt własności mam na to dowód. Dworek, który w latach świetności musiał być piękny i pół hektara działki należą teraz do mnie, a ja zupełnie nie wiem co z tym zrobić. Czegoś w tak opłakanym stanie nikt nie kupi, a na rozbiórkę potrzebne zezwolenie. Niezłego bigosu cioteczka mi naszykowała.
No cóż, niczego tutaj nie wystoję, czas wracać do domu i się z tym przespać.

Minął miesiąc od przejęcia przeze mnie spadku, a utwierdzam się w przekonaniu, że ten kto wymyślił powiedzenie „nieszczęścia chodzą parami” nie miał racji. Nieszczęścia chodzą całymi stadami. Jeszcze nie zdecydowałam co zrobię z tym nieszczęsnym dworkiem, który chociaż nie okazał się być zadłużonym, a właśnie odkryłam, że jestem w ciąży. Na dodatek z dupkiem, który dziecka się wyparł. Co za tym idzie, posądził mnie również o zdradę, bo przecież w bociana chyba nie wierzy. Już sama nie wiem co bardziej mnie zabolało. Jak mam powiedzieć rodzicom, że ich jedyna córeczka nie pójdzie dalej na studia tylko na porodówkę? O czym ja myślę – przecież ja nie mogę urodzić tego dziecka! Co ja bym miała z nim sama zrobić? Za co utrzymać? Przecież do pracy poszłam, żeby móc zacząć studia zaoczne, a nie żeby utrzymywać się z małym dzieckiem. Muszę znaleźć dobrego lekarza, który usunie ciążę. Do tego czasu wyniosę się do domu po ciotce. Mama zna mnie na tyle dobrze, że zaraz zauważyłaby, że coś mnie niepokoi.
- Mamo, muszę wreszcie zdecydować, co z tym domem po ciotce. Siedząc tutaj nic nie wymyślę. Wezmę urlop i pojadę tam na jakiś czas, zobaczę jak się będę czuła w okolicy. Może nawet dowiem się czy ewentualnie ktoś byłby chętny lub czy jest sens remontować tę ruderę.
- To już jakieś posunięcie córciu – uśmiechnęła się mama – tata zawiezie cię, kiedy tylko będziesz gotowa.
- Dzięki, kochana jesteś – cmoknęłam ją w czoło. Uwierzyła.

**
- Dzień dobry panience. Przyszedłem sprawdzić czy wszystko w porządku. Widziałem światło wczoraj wieczorem i bałem się, że jacyś bezdomni się włamali. Raz już takich przegoniłem, bo przez piwnicę weszli. Potem założyłem kłódkę i od tego czasu był spokój, aż do teraz. Ale panienka mi na bezdomną nie wygląda.
- Nie jestem bezdomna. Justyna Szarewicz – wyciągnęłam do niego rękę – nowa właścicielka tego domu.
- Ach, ale ze mnie gbur. Stanisław Dobosz – uścisnął moją dłoń – sąsiad tego domu. A jednak sprzedali – powiedział smutnym głosem, jakby do siebie.
- Czy pan dobrze znał poprzednich właścicieli?
- Właścicielkę – poprawił mnie – Matylda mieszkała tutaj sama, odkąd… - przerwał na chwilę i zamyślił się – odkąd reszta rodziny się wyprowadziła.
- Opowie mi pan o niej? – czułam, że miał na myśli coś innego, niż tylko tę wyprowadzkę. Szczerze liczyłam, że dowiem się o ciotce czegoś, co nie jest rodzinną plotką. Najwyraźniej pan Stanisław nie wiedział kim jestem.
Łza pojawiła się w jego oku.
- To długa i ciężka historia, panienko. A na mnie żona czeka. Nie chcę, żeby się denerwowała moją długą nieobecnością. Do widzenia.
- Do widzenia – pożegnałam się zawiedziona.

Dni mijały, a ja coraz bardziej przywiązywałam się do tego miejsca. Podobały mi się leniwe poranki na tarasie z kubkiem herbaty. Były momenty, w których oczami wyobraźni widziałam małego chłopca biegającego boso po trawie. Szybko sprowadzało mnie to na ziemię. Czas uciekał, a ja nie mogłam znaleźć lekarza, który podjąłby się aborcji.
Tego dnia, po południu odważyłam się wreszcie wejść na strych. Ostrożnie przesuwałam stopę za stopą po starych deskach, mając nadzieję, że nie polecę z nimi na parter. Z jednej strony dawało to sporą szansę na załatwienie sprawy mojej ciąży bez pomocy specjalisty. Z drugiej jednak moja wyobraźnia podsuwała mi obraz samej siebie na wyciągu, z połamanymi nogami lub, co gorsza – na podłodze, ze złamanym karkiem.
Przeszukałam sporą jego część i znalazłam kilka ładnych rzeczy. Podobało mi się wielkie lustro w ciemnej, drewnianej, heblowanej ramie. W dużej szafie znalazłam kolorowe sukienki, jak na mnie szyte oraz kapelusz z dużym, falującym rondem. Było drewniane łóżeczko rozłożone na części i kołyska. W kącie, pod najdalszą ścianą, znalazłam skrzynię sięgającą moich kolan. Zamknięta niestety na klucz, którego nigdzie nie znalazłam. Ciekawość wygrała z rozsądkiem i nie zważając na ryzyko przebiegłam przez cały strych. Wpadłam do przydomowej komórki, w której już wcześniej widziałam stare, masywne żelazko, kilof, kowadło, pordzewiałą wagę, ale również łopatę, siekierę, widły i to, co właśnie było mi potrzebne – łom. Nie wiem do czego ciotce był potrzebny, ale teraz się przyda. Szybkim krokiem wróciłam do skrzyni, starając się nie zwracać uwagi na złowrogie skrzypnięcia. Jednym sprawnym ruchem otwarłam wieko. Przy drugiej próbie oczywiście, bo za pierwszym razem nie bardzo wiedziałam jak się tym posłużyć. O mały włos, a miałabym pokaźną dziurę w czole.
Skrzynia skrywała w sobie kilka albumów ze zdjęciami, stare dokumenty i biżuterię.
Przeciągnęłam ją po podłodze do samych drzwi, żeby łatwiej było do niej wrócić. Pozbierałam albumy i zeszłam z nimi na taras. Zabawnie było oglądać zdjęcia własnego ojczulka mającego nie więcej niż sześć lat. Wiem, że to on, bo część tych zdjęć oglądałam z rodzicami. Tata opowiadał mi, że właśnie w wieku sześciu lat przeprowadzili się z rodzicami, bo jego ojciec zmienił pracę. Wtedy też ciotka Matylda zaczęła mieszkać w tym domu sama.
Zdjęcia od czasu przeprowadzki tata ma w naszym domu, bo mieszkamy w tym po dziadkach. W tych albumach są jednak pojedyncze zdjęcia taty z okresu nastoletniego i późniejszego. Każde podpisane „Matyldzie – Piotrek” i data. Musieli nawiązać jakiś kontakt ponownie, choć nigdy o tym nie wspominał. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam zdjęcia taty z moją mamą, a potem ze mną. Są też takie, na których jestem tylko ja i znam je bardzo dobrze z naszych albumów. Widać, że tata wysyłał je ciotce regularnie. Ciekawe czy mama wiedziała o tym przez cały ten czas. Największą zagadką jest dla mnie zdjęcie z mojego chrztu. Są na nim ze mną moi rodzice oraz rodzice chrzestni – brat mamy Marcin i kuzynka taty Dorota. Nie rozumiem tylko dlaczego z tyłu fotografii jest dedykacja „Matce chrzestnej – Justyna”, z datą oczywiście. Skąd to zdjęcie tutaj? Musiał tata pomylić zdjęcia przy wysyłce. Ciocia Dorota dostała pewnie to, które miało być dla ciotki Matyldy.

Moje przemyślenia przerwał pan Stanisław.
- Dobry wieczór panienko. Przyniosłem ciepły obiad i ciasto od żony. Co prawda już bliżej kolacji, ale coś mi mówi, że dawno nie jadła panienka nic porządnego. Pora nie robi chyba żadnej różnicy.
Sąsiad wniósł pełną menażkę mięsa, ziemniaków i mizerii. Z reklamówki wyciągnął słoik z zupą pomidorową oraz spory pakunek z ciastem. Przyniosłam z kuchni sztućce, nóż i talerze, które znalazłam dzień po moim przyjeździe.
- Zje pan kawałek ciasta ze mną? –nie wiem czy szukałam towarzystwa, czy zapytałam z grzeczności.
- Chętnie. Powiedz mi panienko co cię tu sprowadza? Przed czym uciekasz? Bo nie uwierzę, że taka młoda dziewczyna bez powodu zaczęła mieszkać w takiej ruderze.
- Może ja lubię takie klimaty? Adrenalina i te sprawy – uśmiechnęłam się chytrze.
- Ty mi tu oczu nie zamydlisz. A podobno problem opowiedziany drugiej osobie to już tylko połowa problemu.
- Tym razem rozmowa nic nie da. Niech mi pan lepiej opowie, co z tą właścicielką było nie tak, że doprowadziła dom do takiego stanu?
Pan Stanisław rozsiadł się wygodniej w fotelu i wyraźnie posmutniał.
- Są różne wersje na ten temat.
- A jaką wersję pan zna?
- Matyldę znałem od małego. Większość czasu spędzaliśmy razem, jak to na wsi. Z nami jeszcze Dorotka od piekarza i Tomek, syn listonoszki. Lata mijały, my dorastaliśmy. Matylda zaczęła spotykać się z Tomkiem, ja z Dorotką. Jak to się teraz mówi? Chodziliśmy ze sobą. Mieli się pobrać jak on wróci z wojska. Przyjechał, a tu Matylda w ciąży. Wiedział, że nie jego i że ludzie na wsi zaraz będą gadać. Wyjechał więc, pracę znalazł, a Matyldę rodzice wysłali do sióstr zakonnych. Nie chcieli wstydu – takie czasy, a Matylda nie chciała powiedzieć czyje to dziecko. Wszyscy we wsi myśleli, że wyjechała z Tomkiem, że pewnie wzięli ślub i razem mieszkają. Tak się w czasie ich wyjazdy zbiegły. Ja na początku też tak myślałem, bo żadne z nich nic nie powiedziało. Miałem nawet do nich żal, że się nie pożegnali, ale niedługo po ich wyjeździe dostałem listy od obojga. Stąd wiem o ciąży i ich rozstaniu.
Niecały rok później wróciła bez dziecka. Mała Madzia zmarła mając dwa miesiące. Matylda się załamała. Teraz pewnie stwierdziliby jej jakąś depresję i dali pigułki, ale to inne czasy były. Zaczęła się odsuwać od bliskich i całego świata. Rodzina się stąd wyprowadziła, bo stary Leśniewski robotę dostał lepszą, a ona została tu sama. Ludzi do siebie nie dopuszczała. Jedyny kontakt to ze swoim bratem Piotrkiem utrzymywała. Ze dwadzieścia lat młodszy od niej był, ale nawet jego córkę do chrztu trzymała. Potem przestała do nich jeździć, a i oni się tu rzadziej pokazywali, aż w końcu wcale.

Zrobiło mi się gorąco od tej opowieści, ale coś było nie tak. Ten pan się musiał pomylić. Przecież Piotrek, o którym mówił to mój tata, a jego jedyną córkę, czyli mnie, do chrztu trzymała jakaś kuzynka Dorota, która wyjechała gdzieś w świat. Chwileczkę… Dorota?
- Smutna historia… A co z panem i tą Dorotą?
- Pobraliśmy się zanim Tomek do wojska poszedł, bo dziecko było w drodze. A Matylda i tak mi dała wtedy kosza.
- To pan też coś do niej czuł?
- Czuł? A kto powiedział, że kiedykolwiek przestałem? Tylko mojej żonie nic nie mów, po co sprawiać jej przykrość.
- Może pan być spokojny, ta rozmowa zostanie między nami.
Chwilę się zastanowiłam.
- A pana żona i ta Matylda były rodziną?
- No tak, kuzynkami. Skąd wiesz?
- Czy to jest ona? – wyjęłam z albumu i pokazałam panu Stanisławowi zdjęcie z mojego chrztu, to z dedykacją.
- To jest właśnie Matylda.
- Matylda? A nie jej kuzynka?
- Oczywiście, że Matylda. Z tyłu jest nawet dedykacja dla niej. Tu obok jest właśnie jej brat Piotrek, a to – wskazał na mnie – jego córka. Jak ona miała na imię… zawsze zapominam.
- Justyna. Córka Piotra ma na imię Justyna i to ja nią jestem.
- Niemożliwe… Chwileczkę, to dlaczego pytałaś kto jest na tym zdjęciu?
- Moi rodzice cały czas mówili, że moją matką chrzestną jest kuzynka taty Dorota. Dzisiaj znalazłam te zdjęcia na strychu i nie dawała mi spokoju ta dedykacja. Potem pan powiedział, że pańska żona to kuzynka mojego taty i myślałam, że ona dała swoje zdjęcie ciotce. Ale to jednak rodzice cały czas kłamali.
- Strasznie mi przykro, że ode mnie się tego dowiedziałaś, przepraszam.
- Nic nie szkodzi. Nie mógł pan wiedzieć.
- Ale panienki nazwisko…
- Po mamie. Tata też przyjął jej nazwisko, coś tam z jej pracą to było związane.
- Ale ja głupi jestem, tak namieszałem.
- Specjalnie panu nie powiedziałam kim jestem, mając nadzieję, że dowiem się czegoś o ciotce. Rodzice nic nie chcą mówić. Cały czas tylko „to stara historia, po co do tego wracać”, a tu nagle ten spadek dla mnie. Zupełnie tego nie rozumiałam. Ja pana przepraszam najmocniej, podpuściłam pana.
- A to akurat trochę prawda – pan Stanisław się uśmiechnął – a że towarzystwo dobre to i język się rozwinął.
- A mogłabym o jeszcze jedną rzecz zapytać?
- Już tyle powiedziałem, że chyba nie zrobi to różnicy.
- Kto był ojcem dziecka cioci? Dlaczego nie było go przy niej? Czemu jej nie pomógł się pozbierać?
Mój rozmówca wydał mi się nagle dużo starszy. I oczy mu mgłą zaszły.
- Skoro obiecałaś, że ta rozmowa zostanie między nami… to była moja córeczka.
Zamarłam, a pan Stanisław mówił dalej:
- Nawet jej nie zobaczyłem, a bardzo często mi się śni. Taka malutka, bezbronna, ale nigdy nie widzę jej buźki.
Wyjął chusteczkę i przetarł oczy.
- A przy Matyldzie chciałem być z całego serca. Chciałem razem z nią cierpieć, płakać, przejść przez to. Nie pozwoliła mi. Powiedziała, że jeśli ją naprawdę kocham to nie powiem czyje to dziecko. Przybrała sobie do głowy, że za zdradę Tomka i Doroty Bóg pokarał ją śmiercią Madzi. Przysięgła mi, że jeśli powiem o tym wszystkim komukolwiek to odbierze sobie życie. Wiedziałem, że nie żartuje. Przez te wszystkie późniejsze lata patrzyłem z przerażeniem na to co się z nią dzieje, a sam byłem przykładnym mężem i ojcem dla trójki naszych dzieci. Dorotce opowiedziałem o wszystkim dzień po śmierci Matyldy. Przepłakała całą noc, ale mi wybaczyła. Podziwiam ją. Powiedziała, że nie chce stracić tych wszystkich lat, kiedy była ze mną szczęśliwa. Wiem, że na to nie zasłużyłem, ale do końca swoich dni będę się starał jej to wynagrodzić. Zasiedziałem się, pójdę już. Zajrzę tu jutro z obiadem.
- Dziękuję panu za wszystko. Spokojnej nocy. Pani Dorotka musi pana bardzo kochać.
- Prawdziwa miłość. Taka pomimo wszystko. A ty pamiętaj, że dziecko to prawdziwy cud, bez względu na wszystkie okoliczności. Ja mam trójkę, jedno straciłem, a myślę o niej każdego dnia. Zastanawiam się jaka by była, do kogo podobna, czym by się zajmowała. Nie rób niczego głupiego. Wszystko można jakoś poukładać.
- Skąd pan wie?
- Coś tam w życiu przeszedłem. A jako ojciec ci powiem, że twoi rodzice na pewno zachodzą w głowę co się z tobą dzieje. Dają ci tylko możliwość bycia dorosłą, a tak naprawdę umierają ze strachu. Może warto z nimi porozmawiać?
Zostawił mnie z głową pełną niepewności i obaw. Przejrzałam jeszcze dokumenty ciotki i znalazłam akt urodzenia oraz akt zgonu dziecka. Zrobiło mi się zimno. Zapaliłam w piecu, zrobiłam herbatę i nawet nie wiem kiedy usnęłam.

Wstałam z mocnym przekonaniem, że wiem co powinnam zrobić. Dawno nie byłam taka pewna, ale również taka przerażona. Zrobiłam gorącą herbatę i chcąc zająć myśli wzięłam się za gruntowne porządki. Chciałam odgruzować podłogę z nadmiaru rzeczy i kurzu oraz głowę z nadmiaru pytań o przyszłość.
Kilka godzin później miałam starte kolana, ale też kurz dwa razy na mokro, omiecioną każdą pajęczynę i umytą podłogę. Umyłam nawet lampy, które nagle zaczęły przepuszczać więcej światła. Ku mojemu zdziwieniu, nawet z bliska były w dobrej kondycji; żadnego pęknięcia, czy ukruszenia. Swoje porządki zakończyłam wraz z ukończeniem listy rzeczy, które powinnam zrobić w najbliższym czasie. Zawsze mi to pomaga w działaniu. Mając taką listę mam poczucie, że w jakimś stopniu panuję nad tym swoim życiem.

Lista:
Znaleźć fachowca do dachu, który będzie wiedział jak go naprawić – jaki koszt (wskazówka: zapytać pana Stanisława, może kogoś zna)
Znaleźć „złotą rączkę”, który niskim kosztem naprawi gniazdko w kuchni, zrobi dwa nowe w łazience, pociągnie światło przed drzwi wejściowe (takie z czujnikiem ruchu) oraz na taras (wskazówka: zapytać pana Stanisława, może kogoś zna)
Znaleźć lekarza, który poprowadzi moją ciążę – jak to brzmi! Co z pracą? (wskazówka: przeszukać internet)
Porozmawiać z rodzicami – najtrudniejszy punkt

Niezawodny sąsiad zastał mnie siedzącą na podłodze, zmęczoną, zadowoloną z siebie i gapiącą się uparcie w ścianę, z której zdzierałam dziś pozostałości po tapecie.
- Dziecko bój się Boga! Przecież powinnaś się oszczędzać, odpoczywać, a nie brać się za remonty. Owoce ci tu przyniosłem do obiadu, bo dużo witamin będzie ci potrzebne. Postanowiłaś już coś dziecko? Całą noc spać nie mogłem.
- W zasadzie to tak. Postanowiłam – podałam mu listę.
- Jasne, że znam – rozpromienił się pan Staszek. – Podeślę do panienki Adasia, mojego najmłodszego syna. On na budowie robi to będzie wiedział co i jak. Dwa pierwsze punkty ma już panienka z głowy. Co do trzeciego to ja internet nie jestem, a i wtrącać się nie chcę, ale jakby panienka zainteresowana była, to synowa Wątorczykowej jest położną, myślę że kogoś poleci. Mieszka w czwartym domu od kościoła, tu w naszą stronę, bo za kościołem to już tylko cmentarz i lasy.
- To może na rodziców też pan coś poradzi? – zapytałam pełna nadziei.
- Z rodzicami to już sama sobie musisz poradzić, moje dziecko.
- Tak myślałam, ale jak to mówią – nadzieja umiera ostatnia. Dziękuję panu za wszystko. Tylko gdyby pański syn nie miał jednak czasu lub ochoty przyjść, to niech pan nie naciska. Nie chciałabym żadnych niewygodnych sytuacji po sąsiedzku.
- Rozumiem. Możesz mi wierzyć, że Adaś nie da się namówić na coś czego nie będzie chciał. Nawet w ramach przysługi dla starego ojca.

- Halo! Jest tu ktoś? – lekturę mojej nowej książki przerwało wołanie, połączone z krokami wyraźnie zbliżającymi się w stronę tarasu. Przestraszyłam się, bo nie był to głos pana Staszka, a zupełnie zapomniałam o ewentualnej wizycie jego syna.
- Jestem tutaj! A kto pyta?
- Tata mówił, że mogę się przydać. Adam – wyciągnął do mnie rękę.
- Ach, Adaś – uśmiechnęłam się. – Justyna – uścisnęłam jego dłoń.
- Och, widzę, że tato nadal ma mnie za pięciolatka. Zabawne, że kontaktami pozwala mi się bawić. Proszę mi pokazać, który nieszczęśnik się zepsuł i gdzie mają być te w łazience.
- W kuchni to ten nad blatem, a w łazience jest mi obojętne. Ważne, żeby były, ale niech ich montowanie nie sprawi ci kłopotu.
- Dogadamy się – uśmiechnął się – w kuchni już gotowe, sprawdzę jak idzie instalacja w łazience.
- Już?
- Tak, tylko kabel się wypiął w środku. Założyłem na nowo i dokręciłem.
- Przełożę czajnik, bo do tej pory trzymałam na krześle, przy działającym gniazdku. Zrobię od razu herbatę. Kawy nie posiadam, bo nie powinnam pić, a to zbyt duża pokusa.
- Nie przejmuj się, nie mam nic do herbaty.
- Zwykła, owocowa, z miodem czy bez?
- Za dużo na raz pytań jak do faceta.
Wybuchnęłam śmiechem.
- Dobra żartowałem, zwykła, bez miodu. Widzisz, nie najgorzej u mnie z tą całą podzielną uwagą. Co do łazienki, to są dwa sposoby. W obu przypadkach sama zdecydujesz gdzie będą. Można kuć ścianę pod kabel, a można też puścić je wierzchem i zasłonić listwą maskującą. Wygląda to mniej więcej tak – pokazał mi kilka zdjęć na telefonie. Moją uwagę zwróciły jednak jego perfumy, kiedy się zbliżył.
- Domyślam się, że z listwami mniej zachodu. Całkiem dobrze to wygląda, niech będzie tak.
- W takim razie pomożesz mi wymierzyć ile listwy i kabla trzeba. Jutro po pracy się zjawię i będzie gotowe. Pozwolisz, że przyprowadzę sobie brata do pomocy?
- Jasne, nie ma problemu.
- Dach obejrzę w sobotę, w dobrym świetle. Na strychu część belek pewnie będzie do wymiany. Jakiś czas po nich padało, więc raczej przegniły lub są na dobrej drodze ku temu.

W piątek, z samego rana stawiłam się u pani Agnieszki. Okazało się, że jest zarówno położną, jak i ginekologiem, co chyba często idzie w parze. Długo rozmawiałyśmy. Dowiedziałam się, że pracuje na oddziale w szpitalu w mieście, a tutaj na wsi przyjmuje raz na dwa tygodnie, w ośrodku zdrowia. Nie wiem dlaczego opowiedziałam jej o moich planach aborcyjnych. Na samo ich wspomnienie zrobiło mi się zimno. Miałam wrażenie, że ucieszyła się, kiedy zapytałam czy poprowadzi moją ciążę. Dostałam cały plik skierowań na badania oraz recept na witaminy. Wypisała mi zwolnienie lekarskie, jak tylko wspomniałam, że pracuję w rozlewni lakierów. Zaśmiała się, żebym wypoczywała i nadsypiała przez te najbliższe miesiące, bo potem będzie trudno. W drodze powrotnej wstąpiłam po kawę i ciastka oraz coś na obiad. Najwyższa pora zadbać o siebie, a przy okazji ugościć sąsiada. W końcu po pracy zamiast odpoczywać, to przeze mnie jest dalej na nogach.
Zjawił się o podobnej porze co dzień wcześniej. Zaopatrzony w materiały i narzędzia, ale bez pomocnika.
- Łukasz to się umie wykręcić od pomocy. Zwłaszcza jeśli to ja go proszę – zaczął od progu.
- Cześć?
- A cześć, cześć. Wiesz co on zrobił? Złamał sobie nogę w robocie. Akurat dzisiaj. Tak jakby do poniedziałku nie mógł poczekać.
Zanim skończył mówić uszła z niego udawana złość. Muszę przyznać, że spodobało mi się jego poczucie humoru.
- No nic, dam radę sam.
- Ale ja ci chętnie pomogę, tylko najpierw ty pomożesz mi zjeść obiad. A skoro twój brat z niego zrezygnował, masz podwójną porcję.
- Czyli to tak pięknie pachnie? Z grzeczności nie odmówię. Gdzie mam siadać?

Zjedliśmy obiad, potem ciastka do herbaty, umyłam sobie naczynia i poszliśmy montować kable oraz gniazdka. Zeszło nam do późna i jestem pewna, że celowo przedłużaliśmy pracę. rozmawialiśmy o wszystkim, jakbyśmy się znali od zawsze. Opowiedziałam mu nawet o ciąży i ojcu dziecka, bo przy obiedzie wypatrzył książkę „Pierwszy rok życia dziecka”. Zresztą nie mam powodu niczego ukrywać. To nie ja zachowałam się jak burak, a ciążę zaraz będzie widać.
Takich wieczorów jak ten spędziliśmy całe mnóstwo przez następnych kilka miesięcy. Najpierw przy remoncie dworku, który bardzo szybko się skończył, dzięki finansowemu wsparciu rodziców. Później szukaliśmy powodów do takich spotkań, aż stały się one dla nas naturalne. Rodzice z kolei oszaleli z radości na wieść o wnuku. Moje obawy związane ze sprawieniem im zawodu zupełnie się nie potwierdziły. Ubolewali jedynie nad ilością kilometrów jakie będą musieli pokonywać co kilka dni, żeby nas zobaczyć. Mama chciałaby nas u siebie. Zabawne, że w naszym domu rodzinnym nie czułam się tak „u siebie”, jak tutaj po kilku miesiącach.
Kilka dni przed porodem próbowałam poprosić Adama o zostanie ojcem chrzestnym dla mojego dziecka.
- Jeśli to oficjalne pytanie to oczywiście dziecku nie odmówię, ale jeśli to luźna myśl to chciałbym, żeby w tej roli zastąpił mnie Łukasz. On nie ma dziewczyny, na dziecko raczej brak perspektyw, to będzie miał taką dzidzię do rozpieszczania i chociaż trochę obowiązku.
- Przecież ja go ledwie znam, nie sądzę, żeby się zgodził. Dlaczego ty nie chcesz? Przyznam, że liczyłam na ciebie.
- Ja mam poważniejsze zamiary i jeśli się zgodzisz to za chrzestnego ja go będę prosił. Proszę, żebyś się dobrze zastanowiła zanim mi odpowiesz. Chciałbym zostać ojcem twojego dziecka i
razem z tobą je wychowywać. Nie tak z doskoku, do pomocy. Chcę od samego początku być we wszystkich dokumentach, dać nazwisko i być tutaj z wami każdej nocy. Wstawać do kolki, nowego ząbka czy gorączki.
- Czy ty…
- Chcę powiedzieć, że cię kocham i kocham dziecko, które nosisz pod sercem.

**
Od czasu porodu jestem trochę jak w transie. Dni są takie same i trochę zlewają mi się z nocą. Sądzę, że to przez te nocne pobudki. Adaś był przy porodzie, a jeszcze przed nim wprowadził się do mnie. Przyjechała też moja kuzynka Basia, która zostanie matką chrzestną naszej córeczki. Oboje bardzo mi pomagają i jestem im bardzo wdzięczna.
Z dnia chrztu pamiętam niewiele. Wszystko odbyło się jak na wariackich papierach, bo już przyzwyczajone byłyśmy do stałego rytmu dnia, a tu goście, chrzest i poczęstunek. Jednego tylko nie zapomnę do końca życia – łez wzruszenia i dumy w oczach pana Staszka, a w sumie teraz to dziadka Staszka, kiedy usłyszał słowa księdza:
- Magdaleno Matyldo, ja ciebie chrzczę…

Edyta Wilk

„Zmrożone serce”

Wysoki. Ramiona rozłożyste, jednak nieco opuszczone. Siwe włosy wystawały spod kapelusza. Zarost kilkudniowy. Płaszcz przetarty na łokciach pachniał lasem, mchem, ziemią i jeszcze czymś nieuchwytnym. Piżmem, mokrą sierścią. Na nogach miał gumofilce tak spękane, że już dawno nie spełniały swojej roli. Jakim cudem trzymały się na stopach?
- Janka - Głos ciepły, chropowaty bardzo niski. Głos zmęczonego człowieka.
- Janka, nie jadłem dwa dni.
Usiadł  na ławce pod malwami. Barwny parasol z kwiatów, a pod nimi bezbarwny  człowiek. Ten obraz pełen kontrastu:  kontrastu: delikatnych, świeżych kwiatów i Jana: czerstwego i szorstkiego – utkwił mi na zawsze w pamięci.
Nigdy nie wchodził do domu. Skierował jasne, błękitne oczy na mnie. Pobiegłam do studni po wodę. Przy studni zawsze stało wiadro pełne świeżo wyciągniętej wody. Jakby mi się chciało pić, mogłam czerpać z wiadra do woli. Sięgnęłam po emaliowany kubeczek. Biały w czerwone kropki. Miał troszkę ubite dno, ale tak go lubiłam, że nie chciałam, by babcia wymieniła go na inny. Nabrałam wody z wiadra i podeszłam do Jana.
- Dziękuję, dziecko.
Wypił jednym haustem.
Babcia wyszła i postawiła przed nim stołek. Wróciła do domu i przyniosła największy talerz pełen parującego barszczu. Do tego dwie pajdy grubo krojonego chleba posmarowane smalcem i posypane szczypiorkiem. Aluminiową łyżkę położyła obok talerza.
- Smacznego, Janie.
Jan bez słowa zaczął jeść. Mimo tego, że musiał bardzo być głodny, jadł powoli. Długo przeżuwał każdy kęs. Smakował.
- Janka, twój barszcz jest najlepszy w powiecie. Co ja mówię, w województwie.
- A, gadacie, Janie! Barszcz jak barszcz.
Babcia siadała przy płotku na małym stołeczku. Spoglądała w stronę drogi. Patrzyła, jakby czekając na coś. A na drodze, jak zwykle, nie działo się nic. Jedynie bawiące się wróble w samotnej kałuży robiły wrzawę.
- Ja wiem, co mówię. Z niejednego garnka barszcz jadłem!
Komplement musiał sprawiać jej radość, bo zawsze kąciki ust lekko się unosiły do góry.
- A bo buraki nad wyraz udane w tym roku. Urodziło ich aż miło. Będą zapasy na zimę.
- Urodziło, bo jak gospodyni ma dobre serce, to i dobrą rękę. A pod dobrą ręką zawsze się rodzi.
I tak Jan i babcia rozmawiali. Trwało to chyba z pół godziny, zanim Jan zjadł barszcz. Odprowadzałam go później najpierw do drogi, która ciągnęła się przez wieś, a potem do brzózki, za którą ciągnęła się polna droga aż do bzowieckiego lasu. Praktycznie nie rozmawialiśmy. Czasem Jan mruczał.
- Taka jak moja. Zupełnie jak moja.
I miałam wrażenie, że łka bezgłośnie.


Kiedy zaczynały się żniwa, babcia szukała robotników. Dużo żyta siała i potrzebowała pomocy. Sami z dziadkiem żniwowaliby do zimy. Najmowała różnych ludzi. Przychodził wtedy i Jan. Zostawał do czasu, aż wszystkie snopy zwiozło się  z pola. Spał w stodole i tam zanosiłam mu śniadanie. Obiady jadł z innymi, w polu. A kolację na ławeczce pod parasolem z malw.
- Babciu, dlaczego Jan nie wchodzi do domu?
- Oj, dziecko…
I nie odpowiadała. Przeganiała mnie ścierką jak natrętną muchę, wymawiając się robotą.


Jan wędrował po wioskach od wiosny po jesień. Zimą… Nie, nie pamiętam, by przychodził. Chociaż… raz zrobił wyjątek. Siedziałam na stole przylepiona do szyby. Chuchałam na nią i na zaparowanym oknie malowałam coś palcem. Czekałam na pierwszą gwiazdkę, a babcia z dziadkiem szykowali kolację. Byli bardzo zajęci, bo stryjek z wujenką mieli zjawić się na kolacji. I ciocia Milka z rodziną. Wcześniej wieszałam na choince jabłka i łańcuchy z kolorowego papieru. Teraz babcia wygoniła mnie, bym się przypadkiem czymś nie poparzyła. Przez namalowane gwiazdki spoglądałam w stronę drogi. Wszystko było białe. Jak oprószone mąką. Na śliwie rosnącej pod oknem babcia powiesiła kawałek słoniny. Sikorki były zachwycone taką stołówką: ćwierkały tak, że mimo szczelnie pozamykanych okien słyszałam ich świergot. Mogłam tak wlepiona w szybę siedzieć godzinami.
Ktoś zapukał. Babcia otworzyła drzwi, a po chwili zamknęła. Drzwi z okna nie widziałam, ale dostrzegałam ławkę pod grubą pierzyną śniegu. Zobaczyłam, jak Jan ściąga śnieg i siada na ławce. Babcia nalała wrzącego barszczu do talerza. Sięgnęła po łyżkę i dwa kapuśniaki, mocno wyrośnięte, posypane czarnuszką i kminkiem. Podała Janowi jak zwykle: na taborecie przy ławce. Jednak nie została, jak zawsze, by z nim porozmawiać. Wróciła, sięgnęła po starą lnianą torbę o spełzłych kolorach. Poszła do spiżarki i przyniosła dwa słoiki ogórków, kawał słoniny i okrągły chleb: największy bochen, który miał być rozkrojony na obiedzie świątecznym. Do dużego słoja nalała zupy grzybowej i owinąwszy kraciastą serwetą, włożyła do torby. Ukroiła jeszcze piroga biłgorajskiego i zawinęła w papier śniadaniowy. To wszystko poukładała w torbie. Dziadek zniknął gdzieś w pokoju i po chwili przyniósł nowe, grube rękawice i swój stary, ale wciąż ładny, zielony gruby sweter. Na koniec do torby wrzucił paczkę papierosów i dużo zapałek – takich pudełeczek z czarnym kotem. Lubiłam je. Wieczorami przed snem wyobrażałam sobie, że te koty w nocy z pudełek  schodzą i wędrują po domu. Bawią się.
Babcia podeszła do Jana, a on zaczął gestykulować. Zrozumiałam, że się kłócili. Usłyszałam strzępki zdań. Jan chciał tylko zapałki. Nic więcej. Jednak babcia była uparta.
- Jak nie weźmiesz torby i serwety mi na wiosnę nie oddasz, to więcej cię moim barszczem nie poczęstuję!
Tupnęła nogą. Jan ściągnął czapkę i ukłonił się w pas. Babcia objęła go i pocałowała w czoło. Zeskoczyłam ze stołu i szybko ubrałam buty i pomarańczowy kożuszek.
- Odprowadzę Jana, babciu.
- Nie dalej niż do brzózki.
Do drogi szło się przyjemnie. Dziadek odgarniał śnieg, więc było gładko. Kiedy wkroczyliśmy na drogę polną, zapadałam się w śniegu po uda. Pola wyglądały jak biały, płaski, wielki stół. Dobrnęłam z Janem do brzózki. Przyglądałam się śladom kuropatw na śniegu i zielono-brązowej ścianie drzew w oddali. Jan pogłaskał mnie po policzku i poszedł: nie drogą, tylko na przełaj przez pola. Zostawiał szerokie ślady na śniegu. Postałam chwilę i pomachałam mu, kiedy raz się odwrócił. Próbując trafiać we własne ślady wróciłam do domu.


Na polach śnieg  stopniał.
Pewnego wiosennego dnia bawiłam się przy studni. Do worka wlewałam wodę, robiłam dwie małe dziurki na skraju worka i udawałam, że doję krowę. Byłam mokra, brudna od piasku, szczęśliwa.
- Dzień dobry. Podasz mi kubek wody?
- Dzień dobry! Tak!
Jan zjawił się jak zwykle niespodziewanie. Sięgnęłam po swój ulubiony kubek, ten w czerwone kropki, i podałam mu wodę.
- Pobiegnę po babcię. Jest za stodołą na ogrodzie.
Zanim Jan cokolwiek odpowiedział, już mnie nie było. Krzyknęłam do babci, że Jan przyszedł i babcia od razu zostawiła motykę. Umyła ręce przy studni.
- Jak tam, Janie? Zima sroga była.
- A była.
- A jak wy się czujecie?
- A dobrze. Oddaję torbę i serwetę.
Jan pachniał ziemią. Nie miał płaszcza, tylko sweter dziadka i szare spodnie. I gołe stopy. Czarne. Usłyszałam stukot końskich kopyt. To dziadek wracał z targu. Podbiegłam szybko do niego. Tak jak się spodziewałam, dziadek wręczył mi słodkie szczypki i książkę. Zawsze kupował mi coś słodkiego i coś do czytania. Słodkie, jak to mówił, ma rozweselić ciało, a literki mają rozweselić duszę. Uwielbiałam jego prezenty.
Janowi podał rękę. Babcia wyniosła kwaśnego mleka w wielkim gliniaku. Przyniosła masło, chleb i cztery kubki. Wielką chochlą pomieszała w garnku, a potem nalała do kubków. Podała Janowi, dziadkowi i mnie. To był smak! Mleko było tak skwaśniałe, że można było je nożem kroić. Piłam przez zęby, delektując się nie tylko smakiem, ale i chłodem. Dzień był gorący. Babcia usiadła i zaczęła nożem kroić wielkie i grube pajdy chleba, a na nie nałożyła  grubo masła. Mnie ukroiła trochę cieńszą kromkę. Dziadek poszedł za dom i przyniósł z ogródka cebule. Opłukał je pod studnią. Gryzł kromkę, a potem tę cebulę jak jabłko. Jan podobnie, a mnie babcia pokroiła szczypiorku na wierzch kromki. To było pyszne.
Rozmawiali o ludziach w wiosce. O tym, że Krysia Popowa ma już czwartego męża, że u Śliwów, co już ósmy rok po ślubie, nadal dziecka nie ma, i że u Lody po zimie dach do naprawy, a ona sama wdowa nieporadna. Zjedliśmy.
Babcia złapała za gliniak i resztkę chleba.
- Tak się urobiłam w ogrodzie, że kawy bym się napiła. Napijecie się, Janie?
- To zbytek Janka. Ale jak zrobisz, nie pogardzę.
Babcia weszła do domu. Dziadek wyciągnął metalowe pudełeczko w kieszeni. Wieczorami robił papierosy ze swojego tytoniu i układał je w tym pudełeczku. Poczęstował papierosem Jana. Dziadek palił szybko. I nie dopalał do końca. Jan zaciągał się długo i palił, aż tytoń parzył go w palce.  Babcia przyniosła pachnące kawy w musztardówkach. I cukier w torebce. Lubiłam ten zapach. Taki odświętny. Niecodziennie parzyło się kawę. Popijali powoli.
- Janie, mam buty, co mnie uwierają – powiedział dziadek.
- A lato idzie. Butów nie trzeba.
- Drzewo będę z lasu woził. Samemu ciężko na wozie układać.
- A to ja chętnie pomogę.
- A w butach wygodniej w lesie.
- W sumie i wygodniej.
- To dam wam te buty, Janie, do roboty.
- Do roboty to się przydadzą.
Dziadek poszedł po buty, a babcia przyniosła mydło, stare spodnie dziadka i koszulę.
- W studni dużo wody, Janie – powiedziała, podając kostkę szarego mydła Janowi.
- Chodź, dziecko, na ogród: zobaczymy, czy maliny czerwone albo agrest dojrzał. Upiekłabym bułek drożdżowych na kolację.
Szłam, podskakując, do ogrodu. Agrest. Ach, taki agrest prosto z krzaka! Wiedziałam, że babcia chciała, by Jan spokojnie się umył. Nigdy mi nie mówiła wprost, żebym się oddaliła od studni.  Zawsze szukała mi jakiegoś zajęcia. Taki miała zwyczaj.
Gryząc agrest, który nie był jeszcze dobrze dojrzały i od kwasoty aż mnie skręcało, pytałam:
- Babciu, dlaczego Jan mieszka w lesie?
- Masz już siedem lat… Ziemia jest domem Jana. Dom Jana i jego rodzinę spalono podczas wojny. Żonę i dzieci. To były straszne czasy, dziecko. Jego akurat nie było we wsi. Od tamtej pory nie wszedł już nigdy do żadnego domu, bo żaden to nie jest jego, jego rękami nie został zbudowany. Wędruje po okolicznych wioskach i zatrzymuje się u ludzi, co mają dobre serce. Jedni mu dają zjeść, inni paczkę papierosów. A inni jakieś ubranie… Śpi w lesie. Tam wiele ziemianek po partyzantach zostało. Kiedyś, jak był młodszy, to więcej  pracował. Ile on teraz ma lat? Z osiemdziesiąt  będzie. A popatrz, jak prosto się trzyma. Ciało ma zdrowe, tylko serce zmrożone.
- Co to znaczy?
- Kiedyś zrozumiesz. Tylko pamiętaj, żeby zawsze głodnego nakarmić! Talerz zupy nie tylko ciało rozgrzewa. Chociaż tyle można dla niektórych zrobić. Tyle, bo czasu cofnąć się nie da!
Uzbierałyśmy pół wiadereczka malin. Cieszyłam się na myśl o bułkach z malinami na kolację. Babcia pozwalała mi wyrabiać ciasto, a potem robić bułki. To było takie przyjemne!
- Dziękuję wam – powiedział Jan, kiedy zobaczył babcię.
- Za co? Kawałek chleba? To nic, Janie. Przyjdź jutro do drzewa.
- Przyjdę.
Jan pachniał ziemią i mydłem. Lepiej wyglądał w spodniach dziadka i koszuli. Koszula co prawda miała łaty na łokciach, ale był czysta. Wiedziałam, że jak Jan przyjdzie następnym razem, ta koszula będzie miała na sobie ślady ziemi.

Odprowadziłam go jak zwykle do brzózki. Po drodze zrywałam czerwone i białe koniczyny. Urwałam gałązkę soczyście zielonej leszczyny i kilka dzikich bratków. Uformowałam roślinki w bukiecik.
- To dla ciebie, Janie.
Uklęknął przede mną, pocałował mnie w czoło i rozpłakał się. Cały się trząsł i łzy jak grochy leciały mu z oczu. Byłam zaskoczona i nie wiedziałam co robić. Ściągnęłam sweterek, w którym mi było za gorąco i jak chusteczką zaczęłam ocierać mu łzy. Chwilę trwało, zanim się uspokoił. Nagle złapał mnie i tak mocno przytulił… Myślałam, że zgniecie mi kości. Pocałował mnie jeszcze raz w czoło, przytulił do policzka bukiecik i poszedł w stronę lasu.

Wracałam wolniej do domu. Dużo wolniej niż zwykle.
- A co tak długo? – zapytała babcia.
- Tak wyszło. Jan płakał.
- Naprawdę? Jan płakał? – babcia była poruszona.
- Tak. Wytarłam mu łzy sweterkiem, bo nie miałam chusteczki. Płakał bardzo.
Babcia patrzyła na mnie z niedowierzaniem. Złapała sweter i zgniotła w rękach. Uśmiechnęła się jakoś smutno. Szepnęła jeszcze jedno słowo: „nareszcie”.


Minęło lato, a ja zostałam zmuszona do tego, by chodzić do szkoły w mieście. Do babci przyjeżdżałam tylko na wakacje. Każde lato oznaczało również spotkanie z Janem. Jan stał się jakby inny. Żartował z dziadkiem, mnie wypytywał o szkołę, o to, czego się nauczyłam. Mógł mnie słuchać godzinami, a ja miałam dużo czasu, by opowiadać.

Tak mijały lata. Jan stawał się powolniejszy. Słabszy. Jednak za żadne skarby nie chciał przekroczyć progu jakiegokolwiek domu.

Byłam już chyba nastolatką. Przyjechałam do babci z tuzinem książek. Siadywałam na ławeczce pod malwami i czytałam. Wsłuchana w odgłosy przyrody. Podświadomie wyczekiwałam kroków ludzkich. Konkretnych kroków. Kroków Jana.

Tamtego lata ich nie usłyszałam.

---


Moi dziadkowie nie żyją od wielu  lat. Ich domu już nie ma. Jednak, kiedy przychodzi lipiec, zawsze mam chęć pojechać w miejsce, gdzie spędziłam dzieciństwo. Tego lata tam byłam. Miejsce po domu zajęły krzaki. Jednak brzoza przy drodze stoi. Potężna. Wysoka. Przytuliłam się do niej. Biało-brązowy, chłodny, chropowaty nieco pień. Przyjemny. Popatrzyłam w stronę lasu. Słońce świeciło mocno, musiałam przyłożyć rękę do czoła, bo oślepiało. Przez moment miałam wrażenie, że widzę znajomą postać. Wysokiego, starego mężczyznę w szarym płaszczu. Uśmiechnęłam się na myśl o Janie. Mam nadzieję, że choć na  chwilę udało mi się rozmrozić jego serce…

Ela Matusiak

Wojenna Miłość
Wiosna 1943 roku przyszła wyjątkowo późno. Nim drzewa i kwiaty zaczęły wypuszczać pierwsze pąki, minęła już połowa kwietnia. Zima dała się we znaki wszystkim mieszkańcom Rawicza, także Mariannie Muławskiej, która z radością wystawiała swoją pomarszczoną twarz do słońca. Siedziała przykryta kocem  na starym, dębowym krześle ojca. Czekała na Tedzię, która parzyła właśnie dla niej kawę zbożową. Marzyła o wielkiej filiżance aromatycznej „parzuchy” z utartym na biało koglem – moglem. Zresztą nie tylko tego jej brakowało. Od początku wojny, racje żywnościowe były coraz mniejsze, a środków higienicznych jak na lekarstwo. Była już bardzo zmęczona wojenną zawieruchą, ale dzięki swojej córce i ogrodowi z tyłu domu – mogły się utrzymać.

- Proszę, mamo. Twoja kawa. Pij, póki gorąca – ja w tym czasie zapakuję wózek i pobiegnę na dworzec.
Marianna westchnęła ciężko, ale wiedziała, że jakiekolwiek perswazje tylko pogorszą sprawę, więc szepnęła cicho: - Z Panem Bogiem, dziecko. Uważaj na siebie i nie właź Niemcom pod nogi! Tedzia cmoknęła matkę w policzek i zniknęła w kuchni.

Przelewając krupnik z wielkiego gara do termosu, myślała o tym co ją czeka. Mogła nie wrócić już do domu, ale przysięgała i musiała wypełnić swój obowiązek. Dziś, jak co dzień wybierała się na dworzec. Od jakiegoś czasu w samo południe na rawicki peron pierwszy wtaczała się lokomotywa z wagonami, w których przewożono ludzi. Wieziono ich na roboty do Niemiec, a stacja w Rawiczu była przymusowym postojem. Ludzi traktowano jak bydlęta i za każde najdrobniejsze przewinienie dotkliwie bito, a nawet karano śmiercią. W tym samym czasie, druga lokomotywa (przysłaniając tę pierwszą) wiozła Niemców, którzy osiedlali się na polskiej wsi. Ludzie ci rozchodzili się po dworcu chcąc napić się gorącej herbaty w dworcowej kawiarni u Grety, lub rozprostować kości. Teodora, stawała nieopodal lokomotywy i wielką chochlą nalewała zupy do aluminiowych manierek żołnierzy SS, którzy pilnowali transportu. Dziewczyna miała duże błękitne oczy i piękne blond włosy, co sprawiało, że wyglądała jak prawdziwa Aryjka. Dzięki temu wyglądowi, nieufni zwykle żołnierze z ochotą zajadali zupę zaserwowaną im przez Tedzię i opowiadali rubaszne żarty. Dziewczyna uśmiechała się szeroko i z wielkim wdziękiem odpowiadała na dowcipy, co powodowało kolejne salwy śmiechu i zainteresowanie pozostałych strażników. Bardzo powoli rozdawała kolejne porcje zupy, dzięki czemu, garstka młodych mężczyzn i kobiet mogła wrzucić do wagonów pełnych ludzi trochę chleba i kanek z wodą. Czasem udawało się przemycić jakieś ubrania, koce, kostkę mydła. Pomoc to była znikoma, ale przyjaciele dziewczyny woleli to niż bezczynne przyglądanie się bandytom.

Kiedy wraz z ostatnią miską zupy oddalił się najbardziej natarczywy żołnierz, dziewczyna zamknęła termos, upchnęła czekoladę, cukier i herbatę pod płaszczem i z wyrazem ulgi, ciągnąc za sobą wózek – udała się w kierunku wyjścia z peronów. Była pewna, że dziś zatrzyma ją patrol rewizyjny, krążący w okolicy, dlatego niespiesznie i metodycznie przemierzała kolejne metry. Już od wielu tygodni czuła na sobie spojrzenie jednego ze strażników, którzy patrolowali dworzec. Mieli świadomość, że dziewczyna dostaje produkty żywieniowe za te kilka łyżek zupy, którą karmi, ale przymykali na to oko – wszak żołnierzom SS należało się to jak nikomu innemu. Mężczyzna patrolował dworzec wraz z kobietą. Oboje mieli krótko przystrzyżone włosy i nienaganne mundury. Kiedy stali odwróceni tyłem, trudno było odgadnąć, że jeden z nich to niewiasta. Tedzia znała tę kobietę z opowiadań. Miała na imię Ingeborg, była bezwzględna i bezduszna, a przy swoim metrze i osiemdziesięciu centymetrach wzrostu oraz ogromnej sylwetce, budziła respekt nawet wśród mężczyzn. Inga była najlepsza wśród kobiet dlatego przydzielono ją do patrolu Otta, który kierował wszystkimi patrolami w okolicy dworca.

Polka wpadła w oko mężczyźnie jeszcze zimą. Zza przepierzenia obserwował jak co dzień przychodziła na peron rozdawać zupę. Nie wiedział dlaczego tak chętnie pomaga okupantowi w zamian za kilka  produktów żywnościowych czy toaletowych. Czuł, że kryje się za tym coś innego niż chęć przetrwania i od tej pory przyglądał się jej szczególnie uważnie.

Widział zdenerwowanie w jej wzroku, pozornie spokojne ruchy rąk, które zaczynały drżeć przy najmniejszym hałasie, słodki uśmiech, który nie obejmował oczu. Widział także wielką ulgę malującą się na jej twarzy, kiedy zupa w termosie się kończyła i dziewczyna spokojnie mogła udać się do domu.

Tego dnia, kiedy się spotkali twarzą w twarz. Wszystko poszło  na opak. Najpierw mama obudziła się z gorączką. Po wizycie felczera Markiewicza wcale się nie uspokoiła, ponieważ przyczyna złego samopoczucia matki nie była znana. Później, zupa, którą Teodora ugotowała dla żołnierzy przypaliła się i zamiast tego kobieta musiała nagotować ziemniaków okraszonych cebulą i cudem zdobytą słoniną. Nie miała wyjścia, stwierdziła, że lepiej jest poświęcić kawałek przedniego tłuszczu niż narazić życie grupy znajomych, którzy czekali już pod wiaduktem kolejowym żeby pomóc przewożonym w wagonach ludziom. Czuła, że coś się wydarzy, była niezwykle przesądną osobą, a poranne wydarzenia wskazywały jednoznacznie na zbliżającą się katastrofę.
Tedzia szła w stronę dworca kolejowego z duszą na ramieniu. Kilkukrotnie zerkała w stronę stróżówki, sprawdzając czy przystojny Niemiec ma dziś wartę. O dziwo – nikogo nie zauważyła. Spojrzała na tory i zobaczyła zbliżającą się lokomotywę. Przygotowała termosy pełne tłuczonych ziemniaków i uzbrojona w szeroki, sztuczny uśmiech, czekała na wygłodniałych żołnierzy. Wydawanie porcji przebiegało bardzo sprawnie. Mężczyźni zadowoleni z sycącego posiłku rozsiedli się na dworcowych ławkach. Raz po raz posyłając dziewczynie wdzięczny uśmiech, a czasem obdarowując ją puszką kakao lub torebką cukru. Tedzia martwiła się o kolegów, którzy z drugiej strony wagonów przerzucali wałówki dla więźniów, ale starała się zachować spokój.  Upychała właśnie zdobyte produkty pod wełnianym kocem, kiedy podszedł do niej młody mężczyzna i kłaniając się w pas, rzekł:
- Dzień dobry, panience. Piękny dziś dzień, prawda? W sam raz na wycieczkę. - Uniósł dłoń Tedzi do ust i złożył na niej głośny pocałunek. Zaskoczona dziewczyna odpowiedziała na pozdrowienie i już miała zapytać skąd ją zna, kiedy poczuła, że nieznajomy wciska jej maleńkie zawiniątko. W lot zrozumiała, że coś się wydarzyło. Pożegnała się i wróciła do swoich zajęć. Pochyliła się nad termosem, ułożyła maleńki gryps na pokrywce i przeczytała:

„Tedziu, ratuj! Antek utknął w torowisku. Odwróć uwagę. J.”

Dziewczynę oblały zimne poty, wiedziała, że nie ma ani chwili do stracenia. Janek wzywał pomocy. Zrobiła zatem pierwszą rzecz, która przyszła jej do głowy. Jednym, gwałtownym ruchem zerwała koce i poprzewracała puste termosy. Narobiła tym takiego łoskotu, że żołnierze natychmiast wyciągnęli karabiny. Kiedy zobaczyli co było powodem hałasu, rzucili się do pomocy. Tedzia przewróciła się prosto na naczynia, ale uczynni mężczyźni czym prędzej pomogli jej wstać i pozbierać rozrzucone po peronie rzeczy. Dziewczyna rozglądała się na lewo i prawo, bo uzmysłowiła sobie, że wiadomość, którą dostała od nieznajomego wala się gdzieś pomiędzy naczyniami. Zdała sobie sprawę, że musi znaleźć gryps jako pierwsza, bo inaczej ją i resztę załogi czekają poważne konsekwencje, nie mówiąc już o uwięzionych w wagonach ludziach, którzy ośmielili się przyjąć pomoc. Miałaby na rękach krew setek ludzi, a do tego nie mogła dopuścić.
Maleńką kartkę dostrzegła tuż przed kotłującym się przy niej tłumie. Kiedy sięgała po nią ręką, całkowicie przykrył ją ciężki oficerski but. Podnosząc głowę do góry spodziewała się zobaczyć rozeźlony wzrok i karabin wycelowany w czoło. Oniemiała jednak kiedy przed jej twarzą zakwitł uroczy uśmiech Otta i pałające zielone oczy. Mężczyzna w kilka minut rozgonił towarzystwo i załagodził sytuację, mówiąc, że zajmie się dziewczyną. Podał jej rękę i odprowadził na ławkę. Tedzia trzęsła się ze strachu, ale ze wszystkich sił starała się nie patrzeć na Niemca, by ten nie ujrzał jej niepokoju. Miała nadzieję, że chłopcom udał się skok i nikomu nic się nie stało. Z rozmyślań wyrwał ją głos mężczyzny:
- Myślę, że nie powinna pani  tak ryzykować. Gdyby któryś z nich zobaczył tę wiadomość – już by pani nie żyła. Proszę tu na mnie poczekać, kończę zaraz wartę, odprowadzę panienkę do domu.
- Dziękuję, ale nie ma takiej potrzeby. - powiedziała płynnie po niemiecku – Odwdzięczę się panu. Proszę tylko powiedzieć czego panu trzeba.
- Moja propozycja nie podlega dyskusji, panienko. Proszę na mnie poczekać – stuknął obcasami i poszedł się odprawić. Dziewczyna siedziała z szeroko otwartymi ustami i wyrazem niedowierzania na twarzy. Myśli kotłowały się jej w głowie, była zmęczona i przerażona, a na domiar złego, ten dziwny Niemiec miał zamiar odprowadzić ją do domu. W pierwszej chwili chciała uciec, ale wiedziała, że to tylko pogorszy sprawę. Co ludzie powiedzą kiedy ich zobaczą? A matka? Jeszcze nie daj Boże jej się pogorszy.
Nie dokończyła myśli, ponieważ zjawił się Otto w cywilnym ubraniu i fikuśnym meloniku na głowie.
- Pani pozwoli, że ją odprowadzę. I proszę nic nie mówić, póki nie znajdziemy się poza zasięgiem ciekawskich uszu.

Szli przez chwilę w milczeniu. Otto obejrzał się za siebie i poprowadził dziewczynę przez pobliski park.
- Nie wiem jak panu dziękować – wybąkała Tedzia – gdyby nie pan… Proszę, muszę już wracać do domu, a to tuż za rogiem.
- Panienko, proszę teraz nic nie mówić. Domyślam się co pani robiła i jest to karygodne zachowanie. Mimo to, mam swoje powody by o tym nikogo nie powiadamiać. Teraz się przespacerujemy, a potem zaprosi mnie pani na herbatę. I wydaje mi się, że to nie jest zbyt wygórowana cena, nie sądzi pani? - powiedział, podając jej ramię.
Nie rozmawiali ze sobą. Szli pogrążeni we własnych myślach. Tedzia zastanawiała się jak wyjaśni matce obecność mężczyzny i to w dodatku Niemca, a Otto cieszył się z bliskiej obecności dziewczyny. Działała na niego jak balsam i postanowił, że zrobi wszystko by ją zdobyć, mimo iż było to zabronione i surowo karane.

Okazało się, że niepokój Tedzi był bezpodstawny. Mama czuła się lepiej, siedziała w fotelu i mimo uprzedzeń zabawiała gościa rozmową. Po wyjściu Otta powiedziała tylko, że nie będzie o nic pytała, póki córka zachowa ostrożność. Tedzia nie mogła zaprzeczyć, że Niemiec jej się podoba. Wielokrotnie tego wieczora zastanawiała się nad tym, czy gdyby nie wojna, mogliby umawiać się na randki, chadzać do kawiarni i na dancingi. Szybko jednak pozbyła się tych myśli i skupiła na codziennych obowiązkach. Była wdzięczna mężczyźnie za zachowanie dyskrecji. Dzięki niemu, grupa przyjaciół mogła nadal pomagać więźniom, choć musieli być bardziej ostrożni niż dotychczas.

Od tego pamiętnego dnia, Otto był stałym gościem w domu Tedzi. Godzinami rozmawiali o literaturze, skradzionych latach, trudnościach z jakimi przyszło im się zmierzyć w czasie wojny. Często towarzyszył Mariannie w spacerach do kościoła, a podczas codziennych wypraw na peron – stał przy Teodorze jak strażnik.
Całej te niecodziennej sytuacji przyglądała się Ingeborg, która stanowiła dla młodych poważną przeszkodę. Początkowo tylko naśmiewała się z Otta, że zadaje się z polskimi dziwkami, ale czas mijał, a młodzi coraz bardziej do siebie lgnęli. Była świadkiem rodzenia się między nimi uczucia. Widziała długie i gorące spojrzenia, ukradkowe muśnięcia dłoni, piękne uśmiechy, które przeznaczone były tylko dla nich. Krew w niej wrzała. Wiedziała, że musi donieść na kolegę, ale kobieca logika i zazdrość podpowiadały jej co innego. Planowała zemstę.
Jak się szybko okazało, kobieta nie musiała długo czekać. Podczas jednej z codziennych służb oddaliła się od peronu. Nie mogła patrzeć na świergoczącą parę i zauroczonych Teodorą żołnierzy. Nikt nie zwracał na nią uwagi, więc postanowiła przejść się wzdłuż pociągu i sprawdzić czy plotki krążące o Polakach są prawdziwe. Podczas spotkań w kantynie, jeden z niemieckich oficerów śmiał się, że więźniowie śmierdzą jak łajno, co dowodzi temu, że należy ich traktować jak zwierzęta.
Wychodząc zza lokomotywy, Inge zobaczyła kilku mężczyzn, którzy wrzucali maleńkie pakunki do wagonów.
W kilka sekund zorientowała się, że młoda dziewczyna na peronie i ci mężczyźni działają w komitywie. Zemsta smakuje najlepiej kiedy jest przemyślana, ale w tym przypadku, kobieta działała pod wpływem impulsu.
- Hände hoch! - krzyknęła do mężczyzn i z wycelowanym w nich karabinem, popędziła wzdłuż składu. Chłopcy, przyłapani na gorącym uczynku, rzucili się do ucieczki. Woleli zginąć niż dać się złapać. Ingeborg była jednak bardzo szybka i jednego z młodzików złapała w ostatniej chwili, tuż przed zbliżającym się pociągiem towarowym. Z wyrazem tryumfu na twarzy stanęła przy wózku Teodory i obserwowała reakcję dziewczyny. Kilka rzeczy stało się równocześnie. Teodora poczuła szarpnięcie i chrzęst łamiącego się nadgarstka. Przez łzy zobaczyła szamoczącego się z Ingeborg Otta, usłyszała huk wystrzału i upadającego ciała. Spojrzała w stronę, z której dochodził dźwięk i ujrzała tylko piękne zielone oczy, wpatrujące się w nią z miłością. Spojrzenie to zgasło minutę później.

Anna Grzebalska

Przeszłość, która wciąż trwa

Od zawsze wiedziałam, że nie jestem taka jak moje rówieśnice. I nie chodzi mi tu o wygląd, bo uwielbiam swoje długie miedziane włosy oraz duże zielone oczy, nie stroniłam od sukienek i spódnic oraz dodatków. Lubiłam też swoje imię i nazwisko: Matylda Polosewicz. Jednak, kiedy moje koleżanki z podwórka bawiły się na trzepaku, budowały domki, grały w klasy albo bawiły się w sklep ja wolałam zabawę z chłopcami w wojnę. To ja przenosiłam zawsze wymyślone meldunki lub rozkazy albo nieporadnie bandażowałam opatrunek na niewidzialnej ranie. Wieczorami lubiłam, gdy moja babcia Sabina opowiadała mi ,,jak to było, gdy to ona była młoda’’. Zwykłe bajki były dla mnie nie realne i nudne, nigdy nie chciałam być jedną z tych baśniowych księżniczek. Ich życie i przygody były dla mnie strasznie pozbawione sensu i tak mało mogły czymś mnie zaskoczyć.  Inaczej było z babcinymi opowiadaniami. Te były barwne, żywe, czasem wydawało się, że mogę to wszystko zobaczyć na własne oczy, dotknąć i posmakować. W pamięci do tej pory pamiętam niektóre z tych opowiadań. Jedno z moich ulubionych to o lanym poniedziałku. Do tej pory potrafię odtworzyć głosy babci podczas jej opowiadania. Było w nim tyle nostalgii… Był lany poniedziałek. Jak co roku chłopcy z naszej wsi oblewali dziewczęta. Nas było trzy. Ja, Klementyna, Eleonora. Klementyna nie chciała by chłopcom uszło to oblewanie na sucho. Uciekła na poddasze, tam miała naszykowane wiaderka z wodą. Gdy któryś się zbliżał do drabiny polewała go tą wodą. Wody jednak zbrakło. Postanowiła obsypywać ich plewami porozsypywanymi po podłodze. Na końcu tych naszych oblewanek wyglądali bardzo śmiesznie. Babcia wyciągała swoje pamiątki między innymi stare zdjęcia tak inne od tych współczesnych. Widziałam ją na nich taką młodą, na wielu z nich była dzieckiem lub młodą panienką. Na innych byli członkowie jej rodziny w tym jej rodzice oraz dalsi krewni. W liceum babcia Sabina wprowadziła mnie w tragiczną historię rodziny z czasu wojny i okupacji. Okupanci zabili jej ojca na drodze przy ich rodzinnym domu. Matka zmarła następnego dnia w wyniku epidemii. Poruszona zaczęłam wypytywać o ten tragiczny czas swoją drugą babcię Hannę. Ta jednak nigdy nie chciała nic powiedzieć. Powtarzała ,,jesteś za młoda by zrozumieć’’.  Dopiero po wielu latach dowiedziałam się dlaczego nie chciała nic mówić. I tak rosłam. Z dziecka stałam się nastolatką a potem kobietą. Obie babcie odeszły z tego świata. Już nie miałam jak je o ich losy czasu młodości zapytać. Chociaż przeczytałam wiele książek,  obejrzałam wiele filmów pozostał niedosyt. Powoli moje myśli ten niedosyt spychały w głąb mojego serca. Zastąpiły go sprawy dnia codziennego. Najpierw matura potem studia i kolejne sesje a na końcu praca. W końcu poznałam swojego obecnego narzeczonego Filipa. Przeszłość przodków zastąpiło tworzenie wspólnej przyszłości. Jednak wraz z tworzeniem przyszłości do głosu doszła  przeszłość i tragiczna historia babci Hani. Wszystko zaczęło się dwa miesiące przed ślubem. Właśnie byliśmy na obiedzie niedzielnym u moich rodziców, gdy w pewnym momencie mama podała mi szare pudełko.
-Skarbie, babcia Hania niedługo przed swoją śmiercią prosiła by ci to pudełko przekazać, ale tylko, gdy będziesz miała niedługo wyjść za mąż. Ma ono podobno odpowiedzieć na twoje wszystkie pytania, które zadawałaś jej w przeszłości.
–Dlaczego dopiero teraz ? Mam już 26 lat a na temat tego okrutnego czasu wiem już całkiem sporo. Nie musiała przecież bać się, że zbagatelizuje to co się od niej dowiem -odpowiedziałam.  
–Nie wiemy dokładnie. Powiedziała tylko, że wspomnienia były ciąż dla niej żywe i bolesne. Bała się rozdrapywać stare rany. Chciała abyś znała jej historię, ale to kiedy miała zostać przekazana było ściśle związana z tym co się wydarzyło.  
–Kochanie-wtrącił się Filip- poczekaj z osądami aż zapoznasz się z tym co ci przekazała.
-Masz rację, nie mogę jej winić nie wiedząc co kryła w swoim sercu. Wieczorem zobaczę co zawiera pudełko.
-Nie zapominaj skarbie, że masz w nas zawsze wsparcie-tata próbował dodać mi otuchy.
-Ja także pozostanę przy tobie bez względu co z tym dalej zrobisz  i będę cię wspierać całym sobą.
-Tak, gdybyś czegokolwiek potrzebowała będziemy starali ci wszyscy pomóc.
                                                                                                                                                                Tak jak obiecałam wieczorem przy kubku ulubionej hibiskusowej herbaty otworzyłam tajemnicze pudełko.
-Zobacz !-krzyknęłam zaskoczona do Filipa, który właśnie wchodził do salonu.
-Co tam się znajduje?- dopytywał się podekscytowany.
-List zaadresowany do mnie, sporo listów przewiązanych wstążeczką, jakiś zeszyt… czekaj to coś w rodzaju pamiętnika oraz stare zdjęcia osób, ale nie znam ich. Niestety nie są podpisane. Jest też bukiecik zeschłych wrzosów oraz guziczek z orłem w koronie.
-Jestem zaintrygowany twoim znaleziskiem. Przeczytaj list od babci. Może ci coś rozjaśni.                                                                  
Kochana wnusiu, jeśli czytasz ten list to znaczy, że już nie ma mnie z wami a wkrótce zbliża się twój wielki dzień. Nadszedł więc czas byś poznała moją historię. Wcześniej nie miałam odwagi do niej wracać. Nie chciałam mówić o tym co utraciłam. Nie chciałam wracać do tych miejsc, do tych wspomnień, które boleśnie odcisnęły się na mojej duszy i mojej przyszłości. Jeśli po przeczytani tego co ci zostawiłam zechcesz bliżej poznać moją historię skontaktuj się z Janeczką Jamską z Błękitnego Stawu. Babcia Hania.
-Nie wyjaśniła ci zbyt wiele. A ta wioska to gdzie leży ? –myślał na głos  Filip.
-List jest taki tajemniczy.  Chyba muszę przeczytać te wspomnienia. Nie jest tego znowu tak dużo.  A ta wioska chyba jest na Lubelszczyźnie. Tata kiedyś coś o niej wspominał.
-Zostać z Tobą ? Razem będzie ci raźniej.  
-Nie trzeba. Jak przeczytam wszystko ci opowiem. Idź już spać. Dobranoc.                                                                                                                                                                                                                                    
Wspomnienia babci wciągnęły mnie tak mocno, że tej nocy spać nie poszłam. W tych chwilach cały czas byłam blisko niej, Hani. Dziewczyny, z której przewrotny los zakpił w okrutny sposób, tak samo jak z milionów Polaków. Jednak to ona była bliska memu sercu i to jej losy zaważyły również na moim losie. Teraz po przeczytaniu tego co mi przekazała chciałam jeszcze bardziej wgłębić się w losy moich najbliższych. Chciałam zobaczyć na własne oczy te miejsca, w których wyrosła i stały się niemymi świadkami jej życia.
-Filip. Jadę tam- oznajmiłam wpadając do sypialni jak burza.
–Co? Gdzie? Stało się coś? –zaspany Filip zadawał pytania jedno po drugim.
-Do Błękitnego Stawu. Do pani Janeczki. Muszę natychmiast z nią porozmawiać!
-Zaczekaj. Jest dopiero 7.00 rano. Zjemy śniadanie, spakujemy trochę rzeczy na podróż.  W końcu nie wiemy jak dużo  nam to wszystko zajmie czasu.
-My?
-Tak. My. Jadę z tobą. Po drodze opowiesz mi co przeczytałaś- zażądał  kategorycznie- Ja prowadzę. Ty w tym stanie emocjonalnym nie jesteś w stanie.

W drodze do miejsca przeznaczenia opowiedziałam Filipowi co dowiedziałam się z listów i pamiętnika. Opowiedziałam o sielskim dzieciństwie Hanny, o jej rodzicach Wincentym i Marii i rodzeństwie:  najstarszej Zuzannie, Michalinie oraz najmłodszym Mikołaju, dalszym krewnych. Wspomniałam też o tym jak babcia z rodzeństwem pasła krowy, przysłuchiwała się gospodyniom podczas wspólnego darcia pierza, uczęszczaniu do wiejskiej małej szkółki. W końcu przeszłam do czasów wielkiego ucisku Polaków podczas okupacji w tym do represji, zakazów, nakazów stosowanych przez hitlerowców oraz do organizowaniu się obrony przeciwko temu wszystkiemu. Jej nastoletnie lata i pierwsze miłości przypadły w tym strasznym czasie. Wtedy poznała swoją wielką miłość, Kazika. W 1943 roku zamierzali się pobrać. Chłopak był partyzantem. Wraz ze swoim oddziałem pomieszkiwał w lasach okalających  Błękitny Staw i okoliczne wioski. Lasy dawały im świetne schronienie a mieszkańcy pomagali dostarczając czego im było trzeba. Tak oto poznali się Hania i Kazimierz. Pewnego wieczoru zapukał do domu rodzinnego dziewczyny by prosić o posiłek. To właśnie Hania przyrządziła mu wieczerzę a ten chciał się jej za dobry uczynek odwdzięczyć. Z czasem zaczął odwiedzać ją coraz częściej aż w końcu poprosił ojca dziewczyny o jej rękę i został przyjęty. Niedługo po zaręczynach Niemcy chcieli wygonić partyzantkę z lasów robiąc kocioł. Strzelali do nich jak do kaczek, nie ominęli nawet małego jeziorka. Bali się, ze partyzanci ukryli się pod wodą.  Na szczęście nikomu nic się nie stało. Wszyscy wycofali się wcześniej obserwując poczynania okupantów. Kazik po tym wydarzeniu dostał rozkaz powrotu do domu. We wrześniu 1943 roku odbył się ślub młodych.
-Hmm, twój dziadek miał na imię Stanisław i z tego co kiedyś mówił twój ojciec pobrali się w październiku 1944.
-Tak, to prawda.  To dziwne, w pamiętniku jest opisany tylko ślub z Kazikiem a potem pisze już o poznaniu dziadka Stanisława i swoim nowym życiu. Dlatego musimy porozmawiać z panią Janeczką. Z czasów zamieszkania w Warszawie nie wspomina ani o Kaziku ani o swojej rodzinie. Musiało się coś wydarzyć, coś o czym nie napisała.
Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy w końcu do  celu podróży i po kilku minutach błądzenia odnaleźliśmy dom Janeczki Jamskiej.
Puk, puk- zapukałam. Drzwi otworzyła nam miła, starsza pani.
-Dzień dobry, czy pani Janina Jamska?- zapytałam trochę speszona.
-Zuzanna!- krzyknęła.
-Przepraszam, nazywam się Matylda Polosewicz a to mój narzeczony Filip Jarski. Moja babcia Hanna pisała, że pani może pomóc mi w odkryciu jej przeszłości.
-Wnuczka Hanny ? Przepraszam. Jesteś taka do niej podobna. Do Zuzanny, starszej siostry Hani. Wejdźcie. Proszę. Kawy? Herbaty? Właśnie upiekłam ciasto drożdżowe.
Usidławszy na miękkiej sofie podałam, jak się okazało najlepszej przyjaciółce babci jej list.
-Tak, wiedziałam, że w końcu Hanka pójdzie po rozum do głowy. Tyle lat prosiłam ja by wyrzuciła z siebie to co ją przygniatało. Nie zdążyła. Ach, ile się z tym wszystkim męczyła.  Częstujcie się ciastem a ja opowiem wam wszystko co przeżyliśmy. Pewnie przeczytałaś jej wspomnienia w pamiętniku. Nie ma tam najważniejszego. Tragedii jaka wydarzyła się w wrześniu 1943 roku, ale powinnam wrócić do wesela Hani i Kazika. Kazik tak ją kochał a ona kochała jego. Byli gotowi oddać za siebie życie. Wracając do tematu. Ślub odbył się pod koniec sierpnia. Ja byłam świadkową Hani. Byłam też młodszą siostrą Kazika. Mieszkałam wtedy z rodzicami w miejscowości położonej kilka kilometrów od Błękitnego Stawu. Kazik po ślubie zamieszkał tutaj. Dwa tygodnie później Hania przyszła do nas i została na noc. Wtedy zdarzyła się tragedia. Dzień wcześniej partyzanci zabili jakiegoś ważnego Niemca  niedaleko wsi. Następnego dnia okupanci w ramach zemsty, z samego rana okrążyli Błękitny Staw. Mordowali jego mieszkańców. Nikogo nie oszczędzili. Wieś spalili niemal doszczętnie. Uchowała się tylko chata na skraju lasu. Rosło wokół nie wiele drzew i tamci ją przeoczyli. My widzieliśmy łunę pożarów aż u nas w domu, spakowaliśmy tak jak inni swój dobytek na wozy, bo gdyby tam Niemcy potem szli to byśmy uciekali na bagna. Hania chciała biec do swoich, ale nie pozwoliliśmy jej. Wiedzieliśmy czym to grozi. Gdy wszystko ucichło popędziliśmy co tchu z Hanią czy ktoś zdołał się uratować z rodziny. Niestety. Młodsze rodzeństwo Hani zostało zabite w domu i spalone, to samo spotkało jej rodziców. Zuzannę wywleczono i na drodze rozstrzelano. Kazik najwyraźniej chciał się bronić. Zginął z bronią w ręku. Trzeba było ich pochować, ale nie mieliśmy jak. Postanowiłam, że wrócimy do domu, powiemy ludziom co zobaczyłyśmy i ludzie nam pomogą. Hania chciała zostać, wiła się z rozpaczy. Nie dałam jej zostać samej. Prośbą i groźbą zmusiłam aby poszła ze mną. Bałam się tego co może sobie zrobić. Gdy byłyśmy koło chaty przy lesie dostrzegłyśmy kilkoro ocalałych mieszkańców wioski. Tym razem przystałam na błagania Hani by mogła zostać. Zostawiłam ją pod opieką innych mieszkańców. Sama przybiegłam co tchu do domu. Szybko zorganizowaliśmy pomoc uratowanym i przygotowaliśmy miejsca na pochówki dla zabitych. Ci, co ocaleli nie chcieli zostawiać swojej miejscowości. Wszyscy zamieszkali w tej chacie. Nie było ich wielu. Tylko czworo licząc Hanię. Później Niemcy uciekli. Po kapitulacji do wsi zaczęli powracać wywiezieni na roboty. Błękitny Staw znowu zaczął tętnić życiem.  Wszyscy patrzyli w przyszłość. Wszyscy oprócz Hani, ale tak dłużej nie mogło być.  Na pamięć o moim bracie prosiłam ją by zaczęła żyć. W końcu zgodziła się. Wyjechała by starać się odzyskać swoje życie. Tu czuła się jakby była martwa. Jakby została zabita wraz z innymi. I powoli zaczęła wychodzić na prostą, ale o tym co było nie chciała mówić. Kilka razy odwiedzałam ją w Warszawie, pisałyśmy do siebie regularnie. Tu jednak nigdy więcej nie przyjechała. To było dla niej za trudne. Nie chciała o tym mówić bliskim. Wiedział tylko o tym Stanisław.  On stracił narzeczoną w powstaniu. Potrafił zrozumieć co czuła Hania. Dziś po tej tragedii nie widać już śladów. Stoi tylko pamiątkowa tablica oraz dom, w którym mieszkali uratowani. Tam od wyjazdu Hani nikt nie zagląda. Wszystko jest tak jak zostawiła w dniu swojego wyjazdu.
-Teraz już wiem dlaczego nic nie chciała powiedzieć. Nie wiem jakbym się w takiej sytuacji zachowywała. Śmierć wszystkich bliskich w tym samym czasie, spalenie domu. Zniszczenie jej miejsca na ziemi.  A gdzie są wszyscy pochowani? Chciałabym się przy ich grobie pomodlić.
-Wszyscy zostali przeniesieni na miejscowy cmentarz i złożeni do zbiorowej mogiły.
-Chciałbym jeśli można zobaczyć też pamiątkową tablicę i ten dom. Oczywiście,  jeśli to nie kłopot.
-Dziś już nie ma bardzo możliwości, ale jutro jak najbardziej. Chciałabym abyście zobaczyli też nasz parafialny kościół wybudowany przez naszych ojców oraz starą szkołę, do której uczęszczała Hania z rodzeństwem.
-Z chęcią odwiedzimy miejsca, w których dorastała babcia. Jest tylko jeden problem.  –Jaki? Musicie wracać do domu?- dopytywała się starsza pani.
-Nie. To nie to. Nie spodziewaliśmy się, że tak to się wszystko potoczy i nie poszukaliśmy wcześniej żadnego hotelu. Właściwie była to spontaniczna podróż.
–Ależ to nie problem. Przenocujecie u mnie.
-Jest pani pewna?
–Oczywiście.
Kolejny dzień obfitował w moc zdarzeń. Razem z panią Janeczką zwiedziliśmy wszystkie miejsca, które zamierzaliśmy. Było dużo łez i dużo uśmiechu. Pani Janeczka co raz opowiadała anegdoty z dawanych czasów. Spotkaliśmy kilka osób, które znały babcię z młodości. Przywitali mnie z życzliwością. Wspominały, że jestem podoba do mojej ciotecznej babki Zuzanny. Pytali się o babcię. Na cmentarzu przez chwilę zastanawialiśmy się nad przeciwnościami losu. Teraz wiedziałam, że mam tu bliskich, których mogę odwiedzać. Dom, tak jak się spodziewaliśmy był zaniedbany, w środku leżały pozostawione przez babcię sprzęty domowego użytku. Piec kaflowy zapraszał do napalenia i ogrzania się przy nim, była też zniszczona jego cześć służąca do pieczenia pysznego chleba. Maślniczka zbutwiała a firaneczki w oknach zjadły mole.  Obejście było zarośnięte chaszczami. Wśród nich przebijały się jaśminy i bzy, które kwitnąc musiały pachnieć oszałamiająco. Byłam wdzięczna pani Janeczce za poświęcenie nam czasu, ale wiedziałam, że ta podróż była dla mnie i dla babci oczyszczająca. Tajemnice skrywane przez lata zostały wyjawione. Dzięki temu czułam się jeszcze bardziej związana z rodziną, dla mnie był to jak powrót do długo nie widzianego domu. Na sam koniec wizyty w Błękitnym Stawie miałam wrażenie, że znam tu każdy kamień i jestem częścią tej małej społeczności. Pani Janeczka stała się dla nas bardzo bliska, była jak  odnaleziony członek rodziny. Stała się dla mnie nową ciocią i dobrym duchem. Przed odjazdem prosiła mnie i Filipa byśmy o niej pamiętali, czasami ją odwiedzali. Z chęcią przystaliśmy na tą propozycję. Zgodziła się przyjechać na nasz ślub, bo nie wyobrażaliśmy sobie by mogło tam jej zabraknąć.  Chcieliśmy świętować ten dzień wraz z nią.  Na odjezdnym dała nam wcześniejszy prezent, który mnie niesamowicie wzruszył. Otrzymaliśmy zdjęcia a na nich: na jednym Zuzanna , dziadkowie, młoda babcia Hania i pani Janeczka siedzące nad rzeką, Hania i Kazik w dniu ślubu oraz najcenniejszą rzecz dla babci: medalion podarowany jej przez Kazika w dniu zaręczyn.

Dwa miesiące później odbył się nasz wielki dzień. Były przy nas wszystkie bliska nam osoby. Żałowałam tylko, że nie było ze mną moich dwóch kochanych babć. Tak bardzo je kochałam i chciałabym by mogły się tego dnia cieszyć wraz ze mną. Gdy tak spoglądałam na wszystkie znajome twarze i w mojej ręce trzymałam rękę Filipa czułam się szczęśliwa. Nie musiałam bać się przyszłości. Nie musiałam obawiać się, że wróg odbierze mi to co kocham  najbardziej. Razem, teraz już z moim mężem mogliśmy budować spokojną przyszłość, nasz dom. Wierzyłam głęboko, że razem będzie nam dane się zestarzeć. Miałam coś czego nie mogła doświadczyć babcia Hania. Wspólna droga, na dobre i na złe. Nie oddałabym tego za żadne pieniądze ani tytuły. To co miałam było dla mnie najważniejsze.

Justyna Gross
Klątwa siedmiu pokoleń

Grudziądzki tramwaj szarpał pasażerami na ostrych zakrętach. Emil z trudem zachowywał równowagę, pomimo iż siedział na fotelu. Dawno już nie jechał publicznym środkiem lokomocji. Z podziwem spoglądał na siedzące naprzeciw niego staruszki, którymi pojazd tak nie poniewierał. Zaprzyjaźnione z krętymi uliczkami starego miasta poddawały się pokornie prawom fizyki i tym samym delikatnie kołysały się podczas jazdy. Emil zaś co chwilę chwytał siedzenie, by z niego nie wypaść.
Staruszki uśmiechały się pokrzepiająco. Młody pasażer wzbudzał w nich litość. Był wysokim, zbyt szczupłym brunetem z zapadniętymi policzkami, podkrążonymi oczami, niemodnym wąsikiem pod orlim nosem i widocznym brakiem w uzębieniu. Spoconą dłonią przeczesywał nerwowo przydługie i tłuste już włosy. Nie musiałby jechać tym szalonym zabytkiem komunikacyjnym, gdyby w nocy nie przesadził z alkoholem. Ostatnio często mu się to zdarzało. Przez ułamek sekundy w jego świadomości zakotwiczyła się myśl, że skończy jak jego ojciec. Otrząsnął się natychmiast z niechcianego wspomnienia.
− Przecież nie jestem alkoholikiem − myślał. − Jeden drink wieczorem to naturalny środek nasenny. Piwko czy szklaneczka whisky dla pobudzenia natchnienia nie jest jeszcze nałogiem. Nie moja wina, że od czasu wydania bestsellerowej powieści nic nie napisałem− próbował się usprawiedliwiać.
Emil Mazur był autorem kryminałów. Krytycy wychwalali jego talent, czytelnicy, w szczególności blogerzy, polecali jego książki, a wydawca chciał ciągle więcej. I tego „więcej” Emil nie potrafił z siebie wykrzesać. Tak jakby bestsellerowa książka wyssała z niego cały geniusz. Od miesięcy bezskutecznie wpatrywał się w pusty ekran monitora. Czasem zdarzało mu się, po kilku głębszych, odzyskiwać wenę i pisać do rana. Gdy wytrzeźwiał, kasował te bzdury zawstydzony pijackim bełkotem i niezrozumiałymi wizjami. Wydawca powoli tracił cierpliwość, a odłożone na koncie pieniądze topniały. Dlatego Emil przyjął propozycję spotkania autorskiego w Bibliotece Miejskiej im. Wiktora Kulerskiego w Grudziądzu. Pomimo tego iż dawno nie napisał nic nowego, nadal chętnie zapraszano pisarza na zjazdy miłośników kryminałów. Był też wykorzystywany przez miejscowych włodarzy, przy okazji różnych uroczystości, jako lokalny celebryta. Dzięki takim imprezom mógł opłacać czynsz, nie naruszając żelaznej rezerwy.
Problem w tym, że Emil nigdy nie lubił ludzi. Od dziecka był samotnikiem. Początkowo krył się za równaniami matematycznymi i nawet został inżynierem. Ukończył Politechnikę Gdańską, by zgodnie z oczekiwaniami matki zdobyć porządny zawód. Odkąd pani Mazur uciekła w środku nocy od męża alkoholika, który uderzył ją o jeden raz za dużo, całą miłość przelała na synka. Pragnęła, by osiągnął sukces i wydostał się z beznadziejnej toni ich nędznego życia. Poza naukami ścisłymi Emila od dziecka interesowało pisanie. Matka nie pochwalała tej pasji. Nie doczekała też wielkiego sukcesu syna. Umarła na raka mózgu kilka miesięcy przed wydaniem jego pierwszej powieści.
Literatura pomagała temu nieśmiałemu mężczyźnie znaleźć swój równoległy świat, którym mógł dowolnie sterować, być panem fabuły, więc i swojego losu. Ścisły umysł pomagał mu w konstruowaniu kryminalnych zagadek. Emil miał w życiu tylko jednego przyjaciela i kilka przelotnych, nic nieznaczących przygód miłosnych. Był bladym, chudym odludkiem, niedbającym o wygląd, modne ciuchy i reputację. Chodził najczęściej z notesem w ręku, by w każdej chwili móc zapisać swoje spostrzeżenia i co ciekawsze myśli. Wbrew pozorom imponował dziewczynom, szczególnie gdy obdarował wybrankę naprędce stworzonym wierszem. Po skonsumowaniu znajomości natychmiast nudził się zdobyczą. Każda z tych dziewczyn wydawała mu się zbyt głupia, a na ludzką głupotę Emil był uczulony.
Krople potu spływały po twarzy pisarza. Poluźnił nerwowo kołnierzyk koszuli.
− Strasznie tu duszno − powiedziała pulchna staruszka.
− Jo, siadłyśmy ze złej strony− odpowiedziała jej towarzyszka.− Mógłby pan szanowny otworzyć okno?− zwróciła się do Emila.
Mężczyzna nie odpowiedział ani nie zrobił żadnego ruchu. Pocił się coraz mocniej. Ręce mu drżały, serce łomotało okrutnie, a nogi dziwnie zmiękły. Czuł, że brakuje mu tchu. Patrzył na starsze kobiety z przerażeniem. Ich twarze wykręcał okropny grymas, oczy się wybałuszały, a kościste ręce sięgały po wystraszoną ofiarę. Emil zerwał się z miejsca i korzystając z okazji, że tramwaj zatrzymał się na przystanku, wybiegł na zewnątrz.
− Jaki narwany! I nieuprzejmy! − oburzyła się pulchna babcia.
− To jakiś narkoman! Widziałaś, jak się pocił i drżały mu ręce? Pewnie nie zdołałaby otworzyć okna. Ło, matko! On był na pewno po tych podpalaczach! − skwitowała szczuplejsza pani.
− Jo, jo. Masz ty rację, kochana − zgodziła się grubsza staruszka.
Na pustej ulicy starego miasta oddech Emila z wolna się uspokajał. Ręce jeszcze nieznacznie drżały.
− Co to było?− pomyślał. − Czy ja wariuję? Muszę przestać kupować tanie wino − obiecał w duchu.
Rozejrzał się wokół. Z ulicy Wybickiego, przy której stał, do zabytkowego gmachu biblioteki musiał pokonać jeszcze kilka przecznic.
− Czeka mnie szybki marsz − mruknął pod nosem, spoglądając na zegarek.
W drodze do biblioteki analizował wcześniejsze zdarzenie w tramwaju. Od wielu lat miewał lęki. Każde wyjście z domu było dla niego trudnym do pokonania wyzwaniem. Potrafił tygodniami nie opuszczać mieszkania. Jedzenie przywoził mu pan Tadziu − zaprzyjaźniony taksówkarz. Emil nie znosił publicznych wystąpień, gdy skupiała się na nim uwaga uczestników. Jąkał się wówczas i nie rzadko plótł głupoty.
Zwidy miał po raz pierwszy w życiu i czuł, że nadszedł czas, by udać się do specjalisty. W przeciwnym razie nie napisze nowej powieści, bo zamkną go w szpitalu psychiatrycznym w Świeciu.
Wbrew obawom spotkanie autorskie się powiodło. Przybyła na nie przede wszystkim młodzież. Emilowi pochlebiały komplementy i niekłamany zachwyt ze strony młodych czytelników. Panie bibliotekarki, znające nieśmiałość pisarza, stworzyły idealny nastrój sprzyjający dyskusji. Posadziły autora w głębokim, starym fotelu, jego słuchaczy zaś na podłodze, na wielkich poduszkach. Okna zostały zasłonięte, a mrok rozświetlała mała lampka ustawiona na biurku. Do pełni szczęścia i uzupełnienia iście angielskiego obrazka brakowało Emilowi tylko fajki.
Do domu pisarz wrócił taksówką i solennie sobie przyrzekł, że pójdzie jak najszybciej do psychiatry.

Dr Piotr Jakubowicz był jednym z najlepszych specjalistów mających prywatną praktykę lekarską w Grudziądzu. Pracował też w szpitalu psychiatrycznym w Świeciu. Wzbudzał zaufanie swoim ciepłym uśmiechem, przystojną aparycją i kolorowym ubraniem.
− Zastanawia się pan zapewne, dlaczego ten dziwny gość nosi czerwony sweterek – zaczął, wprawiając Emila w osłupienie. − Otóż dodaję sobie energii w ten ponury dzień. Kolorowe elementy garderoby pobudzają organizm do działania podobnie jak kawa, a nawet rzekłbym, że trwalej.
− Taa − wydukał Emil.
− Dobrze, przejdźmy do konkretów. Co pana do mnie sprowadza?− zapytał przyjaźnie lekarz.
− Myślę, że postradałem zmysły - stwierdził pisarz jak zawsze rzeczowo.
− Hm. − Pan Piotr uśmiechnął się krzepiąco. − Od stawiania diagnozy jestem ja. Od jak dawna pan pije?− zapytał.
− Skąd? Ja… − dukał Emil.
− Panie Emilu. Na wstępie powiem, że uwielbiam pana książki. Dodam też, że pomogę panu, pod warunkiem że będzie pan ze mną szczery. Zadam inne pytanie: Jak często sięga pan po alkohol?
Początkowo Emil miał opory i czuł dyskomfort, odpowiadając na pytania psychiatry. Szybko jednak zaczął opowiadać temu obcemu człowiekowi o swoim życiu, o ojcu alkoholiku, o przemocy w rodzinie, strachu, ambicjach matki i jej nagłym odejściu. Mówił o alienacji, braku potrzeby przebywania w grupie i pisaniu. Po dwóch godzinach dr Jakubowicz delikatnie przerwał monolog pacjenta.
− Musimy już przejść do podsumowania naszego spotkania, gdyż kolejny pacjent czeka na konsultację − powiedział.− Panie Emilu, nie postradał pan zmysłów. To, co panu dolega, nie jest chorobą psychiczną. To spadek nastroju, zwany depresją lękową, któremu towarzyszy irracjonalny strach.
− Nie jestem wariatem? − przerwał mu Emil.
− Nic mi o tym nie wiadomo. − Roześmiał się lekarz.− Nie zaproszę pana w moje skromne progi do Świecia, czego mocno żałuję. Moglibyśmy rozmawiać do woli o pana książkach. No cóż… − zastanowił się chwilę. − Na początek zapiszę panu delikatny lek antydepresyjny. Pozwoli on dotrwać do momentu powodzenia psychoterapii.
− Psychoterapii? − zdziwił się pisarz.
− Tak − potwierdził dr Jakubowicz. Moim zadaniem jest leczyć chore umysły. Pani Katarzyna, z którą współpracuję, jest specjalistką od chorych dusz. Myślę, że około dziesięciu spotkań z psychoterapeutką, połączonych z wysiłkiem fizycznym, postawi pana na nogi i przywróci też upragnioną wenę.
Emil wrócił do domu pieszo. Nie miał siły podziwiać uroków starówki. Był zmęczony rozmową z lekarzem. Jednocześnie czuł się dziwnie lekki, jakby lęki wypowiedziane głośno opuściły jego wnętrze.
Wieczorem zjadł skromną kolację, zaparzył herbatę i tym razem nie otworzył piwa.

Psychoanalityk Katarzyna Gil nie wzbudziła zaufania Emila ani swoim nazwiskiem, ani wyglądem hipiski. Podczas pierwszej sesji terapeutycznej nie mógł się skupić na istocie problemu, wyłapując z wypowiedzi terapeutki błędy językowe. Szczególnie drażniło go nadużywanie przez kobietę niektórych związków frazeologicznych. Nie rozumiał też, za co jej płaci, skoro zadaje mu tylko pytania i oczekuje od niego rozwiązań.
− Gdybym potrafił sobie pomóc sam, nie musiałbym marnować tu czasu i pieniędzy − myślał wielokrotnie, lecz odpowiadał posłusznie na stawiane mu pytania.
Po czwartej sesji Emil zrozumiał, że pytania Katarzyny kierują go na odpowiednie tory. Zaczął wierzyć, że potrafi rozwiązać własne problemy. Powoli, klocek po klocku budował w wyobraźni nowe życie. Nauczył się słuchać swojego wewnętrznego ja, określać jego pragnienia i spełniać marzenia dziecka, jakim kiedyś był i które musiało zbyt szybko dorosnąć. Po skończonej terapii był już innym człowiekiem.

Emil kochał Grudziądz. Potrzebował tętniącego życiem miasta do obserwacji mieszkających w nim ludzi, pierwowzorów swoich postaci literackich. Dlatego godzinami przesiadywał w jednym z licznych parków i zabytkowych skwerów, czyniąc notatki w małym notebooku. Już dawno zrezygnował z zapisywania w notesach.
Pisarz pragnął też ciszy i spokoju do pracy. Mieszkanie w blokowisku wiązało się z dobiegającym z podwórka i klatki schodowej gwarem dzieci, szczekaniem i wyciem psów uwięzionych samotnie w domach oraz z nieustającymi imprezami sąsiadów. Po wyprawach do centrum miasta brakowało Emilowi spokojnego gabinetu, w którym mógłby wykorzystać sporządzone notatki i stworzyć kolejny bestseller.
Nadeszła wiosna. Eksplodowała soczystą zielenią i przystroiła pierwsze gałązki białym i żółtym kwieciem.
Emil poświęcał każde popołudnie na wycieczki do okolicznych wsi. Szukał lokalu do wynajęcia, gdyż środki ze sprzedaży mieszkania i niewielkie oszczędności nie wystarczyłyby mu na zakup domu.
Po zwiedzeniu północnych kresów Grudziądza pisarz udał się na południe i przemierzał pieszo Biały Bór i Wałdowo Szlacheckie − wsie oddalone tylko kilka kilometrów od rogatek miasta. Z powodu bliskości aglomeracji teren przypominał przedmieście z osiedlami ekskluzywnych domów. Obawiał się, że nie będzie miał tu szans nawet porozmawiać o wynajmie mieszkania.
Idąc dziurawą szosą wijącą się wśród zielonych łąk, zauważył niewielką kapliczkę i księdza wsiadającego do wysłużonego auta. Pomyślał, że miejscowy kleryk może mieć najlepszy ogląd na sytuację lokalową w okolicy. Podbiegł do ruszającego samochodu, wymachując chudymi rękami. Zaciekawiony duchowny wyszedł z auta.
− Niech będzie pochwalony − wysapał Emil.
− Jezus Chrystus − dokończył ksiądz.
− Gdzie?
− Mówi się: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” − wyjaśnił duchowny.
− Na wieki wieków − odpowiedział zdenerwowany pisarz, niezbyt biegły w kościelnej etykiecie.
− Amen. − Zrezygnowany ksiądz Adam machnął ręką. − Co cię sprowadza do mnie, synu?
− Nazywam się Emil Mazur… − zaczął.
− Ten od kryminałów? − przerwał mu ksiądz.
− Ten sam.
− Co? Myślisz, że ksiądz czyta wyłącznie Biblię?
− Przyznam się bez bicia, że tak. − Rozluźnił się już Emil.− Proszę księdza, poszukuję mieszkania do wynajęcia. Chciałbym mieszkać i pisać w spokojnej okolicy. Czy ksiądz wie, kto w jego parafii użyczyłby mi kąta? − przeszedł do sedna sprawy.
− A wiem! − Klasnął w ręce duchowny. − Marciniakowa wspominała, że przydałby się im dodatkowy dochód. To tam na górze. − Wskazał horyzont. − Jadwiga Marciniak z mężem Stanisławem mieszkają w Sarnowie, w starym młynie. To niedaleko plebanii. Ich dzieci wyprowadziły się do miasta i ciężko staruszkom wyżyć z rolniczych emerytur. Wsiadaj, zawiozę cię, synu Boży. Pieszo nie chciałbyś tam iść.

− Pięknie tu − westchnął Emil, spoglądając przez okno samochodu.
− Prawda? − ożywił się duchowny. − Pochodzę z Bieszczad i Bóg zrobił mi taki prezent…
− Nie rozumiem − pisarz spojrzał na księdza zdumiony.
− Wodospad, las, Młynówka, wąwozy…To moje małe Bieszczady pod Grudziądzem− wyjaśnił.
Silnik samochodu wydał z siebie niepokojące dźwięki: kaszlnął, kichnął i wyrzucił w przestrzeń chmurę czarnego dymu.
− Nie martw się, synu − uspokoił ksiądz Adam − Wjeżdżając pod  taką górę, staruszek ma prawo się zmęczyć.
Szczęśliwy, że ma słuchacza, ksiądz opowiedział Emilowi pokrótce historię Sarnowa. Wieś została założona przez Krzyżaków w XIII w. pod nazwą Szarno. W dolinie rzeki Szronki znajdował się zamek rycerski. Nad strugą Młynówką zbudowano dwa młyny, które następnie oddano szlacheckim rodom. Jeden z młynów przerobiony na dom mieszkalny państwa Marciniaków zachował się do dziś.
Samochód księdza z trudem wtoczył się na szczyt góry. Pośród starego drzewostanu, na skraju urwiska, zbudowany z granitowych kamieni mały gotycki kościół górował nad doliną. Na Emilu zabytkowy budynek sakralny zrobił większe wrażenie niż grudziądzka bazylika. Miał w sobie onieśmielającą prostotę i tajemniczą siłę, które uginały ludzkie kolana. Cmentarz okalający kościół zapewniał ciszę i skłaniał do refleksji. Barokowe wnętrze było skromne, gdyż świątynia została dwukrotnie zniszczona. W prezbiterium wisiała imponująca lampa z trzema orłami, ufundowana przez honorowego parafianina, generała Józefa Hallera.
W zimnym kościele pachniało starym drzewem i kadzidłem. Siedząc na drewnianej ławie, Emil po raz pierwszy od długiego czasu poczuł, że będzie znowu pisał. Spłynął na niego spokój i pewność pomyślnej przyszłości. Do oczu cisnęły się łzy. Ksiądz Adam, czując emocje swojego gościa, położył mu pulchną rękę na ramieniu.
− Będzie dobrze, synu. Chodź, zaprowadzę cię do Marciniaków − powiedział ciepło.

Stary młyn, wielokrotnie rozbudowywany i modernizowany utracił swój dawny charakter i wyglądał obecnie jak duży wielorodzinny dom. Cegłę pokrywały szare tynki, a dach wykonany był z eternitu. Budynek, usytuowany nad dużym, zarośniętym trzciną zbiornikiem wodnym sprawiał nieprzyjemne wrażenie.
− Z pewnością przydałaby się tu pomoc − pomyślał Emil.
Z domu wyszła drobna staruszka w chustce na głowie.
− A kogoż tu nam dobrodziej prowadzi? − zapytała z uśmiechem.
Ksiądz chwycił jej malutkie, pomarszczone dłonie, a potem ucałował kobietę w policzek, jakby witał własną matkę.
− Pani Jadwigo, lokatora wam znalazłem. To znany pisarz. Spokoju do pisania potrzebuje. Mógłby pomóc wam trochę w obejściu.
Jadwiga zdecydowanie złapała dłonie zaskoczonego Emila.
− A cóż tu ksiądz opowiada? Rączki jak u niewiasty. Do trzymania pióra się nadajo. One nie so do pracy stworzone.
Emil poczuł się urażony.
− Ciężkiej pracy się nie boję, wręcz potrzebuję wysiłku, pani Jadwigo − powiedział pewnie. − Proszę mnie nie oceniać po opakowaniu.
− O! Po ludzku też nie umie gadać. Jakieś metaflony mi tu sadzi. Nie wiesz, czy obraża, czy ni. Za mądre to, jak nasze dzieciaki. Ale co będziemy tak stać? Wejdźcie, to pogadamy.
Gospodyni przyjęła ich w dużej kuchni. Podała kawę w szklankach osadzonych w metalowych koszyczkach z uchwytem. Miała też ciepłe drożdżowe ciasto, jakby spodziewała się gości.
− Pani Jadwigo, miejsca macie pod dostatkiem. Emil zapłaci za wynajem mieszkania. Całe piętro po waszych dzieciakach stoi nieużywane. Dom wymaga remontu, więc trochę grosza wam się przyda − argumentował duchowny.
− Mam inną propozycję. − Usłyszeli mocny głos starszego pana. − Stanisław jestem. − Uścisnął dłoń Emila z zadziwiającą siłą. − Proponuję, by młodzieniec płacił za pół miesiąca, a drugie pół odrobił w gospodarstwie. Potrzebna mi każda para rąk. Nawet tak wątłych. Jadwinia dobrze gotuje. Nabierze pan ciała w trymiga.
Emil był zachwycony propozycją gospodarza. Nie musiałby się martwić stanem swojego konta, a ciężka praca pomogłaby mu w walce z lękami i nałogiem. Miał do dyspozycji dwa pokoje. Mógł jeden przeznaczyć na sypialnię, a drugi na gabinet. Plusem była własna łazienka i kuchnia.  Pani Jadwiga jednak, rada w duchu, że w domu znowu zatętni życiem, natychmiast wybiła Emilowi z głowy pomysł gotowania obiadów.

W ciągu kilku dni pisarz sprzedał mieszkanie w Grudziądzu i zamieszkał na wsi. Do południa pomagał staruszkom uporządkować obejście, a popołudniami spacerował po okolicy, by następnie w zaciszu gabinetu zapisywać swoje spostrzeżenia. Na twardym dysku pisarza pojawiły się opisy przyrody godne Elizy Orzeszkowej.
− Bocian dumnie kroczył po łące, a wokół niego białe motyle spijały nektar z kwiatów koniczyny − przeczytał na głos zapisane zdanie.
Przerwało mu zdecydowane pukanie do drzwi.
− Proszę! − zawołał pisarz.
− Ja wiem, że teraz pora u ciebie na pisanie, ale żem zapomniał pokazać ci robotę na jutro. Jadwiga się położyła, a ja nie chcę by poszła z nami − powiedział ciszej niż zwykle starszy pan.
Wyszli z domu jak para złodziei i udali się w okolicę Góry Świętego Jana. U podnóża wniesienia na zarośniętej działce stała chata, zmęczona życiem i burzliwymi dziejami regionu. Czas powyginał ją jak reumatyzm stawy. Grzyb wpełzł po jasnych niegdyś ścianach, sięgając dziurawego dachu. Pajęcze żaluzje zakryły  okna, a bluszcz próbował wtargnąć do środka zielonymi drzwiami.
− To dom mojej żony. Ona uważa, że jest przeklęty. Gada o tym na lewo i prawo i nikt nie chce mi pomóc w rozbiórce i uporządkowaniu tego ustrojstwa − przerwał ciszę Stanisław.
− A jest przeklęty? − zainteresował się Emil.
− Ja w takie głupoty nie wierzę. Ale Jadźka wierzy w różne przesądy. Postawiła w sieni niegdyś miotłę zrobioną z gałązek brzozy. Ubzdurała sobie, że dzięki mocy brzozowych gałęzi każda nieżyczliwa jej osoba poczuje się źle w naszym domu. Sąsiadkę dopadła u nas migrena i Jadźka zerwała z nią kontakt. Miotłę musiałem spalić, bo jeszcze, nie daj Boże, mnie głowa by rozbolała− zaśmiał się staruszek.− Wejdźmy do środka− dodał.
Wnętrze chaty przeraziło Emila. Popękane ściany groziły zawaleniem. Zbutwiały zapach domu drażnił nozdrza, a kurz i pył z odpadających tynków utrudniały oddychanie. Wyposażenie pokoi przypominało scenografię z filmu grozy. Pozostawione z całą zawartością meble, pootwierane szuflady i szafki oraz wystające z nich przedmioty i ubrania świadczyły o tym, że mieszkańcy tego domu pakowali się i wyprowadzali w pośpiechu. Na ziemi leżała połamana szuflada, a w niej szczotki i pasta do butów. Emil podniósł blaszane pudełko. Widniał na nim rok czterdziesty piąty ubiegłego wieku. Na kuchennym kredensie stały zapasteryzowane maliny i agresty. Nakrętki słoików zżerała rdza. Stojące w małym saloniku rzeźbione pianino było otwarte, jakby ktoś przed chwilą na nim grał. Obok leżały nuty z Hymnami Alexander. Pożółkła strona ściennego kalendarza wskazywała styczeń czterdziestego piątego roku. Porcelanowa misa oraz pasujący do niej dzban z motywem ptaka i kwitnącej jabłoni musiały być pamiątką z czasów przedwojennych. W zdobionych szkatułkach nie było biżuterii.
− Ciekawe, czy rozgrabili ją złodzieje, czy mieszkańcy tej chaty zabrali kosztowności ze sobą? − zastanawiał się pisarz.
− Wiem, że to sporo pracy − odezwał się pan Stanisław zaniepokojony milczeniem Emila.
− Nie ma sprawy − uspokoił go mężczyzna. − Co mam zrobić z tymi meblami i przedmiotami?
− W okolicy od niedawna mieszka taka nawiedzona artystka. Skupuje stare graty i je maluje w swojej galerii. Możemy jej sprzedać, co tylko się nada. Ona nie jest tutejsza i nie będzie bała się klątwy. Trochę grosza zarobimy, a jak uprzątniemy dom, to go zburzymy. Tylko nie mów na razie nic Jadwini. Ja jej powiem, jak przyjdzie na to pora.

Kolejne dni Emil pracował w starej chacie. Śmieci wynosił do zamówionego kontenera, a przedmioty nadające się do sprzedaży ustawiał w jednym z pomieszczeń. Zgodnie z oczekiwaniami Stanisława, mieszkająca pod lasem Adela była bardzo zainteresowana kupnem wszystkich mebli i starych przedmiotów. Nie dziwiło to Emila. Sam postanowił kupić dębowe biurko i fotel. Tylko co na to powie Jadwiga? Nie podobała mu się ta cała konspiracja. W końcu to staruszka była właścicielką siedliska i z jakiegoś powodu zostawiła je nienaruszone.
Wieczorami Emil opisywał dom i zastane w nim przedmioty. Przeglądając znalezione fotografie, wyobrażał sobie dawnych mieszkańców chaty i ich codzienność. W internecie szukał informacji na temat historii Sarnowa z lat okupacji. Czuł, że zdobyta wiedza pomoże mu nie tylko rozwikłać zagadkę, lecz także napisać nową powieść.
Kiedy myślał, że uprzątnął już wszystkie pomieszczenia, znalazł za kuchnią małą komórkę. Nie miała okna, więc musiał poświecić latarką. Na podłodze leżały stare koce poplamione parafiną. Pod jednym z nich mężczyzna odkrył dziennik zatytułowany „Klątwa siedmiu pokoleń” z ostatnim wpisem z 1 lutego 1945 roku i narysowanym drzewem genealogicznym na okładce. Z zeszytu wypadł dziewiętnastowieczny list.

Sarnowo, 1885 rok
Najdroższy Janie,
Nie sposób zliczyć łez, jakie wypłakały me oczy. Wprost nie mogę wyrazić i ująć w słowa tego, co się właśnie w moim życiu zadziało. Zdaje mi się, że takie nieszczęście może istnieć tylko w powieściach, jakie czytuję zapamiętale.  Mon chérie, jestem zgubiona i piszę za radą do Pana, gdyż jest pan człowiekiem wielkiego rozumu i charakteru.
Ojciec ponad wszelką wątpliwość umiłował alkohol i karciane gry. Matka przystawała na te, jak mawiała drobne słabostki, zajęta wyprawianiem przyjęć i herbatek oraz wprowadzaniem mojej młodszej siostry do towarzystwa. Mą głowę zaś przepełniały marzenia o naszej przyszłości. Skoro jesteśmy po słowie, zamierzałam pojechać do Gdańska, by nabyć odpowiednią garderobę wedle najnowszej mody. Choć przyznam szczerze, że w modnym ostatnimi czasy turbanie Julia Witkiewiczówna z Zawadzkich wyglądała jak straszydło. Nie wszystko, co modne, jestem skłonna przyjąć bezkrytycznie. Ale odeszłam zbytnio od meritum sprawy.
Z początkiem miesiąca zjawił się w naszym dworze jegomość o nieprzyjemnej aparycji i okazał zaskoczonej maman dokument, wedle jakiego nie byliśmy już w posiadaniu naszego majątku.  Tata przegrał w karty dom z przyległymi ziemiami. Nowy właściciel dał nam dwa dni na opuszczenie włości.
Takiej hańby nie sposób opisać słowami. Jaki los czeka moje młodsze rodzeństwo? Zabrawszy osobiste rzeczy, kosztowności i co lepsze meble pojechaliśmy do majątku wuja niedaleko Grudziądza. Wujaszek Roman okropnie się wściekł na nierozważnego brata. Nie pozwolił nam pozostać w swym obszernym dworku, tylko użyczył nam mniejszy dom po zarządcy. Całe dnie pochłonęło nam dostosowanie tych skromnych progów do naszych oczekiwań. Drogi Janie, wierzę, że nie zechcesz zawieść mej nadziei i zabierzesz mnie rychło z tego przybytku nędzy i rozpaczy. Nie podobna mieszkać w domu mniejszym niż moje dotychczasowe apartamenty. Il est impossible! W powietrzu unosi się tu smród zwierząt i stęchlizny.
Julia powiada, że w zaistniałej sytuacji wycofasz, Panie, dane mi słowo. Czyż uroda ma, dobre pochodzenie i solenne wykształcenie ucierpiały z powodu występku ojca? Czy umiłowałeś mój majątek bardziej ode mnie, mon chérie?
Wczoraj tatko uderzył wuja, wypiwszy uprzednio zbyt wiele, a ten w odwecie przeklął naszą rodzinę. Siedem pokoleń naszych ma nie zaznać spokoju za żywota. Rozum podpowiada mi, że to bzdury wierutne, ale strach ściska mą duszę. Wszakże wujaszek potrafił niegdyś wyczytać z kart przyszłe losy.
Dlatego spodziewam się, że mi za złe nie weźmiesz mojej prośby i przyjedziesz po mnie prędko. Pozwoli mi być spokojną Twoja natychmiastowa odpowiedź. Widzę już z niewymowną radością nasze wspólne życie. Nie wiem, co będzie z moimi bliskimi. Ja tylko wiem, że Ciebie ukochałam, Panie.
Twoja na zawsze Salomea.

01.02.1945 r.
Mając zaledwie 16 lat, robię ostatni wpis w tym dzienniku. Nie wiem, czy będzie mi dane jeszcze kiedykolwiek pisać. Przyszłość jest tak czarna i nieprzenikniona jak zbliżająca się właśnie noc. Tatuś kazał nam spakować tylko kilka osobistych rzeczy. Dziś pod osłoną nocy uciekamy do Grudziądza, do ciotki Janiny. Schronimy się w piwnicach kamienic i poczekamy na koniec wojny, na nowy porządek…
Kilka dni temu wyzwoliciele zajęli Wałdowo Szlacheckie. Weronika, przyjaciółka mamy, przybiegła do nas zapłakana, w podartej sukience, bez zimowego okrycia. Miała potargane włosy i opuchniętą wargę. Rodzice zamknęli się z nią w pokoju, ale podsłuchałam większość rozmowy. Do wsi przybyli głodni, obdarci i zmarznięci rosyjscy żołnierze. Grabili polskie domy, palili te, w których napotkali opór. Zabili męża pani Weroniki, ponieważ nie chciał im oddać zegarka, a ją zgwałcili. O Boże! Ponoć gwałcili nawet dziewczynki. Nie wiem, czy to wyzwoliciel, czy nowy najeźdźca nadchodzi. Nie wiem, która okupacja gorsza: niemiecka czy rosyjska.
Tata ukrył nas w kuchennej komórce. Jadwiga dopóty płakała, dopóki nie usnęła na maminych kolanach. Czekamy na sygnał do ucieczki. Ojciec sprawdza, czy na drodze nie ma żołnierzy. Zejdziemy w dół jarem Młynówki.
Nie wolno mi zabrać dziennika ani ulubionych nut i śpiewników. Zostawiam stroje, książki i porcelanowe lalki. Może zginiemy wszyscy, a klątwa się skończy na czwartym pokoleniu. Gdy przeżyjemy, to nasze dzieci, wnuki i dzieci naszych wnuków nie zaznają spokoju. Boże, dopomóż!
Barbara

− Widzisz ten szkic na okładce dziennika?
Emil podskoczył na krześle jak rażony prądem, słysząc za plecami głos pani Jadwigi.
− Nie bój się, chłopcze. Od początku wiedziałam, co z moim Stanisławem kombinujecie − dodała i wskazała palcem swoje imię na drzewie genealogicznym. – To ja, a obok moja siostra Basia. Miała 16 lat, gdy stąd uciekaliśmy. Zginęła miesiąc później podczas bombardowania Twierdzy Grudziądz. Moi dwaj bracia Józek i Bronek walczyli na froncie. Przeżył tylko Bronek. Jego córka i wnuczka mieszkają w Grudziądzu. Wszyscy przeklęci… Już sześć pokoleń… − Broda Jadwigi zaczęła drżeć ze wzruszenia.
− Przepraszam, nie chciałem pani zdenerwować − kajał się Emil.
− Cicho! − przerwała mu ostro staruszka. − Już czas rozprawić się z demonami. Ja ci opowiem naszo historie, a ty, młody człowieku, napisz o tym książkę.

„Gazeta Pomorska”
15.11.2016 r.

„Emil Mazur, grudziądzki pisarz i autor poczytnych kryminałów, zaskoczył czytelników swoją najnowszą powieścią. Klątwa siedmiu pokoleń jest sagą rodzinną, której początki sięgają XIX w. Zmiana gatunku literackiego nie przeszkodziła autorowi w osiągnięciu bestsellerowej sprzedaży. Książek brakuje już w księgarniach. Wydawca obiecał dodruk”.


Monika Romaniuk
Dolina Mgieł


       
Późne wakacje, w październiku. Co za głupi pomysł! Kto mnie na to w ogóle namówił? Niech pomyślę? – Wszyscy! „Miałaś trudny okres, musisz odpocząć, nabrać dystansu” itd.
             Dystans faktycznie by mi się przydał zwłaszcza, że wyleciałam z hukiem z ostatniej roboty i na odchodne kazałam szefowi „walić się”. No dobrze, nie był to szczyt finezji i dobrego wychowania… Szczęśliwym zbiegiem okoliczności znajomi rodziny ostatnimi czasy weszli w agroturystykę i serdecznie zapraszali wszystkich desperatów do urokliwej wioski niedaleko Londynu. Przynajmniej dla właścicieli to jakiś pomysł na sielską emeryturę, a ja zostałam przy okazji królikiem doświadczalnym : „Jedź, zobacz, jak będzie fajnie, to też się tam wybierzemy latem”. Ludzie jednak lubią nudę…

               I tak, jeszcze przed świtem siedziałam w pociągu do podobno niezwykle atrakcyjnej mieściny. Jak się jedzie gdzieś pierwszy raz, to wypadało by się czegoś dowiedzieć o miejscu do którego się człowiek wybiera. Niestety tym razem tego nie zrobiłam i dość szybko pożałowałam tego niedopatrzenia. Już na peronie zaspanymi oczami dostrzegłam grupkę dziwnie ubranych osób, a co gorsze na każdym kolejnym przystanku dosiadało się ich więcej. W panice postanowiłam szybko uzupełnić swoje luki w wiedzy. Dzięki Bogu za Internet! Choć o miejscowości, do której się udawałam nie było zbyt wiele informacji: mała, oddalona, zwana Doliną Mgieł, włości to takiego, a takiego, jakieś kwasy w trakcie wojny domowej i takie tam. Natomiast miejscowość obok: zgroza! Co roku, w październiku, największy w tej części kraju zjazd miłośników subkultury Gotyckiej! Koncerty, liczne atrakcje, obowiązkowe ekscesy. Ze strony na stronę, coraz bardzie wsiąkałam w tą mroczną rzeczywistość. Kolejne, coraz bardziej bizzarne fotki sprawiły,  że zaczęłam się zastanawiać jakie konsekwencje finansowo-prawne niesie za sobą pociągniecie hamulca bezpieczeństwa? Przez to wszystko nawet nie zauważyłam, że wagon już całkowicie zapełnił się stworzeniami z cmentarnych krypt. Czego tam nie było?: blade twarze, wampirze zęby, wiktoriańskie kreacje, skóra, lateks, i czerń, wszędzie czerń. Kiedy już wysiadłam z tego dyliżansu śmierci, dane mi było ujrzeć bodajże najobrzydliwsza scenę jaką kiedykolwiek ludzkie oko mogło zarejestrować. W krzakach za budynkiem stacji jakiś koleś w rozmemłanej byronowskiej koszuli ciął sobie rękę, wydając przy tym gulgoczące, spazmatyczne dźwięki. Przerywane co i rusz zaropiałymi klątwami i lamentami. Co dziwne zgromadzona wokół niego posępna gromadka młodzieży, patrzyła jedynie tępo w swą mroczną wieczność.
-No, to teraz już nic mnie nie zdziwi - pomyślałam i ruszyłam spacerkiem w stronę mojego letniska. Droga miała być dziecinne prosta: cały czas prosto przez las, liczyć zakręty po prawej stronie i ten czwarty miał prowadzić do domku Państwa Beileyów. Z nawigacja w telefonie nawet ja powinna trafić tam bez problemu. Niestety widocznie zadziałała klątwa „rozmemłanego” bo najpierw nawigacja, a zaraz potem ja, zgubiłam drogę. Żeby jeszcze było lepiej, początkowo słoneczna pogoda zamieniła się w zamgloną szarugę. Wspominałam już, że nie lubię października? Zaczęło ogarniać mnie zimno i przygnębienie. Na szczęście ostępy leśnie przerzedziły się i znalazłam się jak się zdawało w małej wiosce. Mgła była już tak gęsta, że trudno było zobaczyć coś na odległość większą niż kilka kroków, poza tym słyszałam stada wron krążące gdzieś nad moją głową, a niesympatyczne wrażenia dopełniał niszczejący dom pochylający się nad trawiastym poboczem.
- Raczej nie znajdę tu przewodnika – wymamrotałam pod osmarkanym  już nosem. Ale nie, chwila, nieopodal zniszczonego budynku stała młoda zamyślona Gotka.
- Hej, też się zgubiłaś? – krzyknęłam w kierunku małolaty.
Dziewczyna najpierw gwałtownie odwróciła głowę za siebie, a po chwili wahania, powoli i ostrożnie podeszła w moim kierunku. Ubrana była w suknie z ciemnej krepiny i beżowy szal, a blada twarz i popielato-blond włosy dopełniały starannej stylizacji. Jednak moja uwagę zwróciły przede wszystkim jej ciemne oczy, bardzo duże i bardzo zdziwione.
- Nie, jestem stąd, proszę Pani – odpowiedziała wyraźnie zawstydzona.
- Tak się cieszę. Całkowicie brakuje mi orientacji w terenie, a miejsce to jak się zdaje, jest bodajże najgorszym, by sobie to po raz kolejny uświadomić – siliłam się jak mogłam na żarty, bo dziewczyna była wyraźnie spłoszona, a mi było potwornie głupio, że zgubiłam się na wydawało by się prostej drodze. – Możesz wskazać mi drogę do Nowej Osady w Dolinie Mgieł?
-Mogę, proszę za mną – odparła cicho i ruszyła przed siebie.
Idąc tuż obok niej zwróciłam uwagę, że kuli się z zimna. Miała jakieś 15-16 lat, filigranową figurę i włosy spięte w mały koczek. Robiła warzenie kogoś melancholijnego i zagubionego.
- Dobrze, że nie poszłaś w przesadę. Wyglądasz, że tak powiem, prawie normalnie. – wymknęło mi się bezmyślnie.
-Nie rozumiem… – odparła, a mi zrobiło się głupio bo jeszcze bardziej skuliła się i spuściła wzrok ku samej ziemi.
Mgła w dalszym ciągu była gęsta, a szybujące ptaszyska nie przestawały się wydzierać, ale ku mojej uldze znalazłyśmy się już po środku niewielkiej wsi. Można było dostrzec nawet nielicznych mieszkańców pochłoniętych swoimi sprawami.
- W sumie ładnie miejsce, tylko trudno się stąd wydostać – zwróciłam się z uśmiechem na twarzy i chyba ciut za głośno do Gotki, bo dwie starsze Panie po przeciwnej strony ulicy spojrzały się na mnie z nieukrywaną dezaprobatą. Ich wzrok sprawił, że Gotka jeszcze szczelniej otuliła się szalem i zacisnęła płaczliwie wargi.
- Dalej nie mogę iść, następna droga doprowadzi Panią do celu – odezwała się po chwili.
- Super, dziękuję. – autentycznie się ucieszyłam – A ty, dlaczego kręcisz się po okolicy sama w tak obleśną pogodę?
- Koleżanki obiecały, że po mnie wrócą. – odparła ze smutkiem, odwróciła się i pośpiesznie zniknęła w mlecznych oparach.
Dziwnie się teraz rozmawia z młodzieżą. Są mili, ale wyobcowani. Jak bym chciała ponarzekać to pewnie powiedziałbym, że to przez Internet. A może po prostu jestem już stara?
               Pogrążona właśnie w tego typu myślach stanęłam na progu „Zielonego Przytuliska” Państwa Bailey. Właściciele okazali się przyjaźni, choć lekko zakręceni. Ona żwawa i gadatliwa, nie czekająca jednak na odpowiedz swego ewentualnego dyskutanta. On milczący, i pochłonięty całkowicie swoją nową pasją: Eko ogródkiem i zmiksowanymi napojami z jego płodów. Mającymi ponoć leczyć wszelkie, zwłaszcza urojone dolegliwości.
- Cudownie, będę miała aż dwa preteksty by spędzać dużo czasu na wycieczkach, dalekoooo od Zielonego Przytuliska.

                 Następnego dnia obudziłam się o jakiejś barbarzyńskiej porze. Było jeszcze ciemno, ale już Eko-kogut Państwa Bailey piał na cały swój gardziel. Może powinna zachęcać gospodarzy by przy najbliższej okazji uczynili go kapłonem, albo zaserwowali prawdziwy wiejski rosół? Mimo to pospałabym jeszcze trochę, tylko że kilka myśli nie dawało mi spokoju. Gotka którą spotkałam wczoraj: Co robiła sama, w taki ziąb, na takim odludziu? Była przestraszona i zdezorientowana. To dziwne kulenie się i zakrywanie szalem. Pocięła się jak ten gostek w krzakach? Czy co? I te koleżanki. Może coś nabroiły? Albo to jej się coś stało? Cholera, mogłam się jej spytać chociaż imię, i o to co tam robi? Jakieś to wszystko podejrzanie. Musze się dziś znowu tam przejść. Najwyżej wyjdę na wariatkę. Trudno, od czego są wakacje w październiku?
Mimo, że nadal wszędzie unosiła się mgła, droga w drugą stronę okazała się krótsza niż poprzedniego dnia. Bez problemów dotarłam do opuszczonego domu na skraju wsi. Dziś nie wyglądał ani odrobinę lepiej niż wczoraj. Obdrapany, z zapadniętym dachem, resztkami brudnych szyb, po środku zachwaszczonego ogrodu. Wszędzie tylko wilgoć i stada wron. A niech to, nie wiem jak ona ma na imię?:
- Mała! – krzyknęłam w stronę rudery (Ciekawe, czy się obrazi?).
Nic. Cisza.  To nie był najszczęśliwszy pomysł, ale jednak postanowiłam wejść na posesję i do środka domu. Nie lubię opuszczonych budynków. Zawsze przyprawiają mnie o ciarki. Nawet jak nie są tak zrujnowane jak ten. Gdy stoją niezamieszkałe tracą duszę, a ich pustka zdaje się pożerać cząstkę istnienia tych którzy wejdą w ich trzewia. Dom to ludzie, którzy w nim mieszkają. Bez lokatorów, pomieszczenia jałowieją. Straszą. Tu było to czuć z całą mocą. Co gorsza, to domostwo zostało najwidoczniej po prostu porzucone. Nie licząc odchodzących od wilgoci tynków i walącego się miejscami sufitu. Wyglądało to tak jakby gospodarze wyszli stąd w pośpiechu dosłownie przed chwilą. Meble, ubrania, bibeloty, wszystko zostało na swoim miejscu, pod grubą warstwą kurzu i pajęczyn. Nawet zastawa na stole i stosy papierów na sekretarzyku. Nieprzyjemnie zaschło mi w ustach. Nim w pośpiechu i duszą na ramieniu opuściłam ten straszny dom, wzięłam z parapetu w salonie pięknie oprawioną książkę. Już na zewnątrz po środku zapuszczonego ogródka zaczęłam wertować jej strony. Nazwisko jej autora nic mi nie mówiło, a treść stanowiły jakieś romantyczne opowiadania o pobożnych panienkach, ale ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że miedzy kartkami ktoś umieścił list. Jego kartki pożółkły, ale pismo nic nie straciło ze swej wyrazistości. Odręczne pismo z czasów kiedy jeszcze w szkołach uczono kaligrafii. Usiadłam na resztkach ogrodowej ławki i z zaciekawieniem zaczęłam czytać wiekowe zapiski.

              „Bardzo boję się że mój czas na tym świecie się kończy. Obawiam się też, że za nim nastanie mój koniec może ucierpieć jeszcze ktoś niewinny, bo ja podobno w pełni zasłużyłam na swój nędzny los, choć na Boga, nie wiem jakim sposobem mogłam to zrobić? Mimo, że czuje jedynie trwogę, spróbuję dziś wieczorem wyjaśnić tym którzy poznają treść tego listu, te wszystkie okoliczności które skierowały na mnie nagły gniew i podejrzenia.
            Nazywam się Evelyn Bell i urodziłam się w tym domu pod koniec zimy 1887 roku. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie okoliczności które temu towarzyszyły. Otóż wszyscy w osadzie twierdzą, że kiedy moja matka wydawała mnie na świat wokół domu i ogrodu zgromadziły się nieprzebrane stada wron. Ptaki te nie dawały się odpędzić, a kilka z nich usiłowało wedrzeć się do domu dziobać zawzięcie okna. Akuszerka była tak przerażona, że co chwila odmawiała modlitwę, bojąc się że na świat sprowadza samego czarta. Wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy urodziła się wątła dziewczynka, a wraz z jej pierwszym krzykiem wszystkie ptaszyska odleciały tam skąd przybyły. Co prawda na moim ciele widniało szpecące znamię, co niektórzy interpretowali jako ślad szatańskiego pazura, jednak moi rodzice jak i starsze rodzeństwo nigdy nie dali mi odczuć, że coś ze mną jest nie tak. Moje dzieciństwo było szczęśliwe, ale od zawsze towarzyszyło mi uczucie, że zapomniałam o czymś bardzo ważnym i że kończy mi się cenny czas. Czasami te odczucia były tak silne, że dławiły mnie w gardle i powodowały drżenie całego ciała. Kiedy zwierzyłam się z tego rodzicom, orzekli że to dlatego iż jestem zdolna i powinnam się uczyć. Szczęśliwym trafem kuzynka mojego ojca pracowała jako guwernantka w pobliskim dworze, a Pani tego domu bardzo ją lubiła.  Uzgodniono więc, że pójdę tam na służbę, a kuzynka w miarę możliwości będzie udzielała mi nauk.
               Już dwa lata pracuję u Państwa Alden i lubię to zajecie, a raczej lubiłam do momentu aż zjechał w odwiedziny daleki kuzyn Pani Henrietty,  Roderick Millis. Człowiek ten od samego początku napawa mnie lękiem i obrzydzeniem. Co gorsza dołączyli do niego jego przyjaciele, równie odpychający co on sam. Wszyscy plotkują, że zarówno on,  jak i jego towarzysze parają się jakąś podejrzana działalnością. Podobno chodzi tu o jakieś dziedziczne funkcje związane z tępieniem czarostwa, praktykowane od setek lat. Nie da się ukryć, że działalność przodków Pana Rodericka po dziś dzień budzi lęk w okolicznych wsiach. Ale to nie wszystko. Pan Millis jest wielce przesądny. Swój pobyt w posiadłości rozpoczął od umieszczenia jakiś dziwnych znaków i przedmiotów na terenie niemalże całych włości Państwa Alden. Podobno boi się klątwy, którą na cały jego ród nałożył niegdyś jakiś sabat. Już samo to powoduje, że wiele osób boi się Pana Millisa i omija jego osobę z daleka. Mi się to też udawało, aż do wczorajszego upalnego popołudnia. Zbierając w ogrodzie obrusy w wąskiej alejce wpadłam niechcący na Pana Rodericka, a on zdołał zobaczyć moje znamię. W jego oczach najpierw pojawił się lęk, a zaraz potem wściekła nienawiść. Ze strachu zamarło mi serce. Uciekłam w panice do domu rodziców. Teraz siedzę nad tą kartką papieru i zastanawiam się jak to wszystko wytłumaczyć rodzinie i Pani Alden. Mam bardzo złe przeczucia…”

                W tym miejscu list urywał się. Mając nadzieję, że gdzieś między kartkami książki skrył się ciąg dalszy zaczęłam je pośpiesznie wertować. Lecz zamiast listu z książki wypadło niewielkie zdjęcie. Było stare i wyblakłe, jednak widniał na nim wyraźny podpis: „Evelyn Bell”. Kiedy przyjrzałam się pożółkłemu portretowi szok zatrzymał powietrze w moich płucach. Przecież to Gotka, z którą rozmawiałam tu wczoraj! To jakieś szaleństwo!... Myśl racjonalnie. To mała miejscowość, zamieszkała od dziesiątków, a nawet setek lat przez te same rodziny. Ludzie są tu do siebie na pewno podobni. Nie, nie dam się zwariować! Poderwałam się by opuścić to przeklęte miejsce i nigdy tu nie wrócić, ale jednak mój talent do ładowania się w kłopoty wziął nade mną górę.
- Evelyn Bell, jesteś tu?! – krzyknęłam w stronę domu. I…, nic się nie stało. Uff… Co za ulga… Po za kilkoma wronami, które wzbiły się w powietrze absolutnie nic się nie wydarzyło.
- Jestem… – usłyszałam nagle tuż obok siebie, a kątem oka zobaczyłam najpierw mgłę, a potem znajomą sylwetkę. Pojęcia nie mam jaki wtedy ze strachu miałam wyraz twarzy, ale z przerażenia nie byłam w stanie się ruszyć. Słyszałam jedynie swój szybki oddech i pulsowanie w skroniach.
- Dlaczego tylko Pani mnie widzi? – znów ten cichy, smutny, dziewczęcy głos.
- Nie wiem, ale to chyba ja powinnam w tej sytuacji zadawać pytania? – absurdalność tej sytuacji przełamała gwałtownie mój strach. (Pewnie mam guza mózgu, albo niezdiagnozowaną schizofrenię albo Pan Bailey dodaje czegoś do swoich Eko-koktajlów?).
- Jest Pani ciekawa moich dalszych losów? – kontynuowała spokojnie Evelyn wpatrując się z ukosa w swój list.
- Ułatwmy psychiatrze diagnozę i powiedzmy, że tak. – wyskamlałam.
- Niestety, nic nie powiedziałam moim bliskim. Wieczorem, dnia następnego udałam się do mojej Pani, by wyjaśnić jej moją ucieczkę. Jednak nigdy tam nie dotarłam. Po drodze schwytał mnie Pan Millis. Zawlekł do lasu i próbował zasztyletować. Zaciekle walczyłam i udało mi się jakimś cudem mu uciec. Ranna pobiegłam znów w stronę domu wzywając rodziców na pomoc. Nikt mi nie pomógł. Mieszkańcy byli zbyt zastraszeni przez Rodericka i jego obmierzłych towarzyszy. Kiedy dotarłam na miejsce okazało się, że w domu nikogo nie ma. Wszystko niby wyglądało tak jak zawsze, tylko niewielkie plamy krwi w sieni świadczyły, że stało się tu coś naprawdę złego. Niedługo to trwało, aż moim śladem wpadł na posesję rozwścieczony Pan Millis. Znów próbowałam ucieczki, ale dopadł mnie w kuchni. Nie miałam już żadnych szans. Starałam się z całych sił bronić i podrapałam mu dotkliwie twarz, ale był silniejszy i kipiał wściekłością. Rzucił mnie na stół, brutalnie przytrzymał i obciął nożem dwa palce. Płakałam i błagałam go o litość. Wzywałam rozpaczliwie rodziców i rodzeństwo na pomoc. Na próżno…
- Zaraz do nich dołączysz, suko! - wycharczał Roderick, szarpiąc mnie drapieżnie za włosy. Zaczął miotać mną jak szmacianą lalką, bez litości, uderzając raz po raz nożem. A w końcu, w jednej chwili, po prostu, rozpłatał mi serce potężnym celnym ciosem. Skończywszy zaczekał na swoich towarzyszy i wraz z nimi pogrzebał mnie w lesie, daleko od mogiły moich bliskich. A moje odcięte członki wyrzucił byle gdzie. Nie było dla mnie i mojej rodziny sprawiedliwości. Dzięki pieniądzom, groźbom i wpływom udało się zatuszować oprawcom całą sprawę. Z ofiar zrobiono przestępców i zbiegów, a Pan Millis najzwyczajniej, nieniepokojony opuścił włości i kraj.
- Straszne… Współczuję. – pomyślałam wzdrygając się odruchowo z obrzydzenia. Nawet tego nie chcąc, nadal miałam przed oczami scenę zbrodni, która rozegrała się w opuszczonym domu Bellów.
- Mam do Pani olbrzymią prośbę… – z zamyślenia wyrwał mnie głos ducha nieszczęśnicy. - Czy mogłaby Pani pochować moje palce z resztą mojego ciała? Pokażę gdzie są.
Nadal odrętwiała skinęłam głową, a duch Evelyn niezwłocznie przemieścił się w najdalszy zakątek ogrodu. Przystanął, i wskazał bezpalcą ręką krzak mirtu. Podążyłam za nim i tak jak chciał  oderwałam kępę trawy pod rośliną. Bez problemu dostrzegłam, że korzenie mirtu szczelnie oplotły drobne poczerniałe kosteczki. W ten przedziwny sposób chroniąc je przed rozkładem. Udało mi się na szczęście wydobyć je wszystkie bez większego trudu z tego płytkiego grobu.
-O.K. Gdzie reszta? – zapytałam triumfalnie, owijając smutne znalezisko w papierową chusteczkę.
- Tam!  – Evelyn wskazała polanę i zagajnik za swoim domem. - Ale mi nie można tam iść. Znaki Pana Rodericka nadal działają. Moje koleżanki Pani pomogą. – zapewnił mnie duch dziewczyny.
Właśnie w  tym momencie dosłownie, zewsząd zleciały się rozwrzeszczane wrony. Niektóre podskakując, inne podfruwając kierowały się ku zamglonym drzewom. Ponaglając mnie kakofonią dźwięków. Nie pozostało mi nic innego jak wziąć z podwórka stary szpadel i podążyć ich śladem. W najdalszym zakątku polany ptaki nagle przystanęły i zaczęły na przemiennie łypać na mnie oczami i przeciągle krakać. Kiedy wbiłam łopatę w mokrą ziemie, zamilkły zupełnie. Na szczęście mogiła nie była głęboka i dość szybko ukazał się rąbek czarnej sukni, takiej w której ukazywała się Evelyn. A zaraz pod nim, fragment jej doczesnych szczątków. Wyjęłam z kieszeni drobne kosteczki i pogrzebałam powtórnie z ciałem. Dosłownie sekundę po tym, od strony lasu zawiał silny, przesycony wilgocią wiatr, a stare drzewa wokół polany zaskrzypiały z głęboką ulgą. Zimna mgła jeszcze zgęstniała i nad swą mogiłą ukazał się duch Evelyn Bell.
- Chyba wiem dlaczego jako jedyna mogła mnie Pani dostrzec? – w jej głosie po raz pierwszy brzmiała ulga. Czy ma Pani na ciele coś takiego? – spytała  i odsłoniła przedramię, teraz już kompletną dłonią. Widniało na nim duże, czerwonawe znamię w kształcie ptasiego szpona.
- Nie, tak, to znaczy miałam. Urodziłam się ze znamieniem na plecach, ale po kilku miesiącach znikło – po raz kolejny poczułam przerażenie.
- Moje koleżanki obiecały, że przyślą kogoś na pomoc i dotrzymały słowa! – zakomunikowała z niemalże dziecięcą radością.
- Zaraz, zaraz. Wyjaśnij mi jeszcze raz wszystko od początku. Jakie znamię? Czy jestem jedną z twoich „koleżanek”? Bo mam na razie dziwaczne uczucie, że zostałam wykorzystana, i nie wiem w jakim do końca celu, a moje zdrowie psychiczne jest wystawione niepotrzebnie na szwank?! – może i na wyrost, ale irytacja zaczęła już we mnie wzbierać coraz mocniej.
- Roderick Millis był łowcą czarownic i doskonale wiedział, że uśmiercenie prawdziwej wiedźmy to trudna sztuka. Jeśli nie zrobi się tego właściwie, czarownica odrodzi się w innym czasie i w innym ciele, pałając rządzą mordu na swoich oprawcach i ich potomkach. Można temu zapobiec rozdzielając jej ciało, co osłabia jej ducha i odbiera moce. Od wieków toczyła się wojna między sabatem, a rodem łowców. Wiedźmy odradzały się, a łowcy próbowali zabijać je,  bezczeszcząc ich ciała. Jednak z czasem moc obu stron słabła. Dlaczego urodziłam się bez żadnych magicznych zdolności, ani nawet wiedzy kim jestem. Z mglistym pojęciem swojego powołania i ciągłym niepokojem w duszy. Pani natomiast, dzięki magicznym zabiegom moich koleżanek, ostatnim na który osłabiony sabat mógł sobie pozwolić, został dany dar dostrzeżenia mnie i odnalezienia tego miejsca. By zamknąć w końcu całą tą okrutną historię. – wyjaśnił ze spokojem duch dziewczyny.
- Czyli celem twojego narodzenia, Evelyn, była zemsta na Rodericku? – robi się coraz mroczniej  – pomyślałam. - Jak rozumiem nie udało Ci się?
-Udało… –  Evelyn uśmiechnęła się szeroko– Jestem już wola, wraz ze wszystkimi moimi towarzyszkami!
Dopiero teraz dostrzegłam, że wrony zniknęły, a zamiast nich otaczały nas ledwo widoczne we mgle szare postacie, które z każdą minutą i podmuchem jesiennego wiatru blakły bardziej i bardziej.
- Dziękujemy Pani za wszystko i postaramy się odwdzięczyć za Pani pomoc. Żegnam. – odparła ledwo słyszalnie Evelyn Bell i tak jak jej koleżanki rozpłynęła się we mgle. A drzewa w zagajniku zaskrzypiały jej po raz ostatni.

                Czy ta historia ma jeszcze jakiś ciąg dalszy? Ma, dla niektórych nawet optymistyczny. Mnie w kaftanie bezpieczeństwa odwieziono do szpitala… żartuje, ale o sprawie zrobiło się głośno. Dokonano ekshumacji szczątków Evelyn. Przeszukano okolicę, by znaleźć zbiorowa mogiłę pozostałych Bellów. Wszyscy spoczęli razem na przykościelnym cmentarzu, a pogrzeb zgromadził tłumy głodne sensacji. Ustalono, że latem 1902 roku Roderick Millis wyjechał w pośpiechu do Belgii, gdzie po 2 tygodniach zmarł na skutek zakażenia ran twarzy. Na nim bezpowrotnie wygasła linia jego rodu. Natomiast „organizacja” do której należał swój początek zawdzięcza niejakiemu Matthew Hopkinsowi i poradnikowi króla  Jakuba I. Zarówno Roderick jak i jego przodkowie splamili ręce krwią, nie tylko osób parających się, taka czy inną magią, ale także wielu niewinnych. Z czasem tragiczna historia Evelyn Bell zaczęła żyć własnym życiem. Dopowiedziano jej kilka heroicznych czynów oraz kochanka. Coś tam napisano, coś tam nakręcono. Nastolatkom przypadła do gustu łzawa historia zakochanej czarownicy. Wszystko to miało też nieoczekiwany skutek dla Państwa Baileyów. Goci i inni fani mrocznych klimatów, zaczęli jeszcze tłumniej nawiedzać ich okolicę. Para emerytów postanowiła więc płynąć z nurtem i przemianowało swoje „ Zielone Przytulisko” na „Wronie Gniazdo” otwierając szeroko podwoje dla wszelkich „dzieci nocy”. Moja rodzina raczej szybko się do nich nie wybierze, teraz mają terminy zarezerwowane dwa lata do przodu. Koktajle z jarmużu znikły na zawsze, a ich miejsce zajęły babeczki z nadzieniem z czarnej porzeczki, tryskające na czerwono przy każdym kęsie. Bardzo popularne w niektórych kręgach. Acha, Pan Bailey nieoczekiwanie polubił czarny lateks,… bez wzajemności jednak.
               Ja natomiast polubiłam prowincję – bo można się na niej ukryć. I październik – bo ludzie wtedy generalnie mniej łażą. Nie widuje już duchów i zjaw – na szczęście! Co do obiecanej przez czarownice nagrody, to ostatnio dostałam pismo z pewnej kancelarii prawniczej. Z tego co było tam napisane, wielce urzędowym językiem, podobno przez jakieś dziwne koligacje oraz umowy, nieruchomość i dom Bellów należą do mnie. Jest też propozycja, że jak bym chciała, to jest na nią kilku szczodrych kupców. To co mnie natomiast trochę dręczy, to dwa pytania:  - Po której stronie konfliktu właściwie stanęłam: dobrej, czy złej? - I czy, moje koligacje z Bellami nie są ciut zbyt bliskie, i w moich żyłach nie płynie odrobina krwi którejś z wiedźm? Co, na pewno tłumaczyło by moje znikające znamię. Ale nie, nie, nie…   Staram sobie tą całą, szaloną historię tłumaczyć: stresem, miksturami Pana Baileya i mojemu głupiemu szczęściu. I niech tak zostanie…

Edyta Sawicka
Zwyczajna i niezwyczajna karta rodzinna

Nauczyciel Porębski do Sopoćkiń w gminie Wołłowicze pod Grodnem przyjechał z Wilna w roku 1921.  Miał objąć posadę kierownika szkoły w miasteczku. W tamtych czasach nie każdy prowincjonalny nauczyciel mógł się pochwalić dyplomem Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. To był jeszcze ciągle niespokojny czas. Porębski wychował się w podwileńskich Taboryszkach i kochał wieś oraz  małe miasteczka. Oferta z Sopoćkiń pojawiła się w odpowiednim momencie.
Na Porębskiego czekał nieduży dom, który niestety świecił pustkami. Jeszcze trzeba go było urządzić, a tu trzeba brać się za szkołę. No i najważniejsze trzeba rozejrzeć się za żoną i gospodynią. Tylko nie wszystko od razu.
Co do szkoły to Porębski był zadowolony. Wdrożenie w obowiązki przebiegło gładko. Dzieci chętne do nauki, a nauczyciele oddani swojej pracy.
Porębski był dobrą partią w miasteczku. Kłaniano mu się, a panny podczas niedzielnej mszy wodziły za nim wzrokiem. On też, co tu dużo ukrywać przyglądał się im.
W Sopoćkiniach był urząd gminy oraz poczta i to właśnie ta ostania stała się punktem zwrotnym w życiu Kazimierza Porębskiego. Bywał na niej wysyłając listy do rodziców, czy rodzeństwa osiadłego w Wilnie. Którego razu sam kierownik poczty zaprosił go do domu na obiad i tam stał się cud Kazimierzowi przedstawiono córkę kierownika Piotrowskiego – Emilię i można powiedzieć, że to była miłość od pierwszego spojrzenia.
Ślub młodych odbył się w Kościele WNP w Sopoćkiniach, po czym Emilia przy pomocy Kazimierza wzięła się za urządzanie domu kierownika szkoły. W posagu wniosła wiele rzeczy, które wkomponowały się we wnętrza. Było to żelazne łóżko, piękna komoda, ręcznie robione ozdobne krzesła, wiele serwet i narzut, a nawet żelazko i waga kuchenna. I to Emilia w pobliskim Grodnie w sklepie prze Placu Batorego wybrała tapety na ściany.
Młoda kobieta i jej mąż, co chyba zrozumiałe z racji zawodu, który wykonywał kochali  książki. Oboje znali francuski oraz trochę niemiecki. Kazimierz już z Wilna przyjechał z książkami. Niektóre z nich były pięknie oprawione w grubych oprawach. A więc ich wspólna biblioteka była okazała i ciągle rosła.
W Grodnie była fabryka produkująca motocykle Niemen. Niemniej Kazimierz wolał swój wysłużony rower i to na nim jeździł do szkoły, która była w centrum miasteczka.
Państwo Porębscy nie mogli doczekać się swojego potomstwa i  w końcu się doczekali. W odstępie trzech lat urodziły się im dwie córki. Całą rodzinę na fotografii uwiecznił fotograf z Grodna słynny Zimermann.
Jakoś jest tak, że to kobiety potrzebują więcej butów niż mężczyźni, a przy trzech kobietach tych butów jest naprawdę dużo. Niemniej Porębski tez miał kilka par, bo do pracy, do kościoła, do chodzenia po domu i w około domu.
Kierownik szkoły musiał też jakoś wyglądać. Emilia dbała o jego garnitur i koszule, które prasowała osobiście, bo mimo tego, że Porębscy biedni nie byli to obywali się bez służącej.
Starsza córka Porębskich Agnieszka zapowiadała się na dobrą gospodynię domową, bo jej królestwem była kuchnia, gdzie spędzała wraz z matką wiele godzin coś ciągle krojąc, mieszając i ważąc na wadze kuchennej.
Młodsza z dziewcząt Anna od urodzenia przejawiała talent muzyczny. Któregoś dnia rodzice zdecydowali się na zakup pianina specjalnie dla niej. I raz w tygodniu przyjeżdżał z Grodna nauczyciel gry na tym instrumencie i nauka zaczęła iść na całego.
W tamtych czasach w Sopoćkiniach nie było kanalizacji i całą rodzina Porębskich myła się  w porcelanowej misce polewając sobie głowę wodą z dzbanka, którą uprzednio zagrzewała  na płycie Emilia. Takie mycie to był cały rytuał i działo się tak zwłaszcza w sobotę, gdy cała rodzina była w domu. Dziewczynki marzyły o miedzianej wannie, którą kiedyś widziały na wystawie w sklepie w Warszawie, gdzie były na wycieczce szkolnej. Ciągle wracały do tej opowieści. Doszło do tego, że rodzice już prawie się zgodzili i zaczęli poważnie zastanawiać się nad tym zakupem.
Nagle nadeszła wojna i świat Porębskich się zatrzymał. Nastąpiła okupacja sowiecka, gdzie Porębscy, jako rodzina inteligencka mieli w paszporcie  wpisany § 11, a więc przeznaczeni do wywózki. Któregoś wieczora odwiedził Porębskich znajomy Kazimierza ze studenckich czasów i powiedział, że ich przeprowadzi przez litewską granicę, ale nie mogą nic zabrać. Mają wyjść z domu tak, aby nie budziło to niczyich podejrzeń. Podobna bajki w życiu się nie zdarzają, ale Porębscy naprawdę znaleźli się na Litwie, a stamtąd przedostali się do Anglii.


A co się stało z domem Porębskich w Sopoćkiniach. Na początku Sowieci go opieczętowali i nie pozwolili nikomu wejść. Dom stał i niszczał.  Niemcy też nikogo tam nie wpuszczali. Pozostaje też pytaniem, dlaczego przez tak wiele lat po wojnie dom niszczał, ale miejscowa ludność w ogóle go nie ograbiła. Pamięć o Porębskich?  - mieszańców Sopoćkiń wychowanych w szkole Porębskiego. Już w latach 90-tych przyjechały dawniej młode, a już stare Porębskie ze swoimi rodzinami i zrobiły mnóstwo zdjęć. Mówiły, że to jest jak powrót do dzieciństwa. Czas zrobił swoje, ale grabieży nie było. Kobiety wyraziły chęć przekształcenia ich domu w muzeum pamięci o czasach i ludziach, których już nie ma, ale byli, żyli, oddychali i mieli swoje miejsce na ziemi. Miejscowe władze na ten pomysł nie mówiły nie, ale też nie powiedziały tak. Kwitując wszystko powiedzeniem pożywiom uwidim.


Magdalena Natonek
TAJEMNICA ZAKLĘTA W PIERŚCIENIU

   
Jedyne, co pozostało po rodzinie Rywki, to pierścionek z bursztynowym oczkiem. To bardzo smutna historia, pewnie jak każda, która wydarzyła się w tamtych czasach. Opowiedziała mi ją moja babcia, gdy pewnego dnia, zapytałam ją o to, co znajduje się na strychu jej domu. Od niepamiętnych czasów zawsze był zamknięty na kłódkę. Babcia uległa moim prośbom i pewnego pochmurnego dnia, zdecydowała się go otworzyć. To, co wtedy ujrzałam, sprawiło, że zaparło mi dech w piersiach.
   Widok poddasza sprawiał wrażenie, jak gdyby czas zatrzymał się w miejscu. Dom mojej babci też taki był, owiany nutką tajemnicy, ale strych był wyjątkowy. Gdyby nie pajęczyny, kurz i pył, mogłabym pomyśleć, że jeszcze przed chwilą ktoś tu był. Pod jedną ze ścian poddasza stało metalowe łóżko, na którym niedbale rozrzucone były poduszki i kołdra. Zupełnie tak, jak gdyby ktoś przed chwilą z niego wstał. Stąpałam po pokoju prawie tak, jak gdybym miała kogoś obudzić, chociaż łóżko było przecież puste. Stojący obok niego fotel, także świecił pustkami. Naprzeciw łóżka ulokowana była komoda, z której to szuflad wysypywała się bielizna. Ktoś stąd uciekał? Przed kim? Dlaczego? W mojej głowie rodziło się coraz więcej pytań.
   Tuż obok komody stało pianino, z misternie rzeźbioną nadstawką, na którym moim oczom ukazały się fotografie nieznanej mi rodziny. Jedno ze zdjęć przedstawiało zapewne małżeństwo. Na fotografii obok, dojrzałam dwie dziewczynki. Może siostry a może przyjaciółki. Pozostałe zdjęcia prezentowały dwie kobiety. Czy należały do tej rodziny czy też fotografie znalazły się tam przypadkowo? Patrzyłam i dotykałam tych zdjęć niemal z pietyzmem i szacunkiem dla przedstawionych na nich osób i bardzo chciałam poznać ich historię. Na myśl przyszły mi słowa naszej noblistki, Wisławy Szymborskiej, cyt.
…Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma..
   Zaraz po plecach przeszedł mi dreszcz, który już po chwili ustąpił miejsca uczuciu ciepła i bezpieczeństwa. Spłynęła na mnie jakaś bliżej niewyjaśniona fala spokoju. Tylko ktoś, kto doświadczył tego irracjonalnego wrażenia, wie, co mam na myśli.
   Uspokojona faktem wtargnięcia niemal do innego świata, stąpałam po nadgryzionej zębem czasu, drewnianej podłodze, która – mimo moich delikatnych kroków – niemiłosiernie skrzypiała, płosząc chyba wszystkie myszy. Mnie jednak za bardzo pochłonęło dalsze odkrywanie tajemniczych zakamarków poddasza. Co rusz to napotykałam na najróżniejsze przedmioty, niedbale rozrzucone po całym strychu. W dalszej jego części, zauważyłam piękny acz kulawy stół i stojącą na nim zardzewiałą wagę. Obok niego, na piecyku, stały dwa żelazka z duszą. Może ten pokój zajmowała kobieta, która tak, jak moja prababcia była krawcową i szyła na zamówienie piękne suknie?
   Nieco dalej znajdował się stoliczek, ze specjalnym okrągłym otworem, w którym umiejscowiono miednicę razem z dzbankiem. W kącie, gdzie usytuowano ową umywalkę, wisiały strzępy zasłonki, a ze ściany odstawała – oderwana z jednej strony - gruba rurka, do której ta zasłona była przypięta. Czy ktoś się za nią ukrywał? Czy może ktoś z kimś się szarpał? Co tu się stało? A ten wciśnięty w kąt przeciwległej ściany rower? Do kogo należał? Czy jeśli ktoś uciekał, to, dlaczego bez roweru? Czy nie zdążył go ze sobą zabrać? A może nie chciał? Pytania kotłowały się w mojej głowie coraz bardziej.  Niestety jak na razie pozostawały bez odpowiedzi, ale w moim sercu tliła się nadzieja, że poznam tajemnicę tego niezwykłego miejsca.
   Na strychu ciśniętych było kilka krzeseł, z których dwa ktoś brutalnie rozwalił. Dla mnie był to niezbity dowód na to, że ktoś naprawdę stąd uciekał. Patrząc na to wszystko, mimo mojego wewnętrznego spokoju, odniosłam wrażenie, że tu stało się coś złego. Może była tu rewizja, skoro z szuflad komody wystawały ubrania? Przecież gdyby ktoś po prostu wyjechał, zabrałby ze sobą te fotografie, ubrania i obrazy ze ścian, które teraz spowite były pajęczynami i tumanami kurzu. Pod łóżkiem dostrzegłam damskie pantofle. Ktoś wybiegł boso?! Nagle po moich plecach przeszły ciarki. Dobrze wiedziałam, co działo się podczas wojny, a dom mojej babci ma przecież ponad dziewięćdziesiąt lat. Zaraz jednak zganiłam siebie za zbyt wybujałą fantazję.
   Nagle moją uwagę zwróciło okno, z naderwaną firanką, na parapecie którego, leżała książka. Zaintrygowana podeszłam w tamtym kierunku, gdyż, jako wielbicielka słowa pisanego, nie mogłam przejść obojętnie, obok mieszczącego się tam przedmiotu. Moim oczom ukazała się dziwna księga. Po jednej stronie kartki, tekst napisany był w języku polskim, ale na drugiej, w zupełnie innym. Te litery coś mi przypominały. Gdzieś, kiedyś już je widziałam, ale nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie to było i w jakiej sytuacji. Cóż, pamięć zawodzi nas czasem w najmniej oczekiwanym momencie. Moja babcia jakby czytała w moich myślach, bo nagle powiedziała:
- Madziu, to modlitewnik, napisany w dwóch językach, polskim i hebrajskim – ciszę przeciął głos mojej babci, w którym dało się usłyszeć smutek i tęsknotę.
   Na chwilę zastygłam z powodu zamętu, jaki powstał w mojej głowie, bo wszystko powoli układało mi się w logiczną całość. Ten bałagan, modlitewnik i smutny głos babci. To nie mógł być przypadek. Gdy odzyskałam rezon, postanowiłam rozwiać swoje wątpliwości i niepewnie zapytałam:
- Babciu, czy… - nie dokończyłam, bo ona już pospieszyła z wyjaśnieniami.
- Tak kochana, moi rodzice a twoi pradziadkowie, tu, na tym strychu, ukrywali rodzinę Rosenbaumów, Rywkę i Moryca, wraz z dziećmi – opowiedziała mi babcia.
   Zamarłam, gdyż zdawałam sobie sprawę z tego, co działo się w czasie wojny. Dobrze wiedziałam, jak okupant obnosił się z Polakami, którzy narażali życie swoje i swoich rodzin, którzy ukrywali Żydów. Tylko w naszym kraju, ze wszystkich okupowanych, za jakąkolwiek pomoc Żydom, groziła kara śmierci, a mimo to, najwięcej drzew w Instytucie Yad Vashem w Jerozolimie, należy właśnie do Polaków. Przypadek? Nie sądzę. Polacy to naród przekorny, bo im bardziej im się czegoś zabrania, z tym większa gorliwością to wykonują. W naszej historii takich przykładów są dziesiątki. Jak mówił śp. Prof. Władysław Bartoszewski, WARTO BYĆ PRZYZWOITYM.
- Babciu – zapytałam przerażona, bojąc się usłyszeć bolesną prawdę – Co się z nimi stało? – dodałam łamiącym się głosem, niemal ze łzami w oczach.
- Moje dziecko, to były okropne czasy – zasmuciła się głęboko moja babcia i na potwierdzenie swoich słów, zrezygnowana opadła na łóżko, zupełnie nie zważając na to, że pokrywa je gruba warstwa kurzu- Mieszkali u nas trzy lata, ale niestety nie dożyli końca wojny – dodała babcia, schowała ręce w dłoniach i bardzo mocno się rozpłakała.
   Podeszłam do niej, mocno ją przytuliłam i pozwoliłam, aby łzy mogły swobodnie płynąć. Tuliłam babcię tak mocno, jak ona zawsze tuliła mnie, gdy byłam małą dziewczynką. Teraz to ona potrzebowała wsparcia. Cierpliwie czekałam, gdy da upust swojemu smutkowi i żalowi. Po dłuższej chwili poczułam, że jej płacz ustał, a ona podniosła głowę, spojrzała mi głęboko w oczy i powiedziała:
- Pamiętaj moje dziecko, że ludzi należy dzielić na dobrych i złych. Rasa, pochodzenie, religia, wykształcenie i majątek – nie mają żadnego znaczenia. Najważniejsze jest tylko to, jakim jesteś człowiekiem – oznajmiła moja babcia – Najpierw jesteśmy ludźmi, potem narodami.
- Ależ babciu, ja dobrze o tym wiem – uspokoiłam babcię, lekko skonsternowana, że ta we mnie nie wierzy.
- Wiem dziecko, wiem – odetchnęła z ulgą, przytuliła mnie do serca i pogłaskała po głowie, dokładnie tak samo, jak ja przed chwilą tuliłam ją, gdy płakała na samą myśl o przeżyciach, o których za chwilę miałam się dowiedzieć.
- Babciu, co tu się wydarzyło? – zapytałam szeptem po dłuższej chwili, delikatnie przerywając ciszę.
- To było w kwietniu 1941 roku, w Bochni – rozpoczęła swoją opowieść babcia – Początkowo Niemcy nie zorientowali się, że getto nie zostało odizolowane od reszty miasta. Nie zwrócili uwagi, że podwórka jednej z kamienic przy południowej jego granicy, łączyły się z podwórkami po aryjskiej części. To przeoczenie wykorzystała natomiast rodzina Rosenbaumów, która dzięki pomocy Polaków, pod osłoną nocy, przywędrowała do naszej wsi. Jak się później okazało, niedługo po ich ucieczce, Niemcy uszczelnili getto bardzo dokładnie z każdej strony, a podwórka, które dotąd żyły własnym życiem i umożliwiały pomoc lub ucieczkę Żydom, zostały obstawione wyjątkowo liczną żandarmerią granatowej policji.
   Żydzi zatrudnieni byli w warsztatach, mieszczących się poza wydzielonym dla nich obszarem, między innymi w byłych koszarach wojskowych. Rywka była szwaczką. To właśnie w jednym z tych warsztatów, dowiedziała się o możliwości ucieczki. Tam częstokroć polscy pracownicy pomagali żydowskim kolegom i koleżankom, z którymi zawsze łączyły ich dobrosąsiedzkie stosunki. Dzielili się z nimi jedzeniem, o które w getcie było coraz trudniej oraz załatwiali lewe papiery, aby tamci mogli przedostać się przez dziurawe getto.
   We wrześniu 1942 roku, dotarła do nas tragiczna wiadomość, że część ludzi przebywających w getcie wywieziono do obozu zagłady. Bezczelność oprawców była tak perfidna, że za amunicję używaną podczas rozstrzeliwań, Żydzi sami musieli płacić. Jak się z czasem dowiedzieliśmy, w getcie przeprowadzono trzy akcje likwidacyjne: w sierpniu i listopadzie 1942 roku i we wrześniu 1943 roku. Większość uwięzionych za murami getta osób, którym nie udało się uciec, tak jak rodzinie Rosenbaumów, zginęła. Część wywieziono do niemieckich nazistowskich obozów zagłady w Auschwitz i Bełżcu. W akcji sierpniowej, w pobliskiej Puszczy Niepołomickiej, zostało rozstrzelanych około 500 osób: starców, mieszkańców, którzy niezdolni byli przeżyć transportu do obozu w Bełżcu. Pozostałych, około 2 tysiące osób, które nie posiadały zaświadczenia o pracy w Bochni, wywieziono do obozu. W miejscu, gdzie rozstrzelano tych Żydów, stoi monument. Są na nim wypisane nazwiska tylko niektórych zabitych, w tym Małki Metzner i Heleny Reich, których zdjęcia widziałaś Madziu na pianinie. Te dwie siostry, które były na innej fotografii, Chaja i Chana Greiwer, również były ofiarami tamtej akcji. Pozostały po nich tylko te zdjęcia i moja pamięć o nich.
- A to małżeństwo? – zapytałam przez łzy, które spływały jedna po drugiej po moich policzkach – to z fotografii?
- To Rachel i Neftali Rosner, siostra naszej Rywki z mężem. Im nie udało się uciec z getta i spoczywają razem innymi w masowej mogile.
- Babciu, co było dalej? – wyszeptałam, bo tylko taki dźwięk mogłam z siebie wydobyć, zatrzymując na chwile potok łez.
- Nie licząc tych trzech akcji, Żydów rozstrzeliwano także w samym getcie – westchnęła ciężko moja babcia, którą opowiadanie o tym, też wiele kosztowało – Ostatecznie getto zlikwidowano na początku września 1943 roku. Niezdolnych do podróży, rozstrzelano na cmentarzu komunalnym. Oprócz starców, chorych i dzieci, byli tam także żydowscy policjanci, którzy pomagali nazistom. Ocalałych przewieziono do Auschwitz. W getcie pozostało około 250 osób, których pilnowali Ukraińcy. Mieli oni za zadanie przeszukać teren getta, aby odnaleźć ukryte dobra materialne. Znalezione rzeczy wywieziono do Rzeszy. Część pracowników warsztatu krawieckiego, w którym pracowała Rywka, została przeniesiona do obozu Szebniach, gdzie Holocaust przeżyli tylko nieliczni. Pozostałych Żydów z getta przewieziono do obozu w Płaszowie.
   Byłam wstrząśnięta tymi faktami, tym bardziej, że skutki pobytu w obozie w Auschwitz, zobaczyłam na własne oczy, zwiedzając Muzeum Auschwitz-Birkenau.Wszystko, co tam widziałam, stanęło mi nagle przed oczami i wpadłam w spazmatyczny szloch. Tym razem to babcia dała mi potrzebny czas na wypłakanie się. Miałam wrażenie, że pękła w moich oczach tama łez.

- Dlaczego?! Dlaczego?! – krzyczałam wniebogłosy – Jak można być taka bestią?! Tylko człowiek człowiekowi, może zgotować taki los! – podniosłam głos, ale mojej babci to nie przeszkadzało. Zbyt dobrze mnie znała, by wiedzieć, że moje zachowanie to reakcja i bunt wobec bestialstwa, którego  dokonano w czasie wojny. Wiedziała, że tą opowieścią dotknie najgłębszych zakamarków mojej wrażliwości, ale uległa mojej prośbie. Byłam jej ogromnie wdzięczna za tę opowieść. Odsłoniła przede mną bolesny epizod swojego życia. Zdawałam sobie sprawę, że dla niej samej nie było to łatwe, ale przyniosło jej niewypowiedzianą ulgę, a we mnie samej uczucie empatii stało się silniejsze. Obserwując reakcje mojej babci podczas opowieści, poczułam wtedy nieopisany ból. Podświadomie czułam, że to jeszcze nie koniechistorii, a byłam tak zmęczona psychicznie, jak gdybym  sama to przeżyła. Mogłam sobie wyobrazić, co działo się w jej sercu. Byłam wdzięczna za zaufanie, którym mnie obdarzyła, opowiadając mi tę historię. Czuła, że ją zrozumiem. Moja reakcja utwierdziła ją w przekonaniu, że bardzo mocno odebrałam jej przekaz i zrozumiałam jego sens.
   Kiedy moje wzburzone emocje już opadły i opanowałam moje skołatane nerwy, przytuliłyśmy się z babcią bardzo mocno. Po chwili spojrzałam w jej oczy i zobaczyłam spokój na jej twarzy i delikatny uśmiech. Zauważyłam, jak gdyby jej myśli zostały uwolnione od dręczących ją wspomnień. Na jej twarzy wypisana była ulga, co pozwoliło mi na dobre się uspokoić. Dostrzegła to i zrozumiała, że jestem gotowa na dalszy ciąg historii.
- Pewnej kwietniowej nocy, 1941 roku, gdy cała nasza rodzina już spała, ktoś zapukał do drzwi. – babcia rozpoczęła na nowo opowiadać – Miałam wtedy 16 lat, a mój brat Edward,13. Do drzwi podszedł mój tatuś czyli twój pradziadek Józef. Wiedzieliśmy, że to nie Niemcy, bo oni tacy kulturalni nie byli. Ich zwyczajem było walenie w drzwi, najczęściej kolbami karabinów. Tatuś postanowił uchylić podwoje domu. W ciemności najpierw dostrzegł mężczyznę, a tuż zanim, jego żonę i dzieci. Ja z Edziem nie wytrzymaliśmy i postanowiliśmy zaspokoić naszą dziecięcą ciekowość. Wyszliśmy z łóżka, więc widzieliśmy cała te sytuację. Do tatusia podeszła zaraz moja mamusia i po chwili wiedziała już, co się dzieje. Tonem nie znoszącym sprzeciwu, zaprosiła niespodziewanych gości do izby.
- Nie stójcie tak na miłość Boską – wyciągnęła ich szybko do środka – wchodźcie czym predzej, bo was kto jeszcze zobaczy i doniesie, gdzie nie trzeba.
- Dobry wieczór – przywitali się goście łamaną polszczyzną, w której dało się usłyszeć język jidysz.
- Dobry wieczór, siadajcie – mamusia zaprosiła ich do wspólnego stołu, ale oni wciąż niepewni, nieśmiało do niego zasiedli – Józefie, pomóż proszę, nakarmimy naszych gości – zarekomendowała mamusia i zaraz na stół podała mleko i chleb. Pamiętam, że jedliśmy prawie w ciemnościach. Ledwie tliła się jedna świeczka, aby nie wzbudzać podejrzeń sąsiadów, nagłym pojawieniem się nowych domowników. Wtedy nie było wiadomo, komu ufać, bo niestety wojna moje dziecko, wyzwala w ludziach najgorsze instynkty, a w takich sytuacjach jak ta, że do domu wpuściliśmy Żydów, zalecana była wyjątkowa ostrożność. Pewnie zastanawia cię moja droga, dlaczego tak skromnie ugościli ich moi rodzice. Bo bieda była. Mój tatuś pracowity i obrotny był, to krowę udało się uchronić przed kontyngentem dla Niemców. Dzięki temu mieliśmy mleko, śmietanę, masło i ser. Rodzice radzili sobie jak mogli.
   Słuchałam tej historii jak zaczarowana, podziwiając odwagę moich pradziadków. Moja babcia opowiadała dalej, pamiętając szczegóły, jak gdyby działo się to wczoraj a nie 70 lat temu.
- Przypominam sobie, że ojciec tej rodziny, chciał ich zabrać z naszego domu – snuła opowieść babcia – pamiętam jego słowa do dziś, jak powiedział, że nie chcą sprawiać kłopotu i że my się narażamy.
- My zjemy i pójdziemy – powiedział.
- Wy niegdzie nie pójdziecie – zadecydowała moja mamusia, podpierając się pod boki, prawda Józek? – mówiąc to, znacząco spojrzała na tatusia – strych jest wolny. W razie patrolu, będziecie się na nim chować,  a gdy będzie bezpiecznie, będziecie przebywać razem z nami. Powie się, że rodzina przyjechała, żeście nasze kuzynostwo. Macie mało semickie twarze, wiec się uda. Aniela jestem – mówiąc to, wyciągnęła rękę na powitanie i w ślad za nią poszedł Józef – to moje dzieci, Elżbietka i Edzio. Tak na oko to są w podobnym wieku, co wasze, więc myślę, że znajdą nić porozumienia – dodała z uśmiechem, aby rozluźnić skrępowanych gości.
- Jestem Moryc, a to moja żona Rywka – przedstawił się przybysz – nasze dzieci Rachela, Sara i Izaak – dodał, przedstawiając dzieci – My nie chcemy was narażać. Za to śmierć – dodał i gestem dłoni, pokazał na szyi gest podcinania.
- Zaprowadzę was na strych, musicie odpocząć. Jutro wszystko uzgodnimy – zarekomendowała Aniela – Ze mną się nie dyskutuje. Jak ja coś postanowię, tak ma być. Sza! -  dodała, ale z przyjacielskim uśmiechem, aby przybysze poczuli się pewniej i spokojniej, na ile tylko było to możliwe.
- Ale wy macie dzieci – dodała Rywka – jak nas tu znajdą, to my wszyscy na śmierć – przypomniała ze strachem w głosie.
- Sza! Już postanowione, bez dyskusji – mówiąc to objęła ramieniem Rywkę, na twarzy której dało się zauważyć ulgę w całej tej sytuacji, w jakiej się znaleźli.
- My mamy złoto, my zapłacimy – dodał po chwili Moryc – jest tego niewiele, ale może wystarczy. Możemy pracować, pomagać. Dzieci też pomogą – dodał.
- Dość tego! -  nagle, jak gdyby spod ziemi wyrósł mój tatuś – Proszę nas nie obrażać! Cóż z tego, że macie złoto! Życie jest bezcenne! Pieniądze dziś są, a jutro ich nie ma. Życia na majątek nie przeliczycie! – uniósł się rozgniewany Józef.

- Takiego wzburzonego jak wtedy, dawno go nie widziałam. To był bardzo przyzwoity i honorowy człowiek – powiedziała moja babcia – a ty Madziu masz charakter swojej prababci Anieli, jak postanowisz, tak ma być. Jesteś urodzoną wojowniczką i dlatego nigdy się nie poddajesz. Ale to dobrze, nie zmieniaj się moje dziecko. Pamiętaj, że jeśli idziesz właściwą drogą, zawsze poznasz wrogów i spotkasz się z krytyką. Bo gdybyś szła niewłaściwą, nikt by cię wtedy nie zauważył. Jesteś wrażliwa, otwarta i stanowcza. Daleko zajdziesz, wierzę w ciebie moje dziecko – mówiąc ostatnie zdanie, moja babcia znów mocno mnie przytuliła – Patrząc na ciebie, wydaje mi się, jak bym widziała moją mamusię. Znam cię i śmiem twierdzić, że zrobiła byś to samo co ona. A żeby nie było już tak bardzo poważnie, to ci powiem, że identycznie jak ona, podpierasz się pod boki – dodała i mrugnęła do mnie porozumiewawczo okiem.
   Było mi bardzo miło, że babcia porównała mnie do prababci, bo słuchając, co ta kobieta zrobiła i jak oboje z pradziadkiem ryzykowali, była dla mnie niczym bohaterka. Świadomie narażała życie, nie patrząc na uprzedzenia i zagrożenia. Czy naprawdę, będąc w takiej sytuacji, jak ta, w której znaleźli się moi pradziadkowie, ja też znalazła bym w sobie tyle odwagi, co moja prababcia? Nie wiem, ale moja babcia we w mnie wierzy i mówi, że tak. To buduje. Mam nadzieję, że nie będę musiała nigdy tego sprawdzać.
- Długo się u was ukrywali? – zapytałam.
- Trzy lata. – odpowiedziała moja babcia – Uwierz mi dziecko, że sami zadecydowali, że nas opuszczą. Moja mamusia w 1943 roku urodziła naszego braciszka Jerzego. Rywka odebrała poród. Bardzo się obie zaprzyjaźniłyśmy, tak jak mój tatuś z Morycem. To niesamowite, że dwoje zupełnie obcych sobie ludzi, potrafi połączyć tak niezwykłą więź. Ludzie z różnych światów i wyznający zupełnie inne religie, stanęli ponad podziałami. A wracając do Rywki, to ze względu na swoje umiejętności krawieckie, pomagała twojej prababci w szyciu. Pamiętam, że przegadały przy tym zajęciu wiele godzin. Chciały nawzajem poznać swoje obyczaje. Strach i uprzedzenia rodzą się z niewiedzy, a one tak nie chciały żyć.
   Gdy do rozwiązania było coraz bliżej, to Rywka przejęła szycie. Moryc natomiast bardzo dużo pomagał mojemu tatusiowi. Oboje mieli wyjątkową smykałkę do majsterkowania. A my, dzieci, bawiliśmy się w zgodzie. Oczywiście, że były małe niesnaski, ale gdzie wśród dzieci ich nie ma. Największą radość mieliśmy, gdy na świecie pojawił się mój braciszek Jerzy. Był naszą żywą lalką i opiekunów do niego wcale nie brakowało.
   Byliśmy otwarci na siebie, ale to przecież wynosi się z domu. Dla naszego i ich bezpieczeństwa, musieliśmy nauczyć całą rodzinę podstawowych modlitw, ale nie pozwoliliśmy im zapomnieć, kim są. Mogli celebrować swoje święta, o ile nie zagrażało to bezpieczeństwu nas wszystkich. W niedzielę wspólnie zasiadaliśmy do wspólnego stołu.
   Niestety, w 1944 roku, coraz częściej w naszej wsi zaczęły pojawiać się patrole żandarmerii niemieckiej, której to celem było poszukiwanie ukrywającej się ludności żydowskiej. Któregoś dnia Rywka oznajmiła mi, że nie mogą już dłużej nas narażać na niebezpieczeństwo, a myśl o opuszczeniu naszego domu, spędza jej sen z powiek od dnia, gdy urodził się mój braciszek. Niestety, nawet twoja stanowcza prababcia, nie była w stanie ich zatrzymać. Nie pomagały argumenty, że podczas dalszej wędrówki, w każdej chwili mogą zostać złapani, ale Rywka i Moryc byli nieprzejednani. Razem postanowili, że opuszczą nasz dom. Nam dzieciom, też było bardzo smutno, bo tak, jak dorośli, my także się ze sobą zżyliśmy. Mimo dzielących nas różnic, czuliśmy się jedna wielka rodziną. Dom był na odludziu i może dlatego tak długo udało się nam w umiarkowanym spokoju, dać tej rodzinie schronienie.
- Babciu, a czy twoi rodzice nie bali się tego robić? Przecież musieli zdawać sobie sprawę z konsekwencji, jakie grożą za jakąkolwiek pomoc Żydom – dopytywałam, bo ten rodzaj nieprawdopodobnej wręcz odwagi, zawsze mnie zdumiewał i fascynował. Co trzeba w sobie mieć i jakim człowiekiem trzeba być, aby świadomie narażać życie swoje i swojej rodziny, wiedząc, że w razie odkrycia tego niezwykłego czynu przez Niemców bądź też usłużnych szmalcowników, groziła najwyższa kara?! Zdumiewające, bo za niewiarygodne dobro, czekała kara. Nie mieściło mi się to w głowie i pytałam nadal
- Dlaczego moi pradziadkowie to zrobili? – niestrudzenie zadawałam to pytanie babci, chcąc poznać odpowiedź na tę intrygującą zagadkę.
- Bo oni byli przyzwoici. Wiesz moje dziecko, co to znaczy empatia. Ostatecznym jej sensem, jest pomaganie drugiemu człowiekowi, by lepiej zrozumieć samego siebie oraz by mieć dojrzalszą postawę wobec własnych myśli, przekonań, przeżyć i pragnień. Jest to takie traktowanie drugiej osoby, jak samemu chciało by się być traktowanym. Madziu, oni byli prawdziwymi chrześcijanami. Nie takimi, co to na pokaz biegają do kościoła. Oni swoim życiem pokazywali, co to jest miłość do bliźniego. Dla nich Bóg był wszędzie: w przyrodzie, zwierzętach, w ludziach. Moi rodzice – ku zgorszeniu innych – nie potrzebowali biegać co niedziela do kościoła i klepać modlitw. Oni modlili się przy pracy w domu, własnymi słowami, płynącymi prosto z serca. Nie robili nic na pokaz, ale to, co dyktowało im serce. Bo tak naprawdę nie jest konieczna wiara w Boga, aby być dobrym człowiekiem. Można być człowiekiem uduchowionym, nie będąc religijnym. Nie jest konieczne pójście do kościoła po to tylko, aby dać na tacę. A co ludzie powiedzą? Coś powiedzą, ale czy trzeba sobie tym zaprzątać głowę? Zawsze będą mówić, cokolwiek byśmy nie robili. Dla wielu ludzi, takich jak moi rodzice, ja czy ty, Bóg jest wszędzie. Wielu najwspanialszych ludzi nie wierzy w Boga, niektóre zaś z najgorszych czynów ludzkości, były wykonywane w Jego imieniu, np. Holocaust. Moje dziecko, zapamiętaj jeszcze jedno: nie trzeba być katolikiem, aby być dobrym człowiekiem. Czy nie znasz przyzwoitych ludzi niewierzących? Ja znam i powiem ci, że byli również w naszym domu. Często tacy ludzie są o wiele bardziej przyzwoici niż katolicy, którzy bywają obłudni a wiarę swoją mają tylko na pokaz, od oka. Wiesz, kogo mam na myśli – dodała babcia.
- Oj wiem babciu, wiem – głęboko westchnęłam – swoją religijność narzucają innym, a tyle w nich obłudy, co w oceanie wody – dodałam.
- Pytałaś mnie, drogie dziecko, czy moi rodzice nie bali się ukrywać Żydów. Powiem ci szczerze, że bardzo się bali i zdawali sobie sprawę z grożącego nam wszystkim niebezpieczeństwa, ale nie potrafili inaczej. Pytałam ich kiedyś, dlaczego nas narażali, ale zgodnie mi odpowiedzieli, że tak trzeba było. Wiedzieli, że w przypadku, gdyby wpadli Niemcy i odnaleźliby u nich tych Żydów, nie było by nas wtedy i tego domu też by nie było. Wiesz, co robili naziści z takimi ludźmi jak moi rodzice? Wywlekali wszystkich przed dom, który następnie puszczali z dymem na oczach właścicieli, a ich samych rozstrzeliwali wraz całą rodziną, której odważyli się pomóc i dać im schronienie. Gdyby któregoś dnia znaleźli naszych Żydów, nie siedziały byśmy sobie tak jak teraz na tym strychu. Zostały by tylko zgliszcza.
- Babciu, ale dlaczego na tym poddaszu jest taki bałagan? – zapytałam, bo nadal brakowało mi rozwiązania tej zagadki.
- Pewnego dnia we wsi podniosło się larum. Nagle wpadła żandarmeria i przetrząsali dom po domu w poszukiwaniu ukrywających się Żydów – opowiadała babcia, na której to twarz znów powróciło spięcie – Teraz ze wszystkich stron pobudowali się sąsiedzi, ale w czasie wojny, ten dom stał sam wśród pól. Wiem, że cię to dziwi moje dziecko, ale wtedy we wsi było ponad połowę mniej domów niż jest obecnie. Z okna strychu można było dostrzec, co dzieje się w wiosce. Tego dnia z krzykiem przerażenia, do mojej mamy przybiegła Rywka. Po chwili  powiedziała, że od strony wsi, widziała łunę ognia. Myła się przed snem i zastanowiło ją, co to za dziwny kolor zachodzącego słońca. Chciała go obejrzeć i wtedy zamarła z przerażenia. Rywka była zbyt roztrzęsiona. Mamusia nie mogła jej uspokoić, bo wpadła w histeryczny płacz. Pamiętam, że  pobiegłam po tatusia, który swoim zwyczajem, majsterkował coś wspólnie z Morycem. Pora dnia nie miała dla nich znaczenia. Na wieść o wydarzeniach we wsi, oderwali się od zajęcia i weszli do domu, gdzie czekała na nich moja mamusia i roztrzęsiona Rywka. Moryc ze łzami w oczach, odezwał się do mojego tatusia, w te słowy:
- Przyjacielu, nie będziecie więcej narażać życia swego i całej waszej rodziny – oznajmił - Czas na nas. Dość nadstawialiście za nas karku. Byliście nam drodzy jak rodzina. Niech Najwyższy chroni ten dom i zachowa was i następne pokolenia waszej rodziny w dobrym zdrowiu – dodał Moryc, poczym podszedł do mojego tatusia i serdecznie go objął.
- Ale gdzie wy się podziejecie? Przecież was zabiją! – oponował Józef.
- Może Najwyższy ześle nam następnych sprawiedliwych, którzy pomogą nam tak, jak wy pomogliście nam. Trzeba wierzyć Józefie, trzeba wierzyć – dodał i ponownie objęli się serdecznie.

- Babciu, czy podczas swojej dalszej wędrówki, natrafili na dobrych ludzi? – zapytałam z nadzieją.
- Niestety nie, moje dziecko – w oczach mojej babci zaszkliły się łzy – Nazajutrz mój tatuś przyniósł straszną wieść, że ktoś zauważył ich, gdy chcieli przedrzeć się przez las koło rzeki. Zostali schwytani i rozstrzelani pod młynem. W nocy moja mamusia nie mogła spać, bo chyba podświadomie czuła, że stało się coś złego. Od tamtej nocy, gdy w pośpiechu opuścili strych, twoja prababcia kazała go zamknąć i nie pozwoliła nikomu tam wchodzić. Bardzo zżyła się z tymi ludźmi, wiec to, co ich spotkało, bardzo nią wstrząsnęło. Twojego pradziadka też. Tego nie dało się opisać. Oboje mieli wyrzuty sumienia, że nie zatrzymali ich siłą, aby nie doszło do tragedii. Mnie też to bardzo zabolało. Miałam już 19 lat, rozumiałam coraz więcej. Chyba nic tak jak wojna, bardzo gwałtownie nie przyspiesza czasu dorastania. Szanując wolę moich rodziców, strych był zamknięty aż do dzisiaj.
- Babciu, ale twoi rodzice a moi pradziadkowie to przecież Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata – niesiona emocjami, nieświadomie krzyknęłam z przejęcia.
- A bo to istotne? Jak zwał, tak zwał. Oni byli przyzwoitymi i szlachetnymi ludźmi. Mieli wady, jak każdy z nas, ale mieli ogrom odwagi. Madziu, teraz, gdy poznałaś już bolesną tajemnicę, skrytą na tym strychu, chcę, abyś coś ode mnie przyjęła. Wiem, że jesteś mądrą i tolerancyjną osobą – powiedziawszy te słowa, babcia zdjęła swój pierścionek, który nosiła od niepamiętnych czasów, ujęła moją dłoń i położyła go niemal z pietyzmem na mojej ręce i mocno zacisnęła – Ten pierścień dostała twoja prababcia od Rywki w geście podziękowania. Jak się zapewne domyślasz, nie chciała go przyjąć, ale Moryc nalegał. Potem ten pierścionek mamusia przekazała mnie, a teraz chcę, abyś to ty go nosiła. Proszę cię tylko o jedno: gdy twoja córka też zechce poznać tę historię i będzie tak jak ty, cierpliwie drążyć temat, opowiedz jej o tym a potem przekaż ten pierścień.
   Objęłam babcię bardzo mocno, tym bardziej, że wiedziałam, ile to dla niej znaczy. Z tym pierścieniem nigdy się nie rozstawała, a ja już teraz wiedziałam dlaczego.
- Twój upór w dążeniu do odkrycia tajemnicy poddasza, bardzo mi zaimponował. Już ci to mówiłam, ale powtórzę raz jeszcze: jesteś lustrzanym odbiciem swojej prababci Anieli. Dlatego też zdecydowałam, że nadeszła odpowiednia pora, aby opowiedzieć ci o tym wszystkim – rzekła moja babcia, a na jej twarzy znów zawitał spokój.
   Byłam bardzo wzruszona, bo nie łatwo było zdobyć zaufanie mojej babci, a ona powierzyła mi taki skarb i zdradziła tajemnicę zaklętą w tym pięknym pierścieniu. Na twarzy mojej babci rysowały się teraz szczęście i ulga. Przytuliłyśmy się obie bardzo mocno, a ja ucałowałam ją z wdzięcznością za opowiedzianą mi historię i piękny prezent. Założyłam pierścionek na palec niemal tak delikatnie, jak gdyby był z porcelany a nie ze srebra. Nagle poczułam dziwny spokój i ciepło na sercu, co zauważyła też moja babcia, bo uśmiechnęła się do mnie porozumiewawczo i skwitowała to bardzo krótko:
- Rywka chciała by, abyś go nosiła. Skoro czujesz spokój, to tak właśnie jest, że trafił on we właściwe ręce.
   Oprócz tego pięknego pierścienia, którego urok od zawsze mnie czarował, otrzymałam jeszcze coś bardzo cennego, o ile nie cenniejszego: odebrałam od babci wiele prawd życiowych, które kryły się za tą tragiczna historią. Teraz trwałyśmy na tym strychu wtulone w siebie, zupełnie nie zważając, że zastał nas wieczór. Każda chwila spędzona z moja babcią, była na wagę złota.

Dodatek do opowiadania, gdybyście chcieli posłuchać i wczuć się w jego klimat :-D



Avinu Malkeinu to modlitwa, która w wolnym tłumaczeniu z Hebrajskiego oznacza "Ojcze nasz, Królu nasz". Odmawia się ją w święta Jom Kipur i Rosz Haszana. Z racji tego, że jest to modlitwa, nie podaję dosłownego tłumaczenia piosenki, natomiast podaję tekst modlitwy w języku polskim.)

Ojcze nasz, Królu nasz, zgrzeszyliśmy przeciw Tobie
Ojcze nasz, Królu nasz, nie mamy króla oprócz Ciebie
Ojcze nasz, Królu nasz, bądź nam przychylny ze względu na Twoje Imię
Ojcze nasz, Królu nasz, spraw, niech będzie znów dobry rok
Ojcze nasz, Królu nasz, uchyl każdy zły wyrok
Ojcze nasz, Królu nasz, wymaż myśli naszych nieprzyjaciół i zerwij ich naradę
Ojcze nasz, Królu nasz, oddal od nas wszelki lęk i ucisk
Ojcze nasz, Królu nasz, ześlij uzdrowienie wszystkim chorym Twojego ludu
Ojcze nasz, Królu nasz, oddal od synów Twojego Przymierza
zarazę, miecz, zło, głód, niewolę, pogardę, zniszczenie i klęskę
Ojcze nasz, Królu nasz, wysłuchaj wołania naszego, osłoń i ulituj się nad nami
Ojcze nasz, Królu nasz, nie dozwól, aby zagubiło się Twoje dziedzictwo
Ojcze nasz, Królu nasz, pamiętaj, że jesteśmy prochem
Ojcze nasz, Królu nasz, zwróć nas ku sobie w szczerej pokucie
Ojcze nasz, Królu nasz, przebacz i odpuść wszystkie nasze winy
Ojcze nasz, Królu nasz, otwórz bramy niebios dla modłów naszych
Ojcze nasz, Królu nasz, przyjmij modły nasze w miłosierdziu i łasce
Ojcze nasz, Królu nasz, wspomnij nas na życie i zapisz do Księgi Życia
Ojcze nasz, Królu nasz...


Maggy Tess                                                           
Zemsta po latach.

Kiedy Betty obejrzała zdjęcia, wstała i rzuciła ojcu zdumione spojrzenie.
  - Tato, po co nam ta ruina? – zapytała poirytowanym głosem. – Nie widzisz, jak to wygląda?  Tynk się sypie ze ścian, dach się zapada, wszędzie panoszy się pleśń… Tam chyba od stu lat nikt nie mieszka.
  - Zgadłaś, kochanie – odpowiedział spokojnie Henry Gosford, nie przejmując się zupełnie wzburzeniem córki. – Dokładnie od stu trzydziestu.
  - No właśnie! Ja naprawdę nie widzę sensu interesowania się takim zapuszczonym domem. Możemy kupić lepszy. Stać nas.
  - Ten jest położony w pięknej okolicy. Na pewno ci się tam spodoba.
  Betty nadal nie mogła pojąć decyzji ojca. Gdy wspomniał, że zamierza nabyć letnią posiadłość, myślała, że chodzi o nowoczesną rezydencję, jakich pełno było w katalogach agencji nieruchomości – zadbaną, elegancką i ze wszystkimi wygodami.  Myśl o czymś takim nawet nie powstała jej w głowie. Wprawdzie chyląca się ku upadkowi ruina, której zdjęcia właśnie obejrzała, nie kosztowała wiele, ale jej ojciec, bogaty londyński przedsiębiorca, nie należał do ludzi, którzy muszą liczyć się z groszem.
  - Więc jesteś zdecydowany? – zapytała dla pewności.
  - Jak najbardziej. Za tydzień wybieram się do Hertfordshire, aby podpisać dokumenty. Poza tym wpłaciłem już zaliczkę.
  No tak, skoro ojciec wpłacił zaliczkę, ich dalsza dyskusja była w zasadzie bezprzedmiotowa. Betty westchnęła ciężko i z powrotem usiadła przed komputerem. Postanowiła obejrzeć zdjęcia jeszcze raz. Może zauważy coś, co jej wcześniej umknęło? Coś, co sprawiło, że ojciec zapragnął kupić ten zdewastowany dom, zamiast eleganckiej rezydencji, o jakiej ona myślała? Przecież musiał istnieć jakiś powód… Betty Gosford doskonale znała swego ojca, toteż czuła, że tym razem nie był z nią szczery. Na pewno nie chodziło mu o piękne krajobrazy!
  Spojrzała na ekran i zaczęła czytać opis pod pierwszym zdjęciem: „Posiadłość szlacheckiej rodziny Brandonów wzniesiona w początkach…” Zatrzymała się i przeczytała jeszcze raz: „Posiadłość szlacheckiej rodziny Brandonów…”
  To już zakrawało na ponury żart. Jej ojciec chce kupić szlachecki dom? On, który szczycił się swoim robotniczym pochodzeniem i tym, że sam w życiu do wszystkiego doszedł? On, który zawsze głosował na Partię Pracy? On, który powtarzał, że monarchia to przeżytek, a Wielka Brytania od dawna powinna być republiką?
  A może w głębi duszy pielęgnował jakieś kompleksy? Może te słowa miały być przykrywką dla jego snobistycznych pragnień, aby należeć do lepszej sfery? Nie, niemożliwe! Pod tym względem był z nią szczery, zawsze to czuła. W dodatku cieszył się, że ona podziela jego republikańskie poglądy. Tylko raz, kiedy nazwała członków rodziny królewskiej pasożytami, poprosił, aby trochę oględniej się wyrażała.
  Uznawszy, że powodu należy szukać gdzie indziej, Betty wróciła do oglądania zdjęć. Klikała myszą, coraz bardziej poirytowana, gdyż w dalszym ciągu nic nie przychodziło jej do głowy. Wreszcie zamknęła stronę i postanowiła zrobić sobie drinka. Nalała do szklanki sporą porcję ginu i już sięgała po tonik, gdy nagle odstawiła butelkę i powtórnie usiadła przed komputerem. Niespodziewanie przyszło jej do głowy, że jest coś, co łączy te zdjęcia. Patrzyła na nie bez tchu i szybko rejestrowała swoje spostrzeżenia: łóżko, na którym wciąż leży pościel… otwarty fortepian… damskie ubrania w komodzie… książka na parapecie… dzbanek, który wygląda tak, jakby ktoś niedawno nalewał z niego wodę…  Czy to możliwe, aby właściciele nie spakowali się i nie zabrali ze sobą tych rzeczy przed przeprowadzką? Najwyraźniej. Ale dlaczego…?
  Nagle Betty poczuła nieprzyjemny dreszcz. Wszystko wskazywało na to, że życie Brandonów w tym domu zakończyło się w sposób nagły i nieprzewidziany. Oni się wcale nie wyprowadzili, tylko… Bała się dopowiedzieć sobie resztę. Nagle zrozumiała, czemu ten dom był taki tani i czemu nikt go wcześniej nie chciał kupić. Musiał kryć w sobie jakąś straszną, mroczną historię, bez wątpienia znaną mieszkańcom tamtych okolic. Oczywiście jej ojciec nie został o niczym poinformowany, dlatego żywił przekonanie, że trafiła mu się okazja.  Ale ona się dowie!
  Betty Gosford zdecydowanym krokiem podeszła do barku, dolała toniku do ginu i szybko opróżniła szklankę. Już wiedziała, co zrobi. W najbliższy weekend wybierze się do Hertfordshire i będzie udawała przypadkową turystkę. Na pewno ktoś zechce opowiedzieć jej historię starego domu Brandonów, nie mając pojęcia o tym, że jest córką potencjalnego nabywcy. Przecież nigdy tam z ojcem nie była.

                                                                ***

 Szlachecka rezydencja wyglądała w naturze jeszcze gorzej niż na zdjęciach. Nie tylko dom był zrujnowany i zapuszczony, ale  teren wokół niego też. Stare drzewa chyliły się ku upadkowi pod ciężarem nieprzycinanych konarów, ścieżki porastały dzikie chaszcze, a wszystko razem robiło wrażenie istniej dżungli. Patrząc na nią, Betty usiłowała odgadnąć, w jaki sposób fotograf dostał się do środka, aby zrobić zdjęcia, które opublikowano w Internecie wraz z ogłoszeniem o sprzedaży. Ona sama nie odczuwała najmniejszej ochoty pójścia w jego ślady. Wiedziała, że nie chce tego domu i zrobi wszystko, aby wyperswadować ojcu pomysł dokonania zakupu. Może nawet sama poszuka czegoś ciekawszego?
  To był jednak plan na później. Teraz musiała skorzystać z tego, że jest w Hertfordshire i porozmawiać z kimś na temat dawnych wydarzeń. Ludzie tutaj wydawali się sympatyczni i dobrze poinformowani. Gdy zapytała o drogę, wszyscy byli chętni jej pomóc i uśmiechali się przy tym tajemniczo, jakby znali sekret Brandonów. Jedna kobieta zasugerowała nawet, że to najciekawsze miejsce w okolicy. Przy umiejętnym pociągnięciu za język, na pewno ktoś powie coś więcej!
 Właścicielka małego pensjonatu, w którym Betty zatrzymała się na noc, faktycznie okazała się rozmowna. Kiedy usłyszała, że sympatyczna turystka, jedząca kolację przy stoliku pod oknem, oglądała zrujnowaną rezydencję, przysiadła się do niej na pogawędkę.
  - Z tym miejscem wiąże się niesamowita historia – powiedziała przyciszonym głosem. – Nikt pani jeszcze nie opowiadał, co tam się stało?
  - Nie – odpowiedziała Betty, starając się zapanować nad sobą. Więc jednak miała dobre przeczucie!
  - Charles Brandon, który mieszkał w tym domu pod koniec dziewiętnastego wieku, miał piękną córkę, Emily. Oczywiście chciał ją wydać za mąż za odpowiedniego młodzieńca, ale ona zakochała się w przystojnym robotniku, który remontował dach.
  - Tak bywa – westchnęła Betty.
 -  To prawda, ale oni oszaleli z miłości i złamali wszelkie reguły. Podobno spędzali razem upojne chwile w jej sypialni pod nieobecność Brandona, który rzadko bywał w domu, ponieważ musiał  doglądać prac polowych. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać. Wkrótce okazało się, że Emily jest w ciąży. Wyobraża sobie pani, jaki to był skandal w tamtych czasach?
  Tym razem Betty tylko skinęła głową.
  - Kiedy Charles Brandon się o tym dowiedział, wyrzucił córkę z domu tak jak stała – w jednej sukience. Potem ją wydziedziczył. Pojechał do miejscowego notariusza i zapisał cały majątek swojemu bratankowi. A po powrocie do domu zastrzelił się w salonie, ponieważ nie mógł znieść hańby, jaką Emily okryła rodzinę.
  - Zastrzelił się w  tym domu..? – jęknęła Betty.
  Jej rozmówczyni wydawała się wręcz zadowolona z tej gwałtownej reakcji.
   - Tak – potwierdziła spokojnie. - Ludzie mówili, że zbyt ambicjonalnie potraktował tą sprawę.  W końcu Brandonowie nie należeli do arystokracji, tylko do biedniejszej szlachty. Ślub Emily ze zwykłym robotnikiem można było uznać za mezalians, ale nie za koniec świata. Tylko taki snob jak Charles Brandon nie potrafił się z tym pogodzić.
  Betty zadrżała lekko.
  - A czy jego duch pojawia się w tym domu…?
  Właścicielka pensjonatu uśmiechnęła się, słysząc to pytanie.
  - Nic na ten temat nie wiadomo, ponieważ nikt nie chce w nim mieszkać. Od lat stoi pusty.
  - A co się stało z Emily i z jej mężem? – zapytała jeszcze Betty.
  - Cała rodzina się od niej odwróciła. Winili ją za śmierć ojca. Poza tym jej mąż nie mógł nigdzie znaleźć pracy. W końcu spakowali się i wyjechali. Pewnie woleli zamieszkać gdzieś, gdzie nikt ich nie znał. W każdym razie słuch o nich zaginął.
  - To rzeczywiście niesamowita historia – przyznała Betty.  - Dziękuję, że mi ją pani opowiedziała.
  Przez czas rozmowy zupełnie wystygły kiełbaski, które Betty miała na talerzu, lecz ona do tego stopnia straciła apetyt, że się tym nie przejęła. Dopiła herbatę i posadowiła z samego rana wracać do domu. Wprawdzie nie spełnił się najczarniejszy scenariusz, jak brała pod uwagę – Brandonowie nie zostali zamordowani – ale i tak historia dokonanego w salonie samobójstwa była upiorna. Czuła, że musi ją jak najszybciej opowiedzieć ojcu. Może wreszcie zrezygnuje ze swojego szalonego pomysłu i odpuści sobie ten zakup. Nawet, gdyby miał stracić zaliczkę.
                                                                ***

  Kiedy Betty weszła do gabinetu ojca, była w tak dobrym nastroju, że aż się zdziwił.
  - Co się stało, skarbie? – zapytał. – Czyżby wizyta u Helen obfitowała w liczne rozrywki?
  - Nie byłam u Helen – przyznała spokojnie. – Pojechałam do Hertfordshire, aby dowiedzieć się czegoś o domu, który chcesz kupić.
  - Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? –  Henry Gosford znów się zdziwił. – Mogłem cię tam zawieść.
  - Ponieważ chciałam poznać historię tego miejsca. Taką, której nie ma w Internecie…
  - Masz na myśli szaloną miłość Emily Brandon i samobójstwo jej ojca? – zapytał spokojnie.
  Betty opadła bezwładnie na fotel naprzeciwko jego biurka.
  - Ty o tym wiesz..? – wyjąkała po chwili.
  - Oczywiście.
  - I chcesz kupić dom, w którym Charles Brandon się zastrzelił? Żeby jego duch nas straszył?
  Henry Gosford wybuchnął śmiechem.
  - Kochanie, kto w dwudziestym pierwszym wieku wierzy w duchy?
    Betty gwałtownie poderwała się z krzesła. Miała wrażenie, że ojciec nie traktuje jej poważnie, a bardzo tego nie lubiła.
  - Dobrze, kup, jeśli chcesz, ale pamiętaj, że ja tam mieszkać nie zamierzam, nawet w wakacje!
  Po tych słowach wyszła z jego gabinetu i poszła do salonu zrobić sobie drinka.   Kiedy zalewała gin tonikiem, pomyślała, że przez szalone pomysły ojca chyba  zostanie alkoholiczką. No ale potrzebowała czegoś, żeby ukoić stargane nerwy. Kto mógł przypuszczać, że zakup wiejskiej posiadłości będzie się wiązał z takimi emocjami? I że ojciec uprze się właśnie na ten dom?
  Nagle coś jej się przypomniało: Emily Brandon popełniła mezalians, wychodząc za zwykłego robotnika. Potem oboje wyjechali i słuch o nich zaginął. A jej ojciec chwalił się zawsze swoim robotniczym pochodzeniem i nie lubił szlachty. Czy to się wszystko w jakiś sposób nie wiązało…?
  Zdecydowanym krokiem wróciła do jego gabinetu, nadal dzierżąc w dłoni szklankę z ginem.
  - Tato, powiedz mi, czy my jesteśmy potomkami Emily Brandon i jej męża? – zapytała z kamiennym spokojem.
  - Co?
  - Pytam, czy jesteśmy z nimi spokrewnieni? – powtórzyła.
  - Oczywiście, że nie. Skąd ci to do głowy przyszło? – Henry Gosford patrzył na córkę z tak szczerym zdumieniem, jakby ją widział po raz pierwszy w życiu.
  - Po prostu połączyłam fakty.
  - Kochanie, przecież wiesz, że zarówno jak, jak i twoja nieżyjąca matka urodziliśmy się w Norfolk.
  - Tak. Wiem również, że Emily i jej mąż wyjechali z Hertfordshire, a następnie osiedlili się gdzie indziej. Co zresztą wydaje mi się zupełnie naturalne w kontekście ich historii. Sama też bym stamtąd wyjechała po czymś takim.
  Henry Gosford uśmiechnął się lekko.
  - To nie dowodzi tego, że jesteśmy z nimi spokrewnieni – powiedział spokojnie.  - W każdym razie ja nic o tym nie wiem.
  - Dajesz słowo honoru?
   - Słowo honoru!
  Betty znów opadła bezwładnie na fotel i dopiła resztę ginu. Tym razem była pewna, że ojciec mówi prawdę. Nie oszukałby jej w takiej sprawie. Chyba jednak zbyt szybko wyciągnęła wnioski. A może trochę ją wyobraźnia poniosła? Tak, stanowczo musi się uspokoić i przestać przejmować tym nietypowym zakupem. Przecież  ona sama faktycznie nie musi jeździć do tego domu…

                                                                ***

  Mimo wszystko przez kilka kolejnych dni Betty była nadal przygnębiona tym, że przeprowadzone przez nią śledztwo nie zdołało wywrzeć żadnego wpływu na decyzję ojca. Dopiero spodziewana wizyta narzeczonego pomogła jej dojść do siebie. Nie widzieli się od dwóch miesięcy, ponieważ Jimmy, a właściwie James Malcolm, pochodził z Bostonu i nadal tam mieszkał, chociaż jako programista komputerowy mógł pracować w każdym miejscu. Obiecał jej, że po ślubie będą dzielić czas między Amerykę i Europę, a nawet gotów był przyznać Europie pierwszeństwo, jeśli ona wyrazi takie życzenie. Ta obietnica pomogła Betty podjąć decyzję o małżeństwie, którego ogromnie pragnęła, mimo iż mogło oznaczać częste rozstania z owdowiałym ojcem. Skoro jednak Jimmy był gotów spędzać więcej czasu w Londynie, sprawy powinny się ułożyć. W głębi serca Betty żywiła przekonanie, że będzie z nim bardzo szczęśliwa. Przecież zakochała się od pierwszego wejrzenia! Tamtego dnia, kiedy go zobaczyła w domu swojej kuzynki Helen, której mąż także był komputerowcem, od razu wiedziała, że to właśnie ten mężczyzna. Czuła, że jeśli on jej nie pokocha, to nie zapragnie się związać z nikim innym i na zawsze pozostanie samotna. Na szczęście los jej sprzyjał – Jimmy też zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia.
  Teraz, stojąc w tłumie oczekujących na lotnisku Heathrow, niecierpliwie wypatrywała jego smukłej sylwetki. Miała ogromną ochotę rzucić mu się na szyję i całować bez końca. Kiedy wreszcie go dostrzegła, serce omal nie wyskoczyło jej z piersi. Jimmy uśmiechnął się do niej najpiękniejszym na świecie uśmiechem, a w jego błękitnych oczach pojawił się wyraz takiej samej radości, jaka musiała być widoczna w jej spojrzeniu.
  - Kochanie, tak się za tobą stęskniłem – zawołał, chwytając ją w ramiona.
  - Ja za tobą też – odpowiedziała spontanicznie, po czym ich usta połączyły się w długo wyczekiwanym pocałunku.
  - Miałeś meczącą podróż? – zapytała chwilę później.
  - Tak bardzo chciałem cię zobaczyć, że nie zwracałem uwagi na niewygody.
  Po tej deklaracji Betty sama pocałowała go powtórnie, na co zareagował z ogromnym entuzjazmem, tuląc ją do siebie i nie przejmując się spojrzeniami ciekawskich. Dopiero po kilku minutach obydwoje zdołali się opanować i postanowili jak najszybciej jechać do domu.
  - Wiesz, mamy wolną chatę – oznajmiła radośnie Betty. – Tata pojechał do Hertfordshire kupić jakąś ruderę. Byłam o to na niego zła, ale teraz się cieszę, że przynajmniej nie będzie nam przeszkadzał.
  - Czemu byłaś na niego zła? – zdziwił się Jimmy.
  - Bo ten dom jest w tragicznym stanie. Nawet nie wiem, czy będzie nadawał się do zamieszkania. Poza tym wiąże się z nim okropna historia.
  Widząc zainteresowanie w jego oczach, opowiedziała mu pokrótce dzieje miłości Emily Brandon i samobójstwa jej ojca.
  - Moim zdaniem należałoby zburzyć ten dom i postawić na jego miejscu nowy – zakończyła. – Nie wiem tylko, czemu tata chce się za to brać, skoro mógłby kupić przyzwoitą rezydencje, nie wymagającą takiej pracy.
  Jimmy nie odpowiedział, lecz Betty nie zwróciła na to większej uwagi, ponieważ właśnie zajechali na miejsce. Po wejściu do domu, znów zaczęli się całować. Bagaże Jimmiego zostały w holu, porzucone i zapomniane, a oni wylądowali na kanapie w salonie, nie mogąc się od siebie oderwać. Nagle usłyszeli sygnał przychodzącego SMS-a. Jimmy sięgnął do kieszeni swojej koszuli, w której miał komórkę.
  - Zignoruj to – powiedziała stanowczo Betty, wyjmując mu ją z ręki. Odruchowo zerknęła jednak na ekran i ze zdumieniem zauważyła, że to był SMS od jej ojca. Potem przeczytała: „Właśnie podpisałem umowę. Dom jest nasz.” Patrzyła na ten tekst w osłupieniu, nie mogąc wydusić słowa.
  - Co się stało? – zapytał Jimmy.
  - Mój tata przysłał ci wiadomość – wyjąkała, podając mu telefon.
  Jej narzeczony spojrzał na ekran i się uśmiechnął.
  - On kupił dom Brandonów na moją prośbę – wyjaśnił spokojnie.
  - Co…?
  - Kiedy poruszyłaś ten temat w taksówce, byłaś taka niezadowolona, że nie miałem odwagi ci powiedzieć…
  - O czym?
  - O tym, że ten robotnik, dla którego Emily straciła głowę, nazywał się James Malcolm. To był mój prapradziadek. Właśnie po nim dostałem imię.
  Betty znowu nie była w stanie nic powiedzieć. Siedziała na kanapie i patrzyła na swego narzeczonego, jakby był duchem zmarłego Charlesa Brandona. On tymczasem spokojnie mówił dalej.
  - Kiedy Emily i James się pobrali, nie bardzo mieli z czego żyć, więc postanowili wyemigrować do Ameryki. Tam dobrze im się ułożyło, ponieważ on od razu znalazł pracę. Byli razem szczęśliwi i doczekali się trzech synów. Najmłodszy z nich, Stephen Malcolm, to mój pradziadek.
  Jeśli Jimmy się spodziewał, że jego narzeczona wreszcie zareaguje, musiał doznać zawodu. Betty w dalszym ciągu wpatrywała się w niego bez słowa.
  - Zawsze fascynowała mnie ich romantyczna historia, więc kiedy przypadkiem znalazłem w Internecie informację na temat tego domu oraz ogłoszenie o sprzedaży, zapragnąłem go kupić. Może w innych okolicznościach nie przyszłoby mi to do głowy, ale skoro miałem się żenić z dziewczyną stąd…
  Betty poczuła gwałtowny rumienieć wpływający na jej policzki.
  - Miałem nadzieje, że tobie też się spodoba ta historia – zakończył z pewnym rozczarowaniem w głosie.
  Rumieniec Betty stał się jeszcze bardziej wyraźny. Wiec Jimmy miał nadzieję, że zafascynuje ją historia romantycznej miłości pierwszego Jamesa Malcolma? A ona była taka ślepa, że nic nie dostrzegała, tylko zdewastowany dom? W dodatku używała takich słów, mówiąc o nim… Ruina… Rudera…
  - Jeśli twój prapradziadek był taki przystojny jak ty, to ja się wcale nie dziwię zauroczeniu Emily – powiedziała, pragnąc rozpaczliwie ratować sytuację.
  - Naprawdę? – Jimmy lekko się uśmiechnął, słysząc te słowa.
  - Tak. Nie miej mi za złe, że podchodziłam do sprawy w ten sposób, ale ja przez całe życie byłam osoba praktyczną i rozsądną. Nigdy nie zdarzyło mi się stracić głowy, aż do momentu, kiedy ciebie poznałam…
   Jimmy nagle chwycił ją za ręce.
  - A wiesz, że podobno Emily mówiła to samo swojemu mężowi?
  - To może jestem do niej trochę podobna?
  - Może... Pewnie dlatego się w tobie zakochałem.
  Teraz Betty wreszcie się uśmiechnęła. Wyglądało na to, że sprawy między nimi wróciły do normy.
    - A dlaczego nie kupiłeś tego domu sam? – odważyła się zapytać.
  - Twój ojciec mi to wyperswadował. Powiedział, że współcześni Brandonowie na pewno jeszcze kojarzą nazwisko Malcolm, więc albo nie będą chcieli ze mną rozmawiać, albo zażądają za dom trzy razy więcej niż jest wart. Natomiast on, jako przypadkowy nabywca, który szuka letniej posiadłości, może wytargować korzystniejszą cenę.
  - Sprytnie – stwierdziła z uznaniem.
  - Tak, mój przyszły teść ma głowę do interesów - przyznał.
  - Szkoda tylko, że nie powiedział mi  o wszystkim.
  - Umówiliśmy się, że ta sprawa pozostanie naszą tajemnicą do czasu sfinalizowania transakcji. Poza tym on uważał, że niekoniecznie musi ci mówić o tym, co zamierza nam dać w prezencie ślubnym…
  - To będzie prezent dla nas? – wykrzyknęła zdumiona.
  - Tak. Oczywiście jeśli zechcesz, zburzymy ten dom i postawimy nowy, ale miejsce pozostanie to samo. Bardzo się z tego cieszę.  Postanowiłem, że James Malcolm z żoną w końcu tam zamieszka. To będzie zemsta po latach. Rewanż na Brandonach za to, jak kiedyś potraktowali Emily.
  Betty nie śmiała protestować. Poza tym czuła, że mogłaby z nim zamieszkać wszędzie, zwłaszcza jeśli to dla niego ważne. Tylko jedna sprawa nadal nie dawała jej spokoju.
  - Słuchaj, a jeśli duch jej ojca będzie nas straszył…? – zapytała nieśmiało.
  Jimmy roześmiał się głośno, słysząc to pytanie.
  - Kochanie, kto w dwudziestym pierwszym wieku wierzy w duchy?

13 komentarzy:

  1. Gratuluję dziewczyny! Z przyjemnością przeczytałam. Bardzo lubię czytać opowiadania.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ależ nam się tu tekst rozsypał. Zaraz popoprawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Moja wina, choroba nie zauważyłam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Wszystkie opowiadania są świetne.Podobają mi się bardzo.Mogę wybrać tylko dwa,więc wybrałam:1)Ewa Maja Maćkowiak "Woda na młyn"-18 punktów 2)Monika Szostak"Czerwone szpilki"-2 punkty.Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za głosy,każdy na wagę złota i wywołuje uśmiech :)
      mam nadzieję,że będą policzone choćby w podzięce za przeczytanie wszystkich prac :)

      Usuń
  5. Dagmara Potoczny Nowy dom - 18 punktów; Monika Szostak Czerwone szpilki - 1 punkt

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, że na czerwone szpilki miały być 2 punkty. Pozostałych prosiłabym o oddawanie głosów pod postem http://magdalenakordel.blogspot.com/2016/11/gosowanie-czas-zaczac.html

      Usuń
  6. Monika Szostak-czerwon szpilki-2pkt, Ewa Mackowiak - Szczęśliwego Nowego Roku 18 pkt

    OdpowiedzUsuń
  7. Magdaleno, cieszę się, że moja twórczość Cię oszałamia :D
    i czytasz wszystkie moje teksty..ino z tych emocji tytuły Ci się pomyliły. PS. niedługo prześlę Ci ( Kocha, lubi, szanuje)

    OdpowiedzUsuń
  8. Edyta Wilk „Zmrożone serce” - 19 pkt, Dorota Hubicka ,,Duchy przeszłości'' - 1 pkt

    OdpowiedzUsuń
  9. Edyta Wilk - Zmrożone Serce 18 punktów, Andrzej Michał -
    Moja Lotaryngia 1 punkt

    OdpowiedzUsuń
  10. Witam.Piekne opowiadania.
    18 punktow Magdalena Natonek
    2 punkty Ewa Maćkowiak:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Edyta Wilk „Zmrożone serce” -18 pkt,Konrad Rubacha
    Ostatnia przesyłka- 2 pkt

    OdpowiedzUsuń