Gospoda "Pod choinką"

Jeszcze jedna opowieść wigilijna

Nieśmiertelny przebój „Last Christmas” leniwie wylewa się na zaśnieżone ulice przez uchylone drzwi jednej z kawiarni przy głównym rynku. Na otaczających wystawach sklepowych królują kolorowe bombki, mieniące się jarmarcznymi barwami lampki świąteczne, dawno zaprzedana marketingowi postać św. Mikołaja, włosy anielskie oraz choinki, które pod wymyślnymi ozdobami starają się ukryć swoją sztuczność. Jednak w to wigilijne popołudnie nie są w stanie przykuć uwagi zabieganych przechodniów. Każdy z nich stara się przebić przez kłębiący się tłum i dotrzeć do domu na czas. W samym jego środku znajdował się młody mężczyzna, Adam, który, niezaczepiany przez nikogo, szybkim krokiem przemierzał rynek i swoim oddechem usiłował ogrzać zdrętwiałe palce, bo znowu gdzieś zapodział rękawiczki. W kieszeni kurtki znalazł tylko różaniec i parę złotych. Szedł przed siebie, nie widząc i nie słysząc niczego. Całkiem nieświąteczne myśli zajęły go teraz tak bardzo, że nie zauważył nawet, jak doszedł do drewnianych drzwi starej kamienicy.
Adam zatrzymał się raptownie i, odsuwając zmarznięte dłonie, poczuł, jak powiew mroźnego wiatru z łatwością przenika przez jego ubrania. Zadrżał.
Bał się.


Nie pozwolił sobie jednak na długie wahanie, wszedł do środka i od razu poszukał jakiegoś kontaktu. Po chwili w ciemniej klatce schodowej zapaliła się słaba żarówka. Nie dawała ona zbyt wiele światła, ale tyle wystarczyło, żeby widzieć, dokąd się idzie. Mężczyzna westchnął, podszedł do schodów i zaczął powolną wspinaczkę, ale już przy trzecim stopniu zachwiał się, prawie upadając. Złapał mocniej poręcz.
Jego rodzice zawsze powtarzali, że jest zbyt słabowitego zdrowia i nie nadaje się do żadnego wysiłku fizycznego. Szybko zauważyli to również rówieśnicy, którzy przestali go wołać do wspólnych zabaw na świeżym powietrzu, a on, coraz bardziej osamotniony, zaczął szukać pocieszenia na stronach pożółkłych książek z biblioteki. Pewnego dnia na stoliku swojej babci odkrył księgę zupełnie inną niż wszystkie, nieodgadnioną. Była oprawiona w czarną skórę, a na okładce zapisano złotymi literami: PISMO ŚWIĘTE. Oczywiście, jako dziesięcioletni chłopiec, niewiele potrafił z niej zrozumieć, ale to nie powstrzymało go od czytania jej ciągle na nowo – i to przez długie lata.

Po dotarciu na trzecie piętro, przystanął, aby zaczerpnąć tchu. Gdzieś tam, z głębi mieszkania numer trzydzieści cztery, doleciały do jego uszu wesołe i podekscytowane głosy:
- … wszystko sama! – to, zdaje się, piszczała mała dziewczynka. – Mama pokazała mi, jak przygotowywać wszystkie wigilijne potrawy!... Nawet karpia!
- Nawet karpia, powiadasz? – odpowiedział jej męski bas, który – jak to wyobrażał sobie Adam – musiał należeć do człowieka o rozpromienionej twarzy z wąsem. – No, to naprawdę wielka sprawa, moja mała kuchareczko! Jestem z ciebie taki dumny! – dodał.
„Jestem z ciebie taki dumny.”
Jak bardzo pragnął usłyszeć te słowa z ust swojego ojca, gdy jako młody chłopak, pełen żywej, świadomej i entuzjastycznej wiary, postanowił wreszcie zdawać do seminarium duchownego. Chociaż nauka tam była ciężka; do egzaminu z Historii Kościoła podchodził aż trzy razy, a później różnych ludzi spotkał w trakcie swojej wieloletniej posługi – to on wytrwał. Ciągle strarał się mozolnie budować swoją relacje z Bogiem. Tego właśnie do końca nie potrafił mu wybaczyć jego ojciec, ateista. „Ja nie mam syna.” – stwierdził, gdy przyszedł go odwiedzić w hospicjum. Po jego śmierci, Adam długo płakał i modlił się w kaplicy. Ale nawet wtedy nie zwątpił.
Ksiądz ruszył przed siebie i zatrzymał się przed drzwiami z numerem trzydzieści siedem. Zadzwonił trzykrotnie. Po kilku minutach czekania otworzyła mu przygarbiona kobieta, pani Elżbieta, gospodyni domowa i matka. Blada cera młodej jeszcze kobiety naznaczona została zmarszczkami, a jej błękitne oczy, które zdążyły wylać już wiele łez, patrzyły teraz na niego beznamiętnie. Nawet pojawienie się na progu częstego gościa nie wywołało na jej twarzy żadnych emocji. Zaprosiła go do środka i wyszeptała cichym głosem pozdrowienie: „Niech będzie pochwalony...”, ale słowa te zabrzmiały bardzo sztucznie, bardziej jak relikt przyzwyczajenia. A co gorsza, zauważył, że jego „Na wieki wieków” wcale nie wyszło lepiej.
- Może ksiądz chciałby się czegoś napić albo zjeść kawałek makowca? Wczoraj upiekłam…
- Nie, dziękuję, jestem pewien, że jest wyśmienity, ale nie mam dzisiaj za dużo czasu. Co z nią? Jak się czuję?
- Dzisiaj o wiele lepiej. Pytała o księdza parę razy, dlatego zadzwoniłam. Zaraz skończymy codzienną higienę, więc proszę o odrobinę cierpliwości. Nie wiedziałam, że ksiądz przyjdzie akurat o tej porze…
- Proszę się mną absolutnie nie krępować. Poczekam tutaj. – zapewnił ksiądz Adam, starając przywołać na swoją twarz uśmiech. Nawet jemu wydał się on w tej sytuacji zbyt wymuszony. Po co on tu przyszedł? Co przygnało go tutaj o tej porze i to w taki dzień? Dlaczego przerywa tej biednej kobiecie jej przykrą rutynę? Czy naprawdę nie powinien czekać do wyznaczonego dnia ich spotkania? Czy nie mógł…
Ale teraz nie dało się już tego zmienić.
- W takim razie... Zapraszam za mną. – wróciła pani Elżbieta, nieco zdenerwowana i poprowadziła swojego gościa wąskim korytarzem do małego pokoiku córki. Jak zwykle znajdowało się tam kilka dziecięcych obrazków powieszonych na ścianach, łóżko, krzesło, stolik z lampką i paroma drobiazgami. Najbardziej jednak jego uwagę przykuwało to białe pudło, wypożyczony respirator, który miarowo posykiwało w kącie.


Dziesięcioletnia Natalka była oparta o puszyste poduszki i z trudem łapała oddech, więc ksiądz Adam, zaniepokojony, przybliżył się do jej łóżka ze swoim krzesłem, zapewniając:
- Nie musimy dziś o niczym rozmawiać, Natalko, jeśli cię to męczy... Możemy posiedzieć sobie razem i pomilczeć...
- Nie, proszę księdza... – dziewczynka wysiliła się na uśmiech. – Wszystko jest już w porządku. Nie mam nikogo z kim mogłabym porozmawiać o tak wielu rzeczach, które przychodzą mi do głowy... A czasu jest już tak mało… – tu Natalka znów urwała i wyjrzała przez okno, gdzie zaczynało się właśnie ściemniać. Teraz wystarczy już tylko wyglądać pierwszej gwiazdy na niebie. – Czy mogę zadać księdzu chociaż jedno pytanie?... – spytała Natalia nieśmiało.
Ksiądz Adam poruszył się niespokojnie, obawiał się takiego obrotu rozmowy, ale nie dał tego po sobie poznać i tylko twierdząco kiwnął głową. Czy rzeczywiście będzie potrafił uspokoić jej wszystkie lęki? Rozwiać rodzące się wątpliwości i udzielić odpowiedzi dotyczące wszystkich zagadnień, nawet tych ostatecznych? Lęk, który przedtem mu towarzyszył, ożył ze zdwojoną siłą. Słuchał jednak z uwagą. Milczał.
- Jak ksiądz myśli... Czy... Czy Pan Bóg często się uśmiecha?
Na długą chwilę w pokoju zaległa napięta cisza, bo to pytanie było tak dalekie od tego, czego się spodziewał, że zaniemówił. Wreszcie zebrał się w sobie, spojrzał na jej twarz i odparł:
- Cóż, myślę, że nikt nie jest w stanie z całą pewnością odpowiedzieć na to pytanie... Wydaje mi się, że Pan Bóg uśmiecha się zawsze wtedy, gdy człowiek odwzajemni Jego miłość lub gdy okaże dobroć tym, którzy tego potrzebują... Jak często się to zdarza? Nie wiem, ale chciałbym wierzyć, że jak najczęściej.
Dziewczynka zastanawiała się nad znaczeniem tych słów i w końcu powiedziała po prostu:
- Parę dni temu odwiedzili mnie koledzy z mojej dawnej klasy i przynieśli dla trzydzieści listów. Po jednym od każdego. Pisali w nich, że zawsze byłam dobrą koleżanką, bardzo lubili mój śmiech i trzymają za mnie kciuki. Nie mogłam uwierzyć, że jest tylu ludzi, którym na mnie zależy, dlatego sama odpisałam na te trzydzieści listów. Pani wychowaczyni miała łzy w oczach, gdy je od nas zabierała… Napisałam w nich, że bardzo dziękuję im za dobre tak życzenia, ale chyba nie będę mogła już do nich wrócić. Czuję, że dobry Pan Bóg tak bardzo nie może się mnie doczekać i ja przy codziennej modlitwie powtarzam mu, że ja też bardzo Go kocham… Proszę księdza, czy możemy przynajmniej stwierdzić, że w ostatnich dniach Pan Bóg ciągle się uśmiecha?…

- Z pewnością… – zgodził się wreszcie ksiądz i nagle poczuł, jak duża część ciężaru z jego ramion została zdjęta. Nagle wszystkie jego wątpliwości okazały się drobnostką. Umierająca dziewczynka nauczyła starego kapłana, co to znaczy wierzyć z ufnością. To było zupełnie tak, jakby Gwiazda Betlejemska zaświeciła dla niego w tym roku odrobinę wcześniej. 

Opowiadanie świąteczne
Obudziła się pięć minut przed budzikiem. Odwróciła na lewy bok i spojrzała na męża śpiącego obok. Jakoś do tej pory tego nie spostrzegła, jego ciemne włosy posiwiały na skroniach. Jak to możliwe, że w tym wieku zaczyna siwieć? „Stres w pracy, w domu, sprawił, że pojawiły się na jego głowie srebrne nitki. Tak to pewnie to.” – pomyślała. Wyczuł, że się mu przypatruje. Najpierw otworzył lewe oko, potem prawe a na końcu się uśmiechnął. Obydwoje milczeli, patrzyli na siebie i napawali się chwilą względnego spokoju.
- Cześć - wyszeptał obejmując ją i przyciągając do siebie. Pocałował delikatne w czoło.
- Wyspana? - zapytał odgarniając kosmyk jej włosów za ucho. Pokręciła głową. - Wyśpię się po śmierci - wyszeptała uśmiechając się do niego i całując go w jej ulubione miejsce w zagłębieniu szyi. Wiedziała, że właśnie w tej chwili się uśmiecha. - Zaraz zadzwoni budzik i skończy się nasze leniuchowanie. - dodała wędrując ustami po jego szyi. Przytulił ją mocniej i zatopił palce we włosach. Chciał pocałować ale w tym samym momencie zadzwonił budzik. Obydwoje zastygli w bezruchu i nadsłuchiwali. Jednak nic się nie działo.
- To może ja zrobię kawę - zaproponował odsuwając ją na odległość ramion. Przyjrzał się jej uważnie. Coś w jej wyglądzie go zaniepokoiło. - Kochanie, czy wszystko w porządku? Jesteś strasznie blada i masz sińce pod oczami?
- Wszystko ok - skłamała uśmiechając się. - To z niewyspania i ze zmęczenia. Dobrze wiesz, że mam teraz w pracy urwanie głowy.
- Tak, wiem, ale może przejdź się do lekarza. Proszę, zrób to dla mnie. - powiedział wstając z łóżka. Spojrzała na niego. Wiedziała, że ma rację, że już dawno miała iść do doktora Lewandowskiego. Nawet spotkała go ostatnio na ulicy, i doktor odgrażał się, że jak Kaśka nie pojawi się na następnej zaplanowanej wizycie, to on zadzwoni do Sebastiana i każe mu ją przywieźć siłą. Tylko że ona jakoś nie miała odwagi.
- Tak, pójdę. Zrób sobie kawę, dla mnie tym razem herbatę owocową… A potem wyprowadź psa - zadecydowała zakopując się z powrotem w pościeli. Cisza w domu ją niepokoiła. Było zdecydowanie za cicho. Jedynym hałasem, który dochodził do jej uszu było krzątanie się męża w kuchni. Najpierw szum wody, potem ciche mruczenie ekspresu do kawy. Po pięciu minutach wrócił z parującymi kubkami. Usiadł obok niej na brzegu łóżka i podał jej kubek, błękitny, jej ulubiony. To był ich codzienny rytuał, kawa w ulubionych kubkach wypijana prawie każdego ranka w łóżku. Tylko, że tym razem jakoś nie miała ochoty na kawę.
Uśmiechnęła się do niego znad krawędzi kubka. Ale gdy tylko poczuła zapach herbaty owocowej, żołądek podszedł jej do gardła. Szybko odstawiła parujący kubek i pobiegła do łazienki. Zwymiotowała. „No tak, wczorajszy śledź” - przemknęło jej przez myśl. Wykończona usiadła na podłodze i oparła się o pralkę. Wzięła głęboki oddech i zwymiotowała ponownie. Coś strasznie śmierdziało w łazience. Rozglądnęła się po pomieszczeniu w poszukiwaniu jakiś chemikaliów, ale nie znalazła. Przemyła twarz zimną wodą. Spojrzała w lustro. Sebastian miał rację, była blada a sińce pod oczami zataczały ciemne kręgi. Spięła włosy w kucyk. Wróciła do łóżka i zapatuliła się w kołdrę. Mąż przyglądał się jej uważnie.
- Katka, czy wszystko w porządku? - spytał okrywając ją szczelnie. Nic nie odpowiedziała. Położył się za nią i przytulił. - Kochanie, co się dzieje? - wyszeptał zaniepokojony.
- Nic. Zaszkodziły mi wczorajsze śledzie - wyjaśniła wtulając się w niego. - Musiały za długo leżeć otwarte w lodówce.
Po chwili usłyszeli tupot bosych stóp i szczekanie psa. Drzwi od sypialni się otworzyły i dzieci wraz z owczarkiem niemieckim wbiegły do pokoju, ale widząc rodziców wciąż leżących w łóżku zamarły. To znaczy dziewczynka zatrzymała się w drzwiach a chłopiec nie zwracając na siostrę uwagi wgramolił się do łóżka i przytulił do mamy. „Zwykły poranek właśnie ma swoją kontynuację” - pomyślała całując chłopca w czubek głowy. Wdychała zapach synka. Od zawsze uwielbiała zapach dziecka. Owocowy szampon do włosów, którym myła mu wczoraj głowę zaczynał za bardzo wdzierać się w jej nozdrza. Odsunęła synka od siebie i jak strzała pobiegła do łazienki by znów zwymiotować. Oparła się o pralkę i nasłuchiwała jak Sebastian tłumaczy Hani i Piotrusiowi złe samopoczucie mamy.
Siedziała na ciepłej podłodze i myślała. Zawsze chcieli mieć z Sebastianem liczną rodzinę. On miał trzy siostry i dwóch braci, Ona tylko siostrę. Ale kiedy nadchodziły święta i spotykali się wszyscy w ich domu w górach, a dom wypełniały głosy biegających dzieciaków, szczekania psa i donośnych rozmów dorosłych – Kasia czuła się szczęśliwa. Zanim jeszcze pojawiła się Hania i Piotruś, wigilię spędzali sami. We dwójkę. Jednak cały czas jej czegoś brakowało. Za czymś tęskniła. Pragnęła gwaru, rozmów, śmiechu dziecka.
Hania przyszła na świat w drugą rocznicę ich ślubu. Zrobiła rodzicom najwspanialszy prezent. Była oczkiem w głowie Sebastiana. To On wstawał do Małej kiedy budziła się z donośnym płaczem w nocy. Kiedy nie potrafiła zasnąć nosił ją na rękach albo woził w wózku. Odciążał
Kasię jak tylko mógł. Z resztą nie mogło być inaczej, bo Kasia wpadła w depresję poporodową. Nie chciała zajmować się dzieckiem. Unikała Hani. Przeniosła się nawet do pokoju gościnnego, bo płacz i skomlenie małej doprowadzało ją do szewskiej pasji. Na szczęście praca którą wykonywał, pozwalała mu na częste pobyty w domu, zajmowanie się żoną i córeczką. Hania była chorowitym dzieckiem. Najbardziej nieoceniona okazała się pomoc Kingi, siostry Kasi. Przychodziła codziennie i pomagała Sebastianowi przy opiece nad córką. Dodatkowo spędzała wiele godzin na rozmowach z Kasią. To właśnie dzięki tym rozmowom Katka zmieniła swoje nastawienie do świata i własnego dziecka. Trwało to pół roku. Po tym czasie już nie bała się kąpać małej, przewijać ani przytulać. Nie bała się że mocniejszy dotyk skrzywdzi Maleństwo. Całkowicie inaczej spojrzała na całe swoje życie.
Po roku siedzenia w domu Kasia miała dość. Całe dnie wypełniały kupki, papki, pranie, sprzątanie. Kiedy mała zasypiała Kasia miała czas na czytanie i pisanie, i planowanie. I tak powstał biznesplan na własną firmę. Pewnego dnia podczas co wieczornego przesiadywania na werandzie, przedstawiła mężowi pomysł na księgarnio-kawiarnię, ale Sebastian sceptycznie do tego podszedł. Nie, nie bał się wyzwań. Bał się tylko, że jego żona nie poradzi sobie z własnym biznesem oraz wychowywaniem córeczki. Nie powiedział tego głośno i nie wiedział nawet dlaczego o tym pomyślał, ale wiedział natomiast, że kiedy Kasia coś sobie postanowi będzie się tego trzymać, i nie odpuści dopóki nie osiągnie zamierzonego celu. I tak w ciągu pół roku znalazła w centrum miasteczka dogodne miejsce na swój lokal. Zakasała rękawy i z ekipą robotników, którą sama skompletowała, zabrała się za remont. Córkę podrzucała w tym czasie mamie, która mieszkała po drugiej stronie ulicy. Pracowała od rana do wieczora by jak najszybciej otworzyć tą ni to księgarnie ni to kawiarnie, miejsce o którym zawsze marzyła. Kiedy remont się skończył kamień spadł jej z serca. Jedno z jej małych marzeń znów zaczęło się spełniać: własny biznes. Na początku w lokalu pracowała razem z siostrą. Jednak po jakimś czasie kiedy interes zaczął kwitnąć musiała zatrudnić dodatkowe osoby. Miało to swoje plusy i minusy, ale dzięki temu nie musiała sama całymi dniami siedzieć w pracy i miała więcej czasu dla rodziny. Interes się rozwijał, a kawiarnia przynosiła całkiem niezłe zyski. Właśnie wtedy Sebastian zaczął coś przebąkiwać o kolejnym dziecku, bo przecież zawsze chcieli mieć liczną rodzinę. I tak tydzień po tym jak Hania skończyła dwa lata, okazało się, że Kasia jest znów w ciąży. Jednak tym razem inaczej znosiła ciążę. Odmienny stan nie był już dla niej niczym nowym, wiedziała czego się spodziewać i nie bała się jak za pierwszym razem. Nie
zrezygnowała z pracy, a wręcz przeciwnie pracowała więcej. Przecież miała na głowie własny interes oraz wychowywanie córki. W szóstym miesiącu ciąży wylądowała w szpitalu. Lekarz kategorycznie zabronił jej wykonywania ciężkiej pracy. Dla Kasi która stała się w tamtym okresie pracoholiczką to był najgorszy okres. Według zaleceń lekarza i w trosce o nienarodzone dziecko musiała leżeć w szpitalnym łóżku do końca ciąży. Poprosiła swoją najlepszą przyjaciółkę żeby zaopiekowała się Hanią i doglądała interesu. Jednak cały czas utrzymywała kontakt telefoniczny oraz e-mailowy z siostrą która na co dzień była odpowiedzialna za kawiarnię. Pod koniec roku na świat przyszedł Piotruś. Tym razem nie przechodziła depresji. Tym razem macierzyństwo i opieka nad chłopcem były bardziej dojrzalsze niż przy Hani.
Po pół godzinie rozmyślań usłyszała ciche pukanie do drzwi.
- Kasiu, kochanie. Wszystko w porządku?
- Tak - wyszeptała. - Zaprowadzisz dzieci do mamy? - spytała przez zamknięte drzwi.
- Oczywiście. W takim razie widzimy się wieczorem. Kocham Cię, pamiętaj o tym - dodał odchodząc.
Po kilku minutach które dłużyły się niemiłosiernie usłyszała trzask zamykanych drzwi. To był znak, że Sebastian wraz z dziećmi wyszedł z domu. Po raz kolejny przepłukała twarz zimną wodą, założyła szlafrok wiszący na drzwiach i wyszła z łazienki. Od razu podbiegł do niej pies. Kucnęła i wtuliła twarz w miękką sierść. To ją zawsze uspokajało. Przeszła do kuchni i zrobiła sobie mocną, gorzką herbatę. Usiadła przy stole i zapatrzyła się w krajobraz za oknem. Śnieg nie przestawał padać. Cały świat był pokryty tym miękkim puchem. Cieszyła się, że na zbliżające się święta będzie biało. Bo przecież w Święta Bożego Narodzenia musi być śnieg. Bez niego święta były jakby niepełne.
Na stole znalazła listę świątecznych zakupów i innych rzeczy które należało jeszcze zrobić wciągu zbliżających się dni. Na szczęście do świąt pozostał tydzień, miała czas. Uśmiechnęła się do swoich myśli. Od jakiegoś czasu lubiła planować wszystko z długopisem i kartką w ręku. Wtedy wiedziała co należy jeszcze zrobić. To Sebastian ją tego nauczył. On zawsze miał wszystko zaplanowane i poukładane. Taki już był. Takiego go pokochała wiele lat temu. Nie zawsze taki był. Był czas kiedy oddalili się od siebie i ich drogi się rozeszły. Ale to było tak dawno temu, że nie chciała już pamiętać tego czasu bez niego. Bez jego obecności w jej życiu. Wzięła listę do ręki, popatrzyła na nią jeszcze raz i dopisała do niej jeszcze jeden punkt. Lekarz.
Kiedy odstawiła pusty kubek do zlewu usłyszała cichy odgłos zamykanych drzwi. Pies nawet nie
zaszczekał, więc domyśliła się, że to ktoś z rodziny. Po chwili do kuchni weszła jej siostra Kinga taszcząc wielką torbę z zakupami.
- Siostra, dlaczego ty jeszcze nie jesteś ubrana? Musimy zabrać się za lepienie uszek - perorowała wypakowując torby i układając odpowiednie produkty na stole. - Halo Kasia!!! Ziemia wzywa Kasię!!! - dodała machając siostrze ręką przed oczami.
- Co jest?
- No właśnie co jest? – zapytała Kinga - Co się dzieje? Kaśka, zawiesiłaś się.
- Kto jest w kawiarni skoro ty jesteś tutaj? - odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Dzisiaj Weronika ma dyżur razem z Wojtkiem. Ja idę popołudniu.
- W takim razie zajrzę tam wieczorem.
- Świetnie – skwitowała Kinga nastawiając ekspres by zrobić sobie kawę. Kiedy aromatyczny zapach zaczął roznosić się po kuchni, Kaśka znów dostała torsji i wybiegła do łazienki. „Cholerne śledzie” przeleciało jej po raz kolejny przez głowę. Gdy spuściła wodę, drzwi do łazienki otworzyły się z hukiem i stanęła w nich Kinga z kubkiem kawy. - Chora jesteś? - padło pytanie. Jednak nie uzyskała żadnej odpowiedzi. Kasia siedziała na podłodze przy pralce i wpatrywała się w siostrę jakby po raz pierwszy widziała ją na oczy. Sięgnęła po ręcznik i otarła twarz.
- Nie, wczoraj jadłam śledzie i mi chyba zaszkodziły. Mdli mnie i rzygam jak kot od rana - wyjaśniła wstając i idąc do sypialni. Miała ochotę się położyć i przespać cały dzień. Wiedziała jednak, że to nie wchodzi w rachubę. Musiała zabrać się za przygotowywanie świąt dla licznej rodziny. Powoli zaczęła ubierać się w dres. To był jej najwygodniejszy strój do prac domowych. Przeszła do kuchni i zaczęła chować artykuły spożywcze do szafek i lodówki. Kinga cały czas przypatrywała się siostrze uważnie. Śledziła każdy jej ruch.
- A może jesteś w ciąży… - wypaliła od niechcenia a Kaśce prawie szklana misa wypadła z rąk. Spojrzała na siostrę i zaczęła się głośno śmiać. - Chyba oszalałaś!!! - skwitowała robiąc kolejną herbatę. Nie wzięła sobie słów siostry do serca. Przecież zabezpieczali się z Sebastianem. Chwilowo nie planowali powiększenia rodziny. Dobrze im było w takim „pakiecie”. Dwa plus dwa, plus pies. - Kiedy powinnaś dostać okres? - padło kolejne pytanie. - Co to za pytanie? Wszystko jest w terminie. Odczep się. - rzekła rzucając w nią ścierką. - Kasiu obiecaj mi coś, dobrze? Zrób test.
- Ale ja nie jestem w ciąży. Okres mam dostać na dniach. Więc ja Cię proszę nie wciskaj mi dziecka. - już prawie krzyczała. Nie podobały jej się te insynuacje. Upiła łyk herbaty. Chciała się uspokoić. Usiadła na krześle. Całkowicie straciła ochotę na wspólne gotowanie. Siostra chyba to wyczuła bo wykręciła się jakimś ważnym spotkaniem i wybiegła z domu. Kasia została sama. A w głowie zaczęły jej się zalęgać wątpliwości i masa pytań.
Sięgnęła do torebki wiszącej na krześle. Z małej kieszeni wyciągnęła kalendarz. Zaczęła analizować, liczyć. Według obliczeń okres powinna dostać trzy tygodnie temu. Jak mogła to przegapić? No tak, to był koniec miesiąca. Ciężki okres rozliczeń. Poza tym właśnie wtedy Weronika się rozchorowała i potrzebne było na szybko jakieś zastępstwo. Na dodatek niespodziewanie pojawił się sanepid na kontrolę. Trzeba było przygotować nową ofertę. Kasia musiała sobie z tym wszystkim poradzić sama. Sypiała wtedy po kilka godzin i dość często kłóciła się z Sebastianem. Odłożyła kalendarz do torebki. Okres spóźniał się przez stres. To było jej wytłumaczenie. Najlepsze jakie znalazła. I jedyne. Kamień spadł jej z serca. Jednak gdzieś tam w podświadomości kiełkował się niepokój, że może to jednak nie jest stres?
Następne dni były do siebie bardzo podobne. Poranny rytuał picia wspólnej kawy i herbaty. Potem ubieranie i wyprawianie dzieci do przedszkola. Kiedy za mężem i dziećmi zamykały się drzwi Kasia mogła ze spokojem zabierać się za przedświąteczne gotowanie i porządki. W czasie obiadu wpadała do kawiarnio-księgarni na mały dyżur. Doglądała pracowników i rozmawiała ze stałymi klientami. Te momenty dnia lubiła najbardziej. Kilka razy w tygodniu przychodził na kawę stały klient, pan Franciszek, właściciel sieci sklepów spożywczych. Kupował czarną kawę, zasiadał na sofie w rogu kawiarni i podczytywał nowości. Kasia czasem dosiadała się do niego i razem debatowali o nowinkach literackich i o tym co w wielkim świecie Autorów piszczy.
Tamtego popołudnia także wybrała się jak zwykle do pracy. Siedziała na zapleczu i wypełniała papiery. Przyszła Weronika na pogaduchy, ale Kaśka nie była wstanie z nią rozmawiać. Duszący zapach perfum tak bardzo wdzierał się w jej nozdrza, że ledwo zdążyła dobiec do ubikacji. Zwróciła wszystko co dzisiaj zjadła. Nawet kiedy nie miała już czym wymiotować wstrząsały nią torsje. Po wszystkim oparła się o umywalkę i spojrzała w lustro. Nie, to nie mogła być prawda. Kiwała głową i starała się odsunąć od siebie myśl, że może faktycznie Kinga miała rację. Zaprzeczała sama sobie. Pożegnała się z pracownikami i pognała do apteki. Kupiła test. Bała się go wykonać. Nie chciała poznawać wyniku sama. Chciała to zrobić tak jak przy poprzednich ciążach razem z Sebastianem. Jednak co by było gdyby okazało się, że to jednak fałszywy alarm?
Nie chciała robić nadziei mężowi. Wolała sama się o tym przekonać.
Następnego dnia wstała przed wszystkimi. Zamknęła się w łazience, z szafki wiszącej nad umywalką wyciągnęła test. Po raz pierwszy bała się jego wyniku. Była przerażona. Przecież nie planowali kolejnego dziecka. Dobrze było jak było: dwójka maluchów ich dwoje oraz pies. Idealny schemat rodziny. Ale co będzie jeśli okaże się, że pod sercem nosi kolejnego członka rodziny? Zrobiła test. Uśmiechnęła się do siebie gdy zobaczyła wynik. Wróciła do łóżka i przytuliła się do męża.
Gdy zadzwonił budzik to ona pierwsza wstała i poszła do kuchni przygotować kawę i herbatę. W sumie Sebastian przyzwyczaił się już do tego, że zamiast kawy wolała pić rano herbatę. Nie pytał o nic. Poranne mdłości i niedyspozycje żony tłumaczył złą dietą.
Po ósmej kiedy Sebastian wraz z dziećmi wyszedł z domu zabrała się za przygotowywanie makowca. Przez cały czas liczyła ile dni minęło od tamtej pamiętnej nocy, kiedy Sebastian dostał nowe zlecenie. Duże zlecenie dla wielkiej korporacji. Przygotowała wtedy uroczystą kolację. Jego ulubionego kurczaka w sosie słodko kwaśnym. Popijali wino siedząc na podłodze w sypialni. Planowali co zrobią z pieniędzmi jakie wtedy zarobi. Planowali rodzinny wyjazd na wakacje. Gdzieś daleko, gdzieś gdzie jest ciepło i dzieci będą miały masę zjeżdżalni. Potem zaplanowali wspólny weekend bez dzieci. Tak jak kiedyś, kiedy ich jeszcze nie było. Wino szumiało, a krew w żyłach buzowała. Pamiętała, że pocałowała go wtedy w zagłębienie przy obojczyku. Potem przesuwała się niżej. Właśnie wtedy kochali się bez zabezpieczenia. Ot po prostu poszli na całość. Wiedziała, że nie zajdzie w ciążę, bo to nie był ten dzień. Sprawdziła to dnia następnego i całkowicie o tym zapomniała. Wyparła ze swojej pamięci. Bardziej była wtedy zaaferowana sytuacją w pracy oraz nadchodzącymi świętami Bożego Narodzenia które trzeba było przygotować na prawie dwadzieścia osób.
Kiedy ciasto piekło się w piekarniku zadzwoniła do swojego lekarza i umówiła się na wizytę. Okazało się, że może być już za godzinę. Czasu miała wystarczająco dużo. Dzieci od rodziców trzeba było odebrać dopiero po piętnastej. Czuła w sobie lekki niepokój. Ale wiedziała, że ta wizyta jest tylko formalnością.
Gdy Sebastian tylko przekroczył próg domu, przywitał go pies. Prezent od rodziców na trzecią rocznicę ich ślubu. Pogłaskał go po głowie, odłożył teczkę na ziemię i rozejrzał się po holu. Wszędzie panowała groźna cisza. To znak, że nikt oprócz niego jeszcze nie wrócił. Było to dość niesłychane, przecież Kasia miała dzisiaj wolne. Miała piec makowiec. Zazwyczaj czekała w
kuchni na jego powrót. Na stole stał obiad i ulubiona herbata w kubku. Przeszedł do kuchni - była pusta. Na kuchence nie było obiadu, a w kubku brakowało herbaty. Podświadomość mówiła mu, że coś jest nie tak. Usiadł na krześle i nadsłuchiwał. Spojrzał na zegarek. Dochodziła szesnasta. Wiedział, że o tej porze ona powinna być już z powrotem razem z dziećmi. Właśnie teraz powinny wbiegać przez kuchenne drzwi z radosnym okrzykiem na powitanie. Cisza. Zabójcza cisza, która wdziera się w mózg jak wiertło w ścianę. Cisza która nigdy nie panowała w tym domu. Nawet w tedy kiedy mieszkali tylko we dwójkę.
Wstał i poszedł do holu. Na szafce stała automatyczna sekretarka. Wcisnął PLAY. Nie było żadnej wiadomości. Podniósł słuchawkę, chciał się upewnić, że jest sygnał. Był. Czyli telefon wciąż działał. Przez cały dzień towarzyszył mu dziwny niepokój, a Kasia ostatnimi dniami nie wyglądała najlepiej. Z kieszeni marynarki wyciągnął telefon komórkowy. W spisie numerów wyszukał KOCHANIE, wcisnął zieloną słuchawkę i czekał. Pierwszy, drugi, trzeci, czwarty sygnał i poczta głosowa: NIE MOGĘ TERAZ ODEBRAĆ TELEFONU. PO SYGNALE ZOSTAW WIADOMOŚĆ POSTARAM SIĘ ODDZWONIĆ JEŚLI TYLKO ZNAJDĘ CZAS CZYLI ZA JAKIEŚ PIĘTNAŚCIE LAT. Rozłączył się. Cholernie nie lubił rozmawiać z maszyną. Zaczynał się martwić. O Nią i o dzieci, które jak zawsze popołudniu odbierała od rodziców. Właśnie - rodzice. Zatelefonował do domu. Matka powiedziała, że Kasia wyszła z dziećmi jakąś godzinę temu. Godzinę, czyli gdzie była teraz? Przecież nie mieszkali tak daleko.
Przeszedł do salonu. Usiadł na sofie i włączył telewizor. Chciał się czymś zająć, nie chciał wpadać w panikę, że coś się im stało. Wiedział, że jeśli nie wróci za godzinę, zadzwoni do znajomego policjanta, żeby ten spróbował się czegoś dowiedzieć.
Wyłączył telewizor, zaczynał go drażnić. Spojrzał na komodę. Stały tam Ich wspólne zdjęcia. Z pierwszego wspólnego wypadu do Hiszpanii. Ona jak zwykle uśmiechnięta. Zdjęcia ślubne. Ona w białej sukni z ogromnym bukietem czerwonych róż oraz On w jasnym smokingu. Kiedy przyrzekała mu miłość, wierność i uczciwość małżeńską dopóki śmierć ich nie rozłączy był najszczęśliwszym facetem na świecie. Na kolejnym zdjęciu były ich dzieci. Najwspanialsze istotki na ziemi. Gdy dowiedział się, że Ona spodziewa się pierwszego dziecka miał ochotę krzyczeć z radości i skakać do chmur. Przez całą ciążę dbał o Nią, troszczył i spełniał wszystkie zachcianki. Kiedy poinformowała go, że nie chce by był przy porodzie uszanował Jej decyzję, chociaż w środku Go skręcało bo nie chciał się z Nią rozstawać ani na minutę.
Pierwsza urodziła się dziewczynka, później chłopczyk. Stanowili typowy przykład rodziny. Ale
wiedział, że za rok postarają się o jeszcze jedno dziecko, przecież oboje marzyli o dużej rodzinie.
Spojrzał na zegarek dochodziła siedemnasta a ich jeszcze nie było. Sięgnął po telefon, ale w ostatniej chwili powstrzymał się. Chciał zadzwonić na policję, ale pomyślał, że nie ma sensu wywoływać paniki. Przecież ona wróci, bo przecież nic się nie stało.
No właśnie. Nic się nie stało. Zamknął oczy. Pod powiekami zaczęły się przesuwać różne czarne obrazy. Na każdym z nich widział jej samochód albo w rowie, albo na drzewie. Gwałtownie otworzył oczy, zegarek wskazywał dziewiętnastą. Wziął telefon i wystukał numer znajomego policjanta z drogówki. Głośno przełknął ślinę. Tak bardzo chciał usłyszeć, że nic im się nie stało.
Gdy czekał na połączenie usłyszał trzaśnięcie drzwi wejściowych oraz tupot małych stópek. Po chwili dzieciaki wpadły do pokoju i rzuciły się mu na szyję. Zaczęły krzyczeć jedno przez drugie. Nie rozumiał zbyt wiele, ale usłyszał, że babcia kupiła im lody i że u lekarza było mnóstwo ludzi. Odstawił dzieciaki na łóżko i wstał. Ona stała w drzwiach. W ręku trzymała torebkę. Gdy spojrzał Jej w oczy uśmiechnęła się, dokładnie tak samo jak kilka lat temu gdy wyszła od lekarza i poinformowała Go, że spodziewają się dziecka. Zatkało Go. Podszedł do Niej i przytulił. Pocałował w szyję, potem w policzek a na końcu zostawił namiętnego całusa na ustach. Położył rękę na Jej brzuchu. Uśmiechnął się i bezgłośnie wyszeptał KOCHAM CIĘ. Po raz kolejny był najszczęśliwszym facetem na ziemi.

Po raz kolejny spełniało się ich wspólne marzenie posiadania dużej rodziny. To był najwspanialszy świąteczny prezent. Innego nie mógł sobie wymarzyć. Taki mały bożonarodzeniowy cud.

Świąteczne porządki
                

To nie jest historia, jak każda inna, nie jest też wyjątkowa. Jest raczej nurtem rzeki, zwanej życiem wraz z jej barwami i szarościami, razem wziętymi. Jest wirem pośród wód i wpaść w niego to najwspanialszy prezent dla wielu z nas, pomimo, że od kręcenia mdli początkowo, zaś pozytywnych skutków doszukać się możemy dopiero za jakiś czas. Wir taki jest darem od losu, jeśli w takowe dary wierzymy, jest też drugą szansą od Boga, którego niektórzy z nas wyznają, niekiedy jednak jest on upominkiem świątecznym od starego poczciwego dziadka, zwanego Świętym Mikołajem. Wirem nie możemy nazwać materialnej rzeczy, których na świecie bez liku i które tak miernie i krótkotrwale potrafią zadowolić nas samych. Jest on raczej czymś niewidzialnym, lecz wyczuwalnym, czymś, co nas zmienia, co sprawia, że stajemy się ludzcy i  wrażliwi na otaczający nas świat. Och nie, tego nie da się wyssać z mlekiem matki. Byłoby zbyt pięknie, gdyby w taki sposób to działało. Trzeba dużego zbiegu okoliczności, a przede wszystkim czujności obdarowanego, ażeby prezent ten trafił w jego ręce… Nie przesadzę mówiąc, że osoba ta często sama sprowadza na siebie takie zrządzenie losu, ponieważ serce ma czyste, umysł zaś skalany. Nie można balansować między dobrem, a złem przez całe życie, w końcu nadchodzi dzień, który sprawia, iż szala się przechyla. W którą zaś stronę, zależy od nas.

***

         Szymon zbiegał ze schodów po klatce schodowej mieszkania, w którym mieszkał.  W ręku trzymał skórzaną teczkę i płaszcz zarzucony na przedramię. Niecierpliwie spoglądając na zegarek, wyszedł z kamienicy i pomachał w stronę taksówki, stojącej piętnaście metrów dalej. „Do szału mnie doprowadzą!” krzyknął w myślach. Taksówkarz podjechał do niego, a ten wsiadł, pouczając kierowcę. - Pan nie rozumie, że od rzetelności pańskiej pracy zależy potem wiele rzeczy, np. to czy się spóźnię. A kto wie, może mój szef jest dupkiem i zwolni mnie z tak błahego powodu. I co? Zatrudnię się wtedy na taksówce? Nie po to studiowałem pół życia. – ciągnął. 
- Proszę pana, wie pan jakie są kobiety. Złapała mnie moja na przerwie i kazała wozić siebie z zakupami. I z tego wszystkiego oszalałem i zapomniałem numeru mieszkania. Normalnie takich głupot nie robię, ale sam pan wie który dzisiaj jest, zaraz święta przyjdą i mi tu Jadźka szału dostaje z tymi wszystkimi pierdołami na promocji. – odparł dowożąc klienta do miejsca docelowego. 
- Święta? Takiemu to dobrze, jak jeszcze święta pamięta i ma czas na te wszystkie pierdoły. Następnym razem proszę o nieco więcej samodyscypliny, bo telefon do pana szefa raczej nie ucieszyłby pańskiej Jadźki, czy jak tam ją pan nazywa. Proszę. – dał mu odliczoną kwotę. – Napiwków nie daje się za nic. – Dorzucił uszczypliwie i wysiadł. 
„Wskoczył” szybkimi krokami do biurowca, przy którym taksówkarz go zostawił i podbiegł do windy. Oczywiście ta nie miała zamiaru tak prędko zjechać, co chwila zatrzymywała się na poszczególnych piętrach, a do parteru było jej daleko. Nie wytrzymał, ruszył w stronę schodów, zdejmując w biegu garnitur, przemierzał kolejne piętra. Przy piątym sapał już jak człowiek przy zawale, a zostało mu jeszcze kilka. Jeszcze trochę, jeszcze chwila i  dotarł na miejsce. Opierając się o ścianę przy drzwiach, za którymi go oczekiwano, próbował przywrócić normalny rytm swojemu oddechowi. Spojrzał na zegarek, był dwie minuty przed czasem. 
- Ale żem dobry. – wyszeptał zadowolony z siebie. – No dobra trzy, dwa, jeden… Wchodzę. 
- Dzień dobry dyrektorze Kaczmarek, dzień dobry panie Partkowiak, witam pozostałych Państwa. Widzę, że oczekiwania wobec mojej osoby przywiodły państwa przed czasem. To dobrze. Czuję się wyróżniony.  – powiedział z pewnością siebie, wyciągając argumenty z teczki, którą taszczył ze sobą z mieszkania. 
- Panie Szymonie, jesteśmy bardzo podekscytowani faktem, że to pan będzie twórcą naszego projektu i że mamy do czynienia z tak doświadczoną, a zarazem młodą osobą. Niech pan się przyzna, wynegocjował pan kilka lat więcej od Boga? – powiedział Kaczmarek.
- Mniej więcej tak to wygląda. – zaśmiał się szarmancko.  Sekretarka przygotowała jego tablicę i prezentację, on zaś powoli zaczął omawiać temat, dla którego wszyscy zjawili się w gabinecie.  
Kilka kwadransów później było po wszystkim. „Znowu mi się udało” pomyślał, wychodząc do ubikacji.  „Stary jak ty to robisz, czasem mnie zadziwiasz.” Kiedy wrócił do gabinetu, wszyscy dyskutowali jeszcze na temat projektu, zaś Partkowiak, wiceprezes, podszedł do Szymona.
- No chłopaku, muszę powiedzieć, że mnie szokujesz. Pomińmy „Pan”, mów mi Zbyszek. Skoro masz tutaj tyle do zrobienia, to ułatwiajmy  sobie przynajmniej trochę życie i  pozbądźmy się tej udawanej grzeczności.
- W pełni się zgadzam. 
- Czeka cię teraz masa pracy, żeby projekt wszedł w życie. Jeśli czegoś będziesz potrzebował dzwoń do mnie. Pamiętaj też, że Kaczmarek jest człowiekiem wymagającym i musisz do końca docisnąć pasa. W razie czego służę pomocą. 
- To bardzo miłe z twojej strony, rzadko spotyka się w tych kręgach pomocnych ludzi. 
- Oczywiście, że rzadko. To kwestia czasu. Człowiek szują się nie rodzi, ale też szują nie musi umrzeć. Tyle lat przeżyłem w tej firmie, że już wszystkiego się naoglądałem. Sam nie byłem aniołem. 
-  Oczywiście, każdy z nas ma czego się wstydzić. Ja już pójdę. Mam dużo pracy. 
- Nie będziesz świętował przejścia projektu?
- Nie, raczej nie. W końcu to dopiero początek. Na koniec będę świętował. 
- Rzetelny i młody. Niebezpieczne połączenie. Kiedyś nam  szefa wygryziesz z takim nastawieniem. 
Szymon zaśmiał się jedynie, bo co innego miał zrobić. Prostolinijność Partkowiaka zadziwiała go, a z drugiej strony imponowała mu ona, pamiętał jednak, że w takich korporacjach niejednokrotnie sprawdza się pracowników, zaprzyjaźniając się z nimi i próbując wzbudzić w nich zaufanie. Szymon nie był głupi. Był za to głodny. 
Kupił sobie więc hot – doga w budce, w której pracowała miła starsza kobieta. Dawała mu zawsze podwójną ilość cebulki i ogórka, śmiejąc się, że i tak pewnie zgubi je w pośpiechu. Rzeczywiście miała rację. Niejednokrotnie Szymon mógł jedynie pomarzyć o smaku ogórka, który lądował mu a to na bucie, a to w kałuży i gdzie tylko się dało. Nauczył się jeść w pośpiechu, ubierać w pośpiechu, nauczył się czytać gazety idąc i nawet zapamiętywał to, co czytał. Wprawdzie kilka razy trafił na jakąś przeszkodę, człowieka, lampę i tak dalej, jednak fakt ten nigdy go nie zniechęcił. Chciał być cwańszy od czasu i od wymagań, jakie stawiano mu dookoła. Czuł, że jest w tym dobry. Był z siebie dumny. 
             Tego wieczoru pozwolił sobie na kąpiel w wannie z bąbelkami i lampkę wina, jednak nie miał zamiaru przesadzać. Od rana chciał podejść konkretnie do sprawy, wykonać kilka telefonów, a następnie zaszyć się na kilka godzin i  udoskonalić parę niewielkich wad projektu. Był wolnym strzelcem w swoim fachu. Wprawdzie firma, która podjęła z nim tym razem pracę oferowała mu także stałe stanowisko, jednak Szymon bał się takich zobowiązań. Chciał przynajmniej trochę czuć się wolny, chciał decydować z kim i co robić. Jedynie niezależność i prywatna działalność pozwalała mu na taką wygodę. Oczywiście miało to też swoje minusy. Niejednokrotnie to on musiał się starać o pracę, chociaż ostatnimi czasy zdarzało się to coraz rzadziej. 
W pokoju zadzwonił telefon. Nie miał nastroju do skakania z pianą na ciele po mieszkaniu, więc zamarł jeszcze bardziej w bezruchu, czekając na ciszę. Po chwili odezwał się głos nagrywanej osoby: „Halo Szymon, mieliśmy dzisiaj wyskoczyć na kolację, ale chyba się nie wyrobię. Znowu musiałam zostać dłużej w pracy. Przesuńmy to na jutro, dobrze? Oddzwoń do mnie proszę.” Wysłuchał w spokoju wiadomości, uświadamiając sobie, że całkiem zapomniał o spotkaniu z Kaśką. Jak można się domyślić było mu na rękę, że wypadło jej coś w pracy. Z Kaśką spotykał się już dobre trzy lata. Było im razem wygodnie. Dwa do trzech spotkań na tydzień, brak poważniejszych planów na przyszłość, a przede wszystkim oboje byli nastawieni na karierę. Pasowali do siebie jak mało kto. Ostatnio Kaśka była bardziej zapracowana, niż wcześniej, jednak Szymon rozumiał ją doskonale. Był taki jak ona. 

*
                 Zimowe promienie słoneczne domagały się swojego miejsca w pomieszczeniu. Przebijając się przez story, zatrzymywały się a to na półce, a to na pościeli zmiętej na łóżku, odpoczywając jakby po długiej podróży. Niektóre promyki były nieco odważniejsze, docierając do męskiego ciała, leżącego bezwiednie na łóżku. Muskały go po wystającej stopie, inne zaś gładziły po włosach, nastroszonych jak u koguta. Nieliczne z nich dobijały do oczu, pogrążonych w marzeniach sennych, ust cienkich, lecz wyrazistych, a kilka gładziło go po policzkach, skrywających męskie kości pod skórą. Dwudniowy zarost przecinał je niczym przecinak, układając w schodki. Zabawa światłem mogłaby trwać do zachodu słońca, jednak osobnik z dwudniowym zarostem poruszył się delikatnie, otworzył oczy i poczuł  się rozdrażniony jasnymi wstęgami, padającymi z nieba. Podszedł do okna i zasłaniając dokładniej story zauważył, że przez noc napadało dużo miękkiego, puszystego śniegu. Na samą myśl o mroźnym tworze wrócił do łóżka i skrył się po samą szyję pod kołdrą i kocem. Już miał próbować ponownie zasnąć, kiedy w pokoju rozbrzmiał dźwięk budzika. 
- Psia krew. Czuję się zmordowany jak nigdy. – powiedział do siebie, spoglądając na butelkę czerwonego wina, wyłojoną prawie do dna. – Matko, czy ja miałem jakichś gości? Jestem niepoważny! – zdziwił się, zmierzając jak na ścięcie głowy do kuchni. Tam wypił podwójną kawę, przeglądając notatki, które sporządził dzień wcześniej na temat udoskonaleń projektu. Literki zlewały się w jedno, zaś głowa dudniła niczym dzwon kościelny. Podreptał zawzięcie do łazienki, żeby rozprawić się z tym idiotą, który go tak załatwił. Spojrzał w lustro. 
- Jak na trzydziestosiedmioletniego faceta na kacu nadal jestem gorący. – uśmiechnął się, wyginając nieco usta w stylu podrywacza. Lekko napuchnięte powieki nie chciały się do końca otworzyć, wyglądał więc nie tylko na pijanego podrywacza, a i na narkomana. Cały pakiet w jednym. Wygładził ciemne włosy do tyłu i poszedł pod prysznic. 
- O, tego było mi trzeba. 

Kilka godzin później trwał przy swojej pracy, zapominając o bożym świecie, kiedy zadzwonił telefon komórkowy. Odebrał bezwiednie nie spoglądając nawet na wyświetlacz. 
- Markowski, słucham.
- Witam, tutaj Zbyszek, domyślam się, że ciężko pracujesz.
- Witam Zbyszku. W zasadzie tak. Powoli dopracowuję wszystko.
- Zatem przechodzę do sedna. Nasz dyrektor organizuje w przeddzień Wigilii takie świąteczne spotkanie dla pracowników. Oczywiście jesteś zaproszony. Możesz wziąć ze sobą żonę i dzieci, jeśli posiadasz. Czasami  przedłuża się nam i zostajemy na święta. Większości z nas to odpowiada. Dyrektor na pewno by się ucieszył.
- Co to za spotkanie? Choinka, potrawy i kolędy?
- Nie, raczej szampan, koncert jakiejś piosenkarki i  smaczny obiad, nocleg, imprezka, kasyno. Same przyjemności. Masz rodzinę?
- Co? Nie, nie. Mam dziewczynę. 
- No to co, namówiłem cię?
- Głupio byłoby nie zjawić się w takim miejscu. 
- Czyli do zobaczenia? Cieszę się. A zapomniałbym o najważniejszym. Adres wyślę ci zaraz na komórkę. 
- Dobrze, dzięki wielkie i do zobaczenia za kilka dni.  
- Trzymaj się. 

Czas przeleciał między palcami, powoli zbliżały się święta, a projekt Szymona nabierał idealnych kształtów. Spotkał się dzień wcześniej z Kaśką i  zaproponował jej wypad z firmowymi znajomymi  i szefem. Stwierdziła, że lepsze to niż siedzenie w domu, a prawdopodobnie uda się jej zakończyć wszystkie sprawy do Wigilii, więc będzie wolna. Ustalili zatem, że spędzą tam święta. Nie ma sensu wracać, skoro i tak nie mieli innych planów. Miejsce docelowe znajdowało się około stu kilometrów od Wrocławia. Mieli udać się tam jednym autem, jednak kilka godzin przed wyjazdem Kasia oznajmiła, że ma opóźnienie i dojedzie parę godzin po nim. Szymon nie widział przeszkód. Tym lepiej. Każde było niezależne w razie, gdyby jedno musiało szybciej wrócić. Spakował się więc i około godziny czternastej wyruszył z domu. Poza miastem jechało się nieprzyjemnie, śnieg prószył niemiłosiernie, zaś mróz zaszklił nawierzchnię drogi. Sto kilometrów pomnożone przez przeciwności pogodowe zdawało się równać nieskończoności. Takie okoliczności drażniły Szymona bardziej, niż przepracowanie, czy inne obowiązki. Nie cierpiał być zdany na czynniki zewnętrzne i do tego martwe. Nie znosił dobrze braku kontroli nad własnym życiem. Teraz sytuację kontrolowały płatki śniegu i temperatura. Musiał grzecznie siedzieć za kierownicą, modląc się o bezpieczne dotarcie na miejsce.
Gdzieś w połowie drogi próbując skręcić w odpowiedni zjazd, pomylił się i zabłądził. Śnieżyca dawała mu się we znaki, zaś brak nawigacji, której do tej pory nie potrzebował, zaczynał mu coraz bardziej doskwierać. Droga zwężała się mocniej i mocniej, aż w końcu ciężko było ją nazwać drogą. Co najwyżej nieoświetloną ścieżką, prowadzącą w ciemną nicość. Zadupie świata. Niebyt.          „Pieprzone piekło!” krzyczał w myślach. Po chwili zaczął krzyczeć na głos. I tak nikt go nie słyszał, mógł sobie ulżyć. Kiedy tak darł się w niebogłosy, a słów tych lepiej było nie powtarzać, stracił kontrolę nad swoim nowiutkim Audi i wpadł w poślizg. Dookoła las, ciemność i nicość. Auto zaczęło się kręcić, a Szymon nie miał pojęcia, czy powinien reagować, czy lepiej nic nie robić. Drzewa były zbyt blisko, sekundy mijały za szybko. Poddał się losowi, zamykając w panice oczy. 

Ciemność.                                                                                                                                                               Pustka.                                                                                                                                                            Zwolniony oddech…                                                                                                                                              Zimno uderzające swą mocą w każdą komórkę ciała.                                                                               Bezsilność.
„Czy tak wygląda życie po życiu?” Poruszył lekko dłonią. Nie czuł jej prawie. „Tak, muszę nie żyć. Dusza wyrywa się z ciała, nie czuję go. Umieram, cholera. I jakiś inny dupek zajmie się moim projektem. Niee!!!”. Coś wyrwało go z całych sił do góry. Coś albo ktoś. „To ty Boże? Ty istniejesz?” zapytał majacząc w bólu i chłodzie.„ Nie, proszę cię, daj mi szansę. Ja to naprawię. Przysięgam, że to naprawię.” Jeszcze chwilę się miotał w obcym uścisku, aż w końcu stracił przytomność. 
Teraz było mu przyjemnie, ból ustał, zrobiło się ciepło. Ciepło i miękko. Jego nozdrza wyczuwały zapachy racuchów i jabłek. Jabłka z racuchami na ciepło. Palce lizać. „Kurczę, ale te niebo fajne... To musi być niebo. Ale czymże sobie zasłużyłem?” – ciągnął we śnie. Był to osobliwy sen, gdyż zapachy i uczucia wydawały się być realne. Racuch był mięciutki w środku, a jabłko słodko kwaśne. Cukier puder otulający racucha na wierzchu kleił się do języka, nozdrza zaś doznawały przy tym uniesień zapachowych. Biedny Szymek. On naprawdę myślał, że jest w niebie… 

*

- Jak się pan czuje? 
- Yyy nie wiem… Czy to niebo?
- Ha, ha, ha. Prześpi się pan jeszcze, dobrze? Na półce ma pan tabletki przeciwbólowe i wodę. W razie czego niech pan krzyczy, to może ktoś przyjdzie.
- Krzyczy? – spytał i zapadł w mimowolny sen.
W niedalekiej przyszłości - mogły być to godziny, a nawet i dni - usłyszał jakieś niezbadane, krótkie, a zarazem szybkie kroki, czy raczej kroczki, które powoli z minuty na minutę budziły po kolei jego wyłączone do tej pory zmysły. Najpierw do życia powrócił słuch, wraz z nim mózg, który próbował odgadnąć, co, lub kto może poruszać się w taki sposób. W końcu otworzył ostrożniej oczy, nie ruszając się jednak, lecz tylko mrugając co jakiś czas, by znowu zaszyć się na chwilę w ciemnościach pod powiekami. Było mu błogo, a błogość tę niszczyły odgłosy mu nieznane. Chciał ciszy, cisza wydawała się bezpieczną alternatywą na to, co za powiekami. Jego senność malała z chwili na chwilę, zastępowało ją zaś powoli narastające poirytowanie. W końcu skusił się na oględziny terenu. Miał do dyspozycji jedynie oczy i to z pozycji raczej niesprzyjającej. Co zrobić. Spojrzał. Znajdował się w niewielkim pokoiku, umeblowanym bardzo skromnie i staromodnie, jednak źródła kroków nie dostrzegł. Dostrzegł za to miętową ścianę, która kojarzyła mu się ze szkołą podstawową, do której niegdyś chadzał. W pewnym momencie poruszyły się uchylone drzwi.
- Halo. Jest tam kto?
Źródło kroczków się oddaliło i to w tempie przyśpieszonym. 
- Dziwna sprawa. Albo tu są dzieci, albo duchy. Z dwojga złego nie widzę dobrego. – zmartwił się. – Jedno jest pewne – to nie jest niebo. 
Próbował zmienić pozycję, czy nawet usiąść, jednak był strasznie obolały. Lewa noga była prawdopodobnie zwichnięta, poza tym wszędzie widniały siniaki, a każdy ruch zdawał się być biciem rekordu na znoszenie bólu. Nie znosił go. Po kilkunastu minutach kroki wróciły. Tym razem jednak wyzbyte strachu, zmierzając do miętowej krainy bezguścia z całą możliwą pewnością siebie. Miało ciemne, roztrzepane włoski, zbyt kołtuniaste jak na ducha, przypuszczał zatem, że ma do czynienia z dzieckiem. Podeszło bliżej do Szymona, wystawiając paluszka wskazującego w jego stronę. 
- Mam ci odgryźć palca skrzacie?
- Am, am. – zawołało. 
- Nie ja głodny nie jestem.  – odparł, próbując się pozbyć natrętnego potworka. Dziecko nie dawało za wygraną, starając się wsadzić palca biedakowi do ust, oka, a potem i do ucha, ten zaś pozbawiony możliwości ucieczki, bronił się w najdelikatniejszy z możliwych sposobów, błagając w myślach o jak najszybszy koniec tej zabawy. Dziewczynka, na co wskazywała długość włosów, znudziła się w końcu karmieniem Szymona. Teraz chciała czegoś innego. Złapała rączkami za kołdrę i używając całej tkwiącej w sobie mocy próbowała wdrapać się na łóżko. Jako, że nie mógł utrzymać kołdry, gdyż sam był jak małe dziecko, w ból owinięte, mała ześlizgnęła się z impetem na podłogę, po czym grzmoty emocji i deszcz łez rozdygotał te drobne ciałko, niczym galaretkę. To, że Szymon miał dosyć, było mało powiedziane. Mimo, że od lat nie modlił się do Boga, rzucił w emocjach: 
- Boże błagam, zrób coś, bo nie wytrzymam. Co ja mam z tym skrzatem zrobić. To wszystko to jakiś słaby żart… Zrobię co zechcesz, ale pomóż mi. Przecież wiesz, jak ja dzieci nie lubię. 
- Ne lubie. Ne lubie. – zawołała mała, wracając do stanu normalności. 
- Dobre. Ty już zapomniałaś, że przed minutą darłaś się w niebogłosy? Typowa kobieta – najpierw histeryzuje, a potem udaje, że nic się nie stało. – mała spojrzała jeszcze czerwonymi od płaczu oczyma i tym razem wdrapała się nieco ostrożniej, używając za podpory jego nóg i rąk. Nie obyło się bez bólu, jednak nie miał sił z nią walczyć. „A jednak wolałbym ducha” – pomyślał w momencie, gdy ciągnąc go za włosy, osiągnęła swój cel i znalazła się na łóżku. Szymon spiął się na tyle, na ile pozwala na to wszechobecny ból. Nie umiał rozmawiać z dziećmi, a też i nie chciał z nimi rozmawiać. Z resztą uważał, że rozmowa z dziećmi jest bez sensu. Z małą, która bawiła się właśnie bandażem, owiniętym na ręku Szymona, mógł co najwyżej pogaworzyć, a i w tym nie był za dobry. Prawdę powiedziawszy o dzieciach wiedział tyle, co nic. Wiedział, jak się je robi, a także w jaki sposób pokazują swoją niechęć. Pomimo radości czerpanej z pierwszej sprawy, druga niwelowała wszelkie przypadkowo narodzone myśli na temat posiadania własnych krasnali. Nie przekonała go nawet bajka o siedmiu krasnoludkach. Jak wiadomo, byli nieco nieznośni i upodobali sobie królewnę. Nie mówi się o tym w bajce, jednak Szymon był pewien, że kiedy tylko królewicz zawrócił w głowie królewnie, krasnale popadły w rozgoryczenie. Oczywiście, że bajka o tym nie mówi, bo to bajka dla krasnali. 
Znosił całą tą sytuację z zaciśniętymi zębami i wiarą ogromną w wybawienie, które jak na jego oko musi przyjść już za chwilę. Mogło nadejść w postaci kataklizmu, czy też dobrodusznej opiekunki. Było mu obojętne. Miał tylko jedno, malutkie życzenie – pozbyć się poczochranej dziewczynki z własnych barków dosłownie i w przenośni. Wybawienie nadeszło, tak jak przypuszczał, jednak to co ukazało się jego oczom nie wyglądało na kataklizm. 
- Dzień dobry, widzę, że pan w końcu wstał. Już myślałam, że może zapadł pan w śpiączkę. – powiedziała do niego niebieskooka niewiasta. 
- Nie duch, lecz anioł… - zawołał bez większego sensu. 
- Słucham? – zdziwiła się, zabierając na ręce dziewczynkę, która powoli zaczęła przysypiać. 
- Widzi pani z tego całego zamieszania wystraszyłem się, że nie żyję. Widok krasnala wdrapującego się na łóżko i anioła wkraczającego przez te drzwi wcale, ale to wcale nie pomagają mi zmienić zdania, więc jeśli byłaby pani łaskawa, proszę powiedzieć mi co tu jest grane. – powiedział zmęczonym głosem, nadal jednak będąc pod wrażeniem anielskości anioła. 
- No dobrze. W skrócie powiem tak: jechał pan niedaleko, wpadł pan w poślizg, uderzył autem o drzewo, znalazł pana mój wujek, który mieszka razem z nami i przyniósł do nas całego zakrwawionego i potłuczonego. Dzwoniliśmy do pańskiej dziewczyny, której numer wykręcił pan jako ostatni, tak więc wie, gdzie się pan znajduje, jednak zważywszy na pogodę lepiej żeby pan nie liczył na jej przyjazd. Zapowiadają śnieżyce pięćdziesięciolecia. 
- A kiedy?
- Słucham?
- Kiedy ja tutaj trafiłem? Co dzisiaj jest?
- Wigilia, proszę pana.  – odparła, uśmiechając się. – Zatem los zafundował nam nieznajomego gościa u stołu. 
- Na to wygląda… - odparł lekko zrezygnowany. – Ten skrzat to pani dziecko? 
- Jedno z wielu. I to nie jest skrzat, tylko Paulinka, a pan znajduje się w domu dziecka jeśli jeszcze pan tego nie odkrył i takich skrzatów, jak pan je nazywa, mamy tutaj kilkanaście. Jak się domyślam, po tym co powiedziałam, najchętniej wsiadłby pan w auto i uciekł nie zważając na stan zdrowia. Niestety, to nie jest możliwe, zatem rozsądniej byłoby pogodzić się z tym, co przyszło panu przeżyć. 
- Dobrze powiedziane – przeżyć. A gwarantuje mi pani, że dam radę to przeżyć? – zaśmiał się półgębkiem. 
- Bez przesady. A poza tym nazywam się Basia. Nie ma sensu używać grzecznościowych zwrotów, kiedy tutaj ma się toczyć bitwa o pańskie życie. 
- Masz rację. Mów mi Szymon. Wypadałoby podać dłoń, czy nawet ucałować twoją, jednak sama widzisz, masz do czynienia z kaleką. 
- Jak na elegancika jesteś zabawnym człowiekiem, musze przyznać. Dzieci cię polubią. 
- No to mam przesrane. 
- Ej bez takich mi tutaj. One wchłaniają nowe słowa jak gąbka wodę, także dwa razy proszę się zastanowić, zanim coś powiesz na głos. – powiedziała srogim tonem. 
- No dobrze aniele, postaram się o powściągliwość słowną, ale w zamian chciałbym dostać klucz to pokoju. Chciałbym mieć pewność, że kiedy śpię, nic ani nikt nie chodzi obok. 
- Dobrze, nie ma sprawy. Mamy zatem układ. - spokojne święta za spokojny sen. – odparła, chwytając go na znak umowy delikatnie za dłoń, wystającą z gipsu. – Miała aksamitną skórę w kolorze mlecznym. Szymona zadziwiła delikatność, kontrastująca z szorstkością jego dłoni. Basia zabrała rękę z powrotem i odwróciwszy się w stronę wyjścia dodała: - Jak będziesz potrzebował pomocy w czymś, zawołaj głośniej. Za godzinę będzie śniadanie, więc możesz do nas na dole dołączyć. Wujek powiedział, że poza zwichnięciem ręki jesteś jedynie mocno poobijany, także bez obaw - możesz próbować się poruszać. 
- Dobrze wiedzieć, że masz wujka z rentgenem w oczach. Od razu mi ulżyło. 
- Jest lekarzem, więc powinno. 

*

                Szymon przeleżał kolejną godzinę, zastanawiając się nad minionymi chwilami i ich przebiegiem. Powinien zadzwonić do Kaśki, z drugiej zaś strony nie miał nic sensownego do powiedzenia. Wiedział, co się za oknem dzieje. Wiatr grał mocnymi pchnięciami po ścianach budynku. Co chwila można było usłyszeć świst wpadający przez małe szparki pomiędzy framugą a oknem do środka pomieszczenia i wirujący po nim delikatnie, po to tylko, by moment później mógł rozpłynąć się na jakiejś powierzchni, ścianie, komodzie, czy też na biednym Szymku, który za wszelką cenę starał się uchronić pod kołdrą, jednak twarz jego nie była w stanie się uchronić przed groźnymi podmuchami. 
Śniadanie zdecydował się zjeść na dole z całym towarzystwem. Kiedy zszedł powolnym, kuśtykającym krokiem po drewnianych, starych schodach, oczom jego ukazała się duża jadalnia. Nie był to krzepiący widok. Pomijając armię krasnali, posiłkujących w czteroosobowych grupkach przy małych stoliczkach, jego uwagę przykuła rozpadająca się rudera, kryjąca w swych ścianach tak wiele dusz na raz. Drewniane okna przepuszczały dużo powietrza, zaś sufit kaszlał tynkiem. Całość okraszona jednak zapachami świąt, choinki, stojącej w drugim, olbrzymim pomieszczeniu i pięknymi, czy tez mniej uroczymi ozdobami, porozwieszanymi nad oknami, drzwiami, a także przyczepione do żyrandoli, zwisające z nich warkoczem w dół łańcuchy. Wszystko to przyczyniło się do wspomnień jego własnego dzieciństwa. Chłód, bieda, ale i wszechobecna troska. Usiadł przy stole z Basią, jej wujkiem i drugą Basią, żoną wujka. W jadalni panował hałas, który wydawał się Szymonowi bardzo obcy i niezrozumiały. Basia trzymała na nogach Paulinkę, karmiąc ją sałatką i chlebkiem, jednak mała nie chciała jeść. Co chwila próbowała wykręcić się z zadania, zerkając ochoczo na Szymona.
- Chyba masz adoratorkę. – zawołał radośnie wujek.
- Na to wygląda. Czymże ja sobie zasłużyłem? – zaśmiał się Szymon.
- Mamy tak niewielu gości, że pewnie jak to w życiu bywa, po prostu przez sam wzgląd na nowinkę, którą chcąc nie chcąc właśnie się tutaj stałeś. – odparł wujek.
- To miło, że moja osoba wprawia jeszcze kogoś w radość. 
Mała zaczęła płakać, wierzgając kruchymi nóżkami i starając się wykręcić z objęć Basi. Ta w końcu ustąpiła, ściągając ją z kolan. Paulinka podreptała prosto w stronę Szymona, przytulając się do jego kolan. Jej wielkie brązowe migdałki mrugały co jakiś czas, wytrzepując opadające z rzęs resztki łez jeszcze przed chwilą tak obficie produkowanych. Spojrzała mu głęboko w oczy, jakby miała mu coś ważnego do powiedzenia. Ale przecież nie miała, nawet nie umiała mówić. Szymona jednak zatkało. Poczuł coś na podobieństwo niestrawności, tyle, że nieco wyżej. Chwycił ją i wziął na kolana. Wolał się nie wychylać swoją niechęcią do dzieci podczas śnieżycy pięćdziesięciolecia. Nie miał zamiaru robić za bałwana za oknem. 
 - A powiedz mi młody człowieku, jechałeś na Wigilię, kiedy to wszystko się tobie przydarzyło, więc pewnie gdzieś tutaj masz rodzinę, co? Może ich znam. – zapytał wujek.
- Nie, raczej nie. Jechałem na wigilię, ale nie do rodziny.
- Ach. To znaczy, że nie żyjecie w najlepszych stosunkach? 
- Żyć może i byśmy żyli, jednak do tego potrzeba żywych… 
- Wujku nie męczmy już Szymona tymi twoimi pytaniami. Przecież on ledwo na nogach stoi. 
- Basiu, on siedzi, a nie stoi. 
- No dobrze, nic się nie stało. Moi rodzice nie żyją już kilka dobrych lat. Sam też wychowywałem się jakiś czas w domu dziecka, także nie widzę problemu, żeby o tym wszystkim rozmawiać. Prawdę powiedziawszy nie pamiętam ich już nawet. Słyszałem jednak, że byli genialnymi ludźmi. Matka robiła najlepszy makowiec na osiedlu, a ojciec znany był ze swojej siły i dobrego poczucia humoru. Nie wiem jak z makowcem, bo jeszcze nie próbowałem, zaś siły nigdy zanadto nie potrzebowałem , jednak wydaje mi się, że chociaż te poczucie humoru jakoś tak do mnie przylgnęło i całkiem nieźle nam ze sobą. 
- No, pewności siebie też tobie nie brakuje. – dodała Basia.
- Gdyby nie ona, nie dałbym sobie rady nawet przez miesiąc w swojej branży.
- A czym się zajmujesz? – spytał wujek.
- Jestem architektem. Wziętym nawet, jak na swój wiek i konkurencję. 
- No popatrz Basieńko, nam się tutaj tynk na łeb sypie, a przy stole architekta mamy. 
- Wujku nie przesadzaj już. Szymon nie ma też nic za darmo i musiał pewnie długo walczyć, żeby cokolwiek osiągnąć. 
- Masz racje, musiałem. Jednak wracając do waszego tynku, to chciałem się spytać, jak to możliwe, że w takiej ruderze mieszka tyle dzieci i jeszcze nikt was nie wspomógł…
- Jesteśmy, można rzec, w trakcie oczekiwań na taką właśnie pomoc. Miało być przed zimą, ale jak widzisz coś ich opóźniło. Nie mamy wyboru, czekamy. Co innego nam zostało?
- Zawsze jest jakaś możliwość. Firma, z którą współpracuję teraz, od czasu do czasu chce pokazać, jaka jest wspaniałomyślna i wspomaga różne fundacje, czy przedsięwzięcia. Mówię całkiem poważnie. Jeśli chcecie porozmawiam z nimi. Trochę to potrwa jak wszystko, jednak ręczę, że sam widziałem kilka takich dobroczynnych akcji i warto czasem chwilę poczekać. 
- To wszystko brzmi pięknie. – odparł wujek. – Po pewnym czasie człowiek przestaje jednak żyć nadzieją. 
- Nie naciskam, jednak dopóki tu jestem zastanówcie się. A tak poza tym, to Basiu jeśli to ty zrobiłaś sałatkę, pragnąłbym przedstawić cię mojej dziewczynie. Może czegoś się od ciebie nauczy. – zaśmiał się. Paulinka też się zaśmiała. Aż w końcu wszyscy przy stole wybuchli śmiechem. Mała zaczęła klaskać rączkami i podskakiwać. 
Po śniadaniu posiedział trochę z dzieciakami, co okazało się całkiem przyjemną sprawą. Zapomniał już, jak bardzo kochał zabawę samochodami za czasów własnego dzieciństwa. Z kilkoma chłopcami, których wiek wahał się pomiędzy czwartym, a czternastym rokiem, pobawił się w wyścigi. Jemu przypadło żółte lamborghini. Paulinka przysiadła nieopodal Szymona i  spoglądała na niego radośnie, od czasu do czasu próbując wstawić pomiędzy dialog chłopaków swoje trzy grosze, czasem było to „ne”, a czasem „ daj”, najczęściej jednak mówiła „mój”, co najwyraźniej znaczyło tyle, co „zostawcie mojego Szymona”. Jedno było pewne, pokochała go miłością dziecięcą, on zaś miał coraz mniej sił na wzbranianie się przed tym uczuciem. Nawet najstraszniejszy zwierz jest do oswojenia i tak jak Paulinka nie zdawała sobie z tego najmniejszej sprawy, tak jej serce wiedziało wszystko, co wiedzieć powinno, podążając odpowiednim torem. Basia przygotowywała potrawy na wieczerzę, zaś jej wujek pomagał Szymonowi opędzić się od zainteresowanych nim dzieci.  
- Dajcie na luz, chłopak zaraz zejdzie nam tutaj na zawał serca. 
- Bez przesady. Paulinka mi na to nie pozwoli, prawda? – pogłaskał ją po główce. Paulinka zrobiła minę na znak, że wie o co chodzi.
- A powiedz mi, skoro jesteś z domu dziecka, to pewnie masz specyficzne uczucia, będąc tutaj.
- Prawdę powiedziawszy wymazałem wspomnienia o dzieciństwie, jednak będąc tutaj zaczynam wspominać i zastanawiać się nad pewnymi sprawami, na przykład nad tym, że jeśli tylko bardzo chcemy, możemy całkowicie zamazać przeszłość, udając, że nigdy nie istniała. Nasz umysł jest tak cwany, że pozwoli nam tak funkcjonować przez wiele lat, aż tu nagle pojawia się drzewo i  bach, trach, znowu wracamy do początku… 
- Oj tak, od przeszłości nie uciekniesz. Ale powiedz sam, no powiedz, czy jest sens o niej zapominać? Przecież nie może być aż tak zła.
- Zła może i nie, jest inna od teraźniejszości, skomplikowana, pełna osób i wątpliwości. Tak na marginesie chciałem spytać, co się stało z rodzicami Paulinki?
- A jednak polubiłeś ją, co?
- Co? No nie mówię, że nie.  – zaśmiał się onieśmielony. 
- Z tego, co wiem rodzice chyba nie za bardzo przejmowali się jej losem. Jak się nie mylę, to mała została oddana przez nich z powodu nędzy. Ponoć nie chcieli narażać jej na takie życie, ale z tego co słyszałem nikt raczej za nią tam nie płakał. Myślę, że miała szczęście, że do nas trafiła. – skwitował, ciągnąc za szpic swojego siwo-brunatnego wąsa. - Jest najmłodsza z całego towarzystwa, także prawdopodobnie tak jak i ty nie zapamięta nawet twarzy rodziców. Czasem to i lepiej… 
Szymona uderzyły te słowa. Przypomniał sobie własne uczucie pustki, kiedy tylko starał się myśleć o rodzicach, gdy był jeszcze młody. Myślał o niczym, o postaciach bez twarzy, bez charakteru, a kiedy tylko starał się  nadać im wyrazu, obraz stawał się tak cudowny, że pożerał jego serce i trzaskał na tysiące kawałków. Dlatego też przestał sobie wyobrażać, dlatego też zapomniał kim jest i wykreował nowego siebie, takiego, który nie zadaje pytań o wczoraj, lecz walczy o lepsze jutro. Powoli zaczynał jednak rozumieć, że skupiając się na jutrze stał się człowiekiem poniekąd strachliwym i egoistycznym zarazem. Z troski o siebie zapomniał o świecie. Myślał, że świat to on. Nawet swojej dziewczyny nie widział w pojęciu części swojego życia. Była dla niego odrębną jednostką. Gdzieś się pogubił i nie miał zielonego pojęcia w jaki sposób mógłby naprawić chociaż po części własne życie.  Życie dało mu jednak same o sobie znać w postaci wymiocin Paulinki. 
- A masz ci los. – zawołał rozbawiony wujaszek. – Zaraz przyniosę ci szmatkę. 
Wrócił zaraz ze ściereczką i skrupulatnie wysprzątał wszystko z rękawa Szymona i dywanu. Mała nie za bardzo przejęła się tą sytuacją. Raczej interesował ją telefon komórkowy Szymona, a cała reszta wydawała się mało znaczącymi sprawami. Jej zdania z pewnością nie podzielał Szymon, jednak bał się kolejnego ataku, więc grzecznie pozwalał jej na stukanie gadżetem o podłogę i naciskanie przycisków, których lepiej nie naciskać. 
- Ta mała jest jak bumerang. – stwierdził.
- Ciesz się, że jeszcze nie umie mówić. – zawołała Basia z kuchni.
- No właśnie, nie powinna już mówić?
- Powinna, nie powinna. Kto tam wie. Ma półtora roku, także nauczy się i mówić i wymiotować do ubikacji. Wyjdzie na ludzi. 
- W to nie wątpię. 
Mała przytuliła się do Szymona, siedzącego na nieszczęsnym dywanie i zamknęła oczy. Kilka minut później, przy dźwiękach rozmowy mężczyzn, zapadła w głęboki sen, o którego ulotności świadczył jedynie delikatny uśmiech rysujący się na jej twarzyczce. „Słodki krasnal”.  – pomyślał, zanosząc ją do łóżeczka w sypialni. Położył ją delikatnie, okrywając kołdrą i cofnął się do drzwi. Nim jednak wyszedł, zatrzymał się na chwilę, spoglądając na nią, na życie, na swoje uczucia. Poczuł strach. Wiedział, że nadszedł czas, by coś zmienić. Nie umiał sam przed sobą tego wytłumaczyć, ale wydawało mu się, że jakaś nieznajoma do tej pory część jego serca uchyliła drzwi i konsekwencji tego nie będzie potrafił zignorować. 



*
                W radiu ktoś prowadził audycję świąteczną. Ludzie dzwonili do prowadzącego i dzielili się swoimi przemyśleniami na temat Świąt Bożego Narodzenia, tradycji, czy kuchni. Ktoś powiedział: Pamiętajmy, święta, to nie potrawy, choinka i kolędy, święta, to ludzie i miłość w nich drzemiąca. Prowadzący zgodził się z osobą, chwilę podyskutował z nią i pożegnał ją, życząc ciepłych, rodzinnych świąt. Szymon odwrócił się na drugi bok, zastanawiając się, jak potoczy się sprawa z jego projektem. Wymagała pośpiechu, jednak nie mógł nawet porysować na miejscu, gdyż ręka nie była w pełni sprawna i odczuwał  dosyć drażniący ból. Nurtowało go pytanie, czy aby szef zrozumie taki przebieg zdarzeń, czy też poszuka kogoś na zastępstwo do tego projektu. Wszystko było możliwe. Czuł jednak, że cokolwiek by się nie stało, nie zburzy to jego porządku w życiu, gdyż jego porządek został już zburzony mniej więcej przed kilkoma godzinami.
Wigilijną wieczerzę zapoczątkowało dzielenie się opłatkiem oraz życzenia i kolędy, śpiewane przez starsze dzieci i Basię, której głos okazał się całkiem przyjemny dla ucha. Następnie wszyscy usiedli do dużego stołu, „zbudowanego” z kilku mniejszych stolików, obłożonych skrupulatnie pięknymi obrusami i zastawione przeróżnymi potrawami, od barszczyku po pierogi, od ryby po grecku po sałatkę warzywną, od sernika po nalewkę, od najmłodszych po najstarszych – każdy się zajadał, jednak to Szymon jadł najszybciej i najwięcej. Czuł się tak, jakby nigdy wcześniej nie uczestniczył w żadnej Wigilii, wydawało mu się, że to pierwszy raz, że wszystko jest nowe i nieznane. Poniekąd miał rację, zważywszy na jakość poprzednich Świąt Bożego Narodzenia, był nowicjuszem. Swojskość goszcząca na stole sprawiała, że zapominał o bożym świecie. Kiedy już dzieci pobiegły do choinki poszukać swoich prezentów pośród tak wielu drobiazgów, skrytych pod igłami świerku, Paulinka została przy stole, podpatrując gesty i słowa Szymona. Najwidoczniej nic więcej nie potrzebowała. Szymon chwycił ją w ramiona i usadowił na swoich kolanach. Już nie czuł niepewności, czy też rozdrażnienia. Nie potrafił pojąć, czymże była cała jego niechęć do dzieci, skoro potrafił o niej zapomnieć w ciągu jednego dnia. Nie wiedział, czy to za sprawą Paulinki tak się stało, czy może wcześniej nie dostał nawet szansy na weryfikację własnych uczuć, gdyż po prostu nie miał do czynienia z dziećmi. Podobnie było z Kasią, jego dziewczyną. Nigdy nie rozmawiali o dzieciach. Nigdy nie rozmawiali też o rodzinnych świętach przy pełnym stole, zastawionym smacznymi potrawami, a był już pewien, ze stół taki i potrawy krzywdy mu nie zrobią, przeciwnie, dużo radości dać potrafią. Ktoś by powiedział, że zbędne myślenie nad tym wszystkim, że albo ktoś chce mieć ciepło rodzinne pod własnym dachem, albo i nie. Prawda jest jednak bardziej skomplikowana. Nie każdemu bowiem dane było poznać świat, od którego się wzbrania. Wzbraniać się zaś przed obcym jest naturalną sprawą i nikogo nie powinno to dziwić. Szczęściem można więc nazwać taką kolej rzeczy, zbieg okoliczności, który daje człowiekowi zagubionemu skrawek nowego życia i pozwala mu zdecydować, czy przyłączy ten skrawek, czy go odtrąci. Każdy powinien mieć taką szansę w życiu…

*

               Zegar tykał jak oszalały, choć tykał tak samo jak zawsze. Niecierpliwiła się niesamowicie i chciała w końcu zobaczyć Szymona u progu swoich drzwi. Dobry tydzień go nie widziała. Nie rozumiała, co sprawiło, że tak długo go nie było. Sama nie mogła tego sprawdzić, uwięziona w świecie obowiązków, zobowiązań i oczekiwań, zdała się na los, czekając aż w końcu powróci. Telefony, które wykonywali podczas okresu świąt, wydawały się dla niej nieco inne niż zawsze. Nie, to nie telefony były inne, inny był Szymon. Czuła, że się zmienia. Miała obawy, czy czasem nie poznał kogoś w tamtym miejscu, z drugiej zaś strony ufała mu. Znali się na tyle długo, żeby mieć do siebie szacunek i być szczerym. Dlatego też nie dała się zwariować swoim myślom i wytrzymała ten tydzień bez zbędnych pytań. Cieszyła się, że przeżył, że wraca do zdrowia i że posiada możliwość przeczekania śnieżycy w bezpiecznym miejscu. Sama miała wiele do zrobienia, więc czas minął względnie szybko. Wprawdzie same Święta Bożego Narodzenia mogła zaliczyć do nienajlepszych, gdyż spędziła je z masą snobów, zamartwiając się o Szymona, jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Kilka rozmów z jego szefem i jadł jej z ręki. Gorzej z jego żoną, no ale nie można być tak łakomym. Nie wszystko na raz. 
Dobiegała piętnasta. Na zewnątrz panowała piękna, zimowa pogoda. Słońce muskało zmrożoną taflę śniegu, oślepiając tym samym przechodzące pokracznym krokiem osoby. Ślizgawica płatała figla co niektórym przechodniom. . Kasia miała tą przewagę, że obserwowała wszystko z okna, oczekując Szymona. W końcu znudziło ją patrzenie i poszła zaparzyć sobie herbatę. „ Malinowa…, waniliowa, a może pomarańczowa? Za duży wybór. No dobra, skoro tak, to biorę pierwszą lepszą z góry.” Zamknęła oczy i już miała złapać za torebkę, kiedy zadzwonił dzwonek domofonu. Otworzyła przyciskiem i podeszła do drzwi mieszkania. W końcu Szymon pojawił się na jej piętrze. Uchyliła drzwi, jednak nikt nie przeszedł przez próg. Zwątpiła więc, wracając do wejścia i sprawdziła raz jeszcze. Szymon stał u progu oparty szarmancko o drzwi z kwiatami w dłoni. Słoneczniki – kochała je. Przytulili się do siebie, wyściskali się za cały tydzień i kiedy mieli już wejść do środka, Szymon zatrzymał się mówiąc:
- Kasiu… Pewnie zauważyłaś, że ten czas zmienił mnie trochę. Nie wiem, czy będą odpowiadały Tobie te zmiany, ale chciałbym, żebyś najpierw je poznała, nim cokolwiek powiesz… 
- Co masz na myśli?
- Chcę, żebyś dostała taką szansę, jaką i ja dostałem. Chciałbym by i ona dostała taką szansę…
- Ona?
- Muszę cię z kimś zapoznać. Może lepiej jak się podeprzesz o ścianę. Tak na wszelki wypadek.
Kasia wykonała jego prośbę, jakby czując, że tak będzie lepiej. Oparła się o ścianę, zdając sobie sprawę, że to trochę głupie, jednak ufała Szymonowi.
- Ktoś chciałby cię poznać. – dodał, a zza zakrętu na klatce schodowej wyłoniła się mała postać. Kaśka nie dowierzała. Jej oczom ukazał się malutki, śmieszny krasnal o migdałowych oczach i poczochranych ciemnych włoskach, wpatrzony w Szymona…
- Mój, mój… - zawołał krasnal, podskakując radośnie na serdelkowatych nóżkach… 
- Kto to jest? 
- Mój prezent dla ciebie. Zanim cokolwiek powiesz, mam do ciebie prośbę.
- Tak?
- Poczekaj z tym tydzień. O nic więcej nie proszę.

- Ne plose, ne plose. – krzyknęła entuzjastycznie Paulinka, chwytając Kasię za dłoń… 


Świąteczna magia
Ciężkie ołowiane chmury sunęły po niebie. Kinga gryzła nerwowo ołówek i patrzyła bezmyślnie, jak kolejna chmura zahaczyła brzuchem o jedyny wieżowiec w mieście. Parę ciężkich kropel spadło na ziemię z rozdartego chmurnego wora. Dziewczyna westchnęła i wróciła do pracy. Przynajmniej starała się wrócić. 
Nie idziesz do domu? – zapytała głowa Agaty wsunięta przez uchylone drzwi pracowni. Cała reszta została na korytarzu obładowana paczkami. Agata uważała, że biuro to jedyne miejsce, gdzie może bezpiecznie schować prezenty przed swoimi ciekawskimi bliźniakami. Znosiła je już od listopada i upychała po szafach, teraz nadszedł czas, żeby je wszystkie przetransportować do domu. Nawet się nie spodziewała, że uzbierało się tego aż tyle. 
Idę. To znaczy pójdę… za chwilę. Chciałam dokończyć jeszcze to zlecenie na plakat Wielkanocny. Po świętach jedziemy z Marcinem na narty i wolałabym zamknąć to przed Nowym Rokiem. 
No tak, to powodzenia. Nie ma to jak poczuć klimat świąt, co? – koleżanka zaśmiała się złośliwie i zaraz też szpetnie zaklęła. Jedna z paczek wysunęła się jej spod pachy. Zza kolorowego opakowania odezwał się mechaniczny głosik: Mama, siku. 
Czekaj pomogę ci. – Kinga zerwała się z krzesła.
Daj spokój, poradzę sobie. Lepiej dziewczyno zabieraj się do domu. Zdążysz skończyć ten plakat przed Wielkanocą, w końcu mamy dopiero Boże Narodzenie.
Mam nadzieję, że Paweł po ciebie przyjedzie, bo w tramwaju może być ci ciężko. – jakby na potwierdzenie tych słów rozdzwoniła się komórka Agaty wesołym Last Christmass.
No właśnie chyba przyjechał. Lecę, baw się dobrze i wesołych!
Wesołych! Odpocznij!
Taa, odpocznij – mruknęła Agata pod nosem zmierzając do windy – odpocznij, z bliźniakami, labradorem, przygłuchą babcią, ciotkami, teściami i żywym karpiem w wannie.

Chwilę później zajrzał do pracowni Rafał. Kinga patrząc na niego zawsze odnosiła wrażenie, że jest najbardziej typowym przedstawicielem swojego zawodu. W rozciągniętym swetrze w renifery, rozczochrany, zawsze nie dogolony z lewej strony, chyba miał kiepskie światło w łazience i do tego nie wiadomo, czy nieśmiały, czy po prostu stroniący od ludzi wyglądał, jak typowy informatyk.
Hej!
Hej!
No to wesołych!
Wesołych! I szczęśliwego nowego roku! – krzyknęła za nim, ale ostatniego zdania już chyba nie słyszał zbiegając po schodach. Z jakiegoś powodu nie znosił windy.

Gdzieś w końcu korytarza trzasnęły drzwi i w końcu zapadła cisza. Wszyscy wyszli. Też mogłaby pójść do domu, ale obiecała sobie skończyć zlecenie. Miała jeszcze jakąś godzinę na to, żeby popracować. Praca jej nie szła. Wstała i nerwowo zaczęła przechadzać się po pokoju. Wszystkie dotychczasowe pomysły zostały odrzucone przez klienta. Musisz być bardziej kreatywna, powtarzała sobie. 
Innowacyjna i kreatywna. Cokolwiek to znaczy. Jajko, pisanka, wycinanki łowickie, kurczaki, zające, tulipany. Wszystko już było. Szlag, gadam sama do siebie.
Włączyła radio. Wesołe piosenki o gwiazdkach, śnieżynkach i świętym Mikołaju zbiły ją całkiem z tropu. No i te dzwoneczki. Wyłączyła odbiornik. Dzwoneczki nadal dzwoniły. Uniosła brwi w niemym zapytaniu. Na chwilę ucichły, a potem znów rozbrzmiały, znacznie bliżej. Potem zamilkły na kilka minut, by odezwać się z oddali. Wyjrzała na korytarz, nikogo nie było. Sąsiednie pokoje były już pozamykane, gdzieś w dalszej części budynku odezwała się gwizdana kolęda. Pani Iza przyszła wcześniej żeby posprzątać. Jak wszyscy, chciała uporać się jak najszybciej z robotą i wracać do rodziny. W końcu była Wigilia, tylko wariat zostawał w pracy po godzinach. Kinga pomyślała, że chyba coś z nią nie tak. Zamiast skorzystać z okazji, jak pozostali, to głowiła się, jak kreatywnie pokazać pisanki. Nawet Krzysiek, który nie obchodził świąt i był zagorzałym ateistą, pierwszy poszedł do domu. Miałaby usprawiedliwienie, gdyby była samotna, a w domu zamiast wizji rodzinnej kolacji czekałby na nią jedynie kot, telewizor i odgrzewana ryba z supermarketu. Miała wszystko o czym marzyło w taki dzień mnóstwo samotnych i porzuconych ludzi. A jej nie chciało się wychodzić z biura. W ciągu swoich 30 lat przeżyła wiele cudownych świąt. Takich z prezentami, pachnącą choinką do samego sufitu i pasterką o północy. A dwa lata temu obraz szczęścia dopełnił maleńki brylancik, który zalśnił na jej palcu po wieczerzy. Wszystko to było tak oczywiste, że chyba w którymś momencie poczuła zniechęcenie. Gdzieś zagubiła się magia świąt. Zabrakło tej ekscytacji, która towarzyszyła jej w dzieciństwie. Zapatrzyła się w okno zamyślona.
Święta, święta i po świętach. Po prostu dłuższy weekend z dorobioną ideologią. Magia świąt? Takie rzeczy tylko w filmach. W życiu nie dzieje się nic takiego. Oczekujemy na ten dzień, jakby miał nam wynagrodzić wszystkie złe momenty z całego roku. Oczywiście jestem niesprawiedliwa, niektórzy nie mają dobrego nawet tego dnia. No nic, trzeba się cieszyć z tego co się ma i nie marudzić. Nie można oczekiwać na cuda.
 Święta racja. Chociaż mi by się przydał mały cud.
Kinga podskoczyła w miejscu i odwróciła się zaskoczona. Na krześle przy drzwiach rozsiadł się zwalisty mężczyzna i ocierał chusteczką pot z czoła. Dziewczyna patrzyła na niego oniemiała. Gęsta, biała broda i czerwony kubrak nie pozostawiały wątpliwości. Na kolanach położył sobie czerwoną czapkę z białym pomponem i maleńkim dzwoneczkiem. 
Och – jęknęła. Gość przyglądał się jej z nieukrywaną ciekawością , po czym w jego oczach błysnęło zrozumienie. Zaczął się śmiać, wydając przy tym gromkie Hohohohooooo. W końcu przestał, machnął ręką, jakby chciał odgonić natrętną muchę. 
Chodzi o strój? Całkiem o nim zapomniałem. Pani Kingo? – na dźwięk swojego imienia dziewczynie przebiegło przez głowę tysiąc myśli, z których wyklarowało się jedno pytanie: czy na pewno byłam grzeczna w tym roku?
Znasz moje imię – wyszeptała z nabożną czcią.
Pani Iza mnie tu skierowała, powiedziała, żebym udał się do pani Kingi, bo już tylko ona została w biurze, przynajmniej tak twierdził pan Rafał. Pani jest Kinga, prawda? – Kinga oczami wyobraźni zobaczyła panią Izę, sprzątaczkę w stroju Śnieżynki, pomocnicy Świętego Mikołaja. I jej twarz przybrała wyraz totalnego zaskoczenia.
Pani Kingo, jestem z góry - mężczyzna zniecierpliwił się – mam kłopot, pomyślałem, że może będzie mi pani mogła pomóc, podobno ma pani samochód i … 
Wiem – przerwała mu i nim zdołała pomyśleć, dorzuciła – sanie się zepsuły?
Sanie? – starszy pan wlepił w oczy w stojącą przed nim kobietę – Pani Kingo. Jestem z góry, Mikołaj S…, no proszę mi tu tylko nie zemdleć! Mikołaj Sarna, dział księgowości. Właśnie przymierzałem strój na wieczór. Idę do syna na wigilię i jak co roku będę robił za świętego. Stąd ten strój.
A ja myślałam…- zrobiła się czerwona po czubki uszu i miała ochotę zapaść się pod ziemię. 
Nieważne – machnął ręką i wstał – plany się zmieniły. Żona dzwoniła, że córka jest w szpitalu. Pani ma samochód i myślałem, że może by mnie pani podrzuciła kawałek. Miejskie jeżdżą już w trybie świątecznym, a chciałbym jak najszybciej dostać się na miejsce.
Och, to straszne! Oczywiście, że pana podrzucę. W którym jest szpitalu?
Na Krzykach.
To świetnie i tak jadę w tamtym kierunku. To znaczy, wcale nie świetnie, bardzo mi przykro, mam nadzieję, że to nic poważnego – mówiąc to jednocześnie zamykała programy, wyłączała sprzęt i ubierała się.
Spokojnie pani Kingo. Córka jest na porodówce.
O. 
Mimo wszystko chciałbym tam dotrzeć, jak najprędzej. Żona nie może, a Marysia jest sama.
A tatuś? To znaczy tatuś dziecka?
Cholera go wie, gdzie on teraz jest. Pojawia się i znika, jak jakiś duch święty. Już gotowa?
Przepraszam, nie powinnam pytać. Nie przebiera się pan?
Nie, ze szpitala podjadę jednak do syna. Wnuk będzie czekał na świętego. Muszę tylko sprawdzić, czy z córką wszystko w porządku.
No to jedźmy.

- I wyobraź sobie – kończyła Kinga swoją opowieść Agacie – że jak dojechaliśmy na miejsce, to okazało się, że Marysia  już urodziła. 
- Oczywiście syna? – zapytała koleżanka, miała w końcu chwilę dla siebie, rodzina się rozjechała, karp został zjedzony, a bliźniaki zasnęły z nowymi zabawkami ukrytymi pod kołderkami. Z ciekawości zadzwoniła do Kingi – złożyć jeszcze raz życzenia i upewnić się, że nie utknęła w robocie na całe święta.
- A nie, córkę! Dziadek był cały rozpromieniony. Z tej radości zrobił nawet obchód po oddziale dziecięcym wykrzykując gromkie Hohohohoho. Nieźle się wczuł w rolę.
- Mam nadzieję, że nie siedziałaś tam cały wieczór i ze szpitala pojechałaś do domu, a nie do pracy.
- Daj spokój, pewnie, że do domu. W końcu to wigilia!
- No właśnie. A wiesz co, tak mi teraz przyszło do głowy... Mówisz, że z którego działu był pan Sarna?
- Z księgowości. Piętro wyżej.
- To dziwne, bo w księgowości jest tylko jeden facet, Darek. I uwierz mi nie wygląda, jak starszy pan. Nie wygląda nawet jak księgowy. To chodzące ciacho i zatrudnia same baby, żeby sobie podnieść męskie ego. W życiu nie słyszałam, żeby pracował u niego jakiś Sarna.
Każdy facet, to dal niego konkurencja, bez względu na wiek, odpuszcza chyba tylko pięciolatkom.
- Ale...
- No właśnie, też mnie to zastanawia.

Kinga rozłączyła się i zamyśliła.
- Wszystko w porządku? – zapytał narzeczony odklejając nos od szyby, przez którą wyglądał.
- Tak. Co robisz? Wypatrujesz śniegu?
- Nie, tak tylko patrzę, zdawało mi się, że słyszę dzwoneczki.


dzyń, dzyń, dzyń... Hohohohooooooo

Marysia
Wczoraj spotkałam idącą ulicą parę: on i ona, szli rozmawiając ze sobą, ona pchała wózek z maleństwem, on trzymał dwóch chłopców za rękę. Siedziałam na ławce na pięknym starym rynku z kocimi łbami, z pięknymi drzewami. Siedziałam na ławce i przyglądałam się ludziom idącym do kościoła. Wyglądali wszyscy elegancko, kobiety w dopasowanych żakietach, spódnicach za kolano, w butach z niewysokim korkiem, fryzury idealnie spięte. Pomyślałam nie moje czasy, nie mój świat, popatrzyłam na siebie, miałam ubraną sukienkę do kolan w kolorze kremowym z białym kołnierzykiem. Wstałam z ławki i poszłam w stronę kościoła, przy wejściu  dostrzegłam tablicę z ogłoszeniami a na niej wisiało ogłoszenie z datą 23.06.1939 rok… była niedziela. Wchodząc do kościoła stanęłam przed dobrze znanym mi miejscem, pozłacane ramy obrazów, piękne barokowe wnętrze, złote oko w srebrnej oprawie nie dało mi wątpliwości stałam w moim mieście 74 lata wcześniej…  Patrzyłam na ludzi, byli uśmiechnięci, szczęśliwi mieli dużo znajomych i czas aby przywitać się zamienić parę słów. Lecz nadal ciekawiła mnie para z trójką pociech, dwóch chłopców grzecznie stojących przy wózeczku siostry. stanęłam na przeciw tej rodzinki, żeby obserwować jak piękne i sielskie życie było parę tygodni przed wybuchem drugiej wojny światowej, w miasteczku granicznym z Niemcami wtedy to była II Rzesza Niemiecka... Lato tego roku zapowiadało się piękne. Ludzie spędzali dnie spacerując po parku oglądając zamek, piękny barokowy zamek książąt Zbąskich później Garczyńskich. Park był piękny zadbany z wieloma alejkami prowadzącymi  nad jezioro. Czyste błękitne niebo , nie przepowiadało jak wiele się zmieni za parę dni. Poszłam na plażę, spotkałam tam tą mamę z dziećmi, siedziała na kocu dzieci bawiły się przy brzegu. Usiadłam na kępie trawy obok niej wystawiając twarz do słońca był sierpień, początek zbioru upraw z pól. Marysia bacznie obserwowała swoich synów, w pewnym momencie usłyszałam :
- jesteś nowa w naszym miasteczku? – zapytała Marianna
Zdziwiona popatrzyłam na nią
 – tak jestem tu nowa ( w sumie nawet nie bardzo wiedziałam jak się tam znalazłam);
- Ja mieszkam tu od urodzenia, tutaj się wychowałam i teraz wraz z mężem i dziećmi mieszkamy tu. Choć mój mąż pochodzi z daleka mieszkał w Krobi to sporo kilometrów . Przyjeżdżał do mnie rowerem, najbardziej żal mi go było zimą, więc widywaliśmy się wtedy rzadko, pieniędzy brak, bilety drogie i czasem drogi zasypane. Po paru latach odwiedzin postanowiliśmy się pobrać. Mąż zamieszkał, tu ze mną, wiesz on jest stolarzem.
- Piękna historia, mimo odległości, różnych pór roku i przeciwności losu.
- Przeciwności losu , gdzie tam wystarczy wiara i chęci a życie samo się ułoży jak chcesz.
Pomyślałam, że ona ma cudowne życie. Uśmiechała się do ludzi, zerkała na dzieci i malutką córeczkę, która spała w wózeczku. Opowiadała o swoim sielskim życiu:
-Mój mąż jest teraz przy zbiorach, pomaga, abyśmy się nie musieli martwić zimą o pyry, marchew, mięso czy mleko albo masło. Rodzina ma dużo pól i każda para rąk jest potrzebna. O tam wskazała palcem po drugiej stronie jeziora pracuje mąż, piękne miejsca las i pola. Odprowadziłam Mariannę i dzieci do domu, pod kamienicę w której mieszkali, w pięknym mieszkaniu nie dużym na parterze z podwórkiem, ogrodem i dojściem do rzeki. Parę tygodni później przeprowadziłam się na strych w kamienicy nad rodzinką. Malutki pokoik z oknem na rzekę i jezioro, czasem spoglądałam jak ucieka słońce, maluje swoimi promykami korony drzew, taflę jeziora skrzącą się jak lampki na choince. Dni mijały coraz szybciej i szybciej kończył się sierpień nadchodził wrzesień, dostałam pracę w pobliskiej szkole podstawowej, miałam  pracowałam z najmłodszymi w końcu robić to co lubiłam. Te lato było ostatnim beztroskim latem, podczas pobytu w tym mieście zdążyłam zaprzyjaźnić się z mamą dwóch uroczych chłopców Leona i Józia, dziewczynce na imię  było Zosia a mamie Marysia. Ostatnimi dniami sierpnia mówiono coraz częściej o dziwnych sytuacjach przy granicy polsko – niemieckiej. Szeptano o  wojnie… Ale gdzie wojna jedna skończyła się niedawno dopiero, ludzie nie zdążyli podnieść się ze strat. Franek jakby przewidując najgorsze zaopatrywał żonę i dzieci w zapasy, budował różne ziemianki, bo nigdy nie wiadomo. Tato rodzeństwa, stolarz Franciszek,  długo nie cieszył się z obecności dzieci i żony mieszkając na przedmieściach miasteczka 1 września 1939 roku poszedł walczyć za ojczyznę za Polskę. Marianna przepłakała nie jedną noc za mężem. Niemcy źli ludzie, gwałcili kobiety i dziewczynki , bili mężczyzn, starszych i dzieci. Nie mogłam podjąć pracy w szkole nie doszło do tego. Marianna uratowała mi wtedy życie schowała w ziemiance, zaraz po pierwszych strzałach nad ranem 1 września 1939 roku. Jej ze względu na dzieci odpuszczono, lecz inne nie miały tyle szczęścia. Gdy przez miasteczko przetoczyła się pierwsza fala niemieckich wojsk, ujrzałam światło dzienne i szczerze wolałam tego nie oglądać.  Mijał dzień za dniem, dzieci podrastały, Franek nie wraca a żonie rósł brzuch, kolejne dziecko w tak ciężkich czasach. Zaprzyjaźniłam się z Marią , mieszkałam na poddaszu tej samej kamienicy, pomagałam w pracach domowych i opiece nad dziećmi. Minęła jesień nadchodził grudzień, dla mnie miesiąc nadziei, marzeń, miłości i radości z narodzin Jezusa, maleńkiego zbawcy . Grudzień przywitał nas mrozem i śniegiem, ku radości dzieci i zmartwieniu mojej przyjaciółki. Martwiła się tym, że nie ma męża, że wigilia będzie inna niż te poprzednie. Mieszkając parę miesięcy w tym miasteczku poznałam różnych ludzi, między innymi leśniczego, pozostawiony na swoim stanowisku leśniczy Jan miał ponad 30 lat, samotny, mieszkał w lesie wraz z kilkoma rodzinami którzy się tam osiedlili po pierwszej wojnie światowej. Janek został oddelegowany po szkole zaraz na leśniczówkę , takie dziwne były czasy.
Opowiadał  o sobie czasem śmieszne historie, pochodził z okolic Gdańska, znad morza kochał lasy, bo jak ich można nie kochać za piękny zapach w gorące letnie dni.  Za przyjaźniłam się z nim, był miły, wrażliwy, pierwsze wrażenie sprawiał nie dostępnego człowieka. Pod skorupą niedostępności skrył się wrażliwy człowiek. Był trochę wyższy ode mnie, miał brązowe oczy, ciemne włosy i zniewalający uśmiech. Rozmowy z nim przynosiły mi ukojenie od niechybnych myśli gdy żyliśmy w czasach okupacji. Pomógł zdobyć nam opał gdy przyszła sroga zima. 24 grudnia przywiózł piękny świerk. W mieszkaniu zapachniało świerkiem, dzieci przyozdobiły choinkę ozdobami, które znalazły w kartonie na dnie szafy zrobionej przez Franciszka, sporej szafy ze skrzypiącymi drzwiami. Przyozdabianie choinki sprawiało wszystkim wiele radości. Nasza skromna wigilia składająca się z kilku potraw takich jak: opłatek, kapusta z grzybami, kapusta z fasolą i duszonymi pyrami, zupa z ryby, smażona ryba, pierogi z kapustą i grzybami, oraz barszcz. Skromnie i niewiele lecz wolny talerz na stole pozostał czekając na Franka do wspólnej wieczerzy wigilijnej zasiedliśmy wszyscy wraz Jankiem i wolnym miejscem dla strudzonego wędrowca. Wieczór spędziliśmy na śpiewaniu kolęd i pastorałek. Wieczorem Marysia została w domu czekając z nadzieją na Franka, nie mając pojęcia czy żyje, czy gdzieś już został pochowany godnie. Pasterka odbyła się w kościele pod eskortą wojsk niemieckich aby nikt nic nie zrobił przeciwko okupantowi. Tej nocy Janek spał w moim pokoju w moim łóżku ja u Marysi tam gdzie mieszkałam od początku zimy z oszczędności lepiej ogrzewać choć trochę jedno małe mieszkanie niż mieszkanie i pokój na poddaszu. Marysia opowiadała o swoich świętach z mężem, tęskniła za nim mimo iż nic o tym nie mówiła. Z dnia na dzień było jej coraz trudniej kolejna ciąża sprawiała jej trudności, męczyła się szybciej, nogi miała opuchnięte i bez wsparcia swojego ukochanego. W pierwszy dzień świąt doszła nas wiadomość o zbliżających się wojskach Radzieckich. Mieliśmy nadzieję, że tym razem nas ominie inna okupacja. Bardzo się myliliśmy w drugi dzień świąt wraz z switem rozległo się głośne dobijanie do drzwi. Marysia zerwała się na równe nogi choć w jej stanie było to dość trudne. Pobiegła do drzwi , otwierając je miała nadzieję na cud, że to mąż. Myliła się, w progu stało dwóch niemieckich żołnierzy, dwóch następnych z góry sprowadzało Janka w piżamie. Wtargnęli do mieszkania z łóżek siłą wyciągnęli zaspane dzieci mnie za łokieć pociągnęli na korytarz zdążyłam chwycić sweter dla siebie, Marysi i chłopców, Zosię wzięłam na ręce i mocno przytuliłam pod swetrem. Wypchnięto nas bosych nie odzianych na ulicę i nakazano dołączyć do reszty ludzi siedzących na wozie. Wieźli nas nad jezioro, zwozili ludzi z każdej strony z okolic. Na plaży zepchnęli nas z wozów i popychali w stronę zamarzniętej tafli, setki ludzi: bosych, nieodzianych, wystraszonych i zdezorientowanych. Stałyśmy na tafli lody modląc się o cud, Marysia trzymając chłopców za ręce, ja mając Zosię na rękach przytulając najmocniej na świecie, obok mnie stał Janek. Ktoś krzyknął, że będą wysadzać w lód, lód na którym staliśmy wszyscy, wybuchła zwiększona panika, ktoś ruszył do ucieczki, padł strzał. Zapadła cisza, niczym nie zmącona cisza. Wśród żołnierzy zaczęły się szmery, padło parę komend po niemiecku i zaczęli w pośpiechu się wycofywać, uratowało to nas. Wojska niemieckie wyparły wojska radzieckie. Uratowało to wiele ludzkich istnień. Z Marysią połączyła nas niewidzialna nić a Janek stał się najbliższą osobą zaraz po Marysi i dzieciach.
Z Jankiem latem przed Bogiem ślubowaliśmy sobie miłość. W międzyczasie urodziła się Tereska. Po dwóch latach wrócił Franek, ogromna była radość, gdy zapukał do drzwi mieszkania a tam nadal czekała na niego z utęsknieniem żona i czworo dzieci. Doczekali się 7 dzieci, wnucząt lecz tylko Marysia poznała część swoich prawnuków, była wspaniałą drobną, mądrą i kochaną prababcią.



Dziękuję Magdzie Kordel za możliwość spełnienia części moich marzeń, Dzinie za uczepienie się mojej wyobraźni : CHŁOPAKU DZIĘKUJĘ CI. Dziękuję też Ani: kochana bez Ciebie nie było by mnie, Agaci za wieczorne rozmowy, Cioteczce Sabinie, Kasi i Dorci za to, że są i mają ogrom cierpliwości dla mnie.

„Nigdy nie jest za późno, by uwierzyć”

W wigilijny poranek na ulicach Poznania panował bożonarodzeniowy gwar. Wszędzie pełno było ludzi, kupujących w pośpiechu ostatnie prezenty i ojców, którzy dzierżąc na plecach pachnącą świeżym igliwiem choinkę, biegli wraz z dziećmi do domów. Wśród tłumów idących zaśnieżonymi alejkami jarmarku odbywającego się na Starym Rynku była również Ania. Jednak znajdowała się tam w zupełnie innym celu niż pozostali. Święta nie były dla niej nadrzędnym wydarzeniem w ciągu roku, choć była ochrzczona. Nie odnajdowała w tym głębszego sensu, poza tradycją, którą podtrzymywała, z objętością zsiadając do rodzinnego stołu. Jarmark był jedyną rzeczą, którą lubiła w Bożym Narodzeniu. Przechadzając się między kolejnymi straganami mogła obserwować ludzkie reakcje, radości i smutki. Twarze mijanych osób, każda z nich wyrażała coś innego, stawała się początkiem nowej historii, które rodziły się w jej głowie, by potem przelać na papier. Matka, goniąca dziecko; kobieta, pragnąca za wszelką cenę sprzedać ostatnie sztuki jemioły – wszyscy z nich mogli stać się bohaterami opowieści, do których pisania zasiadała zawsze, kiedy matka prosiła ja o pomoc. Kartka i długopis lub książka były zawsze dobrą wymówką. „Przecież ona może to zrobić sama, zamiast narzekać, że ma tyle do roboty” - myślała zawsze, kiedy mama wygłaszała jej reprymendy, że nie potrafi znaleźć czasu na obowiązki domowe.
Krążąc wśród kolejnych stoisk trafiła w miejsce, którego jeszcze nie znała, choć przychodziła tutaj rokrocznie w wigilijny poranek. Lada zastawiona cieńszymi i grubszymi tomiszczami przyozdobiona w świątecznym klimacie była tutaj nie tyle rzadkim, co zaskakujacym widokiem. Nad nią rozpościerał się łańcuch gałązek świerku przelatany lampkami choinkowymi. Zza gór książek widoczna była krępa staruszka, swoim wyglądem przypominająca żonę Świętego Mikołaja, którą nie raz mogła zobaczyć na ekranie telewizora. W głowie zaświtała jej myśl, że to kolejne tandetnie świątecznie stoiska i już chciała odejść, gdy kobieta odezwała się do niej z życzliwością:
- Witaj Kochanie. Czemu taka młoda i ładna dziewczynka nie pomaga w Wigilię mamie?
Ania spojrzała na nią kpiącym spojrzeniem i już planowała odparować coś złośliwego, jednak w ostatniej chwili powstrzymała się, postanowiwszy zwierzyć się tej nieznajomej kobiecie. Nie miała pojęcia dlaczego to robi, ale coś wręcz pchało jej do tej postaci niczym wyjętej z bajki.
- Dlaczego miałabym to robić? Przecież Boże Narodzenie to tylko bezsensowna tradycja, którą rodzice próbują Nam przekazać, byśmy i my zaszczepili w swoich dzieciach ten „świąteczny klimacik”. - powiedziała.
- Ach, to tak. Kiedyś byłam taka jak Ty. Nie chodzi mi o wiek – spojrzała ironicznie – ale o zachowanie i stosunek do świat. Mimo siły wieku uważałam, ze to wszystko – Narodziny Chrystusa – nie mają głębszego sensu, a jest to jedynie „pic na wodę”. - mówiła Pani Mikołajowa, jak nazwała ją sobie w myślach Ania.
- I co się stało, że wszystko się zmieniło? Że przypomina Pani... - Chciała powiedzieć, lecz nie dokończyła.
- Żonę Mikołaja? To miałaś na myśli, prawda? Ktoś otworzył mi oczy. Podszedł pewnego dnia, porozmawiał, podarował książkę. Gdy ją przeczytałam, dopiero wtedy zrozumiałam jaki cel miał gest tego człowieka. Chciał mi bezinteresownie pomóc na nowo uwierzyć, tak, jak ktoś kiedyś pomógł mu. Powiedział, że i na mnie przyjdzie kolej. - mówiąc ostatnie zdanie, wyciągnęła w jej stronę niewielką powieść.
- Ale... - chciała mówić Ania, lecz starsza Pani przerwała:
- Nie pytaj mnie o nic więcej, tylko idź do domu i przeczytaj ją, a gwarantuje Tobie, że nie wszystko będzie już takie czarno-białe jak kiedyś – powiedziała i zaczęła rozmawiać z klientami, którzy niezauważeni przez dziewczynę, kilka minut temu podeszli do straganu i mieli kilka pytań na temat jednego z tomiszczy, jak wynikało z rozmowy z Panią Mikołajową.
Wydawało jej się, iż ich rozmowa dobiegła już końca, choć nie powiedziały sobie „do widzenia”. Nie chcąc przeszkadzać, postanowiła się wycofać. Mimowolnie kierując się w stronę domu, kartkowała maleńką książeczkę, na której widniał tytuł „Nigdy nie jest za późno, by uwierzyć”.

*
„Miałem siedemnaście lat, gdy dowiedziałem się, że pozostało mi zaledwie kilka miesięcy życia. Nie mogłem wybaczyć Bogu, że skazał mnie na to cierpienie. Mnie, który co niedzielę bywał w kościele, mnie, który wydawać by się mógł idealnym synem – dobrze się uczy, jest uczynny i życzliwy wobec innych. Jednak on miał w tym swój cel. Chciał pokazać mi, że zawsze jest szansa na to, by poznać prawdziwego siebie, a przede wszystkim prawdziwego Ojca.”.
Ania przeczytała kilka początkowych zdać, zastanawiając się co może dać jej lektura historii jej rówieśnika, który usłyszał w tak młodym wieku „wyrok” - białaczka w zaawansowanym stadium. Założyła słuchawki na uszy, włączyła muzykę i nie zważając na to, co działo się obok niej, zagłębiła się w lekturę.

*

„Spojrzałem na swoje odbicie w lustrze. Byłem kompletnie łysy. Nie było widać śladu po moich bujnych, ciemnych włosach. Głos we mnie wołał 'dlaczego Boże?'. Kilkanaście miesięcy temu przestałem się modlić. On odwrócił się plecami do mnie, dlaczego więc mam nadal trwać obok i wierzyć, że przyjdzie zapowiadane Zbawienie? To niesprawiedliwe. Dlaczego życie ludzkie jest tak kruche? Przecież Bóg mówił, że stworzył człowieka na swoje podobieństwo. Miałem go za oszusta.”

*

„Matka siedzi przy moim łóżku i płacze, kiedy jest pewna, że śpię. Nienawidzę go za każdym razem, gdy słyszę jej łkanie. 'Widzisz co narobiłeś?' - myślę. 'Przez Ciebie ona płacze' – krzyczy głos wewnątrz mnie. Nie umiem się już modlić, nie umiem wierzyć, że Chrystus narodził się by umrzeć za Nas i zbawić człowieka. Gdyby chciał mojego dobra, nie umierałbym teraz, gdy dopiero zaczynam życie.”
*

„Wczoraj poznałem Krzysia. Niewiele młodszy ode mnie. Również ciężko chory – już od kilku lat borykał się z białaczką. Przechodził kolejne chemie, cały czas walczył z przeciwnościami. Uczył się, czytał książki, miał marzenia. Chciał studiować medycynę. Wydawało mi się to irracjonalne. 'Przecież on umrze, nie dotrwa nawet matury' – myślałem. Jednak od Krzysia, mimo jego słabości, biła ogromna radość. Kiedy zapytałem go czy nie sądzi, że Bóg się od Nas odwrócił, spojrzał na mnie, jakby zastanawiając się czy na pewno mówię serio i roześmiał się. W życiu nie pomyłabym, że ktoś, kto dostał taki sam „wyrok” jak ja może śmiać się z taką radością. 'Przecież on został skreślony przez Boga' – myślałem, mając ogromną ochotę powiedzieć mu bez ogródek co siedzi mi w głowie. Wtedy on, opanowawszy rozbawienie powiedział z mądrością i tak wielką dojrzałością, której na pierwszy rzut oka wręcz nie mógł posiadać: ' Wiesz dlaczego Chrystus Nas doświadcza, dlaczego chorujemy i bliższa staje Nam się śmierć? Sprawia, że inaczej zaczynamy patrzeć na świat. Dostrzegamy jego najmniejsze dobra, to, co dla oka niewidoczne. Zaczynamy patrzeć sercem i innym nieść świadectwo ludzkiej niezłomności w dążeniu do celu.' Patrzyłem na niego oniemiały. 'A gdy umrzemy?' - zapytałem nieśmiało. 'Nie umrzemy. Pozostaniemy w ludzkich sercach, pamięci, wspomnieniach. Tu, na ziemi mamy swój mały pokoik, często niewielki, a nawet dzielony z rodzeństwem. Pan przygotował dla Nas miejsce w niebie, obok niego'.

*

„Długo myślałem po rozmowie z Krzysiem. Wieczorem po raz pierwszy od ponad roku ukląkłem i spróbowałem z Tobą rozmawiać.”

*

„Krzyś wczoraj umarł. Ciężko patrzyło mi się na łzy jego bliskich. Sam zżyłem się z nim. Był kimś niezwykłym. (…) Dzięki niemu zrozumiałem, że nigdy nie jest za późno by odrodzić się na nowo i uwierzyć. Dzięki niemu zobaczyłem, to, obok czego dawniej, gdy byłem zdrowy, przechodziłem obojętnie. Zrozumiałem, że rodzina i przyjaciele są swoistym darem od Boga, dzięki którym możemy poznać czym jest miłość, radość, szczęście, a nawet smutek i żal. Doświadczyć tego, co ludzkie, a niekoniecznie zawsze bezbolesne. Zrozumiałem, że warto szanować to, co otrzymałem od Boga zupełnie bezinteresownie, po prostu z miłości.”

*

Ania uniosła głowę znak lektury, lekko przymykając prawą dłonią ostatnią stronę książki. Dopiero teraz, gdy skoczyła czytać, usłyszała dobiegające z kuchni głosy i pobrzękiwanie naczyń i garnków. Już na kilka dni przed Wigilią zapowiadała, że nie kiwnie nawet palcem przy przygotowaniach do tego „durnego” wg niej święta. Nigdy nie rozumiała istoty Bożego Narodzenia,wręcz uważała narodziny Chrystusa za mocno skomercjalizowane. Wszędzie wokół pełno było gwiazdorków, reniferów i bałwanków z czekolady, a także lampek choinkowych oraz innych ozdób, których widok wcale nie powodował uśmiechu na jej twarzy. Podświetlane żłobki i przeogromne drzewka stojące w sklepach już od połowy listopada również wydawały jej się durną tradycją. „Przecież Jezus narodził się w ubóstwie, więc po co ten przepych?” - nie raz przychodziło jej się nad tym zastanawiać.
Jednak z przeczytaną książką coś się w niej odmieniło. Zdała sobie tak naprawdę sprawę, że nie ważny jest ten wszędobylski świąteczny gwar, którego tak nie lubiła. Chrystus nie przyszedł po to, by ludzie chcieli na pokaz tworzyć zapierające dech w piersiach ozdoby czy bogato zastawiali stół ten jeden dzień w roku. Jezus swoimi narodzinami, z dala od ozłacanych pałaców, przyniósł człowiekowi miłość, radość i szczęście. Najważniejszym nie jest dawać, czy brać, lecz doceniać to, co mamy, nawet najdrobniejsze szczegóły, które otrzymujemy, wywołujące mimowolny uśmiech na twarzy.
I ostatnie zdanie książki – wiedziała, że nie może tego puścić gdzieś w niepamięć, musi wykonać swoja małą misję i pomóc przywrócić wiarę w sens Narodzin Chrystusa kolejnej osobie. W głowie pojawiła się myśl. Na ostatniej stronie zostawiła po sobie ślad – zapisując swoje imię z dopiskiem „URATOWANA”. Szybko spakowała do małej brązowej torby książkę i wbiegła do kuchni. Nie mogła tak po prostu wybiec z domu bez słowa wyjaśnienia. Może i dawniej zrobiłaby to, jednak już nie teraz.
- Mamo, muszę wyjść. - mówiła z podekscytowaniem. - Do Tomka – uprzedziła jej pytający wzrok. - jak przyjdę pomogę Młodej ubierać choinkę, posmażę ryby i nakryję do stołu. Będę za godzinę. Kocham Was! Pa.
I tak, pozostawiając zszokowaną mamę i babcię wybiegła. Starsza z kobiet nie mogła wręcz uwierzyć w tą nagłą przemianę (bo na to właśnie wyglądało) wnuczki.
- A co się stało Ani? - zapytała, jednocześnie mieszając barszcz, o którym w ostatniej chwili sobie przypomniała.
- Nie wiem mamo, chyba to wigilijny cud. - odpowiedziała młodsza z pań, lepiąc pierogi.
- A ten... jak mu było? Tomek? - dopytywała babcia Ani.
- To jej kolega z klasy. Biedny chłopak – ojciec pił gdy on był już mały, a nawet bił jego matkę. Gdy miał pięć lat zmarł. Alkohol okazał się jego gwoździem do trumny. Tomek obwiniał o wszystko matkę, nie miał z nią dobrego kontaktu. Jest pod nadzorem kuratora. Nauczycielka poprosiła Anię, by pomogła mu z fizyką, bo dzieciak zdolny, ale swoje za uszami ma i sprzyja z nieciekawym towarzystwem.
Rozmawiały by dalej, jednak do kuchni wbiegła Młoda z dziadkiem, którzy właśnie wracali z kościoła z opłatkami.

*
W kamienicy przy ul. św. Marcina w jednym z mieszkań na poddaszu głośno rozbrzmiał dzwonek. Ktoś uporczywie dobijał się do drzwi. Tomek nie miał pojęcia kto to może być, zwłaszcza w wigilijne południe – wszyscy zajmowali się przygotowaniami do wieczerzy. Z niechęcią wstał z łóżka – liczył, że po raz kolejny uda mu się po prostu przespać Boże Narodzenie. Gdy w końcu po kilkuminutowym mocowaniu się z zacinającym się już od dłuższego czasu zamku, wśród licznych przekleństw i złorzeczeń otworzył, ku swojemu zdziwieniu po drugiej stronie zobaczył Anię – dziewczynę, która chodziła z nim do klasy.
- Cześć! - Krzyknęła radośnie, choć jej policzki były zaczerwienione od panującego na dworze chłodu i nie bacząc na to, iż stał w samej pidżamie w przejściu, weszła do korytarza i zaczęła ściągać zimowe ubranie.
Zdezorientowany chłopak pospiesznie zakluczył drzwi i ze zdziwioną miną spoglądał na Anię odrzucającą na bok buty i pospiesznie upychającą w kieszeni płaszcza rękawiczki. Kiedy się rozebrała, znów ignorując Tomka, weszła ku jego zaskoczeniu do pokoju kolegi. Było to o tyle zaskakujące, że Anka bywała u niego bardzo rzadko i za każdym razem umawiali się co do dnia i godziny. Nie mając pojęcia jaki jest cel jej dzisiejszej wizyty, bo przecież nie umawialiby się w taki dzień by się uczyć, wszedł za nią, zamykając drzwi.
- Przepraszam za ten nieporządek, bo ja.. - chciał mówić dalej, lecz dziewczyna mu przerwała.
- Tak, wiem – wstałeś dopiero. Rozmawialiśmy już kiedyś o naszych świątecznych przyzwyczajenia – powiedziała z uśmiechem, nie zamierzając kończyć. - Sęk w tym, że... hm... Chciałabym Tobie podarować coś, dzięki czemu moje myślenie, a i z pewnością moje życie, odmieniło się.
Tomek spojrzał na nią pytającym wzrokiem, a Ania wyjęła z torebki, której nie zauważył, gdy wchodziła, niewielką książkę.
- To zaledwie sto pięćdziesiąt stron. Koniecznie przeczytaj dziś. Uwierz mi, pomoże.
- Ale w czym, Aniu? - zapytał, kiedy w końcu dała dojść mu do głosu.
- Dziś jest Wigilia, wiesz? Nigdy nie lubiłam tego święta. Nie rozumiałam po co ludzie robią taki wielki szum wokół Narodzin Chrystusa. Urodził się, nauczał, a potem zmartwychwstał podobno za Nas – tak kiedyś myślałam. Ale kiedy dziś rano byłam na jarmarku spotkałam pewną kobietę. Zamieniłam z nią kilka zdań, aż w pewnym momencie podała mi książkę, mówiąc, że musi mi pomóc na nowo uwierzyć. Dodała jeszcze, że mam później również komuś dać taką szansę. Wtedy nie wiedziałam o co jej chodzi. - spojrzała na niego, wyczekując reakcji.
Tomek pomyślał, że nigdy nie widział nikogo, kto mówiłby z taką szybkością. Nie wiedząc co powiedzieć, z nieśmiałością chwycił powieść, którą wyciągała w jego kierunku. Przekartkował kilka pierwszych stron, po czym stwierdził:
- Ok. Spróbuję. Ale nie wierzę w to, że tak niewielka książeczka w ciągu kilkudziesięciu minut czytania może zmienić moje myślenie. To przecież niemożliwe.
- Spójrz na mnie. Czy uwierzyłbyś jeszcze wczoraj, że to wszystko – Jego Narodziny i śmierć – przestaną mi być obojętną, a nawet uciążliwą częścią mojego życia?
Z przekonaniem pokiwał przecząco głową. Znał Anię nie od dziś, mimo że wszyscy od niego raczej stronili, ona normalnie z nim rozmawiała, często zwierzała się nawet z rodzinnych zgrzytów. Wiedział, że nie mogłaby go okłamać.
- To ty się bierz do roboty – mówiła stojąc już w przedpokoju i zakładając buta, jednocześnie skacząc na prawej nodze. - A ja biegnę pomóc mamie i babci.
Tomek nadal patrzył na nią zszokowanym spojrzeniem.
- Co się tak patrzysz? Idź czytaj, a potem zrób to, co będzie dyktować Tobie serce. - mówiła Ania, zapinając ostatnie guziki płaszcza. W głębi duszy liczyła, że pierwszą rzeczą, którą zrobi chłopak po lekturze, będzie rozmowa z matką. Nie taka jak zwykle, lecz pełna ciepła i wzajemnej miłosći.

*

Dochodziła piąta, a w budynku przy ul. Ratajczaka właśnie wnoszono tradycyjne dwanaście potraw na stół. W salonie panowała świąteczna atmosfera. Choinka, kolędy płynące z głośników radia, sianko pod obrusem i jemioła, którą najstarszy mężczyzna właśnie wieszał nad stołem, powodowały, że wszystko było niemalże dopięte na ostatni guzik.
- Aniu jeszcze ryby – wołała mama z kuchni. - postaw tam obok kiszonej kapusty – wtórowała jej babcia.
- Już już, tylko telefon, dzwoni Tomek, muszę koniecznie odebrać.
Wbiegła do pokoju, który wspólnie dzieliła z Młodą i pospiesznie nadusiła zieloną słuchawkę, błagając w duchu, by chłopak nie zaprzestał prób połączenia się z nią.
- Cześć, przepraszam, że nie odebrałam od razu, ale – chciała wypalić jak z procy, jednak kolega przerwał jej w pół zdania.
- Dziękuję Aniu. - powiedział z taką wdzięcznością w głosie, że Ania zastanawiała się czy po drugiej stronie na pewno jest chłopak, z którym rozmawiała po południu. - Przeczytałem książkę, którą mi dałaś. Przez chwilę byłem niesamowicie rozdarty, tak jakby zawieszony pomiędzy rzeczywistością, a jawą. Coś tchnęło mnie, wstałem i poszedłem do kuchni. Oczywiście zapomniałem, że po Twoim wyjściu nie zdążyłem nawet przebrać się w normalne ubranie i matka na samym początku spojrzała już na mnie z wyrzutem. Ale mimo wszystko udało Nam się porozmawiać. Popłakała się, kiedy powiedziałem jej wszystko, co leżało mi na sercu i opowiedziałem o książce. Zrozumiała, że naprawdę ją kocham. - zawiesił na chwilę głos.
Ania z uśmiechem na twarzy i nutką wzruszenia słuchała opowieści kolegi.
- Jesteś moim małym Aniołem. Dziękuję. Zostawiłem z tyłu imię kolejnego „URATOWANEGO” i podarowałem już książkę temu, komu trzeba. Powieść ruszyła w świat, a ja wierzę. Nie tylko w Niego, ale i w to, że będę mógł być dla kogoś takim „Aniołkiem”, a historia zatoczy koło. - Powiedział z podekscytowaniem w głosie.

Gdyby stał obok, przytuliłaby go. Był w końcu człowiekiem, któremu udało jej się darować nowe, lepsze życie.  

W TAKĄ NOC...

Bóg się rodzi...

Minęła dopiero szesnasta, a jednak wszędzie wokół panowała nieprzenikniona ciemność. Ze skłębionych obłoków spadały grube płatki, przystrajając śnieżną bielą czarne do tej pory wstęgi dróg.
"Spełniły się ciche nadzieje na białe święta", pomyślała.
Przez przyprószone śniegiem szyby samochodu dostrzegała okna domów, rozświetlone migoczącymi lampkami. W niektórych z nich majaczyła sylwetka dziecka, uparcie wypatrującego pośród chmur pierwszej gwiazdki.
W takie dni jak ten nikt nie powinien być sam. Na co dzień to znane jej tak dobrze uczucie samotności dawało się ujarzmić. Wydawało jej się, że trzyma je w jakiejś niewidzialnej klatce jak dzikie zwierzę, które powoli zaczęła oswajać. Dopiero w takie dni jak ten, gdy niebo ziemi słało życzenia okazywało się, że ta dzika samotność wcale nie jest aż tak oswojona jakby się wydawało.

Moc truchleje...

Silnik samochodu nagle zaskrzypiał, zawarczał i umilkł. Ze złości miała ochotę krzyczeć i tupać nogami. Zamiast tego powoli wysiadła z samochodu. Mroźne powietrze bardzo szybko ochłodziło jej rozpalone policzki.
Rozejrzała się wokoło, w jednej chwili zdając sobie sprawę z tego, że nie wie, gdzie się znajduje. Okryty miękką bielą świat zupełnie się zmienił. Umilkł. Zastygł w oczekiwaniu.
Z dużej, przepastnej torebki wyjęła telefon. Ten zaświecił się kilka razy, jakby mrugając kokieteryjnie, po czym zgasł.
- Wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie i to w taką noc... - powiedziała do siebie na głos. Po jej zmarzniętym policzku spłynęła łza, ginąc w warkoczowych splotach grubego błękitnego szalika. Tylko jedna. Wszystkie inne wypłakała już dawno temu.

Pan niebiosów obnażony...

Mróz przybierał na sile. Z każdą upływającą minutą czuła, że zaczyna kostnieć z zimna. Brnięcie przez świeżo napadany śnieg w poszukiwaniu stacji benzynowej czy jakiejkolwiek ludzkiej siedziby też nie było dla niej sprawą łatwą. Przyspieszony oddech zamieniał się w obłoczki pary.
Upadła. Dźwignęła się z trudem.
- Muszę iść dalej - z zakamarków pamięci przywołała słowa, które tak często słyszała w dzieciństwie.
Nie wiedziała, ile czasu już tak szła. Godzinę? Dwie? A może całą wieczność?
Nie wiedziała, ile razy upadała. Już dawno straciła rachubę. Popadła w dziwne odrętwienie, w którym jawa mieszała się ze snem. Otrzeźwił ją ledwie wyczuwalny dotyk, jakby ktoś przyłożył nadspodziewanie delikatną dłoń do jej zamieniającego się powoli w sopel lodu policzka.
Pomiędzy drzewami zamajaczyło nikłe, drżące światełko. To ono ją prowadziło, choć nie miała pojęcia dokąd idzie. Ono i dźwięk, który bardzo przypominał jej tony wydawane przez kryształowe dzwoneczki zawieszone tuż przy drzwiach wejściowych domu z czasów jej dzieciństwa. Drgały leciutko, gdy ktoś je otwierał.
Resztką sił przebyła ostatnie kilkadziesiąt metrów. Delikatnie zapukała w solidne drewniane drzwi, oświetlane przez jasny lampion. Otworzyły się prawie w tym samym momencie, w którym w nie zapukała.
- Czekaliśmy na ciebie...
Nim osunęła się na ziemię tracąc przytomność, zdążyła jeszcze dostrzec, że nad drzwiami oprócz lampionu zawieszono kryształowego anioła. Drgał leciutko, poruszany zimowym wiatrem. I poczuć, jak silne ręce mocno ją chwytają, nie pozwalając upaść na twardy cement.

Ogień krzepnie...

Ciężkie powieki uchylały się powoli, niechętnie. Na ustach poczuła smak ciepłego napoju. Kompot z suszonych owoców. Smakował niemal tak, jak w dzieciństwie. W jednej sekundzie otworzyła oczy. Jej błękitnookie spojrzenie spotkało się z innym. Wpatrywały się w nią zielone, otoczone firanką gęstych rzęs, roześmiane oczy sześcio-, może siedmioletniej dziewczynki.
Ścisnęło jej się serce, a dłoń bezwiednie zacisnęła w pięść.
- Myślałam, że żaden zbłąkany wędrowiec już nas nie odwiedzi, a przecież specjalnie, razem z tatusiem, przygotowaliśmy dla niego dodatkowe nakrycie - to były pierwsze słowa, jakie usłyszała tego dnia. Słowa płynące z ust małego dziecka.
- Julianko, nie męcz pani - w pokoju, gdzie się znajdowała, pojawił się mężczyzna. Niósł w dłoniach parujący półmisek. Poczuła aromat pierogów z kapustą i grzybami, które uwielbiała od zawsze, a które tylko w białą jak opłatek Wigilię smakowały najlepiej.
- Ale tatooo, pani się już obudziła... - dziewczynka podeszła do ojca. Mężczyzna delikatnie pogładził ją po głowie, uprzednio postawiwszy na stole półmisek.

Blask ciemnieje...

- Przygotowaliśmy już kolację wigilijną. Będzie nam miło, jeśli zje pani z nami. Proszę poczekać - wypowiedziane przez mężczyznę słowa zatrzymały ją w pół ruchu. - Pomogę pani wstać. - Poczuła jak jej szczupłe palce obejmuje silna dłoń. Ta dłoń uchroniła ją dziś przed upadkiem. W swej prawej dłoni poczuła rękę Julianki.
Drewniana podłoga przyjmowała nierówny rytm kroków, gdy podchodziła do stołu. Kuśtyk, kuśtyk, kuśtyk... Ciężko i z widocznym trudem opadła na krzesło.

Ma granice nieskończony...

- Podzielimy się opłatkiem? - zapytał mężczyzna. Jej jednym potwierdzeniem było nieznaczne skinienie głową. Nie padły już żadne słowa, nawet słowa życzeń, bo czasem nie trzeba wcale ich wypowiadać. Spokojną ciszę zakłócał jedynie trzask łamanego opłatka.
Gdy tak siedziała otoczona ciepłymi spojrzeniami dwójki ludzi, mężczyzny i jego kilkuletniej córeczki, o których istnieniu jeszcze wczoraj w ogóle nie miała pojęcia... Gdy patrzyła na pięknie przystrojoną choinkę, która przywodziła jej na myśl leśną królową... Gdy czuła w ustach smak przygotowanych z miłością potraw, zrozumiała, że w taką noc jak ta, w noc wigilijną, naprawdę mają miejsce cuda. Że w jej sercu narodził się jeden z nich. To cud nadziei.
Nadziei na lepsze jutro. Nadziei na delikatne jak porcelana szczęście zamykające się w spojrzeniach dwóch osób, które przyjęły ją pod swój dach, jakby znały ją od zawsze. Nadziei mieszczącej się w dłoni i przytuleniu małej Julianki i ciepłych brązowych oczach Mateusza.
Kryształowy anioł zadrżał leciutko poruszony wiatrem.
Przecież wszystko dzieje się po coś...


W taką noc jak ta, noc wigilijną, cuda naprawdę się zdarzają. A jedna łza, która zginie w grubych warkoczach błękitnego szalika, choć wypłakana ze smutku, może być początkiem szczęścia. Takiego cichego zwyczajną codziennością, lecz właśnie dlatego bardzo cennego. Cennego jak wszystko to, co jest dla nas najdroższe...

Zacząć od nowa

Dla Karoliny ostatni rok był bardzo trudny, pochowała mamę, wyjechała do innego miasta, rozpoczęła pracę, której początki były różne. Na szczęście miała wokół siebie przyjaciół, którzy wspierali ją i motywowali do działania. O ile ból po utracie mamy był nadal duży, o tyle w pracy układało się jej coraz lepiej. Współpracownicy okazali się być bardzo sympatyczni, a sama praca satysfakcjonująca. Szef jest wyrozumiały i gdy popełniała błędy przyjmował to ze spokojem, bo szybko się uczyła. Teraz jednak był drugi dzień świąt i razem z Adamem jechała do swoich przyjaciółek, Oli i Agnieszki, których dawno nie widziała. Stęskniła się za nimi no i Adam bardzo chce je poznać, ostatnio spędzają mnóstwo czasu razem i zdążył je poznać przez Skypa oraz telefon. Podczas ostatniej rozmowy dziewczyny usilnie próbowały ją przekonać o tym, że chłopak chce być dla niej kimś więcej niż tylko przyjacielem. Karolina początkowo śmiała się z tego, ale teraz czekając na Adama, który ma podjechać po nią samochodem, zaczyna uświadamiać sobie, że one mogą mieć racje. Od jakiegoś czasu czuć między nimi jakieś napięcie, Adam jej często dotyka, a ją wtedy przechodzą lekkie dreszcze. I te jego ciepłe i intensywne spojrzenie. Od początku się dogadują, on rozumie ją, jak nikt inny i zawsze może na niego liczyć. Ona sama czuje się przy nim swobodnie i wie, że może być sobą. Może… Rozmyślenia dziewczyny przerwał dzwoniący telefon, który odebrała automatycznie, bez patrzenia kto dzwoni,
- Słucham?
- Cześć, jestem już pod Twoim domem. Wejść po ciebie, czy dasz sobie radę? – usłyszała ciepło brzmiący głos chłopaka.
- Już schodzę, mam tylko plecak i jedna torbę więc sobie poradzę. – odpowiedziała ze śmiechem, rozłączyła się, chwyciła bagaże i pobiegła do samochodu.

***

Adam czekał oparty o samochód i wypatrywał dziewczyny, która zaprząta mu myśli od dłuższego czasu. Podobała mu się nie tylko z wyglądu, ale i z charakteru, od niedawna dawał jej sygnały, że chciałby być z nią, ale jest na tyle roztrzepana i niepewna siebie, że chyba ich nie spostrzegała. Bo w to, że z nim pogrywa nigdy nie uwierzy, nie ona. Zamyślony nie zauważył podchodzącej z boku Karoliny, która przyskoczyła do niego z radosnym okrzykiem.
- Bu! – powiedziała ze śmiechem i dała mu buziaka w policzek, poczym się odsunęła i uśmiechnęła. – Jedziemy? Musimy jeszcze po drodze zgarnąć Ole.
- O ty! Nie strasz kierowcy, roztrzęsiony nie będę mógł prowadzić samochodu. - odparł chłopak ze śmiechem zabierając jej torby i wrzucając do bagażnika. Następnie podszedł do drzwi od strony pasażera i otworzył je dziewczynie z powagą zapraszając do środka.
- Wariat jesteś, wiesz o tym, nie? - oparła wsiadając i zapinając pasy.
- A i owszem, zwariowałem na twoim punkcie. - Odparł z szelmowskim uśmiechem, po czym zamknął drzwi okrążył samochód i sam wsiadł.
- To co? Jedziemy? – zapytał i ruszył gdy Karolina skinęła twierdząco głową.

***

Podróż do Oli trwała kilka godzin, ale im minęła bardzo szybko, rozmawiali, słuchali muzyki, albo po prostu milczeli. Obydwoje czuli też, że coś się między nimi zmienia, ale to nie czas na takie rozmowy. Było im dobrze razem, a to w tej chwili było najważniejsze.
- Wiesz, że dziewczyny mogą być trochę… hm… bezpośrednie, prawda? Obydwie mówią zawsze co myślą i często robią to bez owijania w bawełnę. Są też bardzo otwarte, o czym zdążyłeś się już przekonać, ale ja je bardzo lubię. Są dla mnie jak siostry. - Karolina kawałek od domu zaczęła nerwowo mówić. Bardzo zależy jej na tym by Adam i przyjaciółki przypadli sobie do gustu.
- Karolina, spokojnie. Trochę się już poznaliśmy i wydaje mi się, że się polubimy. Dzwoń lepiej do Oli by się szykowała, bo zaraz będziemy. - odpowiedział jej spokojnym głosem i zerkał z ukosa na nią gdy rozmawiała z jedną z przyjaciółek. Wiedział, że się denerwuje, ale wiedział też, że nie ma powodu. Skoro ona je lubi to i on je polubi.

***

Po tym jak zgarnęli Olę od razu ruszyli do Agnieszki, która już z trzy razy pisała z zapytaniem gdzie już są. Trasa była dość długa, ale ulice były puste, no i w samochodzie było wesoło. Adam ze śmiechem przysłuchiwał się rozmowie Karoliny z Olą i sam momentami nawet się wtrącał, czasem by podroczyć się z Karoliną popierał jej przyjaciółkę, a czasem stawał po jej stronie. Okazało się, że miał racje i z miejsca poczuł coraz większą sympatię do Oli.

***

Po kilku godzinach dotarli do celu, był już późny wieczór, ale śnieg, który wszędzie leżał powodował, że było dość jasno. Gdy podjechali pod dom Agnieszki dziewczyny pierwsze wysiadły z samochodu i pobiegły do tej stojącej w drzwiach i zaczęły się przytulać, witać i przekrzykując wzajemnie przekazać mnóstwo ważnych informacji. Tym czasem Adam wziął ich torby, zamknął samochód i poszedł w kierunku roześmianej gromadki.  Gdy do nich podszedł ze śmiechem zaczął mówić.
- Ze mną tak czule Karolina się nie wita, chyba muszę rzadziej się z nią spotykać. Cześć Agnieszka, miło cię poznać oficjalnie.
- Cześć Adam. No wiesz, skoro ona nie chce się z tobą tak witać musisz to zmienić. - odpowiedziała nie robiąc sobie nic z oburzonego wzroku Karoliny. - No ale wchodzicie do środka, nie będziemy stali na dworze.
- No chyba będę musiał zacząć się tak na nią rzucać.- odpowiedział przepuszczając dziewczyny przodem i puszczając do zarumienionej Karoliny oko.

***

Agnieszka pokazała Adamowi gdzie będzie spał, dziewczyny były tu już tyle razy, że czują się jak u siebie, i dała wszystkim czas na odświeżenie się po drodze, sama zaś poszła nastawić wodę i podgrzać jedzenie. Po jakimś czasie wszyscy zebrali się w kuchni, wspólnie dokończyli przygotowywanie jedzenia, podczas kolacji cały czas rozmawiali i się śmiali. Agnieszka i Ola z rozbawieniem obserwowały jak Adam z Karoliną krążą wokół siebie, od razu widać, że tych dwoje musi być razem, a po zachowaniu Adama zauważyły, że stanie się to szybciej niż przypuszczały. I jedna i druga bardzo się ucieszyły, gdy zauważyły, że chłopak zbliża się do Karoliny coraz bliżej, była wystarczająco długo sama, i przy nim nie jest już taka smutna.

***

Trochę później wszyscy przenieśli się do salonu i rozsiedli gdzie się da: Ola i Agnieszka zajęły fotele, Adam z Karoliną zajęli kanapę. Podczas rozmowy, w której chłopak dowiedział się dokładnie jak to było z ich poznaniem się, opowiedziały mu też kilka ciekawych, zabawnych oraz wzruszających historii. Jeszcze zanim poznał je osobiście zauważył, ze są z Karoliną bardzo zżyte, a teraz zobaczył jak bardzo. Widać jak na dłoni, że ta trójka mimo dokuczania sobie jest dla siebie jak rodzeństwo. Cieszył się, że Karolina ma tak oddane przyjaciółki i że one go zaakceptowały. Oczywiście i on musiał powiedzieć trochę o sobie, nawet nie wiedział kiedy, powiedział pod czas jednego wieczoru więcej niż komukolwiek wcześniej.  Nie mógł się jednak oprzeć dziewczynie siedzącej obok niego, która w trakcie rozmów trafiła w jego ramiona i zafascynowana słuchała co mówił. Nawet nie zauważyli kiedy minęła druga w nocy, a że Agnieszka niestety szła rano do pracy wszyscy rozeszli do siebie.

***

Adam po śniadaniu porwał Karolinę na spacer i teraz spacerowali po jakimś parku obok domu Agi, który cały ośnieżony wyglądał jak z bajki. Szli obok siebie, milczeli, ale nie czuli się skrępowani. On układał sobie w głowie co chce powiedzieć, a ona cieszyła się tym, że są razem, czuła też, że on chce o czymś porozmawiać… i czekała.
- Karolinko?
- Tak?
- Chciałbym ci coś powiedzieć, ale boje się, że mi uciekniesz za nim skończę.
- Słowo harcerza, że nie zwieję. – Karolina odpowiedziała na to z uśmiechem.
Chłopak zatrzymał się, odwrócił twarzą do dziewczyny i splótł ich palce razem, po czym ze spokojem zaczął mówić.
- Od jakiegoś czasu czuję do ciebie coś więcej niż przyjaźń, od samego początku mi się podobałaś, a za każdym razem gdy pozwalałaś mi zbliżyć się do siebie coraz bliżej czułem, że… się w tobie zakochuje. Wiem, że to może być dla ciebie szok, że możesz mieć opory, ale, proszę, daj mi szansę, daj nam szansę. Obiecuję, że…
Chłopak pewnie mówił by tak jeszcze bardzo długo gdyby Karolina nie przerwała tego potoku słów pocałunkiem. Wspięła się na palce i przywarła do jego ust, a on po chwilowym szoku oplótł ją ramionami i przyciągnął do ciebie najmocniej jak mógł i odpowiedział na pocałunkiem. Zatraceni w nim nie zauważali otoczenia, byli tylko oni, gdy obojgu zabrakło powietrza oderwali się od siebie, ale nadal stali przytuleni.
- Dobrze Adam, spróbujemy - powiedziała z uśmiechem. - Nie jest ci potrzebna mowa, też chcę spróbować. Dobrze mi z tobą, czuję się ważna, bezpieczna i… teraz już wiem, że kochana. Chcę zacząć żyć, chcę być szczęśliwa… z tobą - mówiła to wszystko patrząc Adamowi prosto w oczy.
- A ja przygotowałem sobie taką piękną mowę!
- Cóż, będziesz musiał nią przekonać dziewczyny.
- Żartujesz, prawda?
- Jakbym mogła w takiej sprawie!- odparła próbując utrzymać powagę, niestety z marnym skutkiem, bo po chwili zaczęła się śmiać w głos.
- Osz ty! Ja ci pokaże…
- No co mi zrobisz?

- Nie wypuszczę cię, już nigdy…

Świąteczna namiętność we Francji. 

Tych pięknych wierszy  Szymborskiej uczyłam się kiedyś na pamięć: W banalnych rymach, Zakochani, Jawność, Przy winie, Podziękowanie, Miłość szczęśliwa, Urodziny.  To moje egzaltowane  opowiadanko to oczarowanie poezją naszej wybitnej poetki. Wydawało mi się wtedy, że to bardzo oryginalny pomysł, takie łączenie form. Zwierzałam się w swoim pamiętniku parę lat temu, kiedy obecny mąż był jeszcze narzeczonym i jawił  się moim największym szczęściem. Cytaty poetki kursywą.

To taka duża radość, pięknie udekorowane mieszkanie na Święta, wiszące gwiazdeczki w oknach, błyszcząca, dumna choineczka, lampiony, pierniczki, świecidełka. Blask spływających świeczek w aureolce ozdobionej reniferkami, zieloną gałązką i  anielskim śniegiem.
Ale jest jeszcze większa radość niż nastrój świąteczny. To koperta podpisana twoją ręką.  Czy ktoś jeszcze wysyła listy zwykłą pocztą, nie mailową? W kopercie bilet na pociąg TGV z Paryża do Beziers. Bilety lotnicze można przesyłać pocztą elektroniczną, a pociągowe tkwią w aurze dawnego staroświeckiego świata. Można je zamówić przez internet, ale wykupuje się osobiście na dworcu. Przynajmniej tak jest we Francji. Mój bilet lotniczy do Paryża już od dawna leżakuje sobie na mojej poczcie. Czekał na kopertę z pieczęcią w Beziers, aby jego ważność już tak ostatecznie została usankcjonowana.
A teraz jeszcze większa radość niż wszechogarniający nastrój świąteczny. Już tylko dwa dni do odjazdu.  Walizka wypełniona piękną koronkową bielizną, wydekoltowanymi bluzeczkami, słodkimi sukienkami i pończoszkami. Czy to odpowiednia garderoba na grudzień? Tak, bo w mieszkaniu przy rue Hoche będzie ciepło od naszych gorących oddechów, od naszej radości, od zapalonych świeczek, od wesołego kominka, który dla mnie zapalisz. Nie będę udawała zgnębienia krzepiąc tym przyjaciół, przygotowując się do wyjazdu, że dzieci zostawiam, że jestem złą matką, tak by chcieli usłyszeć.
Jakby wieczność upłynęła od naszego ostatniego spotkania. Pięć, sześć tygodni? On mówił, że będzie tylko cztery, kiedy rozstawaliśmy się ostatnio. Tak zabawnie przysięgał, że tylko cztery tygodnie, a ja i tak wiedziałam, że będzie sześć tygodni.  Ale kiedy nas rozdziela siedem gór i rzek, są to góry i rzeki dobrze znane z mapy .
Jak ten lot szybko minął i Paryż festiwalem świateł mnie nie zaczarował. Nie bawi mnie samotny spacer wzdłuż bajkowej Champs Elysee, nie zachwyca feeria rozświetlonej wieży Eiffla i wszystkich innych próżnych, bo pięknych budowli Paryża. Ja chcę tylko na Gare de Lyon, na pociąg do Beziers.  Niech krajobraz mknie za krajobrazem, niech pociąg sunie na tych swoich magnetycznych poduszkach, jak najszybciej potrafi. Wypiję podwójnego drinka, moje ulubione Mojito, żebym potem znużona mogła przespać tę podróż. Bo ja jestem urojona, urojona nie do wiary, urojona, aż do krwi
I ta największa radość, w ten wieczór już będziemy razem. Któryż to raz przyjeżdżam już na dworzec do Beziers?
Ty na peronie, a ja cała drżąca, że już teraz, już za chwilę, będziesz mnie obejmował i całował moją głowę, gdzieś na wysokości swoich ust, a ja na palcach szukam twoich warg.
Nie słyszę, co mówisz, że samochód na parkingu, że trudno było zaparkować. Miasto całe w kolorowych światełkach i dom twój. Patrzysz na mnie, dodajesz mi urody, : szczęśliwa połknęłam gwiazdę.   Tacyśmy zadziwieni sobą, że cóż nas bardziej zdziwić może?
I o naszej radości wie twój dom,  wiedzą te cztery kąty, ten piec piąty, domyślne cienie w krzesłach siedzą i stół w milczeniu trwa znaczącym.
Patrzę na siebie w każde lustro, szukam odbicia z twoich oczu. Śmieję się tak nie do uwierzenia. Najbardziej lubię potrójne lustro w rogu pokoju. Tak dokładnie się oglądam z każdej strony.
" I wiedzą szklanki czemu na dnie herbata stygnie niedopita, Swift już nadziei nie ma żadnej, nikt go tej nocy nie przeczyta".
W twoich ramionach i szerokim łożu zmieścił się cały mój świat. Na cały świąteczny tydzień.
Francuzi mają takie powiedzenie: Partir c'est mourir un peu (wyjechać, to jakby umrzeć) i dlatego wszyscy całują się tak czule na dworcach. Moja młodsza koleżanka powiedziała, że Kim wygląda na zdjęciach, jak Nick Nolte (porównywano go już do Jeffa Daniels'a i ładniejszej wersji Gerarda Depardieu), to ja chciałabym być Sharon Stone (może by mi się udało z odpowiednim oświetleniem!) i mamy gotową scenę do amerykańskiego filmu ,pożegnanie na dworcu w Beziers. Angielski żeglarz zmęczony życiem i emigrantka z Europy Wschodniej, która chce odmienić swoje życie, ale samotny żeglarz nie ma już siły na budowę związku, choć bardzo tego pragnie. Tak tkwią w czułym objęciu do ostatniego momentu przed odjazdem pociągu, mówiąc cicho wyznania, jak zaklęcia, żeby przetrwały do następnego spotkania.
Stado melancholijnych myśli przelatywało mi przez głowę. Złapałam jakiegoś wirusa, źle się czułam, siedziałam w domu i logowałam się na stronie nasza-klasa./ Wspomnienie sprzed 5 lat/. Kim zamieścił w moim profilu parę moich najnowszych zdjęć, zaczęła się kalejdoskopowa wycieczka w przeszłość i teraźniejszość. Zdjęcia i szybko pisane, popychane ciekawością słowa krążyły w wirtualnym wszechświecie.
Kim tak bardzo się starał, żebym chorobę lekko znosiła i zabawiał mnie w sposób jaki uważał za stosowny w tej sytuacji. Obejrzałam kilka dobrych filmów „Bobby”, ”Munich”, ”Wojna Charlie`go Wilsona”, ”The last king of Scotland”, ”Bad Santa Claus”
„Nie szkoda to dla mnie zachodu i słońca? Ja ma się w to bawić osoba żyjąca? Na chwilę tu jestem i tylko na chwilę: co dalsze przeoczę, a resztę pomylę.”
Le temps passe mais est-il une somme de bonheur?
A więc, co mi towarzyszyło przez cały pobyt, natrętnie wciskając się w podświadomość? Telewizja, Breaking news-śmierć Benazir Bhutto, która przypominała mi śmierć Indiry Gandhi i moją podróż do Indii, nirwana, narkotyki, ekstaza, portal nasza-klasa, 25-lecie ukończenia studiów, pięćdziesiąte urodziny. I znowu telewizja, prawybory w USA, Hilary Clinton, Barack Obama w zaśnieżonej Nebrasce i „Wielki Gatsby” oglądany przypadkiem, legenda Ameryki Robert Redford a potem Born to be wild, Eeasy rider i Jack Nicholson. Ileż to już mojego życia przeleciało? Reklamy, obniżka cen w Wielkiej Brytanii, wielkie „Sales” wszędzie, nowy krem pod oczy, samochód, komórka, urlop w każdym miejscu na świecie, płatki na śniadanie, koncert noworoczny.
„Nie zdążę wszystkiego odróżnić od próżni. Pogubię te bratki w pośpiechu podróżnym”.
A potem najpiękniejsze Brytyjki, Keira Knightley na 1 miejscu. Obejrzałam kilka filmów z jej udziałem,Piraci z Karaibów najnowsze-Pokuta, Jedwab, a potem te legendarne role w filmie „Duma i uprzedzenie” i w „Doktorze Żywago”, gdzie grała Larę.
Jak dalece świat się zmienił od czasów ,kiedy „Doktor Żywago” Borysa Pasternaka był zakazaną lekturą i kiedy Larę grała Julie Christie, Jurija Omar Shariff, a piękną muzykę skomponował Maurice Jarre. Najnowszy Doktor Żywago to dla mnie tylko profanacja.
„Na chwilę tu jestem i tylko na chwilę, co dalsze przeoczę, a resztę pomylę”.

 Mój chaos myśli, niech zakończy refleksja dotycząca choinki. Tak pięknie wyglądała, migotając kolorowymi światełkami, kiedy przyjechałam do Beziers, zaczynał się mój piękny świąteczny urlop. Choinka zazdrościła prezentów skarpetom zawieszonym na kominku i wesołym płomieniom migającym tak radośnie. W dniu wyjazdu wszystkie dekoracje świąteczne wydawały mi się jarmarczne, głupie i nieważne. Przemijanie jest takie smutne.


Kolorowe lampki
Śnieg skrzypiał pod butami.
Buciorami właściwie. Wielkimi, ciężkimi buciorami, z głęboko żłobioną czarną,  gumową podeszwą. Niezbyt modne, ale ciepłe, więc dla kogoś takiego jak Sara, która nie miała zamiaru odmrozić sobie stóp tuż przed wigilią, były w sam raz. Zresztą na takim odludziu, głęboko w lesie, tuż u podnóża gór nie ma mowy o modnym stroju na zimę. Wszystko musi być ciepłe i praktyczne. Włącznie z bielizną.
Sarze jednak nie przyszło do głowy narzekać i przeklinać pogodę, mimo iż mroźny wiatr zacinał mocno, a śnieg sypał gęsto. Nie, zamiast tego, wodziła wokół spojrzeniem pełnym zachwytu.
Nic nie jest w stanie zniechęcić jej do tej mroźnej krainy, gdzie zima zaczyna się szybko i trwa długo. Przeciwnie, uwielbia śnieg, mróz, wysokie zaspy i strasznie żałowała, że w górskim domku spędza co najwyżej kilka tygodni w ciągu roku. Na szczęście tych mocno śnieżnych.
Brakowało tylko „Let it snow!” płynącego gdzieś w tle.

Oh, the weather outside is frightful,
But the fire is so delightful,
And since we've no place to go,
Let it snow, let it snow, let it snow.

It doesn't show signs of stopping,
And I brought some corn for popping
The lights are turned down low
Let it snow, let it snow, let it snow.

Poza tym, nie zamierzała spędzać czasu sama, a w doborowym towarzystwie, które zjawi się już jutro. Ładowanie akumulatorów na resztę roku nie wymagało wysiłku.
Prawie w ogóle.
Sara jęknęła i przerzuciła sznur lampek kawałek dalej, osiadły głęboko w śniegu zalegającym na gałęziach, nie szkodzi, efekt będzie lepszy. Jeszcze lepszy, jak przy okazji zleci z drabiny. W normalnych warunkach nie odważyłaby się na nią wejść, ale te chwile w górach, nigdy nie są normalne, więc wszelkie strachy trzeba było odłożyć na bok.
Ostrożnie zeszła z drabiny i odstawiła ją kawałek dalej. Jeszcze kilka metrów lampek i nie będzie jej już potrzebna, dosięgnie sama.
A potem jeszcze trzy choinki. Co roku wyższe. Jak tak dalej pójdzie, to za jakieś trzy lata nie przystroi żadnej, albo każdą tylko do połowy. Bo na wzrastanie razem z drzewkami nie ma już szans. Chyba, że znajdzie się jakiś książę na białym rumaku, odpowiednio wysoki, aby otoczyć lampkami najwyższe gałęzie.
Chociaż może lepiej nie na białym. W tych zamieciach jeszcze by się zgubił. No i tak w gratisie, mógłby być przy okazji przystojny. Nie jakoś przesadnie. Musi pomyśleć nad jakimś oznaczeniem, bo na to pustkowie nawet z GPS’em trudno dotrzeć, jeśli nie wie się, gdzie dokładnie powinno się pchać.
Podczas kiedy Sara uczepiona gałęzi, jak ostatniej deski ratunku, usiłowała wspiąć się na drabinę, aby przystroić kolejne drzewko, Pchełka bawiła się w najlepsze na śniegu, mierząc się z większymi od niej zaspami, z każdą chwilą nabierając coraz więcej cech typowych dla bałwanów. Dorzucić kapelusz, czerwony szalik, marchewkę w pyszczek i bałwan jak znalazł. Oczywiście Pchełce taki obrót spraw nie przeszkadzał w najmniejszym stopniu, to nie ona w końcu będzie latała z mopem śladami topiącego się psa.
Sara przygarnęła ją ze schroniska w swojej miejscowości, była wtedy jeszcze malutkim, bezbronnym i przesłodkim szczeniakiem, którego ktoś bez serca podrzucił pod bramę schroniska w kartonowym pudełku.
Co prawda od tamtego czasu trochę podrosła, ale dla Sary nadal pozostaje ruchliwą Pchełką i wspaniałym kompanem na długie wieczory. Paradoksalnie, w wielkim mieście, samotność doskwiera bardziej, niż tu, na tym całkowitym odludziu.
Chwilę to trwało, ale ostatecznie dała radę. Drzewka wystrojone.
Niebo zdążyło poszarzeć, mrugnęły pierwsze gwiazdy. Cudownie.
Sara cofnęła się na taras przed chatką i z wprawą nabytą przez lata, połączyła ze sobą kable, trzymając cieknącą już Pchełkę na bezpieczną odległość, w końcu to nie ona Sara, ma się zaświecić, a lampki. Podłączyła wszystko do prądu i przystanęła, oceniając swoje dzieło krytycznym okiem.
 Wiatr przycichł, jakby w zadumie, a z nieba sypnęło skrzącymi się płatkami.
Popadanie w samo zachwyt jest mało skromne, ale co miała poradzić na to, że co roku, kiedy drzewka mieniły się już skąpanymi w śniegu światełkami, czuła się tak dobrze? Zresztą, to nie samo zachwyt, a tylko ocena wykonanej pracy. Jakby na to nie spojrzeć, to nie ona nasypała tego całego śniegu na gałęzie, a to on sprawiał, że całość wygląda tak pięknie.
Dobra, koniec zachwytów.
Zostawiła lampki włączone, a co, przy garach też może chcieć popatrzeć na ładne, kolorowe widoczki za oknem. Jak tylko zrobi się całkiem ciemno, magia dopiero się zacznie. I jak nic, znów zaśnie z nosem niemal przyklejonym do okna, po godzinach gapienia się na widoki na zewnątrz.
Tak, to jej własna, świąteczna tradycja.
Wyciągnęła z lodówki przygotowane odpowiednio wcześniej ciasto na pierniki, zrobione według starego przepisu jej babci, który wedle tego, co zawsze powtarzała mama Sary, wędrował w rodzinie od pokoleń. To zdecydowanie jeden z tych przepisów, których się nie zmienia. Po prostu, są  idealne, a ideału nie da się już poprawić. Rozwałkowała ciasto na stolnicy, wyszukała w szafce foremki do wykrawania ciasteczek…
Stać! Znalazła pilota od sprzętu grającego, wcisnęła co trzeba i z głośników popłynęła świąteczna muzyka.
Teraz może zaczynać!

***

Ciasteczka stygły rozłożone równo na wielgaśnym stole w jadalni. Kilka godzin na powietrzu i zmiękną, potem ozdabianie i spokojnie będzie można je podać. I nie znaczyło to, że blaty kuchennych szafek pozostały puste. Sara nie zamierzała co prawda odwalić całej roboty za rodzinę, ale przygotowywanie niektórych potraw, jak co roku, pozostawiono jej. I tak powinno być.
Mała Pchełka kręciła się zawsze kilka kroków za swoją panią, licząc na jakiś smakołyk. Najlepiej taki polany grubą warstwą czekolady. Sara nie potrafiła długo opierać się cukierkowemu spojrzeniu perełkowych oczek psiaka i podsunęła jej pod nos kawałek piernika.
Pchełka powąchała, prychnęła, ale kiedy urażona Sara miała już zabrać ciastko, porwała je i schrupała.
- No i jak, smakuje? – Spytała psiaka.
Pchełka w odpowiedzi zamerdała krótkim ogonkiem i szturchnęła ją mokrym noskiem w dłoń.
- Nic z tego. – Zaśmiała się, głaszcząc Pchełkę po małym łebku. – Zjadałbyś wszystko, jakbyś mogła, nie?
Jakby rozumiejąc słowa swojej pani, Pchełka szczeknęła wesoło.

***

Muzyka gra, za oknem sypie i jest kolorowo, dom przystrojony, a przed kominkiem, w którym trzaskał wesoło ogień, na własnym kocyku grzała się Pchełka. Wszędzie unosił się zapach korzennych przypraw, których sowicie nasypała do grzejącego się na kuchence wina, oraz woń świeżej choinki, która czekała już ustawiona w ozdobnym stojaku.
Namęczyła się strasznie, aby ją w nim ustawić, poradziła sobie nawet z prehistoryczną ręczną wiertarką i w końcu, w chwale satysfakcji ustawiła je. Na ozdabianie będzie musiała jeszcze poczekać. Już niedługo zjawią się dzieciaki, do których należy ta zaszczytna funkcja.
Ale jeszcze nie teraz. Teraz jest makowiec na paterze, przyozdobiony kandyzowaną skórką pomarańczy i lukrem, w garnku bulgotał leniwie kompot z suszonych owoców, a ajerkoniak, którego nie mogło zabraknąć, już czekał, ustawiony w ozdobnych butelkach, przewiązanych czerwonymi kokardkami.
Koniec, reszta pozostaje na jutro. Niech rodzinka też się narobi.
Przelała grzaniec do ceramicznego kubka i zasiadła na miękkiej kanapie, przylegającej do okna wychodzącego na podwórko. Choć rysowała się przed nią samotna noc na odludziu, nie bała się ciemności za oknem, którą kolorowe światełka rozjaśniały tylko odrobinę.
Nawet najpiękniejsza noc w mieście, nie mogła się równać z  tą, którą podziwiała jak zawsze, na dzień przed wigilią. Spokój, cisza i zdradziecki grzaniec w kubku. Przyjemnie się go popijało. Aż za przyjemnie.
Na kanapę wgramoliła się z trudem Pchełka, nie zdążyła jeszcze za bardzo odrosnąć od podłogi i wysokie siedzenie, było dla niej nie lada wyzwaniem, ale w końcu wpakowała się na górę i położyła obok Sary.
No tak, całkiem sama nie będzie. Sara pogłaskała psa po małym łebku, otuliła oboje kocem i zapatrzyła się w wirujące powoli płatki śniegu, na tle czarnego nieba .

***

Zbudziła się jeszcze przed świtem, o co w zimę, swoją drogą  nie trudno. Zgarnęła ze stołu pierniczki i włożyła je do metalowej puszki, dzieciaki będą miały później frajdę przy dekorowaniu.
Nakryła stół świątecznym obrusem, ręcznie wyszywanym, we wszystko, co się tylko ze świętami może kojarzyć. Sama nawet wyszyła jeden element! Choinkę, ze złotymi gwiazdkami, miała wtedy czternaście lat i pierwszy raz trzymała w rękach igłę. Ale dała radę.
Jeszcze chwila, a kolejni dodadzą do niego swoją cząstkę.
Śniadanie zjadła przy oknie, delektując się ostatnimi momentami ciszy i spokoju. Gorąca kawa, kanapki, trochę karmy dla małej towarzyszki i całe mnóstwo śniegu za oknem, wszystko przy miłych dźwiękach „Christmas Lights” .

Those Christmas lights
Light up the street
Down where the sea and city meet
May all your troubles soon be gone
Oh Christmas lights keep shining on!

Nim przybyła rodzina, zdążyła umyć świąteczną zastawę, którą dzień wcześniej wydobyła z czeluści przepastnej piwnicy i dotachała na górę, modląc się w duchu, żeby nie zlecieć ze stromych schodów, obiecując sobie, że po całej tej wyżerce zostawi je u góry, w którymś z pokoi.
Oczywiście wiedziała, że tak naprawdę tego nie zrobi, bo tak jak wynoszenie pudeł wypchanych bombkami, świecidełkami i lampkami, tak i wynoszenie zastawy, należy do jej własnych zwyczajów. Co najwyżej podzieli wszystko na mniejsze paczki. Nabiega się, to fakt, ale prawdopodobieństwo potłuczenia wszystkiego w drobny mak znacznie zmaleje.
Zresztą, nad tym wszystkim i tak czuwa jakaś magia. Sara nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, a doświadczenia tych wszystkich świąt spędzonych w górskiej chatce tylko ją w tym utwierdziły.
Bo czy to możliwe, że żaden ze starych talerzy, z misternym, złotym ornamentem nigdy się nawet nie wyszczerbił? Jasne, dbają o nie, szanują pamiątkową zastawę, ale to naprawdę dziwne, że w tak dużej rodzinie, nikomu jeszcze nie przydarzył się nieszczęśliwy wypadek z talerzem w roli głównej.
A tu tak ze wszystkim! Nie licząc skrzypiących schodów, chatka trzymała się idealnie, a oprócz tych zdecydowanie za krótkich chwil, które spędzali tu razem, nikt właściwie o nią nie dbał. Ostatnie naprawy przeprowadzili jeszcze za życia babci, kiedy Sara była małym dzieckiem.
Jej babcia często mawiała, że to Duch Świąt czuwa nad tym miejscem, jako nad ostatnią ostoją ich rozstrzelonej po całym świecie rodziny. Jak na gust Sary, to raczej para duchów, z czego jedno, na pewno jest kobietą, bo jak nic, czuć tu jej rękę.
Sara zaśmiała się sama do siebie.
Cóż, może coś z tego jest prawdą…

***

Kończyła właśnie polerować sztućce, kiedy na podjeździe zawarczał pierwszy samochód. Odrzuciła chusteczkę, odłożyła ostatni widelec i w ciepłych papciach, okryta jedynie grubym swetrem, wybiegła na zewnątrz, w towarzystwie szczekającej radośnie Pchełki.
Tomek, brat jej rodzony. Tak różny, jak tylko rodzeństwo może być. Wysiadł pierwszy z samochodu i pognał pomóc wysiąść Kaśce, która ledwie mieściła się z wielkim brzuchem, w swojej puchowej kurtce. Zza tylnich drzwi samochodu, wystrzeliła otulona zieloną kurtką kula energii.
- Ciocia! – Krzyknął chłopiec, jakby nie straszne mu były lawiny i pobiegł w stronę Sary.
Wyściskała Tymka mocno i długo, a kiedy zdążył się już zniecierpliwić, przepuściła go do środka. Następna do uścisków była Kasia.
- Pięknie wyglądasz. – Komplementowała ją Sara.
- Dzięki. Mała dzisiaj nieźle kopie. – Kasia pogładziła się z uśmiechem na ustach po brzuchu.
Przyszła i kolej na braciszka.
- Uch… Przestałam oddychać. – Jęknęła, kiedy w końcu, litościwie ją puścił.
Zostawiła go samego z bagażami, w końcu sióstr nie dusi się bezkarnie.
Tymek na spółkę z Pchełką, nie zdążyli jeszcze dobrze zawładnąć salonem, jak kolejne auto zatrzymało się na podjeździe.
 Tym razem to rodzice, jak zawsze promieniejąca mama, z burzą kasztanowych włosów i tata, ze swoim nowym pomysłem, czyli poprzetykaną gdzieniegdzie srebrnymi nitkami brodą. Mama śmiała się, że rekompensuje sobie wyraźne braki w czuprynie, ale przestała, kiedy, niby na poważnie, zaczął rozważać zgolenie włosów. Został więc z tą swoją brodą, stwierdziliśmy więc jednogłośnie, że nawet mu z tym do twarzy.
Niedługo po nich przyjechali rodzice Kaśki oraz Dawida, męża siostry Sary, Agnieszki.
Jako ostatni zjawiła się Agnieszka, ze świtą w postaci własnego męża, dwójki córeczek, Zosi i Kamili oraz nieznanego Sarze mężczyzny, który, jak się z krótkiego przedstawienia dowiedziała, jest kuzynem Dawida i ma  na imię Michał.
W domu od razu zrobiło się tłoczno. Wszelkie możliwe powierzchnie zajęły smakołyki, w korytarzu piętrzyły się bagaże, a dzieci, rozradowane swoim i psim towarzystwem biegały pomiędzy dorosłymi. Ściany domu drżały od śmiechów i rozmów.
Nie trwało długo jak panowie zostali oddelegowani do przyniesienia z piwnicy pozostałych tam jeszcze ozdób, a potem do pomocy dzieciom przy ubieraniu drzewka. Panie natomiast, zgodnie stwierdziły, że to najwyższy czas, na zajęcie się kuchnią i tak też zrobiły.
- Dlaczego właściwie, zabraliście ze sobą tego Michała?  - Spytała Sara Agnieszkę konfidencjonalnym szeptem, w chwili przerwy od rozkazów matek, które w kuchni debatowały nad karpiem.
- Dopiero co wrócił z Anglii, nie ma tu nikogo, więc zaproponowaliśmy, żeby przyjechał z nami. – Wyjaśniła Agnieszka.
- I to jedyny powód, dla którego tu jest, hę?
Co jak co, ale rozpoznać, kiedy siostra coś kręci, jeszcze potrafi.
- No wiesz… - Próbowała się wykręcić Agnieszka.
- Wiem. I błagam cię, nie kończ zdania. – Przerwała jej Sara.
Zaśmiały się obie i wezwane ruszyły na poszukiwanie zaginionych uszek do barszczu.
- Tak właściwie… - Zastanawiała się na głos Sara, z głową w lodówce.
Wyciągała i podawała siostrze wszystkie te półmiski, miski, talerze i talerzyki, wypchane wspaniałościami, poszukując nieszczęsnych uszek.
- Jakim on jeździ autem? No wiesz, Michał. – Dokończyła pytanie.
- C… co?
- Po prostu odpowiedz.
- Nie wiem. – Wzruszyła ramionami Agnieszka. – W sumie… U nas w garażu zostawił jakiś. Biały chyba. Tak, to musiał być biały. – Sara  z impetem wyrżnęła głową w górną półkę lodówki, omal nie powodując świątecznej katastrofy. - Ale marki ci nie podam, nawet jeśli poddasz mnie torturom. W porządku? – Zerknęła na siostrę unosząc brwi ponad przeciętnie wysoko.
- Tak, jasne. – Stwierdziła, jednocześnie rozmasowując obolałe miejsce na czubku głowy.
- Alarm uszkowy odwołany! – Oświadczyła ich prywatna mama, stając w drzwiach spiżarni. – Sara, kochanie, pomóż Kasi nakryć do stołu.
Sara poczuła się całkiem jak za czasów dzieciństwa.
Szwagierka z zadziwiającą jak na jej rozmiary sprawnością, krzątała się wokół stołu. Rozłożyła już papierowe, ozdobne serwetki, które na tak wiekowym obrusie są koniecznością i właśnie zabierała się za talerze.
- Jesteś pewna, że to będzie tylko jedno dziecko? – Spytała Sara, nim zdążyła ugryźć się w język. – No wiesz… - Zmieszała się. – Jesteś dość, hmm… duża.
Kaśkę najwyraźniej strasznie rozbawiła mina Sary, bo roześmiała się w głos.
- To będą bliźniaki. – Wyznała. – Nikt jeszcze o tym nie wie, więc, jakbyś mogła, udawaj zdziwioną.
- Jasne. – Zgodziła się Sara, zgarnęła dwa kolejne talerze i rozstawiła je na stole. – Tomek wie?
- Był przy badaniu, więc jeśli nie wyparł tego ze swojej świadomości, to wie. – Zaśmiała się szwagierka. – Wystraszył się nawet trochę, ale chyba już mu przeszło.
Sara cofnęła się od stołu, chcąc ocenić ich wspólne dzieło, dotarła do niskiej komody. Plecami dotknęła czegoś twardego, co pod naporem zsunęło się, z mrożącym krew w żyłach odgłosem, szorującego po drewnie szkła.
Sara otworzyła już usta, żeby krzyczeć, jęczeć i lamentować, ale nie usłyszała niczego, co wskazywałoby na to, że patera chociażby spadła, nie mówiąc już o tym, że się potłukła.
Odwróciła się, mimo wszystko szykując się na drastyczne sceny, ale zamiast białych skorup na ziemi, obok komody stał Michał, ściskając drogocenny talerz w rękach.
- Dzięki – wydusiła w końcu Sara. – Rodzina wyklęłaby mnie chyba, gdyby się stłukł.
- Nie ma sprawy. – Uśmiechnął się, a Sara musiała przyznać, że ma całkiem ładny uśmiech. – Byłem w pobliżu. Nie, właściwie, to nie…. Dziwne, nie?
- Magia świąt! – Zawyrokowała Kaśka i zaniosła się głośnym śmiechem.
Michał zerknął na talerz w swoich dłoniach, jeszcze raz na Sarę i stwierdził:
- Zaniosę to do kuchni, tam pewnie bardziej się przyda.

***

 Święta w dużej rodzinie, mają to do siebie, że przy stole zawsze jest gwarno, głośno, a przede wszystkim radośnie.
Jak co roku rozgorzała dyskusja o tym, co jest najbardziej świąteczną potrawą, pierogi z kapustą, barszcz z uszkami, karp, czy może makowiec. Sara uparła się przy pierogach, bo choć bardzo się starała, nie potrafiła wyobrazić sobie świąt bez tego przysmaku, poparła ją mama, która zawsze te pierogi przyrządzała, za to tata, specjalista od barszczu, upierał się przy swoim dziele. Dawid, dzielnie bronił makowca, chociaż w towarzystwie był w zdecydowanej mniejszości.
Zanim jeszcze zasiedli do stołu, złożyli sobie życzenia, pełne wzruszeń, śmiechu i serdeczności. Jedynie Michał, zakłopotany nieco całą sytuacją, życzył wszystkim po prostu wesołych świąt, ale nikt nie miał mu tego za złe. Jakby na to nie patrzeć, dla nich też jest obcy. Nieco mniej, niż filmowy ufok, ale jeszcze nie „swój”.
Jeszcze?
Sara odnalazła nawet szperającą pod choinką wśród prezentów, maleńką Pchełkę szukającą paczuszki dla siebie, wyściskała ją i podziękowała w duchu, za to, że dała jej nadzieję i rozjaśniła samotne dni w mieście. Podała jej na dłoni skrawek opłatka i ucałowała w mały łepek. Pchełka nie byłaby sobą, gdyby nie odwzajemniła się tym samym.
Tuż po wieczerzy dzieci ochoczo zabrały się do rozpakowywania prezentów, pozostali uporządkowali stół, a potem sami wymienili skromne podarki, a raczej pamiątki z kolejnych spędzonych wspólnie świąt.
W końcu największym prezentem dla wszystkich, było to, że mogą się spotkać jak co roku, w zdrowiu i komplecie.
Wszelkie troski dnia codziennego, wszelkie szarzyzny i burości, smutki i trudności, pozostały na zewnątrz, daleko, w innych miastach. W innej rzeczywistości.
Późnym wieczorem, kiedy dzieci poległy i wymęczone wrażeniami całego dnia wylądowały w łóżkach, premiery doczekał się ajerkoniak, robiony według receptury babci Sary.
Całą rodziną sączyli go, siedząc w fotelach i kanapach, w salonie, przed kominkiem, w którym trzaskał wesoło ogień, przy cichych dźwiękach kolęd, wspominając wszystkie te minione święta.

***

Było już późno w nocy, kiedy Sara postanowiła dopełnić swojego ostatniego, Bożonarodzeniowego obyczaju. Z kubkiem parującego kompotu z suszu w jednej dłoni i poduszką w drugiej, opatulona grubym kocem, w ciepłych butach wyszła na taras. Ułożyła poduszkę na odśnieżonych schodach, usiadła i objęła dłońmi kubek, ogrzewając je.
Śnieg sypał bezszelestnie, a powietrze miało ten specyficzny zapach zimy, krystalicznego mrozu z niewielką domieszką sosnowego dymu.
W mieście na próżno szukać takiej przyjemności. Nabrała głęboko w płuca tego lotnego kryształu i uśmiechnęła się do siebie. Zagapiła się na błyszczące kolorowymi lampkami choinki, widok, który będzie wspominać przez cały następny rok, czekając na kolejną gwiazdkę.
Nagłe kroki, tuż za jej plecami zakłóciły spokój chwili. Sara obejrzała się za siebie, marszcząc czoło. Odkąd tylko zaczęła wymykać się na nocne podziwianie zimy, nikt jeszcze jej w tym nie towarzyszył.
W przeszklonych drzwiach stał Michał. Z kubkiem w jednej ręce i kocem w drugiej. Przez chwilę wyglądał, jakby zamierzał cofnąć się do środka, ale zaraz potem zmienił zdanie i spytał:
- Mogę się przyłączyć?
- Jasne. – Zgodziła się Sara.
Niektóre obyczaje można zmienić. Czasem nawet wręcz trzeba.
Michał usadowił się obok niej, owinął kocem i wychylił kubek z … kompotem, wywąchała Sara. Wspólnie zapatrzyli się na choinki.
Zrobiło się nieco niezręcznie.
- Sama je wystroiłam. – Wypaliła Sara.
No tak, mistrzynią konwersacji zdecydowanie nie jest.
Michał odsunął kubek od ust i zerknął na nią z boku. Roześmiał się serdecznie, a śmiech miał miły i przyjemny, jak stwierdziła Sara, mimo iż poczuła się odrobinę urażona. No jak to tak?
- Ja… Przepraszam. – Wykrztusił, usiłując się opanować. – Ale… Twoja mina… No nieważne.
- Ważne, ważne. Co z nią nie tak? – Jak już zaczął, to nie da mu się tak łatwo wywinąć.
- Nie, nie… Wszystko gra. Naprawdę. Wszystko w porządku. – Zarzekał się, ale gdzieś tam, w tych piwnych oczach czaiła się iskierka rozbawienia. – Nawet lepiej, niż w porządku.
Z serii tragicznych komplementów.
Tym razem to Sara zaniosła się śmiechem.
Rozmawiali do późna, wśród sypiącego leniwie śniegu i kolorowych lampek. A Magia Świąt otoczyła ich bajeczną bańką o zapachu cynamonu i świeżego igliwia, przywołując w końcu i Pchełkę, która wcisnęła się między rozmawiających, domagając się od obojga pieszczot, szturchnięciami krótkiego pyszczka.

***

Mężczyzna potarł w zamyśleniu całkiem białą już brodę. Przygarbił zmęczone plecy, tylko po to, aby natychmiast znów się wyprostować, pod naporem karcącego spojrzenia żony. I w jej upiętych schludnie włosach odcisnął swoje piętno czas. Ale nadal jest cudownie piękna.
Niczym niedoświadczony młodzik, ucałował ją w policzek. Odepchnęła do delikatnie, ale uśmiechnęła się przy tym swoim, pięknym uśmiechem, z dołeczkami w policzkach.
Stali na tarasie górskiej chatki, w nieco staroświeckich strojach, ona, drobna i niższa, on wyższy i ze sporym brzuchem, ale szczęśliwi, choć z nieukrywaną nostalgią spoglądali za odjeżdżającymi.
- No dziaduniu – odezwała się miękko. – Trzeba wyregulować drzwi do piwnicy, zbyt łatwo się otwierają, dzieci mogą sobie zrobić krzywdę. Na jednym z drzewek zostały jeszcze lampki, przynieś je do środka, tak wiele przetrwały, szkoda, żeby się zmarnowały.
Mężczyzna westchnął. Ledwie święta się skończyły, ledwie sylwestra zostawili za sobą, a już lista rzeczy do zrobienia przed kolejną gwiazdką narastała.
- A ty kochanie, co będziesz robić?
- Muszę dokończyć wyszywać tą kołderkę. Za długo już z tym zwlekałam.
- Tą maleńką? – Zainteresował się mężczyzna. – Przecież to na… Bliźniaki będą już za duże.
Żona posłała mu znaczące spojrzenie uśmiechając się lekko.
- Ach tak. – Skwitował. Zatarł z zapałem dłonie i mruknął: - Trzeba zabrać się do roboty. W przyszłe święta w chatce zrobi się tłoczno.
- Tak. –Westchnęła z rozmarzeniem kobieta.
Przyszłe święta będą szczególne, a Sara już zawsze będzie wspominać Magię tych minionych już świąt.

Wesołych i Magicznych Świąt!

Gwiazdkowa przygoda Mikołaja

„Cóż jest piękniejsze niż droga w lesie,
Gdy słońce świeci i i głaz się stoczy,
Co nam następny zakręt przyniesie.
Czym się napełnią zdumione oczy?”

„Śpiewnik harcerski”



Mikołaj był bardzo podekscytowany, długo nie mógł zasnąć, ponieważ zbliżały się święta Bożego Narodzenia i nazajutrz miał jechać z dziadkiem po choinkę do lasu. Był 20 grudnia. Rano wstał bardzo wcześnie, ubrał się w ocieplane legginsy i biało-czerwony sweter. Chyżo zjadł śniadanie i był gotów do drogi. Rodzice śmiali się serdecznie, ponieważ Mikołaj bardzo poważnie potraktował wczorajsze słowa dziadka wypowiedziane półżartem, że jeśli dziś wcześnie nie wstaną to zabraknie dla nich choinek. Mimo zapewnień pana Stanisława (ponadpięćdziesięcioletniego mężczyzny – dziadka chłopca) że spokojnie wybiorą sobie wspaniałe drzewko, chłopiec był zniecierpliwiony, aż do samego wyjścia z domu. Podczas jazdy samochodem ośmiolatek podziwiał piękne ośnieżone pejzaże, które malowały się przed nim za oknem. Nie przeszkadzało mu wcale, że ich kilkuletni samochód dziwaczenie charczał i rzęził na dzikich bezdrożach pełnych wertepów, jakby  był jakimś starym rozgruchotanym rzęchem. Było wcześnie i bladozłote promienie słońca rzucały cień na śnieg, który wydawał się srebrnobiały. Po ponadtrzygodzinnej jeździe dotarli wreszcie na skraj rozległej Puszczy Północnej, dalej mieli iść piechotą. Przed wejściem do puszczy pan Stanisław przypomniał wnukowi podstawowe zasady poruszania się po lesie. Upomniał go również, żeby był ostrożny i nigdzie się nie oddalał. Jednak chłopiec pogrążony w półśnie i z podekscytowania niewiele z tego zapamiętał. Niby to była zima, więc wydawałoby się, że las pogrążony będzie w głuchej ciszy, a jednak kiedy tylko przekroczyli próg puszczy otoczyły ich zewsząd tajemnicze odgłosy. Mikołaj co chwilę zauważał nową rzecz i zadawał mnóstwo pytań: co to za rośliny? jakie zwierzę wydaje takie odgłosy? która jest godzina? czy jeszcze daleka droga i kiedy wreszcie zetną choinkę? Widząc śreżogę, zapytał, co to takie dziwne na strumyku. Zakłopotany, ale i rozbawiony dociekliwością wnuka pan Stanisław, nie na wszystkie pytania znał,  odpowiedź, ale obiecał, że jak będą mieć okazję to zapytają płk. Leśnogórskiego, nowo wybranego leśniczego, a jeśli nie, to poszukają odpowiedzi, jak tylko wrócą do domu. Był to las mieszany o drzewostanie świerkowo-sosnowo-brzozowym z duża ilością nasięźrzału i wszelkiego rodzaju ptactwa oraz innej dziko żyjącej zwierzyny, która z racji zimowej pory była pogrążona w pół śnie, pół czuwaniu. Choć to mało prawdopodobne o tej porze roku, Mikołaj był święcie przekonany, że słyszy różnego rodzaju ptactwo: czyżyka, bociana czarnego, jastrzębia, trzmielojada, jarząbka, słonkę, gołębia siniaka, turkawkę, puszczyka uralskiego, lelka; dzięcioły: czarnego, średniego, zielonosiwego, trójpalczastego i białogrzbietego; strzyżyka, pokrzywnicę, rudzika, świstunkę, paszkota, kapturkę; muchołówki: żałobną, białoszyją i małą; raniuszka, sikory: ubogą, czarnogłową, sosnówkę i czubatkę; kowalika, pełzacza leśnego, orzechówkę, krzyżodzióba świerkowego, gila, gżegżółkę. Mikołaj zgłodniał, bo tego ranka jadł śniadanie skoro świt. Koło 13.00 zrobili mały postój, choć zimowa pora nie jest najlepsza na robienie pikniku w lesie. Po kilkunastu minutach ruszyli w dalszą drogę. Nagle z daleka Mikołaj zobaczył gigantyczną trzyipółmetrową choinkę z pięknymi rozłożystymi gałęziami i zaczął iść w jej stronę jak zahipnotyzowany. Szedł długo i nawet się nie spostrzegł, kiedy gwałtownie zmieniła się pogoda. Zrobiło się ciemno i bardzo zimno, zaczął padać gęsty śnieg i wiać północno-wschodni wiatr. Nagle chłopiec spostrzegł, że jest sam, rozejrzał się wokoło, ale dziadka nigdzie nie było. Nie wiedząc, co robić, zaczął biec i krzyczeć bez opamiętania, ale to nic nie dało. Robiło się coraz zimniej, chłopiec był coraz bardziej zziębnięty i przerażony. Nie wiedząc, co począć, usiadł na pobliskim pniu i się rozszlochał. Mikołaj nie miał pojęcia, ile czasu tak siedział. Ni z tego, ni z owego wydało mu się, że coś usłyszał, więc podniósł głowę i rozejrzał się, nic jednak nie zauważał i ponownie spuścił głowę. Po jakimś czasie tajemnicze, nie wiadomo skąd pochodzące, światło oślepiło chłopca – zszokowany podniósł głowę. Wydało mu się, że widzi niby-człowieka ze strzelbą na ramieniu, ubranego w leśną odzież, który unosił się w powietrzu. Aaa! – krzyknął przerażony i zaczął się gwałtownie cofać. Niespodzianie przewrócił się o wystający z ziemi korzeń. Mikołaj nie   wiedział,   kto   to   może   być.   A   może   to   anioł   stróż?  –  pomyślał.   Wtedy postać-widmo podała mu rękę, a on po chwili wahania, chwycił ją. Była ciepła i miękka w dotyku, ale jednoczenie silna. Duch(?) długo stał w milczeniu, nie chcąc płoszyć dziecka, w końcu jednak przemówił:
– Nie bój się – powiedziała postać.
– Kim jesteś? – spytał chłopiec.
– Twoim aniołem stróżem – kiedyś, wiele lat temu, byłem tu leśniczym i strażnikiem tego lasu. Przysłano mnie, abym ci pomógł odnaleźć dziadka. Idź do domu obecnego leśniczego. Gołąb pokaże ci drogę, a Gwiazda Pokoju rozświetli ją. Masz tu gwizdek – w razie kłopotów zagwiżdż, a natychmiast zjawi się pomoc.
– Dziękuję – odrzekł chłopiec, a w tym momencie anioł-leśniczy zniknął.
Został sam, ale natychmiast spostrzegł Gwiazdę Pokoju, najjaśniejszy punkt na niebie, a obok niego, na pobliskim świerku, siedział śnieżnobiały gołąb. Mikołaj bez wahania podążył w jego kierunku. Miał wrażenie, że wszyscy mieszkańcy lasu obudzili się z zimowego snu i są jego kompanami, od maleńkiej dżdżownicy począwszy, poprzez wiewiórkę, a na jeleniu i niedźwiedziu skończywszy. Szedł wartko, podśpiewując sobie pod nosem „Cichą noc”:

„Cicha noc, święta noc,
Pokój niesie ludziom wszem,
A u żłóbka Matka Święta
Czuwa sama uśmiechnięta,
Nad Dzieciątka snem,
Nad Dzieciątka snem...”


Przerwał nagle, bo kiedy już ujrzał leśniczówkę, gołąb gwałtownie zawisł w locie. Zdawało mu się, że coś usłyszał i czujnie nadstawił uszu. Trzask! Był to odgłos łamiącej się gałęzi. Serce zaczęło mu bić szybciej, odwrócił się gwałtownie pełen złych przeczuć. Zobaczył za sobą całą watahę wygłodniałych wilków. Przestraszony zaczął biec do najbliższego drzewa, by się wspiąć. Nagle spostrzegł, że został otoczony przez wilki, które podchodziły do niego coraz bliżej. Były tuż-tuż. gdy przypomniał sobie o gwizdku i zagwizdał w niego. Las wypełnił się donośnym dźwiękiem i ni stąd, ni zowąd rozległ się potężny huk niczym wystrzał armatni. Przestraszone zwierzęta uciekły z wielkim piskiem. Naraz w lesie rozległo się szczekanie psów i tętent końskich kopyt. Ku wielkiej radości Mikołaja okazało się, że to leśniczy, który razem z dziadkiem i kilkunastoma innymi osobami wyruszył na jego poszukiwania. Radości i uściskom nie było końca, a leśniczy zaprosił wszystkich do siebie. W leśniczówce było bardzo miło i przytulnie, a na kominku „tańczył wesoło ogień”. Żona leśniczego poczęstowała wszystkich półtorakiem, a na środku pokoju czekała na Mikołaja wymarzona, ogromna, trzyipółmetrowa choinka. Wszyscy byli ciekawi, co się działo z chłopcem. On chętnie opowiedział im, co się wydarzyło, ale miał nieodparte wrażanie, że nikt mu nie wierzył, no może poza sędziwym dziadkiem, pół Polakiem, pół Indianinem. Siedział on przy kominku uśmiechnięty i mrugał do ośmiolatka porozumiewawczo, a chłopcu przez mgnienie oka zdało się, że widzi w nim postać spotkaną w lesie. Odwzajemnił uśmiech, ale już nic nie powiedział. Było koło 16.30. Pan Stanisław z Mikołajem pożegnali się serdecznie z gospodarzami. Dziękując za pomoc i gościnę, zaczęli się zbierać do drogi. Kiedy dotarli do samochodu, chłopiec obrócił się i z rozrzewnieniem spojrzał na Puszczę Północną. Już nie mógł się doczekać momentu, kiedy wróci tu za rok, do tego tajemniczego lasu, który był niczym stary las z „Opowieści z Narnii”. Wieczorem razem z rodzicami, babcią i młodszym rodzeństwem, próbując świątecznej kutii, podziwiali drzewko, a Mikołaj opowiadał im swoją leśną przygodę. Dzieci bardzo chciały jeszcze tego dnia ubrać choinkę, ale tata powiedział, że już jest późno i pora spać.

ŻYCZENIA SĄ PO TO, ŻEBY JE ZMIENIAĆ
 
Alicja stała przed wystawą. Obserwowała świąteczne dekoracje w witrynie księgarni. Białe ptaszki na zielonych gałązkach choinki. I całą masę książek pod nią, z których na połowę szkoda w ogóle papieru (choć o gustach ponoć się nie dyskutuje), a druga połowa zasługiwała na uwagę jedynie jako podręcznik do nauki czytania dla analfabetów. Taki urok przedświątecznego marketingu, gdzie ciekawe pozycje wkłada się głęboko w półki, a takie, na które PR wydał więcej na promocję, ustawia w oknie. W całej tej stercie jeden tytuł przykuł jej uwagę i postanowiła wejść do środka.
Z przejęciem przeglądała kolejne strony kredowego papieru, a potem z uśmiechem, pieszcząc dłonią okładkę, odłożyła na półkę z myślą, że już wie, co znajdzie się na jej świątecznej liście życzeń, tych niewypowiedzianych. A jak jej nie znajdzie, sama sobie sprawi.
W końcu został niecały miesiąc. Magiczny czas adwentu, dzieci biegnące na roraty                        z zapalonymi lampionami, zapach cynamonu i gorącej czekolady w kawiarniach, pierniki lukrowane puszystym lukrem o kolorze śniegu. Bajka.
Od dawna już planowała jak spędzić ten czas. Kalendarz pełen dobrych uczynków dla dzieci, lista rzeczy do załatwienia dla męża i cały spis wszystkiego, co należy zrobić przed świątecznym wyjazdem do dziadków. Takim na złapanie oddechu i zwolnienie zwariowanego tempa życia, jakim ostatnio funkcjonowali. Rodzinny zjazd w starym wiejskim domu,               gdzie czas płynie wolniej i ważne są rzeczy te naprawdę istotne.
A oprócz tego możliwość spotkania z dalszą rodziną, której nie widziało się już od dawien dawna. Wspólne siedzenie do nocy przy kubkach gorącego kakao, wspominanie dzieciństwa, nocne podjadanie świątecznego ciasta, a jak będzie śnieg, kulig z pochodniami w saniach ciągniętych przez gniadą klacz.
Jeszcze tylko wizyta u lekarza. Termin nienajlepszy, ale jedyny możliwy.
W biegu między kolejną partią pierników, spakowała dokumenty i pobiegła do przychodni.
Rutynowa wizyta, po niej basen i wieczorne czytanie książeczek dla dzieci. Potem chwila             dla siebie, lampka wina i kolacja we dwoje, taka jak kiedyś, zanim praca, codzienne obowiązki i natłok trosk o byt przykurzyły dawne uczucie. Taki był ambitny plan.
Ale to, co usłyszała, zmieniło plany i na ten wieczór i na święta…
- Widzi tu pani, to guz – usłyszała.
- Słucham? – całkowicie pochłonięta planami nie mogła przez chwilę pojąć, o co chodzi.
- Tutaj, 6 cm od pachwiny, jest guz, nieduży jakieś 1,5 cm, gładki, doły pachowe czyste, ale musi pani skonsultować to z onkologiem.

Zadzwonił telefon. To Marta, kuzynka, która wie chyba wszystko o wszystkich.
- I jak tam – zapytała – wszystko w porządku?
- Tak jakby – odpowiedziała Alicja – Mam guza.
- Gdzie?!
- W piersi. Ale onkolog powiedział, że nic nie czuje.
- Jak to nie czuje, przecież na USG wszystko wyszło.
- Tak i kazał mi iść na drugie, do kogoś innego…
- No i…?
- Idę, za tydzień.
Tydzień minął jak batem strzelił. Ponowne USG nie zaprzeczyło niczemu, gorzej, wykryło jeszcze jednego guza.
Tym razem Marta nie dzwoniła, wpadła wieczorem i od progu zapytała:
- I co?
- Nic. Zamiast jednego są dwa, parka. Zrobię Ci herbaty i właśnie upiekłam ciastka. Blachę już zjadłam. Będę mieć przynajmniej coś z życia.
- Co Ty gadasz, zaraz dam Ci nr telefonu i jedziesz do profesora, tego, u którego była moja siostra.  Pamiętasz, w zeszłym roku nikt nie dawał jej szans, miała czekać 3 miesiące na operację, a profesor zoperował ją na drugi dzień i żyje do dziś.
- Chyba nie chcę.
- Jak to nie chcesz, nie ma o czym dyskutować – wykręciła numer, podeszła do okna i po minucie była z powrotem – w czwartek masz być u niego. Bez gadania. – a teraz dawaj te ciastka. I wiesz, gdyby to padło na ciotkę Kazię, babcia byłaby zachwycona.
- No wiesz co, jak możesz – Ala roześmiała się mimo woli.
- Nie słyszałaś jak babcia powiedziała ciotce, że szkoda, że nie ma raka, bo gdyby miała, to na pewno by schudła…
- To okropne…
I obie parsknęły śmiechem.

  Umówiona przez kuzynkę wizyta była długa. Profesor najpierw w ciszy studiował dokumenty, a następnie przeprowadził wywiad środowiskowy do kilku pokoleń wstecz, zanim przystąpił do badania, co uświadomiło pacjentce jak kiepsko zna swoje korzenie.
- To co, operujemy w przyszłym tygodniu? – zapytał z szerokim uśmiechem, który Ala potraktowała jako dobrą monetę.
- Chyba nie ma takiego pośpiechu, zostawmy to na wiosnę.
- Z nowotworami piersi zawsze jest pośpiech – uciął krótko. Czyli co, 22 grudnia, pasuje?
- Skoro musi – powiedziała oszołomiona Alicja i jak w transie wróciła do domu.
***
W przeddzień wyznaczonego terminu Alicja siedziała do późna, nie mogąc zasnąć.
- Odwiozę Cię. Tylko mnie obudź – powiedział wieczorem Marek całując ją w policzek                 i lawirując między lodówką a kuchennym blatem, robiąc kanapkę.
- Nie, pojadę pociągiem, będzie taniej, poza tym mam już bilet – odparła.
- Daj spokój, to naprawdę nie ma znaczenia. Odwiozę Cię.
- Nie chcę. – powiedziała, a w myślach pożegnała się ze wszystkimi, jakby widziała ich ostatni raz.
Nazajutrz szybko się ubrała, chwyciła plecak, zakupiony wcześniej bilet i cichutko nacisnęła klamkę, zanim ktokolwiek mógłby wstać. Jeszcze cofnęła się, żeby pocałowała córeczki             na „do widzenia”, męża musnęła lekko w policzek, żeby go nie zbudzić i ruszyła na dworzec.
Miasto było uśpione, rześkie powietrze wydychane ustami kłębami pary podrywało się               do lotu jak młode gołębie, świeżo zapastowane buty stukały po kostkach kociego bruku niczym klawisze maszyny do pisania notujące powieść życia. Latarnie świeciły mocno, a ich łagodne światło rozpraszało otulającą kamienice mgłę. Miasto spało. To nie była lekka drzemka, a silny, krzepiący sen, z którego nikt nie ma ochoty zbyt szybko się obudzić.
Na dworcu czekało kilka osób: starszy pan odprowadzający córkę, dwóch studentów, para zakochanych młodych. Pociąg podjechał o czasie i każdy wsiadł, zajmując pierwsze z brzegu miejsce. Ze względu na nieludzką porę, niemal wszyscy pasażerowie prawie natychmiast zasnęli jak pod wpływem rozpylonego w powietrzu środka nasennego, jedynie Alicja patrzyła przez okno na migające z daleka pola i lasy, zamek na wzgórzu i opadającą mgłę,                    na wszystko, co widziała nie raz, ale teraz jakby widziała po raz  pierwszy. Czulej, intensywniej, jak patrzy się na miejsca, do których można nigdy nie wrócić, nie mając odwagi nazwać tego pożegnaniem…
Gwizd oznajmiający przyjazd do stacji docelowej uświadomił jej, że ta podróż dobiegła niemal końca, a w każdym bądź razie czas zabrać swoje rzeczy i opuścić ciepły przedział.
Zapach kawy na peronach budził uśpionych podróżnych. Nabierając życia wysiadali                      i rozbiegali się na cztery strony świata. Alicja też ruszyła w stronę tramwaju.
Roześmiała się, gdy pasażer ruchem palca uświadomił jej, że nieudane próby skasowania biletu wynikały z tego, że usiłowała umieścić go w miejscu na doładowanie karty miejskiej… cóż trochę techniki i człowiek się gubi.
Tramwaj dojechał do ostatniego przystanku. Wysiadła. Nowoczesny budynek błyszczący tysiącem szklanych tafli śmiało mógłby być pięciogwiazdkowym hotelem, gdyby nie wielki napis nad wejściem, który nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Szeroki hol z recepcjonistką, plan obiektu, osiem okienek do rejestracji, w której, po podaniu skierowania i podpisaniu dokumentów, zakładano świeżo przyjętemu na oddział pacjentowi nie bransoletkę                   z imieniem i nazwiskiem, a kod kreskowy z zaszyfrowanymi danymi, dawało poczucie znalezienia się winnym wymiarze.
Zjechała windą w dół, by zapakować swoje ubranie w ogromny, czarny worek i oddać go               w dobre ręce, a raczej pod ścisły klucz. Ta sama winda zawiozła ją na oddział onkologiczny,                   na który wchodziła z uśmiechem, usiłując dodać sobie i innym otuchy, ale i z duszą                       na ramieniu. W tej chwili miała ochotę znaleźć się jak najdalej stąd, ale zdrowy rozsądek kazał pomaszerować przed siebie i zameldować się u pielęgniarek. Te poprosiły ją,                    żeby poczekała w świetlicy, aż ktoś po nią przyjdzie, w końcu był to zwykły szpitalny dzień, gdzie młyn zaczyna się od rana.
Alicja wyjęła z plecaka książkę i usiadłszy wygodnie w fotelu, postanowiła zając się lekturą,       co jakiś czas wybuchała śmiechem, zasłaniając usta w momentach, gdy uświadamiała sobie, gdzie się znajduje, to znów ocierała ukradkiem łzę wzruszenia.
Gdy była już w kulminacyjnym momencie, bardzo młody doktor wszedł na salę i wyczytał jej nazwisko. Podeszła z uśmiechem. Ale już za chwilę usłyszała coś, co zachwiało jej równowagą i poczuła łzy napływające jej do oczu:
- Wie Pani, że musi podpisać zgodę na usunięcie węzłów chłonnych.
- Nie wiem – próbowała żartować.
- To już pani wie – beznamiętnie odrzekł lekarz.
- Ale… - zawahała się – przecież to miał być tylko zabieg, a tak… mogę mieć potem niesprawne ręce – wyszeptała i przez głowę przeleciało jej setki czynności, które były do tej pory tak naturalne jak oddychanie, a które teraz mogły okazać się niewykonalne…
- Tego nie ukrywam – odpowiedział doktor.
- Ale i nie powiedział pan wprost – odparła z wyrzutem.
- Proszę podpisać zgodę na zabieg.
- Nie jestem pewna…
- Dobrze, potem ktoś z panią jeszcze porozmawia, a tu jest ulotka informacyjna, proszę się              z nią zapoznać.
Alicja wróciła zapłakana, opowiedziała o wszystkim leżącej obok pacjentce.
- Co tam cycki, zdrowie najważniejsze – skwitowała starsza pani.
- Tak, ale mnie cały czas mówiono o zabiegu, a tu… - zawiesiła głos.
- A tu się dowiadujesz, że możesz wrócić bez cycków? – bezceremonialnie podsumowała sąsiadka.
- Dokładnie. Gdyby nie jutrzejsza operacja, chyba bym się upiła – stwierdziła Alicja.
Wieczór minął na przemian to na łzach połykanych ukradkiem, to na pomysłach ucieczki                   z oddziału rodem z „Mission impossible”. W końcu zmęczona pacjentka zasnęła, bądź co bądź ranek jest mądrzejszy od wieczora.
Była już ciemna noc, gdy do sali wszedł profesor:
- Słyszałem, że staje pani okoniem, pani Alu i nie chce pani być operowana – zażartował.
- To nie tak, tylko myślałam, że idę na szybki zabieg, a tu dostaję do podpisania wycięcie węzłów chłonnych i …
- Pani Alu – wszedł jej w słowo profesor – zakładamy, że wszystko będzie dobrze, ale co tam jest, tylko Pan Bóg raczy wiedzieć, a my to zobaczymy jutro, jak będzie pani na stole operacyjnym. Nie możemy wtedy pani budzić i pytać „Pani Alu, okazało się inaczej,                    co robimy?”
Skinęła potakująco głową. Uśmiechnęła się przez łzy. Pomyślała, jakie to dziwne, jeszcze niedawno zastanawiała się, jakie prezenty kupić i co by ją najbardziej ucieszyło                         pod pachnącym igliwiem drzewkiem, a teraz najbardziej chciałaby, żeby tego tu nigdy               nie było. Żeby nie musiała się zastanawiać, czy jutro będzie miała biust czy nie. Czy jeszcze będzie atrakcyjna i czy kiedykolwiek jeszcze zdobędzie jakiś górski szczyt. Nawet czy będzie  w stanie samodzielnie się ubrać. W końcu uznała, że i tak nie ma na to najmniejszego wpływu, i godząc się z tym, że co ma być, to będzie, wyczerpana skrajnymi emocjami - zasnęła.
Rano było jej już wszystko jedno.
Bez słowa protestu podpisała wszystkie dokumenty, umyła się, ubrała w szpitalną koszulę               i łyknęła pół tabletki tzw. „głupiego Jasia”, pewnie w jej przypadku bali się dać całej dawki              ( może przez sen wygadała się o tym, jak przed usunięciem wyrostka po zażyciu medykamentu zdążyła obstukać ściany na całym oddziale w poszukiwaniu skarbów, i co najlepsze, zdołała namówić do tego kilkoro innych pacjentów, anie był to bynajmniej oddział zamknięty ).
Obudziła się kilka godzin później, gdy sanitariusz wwiózł ją z tryumfem na salę.
 Starsza pani poderwała się ze swojego miejsca i zupełnie jak krzykliwa nastolatka zawołała:
- Masz cycki?!
Alicja spojrzała z obawą pod przykrywające ją prześcieradło.
-Mam – odpowiedziała - i pachy też -dodała.
Pielęgniarka spojrzała na nie rozbawiona i dodała:
- Pani Alu, to teraz mąż na Gwiazdkę zdąży jeszcze kupić stanik, ale żadnych fiszbin i koronek, taki sportowy. W końcu jutro Wigilia.

- Biały czy czarny ?- zapytał Marek, który wpadł właśnie przez otwarte drzwi – zakładam, że rozmiaru nie zmienili?

Trzy życzenia
Tego dnia było wyjątkowo zimno! Padał deszcz ze śniegiem, przechodnie naciągali na głowę kaptury, zawijali się szczelnie w kurtki i starali jak najszybciej wracać do domu. Co za plucha! Źle się czułam, bolała mnie głowa i okropnie łamało w kościach. No to super! Ale pech! Jak chorować to najlepiej w najpiękniejsze święta w roku –pomyślałam ze złością. Przez ostatnie lata nie miałam nawet kataru, aż tu właśnie dzisiaj… byłam zrezygnowana, akurat dzień przed Wigilią. Przecież jutro mam gości, przyjadą moi rodzice z drugiego końca Polski i jeszcze do tego teściowa. Co im powiem? Żeby nie przyjeżdżali i inaczej zaplanowali Wigilię? W ostatniej chwili to trochę głupio. Byłam załamana. Szef widząc mnie w takim stanie, wysłał  natychmiast do domu. Chciałam zaprotestować, nie mając stałej umowy o pracę, wolałabym nie korzystać ze zwolnienia lekarskiego. Musiałam mu jednak przyznać rację. Takim wyglądem zniechęcę klientów. Nie pozostało mi nic innego, jak wytrzeć swój czerwony nos i pojechać do lekarza. Tam został przepisany mi antybiotyk i dostałam tydzień zwolnienia. Było przed południem, w sklepach nie było jeszcze tłumów, więc postanowiłam, że w drodze do apteki wstąpię jeszcze do centrum handlowego. Muszę zrobić zakupy, nie chciałam odkładać wszystkiego na ostatnią chwilę. Nie jest tak źle! Dasz radę! Wezmę antybiotyk i mi przejdzie –wmawiałam sobie. Zaparkowałam samochód i mimo że byłam w fatalnej formie, ruszyłam do sklepów. Ze spożywczymi poszło mi w miarę szybko, na szczęście miałam w torebce kartkę z listą zakupów. Dokupiłam trochę ciasta i kilka gotowych produktów. Wiedziałam, że nie będę w stanie przygotować wszystkiego jak zawsze. Większym problemem były prezenty. Wszystko kupiłam już wcześniej, brakowało jak zwykle prezentu dla teściowej. Nic nie przychodziło mi do głowy. Jak co roku obiecywałam sobie, że nie będę się wysilać. Ona i tak to później podaruje dalej… ostatnio nawet wróciła do mnie książka „Kronika kobiet”, którą kiedyś otrzymała od nas pod choinkę a którą wręczyła mi uroczyście na urodziny, dopisując piękną dedykację. Miałam nadzieję, że to nie ta sama książka, jednak pozostał ślad, dla mnie bardzo znajomy, po usunięciu ceny. No i co ja jej kupię? –zastanawiałam się w skupieniu. Mhm… może jakieś kosmetyki do dojrzałej cery? –Niee, perfumy, jakiś sweterek, coś do domu… komplet noży, latarka, płyty, seksowna bielizna, słownik, proszek do prania, skrzynka z narzędziami… Katastrofa! Wszystkie pomysły były do niczego. Przechodząc obok salonu fryzjerskiego pomyślałam o zaproszeniu jej na zrobienie fryzury, manikiur, pedikiur…, niee, obrazi się jeszcze, tym bardziej że jest ciężko chora, przeszła chemioterapię i nie ma zbyt wiele włosów… O! Olśniło mnie. Na wystawie zobaczyłam szlafrok w wielkie różowe róże na niebieskim tle! Po tym jak do głowy przychodziły mi same głupoty, taki klasyczny prezent gwiazdkowy był jak najbardziej na miejscu. W dodatku w jej ulubionych kolorach. Bez zastanowienia kupiłam w odpowiednim rozmiarze i zadowolona chciałam pójść do samochodu. Och, jeszcze papier i torebki na prezenty! Dobrze, że sobie przypomniałam. Tego nie miałam na liście. Teraz to już naprawdę wszystko i obładowana zakupami udałam się w stronę parkingu. Wyjeżdżając, czułam, że chyba jednak o czymś zapomniałam, tylko o czym… dojechałam do skrzyżowania… mam! No pewnie. Jak mogłam zapomnieć. KARP! Moje popisowe danie z karpia o mało nie wyleciało z głowy. Zawróciłam i mimo zmęczenia pobiegłam do sklepu, w którym sprzedawano piękne, żywe karpie. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że to już ostatni. Wiedziałam, że na pewno karpi w Warszawie nie brakuje ale nie miałam już siły i ochoty biegać po sklepach w poszukiwaniu tej smacznej ryby. Sprzedawczyni zapakowała mi go do specjalnego pojemnika –rynienki  i umieściła w reklamówce. Był trochę niepozorny, nie za duży, nie za mały,  wyglądał jednak  zdrowo i czułam, że będzie pięknie się prezentował na wigilijnym stole.
Dotarłam w końcu do domu. Mariusz, mój mąż był jeszcze w pracy a syn w szkole. Mieszkamy na parterze, więc dość szybko wniosłam i rozpakowałam zakupy. Ach, trzeba karpia włożyć do wanny. Niech się jeszcze odpręży przed tym, co go wkrótce czeka. Napuściłam mu wody i ostrożnie go do niej włożyłam.  Od razu się ożywił a ja poszłam zrobić sobie herbatę z miodem i cytryną. Z ulgą usiadłam na kanapie. Zażyłam antybiotyk i zziębnięta zawinęłam się w koc. Odpocznę sobie z godzinkę, mam jeszcze dużo czasu i zdążę wszystko przygotować.  Herbata  mnie rozgrzała a lekarstwo chyba zaczynało działać. Zrobiło się tak ciepło i przytulnie, tak niesamowicie cichutko…
Co to za rumor!? Przestraszona  zerwałam się z kanapy. Dziwny odgłos dochodził z łazienki. Pomyślałam, że to mąż lub syn wrócili do domu. –Hej! Co tam się dzieje! –zawołałam  groźnie. Odpowiedziała mi cisza i nagle usłyszałam jakby pomrukiwanie, chrząknięcie, coś jak plucie… Boże! Na pewno któryś z moich chłopców się poślizgnął, może woda była na posadzce, przerażona wpadłam do łazienki. Nie ma nikogo, co jest!? Zwierząt domowych nie mamy…  –Błagam, zabierz mnie stąd –usłyszałam. Rozejrzałam się zdezorientowana, w łazience nie było nikogo a wyraźnie usłyszałam, niski, męski głos. Co jest? Żarty sobie ktoś robi czy co! Chciałam już wyjść, gdy usłyszałam znowu –zabierz mnie stąd, proszę… i to plucie. Głos dochodził z wanny. Nachyliłam się ale był tam tylko karp… i patrzył na mnie swoimi wybałuszonymi oczami. Niee, ja chyba śnię, zaśmiałam się w głos, mam chyba jakieś omamy. Przetarłam ręką spocone czoło, było rozpalone. To gorączka, chyba jestem naprawdę chora i nagle szok! Karp plunął wodą a z jego pyszczka wydobył się glos –Nie wytrzymam dłużej! Co za wstrętna, chlorowana woda! Kaleczy mi skrzela – wyjąkał żałośnie. Dlaczego ludzie tak się nad nami znęcają? –Rozumiałam każde jego słowo a on kontynuował. – Zdarza  się, że nawet w sklepach wbija się w jeszcze żywego karpia, szpilkę z ceną! Tradycja, tradycją ale dusić nas w reklamówkach bez powietrza albo w tej wodzie? Później mordować, bo nie każdy wie jak humanitarne zabić karpia, żeby się nie męczył. Prawo wzięło nas od niedawna w obronę. Nie wolno nas teraz przetrzymywać w złych warunkach. Musimy mieć wystarczająco miejsca i wody. Jesteśmy także kręgowcami, czujemy ból, stres czy strach. Niestety, nie wszyscy przestrzegają przepisy.  Dawniej może nie było innego wyjścia, ryba w czasach kryzysu była trudno dostępna, więc jak już komuś udało się ją zdobyć, czekała nawet kilkanaście dni na nadejście świąt. Nie wszyscy posiadali lodówki. Tylko żywa miała możliwość przetrwać do Wigilii. Teraz jest łatwiej, jednak większość ludzi uważa, że powinno się podtrzymywać taką  tradycję. –Karp przerwał swój monolog a ja stałam tak nad nim jak sparaliżowana i nie potrafiłam wymówić ani słowa. Sprzedawczyni proponowała mi „przygotowanie ryby” ale się nie zgodziłam. Zawsze zajmował się tym mąż ale czy robił to prawidłowo? Mam nadzieję, że najpierw ogłuszał a dopiero potem odcinał głowę i patroszył.  Zrobiło mi się wstyd. Uszczypnęłam się, zabolało, czyli nie śnię –No, co tak się patrzysz? Pomożesz mi? –Ja… , ja nie wierzę w gadające ryby – to nie może być prawda. –Możesz wierzyć albo nie,  jest mi to obojętne. Karp mówił wolno i wyraźnie –Daruj mi tylko życie i zabierz z tej ohydnej wody a spełnię twoje trzy życzenia. Parsknęłam –gdybym  już miała wierzyć, to raczej w złotą rybkę a tobie do niej daleko, spojrzałam sarkastycznie na jego dość zaokrąglone kształty –Nie słyszałaś o karpiu królewskim? Zresztą, co ci zależy. Niczym nie ryzykujesz. Powiedz pierwsze życzenie. Karp patrzył na mnie błagalnie a jego oczy przypominały charakterystyczne spojrzenie kota ze Shreka. Wzruszyłam ramionami –no dobra, niech ci będzie, w końcu nic przez to nie tracę. Wzrok mój padł na mydelniczkę w kształcie muszli, która stała na umywalce. Podarowała mi to kiedyś moja teściowa na imieniny. Oczywiście nie kupiła jej, wcześniej dostała ją od swojej siostry z jakiejś okazji. Kilka lat używała a później obdarowała mnie. Żenada. Nigdy nic mi nie kupiła, zawsze uszczęśliwiała mnie używanymi rzeczami, które się jej znudziły. Teraz chorowała i to poważnie. Można powiedzieć, że jej los był już przesądzony. Mimo wszystko było mi jej żal. Usłyszałam swój własny głos, który wypowiedział pierwsze życzenie – Niech teściowa wyzdrowieje. –Załatwione, usłyszałam głos karpia. Zaskoczona, przeniosłam wzrok z mydelniczki na niego.  –Eee, niee, naprawdę? To niemożliwe, pokręciłam głową z niedowierzaniem. –Teraz ci tego nie udowodnię ale wkrótce się przekonasz –powiedział spokojnie karp, poruszył skrzelami i zrobił kółko w wannie. Naprawdę tego chciałam? Przecież nie znosiłam tej starej wiedzmy. Myślę, że ze wzajemnością. Toczyłyśmy między sobą coś w rodzaju rywalizacji, ona o syna, ja o męża. Nie wiem, chyba każda chciała go mieć dla siebie. Jego to nawet bawiło, kiedy słyszał nasze, na pozór miłe rozmowy ale znał nas dobrze i wiedział co się za tym kryje. Musiałyśmy udawać, że się lubimy.  Czasami nieświadomie dolał oliwy do ognia. Dobrym przykładem mogą być ostatnie odwiedziny u teściowej. Weszliśmy do niej przed dom a mój ukochany, widząc ją z miotłą (zamiatała właśnie suche liście), zapytał wesoło: „Przepraszam, bo moja żona pyta… a mamusia to zamiata czy odlatuje? ‘’ –Słucham? Spojrzała na mnie wrogo. Poczucia humoru, w przeciwieństwie do swojego syna, nie miała w ogóle. Może mnie osobiście zapytać –syknęła. Ścisnęłam mojego za rękę i powiedziałam przez zaciśnięte zęby – bardzo śmieszne. Będzie lepiej, jak będziesz mówił za siebie. Spojrzał na mnie, chyba zrozumiał, że tym razem przesadził. Przeprosił. Teściowa obróciła to w dobry żart, przecież nie pogniewa się na synka. Na mnie jednak przez następne dni patrzyła bardzo podejrzliwie. Musiałam uważać na każde słowo i gest, chociaż nie byłam niczemu winna. Ciekawe. I teraz chce dla niej jak najlepiej. Żeby w miarę możliwości jak najdłużej zatruwała mi życie. No dobra ale skoro ma się spełnić to muszę zastanowić się nad drugim życzeniem. Przez głowę zaczęły mi przelatywać różne myśli, mhm… chyba pieniądze, bez nich ani rusz. Niby szczęścia nie dają ale jak masz pusty portfel, jesteś nikim i nie liczysz się w społeczeństwie. Nikt nie będzie na ciebie pracował. Nie zapłacisz rachunków: mieszkanie, woda, prąd czy telefon. O zakupach można zapomnieć, nikt nie da „ na zeszyt”. Grozi więc ci głód –niedobrze.  Nie kupisz ubrania, nawet za odzież używaną trzeba zapłacić. Znajomi też takich „gości” nie wyglądają i powoli przestaną zapraszać. O restauracji, kinie, urlopie, można pomarzyć, zresztą nie będzie nawet samochodu a za jazdę bez biletu wyrzucą cię z autobusu czy pociągu. Wiedziałam, moje drugie życzenie dotyczyło strony finansowej –Karpiu, spełnij moje drugie życzenie. Chcę aby na moim koncie w banku było zawsze 100 000 zł, obojętnie ile będę wypłacać, niech saldo zawsze  będzie takie  samo. Wydawało mi się, że karp się uśmiechnął –łatwizna –powiedział i zanurkował. Chyba trzymał mnie specjalnie w takim napięciu. Wyglądało jakby się zastanawiał. Dopiero po  chwili wypłynął i potwierdził: teraz możesz nie pracować do końca życia, na brak pieniędzy na pewno nie będziesz narzekać. Zastanowiło mnie to trochę, no bo co ja teraz będę robić całymi dniami? Zajmować się tylko domem? Nie. Szybko odrzuciłam takie myśli. Mogę przecież przyjemnie spędzać czas, na przykład będę chodzić na fitness, podróżować, może zrobię sobie jakiś kurs językowy… -jakie masz trzecie życzenie? Z zamyślenia wyrwał mnie glos karpia –Co? Ach, no tak, muszę powiedzieć trzecie życzenie, może nowy samochód? –pomyślałam, albo nowy dom? Przecież to bez sensu. Jak będę miała pieniądze to przecież mogę to sobie wszystko kupić. Może mieć świetną figurę? Ech, jak będę ćwiczyć i chodzić na basen to figurę też będę miała. Nie, to musi być inne życzenie. Pomyślałam o synu. Był w klasie maturalnej i za pięć miesięcy będzie zdawał egzamin dojrzałości. Oczywiście, zależy mi na tym żeby zdał i głośno powiedziałam do karpia : moje trzecie życzenie jest takie: proszę aby mój syn zdał maturę. Karp przepłynął tam i z powrotem, pięknie przy tym poruszał płetwami i czymś w rodzaju wąsów. Odezwał się dopiero po chwili –twoje trzy życzenia nie były dla mnie zbyt trudne, już je wszystkie spełniłem. Teraz czas abyś ty wywiązała się obietnicy. Popatrzyłam na niego i powiedziałam ze śmiechem –przestań, nawet jeżeli nie spełnisz moich życzeń to jak ja mam cię zjeść. Nie spotkałam jeszcze ryby, która mówi ludzkim głosem. Myślę, że jestem jedyną osobą. Zaraz wyniosę cię do stawu. Karp słysząc te słowa wyskoczył w górę i cmoknął mnie prosto w usta. Poczułam rybi zapach i odruchowo się wytarłam  po tym „wilgotnym buziaku” –Dziękuję kochana, bardzo ci dziękuje –mówił najszczęśliwszy w świecie karp i szalał w wannie aż woda pryskała na wszystkie strony.
Usłyszałam zgrzyt przekręcanego klucza w zamku, to moi domownicy wrócili do domu. Przygotowaliśmy kolację, jednak ani słowem nie wspomniałam o przygodzie z karpiem. Pomyślałam, że muszę delikatnie nawiązać do takiej sytuacji, jak nieograniczone posiadanie gotówki. Chciałam zobaczyć reakcję moich najbliższych. Zapytałam, co zrobimy, jak wygramy na przykład na loterii mnóstwo pieniędzy. Odpowiedz mojego męża była natychmiastowa. Zrezygnuje z pracy, będzie mógł całymi dniami oglądać telewizje, nie przegapi żadnego meczu i będzie miał mnóstwo czasu dla siebie. Syn miał podobne zdanie, twierdził, że w takim przypadku nie opłacałoby się chodzić do szkoły bo sobie to wszystko kupi, łącznie ze studiami. Byłam przerażona, tym co usłyszałam. –A co będzie jak pieniądze się skończą?  -Ach, możemy przecież kupić kilka kamienic i wynajmować, czyli będziemy mieli  stały napływ gotówki, -albo założymy jakąś firmę i ludzie będą na nas pracować –dokończył syn. Takiej reakcji się nie spodziewałam i nie wyobrażałam sobie siedzących ich stale w domu, bez obowiązków, odpowiedzialności i celu. Na szczęście obaj wzięli to za dobry żart. Mnie nie było do śmiechu, bo w międzyczasie sprawdziłam banking online. Na moim koncie znajdowało się okrągłe 100 000 zł! Zasłoniłam usta ręką aby nie krzyknąć ze zdumienia. Zamknęłam się w pokoju i wykonałam zwykły  przelew. Zamówiłam jakąś książkę i zapłaciłam. Chciałam sprawdzić, czy to naprawdę działa. Z konta pobrano 30zł ale po chwili stan konta powrócił do sumy 100 000… O Boże, co ja teraz zrobię? Nie utrzymam tego w tajemnicy. Przecież w banku od razu zauważą, że są jakieś nieprawidłowości z moim kontem. Może wypłacić ile się da i założyć lokatę w innym banku? Targały mną wątpliwości –a może zamontować w domu sejf? Nie było innego wyjścia, pójdę zapytam męża. Nie powiem mu tylko skąd te pieniądze się wzięły. Będzie się ze mnie śmiał…
Usłyszałam, że jest w kuchni. Stanęłam w drzwiach i zastanawiałam się jak zacząć rozmowę lecz nagle  oblał mnie zimny pot. Moje ciało zastygło a serce podeszło do gardła. Kątem oka zauważyłam na desce zakrwawiony nóż –Kochanie, powiedział mój mąż, myjąc nad zlewem ręce czerwone od krwi. Zobaczyłem, że karpia kupiłaś, fajny patelniak. Miałem trochę czasu, więc ci go już na jutro przygotowałem.
Z mojego gardła wydobył się straszny krzyk. –NIE !!!   ZABIŁEŚ  GO!   ZABIŁEŚ!
Poczułam, że ktoś tarmosi mnie za ramię. –Hej, co się dzieje. Miałaś koszmar, Hania, obudź się. Dobrze się czujesz? –Powoli otworzyłam oczy, nade mną stał mój mąż i patrzył na mnie z troską.         –Spałam?   –Tak, odpowiedział. Starałem się być cicho, żebyś sobie odpoczęła ale zaczęłaś krzyczeć przez sen, więc cię obudziłem. Spojrzałam na niedopitą herbatę, później na zegarek. Dochodziła 15.00.  A więc nieźle się zdrzemnęłam. Wstałam, czułam się o wiele lepiej. Poszłam do kuchni, rozejrzałam się powoli ale wszystko wyglądało w porządku. Mariusz nalał mi soku malinowego i zdjął coś z moich ust. Podniósł to do światła i obracał w palcach. Co to jest? –zapytałam. –Nie wiem ale przypomina rybią łuskę, odpowiedział zdziwiony. Może jadłaś rybę? –Nie…, odpowiedziałam powoli ale byłam na stoisku z rybami, ponieważ kupowałam karpia. Oczywiście rozbawiło go to bardzo, bo wyobraził sobie jak go łowiłam –może jak kot, chciałaś go złapać –żartował i pokazywał przy tym jak próbuje go złapać w zęby. –Ha. Ha. Ha. Bardzo zabawne –byłam  trochę poirytowana. -Jak chcesz, to zajmę się zaraz tą rybą. –Nie, nie! –prawie krzyknęłam. Może lepiej przywieź choinkę. Zamówiłam u naszego znajomego. Obiecał zostawić i zawsze miał dla nas atrakcyjną cenę. –A  więc dobrze, masz rację. Ryba poczeka a drzewko może jeszcze w lesie –zaśmiał się i zaczął zakładać buty. Kiedy tylko wyszedł poszłam do łazienki. Miałam jeszcze przed oczami rozmowę z karpiem. Spojrzałam do wanny, wyglądał tak samo tylko oczywiście  nie mówił już ludzkim głosem. Szybko pomyślałam co mam robić. Nie, jeżeli nawet przez sen obiecałam mu życie, to teraz nie mogę pozwolić go zabić. Nie będę w stanie go przyrządzić. Wykluczone! Dobrze, że Mariusz nie zdążył wziąć sprawy w swoje ręce. Poszłam do telefonu i zadzwoniłam po taksówkę. Miała być za 10 minut. Zapakowałam karpia do pojemnika z wodą i włożyłam do reklamówki. Ubrałam się i wyszłam. Na klatce schodowej spotkałam syna, który zaskoczony spojrzał na mnie. –Ja tylko śmieci idę wyrzucić a później jeszcze zajrzę do sąsiadki –nie wiedziałam co mam mu powiedzieć a nie było sensu opowiadać całej historii. –Dobra, to narka i już go nie było. Przed domem taksówka już czekała. Rozejrzałam się czy nikt mnie nie widzi i szybko do niej wskoczyłam. –Do Łazienek proszę, zwróciłam się do kierowcy. –Oj, trochę to potrwa, duży ruch ale pojedziemy bocznymi  uliczkami, odpowiedział. –Nie szkodzi, pół godziny chyba wystarczy? –zapytałam  z nadzieją. –Tak, tak. Oczywiście, może nawet krócej. Samochód ruszył a ja zastanawiałam się czy nie zwariowałam. Nie minęło 25 minut a ja byłam już na miejscu. Poprosiłam kierowcę aby na mnie poczekał. Zgodził się a ja krzyknęłam jeszcze że wystarczy mi kwadrans. Śpieszyłam się, zimą Warszawskie Łazienki zamykane są wcześniej. W parku nie było już spacerowiczów i prawie biegiem dotarłam do stawu. Na szczęście byłam sama, tylko daleko można było zobaczyć kierującą się do wyjścia parę staruszków. Miałam nadzieję, że nie ma w tym miejscu żadnych kamer. Nachyliłam się nad wodą i wypuściłam karpia. –Płyń, ty mój złoty karpiu, szepnęłam. Plusnął aż na wodzie zrobiły się wielkie kręgi. Będzie miał towarzystwo,  pięknych, wielkich karpi. To królewskie miejsce, jest dla niego chyba najbardziej bezpieczne. Inne nie przyszło mi do głowy. Do widzenia! Pobiegłam do wyjścia. –Zamykamy, proszę się pośpieszyć, usłyszałam czyjś głos. –Tak, oczywiście, już wychodzę. Taksówkarz czekał a ja wyrzuciłam jeszcze reklamówkę z pojemnikiem do śmietnika.
Wróciłam do domu szczęśliwa, kilka minut później wrócił Mariusz z choinką. Zapachniało Świętami Bożego Narodzenia. –A gdzie jest karp? –zapytał zdziwiony, wchodząc do łazienki. –Nie, nie pytaj. Ta ryba nie nadawała się do jedzenia. – O nie. Jak jakaś chora, to lepiej wyrzucić. Zresztą ja nie przepadam za karpiem a usta wykrzywił mu grymas niechęci. Jakiś, taki tłusty. Może być śledź –dodał z uśmiechem.
Następnego dnia, czułam się do południa dość kiepsko ale kiedy przyjechali moi rodzice wszystko mi przeszło. –Teraz was wszystkich pozarażam, żartowałam. Mama pomogła mi wszystko przygotować, zapanowała świąteczna atmosfera. Stół został nakryty według tradycji i czekaliśmy już tylko na moją teściową. Przyjechała jak zwykle punktualnie. Syn wypatrywał pierwszej gwiazdki. O! Jest! –zawołał ucieszony. Złożyliśmy sobie życzenia, podzieliliśmy się opłatkiem i zasiedliśmy do kolacji. –Muszę wam coś powiedzieć –zaczęła teściowa. Wszyscy wpatrywali się w nią w napięciu. Pomyślałam, że teraz na pewno zepsuje miły nastrój. Zacznie opowiadać o tym, że niedługo umrze, że choroba ją wykańcza, że to nasza ostatnia Wigilia, zacznie płakać a my będziemy ją pocieszać. Nie pomyliłam się. Zaczęła mówić o chorobie ale o dziwo, to co powiedziała, zamurowało nas a zwłaszcza mnie. –Wiecie wszyscy o raku, który mnie zżerał przez ostatnie lata. Lekarze nie dawali mi żadnych szans. Napisałam już testament… chciałam cieszyć się ostatnimi miesiącami życia i nagle wczoraj telefon ze szpitala. Powiedzieli, że nie mają pojęcia jakim cudem moje wyniki tak się poprawiły. Choroba się cofnęła i wygląda na to, że jestem ZDROWA! Twarz jej promieniała a z oczu bił blask. Po chwili ciszy odezwał się Mariusz –a może była mama u jakiegoś bioenergoterapeuty? –Właśnie nie, zaprzeczyła. Lekarze też mnie o to pytali. Po tym telefonie pojechałam do szpitala aby mi to osobiście potwierdzili. Oczywiście powtórzą jeszcze wyniki ale nie mają złudzeń, nie ma śladu po chorobie. Wszyscy pogratulowaliśmy jej serdecznie a ja wpatrywałam się w talerz na którym zazwyczaj podawałam karpia w galarecie. Tym razem leżały kotlety sojowe. –Haniu, chyba zapomniałaś posolić ziemniaki –odezwała się teściowa. No, cóż. Była już w swoim żywiole. Zrezygnowana podałam jej sól –może rzeczywiście za mało, przyznałam jej rację. Nie wytrzymała, skomentowała jeszcze moją nową sukienkę –a ta sukienka to cię trochę pogrubia. A może trochę przytyłaś kochanie? –No nie, jaka jadowita jędza! Z trudem przełknęłam kawałek makowca.
Po kolacji szybko się przebrałam. Teściowa zaniemówiła. Znalazłam w szafie prezent od niej. Bardzo jaskrawą, niemodną bluzkę. –Na  pewno w tej bluzce jest mi do twarzy, mamusiu?  –Wiesz, jednak w poprzedniej sukience było ci o wiele ładniej –powiedziała cicho. Triumfowałam. Teściowa zrozumiała chyba swój nietakt –Przepraszam, nie chciałam cię urazić. A tę bluzkę wyrzuć, już nie otrzymasz ode mnie tak brzydkiego prezentu. Wybacz mi… powiedziała skruszona. Pierwszy raz w życiu mnie przeprosiła a prezent –szlafrok, bardzo się jej spodobał. Naprawdę! Zawsze go później nosiła.
Minęły święta i Sylwester. Powoli zapominałam o swoim śnie. Pewnego dnia zostałam poproszona na rozmowę do biura szefa. Nie wiedziałam o co chodzi, zastanawiałam się czy ostatnio czegoś nie zawaliłam ale według mnie, pracę do tej pory wykonywałam dobrze a z ostatniego projektu byłam nawet zadowolona. Wydawało mi się, że mój szef również. To co usłyszałam przerosło moje najśmielsze oczekiwania. –Jestem pod wrażeniem pani kompetencji, kwalifikacji zawodowych, zdolności organizacyjnych, lojalności wobec firmy i zaangażowania. Pracuje pani u nas od niedawna ale chciałbym już teraz zaproponować stanowisko menadżera i kierowanie zespołem. –Dobrze, że siedziałam w fotelu bo poczułam że nogi mam jak z waty. Czułam się wyróżniona. Nie spodziewałam się tego awansu. –Zgadzam się oczywiście, odpowiedziałam pewnym głosem. –Cieszę się, odpowiedział szef i uścisnął moją dłoń. Oczywiście, otrzyma pani podwyżkę i stałą umowę.
Wracałam do domu z mieszanymi uczuciami. Tak, poradzę sobie na nowym stanowisku, nie miałam wątpliwości. Atmosfera w pracy po oficjalnym powiadomieniu moich koleżanek i kolegów nie zmieniła się. Miałam z nimi dobry kontakt i byłam pewna, że ich radość nie była udawana. Najwyżej nie ponarzekają sobie w mojej obecności na szefa. Głowę zaprzątała mi inna myśl. Nagły przypływ gotówki. Nie było to wprawdzie 100 000 zł. na koncie ale jednak stały, dość duży dochód. Zbieg okoliczności, czy karp miał coś z tym wspólnego?

Przyszła wiosna. Pachniało nią wszędzie. Praca na nowym stanowisku przebiegała bez zarzutu. Miałam trochę stresu na początku ale poradziłam sobie i teraz byłam z pracy a zwłaszcza z wynagrodzenia bardzo zadowolona. Maj. Kwitną kasztany. Matura. Syn nie jest odporny na przyswajanie wiedzy ale nie poświęcał ostatnio zbyt dużo czasu na naukę. Bał się i ja też.  –Mamo, chyba obleję, mówił zakłopotany. –Dasz radę, próbowałam go zmotywować. Nie martw się. Jeżeli się nie uda, za rok podejdziesz drugi raz. Będę mocno trzymać kciuki. Minął pierwszy dzień egzaminu. Syn był szczęśliwy. –Mamo, coś niesamowitego! Był ten temat na który byłem przygotowany. Myślę, że poszło mi dobrze. To samo było w następne dni. Wyglądało jakby ktoś specjalnie dla niego przygotował tematy. Czekamy na wyniki… i –zdałem! –słyszę. Cieszyliśmy się z mężem. W niedzielę zaprosiłam wszystkich na obiad i spacer po Łazienkach Królewskich. –Zobacz, jakie wielkie karpie pływają w tym stawie, wskazał ręką syn. Przytaknęłam i uważnie wpatrywałam się w wodę. Mojego karpia wrzuciłam właśnie tu, do tego stawu. Powinien tu być ale go nie widzę. Zresztą jak go odróżnić od pozostałych? W każde Święta Bożego Narodzenia będę go wspominać. Nie wiem, czy miał coś wspólnego z wyzdrowieniem teściowej, awansem w pracy i zdaniem matury mojego syna. Nie wiem ale chciałabym mu podziękować. Może komuś z was uda się go spotkać. Podziękujcie i pozdrówcie go ode mnie…


KROPECZKA W POSZUKIWANIU ŚWIĄT.

Kochane dzieci opowiem Wam bajkę
O maleńkiej Kropeczce
Co zgubiła się w tej bajeczce, by poszukać rodziców i Świąt Bożego Narodzenia.

Joachim Bródka - pan, który napisał tę bajkę, mieszkał w dużym domu, otoczonym przepięknym ogrodem. Codziennie rano pan Joachim zasiadał w wygodnym fotelu, zakładał okulary i wymyślał kolejne przygody bohaterki swojej bajki.

Maleńka, okrągła i czarna Kropeczka mieszkała raz sobie w pewnej bajeczce. Czarną miała buźkę, oczki, rączki i nóżki. Swoją wędrówkę po tej bajeczce zaczęła Kropeczka od zielonego lasu. Rosły w nim drzewa, duże, ogromne, z których czasami spadały listki. Frunęła Kropeczka między drzewami, tańczyła z wiatrem, co dmuchał w te listki. Tak długo fruwała, aż się zmęczyła, na jednym listku się położyła. Już zamykała oczki do spania, kiedy spod listka szmer usłyszała. Co to? Przestraszona pod listek zajrzała. Zielony kolczatek wyskoczył spod listka, a z niego brązowy Kasztanek.
- Cześć Kropeczko!- uśmiechnął się Kasztanek
- Cześć Kasztanku!- krzyknęła Kropeczka.
- Co tu robisz Kropeczko?- zapytał Kasztanek.
Wędruję po bajce, by znaleźć swój domek, swoich rodziców i Święta – podskoczyła – Przecież niedługo Święta Bożego Narodzenia! - krzyknęła.
A co to są te Święta Bożego Na......co? Jak?
Narodzenia! - zirytowała się Kropeczka – to jest czas, kiedy wszyscy razem siadamy do stołu, dzielimy się opłatkiem. Jest choinka...
O.....choinek ci u nas nie brakuje! - krzyknął Kasztanek zamaszyście pokazując las wokoło, przerywając w ten sposób Kropeczce, która chciała bardzo dokładnie wytłumaczyć Kasztankowi, jak wyglądają prawdziwe Święta Bożego Narodzenia.
Nie takie, to znaczy...- zdenerwowała się już Kropeczka – takie, ale ustrojone choinki w bąbki, kolorowe łańcuchy, światełka- rozmarzyła się Kropeczka – pachnie barszczykiem z uszkami, piernikiem, grzybkami, złocistym karpiem.
Co? - krzyknął Kasztanek zaciekawiony – to te święta są po to, żeby jeść, czy być razem? I tak całkiem poważnie to co to jest ten Boże Narodzenie?
Nie co, tylko kto. Słuchaj.... - Kropeczka spoważniała – W święta przygotowuje się te wszystkie potrawy, by usiąść przy wigilijnym stole, wcześniej dzieląc się opłatkiem, składając sobie życzenia....-rozmarzyła się Kropeczka.
- Ale Ty jesteś cała czarna Kropeczko – przerwał jej Kasztanek.
- A Ty cały brązowy.
- To źle?- zapytał Kasztanek.
- Nie, chyba nie. Różnimy się kolorem, ale jesteśmy fajnymi kolegami - odpowiedziała Kropeczka i uśmiechnęła się do Kasztanka.
- O to super! – ucieszył się Kasztanek - nie mam żadnych kolegów.
- To teraz masz – powiedziała Kropeczka i razem z Kasztankiem podali sobie rączki – wiesz Kasztanku muszę już lecieć, by znaleźć swój domek.
- To do zobaczenia Kropeczko! A jak już znajdziesz swój domek, to przyleć tu do mnie i mi wszystko opowiedz!- krzyknął Kasztanek i dzielnie pomachał Kropeczce na pożegnanie.

Kropeczka szczęśliwa, że ma nowego kolegę, poleciała za lasek. Stały tam dwa ule, tuż obok pola z pachnącymi kwiatkami, żółtymi, jak słońce. Zapukała do ula. Wyjrzała z niego Pszczółka. Prawie tak mała, jak Kropeczka cała.
- Czego szukasz Kropeczko? – zapytała Pszczółka.
- Swojego domu, nie wiesz może, gdzie on jest?
Pszczółka podrapała się po głowie – wiesz Kropeczko, nie wiem, ale może poleć z powrotem do bajeczki, może ktoś będzie wiedział.
Kropeczka zmartwiona już miała lecieć z powrotem, gdy Pszczółka zawołała:
- Poczekaj Kropeczko, napij się z nami miodu słodkiego i świeżutkiego,  rano z  kwiatków zebranego.
Kropeczka napiła się ciepłego miodku i zrobiła tak, jak jej radziła Pszczółka.
Wróciła do bajeczki. Latała tak dzień cały, bardzo zagubiona, gdy tuż nad chmurką znalazła się zmęczona. Położyła się na niej skulona w kłębuszek, Księżyc zaśpiewał jej kołysankę i zasnęła, maleńka.

Gdy oczka otworzyła, Słonko zobaczyła.
- Kropeczko kochana, co ci się stało? – Słonko z troską Kropeczkę zapytało.
- Jestem trochę smutna, bo szukam domku, a teraz przecież za niedługo Święta Bożego Narodzenia – Kropeczka ze łzami w oczach odpowiedziała.
- Nie martw się, na pewno znajdziesz i mamę i swój kochany domek – Słonko się uśmiechnęło, złapało Kropeczkę za rękę i pofrunęli nad zielone pola. Tam wykąpała się w porannej rosie, zjadła śniadanko i poleciała za łąkę.
Tuż obok stał płot. Przez dziurę w płocie rozmawiały ze sobą dwa Pasikoniki, ale to nie była zwykła rozmowa, to był piękny śpiew, jak z nut u prawdziwego muzyka.
- Hej chłopaki, co robicie – Kropeczka spojrzała bystrymi oczkami.
- Jak to co, uczymy się śpiewać – odpowiedział jeden z nich – Ja jestem Franek, a to mój brat Janek – przedstawił brata, a ten ukłonił się Kropeczce w pas, zdejmując duży zielony kapelusz z głowy.
- Bardzo mi miło Was poznać, ale … powiedzcie mi – zająknęła się Kropeczka – powiedzcie, dlaczego uczycie się śpiewać?
Janek spojrzał na Franka, a potem na Kropeczkę, która miała oczka świecące, jak latareczki.
- Jak dlaczego? – zdziwił się Janek – Wszak nie od dzisiaj wiadomo przecież, że my Pasikoniki jesteśmy uznawani za prawdziwych mistrzów śpiewu i aby inni mogli brać z nas przykład, musimy dużo ćwiczyć, czyli śpiewać, tak jak teraz.
- Ale to jest piękne, co robicie – Kropeczka zamyśliła się.
- Pewnie, że piękne, bo tego, jak śpiewać nauczyli nas nasi rodzice. I wiesz co Kropeczko, my lubimy to robić, nikt nas do tego nie zmusza.
Kropeczka była zachwycona tym, co usłyszała. Pożegnała się z Pasikonikami i dalej poleciała.

Za łąkę, za las, nad strumyka cichy szum. Woda była czysta i przejrzysta. Płynęła po kamyszkach i trawach. Blisko wody rosły wysokie chwasty i tataraki. Na jednym, zielonym listku usiąść sobie chciała, ale zanim kucnęła krzyczeć zaczęła.
- Aua……- Kropeczka ze łzami w oczach z całych sił krzyczała – Aaaaaaaa, aaaaaaa.
W tym czasie roślinka drgnęła i do Kropeczki się pochyliła:
- Witaj kochana, maleńka Kropeczko, nie krzycz, proszę bo głowa mi pęknie. Widzisz  ja jestem Pokrzywka. Jak ktoś mnie dotknie, to parzę, jak ogień. – Ze smutkiem i troską na Kropeczkę spojrzała, dmuchnęła, a Kropeczka na ziemie się sturlała i krzyczeć przestała.
-Przepraszam, nie chciałam ci zrobić krzywdy – mówiła Pokrzywka – Tylko, ja taka jestem i niestety, ale sama się nie zmienię, bo taka urosłam, tak jestem zbudowana.
Kropeczka chyba nawet nie słyszała, co Pokrzywka do niej mówi, bo po tym jak znalazła się biedulka na ziemi, siedziała i bąbelki czerwone na nóżkach głaskała. Schyliła się i do czystej wody, co obok była, wielkim susem wskoczyła.
- Ale przyjemnie – powiedziała Kropeczka – Już tak nie swędzi, ani nie piecze – spojrzała na Pokrzywkę. A ona płakała. – Nie martw się Pokrzywko, przecież od tego nic mi się nie stanie, prawda?
- Pewnie, że prawda – powiedziała Pokrzywka – Wiesz Kropeczko, ja nie jestem taka groźna i zła, jak mówią o mnie Ludzie. Niekiedy mają ze mnie radość. Wiosną, kiedy przyroda budzi się do życia, jestem młoda, świeża i wcale nie taka duża jak teraz. Ludzie szukają mnie właśnie w takich miejscach, jak to, blisko wody i chwastów. Jestem im potrzebna. Suszą mnie, a potem robią ze mnie herbatkę. Podobno daję im więcej siły i energii do życia.
Kropeczka z zaciekawieniem słuchała tego, o czym opowiada jej Pokrzywka. Po czym zapytała:
- A co to jest Ludzie?
Pokrzywka się uśmiechnęła:
- Nie, co to jest Ludzie, tylko kto to są Ludzie.
- No właśnie, kto? – zapytała Kropeczka jeszcze raz.
- Ludzie, to takie same istoty, jak my. Ja jestem roślinką. Są jeszcze zwierzęta. A ty…..hm….jakby to powiedzieć….no właśnie Kropeczko, a ty kim jesteś?
Kropeczka się zamyśliła……ale po chwili odpowiedziała:
- Ja myślę, że zostałam stworzona, by opowiadać Dzieciom te wszystkie moje wspaniałe przygody.
- No właśnie!!!- krzyknęła Pokrzywka – To teraz fruń Kropeczko dalej. Wiem że szukasz rodziców, ale leć szukać też Ludzi, a szczególnie Dzieci i opowiedz im wszystko, co Cię spotkało.
- Dobrze Pokrzywko! – Kropeczka jeszcze na pożegnanie do Pokrzywki szepnęła – A ty tu rośnij sobie Pokrzywko. Nie zapomnij o mnie.
Pokrzywka się uśmiechnęła:
- Pewnie, że nie zapomnę, takich przyjaciół, którzy mnie rozumieją, nigdy nie zapomnę. Żegnaj Kropeczko. – I pomachała Kropeczce, swymi zielonymi, parzącymi listkami.

Kropeczka leciała między drzewami, co rosły tuż niedaleko. A potem przez pola pachnące słońcem. Rozmarzona leciała tak nisko, że nóżkami dotykała dziwnych roślinek, które rosły na tym polu. Aż śmiać się jej chciało, bo ją to łaskotało. Postanowiła przysiąść na jednej, ale troszeczkę się bała, po przygodzie z Pokrzywką. Delikatnie położyła na roślince najpierw jedną nóżkę, a kiedy poczuła, że nic się nie dzieje, stanęła na roślince dwiema nóżkami. Zaszumiał wiatr i roślinki poruszyły się z wdziękiem.
- Hej, hej…- nieśmiało zaczęła Kropeczka – czy ktoś mnie słyszy?
- Tak, ja cię słyszę i widzę Kropeczko – roślinka odpowiedziała.
- Kim jesteś? – zapytała Kropeczka.
- Nazywam się Kłos, a pozostałe rośliny, to moi bracia. Jesteśmy Kłosami. A dokładnie, to pachnącym zbożem, z którego Ludzie robią chleb, potrzebny im do życia.
Kropeczka pomyślała, że już drugą rzecz dowiedziała się o tych Ludziach. Najpierw od Pokrzywki teraz od Kłosa.
- Hm…A co oni robią z tym chlebem?
- No jak to co – zdziwił się Kłos – jedzą! Ludzie specjalnie sieją nasze ziarenka, byśmy mogli urosnąć. W promieniach letniego słońca dojrzewamy, a kiedy przyjdzie czas, Ludzie nas koszą i z naszych ziarenek mielą mąkę. A z mąki Kropeczko pieką pachnący chlebek.
Kłosy zaszumiały i piosenkę Kropeczce zaśpiewały. Tak się cieszyła Kropeczka mała, że o swoich zmartwieniach szybko zapomniała. Rozmarzyła się, zakołysała i dalej dumnie hen poleciała.
Zmęczyła się trochę, na kamieniu usiadła, o mamie i domu właśnie pomyślała. I znowu smutno zrobiło jej się przez chwilę, oczka zamknęła i zasnęła.

Koło wieczora się obudziła. Już miała polecieć dalej, gdy w jakiejś sieci się zaplątała. Szarpała ją, chciała się uwolnić i nagle coś z kilkoma nogami do niej podeszło:
- Witaj Kropeczko - i się uśmiechnęło - jestem Pajączek.
- Dzień Dobry Pajączku - uśmiechnęła się Kropeczka.
Pajączek widząc, że Kropeczka zaplątała się w jego sieci, zaraz pomógł jej się z niej wydostać.
- Widzisz Kropeczko, zaplątałaś się w moją sieć, którą my Pająki nazywamy pajęczyną.
Budujemy ją, by łapać do niej różne owady, które potem jemy. Musimy coś jeść, prawda?
- Prawda. Żeby żyć, trzeba jeść – odpowiedziała Kropeczka i zaraz zapytała się o Ludzi – Pajączku, a czy ty wiesz, kto to są Ludzie?
- Pewnie, że wiem, oni są znacznie więksi od Ciebie i mnie, ale kiedy widzą mnie, albo moich braci, krzyczą w niebo głosy. Zastanawialiśmy się nawet kiedyś, czemu oni tak krzyczą i wiesz co Kropeczko, Ludzie się nas boją. No nie wszyscy, oczywiście, ale większość.
Kropeczkę zaciekawiła ta opowieść – Ale czemu Pajączku Ludzie się was boją?
- Kropeczko, to śmieszne, ale my podobno mamy tak chude nogi, że na sam widok Ludzie krzyczą, a nawet płaczą. Wiele razy zdarzyło mi się nawet, że dorośli Ludzie straszyli nami Dzieci.
- A co to są Dzieci? – Kropeczka spytała zdziwiona.
- Dzieci, to są mali Ludzie, ty pewnie też masz swoją mamę? – spytał Pajączek.
- No pewnie, że mam, właśnie jej szukam i spotykają mnie po drodze same wspaniałe przygody – Kropeczce zaświeciły się aż oczy, kiedy po raz kolejny pomyślała o mamie i domku, którego ciągle szukała.
- No właśnie. Więc Dzieci są małe i czasami broją. Dorośli często straszą swoje Dzieci, że Pająki je ugryzą, albo pójdą do ciemnej piwnicy, w której jest mnóstwo pajęczynek i moich braci.
- A to ciekawe – Kropeczka się zamyśliła – Muszę już pędzić, hen przed siebie, szukam swojej mamy i domku, a po drodze spotyka mnie mnóstwo wspaniałych przygód. Do zobaczenia pajączku, mam nadzieję, że jeszcze się kiedyś zobaczymy – krzyknęła na pożegnanie Kropeczka i odfrunęła. Tak, jak powiedziała hen przed siebie, żeby w końcu znaleźć mamę i tatę.

Nie spodziewała się nawet, że lecąc tak wysoko, dotykała głową białego obłoku, miękkiego, jak poduszka. Ukłoniła się i nim zdążyła o cokolwiek zapytać, tuż zza chmurki pokazał się dziwny stwór. Tylko dla Kropeczki był dziwny, bo nigdy wcześniej nic nawet podobnego nie spotkała na swojej drodze.
- Kim jesteś? – zapytał stwór.
- Ja, ja…ja … - przestraszona Kropeczka nie miała siły się odezwać – ja jestem Kropeczka, a ty?
- A ja jestem Jaskółka. To znaczy tak mam na imię. Latam na niebie i wiję sobie w powietrzu kółka, o chcesz zobaczyć?
- Tak!!- uradowana Kropeczka usiadła na jednym z obłoczków i oglądała, jak wspaniałe koła Jaskółka zatacza na niebieskim niebie – Jaskółko, a dlaczego ty wijesz te kółka?
- Te kółka, oznaczają dla ludzi, że zmienia się pora roku i czas.
- A co to takiego pora roku i czas?
Pora roku....- zdyszana Jaskółka wijąc swe kółka zaczęła swoją opowieść, fruwając jak tylko można najpiękniej - ...to tak naprawdę zmieniający się czas. Rok, w którym żyją ludzie dzieli się na dwanaście miesięcy. Każdy z nich należy do innej pory roku. Zaczyna się styczeń w zimie, to taka pora roku, w której pada śnieg, jest zimno. Potem jest wiosna, gdy świat wybucha ferią barw......, lato, czyli tak jak teraz, jak jest ciepło, gorąco, grzeje mocno słoneczko. Już za chwilkę zacznie się jesień. Listki będą spadały z drzew, częściej chłodniejsze i krótsze dni, no i potem znowu zima. Grudzień.....Święta Bożego Narodzenia, śnieg, saneczki, Święty Mikołaj......- i wiła dalej okrąglutkie kółeczka. Zatrzymała się tylko na chwilkę – No właśnie Kropeczko, przecież ty szukasz Świąt Bożego Narodzenia, rodziców, domu.
Tak! - ożywiła się Kropeczka.
Powiem ci sekret. Leć kochana do jesieni.
Nie oglądając się, Kropeczka poleciała w stronę jesieni.

A jesień była nadzwyczaj ciepła tego roku. Słońce świeciło jeszcze długo. Liście spadały z drzew tak, jak mówiła o nich Jaskółka. Robiło się coraz chłodniej, dni krótsze. I tak lecąc hen przed siebie doleciała aż do Grudnia.
Grudzień. Król wszystkich miesięcy, przywitał kropeczkę niskim ukłonem. Na głowie miał złotą koronę, długi czerwony płaszcz, na nosie okulary, białą brodę. Kropeczka pomyślała sobie, że Dziadka zobaczyła:
Kim jesteś Dziadziusiu? - zapytała ciekawa.
Jestem Grudzień. Król wszystkich miesięcy – i jeszcze raz się ukłonił.
Kropeczka się zaśmiała, gdy zobaczyła co ten Grudzień zrobił.
A co ty robisz, panie Grudniu? Mogę tak do ciebie mówić?
Ależ oczywiście kochane dziecko. Widzisz – i ukłonił się już po raz trzeci – ukłoniłem ci się. To oznacza, że mam do ciebie duży szacunek, że traktuję cię jak kogoś bardzo wyjątkowego, ważnego! Jesteś dla mnie jak Królowa. Właśnie Kropeczko! Czy zgodzisz się pomóc mi w przygotowaniach do Świąt? - i kiedy Grudzień zapytał o to Kropeczkę, przypomniało jej się, że przecież misi dalej szukać mamy, domku.....- To jak? - znowu zapytał Grudzień.
Chętnie panie Grudniu, ale....ja..... - i już chciała się rozpłakać.
Nie, nie moja kochana, nie możesz płakać – wyciągnął rękę do Kropeczki i w tym momencie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różczki, na Kropeczce pojawiła się długa czerwona pelerynka, wielki kapelusz, który był tak ogromny, że zasłaniał prawie oczy Kropeczce i dziwne buty, których czubeczki były zakręcone.
Mianuję cię moją pomocnicą, Królową Kropeczką, co ty na to?
Grudzień wyjął z kieszeni chusteczkę, otarł maleńkie łezki Kropeczki. Nagle z nieba zaczął spadać biały puszek. Jakby to piórka były jakieś, ale gdy Kropeczka wyciągnęła przed siebie rączkę, piórka te dziwnie znikały.
To jest śnieg. Zawsze, gdy zaczyna się świąteczny czas pada z nieba biały śnieg. Jak się go dotknie, topnieje, czyli znika, jakby ktoś go zaczarował. Ale jak spadnie z nieba mnóstwo takich płatków, to wtedy mówimy, że świat przykryła gruba warstwa śniegu. To co, pomożesz mi?
Kropeczka uśmiechnęła się:
Pewnie panie Grudniu, że ci pomogę – i ukłoniła mu się. Obydwoje zaczęli się śmiać.
Dobrze, to chodźmy, trzeba popakować prezenty dla dzieci.
I weszli do domu pana Grudnia, w którym było ciepło, przytulnie, świeciły świece i drzewo skwierczało w kominku. Dom pana Grudnia ozdobiony był mnóstwem świecidełek świątecznych. Złote łańcuchy zwisały tuż nad drzwiami, a obok okienka stała ogromna choinka, która pachniała lasem. Pan Grudzień zaparzył im pysznej herbatki z cytrynką i zabrali się do pracy. Kropeczka pomagała całą noc Grudniowi pakować prezenty. Zmęczona nad ranem położyła się spać. Obudziło ją delikatne pukanie do drzwi. Zaspana podeszła je otworzyć i ku jej ogromnemu zdziwieniu przed drzwiami stała ogromna, jasna Gwiazda. Uśmiechnęła się do Kropeczki i nim Kropeczka zdążyła cokolwiek powiedzieć, Gwiazda złapała ją za rączkę i pofrunęły obie hen przed siebie, za rzeczkę, która teraz była pod śniegiem i wcale nie wyglądała jak rzeczka.

Frunęły jakiś czas jeszcze i za ośnieżonymi polami, tuż przy skraju brzozowego gaiku, zobaczyły maleńką jak okruszynkę chatkę. Kropeczce chciało się płakać, bo już wiedziała, że to jej domek. Ucieszyła się, że w końcu udało jej się znaleźć swój kochany domek, rodziców, którzy na pewno z niecierpliwością na nią czekali, tak jak Święta Bożego Narodzenia.

Tak. Święta Bożego Narodzenia też czekały na malutką Kropeczkę. Gdy w końcu dotarła na miejsce i przywitała się z kochanymi rodzicami, zaraz zabrała się za strojenie choinki, która też już na nią czekała, przyniesiona przez jej tatusia do domu. Potem razem z mamusią nakryły do wigilijnego stołu. Pachniało piernikiem, smażoną rybką, chlebkiem, co mama Kropeczki upiekła sama. Tuż po kolacji wigilijnej udali się wszyscy razem do kościółka na Pasterkę i gdy rozbrzmiewały głośno słowa kolędy : „Gloria! Gloria!.....” Kropeczce po policzkach popłynęły łzy. Wtuliła się w mamę i powiedziała: „Mamusiu, jak ja za Tobą tęskniłam”. A mama Kropeczki pogłaskała ją  po jej okrągłej, maleńkiej główce i uśmiechnęły się do taty, który siedział obok i był dumny ze swojej malutkiej córeczki, że była taka dzielna i nie bała się szukać przez całą bajeczkę domu.

Być jak Święty Mikołaj

Jako studentka, zawsze borykałam się z finansowymi problemami. I nie mam wśród znajomych osoby, która by takowych zmartwień nie miała. Student ma biedę chyba na zawsze przypisaną do swojego żywota. Dość wspomnieć choćby średniowiecznych żaczków…
Byłam pierwszą osobą z mojej rodziny, która wybrała się na studia. Moi rodzice mieli zaledwie zawodowe wykształcenie. Przed trzydziestoma laty było ono wystarczające do otrzymania pracy, szczególnie w niewielkim miasteczku na wschodzie Polski. Mama była sprzedawczynią w sklepie mięsnym, a tato – dozorcą osiedla, na którym mieszkaliśmy. Wychowywali mnie i dwójkę braci. Jednak ani Paweł, ani Piotrek nie mieli ochoty na naukę. Skończyli zawodówki i obaj wyemigrowali do Irlandii za chlebem. Żyło im się tam całkiem nieźle, nie mieli ochoty wracać do Polski.
Ja natomiast po zdaje dobrze maturze postanowiłam zdawać na studia. Rodzice sami mnie do tego namawiali.
- Córciu, powinnaś się dalej uczyć – mawiała mama. – Mężczyzna bez szkoły zawsze da sobie radę, kobieta – nie. Szczególnie w dzisiejszych czasach.
Miała sporo racji. Zdałam bez problemów na pedagogikę wczesnoszkolną. Chciałam w przyszłości zostać nauczycielką. Przyjęto mnie do akademika, zaopatrzono w spis książek do kupienia, składek do opłacenia… I wtedy okazało się, że z miesięcznej kwoty, jaką otrzymywałam od rodziców, zostawało raptem pięćdziesiąt złotych… Starczało to na kupowanie jedzenia przez tydzień, przy korzystaniu z promocji typu: „wczorajszy chleb za pół ceny”. Zmuszona więc zostałam do szukania źródła zarobku. Jako studentka dzienna nie mogłam podjąć pracy na cały etat. Imałam się więc dorywczych zajęć. Udzielałam korepetycji, pisałam za pieniądze prace zaliczeniowe, w styczniu zatrudniałam się do inwentaryzacji w sklepach, składałam gazety w drukarni. Zarobione pieniądze pozwalały mi na przeżycie do końca miesiąca. Z tym, że nie zarabiałam więcej, niż wyłącznie na jedzenie. Nie po to poszłam na studia, aby zaprzepaścić je z powodu dorywczych zajęć. Nie mogłabym tego zrobić ani moim rodzicom, ani sobie.
A teraz zbliżało się Boże Narodzenie. Zostało do niego dokładnie dwa tygodnie. Rozglądałam  się za jakimś dodatkowym zajęciem, które pozwoliłoby mi zarobić tyle pieniędzy, abym mogła kupić coś rodzicom w prezencie. Należało im się, za te wyrzeczenia, których musieli się dopuścić, abym mogła studiować.  Jednak z pracą było krucho. Potrzebowali dodatkowych sprzedawczyń do sklepów, ale tam mogły pójść osoby studiujące zaocznie. Odpadało więc.
Zniechęcona wędrowałam po jednym z ogromnych centrów handlowych stolicy. W ostatniej chwili zauważyłam na drzwiach napis: „Zatrudnię studentów jako Mikołajów. Praca wyłącznie w weekend. Dobrze płatna”. Nie wahałam się ani chwili. Weszłam do środka. Był to sklep z zabawkami i odzieżą dziecięcą. Śliczną, ale dość drogą.
- Ja w sprawie ogłoszenia –  zwróciłam się do sprzedawczyni z nadzieją.
Dziewczyna po drugiej stronie lady popatrzyła na mnie ze zdziwieniem.
- Wydaje mi się, że Mikołaj był mężczyzną – odparła.
- No, tak – zarumieniłam się. Nie sądziłam, że płeć może grać jakąkolwiek rolę. Skierowałam się do wyjścia.
- Poczekaj – zawołała za mną dziewczyna. – Zostaw swoje namiary. Nie mamy zbyt wielu zgłoszeń, więc może szefowa zdecyduje się na ciebie.
Zrobiłam to jednak bez entuzjazmu. Posadę Mikołaja spisałam na straty. Tym bardziej zaskoczeniem okazał się telefon, jaki odebrałam po południu. Dzwoniła właścicielka butiku. Zaangażowała mnie! Jeszcze tego samego wieczoru zjawiłam się w jej sklepie i dogadywałyśmy warunki umowy. Za cały weekend pracy miałam otrzymać taką sumę, od której kręciło mi się w głowie.
Pracę rozpoczęłam w sobotni poranek. Ubrana w czerwony kostium rozsiadłam się na specjalnym fotelu przed sklepem. Miałam zachęcać dzieci, które wraz z rodzicami zjawiły się w centrum handlowym, do wyjawiania swoich marzeń i życzeń do Mikołaja. A rodzicom podpowiadać, że większość rzeczy z listy prezentowej na pewno zakupią w naszym sklepie.
Ruch w centrum handlowym trwał od samego rana. Wiadomo, jak wyglądają takie miejsca na dwa tygodnie przed świętami. Informacja o Mikołaju, czyli o mnie, wisiała na głównych drzwiach już od paru dni, dlatego większość dzieci przyszła już z gotowymi listami. Wiekowo było różnie. Na moich kolanach siadały zarówno trzylatki, jak i trzynastolatki. Jak zaobserwowałam, sporo rodziców wchodziło do sklepu w celu dokonania zakupu prezentu. Po minie właścicielki widziałam, że jest zadowolona.
Po kilku godzinach odpowiadania na niezliczone ilości pytań i ciągnięć za brodę, poczułam się nieco zmęczona.  Prośby dzieci były standardowe: nowa lalka Barbie, wóz strażacki lub policyjny, super nowoczesna gra komputerowa… Starsze, które w Mikołaja już nie wierzyły, zbliżały się do mnie ze znaczącym uśmieszkiem albo mrugały okiem. Każdemu dziecku wręczałam mały, słodki upominek i odbierałam kartkę z listą życzeń. Naliczyłam ich potem około trzystu.
Następnego dnia było podobnie. Mimo że trwała akurat niedziela, ludzi robiących zakupy przelewała się cała masa. I jakby na złość Mikołajom, każdy zabierał ze sobą dziecko…
Do zamknięcia centrum pozostała godzina i ruch bardzo zmalał. Cieszyłam się, że mogę troszeczkę odpocząć. Bycie Mikołajem jest ogromnie wyczerpujące! Po czterdziestu pięciu minutach szefowa dała mi znak, że koniec pracy. Zaczęłam się zbierać z mojego krzesła. Nim wstałam, usłyszałam zasapany, dziecięcy głosik:
- Mikołaju, Mikołaju! – krótko przed dwudziestą przy moim boku pojawiła się mała, może czteroletnia dziewczynka.
Westchnęłam zmęczona, wzięłam ją jednak na kolana i z uśmiechem zaczęłam wypytywać, co chciałaby dostać na gwiazdkę.
- Mikołaju, wiesz, ja właściwie nic nie chcę dostać. Wiem, że mamusia nie ma pieniędzy na prezent – powiedziała smutno, a ja z uwagą popatrzyłam na twarzyczkę małej.
- To czego oczekujesz ode mnie? – spytałam.
- Chciałabym, aby mama znalazła pracę – powiedziała. – Nie byłaby wtedy taka smutna i nie płakałaby w swojej sypialni.
Łzy stanęły mi w oczach. Mała, dorosła dziewczynka…
- Ewuniu, Ewuniu, gdzie jesteś? – usłyszałam nagle zaniepokojony kobiecy głos.
- Tutaj, mamusiu, rozmawiałam z Mikołajem – dziewczynka zeszła z moich kolan. – Pamiętaj o moim życzeniu! – szepnęła cichutko.
- A jak ty się nazywasz? – spytałam równie konspiracyjnym tonem.
Dziewczynka chwilkę pogrzebała w kieszonce wysłużonej kurteczki.
- Tutaj jest mój adres i telefon. Noszę go zawsze przy sobie. Mamusia mi dała tą karteczkę na wypadek, gdybym się kiedyś zgubiła. Mam ją pokazać wtedy policjantowi. Ale teraz daję ją tobie – Ewa wręczyła mi mały świstek i nim zdążyłam się zorientować, biegła już do swojej mamy. Uradowana kobieta czekała na nią z otwartymi ramionami, a po chwili obie, trzymając się za ręce, poszły do wyjścia.
Z głową pełną myśli weszłam do sklepu. Wysłuchałam tylu bzdurnych życzeń i próśb, że większość z nich wypadła mi z pamięci. Ale prośba o pracę dla mamy ciągle tam tkwiła.
Przebrałam się i podeszłam do kasy. Szefowa akurat podliczała utarg. Uśmiech na jej twarzy mówił sam za siebie.
- Kasiu, jestem z ciebie bardzo zadowolona. Sprzedałam w ciągu tego weekendu tyle towaru, co przez ostatnie trzy miesiące. Należy ci się wypłata i dodatkowo premia – właścicielka sklepu odliczyła mi pieniądze i podała. Schowałam odruchowo do torebki, zajęta rozmyślaniem o małej Ewie.
- Coś się stało? Źle ci wypłaciłam? Nie wydajesz się zadowolona… - szefowa spojrzała na mnie uważnie. – A może zmęczona jesteś po prostu?
- Tak, to chyba zmęczenie – odparłam wymijająco.
- Kasiu, obserwowałam cię dzisiaj bardzo uważnie. Podobało mi się zaangażowanie, z jakim pracowałaś. Jedna z moich ekspedientek zwalnia się, bo wyjeżdża do chłopaka za granicę. Nie miałabyś ochoty zająć jej miejsca? – zaproponowała właścicielka.
Popatrzyłam na nią, jakby nagle poinformowała mnie, że wygrałam w totolotka.
- Nie, ja nie mogę pracować tutaj, bo studiuję w systemie dziennym – mówiłam do niej z dziką radością. Spojrzała na mnie, jak na wariatkę. – Ale znam osobę, która powinna dostać tę posadę!
I opowiedziałam o małej Ewie i  jej prośbie. Właścicielka sklepu nie wahała się ani chwili. Obiecała, że zadzwoni do mamy Ewy z samego rana.
Kiedy tydzień później robiłam ostatnie zakupy w centrum handlowym, zajrzałam do sklepu z zabawkami. Za ladą stała uśmiechnięta i promieniejąca szczęściem mama Ewuni.

Prawdziwy urok Świąt

Cierpię na dziwną przypadłość, nazywaną przez niektórych dziwactwem. Przygotowania do Bożego Narodzenia rozpoczynam … 28 grudnia. Czyli, jak wskazuje kalendarz, krótko po świętach… Wchodzę wtedy do supermarketów i aż przyjemne ciarki przechodzą całe moje ciało, kiedy widzę przeceny ozdób bożonarodzeniowych o siedemdziesiąt procent.
Zawsze taka byłam. Nie lubiłam kupować niczego nowego, tylko zawsze korzystałam z obniżek. Dzięki zakupionym przeze mnie rzeczom i produktom, jeszcze w czerwcu objadaliśmy się  marcepanowymi czekoladkami, pierniczkami z nadzieniem, truflami w czekoladzie. Wszystko za połowę ceny albo i taniej. Oszczędność towarzyszyła mi przez całe moje pięćdziesięcioletnie życie. Rzeczy kupionych podczas przecen miałam tyle, że zawalały prawie całą piwnicę. Były tam bombki, ozdoby papierowe, lamety – wszystko w ilościach hurtowych. Parę lat temu zaczęły się pojawiać zestawy do samodzielnego wykonywania stroików, kartek świątecznych – kupowałam więc i to. Co z tego, że leżało to potem bezużytecznie w piwnicy? Najważniejsze, że miałam.
Jedynym minusem mojej oszczędności było to, że praktycznie nawet nie odpakowałam zakupionych rzeczy. Kupowałam je, cieszyłam się, że udało mi się dostać je tak taniutko i … chowałam do piwnicy. Stała tam już masa kartonów. Na święta natomiast ozdabiałam choinkę i dom starymi ozdobami, trzymanymi przeze mnie już od wielu lat. Wiele z nich było poniszczonych, ale żadnego nie wyrzucałam. Mąż często na mnie krzyczał, że zawieszając na choinkę pękniętą bombkę mogę sobie zrobić krzywdę, ale co tam. Nie wspominałam mu, że w piwnicy jest cały bożonarodzeniowy skład, który wystarczyłby na udekorowanie średniej wielkości miasta. Maciej zwyczajnie nie schodził do piwnicy, więc nie było obaw, że natknie się na kartony. Jego królestwo mieściło się na strychu. Tam miał swoją pracownię modelarską, z której – po powrocie z pracy – praktycznie nie wychodził.
I wszystko ciągnęłoby się utartym rytmem nadal, gdyby nie przypadek. To była połowa listopada. Wracałam z pracy w biurze, gdzie byłam księgową. Ściemniło się bardzo szybko, deszcz siąpił i wiał nieprzyjemny wiatr. Ludzie przemykali szybciutko chodnikami, aby jak najprędzej zaszyć się w domowych pieleszach. Ja również miałam taki plan. Przyspieszyłam kroku, omijając co chwila kałuże. Wydawało mi się, że wchodzę w zwyczajną kupkę liści, kiedy nagle moja noga nie znalazła twardego oparcia.
- Aaaaa – zdążyłam krzyknąć, zanim upadłam. Ogromny ból rozszedł się po całej nodze, wykręconej w nienaturalny sposób. Zaraz przy mnie znaleźli się ludzie, którzy pomogli mi wstać. Niestety, nie było to możliwe. Noga mocno bolała. Okazało się, że pod kupką liści była dziura w chodniku, której nie mogłam zauważyć.
Ktoś zadzwonił po pogotowie i po pół godzinie znalazłam się w szpitalu. Miałam zrobione prześwietlenie. Kość wewnątrz była złamana. Kiedy zakładano mi gips, zadzwoniłam po męża. Przyjechał błyskawicznie i zabrał mnie do domu. Według słów lekarza, byłam unieruchomiona na co najmniej sześć tygodni. Czyli do stycznia…
Pierwsze dni w domu jakoś wytrzymywałam. Leżałam sobie na kanapie, dużo czytałam, oglądałam telewizję. Po tygodniu wszystko to zaczęło mnie nudzić. Mąż był przez pół dnia w pracy, a ja sama, samiutka. Nawet się ruszyć nie mogłam, bo lekarz zabronił nadwerężać nogę. Wieczorem poskarżyłam się Maciejowi.
- Prawie zapomniałbym! – nagle wykrzyknął. – Przecież gdzieś musimy mieć tą kulę, którą używałem, gdy w górach zwichnąłem nogę, pamiętasz?
Pamiętałam, że coś takiego zdarzyło się kilka lat temu.
- Na pewno jest w piwnicy – i nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Maciej był już na schodach wiodących na dół. Nie był w piwnicy od kilku lat. Domyślałam się, że widok tylu kartonów będzie dla niego szokiem.
Wrócił po pół godzinie. Nie powiedział nic. Postawił w pokoju karton i zszedł po kolejny. Po kilkudziesięciu minutach na środku naszego przytulnego saloniku stało dziesięć kartonów, wypełnionych bożonarodzeniowymi ozdobami. Na końcu pojawił się Maciej z kulą. Usiadł, popatrzył na mnie i westchnął.
- Miałem zamiar wrzeszczeć, ale opanowałem się – powiedział. – Nie chcę dociekać, dlaczego w piwnicy tyle kartonów i po co wszystkie są wypełnione jakimiś ozdóbkami. Mam tylko do ciebie prośbę: przejrzyj te kartony, gdy będę jutro w pracy. Jeżeli coś NAPRAWDE potrzebujesz, to zostaw. Resztę gdzieś się wywiezie albo odda.
Wiedziałam, że z moim mężem nie ma żartów. Poza tym, piwnica była potrzebna nam do przechowywania rzeczy, a nie jako składowisko supermarketu…
Rano, gdy tylko mąż wyszedł do pracy, zajęłam się przeglądem zawartości kartonów. Jejku, ile cudeniek tam miałam. Przecież nie mogę tego tak sobie wyrzucić! Przekładałam i oglądałam, oglądałam i przekładałam… Ciężko mi było z jakąkolwiek rzeczą się rozstać. W końcu w ostatnim kartonie znalazłam piętnaście okręgów wypełnionych specjalnym materiałem. Miały służyć jako baza do przygotowywania stroików bożonarodzeniowych. Czemu tak dużo ich miałam? Nie pamiętałam, ale widać musiały być w naprawdę okazyjnej cenie…
Popatrzyłam na zgromadzone materiały. Do ozdobienia choinki jest ich zbyt dużo. Poza tym, jest dopiero koniec listopada. Mąż będzie zły, gdy wróci z pracy, a ja będę się upierać nad dalszym trzymaniem kartonów w piwnicy. A gdyby tak…
Pewna myśl zaświtała mi w głowie. Wzięłam do ręki jeden z okręgów. Z szuflady biurka wyciągnęłam klej. Z jednym z kartonów znalazłam sztuczne gałązki świerka, w innym jemiołę. I zaczęłam to upychać na watolinie. Potem wyciągnęłam wstążeczki, aniołki, bombeczki – i wszystko to znalazło się na stroiku. Po godzinie moje dzieło było gotowe. Przyjrzałam mu się krytycznym okiem.
- Całkiem nieźle – pogratulowałam samej sobie.
Nim Maciej wrócił z pracy, miałam gotowe trzy stroiki. Każdy robiłam w innej tonacji kolorystycznej. Było to pracochłonne, ale efekt – wspaniały. Gdy usłyszałam wchodzącego męża, lekko znieruchomiałam. I czekałam na jego reakcję. Najpierw pokręcił głową, gdy zobaczył rozgrzebane kartony, ale jak zauważył stroiki…
- Śliczne są! – powiedział z zachwytem. Oglądał każdy po kolei. – Mam zdolną żonę. Przytulił mnie do siebie. Obiecałam mu wtedy, że postaram się wykorzystać zawartość wszystkich kartonów.
- Ale co zrobisz z taką ilością stroików? – Macieja nurtowało to pytanie.
Miałam gotową odpowiedź.
- Dzwoniłam już dzisiaj do domu starców w naszej dzielnicy – odparłam. – Mają tam wielu leżących pensjonariuszy, którzy prawie nie podnoszą się z łóżek. Ja jestem teraz unieruchomiona, więc orientuję się, jak muszą się czuć ci ludzie. Pomyślałam, że mogę sprawić im przyjemność moimi stroikami.
Mąż pokiwał z aprobatą głową. W ciągu najbliższych dni stroiki w naszym domu mnożyły się jak króliki. Zajęły każde wolne miejsce. Kiedy wszystkie były gotowe, Maciej zapakował je do kartonów i zniósł do samochodu. Potem pomógł mi dojść do auta. Pojechaliśmy do domu starców. Opiekunki i pielęgniarki roznosiły moje dzieła do poszczególnych pokojów. Zaglądałam do każdego pensjonariusza, zamieniając parę zdań. Wielu z nich miało łzy w oczach. Wzruszenie naszą wizytą było ogromne. I obustronne.
Do domu wróciliśmy późnym wieczorem. Zmęczeni, ale ogromnie szczęśliwi. I przez chwilkę przeszło mi przez głowę, że to nie owi starsi ludzie, lecz MY zostaliśmy najbardziej obdarowani. Urok Świąt odnaleźliśmy w dawaniu innym…

Bożonarodzeniowa opowieść

-Mamusiu, mamusiu, opowiedz mi, jak to było, kiedy poznałaś tatusia – moja siedmiolatka wpakowała się bez pytania na kolana. Odsunęłam książkę i spojrzałam na córeczkę. Agatka miała takie same oczy jak jej tatuś. Mój wzrok powędrował do biurka, przy którym pracował Christoph. Chociaż właściwie nie używałam tego imienia. Wolałam zwracać się do niego swojsko – Krzysiu. Mąż wyczuł moje spojrzenie, podniósł głowę i popatrzył na mnie. Uśmiechnęliśmy się do siebie.
- Chodź, pójdziemy do kuchni przygotować herbatę – powiedział do Agatki łamaną polszczyzną. Córeczka uwielbiała ojca, dlatego porzuciła temat, z którym do mnie przyszła i błyskawicznie pobiegła do kuchni. Ale biegu wspomnieniowych myśli nie dało się już zatrzymać…
 To był początek lat dziewięćdziesiątych. Byłam młodą pielęgniarką, tuż po nostryfikacji dyplomu. W ponurej Polsce ciężko było znaleźć pracę w moim zawodzie. I mimo że bardzo kochałam moją rodzinę i narzeczonego, zdecydowałam się przyjąć posadę w jednym z austriackich szpitali. Namawiał mnie do tego mój ukochany.
- Zobaczysz, zarobisz sporo pieniędzy, nauczysz się języka, przygotujesz nam podstawę do wspólnego życia – namawiał.
Parą byliśmy od kilku miesięcy. Byłam bardzo zakochana w Krzysztofie. Poznaliśmy się podczas prywatki u wspólnych znajomych. Spotykaliśmy się, o ile pozwalała mi na to szkoła i obowiązki domowe. Mieszkałam cały czas z rodzicami, pomagałam im w prowadzeniu domu. Nie byli już najmłodsi, a oprócz mnie mieli jeszcze troje dzieci. Nic więc dziwnego, że po obronie dyplomu chciałam jak najszybciej znaleźć posadę. Krzysztof także był na utrzymaniu rodziców. Właściwie ciągle szukał celu w swoim życiu. Dwa lata temu rozpoczął studia na wydziale budownictwa, ale zrezygnował po pierwszym semestrze, bo „to nie było to”. Potem  zaczepił się na ekonomii, ale i z niej zrezygnował. Gdy go poznałam, studiował właśnie ochronę środowiska, ale i na to kręcił nosem. Powinno mi to dać do myślenia, ale … nie dało. Byłam zakochana i tyle. Chociaż, patrząc z perspektywy czasu, to było raczej zauroczenie niż miłość. Cieszyłam się, mogąc pochwalić się koleżankom chłopakiem, mogąc wyjść z nim na spacer. Zwyczajnie nie byłam sama i to chyba był główny powód związku.
Pracy szukałam kilka miesięcy. Ogłoszenie o etacie w Austrii pojawiło się praktycznie w ostatnim momencie. Byłam już na granicy zniechęcenia. Wahałam się jakiś czas. Obawiałam się, czy rodzice sami dadzą sobie radę. Poza tym, Austria to już nie Polska. Tam panuje inna kultura, inna mentalność.  Jedynym punktem przemawiającym na korzyść wyjazdu był aspekt finansowy. No i te zapewnienia Krzysztofa o budowaniu podwalin wspólnej przyszłości. Jechałam więc tam z nadzieją. Czułam się dumna, że mogę robić coś, co pomoże w przyszłości mi i Krzysztofowi założyć rodzinę i żyć ze sobą do późnej starości.
Do Austrii przyjechałam we wrześniu. Przywitała mnie pięknymi kolorami jesieni. Żywszymi niż w szarej wtedy Polsce. Szpital, w którym rozpoczęłam pracę, był nowoczesnym miejscem. Bardzo mi się spodobał. Personel i lekarze byli bardzo mili i życzliwi. Odwdzięczałam się za to solidną pracą. W każdej wolnej chwili uczyłam się języka niemieckiego. Po miesiącu pracy potrafiłam się już całkiem nieźle komunikować.
Gdyby tylko nie ta ogromna tęsknota za Krzysztofem i rodziną… Pisałam do nich długie listy. Opisywałam każdy mój dzień, pacjentów, zadania, z jakimi przychodziło mi się zmierzyć. Rodzice odpisywali regularnie, natomiast Krzysztof… Listy od niego przychodziły rzadko i były takie ogólne. Właściwie to, co chciał mi przekazać, zamykało się w paru zdaniach. Listy nie różniły się niczym od siebie. Poza ostatnim… Czekał na mnie w połowie listopada. Otworzyłam go zaraz po przyjściu do mieszkania. Nawet nie zdążyłam ściągnąć płaszcza. Jak powietrza wyczekiwałam jakichkolwiek wieści od ukochanego. Ale takich się nie spodziewałam… Mój narzeczony pisał, że nie możemy dłużej być razem. Nie podoba mu się związek na odległość – przy czym nie wspomniał, że sam namawiał mnie do wyjazdu. Ciężko mu było samemu, więc … pocieszył się koleżanką ze studiów. Jest właśnie w drugim miesiącu ciąży! Jak wyliczyłam szybciutko, pocieszał się nią parę dni po moim wyjeździe.
Przepłakałam pół nocy. Nie rozebrałam się nawet, na łóżko padłam tak, jak stałam. Mimo wszystko, do pracy poszłam normalnie i wykonywałam swoje obowiązki jakby nigdy nic. Może z nieco smutniejszą miną. Praca sprawiała mi ogromną satysfakcję i gdyby nie ona, prawdopodobnie tak szybko nie doszłabym do siebie po opuszczeniu przez Krzysztofa.  Postanowiłam nie wyjawiać prawdy mojej rodzinie. Wiedziałabym, że mama zaraz by się martwiła i namawiała do powrotu. A ja cieszyłam się, że odległość pomoże mi uporać się z zawodem miłosnym.
I wszystko było na dobrej drodze, gdyby nie Swięta. Wielkimi krokami zbliżało się Boże Narodzenie. Wiedziałam, że jako pracującej najkrócej, to właśnie mnie przypadnie dyżur świąteczny. Krótko przed Wigilią spacerowałam po pięknie przyozdobionym mieście. Wszystko było takie piękne! Ludzie cieszyli się sobą, własnym towarzystwem, a mnie zbierało się na płacz. Nie dość, że daleko od rodziny, to jeszcze jestem sama, bez nadziei na zmianę tego stanu.
W Wigilię rozpoczęłam dyżur. Był najsmutniejszy w moim życiu. Zeszłam z niego w pierwszy dzień Swiąt. Swieciło piękne słońce, promienie odbijały się od najczystszej bieli śniegu. Gdy pomyślałam, że mam wracać do pustego mieszkanka, moje nogi same skierowały się w stronę kościoła. Ba, ogromnej katedry! Dzwoniący obok niej dzwon nawoływał spóźnionych na bożonarodzeniową mszę. Zastanawiałam się, czy uda mi się znaleźć wolne miejsce w świątyni. I tu przeżyłam szok. Piękna katedra i ledwie parę osób w środku! Usiadłam w ławce i zaczęłam wspominać święta w Polsce. Kościółki były przepełnione, ludzie radośnie śpiewali kolędy, a ksiądz witał się praktycznie z każdym parafianinem. Wszystko iskrzyło się, świeciło. Radość na zewnątrz, radość w środku… Wspomnienia wróciły z taką siłą, że wręcz czułam zapach świeżej choinki, aromaty tradycyjnych potraw. Przypomniałam sobie także podekscytowanie, przyjemną świadomość, że Boże Narodzenie jest po to, aby i w nas się coś nowego narodziło, zmieniło. Lzy zaczęły mi płynąć po policzkach. W pewnym momencie przestałam nad nimi panować i rozszlochałam się na dobre. Ksiądz szybciutko odprawiał mszę, ale nie docierało do mnie nic z tego, co mówił. Sercem byłam przy rodzinie. Siedząca przede mną kobieta dyskretnie obejrzała się kilka razy, ale nie powiedziała ani słowa. Po chwili uciszyłam się. Ksiądz zakończył mszę i kościół opustoszał. Zostałam jeszcze parę minut, aby się uspokoić. Kilka głębszych oddechów i mogłam iść. Przed katedrą znowu natknęłam się na kobietę z ławki przede mną. Najwyraźniej na kogoś czekała. Chciałam ją wyminąć, gdy nagle odezwała się do mnie serdecznie:
- Przepraszam, że tak bezpośrednio zagaduję, ale w kościele wydawała się pani taka smutna. Czy coś się stało? Może mogę jakoś pomóc – uśmiechnęła się do mnie.
Lamanym niemieckim odparłam, że dziękuję, ale już wszystko w porządku. Spojrzała na mnie uważnie.
- Pani chyba z Polski, prawda? Poznaję po akcencie – gdy potwierdziłam, ciągnęła dalej. – Z rodziną pani tutaj mieszka?
- Nie, sama – powiedziałam zgodnie z prawdą.
- To z kim spędza pani święta? – i nie czekając na moją odpowiedź, dodała: - Głupie pytanie, na pewno sama… Zapraszam w takim razie do mnie. Mieszkam tuż za rogiem. Nie może być pani sama w taki czas. Lubię Polaków i cieszę się, że mogę zaproponować pani poczęstunek. Na pewno nie wygląda tak okazale jak w waszym kraju, ale na pewno u mnie będzie pani raźniej niż samej.
I znowu się rozpłakałam. Nim doszłyśmy do jej domu, wiedziała już o mnie wiele rzeczy. Połykając łzy, opowiedziałam jej o zawiedzionej miłości i tęsknocie za rodziną.
- To on miał na imię Christoph? – dopytywała się, żywo zainteresowana moją opowieścią.
- Tak – odparłam. – Polskie imię Krzysztof to niemieckie Christoph.
Mieszkanie Sabine – bo tak prosiła zwracać się do siebie moja nowa przyjaciółka – było niezwykle ciepłe i gustownie urządzone. Widać było, że jego właścicielka posiada smak. Na stole pojawiła się kawa i ciasto.
- Za chwilkę będzie tutaj mój syn, to wspólnie zjemy obiad – powiedziała Sabine. Musiała zauważyć, że szybciutko uciekłam spojrzeniem i starałam się błyskawicznie wypić herbatę, bo dodała: - A ty zjesz oczywiście z nami. Nie wyobrażam sobie bożonarodzeniowego popołudnia bez ciebie.
Lzy znowu stanęły mi w oczach, ale tym razem z wdzięczności. Sabine usiadła przy mnie, a kiedy po raz kolejny tego dnia się rozpłakałam, przytuliła mnie do siebie z iście matczyną troską. Przez moje głośne pociąganie nosem żadna z nas nie usłyszała przekręcanego klucza w zamku. Musiałyśmy mieć niewyraźne miny, kiedy odsuwając się od siebie, zauważyłyśmy mężczyznę stojącego w drzwiach pokoju.
- Christoph! – Sabine zerwała się szybciutko z kanapy i podbiegła do syna. A mnie przez głowę przebiegały myśli, jak idiotycznie muszę wyglądać. Po chwili doprowadziłam się do porządku, wstałam i przedstawiłam przystojnemu mężczyźnie. Uśmiechnął się do mnie z taką sympatią, że wszelkie nieciekawe myśli zostały rozproszone. Po chwili cała nasza trójka siedziała przy obiedzie. Na stół wjechała pieczona kaczka z czerwoną kapustą, tradycyjne austriackie danie świąteczne. Przez całe popołudnie opowiadałam o tradycjach w moje rodzinie, o sytuacji w Polsce, w zamian wysłuchując opowieści o rodzinie Sabine i Christopha. Sabine była wdową, natomiast jej syn nie znalazł jeszcze odpowiedniej kandydatki na żonę. Wydawało mi się, że gdy to mówił, Sabine mruknęła pod nosem: „Aż do teraz…”. Ale głowy nie dam…
Gdy za oknem zaczęło robić się ciemno, zdecydowałam o powrocie do mieszkanka. Nie chciałam nadwerężać gościnności. Christoph od razu zaproponował, że mnie odprowadzi. Sabine zaopatrzyła mnie w torbę z jedzeniem i „wymusiła” obietnicę kolejnych odwiedzin.
Wyszliśmy na skrzącą się śniegiem ulicę. Nagle wszystko wydało mi się takie radosne. Nawet nie zauważyłam, kiedy Christoph chwycił mnie za rękę. Opowiadając coś sobie i śmiejąc się, doszliśmy do mojego mieszkanka. Podczas pożegnania, mężczyzna zapytał, czy nie wybrałabym się z nim następnego dnia do pijalni czekolady. Przystałam na to z ochotą. Wszystko było lepsze od samotnego siedzenia w domu.
 Ale po następnym przyszły … kolejne spotkania. Nawet nie wiem kiedy zamieniły się w randki, których wyczekiwałam z utęsknieniem. Sabine, gdy tylko dowiedziała się, że jesteśmy parą, o mało nie skakała z radości. Po chwili spoważniała i dodała:
- Nie uwierzysz, ale wtedy w katedrze modliłam się o dobrą żonę dla mojego syna. Nie mogłam patrzeć, jak marnuje życie w samotności i prosiłam Boga, aby w jakiś sposób podsunął mu odpowiednią osobę. I nagle pojawiłaś się ty, Ewo.
- Trudno mnie było nie zauważyć – dodałam z uśmiechem. – Szlochałam tak, że zagłuszałam słowa księdza.
Christoph i jego matka roześmieli się, po czym mój ukochany nagle spoważniał.
- Mamo, modliłaś się o dobrą żonę, a ja nawet nie wiem, czy Ewa mnie chce – nagle odwrócił się do mnie i zadał pytanie, na które czeka każda chyba kobieta: - Kocham cię, najmilsza. Czy zostaniesz moją żoną?
Spojrzałam w te kochane oczy, które patrzyła na mnie z oczekiwaniem i wiedziałam, że jedyna odpowiedź, jaką mogę udzielić, brzmi: „tak!”.
Od chwili naszego ślubu minęło dziesięć lat. Agatka przyszła na świat siedem lat temu. Gdy tylko stała się na tyle duża, aby zrozumieć pewne rzeczy, opowiedzieliśmy jej historię naszej miłości. Córeczka bardzo często chce słuchać o tym, jak jej babcię poznałam w kościele, a tatuś z Krzysztofa zamienił się w Christopha…

Perfekcyjne święta

Zawsze pod koniec listopada uzbrajam się w ogromny notes. Przygotowania do Swiąt czas zacząć! Same sprawy organizacyjne zajmowały mi parę godzin. Skrupulatnie notowałam na kartkach, jakie czynności mam wykonać.
Koniec listopada – przygotować stroiki adwentowe. Zawsze robiłam je cztery, jeden na każdą niedzielę Adwentu. Nie były jakieś wymyślne, ale zawsze musiałam poświęcić czas na ich przygotowanie. Mieszkałam sama, więc nikt mi nie przeszkadzał. Owdowiałam kilka lat temu, a jedyna córka mieszkała dwieście kilometrów ode mnie. Przyjeżdżała wraz z całą swoją rodziną zwykle dzień przed Swiętami. Do tego czasu miałam wszystko przygotowane, więc spędzaliśmy czas na jedzeniu, rozmowach i przed telewizorem.
Co roku miałam wspaniałe plany. Chciałam przygotować jak najwięcej potraw i smakołyków, udekorować mieszkanie, a z Bożego Narodzenia czerpać tyle radości, ile tylko się da. Zwykle jednak bardziej niż radość odczuwałam zmęczenie.
- Mamusiu, za dużo tego wszystkiego. Przesadzasz – mawiała moja córka, kiedy po Swiętach pakowałam im do domu jeszcze kilka słoików prowiantu. – Nie na tym polega istota świąt!
Ale ja wiedziałam swoje. Dla mnie Boże Narodzenie to głównie napełnione brzuszki najbliższych mi osób.
Na początku grudnia w osiedlowym sklepiku dostałam wyjątkowo świeże drożdże. Po przyjściu do domu zrobiłam rozczyn, wyjęłam masło z lodówki, aby troszeczkę odtajało i czytałam przepis na wyśmienite ciasteczka, podawany w jednym z tygodników. Już miałam zarabiać ciasto, kiedy niespodziewanie zadzwonił telefon. Wytarłam szybko ręce i podniosłam słuchawkę.
- Halo! – rzuciłam lekko zniecierpliwionym tonem.
- Witaj, Basiu, tu Krystyna – usłyszałam głos przyjaciółki. Niedawno straciła męża. Zmarł po długiej chorobie. To były jej pierwsze samotne święta.
- Witaj, kochana, co u ciebie? – spytałam radośnie.
Ale w słuchawce usłyszałam szloch. Kiedy Krysia uspokoiła się na tyle, aby mówić, potoczyła się opowieść o samotności, smutku i żalu. Rozumiałam ją. Sama przechodziłam przez wszystkie te etapy parę lat temu. Ale czas leczy rany. Poza tym, ja miałam córkę, Krysia natomiast nie miała dzieci.
- Nie wiem, jak przeżyję najbliższe święta – mówiła przyjaciółka. – Zawsze spędzałam je razem z Antonim. To był najpiękniejszy czas w roku. A teraz chciałabym, aby Boże Narodzenie w ogóle nie istniało.
- Krysiu, nawet tak nie mów! Zapraszam cię do siebie! Powinnam to zrobić od razu. Spędzisz święta u mnie!  - rzuciłam wspaniałomyślnie. I szczerze.
Początkowo Krysia miała opory, ale koniec końców – zgodziła się. Pod koniec rozmowy telefonicznej miała o niebo lepszy nastrój.
Gdy odłożyłam słuchawkę, rozejrzałam się po kuchni. Cuchnęło drożdżami, które przez dwie godziny rozmowy bardzo urosły, aż wylewały się z pojemniczka. Masło stopiło się tak, że musiałam na nowo włożyć je do lodówki, aby następnego dnia w cywilizowany sposób ściągnąć z niego sreberko. Moje ciasteczka szlag trafił! Ale kiedy przypomniałam sobie uradowaną Krysię, pomyślałam, że warto było ten czas poświęcić jej.
Na kolejny weekend miałam zaplanowane generalne porządki. W ciągu tygodnia pracuję, więc na domowe obowiązki mogę poświęcić jedynie sobotę i niedzielę. A przed świętami, wiadomo, każdy kąt mieszkania powinien być sterylnie czysty. Postanowiłam rozpocząć od wyczyszczenia drzwi zewnętrznych. Chciałam na nich powiesić wieniec bożonarodzeniowy. Przygotowałam sobie wiadro z płynem i czyste ścierki. Zaczęłam oczyszczać framugę z pajęczyn, kiedy za plecami usłyszałam cichutkie:
- Dzień dobry…
Obejrzałam się. Za mną stała pani Nowakowa.
- Dzień dobry, sąsiadko! – odparłam. – Co słychać? Jak się pani czuje?
Starsza kobieta mieszkała razem z synem i synową. Całe dnie spędzała sama, bo oboje pracowali. Teraz wyglądała, jakby nie wiedziała, co z sobą począć.
- A dziękuję, zdrowie mi dopisuje – powiedziała, wyraźnie ucieszona zainteresowaniem. Wiedziałam, że tak łatwo nie pozbędę się jej towarzystwa, dlatego zaproponowałam, odkładając szmatę do wiadra z wodą:
- Zrobię sobie przerwę. Może da się pani namówić na herbatę?
Twarz starszej kobiety momentalnie pojaśniała. Ochoczo pokiwała głową i po chwili obie siedziałyśmy w mojej kuchni, delektując się złocistym napojem. A potem kolejnym i jeszcze jednym. Spędziłyśmy razem kilka godzin, ale jakże cudownych. Pani Nowakowa tak pięknie opowiadała o swoim dzieciństwie, że odprężyłam się zupełnie. Co tam nieumyte drzwi! Po wyjściu kobiety rozejrzałam się po mieszkaniu. Chyba nic się nie stanie, jak porządki zrobię takie, jak zwykle. Nie musi być sterylnie i perfekcyjnie…
Minął kolejny tydzień pracy i nadszedł weekend. Zakupowy. Uzbrojona w długą listę, wybrałam się na przedświąteczne sprawunki. Z trudem przejeżdżałam przez miasto. Zakorkowane do granic możliwości , jakby akurat dzisiaj wszyscy wyjechali na ulice. Byłam wściekła, bo posuwałam się w iście żółwim tempie. Nawet świąteczne melodie, które leciały w radio, nie poprawiały mi nastroju.
- Baranie, gdzie jedziesz?! – zawołałam w stronę kierowcy, który niespodziewanie zjechał na mój pas i zmusił mnie do nagłego hamowania. Kierowca, oczywiście, nie mógł mnie usłyszeć. Niezadowolona, odwróciłam głowę w przeciwną stronę. W ostatniej chwili zauważyłam stojących przed przejściem dla pieszych – starszego pana i młodą kobietę, pchającą głęboki wózek. Miała w nim na pewno kilkumiesięczne niemowlę. Na drodze była chlapa, z chmur sypał śnieg, a oni stali i niepewnie rozglądali się, czekając, kiedy będą mogli bezpiecznie przejść na drugą stronę ulicy. Zahamowałam delikatnie i gestem ręki pokazałam, że mogą iść. Inni kierowcy zatrzymali się również. Starszy pan i młoda mama uśmiechnęli się, a mnie … jakby minęła złość. Do supermarketu dojechałam, nucąc pod nosem „Last Christmas”.
Zaparkowałam dość daleko od głównego wejścia. Bliżej nie było wolnych miejsc. Nie zmąciło to jednak mojego dobrego nastroju. Już prawie wchodziłam do środka, kiedy nagle dobiegł mnie dziecięcy głosik:
- Proszę pani, a może da pani pieniążki na naszą fundację? – na oko siedmioletni chłopiec w mikołajkowej czapce podsuwał mi puszkę. Na plakietce miał nazwę znanego w okolicy hospicjum. Wiedziałam, że nie mam w portfelu monet… Trudno, kwota przeznaczona na zakupy została uszczuplona o sto złotych… Mimo tego, mój nastrój nadal był radosny. W supermarkecie cieszyły mnie kiczowate dekoracje, melodie z głośników i sprzedawcy, poprzebierani za Mikołajów. Zakupy zrobiłam skromniejsze niż przypuszczałam. Znacznie skromniejsze… Bo zaraz za kasą natknęłam się na koszyk, gdzie można było włożyć produkty dla Caritasu. No więc wkładałam to, co uznałam za potrzebne. Wyszła tego prawie połowa moich zakupów.
Do świąt został tydzień. Na targu kupiłam małe drzewko, które chciałam przybrać. Starczyło mi pieniędzy na niezbyt ładny egzemplarz, właściwie nadający się już do odrzutów, ale co tam! Ważna jest idea!
W Wigilię, kiedy zjawiła się moja córka z rodziną i przyjaciółka Krysia, na stół wjechał zaledwie jeden rodzaj pierogów i ryba w postaci wyłącznie smażonej. Ciasteczka kupiłam od dzieci ze szkolnej świetlicy. Pukały do każdego mieszkania i sprzedawały za symboliczną sumę.

O dziwo, nikt nie zauważył smug na szybach. Nikt nie skomentował, że jedna strony drzewka jest kompletnie ogołocona z gałęzi, a pozostałe prezentują się wyjątkowo lichutko. Ani jedna osoba nie zarzuciła mi, że potrawy są przyrządzone na chybcika, a jeśli chodzi o słodkości, to raczej nie ma w czym wybierać. Podczas kolacji przy stole panował radosny gwar. Każdy miał uśmiech na twarzy i promieniał. Kiedy wspólnie zaintonowaliśmy kolędę, moje serce wypełniło się ogromnym szczęściem. I nie miało ono nic wspólnego z pedantycznie wypucowanymi oknami ani kunsztownie przyrządzonymi potrawami…

Być jak świąteczny Anioł…

Warszawski dworzec przed świętami Bożego Narodzenia wygląda tak samo, jak zwykle. Buro, ponuro, szaro. Zwyczajnie brzydko. Ludzie spieszą się gdzieś, gnają, nie zatrzymując ani na chwilę. Każdy jest w pędzie. 
Podobnie jak ja. Wiedziałam, że zbliża się Boże Narodzenie. Przypominał mi o tym kalendarz, trąbiły wystawy sklepowe i osoby przebrane za świętego Mikołaja, które na rogu każdej ulicy próbowały wcisnąć mi ulotkę banku. Do tego pełno kwestujących. A to na rzecz biednych dzieci, a to dla chorych w hospicjum, a to na badania nad jakąś nietypową odmianą białaczki… Każdy powód do żebractwa był dobry. Bo dla mnie to było żebractwo. Nie mogłam pojąć, jak w cywilizowanym kraju mogą żyć głodne dzieci. Jak może nie być pieniędzy na funkcjonowanie służby zdrowia? W końcu wszyscy płacimy na to podatki! 
Nienawidziłam widoku biedy. Może dlatego, że sama pochodziłam z ubogiej rodziny, gdzie ledwo starczało na chleb? Takie już są bolączki popegeerowskich miejscowości. Główną przyczyną ludzkich nieszczęść na wsiach wcale nie był brak pieniędzy, ale alkohol. Ludzie w ten sposób odreagowywali stresy dnia codziennego, nie interesując się, jakie skutki może to mieć dla ich rodzin. Już jako mała dziewczynka obiecałam sobie, że moje życie będzie inne od tego, co widuję na co dzień. Dlatego uczyłam się. Popołudniami i nocami, często wykraczając poza program narzucony przez szkołę. Do liceum dostałam się bez egzaminów, jako jedyna. Otrzymałam stypendium naukowe, które potwierdziło to, co i tak wiedziałam. Jak będę się uczyć, osiągnę wszystko.
Przez liceum przeszłam ze świetnymi wynikami i bezproblemowo dostałam się na SGH. Już na studiach rozpoczęłam pracę w jednej z korporacji, która zaraz po obronieniu przeze mnie tytułu magistra, zaproponowała mi dalszy rozwój.
- Jesteś naprawdę świetna i niezastąpiona – mawiał prezes, a ja puchłam z dumy. 
Robiłam kolejne kursy językowe i szkolenia. Kariera stała przede mną otworem. Do domu jeździłam bardzo rzadko. Rodzice nie rozumieli mojego świata, ja natomiast nie pasowałam już do ich rzeczywistości. W Warszawie kupiłam sobie przytulne mieszkanie, biorąc kredyt na trzydzieści lat. Urządzałam je nowocześnie. Właściwie mieszkankiem cieszyłam się jedynie wieczorami. Dużo pracowałam i co najważniejsze, cieszyła mnie ta praca. W weekendy natomiast brałam udział w różnych szkoleniach.
A teraz przyszło Boże Narodzenie. Dokładnie zostały do niego dwa dni.
- Kto chce pracować przez święta? – prezes rzucił to pytanie zaledwie tydzień temu. Jako pierwsza podniosłam rękę do góry.
- Agata, ty nie możesz – przecząco odparł szef. – Pracowałaś tak przez ostatnie trzy lata. Wypada, abyś w tym roku miała wolne Boże Narodzenie. 
I smutną koniecznością pracy w rodzinnym czasie obdarzył nowo przyjętego pracownika. Chętnie zamieniłabym się z nim. A tak? Tkwiłam teraz na warszawskim dworcu, dzień przed Wigilią. W końcu wypadało pojechać do rodziców. Nie byłam u nich… Zaraz, zaraz … dwa lata! Z mamą raz w tygodniu rozmawiałam przez telefon, ale były to raczej płytkie rozmowy. Namawiała mnie na przyjazdy do domu, ale ja zawsze wymawiałam się pracą i obowiązkami. Kiedy w końcu stawała się natarczywa, niegrzecznie odpowiadałam, że ciężko pracuję, aby mieć los lepszy niż oni. Mama wycofywała się wtedy.
A teraz jechałam do domu. Musiałam… Nie czułam jednak świątecznej atmosfery. W głowie krążyły mi myśli dotyczące pracy. Rozważałam, co i jak poukładać po powrocie. Jechałam aż na cztery dni…
Pociąg miałam dopiero za godzinę. Siedziałam w dworcowej poczekalni, zła na siebie, że przyjechałam tak wcześnie. Wokół mnie na ławkach krążyli bezdomni i żebracy. Nie lubiłam ich widoku. Zawsze mi się wydawało, że obecny los wybrali sobie sami. A teraz jeszcze mają czelność chodzić i żebrać. Dwa metry ode mnie usiadł kolejny taki element. Miał wychudzoną twarz, pooraną zmarszczkami. Ubranie, nieodpowiednie na tę porę roku, właściwie nadawało się bardziej do wyrzucenia  niż noszenia. Mężczyzna rozglądał się po dworcu. 
„Na pewno zaraz do mnie podejdzie i poprosi o pieniądze na jedzenie” – pomyślałam. Przygotowałam sobie zawczasu kilka monet i trzymałam je w ręce. W razie czego podam mu je szybko i nie będę musiała wysłuchiwać bełkotliwych podziękowań alkoholika. Bo przecież każdy bezdomny to alkoholik!
Mężczyzna jednak nie podszedł do mnie. Ba, nawet nie ruszył się z miejsca. Siedział i z uśmiechem wdychał zapachy z pobliskiej restauracji. Pachniało nieziemsko, mnie samej kiszki skręcały się z głodu. Zastanawiałam się nawet, czy nie wykorzystać czasu oczekiwania na zjedzenie obiadu. Żołądek coraz bardziej dawał o sobie znać, więc weszłam do dworcowej restauracji. Była pełna. Z trudem znalazłam miejsce. Jakaś para zgodziła się udostępnić mi trochę miejsca. Po chwili kelnerka przyniosła parujący talerz. Mniam, ziemniaczki, gorący kotlet i góra surówki. Z ochotą zabrałam się do jedzenie. Para przy stoliku zbierała się już do wyjścia.
- Kochanie – zwrócił się mężczyzna do kobiety. – Zostało nam sporo na talerzach. Poprosimy kelnerkę o zapakowanie.
Pomyślałam, że to dobry pomysł. Sama nie lubię zostawiać jedzenia. Popatrzyłam, jak oboje podchodzą do baru i podają talerze kelnerce. Po chwili oddała im reklamówkę z prowiantem. Oboje wyszli z restauracji, uśmiechnięci i zadowoleni. Obserwowałam ich. Myślałam, że pójdą w stronę wyjścia, ale … skierowali się w stronę ławki starszego pana. Podeszli do niego, wręczyli mu torebkę, zamienili kilka słów i odeszli. Natomiast mężczyzna… Jego twarz rozświetliła się nieoczekiwanym blaskiem, co najmniej jakby ujrzał anioły! Może i to były anioły… Bezdomny z nabożną czcią otworzył reklamówkę i wdychał zapachy, wydobywające się z niej. Po chwili zaczął jeść. Jadł z takim spokojem, jakby ostatni posiłek spożywał rano, a nie przed paroma dniami.
Do stolika podeszła kelnerka, aby wytrzeć stolik. Zauważyła, że przyglądam się mężczyźnie.
- Co tez władze miejskie zrobiły najlepszego, prawda? – zaczęła mówić. – Takiego bohatera to ze świecą szukać. Gdyby nie pan Jerzy, dzieci z domu dziecka zginęłyby! To on zauważył pożar, a potem zaczął go gasić, nie czekając na straż pożarną. Wynosił śpiące maluszki, narażając się na poparzenia. Ile czasu potem spędził w szpitalu! Do pracy go z powrotem nie przyjęli, bo stał się kaleką, a ze skromnej renty nie mógł utrzymać mieszkania. A włodarze miasta nie dały mu mieszkania socjalnego. Dlatego wylądował na dworcu – kobieta machnęła ręką i poszła.
A ja siedziałam jak zamroczona. Zrobiło mi się wstyd. Dlaczego skupiłam się na powierzchownej ocenie? Nie miałam do niej prawa…
Nie dałam rady już nic przełknąć. Poprosiłam kelnerkę o rachunek.
- Zapakować resztę? – spytała.
- Oczywiście! – nie wahałam się ani przez chwilę. 
Zapłaciłam za swój obiad. Ale po namyśle dokupiłam jeszcze cztery kawałki szarlotki i dwie kawy. I również poprosiłam o zapakowanie. Kelnerka uśmiechnęła się do mnie i mrugnęła okiem.
- On bardzo lubi szarlotkę – powiedziała.
Wyszłam z restauracji na dworzec. Swoje kroki od razu skierowałam do ławki. Obok pana Jerzego siedział inny bezdomny. Podeszłam do nich.
- Przepraszam, panowie, właśnie kupiłam przekąskę dla moich przyjaciół, ale oni się spóźnią i szkoda, aby ciepła kawa zmarnowała się. Proszę, tu są kubeczki, tylko nie poparzcie się. A w środku torebki – szarlotka. Smacznego! – podałam im prowiant i szybko odeszłam.
W ostatniej chwili usłyszałam:
- Dziękujemy! – radośnie rzucone przez obu mężczyzn. A pan Jerzy dodał:
- Same anioły Pan Bóg zsyła przed Bożym Narodzeniem.
Święta właśnie się dla mnie zaczęły…

Bylebym tylko

Nie pamiętam, jak to było, kiedy odjeżdżałeś. Wszystko stało się tak szybko. W jednej chwili byłam w twoich ramionach, a w następnej stałam na drodze całkiem sama, tuż pod ciemnym niebem.

Właściwie nie wiem, co mam robić dalej. Mogłabym tu stać już na zawsze. Co za różnica.

Słyszę w głowie natrętną piosenkę, przy której kiedyś roniłam łzy wzruszenia i z której uczyniłam swój hymn:



Niech biją mnie w piersi moje grzeszne ręce
Niech w szarych kolorach widzą moje oczy
niech ptaków nie słyszą już nigdy moje uszy
Niech nigdy spokoju już nie znajdzie głowa

Niech nogi mnie więcej po ziemi nie niosą
Niech ręce w upadku dźwigać nie pomogą
Niech serce mi krwawi
Niech rany się nie goją

Bylebym tylko mogła być z tobą
Bylebym tylko mogła być z tobą
Bylebym tylko mogła być z tobą

Bylebym tylko mogła być z tobą...


Nie mogę się od niej uwolnić. Już jej chyba nie czuję, tak jak kiedyś. Chciałabym jej nie umieć na pamięć. Nawet nie jest mi smutno, jestem tylko odrętwiała.

 Zapomniałam ci powiedzieć, że kran się zepsuł w kuchni i woda wciąż kapie uderzając o blaszany zlew. Próbowałam coś tam dokręcić, stuknąć, bo te krople wbijają mi się w mózg, jak sztylety, ale gdzie tam, nie umiałam sobie poradzić.

Zapomniałam ci powiedzieć, że mama ma w środę badania i tak się o nią boję...

Zapomniałam też oddać ci twój sweter, który zostawiłeś ostatnim razem. Cieszyłam się, że został, bo mogłam spać na nim jak na poduszce, wdychając twój zapach, albo tulić go do piersi kiedy było mi smutno. Naopowiadałam mu tyle rzeczy, chciałabym, żeby ci je powtórzył, ale cóż, wiem przecież, że swetry nie mówią…

Wczoraj z żalem wyprałam go, wypachniłam lenorem, rozciągnęłam na puszystym ręczniku, żeby wysechł na dziś i żeby był piękny, kiedy ci go oddam. Leży teraz w przedpokoju na krześle i czeka jak porzucony zwierzak.

Może tym razem też zostawiłeś jakiś kawałek swojego życia, oprócz tego, co zostało we mnie? Coś, co będzie mi cię przypominać w tych dniach nadchodzącej samotności. Szczególnych dniach, bo świątecznych. Świąteczna samotność… Pamiętam ją z zeszłego roku. Mama czekała, ale nie pojechałam. Straciłabym spotkanie z tobą. Bezcenne. Udało mi się prawie cały czas spać. Brać tabletki i spać. Dałam radę. Teraz też dam. Będę dzielna, dla ciebie, dla nas to zniosę. Ostatni raz. Obiecałeś.

Może jednak i tym razem zapomniałeś znów coś swojego. Pociechę dla mnie. I ta myśl w końcu mnie porusza. Wracam do domu, mając nadzieję.

Sweter leży na swoim miejscu - martwy, pozbawiony twojego zapachu. Rozglądam się dookoła z tą nowo rozbudzoną nadzieją. Zaglądam pod sofę, przerzucam pościel, poduszki lądują na ziemi, zdejmuję nawet prześcieradło. Niczego nie ma. Nic nie zostało. Czy nic mi już nie zostało?

Ta myśl powoduje, że siadam ciężko na rozbebeszonym łóżku i bezmyślnie patrzę  przed siebie.  Nie wiem, ile to trwa. Im dłużej tak posiedzę, bez czucia, tym szybciej miną dwa kolejne tygodnie. Przebudzam się trochę, bo mój obojętny wzrok zaczyna jednak rozróżniać jakiś kształt na stoliku. No tak! Jest coś, co zostawiłeś! Przecież piłeś wodę, używałeś mojej szklanki, na niej jest choć ślad twoich ust! Biorę ją do ręki jak relikwię, delikatnie, staram się trzymać kryształ jak najniżej, patrzę pod światło. Nic nie widać, mimo że bardzo się staram zobaczyć. Czemu mężczyźni nie malują ust! Wtedy na pewno coś by zostało…

Jestem już tym wszystkim zniechęcona, odkładam szklankę z powrotem na stolik i wtedy widzę na nim jakiś czarny, nieznany mi kształt. O rany! Rozpoznaję go! Tak się cieszę, zostawiłeś swój portfel! Wrócisz tu po niego i to pewnie szybko! Z radości przyciskam do ust miękką skórkę i wdycham jej zapach. Gdzieś tam musi być i twój, przecież nosiłeś go przy sobie.

Wrócisz po niego! Może już jedziesz, a ja tak nabałaganiłam. Co ty sobie o mnie pomyślisz! Energicznie biorę się za porządki i aż chce mi się śpiewać. Ścielę łóżko, wietrzę pokój, rozpylam w pokoju moje ulubione perfumy, które dostałam od ciebie, zapalam świeczkę, nastawiam płytę, potem biegnę do okna i siadam na moim szerokim parapecie, kolana pod brodą, portfel przyciśnięty do serca dwoma rękami. Patrzę w ciemność, wypatruję twoich świateł.

Kasia Groniec śpiewa cichutko. Nucę z nią.

Więc dróg poznaj sto, aby dojść do mych ust
Bo świat, cały świat chcę ci zamknąć na klucz
Więc idź, uśmiech swój zostaw u mnie jak ślad
Jest noc, mijasz noc
Lekkomyślny jak wiatr...

Poraża mnie nagła myśl. O rany, jaka jestem głupia! Przecież na pewno jeszcze nie zauważyłeś, że brak ci portfela! Zadzwonię. Patrzę na zegarek. Ej, nie, już nie zadzwonię; możesz już być w domu, nie wolno mi ryzykować. Już wiem, wyślę ci SMS - to, na szczęście, wolno mi zawsze.

Jest tak, jak myślałam, nie zauważyłeś… Już jedziesz z powrotem, w końcu nie możesz spędzić najbliższych dwóch tygodni na nartach bez dokumentów i kart kredytowych. Kiedy pomyślę, o tych nartach zaraz po świętach z nią... Nie chcę o tym myśleć, my też pojedziemy, my też będziemy mieli święta, obiecałeś mi przecież, a ja ci ufam.

Teraz ważne, że już jedziesz. Jestem taka niemądra - posprzątałam pokój, a sama wyglądam jak czupiradło! Lecę do łazienki, szybko szczotkuję włosy, myję zęby, szczypię policzki. Już nic więcej nie trzeba, oczy błyszczą mi znowu, wyglądam pięknie. Zbiegam prędko po schodach i znów siedzę na parapecie - jak kot.

Nie ma cię. Tak bardzo nie mogę się znów doczekać! Oglądam twój portfel z każdej strony, gładzę jego miękką skórkę. Musi być drogi, firmowy, bo to skórka jest jak aksamit. Otworzę go tylko żeby zobaczyć, jak jest zbudowany w środku. Nie będę ci w nim grzebać, o nie! Ufam ci. Zatrzask odskakuje leciutko. Na podłogę, jak jesienne liście, wylatują dwie karteczki. Podniosę je, bo jeszcze się zgubią!

To nie liście, to dwa bilety na przedświąteczne przyjęcie w Monopolu, na dziś, na godzinę 20. A mówiłeś, że śpieszysz się, bo musisz jeszcze wpaść do pracy...

Wracam do portfela na parapecie. Leży jak otwarta księga. Ile tajemnic jeszcze w sobie kryje? Po lewej stronie ma przegródki na karty kredytowe, wystają z nich, równiutko, jak żołnierze, a po lewej... O Boże! Jest tam takie plastikowe okienko, a ty nosisz tam zdjęcia dzieci. Ale nie tylko ich. Ze złości aż robi mi się ciemno przed oczami! To ty, po roku naszej znajomości, nadal nosisz w portfelu zdjęcie żony?!

Kiedy patrzę jej w oczy na tym zdjęciu, doznaję nagłego olśnienia, tak jakby mi ktoś zdmuchnął z przed oczu mgłę, która sprawiała, że nie widziałam wyraźnie. Prawda dociera prosto do mojego serca. Jest tak oczywista, że aż nie chcę oddychać, żeby jej nie spłoszyć. Przyjmuję ją do siebie, chłonę, wracają obrazy z przeszłości, których nie chciałam widzieć. Teraz są tylko one. Wyrywają mnie ze snu, jakbym żyła dotąd w innym świecie.

Próbuję rozpoznać to nieprzyjemne uczucie, które mnie teraz ogarnia. Znam je dobrze, czułam wiele razy, ale zagłuszałam. Teraz wypływa na wierzch, jak fala. To nie jest rozpacz, nie gniew ani nie smutek. To wstyd.

Wstydzę się swojej ufności, swojej głupiej, naiwnej wiary. Wstydzę się za siebie.

Już wiem, co mam robić, już nie potrzebuję ani minuty więcej na zastanowienie. Już nie chcę się wstydzić. Bilety przedzieram na pół (już i tak jest za późno) i wkładam na miejsce. Z portfelem w ręce idę w kierunku drzwi wejściowych. Trzymam go z obrzydzeniem za rożek, jak zdechłego szczura. Po drodze chwytam sweter z krzesła. Jego nieskazitelna czystość kpi ze mnie. Pomyśleć, że spałam z takim kawałkiem szmaty! Rzucam go na podłogę i wycieram weń buty. Dobrze, że wczoraj padało, dobrze, że są brudne. Jestem całkiem spokojna, nie waham się wcale, kiedy wyrzucam twoje rzeczy za próg. Mamo, będę z tobą na święta.

Zatrzaskuję drzwi, gaszę światła i puszczam muzykę. Jak mogę najgłośniej, aż szyby drżą. Nie chcę słyszeć, kiedy będziesz pukał, nie chcę słyszeć więcej twoich kłamliwych słów. Jestem wolna. Już wszystko jest dobrze.

Bylebym tylko mogła nie być z tobą.

Bylebym tylko mogła nie być z tobą.

Z perspektywy kota.

Coś w powietrzu drgnęło
poruszyło lekko futerko nastroszone
przeskoczyło od wąsa do wąsa
 zelektryzowało,  zakłóciło drzemkę.

Popołudniowe nic nie robienie zakłócił zapach cynamonu i Kot postanowił przedreptać z parapetu pokoju na parapet kuchenny. Majka krzątała się w niej, trzaskała czymś to w zlewie to wszędzie po za nim.
- Miau? – zapytał Kot. - Miaaauuuu???- powtórzył, wiedząc, że systematyczne powtórzenia , przeciągane w odpowiedni sposób zawsze w końcu dają rezultat i reakcje.
- O, wstało lenistwo moje.- to Kot zaliczył do reakcji – No czego chcesz? – mówiąc to dziewczyna nie przerywała zajęcia, co z kolei było rezultatem sprzecznym z oczekiwanym.
-Miau? Mriaauuu?! – Kot ponowił swoje pytanie. Czasem rozmowa z tą kobietą przypominała zabawę w zgaduj zgadule. Nie rozumiał tego, lecz w swoim krótkim życiu zdążył do tego przywyknąć.
- No pierniczki piekę. Pierniczki. Święta idą – tu otarła ręce w ściereczkę, podeszła pogłaskać dopytującego się zwierzaka. – I nie, nie dostaniesz. Koty nie jedzą pierniczków.
Kot popatrzył z wyrzutem jednak co pomyślał sobie to pomyślał, a mianowicie, że sam sobie weźmie jak tylko te dziwne brązowawe rzeczy zostaną sam na sam w zasięgu jego sprytnych łapek. No i co to są święta? Chyba to ten zapach. Albo te Pierniczki. Kot zamyśliłby się nad tym zapewne, może nawet oddał lekkiej zadumie jednak nie miał teraz  na to czasu. Teraz należało, skoro już się obudził, przeciągnąć i poplątać się trochę pod nogami pichcącej kobiety. Trzeba też wskoczyć na blat kuchenny, umorusać łapki w mące, spróbować ukraść orzechy…
- Zmoro paskudna! Nie wolno! – krzyknęła Maja, argument popierając ścierką, która wprawdzie nie uderzyła mocno w koci kark ale trafiła w kocią dumę – Nie, nie, nie! Sio, spadaj mi  stąd.
Oburzony Kot oburzenie swoje oznajmił miauknięciem o brzmieniu wyrzutu, ponowił próbę przestępstwa od drugiej strony. Nawet już, już mu się prawie udało, łapką niemal poczuł chropowatość orzeszka… ale nie, znów został pogoniony tym razem ręką, w którą to zdążył jeszcze delikatnie zahaczyć pazurem – A co! Niech sobie nie myśli, żeby go tak gonić. – Unosząc dumnie ogon odszedł. Pobawi się pluszową kuleczką.

***
Mieni się i szeleści
kusi oczy, mąci w główce
ach, żeby to tak mieć całe
dorwać w swoje pazurki!

Początek grudnia zaowocował mnóstwem nowości. Zaraz po tym jak pierniczki zostały bezpiecznie popakowane w puszki (nie obyło się bez strat- pomimo gróźb i krzyków Kot uparł się spróbować tych cynamonowych ciasteczek), Maja zabrała się za kolejne interesujące rzeczy. Rzeczy te kota wielce zafascynowały. Niechętnie przyznawał sam przed sobą, jednak było coś hipnotyzującego w błyszczącym proszku, którym posypywała styropianowe kulki. Same kulki zresztą były równie ciekawe, toczyły się, a kiedy się je podgryzało wydawały ciekawe dźwięki. Te wszystkie sznurki, za które można było łapać i ciągnąć. Wstążki i dzwoneczki. Było tak pięknie, że Kot był już gotów myśleć, że dziewczyna buduje mu wspaniały plac zabaw. W kocich marzeniach wszystkie te piórka, które zaczęła rozwieszać w przeróżnych miejscach w domu, latały, wirowały… Łańcuchy szurały o podłogę, bombki obijały się wzajemnie…
- Co tak patrzysz – uśmiechnęła się Maja – oczy masz jak spodki, już ja wiem co w tej Twojej główce się roi. Zapomnij! Nie poniszczysz mi ozdób. Ja tu nam świąteczny nastrój wprowadzam, żeby miło było. Więc trzymaj łapki przy sobie.
Świąteczny? Znowu te Święta. A pierniczków nie widzę –pomyślał Kot, rozglądając się dokoła. Wyciągnął szyję i poruszył noskiem – Nie, cynamonu też nie czuć, prócz tej ulotnej nutki z kuchennych szafek. Ale tu w pokoju nic. To jak to jest z tymi Świętami? To Święta to jednak nie słodkie ciasteczka, a te wszystkie różne różności? Te lampki świecące kolorowo, to kłujące, zielone drzewko pełne kuszących zabawek?
Kot podbiegł do zwisającej z półki złotej nitki, pogonił za nią troszkę, pociągną. Brzdęk!
- Kocie! – krzyknęła Maja zrywając się z krzesła.
Na to Kot z prędkością znaną tylko kotom znikną z miejsca zbrodni  materializując się w bezpiecznej odległości.
- Miau. Miau?
- Żadne miał, miał tylko wara mi od łańcuchów.

***
Za nosek wodzi, po wąsikach skacze
po grzbiecie przebiega
otula cieplutko
że aż ślinka cieknie.

Dzwoni w uszach to drażni
to milutko kołysze
coś się dzieje w około
coś w powietrzu aż wisi.

Dom przyozdobiony. A tu dzieje się nadal! Majka ostatnio nie opuszcza kuchni. Krząta się w niej, podśpiewuje. A zapachy aż w nosku kręcą. I nawet od czasu do czasu zawoła Kota i do pyszczka mu coś dobrego podsunie! I to , TO właśnie chyba są Święta! To wszystko naraz wraz z ta muzyką, która od kilku dni w kółko pobrzmiewa w każdym kącie domu. Do której już się Kot nawet przyzwyczaił.
Teraz cierpliwie – co niezwykłe dla Kota – siedzi i obserwuje i słucha. I nawet zamruczy. Czasem zmieni miejsce – z kanapy na półkę, z półki na kanapę. Nawet chwilowo nie skrada się by coś zwinąć dobrego, nie atakuje puchatych kapci i nie pcha łapek do garnków. Czy to możliwe, że nawet on jest pod wpływem tych całych Świąt? Może. Możliwe. Kot tego w każdym razie nie potwierdza i nie wyklucza.
Dzisiaj Majka podekscytowana co chwila w okno zagląda. Kot w sumie ją troszkę rozumie, bo te dziwne mokre i zimne białe spadające z nieba muchy i Jego z lekka fascynują. Mają coś w sobie. Choć gdy przypadkiem wkradną się do domu i przycupną na futerku trzeba je potem zlizywać i na nowo futerko układać.
- Ach! Już zaczęłam wątpić w śnieg w Wigilie – wzdycha raz po raz Maja – oby tylko do jutra nie stopniał. I do pojutrza. Żeby się tak do sylwestra utrzymał.
Spojrzała na Kota i potarmosiła go za uchem wilgotną od tego całego śniegu ręką.
- Mriiiaaauuu! – oburzył się Kot, odskoczył na podłogę, popatrzył z niezadowoleniem i oddelegował się z dala od tych dziwacznych czułości. Może pójdzie zajrzeć do kolorowych pudełek szczelnie popakowanych i obwiązanych kolorowymi tasiemkami. Pobawi się nimi póki Majka w nie widzi.

***
Nie wiadomo dlaczego
jakaś magia w powietrzu
jakieś ciepło niezwykłe
nawet w kocim rozlało się sercu.

Od rana coś dziwnego się dzieje. Kot nie do końca wie co. Ale to czuje. Czuje to w kościach i mięśniach. Chodzi za Mają krok w krok , troszkę się pałęta, troszkę przeszkadza ale jakoś tak w miejscu nie może usiedzieć.
Dziewczyna wyciąga obrus z szuflady, przesuwa stół, kroi ciasta. Podśpiewuje w kółko: „Kiedy miasto na święta się stroi…”. Na stole układa dwa talerze i nawet kocią miseczkę przestawiła na taborecik obok tego wszystkiego.
Czas płynie, z włączonego laptopa wciąż lecą nowe piosenki, kolędy jak je nazywają ludzie. Za oknem szare chmury powoli się bielą i wymarzony śnieg zaczyna wolno prószyć. W cały domu pachnie tysiącem zapachów – pierniki wyciągnięte z puszek kuszą cynamonem, orzechami i czekoladą; uszka i pierożki aż proszą się by ich skosztować w tym całym zamieszaniu. I barszczyk woła by w nim łapki zamoczyć… ah i jak tu się powstrzymać!
Kot zasłuchany, zapatrzony chłonie to wszystko i sam już nie wiem co z tego to w końcu te Święta. Pyta, miauczy, a Majka tylko uśmiecha się do niego i dalej swoje.
W końcu gdy już się ściemniło, gasi światła, zapala lampki na choince i dwie świeczki na stole. Klęka i cicho szepcze jakieś słowa wprost w złożone ręce. W końcu wstaje , wyciąga jeszcze jakiś koci przysmak, który wsypuje do miski. Kot już już się rozpędza by jak najszybciej się tym zająć gdy nagle jakoś tak speszony zwalnia, no bo dzisiaj jakoś tak nie taktownie się Kotu wydaje by się spieszyć z jedzeniem. Czeka więc aż Majka również zacznie jeść swoją kolację.  Patrzy tez troszkę zdziwiony na puste nakrycie przy stole.
- Miau? Miaumiaumiau? – pyta trącając główką wolne miejsce.
- To dla zagubionego wędrowca Kocie. – tłumaczy Maja – Wiesz, dzisiaj jest taki dzień, że jeśli ktoś przyjdzie, zupełnie nagle, niespodziewanie to zaprasza się Go do stołu.
Kot tego nie rozumie. Ale widocznie nie musi. Przysiada się więc do dziewczyny. Przytula i mruczy gdy ta delikatnie zaczyna go głaskać w ulubione miejsca. Nagle podnosi głowę bo coś mu nie pasuję. Dlaczego Majka płacze? Moczy mu przecież pyszczek gdy taka pochylona nad nim łzawi mu prosto w futerko. Kot lekko się przekręca. Patrzy pytająco.
- Ah Kocie, bo wiesz, do nas i tak nikt nie przyjdzie. Nie ma nikogo kto mógłby przyjść. Ale wiesz? Ty jesteś. Dobrze, że Ty jesteś – całuje Kota w czoło – Bo to takie ważne w ten dzień mieć kogoś przy sobie, kogoś kogo się kocha, bo wigilia to właśnie taka wymiana miłości. Bo dzisiaj upamiętniamy narodziny tej największej.

I Kot nagle zrozumiał- a więc TO są święta.

Bratnie dusze

Wierzysz w przeznaczenie? Ja tak. I to wcale nie znaczy, że płynę z prądem i poddaję się temu, co przynosi los. Przeciwnie. Mam rogatą duszę i biorę się z życiem za bary, kiedy trzeba. A jednak od czasu do czasu stwierdzam ze zdumieniem, że  przydarza mi się coś, na co nie mam żadnego wpływu, nic nie mogę poradzić, a rzeczy dzieją się same. Wierzysz w miłość przekraczającą granice czasu i w obietnice złożone w innym życiu? Ja teraz wierzę.

Tamara pojawiła się w naszej firmie w pewien październikowy poranek. Kiedy ją zobaczyłem pierwszy raz, zabrakło mi tchu. Pewnie myślisz, że olśniła mnie jej uroda albo figura. Fakt, była piękna, przynajmniej dla mnie, ale nie w tym rzecz. Szef oprowadzał ją po biurze i przedstawiał współpracownikom. Kiedy podeszli do mnie i ująłem jej wyciągniętą na powitanie rękę, między naszymi dłońmi przebiegł prąd. Zrobiło mi się ciemno przed oczami, słowa uwięzły w gardle, a serce zaczęło bić jak oszalałe. Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, a ja utonąłem w ich bursztynowej otchłani. Miałem wrażenie, że minęły długie minuty zanim puściłem jej dłoń i pozwoliłem pójść dalej z szefem. Byłem pewny, że wszyscy widzieli moje oszołomienie i przez kilka chwil siedziałem przy komputerze przewracając papiery, zanim odważyłem się rozejrzeć dookoła. Na szczęście nikt na mnie nie patrzył.
Dwa dni później, w moim koszyku na korespondencję służbową, znalazłem zieloną kopertę, na której ktoś napisał moje imię i nazwisko drukowanymi literami. Wewnątrz była kartka z fragmentem wiersza:

"Dotknęłam pana jak motyl egretą
przepraszam
to było niechcący [...]
zapomniałam
że jestem kobietą"
(Maria Pawlikowska-Jasnorzewska)

Zaskoczony przeczytałem tekst chyba z dziesięć razy, a potem rozejrzałem się dyskretnie. Byłem przekonany, że ktoś mi zrobił dowcip, a teraz obserwuje zza rogu moją reakcję i ma dobrą zabawę. Nic jednak na to nie wskazywało. Schowałem kopertę z wierszem do książki, którą właśnie czytałem.
Tamara pracowała w innym dziale, ale starałem się przynajmniej raz dziennie na nią trafić, aranżując niby przypadkowe spotykania w biurowej kuchni albo przy kserokopiarce. Uwielbiałem patrzeć na nią z daleka, gdy akurat zmierzała w moją stronę; poruszała się w sposób sprawiający wrażenie, że płynie nad ziemią. Wędrowałem wzrokiem po liniach jej ciała, a kiedy już była przy mnie, tonąłem w jej spojrzeniu i uśmiechu. Każda rozmowa z nią powodowała, że utwierdzałem się w przekonaniu, że znam ją od zawsze.
W listopadzie dostałem kolejną przesyłkę.

"Kto chce, bym go kochała, nie może być nigdy ponury
i musi potrafić mnie unieść na ręku wysoko do góry. [...]
Musi umieć pieska pogłaskać i mnie musi umieć pieścić,
i śmiać się, i na dnie siebie żyć słodkim snem bez treści."
(Maria Pawlikowska-Jasnorzewska)

Nie wiedziałem, co o tym myśleć. Nigdy nikt nie przysyłał mi wierszy. Oczywiście znałem postać autorki utworów, które otrzymałem, ale odkąd zdałem maturę (a było to dawno temu), nie zawracałem sobie głowy poezją. Tymczasem przesyłki zaczęły pojawiać się regularnie i pewnego dnia zdałem sobie sprawę, że niecierpliwie na nie czekam. Dotarło też do mnie, że jestem po uszy zakochany w Tamarze.
Dzień przed Wigilią w biurze panował świąteczny nastrój. Nikt już nie myślał o pracy; z odtwarzacza CD, ustawionego w pomieszczeniu recepcyjnym, rozlegał się na okrągło głos Mariah Carey śpiewającej All I Want for Christmas is You, a ludzie wymieniali się przepisami na potrawy świąteczne. Kiedy wróciłem do pokoju po krótkiej nasiadówce u szefa, na moim biurku znalazłem czerwoną kopertę motywem świątecznym. Myślałem, że to życzenia od któregoś z klientów, ale myliłem się. Na znajdującym się wewnątrz kartoniku był wydrukowany fragment wiersza:

[...]Czuję jak pęcznieją wargi
a spragnione palce
rąk miłych szukają"
(Małgorzata Hillar)

Wieczorem pojechałem do domu Tamary. Otworzyła mi drzwi i bez słowa wpuściła do środka. Kiedy poszła do kuchni zrobić herbatę, podszedłem do dużego stołu stojącego obok przystrojonej choinki i zacząłem przeglądać leżące na nim książki. Ku mojemu zdumieniu zorientowałem się, że były to zbiory poezji. Przewróciłem kartki jednego z nich, a potem, nie mogąc się powstrzymać, zerknąłem na ekran otwartego laptopa.
– To ja wysyłam ci wiersze – usłyszałem za swoimi plecami.
Odwróciłem się powoli. Tamara stała w progu pokoju trzymając dwa kubki z herbatą.
– Chciałem, żebyś to była ty – odpowiedziałem po prostu, a potem wziąłem od niej te kubki i postawiłem na stole. Odsunąłem z jej twarzy pasmo miodowych włosów. – Dlaczego zjawiłaś się tak późno w moim życiu?
– Wcześniej nie byłeś gotowy.
Nie do końca zrozumiałem, co miała na myśli, ale wtedy to było mało istotne. Trzymałem ją w objęciach i całowałem usta, które do tej pory smakowałem tylko w wyobraźni. Herbata stygła, a mój świat rozpadał się na atomy, gdy dotykałem jej ciała. Nad lewą piersią miała małe, brązowe znamię.
– Skąd to masz? – Przesunąłem lekko palcem po okrągłej, ciemnej plamce.
– Kiedyś uratowałam ci życie – odpowiedziała zagadkowo, a mnie znów pociemniało przed oczami i serce zaczęło bić w szalonym rytmie.
– Dobrze się czujesz? – spytała z troską w głosie.
– Coś dziwnego się ze mną dzieje, gdy cię dotykam. – Odetchnąłem głęboko.
– Doskonale to rozumiem.
– Czuję się tak… jakbym znał cię od bardzo dawna – wyszeptałem jej do ucha i znów pochyliłem się nad nią.

Kilka lat później

Siedziałem w fotelu przy ubranej choince i patrzyłem na leżący pod nią mały pakunek owinięty w złoty papier w gwiazdki i przewiązany czerwoną wstążką. Pod kokardą tkwił biały kartonik z dwoma zdaniami, które znałem na pamięć: „Dla Michała. Połóż pod choinką i otwórz w najbliższą wigilię Bożego Narodzenia”. To był właśnie ten dzień. Z wahaniem rozwiązałem kokardę i odwinąłem szeleszczący papier. Wewnątrz znajdował się niezbyt gruby zeszyt w sztywnych, lakierowanych okładkach, zatytułowany „Pamiętnik Tamary”. Otworzyłem na chybił trafił.

Z pamiętnika Tamary

Moja mama zadbała o to, żebym pamiętała, kim byłam przedtem. Od momentu, gdy zaczęłam mówić, skrzętnie notowała każde moje słowo, zdanie, a potem całe opowieści, które innym dorosłym wydawały się efektem zbyt częstego przebywania w krainie dziecięcej fantazji. Zapisywała, ale i rozmawiała ze mną, zachęcała do dzielenia się szczegółami.

*

W innym miejscu, w innym czasie byłam tancerką. Miałam dziewiętnaście lat, przede mną jawiła się świetlana przyszłość i byłam zakochana ze wzajemnością w moim tanecznym partnerze. Chcieliśmy spędzić ze sobą resztę życia. W sali do ćwiczeń trwała kolejna próba przed występem, kiedy drzwi się otworzyły i do środka wpadł zazdrosny kochanek jednej z tancerek. Zaczął się awanturować jak oszalały, a potem wyciągnął pistolet i strzelił na oślep. Wszystko trwało bardzo krótko, kilkadziesiąt sekund. Tańcząc znalazłam się na linii strzału zasłaniając sobą mojego partnera i ukochanego. Gdy upadłam na podłogę, on ukląkł przy mnie, objął mnie ramionami i krzyczał, żebym nie umierała.
– Odnajdę cię... – Zdążyłam złożyć obietnicę. – Przysięgam... A ty... spełnij swoje marzenia.
– Ty jesteś moim marzeniem... Bez ciebie już nigdy nie zatańczę! – Potrząsał moim martwym ciałem, a ja stałam obok i trzymałam mu rękę na ramieniu.

*

W tym życiu urodziłam się z małym znamieniem nad lewą piersią. To miejsce, w które wtedy trafiła kula. Kiedy miałam siedem lat, mama zapisała mnie do szkoły baletowej. Dwa lata później zobaczyłam Michała przez dużą szybę oddzielającą korytarz od sali treningowej. Miał wtedy dwanaście lat. Stałam w drzwiach, kiedy obrażony na cały świat tłumaczył nauczycielowi, że nie będzie tańczyć.
– Nigdy nie chciałem chodzić do tej szkoły. Moi rodzice są tancerzami i uparli się, że będę taki jak oni, ale to ich marzenie, nie moje.
– Jesteś bardzo utalentowany, rodzice wiedzą, co robią… – próbował tłumaczyć nauczyciel.
– Nie będę tańczyć. – Michał pokręcił głową i cofnął się.
Coś kazało mi wejść do środka. Kiedy podeszłam do niego i wzięłam za rękę, już wiedziałam.
– Może zatańczysz ze mną? – zaproponowałam.
Spojrzał na mnie z góry.
– Nie tańczę z takimi smarkulami.
Wróciłam do domu z płaczem. Mama mi tłumaczyła, że muszę trochę poczekać, bo on nie jest jeszcze gotowy. Wkrótce Michał odszedł ze szkoły baletowej, a cztery lata później wykryto u mnie poważną wadę serca. Moje marzenia i młodzieńcze plany legły w gruzach. Musiałam zrezygnować z tańca i prowadzić oszczędzający tryb życia.

*

Minęło wiele lat nim ponownie spotkałam mojego ukochanego. Nowy szef oprowadzał mnie po biurze i przedstawiał współpracownikom. Kiedy witałam się z Michałem, poczułam, że przeszył mnie dreszcz; trzymał moją dłoń i wpatrywał się we mnie jak zahipnotyzowany. Zauważyłam, że z trudem oddychał. Delikatnie uwolniłam rękę z jego uścisku i już wiedziałam, że mnie rozpoznał. Wkrótce pojawiła się miłość.

*

Czuję, że niedługo umrę. Lekarze szukają dla mnie nowego serca, ale wiem, że nie zdążą. Mój czas z Michałem kończy się. Mija sześć lat odkąd jesteśmy razem i były to dla mnie najszczęśliwsze i najintensywniej przeżyte lata. Chcę zostawić mu te zapiski, żeby poznał naszą historię i zrozumiał, dlaczego moje serce jest chore i z jakiego powodu on wzrusza się na spektaklach tanecznych. Kiedyś mi powiedział, że gdy ogląda balet, za każdym razem przypomina mu się obraz, który regularnie pojawia się w jego snach.
– Widzę młodego mężczyznę w stroju do ćwiczeń. Siedzi na podłodze i trzyma w ramionach umierającą dziewczynę. Jej krótka, biała sukienka jest przesiąknięta krwią... Kiedy mężczyzna zaczyna krzyczeć, budzę się i przez kilka minut nie mogę dojść do siebie. Za każdym razem jest tak samo.
Jak już przeczyta mój pamiętnik, wszystko zrozumie. On wciąż wierzy, że znajdzie się dla mnie nowe serce. Nie chcę mu odbierać tej nadziei, chociaż wiem, że przeznaczenie musi się wypełnić.

***


To prawda, balet był naszą pasją, pomyślałem, zatrzaskując okładki gwiazdkowego daru. Chodziliśmy na wszystkie przedstawienia po kilka razy, płakaliśmy na spektaklach, słuchaliśmy muzyki i kupowaliśmy albumy o tańcu klasycznym. Rozumieliśmy się bez słów i ściągaliśmy nawzajem myślami, mówiliśmy do siebie oczami i dotykiem rąk. Kiedy trzymałem ją w ramionach, stawaliśmy się jednością o wspólnym krwiobiegu. Spędziliśmy razem sześć lat. Była moją bratnią duszą i miłością życia. Umarła dwa miesiące przed świętami, czekając na nowe serce. Zabrała ze sobą część mnie.

Skrzydlaty Anioł

Skrzydlaty Anioł stanął przy oknie zachłannie wpatrując się w twarz dziewczyny. Rozpostarł skrzydła jakby chciał ją nimi objąć i zetrzeć z twarzy łzy smutku i tęsknoty.

~ * ~

                    Malwina wpatrywała się w migoczący ekran komputera. Dochodziła osiemnasta. Już od trzech godzin powinna być w domu, ale koniec roku w biurze jest wyjątkowo trudny. Potarła zmęczone oczy. Wiedziała, że dziś nie jest już w stanie pracować Zamknęła komputer, posprzątała na biurku i spojrzała na leżącą przed nią białą, pustą kartkę. Nie mogła się powstrzymać. Wzięła do ręki długopis i zaczęła:
„Kochana Mamo!”
Dziś jednak nie mogła znaleźć myśli, którymi chciałaby się podzielić z ukochaną osobą. Spojrzała na swoje dzieło. Dwa słowa, których dawno nie wypowiadała. Zaklęte w nich barwna przeszłość i smutna teraźniejszość wciąż spychały w niebyt przyszłość. Malwina wpatrywała się w nie uparcie aż łzy rozmyły obraz i zrosiły niewinną kartkę papieru. Spojrzała w czarną otchłań okna, która dziś zamiast przerażać niosła ukojenie. Zapragnęła jak najszybciej znaleźć się na dworze. W pośpiechu, jakby coś ją goniło, założyła kurtkę, naciągnęła na uszy szarą czapkę i owinęła szyję równie bezbarwnym szalikiem. Na zewnątrz mróz szczypał w nos. Malwina odważnie weszła w ciemność rozświetlaną jedynie ulicznymi latarniami. Ciemność, która mamiła anonimowością i złudnym poczuciem bezpieczeństwa. Szła powoli delektując się urokiem chwili. Wyludnione o tej porze miasteczko powoli układało się do snu. Kamieniczki sennie tuliły się do siebie pozbawione białej, zimowej pierzynki. Malwina z przyjemnością zatrzymywała się przed sklepowymi wystawami, które wesoło mrugały do niej kolorowymi lampkami. Pluszowe misie i lalki przytulały się do siebie, czekając cierpliwie na nowych właścicieli. Przypomniały jej beztroskie dzieciństwo i stosy prezentów pod choinką. Wszystko dla małej Malwinki. Święty Mikołaj z wystawy ze sztucznym uśmiechem na plastikowej twarzy patrzył pustymi oczami na samotną łzę płynącą po zmarzniętym policzku dziewczyny. A Anioł odbijający się w szybie płakał razem z nią.

~ * ~

Skrzydlaty Anioł z krwawiącym sercem westchnął cichutko.

~ * ~

            Malwina poczuła podmuch ciepłego powietrza na policzku. Odwróciła się zaskoczona.
-Pani Wiśniewska! Dobry wieczór! Co pani tu robi o tej porze? Ale mnie pani wystraszyła.
-A, taki średnio dobry ten wieczór, kochana – odpowiedziała starsza pani – Misiek mi zaniemógł i pędzę do weterynarza.
           Malwina dopiero teraz zauważyła biało-czarny kłębek futerka i czarne oczka smutnie patrzące na nią spod błękitnego kocyka. Wyciągnęła dłoń i zanurzyła ją w miękkiej sierści, drapiąc jednocześnie malucha za uchem. Misiek tam bardzo przypominał pieska, którego miała w dzieciństwie. On odszedł pierwszy. Zapoczątkował tym samym całą serię strat w jej życiu. Dziewczyna poczuła, że jej oczy znów niebezpiecznie wilgotnieją. Mrugając raz za razem pozbyła się niechcianych łez.
-Co mu dolega? – spytała nie mogąc oderwać dłoni od delikatnego futerka psiaka.
-Chyba się zaziębił – odpowiedziała pani Wiśniewska – nie ma apetytu, kaszle, a nosek na suchy jak wiór.
-Mogła pani poprosić Adama. Podwiózłby panią do lecznicy,
-Kochana, pana Adama nie ma. Wpadł tylko na chwilę po pracy i zaraz biegł do rodziców. W końcu jutro wigilia. Nie można mamy zostawić z całą robotą. Dobrego masz męża, Malwinko. Oj, ze świeczką teraz takich szukać.
-To prawda pani Wiśniewska, to prawda – odpowiedziała dziewczyna.
-Pewnie święta z teściami spędzisz? – zapytała starsza pani nie tyle z ciekawości, co z troski o młodą sąsiadkę, którą zna od dziecka.
-Nie - odpowiedziała smutno Malwina – nie mam nastroju na świętowanie. Posiedzimy w domu, a teściów odwiedzimy po świętach.
Pani Wiśniewska zmarszczyła brwi i już, już miała coś powiedzieć, ale Malwina nie dała jej dojść do słowa.
-A pani jak spędza wigilię?
-Święta, moje dziecko, to nie czas na rozdrapywanie ran – pani Wiśniewska nie dała się tak łatwo zbić z tropu – do ludzi musisz wyjść, a nie siedzieć w kącie i patrzeć jak ci życie mija. Jak spędzam wigilię, pytasz? Ano zjeżdża się do mnie calutka rodzina: synowie, synowe, wnuki, moja siostra z mężem, będzie i pan Włodek, wiesz ten spod siódemki, co mu żona w tym roku zmarła. Tak sobie pomyślałam, że to grzech żeby chłopina sam w wigilię siedział. Będzie gwarno, wesoło i rodzinnie. Tak jak w święta być powinno. Zaprosiłabym i ciebie, Malwinko, ale twoje miejsce jest przy mężu, w domu jego rodziców. Zastanów się nad tym, moje dziecko. No … pędzę już, bo mi lecznicę zamkną. Wpadnę jeszcze do ciebie z opłatkiem to sobie pożyczymy.
              Pani Wiśniewska poklepała Malwinę po zziębniętej dłoni i zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Malwina miała już dość przyglądania się świątecznym wystawom. Słowa pani Wiśniewskiej wytrąciły ją z równowagi i sprawiły, że przez chwilę zwątpiła w słuszność swego postępowania. Ziarno zasiane przez sympatyczną sąsiadkę niosło swój plon w postaci niechcianych myśli, które jak czarne wrony przelatywały przez udręczony umysł. Miała świadomość, że swoją awersją do świąt krzywdzi Adama i jego rodzinę, ale nie potrafiła się przemóc. Skoro nie mogła obchodzić świąt tak jak chciała, wolała nie obchodzić ich wcale. Malwina schowała zziębnięte dłonie w grubych wełnianych rękawiczkach. Materiał aż pulsował czerwienią, stanowiąc jedyny barwny element w jej garderobie. Dziewczyna zapragnęła jak najszybciej znaleźć się w domu. Schować w miękkim fotelu, przykryć ciepłym kocem, grzejąc dłonie o kubek z herbatą. Koniecznie z miodem i cytryną. Przyspieszyła kroku, nie zwracając już uwagi na wystawy.

~ * ~

Skrzydlaty Anioł wzbił się hen wysoko. Zachłannym wzrokiem patrzył na świat rozświetlony blaskiem choinkowych lampek. Zaglądał w okna, przyglądając się roześmianym buźkom dzieci, zapracowanym, ale szczęśliwym mamom i dumnym tatusiom. Błogosławił im wszystkim i cieszył się razem z nimi. Wiedział też, że radość, która czeka na niego w niebie nie ma sobie równych. Zanim jednak to nastąpi, musi wypełnić swoje zadanie.

~ * ~

Malwina nagle poczuła się nieswojo. Uczucie pustki i ogromnej samotności wypełniło jej serce po brzegi. Zupełnie jakby opuścił ją ktoś bliski. Doskonale znała to uczucie. Na szczęście była już pod domem. Jeszcze chwila i zamknie się w swoich bezpiecznych czterech ścianach. Spojrzała w okna mieszkania, ale zobaczyła tylko czarną, mało zachęcającą otchłań.
-Adama jeszcze nie ma – pomyślała ze smutkiem. Westchnęła cichutko i poczłapała na trzecie piętro. Klatka schodowa przesiąknięta była zapachami: barszcz, grzybowa, kapusta, ryby, ciasta … wszystkie aromaty tańczyły na schodach, jak rozbrykane dzieci, próbując wciągnąć Malwinę w swe szalone pląsy, Gdy dziewczyna dotarła w końcu pod drzwi, miała wrażenie, że odeszła właśnie od suto zastawionego stołu. Na szczęście gdy przekroczyła próg, opuściło ją uczucie osamotnienia.

~ * ~

Skrzydlaty Anioł przysiadł cichutko obok wielkiej paproci stojącej w rogu pokoju. Tak dobrze ją pamiętał.

~ * ~
Malwina zapaliła światło i stanęła jak oniemiała. Z komody zerkała na nią nieśmiało maleńka choinka. Żywiczny aromat wypełnił cały dom, nadając mu świąteczny nastrój. Kartka położona obok zielonego gościa zdradzała tajemnicę drzewka:

„Malwinko! Wybacz mi, ale nie mogłem się powstrzymać. Jeśli jej nie chcesz to po prostu wystaw na balkon. Będę po dwudziestej. Kocham Cię bardzo. Adam”.

Dziewczyna z czułością przypatrywała się kartce ozdobionej wielkim sercem. Wcale nie czuła złości. Wręcz przeciwnie. Postanowiła zrobić mężowi niespodziankę i przystroić drzewko. Szybciutko przygotowała sobie gorącą herbatę i kanapkę. Otwierając szafę, w której przechowywane były ozdoby choinkowe, poczuła się trochę jakby otwierała puszkę Pandory. Wzięła głęboki oddech i wyjęła pierwsze pudełko. Ze środka spoglądały na nią złote bombki, szklane aniołki i sopelki. Wyciągała każdą po kolei, trzymała przez chwilę w dłoniach jakby chciała cofnąć się za jej pomocą w czasie i z nabożeństwem zawieszała na zielonym drzewku. Choinka rozświetlona białym światłem i pięknie przystrojona wyglądała magicznie. Blask lampek odbijający się w szklanych ozdobach sprawiał, że wyglądały jak żywe. Malwina nie mogła oderwać oczu od aniołów, które w świetlistej poświacie tańczyły wesoło na zielonych gałązkach.

~ * ~

Skrzydlaty Anioł wiedział, że nadszedł już czas. Czas miłości, wybaczenia, ale i ostatecznego pożegnania. Musiał pomóc losowi dlatego zamknął oczy, rozpostarł szeroko skrzydła i westchnął.

~ * ~

Malwina poczuła na karku delikatny jak muśnięcie skrzydeł motyla dotyk. Zanim jednak zdążyła odwrócić głowę, coś z łoskotem uderzyło o podłogę. Z najwyższej półki w szafie wypadło błękitne pudełko ozdobione białymi stokrotkami. Malwina doskonale je znała i za nic nie chciała teraz oglądać jego zawartości. Było to pudełko pełne skarbów, w którym Mama przechowywała pamiątki z dzieciństwa swojej małej córeczki. Każdego roku w Boże Narodzenie otwierały je i zaśmiewały się do łez oglądając pierwsze laurki, stare zdjęcia i pocztówki. To była taka ich mała świąteczna tradycja. Dziewczyna ze łzami w oczach zbierała porozrzucane pamiątki. Nagle jej wzrok zatrzymał się na lawendowej kopercie.
„Dla mojego Kwiatuszka”
-przeczytała głośno, a serce boleśnie zakłuło. To było pismo Mamy. Powoli wyjęła fioletowy kawałeczek papieru, który ciągle tak znajomo pachniał.
„Córeńko moja najukochańsza
       Piszę do Ciebie ten list, gdyż nie wiem, czy będzie nam dane się pożegnać. Życie lubi zaskakiwać, niestety nie zawsze tak jak byśmy chcieli, dlatego postanowiłam się w ten sposób zabezpieczyć. Skoro czytasz moje słowa to znaczy, że miałam rację.
       Znam Cię, kochanie lepiej niż samą siebie. Wiem, jak bardzo cierpisz. Zamknęłaś się w swojej skorupie i nikomu nie pozwalasz przebić się przez pancerz, prawda? Już widzę, jak ranisz każdego, kto próbuje Ci pomóc. Malwinko … tak nie można. Nie umieraj razem ze mną. Ciesz się życiem i bądź szczęśliwa, a ja z góry będę chronić Ciebie, Adama i Wasze dzieci. Żyj Kwiatuszku mój kochany, a pamięć o tym co nas łączyło niech dodaje Ci skrzydeł. Jestem z Ciebie dumna i bardzo Cię kocham.
Mama”


~ * ~

           Adam coraz bardziej żałował, że dał się namówić na tę choinkę. Wprawdzie od tragicznej śmierci teściowej minęły już trzy lata, ale jego żona ciągle nie mogła uporać się ze stratą. Z początku wszyscy próbowali jej pomóc, ale ona atakowała każdego śmiałka. W końcu na placu boju został tylko on. Postanowił cierpliwie czekać aż czas zrobi swoje. Ostatnio miał wrażenie, że żona powoli wychodzi ze swojej skorupy. A teraz jednym nieprzemyślanym gestem mógł wszystko zepsuć.
           Malwina od dłuższego czasu nie odbierała telefonu. Zdyszany wpadł do mieszkania i to co zobaczył utwierdziło go w przekonaniu, że jego obawy były słuszne. Dziewczyna, zwinięta w kłębek leżała na podłodze i szlochała rozpaczliwie. Adam zupełnie nie wiedział co zrobić, więc po prostu wziął ją w ramiona, kołysał jak małe dziecko, cicho szepcząc:
-Cii … już dobrze … zaraz wyniosę to zielone paskudztwo i wszystko będzie po staremu.
-Nie … nie wynoś – zaprotestowała Malwina połykając łzy – to nie przez choinkę.
            Podała mu list. Czytał powoli, a przez jego głowę przelatywało tysiące myśli. Słowa z zaświatów poruszyły go do głębi. Przytulił swoją żonę z całej siły. Trwali w uścisku dopóki ich wspólne łzy nie obeschły. Słowa nie były potrzebne.
-Adam … myślisz, że jeszcze nie jest za późno? – Malwina pierwsza przerwała milczenie.
-Za późno na co, kochanie?
-Na święta. Takie prawdziwe. Jak kiedyś.
-Dla ciebie znajdę karpia choćbym miał go złowić własnymi rękami – roześmiał się Adam – resztę też się skombinuje – dodał, z miłością patrząc w radosne oczy swojej żony.
-A ja upiekę makowiec dla mamy. Dla twojej mamy, Adam – powiedziała Malwina i uśmiechnęła się tak od serca pierwszy raz od trzech lat.

~ * ~

Skrzydlaty Anioł z czułością patrzył na tulącą się do siebie parę.

-Moja córka jest bezpieczna – pomyślał i nieziemska radość wypełniła jego serce. Jeszcze raz spojrzał na Malwinę i Adama, rozpostarł skrzydła i wzniósł się ku niebu niosąc Najwyższemu dobrą nowinę.

DZIEWCZYNKA Z BIAŁEGO PARAPETU

Dozorca podniósł oczy do góry i zdębiał. Jego oczom ukazała się dwunastoletnia Marlena, siedząca na parapecie kuchennym swego mieszkania.
Nie byłoby nic dziwnego w tym widoku, gdyby nie fakt,
iż była ona na wysokości drugiego piętra w bloku.
Siedziała tak ubrana w granatową spódniczkę i białą bluzkę.
Białe podkolanówki kończyły się na czarnych lakierkach, których noski stykały się ze sobą, niczym całująca się para. Nie chciał jej przestraszyć, bał się, że spadnie.
Widział, jak uśmiechnięta goni wzrokiem fruwające gołębie.
Jej czarne, pokręcone włosy mierzwił wiatr.
- Marlenka, dziecko zejdź spokojnie z tego parapetu.
Mamusia pewnie zaraz przyjdzie- skierował do niej swoje błaganie.

„Właśnie strzeliła ostrego pawia w kiblu i poszła spać po tygodniowej wędrówce” – pomyślała, a na głos odpowiedziała:
- Niech się pan nie denerwuje patrzę tylko na gołębie,
a mama śpi po pracy. Już schodzę-
To mówiąc zeszła z parapetu i wsunęła się z powrotem do kuchni.
Królowa powróciła.
Zrobiła obiad, po czym poległa na polu chwały.
Piła tak od lat, ale po śmierci swojego męża miała wszystko w głębokim poważaniu.
Od roku zapominała całkowicie o swoich córkach. Wychodziła z domu do pracy i ………………………………
Długo z niej nie wracała.
Przez dwa tygodnie Marlena i szesnastoletnia Karolina dorabiały wodą zupę.
Rozbijały jajka na jajecznicę i śmigały do szkoły. Zainteresowanie ich życiem nie wykraczało po za granice ścian tego mieszkania.
Nikt z sąsiadów nie zdawał sobie sprawy, jak Renata żyje
Właściwie jej życiowa pasja nie interesowała ich wcale.
Miłość do picia i nocnego życia, jedynie te dwa elementy napędzały jej nudne dni.
Kac wyciągnął ją z łóżka i zmusił do działania.
Spojrzała w głąb lodówki.
- Matko, jak pustka - pomyślał.
- Nie siedź tak długo w niej bo ci jeszcze echo odpowie- Marlena nie mogła już dłużej patrzyć na wiecznie zdziwioną matkę.
- To jest najlepszy czas na jej umycie.- odpowiedziała.
- No tak, umyj póki jest pusta.-
Zastanawiała się, ile to jej nie było w domu?
- Marlena, zrobimy listę zakupów. Przyjdź córka.-
- Już ci lepiej?-
- Znacznie, dobili mnie tymi lodami na śniadanie-
- Z kim ty znowu piłaś?-
- Długo mnie nie było?-
- Ponad dwa tygodni.
- Dlaczego nam to robisz?
- Karolina gdzie poszła?
- Uczy się z swoim Robertem-
-Ciągle jest z nim?-
- Przynajmniej ona ma kogoś, bo ja już nawet na tobie nie mogę polegać-
- Co tam w szkole?-
- Jutro mam zawody-
- A oceny?-
- Proszę przestań, przecież nie interesuje cię to. Kiedy wrócisz na dobre do domu?-
- Jestem-
- Do kiedy?
……………….

Tego pytania nie musiała zadawać. Matka dawno zapomniała o celu swej życiowej podróży. Kiedyś priorytetem była rodzina, od dawna nie pamiętała
dla kogo żyje i nawet jej to pasowało. Myślenie włączało zielone światło dla empatii. Ta z kolei budziła wyrzuty sumienia.
One napierały na jej duszę, ta obolała prosiła o litość!
Czasami Marlena zastanawiała się czy to nie wszystko wina ojca.
Zgadzał się przecież na jej wybryki. Nigdy nie walnął pięściom w stół i nie krzyknął:
- Dość! -
Choroba zrobiła z niego pasywnego mężczyznę. Zgadzał się na wszystko, byleby Renatki nie denerwować. Rak płuc wyniszczył go strasznie.
Póki żył był każdego dnia przy swoich ukochanych córeczkach.
Trwał przy nich nieustannie szykując im posiłki, sprzątając w domu i kochając te dwie damy. Wieczorami szukał matki. Czasami wracali razem. Częściej przychodził sam. Przygnębiony, bez resztek wiary w jej miłość, ale zawsze czekający.
Po paru dniach dama wracała. Dziewczyny czuły się z nim naprawdę bezpieczne. Później na długo zapomniały o tym uczuciu.
Przyszedł jego czas, umarł. Z nim odeszła ona.
Było jej stopniowo mniej w ich życiu……………………….
Na dłużej pozwoliła sobie żyć na trzeźwo, gdy dowiedziała się o decyzji Karoliny.
Jej dziewiętnastoletnia córka postanowiła wyjść za mąż.
Robert miał bogatych rodziców. Renata wstydziła się siebie samej przed lustrem.
Nie chciała upokarzać swojej starszej córki. Przeszła długą drogę trzeźwości, ale nie przeżyłaby, gdyby sobie tego nie odbiła. Po wyprowadzce Karoliny opuściła gniazdo, nie bacząc, iż jest potrzebna młodszej córce.
Nie było jej bardzo długo.
Marlena pozostała z samotnością i pustą lodówką.
Częściej niż zwykle spotykała się ze swoim nowych chłopakiem.
Wypełniał jej pusty pokój samym sobą.
Już nie było jej tak źle.
Jej dom stał się ich domem. Pokochali swoją cielesność.
Było im ze sobą naprawdę dobrze.
Marlena wiedziała, że nie będą ze sobą na zawsze.
Tak bardzo bała się samotności.
Matka znikała nadal.
Powracała i długo rzygała.
Spała………………………………………….
Sen przynosił ukojenie. Regenerował jej chore komórki.
Wracała pamięć.
Przecież jest matką.
Trzeba zrobić zakupy.
Tak przecież jest królową kuchni.
Ojciec dziewczynek tak ją nazywał.
I wszystko powracało. Gotowanie łzy i dom. Tego potrzebowała.
Wspólnie z Marleną odwiedzały lumpeksy, w których stroiły się za ostatnie pieniądze. Po wszystkim razem zasiadały do stołu. Opowiadały sobie, co je dosięgło w tych dniach rozłąki. Tak było do momentu kolejnego spotkania kolegi z podstawówki. Renata znikała bez ostrzeżenia.
Komu ma się tłumaczyć, piętnastolatce?

Wtedy do Marleny powracała samotność.
Była już prawdziwym udręczeniem.
Uczyła się dość dobrze, więc bez trudu dostała się technikum.
Jej miłość poszła do liceum. Zapomnieli o sobie.
Powinna się cieszyć luzem, nieograniczonym czasem na balangi.
Nie potrafiła.
Ojciec umarł dawno temu, a matka umierała na jej oczach.
Żadna z nich, tak naprawdę nie była pewna jutra.
Dzisiaj polegało na zaopatrzeniu lodówki.  Na radości z powrotu matki.
To był czas matki i córki. W tych chwilach Marlena opowiadała matce o nowej szkole.
Jeszcze wtedy potrzebowała jej jak kwiat wody…………………………
Jutro przynosiło zapomnienie o dzisiaj.
Przerwy w piciu były, co raz krótsze.
Marlena dorastała. Spędzała więcej czasu z przyjaciółmi.
Teraz pragnęła zapomnieć o istnieniu matki.
 Była jej nawet na rękę jej ciągła nieobecność.
Przecież miała szkołę, imprezy i nowe przyjaźnie.
Szybko zorientowała się, że budzi zainteresowanie wśród chłopców.
Zakręciła starszym od siebie o sześć lat Maciejem, który zabierał ją wraz ze swoimi znajomymi na liczne imprezy. Wracała nad ranem, a jej koleżanki zazdrościły jej nocnego życia. To był czas nieuzasadnionej dumy z własnej płciowości.
Nie trwało to długo. Maciej wyjechał za granicę, aby zarobić na wymarzony samochód. To nie był powód, aby Marlena zaczęła unikać towarzystwa.
Darek podziwiał ją od dłuższego czasu. Szczupła siedemnastolatka dawno temu przypadła mu do gustu. Potrafiła wykorzystywać walory swego ciała.
Spędzali ze sobą mnóstwo czasu.
Przesypiali poranki i żegnali się późnym popołudniem.
Na krótko przed przyjazdem Macieja, zorientowała się, że jest w ciąży.
Nie wiedziała, co ma z tym faktem począć?
Matka nie trzeźwiała od miesięcy. Znajomi widzieli ją na innym osiedlu,
kupowała lody – leczyła, więc kaca. W tym czasie pomagał jej Darek.
Właściwie u niej zamieszkał.
- Marlena, zabierz te torby – usłyszał głos, o którym dawno zapomniała.
- Mamuchna skończyła pijane tango? – Zapytała skacowaną damę.
- Obudzę, się to pogadamy- po tych słowach zniknęła w swej „ norze”, jak nazywała pokój matki Marlena. Kobieta wciskała się w niesprzątaną od miesięcy pościel.
Sen przynosił odprężenie. „Wreszcie w domu, Boże dzięki, że mnie ocaliłeś” – pomyślała i zasnęła. Obudziła ją dochodząca rozmowa z sąsiedniego pokoju.
Długo myślała, że to zły sen.  Docierał do niej męski podniesiony głos:.
- To może nie moje. Co Ty w ogóle sugerujesz?
- Spadaj grzmocie, nie mam zamiaru w nic cię wrabiać.
- Co się tutaj dzieje ?- mama wygrzebała się ze swojego legowiska.
Darek wycofał się do drzwi wyjściowych. Nie znał Renaty. Widział ją po raz pierwszy.
- Kto pozwolił Ci się wtrącać w moje sprawy?- wrzeszczał na nią Marlena.
- Chyba matka nie musi mieć na to pozwolenia?-
-Matka powiadasz?-
- No raczej córuchna-
- Kto Ci nadał taki tytuł naukowy kobieto?
  Z choinki się urwałaś, czy z kapusty właśnie wyszłaś?
  Na taki tytuł trzeba sobie zasłużyć. Ty swoje macierzyństwo chyba przepiłaś?
-Przestań zawsze jestem przy tobie!-
- Zawsze to chlasz, leczysz kaca i śpisz. Nic ponad to!-
Marlena nie miała zamiaru wciągać matki w swoje problemy.
Nie myliła się, co do jednego – matka przyszła na chwilę.
Trudno jej było pogodzić się z całym tym rozgardiaszem, więc piła dalej.
Darek potrzebował czasu. Kochał swoją dziewczynę.
Nie spodziewał się, że tak szybko zostanie tatą.
Szok minął wkrótce pojawiła się radość.
Decyzję o ślubie cywilnym podjęli razem. Renata na jakiś czas zapomniała o swoim dotychczasowym życiu. Ciąża Marleny przypomniała jej o byciu matką.
Gotowała młodym posiłki. Szykowała Darkowi kanapki do pracy.
Sielanka nie mogła trwać długo. Drzwi znowu się uchyliły, a za nimi czekała na Renatę rozrywka. Otworzyła je szerzej i tak po prostu zniknęła na jakiś czas.
Wróciła na krótko przed ślubem cywilnym Marleny. Nie chciała, aby córka musiała wstydzić się za matkę. Przecież ją kochała.
Po ślubie na długo przypomniała sobie o człowieczeństwie i swoim bycie.
Narodziny Mileny zmieniły wiele. Taka mała istota przewróciła ich życie do góry nogami. Pijąca dotychczas na umór Renata przestała.
Opiekowała się wnuczką niczym własna córką. Chwile szczęścia zatrzymały ją w tym życiu. Czasy zakupów powróciły. To był przystanek dla Renaty.
Ten peron nazywał się „ Życie”. Stała tak na nim do momentu, aż na widnokręgu nie pojawił się pociąg. Wsiadała do niego i znowu odjechała na długo.
Właściwie zapominała o trzeźwości. Wychodziła, piła, przychodziła, wkraczała do swojej nory, spała i znowu wychodziła
- Ten Twój to pewnie Cię zdradza? – bełkotała Marlenie, wieszającej firany.
- Tak z całą pewnością –
- Pewnie siedzi u jakiej dziwki?-
- Gdzieżby indziej – nie przerywając pracy, odpowiadała Marlena.
Przyzwyczaiła się do jej zachowań. Wiedziała, że zaraz wyjdzie pić.
Darek, cóż był w pracy, więc nie miała powodów do zmartwień.
Renata nie miała pojęcia na jaką zmianę chodzi obecnie jej zięć.
Picie wypaliły w niej piętno.
Wyróżniała się brakiem obycia. Nigdy nie wiedziała jaka jest pora i czas.
Stała się wściekłym starym psem, który jeszcze próbuje ugryźć,
ale z powodu braku zębów, pozostaje jej warczeć.
Widząc, że nic tu nie wskóra, wyszła do sklepu, zostawiając córkę z jej myślami.
Darek wracał późnym wieczorem. Rodzina była dla niego wszystkim .
Od jakiegoś czasu zachowywali się, tak jakby Renaty nie było w ich życiu.
Całusami rozpieszczał swoją maleńką księżniczkę, która wcale nie miała zamiaru spać. Szykowali się do snu. Zbliżała się północ.
Pragnęli jeszcze pobaraszkować w pościelonym królestwie.
Ten harmonijny obrazek burzy nieoczekiwanie wpadająca, niczym czarownica na miotle Renata, wykrzykując obelżywe słowa pod adresem ukochanego zięcia:.
- Ty pijaku wynoś się od mojej córki!- wrzeszczy nie bacząc na leżącą w ich łóżku wnuczkę, dziecka, które tak kochała.
Obydwoje widząc jej stan tłumili w sobie ogień złości.
Renata przepiła narodziny ich drugiej córki Małgosi. Właściwie potykała się o ich buty i nie widziała, iż z każdym rokiem są większe. Nie zauważała rosnących dziewczynek i jej matki. Nie widziała już nic. Otwierała oczy i zastanawiała się, za co może się napić. Zamykała je nie myśląc wcale.
Już nie miała wyboru – musiała pić. Jej wolna wola, stała się parobkiem alkoholu. Najgorsze były Święta. To był czas, kiedy nie widywali jej wcale.
Nawet nie wiedzieli gdzie przepada na całe dnie.
Wracała wieczorem do mieszkania wypełnionego aromatem Wigilii.
Marlena uwielbiała ten czas. Królowała w kuchni między garnkiem, a piekarnikiem. Wraz z teściową i bratową przygotowywały postne dania.
Maria- mama Darka, gościła u siebie wszystkie dzieci.
Tam zasiadali przy wspólnym stole.
Milena tego roku nie mogła znaleźć sobie miejsca w domu.
Sprawiała wrażenie przygnębionej. Z dużo większą częstotliwością niż zwykle zapytywała o dzieciństwo matki. Interesowały ją najdrobniejsze szczegóły.
Pytania dotyczyły nie tyle samego stołu i potraw, co wyglądu babci i dziadka.
Marlena pamiętała Wigilię z dzieciństwa, ale po śmierci ojca, zapomniała o całej tej otoczce. Renata każdego roku była tak pijana, że trudno było znaleźć z nią kontakt.
Dla Mileny była zawsze ukochaną babcią.
Nie widziała w niej pijaczki.
- Dlaczego my nie spędzamy z nią Świąt?-
Marlena nigdy nie dramatyzowała z tego powodu.
Po śmierci ojca Wigilia straciła rację bytu w jej domu.
Nie widziała w tym problemu.
W Święta, owszem przychodziła siostra matki z prezentami ………………
- Nie zostawię jej samej. Przecież to straszne, wszyscy składają sobie życzenia, dziadek śpiewa kolędy, a jej z nami nie ma. Śpi w tej swojej norze sama.
- Milenko, ona wybrała takie życie – po raz pierwszy od lat wzruszyła ją ta sytuacja. Wyszła z kuchni, aby przemyć twarz. Żyła w jej pijanym świecie od lat i nie zauważała tragedii, która niczym czarna, żałobna wstęga przewiązywała ich familijny obrazek. Milena z babcią wychodziła na zakupy, opowiadała jej o szkole.
Małgosia, młodsza córka nie przepadała za Renatą.
Była dla niej „babą”, a nie babcią.
Częściej towarzyszył jej strach, przed niezapowiedzianymi awanturami,
niż miłość do starszej pani.
Tamtego roku Milena się uparła i postanowiła zostać z babcią.
- Nikt nie może zostać sam w ten wieczór. Najwyżej po mnie przyjedziecie, gdy dzieciaki rozpakują prezenty – poinformowała rodziców o swojej decyzji.
Dzieciaki, to według Mileny:
siedmioletnia siostra Małgosia i jej dwójka młodocianych kuzynów,
dziesięcioletni Dominik i siedmioletni Patryk.
Marlena nie chciała na siłę zmieniać planów córki.
Jej wrażliwość przerosła wszelkie oczekiwania. Wtedy to dopiero zdała sobie sprawę, że postrzegała w matce jedynie pijaczkę, która czasami
w chwilach trzeźwości przypominała człowieka. Wspólnie z córką nakryły w „norze” stół.
W sprzątniętym rogu ubrały choinkę.
Renata zniknęła na dość długo. Zawsze tak robiła.
Marlena bała się rozczarowania córki. Widziała, jak bardzo jej zależało na spędzeniu tego dnia z babcią. Byli już gotowi do wyjścia. Spotkali się w drzwiach.
Wyglądała źle. Do mieszkania nie weszła. Wtoczyła się niczym kula śniegowa.
W pokoju zastała, oczekującą na nią, galowo ubraną wnuczkę z prezentem w dłoniach. Wtuliła się w jej bezwładne ciało.
- Wesołych Świąt babciu- wyszlochała,
Były to ostatnie już święta oczekiwania na trzeźwość Renaty.
Milena nie czekała na babcię już nigdy.
Były kolejne przebudzenia do trzeźwości, ale zdarzały się co raz rzadziej.
Nora zaczęła śmierdzieć. Renata nie panowała nad moczem.
Zapomniała już o miłości i o tym, że kiedyś była człowiekiem.
Wnuki rosły, a Marlena zaczęła niepokoić się o matkę.
Doszły do tego te jej koszmarne sny.
Stoi nad jej trumną i próbuje trafić grudką ziemi w jej trumnę.
Budzi się spocona – to przecież jej matka. Nasłuchuje oddechu.
Za ścianą słychać męski głos. Wpada do jej pokoju.
Znowu sprowadziła tego menela. Jak mogła?????
Za ścianą śpią dziewczynki a ona przychodzi z tym pijaczkiem do ich domu.
- Co ty babo wyrabiasz?
- Marlena opuść mój pokój!-
- Ja Ci opuszczę!-
- Już wychodzę, ale chciałbym się ubrać- szeptał przerażony mężczyzna.
-Daję wam pięć minut. Nie wyrobi się pan, będzie pobudka na Izbie Wytrzeźwień!
Rankiem Renata próbowała wyjść niezauważalnie z domu, gdy w drzwiach natknęła się na kuratora sądowego. Nie przewidywała niczego. Marlena wraz z siostrą od ponad roku kompletowały dokumenty w związku z przymusowym leczeniem matki.
Nie było to łatwe, ale zaczęły bać się o jej życie.
Krótko po świątecznym incydencie odwiedzali ją na oddziale psychiatrycznym.
Tak bardzo pragnęła mieć zdrową, normalną matkę.
Czy to tak wiele?
Te dwa miesiące były wybawieniem dla rodziny Marleny.
Przestali się o nią zamartwiać, nasłuchiwać pod drzwiami jej oddechów.
Do ich domu wreszcie mogli przyjść znajomi, nie obawiając się krzyków i awantur pijanej Renaty. W niedzielny poranek wyruszali do Gniezna, gdzie za starymi murami wypoczywała matka. Po miesięcznym pobycie wyglądała na zdrową kobietę.
Marlena nie łudziła się, ale Milena miała nadzieję. Teraz chodziło już o jej życie.
Jej powrót był nadzieją dla wszystkich.
Weszła w drzwi i ………… wszyscy już wiedzieli, że nic się nie zmieni.
Właściwie na początku była rozgadana, jak nigdy.
Z biegiem czasu było jej, co raz mniej. Znikała na dłuższy czas.
W końcu wyszła z domu i wróciła …………… w trumnie.
Impreza przedłużyła się o parę dni i właśnie ona ją zabiła.
Żyła tak, jak chciała i umarła za życia.
Marlena długo nie mogła przyzwyczaić się do ciszy w drugim pokoju.
Właściwe całe życie było bez niej, ale czasami się pojawiała.
Była jej matką.
Dawno zapomniała o celu swego życia, ale była przecież matką…………………
KOWALSTWO TO TAKIE TRUDNE RZEMIOSŁO,
A PRZECIEŻ KAŻDY JEST KOWALEM SWEGO LOSU…………….

"ANIOŁ"

Zimny powiew omijał go szerokim łukiem, bo jak zimno może uderzyć w Anioła? Jednak mimo to czuł chłód. Przystanął pod witryną sklepu, popatrzył w zamyśleniu na parę młodych ludzi kupujących prezenty... Tacy są szczęśliwi... Jak ja..jak my kiedyś... Anioł otrząsnął się ze wspomnień, ruszył w nieznanym nawet sobie kierunku. Jego włóczęga trwała godzinę, może dwie... Anioły czasu nie liczą, mają go pod dostatkiem. W oddali zobaczył schody. Dobrze znane mu schody.. Pamięta jak wtedy z nich zbiegał i wpadł prosto pod koła autobusu. Autobusu którego nie powinno tam być... Wola Boża - powiadają starsi Aniołowie.  Pamięta pisk opon, huk... Potem długo nie było nic... Rok mija właśnie dziś, kiedyś był Tomkiem, dziś jest Aniołem...

                    Obudził go jakiś facet. Przedstawił się jako Piotr.. Prowadził chodnikiem w stronę jakiegoś domostwa. Pamięta, że wtedy powinien czuć ból, powinien być połamany, jednak jakieś cuda się zdarzyły i podczas wypadku nic mu się nie stało.... Próbował pytać, co się stało, chciał zadzwonić do ukochanej..  Piotr nie dał mu dojść do słowa. Weszli do wielkiego domu. Mężczyzna kazał mu usiąść, nalał mu setkę wódki... Wypił od razu.. Potem dostał drugą, tak dla znieczulenia. Piotr mu tłumaczył.... Zginął na miejscu, nie miał żadnych szans... Tomek chwycił butelkę, napił się prosto z niej... Jeszcze nigdy wódka nie była tak gorzka.... Piotr wyjaśniał mu, że każdy anioł dostaje podopiecznego....
- To gdzie do cholery był mój?? - wtrącił pełen goryczy
-  Wola Boża, z nią się nie dyskutuje... - Piotr przeszedł do tłumaczenia... Przejdziesz szkolenie,  poczytasz trochę, a jak nadejdzie czas to dostaniesz jakiegoś człowieka i się nim zajmiesz, wtedy dostaniesz skrzydła. Aaaa i najważniejsze: my Aniołowie na Ziemię nie schodzimy bez powołania do ochrony...


                     ...24.12... To miała być ich Wigilia. Ta na której chciał się oświadczyć. Powiedzieć jej tyle słów, których nie zdążył, bo pędził jak szczur po kanałach korporacyjnego życia.... Nie miał czasu z nią porozmawiać. Teraz to widzi. Wracał z pracy, padał na łóżko i zasypiał w kilka sekund. Cierpiała, pragnęła z całego serca jego uwagi. Teraz to wie, wtedy był pewien, że przesadza. Przecież pracował dla niej. Chciał jej dać to czego nigdy nie miała. Dom i poczucie stabilności finansowej. Ona - wychowanka domu dziecka nie miała nic, to chciał jej nieba uchylić... A uchylił tylko sobie... Została sama. Nie miała nikogo poza nim.

                 Długo prosił Boga...  Dostał w końcu jeden dzień. Jeden, jedyny dzień. Mógł zejść na Ziemię i raz jeszcze popatrzeć na nią, spędzić razem te Święta. Razem ale jednak osobno. Chciał bardzo poczuć zapach jej włosów... Popatrzeć w jej oczy.... Nie wiedział dlaczego został Aniołem. Nie wierzył w sens swojego anielskiego powołania. Za dużo goryczy w nim było... Najsmutniejszy Anioł ze wszystkich.

                       Hania siedziała przy stole sama. Przygotowała wieczerzę Wigilijną. Dziś mija rok... Rok od tamtego strasznego dnia. Nic nie było już takie, jak przed wypadkiem. Jej życie podzieliło się na przed i po... Prosiła żeby zwolnił, żeby był... Po prostu był.
Popatrzyła w stronę sypialni. Cisza... Łzy popłynęły jej po twarzy...
 - Boże, dlaczego nam to zrobiłeś?? - wyszeptała... Usłyszała płacz swojej małej córeczki. Otarła łzy. Maleńka nie powinna ich widzieć.

                    Anioł Tomasz wszedł do ich mieszkania. Poczuł zapach choinki. Starsi Aniołowie mówią, że dziś jest dzień cudów.... Stół, przygotowany do kolacji. Chciał krzyczeć, że wrócił, że kocha, że tęsknił... Że nigdy jej nie opuści... Jednak jego krtań ściśnięta była rozpaczą. Poczuł dotyk na ramieniu. Odwrócił się. Stał za nim Anioł Piotr.

- Widzisz Tomaszu... Bóg ma plan... Dlatego pozwolił Ci zejść na Ziemię.... Zaraz zobaczysz Hanię i.... i dostaniesz skrzydła....

- Mam się opiekować Hanią??

- Nie... jest ktoś, kogo nie znasz. Ktoś kto będzie potrzebować Twojej pomocy. Kogo będziesz musiał prowadzić za rękę...

     Anioł Tomasz wszedł do sypialni. Hania siedziała na fotelu i tuliła do siebie małą córeczkę. Nuciła jej "Cichą noc"... Mała spała...

- Dlaczego nikt mi nie powiedział, że mam córkę?? - w sercu Anioła Tomka pojawiły się setki nieznanych mu uczuć.
- Wola Pana... nie byłeś gotowy... Od dziś Tomaszu, zostaniesz na Ziemi, będziesz się opiekował małą Janką, czuwaj nad nią, jak nad największym skarbem....

- wiem Tomku, że mnie słyszysz... Bardzo tęsknię... Tak bardzo tęsknię... Opiekuj się nami... proszę.....

                   Anioł Tomek patrzył na swą małą córeczkę. Nagle poczuł się silny. Uwierzył, że wszytko ma sens..........  Jego serce przepełniała wiara. Wiara najczystsza, bo wypełniona miłością do Hani i swojej małej córeńki. Janka.......


                                                                         ......... i stał się cud .....

Wspomnień nie zabierze mi nikt…

To wymysł mojej wybujałej wyobraźni, ale jedno jest w tym opowiadaniu autentyczne: „Nigdy nie zapomniałam dołeczków w jego policzkach, jakie mu się robiły, gdy się uśmiechał.” Pamięci Jarka L.


Nigdy nie lubiłam świąt, ponieważ zawsze wiązało się to dla mnie z całą masą obowiązków. Musiałam pomagać rodzicom we wszystkim: najpierw zakupy, później krojenie warzyw na sałatkę, mieszanie galaretek do ciasta, kręcenie maku w maszynce, trzepanie dywanów, mycie okien, od rana do nocy mnóstwo pracy. A byłam przecież młoda, mogłabym w tym czasie siedzieć jak inne dzieci przed blokiem i bawić się beztrosko, wisieć na trzepaku, zaśmiewać się do łez, miło spędzać czas rozmawiając o tym i o owym lub zaśmiewając się do łez.
W moim domu było zawsze tak nudo. Rodzice nigdy nie podnosili głosu. Mama nie pracowała, była taka cicha, spokojna, poukładana, na wszystko się zgadzała bez mrugnięcia okiem, co tylko tata wymyślił, aprobowała. Pozwalała mu na wszystko, a on to z premedytacją wykorzystywał. Przynajmniej tak to wtedy widziałam. Ja za to czułam się jak w pułapce, nie mogłam  biegać do koleżanek kiedy chciałam, na dyskoteki, do kina, w domu spędzałam jak dla mnie zbyt wiele czasu, czułam się, jakby on mnie parzył, uwierał, buntowałam się przeciw temu. Tak było tam perfekcyjnie, jak w muzeum, idealnie, czysto, schludnie, przewidywalnie. Zawsze pachniało ciastem w sobotę, obiad był punktualnie podany i ciepła kolacja, codziennie inna, smaczna, przepyszna. Zazdrościłam Kaśce tego, że nikt nie sprawdza jej lekcji, nie wypytuje, nie przesłuchuje, mama nie interesowała się nią wcale, nie pouczała, nie stawiała warunków, nigdy jej zresztą nie było w domu, dziewczyna miała wolną rękę. Mama Kasi wychowywała moją przyjaciółkę samotnie, jednocześnie kończyła studia, pracowała, gdzie się dało, brała każde zlecenie, była podobnie jak Irena Kwiatkowska kobietą, która pracy się nie bała. Nigdy, aż do samego końca. Dzisiaj wiem, jak trudno samotnie wychowywać dziecko, ile to kosztuje wysiłku i jak przykro jest nie mieć z kim dzielić trosk, zmartwień, sypialni.

Wynosząc wieczorem śmieci przyglądałam się gwiazdom na bezchmurnym, zimowym niebie. Bałam się ciemności, a jeszcze miałam przecież przynieść grzybki w occie z piwnicy. Zawsze obawiałam się, czy w zaułkach tego ponurego pomieszczenia nie czyhają na mnie myszy. Często żarówka na korytarzu się przepalała i szłam z lampką z rozedrganej dłoni, wyobrażając sobie najgorsze z możliwych scenariuszy. Czasami nie dało się normalnie przejść, potrzebne były kalosze, ponieważ woda zalewała przejście. Na szczęście do środka piwnic się nie dostawała, wszystkie miały bowiem wysokie progi, jakby ktoś specjalnie tak zaprojektował budynek, bo wiedział, co może się zdarzyć. Brnęło się do przodu wśród zanieczyszczeń, nieprzyjemnych zapachów do swojej piwnicy lub odpuszczało się tę wyprawę, machało na to ręką, decydując się przyjść wtedy, gdy woda opadnie. Zależało to wszystko od tego, czy mocno czegoś stamtąd potrzebowaliśmy.

Zawsze chciałam mieć rodzeństwo. Często zastanawiałam się nad tym, jak wyglądałaby moja młodsza siostra albo starszy brat, w zależności od nastroju, od momentu, w którym się znajdowałam. Czasem było mi smutno i wtedy tuliłam na niby wyimaginowaną bratnią duszę, gdy musiałam po ciemku iść wyrzucić śmieci, szedł ze mną odważny, wysoki chłopak, z którym łączyły mnie wymyślone więzy krwi. Tęskniłam za kimś, kto by mnie rozumiał i kochał bezwarunkowo, bez stawiania wymogów, warunków, jak moi rodzice.

Gdy byłam nastolatką zginął tragicznie mój kolega z klasy jeszcze ze szkoły podstawowej. Zawsze trzymaliśmy się wszyscy razem, cała grupa była ze sobą bardzo zżyta, nigdy żadne z nas nie kablowało na drugiego, nie donosiło, nie skarżyło. Przeżyliśmy bardzo to traumatyczne doświadczenie chyba wszyscy, ale ja i Kaśka szczególnie mocno. Miałam dziwne myśli dotyczące śmierci, zaczęłam zastanawiać się nad tym, po co to wszystko, długo nie mogłam dojść do siebie, nie widziałam w niczym sensu. Z kolei moja przyjaciółka była jego dziewczyną. Mieli po siedemnaście lat, znali się całe życie, mieszkaliśmy przecież wszyscy w jednym bloku, tuż obok siebie, niemalże wszystko o sobie wiedząc. Mama Dominika pracowała w przedszkolu, tata zaś w lesie. Byli ludźmi prostymi, nie mieli wysokich aspiracji czy ambicji, chcieli tylko dobrze wychować jedynego syna na dobrego i uczciwego człowieka. Niestety życie tego nastolatka skończyło się przedwcześnie. Nie wstawałam wtedy w ogóle z łóżka, przez blisko trzy tygodnie nie chodziłam do szkoły. Denerwowała mnie troska mamy, nie chciałam i nie umiałam rozmawiać o tym, co czułam i przez co przechodziłam. Był to jeden z najtrudniejszych momentów w moim życiu. Nigdy nie zapomniałam dołeczków w jego policzkach, jakie mu się robiły, gdy się uśmiechał. Był naprawdę miłym, sympatycznym i wesołym kolegą, z pięknymi marzeniami, gotów je realizować choćby zaraz, już, teraz, natychmiast. Szybko się do czegoś zapalał, ale trwał w swoim postanowieniu i nie odpuszczał jak inni w naszym wieku. Nie poszedł, jak ja i Kaśka do ogólniaka, wybrał technikum samochodowe, chciał mieć kiedyś własny warsztat, pomagać rodzicom i poślubić ukochaną. Nigdy nie pogodziłam się z  tym, że nie było mu to dane. Dzisiaj, gdy jestem na cmentarzu, palę znicz ku pamięci Dominika za każdym razem do oczu cisną mi się łzy. To już tyle lat, a ja nadal pamiętam. Śmieję się na wspomnienie tego, jak cudowne to były czasy, jak banalne były nasze problemy, gdy zastanawiałam się, czy ktokolwiek poprosi mnie do tańca na szkolnej zabawie karnawałowej, czy raczej będę podpierać ścianę? Mam piękne wspomnienia, których nikt nigdy mi nie zabierze.

Z Kasią niestety nie mogłam się porozumieć, tkwiła pomiędzy nami ta tragedia, nie umiałyśmy o tym rozmawiać, nasze relacje rozluźniły się. Ona przykładna uczennica, chodziła do szkoły i uczyła się, ja chociaż wyszłam  z marazmu, nigdy do końca nie otrząsnęłam się z tamtego dramatu. Jakbym tuż za sobą słyszała chichot śmierci, czuła, że jest blisko, zbyt blisko. Nie byłam już wesołą nastolatką, która może wszystko, której marzenia się mogą spełnić, bo dlaczego by nie? Chodziłam na wagary, opuściłam się w nauce, nie zależało mi na niczym…
Może przez to trudne doświadczenie tak łatwo i szybko zaufałam Patrykowi? Nie wiem… Ciężko mi to było zrozumieć, ponieważ nigdy wcześniej nie zależało mi na żadnym chłopcu jakoś szczególnie. To ja zrywałam wszelkie znajomości, gdy tylko zaczynały mnie uwierać, kiedy coś zaczynało mi przeszkadzać, nudzić mnie. Tym razem wpadłam po same uszy, zakochałam się, szczenięcą i naiwną, pierwszą prawdziwą miłością. Boże, jaka ja byłam szczęśliwa! Jak nigdy wcześniej, mogłabym góry przenosić! Nie liczyło się nic i nikt inny! Odliczałam godziny do naszego kolejnego spotkania, nie mogłam doczekać się, by znowu być blisko niego! Dla mnie miał najpiękniejszą twarz, najmilszy uśmiech i naprawdę mnie kochał! Czy to było możliwe, by właśnie na mnie komuś zależało? Miałam osiemnaście lat, żadnych poważnych doświadczeń związanych z płcią przeciwną, a on był niewiele ode mnie starszy. Dzisiaj myślę, że po prostu nie byliśmy jeszcze gotowi na to, co na nas spadło, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, jak wiele dla siebie znaczymy, jak ważni dla siebie nawzajem jesteśmy, dzieci z nas były po prostu. Zupełnie nie liczyliśmy się ze zdaniem innych, robiliśmy tylko to, na co mieliśmy w danej chwili ochotę, nie myśląc o konsekwencjach, o tym, czy komuś zrobimy krzywdę naszym postępowaniem. Byliśmy naiwni, beztroscy, ale gdy patrzę na to wszystko teraz, z perspektywy czasu, wiem, że nie zamieniłabym tamtych chwil na żadne inne. Nawet dzisiaj, kiedy wiem, jak wiele musiałam przejść i jak strasznie to wszystko skończyło się dla mnie. Bawiliśmy się wspaniale, moi rodzice próbowali oczywiście protestować, wymyślali kary, szukali sposobu, by dotrzeć do mnie, przecież zawaliłam szkołę, uciekałam z  domu, by być blisko niego, nie jadłam, schudłam i zmieniłam się. Wcześniej naprawdę dobrze się uczyłam, chciałam iść na studia, teraz istotne dla mnie było tylko to, by być blisko niego, trzymać go za rękę, wtedy świat wydawał mi się najpiękniejszy.


Szybko okazało się, że jestem w ciąży, był płacz, lament, a moja rozpacz nie miała końca. Nie miałam przyjaciół, z Kasią od dawna nie rozmawiałam, nie było nikogo, kto umiałby mi poradzić, pomóc. Powiedziałam Patrykowi o tym, co się stało, a on… zapalił się do tego, mówił, żebym się nie martwiła, że jakoś to będzie, że porozmawia z rodzicami, że zamieszkamy u niego. Pojechałam do jego rodzinnego domu, wtedy byłam tam po raz pierwszy. Oczywiście jego mama i tata wiedzieli, kim jestem i że znaczę dla niego tak wiele. To było cudowne uczucie, poznać jego rodziców, choć poza tym sytuacja była nie do pozazdroszczenia. Mama Patryka zachowała się wspaniale, powiedziała, że pomogą nam, że najważniejsza teraz jestem ja, moje zdrowie i nasza przyszłość, że trzeba to wszystko przemyśleć na spokojnie, porozmawiać z moimi rodzicami, razem coś ustalić. Zdawało się, że wszystko będzie dobrze. Co prawda Patryk miał w planach nagranie płyty, byli już z kolegami z zespołu umówieni z pewnymi ludźmi z wytwórni muzycznej, ale powiedział, że jakoś to będzie, żebym się nie martwiła. Śpiewał naprawdę bosko, miał wielki talent. Przechodziły mnie ciarki, gdy tylko słyszałam jego głos. Byłam taka szczęśliwa, odwiózł mnie wtedy do domu i …

I to był ostatni raz, gdy go widziałam. Patryk zginął na miejscu, w wypadku samochodowym, właśnie wtedy, kiedy wracał ode mnie. Kierowcy auta z naprzeciwka oczywiście nic się nie stało, choć to w jego krwi były promile, on nie poniósł moim zdaniem należytej kary, bo przeżył! Czy udało mi się dojść do siebie, po kolejnym traumatycznym przeżyciu? Minęło już tyle lat, a ja dalej nie pogodziłam się z tym, więc chyba nigdy mi się to nie uda. Oczywiście, czas leczy rany, powiedzmy. Czas po prostu łagodzi ból, zelżał on, to prawda, ale nigdy, przenigdy nie zapomnę. Wspomnień związanych z Patrykiem, moją pierwszą miłością nigdy nie zatrze czas. Nikt nie odbierze mi najpiękniejszych chwil mojego życia, gdy czułam się taka bezpieczna  w jego ramionach, kiedy mówił, że zawsze będziemy razem, opowiadał o naszych wspólnych planach, gdy śpiewał tylko dla mnie stworzone piosenki. On naprawdę mnie kochał, tak mocno, jak ja kochałam jego. Gdy trzymał mnie za rękę i patrzył w moje oczy nic nie miało znaczenia, czułam, że brak mi tchu, to on był moim powietrzem, bez niego nie byłoby mnie. A jednak byłam, może smutniejsza, szczuplejsza, lecz miałam dla kogo żyć, bo w środku mnie rozwijała się mała istotka, cząstka mnie i Patryka.
Jak kruche jest nasze życie,
gaśnie światełko,
tak nagle, niespodziewanie…
Nie zdążymy rozwinąć skrzydeł
do lotu
pofrunąć
i już nas nie ma…

Kocham Patrycję, naszą córeczkę, będę chronić ją zawsze, z całych sił, przed całym złem tego świata. I opowiadam jej o Patryku, jej tacie, pokazuję zdjęcia, chodzimy razem na cmentarz i modlimy się.
Moi rodzice oczywiście próbowali mi pomóc, ale nie pozwoliłam im na to. Wyjechałam do babci, to tam przepłakałam żal, rozgoryczenie, to właśnie ona, najstarsza w naszej rodzinie osoba, pomogła mi przez to wszystko przejść i jakoś poukładać sobie to w głowie. Nie potrafiłam żyć bez niego, bez mojego powietrza, ale w moim wnętrzu rozwijała się maleńka istotka, która niczemu nie była winna, którą należało chronić i o którą musiałam zadbać, dla której byłam najważniejszą przecież osobą. Gdyby nie Pati chyba nie dałabym rady.
Kiedy urodziła się Patrycja zrozumiałam, że rodzice nie zasłużyli sobie na to, co im zgotowałam. Szczególnie mama mocno przeżyła moją wyprowadzkę, oskarżenia, że to jej wina, bo jest taka doskonała, taka idealna! Wykrzyczałam jej wtedy wszystko, że tak nie wolno żyć, że trzeba się realizować, że nie można tylko siedzieć w domu, gotować obiadki i piec te zakichane ciasta! Dlaczego ojciec ma prawo jeździć na mecze siatkówki, że robi wszystko, na co ma ochotę, a ona jest taka… nudna!
-Będziesz miała dziecko to zrozumiesz. – odpowiedziała mi wtedy, nim wyszła do drugiego pokoju, w którym najprawdopodobniej wypłakała wszystkie łzy tej nocy.
Byłam niesprawiedliwa, wiem, teraz, gdy sama mam dziecko rozumiem, jak ważne jest ono dla mnie. Wróciłam do rodziców, a mama ze spokojem, jak zawsze opowiedziała mi swoją historię. Nie mogła zajść w ciążę, niby nie było żadnych medycznych przeciwwskazań ku temu, a jednak nie udawało jej się spełnić marzenia o posiadaniu potomstwa. Zaglądała do wózków koleżanek, płakała, wyobrażała sobie, jak karmi, przewija, kąpie swoją malutką kruszynkę. Kupowała ciuszki, prała i prasowała je, urządzili z tatą pokoik dla maluszka, a dziecka dalej nie było. Gdy całkiem straciła nadzieję okazało się, że jest w ciąży! Radość moich rodziców była ogromna. Mama zrobiła to wszystko dla mnie, chciała zapewnić mi szczęśliwy dom, pełen ciepła i miłości, jakiego sama nigdy nie miała.
- Martynko, przecież ja mam marzenia, dotyczą one ciebie i twojego dziecka. Spełniałam się w roli mamy, żony i kury domowej – mama uśmiecha się do mnie- nigdy nie pragnęłam niczego poza tym, co w tym złego? Teraz chcę spełniać się jako babcia, a ty, o ile będziesz chciała pomyślisz o przyszłości.
No właśnie, co w tym złego? Pytam, przełamując się z mamą opłatkiem, w ten wigilijny wieczór. I dzisiaj, jak kiedyś pomagałam krojąc warzywa na sałatkę, nawet Patrycja otrzymała małą deseczkę i plastikowy nożyk, tak bardzo chciała nam pomagać. Wraz z mamą i córką upiekłyśmy przepyszne ciasta, zrobiłyśmy pierogi z kapustą i grzybami, wszystko przygotowaliśmy wspólnie. Wśród nas, przy wigilijnym stole siedzą rodzice Patryka, a moja córeczka jak co roku nie może doczekać się prezentów. Po wieczerzy wspólnie wybierzemy się na cmentarz, by zapalić znicz, na grobie mojego szkolnego kolegi Dominika i na drugim, gdzie spoczywa moja wielka miłość, moje powietrze. Jak dobrze, że mam wspomnienia, nigdy o Tobie nie zapomnę, Patryku, nigdy…
Dzisiaj uwielbiam święta, ten czas oczekiwania, wspólne chwile w gronie rodzinnym, zapach potraw wigilijnych, krzątaninę, ubieranie choinki z moją córeczką. Dużo wcześniej myślę o prezentach, co komu sprawi radość, bo według mnie dawanie podarunków jest o wiele bardziej przyjemne, niż ich otrzymywanie. Razem z moją córką piszemy list do świętego Mikołaja, ona robi przepiękne, barwne rysunki, a ja dopisuję pozdrowienia.
Skończyłam studia, pracuję w szkole, jestem nauczycielem języka polskiego. Nie mogłam inaczej, po tym, jak cudowne wspomnienia mam związane ze swoją początkową edukacją.

 I jest jeszcze coś, gdy moja Patrycja zaczyna śpiewać kolędy w wigilijny wieczór, przechodzą mnie ciarki. Ma talent.

Opowiadanie prawie wigilijne
Była noc, 23 grudnia roku … Nieważne! Rok można sobie samemu dopisać 
i liczyć od tej daty kolejne lata, tylko po co? Nie to jest najważniejsze w tym opowiadaniu. Ale wróćmy do początków …
Troje ludzi siedziało przy stole zastawionym eleganckim kompletem stołowym i jadło w ciszy kolację.  To bohaterowie naszej opowieści, ale nie wszyscy. Pozostałych poznacie później. 
Troje ludzi jadło kolację, która – jak to było już widać na stole – miała się ku końcowi. Cisza   panująca wokół przerywana była jedynie dyskretnym brzękiem sztućców i lekkim szuraniem ubrań.  W tej ciszy było coś przeraźliwie smutnego, Jakby była to kolacja po pogrzebie. 
Ciszę przerwała jedna z osób siedzących przy stole. Był to 17 – letni chłopak. Zwyczajny nastolatek, ubrany we flanelową koszulę, niebieskie dżinsy i papcie. Czupryna czarnych włosów na głowie i nieco smutne oczy dopełniały obrazu tego chłopca. 
- Słuchajcie, a co z kolacją wigilijna jutro?
Mężczyzna i kobieta przy stole spojrzeli na siebie w niemej wymianie myśli, jakby zastanawiali się, komu przypadnie konieczność udzielenia odpowiedzi chłopakowi. Odezwała się kobieta.
- Wiesz … No … Jutro wjeżdżamy w góry z ojcem.
- CO?!!!! - chłopiec wykrzyknął to pytanie.
Znowu szybkie spojrzenie po sobie obu dorosłych osób i tym razem odezwał się mężczyzna. 
- Andrzeju! Jak ty się zachowujesz przy stole? To nie wypada i proszę tak więcej się nie zachowywać!
Chłopiec zamknął otwarte usta, zacisnął wargi i pochylił się głębiej nad talerzem żeby powoli kontynuować jedzenie zupy.  Nie odezwał się dłuższą chwilę, ale widać było, że coś go dręczy, więc przerwał ponownie ciszę.
- Kiedy wracacie?
- W nocy drugiego dnia świąt. - odpowiedziała kobieta.
Aby ukrócić domysły powiem, że była ona matką chłopca, a siedzący obok niej mężczyzna – jego ojcem. 
- To kolacji wigilijnej nie będzie kolejny rok … - jakby do siebie ciszej już powiedział chłopiec.
- A cóż ci tak na tym zależy? - odezwał się ojciec – Przecież to tylko jakiś stary zabobon, to społeczna konwencja, żeby tak w naszym kraju te kilka dni świętować.
- Tato, a powiedziałbyś to babci albo dziadkowi, gdyby żyli? - chłopiec spoglądał teraz ojcu wnikliwie w oczy.
- Ależ Andrzeju! Oni nie żyją.
- Wiem, że nie żyją od dwóch lat. Ale czy powiedziałbyś? - odpowiedź na to pytanie najwidoczniej bardzo interesowała chłopca.
- Andrzeju! Oni byli tacy … Tacy, no … O! Staroświeccy! - ojciec najwidoczniej nie wiedział co powiedzieć, bo odwracał głowę, jakby czegoś szukał wzrokiem 
w pokoju.
- I dlatego byś im nie powiedział, bo byli staroświeccy? Czyli jacy, tak konkretnie?
- Oj, daj ojcu spokój! - matka odezwała się nieco podniesionym głosem.
- Zostaw go, Marto. - głos ojca był spokojny – Widocznie chce to wiedzieć. Powiem ci. Nie powiedziałbym im tego, co tutaj powiedziałem tobie, bo oni chcieli mieć święta tradycyjne, jakie znali od dziecka. Ja już dawno nie wierzyłem w świętego Mikołaja i te tam inne sprawy związane z tymi świętami, ale widziałem ich radość i dlatego nie chciałem jej psuć przez te kilka dni.  To był taki mój prezent pod choinkę dla nich.
- Świąteczny prezent na święta, w które nie wierzyłeś?
- Oj, jesteś nieznośny! I złośliwy. - odezwała się matka. - Ojciec chciał ci tylko powiedzieć, że musieliśmy grać przed jego rodzicami ze względu na ich dobre samopoczucie.
- A czy moja babcia przyjedzie do nas na święta?
- Moja mama nie wybiera się tutaj. - matka Andrzeja powiedziała to zdenerwowanym głosem.
- To znaczy, że jej nie zaprosiłaś? - syn był nieugięty w dręczeniu pytaniami rodziców.
- A jak to sobie wyobrażasz? Że ona tutaj będzie, a my w górach? - odpowiedziała mu znów podniesionym tonem.
- Mogliście nie jechać … - chłopiec powiedział to cicho i smutnym głosem.
- Nie, nie mogliśmy, bo akurat na te kilka dni ojciec dostał bardzo tanio miejsce w hotelu w górach.
- Dla was się liczą tylko pieniądze … - stwierdził bardziej niż zapytał Andrzej.
- Co ty sobie wyobrażasz, smarkaczu? - głos ojca był twardy i chłodny zarazem – Czy miałbyś najlepszą szkołę i to, co masz w pokoju, gdybyśmy nie mieli pieniędzy. Co? I myślisz, że bez pieniędzy będziesz miał znajomości, a potem dobrą pracę? Trzeba liczyć tylko na siebie i zarabiać, reszta to tylko dodatek do pieniędzy. A zresztą za pieniądze można kupić wszystko!
- Nawet miłość? - chłopiec podniósł oczy na ojca i w jego oczach błysnęła jakaś dziwna iskra.
- No... Miłość odejdzie, kiedy twoja dziewczyna dowie się, że nie masz pieniędzy, żeby ją utrzymać.
- Nie, nie odejdzie... - Andrzej stwierdził to stanowczym głosem.
Ojciec zaśmiał się nerwowo i już mniej agresywnym tonem odpowiedział chłopcu.
- Obyś miał rację, marzycielu! Ja wiem coś innego o życiu, niż ty.  No, ale wolno ci marzyć. Sparzysz się kilka razy, to może nauczysz, że pieniądze są najważniejsze 
w życiu. Bez nich niczego nie możesz zdziałać i jesteś nikim.  Spróbuj kupić coś do jedzenia bez pieniędzy, albo opłacić uśmiechem wodę, gaz czy energię elektryczną.  Dowiesz się wtedy, co możesz zrobić z twoimi marzeniami.
Chłopiec spuścił nisko głowę i nic nie odpowiedział. Ojciec potoczył wokół wzrokiem zwycięzcy jakichś nieznanych dotąd zawodów sportowych i powiedział:
- Andrzeju, żebyś nie powiedział, że jesteśmy bez serca, a tobie tak zależy na świętach, to zamówimy jakiś katering jutro, zjemy obiad tak około 13.00 
i pojedziemy, a ty możesz sobie spędzić czas jak tam chcesz.
- No, to ustalone! Kończymy kolację i proszę się umyć i spać! - matka zwróciła się tymi słowami do wszystkich, szczególnie wymownie spoglądając na syna.
- Dobra, dobra … Idę już! Idę... - Andrzej wstał i nie patrząc na nikogo, ze wzrokiem wbitym w podłogę poszedł do łazienki.
Po kilkunastu minutach wyszedł z niej i położył się we własnym pokoju na tapczanie. Pogasił wszystkie światła w pokoju i w kompletnej ciemności spoglądał w okno. 
Nagle wiedziony jakimś impulsem, złapał do ręki słuchawkę telefonu 
i wybrał dobrze mu znany numer.  Po chwili ktoś po drugiej stronie łącza odebrał sygnał. 
- No cześć kochanie. - głos dziewczyny był spokojny i łagodny,
- Dobry wieczór Ewcia! - chłopak miękko wymówił imię dziewczyny, jakby bał się, że to, co za chwilę powie, może być zbyt trudne do wymówienia dla niego.  Bał się reakcji dziewczyny. Jak się okazało – słusznie.
- Dzwonisz o tej porze, jakby coś się stało. Stalo się coś? - głos dziewczyny miał nutę niepokoju w sobie. 
- I tak, i nie... - odpowiedział enigmatycznie.
- Coś poważnego? - głos dziewczyny był już pełen niepokoju.
- Nie ... No, coś ty!  Ja chciałem ciebie zaprosić. Na jutro. Na kolacją wigilijną.
Cisza po drugiej stronie słuchawki przeciągała się dla niego niemiłosiernie. I jakby zaczęła już boleć... Przeczuwał, co usłyszy...
- Nooo.... Wiesz.... - dziewczyna najwidoczniej chciała zyskać na czasie.
- OK, wiem! Nie możesz. Albo nie chcesz... Będziesz jadła kolację z rodzicami. 
To może po niej wpadniesz do mnie?
- No coś ty! Chcę być z tobą, ale w tym rzecz, że nie mogę. Wyjeżdżamy 
z rodzicami za klika godzin. Siostra też.  Chyba mnie rozumiesz.
- Tak … Rozumiem. Myślałem, że w tym roku będziecie w domu... Miałem taką nadzieję... Nieważne.  A gdzie jedziecie? - Andrzej zapytał właściwie przez grzeczność, bo już go to nie interesowało. Pozornie obojętny ton w jego głosie maskował bolesne uczucie zawodu.
- Och, tylko do Paryża. W tym roku przez kryzys nie stać nas na wycieczkę do USA. Ale to i tak dobrze, bo możemy tam być dłużej, aż do Nowego Roku. - dziewczyna wyraźnie była zachwycona perspektywą wyjazdu. - A wy co robicie w święta?
- Rodzice wyjeżdżają w góry.
- A ty?
- Zostaję.
- Z babcią?
- Nie, sam. Matka jej nie zaprosiła. Nie mogłabyś zostać ze mną? Przecież twoi rodzice wiedzą, ze jesteśmy ze sobą. Na pewno nie mieliby nic przeciwko temu. 
- Ale my jeździmy w czasie świąt w różne miejsca i to już jest taka nasza tradycja rodzinna.
- Odkąd pamiętam to zawsze byliście w domu, przy kolacji wigilijnej i szukaliście prezentów pod choinką.
- Od trzech lat tak już nie robimy, odkąd babcia zmarła. Tylko ona nas do tego zmuszała. 
- Zmuszała?! Co ty opowiadasz! O ile wiem, to zawsze chciałaś mieć - jak to mówiłaś - prawdziwą wigilię. I nie żal ci teraz tej choinki, tych kolęd, prezentów 
i tego wszystkiego, co wtedy się działo? Nie wierzę, Ewa!
- Czasem żal, ale to już przeszłość. Do tego nie wrócimy.
- Dlaczego?
- Sama nie wiem... Może to dlatego, ze rodzice tak chcą... A ja... Sama nie wiem...
- Ewa, kochanie! - głos Andrzeja niemal się załamał - Możesz to zmienić! Możemy! Przyjdź do mnie, zjemy razem kolację we dwoje... Mam dla ciebie prezent, będzie pod choinką...
- Nie mogę! Rodzice nie chcą jechać bez nas. A dlaczego tobie na tym tak zależy?
- Te wyjazdy to nie jest wasza żadna tradycja! To moda podpatrzona na zachodzie! Tradycja ma setki, tysiące lat, a nie trzy! - Andrzej był na skraju płaczu.
- Kiedyś trzeba zacząć tworzyć tradycję. - głos Ewy zabrzmiał dziwnie zimno. 
- A tak naprawdę, to ty chcesz mieć tę swoją wigilię, bo jest ci żal, że nie ma już dziadków na świecie. Jesteś dziecinny! Ty i tak nie wierzysz a Boga i po prostu to dla ciebie jest tylko święto choinki i karpia! Ateista świętujący Boże Narodzenie – czysty śmiech! 
- Ewa... Jak możesz tak mówić! Ja wiem, że te święta znaczą coś dla ludzi, dla wszystkich, których znam! Wtedy zaczynamy inaczej myśleć o sobie, o innych. Dajemy coś i jesteśmy obdarowywani. Nie mówię tu o materialnych prezentach. Ewa, przyjdź, zobaczysz, jak może być pięknie. Proszę.... - ostatnie słowo niemal wyszeptał do słuchawki.
- Nie proś, nie mogę. Muszę jechać. - ton głosu dziewczyny jakby złagodniał. 
- Dobrze! Jedź. Zwiedzaj te swoje piękne miejsca. Twórz rodzinną tradycję, zapomnij o tamtej sprzed trzech lat. Ale od siebie daleko nie uciekniesz! 
To tęsknota za tymi, którzy odeszli, sprowadzi ciebie znowu do wigilijnego stołu!
- Ksiądz się znalazł! Ty z tej twojej wigilii chcesz zrobić jakieś Halloween. Ciągle mówisz o zmarłych, jakby to było ich święto. Wigilia jest dla żywych, o ile wiem. Nie wiem natomiast, co się dzisiaj z tobą dzieje! Jesteś jakiś agresywny, zły. Może lepiej jak się wyśpisz, co? Zadzwoń do mnie jak będziesz chciał mi powiedzieć coś miłego. Pa!
Połączenie po drugiej stronie zostało przerwane. Andrzej kilkadziesiąt sekund trzymał jeszcze słuchawkę w dłoni, potem powoli odłożył ją na nocny stolik. Przetarł oczy, przeciągnął się na łóżku i zapatrzył w ciemność za oknem. Właściwie to nie była taka kompletna ciemność, bo nieba nie zakrywały chmury, świeciło mnóstwo gwiazd. Wokół domu, w którym mieszkał, nie było świateł ulic i podświetlanych reklam, więc ciemność nieba stawała się przez to jakby głębsza niż kilka przecznic dalej.
Patrzył w niebo i rozmyślał o przeszłości. Wspominał wigilie spędzane to 
u dziadków, to u babci czyli matki swojej matki, ale także wigilie pełne członków jego bliższej i dalszej rodziny w jego własnym domu. Były to piękne i wzruszające wspomnienia, więc łzy zaczęły mu spływać po twarzy. Pomyślał,  że wiele by dał, aby teraz móc spotkać tych, których tak kochał – dziadków, rodziców ojca. Ale nikt ich nie wydrze Niebu, żeby z nim porozmawiali. Był niemal pewien, że za swoją dobroć poszli do Nieba w które tak wierzyli.
Nagle nocny krajobraz z oknem przecięła biała wstęga światła płynąc od góry ramy okna do ziemi. To nie było światło z pokoju. To wyraźnie było światło na niebie. Andrzej lekko podparł się na rekach i patrzył na to zjawisko 
z ciekawością. Meteor? Kometa? Ognie sztuczne? Co to jest?! - zastanawiał się. 
A światło nie znikało stamtąd, jakby coś bardzo długo towarzyszyło Ziemi w jej podroży przez wszechświat.
- Jeśli jesteś tą gwiazdą, która wtedy oznajmiła Jego przyjście, to spraw, żebym spotkał się z moimi dziadkami! - głośno powiedział w stronę okna. A zaraz potem pomyślał, ze chyba mu odbija, bo gada do światła, które być może jest zwyczajnym fajerwerkiem....
Światło na niebie trzy razy rozjarzyło się jakby mocniej, a potem gwałtownie zgasło. Ciemność znowu zapanowała wokół, bo gwiazdy przecież nigdy nie świeciły tak mocno, aby rozświetlić wszystko tak, jak to miało miejsce przed chwilą.
Andrzej nakrył się kołdrą, oparł wygodniej na poduszce i po chwili jego spokojny oddech świadczył o tym, ze zapadł w głęboki sen...
Nie dane mu było jednak spokojnie spać tej nocy. Coś obudziło go stanowczo po północy. Może to był jakiś dźwięk, może zdrętwiała mu ręka czy noga – nie wiedział. Spojrzał na zegarek - była godzina pierwsza w nocy. Potem rozejrzał się po pokoju i zamarł ze zdziwienia. Tego jeszcze nigdy nie widział...
W pokoju było jasno, jakby księżyc w pełni oświetlał wszystkie przedmioty 
i ściany. Krzesła, stół, telewizor., komputer - wszystko otaczała niebieskawa poświata, jakby te przedmioty pokrył dziwny, świecący żel.
- Dziwne to... - pomyślał Andrzej - Przecież pełnia już była kilka dni temu. Ale może ktoś oświetla reflektorami samochodu ten dom. Nie, to głupie... Żaden samochód nie ma świateł przebijających ściany... A zresztą co mnie to obchodzi! No nic, pora... -  tej myśli już nie dokończył, bowiem nagle przed oczami zrobiło mu się ciemno taką czernią, której dotąd nie widział. Zaniepokoiło go to nieco, ale i zaciekawiło. Próbował wypatrzeć cokolwiek, co by mu przypominało coś znajomego. Wiedział, że ma otwarte oczy, ale czerń przez to nie ustępowała. Niestety, lecz zmysł wzroku był nieprzydatny w tej czerni. Zrezygnowany wysilaniem oczu zaczął nasłuchiwać. Zastanowiło go,  że niczego nie słyszy! Ogłuchłem, czy co?! - zaniepokoił się. Następna myśl, która mu przyszła do głowy, była porażająca - nie słyszał uderzeń serca w tak kompletnej ciszy! Umarłem...- pomyślał nagle i zobaczył, że otwiera się przed nim w ciemności jakiś otwór, jakby dziura w przestrzeni. Właściwie to bardziej ją wyczuł jakimś swoim teraz uaktywnionym osobliwym zmysłem, niż ujrzał ją w tej czerni. A potem coś go wciągnęło w szaleńczą jazdę poprzez tę dziurę, która okazała się wejściem do tunelu o nieznanej budowie i przeznaczeniu. W czasie przejazdu tym tunelem nie działały u niego żadne zmysły poza wrażeniem ruchu, które pochodziło właściwie ... znikąd!  Brakowało mu już słów na choćby przybliżone określenie, opisanie swojego osobliwego stanu.. Właśnie – czego? Ciała? Ducha? Duszy?
Nagle ruch ustał i Andrzej został wyrzucony z tunelu wprost na... zielony, pełen kwiatów trawnik! Siedząc na trawniku odkrył, że działają jego wszystkie zmysły. Po chwili stojąc już pewnie na własnych nogach, które odczuwał - jak resztę ciała - bez problemów, zaczął się rozglądać wokoło. Od razu zauważył,  że to miejsce jest mu całkowicie nieznane, nie widział nigdzie nawet fragmentu tego obszaru w internecie czy telewizji. Było to miejsce o niezwykłym pięknie i jakimś niesamowitym klimacie. Wokół było niesamowicie kolorowo, wszędzie rosły rośliny o fantastycznych kształtach, ale wzrok Andrzeja wyławiał też z tego bogactwa nieznanych mu wielu barw i dziwnych kształtów znajome widoki: klony, dęby, kasztanowce i... palmy! To było dziwne... Skąd tutaj te rośliny, tak rożne w jednym miejscu? 
Nie dane mu było dłużej zastanawiać się nad tym, bo po żwirowej alejce pomiędzy wysokimi sekwojami szło powoli w jego stronę dwoje ludzi. Z daleka wydawali mu się znajomi,  ale dopiero kiedy dzieliło ich od niego kilka kroków, rozpoznał w nich... swoich dziadków, rodziców ojca: Magdę i Adama. Bez namysłu zaczął biec w ich stronę, a kiedy już znaleźli się na wyciągniecie ręki - objął ich naraz obydwoje. Poczuł zapach wody kolońskiej dziadka i słodki zapach perfum babci. Przytulony mocno jak wtedy, kiedy był dzieckiem, odczuwał ich drobne,  szczupłe ciała i czuł ich dłonie głaszczące go po włosach. Płakał jak nigdy dotąd. Po dłuższej chwili uspokoił się na tyle, ze mógł coś powiedzieć. Jednak to nie on odezwał się pierwszy. Zrobił to dziadek Adam. Jego głos był mocny, miał w sobie nutki radości i to nieuchwytne coś, dzięki czemu Andrzej zawsze wiedział, że dziadek go bardzo kocha. 
- No, Andrzejku, aleś nas zaskoczył. Nie mieliśmy żadnej informacji, że tutaj się zjawisz. Właściwie to dowiedzieliśmy się o tym przed chwilą, o ile to słowo coś tutaj znaczy.
- Tutaj, to znaczy gdzie? - zapytał Andrzej spokojnym głosem. Teraz ta sytuacja wydawała mu się już tak normalna, jakby spotkał ich na wczasach gdzieś 
w górach. Nie przychodziło mu do głowy trwać w zdumieniu, tylko zachwycony wpatrywał się w uśmiechnięte twarze obojga staruszków. Wyglądali tak samo, jak rok przed śmiercią w wypadku samochodowym.
- Nazywają to miejsce Parkiem lub Parkiem Spotkań.
- Dobra nazwa! Ale...
Dziadek przerwał mu początek zdania.
- Zobacz tutaj jest ławka, usiądźmy sobie. 
Rzeczywiście - w odległości kilku kroków stała na ścieżce zwykła drewniana ławka z oparciem akurat mogąca zmieścić na sobie troje ludzi. Usiedli więc 
i pierwszy odezwał się Andrzej.
- Dziadku, co wy tu robicie? Przecież to niemożliwe, żebyście tu byli, bo...
Znowu dziadek z uśmiechem przerwał Andrzejowi.
- Bo ty tu jesteś, ty jesteś żywy a my umarliśmy?  To chciałeś powiedzieć?
- Tak... Ale znaczy, że ja ...  Że ja umarłem! - głos Andrzeja się załamał.
- Nie, kochanie, nie umarłeś. - głos babci Andrzeja był jak zwykle ciepły i cichy – Czasem tak się dzieje - i nikt nie wie, czemu tak jest - że ktoś trafia tutaj i potem wraca tam, skąd przyszedł.  Ty tutaj trafiłeś, bo bardzo tego chciałeś, ale to jeszcze nie ten czas, kiedy pójdziesz tamtą drogą. - Babcia wskazała ścieżkę za swoimi plecami.
- A dokąd ona prowadzi? - zapytał Andrzej.
- Do wieczności. Ale nie o tym mieliśmy mówić, no nie? - dziadek był 
w doskonałym humorze i ciągle się uśmiechał.
- No a o czym? - Andrzej wydawał się zdezorientowany pytaniem.
- O świętach. Nie pamiętasz?
- Aha! O świętach! Tak! Faktycznie! - Andrzej ucieszył się z tych słów.
- No to o co chciałeś zapytać? - babcia jak zwykle odezwała się cicho.
- Bo... Bo ja... Nie pamiętam... - Andrzej powiedział to z jakimś wielkim smutkiem- Nie pamiętam... - powtórzył.
- No to może pomożemy ci? Chciałeś wiedzieć, czy pieniądze są wszystkim, czego potrzeba do bycia człowiekiem.
- Tak! To sobie przypominam! I jaka jest prawda?
- Czy tutaj potrzebujesz pieniędzy?
- Nie wiem... Chyba nie. - Andrzej powiedział to cicho i nieśmiało.
- Nie kupisz tu niczego. Nie wymienisz pieniędzy na nic. Tutaj są one bez wartości.
- To co się tutaj liczy? - Andrzej wyraźnie chciał wiedzieć, jakby od tego zależało jego życie.
- Tutaj, mój kochany wnuku, liczy się miłość i to, czego się nauczyłeś w życiu 
o emocjach i uczuciach. - dziadek powiedział to dobitnie i powoli. 
- Czyli liczy się to, co się czuje?
- Tak, a przede wszystkim to, co dajesz od siebie innym.
- Ale tam liczy się pieniądz. Za uczucia nic nie dostanę. Nie zapłacę uśmiechem za gaz, za jedzenie.
- Nie zapłacisz uśmiechem, to prawda. Jednak pieniędzmi zapłacisz.
- Więc tam miłość nie jest potrzebna nikomu. Tą walutą nic tam nie uzyskam. Materialny świat nie jest dla Miłości, dla uczuć? - Andrzej wydawał się załamany.
- Powiem to tak: - babcia włączyła się do rozmowy - W jednym państwie zapłacisz złotówkami, w innym dolarami. Możesz zamieniać w kantorze jedne na drugie i płacić właściwą walutą w danym kraju.
- A czy mogę znaleźć gdzieś kantor do wymiany pieniędzy na miłość? - Andrzej był zaciekawiony do tego stopnia, ze zupełnie przestał się rozglądać wokoło, co do tej pory robił.
- Kochany Andrzejku! - babcia użyła ulubionego zwrotu i tonu wobec chłopaka - Pieniędzy nigdy nie zamienisz w miłość, natomiast miłość na pieniądze to tak.
- Nie rozumiem!
- Możesz zapłacić kobiecie za seks. Możesz jej zapewnić utrzymanie, ale jeśli nie będziesz dawał jej najpierw miłości, a dopiero potem pieniędzy - będzie się czuła jak pracownica i będzie ciągle chciała podwyżek... Będziesz jej pracodawcą, nie mężem. A takiego pracodawcę można zmienić bardzo łatwo... Najpierw w sercu, potem w głowie, a na końcu w rzeczywistości. Do ciebie wówczas będzie chodziła po pieniądze, będzie przymilać się wyuczonymi gestami, oszukiwać słowami – kluczami, a ty będziesz jej płacił. Ona natomiast będzie marzyła o przytuleniu bez podtekstów, o czułości, o docenieniu jej duszy i tej nieuchwytnej energii Miłości, którą chce obdarować kogoś, kto ją pokocha. Jej będzie bardzo źle z tym aż do chwili, kiedy straci nadzieję na miłość i zacznie uważać, że to uczucie nie istnieje 
i liczą się pieniądze. Obydwoje stracicie dostęp do waszych dusz, do Miłości, 
a w końcu się rozstaniecie. Dlatego najpierw musi być Miłość, dopiero kiedy już jest – obydwoje powinniście zadbać o wasz byt. Bo kiedy nadejdzie – chociaż nie musi -  chwila kryzysu finansowego, to jedynie wzajemna Miłość pozwoli wam przejść przez ten ciemny obszar waszego życia i wyjść na jasną drogę. Jeśli nie będzie Miłości – zagubicie się w tej ciemności oboje i nigdy już nie odnajdziecie. 
- No tak, to rozumiem! A zamiana miłości na pieniądze?
- Adam ci to powie.
Dziadek chłopca wstał z ławki i obrócił się do niego.
- Jeśli nie masz pieniędzy, ale kochasz uczciwie i bezwarunkowo, wtedy jesteś 
w stanie zmobilizować siebie i kogoś do wysiłku zdolnego przenosić góry. 
Ten wysiłek, na który się zdobędziesz, ta twoja praca, aby zapewnić dobrobyt ukochanej osobie,  będzie mieć dla kogoś innego tak wielkie znaczenie, że wyrazi to tobie w pieniądzach. I wtedy miłość przyniesie ci konkretny zysk, którym poprawisz warunki życia tych, których kochasz i swoje tak, że kolejny wysiłek podjęty z miłością da ci jeszcze więcej zysku. A jest jeszcze coś w tym wszystkim: kiedy pracujesz z miłością, kiedy okazujesz miłość innym, wówczas są oni dla ciebie jak wielka rodzina, która wspiera twoje wysiłki. I wówczas ilość miłości, jaką gromadzisz w sobie jest tak wielka, że tutaj od razu kupujesz sobie za nią miejsce wśród najszczęśliwszych istot.
- Kupujesz?
- To przenośnia, nie dosłowne to, co tutaj robisz. - dziadek uśmiechał się nieustannie z miłością do wnuka.
- Dziadku, czy rodzice mnie kochają. Czy kochają siebie, kogokolwiek, a może tylko pieniądze?
- Andrzejku, oni dali ci życie z miłości, kochali się, ale potem postawili nie na miłość w związku, tylko na pieniądze, bo o miłości nie potrafili ze sobą rozmawiać, nie umieli jej okazywać sobie wzajemnie. Myśleli, że miłość jest niepotrzebna, skoro wzięli ślub i odtąd łączą ich wspólne obowiązki. I dlatego teraz miłość jest im nieznana, bo jej nie pielęgnowali w sobie i wobec siebie, 
i chociaż ciebie kochają, to sami o tym nie wiedzą, że kochają... Z tego powodu starają się o to, aby to dziwne uczucie do ciebie, którego nie potrafią nazwać, móc ujarzmić i panować nad nim. Boją się miłości, więc sądzą, że w uczuciach dla drugiej osoby chodzi tylko o pieniądze, a te nie są im nieznane, oswoili się z nimi, więc tylko poprzez nie jeszcze wiesz, ze... kochają ciebie. Taka przewrotna, pokrętna ludzka logika, żeby zrozumieć miłość.
Andrzej zamilkł na chwilę. jakby coś głęboko w sobie rozważał. Dziadkowie czekali w milczeniu, aż znowu się odezwie.
Po pewnym czasie (dziwnie jest pisać o czasie w takim miejscu...) Andrzej znowu się odezwał.
- A czy wy wierzyliście w sens świąt?
- A czy kiedykolwiek wątpiłeś w to,  że wierzymy?
- Nie wątpiłem. Ale czy wierzyliście? Czy jest sens świętować? O co chodzi w tych świętach?
Dziadkowie spojrzeli po sobie i babcia odezwała się głosem, którym mówiła rzadko i tylko wtedy, gdy sprawa była poważna.
- Andrzejku, te święta opowiadają o narodzinach niezwykłego Dziecka. Kiedy dziecko się rodzi, wówczas nie wiemy, kim ono zostanie, kiedy dorośnie. 
Nie wiemy nawet, czy dane mu będzie dorosnąć. Ale moment narodzin przynosi na ten świat nadzieję i miłość. Nadzieję na to, że to dziecko poprawi ten świat 
i daje miłość, która nadchodzi falą czułości rodziców. Te święta tak naprawdę są świętami radości i miłości. Mogą je świętować wszyscy,  bo wtedy moc Miłości rośnie, bez względu na wyznanie. Świętują je ci, którzy bezustannie żyją w nadziei na miłość. Świętują, bo może od tych świąt będą jej mieli w nadmiarze tak, aby dzielić się nią z innymi. I dlatego należy je świętować radośnie i w gronie tych, których kochamy. Nie jest ważne, czy wierzysz, że On się w tym dniu narodził.  Jeśli nie – świętujesz początek zmiany na lepsze, otwarcia na Miłość. 
Jeśli wierzysz, że On się narodził – świętujesz pamiątkę Jego przyjścia na świat 
i też świętujesz nadejście Miłości. 
- Czy wy nie wierzyliście w Miłość, bo zawsze tak uroczyście i wspaniale świętowaliście cudownie te dni tak, jakby tej miłości między wami nie było, jakbyście ciągle czekali na nią?
- Nie, kochanie, my kochamy się do tej pory, a świętowaliśmy te dni, abyście wy - rodzice i ty - potrafili po naszym odejściu nie zapomnieć co i jak robić, aby świętowanie było od serca, było prawdziwe i niosło dla was to, co powinno – wzajemną miłość. Świętowanie wigilii tak naprawdę było potrzebne ...wam, kochany. Ja i dziadek zawsze kochaliśmy się i doceniali Miłość. To wam  pokazywaliśmy tylko, jak trzeba się kochać, jak świętować to, że Miłość znowu silnie oddziałuje na ten świat w takim dniu.
- Ale rodzice nie świętują tych świąt tak, jak wy...
- Za to ty trafiłeś aż tu, aby zabrać ze sobą z powrotem coś, co uczyni te święta jeszcze lepszymi. I pokażesz rodzicom, jak trzeba walczyć o miłość. I nie tylko im to pokażesz.
Dziadek odezwał się teraz szybszym tempem wypowiadanych słów.
- Andrzej, musisz wracać. Ciało bez ciebie słabnie. Do zobaczenia kochanie! Zabierasz stąd ogromny dar. Nie zmarnuj go!
- Dziadku! Ja nie chce stąd iść! Co to za dar?! Dziadku!!!
... Ciemność jak nagle zapadła po tych słowach, równie nagle rozjaśniła się Andrzejowi pod powiekami światłem słońca za szybą okna w jego pokoju.
Otworzył oczy powoli przyzwyczajając się do światła. W głowie czuł jakby wirowanie, serce biło bardzo szybko, a ręce i nogi miał jak odrętwiałe. 
Nie wiedział, czy słońce wzeszło, czy zachodzi. Zegarek rozwiązał ten dylemat. Słońce zachodziło... Spal prawie... 14 godzin! Najdłużej jak dotąd w jego życiu!
Kiedy po koszmarnie trudnym wstaniu z łóżka niemal zwlókł się do jadalni, zastał tam na stole kartkę od rodziców. Napisali tam: „Andrzeju! Ponieważ bardzo mocno spałeś nie chcieliśmy ciebie budzić. Jak chcesz mieć drzewko świąteczne to choinka jest na strychu, jedzenie masz w lodówce, a na biurku w pokoju ojca jest koperta z prezentem dla ciebie. Wydaj na co chcesz. Zaproś kogo chcesz na wigilię. My prawdopodobnie będziemy już w górach, kiedy będziesz to czytał. Baw się dobrze synku! Mama i tata. „
- Drzewko świąteczne! - Andrzej uśmiechnął się pod nosem. - Ale wymyślili! A mogli chociaż napisać, że mnie kochają i będą tęsknić. Ale widocznie za dużo chcę. Dobra, kończmy te smutki! Zobaczymy, co jest w lodówce, a potem ubiorę choinkę i będzie wigilia jak się patrzy! Kevin był sam w domu to i ja mogę, hi,hi.... - Andrzej był w świetnym nastroju. Poszedł do kuchni i zaczął przygotowania do samotnej wigilii.
Kiedy wszystko już było gotowe – jadalnia przystrojona świątecznie, choinka stanęła obok telewizora z którego płynęły dźwięki kolęd, a jedzenie przeniesione z kuchni na stół, usłyszał nagle dzwonek do drzwi. 
O tej porze – to było dziwne – pomyślał, ale pełen radości pobiegł otworzyć. Obojętne mu było, kto to jest, ale może zechce być z nim przy wigilijnym stole? 
Za drzwiami stała obsypana śniegiem... jego dziewczyna Ewa. Spoglądała gdzieś w okolice swoich butów i cichym głosem spytała zdumionego chłopca:
- Andrzej...?
- Tak? - odpowiedział jej pytaniem, czując jak serce mu bije w błyskawicznym tempie.
- Czy... Czy ty znasz wszystkie tradycje wigilijne?
- No tak. Dobrze pamiętam, co babcia i dziadek robili w święta. Coś się stało, Ewcia? 
- Nie... Nic... Prawie nic.  Miałam wczoraj sen.  Babcia była tak blisko... Rozmawiałyśmy... To nie był sen...Chyba … - dziewczyna mówiła te słowa 
z trudem, jakby było jej ciężko je przekazywać, jakby sama nie rozumiała tego, 
co mówi. - Powiedziałam rodzicom, żeby jechali sami. Obrazili się na mnie, Pojechali z siostrą. Jeszcze wczoraj nie miałam dokąd iść, nie wiedziałam jak naprawdę spędzę te święta. Babcia mi powiedziała, żebym spojrzała w swoje serce i odczytała tam adres. Przepraszam, że taka byłam dla ciebie... Taka głupia... Czy … Czy znajdzie się tutaj miejsce przy stole dla spóźnionego gościa? - niemal wyszeptała te słowa.
Andrzej oparł się o drzwi, ciężko oddychał. Potem nagle wyciągnął rękę do dziewczyny i chwyciwszy ją za kurtkę – wciągnął do środka zamykając drzwi. Objął ją w pasie i dłonią podniósł jej twarz ku górze, aż jej oczy w kolorze błękitu spojrzały na niego. 
- Ewcia, przy moim stole jest bardzo wiele pustych miejsc. Dla ciebie jest miejsce zawsze. Przy stole i w  moim sercu.
A potem pomógł jej zdjąć kurtkę i buty, poprowadził do stołu i oboje zasiedli do wigilijnej kolacji we dwoje.  Byli tak zajęci  sobą, że nawet nie zauważyli, kiedy przy stole usiadł ktoś jeszcze. 
Było to dwoje starszych ludzi będących najwyraźniej małżeństwem i jedna samotna staruszka, uśmiechniętych i wpatrujących się z jakąś miłością w młodych zajętych radosną rozmową. 

A nawet gdyby Ewa i Andrzej rozejrzeli się wokół, to i tak by nie zauważyli tych staruszków.  Bo przecież nikt nas nigdy nie uczy zauważać gości nie z tego świata.  Nawet w Wigilijny wieczór. 

Dziewczynka z zapałkami?


Szła wolno po pustych i ciemnych ulicach, czując się trochę jak dziewczynka z zapałkami  Co za porównanie.  Dziewczynka! Myślałby kto! Dawno przestała być dziewczynką, już wtedy, kiedy wiekowo jeszcze do dziewczynek się zaliczała. Przedwcześnie musiała dojrzeć, przejąc obowiązki chorej matki, matkować rodzeństwu, bronic rodzinę przed brutalnością ojca alkoholika. 
Szczęśliwie dla jej rodzeństwa,  śmierć matki zbiegła się w czasie z jej dojściem do pełnoletności,  natychmiast wystąpiła wiec o ustanowienie jej ich prawnym opiekunem. Niedługo potem ojciec zapił się na śmierć,  znaleziono go sztywnego w zaspie śnieżnej.  Pijany zamarzł w taki dzień jak dzisiaj, choć wtedy był to luty, a nie grudzień.
Czuła się tego dnia taka samotna. Wszyscy świętowali w gronie rodzinnym, nawet bezdomni poznikali z ulic, zabrani przez zakonnice organizujące wigilie dla najbiedniejszych. Okna jaśniały uroczyście, jakoś inaczej, radośniej,  w domach płonęły lampki i świece,  przez co ulica zdawała się być ciemniejsza niż zwykle. W taki dzień być pozostawionym samemu sobie, nie mieć z kim podzielić się opłatkiem, zaintonować kolędę przy choince...

Zaraz po maturze podjęła pracę, żeby łatwiej związać koniec z końcem,  bo renty rodzinne na wiele nie wystarczały  Zrezygnowała z marzeń o studiach, o ułożeniu sobie życia,  o przyjemnościach należnych jej wiekowi. Porwał ją wir codzienności,  ciężkiej pracy, doglądania rodzeństwa, zapewnienia im w miarę godnego życia i starań w zastąpieniu im matki i ojca. Łatwo nie było,  ale dała radę. Na szczęście dzieciaki nie sprawiały problemów wychowawczych, uczyły  się nie najgorzej, nie były wymagające, za to bardzo pomocne w pracach domowych. 
Po kolei kończyły szkoły, a kiedy jedno z nich wyemigrowało w poszukiwaniu godnego życia do Irlandii, następne poszły jego śladem.  Ona została.  Miała pracę i mieszkanie po rodzicach, żal jej było zostawiać wszystko i jechać w nieznany i niepewny świat,  pozbywać się rodzinnych pamiątek.  Zdecydowała  że milszy jej wróbel w garści  niż gołąb na dachu.

Niedługo potem poznała jego, skromnego i pracowitego chłopaka ze wsi. Nie była to gorąca miłość, raczej rozsądek i chęć zapełnienia pustego mieszkania, potrzeba bycia z kimś,  rozmów i dzielenia się codziennymi troskami i radościami  Nie umiała i nie chciała być sama. Przez lata przyzwyczaiła się do gwaru w domu i nagła cisza, która nastąpiła po wyjeździe rodzeństwa, doprowadzała ją do skrajnej melancholii. 
On był prostym człowiekiem,  nie umiał pięknie mówić o miłości,  nie dbał specjalnie o jej seksualne zaspokojenie, pewnie nawet przez myśl mu nie przeszło,  że ona ma jakieś potrzeby w tym zakresie. Skąd niby miał o takich rzeczach wiedzieć?
Miał za to niespożytą energię, tryskał optymizmem i umiał zrobić wszystko, prawdziwa złota rączka. Nie był przystojny, elokwentny, skończył raptem zawodówkę  bo kto na wsi myślał o wyższym wykształceniu, nie było czasu ani środków.  Gospodarkę przejął jego najstarszy brat, on zaś postanowił przenieść się do miasta i tam poszukać szczęścia. Znalazł pracę i kobietę z mieszkaniem, więc uznał, że cel osiągnął.
On również nie miał potrzeby emigrowania, był człowiekiem bardzo rodzinnym, często jeździł do swoich na wieś pomagać w najgorętszym okresie w pracach polowych. Zdawał sobie sprawę,  że wyjazd na stałe uniemożliwiłby tak częste kontakty z rodziną, a tego chciał uniknąć. Zresztą miał pracę, wiec po cóż miałby wyjeżdżać w poszukiwaniu innej? Języków obcych nie znał, a świadomość życia w miejscu, gdzie nie mógłby pogadać z sąsiadami  napawała go strachem. To nie miało sensu, dobrze mu było tu, gdzie żył dotychczas.

Z braku środków na huczne wesele, ograniczyli się do skromnego ślubu cywilnego, o którym po fakcie powiadomili rodzinę.  Było trochę kwasów, ale wytłumaczyli powody i wszyscy przeszli nad tym do porządku  Żyli przeciętnie i oszczędnie, szanowali się wzajemnie i tak upływały lata.

Kolejne święta Bożego Narodzenia spędzali naprzemiennie na wsi u rodziców,  u siebie w domu, goszcząc rodzeństwo lub wyjeżdżając do nich do Irlandii. 
Jeden problem kładł się cieniem na ich pożycie,  nie doczekali się dzieci. Mimo wieloletnich prób,  upokarzających badań, żmudnych terapii i życia z kalendarzem i termometrem w ręku, nie mogli cieszyć się rodzicielstwem. Jej było wszystko jedno, miała bowiem całą gromadę siostrzeńców i bratanków,  a z wiekiem stała się za wygodna, żeby chcieć zabawy w macierzyństwo.  To on nalegał i naciskał,  nigdy jednak nie biorąc pod uwagę możliwości zaadoptowania cudzego dziecka. 

Czy właśnie wtedy, w tym czasie zaczęły się pojawiać pierwsze, niezauważalne jeszcze dla nikogo, symptomy? Może wcześniej? Może dopiero po tragicznej śmierci jego brata? Śmierci,  która na zawsze przyćmiła radość wszystkich następnych wigilii.
Tamtego roku spędzali święta u jego rodziców  Przyjechali wcześniej  żeby pomóc w świątecznych przygotowaniach. Zawsze czuła się świetnie w domu jego rodziców,  a teściową kochała ponad wszystko, była dla niej jak rodzona matka, którą tak wcześnie straciła. Nastrój panował świąteczny, przerzucali się żartami, cieszyli swoją obecnością,  a wieczorami rozmawiali do późna w noc. Lubiła te święta na wsi, wszystko po staremu i tradycyjnie, siano pod obrusem, kutia, snop zboża w kącie izby, dzielenie się jedzeniem ze zwierzętami,  wspólne śpiewanie kolęd, ale przede wszystkim tłok przy stole, wszyscy w komplecie, podekscytowane i radosne dzieciaki, wyglądające Mikołaja przez okna, gwar i ogrom miłości.
Kiedy mieli siadać do wigilijnej wieczerzy, brat męża zadeklarował jeszcze szybkie pójście do zwierząt i... zniknął.  Czekali próżno na niego, bezskutecznie szukali po obejściu,  po wsi i poza zabudowaniami. Nic. Kamień w wodę! Nie mieli głowy do śpiewania, a jedzenie pozostało nietknięte.
Następnego dnia złożyli zawiadomienie na policji...
Dopiero jednak na wiosnę topniejąca woda w rzece ukazała swoją, skrywaną pod lodem, tajemnicę, zwłoki brata wypłynęły.  Nigdy nie dowiedzieli się dlaczego i jak zginął  Policja jako przyczynę śmierci podała samobójstwo, oni jednak wiedzieli, że to niemożliwe,  nie on, nie tego akurat dnia. Ale bo to wygra się z wymiarem sprawiedliwości? Śledztwo zamknięto i nikt nie chciał go ponownie rozgrzebywać.

Od tego jednak czasu jego zachowanie zaczęło się w sposób widoczny zmieniać.  Coraz bardziej zamykał się w sobie, był milczący, nieufny, często znikał z domu i nie chciał rozmawiać o tym, gdzie był ani co robił.
Wyjaśnienie zagadki spadło na nią jak grom z jasnego nieba, kiedy do domu zaczęły napływać pisma od wierzycieli, jedne z prośbami o zwrot długów  inne z pogróżkami.  Zaczęły się wizyty windykatorów lub nieprzyjaźnie nastawionych znajomych i nieznajomych  ludzi oszukanych przez jej męża.
Tamten czas wspominała jak przez mgłę, przez całe swoje życie nie zaciągała długów, nigdy nikomu nie była nic winna. Nie mogła zrozumieć, co stało się jej mężowi i na co wydał te wszystkie pożyczone od innych środki.  On milczał i ani myślał dzielić się z nią swoją wiedzą. Uśmiechał się tylko tajemniczo, a zarazem cynicznie.
Szale goryczy przelała wiadomość od szwagierki ze wsi, jej mąż pożyczył od nich ogromną sumę pod zastaw maszyn rolniczych. Termin zwrotu dawno upłynął, a po pieniądzach nie było śladu.

Zrobiła mu pierwszą w życiu awanturę! Przez całą noc ich sąsiedzi musieli wysłuchiwać jej krzyków i brzęku tłoczonych talerzy. Wpadła w taką furię, że nie mogła się zatrzymać, nakręcała się coraz bardziej i bardziej. Miała ochotę go zabić za krzywdę,  którą zrobił najbliższym. Ale częściowo cel osiągnęła,  bo zaczął mówić. Jednak to, co usłyszała,  ani trochę jej nie uspokoiło.  Otóż okazało się, że jej mąż dość dawno już stracił pracę, ale żeby jej nie niepokoić,  co rano wychodził z domu w poszukiwaniu innej. Niestety, jego starania były nieskuteczne. Coraz bardziej sfrustrowany rozmyślał,  jak się usamodzielnić, założyć własną działalność i zacząć zarabiać duże pieniądze. Naiwnie myślał, że pieniądze pożyczone od innych, w krótkim czasie będzie mógł oddać i udowodnić jej, że prowadzenie własnego biznesu nie jest wcale trudne i skomplikowane. Stracił wszystko.
Chciała go ratować,  ratować siebie i małżeństwo,  zaproponowała,  że będą spłacać długi z oszczędności,  jakie odłożyli.  Wtedy dowiedziała się, że oszczędności nie mają już żadnych, one jako pierwsze padły ofiarą jego zapędów bycia biznesmenem. 
Rzuciła się na niego z pięściami,  musiała wyładować swoją złość i frustracje. Wtedy on, dotychczas tak łagodny,  jednym mocnym ciosem w twarz, powalił ją na ziemię i wybiegł z domu...

Później było już tylko gorzej, nie mogła się opędzić od wierzycieli, komornik zajął jej konto, a ona nie miała z czego żyć.  Mąż gdzieś zniknął i przez wiele miesięcy nie dawał znaku życia,  pozostawiając ją na pastwę losu. 
Postanowiła działać, natychmiast złożyła pozew o rozwód,  w prasie zamieściła ogłoszenie, że nie odpowiada za następne zadłużenia swojego męża, a dotychczasowe zaczęła mozolnie spłacać.

Minęło kilka lat, w czasie których dochodziły ją słuchy o przekrętach byłego już męża, o jego irracjonalnych zachowaniach. Była pewna, że jest chory psychicznie, nigdy wcześniej bowiem nie postępował w taki sposób.  Podobno zaczął się leczyć, przyjmował psychotropy, ale zasmakował również w alkoholu, a to dość diabelska mieszanka. Gdzie przez ten czas się ukrywał, nie zdołała się dowiedzieć. Pomieszkiwał czasem u przypadkowych znajomych, bo w domu rodzinnym nie miał się co pokazywać. Szwagierka odgrażała się, ze przywita go widłami.
Wreszcie zniknął na dobre, co najdziwniejsze, znów w wigilie, jak jego brat. Nikt go nie szukał,  dla niej był już obcym człowiekiem,  a jego rodzina nawet nie wiedziała,  ze zaginął,  bo od czasu tamtego zdarzenia nie mieli z nim żadnego kontaktu. Ona również zaniechała kontaktów, w końcu była to rodzina jej rozwiedzionego męża.

Nastał maj następnego roku, gdy do jej drzwi zastukali policjanci z informacja, że ma stawić się na identyfikacje zwłok.  Okazało się, że jej eks zamieszkał u kogoś,  kto wyjechał do pracy za granice, a kiedy powrócił,  zastał w domu zwłoki w stanie zaawansowanego rozkładu.  Nie była wcale pewna, czy ma przed sobą resztki swojego byłego męża, bo nawet ubrania nie była w stanie rozpoznać.  Później jednak zrobiono jakieś badania genetyczne i w ten sposób została oficjalnie rozwiedzioną wdową.

Gdzieś na początku jesieni zawitał do jej domu mężczyzna z plikiem dokumentów świadczących o tym, że to on jest właścicielem jej mieszkania. Dał jej czas do końca listopada na wyprowadzkę.  A jakże,  pobiegła na policje, ale sprzedaży nie można już było cofnąć, z pierwszym dniem grudnia stała się bezdomna. Przygarnęła ją pod dach jedna z przyjaciółek.

I znów była wigilia, najgorszy dzień w jej życiu od kilku lat. Została zupełnie sama, nie chciała bowiem informować rodzeństwa o tym, co się wydarzyło i zmuszać ich do finansowania jej biletu do Irlandii, by móc spędzić z nimi święta.  Jej nie było stać na nic, bo większość  zarobków szła na spłacanie wierzytelności. Przyjaciółka,  u której mieszkała, wyjechała na święta do rodziny, a ona nie chciała sama przebywać w obcym domu. Wyszła więc na ulicę, byle dalej, byle przed siebie. Szła krok za krokiem po śniegowym błocie i zaglądała do mijanych okien. Jak dziewczynka z zapałkami .. Tyle, że ona nie miała nawet zapałek.  Zżymała się na sytuacje, w której się bez własnej winy znalazła,  a po policzkach zaczęły spływać ciepłe łzy.  Pierwsze wigilia w jej życiu,  kiedy nie miała z kim podzielić się opłatkiem, kiedy nawet nie miała co jeść. Szła zgarbiona i zrezygnowana przed siebie.
Zatrzymywała się czasem przed jakimś oknem i chłonęła z zazdrością nastrój rodzinnych świąt.  Czasem dobiegały jej uszu przytłumione dźwięki kolęd, śpiewanych przez odświętnie poubieranych ludzi, radosne piski dzieci, rozrywających papier, w który zapakowane były prezenty lub odgłosy rodzinnych kłótni.  Nawet tego jej brakowało, ona nie miała się z kim pokłócić.
Nagle spojrzała na zegarek, w głowie zaświtała jej jakaś myśl. Przystanęła.  Nie, to nie ma sensu... Nie może się udać! Choć może... Nie... Biła się z myślami,  przekonywała,  zaprzeczała,  obawiała się skutków swojego szalonego pomysłu.  Podjęła w końcu szybką decyzję i, przyspieszając kroku, skierowała się w stronę przystanku autobusów podmiejskich...

Stanęła pod drzwiami, niepewna, jak zostanie przyjęta.  Tak dawno tu nie była .. Chciała odejść, ale w domu rozszczekał się pies, a w progu stanęła przygarbiona postać.
- Ooo, spóźniony wigilijny wędrowiec! Nakrycie już na ciebie czeka. Witaj, córeczko!

Rozszlochała się na dobre i rzuciła w ramiona teściowej.




UTRACONY SENS ŚWIĄT


Zawsze, kiedy wchodziłem do galerii handlowej w – trudnym dla wielu z nas – okresie przedświątecznym, obserwowałem ludzi biegających po sklepach z prędkością TGV.
U większości z nich zakupy wyglądały zapewne tak – o, jaka niesamowita promocja, a tu jeszcze coś kupię, a tam tylko zerknę…no, może skuszę się na ten cudowny, zielony sweter.
Małżeństwa biegające od drzwi do drzwi, z ogromnymi, markowymi siatkami – od Rossmana do Tesco, poprzez H&M i New Yorkera.
Tamtego dnia, odwiedzając galerię, niechcący potrącił mnie blond-włosy anioł, o przecudownych, błękitnych oczach. Kobieta wypuściła z rąk kolorowe czasopismo, po które schyliłem się natychmiastowo. Moje spojrzenie rozbiło się o pojedynczy tytuł niedużego felietonu, ignorując jednocześnie zakłopotanie młodej damy.

CZY ZNASZ JUŻ SENS ŚWIĄT?

Jedno proste pytanie upewniło mnie, że jestem do nich kompletnie nieprzygotowany. Nie, nie, oczywiście, że nie w sensie materialnym. Prezenty, ładnie zapakowane w duże, kartonowe pudełka, owinięte w miodowe wstążki leżały w moim składziku i czekały, aż zajmą swoje zasłużone miejsce pod choinką. Mimo tego, czułem w sercu pustkę.
Postanowiłem, że zamiast przełknąć tą pustkę, pozwolę radości naprawdę rozgościć się we wnętrzu siebie. Znajdę sens świąt.
Dziewczyna, z serdecznym i pełnym wdzięku uśmiechem, przeprosiła mnie, sugerując sobie idealny prezent pod choinkę – nowiutkie okulary.
Czasami wystarczy tak niewiele. Potykamy się o prawdę, z którą nie potrafimy się zmierzyć, ignorując czerwony alarm wewnątrz serca. Alarm komunikujący nam – jeszcze nie jest za późno na zmiany.
Przedarcie się przez tłum zakupoholików, krążących niczym zaczarowane, sterowane odgórnie mechanizmy zajęło mi kilkanaście minut. Na zewnątrz galerii panował nieprzyjemny, mroźny chłód, przyprawiający ludzi o dreszcze. Czarnowłosa kobieta – domyśliłem się, że oddana dzieciom matka – otuliła swoje pociechy dodatkowymi szalami. Nie dziwiłem się jej. 

Trzeba dbać o potomstwo, zwłaszcza, jeśli zima roztacza swoje uroki – niestety, nie zawsze przyjemne – na prawo i lewo.
Po pokonaniu czterech schodków, dzielących brukowany, szary chodnik od galerii, zauważyłem inną kobietę.
Ubrana była w sfatygowaną, pikowaną kurtkę w kolorze oliwkowym. Jej odzienie wierzchnie wyglądało nieatrakcyjnie, ale najwidoczniej nie dbała o to. Błyskawicznie zwróciłem uwagę na biały kartonik, stojący tuż przy butach.

ZBIERAM NA DOBRE ŚWIĘTA

Matko, pomyślałem ze smutkiem. Dobre święta? Zerknąłem dyskretnie do schowka, w którym trzymała darowizny, jeśli można było tak nazwać kilka złotych, małych monet na samym dnie. Była to w rzeczywistości ubrudzona lepką mazią czarna, bawełniana czapka, z dwiema, niewielkimi dziurami. Nie miałem pewności, czy podczas przenoszenia się do innego miejsca, część pieniędzy nie wypadnie jej przez te dziury.
Tłum galerianów – tak, wiem, że to brzydka i nieodpowiednia nazwa, ale inaczej nie da się ich nazwać – całkowicie ignorował obecność biednej staruszki.
Smutne, brązowe tęczówki uświadomiły mnie, jak wielką tragedię życiową przeżyła. Nie, nie byłem, nie jestem i już raczej nie będę psychologiem – chociaż kto wie? Jedno mogłem przypuszczać. Dla niej nadchodzące święta ciężko byłoby określić jako dobre.
Rozejrzawszy się wokół, zebrałem się na odwagę i wyciągnąłem portfel. Piękne cacuszko z krokodylej skóry. Sięgnąłem do miejsca, gdzie trzymam banknoty.
Bez wahania wyciągnąłem pięćdziesiąt złotych, a następnie położyłem na zimne, spracowane dłonie kobiety.
Zamknęła usta. Wpatrywała się we mnie, jak w skrzydlatego, białego niczym śnieg anioła, który dopiero co wysiadł z niebiańskiego busa.
-Pan naprawdę… - zaczęła, ale nie pozwoliłem jej skończyć. Po co? – Tak.
-Jest pan absolutnie pewien, że położył na moich rękach pięćdziesięciozłotowy banknot? – zapytała, ignorując moje potwierdzenie. – Tak.
-A jeśli panu nie starczy w święta na… - po raz kolejny chciała powiedzieć coś, co dyktowało jej serce, ale nie musiałem tego słuchać. – Kochana pani. Największą radość w trakcie świąt sprawia się, kiedy człowiek oddaje swoją prywatną, zasłużoną gwiazdkę innej osobie.

Kobieta uśmiechnęła się i zmięła w rękach banknot, po czym schowała do kieszeni. Odwzajemniłem ten uśmiech i odwróciłem się w stronę przystanku tramwajowego. Stamtąd odjeżdżała piątka – wprost pod mój dom.

Odnalazłem swój stracony sens świąt, pomyślałem, bez świadomości, że czysta, bezbarwna łza przemierzyła moje policzki i oderwała się od twarzy, rozbijając się o śnieżny, zbity puch.

Uwierzyć w Gwiazdkę 
   
 Śnieg pojawił się przed południem. Ewa zaparzyła kawę i stanęła przy kuchennym oknie, obejmując dłońmi gorący kubek i wpatrując się w ponure, czarne kontury drzew. Pogodziła się już z myślą, że święta będą szare i mokre. Szczerze mówiąc, nawet na to liczyła i kiedy w powietrzu zawirowały pierwsze białe płatki, poczuła rozdrażnienie. 
     Nie miała ochoty świętować. Teraz przywołała w myślach wczorajszą sprzeczkę z Adamem, który zaproponował, by Boże Narodzenie spędzili w domu jego rodziców. Sprzeciwiła się gwałtownie i w końcu wyrzuciła z siebie to, co uwierało ją, odkąd ujrzała pierwsze kolorowe światełka w sklepowych witrynach.
- W ogóle nie mam zamiaru obchodzić świąt. Gwiazdka jest dla szczęśliwych ludzi, a ja...
- Nie jesteś szczęśliwa – dopowiedział Adam i przez moment widziała w jego oczach głęboki smutek. Mimo to podszedł i przytulił ją mocno – A może święta to najlepsza chwila, by zacząć wszystko od nowa? By zapomnieć?
- Zapomnieć? - posłała mu zranione spojrzenie – Myślisz, że jakieś głupie święta pomogą mi zapomnieć? Oczywiście, dla ciebie to jest łatwe. To nie ty nosiłeś nasze dziecko pod sercem przez pięć miesięcy. To nie ty urodziłeś je... - … martwe, chciała wykrzyczeć, ale jej głos się załamał i poczuła, że ta rozmowa zakończy się kolejnym atakiem płaczu. Wolała uciec od jego smutnego spojrzenia, co zresztą zrobiła, odgradzając się szczelnie zamkniętymi drzwiami sypialni.
     
- Ale się rozsypało! - zawołał z hallu Adam – Będą białe święta!
- Co tutaj robisz? - zignorowała wzmiankę o niespodziewanych opadach i jego radosny ton – Dlaczego nie jesteś w pracy?
- Zaraz wracam do biura. Wyskoczyłem tylko po małe zakupy - wskazał paczki.
- Co to jest?
- Sama zobacz – znów ten uśmiech małego, psotnego chłopca. Ewa poczuła, że jego zakupy nie przypadną jej do gustu. Mimo to podeszła i przykucnęła przy pudełkach, odchylając wieczka i rozwijając białe i różowe bibułki.
     Z pudełka wyjrzały kolorowe kuleczki bombek choinkowych. Migotały wesoło w blasku lampy i nagle zobaczyła blade odbicie własnej twarzy i smutnych oczu. Adam nachylił się nad nią i wziął do ręki czerwoną kulę, gładząc ją, jakby trzymał w dłoni dorodne jabłko.
- Podobają ci się? - zapytał, a kiedy milczała, dodał – Wieczorem przywiozę choinkę.
- Nie chcę ubierać choinki! - powiedziała ze złością.
- Poczujesz się lepiej, kiedy ją ubierzemy. Zrobimy to razem. - tłumaczył, jak małemu dziecku – W domu zrobi się weselej, poczujesz gwiazdkowy nastrój. Skoro nie chcesz jechać do rodziców, spędzimy te święta we dwoje. Tak jak lubimy.
- Nie chcę obchodzić świąt! - podniosła głos – Nie chcę. Zrozum to w końcu.
- A ja? Pomyślałaś, czego ja chcę? - zapytał nagle. Odwróciła się na pięcie i kolejny raz odgrodziła go od siebie białą taflą drzwi.

     Leżała na łóżku, wpatrując się w ciemniejące okno. Śnieg nie przestawał padać i biały puch pokrył dokładnie połać trawnika przed domem i otulił konary drzew. Mimo rozdrażnienia Ewa musiała przyznać, że wygląda to pięknie. Magicznie. Gdyby była małą dziewczynką, wyobraziłaby sobie, że trafiła to tajemniczej krainy, gdzie spełniają się wszystkie marzenia, a ludzie są szczęśliwi. Tam, gdzie kobiety nie tracą wymarzonego dziecka.
    Na myśl o swoim małym synku, poczuła napływające do oczu łzy. 
    Nie walczyła z nimi. 
    Dawno temu, gdy wszyscy na około powtarzali, że musi być dzielna, próbowała je powstrzymywać. Chciała być silna. Ale kiedy bolesna prawda uderzyła w nią z całym impetem, złamała się wpół i już nie potrafiła się podnieść. Rozpacz i łzy stały się jej codziennymi towarzyszkami, skutecznie odgradzając ją od męża i reszty rodziny. 
    Oczywiście zdawała sobie sprawę z tego, że jej małżeństwo może się rozpaść. Wiele związków nie potrafiło poradzić sobie z tragedią, jaką jest utrata dziecka. Ewa kochała Adama, ale nie czuła się na siłach walczyć o niego. Miała mu za złe, że nie chce przeżywać żałoby, tak jak ona. Każdy jego uśmiech wbijał lodowate kolce w jej serce. 
    Ewa wsłuchała się w ciszę panującą w domu, próbując wyłuskać jakiś dźwięk, który świadczyłby o obecności męża. Kiedy jej uszu nie doszedł najmniejszy szelest, podniosła się z łóżka i ruszyła do kuchni. W kącie hallu stało niedbale oparte drzewko. Świeży zapach lasu uderzył Ewę po nozdrzach. Poczuła mdłości i uciekła do kuchni. 
     Przygotowywała kolację, gdy Adam wrócił do domu. Słyszała, jak krząta się po hallu, zdejmując buty i płaszcz, a potem pogwizdując rusza w kierunku kuchni. Nie zająknął się ani słowem na temat choinki, co przyjęła z ulgą. Poczuła, że się rozluźnia. Zapytała, jak mu minął dzień. Zjedli kolację i przeszli do salonu, aby obejrzeć wiadomości. Potem w milczeniu położyli się spać. 
     Ewa nie mogła zasnąć. Myślami wróciła do czasu dzieciństwa i radosnych świąt, gdy wraz z rodzeństwem przystrajała przyniesioną z lasu jodełkę, zakładając czerwone bombki i anielskie włosie. 
     Wtedy byłam szczęśliwa, pomyślała smutno, gładząc się po płaskim brzuchu.

    Wigilijny poranek powitał ich scenerią jak z bajki. Śnieg skrzył się w promieniach słońca, migocząc jak diamenty. Ewa podziwiała ten widok, siedząc przy kuchennym stole i pijąc kawę. Adam przeglądał gazetę. Nagle odłożył ją i spojrzał na żonę. 
- Potrzebujesz czegoś? Kupić coś na wigilię?
Potrząsnęła głową. 
- Chcę żebyś jechał na wieczerzę do rodziców.
- Oszalałaś? - otworzył szeroko oczy, jakby widział ją pierwszy raz w życiu.
- Nie mam zamiaru obchodzić świąt. Ale to nie znaczy, że ty masz tego nie robić. Jedź do rodziców, tak jak było zaplanowane.
- Ewuniu, nie zostawię cię samej w domu. Nie w wigilię.
- Dla mnie to dzień, jak każdy inny – wzruszyła ramionami. 
- Co mam powiedzieć rodzicom?
- Prawdę. Że ja już nie wierzę w Gwiazdkę. - podniosła się zza stołu, zbierając naczynia. Obserwował ją ze smutkiem.
- Nie zmienisz zdania?
- Nie – pokręciła głową.

     Wyjechał po piętnastej. Ewa schroniła się w zaciszu sypialni, podciągając pod brodę rudy koc i gapiąc się w okno. Kiedy Adam przyszedł się pożegnać, pozwoliła się pocałować i choć czuła głęboki smutek, wykrzywiła wargi w lekkim uśmiechu. Adam patrzył na nią badawczo.
- Na pewno mam jechać? Poradzisz sobie?
- Oczywiście!
- Co będziesz robić?
- Poczytam – wskazała ruchem brody rozłożoną na stoliku powieść. - Zadzwoń, gdy dotrzesz na miejsce. I jedź ostrożnie. Jest ślisko.
- Dobrze – kiwnął głową. - Nie wstawaj. Zamknę za sobą drzwi.
     Wsłuchiwała się w jego kroki w hallu, trzaśnięcie zamykanych drzwi i warkot odjeżdżającego samochodu. Kiedy zapanowała cisza, Ewa odrzuciła koc i zerwała się z łóżka. Wolnym krokiem obeszła pusty dom, szurając kapciami o parkiet i czując rozpierającą ją tęsknotę. Dziwnie czuła się w opustoszałym wnętrzu. Adam drażnił ją swoją pogodą ducha, ale brakowało jej świadomości, że jest blisko. 
     Weszła do salonu i stanęła jak wryta. Rozłożyste drzewko  tkwiło wciśnięte w kąt między telewizorem a biblioteczką, zachęcająco mrugając dziesiątkami kolorowych światełek. Adam musiał je ubrać, gdy spała. Podeszła do choinki i delikatnie pogładziła szmaragdowe igły, z których unosił się zapach lasu. Drzewko było piękne. Adam nie zapomniał nawet o anielskim włosiu, które wiele lat wcześniej przywiozła z domu babki i trzymała w drewnianej szkatułce w sypialni, traktując niemal jak czarodziejski amulet.  
     Resztę wieczoru spędziła na kanapie, przeskakując pilotem po kanałach i umykając przed radosnymi tonami kolęd. Wyobrażała sobie dom rodziców Adama, gdzie z pewnością zasiadano właśnie do stołu, łamiąc się opłatkiem i wesoło przekomarzając nad talerzem białego barszczu. Ewa     nie miała nic przeciwko spędzeniu świąt w tym radosnym gronie, ale obawiała się, że kolejny raz będą wymagać od niej dziarskiej miny i pogodzenia z losem. A ona nie była na to gotowa...
     Zamierzała właśnie przejść do kuchni i przygotować coś do jedzenia, kiedy jej uszu dobiegł cichy pisk. Podkradła się do okna, czując jak jej serce mocno bije. Pokryty śniegiem ogród skrzył się w świetle księżyca. Nie dostrzegła nikogo, ale piszczenie stawało się coraz wyraźniejsze. Ewa nie miała wątpliwości: ktoś był w ogrodzie i potrzebował jej pomocy. 
    Szybko narzuciła na siebie płaszcz i zanim dopadły ją wątpliwości, wybiegła z domu. Śnieg sprawił, że ogród tonął w niebieskawym blasku, mimo to nie mogła dostrzec, kto się w nim kryje. Już zamierzała zawrócić do ciepłego wnętrza, gdy jej wzrok przykuło delikatne poruszenie za bramą. Ktoś siedział na podjeździe z kostki brukowej i na jej widok nieznacznie się poruszył.
- Ktoś się poślizgnął na chodniku – pomyślała, ruszając szybkim krokiem w tamtą stronę. Nie czuła ani serca boleśnie bijącego o żebra, ani śniegu wpadającego do ciepłych kapci. Wymacała w kieszeni pilot od automatycznej bramy i wcisnęła guzik. Kiedy brama uchyliła się do końca, zrozumiała swoją pomyłkę...
     Na oblodzonym podjeździe siedział pies. Był duży, miał oklapnięte uszy, błyszczącą sierść pokrytą warstewką świeżego śniegu i smutne oczy. Z jego pyska wydobył się cichutki pisk otoczony kłębem białej pary. Pies niemrawo poruszył ogonem i położył pysk na wyciągniętych łapach. Dopiero wtedy Ewa zauważyła u jego boku pudełko, a w nim ciemną nieruchomą kuleczkę pokrytą warstewką szronu. 
    Zrozumiała.
- Wyrzucili cię. - westchnęła, nie tłumiąc łez, które napłynęły nie wiadomo skąd – Oszczeniłaś się, a oni cię wyrzucili. Wyrzucili cię w święta?
     Nachyliła się nad pudełkiem i trąciła palcem nieruchomą kuleczkę. Była zimna. Ktoś wystawił pudełko ze szczeniakiem na mróz, licząc że pozbędzie się problemu. Było mroźnie. Piesek nie przeżył, ale jego matka nie odeszła od pudełka. Czuwała przy swoim dziecku. 
- Mój boże, czemu nie ma tutaj Adama? On wiedziałby, co zrobić! - nieświadomie pogładziła czarne, zmierzwione futro suni, która nadal popiskiwała żałośnie.
     Ewa spojrzała na nią smutno.
– Wiem, co czujesz. Ja także straciłam dziecko. - powiedziała cicho. Zwierzę podniosło na nią smutne oczy, jakby czekając na dalsze słowa. Ewie nie trzeba było większej zachęty, otarła mokre oczy i wyrzuciła z siebie – Tak bardzo na nie czekałam. A ono urodziło się martwe.
     Siedziała przez chwilę, bijąc się z myślami i gładząc futro psa o smutnych oczach. Nie przyszło jej na myśl, że może zostać pogryziona, nie czuła chłodu pokrytego śniegiem podjazdu. Prosto w psie ucho opowiadała, jak długo czekała na upragnione dwie kreseczki na teście, a gdy w końcu je zobaczyła, zwariowała z radości. I o tym, jak była szczęśliwa, aż do dnia, gdy ból w dole brzucha dał jej znać, że coś jest nie w porządku. Aż w końcu o tym, że bardzo pragnie znów zajść w ciążę, ale przeraźliwie się boi, że znów coś pójdzie nie tak. 
- I że moje serce rozpadnie się na milion kawałeczków. - dodała cichutko. - Nie jestem już młoda. A jeśli nie zdążę zostać mamą?
     Sunia zastrzygła uszami, myśląc o smutku siedzącej przy niej kobiety, a potem wróciła myślami do mieszkania, gdzie spędziła miniony ranek. Myślała o piskach dzieci ubierających choinkę i ciepłym kącie kanapy, który lubiła. A potem o krótkiej jeździe samochodem, której celem stał się podjazd przed jedynym nieoświetlonym domem przy ulicy. Zajrzała w oczy płaczącej kobiety i delikatnie trąciła nosem pudełko, przysuwając je bliżej siedzącej. 
- Nic nie mogę zrobić – Ewa poczuła rozpacz– Przepraszam.
     Nagle zrozumiała, jak czuł się jej mąż, który za wszelką cenę chciał przywrócić ją do życia. Jak bezsilny był, gdy nie mógł pomóc jej poradzić sobie z bólem po stracie dziecka. Kobieta przytuliła psa i rozszlochała się na dobre. 

    Kiedy godzinę później Adam zajechał przed dom, powitały go rzęsiście oświetlone okna. Z niepokojem wpadł do salonu, gdzie leżąca na kanapie Ewa słuchała kolęd. 
- Przepraszam Ewuniu, nie powinienem w ogóle cię zostawiać. Idiota ze mnie. - zawołał, biorąc ją w ramiona.
- To ja przepraszam. - wyszeptała, wtulając się w niego. 
     Nagle Adam poczuł, że jest obserwowany. Ze zdumieniem wpatrywał się w wielkiego, czarnego psa, który rozciągnął się przy kominku. 
- A to kto? - zmarszczył brwi.

- A to jest Gwiazdka. - odparła cicho. Suka załomotała ogonem w deski parkietu, jakby chciała dać znać, że rozumie, o kim mowa. - To jest Gwiazdka, która dała mi nadzieję.


Wigilijna miłość.
Leżała w łóżku i czekała, przecież wiedziała, że ten dzień nadejdzie. Podobnie jak nadszedł wczorajszy i tak samo jak będzie jutrzejszy. Tyle, że bez niego, kolejna doba bez niego. Usiadła przy łóżeczku Jaśka i ze łzami w oczach patrzyła na maleńką, bezbronną twarzyczkę kiedy rozległo się ciche pukanie do drzwi. 
– Mogę? – w drzwiach pojawiła się czerwona twarz mamy, musiała dopiero wrócić z podwórka, bo wyglądała na przemarzniętą. 
–Nie! – odpowiedział i znów skierowała twarz w stronę swojego Bąbelka. Uwielbiała tak do niego mówić, przez całą ciążę zwracali się tak do swojego synka, kiedy kopał ją nad ranem uśmiechali się do siebie i obserwowali brzuszne harce. 
-Śpi jeszcze?- mama wyszeptała tuż przy jej uchu.
Nie odpowiedziała, przytaknęła tylko lekko kiwając głową. Oczy miała pełne łez i wiedziała, że wystarczy jedno mrugnięcie powiek, żeby cały żal znów zaczął się lać po jej policzkach.
-Uleńko, dzisiaj Wigilia, tyle rzeczy do przygotowania. Nie można się martwić.
-Można mamo, ja mogę.-  pociągnęła nosem i mocniej otuliła się szlafrokiem.
-Kochanie dzisiaj trzeba się cieszyć, świętować cud narodzin Pana. – Mama położyła jej rękę na ramieniu i przytuliła do swego boku.
-Ja nie mam się z czego cieszyć!- powiedziała trochę głośniej niż zamierzała – Jaki cud narodzin?! No jaki mamo?! Czemu ten cały Twój Pan nie pomyślał o tym rok temu, co?!- krzyczała. Usłyszała ciche kwilenie i wzięła zaspanego synka w ramiona tuląc się do jego pachnącej szyi wyszeptała: My już nie mamy świąt – ocierała łzy podczas gdy mama ze spuszczoną głową wychodziła z pokoju.
Usiadła w bujanym fotelu i karmiła swego malca. Za oknem padał śnieg, ogromne białe płatki wirowały w lekkich podmuchach wiatru. Wciąż było szaro, ale to uroki zimy, taką ją lubili najbardziej - srogą. Na stoliku tlił się ogień czterech czerwonych świec tworzących cudowną kompozycję ze świerkiem i złotymi dzwoneczkami. Co roku dostaje taki od teściowej, teraz już chyba byłej teściowej. Wciąż nie była pewna czy dalej mogła tak o niej myśleć. Spoglądała w okno i uśmiechała się na wspomnienie wigilii spędzonej z Michałem w lesie. Wracała właśnie z pracy, kiedy zobaczyła go na przystanku autobusowym w wielkiej czerwonej czapce z białym pomponem. Nie mogła się nadziwić, że jechał tyle drogi tylko po to, żeby nie musiała od przystanku iść pieszo do domu. Mieszkała w małej wiosce położonej pośród lasów, była tam tylko apteka, jeden spożywczak, kościół i cmentarz. Od przystanku miała jakieś 2 kilometry, a jej samochód, jedyny samochód jaki mieli właśnie się zepsuł. 
Wyskoczyła z autobusu prosto w jego ramiona i tuliła się do swojego świętego Mikołaja. 
-Czy byłaś grzeczna w tym roku młoda damo? –zapytał wtulając się w jej ciepły policzek.
-Oczywiście Mikołaju! Byłam grzeczna i zasługuję na baaaardzo dużo prezentów. – zaczęła się śmiać i wpadła w wir jego namiętnych pocałunków. Musieli stać już chwilę, bo poczuła jak przeszywa ją dreszcz zimna, oderwała swoje usta i wyszeptała patrząc w cudownie brązowe oczy –  jak zaraz nie wyruszymy to zamarzniemy z zimna, śnieg nas zasypie i żadne z nas nie zdąży na wigilię.
-Ho, ho, ho – zawołał Michał głośnym, grubym głosem naśladując świętego z bajek – ktoś tu chyba zapomniał, że mój Rudolf Czerwononosy nie boi się ani mrozu ani śniegu. Ho, ho, ho!
Ulka nie była w stanie powstrzymać łez ze śmiechu widząc jak Michał na co dzień chudzielec masuje się po specjalnie wydętym brzuchu i udaje Mikołaja, w którego ona już od wielu lat nie wierzyła. – Kochanie może Twój Rudolf ma czerwony nos i nie boi się zimy, ale Twoja śnieżynka już całkiem przemarzła wiesz? – pocałowała go w policzek i wsiadła do samochodu, w którym ciepłe powietrze otuliło jej twarz, a wokół roznosił się zapach pomarańczy, które to niedawno ususzyła i ozdobiła goździkami tworząc magiczny zapach świąt możliwy do powieszenia w każdym miejscu.
Jechali do domu bardzo powoli, drogi były zasypane, a po pługu który rano odśnieżał okoliczne ścieżki nie został już nawet ślad. Trasa, którą na co dzień pokonywała samochodem w dziesięć minut dzisiaj mogła zająć im nawet godzinę. Przy każdym poślizgu odruchowo łapała za jego dłoń, wtedy czuła się bezpieczna. Podłączyła do radia swój odtwarzacz mp3 i z głośników popłynęło magiczne ”Last Christmas”. Kochała Boże Narodzenie również za tą piosenkę, nie wyobrażała sobie bez niej świąt. Odwróciła głowę w stronę Michała i zobaczyła zakochane oczy wpatrujące się w nią, znów poczuła znajome motyle w brzuchu i nim zdążyła coś powiedzieć przód ich samochodu ginął w wielkiej śnieżnej zaspie. 
- No cholera jasna! – wykrzyczał Michał i uderzył pięścią w kierownicę.
Wystraszyła się, ręką ściskała pas bezpieczeństwa i głośno oddychała. Poczuła jak ktoś odpina jej pas i odwraca jej twarz. – Nic Ci nie jest? – mówił otulając jej dłonie swoimi. – Ula, czy wszystko porządku? – Michał coraz donośniej zadawał pytania. 
Pokiwała głową i wtuliła się w ukochane ramię – tylko się wystraszyłam - wyszeptała.
-Wiem, przepraszam. Powinienem bardziej uważać, widząc to co się dzieje na drodze. – Wysiadł z samochodu i zaczął obchodzić go dookoła chcą sprawdzić jak najszybciej czy uda się go wydostać z tej ogromnej zaspy, ale nie widział szans by we dwoje mogli to zrobić. Wsiadł do samochodu, kiedy Ula chowała telefon. – Gdzie dzwoniłaś?
-Do taty, przecież sami go nie wypchniemy, a Twój Rudolf też gdzieś zwiał – dodała już cieplejszym głosem i uśmiechnęła się.
-Kochanie, przecież macie zepsute auto, czym Twój tata przyjedzie? 
-Spokojnie, da sobie radę. – puściła do niego oczko i przesłała całusa. – A teraz pomóż mi wyjść stąd, bo chwilę się zejdzie nim ktoś nas uratuje, a jeśli będziemy tu siedzieć i marznąć to jutro na pewno dopadnie nas jakaś choroba.
Podał jej rękę i pomógł wydostać się z samochodu przez swoje drzwi, bo te od strony pasażera utkwiły w zaspie i ich otwarcie było niemożliwe. Wyszła z samochodu i zaczęła podskakiwać, wymachiwać rękami i nogami.
-Przepraszam, a co Ty robisz? – Michał nie kryjąc śmiechu oparł się o samochód i zakładając rękawiczki obserwował gimnastykę w środku ciemnego lasu.
-Rozgrzewam się. – powiedziała wydychając z każdym słowem kłęby białej pary. – Ty też powinieneś, bo zmarzniesz. Popatrzyła w jego kierunku, ale nie zauważyła żadnej reakcji. Postanowiła więc zmusić go do ruchu. Pomiędzy podskokami chwyciła garść świeżego, lepkiego puchu i zrobiła z niego ogromną śnieżkę, wycelowała wprost w ramię Michała, który jakby nigdy nic otrzepał kurtkę i dalej się jej przyglądał. Po chwili znów rzuciła w niego śniegiem i ponownie nie zaobserwowała żadnej reakcji. Czuła jak robi się jej coraz cieplej i schylała się po kolejną porcję śniegu, gdy bez  żadnego ostrzeżenia przewróciła się i widziała nad sobą wielką, białą śnieżkę. – I co teraz Kochanie? – usłyszała zasapany głos Michała. Nie była jednak w stanie wypowiedzieć żadnego słowa, ze śmiechu bolał ją brzuch i w myślach błagała by z niej zszedł. Michał przewrócił ją na plecy i uklęknął obok trzymając jej ręce złączone nad głową. – Dalej chcesz się porzucać śniegiem? – Pytał rozbawionym głosem i potarł swoim nosem o jej zmarznięty nos dając jej wyznanie miłosne. 
-Nie- wyszeptała nie mogąc przestać się śmiać. – Patrz pierwsza gwiazda. – krzyknęła patrząc w czarne niebo rozciągające się nad ich głowami. Sądziła, że w ten sposób wyswobodzi się z pułapki Michała i zdąży złapać trochę śniegu w odwecie. Nie pomyliła się, puścił jej dłonie, ale nagle stał się dziwnie poważny. Wciąż klęczał u jej boku, przestał się śmiać i podał jej rękę, usiadła naprzeciwko niego po turecku – Michał wszystko dobrze? – spojrzała w jego roziskrzone oczy.
-Tak, chyba tak. – z wahaniem w głosie zdjął rękawiczki i na otwartej dłoni postawił przed nią małe czerwone pudełko. – Ula wiem, że wyobrażałaś sobie to inaczej, miało być romantycznie i uroczyście, ale ja już nie chcę czekać. Nie wiem czy ktoś nas stąd dzisiaj uratuje, wiem tylko, że od dzisiaj chcę wszystkie święta spędzać z Tobą, chcę żeby nasz każdy dzień był magiczny, a każda noc wyjątkowa, bo nasza. Czy zostaniesz moją żoną?
Otworzyła oczy, po policzkach lały się łzy. Nie mogła uwierzyć, że już go nie ma. Pierwsze wspólne święta na środku zaśnieżonej drogi, potem kolejne i kolejne, a teraz samotne, takie puste bez niego. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego Bóg właśnie ten czas wybrał na jej doświadczanie. Rękawem szlafroka ocierała policzki na wspomnienie tego jak się cieszył, gdy zgodziła się za niego wyjść. Przełożyła Jasia do drugiej piersi, pomimo tego, że dzisiaj kończył rok to wciąż lubił tulić się do niej, nie chodziło nawet o pokarm, tylko o więź między nimi. Ona też lubiła te chwile, byli wtedy tylko we dwoje, a właściwie we troje, bo przecież on też był, gdzieś z boku, ale był.
Schodziła na dół i na każdym stopniu schodów coraz wyraźniej czuła zapach barszczu, kompotu z suszu, aromatycznej kapusty, która zniknie w pierogach i jej ulubionej kutii, pełnej rodzynek i chrupiących orzechów. Włożyła Jaśka do wózka i zerknęła na stół przykryty białym obrusem, spod którego wypadały źdźbła siana. Patrzyła na dodatkowe nakrycie oczekujące zbłąkanego wędrowca, na opłatek, który w tym roku będzie musiał wchłonąć więcej łez niż zazwyczaj. Sięgnęła po jeden kawałek i schowała go w kieszeni kurtki.
-Dokąd idziecie, przecież zaraz kolacja! – Mama trzymając ścierkę w dłoni patrzyła to na nią to na ojca smażącego w kuchni karpia.
-Idziemy na Wigilię. – Ulka wciągnęła buty i do wózka włożyła dodatkowy koc.
-Dziecko przecież tutaj jest Wigilia. – Nic już nie odpowiedziała mamie. Popchnęła wózek i nim zamknęła drzwi domu usłyszała głos ojca – Nie becz kobieto, dla nich świat zaczyna i kończy się przy jego grobie.
Prowadziła wózek zaśnieżoną ścieżką uważając by świeczki, które ze sobą zabrała nie potłukły się w koszyku. Pokonywała kolejne metry i znów widziała jego ciepły uśmiech. 
Pamiętała ich ślub, który odbył się w grudniu. Marzyła, żeby był to czerwiec, a najlepiej lipiec. To nic, że nie ma  w nazwie litery r. Najważniejsze, że będzie ciepło, będą szli pieszo do kościoła, pośród dojrzewających zbóż, będą słuchać treli ptaków, a w dłoni czerwone maki będą jej przypominać o lecie. Postanowili jednak, że po śnieżnych zaręczynach pora na śnieżny ślub. Bała się, tak bardzo się bała, że znów zawieje, że Michał nie dojedzie, że się spóźnią, że marzenie o najpiękniejszym dniu pryśnie niczym sen. Niepotrzebnie. Obiecał, że wszystko będzie wspaniale i było. Dojechał na czas, wszedł w czarnym fraku do jej domu i podarował jej bukiet maków. Wciąż nie wie jak 25 grudnia zdobył maki, ale dla niej potrafił wszystko, mówił, że dla niej będzie góry przenosił, ale ona wolała, żeby był blisko. –Michał ja tego nie potrzebuję, ja chcę żebyś tylko był – mówiła. 
Zawsze odpowiadał jej to samo – Będę, teraz już na zawsze będę blisko.
Nie kłamał. Czuła jego obecność obok siebie. Zawsze, gdy go potrzebowała czuła kojące ciepło, wiedziała, że jest. Mogła go tylko czuć, albo aż czuć.
Doszła do bramy cmentarza, otworzyła furtkę i wprowadziła wózek. Było ciemno i bardzo, bardzo cicho. Drogę do jego grobu znała na pamięć, mogła nie wiedzieć  jak trafić do domu, ale zawsze wiedziała jak dojść do niego. Wraz z Jasiem byli jedynymi osobami na cmentarzu, oprócz nich nie było nikogo, nie było kroków, nie było głosów, które za dnia można było tu usłyszeć. Popatrzyła na granitowy pomnik, na kolorowe zdjęcie, z którego patrzyły ukochane brązowe oczy. Wciąż słyszała jego cichy śmiech, ona zawsze śmiała się w głos, on cicho, jakby tylko dla niej. Zapaliła lampiony i postawiła je tuż pod zdjęciem. Ocierała łzy, minął rok, ale u niej czas nie leczył, nie koił bólu, on tylko go chował głęboko w jej wnętrzu. Trzymała syna w ramionach i nie potrafiła zrozumieć dlaczego? Dlaczego go nie ma? 
Spojrzała w ciepłe oczka malca i wciąż wracała do ostatniej wigilii. Termin porodu miała na drugiego stycznia, te święta miały być ostatnimi spędzonymi we dwoje. Chociaż tak naprawdę to nie byli we dwoje, przy świątecznym stole było ponad dwadzieścia osób, jej rodzice, teściowie, siostry i brat Michała. Składali sobie życzenia przy blasku pierwszej gwiazdy, wkładali łuski karpia do portfeli, żeby im pieniędzy nie zabrakło na przyszły rok, objadali się dwunastoma potrawami by żyć w dostatku, obdarowywali prezentami wywołując uśmiechy tych, którzy otrzymali, ale też tych którzy dawali podarki. Na koniec jak zawsze całowali się pod jemiołą, bo przecież wtedy pocałunek smakuje najlepiej. I właśnie w trakcie tego pocałunku poczuła silny skurcz, wiedziała, że ma jeszcze czas, ale lekarka uprzedzała, że może zacząć się trochę wcześniej, że tydzień czy dwa, to nic strasznego, że mają się nie martwić tylko jechać do szpitala. Usiadła na fotelu i miała nadzieję, że to fałszywy alarm. Michał klęczał przed nią i podobnie jak w szkole rodzenia pomagał jej poprawnie oddychać wprowadzając w ten sposób odrobinę spokoju. Kiedy skurcze pojawiały się coraz częściej, kiedy nie była już w stanie powstrzymać krzyku wraz z ojcem poprowadził ją do samochodu i zawiózł do szpitala. Brał udział w porodzie, przeciął pępowinę i tulił swego pierworodnego jednocześnie ocierając łzy szczęścia. Siedział przy jej łóżku, podczas gdy malec odpoczywał już w ciszy przytulony do jej piersi. 
-Kocham was, tak strasznie bardzo was kocham, że oddam za was nawet życie. – mówił pełen wzruszenia ściskając jej dłoń i składając na niej ukradkowe pocałunki.
-My też Cię Kochamy. – odpowiadała – Bardzo.
Wpatrywali się w siebie niczym para nastolatków i uśmiechali się patrząc na pachnący owoc swej miłości. Tuż przed północą Michał zszedł do samochodu po torbę z jej rzeczami, której w tym pośpiechu nie zabrali z bagażnika. Poszedł na parking i już nie wrócił. Miał pecha. Pijany kierowca wjechał za szybko na podjazd przed szpitalem, uderzył w niego, zginął na miejscu. Obaj zginęli.
Minął rok, dokładnie rok odkąd ma Jasia i dokładnie rok odkąd nie ma Michała. Pierwsze Wigilia bez niego, a jednocześnie pierwsza wigilia we troje. Przykucnęła obok pomnika – Wesołych Świąt Kochany, Wesołych Świąt. – powiedziała i włożyła kawałeczek opłatka do swoich ust, kawałek do ust Jasia, a część położyła na pomniku. Jedna całość w trzech małych okruchach.

Cicho zaczęła nucić Last Christmas, a Jasiek opierając małą rączkę o zdjęcie ojca wyznawał jej miłość robiąc noski, noski eskimoski. 

Migdałowe łzy

- Zamknij oczy i otwórz buzię!
   - Ale po co? Co dla mnie masz, tatusiu?
   -Musisz sama zgadnąć, Natalko!

   W ustach Natalki rozlała się cudowna, mleczno-słodka poezja przysmaku. Cynamon pachniał świątecznie. A migdał w środku, chrupki i wyrazisty był wspaniałym uwieńczeniem tej mini - uczty. Lecz choć smak był niebiański, to dziewczynce zrobiło się dziwnie smutno. Nie otwierała jeszcze oczu, bo nagle pod powiekami zebrały się nieoczekiwane łzy, których za żadne skarby świata nie chciała pokazać tatusiowi...

   Ten migdał w przepysznej, białej czekoladzie z cynamonem przypomniał jej święta, które kiedyś spędzała z obojgiem rodziców. Pamięta, jak po kolacji usiadła tatusiowi na kolanach a on odpakowywał dla niej ze złotych papierków migdałowe pyszności. Mama gładziła tatę po jego wspaniałej, czarnej brodzie i uśmiechała się tak ślicznie, jak to tylko ona potrafiła.
   Natalka miała wtedy siedem lat. Nie przypuszczała, że były to ich ostatnie wspólne święta. Wkrótce potem tatuś zniknął z ich życia. Nie było go nawet na urodzinach mamusi. I były to bardzo dziwne urodziny. Przyjechała babcia i tuląc raz po raz wnuczkę i córkę, nie rozstawała się z chusteczką do nosa. Nie było nawet komu zaśpiewać sto lat (zawsze tatuś śpiewał to swoim grubym, "mikołajowym" głosem).
   Po cichych urodzinach dni płynęły powoli i sennie, jakby otuliła je jakaś nieznośna, lepka mgła. Potem niby wszystko się wypogodziło. Natalka poszła do szkoły, mamusia do pracy a babunia gotowała im wspaniałe pierogi z serem...
   Tylko sny Natalki były wciąż męczące i natrętne. W tych snach tatuś pływał na maleńkiej łódeczce po ogromnym, wzburzonym morzu. Coś wołał, ale ryk sztormowych fal zagłuszał jego słowa...

   A dzisiaj nagle wrócił...Była połowa grudnia. Na dworze wspaniale śnieżyło a misterne wzory delikatnych liści i kwiatów ozdabiały od rana okna w pokoiku Natalki. Dziewczynka od kilku dni nie wychodziła z domu, bo była przeziębiona. Chyba przyczyniła się do tego zabawa w bańki mydlane wypuszczane wprost w chłodny, listopadowy poranek. Ale już czuła się dobrze. Tylko mamusia na wszelki wypadek wciąż zabraniała jej powrotu do szkoły, bojąc się, że katar rozwinie się w jakąś poważną infekcję i wówczas nie obejdzie się już bez antybiotyków. 

   Tata przyszedł przed południem wraz ze swoim serdecznym uśmiechem, z mikołajowym, niezapomnianym głosem i śmieszną brodą, w którą wplotły się nitki babiego lata. Natalce o mało serce nie wyskoczyło z piersi. Odruchowo chciała zawołać mamę, ale zaraz przypomniała sobie, że przecież mamy nie ma. Wyszła pośpiesznie z domu tuż przed zapowiedzianą wizytą taty. A przecież nie spieszyła się do pracy, bo dzisiaj była wolna sobota.  Drzwi otworzyła mu babcia. Miała poważne, zaciśnięte usta. Nie odpowiedziała nawet na jego dzień dobry...

   I teraz te łzy migdałowe...Wzburzone morze zaszumiało w głowie dziewczynki. Cynamonowy, słodko-gorzki deszcz zalewał łódeczkę. A na tej łódeczce stała Natalka z zamkniętymi oczami, które wciąż bardzo bała się otworzyć. Tuliła się do tatusia i wąchała jego niepowtarzalny zapach. Te cudowną mieszaninę woni wiatru, deszczu i cukrowej waty.

- Tatusiu, tatusiu! Dlaczego tak długo cię nie było?! Czy znowu odjedziesz? Czy zostaniesz i pobawisz się ze mną? Proszę, zostań! – szeptała dziewczynka gryząc słodko – gorzki migdał. Przełykała uparte łzy i dygotała na całym ciele, uparcie ściągając kurtkę z tatki, który usiadł sztywno na krześle w jej pokoju, wyglądając jak gość, który przybył tu tylko na chwilę.

- Natalko! Nigdzie już nie zniknę. Obiecuję! Nie bój się, kochanie… - Tatuś pozwolił w końcu zdjąć z siebie wierzchnie ubranie i tulił teraz do siebie córeczkę tak mocno, że prawie tchu nie umiała złapać. Paczuszka migdałów w białej czekoladzie spadła mu na podłogę i łakocie rozsypały się teraz pod biurko, jak zapomniane, niepotrzebne nikomu klejnoty.

   Długo trwali oboje w tym drżącym przytuleniu, nie wiedząc jak przerwać tę chwilę i chyba nawet nie chcąc jej kończyć, tak wiele w niej było uczuć, niewypowiedzianych słów i szalejących niczym śnieżna wichura emocji. Wreszcie mężczyzna posadził sobie córeczkę na kolanach, z ogromną czułością gładząc jasne włosy i raz po raz całując czoło i policzki dziewczynki huśtał ją jak za dawnych czasów, gdy była jeszcze bardzo mała i czasem miała problem z zaśnięciem.
Wkrótce zrobiło im się błogo, ciepło i spokojnie na duszy. Niebezpieczny sztorm ucichł. A tych dwoje, niczym para rozbitków na tratwie, cieszyło się kojącym trwaniem bezkresu oceanu, który otaczał ich ledwo wyczuwalnym falowaniem, przynosząc obietnice dobrej, słonecznej aury. 
I rzeczywiście, pogoda zapowiadała się wspaniała. Schowane dotąd za kurtyną ciężkich, śniegowych chmur słońce rozbłysło wspaniale, siejąc szczodrze po białych, nie zadeptanych jeszcze przez nikogo połaciach, cudownie błyszczące diamenty, brylanty i perły.

- A może chciałabyś pójść ze mną na spacer? Zobacz, jakie wielkie śnieżynki lecą teraz z nieba !Jak pięknie błyszczy śnieg za oknem! – zaproponował tatuś, biorąc na ręce córeczkę i odsłaniając firankę, by lepiej mogła widzieć ten cudowny, biały spektakl rozgrywający się na dworze.

- Chciałabym, ale mamusia nie pozwala mi jeszcze wychodzić! Martwiłaby się o mnie, gdybym znowu się rozchorowała! – zawołała dziewczynka, patrząc poważnie w orzechowe, jeszcze wilgotne od fali niedawnych wzruszeń, oczy ojca.

- O to się nie martw, kochanie! – odrzekł tatuś – Wczoraj wieczorem rozmawiałem  z twoją mamą przez telefon i powiedziała, że jeśli ubierzesz się ciepło, to na godzinkę możemy wyjść na spacer po parku.
   
Natalce momentalnie oczy zaświeciły się do tego pomysłu. Ucałowała serdecznie tatkę a potem zsuwając się na podłogę z jego ramion, pociągnęła go za sobą do przedpokoju, gdzie od kilku dni wisiał smętnie jej ciepły, zimowy płaszczyk i wprost nie mógł się już doczekać tej grudniowej, wspaniałej przechadzki. 

- Pomogę ci się ubrać – zaproponował tata i jak kiedyś, gdy była mała dziewczynką zaczął nieporadnie naciągać na jej dłonie wełniane rękawiczki a szyję córeczki otulać zbyt ciasno ciepłym, kolorowym szalikiem.

- Oj, tatusiu! Przecież ja jestem już duża! Chodzę do trzeciej klasy i umiem sama się ubierać! – zaśmiała się Natalka, ciesząc się tą dawno nie odczuwaną troską taty i naciągając na głowę różową czapeczkę. Tę samą, którą kiedyś dostała od niego w podarunku. Czapka była już mocno rozciągnięta i nie tak puszysta jak niegdyś, ale dziewczynka bardzo ją lubiła i wolała tę niż nowe czapki, dziergane wieczorami na drutach przez pracowitą babunię. A właśnie babcia przydreptała do przedpokoju. Popatrzyła surowo na tatkę. Postawiła kołnierz płaszczyka wnuczki, napominając ją by nie biegała i by uważała na siebie.

- O drugiej obiad! – powiedziała – Żebyście na pewno byli z powrotem w domu o tej porze!
- Słyszysz Jacku?! – zwróciła się po imieniu do ojca Natalki a potem zasznurowała usta w wąską nitkę i westchnęła, nie bardzo chyba wierząc, że można liczyć na odpowiedzialne zachowanie i punktualność zięcia.

-Wrócimy na czas! – odparł tata i spróbował uśmiechnąć się do babuni. Jednak ona zupełnie już nie zwracając na niego uwagi pochylała się nad wnuczką i całowała ją serdecznie na do widzenia.

I oto wyszli nareszcie na ten niepokalanie biały śnieg. W tę cudowną ciszę mroźnego przedpołudnia. W baśniowy świat delikatnej mgły, osiadłej na krzewach szadzi i cieniutkich sopli lodu, niczym srebrzyste bombki zwieszające się z dachów i okapów.

- A może zanim pójdziemy do parku zerkniemy na fontannę przy rynku? Pamiętasz córuniu, jak dawniej lubiliśmy tam razem chodzić? Wrzucać do niej pieniążki i wypowiadać życzenia? Albo jak zimą doszukiwaliśmy się w niezwykłych kształtach zamarzniętych strug fantastycznych postaci wiedźm i chochlików? Czy w ogóle lubisz jeszcze baśnie Natalko? A może wyrosłaś już z tego? – z dziwną niepewnością w głosie zapytał tatuś, zerkając na tę swoją nieoczekiwanie dużą córkę, która tak bardzo zmieniła się od ich ostatniego widzenia. Urosła, spoważniała i stała się jeszcze bardziej podobna do swojej mamy – Alicji.

- Pewnie, że lubię tatusiu! Tylko, że teraz, gdy sama potrafię już czytać znam ich o wiele więcej niż w dawnych czasach. Ale nadal moją ulubioną baśnią jest ta sama, co kiedyś…
- Pamiętasz tatusiu, jaka to baśń? – dziewczynka zatrzymała się, zadarła główkę wysoko do góry i wpatrzyła się z natężeniem w oczy ojca. Jego odpowiedź była dla niej bardzo ważna, bo to przecież on po raz pierwszy przeczytał jej kiedyś tę cudowną historię na dobranoc. Potem byli razem w kinie na filmie opartym na tej baśni. A gdy Natalka chodziła do pierwszej klasy brała udział w przedstawieniu szkolnym, gdzie grała swoją ukochaną postać. Postać odważnej, małej Gerdy z „Królowej Śniegu”. A na widowni siedział wówczas tatuś, mamusia i babcia i z całej siły bili jej brawa. A najgłośniej klaskał właśnie tatuś i mówił potem, że jest bardzo, ale to bardzo ze swojej utalentowanej aktorsko córki dumny.

   Tata potarł w zamyśleniu brodę. Zmarszczył czoło, szukając widocznie w pamięci tytułu baśni. Długo nic nie odpowiadał i tylko wpatrywał się w skupieniu w twarz bardzo przejętej tą przeciągającą się chwilą córki. Wreszcie Natalka zatupała niecierpliwie na śniegu. I mina jej zrzedła, bo pomyślała, że on jednak zapomniał. A może tak, jak Kaj był porwany przez Królową, która wytarła z jego pamięci wszystko, co najważniejsze…?Jednak wtem oczy taty rozjaśniły się, a usta rozciągnęły w łobuzerskim uśmiechu.

- Wiedziałem, że dasz się nabrać, moja śliczna, mała Gerdo! – zachichotał a potem szepnął już zupełnie poważnie.
- Pewnych rzeczy nie zapomina się nigdy. A przecież ta andersenowska opowieść o Królowej Śniegu była zawsze i moją ukochaną baśnią, córeczko. Fascynowała mnie postać samej Królowej. I bardzo żal mi było uwięzionego przez nią Kaja. Kiedyś nawet opowiadałem ci, że będąc chłopcem obiecałem sobie, że nigdy nie pozwolę, by do mojego oka wpadł kawałek zaczarowanego lustra. Takiego, od którego obojętnieje się na najważniejsze na tym świecie rzeczy, na najbliższe osoby i ich uczucia.  Nawet wrzuciłem do fontanny przy rynku złoty dukacik, żeby mi się to życzenie spełniło.

- Ale potem okazało się, że te kawałki lustra potrafią tak sprytnie wnikać w serca ludzkie, iż czasem nie wiadomo nawet kiedy i jak się to dzieje… – szepnął już jakby sam do siebie zasmucony tatuś i gdyby nie jego przetykana siwymi nitkami broda wyglądałby teraz zupełnie jak mały, bezradny chłopiec.

- Nie martw się tatusiu! Ja przecież jestem Twoją Gerdą i we wszystkim ci pomogę! – z pełnym przekonaniem oświadczyła dziewczynka, marszcząc przy tym czoło zupełnie tak samo, jak jej tata. 
- Biegnijmy na rynek! Popatrz ile tam ptaków! – zawołała Natalka, która nie rozumiejąc skąd wzięło się to nagłe zasępienie ojca, ale czując, iż trzeba oderwać jego myśli od tajemniczych wspomnień uściskała go serdecznie i wziąwszy za rękę pociągnęła w stronę dawno nie widzianej fontanny
 A tam, w otoczeniu srebrzystych gołębi świergotliwych wróbli, pochylona nad lustrem wody stała jakaś otulona błękitnym szalem, nieznana, lecz przecież skądś dziwnie znajoma drobna staruszka, która gmerała długim patykiem w wodzie, najwidoczniej usiłując coś z niej wydobyć.

- Może mógłbym pani w czymś pomóc? – zapytał grzecznie tatuś Natalki, gdy już zbliżyli się do kamiennej obudowy fontanny a ptaszki rozpierzchły się spłoszone we wszystkie strony, wzburzając chmurę puszystego śniegu, który ma moment zamglił otoczenie.

Staruszka tymczasem parsknęła niecierpliwie mamrocząc coś niewyraźnie pod nosem i wciąż tylko uparcie próbowała wyciągnąć coś, co tkwiło na dnie.

   Natalka zerknęła z ciekawością w srebrzysto-turkusową głębinę, której powierzchnię muskały wielkie płatki śniegu, pozostawiając na niej delikatne, ledwo widoczne kręgi. Dziewczynka stanęła bardzo blisko staruszki, pragnąc dojrzeć, cóż to takiego kobiecie do wody wpadło? W pewnym momencie zdało jej się, że coś tam złociście błysnęło. Jakby papierek po czekoladce albo może pieniążek?

- Że też ludzie wciąż mylą studnię z fontanną! – z niezrozumiałą irytacją i wyrzutem mruknęła dziwna starowinka i głośno wysiąkała nos, bo najwidoczniej już zmarzła od tego stania na mrozie. Mocniej otuliła się szalem. Pochuchała przez chwile na swoje poczerwieniałe od zimna, pomarszczone dłonie a potem znowu kontynuowała gmeranie patykiem.
- A to są przecież tak proste rzeczy! Lecz pomyłka ciągnie się potem za nimi przez całe życie! – gderała kobieta, patrząc przy tym uważnie na tatusia Natalki, który pod wpływem tego intensywnego spojrzenia zmieszał się a nawet lekko zaczerwienił.

- Jak można pomylić tak całkiem różne rzeczy?! – zdumiała się Natalka, zaciągając się z lubością zapachem mięty i jaśminu płynącym ku niej od niezwykłej staruszki. 

- Otóż można, moje dziecko! A najczęściej ludzie mylą się, co do swoich uczuć. Potem tak bardzo gubią drogi i ścieżki, że nie potrafią wrócić do miejsc, gdzie byli naprawdę szczęśliwi. Na szczęście ja czuwam! I proszę – oto jest! – zakrzyknęła tamta tryumfalnie, wyrzucając czubkiem swego kijka na brzeg kamiennej cembrowiny, mały złoty pieniądz. Potem otarła go w fałdach długiej do ziemi, wełnianej spódnicy i ni stąd ni zowąd podała ów przedmiot tatusiowi Natalki. A gdy ten wziął go w palce jakiś niezwykle jasny promień słoneczny przebił się spoza wciąż kłębiących się na niebie gęstych jak wata cukrowa chmur i wyraziście oświetlił powierzchnię dukata.

- Fontanna w naszym miasteczku ma moc budzenia marzeń i snów. Potrafi także przywracać porządek poplątanym myślom. Natomiast od spełniania życzeń jest studnia! Pamiętaj o tym, mój chłopcze! – wyrzekła stanowczo staruszka a potem pogłaskała serdecznie główkę Natalki i nie oglądając się za siebie odeszła szybko, znikając w głębi jednej z odchodzących od rynku uliczek.

Ojciec z córką długo patrzyli za tą gderliwą, lecz jednocześnie sympatyczną kobiecinką i próbowali sobie przypomnieć, skąd też mogą ją znać? Obojgu wydawało się, iż widzieli kiedyś jej postać na jakimś obrazku w książce z bajkami. Ale co to mogła być za książka? Jej tytuł zupełnie wyleciał im z pamięci.

- No to co? Pójdziemy teraz wrzucić dukata do studni a potem, tak jak planowaliśmy, wstąpimy do parku. Dobrze Natalko? – zaproponował tatko otrząsając się wreszcie z tego przydługiego, męczącego zamyślenia.

Jak postanowili, tak zrobili. Pieniążek chlupnął radośnie, wpadając w ciemnogranatową głębinę studni. A chmara gołębi przysiadła na jej cembrowinie, myśląc zapewne, że to jakiś smakołyk wpadł w tę ciemną czeluść i tych dwoje może mieć jeszcze w zanadrzu trochę drogocennych okruchów dla głodnego ptactwa.

- Następnym razem kupimy dla nich torebkę pszenicy! – westchnął tata, widząc jak rozczarowane są ptaki i zrywają się wszystkie na raz, dostrzegając jakiegoś nowego przechodnia na rynku i myśląc przy tym pewnie z nową nadzieją, iż tamten czymś ich wreszcie poczęstuje.

   Tymczasem tata z córką dotarli wreszcie do dawno nie odwiedzanego parku. Tam najpierw bawili się w chowanego. Potem lepili śnieżki i rzucali nimi w pnie drzew. Ślizgali się na zamarzniętych kałużach. Odciskali butami na śniegu wielkie okręgi i gwiazdy. Między nagimi gałęziami dębów wypatrywali rudych kitek wiewiórek.  Och, jak wspaniale im było razem! Jak radośnie i beztrosko! Ta cudowna godzina wspólnej zabawy mogłaby się nigdy nie kończyć. 

   Niestety, wreszcie przyszła pora umówionego powrotu do domu. Natalka mocno ściskała rękę ojca, bojąc się, że zaraz pożegna się z nią i znowu na długi czas zniknie. Szybko doszli do kamienicy, w której mieściło się mieszkanie Natalki. Przystanęli na klatce schodowej. Tatuś oczyścił ze śniegu płaszczyk córeczki a potem westchnął i sztucznie pogodnym głosem powiedział, iż wprawdzie teraz bardzo się spieszy, ale za tydzień znowu ją odwiedzi i zabierze na spacer. A może nawet wybiorą się wówczas do kawiarni przy rynku i zjedzą ulubione przez dziewczynkę ciastka z galaretką malinową?

- Czy naprawdę nie możesz teraz wejść ze mną do mieszkania choćby na chwilę?! – zasmuciła się dziewczynka i przylgnęła do ojca z całej siły, obejmując go przy tym w pasie i z trudem powstrzymując cisnące się do oczu łzy. Nic nie odpowiedział. Gładził tylko jej drżące od niepowstrzymanego szlochu plecy i czuł, iż jeszcze chwila a sam tez się rozpłacze.

   Wówczas oboje usłyszeli, że ktoś, mocno stukocząc obcasami wchodzi po schodach. I już za chwilę pojawiła się tuż przy nich mamusia Natalki – Alicja. Ogarnęła wzrokiem tę smutną scenę pożegnania. Chrząknęła kilkakrotnie, z trudem usiłując przełknąć jakąś kłującą kulkę, która osiadła w jej gardle. A potem, nieoczekiwanie dla siebie samej, zachrypniętym, drżącym głosem powiedziała:

- Jacku! Jeśli nie możesz zostać dzisiaj dłużej, to trudno. Ale jeśli chcesz, jeśli miałbyś czas i nie masz innych, ważniejszych planów, to przyjdź do nas na wigilię. Twoja córka na pewno bardzo by się z tego ucieszyła!

Po tych słowach Natalka aż zamarła z wrażenia i pełnej radosnego oczekiwania nadziei. Spojrzała z ogromną wdzięcznością na zarumienioną od mrozu mamę. Potem wpatrzyła się w oczy dziwnie zmieszanego ojca. Oddychał głęboko i ściskał mocno dłoń dziewczynki, nie wiedząc przez chwilę, co ma odpowiedzieć. Wreszcie potarł po swojemu czoło, zmierzwił siwo-czarną brodę i szepnął:

- Bardzo chętnie przyjdę…Dziękuję ci za to zaproszenie, Alu. Nie spodziewałem się. Naprawdę!

Mama Natalki głośno wysiąkała nos a potem, ściągnęła rękawiczkę i podając mężowi dłoń szepnęła:

- No to do zobaczenia dwudziestego czwartego grudnia! Tylko nie zawiedź nas i przyjdź!

Następnie biorąc za rękę córeczkę, pewniejszym już głosem rzekła:

- Chodź już Natalko! Babcia czeka na nas z obiadem.

Rzeczywiście, babunia właśnie stawiała na stole nakrycia i już spoglądała niecierpliwie na zegarek, nie mogąc się doczekać powrotu córki i wnuczki z zięciem. Słysząc, zgrzyt klucza w zamku westchnęła z ulgą i podreptała do przedpokoju. 

- Och, jesteście obie? A Jacek co? Znowu gdzieś przepadł? Zresztą do niego to wszystko podobne! – narzekała po swojemu a Natalce zrobiło się od tego dziwnie nieprzyjemnie na duszy.
- Dzisiaj musiał już pójść, ale zaprosiłam go do nas na wigilię – oświadczyła mamusia, patrząc śmiało w oczy babuni i ściskając znacząco dłoń dziewczynki.
- Och! Nie ma co na niego liczyć! Pewnie jak zwykle nie dotrzyma słowa! – gderała babunia, pomagając wnuczce rozpiąć płaszczyk.
- Myjcie szybko ręce i chodźcie na obiad, bo zupa pomidorowa stygnie! – zawołała, znikając we wnętrzu ich maleńkiej kuchni.

- A wiesz, Natalko? Spotkałam dzisiaj na rynku niezwykłą staruszkę. Stała przy fontannie i karmiła gołębie. A one bez żadnego lęku obsiadły jej ręce i ramiona. A jeden siedział nawet na jej głowie i gruchał tam tak zadowolony, jakby to było jego ulubione do siedzenia miejsce!- opowiadała mama stojąc obok Natalki przy umywalce i z zadowoleniem zerkając w lustro na swoje rumiane oblicze i lśniące wesoło oczy.

- Myśmy z tatusiem też ją widzieli! – pisnęła radośnie dziewczynka.
- I ona mówiła do nas coś o studni, dukacie i pomyłkach, jakie ludzie robią w życiu. Ale ja nic z tego mamusiu nie zrozumiałam!

- Tak?! Naprawdę?! – zdziwiła się mamusia
- Do mnie powiedziała tylko, że trzeba wierzyć w szczęśliwe zakończenia baśni. A nawet im w tym pomagać.
- Też nie bardzo wiedziałam, o co jej chodzi, ale miło mi było w jej towarzystwie stać i wpatrywać się w strugi wody z fontanny…
- Stałam tak, wdychałam zapach jaśminów i mięty, uśmiechałam się sama do siebie i jakoś lekko mi było na duszy… - westchnęła kobieta a potem otrząsając się z tego na poły sennego, ciepłego wspomnienia wytarła ręce, ucałowała serdecznie ciemnoróżowe policzki córeczki i pełnym energii głosem zarządziła:

- Najwyższa pora na obiad! Strasznie już burczy mi w brzuchu!

   Po posiłku dziewczynka czym prędzej pobiegła do swojego pokoju, przypomniawszy sobie, że przecież musi posprzątać leżące pod biurkiem migdały w czekoladzie – tradycyjny już podarunek od tatusia. Błyszczały tam niczym magiczne, perłowe sopelki. Jak słodkie łzy radości i nadziei. 

-Bo może jeszcze wszystko się ułoży…? Może jednak wolno mi wierzyć w dobre zakończenia baśni…? – rozmyślała Natalka uśmiechając się do siebie i zbierając z podłogi ulubione łakocie. 

   A gdy wszystko było posprzątane stanęła przy oknie i zapatrzyła się na otulony pierzynką śnieżnobiałego puchu rynek w jej miasteczku. Właśnie zaczynał zapadać zmrok a latarnie uliczne, wydobywały z cienia kolorowe blaski i gwiaździste rozbłyski zamarzniętych śnieżynek i drobinek lodu. Zachwycając się tym zaczarowanym, zimowym spektaklem dziewczynka przypomniała sobie słowa pewnej pogodnej, świątecznej w nastroju piosenki. Tej samej, której kilka tygodni temu uczyła się w szkole, na lekcji muzyki. Jednak dotąd wcale nie miała ochoty jej śpiewać, bo jakoś nie potrafiła się ucieszyć ani tymi nadchodzącymi świętami, ani tym białym grudniem. Ale teraz, właśnie teraz, zapragnęła ją zanucić. Zaśpiewać tak głośno, by usłyszała to mama i babcia i ta tajemnicza staruszka z rynku. A przede wszystkim tatuś! Tatuś, który nareszcie wrócił z krainy Królowej Śniegu…

Radość idzie po śniegu, śnieg skrzypi cudownie
Radość podśpiewuje, zdąża lekkim krokiem
Niesie klucz w kieszonce, cieszy się ogromnie
Zaraz nam cichutko zapuka do okien

Doda oczom blasku, znajdzie furtkę w sercu
Kluczykiem otworzy - niezwykłym wzruszeniem
I tam się rozgości, jak przy ciepłym piecu
Nigdzie się nie spiesząc, tutaj jej schronienie

Zapatrzy się w świece, w migotki lampeczek
Będzie nucić cicho w spokój otulona
A łzy diamentowe swym serdecznym deszczem

Ozdobią życzenia- najpiękniejsze słowa...


A tutaj dostałam na maila tekst, który wprawdzie nie jest opowiadaniem, ale niewątpliwie jest świąteczny i mam nadzieję, że znajdzie się i dla niego miejsce w Świątecznej Gospodzie:)
Kruszynko mała
o ciepłym serduszku
Kochany Maleńki... 
Miłość sprawiła 
że jesteś…
kochające oczka
w bombkach
na mojej choince...
w światełkach...
w gwiazdach...
w tej jedynej...
Poprawię Ci sianko
pod główką
Byś lepiej widział 
jak na Ciebie czekamy
Zobacz- znów kogoś zabrakło
przy wigilijnym stole
Przygarnij ...
niech nie będzie smutno tym, 
o których możemy już tylko pamiętać
W tę Twoją noc
weź dla nich ciepło kominka
zapach choinki 
Nam  zostaw  uśmiech
jak
blask wigilijnej gwiazdy
Naucz kochać,
bo tylko miłość
czyni nas godnymi

czekania na Ciebie

Noc cudów
- Czas Bożego Narodzenia to czas cudów. Jeśli się czegoś bardzo mocno pragnie, w noc wigilijną może się to pragnienie spełnić, a wszystko za sprawą aniołów. Anioł może spełnić twoje największe marzenie. Pod warunkiem, oczywiście, że jest dobre i nie szkodzi innym ludziom.
Te słowa wypowiadała właśnie jakaś staruszka do małego chłopca, który, zachwycony tą opowieścią, cały rozjaśnił się w uśmiechu.
- To wspaniale! – wykrzyknął. – Mam nadzieję, że moje marzenie się spełni!
 - Większej bzdury nie słyszałem – powiedział do siebie Piotrek, który usłyszał tę wymianę zdań. Wyminął szybko staruszkę z chłopczykiem, kierując się w stronę pobliskiego placu zabaw. – Ale z niego frajer, że wierzy w takie brednie! Anioł spełniający marzenia! Akurat!
Kopnął ze złością kamień, jaki zobaczył na swojej drodze, po czym wszedł na teren placu zabaw.
Właściwie powinien zaraz po szkole wracać do domu. Wiedział, że mama będzie się złościć, że znowu się spóźnił. Jednak ta świadomość nie robiła na nim żadnego wrażenia. Nie spieszyło mu się do domu. Od jakiegoś czasu już nie.
Był początek grudnia. Choć śniegu jeszcze nie było, panująca już dość niska temperatura sprawiła, że od pewnego czasu gwarny zazwyczaj plac zabaw opustoszał. W ostatnich dniach nikt tu już nie przychodził, by się pobawić. Piotrkowi taki stan rzeczy odpowiadał. Wolał posiedzieć tu sam, ukryty przed  ludzkimi spojrzeniami, w ciszy i spokoju. Szczególnie teraz, gdy wszędzie wokół, na wystawach sklepowych, widniały ozdoby świąteczne, przypominające o zbliżającym się Bożym Narodzeniu. Kiedyś Piotrek bardzo lubił te święta. Choinka błyszcząca od bombek i światełek, dźwięki kolęd, zapachy świątecznych potraw, radość… To wszystko tkwiło w jego pamięci. Jednak teraz z niechęcią myślał o świętach. Najchętniej zaszyłby się gdzieś i przeczekał ten czas. Jasne kosmyki włosów rozwiewał wiatr, dłonie, pozbawione rękawiczek, posiniały z zimna. Jednak chłopiec nawet tego nie zauważał, zatopiony w swoich niewesołych myślach.
* * * * *
- Gdzie ty znowu byłeś tyle czasu? Prosiłam, żebyś zaraz po szkole wracał do domu!
Zgodnie z przewidywaniami Piotrka, w domu przywitały go gniewne wymówki matki. Jednak chłopiec nawet nie miał ochoty tłumaczyć się. Zachmurzony usiadł przy stole, na którym czekał na niego odgrzany obiad. Nawet wesołe zagadywania Marysi, młodszej siostrzyczki, nie wywołały na jego twarzy zwyczajnego uśmiechu. Szybko zjadł, po czym wstał, kierując się w stronę swojego pokoju.
- Tylko nie włączaj komputera, zaraz zabierz się do nauki.
Odpowiedzią chłopca było trzaśnięcie drzwiami.
Anna westchnęła. Przez chwilę zamierzała zrobić synowi za to awanturę, jednak zrezygnowała. Nie miała już sił. Od jakiegoś czasu miała wrażenie, że wszystko wali jej się na głowę. Poza tym, choć nie usprawiedliwiała krnąbrnego zachowania chłopca, rozumiała go. Sama czuła się po części winna. Zastanawiała się, jak mogło do tego dojść, że jej życie rozsypało się na kawałki.
* * * * *
Jeszcze stosunkowo do niedawna byli taką szczęśliwą rodziną - ona, Krzysztof i ich dzieci: Piotrek i Marysia. Z Krzysztofem poznali się jeszcze na początku studiów. Zakochali się w sobie niemal od pierwszego wejrzenia. Od razu zostali parą, a po ukończeniu studiów pobrali się. Początki nie były łatwe. Gnieździli się w niewielkim mieszkanku u jej rodziców. Jednak los im sprzyjał. Oboje dostali pracę, wkrótce mogli kupić własne mieszkanie. Na świecie pojawił się Piotruś, potem Marysia. Było tak wspaniale… I nagle coś zaczęło się psuć. Być może wpływ na to miał ich tryb życia. Oboje, ona i mąż, byli bardzo zapracowani. Musieli przecież spłacać raty za mieszkanie, uiszczać bieżące opłaty. Starali się, by dzieciom niczego nie brakowało. A przecież wszystko drożało niemal z dnia na dzień. Jednak dzięki wspólnym wysiłkom poziom ich życia znacznie się poprawił. Oboje dość dobrze zarabiali. Niestety, ceną za to było stopniowe oddalanie się od siebie. Będąc w ciągłym biegu, w pośpiechu, nie mieli już czasu, by zwyczajnie pobyć ze sobą, porozmawiać, jak kiedyś. Krzysztof był architektem, pracował niemal od rana do wieczora. Gdy wracał zmęczony do domu, nie miał nawet ochoty na rozmowy. Od razu kładł się spać. Anna, jako księgowa, miała bardziej uregulowane życie zawodowe, jednak często była zmuszona zabierać pracę do domu i również do późnej nocy ślęczała nad papierami i rachunkami. Niewiele czasu trzeba było, by w tych krótkich chwilach, gdy ona i Krzysztof widywali się, zaczęli się kłócić. Właściwie każda próba rozmowy kończyła się awanturą. Kłócili się już właściwie o wszystko, nawet o drobiazgi. Anna sama już dokładnie nie pamięta, kiedy w jej głowie powstała myśl o rozstaniu. Zresztą pewnie nie tylko w jej głowie, Krzysztof musiał też o tym myśleć. Choć faktem jest, że to ona poprosiła go, by się wyprowadził. Ale później, gdy się spotkali, gdy udało im się w miarę spokojnie porozmawiać, oboje uznali, że rozwód będzie najlepszym wyjściem z tej trwającej już dłuższy czas sytuacji. Co za ironia, że kłócąc się niemal o wszystko, zgodzili się w tej jednej sprawie. 
Krzysztof już od pięciu miesięcy mieszkał u swoich rodziców, w miejscowości oddalonej o czterdzieści kilometrów. A Anna, szczególnie patrząc na dzieci, siedmioletnią Marysię i jedenastoletniego Piotrka, zaczęła mieć wątpliwości. Czy rzeczywiście tak będzie najlepiej? Czy nie było innego rozwiązania? Te myśli nasiliły się w ostatnim okresie, gdy zbliżały się święta Bożego Narodzenia.
Wspominała poprzednią Wigilię, gdy Piotrek i Marysia, wśród radosnych pisków, wypatrywali na niebie pierwszej gwiazdki, gdy następnie wokół suto zastawionego stołu zgromadzili się wszyscy: ona, Krzysztof, jej i jego rodzice, dzieci. Przypominała sobie, jak wspólnie, z miłością, dzielili się opłatkiem, składając sobie najlepsze życzenia, jak śpiewali kolędy, jak wśród radości i śmiechów rozpakowywali z błyszczących opakowań prezenty, a później, ciemną nocą, stąpając po skrzypiącym śniegu, wyruszyli do pobliskiego kościółka na Pasterkę. Tak… Tamte święta były jeszcze pełne zrozumienia i miłości. Jak więc to możliwe, że niedługo po tym wszystko się popsuło? Ze smutkiem myślała o tym, jak wyglądać będą tegoroczne święta. Marysia już pytała, czy tata przyjedzie. Piotrek nie pytał, ale czekając na jej odpowiedź, popatrzył na nią zachmurzony, lecz z iskierką nadziei w oczach. A ona nawet nie wiedziała, co odpowiedzieć. Jakoś wykręciła się od odpowiedzi, ale miała świadomość, że te pytania powrócą, wraz ze zbliżającymi się coraz bardziej świętami.
* * * * *
Piotrek stał przy oknie swojego pokoju i ponuro zza szyby wyglądał na zewnątrz. Wczoraj wieczorem z nieba posypały się pierwsze płatki śniegu, który przez noc pokrył cudowną bielą całą okolicę. Rankiem promienie słońca sprawiły, że śnieżna pokrywa iskrzyła się milionami rozbłysków. Jednak ten niezwykły widok nie robił na Piotrku żadnego wrażenia. Kiedyś, w taką piękną, zimową sobotę, od razu wybiegłby przed dom, jak tamtego roku, gdy wraz z Marysią i tatą rzucali się śnieżkami, a mama z uśmiechem przypatrywała im się przez okno. Dziś nawet mu się nie chciało wychodzić. Ale mając w perspektywie siedzenie w cichym i smutnym domu, postanowił przejść się do swojego ulubionego w ostatnim czasie miejsca: na plac zabaw.
Gdy już tam dotarł, zobaczył z niechęcią, że plac nie był pusty. Kilkoro dzieci biegało, korzystając dobrodziejstw zimy i bawiąc się śnieżkami.
Piotrek usiadł na stojącej nieco na uboczu ławeczce i nie zważając na mróz, jak zwykle pogrążył się w rozmyślaniach. Wiedział, że tegoroczne święta, będą najsmutniejsze w jego dotychczasowym życiu. Z reakcji mamy i obserwacji tego, co w ostatnim czasie się zdarzyło, domyślał się, że taty na święta nie będzie. I dziadków z jego strony na pewno też nie. Przyjdą zapewne rodzice mamy i w piątkę zasiądą do świątecznego stołu. Ale co to za święta, bez rodziny w komplecie? Niedawno, oglądając w telewizji jakiś film o świątecznej tematyce, usłyszał słowa, które szczególnie zapadły mu w pamięć – że Boże Narodzenie to święta szczególnie rodzinne, że w ten czas rodzina powinna być razem. Właśnie, powinna. Tylko co z tego? Jakoś jego rodzice się tym zupełnie nie przejmują. „Nie chcę takich świąt!” – wykrzyknął w duchu buntowniczo. Po policzku chłopca powoli potoczyła się pojedyncza łza.
- Coś się stało? – z rozmyślań wyrwał go czyjś głos. Ze zdziwieniem rozpoznał przed sobą staruszkę, którą widział kilka dni temu z małym chłopcem. To ona mówiła coś na temat spełniania życzeń przez anioła. Teraz też odezwała się, zupełnie jakby czytała mu w myślach:
- Nie martw się, może wszystko się jeszcze ułoży. Trzeba tylko mocno chcieć. Za niedługo Boże Narodzenie – czas cudów. Jeśli masz jakieś marzenie, i jest ono dobre, w wigilijną noc anioł może je spełnić. Wszystko będzie dobrze.
- Nic się nie ułoży! Nic nie będzie dobrze! Nie wierzę w żadne głupie anioły spełniające życzenia! To niemożliwe! – ze złością wykrzyknął Piotrek. Zerwał się z ławeczki i pobiegł w kierunku bramy wyjściowej.
* * * * *
Tego samego dnia, po południu, mama zawołała Piotrka i Marysię do ubierania choinki. Chłopiec z niechęcią wszedł do dużego pokoju, na środku którego stało już drzewko. Kiedyś tradycją było wspólne strojenie choinki na parę dni przed Wigilią. Jeszcze w tamtym roku tata zakładał na nią światełka oraz błyszczącą gwiazdę na samym jej wierzchołku. Później cała czwórka wieszała bombki i inne ozdoby: on i Marysia na niższych gałęziach, zaś mama z tatą na tych wyższych. A na koniec mama oplatała choinkę srebrzystymi łańcuchami. Ale to tylko wspomnienia. Teraz w trójkę, w ciszy, ubierali drzewko, nie wkładając w to ani odrobiny serca. Może tylko Marysi sprawiało to jakąś radość, w końcu była jeszcze mała. Piotrek z przymusem zabrał się do tej pracy, chcąc skończyć ją jak najszybciej. Mama również zawieszała ozdoby jakby mechanicznie, wyraźnie myśląc zupełnie o czymś innym. „Nie chcę takich świąt” – pomyślał znów chłopiec ze smutkiem.
* * * * *
Nadszedł dzień Wigilii. Anna wstała wczesnym rankiem, chcąc od razu zabrać się do pracy. Właściwie to, co najważniejsze, było już gotowe: czerwony barszcz, uszka z grzybami, pierogi z kapusty, karp w galarecie, śledziowa sałatka, makowiec, świąteczne pierniczki. Przygotowane przez nią prezenty na razie ukryte były w szafce. Leżały tam również prezenty, które za pośrednictwem jej rodziców podał dla dzieci Krzysztof. O ile Anna niemal do ostatniej chwili miała jeszcze nadzieję, że jakimś cudem uda się mimo wszystko razem spędzić święta, a przynajmniej Wigilię, o tyle przekazane przez męża paczki zupełnie jej tę nadzieję odebrały – były wyraźnym znakiem, że Krzysztof nie chce mieć z nią już nic wspólnego. Widać pogodził się z tym, że się rozstają, uznał, że nic już się nie da zrobić dla ratowania ich małżeństwa i rodziny. „No cóż, skoro tak uważa, pewnie będzie chciał ułożyć sobie życie na nowo. Nie będę mu stawać na przeszkodzie” – pomyślała. Przygnębiona spojrzała na kuchenny zegar. Jak ten czas szybko leci! Za niedługo mieli przyjść jej rodzice i jeszcze donieść upieczone przez jej mamę ciasta, a poza tym pomóc w ostatnich przygotowaniach. Sama zupełnie nie odczuwała świątecznej atmosfery. Gdyby nie dzieci i rodzice, darowałaby sobie całe te święta i po prostu przespałaby te dni. Właśnie, dzieci… Trzeba je budzić.
Gdy weszła do pokoju Marysi, zobaczyła, że córeczka już się obudziła. Pocałowała ją w czoło i pomogła jej się ubrać. W międzyczasie Piotrek również wstał. Kiedy Anna przyszła zawołać go na śniadanie, siedział z zaciętym wyrazem twarzy, patrząc przez okno.
Wkrótce przyszli jej rodzice. Dzięki nim napięta, ponura atmosfera nieco się rozluźniła. Marysia wesoło dokazywała. Nawet Piotrek z żywością opowiadał o czymś dziadkowi.
Anna, krzątając się w kuchni, doszła do wniosku, że trzeba by było na wszelki wypadek dokupić jeszcze pieczywa na te świąteczne dni. Poprosiła Piotrka, by poszedł do sklepu, który ze względu na stosunkowo wczesną porę był jeszcze czynny.
Czas upływał niepostrzeżenie. Dziadkowie zajęli się Marysią, dzięki czemu Anna mogła w spokoju poukładać pod choinką prezenty. W telewizji nadawany był jakiś koncert kolęd, których dźwięki boleśnie przypominały kobiecie minione święta. Powoli zaczął zapadać zmrok. Za oknami widać było padający śnieg.
W pewnym momencie Anna zorientowała się, że przecież nie ma Piotrka. „Może nie zauważyłam, jak wrócił?” – pomyślała, idąc do jego pokoju. Jednak pokój był pusty. Chłopca nigdzie nie było. Najpierw poczuła złość. Pomyślała, że pewnie znowu gdzieś się włóczy, jak to miał w ostatnim czasie w zwyczaju. Jednak gdy czas mijał, poczuła narastający niepokój. Również jej rodzice zaczęli się na poważnie martwić. 
Postanowiła zadzwonić do rodziców Marka i Kamila – dwóch najlepszych kolegów Piotrka. Choć było jej niezręcznie zakłócać spokój w Wigilię, jej lęk o syna przeważył szalę. Niestety, jak się okazało, obaj chłopcy byli w swoich domach i w ogóle się w dniu dzisiejszym z Piotrkiem nie widzieli.
Anna przeszła się jeszcze po okolicznych uliczkach, w nadziei, że zobaczy gdzieś synka, ale nigdzie go nie było. Widząc, że nawet Marysia zaczyna cichutko popłakiwać, zdecydowała się. „To w końcu też jego syn” – pomyślała, wybierając na telefonie numer do Krzysztofa. Ten, usłyszawszy, co się stało, bez chwili wahania zapewnił, że już wsiada do samochodu i przyjeżdża najszybciej, jak będzie mógł.
Rzeczywiście, nie minęło wiele czasu, gdy stanął w drzwiach razem ze swoimi rodzicami. Jak wyjaśnił, również zaniepokoili się tak bardzo, że nie chcieli czekać u siebie na wiadomości, a poza tym chcieli pomóc.
Anna z rozpaczą spojrzała za okno. Mróz wzrastał z każdą minutą, a śnieg padał coraz gęściej. „Gdzie on jest? Co się stało?” – myślała, tłumiąc ze względu na Marysię napływające do oczu łzy. Krzysztof przytulił ją lekko, dodając otuchy, po czym przejął inicjatywę w dalszych działaniach. Jak powiedział, nie było na razie sensu powiadamiać policji, gdyż tak naprawdę nie było jeszcze poważnych powodów do obaw. Zresztą z oficjalnym zgłoszeniem o zaginięciu musieliby poczekać, aż minie dwadzieścia cztery godziny od zniknięcia chłopca. Zaproponował, aby kobiety zostały w domu, zajęły się Marysią i czekały przy telefonie na ewentualne wieści. On ze swoim ojcem oraz ojcem Anny mieli wyruszyć na poszukiwania. Jednak Anna zaprotestowała. Chciała również iść szukać synka. Na tym wreszcie stanęło. Cała czwórka wyszła z domu, w którym zostały obie babcie z wnuczką.
Na dworze rozdzielili się. Jedynie Anna szła razem z Krzysztofem. Sam jego widok dodawał jej otuchy, czuła bijącą z jego postaci pewność, że wszystko skończy się dobrze, że nic ich synkowi się nie stało.
Gdy patrzyła na jasno rozświetlone okna, w których widać było światełka przystrojonych choinek, chciało jej się płakać. Miała niejasne przeczucie, że zniknięcie Piotrka właśnie w tym dniu nie jest przypadkowe. 
Minęła już godzina, odkąd wyszli na poszukiwania. Obeszli wszystkie miejsca, w których chłopiec lubił przebywać, łącznie z placem zabaw. Nigdzie go jednak nie było. Anna, w desperacji, skierowała się w stronę kościółka, chcąc pomodlić się o odnalezienie synka całego i zdrowego. Krzysztof ruszył za nią. Już mieli wejść do środka, gdy nagle… z prawej strony budynku, w oddali, przy wysokiej białej rzeźbie przedstawiającej Anioła Stróża, zobaczyli maleńką, skuloną postać. To był Piotrek! Oboje podbiegli ku niemu. Chłopiec spojrzał na nich trochę jakby nieprzytomnie.
- A więc to prawda… Anioł spełnia życzenia… - wyszeptał.
Anna i Krzysztof spojrzeli na siebie z niepokojem. Jak zauważyli, był on wyziębiony, jedynie twarz miał rozgorączkowaną. Mężczyzna szybko wziął go na ręce i pobiegł w stronę domu. Anna podążyła za nim, dzwoniąc jednocześnie do swojego ojca oraz ojca Krzysztofa z wiadomością, że Piotrek znalazł się. Gdy byli już przed domem, oboje wraz z synkiem wsiedli do samochodu i pojechali do szpitala. 
 Na miejscu dyżurny lekarz szybko się zajął chłopcem, zabierając go na badania. Anna i Krzysztof zostali na korytarzu. Dopiero wtedy kobiecie puściły całkowicie nerwy. Z jej oczu polały się łzy. Mąż przytulił ją mocno do siebie. I tak stali dłuższą chwilę. Wreszcie Krzysztof wyszeptał:
- Anno, ty i dzieci jesteście dla mnie wszystkim. Chcę być zawsze przy was. Nie chcę cię stracić. Nie chcę stracić naszej miłości. Już wcześniej zdałem sobie sprawę z tego, że postąpiliśmy zbyt pochopnie. Dziś zaś uświadomiłem sobie to jeszcze wyraźniej. Przecież kochaliśmy się… Kochamy się nadal, przynajmniej moja miłość do ciebie nie minęła. Mieliśmy trudne chwile, ale przecież jeśli tylko będziemy tego mocno chcieli, przezwyciężymy wszelkie trudności. Tylko powiedz, że chcesz spróbować uratować nasze małżeństwo.
Anna spojrzała mu w oczy. To spojrzenie wystarczyło za odpowiedź. 
- Ja też wciąż cię kocham – szepnęła.
Rozmowę przerwał lekarz, który pojawił się na korytarzu. Zwrócił się do zaniepokojonych rodziców:
- Jak przypuszczałem, nie ma powodów do obaw. Chłopiec przemarzł i ma lekki stan podgorączkowy, ale poza tym nic mu nie dolega. Podaliśmy mu leki przeciwgorączkowe i wzmacniające. Myślę, że nie ma potrzeby zatrzymywać go w szpitalu, więc można go zabrać do domu. Zresztą uważam, że przy kochających rodzicach szybciej dojdzie do siebie – dodał z uśmiechem. – Gdyby oczywiście coś się działo, proszę dzwonić lub od razu przyjeżdżać. Ale sądzę, że wszystko będzie w porządku.
Anna i Krzysztof objęci weszli do sali, w której czekał już na nich Piotrek. 
- No chłopie, aleś nam strachu napędził – zwrócił się do niego ojciec z uśmiechem. 
- Przepraszam – wyszeptał zawstydzony chłopiec.
- Dobrze, zbieramy się do domu, bo tam czekają już na nas ze spóźnioną wigilijną kolacją dziadkowie i Marysia. Ja i mama umieramy z głodu, ty, jak sądzę, również.
Piotrek spojrzał na nich z nadzieją i niedowierzaniem.
- Będziesz u nas na Wigilii? – zapytał.
- Nie tylko na Wigilii. Wracam na dobre do domu, bo widzę, że takiego urwisa jak ty nie można na chwilę zostawić – zażartował. – A poza tym – dodał już poważniej – stęskniłem się za wami wszystkimi.
Piotrek spojrzał na mamę, która z uśmiechem skinęła głową. Chłopiec z okrzykiem radości rzucił się w ich objęcia.
Niedługo potem, gdy wychodzili ze szpitala, Piotrek zauważył przechodzącą obok nich staruszkę. Była to ta sama kobieta, która opowiadała o aniele, który w noc wigilijną – noc cudów - spełnia największe marzenia. Gdy ich mijała, spojrzała chłopcu w oczy i z uśmiechem pokiwała głową.
Chwilę później Piotrek obejrzał się za siebie, ale nikogo już nie zobaczył. Staruszka jakby rozpłynęła się we mgle. Czy to ona była tym aniołem? Nie wiedział. Ale w tym momencie nie było to ważne. Najważniejsze, że mama i tata znów byli razem.
* * * * *
„Cicha noc, święta noc”… Dźwięki tej pięknej kolędy rozbrzmiewały w całym domu, gdy wszyscy, już po zakończonej wieczerzy wigilijnej, siedzieli przy choince. Mama i tata – tym razem tylko oni – za niedługo mieli wychodzić na Pasterkę. Piotrek z wiadomych względów musiał zostać w domu, Marysia, solidarnie, postanowiła mu towarzyszyć, dziadkowie zaś obiecali sprawować opiekę nad dziećmi.
„Jest tak, jak powinno być” – pomyślał chłopiec, patrząc na rozradowanych dziadków, na podskakującą wesoło Marysię i na przytulonych do siebie rodziców, których oczy błyszczały szczęściem.

– To jest prawdziwa noc cudów! – wykrzyknął z radością.
Mój pies i Marlenka

Wstałem. Zapaliłem papierosa. Podniosłem z podłogi do połowy opróżnioną butelkę alkoholu. Usiadłem przy stole. Napiłem się tequili. Ubrałem się. Zabrałem psa i wyszedłem z nim na podwórko. Po pół godziny wróciłem. Poszedłem zjeść śniadanie do pobliskiej restauracji.
Po drodze spotkałem wielu dziwnych ludzi. Mieli na głowach śmieszne czapki świętego Mikołaja. Jakiś chłopak biegał w zielonych rajstopach i z saksofonem – założę się, że przebierał się za elfa. Skręciłem w drugą przecznicę w lewo. A tam coś co stawiają tutaj każdego roku – olbrzymia choinka ozdobiona kolorowym badziewiem. Pod spodem ustawiają prezenty-atrapy – parę pustych pudeł. Znaczy nie są aż tak puste – w środku znajdują się kamienie. Wiem, bo sprawdziłem to pewnej nocy. Nie rozumiem tej zabawy, ale mniejsza z tym. Mój żołądek domaga się jedzenia. Wczoraj nie zdążyłem zjeść kolacji. Grałem w kasynie. Wygrałem. Moje śniadanie będzie obfite, chociaż dziś nie jest niedziela.
Wszedłem do restauracji i ujrzałem bożonarodzeniowy standard: choinka, kolorowe lampki, bombki, puste prezenty… Usiadłem przy stoliku, który wybieram za każdym razem, gdy tutaj przychodzę. Stolik znajduje się w kącie. Przede mną rozpościera się widok na ścianę. Nie chcę, aby ktokolwiek patrzył jak jem. Zawsze mnie to krępowało, ale nie lubię jeść w domu. Nie lubię sprzątać tego brudu.
-Witam Marlenko!
-Witam panie Niewiadomski. Co podać?
-To co w niedzielę na śniadanie kochana.
-Ale dziś środa!
-Wygrałem.
-O to gratulacje! – udała radość tak jakby cokolwiek ją to obchodzić.
-Ale napiwku i tak nie będzie – uśmiechnąłem się ironicznie. Marlenka chyba poczuła się urażona, ale nie wiem, dlaczego miałbym jej płacić za to, że poda mi to jedzenie. W końcu podaje mi je ubrana.
Komuś na sali zadzwonił telefon. „We Wish You a Merry Christmas”. Do cholery wiem, że są święta! Po chwili Marlenka przyniosła moje zamówienie, a ja zauważyłem że w tej samej chwili wchodzi do restauracji kobieta z dzieckiem. Dziecko trzyma w ręce kalendarz adwentowy. Pusty. Chyba zjadło czekoladki zbyt szybko. Matka wydaje się być podenerwowana. Chce skorzystać z ubikacji. Marlenka próbuje jej grzecznie wytłumaczyć, że jeśli niczego nie zamówi to nie może skorzystać z toalety. Kobieta nie wytrzymuje. Zamawia Latte Macchiato za 7 złoty. Dziecko idzie do łazienki. Kobieta zdenerwowana wypija kawę. Chłopczyk przychodzi i wychodzą. Tyle ich tutaj widziałem. Nie zostawili napiwku. Marlenka ma dziś chyba zły dzień. W ogóle była dzisiaj brzydsza niż zawsze. Pewnie całą noc stroiła dom, aby wszystko było perfekcyjnie gotowe, gdy przyjedzie odwiedzić ją mama. To dosyć paskudna sprawa - spędzasz nie wiadomo, ile czasu na strojeniu domu, aby w końcu ktoś przyszedł i powiedział Ci, że masz ładne ozdoby. Po paru dniach wszystko chowasz do pudeł i wyciągasz za rok.
-Panie Niewiadomski jeszcze coś podać? – podeszła w ciszy Marlenka.
-A masz kochana może karpia?
-Nie mamy.
-Hm…
-Ale możemy podać coś z innych dań świątecznych. Mamy na przykład…
-Och Marlenko, ale ja chcę karpia.
-Ale nie mamy.
-Są święta.
-I?! – powiedziała zirytowana Marlenka. Może powinienem dać jej spokój.
-I?
-Panie Niewiadomski doceniam to, że jest Pan moim stałym klientem, ale proszę zrozumieć, że nie mamy karpia i nie zrobimy go dla Pana.
-Marlenko, ale ja już nie chcę karpia.
-A czego?
-Kieliszek tequili.
-Nie mamy. Może być whiskey?
-Może być whiskey kochana.
Po chwili posłuszna Marlenka zjawiła się z whiskey. Nie straciła chyba jeszcze nadziei na napiwek. Podała je z wielką uprzejmością. Gdybym jej nie znał pomyślałbym, że mnie uwodzi. W sumie mogłaby mnie uwodzić. Młoda, piękna, zgrabna. Trochę przypomina moją pierwszą żonę Barbarę, ale Marlenka jest odważniejsza. To nowe odważne pokolenie, ile można by było dla nich zrobić!
Do restauracji weszła młoda para. Każde z nich około 23 lat. Ładni, ale moim zdaniem nie będą z sobą zbyt długo. Z oczu im inaczej patrzy. Od razu widać, że mu na niej nie zależy aż tak bardzo. Śmiem twierdzić, że często ma jakieś romanse na boku. Taki typ, ale życzę powodzenia.
-Wiesz o tym, że jesteśmy już z sobą trzy miesiące! – rozmyślała naiwna dziewczyna.
-Już?! Ale to długo! – próbował udawać zainteresowanie tematem chłopak.
-Taaak – przytaknęła.
-Co dziś zjemy?
-Cokolwieeek! Jestem taaaka głodnaaa! – nie rozumiem, dlaczego dziewczyna tak mocno podkreślała te litery.
Szybko podeszła do nich Marlenka. Przyjęła zamówienie. Za chwilkę podała ich danie. Kątem oka zauważyłem, że teraz zbliża się do mnie.
-Panie Niewiadomski. Gazeta do Pana przyszła!
-Ach tak! Na śmierć zapomniałem, że to dziś. Doręczyciel się już nauczył, że jeśli nie ma mnie w domu to pewnie będę tutaj – zaśmiałem się głupio. – A raczej ja go nauczyłem.
-Ale Pan dziś ma dobry humor…
-Ale za to Ty kochana wyglądasz coś niemrawo…
I właśnie w tym momencie Marlenka zaczęła opowiadać, jaki ma zły dzień. Po pierwsze dowiedziałem się, że jej ulubiona spódnica okazała się być za ciasna, że lakier do paznokci, który miał mieć taki piękny kolor jak mój krawat takiego koloru nie ma… Później było coś o tym, że nie potrafiła dobrać bluzki i że ogólnie musiała by pójść na zakupy, ale nie ma kiedy ani z kim.
-Marlenko na wszystko znajdziesz czas…
-Ech… gdyby to było takie łatwe. U Pana wszystko jest takie łatwe…
-Bo jest łatwe… Chodź to się przekonasz.
-Gdzie mam iść?
-Na Wigilię.
-Gdzie? – zapytała się niepewnie z błyskiem w oku.
-Do mnie.
Marlenka spojrzała na mnie jakoś dziwnie, ale chyba nie miała żadnych pomysłów na wigilijny wieczór, więc zgodziła się. Chwilę po tym opuściłem restaurację.
Od razu wróciła do mnie rzeczywistość… Duch świąt. Dzieciaki latają z rodzicami po sklepach i pokazują im co by chciały otrzymać od świętego Mikołaja. Chwilę później rodzice to kupują i proszą od razu o ładne opakowanie. Pewnie gdy przychodzą do domu kładą to od razu pod choinką, a później udają, że prezent przyniósł święty Mikołaj. Dzieci doskonale wiedzą, że prezentów nie przyniósł Mikołaj, ale dla tradycji udają, że nic nie wiedzą o tym, że to rodzice na ich oczach kupili ich wymarzoną zabawkę.
Na ulicy co chwilę wywraca się jakaś zabiegana kobieta. Jakaś babcia dostaje w głowę porządnie ulepioną kulą śnieżną od jakiegoś dzieciaka.
-Ty bachorze! Chodź tutaj! Już ja Ci pokażę!
Bachor nie przychodzi. Babcia idzie dalej. Zdenerwowała mnie ta sytuacja. Wziąłem ulepiłem porządną kulę i rzuciłem w chłopaka.
-A masz ty bachorze! To za babcię!
Poszedłem dalej. Chłopak zbytnio się nie przejął.
Kiedy chciałem wejść do supermarketu podszedł do mnie jakiś chudy mężczyzna przebrany za grubasa.
-Zbieramy na biedne dzieci. Czy zechce Pan nas wesprzeć? – zapytał się.
-A czy te dzieci są z Afryki?
-Nie.
-A czy te dzieci są z Polski?
-Tak.
-A czy prosił Pan o pieniądze polityków?
-Nie.
-Więc miłego popołudnia.
-Nie wesprze Pan nas?
-A czy te dzieci są z Afryki? – wydaje mi się, że chłopak załapał i poszedłem sobie dalej.
Supermarket nie różnił się niczym w porównaniu do tego, co działo się na ulicy. Było nawet gorzej. Co chwile jakieś promocje. Skarpetki, czapeczki, majteczki, płyny do kąpieli… Nie kupiłem niczego z tych promocji. Kupiłem chleb i trzy butelki tequili.
Wróciłem do domu. Nakarmiłem psa. Wypiłem kilka łyków tequili. Poczułem się szczęśliwy. Jutro przyjdzie do mnie Marlenka. Powinienem tutaj trochę posprzątać, ale dziś mi się już nie chce.


Wstałem po 12.20. Wigilia. Dzień jak co dzień. Wyjrzałem przez okno. Standard – śnieg, sporadycznie matka ciągnąca dziecko na sankach… W domach ostatnie przygotowania do tak zwanej ważnej wieczerze. Sąsiadka z góry jak co roku zaczęła krzyczeć na swoją rodzinę, że nic nie robią, że mogli by się bardziej postarać… Oni chyba nie mają ochoty na te święta. Zresztą kto ma ochotę na takie święta. Zero świętowania sam stres i obowiązki. Ja w tym roku nawet nie ubrałem choinki. Dzisiaj pomyślałem, że może byłoby miło takowe drzewko dla Marlenki przygotować, ale nie oszukujmy się ona nie po to do mnie przychodzi. Nie mam przygotowanego żadnego dania. Mam tylko alkohol i chleb. Mam nadzieję, że Marlenka nie ma nic przeciwko tequili.


Przyszła o 19.00. Szczerze mówiąc obawiałem się, że mnie wystawi. Jednak Marlenka nigdy nikogo nie zawiedzie. Przyszła i przyniosła z sobą wino. Teraz wiedziałem - ona pije wino, a ja tequile. Uszanuję to. Nie wypiję jej wina, a ona nie wypije mojej tequili. Wydaje mi się to czystym układem.
-Marlenko dlaczego przyszłaś tak późno?
-Nie powiedziałeś, o której mam przyjść. Wydawało mi się, że to dobra pora.
-Oczywiście kochanie. To dobra pora.
-Co będziemy jeść?
-Mogę przygotować dla nas kanapki… Wstyd się przyznać, ale nic nie przygotowałem i nie zrobiłem zakupów…
-Nic nie szkodzi. Mamy wino – powiedziała radosna Marlenka.
-Ja mam tequile – powiedziałem rozwiązując wszelkie jej wątpliwości.
-Świetnie, więc pozwól, że to ja przygotuję dla nas kanapki.
Marlenka od razu udała się w stronę kuchni. Nawet nie czekała na moją odpowiedź. Wiedziałem, że to dobra kobieta. Takiej potrzebuję. Szybko uporała się z zrobieniem tego jakże wykwintnego dania. Wyjąłem z szafki biały wygnieciony obrus. Myślę, że Marlence naprawdę to nie przeszkadzało. Zapaliłem świeczkę. Postawiłem tequile i wino. Kobieta przyniosła kanapki.
-Mam nadzieję, że będą smakować – powiedziała.
-Też mam taką nadzieję.
Siedzieliśmy w ciszy dłuższy czas. Próbowałem patrzeć w jej oczy. Siedzieliśmy przy wigilijnym stole, więc należało zachować chociaż odrobinę powagi. Marlenka nie próbowała nawet rozpocząć żadnej rozmowy. Chyba lubiła siedzieć w ciszy. W sumie wszystko o mnie wiedziała, a ja o niej wiedziałem tyle, ile potrzebowałem. Od czasu do czasu zadawałem Marlence jakieś pytania. A to o jej pracę, a to o jej rodzinę, jej męża… Lubiłem patrzeć, gdy próbowała mnie oszukać, że praca się jej podoba, rodzinę kocha, a mąż jej w cale nie zdradza… Może nie powinienem jej tak męczyć tego dnia.
-Kochana jesteś zadowolona z swojego życia? – zapytałem na podsumowanie.
-Nie, ale lubię się oszukiwać.
-Po co?
-A dlaczego by nie?
-Po co?
-A jak myślisz?
-Po co? – drążyłem.
-A mam inne wyjście?
-Po co?
-Bo to nie jest takie proste. Trzeba grać w życiu, albo żyć tak jak ty… Znaczy masz cudowne życie, ale brakuje Ci kobiety. Wczoraj chciałeś karpia, gdybyś miał kobietę nie chciałbyś karpia w restauracji.
-Po co?
-Bo mi się podobasz.
-Po co?
-Bo lepiej spędzić święta z Tobą niż z mężem i jego kochanką.
-To prawda Marlenko. Jesteś taka młoda po co się marnujesz dla tego typa?
-Jestem z Tobą. Przecież wiesz, że nie przyszłam tutaj tylko na jeden wieczór.
-Marlenko…
-Panie Niewiadomski…
-Obiecaj mi coś kochana… Zostawisz tego faceta i zapomnisz o swojej rodzinie. Trzeba żyć swoim życiem – Marlenka wyglądała dosyć dziwnie, kiedy zaczęła myśleć przyjęła bardzo nienaturalny wyraz twarzy.
-Są święta. Mogę zrobić sobie taki prezent. Myślę, że tak.
Po tych słowach udałem się do swoje sypialni. Rozebrałem się i położyłem do łóżka. Po godzinie przyszła Marlenka. Rozebrała się i bez słowa położyła się obok mnie.


Obudziłem się o 11.25. Marlenka jeszcze spała. Była piękniejsza niż wczoraj i każdego innego dnia. Zapaliłem papierosa. Wypiłem kilka łyków tequili. Ubrałem się. Wyszedłem z psem na spacer. Przed drzwiami stała walizka Marlenki. Wniosłem ją do przedpokoju. Kiedy wróciłem przygotowałem śniadanie. Kanapki, tequila i wino. Poszedłem do sypialni. Marlenka dalej spała. Wypakowałem jej rzeczy. Gdy wypakowywałem jej rzeczy ona się obudziła. Nic nie mówiła - jedynie na mnie patrzyła jak posłusznie i z dumą rozpakowywałem jej walizkę. W święta podobno zdarzają się cuda… Marlenka doceniła siebie. Od 24 grudnia to była moja kobieta.


Powoli wszystko wracało do normy. Marlenka zaczęła chodzić do pracy. Ja dalej chodziłem do niej na śniadania i obiady, jeśli tylko wygrałem pieniądze. Były mąż Marlenki nie nachodził jej. Wzięli rozwód. Szybki i spokojny. Nigdy nie widziałem jej faceta. Marlenka pozwoliła mu wziąć dom i samochód. Miła kobieta.

Od rozwodu Marlenki minął ponad rok. Dziś wróciłem nad ranem do domu. Wczoraj był dobry wieczór. Wygrałem. Marlenka czekała na mnie z śniadaniem. Paliła moje papierosy. Bardzo tego nie lubiłem. Na szczęście nie piła mojej tequili. Piła swoje wino.
-Przeszkadza mi Twój pies – powiedziała krótko i szczerze.
-Dlaczego?
-Ciągle szczeka.
-To pies. Dlaczego?
-Nie chcę z nim chodzić na spacery.
-Nie chodzisz. Dlaczego?
-Chciał mnie dziś ugryźć!
-Dlaczego?
-Bo go kopnęłam – przyznała z skruchą.
Spojrzałem na mojego psa. Leżał w kącie zwinięty w kłębek. Marlenka poszła do sypialni. Przyniosła swoją walizkę. Ubrała buty i płaszcz.
-To koniec panie Niewiadomski.
-Dobrze. Powodzenia.
-Do zobaczenia Panie Niewiadomski.
-Do zobaczenia kochana.
Byłem zły na Marlenkę, ale od początku wiedziałem, że ona nie lubi mojego psa. Kiedy wyszła od razu podszedłem do psa. Przytuliłem go. Usiadłem naprzeciwko niego. Napiłem się tequili. Zapaliłem papierosa. Znowu wszystko było jak dawniej. Jutro też wszystko będzie jak dawniej. Pójdę na śniadanie do jej restauracji. Żal mi tylko psa.

Bajka o Kogucie i Muchomorach

Wracali poboczem drogi tworząc pierwsze ślady na śniegu, co zawsze sprawiało nie małą radość. Bo niby śnieg sypał co roku, ale w końcu przez wiosnę, lato a później jesień w natłoku wrażeń zapominało się o tym wspaniałym białym puchu dzięki, któremu święta miały ten jeden niesamowity urok. To nic,że zostało do nich kilka dni, w powietrzu już można było wyczuć zapach piernika oraz  inne charakterystyczne potrawy.
Zosia i Dawidek siedzieli w jednej ławce,  od razu do siebie przylgnęli bo w końcu ona ruda nie należąca do tych co dają sobie w kaszę dmuchać, szybko pokazała kto rządzi gdy o głowę wyższy kędzierzawy chłopczyk postanowił naśladować z drwinami bohatera książki, która już niebawem miała stać się ich szkolną lekturą. Spodobało mu się,że dziewczynka zamiast uderzyć w płacz jasno i wyraźnie powiedziała,że jej włosy to znak charakterystyczna tajnej organizacji, jakiej nie powiedziała, ale zaintrygowała Dawida. Bo jakby nie było skoro tajna to coś musiało w niej być ciekawego, coś o czym On musiał koniecznie się dowiedzieć. Nie pozostawało nic innego jak za kumplować się tą pocieszną dziewuszką.
Jak się później okazało mieszkającą na tym samym osiedlu, co sprawiło obojgu radość, bo do pobliskiego lasku mieli blisko a tam wyczyniali różne przedziwne rzeczy...

Zmierzająca teraz do domu zastanawiali się co mają zrobić, bo jakby nie było ten tydzień nieobecności jednego z nich nie wchodziło w grę, zaplanowali sobie już zajęcia na ferie świąteczne, ale oczywiście dorośli muszą wszystko zepsuć. Trzeba szybko coś wymyślić zanim będzie za późno.
- Słuchaj, a może byś tak wpakowała się do naszego bagażnika? Mała jesteś, skulisz się, a ja uproszę tatę by pozwolił mi zamknąć klapę, wtedy Cię nie zauważy!
- Głupi jesteś? Spojrzenie dziewczynki nie pozostawiało wątpliwości. Mam jechać pięć długich godzin zwinięta jak pisklak w załadowanym bagażniku??? Sam się zapakuj!
- No to nie wiem. Przecież musimy coś zrobić, chcesz zostać tutaj sama?? A co z naszym planem!
Zosia szła, w jej głowie zaczynał kiełkować pewien pomysł, w prawdzie nie widziała na ile kompan od wspólnych zabaw jest odważny, ale w końcu miał być w przyszłości mężczyzną! Musi wykazać się tym jak to oni nazywają, charyzmatem? Nie, nie to szło jakoś inaczej, kiedy indziej się nad tym zastanowi. Grunt by teraz wszystko poszło po jej myśli. Bo w końcu jeszcze nigdy nie było tak by jej własny pomysł nie został pomyślnie zrealizowany...
Nie wiedziała jeszcze,że zgoła niewinny wybryk wywoła aż tyle zamieszania i konsekwencji, ale o tym miała się dowiedzieć dużo, dużo później.

Dni mijały, w szkole jak to przed świętami panował już nastrój iście Bożonarodzeniowy, nawet na lekcjach tematy oscylowały w okół wigilii oraz zwyczajów panujących w poszczególnych regionach. Dawidek myśląc,że jego kompanka odpuściła w pokrzyżowaniu planów rodzicom, zaczął oswajać się z myślą świąt spędzonych daleko w Alpach. Nawet chwilami łapał się na myśli,że może nie będzie tak źle jak sobie z początku wyobrażał. Fakt w pojedynkę nie będzie można tyle „zmalować” co z Zośką, ale za to ile będzie mógł jej opowiedzieć! Nie żeby zaczął zachowywać się egoistycznie, po prostu nie posiadał tyle samozaparcia co koleżanka . Na początku znajomości ambitnie planował odgrywać rolę przywódcy, lecz szybko się okazało w jakim był błędzie, ta mała niepozorna panieneczka odznaczała się ogromnym temperamentem, głową pełną pomysłów, a co chwilami go przerażało chęcią realizowania ich wszystkich i to najlepiej tu i teraz!


Oboje nie mieli pojęcia,że daleko, daleko między ich światem a kosmosem  na jednej polance, na porośniętym pniu siedzi stara grzybiarka. Została w trącona do tego miejsca za swoje ciągłe wtrącanie do cudzego życia, chcąc każdemu pomóc działała na szkodę wielu innym, nie słuchając upominań znajomych, zmęczonych jej ciągłą obecnością gdzie się tylko nie obejrzeli.

Powiedzeni mówi:”Dobrymi chęciami piekło wybrukowane”, Hermenegilda wyścieliła już swoimi chyba z pięć piekiełek. Gdy wpadła w amok swej pseudo pomocy działała niczym w transie. I tak mijały lata jej panoszenia się na coraz większym polu, aż nadszedł czas buntu. Waleczna wiedźminka Adelajda postanowiła zrobić z tym porządek. Wiedząc jak się sprawy mają postanowiła wymyślić podstęp by udowodnić otoczeniu,że ta zgoła wspaniała osoba wcale nie ma dobrych zamiarów. Po prostu chce się wybić na szczyt korzystając z pracy innych ludzi. Na szczęścia Adela była sprytniejsza. W tajnym zleceniu brały udział jej dwie najbliższe i znające się na sprawie ziomalki - Irmina i Rachela. Jak każdy wie aby udowodnić zbrodnię, nawet tą moralną trzeba mieć przede wszystkim dowody, później pozostaje działać i złapać na gorącym uczynku. Co zrobiły te trzy dzielne i z zdesperowane  kobiety? Nie wiadomo. Jak głosi legenda nie było to łatwe zadanie, gdyż Hermenegilda mimo swej udawanej nieporadności była bardzo przebiegła i potrafiła się oczyszczać z zarzutów. Dlatego też cała akcja musiała przebiegać dyskretnie. Najdziwniejszy w tej historii jest udział Mrocznego Koguta z Plecami...
Teraz siedziała Hermelcia na swym pieńku i patrzyła na dwójkę dzieciaków, w jej głowie kłębiło się wiele myśli, jakby pomóc tym dwóm. Wiedziała,że każda próba jej poczynań będzie surowo karana, niestety kara nie miała dotyczyć jej, bo gdyby tak było Hermelcia miałaby to głęboko w nosie, ale za wszelkie próby pomocy miały odpowiedzieć osoby, które usiłowała wspierać. Jednak po dłuższym namyśle wpadł jej do głowy pomysł!
Wyśle do wykonania tego zadania swoich dwóch  towarzyszy niedoli, muchomory.. Były to bardzo dziwne stworzonka, miały śmieszne czerwone czapeczki nakrapiane żółtymi ciapkami, ich tułowie wyglądało niczym trzon grzybka z rączkami i nóżkami. Oczywiście miały buzie. Troszkę szkaradne  lecz nie straszne. Nosiły dźwięczne imiona Minka i Frinka. Nie, nie to nie były dzieci staruszki. Dla wyjaśnienia trzeba dodać,że Hermelka nie była stara, ale w dniu wygnania do tego równomiernego świata okazało się,że jej wiek bardzo postąpił i tak z 30 letniej kobiety stała się 80 letnią starowinką. Jak to jest możliwe? Tego nie wiedziały nawet trzy waleczne ziomalki. Mówi się,że to była dodatkowa kara, za... podlizywanie się. Tego znieść nikt nie potrafił. Jak świat panuje najgorsi w otoczeniu byli wazeliniarze z syndromem bluszczu. Oplatające swą ofiarę, mówiącą to co ona chce usłyszeć nie zważające na stan rzeczywisty, a wszystko przez obezwładniającą chęć zdobycia celu i bycia w centrum uwagi...
Trzeba też wspomnieć jak wyglądała kraina wygnańców, nie była ona niczym strasznym, do Hadesu było jej daleko, jednak rajem też nie było. Ot zwykły las, z wykarczowanymi drzewami. Każde stracone drzewo miało jej przypominać o tym co uczyniła będąc na ziemi. Jedna sztuka to złe przewinienie. Była trawka, troszkę wyschnięta, latały ćmy zamiast motylków, bo w końcu było to miejsce kary. Domem się stał szałasik, z piecykiem co by nasza starowinka nie umarzła. W końcu celem nie było jej zlikwidowanie, a zrozumienie błędów popełnionych. Jak więc widziała to co się dzieje na ziemi? Otóż stało przed jej chatynką piękne lustereczko, wielkości porządnej plazmy, zamiast oglądać seriali i innych programów, mogła przeskakiwać pilotem z miasta na miasto. Nawet była funkcja państwa, ale to tylko raz w miesiącu. Żeby nie było zbyt luksusowo.
W ten oto sposób przeskakując z miasta na miasto trafiła na parę kolegów w postaci Zosi i Dawidka. Dlaczego postanowiła pomóc tej dwójce? Tego nie wiadomo. Może odezwały się w niej dziwne odruchy, o których nie miała pojęcia? Obrała sobie za cel doprowadzenia do wspólnych ferii świątecznych dzieci.
Przywołane Minka i Frinka przycupnęły bok pieńka, wpatrywały się w Hermenegildę swymi grafitowymi oczami.

- Wzywałaś na Hremeniu, czyżbyś wymyśliła nowe zadanie dla swych nudzących się ulubienic?
Kobieta spojrzała na muchomorki i przeciągając dłuższą chwilę odpowiedziała swym skrzekliwym głosem.
- Mam dla was trudne, a zarazem ciekawe zadanie, wybierzecie się do lasu, którego pokażę wam zaraz w mym zwierciadełku, spotkacie dwoje samotnie spacerujących dzieci. Musicie …

Co muszą tego na razie zdradzić wam kochani nie mogę, teraz wróćmy na ziemię gdzie Zosia opracowuje swój plan awaryjny, gdyż czasu było coraz mniej....

Tymczasem Zośka siedziała w pokoju i patrząc przez okno i zastanawiała jak rozegrać sprawy by rodzice nie wyczuli podstępu. Jakby nie było rok w rok dziwnym trafem musiała spędzać większość dni w towarzystwie ulubionego kolegi, może nic by nie było w tym podejrzanego gdyby nie fakt,że to tego drugiego rodzina musiała rezygnować z wyjazdów w ostatniej chwili...
Pukanie do drzwi przerwało jej rozmyślania, w progu stał Dawidek z bardzo zafrasowanym wyrazem twarzy...
- Posłuchaj może ja bym jednak pojechał z rodzicami do tego ośrodka? W końcu jedne święta osobno niczego nie zmienią, jakoś to przetrwamy.. Im więcej mówił tym bardziej przestawał wierzyć w to co sobie umyślił.
Zosia zaś patrzyła na niego wielkimi ze zdziwienia oczami, nie mogło przejść jej przez myśl,że ten tchórz już postanowił się poddać! Ona musiała mieć wszystko na głowie!
- Zdurniałeś do reszty?? Jak sobie wyobrażasz,że ja będę tutaj zanudzała się na śmierć, sama zajmowała się naszym znaleziskiem i może jeszcze całkiem SAMA chodziła do lasu??

Dawidek już wcale nie był pewny swoich racji, no fakt, w końcu to ich wspólne znalezisko, muszą coś z nim zrobić, pytanie tylko co??
- Właśnie, jeżeli już mówimy o naszym skarbie, czy dzisiaj będzie szli w nasze tajne miejsce?
- To chyba nie podlega żadnych wątpliwości, musimy przecież sprawdzić czy nic się podczas naszej nieobecności nie wydarzyło...

Maszerowali równym krokiem, jak zawsze zresztą, oboje zatopieni w swoich myślach. Dawid zastanawiał się czy nikt im nie podkradł tego co nazwał mianem swojej własności, jakby nie było to oni pierwsi znaleźli, więc byli współwłaścicielami...
Zosia natomiast miała zamiar wprowadzić w czyn swój pomysł, będzie bardziej wiarygodnie kiedy kolega nie będzie świadomy jej poczynań, zawsze miał problem z kłamaniem, co jej wychodziło gładko i wiarygodnie.
Zmierzali ku małemu wysypisku, w którym ukryli owe znalezisko, gdy  byli już, już niemalże na miejscu ich oczom ukazał się niebywały widok... Na dróżce stało dwoje..hmn przebierańców? W prawdzie do karnawału zostało jeszcze troszkę ale ci mniej cierpliwi mogli już się przygotowywać ale dlaczego w środku lasu to po pierwsze, a po drugie czy to był dzieci? Wyglądały jak karły...
Cała czwórka stała oniemiała, o ile Zośka i Dawid oniemieli z wrażenia to Minka i Frinka zapomniały co mają powiedzieć. Jakby nie było podróż okazała się niewygodna, rozbolały ich czapeczki, kropki się pobrudziły, dyskomfort popsuł im nastrój. Z chęcią zawróciły by z powrotem jednak rozkaz to rozkaz.
Pierwsza ocknęła się Frinka, widząc brak reakcji ze strony towarzyszki postanowiła przerwać milczenie.
- Cześć! Jej głosik był dosyć pocieszny, jakby nawdychała się helu w wyniku czego mówiła bardzo zabawnie.
- Cześć... Zosia wpatrywała się w to coś ze zmarszczonymi brwiami, pierwsze co wpadło jej do głowy to strach czy nie odnaleźli ich łupu! Na szczęście dziwni przybysze za chwilę mieli uspokoić jej niepokój.
- Jestem Frinka, a to moja towarzyszka Minka, przybyłyśmy yyee to znaczy chodziłyśmy sobie po tym lesie no ale zgubiłyśmy drogę do domu. O mały włos a wydałoby się,że pojawiły się tutaj nagle.
- A skąd wy jesteście i co to za dziwne stroje? Bezmiar zdziwienia można było wyczuć w każdym słowie oraz wyrazie twarzy dziewczynki.
- Hmm jakby Ci powiedzieć, po prostu mów do nas po imieniu, później postaramy się wam wszystko wyjaśnić. Może wybierzecie się z nami na spacer, podejrzewamy,że znacie dobrze ten las i później śmiało nam wskażecie drogę.
Oczywiście wszystko było zamierzone, bo dwa muchomory oczywiście się nie zgubiły, zaś spacer miał wytyczony cel. Otóż dwie postaćki miały doprowadzić małych ludzi do miejsca wskazanego przez Hermenegildę.
- Dlaczego przyszliście do lasu? O tej porze grzyby nie rosną, a i śnieg jest dosyć wysoki, widać nocami musi sporo dosypywać. Minka mimo wszystko była ciekawa powodu przybycia tych ludzkich dzieci, bo czy zamiast spacerować po śnieżnym bezdrożu nie powinny raczej siedzieć w domu i się bawić?
- Postanowiliśmy się przewietrzyć, wiecie pół dnia spędzamy w murach szkolnych, później wracamy ulicami pełnymi spalin to i  pooddychać trzeba... Powietrzem, świeżym...
Za nic by się nie przyznała,że przychodzą tutaj w wiadomym dla nich celu, nie wiadomo czy te stworzenia nie mogłyby im ukraść zdobyczy.
- Rozumiem, to znaczy, że możemy śmiało udać się w pewno urokliwe miejsce, oczywiście znajdujące się na łonie natury... jakkolwiek by to nie brzmiało.. Zamruczała pod nosem i mrugnęła nieznacznie do Frinki.
- Kim wy w ogóle jesteście?? Dawid w końcu zadał pytanie, które od samego początku go nurtowało.
- Nie widzisz? Muchomorami... Minka patrzyła ze zdziwieniem na chłopca.
- Ale jak to? Takim normalnymi grzybami? Przecież takie rzeczy są tylko w bajkach!! Dawidek niemalże wykrzyknął. Nie mogło mu się w głowie pomieścić co właśnie usłyszał.
- Nie, nie mój drogi, jesteśmy muchomorami, grzyby to grzyby, osobna rasa. Jakby nie było to My jesteśmy tymi barwniejszymi postaciami. Mamy więcej mocy i takie tam, ale może później was wtajemniczymy..
Zosia nie mogła uwierzyć w to co słyszy, nie faktem,że grzyby czy tam muchomory gadają, przecież w bajkach wszystko jest możliwe, może one przelazły z jakiejś książki, ale właśnie dzięki nim może uda się przetrzymać Dawidka tutaj bez robienia mu przypadkowej krzywdy.. to znaczy dziewczynka nie miała zamiaru zagrażać koledze, ot tak wpadła przy obiedzie na pomysł,że jakby tak zrzucić go ze skarpy może zwichnąłby nogę albo rękę no i wtedy nie musieliby jechać na te narty bo co to za frajda siedzieć w pokoju hotelowym kiedy równie dobrze można w domu wraz z nią!
- Musimy tutaj wejść. Przerwała tą chwilową ciszę Frinka. Stanąwszy przed ni to kałużą, ni to sadzawką patrzyła wyczekująco na dzieci.
- TUTAJ ??? ale po co? Przecież przemoczymy sobie buty, zmarzniemy, dostaniemy zapalenia płuc, a wtedy już na pewno święta spędzimy osobno!! Złość Zośki była co raz bardziej widoczna.
- Spokojnie, nic wam się nie stanie. Frinka uśmiechnęła się kpiąco na widok przerażenia w oczach Dawidka.
Zabieramy was do naszej krainy, ktoś tam na was czeka. Nie bójcie się, wszystko będzie dobrze.
Musicie nam tylko w czymś pomóc...
Weszli do tego nietypowego przejścia, które rzeczywiście nie było mokre, sprawiało jedynie złudzenie wody, tak naprawdę była to jak by zasłona mgły mieniąca się jak woda. Poruszając się po korytarzu czuli jak ciekawość i euforia zaczyna brać nad nimi górę, oto niespodziewana przygoda rodem z opowiadanych baśni stanęła przed nimi otworem..
A Hermenegilda na wszystko spoglądała ze swojego lustrzanego telewizorka. Jakże się cieszyła,że mimo swej kary może coś zrobić dzięki pomocy tych nudnych muchomorków. W prawdzie nie bardzo jej przeszkadzały, no ale  rozrywki z nimi nie miała, bo nie dość,że były zupełnie samodzielne to jeszcze pojawiały się tylko wtedy gdy miała dla nich jakieś zadanie do wykonania. Nawet takie, które chciała zrobić sama. Kara niestety polegała na tym,że nie mogła nic robić. Jej myśl o zrobieniu czegoś wychwytywały Minka i Frinka, tak więc Heremlcia siedziała i się nudziła. Chwilami wspominała czasy upojnych chwil z Mrocznym Kogutem z Plecami, tak tak zdradliwe to było stworzenie, ale jakże magnetyczne. Gdyby wtedy wiedziała,że był on narzędziem jej klęski podstawionym przez te Trzy... Ech nie będzie o nich myślała. To właśnie za ich sprawką znalazła się na tym wygnaniu. Bez Koguta w dodatku, ten to dopiero skończył...
Minął chyba rok od ostatnich wydarzeń, tak to było przed świętami, zapukał do jej drzwi. Stał w tej czapce Mikołajkowej i patrzył, ale jak On patrzył! A gdy się odwrócił.. Takich pleców to Ona Hermenegilda jak żyje nie widziała! Urzekły ją od pierwszego popatrzenia, a później nastąpiła jej zagłada....

Dzieci wraz z Muchomorami wyłaniały się z korytarza. Widok  który im się ukazał może nie należał do najbardziej oczekiwanych, ale lepsze to od śniegu i zawieruchy, a co najważniejsze jakby dobrze poszło i ich pobyt by się przedłużył mogą liczyć na pominięcie dnia wyjazdu Dawidka!
Kraina wydawała się jakby znajoma, ale może tylko dlatego,że nie znaleźli w jej krajobrazie niczego wyjątkowego, wykarczowane drzewa, gdzieniegdzie badylki, ćmy fruwające to tu i tam to tam i tu. Woda była jakaś tak nijaka, no ale była.
Hen daleko zobaczyli jakąś dziwną rozpadającą się chatynkę, zapewne jakiego bezdomnego, bo chyba nikt inny w takich warunkach by nie mieszkał. Gdy podeszli bliżej zauważyli, że na pieńku nieopodal szałasu siedzi staruszka i patrzy przed siebie. Nagle odwróciła się do przybyłych...
- Witajcie moi drodzy, jakże się cieszę z waszej obecności! Tak dawno nie miałam okazji widzieć ludzi, yyy to znaczy takich młodych ludzi. Uśmiechnęła się jakoś dziwnie i spojrzała na  Muchomorki.  Chciała by ich zostawiły samych, ale te najwidoczniej nagle jakby przestały chwytać w lot jej zachcianki, bo stały i sobie przytupywały rytmicznie, nucąc pod nosem jakąś piosenkę o Miłoszu..
- Jestem Zosia a to Dawidek, bardzo nam miło gościć yy no tutaj, a tak w ogóle to gdzie my jesteśmy?
- w Lizulandzie ..
- GDZIE ??? Co to za dziwna nazwa. Zosia wybałuszyła oczy.
-  Adekwatna do przewinień dla osób wygnanych za pewne uczynki, ma stale i wciąż przypominać o nieodpowiednich uczynkach. Usłużnie podała odpowiedź Minka.
- No dobrze,  skoro nosi taką nazwę..ale w jakim celu mieliśmy tutaj się stawić?
- Słyszałam,że macie problem ze świętami, postanowiłam wam pomóc, bo w końcu to jest czas gdy każdy chce spędzać go w ulubionym towarzystwie... Może wspólnie coś wymyślimy?
Tylko Dawidek nie bardzo był zadowolony faktem spędzenia gwiazdki w tym miejscu, bo jakby nie było miał siedzieć w swoim bądź Zosinym pokoju, zajadając się smakołykami, oglądając bajki i bawiąc. A tutaj? Nie wiedział jak ma okazać swoje niezadowolenie, tak by koleżanka dobrze zrozumiała o co mu chodzi. Z doświadczenia wiedział,że stawianie oporu będzie odebrane jako zdrada ich przyjaźni. Ta cała Hremelka czy jak ona tam się nazywała wcale mu się nie podobała. Jakaś tak dziwnie miła była, jakby na siłę chciała ich uszczęśliwić, jak dotąd sami dawali radę ze sprawą wyjazdów.

Hermenegilda już, już czuła,że łapie wiatr we włosy, oto ONA znowu może rozwinąć skrzydła i zrobić to co lubiła, wtrącić swój nos do cudzego życia. To było jej ulubione zajęcie, bez znaczenia był fakt, iż tym razem nie miała mieć z tego żadnej korzyści. Kara jej na tyle dała w kość,że mogła ten jeden raz pomóc za darmo. A jak się dobrze rozkręci to może za pomocą Muchomorków uda się jej z tego miejsca panować nad innymi!
Zapomniała tylko, że te dwie  pomocnice są cały czas obok i śledzą jej myśli....



Dzień się miał ku końcowi, siedzieli przed lustrzanym telewizorem i oglądali przygotowania do wigilii jednej z gwiazd filmowych, o ile na staruszce podglądanie nie robiło już wielkiego wrażenia to na dzieciach ogromne. W końcu nie codziennie mogą podpatrzeć jak sławni ludzie nie radzą sobie z lepieniem uszek i zamawiają je w pobliskiej restauracji. Śmiali się do rozpuku gdy jedna z nich postanowiła zrobić rybę po grecku z surową marchewką twierdząc,że chce mieć danie zmodernizowane.
Muchomory siedziały na uboczy i podszeptywały do siebie, knuły spisek, czekały na ten dzień od jakiegoś czasu. Wiedziały,że starucha w końcu się złamie. Oczywiście nie mogły dać po sobie poznać,że cała sytuacja jest całkowicie przez nie kontrolowana.

Zosia i Dawid poczuli zmęczenie. Dwie jak dotąd nieodzywające się towarzyszki zaprowadziły ich do małego domku stojącego na skraju polany, w środku był pokoik, łazienka oraz kuchnia. Zjedli kolację i położyli się spać. Dzień był pełen wrażeń...

Siedząc na pniu snuła marzenia o tym ile to będzie mogła zrobić mając u boku dzieci i te małe skrzatopodobne istoty. Zacierała ręce bo wiedziała,że czego jedni nie zrobią drugim sprawi to ogromną przyjemność. Zapatrzyła się w ekran lustra. Nagle zza wyschniętą łąką usłyszała szmer, dziwne to było gdyż o tej porze nawet ćmy nie latały. Mogła wtedy mieć chwilę spokoju. Wytężała wzrok... Niemożliwe! Pomyślała, to nie może być ON! Ku jej osobie wolnym krokiem w Mikołajkowej czapce zbliżał się Mroczny Kogut z Plecami... Zarumieniła się jak jabłuszko bo jakby nie było należała do tych co nie dają się tak szybko uwieść, a tutaj jeszcze dzieci w gościach! Co robić, co robić? Nie było czasu, bo oto wielki pompon czapki był coraz bliższy, za Pleców wyzierała się mroczna łuna, nawet zapach smażonych udek roznosił się z coraz większym aromatem. Hermenegilda nie wiedziała co czynić, dać się uwieść czy jednak być niewzruszoną na te wdzięki. A jeżeli to znowu podstęp?  Na domiar złego wyczuła jeszcze jeden zapach, Tak to one! Marynowane grzybki! Boże i co teraz? Jak mam okazać się silną wolą? Nie dość, że mroczny to jeszcze grzybki, to było zbyt wiele dla tej starej wysłużonej kobiety....
Miała w planach jeszcze tylu osobom pomóc, wszak opracowała nową strategię działania, była niezniszczalna! Jej misją było pomagać i podlizywać. Jak pogodzić się ze świadomością,że władzę nad nią przejął ON?

Zaczynało świtać w obu krainach nastąpiło wiele zmian, jedne nastały się przy pełnej świadomości zainteresowanych,drugie był sterowane przez trzy waleczne ziomalki...

Zosia obudziła się i zerwała, miała tyle pytań do Hermenegildy, nagle uświadomiła sobie,że nie znajduje się w Lizulandzie tylko własnym pokoju! Ale jak to jest możliwe, przecież pamiętała jak wczoraj po wyprawie do lasu spotkały dwie muchomorki... Spojrzała na podłogę obok leżały czapeczki w plamki, na jednej było napisane Minka zaś na drugiej Frinka....
Pukanie do drzwi przerwało jej konsternacje.
- Dzień dobry córeczko, jak się spało?
- Mamo jaki dziś mamy dzień?
- Jak to jaki? Jest wigilia.. Zapomniałaś jak się wczoraj kładłaś do łóżka,że dziś wieczorem rozpoczynają się święta? Uśmiechnęła się ciepło do dziewczynki po czym wyszła.
Zosia nie wiedziała co ma myśleć, musi koniecznie zadzwonić do Dawidka, zapytać czy i On pamięta, przecież to nie mógł być sen, nie było jej w domu całe dwa dni.
Zbiegła prędko po schodach do telefonu, niestety nie mogła się połączyć z domem kolegi. Dziwne rzeczy zaczęły się dziać. Nie mogła zrozumieć o co chodziło. Coś poszło nie tak.
Ta stara wiedźma ją okłamała! Miała spędzić spokojnie gwiazdkę wraz z Dawidem, nawet w tej ohydnej chałupie siedząc przed lustrzanym telewizorem.



Dawid w tym czasie rozpakowywał swoje rzeczy w pokoju hotelowym. Miał wątpliwości czy to co się wydarzyło było snem? Musi porozmawiać z Zośką, w końcu ona też brała w tym udział. Rodzice uparcie twierdzą,że wieczór i noc spędził w podróży w góry.
Doskonale pamiętał,że przydarzyło się im coś niesamowitego wręcz magicznego! Czy to sprawka dwóch Muchomorów? Może tej podejrzanej staruchy? Od początku wiedział,że coś jest z nią nie tak! Niby tak miło się uśmiechała, chciała im pomóc, a tutaj proszę tak ich okłamać.

Pozostaje sprawa tajemniczego czegoś schowanego przez dwójkę dzieci.. Gdy pewnego jesiennego popołudnia ganiali leśnymi ścieżkami w odległej skarpie znaleźli coś wystającego. Zaciekawieni postanowili sprawdzić, w końcu w tajnej organizacji zajmowali się odkrywaniem różnych tajemnic. Stali nad znaleziskiem i myśleli jak wydobyć to coś ukrytego pod ziemią. Na szczęście jak się okazało ziemia nie była mocno ubita, po pewnym czasie rozgrzebywania patykami wyciągnęli worek, dziwny bo z dosyć ładnego materiału. Gdy zajrzeli do środka aż cofnęli się ze zdziwienia. W środku znajdowała się... Czapka Mikołajowa!
Należąca do Mrocznego Koguta z Plecami ...ale tego na szczęście dzieci nie wiedziały, były przekonane,że należy do całkiem innej osoby.

Adelajda, Irmina i Rachela siedziały przy swojej ulubionej wielkiej choince, nie były specjalnie tradycyjne, dlatego nie znosiły co roku do chałupy żywego drzewka. Miały swoje kupione za sporą sumkę piękną, sztuczną i co najważniejsze trwałą! Teraz pięknie ozdobioną kolorowymi światełkami. Wspominały minione wydarzenia, gdy kolejny raz przebiegła Hermenegilda podjęła próbę złamania zakazu jakim było udzielenie pomocy. Nieważne czy to były dzieci. Fakt mogły im nie psuć świąt rozdzielając w te ważne dni. Jednak sprawa była dość poważna,, a kara to kara, tak była umowa. Konsekwencje ponosiły osoby niewinne.  Wynikiem czego zamieszały w życiu Zośki i Dawidka.
Hermelka po wywęszeniu marynowanych grzybków straciła nad sobą kontrolę, chęć posiadania ich była tak wielka,że rzuciła się na Koguta i zaczęła go obmacywać pod łopatką, a przecie tam miał schowaną bardzo ważną część ciała! Waleczne ziomalki wkroczyły do akcji przy pomocy swych wiernych Muchomorów. Unieszkodliwiły napastniczkę, zaostrzając karę. Co się stało z Mrocznym Kogutem? Stracił kilka piór, a jak już się okazało,że nie jest niezniszczalny postanowiono go oskubać i usmażyć na świąteczny obiad....
W końcu święta to czas spędzania go z bliskimi, Dlatego nasze trzy kumpelki siedziały ze spokojnym sumieniem popijając winko, dzieci w końcu zasiadły ze swoimi rodzicami, natomiast Hermenegilda w ramach kary nie otrzymała Koguciego udka, a jedynie marynowanego grzybka.

 A morał tej bajki jest, krótki i chyba każdemu znany, nie podlizuj się bo nie będziesz lubiany. ;))

I TAKIE SĄ WIGILIE


Piękna to była dziewczyna. Nie miała jeszcze trzydziestu lat; była blisko, ale trzydziestu lat nie miała. Moja mama mówiła na nią „Szabla”, że taka wysoka, smukła - sami wiecie, „Szabla”.
I zachorowała, i położyli ją w szpitali, i odwiedzałem ją, a w Wigilię przyszedłem do szpitala wieczorem, po wieczerzy, ale nie było jej w sali. A szpital pusty, mało kto został na święta, tylko ci, których lekarze nie puścili do domu. I siostra wyszła z dyżurki i zapytała, w jakiej sprawie tu jestem, i powiedziałem w jakiej sprawie, a siostra na to, że mi żadnych informacji nie może udzielić, bo nie jestem z rodziny, a ja prosiłem siostrę, żeby mi powiedziała, ale siostra powtarzała, że mi nic powiedzieć nie może, więc w końcu złożyłem siostrze życzenia dobrych świąt, i wychodziłem, a wtedy siostra rozpłakała się i wyszeptała: - Proszę pana,  chodziłam z nią do jednej klasy, w podstawówce. Ona umarła dzisiaj piętnaście po trzeciej.

***

To było wtedy, kiedy myślałem, że się ustabilizowałem, ustatkowałem, urządziłem, czy jakkolwiek to nazwiemy. Myślałem, że będę sobie spokojnie i ciekawie żył. Później okazało się, że jakkolwiek życie mam ciekawe, to nijak nie można nazwać go spokojnym, ale mniejsza o to. W każdym razie wtedy, kiedy myślałem, że się ustabilizowałem, ustatkowałem, urządziłem, czy jakkolwiek to nazwiemy, w Wigilię pojechałem do mamy, na parę godzin tylko, pociągiem pojechałem i wróciłem pociągiem, i szedłem na postój taksówek, bo to było w czasach, kiedy nie dało się zamówić taxi przez komórkę, bo nie wynaleziono jeszcze komórek, i dochodziłem do postoju i zobaczyłem parę starszych ludzi, pewnie małżeństwo, i oni kłócili się, mężczyzna krzyczał na kobietę, był wulgarny, kobieta płakała i prosiła go, żeby nie był taki, bo to przecież Wigilia, ale mężczyzna nie brał pod uwagę tego, że to Wigilia, tylko ciągle był wulgarny i krzyczał, a później odszedł od kobiety, szybko szedł, a kobieta płakała i próbowała za nim nadążyć, ale nie umiała iść tak szybko, jak on szedł, i dystans między nimi zwiększał się, a nie mam na myśli tylko zwiększającej się między nimi odległości liczonej w metrach i nie przede wszystkim tę odległość mam na myśli.

***

Mikołaj, przecież nie pisarz, tylko przedsiębiorca, jak kiedyś w wannie leżał, to wpadł na pomysł sztuki i napisał tę sztukę razem z Tomkiem. To jest sztuka o samotnym człowieku, który w Wigilię po chałupach chodził i pytał ludzi, czy może z nimi usiąść do wieczerzy, bo przecież jest cała ta tradycja z wolnym miejscem przy stole dla gościa, ale ludzie nie chcieli go przyjąć, a jedna pani powiedziała mu tak: - Panie, czy pan wie, co pan mówi? Przecież jak pan zajmie wolne miejsce, to ono nie będzie już wolne, a musi być wolne, bo tak każe tradycja. Żegnam pana.

***


W jednym z kościołów ksiądz na pasterce kazanie mówił i to było o tym, że w Wigilię nie wszyscy świętują w gronie rodzinnym, nie wszyscy cieszą się z prezentów, nie wszyscy doświadczają tego specyficznego ciepła, którego można doświadczyć tylko w tym jednym dniu w roku, bo przecież niektórzy są w drodze, inni w szpitalu, jeszcze inni samotni i smutni, a jest i taki ktoś - i tu ksiądz powiedział jedno z najpiękniejszych zdań, jakie słyszałem na kazaniach - kto przeżywa Wigilię pośród swoich bliskich, ale jest od nich daleko myślą i kochaniem.

Święta to czas magiczny…

Pamiętasz nasze pierwsze święta? Pamiętasz naszą pierwszą wigilię? To przecież było tak niedawno…
Tylko my, Babcia – niech Jej ziemia lekką będzie, koty i pies.
Pamiętasz te zapachy? Choina pachnąca hmm, sobą. Zielenią, Żywicą. Igłami. Jabłkami czerwonymi co na niej wisiały. Między brązowymi, korzennymi piernikami wisiały. Między kilkoma naszymi pierwszymi bombkami wisiały…
Pamiętasz ciepło kominka, światło, trzask drewna, dym?
Pamiętasz zapach ciast? Potraw. Więcej niż dwunastu. Pamiętasz jak mieszały się te zapachy. Naszej i Twojej kuchni. Polskiej i niemieckiej.
Cudowna, dziwna wigilia. Pierwsza. Pierwsza wspólna.
Ile musieliśmy przejść by razem być. Na co dzień i od święta.
Ile uprzedzeń i ile miłości. Ile szczęścia i ile przykrości. Ile musieliśmy z siebie dać, ile musieliśmy odrzucić, porzucić… Żeby być razem! Szczęśliwi.
*****************************************************************
My, opłatek i Bóg.
Biały obrus, sianko, wypolerowana zastawa, cudowne potrawy. Świerk. Światełka. Czerwone. Białe. Żółte. I nawet niebieskie.
Kolędy. Cicha noc. Stille nacht. Kolędy… Pamiętasz jak się śmieliśmy gdy chciałaś śpiewać je po polsku. Prawie nie znałaś jeszcze języka a chciałaś. Dla mnie…
Cudowne dni, cudowne lata i kolejne święta i kolejne i kolejne. Ale najbardziej pamiętam te pierwsze.
Miałaś wtedy na sobie – pamiętam dokładnie – błękitną sukienkę. Zalotnie pachniałaś tym swoim ulubionym jaśminem, jak się pięknie komponował z każdym zapachem świątecznego domu. Cudnie odrzucałaś z czoła kosmyki włosów w kolorze lnu. Moja piękna blondyna. Moja kochana. Moja piękna. Moja żona. Od niedawna żona…
*****************************************************************
Zasypało wszystkie ścieżki, pola i las. Dom dostał od natury białą puchatą czapę. Śnieg zasypał też naszą drogę. Pamiętasz ile czasu przebijaliśmy się naszą terenówką do asfaltu. Ale warto było. Nasza pierwsza Pasterka. Noc. Klasztor. Msza. Cudowny śpiew. Kolędy. Podzięka za narodziny Boga. Za życie.
Pamiętasz jak zostawiliśmy samochód u sąsiada i szliśmy śmiejąc się, całując, tuląc chyba ze dwie godziny. W blasku księżyca, w rozbłyskach gwiazd na niebie, wśród drobniutkich białych płatków. Tarzaliśmy się w śniegu jak wariaci. Jak najszczęśliwsi wariaci na świecie! Byliśmy mokrzy od śniegu, od miłości. Gdy dotarliśmy do domu… oj gdy dotarliśmy do domu… Kochaliśmy się długo, bardzo długo. W białej jak śnieg pościeli… Ciepłej, mięciutkiej… Rozwiązaliśmy symboliczną kokardę i podarowaliśmy się sobie nawzajem jak najpiękniejszy prezent.
Później leżeliśmy do rana bez snu, bez słów. Z głowami na swoich poduszkach,  wpatrzeni w oczy swoje.
W zwierciadła dusz.
*****************************************************************
Pamiętasz naszą codzienność? Babcię gdy była z nami? Pamiętasz jak Jej zabrakło? Zostaliśmy sami. Dla siebie.
Dwuosobowa rodzina. W naszym domu. Na Warmii.
Codzienność. Praca. Codzienność. Zdrowie. Praca. Choroba. Poranna kawa. Praca. Modlitwa. Codzienność. Najwspanialsza codzienność. Własna. We dwoje. Ze sobą.
Zawsze mogąca na siebie liczyć dwójka. Choć język płatał nam czasem figle rozumieliśmy się przecież bez słów. Codziennie.
Codzienność pensjonatu. Codzienność sianokosów. Codzienność karmienia zwierząt i codzienność żywienia gości. Codzienność sadzenia. Codzienność odpoczywania. Codzienność, nie rutyna. Raj.
Ale to nie pustynia. Akceptacja i jej brak. Pamiętasz jak ludzie mówili:
- Niemka.
- Czego tutaj chce.
- Niepotrzebna nam tutaj.
O ile trudniejsza była nasza miłość. Trudniejsza nasza codzienność. Pijak mógł być pijakiem. Złodziej złodziejem. Brutal mógł dzień i noc bić żonę i dzieci. Ale to byli swojacy. A Ty byłaś dla wszystkich obca! No może prawie dla wszystkich. Coraz lepiej mówiłaś po polsku. Coraz więcej rozumiałaś z tekstów rzucanych za plecami…
Przekonali się. Przekonaliśmy wszystkich.  No może prawie wszystkich.
Nasza miłość przezwyciężała wszystko. Prawie wszystko…
*****************************************************************
Świerk.
Światełka.
Czerwone. Białe. Żółte. I nawet niebieskie.
Zapaliłaś.
Jak pięknie kołyszą się. Jakie rzucają cienie. Przez świerk. Łukasz…
Wracaj do domu, zimno jest. Znów nie masz na głowie czapki. Włosy przyprószył ci śnieg…
Światełka rzucają cień po alejkach, po napisach, po kamieniach.
Niedługo zabłyśnie pierwsza gwiazda.
Trzeba wracać do domu.
*****************************************************************  
- Dobry wieczór Pani Ingo. Szczęśliwych świąt.
A. To para z sąsiedniej wsi, przypomniałaś sobie.
Skinęłaś głową. Odchodząc usłyszałaś ciche – a co miałam jej powiedzieć? że może wigilia u nas? jak będziemy rozmawiać?  o czym? co miałam powiedzieć? no co?
Szeptane. Myślane że bez zrozumienia.
*****************************************************************
Samochód stanął u sąsiada, jak wtedy… Powrót tym razem krócej trwał.
W domu nie było choiny. Nie pachniało zielenią, Żywicą. Igłami. Nie było jabłek. Czerwonych. Nie było brązowych, korzennych pierników. Bombek nie było też…
Nie paliło się w kominku. Nie było potraw. Dwunastu. Dziesięciu. Pięciu. Jednej.
Był opłatek i Bóg.
*****************************************************************
Jutro jeszcze będzie święto. I pojutrze. A potem codzienność. Aż do końca kalendarza, aż do końca…
*****************************************************************
Na poduszce obok swojej położyłaś opłatek.
- Dobranoc Kochanie. Dobranoc Łukaszu. Szczęśliwych świąt.
Leżałaś długo bez słów wpatrzona w kruchą biel. Jak w moje oczy. Zasnęłaś. Słychać było tylko Twój oddech. Może prawie tylko…
 - Dobranoc Kochanie. Dobranoc Ingo. Szczęśliwych świąt.
*****************************************************************
Święta to magiczny czas… Nie jednakowy dla wszystkich…

Świąteczny konkurs…

Teraz na mnie kolej?  Opowieść wigilijna? Po opłatku, po kolacji, przy kominku. Pogaduchy. Konkurs trwa dalej? No tak, wszyscy już mówili. Tylko się nie śmiejcie ze staruszka hi hi. Ciekawe kto zostanie królem opowiadań.
A więc… zapatrzyłem się w biel za oknem, zamyśliłem. Sapnąłem i zacząłem. Mówiłem a oni z początku jedli jeszcze, kręci się i słuchali jakby przy okazji ale z upływem czasu wsłuchiwali się z coraz większym zaciekawieniem… Miło mi było opowiadać.
*****************************************************************
Wiele lat było nam pod górkę, czasem raczej pod wozem niż na wozie ale teraz jest już inaczej. Wiele się od tamtego czasu zmieniło. Na lepsze.
A było to tak… Kilka lat temu nic nie zapowiadało tak ogromnego załamania pogody. Wiadomo zima, śnieg, wiatr i mróz. No przecież był grudzień. Zima. To jak miało by być? Gorąco? Zima… znów zapatrzyłem się w dal za oknem. W dzień wigilii tego roku rankiem śnieg sypał jak gdyby nigdy nic ale z każdą godziną, ba! z każdą minutą sypał coraz mocniej i mocniej. Później zerwał się wiatr. Mróz też stawał  się coraz większy a właściwie mniejszy – zaśmiałem się – temperatura był a niższa, spadała i spadała. Już wiedziałem że nie będzie dobrze…
Czekałem na twój powrót do domu. Pamiętasz Agatko? Pojechałaś na początku grudnia w nagłe odwiedziny. Mama. Niby zwykłe przeziębienie zamieniło się w zapalenie płuc. Później szpital, komplikacje. Wszystko udało się jednak ułożyć załagodzić. Musiałaś, mogłaś pomóc tam bo wiedziałaś że tutaj, dam sobie ze wszystkim radę. Wiele już przyszykowałaś, resztę miałem zrobić sam. Ze względu na gości którzy zarezerwowali świąteczny pobyt w naszym pensjonacie i już opanowaną sytuację u Mamy miałaś wrócić w samą wigilię. Autobusem z Warszawy. Goście mieli dojechać z Gdańska i Bydgoszczy. Czekałem na wszystkich. Wyglądałem za okno, słuchałem Radia Olsztyn i denerwowałem się coraz bardziej. Wiadomości o problemach na drogach były coraz częstsze, jak ciężkie chmury gęstniał głos spikera, nowe wiadomości niepokoiły mnie coraz bardziej. Jednak trochę uspokoił mnie widok pługa śnieżnego na naszej drodze. Przejechał powolutku nieopodal domu. Wybiegłem szybko aby złożyć kierowcy życzenia i wepchnąć mu za pazuchę flaszeczkę nalewki. Na święta rzecz jasna, nie w czasie pracy oczywiście. Zawrócił i pojechał dalej. Jeszcze wiele mniejszych dróg miał do odśnieżenia. Spieszył się. Rodzina czekała na niego. Wiadomo święta!
Czekałem i ja. Czekał dom pełen świątecznych zapachów. Zapachów kuchni. Zapachu choinki. Zapachu kominka. Czekało ciepło domu. Ciepło rodzinne. Wiadomo pensjonat... Wiadomo dom… Czekałem na ciebie Agatko, na mój cud…
Ale robiło się coraz gorzej ale oszukiwałem się. Jeśli porządnie odśnieżyli pod domem to co dopiero zrobią wielkie jak smoki pługi pracujące na przelotowych drogach. Czekałem. Ale śnieg i wiatr nie!
Zakrzątany, zabiegany po kilku godzinach musiałem wyjść na dwór. Na co? Na dwór? To nie był dwór! To był potwór!!! Biały ogromny, puchaty jak polarny niedźwiedź. Wył, jęczał, wił się. Śnieg był wszędzie. Niedawno odśnieżona droga przypomniała hmmm nieodśnieżoną drogę? No dało się pewnie jeszcze przejechać ale co będzie za chwilę, za parę godzin? I wtedy rozdzwoniły się telefony! Jak na komendę jeden po drugim od ciebie, że wyjazd twojego autobusu odwołany bo drogi zablokowane, bo pługi nie nadążają, bo lepiej nie utknąć gdzieś w zaspach. W szczerym polu. Jak wiele innych samochodów. Bo firma autobusowa podstawi jutro po dwa autokary i wrócisz teraz do rodziców a do nas dojedziesz nazajutrz. Prognozy są lepsze na jutro i sytuacja drogowa pewnie będzie już opanowana. Cóż nie można nic poradzić na takie ogromne załamanie pogody. Cóż? co mieliśmy zrobić? Złożyliśmy sobie życzenia przez telefon. Pamiętasz kochana? Obiecałem, że ze wszystkim dam sobie radę i tyle. Czy można było więcej. Ledwie rozłączyliśmy się a odezwał się telefon od Państwa z Bydgoszczy. I co? Że drogi zablokowane, że pługi nie nadążają, mnóstwo samochodów utknęło w zaspach. W szczerym polu. Dojadą jutro. Przedłużą pobyt może do sylwestra. Prognozy są lepsze na jutro i sytuacja pewnie będzie już opanowana. Cóż nie można nic poradzić na takie ogromne załamanie pogody. Hę, skądś znałem już ten tekst. Cóż mieliśmy zrobić. Złożyliśmy sobie życzenia przez telefon. I… tak, nie śmiejcie się! Mnie wtedy nie było do śmiechu! Tak! Za chwilę po rozłączeniu. Zadzwonił telefon. Zadzwonił to złe słowo. Nie śmiejcie się. Tak, odezwały się tony White Christmas. Dobrze wiecie, że co roku w grudniu zmieniam swój dzwonek  na ten. No dobrze śmiejcie się… Telefon… Chórem już mówicie… kto dzwonił? Tak Państwo z Gdańska. Koniec śmiechów! Mnie do niego nie było! Miałem spędzić święta sam. No może nie całe. Tylko wigilię. No może nie sam. Z kotami, psem, kozami i resztą inwentarza… i  wtedy… a nie zgadniecie!… co? telefon? Nooooo nie! Dzwonek tak, ale nie telefonu. Dzwonek do drzwi. Zaskoczeni? Ja też! A to szelmy, a to małpy! Niech ich dorwę! Tak sobie zażartować. Dojechali żartownisie! Drogi, śniegi! Ja im dam żarty ze mnie! Otworzyłem i… A nie! Nie! Nie była to Agata. Gdańszczanie? Tez nie! Czyli? Hihi tez nie, nie bydgoszczanie. A, cicho siedzicie! A, nie ma więcej pomysłów? No! Proszę! Traktorzysta z pługiem? No bez przesady! A więc… a więc… teraz… teraz, poproszę o gorącą herbatę z cytryną. Muszę chwilkę odetchnąć. Nie poganiajcie mnie. Muszę zwilżyć usta a wy wymyślajcie kto dzwonił. Muszę odpocząć. Zasapałem się. Może się nawet zdrzemnę. Żartowałem. Nie krzyczcie tak! Zaraz będę opowiadał dalej.
*****************************************************************
Herbata parowała jeszcze gdy znów zacząłem snuć swoją opowieść. Jakże różną od innych opowieść wigilijną…
Otworzyłem drzwi a przed nimi nie była… już to mówiłem? Dobrze, a więc… No już nie poganiajcie mnie, przed domem stała para młodych ludzi. Kobieta i mężczyzna, oboje około, hmmm, około dwudziestki, dwudziestu paru lat. Normalni. Zagubieni. Zmęczeni. Przestraszeni.
Na podwórku stał samochód. Nawet nie terenowy. Bóg jeden wie jak udało im się dojechać do nas.
Szybko wpuściłem ich do domu. Zziębnięci. Zasapani. Zaczerwienieni na twarzach od mrozu.
Wysapali. Jechali do rodziny. Na początku trasa była normalna. Jechali hmmm, jechali to nieprecyzyjne słowo. Później przebijali się, byłoby właściwsze. Od zaspy do zaspy, od odcinka przetartego do zawianego, za ciężarówką za pługiem. Do przodu. Już było za daleko by zawrócić do domu. Jechali dalej. Aż do drogi gdzie zaspy nie dały już jechać. Większość samochodów zawróciła. Ale oni już nie mogli. Skręcili w nasza drogę i widząc światła domu jechali z nadzieją…
Poprosiłem aby się rozebrali, usiedli przy kominku, przy choince a sam zacząłem szykować herbatę i ciepłe jedzenie. Kiedy wróciłem z tacą. Wiedziałem już czemu z taką nadzieją jechali do naszego domu.
Bo dziewczyna była przy nadziei.
Powiedziała że jeszcze dwa tygodnie, dlatego zdecydowali się na wyjazd… ale przeliczyli się szpetnie. Nagle w czasie naszej rozmowy, podczas rozpoczynającej się chaotycznej trochę wieczerzy wigilijnej zaczęły się skurcze. Odeszły wody. Jezus, Maria!!! Zaczął się poród!
Wszystkie pokoje były przygotowane dla gości, nie było wolnego pokoju ale jakie to miało teraz znaczenie. Nam trzeba było teraz porodówki a nie pensjonatu.  Janusz – jak się okazało tak miał na imię mężczyzna – zadzwonił z mojego telefonu na pogotowie ale wieści nie były optymistyczne. Okazało się że nie mają żadnych szans dojechać. Pług utknął. Straż tnie drzewa przewrócone pod ciężarem śniegu. Nie tylko u nas był problem, tak było w całej Polsce, ba w Europie. Na wielu drogach było podobnie jak u nas.  Biało, baśniowo. Strasznie.
Przenieśliśmy Mariannę – z kolei tak miała na imię kobieta – do naszej sypialni i cóż, oszczędzę wam dzieci szczegółów, odebraliśmy z Januszem poród. Bogu dzięki bez komplikacji, z pewną pomocą lekarza pogotowia podpowiadającego nam przez telefon.
Na świat przyszło dziecko.
Nie mieliśmy pieluszek, ubranek ale z tego co znaleźliśmy w twojej bieliźniarce Agatko stworzyliśmy najdziwniejszą wyprawkę na świecie.
*****************************************************************
W zamieszaniu nie podzieliliśmy się opłatkiem. Nie pojechałem, nie pojechaliśmy tego roku na Mszę pasterską do klasztoru w Stoczku - wszyscy zasłuchani wpatrywali się, czekali na ciąg dalszy - mieliśmy swoją własną, prywatna pasterkę w domu.
*****************************************************************
Mnie rozpierała duma. Janusz był szczęśliwy. Marianna wymęczona ale spokojna. Dziecko spało grzecznie przytulone do piersi matki.
Chłopiec. Piękny, pomarszczony, maleńki chłopczyk. Czarnooki, czarnowłosy chłopczyk.
Noc upłynęła bez problemów. Ciemność i cisza przerywana była chwilami przez cichuteńkie kwilenie uspokajanego przez matkę dziecka. Wszystkie koty i nasz pies nie chciały leżeć w swoich legowiskach. Leżały przed progiem sypialni.
*****************************************************************
Bożonarodzeniowy poranek przywitał nas przepiękną pogodą. Bezwietrzną, bezopadową, nawet jakby cieplejszą. Biel była piękna, bajkowa. Cudowna. Zjedliśmy  śniadanie. W takim dniu dla naszej trójki, o przepraszam czwórki wszystko  było cudowne i świąteczne. Wszystko. Wszystko.
*****************************************************************
Na drodze widocznej daleko z okien poruszały się samochody. Wolno bo wolno ale swobodnie. Nasz droga dojazdowa też wyglądała dość przejezdnie. To co wczoraj zawiało to dzisiaj zamiotło, jak to w przyrodzie.
Młodzi rodzice zebrali się. Bardzo mocno ucałowali, przytulali i dziękowali za pomoc. Postanowili pojechać dalej ale prosiłem aby wcześniej zajechali do lidzbarskiego szpitala na oddział porodowy. Sprawdzić zdrowie matki i dziecka. Wszak mnóstwo dzieci rodziło się w domach jednakże lepiej wszystko sprawdzić.
W pełni ubrani, stali w progu. Zaśmiali się że jeszcze nie wiedzą jak dadzą chłopczykowi na imię. Żegnali się ze mną ze łzami w oczach. Błogosławili mnie i gościnny im dom. I wtedy dopiero… - cisza w pokoju jak makiem zasiał przecinana była tylko głosem oddechów. I co? i co? Kochani hmmm poproszę znów o herbatkę… yyyyy głos zawodu - no muszę chwilkę odpocząć.
*****************************************************************
Po chwili odstawiłem na stolik filiżankę i znów zacząłem mówić, a wszyscy okrążając fotel wpatrzeni  słuchali czekając co w opowieści nastąpi dalej.
Kiedy żegnaliśmy się już wiedziałem co  (chociaż nie zdawałem sobie wcześniej z tego sprawy) przyciągnęło podświadomie moją uwagę już wczoraj – zawiesiłem teatralnie głos – to… była… No co? - krzyknęli prawie wszyscy. To była chusta w która owinięta była wczoraj Marianna a dzisiaj zastępowała becik dla maleństwa. Eeee, jęknęli zawiedzeni. Chusta, becik. I to było to? Eeeee.
Czekałem spokojnie. Tylko ty Agatko w ciszy zastanawiasz się. Zamyśliłaś się. Szmer zawiedzonych powoli ucichł. I co było dalej, co z tą chustą? – zapytali.
Była… - zacząłem - była z pięknym, delikatnym, misternym wzorem. Nigdy ci o tym nie mówiłem Agatko bo bałem się, że nie zrozumiesz. Uznasz mnie za wariata albo nawiedzonego dewota…  - zwróciłem się do żony. Chusta Marianny była niebieska jak czyste niebo. Przerwałem, znów zapatrzył się w okno w ciemną, świąteczną noc. I co z tego? - krzyknęli.
Powiedziałem Januszowi i Mariannie, że taką samą, no prawie taką samą kupiłem dla żony na prezent. Tylko, że kupiłem zieloną. Taką samą, z takim samym wzorem, zieloną. Sprzedawca na bartoszyckim targu wśród różności miał tylko jedną jedyną taką chustę. I tylko zieloną.
Zapakowana w ozdobny papier z wielką kokardą czekała od tygodnia a teraz leżała już pod choinką.
Wyszliśmy z domu. Janusz troskliwie, na tylnym siedzeniu ulokował Mariannę z dzieckiem w niebieskim niby beciku, a sam zasiadł za kierownicą samochodu. Powoli jakby człapiąc jechali do drogi. Jeszcze na samym końcu zamrugali światłami. Mówiłem powoli ponownie to przeżywając…
Nie przerywając Agata wstała i wyszła z salonu. Wiedziałem gdzie idzie. Mówiłem dalej…
Niedługo po ich odjeździe zjechali się wszyscy do pensjonatu. Lidzbarska taksówka z Agatą i samochody gości. Po rozlokowaniu wszystkich zadzwoniłem do szpitala spytać o młodych ale ku mojemu zdziwieniu nikt taki nie zgłosił się do nich. Jeszcze zadzwoniłem na numer alarmowy aby sprawdzić czy nie mieli w okolicy jakiegoś wypadku i znów nikt nic nie wiedział. Rozmówcy słuchali mnie jak wariata. Może jednak moi goście zdecydowali się jechać od razu w dalszą drogę. Trudno. Przecież nie znałem ich numeru telefonu. Nie wiedziałem nawet czy mają telefon. Nawet nie znałem ich nazwiska. Nic o nich tak naprawdę nie wiedziałem.
*****************************************************************
Jednakże święta czas było zacząć. Chcąc nie chcąc w ten dzień dopiero, podczas obiadu podzieliliśmy się opłatkiem i wyciągnęliśmy spod choinki prezenty. Śmiechu i radości było co nie miara. Szczególnie dla dzieci. Znów zawiesił głos…
Wtedy tamtego dnia Agata rozpakowała swoją paczuszkę a jaw pierwszej chwili nie zorientowałem się... Później to do mnie dotarło. Nigdy nic nie powiedziałem. Nic nie mówiłem aż do dziś. Czego? Co? - powiedzieli właściwie wszyscy jednocześnie…
I wtedy kiedy wszyscy pytali weszłaś ty. Moja piękna. Moja żona. Mój cud.
Weszłaś otulona chustą. Wszyscy z otwartymi z wrażenia ustami, z szeroko otwartymi zadziwionymi, niedowierzającymi oczami patrzyli w ciszy na ciebie. Nawet koty i pies też… One jednak chyba bez zadziwienia. Uśmiechnąłem się.
Weszłaś w chuście…
w niebieskiej jak czyste niebo.

W niebieskiej chuście.


Moja wigilijna opowieść


Jak każdego dnia, bo to już był nasz niemal rytuał, założyłam Finkowi obrożę, przypięłam smycz i wyruszyliśmy na spacer. Oczywiście nad morze.
O tej porze roku nadmorski piasek był zbity, twardy, zmrożony. Przyprószony śniegiem, niczym cukrem pudrem, skrzył się i chrzęścił przy każdym kroku.
Szłam z Finkiem zamyślona... . A pora była najlepsza na przemyślenia... . Wszak to jutro Wigilia... .
Patrzyłam na łagodne fale rozbijające się o brzeg, na stalowy kolor wody, na zamglony widnokrąg i zastanawiałam się, co sprawiło, że znowu w tym roku sama zasiądę do stołu wigilijnego. Znowu będę sama na Święta.
Moje rozmyślania przerwał mi głos:
-Dzień dobry pani Lidko, co to, spacerek popołudniowy? - usłyszałam.
Spojrzałam bardziej przytomnie przed siebie...
-Dzień dobry pani Sylwio, tak ja na spacerze z Finkiem, a pani... tutaj... - zdziwiłam się – co to za piękny kudłacz przy pani? - spytałam patrząc na śmiesznego psiaka, który towarzyszył pani Sylwii.
-Ach, całkiem prozaiczna historia – zaczęła pani Sylwia – proszę sobie wyobrazić, do naszej furtki, wie pani, przy wejściu do naszego sklepiku, ktoś przywiązał na smyczy takiego malucha. Zimno bardzo było, jak tylko go zobaczyłam zaraz zabrałam go do domu. Przed sklepem wywiesiłam kartkę, że zguba jest do odbioru. Ale... to było wczoraj... . Nikt się nie zgłosił... . Jeśli ktoś go specjalnie zostawił... to lepiej, niż miałby przywiązać gdzieś, na odludziu... .
-No tak – powiedziałam patrząc, jak Finek radośnie merda ogonkiem do nowego kolegi, a ten z radością mu odpowiada tym samym – okres przedświąteczny, wyjazdy, zwierzęta stają się niewygodne...
-Ach, pani Lidko, tyle się o tym mówi, pisze, wszędzie... żeby bezmyślnie, pod wpływem chwili nie decydować się na zwierzaki w domu, przemyśleć tę decyzję... to przecież nie zabawka, którą można rzucić w kąt...
-Tak, ludzie się chyba nigdy nie nauczą. Ale, ten czworonóg miał chyba szczęście?
-No miał, miał – z uśmiechem powiedziała pani Sylwia klepiąc przyjacielsko psiaka po boku -  uśmiechnęło się do niego szczęście wigilijne. Będzie z nami. Moje dzieci już szaleją z radości. Jeszcze dzisiaj jesteśmy umówieni do weterynarza na oględziny. Nawet nie wiemy ile on ma lat, może lekarz nam pozwoli to ustalić. No i trzeba go ogólnie zbadać, może zaszczepić... . Ale radość w domu...
-A imię już macie dla niego? - spytałam.
-Z tym, to jest tyle śmiechu... nie, nie mamy jeszcze, ale do jutra musimy coś wymyślić, bo przecież pod choinką musi się znaleźć jakaś kosteczka dla nowego członka rodziny zapakowana w pudełko z imieniem – odpowiedziała ze śmiechem pani Sylwia – a właśnie... a co pani, pani Lidko na Święta... sama...?
-Tak, sama – odwróciłam wzrok, bo do oczu napłynęły łzy – dzieci nie przyjadą... zapracowane... .
-No, proszę się nie smucić, proszę przyjść do nas, jutro i... nie tylko w Wigilię, ale i w Święta. Przecież pani wie, że my zawsze w domu, dla nas Święta poza domem to takie, jakieś... nie święta... . Będziemy jak zwykle tylko z mężem i dziećmi. No i teraz z tym... - tu popatrzyła z wyraźną miłością w oczach na psa.
-Ach, pani Sylwio, dziękuję... - zaczęłam – ja tak przyzwyczajona jestem do tego, że zawsze sama... .
-Pani Lidko – oburzyła się moja rozmówczyni – w taki dzień nikt nie jest sam! - wykrzyknęła.
-Dziękuję, naprawdę, dziękuję – spuściłam głowę, łzy znowu nabiegły mi do oczu.
-Czekamy jutro na panią o osiemnastej – kategorycznie powiedziała pani Sylwia – myślę, że nie będzie pani miała problemów z dotarciem do nas, to przecież tylko trzy domy dalej. I dlatego – dorzuciła – nie przyjmuję odmowy.
Uśmiechnęła się do mnie szeroko, poklepała mnie po ramieniu, lekko uścisnąwszy i poszła żwawym krokiem odciągając psa od mojego Finka, który bardzo był z tego powodu niezadowolony.
Patrzyłam za nią jak odchodzi i poczułam przypływ zazdrości. Ale nie tej niedobrej, złej zawiści, a... zazdrości... pozytywnej.
Moje, dorosłe już dzieci mieszkały od dawna same, usamodzielniły się. Patrycja była młodszą z córek. Miała ogromne zdolności językowe. Po studiach   wyjechała do Wrocławia, tam dostała swoją pierwszą pracę jako tłumacz, w dużej korporacji. I tak już tam została, jeździ po całym świecie.
Monika z kolei, przeciwieństwo żywiołowej i wiecznie niespokojnej Patrycji, ogromna miłośniczka książek. Właściwie rzadko kiedy widziałam ją... bez książki w ręku. Po studiach też wyjechała. Do Poznania. Ale ona nie wyjechała w poszukiwaniu pracy. Wyjechała, bo... zakochała się. Zamieszkali razem, ale... to wszystko było chyba za wcześnie, za szybko... .Zresztą okazało się, że Jurek miał nieuregulowane sprawy osobiste, był z żoną w separacji. O tym Monika dowiedziała się od „osób życzliwych”. Bardzo ją to zabolało. Namawiałam ją, żeby wróciła do mnie. Nie chciała. Wyprowadziła się od Jurka, wynajęła sobie małe mieszkanie, rzuciła się w wir pracy i oczywiście w książki. Otworzyła antykwariat, prowadzi go na spółkę z koleżanką.
Rozmyślając o moich córkach doszliśmy z Finkiem do domu. Otworzyłam furtkę, na drzwiach wisiał wianek świąteczny... kupiony u zaprzyjaźnionej florystki. Pani Ewa zrobiła go na moje zamówienie.
Weszliśmy do domu. Poczułam zapach makowca... . Tuż przed pójściem na spacer wyjęłam placek z piekarnika. Ten zapach...
Ten zapach przypomniał mi moje dzieciństwo... . Szczęśliwe dzieciństwo... .
Zawsze zadbana, uśmiechnięta moja mama krzątająca się po całym domu w przedświątecznym ferworze i tata, który co roku był wysyłany z misją po choinkę. Nie wiem dlaczego, ale te choinki przynoszone przez tatę to były... istne drapaki. Mam łapała się za głowę i mówiła:
-Coś ty przyniósł? Nie mogłeś wybrać jakiejś ładniejszej, bardziej gęstej?
-Nie było, naprawdę. Wybrałem ostatnią, najładniejszą... - zaklinał się tata.
Potem było ubieranie choinki. Zawsze w przeddzień Wigilii. Tata zmagał się z lampkami, ja z mamą wieszałyśmy bombki i słomiane ozdoby.
Do kuchni, żeby pomagać, nikt nie miał wstępu. Mama wszystko przygotowywała sama. Ja miałam za zadanie przypilnować, aby dom był wysprzątany. Pracami dzieliliśmy się z tatą. A ile przy tym było śmiechu, radości... .
Tata był głównym zaopatrzeniowcem w produkty potrzebne do przygotowania świąt. I każdego roku przynosił mamie piękną, czerwoną gwiazdę betlejemską. Ta roślinka stała u nas miesiącami wypuszczając co rusz nowe, kolorowe listki.
Wigilia zawsze była w domu. Jeden, jedyny raz wyjechaliśmy... w góry. I to też nie w Wigilię, a w pierwszy dzień Świąt. I mama powiedziała:
-Nigdy więcej. Żebyście mnie nigdy nie namawiali na wyjazdy świąteczne. Boże Narodzenie i Wielkanoc mają być w domu... .
I były... .
A potem sama założyłam rodzinę. I, nie wiem dlaczego, skończyła się tradycja. Moje krótkotrwałe małżeństwo nie wniosło do domu ani ciepła rodzinnego, ani tradycji... .
Wszystkie święta traktowane były jak... przymus... . Siedziałam z dziewczynkami w jednym pokoju, mąż w drugim. Wiecznie skłóceni, wiecznie niezadowoleni.
Dopiero teraz nie dziwię się wcale, że dziewczynki uciekały z domu. Niezdrowa atmosfera nie sprzyjała ani nauce ani pracy ani też relaksowi.
Kiedy zostałam sama, dziewczynki wyjechały, tym bardziej nie przywiązywałam wagi do świąt. W zeszłym roku pojechałam w góry... . W pensjonacie, w którym się zatrzymałam, wszyscy zostali zaproszeni do wspólnego, wigilijnego stołu. Usiadłam i ja... . Symbolicznie podzieliliśmy się opłatkiem. Były potrawy wigilijne, a potem śpiewaliśmy kolędy. W nocy poszłam na Pasterkę... .
Zapragnęłam takich świąt... . Pachnących choinką, piernikiem, makowcem... . Takich rodzinnych... . W miłości... .
W tym roku nie wyjechałam. Zostałam. Kupiłam choinkę, trochę tylko ładniejszą od tych, które przynosił tata... . Kupiłam gwiazdę betlejemską... .  Oczywiście czerwoną... .
W Wigilię, jak każdego dnia zabrałam Finka na spacer. Finek od rana był bardzo poddenerwowany. Ciągle biegał po domu, wąchał, warczał... .
Na spacerze znowu spotkaliśmy panią Sylwię.
-Przedstawiam pani, już oficjalnie, naszego nowego członka rodziny, Felixa – powiedziała z dumą pani Sylwia.
-Witaj Felixie, podasz mi łapę na przywitanie? - kucnęłam przy małym, kudłatym psiaku wyciągając rękę. Pies obwąchał moją rękawiczkę i pytająco popatrzył na swoją nową panią.
-Chyba jeszcze nie potrafi się witać – stwierdziła ze śmiechem pani Sylwia – to co, widzimy się o osiemnastej? - spytała.
-Pani Sylwio, naprawdę bardzo pani dziękuję, ale zostanę w domu. Finek jakiś dzisiaj niespokojny... - dodałam jako usprawiedliwienie.
-Nie ma takiej możliwości. Proszę przyjść oczywiście z Finkiem. Czekamy na panią, do zobaczenia – rzuciła jeszcze przez ramię.
-Do zobaczenia – odrzekłam.
Wróciliśmy do domu. Finka zaprowadziłam od razu do łazienki w celu umycia „podwozia”, zmycia morskiej soli i piasku. Wytarłam go i poszłam do kuchni nakrywać do stołu.
Spojrzałam jeszcze na moją choinkę... . Zapaliłam lampki. Moje drzewko zamigotało do mnie wesoło. Włączyłam radio... Bing Crosby śpiewał „White Christmas”... .
Na stole położyłam sianko, przykryłam białym obrusem. Postawiłam talerzyk z opłatkiem... . Z kim będę się dzisiaj dzielić...? Smutne będą te święta, chyba najsmutniejsze w moim życiu... . Ach mamo, tato...  dlaczego to wszystko tak się okropnie poukładało... a raczej... nie poukładało...?
Ocierając chusteczką oczy poszłam do kuchni.
Finek biegał niespokojnie z pokoju do kuchni i z powrotem... .
-Finek, czyś ty dzisiaj zwariował? Uspokój się. Połóż się grzecznie na swoim posłaniu.... . Swoją drogą, ciekawa jestem, co mi dzisiaj powiesz ciekawego o północy, staruszku. Co?
Usłyszałam dzwonek u drzwi.
-Czyżbym nie zamknęła bramki? - zaczęłam się zastanawiać, idąc do przedpokoju – Kto to może być w Wigilię, o tej porze...?
Otworzyłam drzwi. I... zaniemówiłam. W drzwiach stały Patrycja i Monika.
-Wesołych Świąt, mamo! - krzyknęły obie, uśmiechnięte.
Po czym chwyciły mnie w objęcia, zaskoczoną, jeszcze zapłakaną, zdziwioną. Finek biegał dookoła nas radośnie poszczekując i wymachując ogonem.
-Ja lecę po bagaże – rzuciła Patrycja – a Ty, Monia uszczypnij mamę, bo zobacz... nie wierzy, że przyjechałyśmy... .
Spojrzałam na zegarek. Siedemnasta. Już pierwsza gwiazdką... . Można zaraz siadać do stołu... .
Patrycja rzuciła bagaże w przedpokoju i popędziła razem z Moniką do kuchni.
Gdzie ja położyłam telefon... ? Muszę zadzwonić, koniecznie, teraz...
- Dobry wieczór pani Sylwio, ja przepraszam... - zaczęłam – dziękuję za państwa zaproszenie, ale nie będę mogła przyjść do państwa na Wigilię...
Pani Sylwia nie dała mi dokończyć.
-Tak, tak, oczywiście – krzyknęła – wiemy, wiemy, widzimy samochód przed pani domem, dziewczynki przyjechały...
-Tak, zrobiły mi niespodziankę – szepnęłam. Głos znowu gdzieś uwiązł w gardle.
-To wspaniała niespodzianka! Jednak zapraszamy panie do nas w czasie Świąt, może chociaż na kawę?
-Bardzo dziękuję, ale, Pani Sylwio, ja tak bardzo chcę się córkami nacieszyć...
-Oczywiście, rozumiem. To Wesołych Świąt pani Lidko!
-Dziękuję i wzajemnie, Wesołych Świąt!
Z kuchni dały się słyszeć okrzyki:
-Oj, barszczyk... i uszka... . Mamo, śledziki... takie, jak dziadek lubił najbardziej... ! Oj i makowiec! Mamo, zrobiłaś całe święta... . Skąd wiedziałaś...? - to Patrycja.
Groźnie popatrzyła na Monikę:
-Uprzedziłaś mamę, że przyjedziemy? Może jeszcze coś...? - tu Patrycja chwyciła się dłonią za usta – ciiii, nic nie mówiłam... .
Byłam tak zaskoczona, że nawet nie zapytałam, co to ma być to „jeszcze coś”.
Dowiedziałam się podczas kolacji Wigilijnej:
-Mamo, muszę Ci coś bardzo ważnego powiedzieć – zaczęła Patrycja – tylko nie wiem, czy się zgodzisz... .
-Patka, mów w końcu – kuksańcem Monika pośpieszyła młodszą siostrę.
-Moja korporacja się rozwija i postanowili otworzyć filię nad morzem. I właśnie tu... . I... zostałam tu oddelegowana... no, bo sama chciałam... zgłosiłam się... . Ale... nie wiem, czy ty się zgodzisz... żebym z powrotem z tobą zamieszkała... cooo? - Patrycja proszącym wzrokiem popatrzyła na mnie.
Przez chwilę ze wzruszenia nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Łzy stanęły mi w gardle... . Pokiwałam głową... Tak... tak... tak... .
-Wasze pokoje w dalszym ciągu czekają na was, moje dziewczynki – w końcu wydusiłam z siebie.
-To chyba będziesz miała nas dosyć – ze śmiechem powiedziała Monika – bo zostajemy do Nowego Roku! Cieszysz się...?
-Nawet nie pytajcie... - powiedziałam bardzo cicho – Nareszcie będziemy miały czas, żeby porozmawiać... . Z radia popłynęła kolęda „Wśród nocnej ciszy”...
Wesołych Świąt...!



14 komentarzy:

  1. Konkurs zaczęty - tak trzymać :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ładne opowiadanie, takie klimatyczne i od razu chce się świąt:D

    OdpowiedzUsuń
  3. No i gratulacje, opowiadanie śliczne ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo piękne, mądre opowiadanie:) Poprzeczka idzie w górę.

    OdpowiedzUsuń
  5. Odpowiedzi
    1. hej hej jakbyś mogła dać znać czy mój meil z opowiadaniem dotarł bo ostanio coś mam z nim problem - z meilem

      Usuń
    2. Już odpisałam i znalazłam:)
      Pozdrawiam.

      Usuń
  6. widzę że opowiadań przybywa i przybywa, jak w worku Mikołaja ;), tylko z tym układem czcionki, widzę, że nie tylko mój tekst, generalnie wszystkie, mają rozwalony układ i ciężko się przez to czyta, a może przeszkadza to tylko mnie jako wzrokowcowi ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo a ja nie wiedziałam, że to przeszkadza:( Szkoda, bo bym postarała się jakoś temu zaradzić, ale teraz już nie będę zmieniała całości, mam nadzieję, że wybaczycie:)
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  7. Odpowiedzi
    1. Waldku, trochę tak:) Postanowiłam dla jasności oceniających połączyć opowiadania tych osób, które przysłały więcej niż jedno. Wyjaśnię to w poście traktującym o wyborze:)

      Usuń
  8. Gratuluję wszystkim wspaniałych opowiadań. Ja niestety tym razem nie dałam rady napisać:(

    OdpowiedzUsuń