Wczoraj spotkałam...

Szansa

Wczoraj spotkałam po raz kolejny tą dziewczynę, szczupła brunetka z włosami średniej długości. Wyglądała mi na dwudziesto kilkulatkę. Jej wzrok emanował spokojem, ale i wielkim smutkiem. Ciekawe co takiego przeszła, że zagościł w jej spojrzeniu. Zawsze siedzi na tej samej ławce i czyta. Co chwilę ma inną książkę, wiem bo od jakiegoś czasu ją obserwuję. Chyba to lubi, czytać, a nie to, że ją obserwuję. Widać, że przeżywa to co jest w nich zapisane. Nie wstydzi się śmiać i płakać, nawet czasem złorzeczy na jakichś bohaterów. Trochę to śmieszne chyba jest, no bo jak można ekscytować się czymś fikcyjnym? Tym razem miała ze sobą sfatygowany egzemplarz „Ani z Zielonego Wzgórza” Montgomery, była ona pozaznaczana wieloma karteczkami, na których było coś nabazgrane, chyba jej przemyślenia. Było widać, że czytano ją wiele razy, a i tak wyglądało jakby poznawała historię po raz pierwszy. Zachłannie pochłaniała kolejne zdania, niecierpliwie przewracała kartki… Do czasu aż podniosła głowę i spojrzała prosto na mnie i się odezwała.
- Pani mi się przygląda.
- Przepraszam, nie chciałam przeszkadzać. - speszyłam się i spuściłam wzrok.
- Nie szkodzi, ale to nie jest pierwszy raz i pomyślałam, że się odezwę. - odpowiedziała ze spokojem i wydawało mi się, że z uśmiechem. Gdy odważyłam się na nią spojrzeć z ulgą ujrzałam uspokajający uśmiech.
- Tak. Może to dziwnie zabrzmi, ale fascynuje mnie pani, a raczej pani zachowanie. - odpowiedziałam nieśmiało i naglę zobaczyłam jak wybucha szczerym śmiechem.
- Przepraszam za ten śmiech, ale jeszcze nikt mi nie powiedział, że jestem dla niego fascynująca. Możemy przejść na ty? Staro się czuje jak ktoś mi pani mówi.
- Oczywiście, Elżbieta jestem, dla znajomych Ela.
- A ja jestem Aleksandra, dla znajomych Alex. Z tą fascynacją… Chodzi ci o to, że czytam?
- Nie, nie. Może nie do końca o to, że czytasz, ale o to, że nie boisz się okazywać tego co czujesz w trakcie czytania.
Alex spojrzała na mnie przenikliwie i nagle odpłynęła gdzieś myślami. Nie były one zbyt miłe, bo w jej oczach zamajaczył ból i rozpacz, emocje które od dawna widzę często u siebie. Po chwili się otrząsnęła i ponownie na mnie spojrzała.
- Wiesz, kiedyś w ogóle nie pokazywałam, że coś czuję. Prawdę mówiąc nic nie czułam wtedy. Po prostu funkcjonowałam z dnia na dzień… Tak jak ty teraz, prawda?
- Nie wiedziałam, że to aż tak widać. Innych udaje mi się przekonać, że jest wszystko porządku. - odpowiedziałam.
- Też cię obserwowałam. W twoim życiu wydarzyło się coś co cię złamało i teraz dzień po dniu niszczy. – stwierdziła bez ogródek.
- Ale… Ale… Skąd to wiesz? Przecież mnie nie znasz.
- Nie, nie znam cię. Ale miałam to samo. Jesteś cała spięta, niby ideał spokoju, a w środku chce ci się wyć tak mocno aby tylko wykrzyczeć ból. Udajesz przed wszystkimi, że się trzymasz, a gdy jesteś sama rozpadasz się na milion kawałeczków.
Boże, to prawda! Wszystko co powiedziała jest prawdą.
- Masz rację. Ale nie mogę! Staram się, ale nie daję rady. Próbuję nie myśleć o tym co było i żyć dalej, ale mimo tego, że minęło tyle czasu nie potrafię. - gdy skończyłam mówić poczułam łzy na policzku. Pierwszy raz od tamtego dnia zapłakałam. Przed obcą osobą, która jednak wydaje mi się, że mnie rozumie.
- Ela, mogę ci coś powiedzieć? - poczekała na moją zgodę i kontynuowała. - Wiem, że się nie znamy, że może posuwam się za daleko, ale… Gdy miałam dwadzieścia lat na moich oczach zginęli moi rodzice i narzeczony, świat mi się wtedy zawalił, nie potrafiłam normalnie funkcjonować. Bo ja też powinnam zginąć, tylko, że jak zwykle się spóźniłam. Nic po tym nie czułam. Odsuwałam wszystkich od siebie, aby tylko nie myśleć, nie czuć. To było straszne, nikt nie mógł do mnie dotrzeć i dziwie się, że ktokolwiek ze mną wytrzymał. Zapewne byłoby tak do tej pory, ale po dwóch latach los dał mi szansę. Ktoś mi pokazał, że trzeba pamiętać o tym co odeszło. Żyć dalej, ale nie zapominać przeszłości. Nie będę ci wkręcać, że wszystko poszło gładko. Miałam wzloty i upadki, początki były diabelnie trudne. Prawie zaprzepaściłam to co ofiarował mi los. A teraz? Nadal bywa, że mam ochotę wyć i zamknąć się w sobie, ale wiem też, że muszę żyć dalej, cieszyć się z każdego dnia i sprawić by ci co odeszli byli ze mnie dumni. Nie wiem co ci się przytrafiło i kiedy, ale wiem jedno. Nie odsuwaj się od wspomnień. Musisz się z nimi uporać, jeśli tylko to możliwe skupiaj się na tych pozytywnych. One dadzą ci potrzebną siłę… Nie patrz na to co ci mówią tylko pomyśl co czujesz, że musisz zrobić. Masz prawo być szczęśliwa, rozumiesz? Osoba lub osoby, za którymi tak tęsknisz nie chcą byś tak żyła, uwierz, oni pragną twojego szczęścia.
- To nie jest takie proste jak ci się wydaje…
-Wiem. - przerwała mi, a gdy ujrzałam jej wzrok zrozumiałam, że mimo innych tragedii, które nas spotkały ona rozumie co czuję. Naprawdę rozumie.
Minęły cztery lata od jego śmierci, a ja wciąż wegetuje. Może ta nieznajoma, Alex ma racje. Może powinnam zacząć o tym myśleć, zacząć działać. Przecież mam tyle radosnych wspomnień, pomyślałam.
- Przepraszam, Ela. Nie chciałam się wtrącać, ale twoja postawa i wzrok. Zobaczyłam siebie sprzed kilku lat i…
-Nie, w porządku. Tylko nie bardzo wiem co odpowiedzieć. To trochę dziwna sytuacja, nie sądzisz?
- Tak, nawet bardzo. - odpowiedziała ze śmiechem. - Dwie nieznajome kobiety rozmawiające w parku o… życiu. Wiesz, mimo wszystko mam nadzieję, że uda ci się wrócić do w pełni do życia. I, przepraszam, może jestem nachalna, ale ja tu zawsze czytam czekając na moją Szansę wracającą z pracy, więc wiesz gdzie mnie szukać.
- Dziękuję. Mogłaś mnie zignorować, zwrócić uwagę żebym się nie gapiła, a ty zaczęłaś ze mną rozmawiać. Tak po prostu. Okazałaś mi życzliwość. Zastanowię się nad tym co mówiłaś. Naprawdę.
- Cieszę się. – odpowiedziała z uśmiechem…

Potem rozmawiałyśmy jeszcze na wiele różnych tematów. Opowiedziałyśmy o swoim życiu, rodzinie, pracy, tak po prostu, jakbyśmy były koleżankami, które dawno się nie widziały. Niewiadomo kiedy minęły nam dwie godziny i pojawiło się jej szczęście, które ma na imię Mikołaj i jest w Alex zapatrzony jak w lusterko. A ona… Pogodnieje przy nim jeszcze bardziej, on daje jej siłę by trwać. Dobrze, że go spotkała, taki człowiek jak ona zasługuje na szczęście… I chyba dobrze, że ja ją spotkałam, może to zabrzmi dziwnie, ale jedna rozmowa w parku dała mi nadzieję. Chyba nadszedł czas bym i ja dała sobie szansę… 



Warto było ...
czyli
jak być sobą i nie przegrać.

Wczoraj spotkałam dawną koleżankę ze studiów. Ja odeszłam na wcześniejszą nauczycielską emeryturę z dużym rozgoryczeniem. Ciekawa byłam, jak ona wspomina okres swojego belfrowania.
- Chętnie z tobą porozmawiam. Pozwól jednak, że swoją wypowiedź podzielę na niechronologicznę sekwencje.
Sala lekcyjna
Ten sam życiorys na różne okazje - to tematyka rutynowych lekcji języka polskiego w klasie III gimnazjum, przygotowujących uczniów do pisania CV, listu motywacyjnego, podania np. o przyjęcie do szkoły.
Uczniowie w ćwiczeniówkach mają kilka schematów. Organizuję pracę zespołową. Udzielam wskazówek. Przestrzegam przed jakimkolwiek zakłamaniem a także przesadną skromnością, w myśl zasady: „O sobie też można mówić dobrze. Ważne tylko, żeby nie wyjść na samochwałę”.
Szmer głosów. Głowy pochylone nad kartkami. Trochę ruchu: zaglądanie do słowników. Przechodzę między grupami. Zwracam uwagę na właściwe używanie frazeologizmów. Nie wyręczam uczniów w myśleniu. Doradzam. Jak zwykle, najpierw odpowiadam na stale pojawiające się pytanie: „Jak zacząć?” Potem siadam za biurkiem. Chwile uczniowskiego skoncentrowania się na zadaniu wypełniam refleksją: - Co by było gdyby ... odwrócono role i to uczniowie sprawdzaliby moje curriculum vitae ? Czym się pochwalić ? Co przemilczeć ? O czym zapomnieć ?
Może zastosować bezpieczny belferski szablon ?
Kilka dni, później (sekretariat szkoły)
Mam papiery do podpisania przez dyrekcję. Dyrektor rozmawia z jakąś panią. Nie prosi jej do gabinetu, więc to w pewnym sensie publiczna rozmowa. Czekam i (chcąc nie chcąc) przysłuchuję się. Najpierw nie rejestruje specjalnie sensu, potem słucham z niesmakiem. Pani bowiem bardzo pokornie prosi o przyjęcie syna do tej szkoły. Mówi, że jest nauczycielką i wręcz błaga o pomoc bo chce zmienić synowi otoczenie, środowisko, które mu imponuje negatywnymi wzorcami. Upokarza się, niemal żebrze o pomocną dłoń: o przyjęcie dziecka do szkoły, która ma opinię bezpiecznej. Dyrektor pyta o wyniki nauczania syna i dowiaduje się, że to „trójkowy” uczeń. Wówczas stanowczo odmawia. Twierdzi, że spoza rejonu przyjmuje uczniów tylko ze średnią powyżej „5” i nie ma mowy o odstępstwie od tej zasady.
Wtrącam się bez chwili zastanowienia. – Ależ dyrektorze – mówię – gdzie zawodowa solidarność ? Proszę spróbować chociaż zrozumieć tę panią i ucieszyć się, że ma do naszej szkoły tyle zaufania !
- Nie będę obniżał procentowo wyników nauczania w swojej szkole. Nie przyjmę słabszego ucznia – zabrzmiała definitywna odpowiedź.
I wówczas przypomniałam sobie mojego pierwszego dyrektora i zasady wpojone mi na całe zawodowe życie.
Tam, przedtem
Rok 1964. Jestem „świeżo upieczoną” absolwentką WSP. Zaczynam pracę w szkole atrakcyjnej dla tego rejonu. Nieduże powiatowe miasteczko, bez przemysłu, okolice rolnicze. Liceum Medyczne Pielęgniarstwa to szansa na awans społeczny, zwłaszcza że tani internat pozwala kształcić dzieci nawet najbiedniejszym rodzinom. Oczywiście, dla małomiasteczkowej społeczności szkoła ta też liczy się w życiowym rachunku.
Dyrektor, starszy pan, z kilkupokoleniowym inteligenckim rodowodem, przedwojenny dyrektor polskiej szkoły w Mongolii, przyjmuje nas serdecznie. Nas, bo pojawia się właśnie dziesięciu nowicjuszy (a raczej nowicjuszek), prosto po studiach. Zauważam że umie on rozwiać wiele wątpliwości, wyjść naprzeciw rozterkom. Potrafi słuchać, ale i mówić tak, aby bez protekcjonalizmu, bez urażania niczyjej godności, „ustawić” człowieka. Przede wszystkim utkwiło w mojej pamięci usłyszane wówczas zdania:
Jeśli, my nauczyciele, chcemy być doceniani, ceńmy się nawzajem. Toteż przy egzaminach wstępnych przejrzyjcie dokładnie wyniki tych, co zdali i zanim policzycie punkty, zobaczcie, czy nie ma wśród kandydatów dziecka nauczycielskiego. Ono ma priorytet. Dziecko innej nauczycielki to tak, jak wasze własne.
Przez całe lata stosowałam się do tego zalecenia. Ba, po dziś dzień, spinam się niczym czempion na starcie, gdy słyszę hasło: „nauczycielskie dziecko”. I chociaż czasem ma to w rezultacie posmak niewdzięcznej goryczy, jednak jestem wciąż przekonana, że wyjątki potwierdzają regułę.
Interludium I

Spotkanie po latach 1

Minęło wiele, wiele lat mojej pracy dydaktycznej. W tym czasie corocznie „przychodzą” kartki imieninowe (8o. w różnych terminach) i świąteczne od byłych uczniów. Bywa, że nie kojarzę już nazwisk, osób. Czasem ktoś napisze raz na dwa-trzy lata, ale ciągle mam jakiś sygnał, jakby echo mojej nauczycielskiej młodości a także młodości uczennic i uczniów rozproszonych nie tylko po Polsce. Nie odpisuję, bo nie ma adresów zwrotnych. Odbieram te pozdrowienia i życzenia jako znak przyjaźni ( naprawdę możliwej) między belfrem a jego wychowankami. Czuję wdzięczność i satysfakcję.
Wprawdzie nie odpisuję, nie oddzwaniam, lecz reaguję, gdy dostaję zaproszenia na absolwenckie zjazdy. Nie ma wówczas rzeczy ważniejszych od „szkolnych dzieci”.

Liceum Medyczne

Zjazd I
Ostatnia moja klasa przed przeprowadzką do innego regionu. Z czarno-białym zdjęciem w ręku pojawiam się w zarezerwowanej Sali bankietowej. Usiłuje rozróżnić, które uczestniczki zjazdu to moje wychowanki, byłe uczennice klasy „a”, a które są przedstawicielkami innych klas. Dziewczyny zmieniły się bardzo, ja podobno – nie. Rozpoznaję tak naprawdę połowę, ale staram się udawać, że poznałam wszystkie. Łzy wzruszenia. Uściski. Trochę niepewności. „Obcałowuję się” też z dawnymi koleżankami i kolegami z grona. Czas cofa się. Zatrzymuje. Oglądamy kroniki szkoły. Pokpiwamy ze zdjęć: z własnych fryzur, min, ciuchów.
Potem „zjazdowiczki” opowiadają o sobie. „Moje dziewczynki” zaczynają prezentację od słów: - Nie zostałam aktorką, ale jestem … lekarzem, przełożoną pielęgniarek, oddziałową, instrumentariuszką, nauczycielką, księgową …
Nie wytrzymuję. W pewnym momencie przerywam:
Co z tym aktorstwem ? Płyta wam się zacięła ?
No, nie ! Jak mogła pani zapomnieć ! Przecież to dzięki pani bakcyl teatru miał wśród nas trwałą pożywkę – krzyknęły niemalże chórem.
Byłyśmy pionierkami ! W latach sześćdziesiątych amatorsko wystawiałyśmy musical. Same szyłyśmy stroje, robiłyśmy dekoracje. Tytuł był jakiś taki … z perypetiami.
Luśka była gwiazdą, a teraz jest noenantologiem.
Miałyśmy któreś tam miejsce na wojewódzkim przeglądzie szkolnych zespołów teatralnych.
Zaraz, zaraz, - Luśka zagląda do kronik szkolnych. – Są zdjęcia, notatka w prasie: 3 miejsce.
A jeszcze był wywiad radiowy i „migawka” w TV !
Zamierzałyśmy związać swój los z teatrem, nawet jeśli głośno o tym nie mówiłyśmy.
– A spotkania z Krystyną Skuszanką prowadzącą akcję „Młodzież poznaje teatr” ?
- A zaproszenia na premiery teatralne? Losowałyśmy, kto pojedzie.
- A wyjazdy do opery i konkursy na pastisze arii operowej ?
- A sukcesy na konkursach recytatorskich ?
- Przepraszam, wiem, wiem, przypomniałam sobie.

Liceum Medyczne

Zjazd II

Zaproszenie na zjazd od pierwszych absolwentek szkoły. Jadę ! Oczywiście !

Witamy się w budynku szkoły. Potem spacer po mieście. Punkt docelowy – nowa restauracja. Gadamy jak najęte. Jest między nami tylko 3-4 lata różnicy. Uczyłam je wyłącznie w maturalnej klasie.
Z lat szkolnych wszystkie pamiętają, jak do planu lekcji „wciągnęłam” sobie 1 godzinę społecznie w ramach uzupełnień programowych. Pamiętają też, że moje mieszkanie było przedłużeniem … klasy. O różnych porach uczennice „wpadały” do mnie, żeby im sprawdzić, coś dopowiedzieć, pożyczyć książkę. A ja zawsze miałam dla każdej z nich czas, cierpliwość, uśmiech, współczujący gest.
A pamiętasz ?...A pamięta Pani Profesor?.. – co moment przerywają sobie.
Czy pamiętacie lekcję Sąd nad Jagną 8obbing – pyta Ala.
Ja przecząco kręcę głową, ale kilka dziewcząt (pań ?) wręcz porykuje radośnie.
Tak, tak. Na lekcji parlamentarnie szermowałyśmy argumentami z tekstu. Nawet jako tako zgodziłyśmy się z wynegocjowanym werdyktem, przegłosowałyśmy go. Ale potem, w internacie, pobiłyśmy się: grupa na grupę, obrońcy na oskarżycieli – do pierwszej krwi, do garści wyrwanych włosów… A przecież miałyśmy już po osiemnaście lat.
- A potem ? Potem za karę myłyśmy łazienki na każdym piętrze.
Tak to literatura wpłynęła na nasze późniejsze umiłowanie ładu i porządku – pokpiwają sobie, a ja śmieję się wraz z nimi.
Opowiadają o sobie żartując, trochę ironizując. Giena zwiedziła niemal cały świat; była nawet na Chińskim Murze ! Jasia na stałe mieszka w Monachium; prowadzi z mężem (Polakiem) piekarnię. Anka – na Malajach; mąż (Anglik) ma firmę handlową; dzieci są dwujęzyczne. Zosia jest pielęgniarką w Domu Pogodnej Jesieni, gdzieś pod Neapolem. Upewnia się, że pamiętam, iż była moją najlepszą uczennicą. Potem informuje o synu – studiuje w Polsce, robi równocześnie dwa fakultety; drugi fakultet to filologia polska. Jadzia już drugą kadencję jest radną w swoim mieście.
Wznosimy toasty. Za nas, za naszą młodość, za naszych chłopaków, za nasze dzieci…
Dziewczyny przypominają mi, jak z okazji wyjazdu do teatru dałam im czas wolny, a one nie chciały się rozejść i ja na umówioną randkę musiałam je ze sobą zabrać.
Wpada spóźniona Wanda. Przeprasza. Jest po dyżurze. Wszyscy to rozumieją, nie powinna się krygować. Ale ona, zanim usiądzie do stołu, musi coś powiedzieć. Wykrzykuje wręcz:
Słuchajcie, miałam telefon od Ulki. Losy zagnały ją przed laty do Waszyngtonu. Nie może przybyć na zjazd, bo nie ma w tym terminie urlopu. Pozdrawia nas wszystkie, myśli w tej chwili o nas (uwzględniając różnicę czasu), a szczególnie prosi o przekazanie podziękowań Pani Profesor za przygotowanie do zawodu.
Zdziwiłam się, bo jestem polonistką, a nie pielęgniarką, ale dziewczyny przypomniały mi, że przez rok uczyłam je również języka rosyjskiego.
Faktycznie, jedna z rusycystek poszła na urlop zdrowotny, a jej godziny zostały rozparcelowane. Ja dostałam dwie klasy, bo w obecności władz oświatowych (chyba z okazji Dnia Nauczyciela) na imprezie typu hulanki-swawole opowiadałam kawały po rosyjsku. Potem do każdej lekcji musiałam solidnie przygotowywać się, ale tak naprawdę uczenie rosyjskiego zaczęło się od żartów.
Ulka mówi, że dzięki temu, iż Pani Profesor kazała nam podczas lekcji mówić wyłącznie po rosyjsku, operując takim zasobem słów, jaki mamy, nie miała oporów w Stanach, gdy po kilku latach pracy na czarno, ubiegała się o posadę przewodnika po mieście. I chociaż na lekcjach potrafiła powiedzieć:
– Ja spóźniłam 8o, bo autobus spóźnił 8o”, to teraz oprowadza po Waszyngtonie wycieczki turystyczne, posługując się językiem rosyjskim.
No i proszę, nigdy nie wiadomo, co, gdzie i kiedy człowiekowi w życiu może się przydać – skomentowałam filozoficznie.
Potem… już osobiste zwierzenia kilku najbardziej zapamiętanych wychowanek. Przy bocznym stoliku palimy, sączymy drinki. Opowiadam im o sobie – o chwilach zwątpienia w siebie jako człowieka i jako nauczyciela. One z kolei mówią o naprawdę trudnych życiowych momentach i o tym, jak sobie radzą. Rozmowa 8o. Życie, jakie jest, każdy widzi…ciągnie się godzinami.
Interludium II
Spotkanie po latach
Liceum Ekonomiczne
Wzruszam się. Obejmuję Basię, składam gratulacje, trochę po niewczasie.
Potem ­– inne wspomnienia: te dawne i te „ z wczoraj”, bo z niektórymi z byłych uczennic czasem się spotykam, jako że są urzędniczkami w mieście, w którym wspólnie mieszkamy.
Tutaj, trochę później
Powoli „wrastam” w grono. Nie wstydzę się zapytać koleżanek, co mam zrobić, gdy… . Naprawdę każda z nich, mniej lub bardziej zaprzyjaźniona, „sprzedaje mi receptę” na prowadzenie lekcji w szkole podstawowej.
Zakładam kabaret – „Pod Tablicą” – bo rzeczywiście występujemy pod tablicą w największej Sali lekcyjnej. „Obsługujemy” wszystkie szkolne akademie, chodzimy na przeglądy międzyszkolne. Trochę sukcesów. Pisze o nas lokalna prasa. Radość dziecięca i… brak zawiści wśród grona. Większość zdaje sobie sprawę, że akademiami odciążam innych, a sukcesy przyszły po długotrwałej, społecznej pracy pozalekcyjnej.
Własne córki zapisuję do tej szkoły i do dziś wspominają ją bardzo ciepło. Młodzież starsza, na przerwach, przed i po lekcjach, opiekuje się nimi: „Bo to są dzieci naszej Pani !”
Interludium III
Spotkanie po latach
Podstawówka organizuje mi „18-tkę”
Po uzgodnieniu ze mną ewentualnego terminu spotkania, jedna z uczennic, podjęła się zorganizowania zjazdu koleżeńskiego.
Spotykamy się w kawiarni – „Parkowej”. Nie ma ustalonego menu. Jest piwo, są chipsy, słone paluszki. Są też kwiaty, muzyka „z taśmy” i kilkanaścioro uczestników. Kinga zawiadomiła wszystkich, ale część nie przyszła na to dość specyficzne spotkanie. Otóż obliczono, że od ukończenia przez nich podstawówki minęło 18 lat, a więc należy zrobić swojej wychowawczyni… 18 tkę.
Przyszli ci, którym jako tako życie się ułożyło. Jednym lepiej, drugim – mniej dobrze. Najpierw rozmawiamy. Moje dorosłe „szkolne dzieci” opowiadają o swoich rodzinach, o pracy. Wypytują mnie o osobiste życie. Żartujemy. Trochę tańczymy. „Chłopcy” proszą mnie kolejno do tańca, ale ja kondycyjnie przy nich „wysiadam”. Ale to moja 18-tka, więc staram się sprostać zadaniu i być troszkę na poziomie nie swojego wieku. Piwo pomaga. Pierwsze, drugie… potem już tylko sączę, bo na co dzień piwo piję rzadko. Wspólnie wspominamy.
– Pani nas wpędzała w kompleksy, swoim bezustannym zdziwieniem: „Tego nie wiecie i tego nie wiecie. Jak można aż tyle nie wiedzieć?”
Nie pamiętam tych zdarzeń, ale przecież po 15-letnim uczeniu młodzieży w przedziale wieku 15 – 21 lat nagle musiałam uczyć 10-latki. Stąd pewnie to moje wieczne utyskiwanie. Usprawiedliwiam się teraz.
– No nie, miało to też dobre strony, bo z własnej woli wertowaliśmy słowniki, encyklopedie, żeby więcej wiedzieć… o czymkolwiek, czymś Pani zaimponować.
– Czy pamiętasz Gosiu, jak pisałaś do mnie listy, gdy byłam w sanatorium? – pytam teraz ja.
- Tak, to była moja VII klasa.
W sposób enigmatyczny powiadamiałaś mnie, że obrzydło ci życie, przestałaś się uczyć, łapiesz dwóję za dwóją. Po powrocie wezwałam cię na osobistą rozmowę i okazało się, że codziennie rano chodzisz do kościoła, bo zakochałaś się w jednym z ministrantów. Najpierw wpatrujesz się w niego a potem w szkole, marzysz o nim. W związku z tym nie masz możliwości zapamiętania czegokolwiek z lekcji. Najśmieszniejsze dla mnie było to, że nie zamieniłaś z chłopakiem ani słowa, więc on nawet nie wiedział o twoim ogromnym zakochaniu. Rozmawiałyśmy kilkakrotnie „od serca”, ale nie wiem, na ile to pomogło.
Gośka śmieje się. – Najbardziej mi pomogło, jak ojciec wrócił z wywiadówki, wziął pas i „złoił mi skórę”.
Chłopcy przypominają mi, jak podczas wycieczki do lasu ( w IV klasie) złapali mnóstwo małych żabek i zamierzali je wypuścić w miejskim autobusie. Niecny zamiar nie powiódł się, bo dziewczęta zadenuncjowały ich. Zrobiłam rewizję i pozbawiłam chłopaków ich „bomby ekologicznej”.
Tutaj, trochę wcześniej
Pierwszy rok istnienia gimnazjum
Już od czterech godzin trwa posiedzenie Rady Pedagogicznej. Dyrekcja w trybie nakazowym organizuje nowy rok szkolny. Staram się nie reagować na „księżycowe” pomysły. Milczę. Poskramiam mego opozycyjnego ducha. Przecież walka z wiatrakami dawno już została przegrana.
Kolejny etap tresury Grona. Konsekwentnie milczę. Nie milczą „potakiwacze”.
Żeby się zbytnio nie emocjonować, usiłuję przestać słuchać, ale, niestety, znów wzrasta mi poziom adrenaliny, bo dociera do mnie opinia szefostwa.
Niech sobie ktoś nie myśli, że byle akademią 3–cio Majową można wykazać swoją aktywność na forum szkoły.
Zamieram. Przecież corocznie (w latach 70,80,90 – tych) organizowałam takie akademie dla kultywowania szczytnych tradycji narodowych. Traktowałam to jako nieco naiwnie pojęte posłannictwo. Mimo to milczę.
Nic to – mówię do siebie po staropolsku – wytrzymam.
Niestety, nie dotrzymuję słowa samej sobie. Po autorytatywnym stwierdzeniu, że bardzo ważnym elementem reformy oświatowej jest zmiana nazwy oceny mierny na dopuszczający, głośno wypowiadam swoje groteskowe skojarzenia, opowiadając dowcip.
- Otóż w wiejskiej szkole nauczycielka pyta o przyczynę absencji ucznia w poprzednim dniu. Jasio tłumaczy się:
- Musiałem wczoraj zaprowadzić krowę, żeby dopuścić ją do byka.
- A nie mógł tego zrobić ojciec ? – pyta nauczycielka.
- Nie, to musiał być byk – brzmi odpowiedź Jasia.
Grono wybucha śmiechem. Znowu podpadam.
INTERLUDIUM IV
O lapsusach, czyli humor z zeszytów szkolnych
Językowych śmiesznostek jest mnóstwo. Nigdy ich nie zapisywałam, ale niektóre uczniowskie niezamierzone dwuznaczności leksykalne po prostu tkwią mi w pamięci.
Ponad 30 lat temu
„Sonety Krymskie” omawiane co nieco patetycznie: nostalgia, patriotyzm, stereotypowe skojarzenia estetyczne. Uczennice sporządzają notatki. Oto jak wygląda zapis w zeszycie jednej z uczennic, dotyczący „Stepów Akermańskich”. Zdaniem uczennicy poeta osobiste cierpienie podkreśla słowami: „Jedzmy, nikt nie woła”. Pominięcie znaku diakrytycznego wywołuje zmianę sensu wypowiedzi i mój komentarz: – Dla mężczyzny konsumpcja jest lekiem na każde cierpienie.
Ponad 20 lat temu
Znów Mickiewicz. Tym razem „Oda do młodości”. Chcę uzmysłowić uczniom, że młodzież wzywana jest przez poetę do podejmowania czynów pozornie niemożliwych do wykonania, gdy nie uwzględni się roli wyobraźni, uczucia i intuicji. Szukamy potwierdzenia tej tezy w tekście. Cytujemy. Po czym w jednej z notatek pojawia się sformułowanie: „Mickiewicz w „Odzie…” wzywa młodzież do podejmowania czynów pozornie niemoralnych. Cytuję: „ Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga”.
Około 10 lat temu
Wzrusza mnie od zawsze Prusowska „Kamizelka”. Omawiam ją z jedenastolatkami i usiłuję wydobyć od nich zrozumienie dla codziennej troskliwości, gestów i czynów pozbawionych nawet szczypty egocentryzmu. Chcę utrwalić przekonanie o istocie prawdziwej miłości wyrażonej w najprostszy sposób: skracanie paska kamizelki dla wywołania nadziei na wyzdrowienie jej właściciela.
Notatką zadziwiła mnie uczennica, której imię i nazwisko do dziś pamiętam, mimo iż wiem, że lapsus językowy w tym wypadku to nie tylko uczniowska nieporadność stylistyczna, ale i moje dorosłe skojarzenia. Notatka brzmiała: „Bohaterowie tej noweli bardzo się kochali i mimo że było to starsze małżeństwo, ona mu ściskała, a on sobie spuszczał”.
Można mnożyć przykłady:
- „Alina była wredna, bo nie chciała podzielić się z Balladyną malinami”;
- „Kirkor to bogaty pan. Na pewno przyjechał z Ameryki”;
- „Grabiec całował się z galaretą”;
- „Jacek Soplica miał syn a z pierwszą lepszą”;
- „Banki imitują pieniądze”;
- „Danuśka zarzuciła Zbyszkowi na głowę nałęczowiankę”.
Rok temu
Śmiejemy się pobłażliwie z uczniowskiej nieporadności stylistycznej. Przestałam się jednak zupełnie śmiać, gdy jako członek międzyszkolnej komisji sprawdzałam gimnazjalne testy egzaminacyjne. Temat wypowiedzi brzmiał „Napisz charakterystykę wybranej postaci literackiej, dowodząc, że warto ją ukazać w teatrze lub w filmie”.
Zacytuję z pamięci ( w niedużym skrócie) jedno z takich wypracowań, co to nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Dowiedziałam się z tejże pracy całkiem nowych faktów z życiorysu naszego wieszcza.
„ Moją ulubioną postacią jest Adam Mickiewicz bo pisał piękne wiersze ale nie tylko pisał wiersze. Był też dobrym mężem i ojcem po swojej pracy po napisaniu wierszy nie zasiadał przed telewizorem najpierw zakupy zrobił dobrze zrobił żonie i pomógł dzieciom a dopiero potem oglądał telewizor. Może on ten Adam Mickiewicz śmiało zagrać w filmie bo ma wprawę. Nie tak dawno występował w telewizji no może trochę dawno bo miał rolę w filmie Daleko od szosy. Ale dobrze zagrał to teraz też może zagrać.”
Tak to bywa, myślę już w miarę beznamiętnie, gdy uczeń robi łaskę, że przychodzi do szkoły, gdzie bezkarnie czuje się gościem, a nauczyciel (w myśl obowiązujących przepisów) musi się pisemnie tłumaczyć, dlaczego go nie nauczył logicznego myślenia i nie przekazał mu wiedzy merytorycznej.
Tutaj, niemal teraz
Szkoła przeprowadza się na drugą stronę ulicy, do budynku, który Politechnika oddała miastu po ponad 20- letnim użytkowaniu. Kupiono nowe ławki, krzesła, regały. Wszystko w paczkach. Trzeba rozpakować, każdy element złożyć, skręcić, ustawić, umyć. Urządzamy z koleżanką dwie sale. Pomaga mi rodzina, uczniowie i absolwenci. Przez następny rok jeden z moich uczniów stale nosi śrubokręt, aby co jakiś czas przykręcać to, co się obluzowało.
INTERLUDIUM V
Zło, o którym nie mogę zapomnieć.
Życie nie jest romansem i nikt nie ma patentu na rację absolutną, toteż nie dziwię się, że podczas belfrowania moim sukcesom towarzyszyły porażki, że poza chwilami satysfakcji miałam momenty załamania, niewiary w siebie. Jednakże nie nad wszystkim mogę przejść do porządku dziennego. Tłumaczę sobie samej, iż Staff miał rację, mówiąc o istnieniu zła jako „dobroci chorej w grzechu”, lecz ostatnio zauważam wiele złośliwości z premedytacją ”dołujących” mnie. Artykułując swoją gorycz, może potrafię uwolnić się od złych wspomnień.
Wspomnienie 1
Dyrektor przedstawił na Radzie Pedagogicznej zalecenia powizytacyjne. Wszystko ok., ale brakuje programów innowacyjnych. Poczułam się zobligowana (jako osoba dbająca o dobre imię szkoły) i przygotowałam takowy program. Trzy tygodnie zajęło mi opracowanie innowacji pedagogicznej polegającej na uczeniu metodą dramy. Potem: opinia metodyka, zatwierdzenie przez Kuratorium, złożenie dokumentacji w szkole. We wrześniu następnego roku okazało się, że do wdrażania programu innowacyjnego wyznaczono mi klasę o średniej 2,6. Zgłosiłam dyrektorowi, że nie sposób w tak mało sprawnej intelektualnie klasie wprowadzać moją innowację i poprosiłam o zmianę przydziału. Dyrektor „umył ręce”, a jego zastępczyni oświadczyła, że to jej pomysł i że na pewno niczego nie zmieni. Program udało mi się zrealizować tylko częściowo. Rok później klasę rozwiązano ze względu na nieporównywalne trudności dydaktyczne, a uczniowie zostali ”rozparcelowani” do różnych klas równoległych.
Chińskie przysłowie mówi, że każdy dobry uczynek jest zawsze słusznie ukarany, więc przysięgam sama sobie, iż przestanę się „wychylać”, być „pozytywnie zakręconą”, ale chyba jest to wbrew mojej naturze.
Wspomnienie 2
W związku z reformą oświaty często apeluje się do nauczycieli o wypowiedzi na temat szkolnictwa. Toteż piszę i publikuję kilka artykułów. Jeden z nich, w którym przedstawiam sprawę szkolnej „fali”, poruszył dyrekcję szkoły. Przejawiło się to w słownej napaści na mnie zastępczyni dyrektora, która, wrzeszcząc obecności innych nauczycieli zabroniła mi pisania artykułów prasowych.
Policzyłam do dziesięciu, powoli, bardzo powoli i głośno.
Wspomnienie 3
Uczennica przygotowywana przeze mnie do konkursu przedmiotowego, zwanego popularnie olimpiadą, zostaje finalistką. Tylko trzy osoby w całym byłym województwie zakwalifikowały się do finału, więc rodzice uczennicy są przekonani, że dostanę jakąś nagrodę. Nie jestem w stanie powiedzieć im, iż w tej samej chwili obniżają mi w szkole dodatek motywacyjny, więc cóż dopiero mówić nagrodzie.
Tutaj, niedawno
Cztery lata temu dyrektor zapytał mnie o moje plany emerytalne.
W związku z reorganizacją szkoły pozbywał się niemal każdego z nauczycieli zatrudnionego przez poprzednią dyrekcję. Ponieważ odpowiedziałam mu, że nie mam zamiaru odejść na emeryturę, wyraził ogromne zdziwienie słowami:
W tym wieku jeszcze się chce Pani pracować?
Na to szalenie kurtuazyjne stwierdzenie zareagowałam żartem:
- Młodziutko wyglądam, dyrektorze, a i poglądy mam takie bardziej młodzieżowe. Gdy się zestarzeję na ciele i duchu, nie omieszkam pana o tym powiadomić.
Niemniej jednak na wywiadówce poinformowałam rodziców, iż możemy się nie spotkać w przyszłym roku, gdyż dyrektor usiłuje odesłać mnie na emeryturę. Rodzice nie zareagowali bezpośrednio, ale po kilku dniach zebrali się i niemal wszyscy udali się do dyrektora z prośbą o wyjaśnienie, dlaczego chce się pozbyć nauczyciela, któremu szkoła zawdzięcza tyle sukcesów, a wychowankowie uchodzą za najkulturalniejszy zespół w całej szkole.
Oczywiście, nie wiedziałam wcześniej o interwencji rodziców, lecz przebieg rozmowy poznałam po fakcie. „Trójka klasowa” przyszła do mnie i zdała mi relację z tego spotkania. Najkrócej mówiąc, dyrektor podjął wątek mojej nauczycielskiej doskonałości, ale stanowczo zaprzeczył, iż proponował mi przejście na emeryturę. Okazało się też (mieszkam w rejonie szkoły), że rodzice niektórych absolwentów dzwonili do dyrektora, opiniując pozytywnie moje zaangażowanie w pracę z ich dziećmi, również w okresie, gdy przestały być już moimi uczniami.
Dyrektor ani słowem nie skomentował tych wydarzeń. Do dziś oficjalnie nie wiem o interwencji rodziców. Sprawa mojego odejścia na emeryturę upadła, a raczej została odłożona ad acta. Teraz dyrektor znów pyta mnie o emeryckie plany. Odpowiadam, że na razie prawo oświatowe pozwala mi pracować do 65 roku życia. W szkole nie ubywa klas, więc kwestia mojej emerytury jest bezprzedmiotowa. Ironizuję:
- Może się mnie pan pozbyć tylko wówczas, gdy będę pana molestować seksualnie, ale jakoś mi się nie chce….
- Ależ nie zamierzam pani zwalniać. Promuje przecież pani szkołę w środowisku. Między innymi dzięki pani plasuje się ona tak wysoko w rankingu szkół – zaczął się zarzekać. Dodał jednak po chwili – Ale wychowawstwa już pani nie dostanie.
Wiem, że to jeden ze sposobów dokuczenia mi. Następnym posunięciem będzie obniżenie mi dodatku motywacyjnego – przecież nie mam wychowawstwa. 8obbing trwa. Jestem jednak twarda. Zahartowałam się, w myśl zasady: „co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Wiele osób po prostu nie jest w stanie mnie obrazić. Przysłowiowa „łezka w oku” się zakręci, ale podejmę na nowo, jak co roku, wspólny z uczniami polonistyczny rejs, nawiązując do refleksji Stefana Żeromskiego: „Nauka jest jak niezmierne morze…”
Nie nagrody czy wyróżnienia stanowią dla nas największą satysfakcję. Najbardziej cieszymy się, że duża część społeczności uczniowskiej identyfikuje się z nami i o nas pamięta.
Rozumiem więc, że praca w szkole była dla ciebie przyjemnością – stwierdziłam.
- Nie zawsze, ale w mojej pamięci trwale zapisują się miłe chwile.

Pani Anonimka



 

Babcia Stasia

Wczoraj spotkałam babcię Stasię. Stała przed domem w swoim pasiastym , lekko wyblakłym od ciągłego prania fartuchu i kiwała na mnie dłonią, jakby chciała pokazać mi coś, co ukryło się za jej plecami. Doskonale wiedziałam, że to spiżarnia, z podpiwkiem, kiszonymi ogórami i Bóg wie czym jeszcze, chowanym na czarną godzinę i dla gości. Posłusznie pochyliłam się, żeby z dolnej półki- dziurawej na przestrzał do piwnicy, wyciągnąć garnek ze smalcem. Przydzwoniłam łbem w półkę z ogórami aż miło, ale garnek ze zgrzytem wyjechał z bezpiecznej kryjówki.
-Co się tak Staśka grzebiesz?- ponagliła mnie babcia, chwilowo jakaś inna, jakby do siebie niepodobna.
-To przez ten bolący łeb-pomyślałam.
-O, korale się znalazły- zagaiłam przyjaźnie, myśląc jednocześnie, czemu babcia patrzy na mnie krzywo.
-Jak się znalazły- jak się nie zgubiły?!- zagrzmiała a mnie zrobiło się głupio, bo dobrze pamiętałam rodzinną historię o zagubionych trzech sznurach prawdziwych korali, które prapradziadek wygrał za cara w karty a potem wiózł w kalesonach „żeby kto nie ukradł”(błeee...)
-Już ty nie kombinuj, tylko ukrój se kromkę i jazda do dworu, bo korbowy mówił, że na drugi raz wywali jak psa , jak się spóźnisz-dodała, a mnie mróz przeleciał po krzyżu, bo choć o szaleństwie w rodzinie nie słyszałam, to o Alzheimerze jak najbardziej.
„Szalonych nie denerwować”- przykazanie pierwsze, które zawsze sobie powtarzam, wstając co rano do roboty. Posłusznie poszłam z garem do kuchni. Tu wszystko jak zawsze- na swoim miejscu. Nawet makatka z tyle razy obśmianym napisem „Dobra żona , tym się chlubi, że gotuje, co mąż lubi” wisiała jak zwykle trochę krzywo. Na kredensie nie było maszynki do chleba ,ale noże jak zwykle posłusznie czekały w szufladzie.
-Lewą ręką kroisz?- babcia jak sęp śledziła każdy mój ruch- Dziewucha jak kroma a kroić nie umie- wydarła mi nóż z ręki i jednym pociągnięciem dokończyła krzywą pajdę, maźnęła ją po wierzchu smalcem, wcisnęła stojącej w totalnym stuporze i pchnięciem w niczego nie spodziewające się plecy, posłała z kromą na dwór.
Podwórko przywitało mnie skwarem, ale prawie na to nie zwróciłam uwagi, bo w kuchennej szybie zobaczyłam swoje- nie swoje oblicze.
-Babcia Stasia jak żywa!- nie bez powodu wszyscy mówili, że jestem do niej podobna. Nawet te dwie idiotyczne kokardy jak na starym przedwojennym zdjęciu.
Od kiedy bawię się w przebieranki?- zaczęłam się zastanawiać, gdy nagle dotarła do mnie przerażająca i zupełnie nieprawdopodobna prawda.
- TO JAKAŚ PIERDZIELONA GODZINA PĄSOWEJ RÓŻY W WIEJSKIM WYDANIU, a ja nie jestem sobą, tylko najprawdziwszą babcią Stasią - lat 17!!!!
Nie pognałam w szale przed siebie tylko dlatego, że kamienie kłuły mnie jak cholera w bose nogi.
-Spokojnie. Wszystko wiem-uspokajałam samą siebie, choć do spokoju było mi daleko jak do naszych multimedialnych czasów. Co ma być, to będzie- najważniejsze, że rolę swoją znam:
idę na pole, karbowy mnie chwali, bo pracuję najlepiej- znałam to z opowieści babci na pamięć.
-Obym tylko nie spotkała dziadka, bo jak się będzie przystawiał- całować się przecież nie będę a i w gębę głupio dać- martwiłam się, ale tylko przez chwilę, bo nogi wołały o zainteresowanie przy każdym napotkanym kamyczku.
Dziwne, babcia zawsze mówiła, że pochodziła z zamożnego domu, bo na buty letnie i zimowe stać ich było, ale może to dopiero później- pocieszałam się.
Pole ziemniaków ciągnące się aż do torów kolejowych nie zdziwiło mnie wcale- zawsze tam było, ale dziś roiło się od pochylonych ludzi.
-Dobrze rozpoznałam- wykopki- ucieszyłam się i zadowolona ze swojego geniuszu zaczęłam się rozglądać za „karbowym”, który jak opowiadała babcia „ przystojny był i „pod wąsem”.
Padło na tego, który miał buty- ani przystojny ani pod wąsem, bo zarost taki raczej „kiełkujący”
-Dzień dobry- już jestem-grzecznie powitałam „pracodawcę”.
-A co mi tu hrabiankę udaje?- wydarł się na mnie-Do roboty się spóźnia, kukardy wywiązuje, po drodze idzie jakby ją kłuło- takich tu nie trzeba! Poszła mi stąd!!!
I tyle było mojej roboty. Zasmarkana, uryczana wróciłam do domu, gdzie już czekała na mnie- teraz zrozumiałam- prababcia Stanisława-według babci „kobieta porządna i dobrego serca”.
Miałam nadzieję, że to właśnie ten moment, kiedy będzie miała okazję „ się wykazać”
-I co?- powitała mnie na progu- Wygonił cię?- rozczarowanie w jej głosie smagnęło jak batem.
-Nie rycz, widać ty nie do roboty w polu-tobie trzeba za mąż iść. Oj będzie cię bił chłop, będzie, ale do roboty przywykniesz- zakończyła i zatrzasnęła mi drzwi przed nosem.
Co teraz? Na wieki tu zostanę i nie daj Boże będę musiała wyjść za własnego dziadka?
Możliwości nie miałam za wiele-mit o bogatej rodzinie- padł! Wzorowa pracownica- to też jak się okazało nie ja. Za guwernantkę nie pójdę , bo tytuł magistra pedagogiki mam w innym życiu, a jeżeli jestem własną babką, to ledwie czytać i pisać umiem po trzech latach nauki.
Zagwizdało i pociąg z hukiem przetoczył się po torach.
Albo coś się wydarzy, albo przyjdzie mi jak Annie Kareninie zakończyć marny żywot na torach i to jeszcze zanim się urodziłam- pomyślałam i ta wizja o dziwo podziałała na mnie pokrzepiająco.
Nadchodził wieczór i do domu z lekka chwiejnym krokiem zbliżało się dwóch gości.
W jednym rozpoznałam pradziadka- tylko on miał tak fantazyjnie podkręcone wąsy.
-Staaaaasiaaaa!-zawołał śpiewnie pradziadek – jak oceniłam -lekko „dwa promile w plecy”
-Zooooooobasz , kggoooo, przyprowdziłeeem- efektowna czkawka zakończyła radosne powitanie a ja pomyślałam, że miejsce pod płotem, to w tym momencie loża dla Vipów.
-Gdzie masz pieronie moje korale?- widok prababci Stanisławy z pogrzebaczem w ręce, robił wrażenie!
-Pszeeeeehrałem- szczerość dziadka była porażająco lekkomyślna- aaaaale!Uważaj Stasia!- tu palec z trudem celując , wbił się w pierś dziadkowego towarzysza- Zięęęęcia ci przyprowadziłem!
Na więcej pradziadka stać nie było, bo smętnie zawisł na ramieniu kolegi i usnął.
-Wprowadź, go Pietrek do izby- zrezygnowana Prababcia odłożyła pogrzebacz- A ty Staśka nie kul się pod płotem, tylko weź ojca z drugiej strony- zmęczony jest- dodała .Żal mi się zrobiło, że kolejny mit rodzinny runął a dziadka wygrał nam pradziadek w karty.
-Nie ma co, ma się te korzenie- pomyślałam zasypiając, ledwie słysząc rozmowę Stanisławy i Pietrka o jakichś umowach, morgach- guzik mnie to w tej chwili obchodziło-padłam jak kawka, albo raczej jak pradziadek Janek.
Ranek powitał mnie bólem głowy i gdy macając na oślep po szafce pod palcami wyczułam tabletki-o mało nie oszalałam ze szczęścia- tabletki, szafka, telewizor-ten sam dom- na szczęście dziewięćdziesiąt lat później. Szkoda tylko, że babci Stasi już nie ma, chociaż i tak nigdy nie opowiedziałabym jej, co mi się przyśniło- a rodzinne legendy niech bezpiecznie wiją sobie gniazda w naszej pamięci. Tylko garnek ze smalcem zabiorę ze spiżarki. W końcu mam przecież lodówkę!


Tydzień w głębi obrazu...


Wczoraj spotkałam Rejtana. Nie było to jednak, jak można by się spodziewać, spotkanie twarzą w twarz z dziełem Matejki, które to niejednokrotnie przedłużało moją wycieczkę po muzeum. Natrafiłam na niego we wspomnieniach zapisanych w notesach mamy zgromadzonych na strychu. Planując ostateczne sprzątanie domu, który planowałam wystawić na sprzedaż, nie spodziewałam się, że gdy dzień będzie chylił się ku końcowi, będę ocierać dłonią łzy spływające po moich policzkach, kiedy wokół nadal będzie roić się od przepełnionych i zakurzonych kartonów...

*

Poznań, poniedziałek 16 sierpnia 1982

Dochodziła godzina milicyjna, a lato wokół sprawiało, że jak zwykle nierozważna, przesiadywałam w pobliskim parku, próbując czytać książkę. Tak jak za każdym razem bywało w moim przypadku, wszystko zakończyło się na próbach. Kilka osób przebiegało zaś między ławkami, trzymając w ręce siatki z zakupami lub niosąc opasłe plecaki. Życie zdawało się mieć bardzo szybkie tempo. Słońce chyliło się ku zachodowi, a prócz mnie przyrodą cieszyło się jeszcze kilku staruszków, spacerujących z najlepszym przyjacielem – psem. Świat wokół mnie działał na tyle kojąco, że odpływałam w świat marzeń, a lektura zsuwała mi się z kolan, zastępując miejsce notesowi. Chwytałam wtedy w rękę pióro i rymując, przelewałam swoje odczucia na kartkę.

„Ktoś przebija bańkę marzeń,
mówi, że to wszystko jest nie tak.
Niszczy wartość naszych zwierzeń,
pozostaje tylko kruchy mak.

Jak zrozumieć o co chodzi,
przejrzeć wartość krótkich zdarzeń,
przecież słowo nic nie szkodzi,
ciszą niszczysz błogość wrażeń.”
Stalówka skrzętnie sunęła po kartce, a wiatr rozdmuchiwał pożółkłe strony notesu, który towarzyszył mi na każdym kroku. Czułam się, jakby sam Bóg pchnął kilka kartek czytając moje zapiski, kiedy po raz pierwszy usłyszałam jego głos i o mało nie nabawiłam się zawału serca. „Niech Pani uważa, bo jeszcze tylko pięć minut” - powiedział, a ja aż podskoczyłam na dźwięk jego wysokiego tonu. Uniosłam głowę i nie mogłam powstrzymać chichotu. Przede mną stał rosły mężczyzna z wysokim czołem i wąsem, który rozpościerał się na szerokość całej twarzy. Ot tak – zwykły człowiek, a jednak tak podobny do niego. Rezolutne spoglądający na mnie chłopak, pochwycił książkę, która niemal upadła na ziemię i zaczął wertować mój egzemplarz „Nad Niemnem”. Po chwili, jakby zauważył, że zerkam na niego z rozbawioną miną, zaczął przepraszać za swą bezpośredniość, kwitując wypowiedź słowami: „Miło mi Tadeusz” - jak mniemam, chcąc ratować niezręczną sytuację. W końcu nie codziennie spotykasz dziewczynę w parku, która na Twój widok zaczyna się śmiać. I masz Ci los – w tym momencie moje rozbawienie osiągnęło apogeum, a Tadziu musiał mnie uspokajać jeszcze przez kilka minut, kiedy szliśmy w stronę jednego z tysięcy szarych poznańskich bloków, a potem niewielkiego budynku, w którym mieszkałam, starając się umknąć przechadzającym się krętymi uliczkami milicjantom.

Poznań, wtorek 17 sierpnia 1982

Myślałam, że to tylko jednorazowe spotkanie, ale los miał dla Nas inny plan. Dziś spotkałam go stojąc w niekończącej się kolejce do osiedlowego sklepu. Liczyłam na to, że może tym razem starczy towaru i dla mojej rodziny. Ostatnim razem „czatowanie” od siódmej rano, nie przyniosło żadnych korzyści, a jedynie, doszczętnie przemoczona przez padający od świtu deszcz, przeziębiłam się. Próbując spędzić sen z powiek po nieprzespanej nocy, wytupywałam rytm na jednej z płytek dziurawego chodnika.
Nagle ktoś tknął mnie palcem w plecy. Delikatnie obróciłam się, a widok charakterystycznego wąsa od razu wywołał uśmiech na mojej twarzy i przywrócił do życia. Bystro mrugając przywitał się ze mną, a po krótkiej wymianie zdań, podczas której kolejka ani drgnęła, zapytał skąd mój wczorajszy napad śmiechu. Zaczęłam opowiadać mu o sobie, o moim zafascynowaniu obrazami Matejki i pierwszej osobie, jaka przyszła mi na myśl, kiedy go zobaczyłam.
Mijały kolejne godziny, rząd przesuwał się ku sklepowi z częstotliwością jeden metr na minutę, a ja co raz więcej wiedziałam o Moim Rejtanie (tak z czasem zaczęłam nazywać Tadzia), choć wiele rzeczy nie wywoływało u mnie radości, a wręcz przeciwne poruszenie i zmartwienie, jakbym znała go całe życie i był dla mnie bardzo ważnym człowiekiem. Tak, aby nikt nie słyszał, zwierzał mi się z swoich patriotycznych działań, dumny jak paw, że igra władzy na nosie. Wtedy nie rozumiałam do końca ile to dla niego znaczy. Miałam piętnaście lat, a od dziecka towarzyszyły mi jedynie cztery ściany i rodzina, a nie rozmowy o polityce. W ciągu tych kilku dni mój świat miał się jednak obrócić do góry nogami.

Poznań, środa 18 sierpnia 1982

Dziś Tadeusz odwiedził mnie w domu. Była to niezapowiedziana wizyta, choć nie raz wspominał, że mnie odwiedzi, gdy zobaczył gdzie mieszkam. Akurat pomagałam mamie obierać ziemniaki, kiedy zadzwonił do drzwi. Został usadzony w pokoju gościnnym, na jednym z foteli, które się tam znajdowały. Drugi zajmował tata, któremu to przedstawiwszy Tadzia, z konieczności pozostawiłam z kompanem do rozmów, nie zastanawiając się czy znajdą wspólne tematy. Sama powróciłam do kuchni i po raz pierwszy zabrałam się do gotowania z takim zapałem. „Robisz dziś wszystko z prędkością światła” - śmiała się mama, kiedy przygotowywała herbatę dla Panów i wyjmowała z szafki nad zlewem kilka herbatników. Kiedy szatkowałam kapustę, siedziała z nimi, przyglądając się Tadziowi. Wróciwszy, wysłuchała moich opowieści o tym jaki jest siedzący obok chłopak, jak się poznaliśmy i co w nim lubię. Mama jednak kręciła nosem na myśl o mężczyźnie, który z takim zapałem opowiadał o działaniach propagandowych. Twierdziła, że u jego boku nie będę bezpieczna, że nie zapewni on bytu rodzinie. Nie chciała mnie słuchać, kiedy powtarzałam „to tylko kolega” - widziała z jaką sympatią spoglądam na chłopaka rozmawiającego z ojcem. Choć była sceptycznie nastawiona, dobrze wiedziała, że uczucie nie wybiera. A tata? Od razu polubił Tadzia. Gdy przygotowywałyśmy z mamą obiad, rozmawiał z nim na wszelakie tematy począwszy od literatury po politykę. Obaj, siedząc w wiekowych, nieco już zużytych fotelach z iskrą w oku wymieniali swoje spostrzeżenia na temat Mickiewicza i Prusa, w których lektury tata potrafił zaczytywać się godzinami. Ojciec pokazywał mu swoją kolekcję znaczków, cuda, które zrobił z drewna, a na mojej twarzy pojawiał się co raz większy uśmiech. Cieszyłam się, że mężczyźni złapali ze sobą tak dobry kontakt.
Obiad upłynął pod znakiem tysiąca pytań mojej młodszej siostry skierowanych do Tadzia i prób poskromnienia ciekawości małej przez mamę. Z mojej twarzy natomiast nie znikała radość, że mam wokół siebie wszystkie osoby, na których mi zależy.
Te kilka godzin, które spędził u nas Tadeusz minęły w mgnieniu oka. Nie zauważyłam kiedy zrobiło się ciemno za oknem, a Mój Rejtan zaczął żegnać się z tatą, obiecując przynieść następnym razem „Placówkę” Prusa. Ucałował mamę w rękę, co z pewnością jej zaimponowało, małą, unosząc do góry zamknął zaś na chwilę w niedźwiedzim uścisku. Poprowadziłam go w kierunku wyjścia. „Jutro do południa mamy akcję” - powiedział, nim zakładał kurtkę w przedpokoju. „Spotkajmy się o piętnastej w tej kawiarni na rogu. Będę musiał Ci wszystko opowiedzieć” - ciągnął dalej, chwytając za klamkę, kiedy ja próbowałam wydobyć z siebie choć słowo. Tadeusz szybko ucałował mnie w policzek, rzucił krótkie „do zobaczenia” i już go nie było. Zostawił mnie samą w sieni z głową pełną myśli o Rejtanie, który może nie rozdziera szat, ale walczy o to, co dla niego naprawdę ważne.

Poznań, czwartek 19 sierpnia 1982

Ostatnie poprawki przy dopiero co upiętych włosach, koszula trzymana w ręce i już mnie nie było w domu – szłam w kierunku niewielkiej kawiarenki na rogu ulicy. Kiedy weszłam do środka zewsząd dobiegał silny zapach świeżo zaparzonej kawy. Na kilku stolikach umieszczonych na zaledwie dwudziestu paru metrach kwadratowych powierzchni paliły się świeczki. Przez chwilę zastanawiałam się czy dobrze trafiłam, kiedy zobaczyłam roześmianą twarz Tadeusza, który spoglądał właśnie w moją stronę. Powoli podeszłam do niego, a ten przywitał mnie ukradkowym pocałunkiem w policzek. Gdy zajęliśmy jedno z wolnych miejsc, wytłumaczył mi, że zupełnie zapomniał o organizowanym dziś wieczorku poświęconym twórczości Mickiewicza – w końcu nie było żadnego oficjalnego ogłoszenia, a stali bywalcy dobrze wiedzieli, że dziś oficjalne „zamknięcie” kawiarni nastąpi znacznie wcześniej, niż wyjdą z niej ostatni „klienci”.
Zamówiona kawa znalazła się już na stole, a nad szklankami unosiła się niewielka smużka pary. Tadeusz z co raz większym entuzjazmem opowiadał o ich dzisiejszym przedsięwzięciu. Ich – jego, Jacka, Janka i jeszcze kilku chłopaków. „Tysiące propagandowych ulotek, które zrobiliśmy za pomocą maszyny kupionej za bezcen i zreperowanej przez Jana. Rozrzuciliśmy je dziś w najbardziej zatłoczonym miejscu Poznania.” - mówił niezwykle podekscytowany. „Jacek zrobił też gazetki pełne rysunków obnażających władzę” - kolejne jego słowa sprawiały, że sam zaczynał się śmiać. Wsłuchiwanie się w opowieści Tadeusza było dla mnie wielką przyjemnością, zwłaszcza, kiedy przechodził do zabawnych historyjek, jak ta z psem kolegi, którego nazwano „Jaruzelski”.
Choć dobrze wiedziałam, że to, co robi często graniczy ze zdrowym rozsądkiem, cieszyłam się z każdej najdrobniejszej jego radości i starałam się nie pytać, co dokładnie robią.
„Uśmiech” - ktoś nagle oderwał nas od pogawędki, robiąc pamiątkowe zdjęcie. Po dzisiejszym wieczorze miały mi pozostać tylko wspomnienia, krótki wiersz i właśnie chwila uchwycona na kliszy.

Poznań, piątek 20 sierpnia 1982

Dziś miałam odwiedzić Tadzia i jego przyjaciół. Mieszkali w kamienicy przy ulicy Roosevelta 5 w mieszkaniu, które Jacek otrzymał w spadku po babci. Kiedy poznałam ich adres, przypomniał mi się „Kwiat kalafiora” Małgorzaty Musierowicz, w którą to książkę zaczytywałam się ostatnie miesiące za sprawą Moniki, będącej córką osiedlowego bibliotekarza. Zdawałam sobie sprawę z tego, jak trudno pozyskać niektóre lektury, tym bardziej byłam wdzięczna Moni za każdą przyniesioną pozycję. Jutro miała pojawić się z kolejnymi, a zabrać właśnie historię rodziny Borejko. Z uśmiechem na ustach, co raz bardziej rozświetlającym moją twarz z każdą myślą o wspólnych rozmowach z Tadeuszem, wręcz przefrunęłam przez Teatralkę i szybko wbiegłam na drugie piętro budynku utrzymanego w secesyjnym stylu.
Ku mojemu zaskoczeniu drzwi otworzył Jacek, który według opowiadań Mojego Rejtana, zwykł siedzieć pośród porozrzucanych kartek pełnych kolejnych tekstów piosenek. Ilekroć opowiadał mi o tym, czułam, że świat usłyszy jeszcze o tym niepozornym chłopaku który był przyjacielem nie tylko Tadzia, ale i moim. Przechodząc przez wąski korytarz, chciałam zapukać do kwatery Wąsacza, jednak zostałam skierowana do pokoju gospodarza. Niewielki brunet rozsiadł się w fotelu, a mi wskazał kanapę stojącą obok.
Nie spostrzegłam, kiedy z kieszeni wyjął maleńki, czarny przedmiot. Po chwili zauważyłam, co trzymał. „Pluskwa” - przebiegło przez moją głowę. „Musiano podejrzewać, że chłopaki działają w środowiskach propagandowych” - kolejna myśl nękała moją nieposkromioną wyobraźnię. Czułam, że Jacek nie powiedział mi jeszcze wszystkiego, ale nawet krótkie zdanie nie chciało mi przejść przez gardło. Po chwili zobaczyłam w jego dłoni zmiętą karteczkę. Nie mógł nic mi powiedzieć – widocznie nie tylko ja byłam pewna, że w pokoju znajdowało się nie tylko jedno urządzenie. Szybko rozwinęłam maleńki papierek i aż oniemiałam na widok słów, które znajdowały się na niej:

„Tadeusza zabrali, żeby go przesłuchać”.

W ciągu kilku sekund, kiedy przeczytałam te kilka wyrazów, zrobiłam się niemalże przezroczysta. W głowie zaczęły mi huczeć kolejne niechciane myśli. Bałam się o niego. „Mój Tadeusz... Mój Rejtan...” - majaczył głos wewnątrz mnie. „Musiał mi o czymś nie powiedzieć. Pewnie planowali coś większego” - przez moje myśli przebiegła idea, która jak się później okazało, była trafna.
Jacek jak zwykle okazał się jednak moją opoką. Szybko odezwał się szyfrem, tak by ONI niczego nie zrozumieli. „Janek pomoże mi odebrać gruszki od Szefa. Schowamy je już na zimę, żeby nie zmarzły” - mówił pełnym opanowania głosem. Nie mogłam pojąć dlaczego żyjemy w czasach, kiedy człowiek nazywany jest „gruszkami”. Ale nie to trapiło mnie najbardziej. Strasznie się o niego bałam, choć znałam go zaledwie od pięciu dni.

Poznań, sobota 21 sierpnia 1982

Dziś chłopcy mieli wrócić wieczorem do mieszkania zaprzyjaźnionego profesora Robaka razem z Tadziem. Doszły do nich informacje, gdzie chłopak znajduje się i w których godzinach wróg zaprzestaje przesłuchań, by udać się na obiad. To właśnie wtedy mięli wpaść do małej chatki na uboczu i zabrać Mojego Rejtana. Następnie ukryty u Pana Robaka, miał wrócić do sił i przeprowadzić się na jakiś czas na wieś do ciotki. Nie miał się rzucać w oczy władzy, a wszystko będzie w porządku. Nie wiedzieli jak czuje się Tadziu, ani jak efektowne były rozmowy z władzą. Wszystko to sprawiało, że nie tylko ja strasznie się denerwowałam, ale i chłopcy chodzi nie swoi. Jacek i Janek mieli jednak swój plan. Ale jak to bywa - nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli.

Poznań, niedziela 22 sierpnia 1982

Kiedy wróciłam z niedzielnej mszy świętej, przybiegła do mnie sąsiadka. Podałam Jackowi jej numer na wszelki wypadek, gdyby coś poszło nie tak. Brak kontaktu miałby oznaczać, że wszystko w porządku i śmiało mogę pojawić się u Profesora około godziny osiemnastej. Ale telefon jednak zadzwonił. „Dzwonił pewien młodzieniec i kazał Pannie powiedzieć, że gruszki zaczynają gnić.” - powiedziała. „Nie wiem co ten chłopak miał na myśli....” - mówiła dalej, ale ja już nie słuchałam. Wiedziałam, że coś poszło nie tak lub nie daj Boże – coś stało się Tadeuszowi. Mimo zdenerwowania, pożegnawszy sąsiadkę, musiałam jednak zjeść obiad z rodziną. Dopiero po piętnastej puściłam się biegiem do kwatery Pana Robaka. Znów otworzył mi Jacek, ale jego twarz była jeszcze bardziej pochmurna niż w piątkowe popołudnie. Zaprowadził mnie korytarzem do końca, do niewielkiego pokoju. Na łóżku zobaczyłam leżącego człowieka, któremu Profesor przecierał mokrą szmatką czoło. „Chłopcy znaleźli go z tępą raną. Stracił dużo krwi i jest bardzo słaby. Ta noc będzie decydująca” - próbował mi mówić, lecz czym prędzej dopadłam do łóżka i schwyciłam dłoń Tadeusza. Był blady i solidnie poobijany. „Co oni mu zrobili” - chciałam krzyknąć, ale postanowiłam uspokoić falę napływających emocji. „Wszystko będzie dobrze” - starał się powtarzać Jacek, zachowując się jak w amoku. Janek zachował trzeźwość umysłu i odezwał się „Twój... to znaczy Tadeusz jest niezwykle odważny. Dał się zbić do upadłego, ale nic im nie powiedział. To się teraz będą głowić, skąd mamy wszystkie informacje jeszcze przed nimi, a nasza prasa trafia do wielu prawdziwie polskich domów”. Jego głos był pełen podekscytowania, jednak nie umiałam cieszyć się razem z nim.
Nagle poczułam mocniejszy uścisk dłoni – to Tadeusz dawał o sobie znać. Kilkakrotnie mogłam poczuć w ten sposób jego obecność, kiedy przez całą noc czuwałam nad jego łóżkiem. Kiedy świtało, a ja walczyłam z samą sobą by nie zasnąć, odezwał się, jakby chciał się ze mną pożegnać: „Pamiętaj o mnie... pamiętaj o tych, którzy walczyli całym sercem o ziemię, po której codziennie możesz stąpać, o powietrze, którym każdego dnia oddychasz... Walczyliśmy o naszą Ojczyznę...” - powiedział, a jego głowa powoli osunęła się z moich kolan. Łza spływająca z mojego policzka była ostatnią rzeczą jaką poczuł Mój Rejtan... Wtedy zrozumiałam czym jest dla mnie nie tylko miłość, ale i ten kawałek ziemi, moja mała Ojczyzna – Polska – za którą niejedni przelali swą krew.

*
Czarno-białe zdjęcie i dwie twarze. Mama i ON. Już nie tak bardzo nieznajomy, jak w momencie, gdy trzymałam je po raz pierwszy, przed przeczytaniem mamine zapiski. Czułam się jakbym go znała. Tadeusz, który odmienił istnienie nie tylko mamy, ale i moje. Pokazał mi, że życie może być piękne, nawet kiedy nie wszystko jest takim, jakie byśmy chcieli, a sercem należy być zawsze oddanym swojemu pochodzeniu i swojej Ojczyźnie, nawet jeśli można ponieść za to druzgocące konsekwencje. Z notesu prócz zdjęcia, które trzymałam teraz w ręce, wypadła jeszcze kartka, która mówiła wszystko i sprawiła, że zrozumiałam czym jest naród, walczący o lepsze jutro, czy był dla ludzi wieku mojej mamy patriotyzm:

„Nasz naród jest jak lawa
Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa
Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi
Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi.”

Drobnym druczkiem dopisek: „Poznań, 19 sierpnia 1982. Spotkanie Mickiewiczowskie”

Teraz już wiedziałam, że nie sprzedam domu, w którym swój początek mają moje korzenie. Miejsca, w którym zakiełkowała wiara w lepsze jutro, wiara w Polskę.

Podróż do gwiazd

Wczoraj spotkałam Darię – koleżankę ze studiów, z którą studiowałam bibliotekoznawstwo. Spotykamy się średnio kilka razy w miesiącu, to spokojna i pogodna dziewczyna, ale tego dnia Daria była wyraźnie inna niż zwykle. Na pierwszy rzut oka było widać, że była czymś bardzo podekscytowana.
- Czytałaś?! – zapytała, podsuwając mi pod nos najnowszy numer „Nowin Bydgoskich”.
- Nie, a co się stało?
- Jest artykuł o naszym Starym Bibliotekarzu!
Starym Bibliotekarzem nazywamy naszego sędziwego przyjaciela, pana Gustawa, który jest znanym bibliofilem – amatorem i od wielu lat pracuje w pobliskiej bibliotece. W gazecie było jego duże zdjęcie, a pod nim artykuł zatytułowany: Czarodziej z Nantes znów czaruje – nieznany rękopis prekursora fantastyki naukowej cudownie odnaleziony. Artykuł opowiadał o tym, że zupełnie niespodziewanie w domu miejscowego bibliofila prawdopodobnie odnalazł się nikomu nieznany rękopis Juliusza Verne'a. Informacja ta była jeszcze niepotwierdzona, bo tekst trzeba poddać odpowiedniej analizie, która potwierdzi sensacyjne doniesienia.
- To ci nowiny! – krzyknęłam z wrażenia. Uwielbiam Verne'a i myśl, że tak blisko nas dokonano sensacyjnego i epokowego odkrycia, była wręcz nie do uwierzenia.
Następnego dnia Daria musiała wyjechać za miasto do rodziny, a ja, umierając z ciekawości po wczorajszych doniesieniach prasowych, postanowiłam odwiedzić Starego Bibliotekarza. Mieszkał on w pięknej okolicy na skraju lasu, nieopodal strumyka. Dom był dość nietypowy, bo niby zwyczajny, taki, jakich wiele można spotkać w okolicy, biały z czerwonym dachem. Jednak wyróżniała go charakterystyczna wieżyczka z lewej strony domu, a znajdowało się tam najcenniejsza część księgozbioru Starego Bibliotekarza oraz mała pracowania astronomiczna, gdyż pan Gustaw, poza bibliofilstwem, bardzo lubił obserwować gwiazdy. Gdy zapukałam do drzwi otworzyła mi pani Genia, pracująca u mojego przyjaciela jako pomoc domowa. Trzeba stwierdzić, że gdyby nie ona, to mieszkanie, które wyglądało niczym Cmentarz Zapomnianych Książek z powieści Zafona1, dawno zarosłoby brudem. Pan Gustaw, który był starym kawalerem, cały czas poświęcał swoim ukochanym książkom i zawsze powtarzał, że nie ma głowy do sprzątania.
- Pan Gustaw jest w domu? – zapytałam.
- Tak, w pracowni – odpowiedziała pani Genia.
Nie tracąc więc czasu udałam się na górę. Zastukałam do drzwi, ale wokół panowała głęboka cisza, więc je uchyliłam. Stary Bibliotekarz drzemał w fotelu z książką na kolanach. Już chciałam się wycofać, by go nie obudzić, gdy nagle usłyszałam:
- A to ty, wejdź, wejdź. Napijesz się może herbaty?
- Chętnie.
Nalał mi herbaty z czajnika, który leżał na stole. Zapadła chwila ciszy, którą niezręcznie było mi przerwać, aż zrobił to sam pan Gustaw.
- Pewnie czytałaś artykuł we wczorajszej gazecie i chcesz się czegoś więcej dowidzieć o rękopisie, czyż nie?
- Tak, a to wszystko prawda?!
- Owszem, ale źle się stało, że ta informacja tak szybko przedostała się do mediów, bo nawet nie miałem szansy tego dokładnie zbadać, a teraz to pewnie badacze z całej Polski, a nawet i świata, zaczną się tym interesować.
- Ale jak ten rękopis trafił w pana ręce?
- Nie jestem do końca pewien. Sama wiesz, że ludzie przynoszą do mnie wiele książek. Jedne naprawiam i oddaję właścicielom, a te niechciane zostają u mnie. Jednak, o ile dobrze sobie przypominam, jakiś czas temu do biblioteki przyszedł pewien człowiek w średnim wieku, chyba Francuz z pochodzenia, bo mówił z charakterystycznym, obcym akcentem. Człowiek ten przyniósł ze sobą kufer pełen książek. Wyglądał na bardzo zdenerwowanego, zapytałem nawet czy coś się stało, ale on pokiwał przecząco głową. Przybysz poprosił mnie jednak, żebym przechował mu jego książki. Powiedział, że później po nie przyjdzie, po czym szybko wybiegł i do dziś się nie pojawił.
- Niesamowite, a mogę zobaczyć rękopis?
Podał mi dość cienki plik kartek w zwykłej zeszytowej okładce, aż trudno było uwierzyć, że ich zawartość może być cudownie odnalezionym tekstem Verne'a. Rękopis, choć pożółkły i w niektórych miejscach zatarty, był w zaskakująco dobrym stanie. Napisany był, oczywiście, po francusku, ale ku mojej radości zauważyłam, że obok oryginału Stary Bibliotekarz umieścił jego polskie tłumaczenie.
- Myśli pan, że to faktycznie może być dzieło Verne'a? – zapytałam z pewnym powątpiewaniem.
- Jest kilka rzeczy, które za tym przemawiają, np. inicjały J.V. i tytuł serii „Niezwykłe podróże”, pod którym francuski pisarz publikował swoje powieści. Tekst jest krótki, ale niewykluczone, że to tylko część większej całości, albo fragment wykreślony z wersji którejś ze znanych nam powieści. Na rozwianie wszelkich wątpliwości i ostateczną odpowiedź jest jeszcze za wcześnie. Potrzebna jest dokładna analiza.
- A mogę pożyczyć rękopis?
- No nie wiem..
- Bardzo proszę, już jest dość późno, a chciałabym spokojnie się z nim zapoznać, jutro z samego rana go odniosę.
- No dobrze, ale uważaj na niego.
Uradowana podziękowałam serdecznie i popędziłam czym prędzej do domu i jeszcze tego samego wieczoru pogrążyłam się w lekturze tajemniczego rękopisu.

Niezwykłe podróże

Podróż do gwiazd

„Historia ta nie jest wcale baśnią, jest ona jedynie romantyczna. Czyż jednak jej nieprawdopodobieństwo upoważnia do wyciągania wniosku, że jest równie nieprawdziwa? Nic bardziej błędnego. Żyjemy przecież w czasach, w których wszystko zdarzyć się może, nieledwie mamy prawo powiedzieć, że wszystko już się zdarzyło. Jeśli więc opowieść nasza dziś jest nieprawdopodobna, to dzięki możliwościom nauki jutro stanie się zupełnie wiarygodna i nikt nie ośmieli się zaliczyć ją do baśni.”2
Pewnego słonecznego dnia w małym miasteczku u wybrzeży Ameryki kilkunastoletni młodzieniec imieniem Maks siedział na pastwisku i rzeźbił scyzorykiem w kawałku drewna. Było to jego ulubione zajęcie. Jego ojciec wolałby, aby zajął się czymś pożyteczniejszym, ale on uwielbiał ten czas, kiedy mógł spokojnie usiąść na łące z kawałkiem drewna i marzyć o dalekich podróżach i odkryciach na miarę Barbicane'a, Ardana i Nicholla3, o których naczytał się w gazetach. Jego ojciec, który był farmerem, te wszystkie rewelacje o locie na Księżyc w pocisku artyleryjskim uważał za dziecinne mrzonki, ale dla Maksa było to spełnienie wszystkich marzeń i zaspokojenie jego duszy odkrywcy, która budziła się w nim, ilekroć czytał książki podróżnicze i słyszał o podobnych ekspedycjach w doniesieniach prasowych. Z tego powodu był powszechnie uważny za dziwaka i samotnika. Jedynym jego przyjacielem był tak naprawdę profesor Paganel4 – geograf, podróżnik i badacz, ale jego również uważano za dziwaka z powodu nadmiernego roztargnienia.
Nagle, gdy tak siedział, zobaczył na niebie mały jasny punkt. W pierwszej chwili pomyślał, że mu się zadawało, ale punkt przybliżał się z zaskakującą szybkością. Na pewno nie był to ani ptak, ani balon, a więc co? Maks nie miał pojęcia. Słyszał, co prawda, o próbach konstruowania latającej maszyny, która w przyszłości będzie przewozić ludzi, ale to zdawało się być perspektywą dość odległą. Nim jednak zdążył o tym wszystkim pomyśleć, bliżej nieokreślony obiekt latający zniknął za horyzontem. Chłopak był bardzo zaskoczony, ale i podekscytowany, dlatego niewiele myśląc, pobiegł w tamtą stronę.
Tajemniczy obiekt wpadł do rzeki na skraju lasu. Coś, co jeszcze przed chwilą wydawało się być spadającą gwiazdą, teraz wyglądało z bliska jak przewrócona na bok piramida dryfująca na wodzie. Maks stał jak zaczarowany, to wszystko zdawało się być snem, przecież takie rzeczy nie dzieją się naprawdę! Nagle jedna ze ścian piramidy zaczęła się podnosić, a z wnętrza wysiadła dziwna istota. Niebieski stwór – ni to foka, ni ośmiornica – ale na dwóch nogach i z dwiema kończynami górnymi, podobnymi do ludzkich, dość karłowaty w porównaniu z człowiekiem, Maksowi sięgał co najwyżej trochę powyżej pasa, miał też śmieszną czerwoną czuprynkę i charakterystyczny, podobny do gadziego, grzebień na plecach. Nim jednak młodzieniec zdążył się dokładnie przyjrzeć przybyszowi, ten się przeobraził, przybierając postać podobną do ludzkiej.
- Kim jesteś?! – zapytał Maks, cofając się powoli. Milion myśli kłębiło mu się w głowie i choć tak naprawdę to pytanie wydawało mu się głupie, był tak oszołomiony, że tylko to zdołał z siebie wykrztusić.
- Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy. Nazywam się Gambi z plemienia Ordos, przybywam z Czerwonej Planety. Zabłądziłem, a mój statek uległ lekkiemu uszkodzeniu. Jak masz na imię?
- Maks – odpowiedział chłopak, który powoli wychodził z pierwszego szoku, choć nadal mu się wydawało, że to wszystko nie dzieje się naprawdę.
- Pomógłbyś mi naprawić statek, bo bez tego nie mogę wrócić do domu?
- Eee ... a co właściwie miałbym zrobić? – zapytał chłopiec niepewnie.
- Napęd statku jest wspomagany światłem słonecznym, coś się musiało zepsuć przy gwałtownym zajściu do atmosfery, bo napęd nie działa poprawnie. Normalnie to nie jest problem, ale nie mam dość paliwa na całkowite włączenie wspomagania i stąd moje przymusowe lądowanie.
- A masz jakieś narzędzia?
- Nie, wybierałem się na krótki lot – bezradnie odpowiedział przybysz.
- Chodźmy do mojego przyjaciela – profesora Paganela. Może on będzie wiedział, co zrobić, ale lepiej ukryj swój pojazd, bo jeśli ktoś go tu zobaczy, to będziesz miał kłopoty.
- Dobry pomysł – powiedział nowy towarzysz Maksa i ku jego zaskoczeniu wyjął coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak zegarek, ale było to coś zupełnie innego, ponieważ wystarczył jeden przycisk, żeby statek upodobnił się do otoczenia i był praktycznie niezauważalny dla oka ludzkiego.
Trzeba przyznać, że profesor Paganel to postać dość osobliwa. Mieszkał kątem gdzieś na strychu, który służył mu jednocześnie za jadalnię, sypialnię (choć o tych czynnościach profesor, pochłonięty pracą naukową, często zapominał), bibliotekę i pracownię. Był to mężczyzna „chudy, suchy i bardzo wysoki, przypominał długi gwóźdź o wielkim łebku, bo jego głowa o szerokiej twarzy, wysokim czole, długim nosie, dużych ustach i silnie zarysowanym podbródku była istotnie pokaźnych rozmiarów. Oczy kryły się za olbrzymimi okularami; ich spojrzenie zdradzało niezdecydowanie (…). Robił wrażenie człowieka inteligentnego i wesołego i w niczym nie przypominał osób, które, nie śmiejąc się z zasady, pod maską powagi kryją pustkę i nudę. Wprost przeciwnie: bezpretensjonalne i pogodne zachowanie nieznajomego wskazywało niezawodnie, że starał się brać ludzi i rzeczy z ich najlepszej strony. Zanim jeszcze zaczął mówić, można było odgadnąć w nim gadułę, ale przede wszystkim człowieka roztargnionego, który nie zawsze widzi to, na co patrzy, i często nie słyszy tego, czego słucha”5. Właściwie nikt z mieszkańców nie wiedział, jak to się stało, że znany geograf, sekretarz paryskiego towarzystwa geograficznego, znalazł się w ich miasteczku. Plotka głosiła, że roztargniony naukowiec pomylił statki i zamiast do Australii przypłynął do Ameryki i tak już został.
Kiedy Maks i Gambi przybyli do mieszkania profesora, w pomieszczeniu panował totalny bałagan, jak po jakimś trzęsieniu ziemi, a profesor biegał po całym pokoju i szukał czegoś gorączkowo.
- Dzień dobry, profesorze.
- Mhm... gdzie one są u licha?! – profesor nie zwracał uwagi na przybyłych.
- Dzień dobry, coś się stało?
- A, to ty… nie mogę znaleźć okularów – pożalił się gospodarz.
- Bardzo przepraszam, ale zdaje się, że ma je pan profesor na sobie – zauważył Maks.
- Nie może być! – krzyknął profesor, ale faktycznie, miał okulary na nosie.
- Dziękuję ci, mój drogi chłopcze. Widzę, że przyprowadziłeś ze sobą kolegę. Usiądźcie, mogę wam w czymś pomóc?
- Nie wiem, jak to panu powiedzieć... to jest Gambi… on jest... przybyszem z innej planety i zepsuł mu się statek.
- Żarty sobie ze mnie stroisz, chłopcze, dlaczego nazywasz swojego kolegę kosmitą?!
Maks nie zdążył nic odpowiedzieć, bo w tym momencie Gambi przybrał postać taką, jaką miał, gdy ukazał się Maksowi przy pierwszym spotkaniu. Profesor aż zaniemówił z wrażenia.
- Ale to przecież niemożliwe! Kim ty jesteś?
- Nazywam się Gambi z plemienia Ordos, przybywam z Czerwonej Planety. Wy to chyba nazywacie Marsem. Zepsuł mi się statek i nie mogę wrócić do domu. Maks mówił, że możesz mi pomóc.
- Eee... ja... no nie wiem.. postaram się...ale może najpierw napijemy się herbaty i porozmawiamy.
- A może napijecie się ze mną napoju, który przywiozłam ze sobą? Chciałbym wam w ten sposób podziękować za gościnę i pomoc – powiedział Gambi i wlał im do filiżanek srebrzysty napój.
- A co to? – zapytał niepewnie Maks, wąchając tajemniczą miksturę, która miała konsystencję białego wina.
- Eukalipo, bardzo popularny na Marsie. Wasze zdrowie!
Maks wypił swoją porcję i nagle zrobił się senny, usłyszał jeszcze cichnący głos Gambiego, ale już po chwili zapadł w głęboki sen...
Maks nie miał pojęcia, ile czasu przespał. Obudził się z bólem głowy i zupełnie nie wiedział, gdzie się znajduje. Najpierw wydawało mu się, że leży na łóżku, jednak po dłuższej chwili zorientował się, iż jest zamknięty w dziwniej kapsule ze szklanym wiekiem. Obok była druga taka sama kapsuła, w której chłopak zauważył profesora. Powoli zaczął sobie wszystko przypominać i nie ulegało dla niego wątpliwości, że zostali porwani przez dziwną istotę, która twierdziła, że jest z Marsa. Choć to wszystko zdawało się być nierealne i absurdalne, to wiedział jedno – musi się jak najszybciej uwolnić ze swojego więzienia. Uniósł rękę i pchnął pokrywę, choć nie spodziewał się wcale, że to coś da. Jednak, ku jego zaskoczeniu, pokrywa odskoczyła bez żadnego oporu. Usiadł i rozejrzał się dokoła. Na ścianach pomieszczenia znajdowało wiele dziwnych urządzeń, których zastosowania Maks nie znał. Przez chwilę wydawało mu się, że znajduje się na pokładzie legendarnego Nautilusa6. Chciał podejść do profesora, ale szybko przekonał się, że nie może się utrzymać na nogach, trudno mu się oddycha i kręci mu się w głowie.
- Lepiej ubierz kombinezon, który Ci przygotowałam. Normalnie na statku nie jest konieczny, ale ty nie jesteś przyzwyczajony. Zaraz poczujesz się lepiej, zresztą niedługo będziemy na miejscu, a lepiej, żebyś nie wychodził na zewnątrz bez kombinezonu, bo dla ludzi może to być niebezpieczne.
Maks aż poskoczył ze strachu i gwałtownie obrócił głowę. W drzwiach pokoju zobaczy Gambiego.
- To ty!!! Coś ty nam zrobił?! Zaufaliśmy ci, a ty nas porwałeś!
- Uspokój się, nie miałem wyboru. Zaraz wszystko wyjaśnię, tyko obudzimy twojego przyjaciela. Podszedł do drugiej kapsuły i obudził profesora.
- Co, już rano? Jeszcze chwileczkę, mamusiu, zaraz wstaję. Na pewno nie spóźnię się na lekcje – powiedział Paganel i przewrócił się na drugi bok.
Maks nie mógł powstrzymać uśmiechu, mimo grozy sytuacji. Kiedy już wszyscy wiedzieli, gdzie się znajdują, Gambi polecił im, aby włożyli kombinezony i udali się z nim do sąsiedniego pokoju, gdzie czekał na nich poczęstunek, który wyglądał jak galaretowata maź.
- Możecie spokojnie jeść, nic wam nie grozi – zachęcał.
Przymusowi goście wcale nie mieli ochoty słuchać porywacza, ale nie mieli też specjalnie wyboru, gdyż byli głodni i daleko od domu.
- Przepraszam was za porwanie, ale nie miałem wyboru…
- No, to już jest bezczelność! – przerwał mu profesor.
- Nie, posłuchajcie mnie, proszę. Dawno, dawno temu na Marsie żyło plemię Ordosów, rządzone przez króla Gindo. Władca miał brata – Diego. Był on drugi w kolejce do tronu, ale wszystko się zmieniło, kiedy królowi urodził się syn. Wtedy zazdrosny brat postanowił zabić króla i jego syna. Naród podzielił się na zwolenników i przeciwników króla i jego brata. Brat króla zabił go i sam się koronował na nowego władcę, nie zdołał jednak zabić swojego bratanka, który się przed nim ukrywał i czekał na odpowiedni moment, aby odzyskać tron. Legenda głosi, że w detronizacji wuja mają mu pomóc przybysze z innej planety.
- Co, porwałeś nas z powodu legendy?! – wykrzyknął profesor.
- Niezupełnie, właściwie w legendę mało kto wierzy, ale Diego bardzo się tym przejmuje i kazał pojmać przybyszów, aby zapobiec swojej detronizacji.
- Czyli chcesz nas wydać w jego ręce? – nie mógł uwierzyć Maks.
- Nie mam wyboru. Król ma córkę – Dianę. Zakochaliśmy się w sobie i chcieliśmy razem uciec, ale Diego nas nakrył i uwięził córkę. Zagroził, że jeśli tego nie zrobię, to ona zginie.
- A co z prawowitym następcą tronu? – zapytał Maks.
- Ja nim jestem.
- Co?! Skoro tak, to wuj i tak was zabije, prędzej czy później – powiedział profesor. – Chcesz mu się wyłożyć jak na talerzu, nie zawalczysz o swoje królestwo i kochaną? Tak postępuje dobry władca, zastanów się, co na to powiedziałby twój ojciec?!
- Chciałem, ale nie mam już sił i boję się o Dianę – odpowiedział zrezygnowany Gambi.
- My ci pomożemy – zaoferował Maks.
- Naprawdę? – spytał Gambi z niedowierzaniem i zaczął ich ściskać z radości.
Stało się – pierwsi ludzie wylądowali na Marsie – czwartej plancie od słońca. Planeta ta jest znana już od starożytności i to właśnie Rzymianie nadali jej imię na cześć boga wojny. Ze względu na swoją poświatę gleby i skał bywa określana jako czerwona planeta, prawdopodobnie wynika to z faktu, że jej powierzchnia zawiera tlenki żelaza. Ku zdziwieniu przybyłych okazało się, że Mars ma bardzo cienką atmosfera, jeszcze cieńszą niż można było przypuszczać, a jego powierzchnia jest usłana kraterami podobnymi do tych, o jakich Maks czytał zapoznając się z relacjami z lotu na księżyc. Jednak to nie wszystko, bo dało się także zaobserwować tereny podobne do ziemskich: góry, wulkany, pustynie, a nawet czapy lodowe. Niestety, na zwiedzanie i obserwacje nie było za dużo czasu, gdyż czekała ich niebezpieczna misja. Gambi zabrał swoich gości do kanionu Valles Marineris , gdyż tam, w niewielkich chatkach byli zgrupowani jego zwolennicy. Wszyscy powitali przybyszy jak wybawców, na których czekano od wieków. Trzeba było się zastanowić, co robić, gdyż otwarte wypowiedzenie wojny nie wchodziło w rachubę. Po pierwsze dlatego, że Gambi bał się o życie Diany, a po drugie – nie znali dokładnej liczebności wojsk wuja. Konieczne więc było znalezienie sprytnego sposobu na przechytrzenie uzurpatora i przywrócenie na tron prawowitego władcy. Od Gambiego Maks wiedział, że Ordosowie mają zdolność transformacji w różne istoty, dlatego z taką łatwością mogą upodobniać się, na przykład do ludzi, muszą jednak pamiętać, że aby móc się przekształcić z powrotem w swoją normalną postać, musi to być istota wystarczająco świadoma. Tak wpadli z profesorem na pewien pomysł…
Nazajutrz Gambi poszedł wraz ze swoimi „więźniami” na zamek wuja. Siedziba władcy znajdowała się na szycie Olympus Mons – była to, prawdopodobnie najwyższa góra w całym układzie słonecznym. Władca był bardzo zadowolony z ich pojmania i chętnie z nimi rozmawiał.
- Podobno jesteś wszechmocny i możesz się zmienić we wszystko co tylko chcesz? – zapytał Maks.
- Oczywiście – odpowiedział Diego.
- To przeobraź się w ptaka.
- To proste – powiedział wuj i przeobraził się w ptaka.
- To teraz w słonia – zachęcił profesor.
- Nic prostszego – i przeobraził się słonia.
- Chyba faktycznie jesteś wszechmocny, ale teraz na pewno nie dasz rady. Przemień się w niemowlę – powiedział Maks.
- A co to takiego? – zdziwił się Diego.
- Mały człowiek, dziecko – wytłumaczył profesor.
Król zaczął się przeobrażać i po chwili był już niemowlęciem. Nie przewidział tylko jednego, że stając się małym człowiekiem, w którego miał się przeobrazić, nie będzie na tyle świadomy, aby móc się przetransformować z powrotem w swoją normalną postać.
W ten sposób Gambi odzyskał tron, uwolnił Dianę, z którą się ożenił i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Najpierw jednak wdzięczny król odwiózł Maksa i profesora na Ziemię w weselnym orszaku, który z Ziemi wyglądał jak niesamowity deszcz meteorytów. Tak skończyła się ich podróż do gwiazd. Maks nie był do końca pewny, czy to wszystko wydarzyło się naprawdę, czy tylko mu się śniło. Jedynym śladem były wzmianki, jakie znalazł w gazetach, o nieoczekiwanym deszczu meteorów. Pozostaje tylko pytanie, czy jeśli coś się dzieje w naszej głowie, to czy znaczy to od razu, że to coś nie może dziać się naprawdę?
J. V.

Skończyłam czytać rękopis z mieszanymi uczuciami. Czy to był naprawdę rękopis Verne'a, trudno powiedzieć. Pomyślałam jednak, że należałoby obejrzeć inne książki, które przyniósł tajemniczy Francuz i warto by było go odnaleźć, ale to już jest temat na zupełnie inną historię.

                   1 Zob. Carlos Ruiz Zafón, Cień wiatru, Warszawa 2012.
2 Zob. Juliusz Verne, Tajemnica zamku Karpaty, Łódź 1988, s. 3.
3 Zob. Juliusz Verne, Z Ziemi na Księżyc, Warszawa 2011.
4 Zob. Juliusz Verne, Dzieci Kapitana Granta, Warszawa 1998.
5 Ibidem, s. 30.
6 Zob. Juliusz Verne, Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi Warszawa 2011.

Księżniczka wśród smoków
czyli podręcznik przetrwania dla królewskich córek

Dla pani S. Powel,
która na zawsze pozostanie dla mnie
najwspanialszym przewodnikiem po
świecie literatury.

24 luneara 167X roku

Wczoraj spotkałam smoka, tak, takiego wielkiego, zielonego, ze skrzydłami i długim ogonem. A gdyby dać wiarę słowom tej przerośniętej jaszczurki, to spotkałam nie jednego, ale aż dwóch przedstawicieli tego wymierającego gatunku. Ale po kolei.

***

W moim przypadku nie było żadnego porwania, nękania pobliskiej ludności czy prób szantażu zastraszonego króla. Od niepamiętnych czasów smoki mieszkały na szczycie góry Nogard w naszym królestwie i nigdy nie próbowały nawiązać kontaktu z ludźmi, a my nauczyliśmy się omijać ich terytorium szerokim łukiem. Tak pozostałoby zapewne do dzisiaj, gdyby mój uparty ojciec, król Phobos, pewnego razu nie postanowił wydać mnie za księcia idiotę.
- Będziesz mi posłuszna, Franciszko! – krzyczał, kładąc nacisk na każdą sylabę mojego znienawidzonego imienia. Mógł sobie na to pozwolić, bo byliśmy sami w sali tronowej, gdy oznajmiał mi swoją decyzję w sprawie mojego małżeństwa. – Inaczej od zaraz zabiorę ci wszystkie przywileje, wydziedziczę i wyrzucę z zamku! Zobaczymy, jak wtedy sobie poradzisz!
- Zrób tak, ojcze! – odpowiedziałam stanowczo. – Odejdę, bo wolę już życie zwykłej pomywaczki niż bycie żoną tego narcyza!
- Dobrze, ale wiedz, że wydam rozkaz, aby nikt w całym królestwie nie udzielił ci żadnej pomocy!... Będziesz mogła zamieszkać jedynie na górze Nogard ze smokami!!!...
- Stanie się według twojego rozkazu, panie. – odparłam chłodno, dygnęłam z gracją i wyszłam nie oglądając się za siebie.
Wtedy ta odpowiedź wydawała mi się niezwykle błyskotliwa i dowcipna, ale gdy stałam przed ciemną jaskinią smoków, nie byłam już o tym taka przekonana. Wiatr wył mi w uszach jak potępieniec, a u moich stóp leżały porozrzucane zwierzęce szkielety (przynajmniej miałam nadzieję, że były one zwierzęce…). Szybko zatkałam sobie nos, bo unoszący się wokół zapach siarki był nie do zniesienia.
- Przepraszam, jest ktoś w domu? – spytałam cicho. – Jeżeli nie, to ja mogę wrócić później…
- KTO ŚMIE ZAKŁÓCAĆ MÓJ SPOKÓJ?! – odezwał się w odpowiedzi potężny głos, który zdawał się wydobywać z samego wnętrza ziemi. Chwilę później zobaczyłam, jak duży zielony łeb pokryty łuskami wyłania się z otchłani jamy i para złotych oczu przeszywała mnie na wylot. Zadrżałam. – Zaraz, przecież ty jesteś… ludzką samicą! – stwierdził z niemałym zaskoczeniem.
W normalnych warunkach uznałabym takie określenie za obraźliwe, ale tym razem postanowiłam to przemilczeć. Dumnie uniosłam głowę, chociaż nadal trzęsły mi się kolana.
- Tak, jestem kobietą, a dokładniej rzecz ujmując – księżniczką.
- K-księżniczką? – powtórzył smok, wyraźnie czymś ucieszony i wyszczerzył swoje groźne kły w szerokim uśmiechu (tylko czy smoki w ogóle się uśmiechają?). Tego chyba przestraszyłam się jeszcze bardziej. – A jak masz na imię, księżniczko?
- Mam na imię Fr-… Luiza.
To wcale nie było kłamstwo! Moja zmarła matka i grono najbliższych przyjaciół używali imienia Luizy zamiast tej okropnej Franciszki.
- Ja jestem Agrestes. Miło mi ciebie poznać, księżniczko. Ale skoro sama wybrałaś się na górę Nogard, to musiało stać się coś strasznego. Jak widzisz prowadzę tutaj życie samotnika i od setek lat nie dotarły do mnie wieści z dołu. My unikamy kontaktu z ludźmi. Wejdź, proszę, do środka i wszystko mi opowiedz.
Przełknęłam ślinę. Nie było już odwrotu. Uniosłam lekko sukienkę i zaczęłam schodzić w głąb smoczej jamy, uważając, aby nie pośliznąć się na mokrych kamieniach. Gdy mój wzrok przyzwyczaił się wreszcie do panującego wokół mroku, okazało się, że jej wnętrze nie jest wcale takie straszne. Przekonałam się, że smoki to bardzo czyste stworzenia. Miejsca było dosyć, aby zmieściły się tam dwa dorosłe osobniki, podłoże zostało wyściełane suchą trawą - na której zaraz spokojnie przysiadłam – i nigdzie nie było widać żadnych nieprzyjemnych pozostałości po ich posiłkach. Zapach siarki nie zniknął, ale nie był już tak intensywny. Zaczerpnęłam więc powietrza, uspakajając nieco rozkołatane nerwy i zaczęłam opowiadać moją smutną historię.
Agrestes był bardzo wdzięcznym słuchaczem. Słuchał mnie z uwagą, potakując od czasu do czasu ze zrozumieniem łbem, a w odpowiednich momentach wyrażał swoje oburzenie warczeniem i wypuszczaniem chmurek dymu z nozdrzy.
- Współczuję ci, księżniczko. – powiedział, gdy wreszcie zamilkłam. - Mam jedynego syna, Orestesa, którego podobnie wiele lat temu spotkało wielkie nieszczęście!... Pewnego dnia weszła na Nogard okrutna wiedźma, która chciała zdobyć naszą krew do mikstur, ponieważ jesteśmy ostatnimi smokami żyjącymi na tej ziemi. Ja jestem już stary i słaby, więc Orestes stanął w mojej obronie, ale cóż mógł sam poradzić przeciwko jej magicznym sztuczkom?... Przegrał, więc ona upuściła mu prawie całą krew, a gdy umierał, przemieniła go w człowieka… Twierdziła, że w ten sposób ratuje jego życie. Ach, gdyby tak teraz znalazłaby się jakaś księżniczka, która…
Oho, zaczyna się, pomyślałam. Ile to razy słyszałam łzawe historyjki, w których jakiś biedny książę został zaklęty w żabę, węża czy jakiegoś innego gada i do swojego odczarowania potrzebuje tylko jednego pocałunku. Mojego pocałunku. Dlaczego przez sam fakt urodzenia się królewską córką miałam oddawać swój pierwszy pocałunek komuś, kogo nie kochałam?... To prawda, że przez ten krótki czas bardzo polubiłam starego smoka, ale nie byłam gotowa na takie poświęcenie.
- Przykro mi, lecz jeżeli o to chodzi… - zaczęłam, ale Agrestes zwrócił łeb w stronę wejścia i powiedział:
- O, zdaje się, że o wilku… pardon, o smoku mowa. Orestesie, powzól tu do nas! No, śmiało!
Naprawdę spodziewałam się zobaczyć kolejną przerośniętą jaszczurkę ze skrzydłami, kopię Agrestesa, a tymczasem zza skał wyłoniła się ludzka postać. Orestes miał sylwetkę silnego dwudziestoletniego mężczyzny o ogorzałej cerze, wydatnym podbródku, kruczoczarnych włosach związanych z tyłu głowy i przenikliwych oczach o tym samym kolorze. Boże, jeżeli taki wygląd uzyskał dzięki zaklęciu wiedźmy, to nie powinna ona móc odpędzić się od chętnych!... – pomyślałam. Przez moment poczułam, że mój sprzeciw wobec odczarowania go nieco zelżał i zaczerwieniłam się ze wstydu.
- Co się tu dzieje, tato? – spytał Orestes, obrzucając mnie przy tym lodowatym spojrzeniem. – Dlaczego wpuszczasz do naszego legowiska takie stworzenia? Przecież to nie nadaje się do jedzenia. Sama skóra i kości.
… Jak już mówiłam – zelżał, ale tylko przez krótki moment!...
- Och, nie, synku, przecież to człowiek, a szanujące się smoki nie jedzą ludzi. – zauważył rzeczowo Agrestes. – A poza tym to prawdziwa księżniczka! Słyszysz, księż-nicz-ka Luiza! Bądź dla niej miły przez ten czas, w którym z nami zamieszka.
Czyżby wydawało mi się, że przez chwilę dostrzegłam iskierkę nadzieji w oczach Orestesa?
- Może zostać, ale ja nie będę dzielił z nią swojej zdobyczy. – oznajmił, kładąc na ziemi dwa zające.

38 celestianu 167X roku

Agrestes okazał się bardzo ucywilizowanym smokiem, szkoda, że nie można tego samego powiedzieć o jego jedynym synie. Cóż, delikatnie rzecz ujmując, nasze pierwsze spotkanie nie zaliczało się do udanych, a później było tylko gorzej. Na każdym kroku młody smok starał się mi udowodnić, że nie nadaję się do ich wspólnego życia na łonie natury. Nie wiedział jednak, że im bardziej na mnie napierał, drwił i krytykował, tym bardziej rósł mój upór. W końcu duma jest naszą cechą rodową. W ciągu paru miesięcy nauczyłam się rozpalać ogień, sporządzać sidła, obrabiać skórę i polować (chociaż przy tym ostatnim mój mistrz Agrestes twierdził, że mam jeszcze wiele do nauczenia…). Dlatego też nie uważałam siebie za darmozjada i nie mogłam zrozumieć tej całej wrogości Orestesa wobec mnie.
Wszystko zmieniło się pewnego słonecznego poranka, w połowie miesiąca celestianu, gdy Agrestes już się nie obudził. Odszedł we śnie. Był to dla mnie prawdziwy cios, bo zdążyłam się już do niego przywiązać, ale nie potrafiłam nawet wyobrazić sobie bólu jego jedynego syna. Przecież stał się teraz ostatnim przedstawicielem ginącego gatunku, któremu przyszło spędzać resztę swoich dni w obcym ciele…
Orestes długo siedział przy starym smoku, potrząsał nim i wydawał z siebie długie gardłowe dźwięki, którymi zapewne młode przywołują swoich rodziców, ale przez cały ten czas nie popłynęła z jego oczu ani jedna łza. W końcu nie mogłam już tego znieść. Przysunęłam się bliżej, przytuliłam go do siebie i zaczęłam delikatnie głaskać po włosach. Czułam, jak bije od niego niesamowite ciepło, a w jego piersi serce trzepocze jak przerażony ptak. Początkowo próbował się wyrwać, ale po chwili położył głowę na moim ramieniu i pozwolił swobodnie płynąć swoim łzom…

***

Pod wieczór tego samego dnia razem zbudowaliśmy stos, na którym z trudem ułożyliśmy ciało Agrestesa. Pracowaliśmy w milczeniu. Potem, patrząc na to, jak płochłaniały je płomienie na tle ciemnego nieba, zrozumiałam, że ogień, który od chwili narodzin palił się w jego piersiach, towarzyszy mu również po śmierci - i że jest to nieodłączna część bycia smokiem…

16 solenaria 167X roku

Mam wrażenie, że od dnia pogrzebu Agrestesa moje relacje z Orestesem poprawiły się. Nie czułam już tego początkowego dystansu między nami. Oczywiście, kłótnie się ze mną nadal pozostały jego ulubionym zajęciem, bo dobrze wiedział, że doprowdza mnie tym do szewskiej pasji, ale robił to z takim łobuzerskim uśmiechem, że nie potrafiłam być na niego długo zła.
- Uważaj, Orestesie, jeszcze jedno słowo, a wasz gatunek naprawdę stanie się wymarły! – ostrzegałam go pewnego dnia, gdy wracaliśmy razem z dość udanego polowania do naszego legowiska. Orestes naprawdę miał czelność pierwszy ustrzelić zwierzynę, którą tropiłam od rana, a teraz przybierał minę niewiniątka!... Zanim jednak zdążyłam wymyślić kolejną groźbę, on doskoczył do mnie, zakrył moje usta dłonią i z niesamowitą siłą pociągnął za sobą w stronę jednego z głazów, które otaczały smoczą jamę. Wystraszyłam się, więc zaczęłam mu się wyrywać.
- Ciii… Uspokój się. Zauważyłem, że przed wejściem do jaskini zebrali się jacyś obcy ludzie. – wyszptał, zabierając rękę z moich ust. Wyjrzałam ostrożnie przez jego ramię i rzeczywiście niedaleko od naszej kryjówki zobaczyłam wianuszek konnych rycerzy z trzepoczącymi proporcami, na których wyszyto królewski herb. Lew w koronie, który dusi łapą węża. O, nie!...
- Po co tu przyszli?
Zupełnie jakby odpowiadając na jego pytanie, wystąpił herold, odchrząknął i zaczął czytać:
- Księżniczko Franciszko! Przybywamy, aby oznajmić ci wolę miłościwie panującego nam władcy Phobos i twego ojca! Otóż, postanawia on wspaniałomyślnie wybaczyć ci wszystkie winy oraz znowu przyjąć do rodziny królewskiej! Nie odejdziemy stąd bez ciebie, księżniczko!
- Przyszli po ciebie, prawda? – spytał Orestes, jakby w tej chwili to nie było oczywiste. – Nie bój się, nie pozwolę, aby zabrali cię siłą. – dodał cicho.
Spojrzałam na niego z wdzięcznością, chociaż wiedziałam, że byłaby to raczej akcja samobójcza. Jakie tak naprawdę mieliśmy szanse przeciwko całemu oddziałowi armii? Czy naprawdę będę musiała wrócić do mojego bezdusznego ojca? A co się stanie z osamotnionym Orestesem? Wezmą go do niewoli a może od razu zabiją?!... Nie! Nie mogłam do tego dopuścić!...
A może uciekniemy? – pomyślałam. - No, dobrze, ale jak to zrobić niepostrzeżenie?
Nagle poczułam na swojej twarzy delikatny powiew wiatru, a razem z nim pojawił się w mojej głowie genialny pomysł. Był prosty, to prawda, lecz zarazem szalony.
- A co byś powiedział na to, aby stąd po prostu odlecieć? – zapytałam cicho, patrząc mu prosto w oczy.
- Odlecieć? – powtórzył, zaskoczony. – Ale… teraz?
- Tak, teraz! – potwierdziłam, zarzucając mu ręce na szyję. – Pomyśl, możemy być wolni i polecieć tam, gdzie nikt nas nie znajdzie! Na pewno zdążyłeś już stęsknić się za błękitem nieba i uczuciem wiatru pod skrzydłami!
- No, tak… - zaczął, ale ja nie pozwoliłam mu dokończyć. Nie czas teraz na wątpliwości. Stanęłam na palcach i delikatnie musnęłam jego wargi…
Gdy odskoczyliśmy od siebie, zawstydzeni, ja próbowałam uspokoić moje szybko bijące serce, a tymczasem Orestes przechodził przez kolejne etapy transformacji. Całe jego ciało pokryły zielone łuski, na palcach wyrosły szpony, zęby zamieniły się w kły, a z tyłu grzbietu pojawił się ogon!... Potem zaczął coraz bardziej rosnąć i rosnąć - aż na koniec dorównywał wzrostem swojemu ojcu. Tylko jego przepiękne oczy zachowały swój wcześniejszy kolor.
Orestes zaryczał dziko i spojrzał na mnie. Mogłabym przysiąc, że chciał mi właśnie tym zaimponować.
- Gotowa na podróż w nieznane?
- Oczywiście! – zaśmiałam się i spróbowałam wdrapać na jego grzbiet. Nie było to łatwe, ale po kilku próbach siedziałam bezpiecznie na karku. Dopiero wtedy rozłożył swoje skrzydła, zamachał nimi i wzbiliśmy się w powietrze, gonieni przez okrzyki wściekłych rycerzy, ale nic nie mogli zrobić. Byliśmy już poza ich zasięgiem. Wolni i nieziemsko szczęśliwi.
- Księżniczko?
- Hm?
- Czy dobrze usłyszałem, że tak naprawdę masz na imię Franciszka?
- Och, zamknij się, przerośnięta jaszczurko! – prychnęłam, przkładając ucho do jego łuskowatej szyi. Gdzieś tam na pewno nadal istniało źródło niesamowitego ciepła i mocno bijące serce, które tak dobrze znałam. To, co najważniejsze, pozostało niezmienione.

Koniec.

 „Jak w starym kinie”
Wczoraj spotkałam Eugeniusza Bodo. Dla wielu to być może wielkie marzenie, ale dla mnie to coś absolutnie zwyczajnego. Spotkania z przyjaciółmi to przecież nic niezwykłego. Ale trzeba przyznać, że mam fart, przecież osobiście znam jednego z kabareciarzy warszawskich scen! Podczas gdy wielu ludzi marzy o spotkaniu z Eugeniuszem Bodo, ja odliczam dni do każdego popołudnia, które mam spędzić z Bogdanem Junod.
Tak samo było dziś. Pyszna kawa i ciasto w restauracji na Starówce. Znów żartował, że prawdopodobnie ja jedyna w całej Warszawie nazywam go Bogdan. Przyzwyczajenia z dzieciństwa najwyraźniej zostają do końca życia.
Odliczam czas do kolejnej soboty…
14.02.1920, Warszawa
*
Andrzej nie jest zadowolony z mojej znajomości z Bodkiem. Nie zrezygnuję z tak długiej przyjaźni tylko dla niego. Jeżeli mnie naprawdę kocha, to zaakceptuje tę przyjaźń. Jeżeli nie, to nie powinien liczyć na dalszą znajomość, tym bardziej bliższą… Dla niego to znany tancerz, pieśniarz i kabareciarz, Eugeniusz Bodo, prosto ze sceny, bez uczuć, zimny i wyrachowany. Jak on bardzo się myli.
Za godzinę spotkanie z Bodkiem. Tam gdzie zawsze.
16.02.1922, Warszawa
*
Andrzej kilka dni temu powiedział mi, że poczeka aż zmądrzeję i odpuszczę sobie tę bzdurną znajomość z Bodo. Odpowiedziałam mu, że mowy nie ma, że może sobie czekać tak długo jak zechce, bo ja nie zamierzam z niczego rezygnować. Rozmowa zakończyła się niesamowitą kłótnią, Andrzej wyszedł z trzaśnięciem drzwi uprzednio oświadczając mi, że wyjeżdża na dwa miesiące do Poznania.
Matka uznała, że moje zachowanie jest skandaliczne, bowiem odrzucam doskonałą partię na męża. Bogaty, inteligentny, przystojny i zakochany jak się zdaje. Czy matka nie rozumie tego, że ja nie chcę ograniczeń, jakie on zapewne mi narzuci? Tego boję się najbardziej – zacznie się od rezygnowania z przyjaciół, potem pójdzie jak lawina. Koniec końców będę zamknięta i odcięta od świata, bo takie było życzenie męża. Nigdy!
Może to głupie, ale nie napiszę do niego pierwsza. Poczekam na list od niego, wtedy mu odpowiem.
Dobrze, że mam Bodka. On mnie rozumie, zawsze wysłucha, rozśmieszy.
Jeżeli się nie pospieszę, to nie zdążę na Starówkę…
25.05.1923, Warszawa
*
Cóż za radość! Odebrałam trzy dni temu list od Andrzeja. Zaprasza mnie do Poznania. Szczerze mówiąc, ulżyło mi na duszy. Może czas zakopać topór wojenny i zamiast kłótni przejść do rozmów? Bodek zaproponował wspólne spotkanie, we trójkę. Może to rozwieje wątpliwości Andrzeja?
Mamie poprawił się humor odkąd przyszedł ten list. Zaprosiła nawet Bodka z ojcem na popołudniową herbatę. Tata spogląda na mnie z aprobatą, a moja siostra Aniela już marzy, że będzie u mnie i Andrzeja spędzać letnie miesiące. A ja tylko odebrałam list, zwyczajny list, żadne oświadczyny…
Teraz spotkanie z Bodkiem na Starówce. Po powrocie trzeba spakować walizki i jutro wyjeżdżam do Poznania.
20.06.1923, Warszawa
*
Poznań jest piękny! Czas z Andrzejem spędzam aktywnie. Teatr, opera, balet, kino, zwiedzamy również okolicę. Pałace i dworki. Relacje między nami się poprawiły, mniej kłótni, więcej rozmowy. Troszczy się o mnie, pilnuje, by niczego mi nie zabrakło. Zgodził się nawet na wspólne spotkanie z Bodkiem. To jest bardzo nierzeczywiste…
Wysłałam dzisiaj list do Bogdana. Jak tylko wrócę do domu, koniecznie muszę się z nim spotkać.
30.06.1923, Poznań
*
Matka z uśmiechem na ustach organizuje przygotowania do mojego ślubu z Andrzejem. Przyjęłam jego oświadczyny. Nie wiem jeszcze, czy dobrze robię. Żeby tylko to wszystko nie okazało się zbyt późno wielkim błędem…
Tymczasem Bodek trwa na planie filmowym. Po raz pierwszy zagra w filmie, o czym już informują warszawskie afisze.
Wierzę w sukces Bogdana bardziej niż w swoje małżeństwo z Andrzejem zapatrzonym we mnie jak w obraz.
Tym razem Bodek jest na planie, ja spędzę popołudnie w domu. Dziś zabraknie nas na Starówce…
16.11.1924, Warszawa
*
Od kilku tygodni jestem żoną Andrzeja. Wesele jak z bajki, rodzina, przyjaciele, piękna suknia. Nadal mieszkam w Warszawie, jednak już w domu męża, a Aniela odlicza dni do lipca, kiedy to spędzi u nas tydzień.
Andrzej jest czuły, delikatny, matka chyba faktycznie miała rację mówiąc, że on mnie kocha. Lecz czy ja kocham jego? Jedno wielkie „nie wiem” tłucze mi się w myślach. Nie wiem, nie wiem, nie wiem…
Pierwszy film z udziałem Bogdana pt. „Rywale” odniósł niewyobrażalny sukces.
Kawa na Starówce. We troje… Niestety!
28.02.1925, Warszawa
*
Nie wiem, co czuć i co myśleć. Andrzej mnie nie krzywdzi, ale nie potrafię go kochać. Żyję u jego boku, wspólnie znosimy trudy życia, ale z mojej strony o miłości nie może być mowy. Nawet jeżeli on zdaje sobie z tego sprawę, to nie wspomina o tym. Może to i dobrze? Chyba nie potrafiłabym powiedzieć mu tego w twarz, skrzywdziłabym go…
Aniela jest zachwycona, spędza u nas często soboty i niedziele, czasem mieszka z nami tydzień lub dwa… Daje jej to tyle radości. Mnie radość dają dłuższe pobyty w rodzinnym domu lub wyjazdy poza Warszawę. Nie lubię tego domu.
Bogdan rozwija swoją karierę. Dostałam od niego list z Krakowa, ma kręcić kolejny film. Życzę mu jak najlepiej. Niech tylko wraca już do miasta, chciałabym się wreszcie z nim spotkać, bardzo tęsknię…
5.09.1925, Warszawa
*
Andrzej musiał wyjechać do Wiednia, do kuzyna. Nawet nie pamiętam, dlaczego miał się tam zjawić. Wróci za miesiąc, może dwa. Nie chcę być zupełnie sama, więc zaprosiłam Anielę i moją kuzynkę Magdalenę. Mam nadzieję, że czas upłynie mi szybciej i ciekawiej niż zwykle.
Rodzice moi i Andrzeja są niezadowoleni, ponieważ nadal nie spodziewamy się dziecka. Ja nie żałuję. Nie kocham mojego męża, nie wiem czy potrafiłabym pokochać nasze dziecko. Chociaż może ono nadałoby jakiś sens mojemu życiu?
W ostatnim czasie wypełnia je Bogdan. Co raz mniej rozmawiam z Andrzejem, częściej widuję się z Bodkiem.
Popołudniu Starówka. Tylko ja i on.
20.03.1926, Warszawa
*
W kinach można obejrzeć kolejny film z udziałem Bodka. „Czerwony błazen”. Andrzej chcąc mi nieba przychylić zabrał mnie na ten film. Wolałabym, żeby zrobił to Bogdan…
W ostatnim czasie, co raz rzadziej chodzimy we dwoje na Starówkę, on przyjeżdża do nas.
Szkoda, jesienią jest tam pięknie…
23.10.1926, Warszawa
*
Kraków wiosną wygląda pięknie. Zostaliśmy z Andrzejem zaproszeni na kilka tygodni do jego ciotki Matyldy. Jej dom jest wspaniały, lubię siedzieć sama w bibliotece w otoczeniu książek, obrazów i fotografii… Ciocia jest bardzo miłą kobietą, lecz chyba zauważyła, że między mną a Andrzejem nie układa tak dobrze jak przed ślubem. Jeszcze nie poruszyła tego tematu, może to zrobi, może nie. Chętnie porozmawiałabym z kimś o tej sytuacji, ale z kim…
Bogdan właśnie bawi w Poznaniu, przedwczoraj odebrałam od niego list. Jak dobrze, że podałam mu ten krakowski adres.
5.04.1927, Kraków
*
Bogdan jest w Krakowie! Przyjechał tu dla mnie! Wspaniale jest mieć go blisko siebie. Chciałabym już móc wrócić do Warszawy, żeby mieć z nim stały kontakt, listy to nie to samo.
Zabrał mnie do kina na film „Uśmiech losu”, gdzie gra tancerza kabaretowego. Dla mnie mógłby grać nawet maleńki epizod, niemal nie widoczny, byleby tylko był przy mnie.
Spróbuję nakłonić Andrzeja do powrotu do naszego domu w Warszawie…
10.05.1927, Kraków
*
Odkąd wróciłam do Warszawy czuję się lepiej. Dłuższe pobyty poza tym miastem nie służą mi. Czuję się wtedy niczym Ignacy Rzecki z „Lalki” Bolesława Prusa. Chociaż tak naprawdę nie wiem czy bardziej tęsknię za miastem i domem czy za Bodkiem.
Moje życie jest bardzo spokojne. Nie. Monotonne. Z Andrzejem mało rozmawiam, często nie ma go w domu, zdarza się nam w ogóle nie widywać, choć przecież mieszkamy pod jednym dachem.
Wieczorem nareszcie spotkanie z Bogdanem.
24.09.1927, Warszawa
*
Aniela wyjechała z rodzicami do Wiednia, Andrzej jest wraz ze swoim ojcem we Wrocławiu, a ja znów zostałam sama w tym wielkim, pustym, smutnym domu. Doskwiera mi samotność…
5.08.1928, Warszawa
*
Posprzeczałam się z Andrzejem. Uznałam, że lepiej będzie jak przez jakiś czas pomieszkam u wujostwa w Poznaniu.
I tak oto właśnie siedzę w jakiejś kawiarni w tym mieście i piszę te słowa. Tam mi źle, tutaj też nie najlepiej. Gdzie w końcu będzie dobrze?
Żadnego listu od Bogdana…
13.12.1928, Poznań
*
Po kilku miesiącach wróciłam do Warszawy. Tylko dlatego, że Bogdana spotkało nieszczęście. Spowodował wypadek, w którym zginął jego przyjaciel, Witek Roland. Bardzo to przeżywa, zamknął się w sobie. Jego matka poprosiła mnie o przyjazd, więc jestem… Jak dobrze być czasem potrzebną.
9.06.1929, Warszawa
*
Mam romans. Nigdy nie sądziłam, że będę pisać te słowa. Z Bogdanem. Nadal nie wierzę w to, co się dzieje.
Wiem, czuję, że to, co robię jest niewłaściwe, złe i krzywdzące, ale zakazane owoce są najsłodsze. Coś, co ciążyło mi tyle czasu na duszy, opadło, zniknęło.
To dobrze czy źle? Przeczę sama sobie.
Za trzy godziny Starówka…
5.04.1930, Warszawa
*
To nadal trwa. Liczyłam, że moje życie stanie się sielanką. Jak strasznie się pomyliłam… Sielanka to jedynie moment, ulotna chwila, a gdy zniknie wraca ból, natrętne myśli i wyrzuty sumienia.
17.12.1930, Warszawa
*
Krzywdzę Andrzeja, Bogdana i siebie. Gdyby prawda ujrzała światło dzienne zadałabym ból również innym. Męczę się, a jednak nie potrafię przestać…
3.03.1931, Warszawa
*
Zrywam z tym. Nie mogę już patrzeć na zbolałego Andrzeja, nie chcę słuchać nalegań Bogdana. Wyjeżdżam wspólnie z Andrzejem do Krakowa. Zabieram też Anielę, chociaż ona będzie miała nieco radości z okazji tego wyjazdu, bo mnie nic nie cieszy.
Nie podam Bogdanowi adresu, nie zostawię mu informacji gdzie jestem. Niech skupi się na aktorstwie…
Walka z samym sobą jest niezwykle ciężka.
15.10.1931, Warszawa
*
Mieszkamy w Krakowie od kilkunastu tygodni. Zwiedzamy, chodzimy to teatrów, kin, opery, spotykamy się z naszymi tutejszymi znajomymi. Jak gdyby nigdy nic się nie stało. Zaczęliśmy ze sobą częściej rozmawiać.
Dostaję mnóstwo listów od Bodka, zapewne wie od rodziców, że wyjechałam do Krakowa. Żadnego z nich nie otworzyłam, każdy drę na strzępy i wyrzucam. Nie chcę, nie mogę ich czytać.
26.01.1932, Kraków
*
Listy wciąż przychodzą, a ja wciąż je drę. Nie piszę do niego, a cały swój czas i energię poświęcam mojemu mężowi i siostrze, którą też bardzo zaniedbałam przez te spotkania z Bogdanem.
Chciałabym, żeby nigdy nie było tego, co się wydarzyło.
19.06.1932, Kraków
*
Listy nie przychodzą od dwóch czy trzech tygodni. Ulga. Mam tylko nadzieję, że nie przyjdzie mu do głowy zjawić się w Krakowie.
Andrzej docenia moje wysiłki. Przynajmniej tak sądzę, odnosi się do mnie życzliwie, częściej się uśmiecha w moim towarzystwie. Jak dawno za nami są czasy naszej przyjaźni, wówczas niezniszczalnej…
Planujemy wrócić do Warszawy za dwa lub trzy miesiące.
Wreszcie przez ciemne burzowe chmury przedzierają się słabe promyki słońca.
25.10.1933, Kraków
*
Warszawa, kochana Warszawa!
Tak dawno mnie tu nie było. Miasto się zmieniło, ludzie też są inni. Albo to we mnie zaszła zmiana i ja wszystko widzę inaczej.
Postanowiliśmy zmienić wnętrza w domu. Andrzej chce, bym czuła się dobrze w naszym wspólnym domu, tym bardziej, że oczekujemy dziecka…
Bogdana nie widziałam od czasu wyjazdu do Krakowa. Wiem, że dzień spotkania kiedyś nadejdzie i bardzo się tego boję.
14.05.1934, Warszawa
*
Byłam dziś z moją córeczką Alinką na spacerze w mieście. Bardzo przeżyłam ten spacer. Widziałam Bogdana.
Siedział z tą aktorką w naszej kawiarence na Starówce, przy tym samym stoliku.
Zabolało mnie to. Nawet nie pamiętam, którą drogą wróciłam do domu. Nie sądziłam, że można tak tęsknić.
3.09.1934, Warszawa
*
Ileż radości do naszego życia wniosła Alinka! Skupia na sobie całą naszą uwagę, nie mamy czasu na nic innego.
Andrzej zdaje się nie pamiętać tego, co zaczęło się cztery lata temu. Ja nadal pamiętam. I czasem tęsknię za Bogdanem, za naszymi spotkaniami…
5.02.1935, Warszawa
*
Alinka rośnie jak na drożdżach! To gadatliwa, bystra i bardzo ruchliwa dziewczynka. Bardzo lubi Bogdana, z wzajemnością zresztą. Chętnie spędzają czas w swoim towarzystwie.
Już od bardzo dawna nie widujemy się na Starówce, czasem jedynie spotykamy się u nas. Ja jestem szczęśliwą mamą, on robi karierę aktorską. Jego piosenki rozbrzmiewają w naszym domu, Alinka chętnie próbuje je śpiewać razem z wujkiem. Rzadko wspominamy, tak jest bezpieczniej. Tym bardziej, że są momenty, w których bardzo mi go brakuje i to jego wolałabym widzieć przy swoim boku.
6.08.1938, Warszawa
*
Bogdan otworzył w mieście swoja kawiarnię, w której często bywamy oraz apartament, do którego również dwa lub trzy razy nas zaprosił.
Zapytał mnie kilka dni temu czy wtedy, w Krakowie, czytałam jego listy. Powiedziałam mu prawdę. Nie mogłam, nie chciałam, bo wtedy niechybnie wróciłabym do Warszawy, a to skończyłoby się jeszcze gorzej. Nic nie odpowiedział. I znów nie wiem, co myśleć. Mam tylko nadzieję, że Alinka nigdy się o tym nie dowie. Znienawidziłaby mnie…
W Europie dzieje się, co raz gorzej. Niektórzy twierdzą, że będzie wojna. Nie wierzę w to. Znowu?
25.04.1939, Warszawa
*
Ci, którzy wróżyli wojnę mieli rację. Andrzej zmobilizowany, Bogdan wyjechał do Lwowa uciekając przed wojną. Boję się pisać, boję się o Andrzeja, o Alinkę, o rodziców. Przede wszystkim o Bogdana.
25.09.1939, Warszawa
*
Nawet nie wiem gdzie jestem. Gdzieś pod Warszawą. Życie jakoś się toczy. Andrzej przeszedł do konspiracji. Bogdan jeszcze przez jakiś czas pisał potem przestał… Od Magdaleny dowiedziałam się, że trafił do moskiewskiego więzienia. Boję się o wszystkich bardziej niż o siebie…
14.07.1942, pod Warszawą
*
Bogdan nie żyje. Zmarł z wycieńczenia w radzieckim łagrze. Jak ja go kochałam… Przez cały ten czas. Kocham go, tak bardzo go kocham.
Teraz niemieckie łapanki są mi obojętne. Mogą mnie zabrać gdzie chcą, nikt i nic już się nie liczy…
15.10.1943, pod Warszawą
*
Hitlerowcy znów tu są. Może mnie wreszcie zabiorą…
26.11.1943, pod Warszawą
*

Kiedy zatrzasnęłam przedwojenny dziennik, uniosły się tumany kurzu. Od kilku godzin siedzę na strychu domu, który właśnie kupiłam i czytam ten notes. Zwykła - niezwykła historia, o której nikt nie wie. Jest niepełna, często brakuje stron, niektóre wpisy są rozmazane przez łzy, inne wyblakły. Długie, na kilka stron i krótkie, jednozdaniowe. A co działo się między 1935 a 1938 rokiem? Ja tego nie wiem, ale moja wyobraźnia to wie, ona już rozbudowała tę niedopowiedzianą historię nieznanej kobiety. Zatem siadam do laptopa i zaczynam pisać: „Wczoraj spotkałam Eugeniusza Bodo…”
Letnie życie

Wczoraj spotkałam mężczyznę. Powiecie – i co z tego? Codziennie spotykamy kogoś nowego, mnóstwo ludzi przewija się przez nasze życie, większości z nich nie poświęcamy nawet jednej myśli. Pojawiają się i znikają, a my o nich zapominamy. Jednak niektóre z tych osób niepostrzeżenie wchodzą do naszego życia i w nim zostają.
Poszłam wczoraj do pubu, jeśli mam być szczera, to nawet nie wiem, co mnie do tego podkusiło. Plan był taki, że miałam usiąść z książką na kanapie, wypić lampkę wina i uciec w inną rzeczywistość. Odkurzyłam stary egzemplarz "Przeminęło z wiatrem" i już miałam zabrać się do lektury, kiedy coś mnie tknęło i zapragnęłam wyjść do ludzi. Jednak nie szukałam towarzystwa, miałam chęć wypić piwo w samotności otoczona gwarem innych osób, obcych osób, bez konieczności prowadzenia konwersacji i uśmiechania się do wszystkich. Poszłam więc sama do Fortuny – małej knajpki, jednej z niewielu w miasteczku i chyba jedynej, w której czuję się faktycznie dobrze. Odpowiada mi jej klimat, urok piwnicy z czerwonej cegły, z drewnianym barem i przytłumionym oświetleniem.
Była sobota, więc łatwo się domyśleć, że wieczorem w pubie był tłum, głownie młodzieży. Zamówiłam piwo i stanęłam przy barze, bo oczywiście nie było gdzie usiąść. Rozglądałam się po roześmianych i podchmielonych twarzach. Lubię ten hałas, śmiechy, krzyki, uświadamiają mi one, że są na świecie ludzie, którzy potrafią łapać szczęście, przyciągać je do siebie, cieszyć się drobnymi rzeczami, nie zamartwiać się na zapas. Niestety ja ciągle się gubię i dokonuję złych wyborów.
Mam 30 lat i czuję, że coś mi w życiu umknęło, wydaje mi się, że gdzieś po drodze zabłądziłam. Moi rodzice nie byli i nie są zbyt zgodną parą, ciągłe nieporozumienia między nimi odbijały się też na mnie. Od zawsze sobie powtarzałam, że moje życie będzie inne. Poznam cudownego mężczyznę, który będzie nosić mnie na rękach, będzie mnie kochał, będzie chciał ze mną rozmawiać. Natomiast ja będę dobrą i wyrozumiałą żoną, nie będę się wściekać z byle powodów, jak to my kobiety potrafimy. Miałam nadzieję, że rozmowa będzie rozwiązywała wszystkie nasze problemy.
Taki był plan, ale niewiele z niego wyszło. Jedno małżeństwo, jeden rozwód, kilka innych związków, które kończyły się prędzej lub później. Sama już nie wiem, czego chcę od życia, czego chciałabym od mojego partnera. Za to przybywa rzeczy, których nie chcę lub się boję. Nie znoszę nadmiaru alkoholu, mam wrażenie, że większość mężczyzn go nadużywa, a na dodatek pod jego wpływem stają się oni zupełnie innymi ludźmi. Zdarzają się owszem faceci, którzy wtedy są zabawni, dowcipni, chętni do zabawy, ale czy faktycznie trzeba się narąbać, żeby mieć dobry humor? Nie potrafię zrozumieć osób, które uwielbiają się upijać, odnajdują w tym jakąś dziwną przyjemność. Nie, nie jestem abstynentką, lubię alkohol. Lampka wina jeszcze nikomu nie zaszkodziła, ale trzeba mieć umiar, a nie pić i pić, ile się tylko da, ile się zmieści... Wiem, że są mężczyźni, którzy potrafią się obchodzić z alkoholem, ale niestety ja jakoś na taki egzemplarz nie mogę trafić, za to entuzjastów imprez alkoholowych miałam wątpliwą przyjemność poznać aż w nadmiarze.
Czego się jeszcze obawiam? Różnic. Na początku pociąga nas w drugiej osobie inność, to czego nie znamy na co dzień, czego nie znamy z domu rodzinnego. Dlatego też mi, domatorce, podobają się ludzie aktywni, pełni pasji, pomysłów, żyjący w ciągłym biegu. No tak podobają mi się, czasami nawet z wzajemnością, ale po kilku wypadach rowerowych, ciągłych imprezach, wyjazdach, wycieczkach, o niczym tak nie marzę, jak o mojej wysłużonej kanapie i przyjemnej lekturze. A tu nie, trzeba iść na piknik, na basen, ognisko... Nie daję rady, te aktywności zaczynają wychodzić mi bokiem. Ale mój pan aktywny nie odpuści, on musi, on chce, on taki jest i przecież o tym wiedziałam, gdy zaczynaliśmy się spotykać. I co mam na to powiedzieć? Oczywiście, że wiedziałam, na początku nawet sprawiały mi te wszystkie zabawy frajdę, ale ile można? Kompromisu jednak nie będzie, bo on nie lubi spędzać czasu na kanapie. Latam więc za nim z moją książką, w nadziei, ze może uda mi się znaleźć chwilkę na lekturę przy łowieniu ryb... W końcu nie wytrzymuję i uciekam, zamykam się w swoim mieszkanku, sięgam po książkę i nareszcie odpoczywam, ale już bez pana aktywnego. Nie ma dla mnie miejsca w jego życiu, nie ma też dla niego w moim.
Nie chcę, żeby źle mnie traktował, żeby się złościł z byle powodu. Nie chcę, żeby przeszkadzało mu moje czytanie książek. Ileż to ja razy słyszałam "Tylko czytasz i czytasz, zabierz się za pracę, chodźmy gdzieś..." Tak jakbym nic nie robiła? Osiem godzin w pracy, potem trzeba zrobić obiad, do tego te wszystkie znienawidzone przeze mnie prace domowe... Nie znoszę sprzątania i prasowania! Może dlatego nie potrafię zbudować trwałego związku.
- Przepraszam – przerywa mi ktoś moje rozmyślania. Odwracam się i patrzę z zainteresowaniem, bo właściciel tego głosu jest niczego sobie – Moi znajomi już poszli, więc zwolniło się miejsce przy stoliku. Może się przysiądziesz? Obserwowałem Cię jak stoisz przy barze, miałaś bardzo zadumaną minę, więc stawiam piwo za Twoje myśli.
Rozbawiona poszłam za nim do stolika i odpowiedziałam:
W wielkim skrócie to rozmyślam o życiu, o własnych wyborach, o mężczyznach, o mnie...
- No dobrze, idę po piwo, ale mam nadzieję, że uda mi się jeszcze coś z Ciebie wyciągnąć.
Poszedł. Teraz ja mogłam się mu przyjrzeć: wysoki, przystojny, ciemne krótkie włosy, ładna buzia, taka trochę chłopięca. Ubrany był w dżinsy i jasną koszulę, z gustem, ale bez przesadnego strojenia. Jak dla mnie ideał. Ale jak to mówiła moja babcia "ładna miska jeść nie da", więc przystojniak cieszył moje oko, ale nie liczyłam na to, że jego wnętrze może mnie też ująć.
Najgorsze jest to, że w pewnym momencie odechciało mi się próbować, wchodzić w kolejne związki, bo w końcu ile razy można dawać z siebie wszystko, pokładać w kolejnym mężczyźnie nadzieje, a potem znowu się rozczarowywać? Czasami wydaje mi się, że może problem tkwi we mnie, może to ja za dużo wymagam, nie potrafię się dostosować, może jestem zbyt uparta. Nie wiem, ale wolę być sama, niż całe życie się męczyć. Tyle razy byłam przekonana, że w końcu trafiłam na tego jedynego, że już przestałam wierzyć, że taki w ogóle istnieje.
- Twoje piwo, proszę – nieznajomy postawił kufel przede mną – chyba Ci się nie przedstawiłem? Mam na imię Piotr. A Ty?
- Magda, miło mi
Piotr zaczął opowiadać o swojej pracy, przeszłości, własnych fascynacjach, a ja milczałam i wpatrywałam się w jego zielone oczy. Nie wiem dlaczego, w sumie nigdy wcześniej nie zwracałam większej uwagi na oczy, rzadko potrafiłam stwierdzić jaki ktoś ma kolor oczu, a tym razem utonęłam w tych zielonych oczach...
- Ja gadam i gadam, nawet nie dopuszczam Cię do głosu – zreflektował się mężczyzna - a to przecież ja miałem z Ciebie wyciągać informacje, dowiedzieć się o czym tak rozmyślasz.
- To nie Twoja wina, ja mam dzisiaj po prostu dziwny, refleksyjny nastrój i w takie dni kiepski ze mnie rozmówca, ale dobrze mi się Ciebie słucha. Planowałam dzisiaj spędzić wieczór z książką, ale jakoś wywiało mnie z domu.
- A co czytasz?
- Czytam wszystko co mi wpadnie w ręce: kryminały, thrillery, obyczajowe... Jednak lubię, gdy książka ma ciekawych bohaterów, mogą być pokręceni, doświadczeni przez życie, z niejasną przeszłością, jakąś chorobą. Interesują mnie ludzie i ich wybory. Lubie gdy książka mnie wzruszy albo rozbawi. Ale dzisiaj miałam w planach mały powrót, sięgnęłam po „Przeminęło z wiatrem”. Czytałam je tak dawno temu, że niewiele z niego pamiętam. Jednak zamiast tego jestem tutaj...
- I bardzo dobrze. „Przeminęło z wiatrem” to taka bardziej babska lektura. Ja raczej sięgam po fantastykę... - i Piotr zaczął opowiadać o swoich literackich fascynacjach.

Siedzieliśmy i rozmawialiśmy. W pewnej chwili barman zaczął wysyłać do nas znaczące spojrzenia i wtedy dopiero zauważyliśmy, że w międzyczasie Fortuna opustoszała, więc i my musieliśmy zacząć się zbierać. Piotr chciał mnie odprowadzić do domu, ale nie zgodziłam się, potrzebowałam samotnego spaceru, ciszy i spokoju. Może też nie chciałam dawać mu i sobie nadziei na coś więcej. Na odchodne Piotr wcisnął mi do ręki karteczkę ze swoim numerem telefonu i prosił żebym zadzwoniła, wysłała SMS, cokolwiek, żebym się po prostu odezwała. Schowałam karteczkę do kieszeni spodni, pomachaliśmy sobie na pożegnanie i każde z nas ruszyło w swoją stronę.
Pogoda była idealna na spacer, była ciepła i spokojna letnia noc. Do domu miałam spory kawałek, jakieś półtora kilometra. Ruch był niewielki, od czasu do czasu jechał jakiś samochód, pieszych praktycznie nie było widać. Mijałam kolejne budynki i nie mogłam przestać myśleć o dzisiejszym wieczorze.
Nie da się ukryć, że był to bardzo miły wieczór, ale pierwsze spotkanie zwykle jest miłe, jesteśmy zafascynowani drugą osobą, tym bardziej że ta chce nam się zaprezentować w jak najlepszym świetle. Nie brakuje miłych słów, ukradkowych spojrzeń, przypadkowych muśnięć, tajemniczych uśmiechów. Uwielbiam takie chwile, ale nijak się one mają do rzeczywistości, do tego co nas czeka później. Najśmieszniejsze jest to, że zazwyczaj zamiast się cieszyć tym magicznym początkiem, my chcemy czegoś więcej, przyspieszamy tempo, chcemy przejść na kolejny etap tego związku, a przecież nie ma piękniejszego okresu niż ten. To te pierwsze spotkania wspominamy z rozrzewnieniem po latach, śmiejemy się z naszego skrępowania, tego co nam chodziło wtedy po głowie. Jest to cudowny okres, który na własne życzenie skracamy, lądujemy w łóżku, dążymy do wspólnego mieszkania, małżeństwa, dzieci... Zamiast cudownych randek, całej tej magii, mamy pranie skarpetek, gotowanie obiadów i czar pryska, nikt nas już nie adoruje, nie nosi na rękach...
Karteczka paliła mnie w kieszeni, ale już jak ją tam wkładałam, wiedziałam, że nie zadzwonię. Bo po co? Lepiej zapamiętać ten miły wieczór, niż zepsuć to wspomnienie tarciami, nieporozumieniami, niedomówieniami. Obiecałam sobie, że się więcej nie będę pakować w takie historie... Ale z drugiej strony nie mogę powiedzieć, że Piotr mi się nie podoba. Nawet serce na myśl o nim zaczyna mi bić raźniej. Z tego co mówił, wywnioskowałam, że też jest raczej domatorem. Lubi obejrzeć dobry film, poleżeć na kanapie, wypić piwko, zjeść coś dobrego... Podobnie jak ja, ale z pewnością musi z nim być coś nie tak. Poza tym jakim cudem taki przystojniak jest sam? Niemożliwe. Albo ma jakąś ogromną skazę, albo żonę i dzieci, tylko nie raczył założyć obrączki...
Dotarłam do domu. Szybko się umyłam i wylądowałam w moim dużym, pustym łóżku. Kłębiły mi się w głowie różne myśli, więc miałam obawy, że nie uda mi się zasnąć, padłam jednak natychmiast. Spałam dosyć niespokojnie, a nad ranem obudziłam się wyrwana z dziwnego snu... Przyśniła mi się Scarlett O'Hara, nawet nie wiem skąd wiedziałam, że to ona, ale jestem przekonana, że była to piękna i pewna siebie Scalett. Potrząsnęła mną i powiedziała, żebym się w końcu przestała nad sobą użalać, wzięła się w garść i zaczęła żyć. Rozbrzmiewały mi w uszach jej ostatnie słowa "Trafia Ci się taki mężczyzna, a Ty uciekasz? Wstydź się!!! Walcz o swoje szczęście. Myślisz, że ja bym się tak łatwo poddała?". No cóż, uporu z pewnością Scarlett odmówić nie można. Ale z drugiej strony co ona może wiedzieć, w końcu sama straciła przez głupotę miłość swojego życia... Czy dlatego chce mnie uchronić przed równie idiotyczną decyzją?
Miewałam już w życiu przeróżne sny, dziwactwa w sumie były na porządku dziennym albo raczej nocnym. Moja wyobraźnia lubiła mi płatać figle. Jednak tym razem wzięłam sen bardzo na poważnie. Może podświadomie chciałam, żeby ktoś mną wstrząsnął, nakopał mi do tyłka i kazał się ogarnąć. W głębi serca chciałam wierzyć, że z Piotrem może być inaczej, że może to on jest mi pisany. Moje życie było ok, ale brakowało mi w nim miłości, pasji, odrobiny szaleństwa. Nie chciałam się sparzyć, więc wybrałam życie letnie, szare i nijakie... Emocje znajdowałam jedynie w książkach, żyłam życiem ich bohaterów, martwiłam się ich problemami, cieszyłam ich radościami, a swoje życie złożyłam w kostkę i ułożyłam bezpiecznie na półce...
- A co mi tam – pomyślałam i wstałam z łóżka w poszukiwaniu telefonu i kartki z numerem Piotra.
Telefon leżał na stole, a kartka oczywiście nadal tkwiła w kieszeni spodni. Zabrałam jedno i drugie i wróciłam do łóżka. W obawie, że z czasem najdą mnie wątpliwości, od razu zaczęłam pisać SMS: „Dziękuję za miły wieczór. Magda” i wysłałam. Wcale się nie zastanowiłam, że jest godzina piąta rano i nie jest to najlepsza pora na wysyłanie wiadomości. Za to zdziwiłam się bardzo, kiedy prawie natychmiast otrzymałam odpowiedź: „To ja dziękuję i zapraszam na lody na szesnastą do Fortuny. Jesteśmy umówieni?” Zrobiło mi się gorąco, ręce mi zadrżały, ale napisałam „Tak...”

Moja droga

Wczoraj spotkałam kobietę podobną do mojej pierwszej nauczycielki. Przechodziła szybkim krokiem przez ulicę. Wróciły wspomnienia z dzieciństwa. Przypomniały mi  się jej buty na obcasach, eleganckie czarne szpilki, którymi stukała w drewnianą podłogę klasy. Ubierała się w czarne ubrania i miała opaskę we włosach. Może i pachniała jakimiś perfumami, ale jej zapachy ginęły wśród innych, Nie zachowały się w pamięci. Klasa pachniała farbą olejną i gorzkim zapachem pelargonii, które cisnęły się do okna. Pani Guścik pochylała się nad ławkami, jedną ręką trzymała narzucony na plecy czarny sweterek, drugą przewracała kartki w uczniowskich zeszytach.  Błyskawicznie wyszukiwała błędy, koślawe litery i kleksy. W klasie pełnej dzieci słychać było tylko stukanie jej butów i lekkie pukanie palców w papierowe kartki. Zawsze mrużyła oczy. Podobno już nie żyje, miała jakiś wypadek, nie wiem dokładnie.
 
Teraz, jadąc samochodem, miałam czas wrócić do tamtej chwili. Zazwyczaj, w czasie jazdy słucham muzyki, dziś jednak radio trzeszczało i fala uciekała. Wyłączyłam je. Znów moje myśli zaczęły krążyć wokół jakiś tam wspomnień.
   Zdziwiła mnie ta fala wspomnień, tak często dziś coś wspominam czyżbym już wchodziła w jakiś czas podsumowań? W ostatni okres życia?
   Lubię jechać tą drogą. Jest taka piękna, wije się pomiędzy drzewami łagodnymi łukami. Tam gdzie las jest gęsty, drzewa tworzy się zielony tunel, potem jest niewielkie wzniesienie i nagle otwiera się równina pól malowanych. Pierwszy raz jechałam tą droga, gdy, po śmierci rodziców, przeniosłam się w tę okolicę. Samochód płynął dziś szemrząc monotonnie. Było cicho i spokojnie. Wokół unosiły się zapachy lasu.
 
  Ludzie tęsknią za tym, co przemija. Najbardziej widać przemijanie w maju, bo można tęsknić za wczesnym majem, za tym oszałamiającym zapachem bzu i za błyszczącą zielenią świeżych liści. To jest ten czas, na który czeka się cały rok. W tym roku, jak zwykle, maj minął tak szybko. Dziś już był początek czerwca a wiec trzeba zacząć od nowa tęsknotę za majem.
  Tęsknota jest częścią kobiety. Tak pomyślałam mijając leśny staw błyszczący pomiędzy drzewami
Przypomniała mi się scena zrywania nenufarów z „Nocy i dni” Każdej z nas jest to przeznaczony czas szalonych czynów i czas zrywania kwiatów. Czas nenufarów.    Mój czas już odbył się, dopełnił i przeminął. Pamiętam. Uśmiechnęłam się. Jakie to było urocze, fascynujące, rozkoszne a jednocześnie głupie i szalone.   To była plaża, i ognisko, i chłopak z gitarą. Gdzieś w tle jakieś kormorany i muzyka. Tak, to były moje nenufary.  To był mój czas.
Wydawało mi się przez chwilę, że coś dzwoni w przednim kole. Usłyszałam, gdzieś niedaleko głos kukułki. Kuku…kuku….

  Wojna czasem przechodzi obok. Taka jakaś dziwna myśl przyszła mi do głowy.
Nagle tuż za zakrętem, na poboczu drogi mignęła mi postać niezwyczajnie ubrana, jak z muzeum. Drobny mężczyzna ubrany w zniszczony granatowy mundur, jasne spodnie. Dłoń trzymał na szabli wiszącej u boku. To żołnierz Napoleona?  Czy mogłabym tu spotkać jakiegoś Francuza, który tu poległ w tamtej wojnie? Tu przecież, dawno temu była bitwa, wielka bitwa nad rzeką. Musze o tym opowiedzieć koleżankom z pracy. Wrzuciłam na luz. Pewnie jakiś film kręcą. Taki biedny samotny żołnierz, szedł powoli,  taki słaby i opuszczony, bez czapki. Wydawało mi się, że we wstecznemu lusterku widzę jak usiadł pod przydrożnym drzewem. Opowiem o tym, gdy przyjadę do domu.
 
Minęłam łąki poprzecinane drewnianymi ogrodzeniami i znów wjechałam w las. Wydawało mi się, że samochodzie błysnęła czerwona kontrolka.  Czyżby jakaś awaria?  Musiałam założyć okulary, bo słońce przebłyskiwało przez liście jaskrawymi blaskami. Tuz za zakrętem, na niewielkim, płaskim wzniesieniu rosły krzewy jagód. Jagodniki przyciągały ludzi. Na poboczu stała dziewczynka w jasnej sukience z glinianym dzbankiem w dłoni. Pomachała mi i z daleka widać było, ze palce ma granatowe od jagód. Uśmiechnęłam się do niej. Spod jasnej chustki zawiązanej do tyłu wystawała złota grzywka i niebieskie oczy. Kiedyś znałam taką dziewczynę, nazywała się Justyna. Tamta ruda Justyna zatruła się jakimiś jagodami czy grzybami. Skąd tu i teraz taka myśl.


  Dobrze, że mam tak cicho w samochodzie mogę spokojnie pomyśleć. Lubię taką długą, spokojną  jazdę. Zachodzące słońce zabarwiło całą równinę na taki ciepły kolor. Wieża kościoła we wsi, w dolinie błyszczała polerowanym srebrem. Pola pokryte były soczystą zielenię młodych zbóż.
 Wróciłam pamięcią do mojej wsi, tej z dzieciństwa. Nie lubię tam teraz wracać, bo smutna to okolica i opuszczona. Nie tak było kiedyś. Krzyki dzieci, odgłosy zwierząt, hałasy prac gospodarskich kipiały w powietrzu.  Teraz domy stoją puste, opuszczone, tylko gdzieniegdzie, z okna, zagląda jakaś staruszka.  W blasku zachodzącego słońca przypomniałam sobie tamtych ludzi. Moje wspomnienia miały taka moc, że wydawało mi się, że widzę ich wszystkich idących gdzieś tam przez polne miedze, siedzącymi na skraju ścieżki.
   Pamiętam starą Janiewską. Zawsze była stara i mądra. Siadała z dziećmi i rozumiała naszą mowę. Ubrana w siwy fartuch z dużymi kieszeniami, chustka na głowie miała nieokreślony wypłowiały kolor a spod niej wypełzały długie siwe włosy.   Dorośli się jej chyba bali, omijali z daleka, bo, gdy się jej coś nie podobało, gdy coś było nie tak, zaraz to głośno mówiła:
     -Tfu, tfu –wołała na widok jaskrawoczerwony, za krótkiej spódnicy, w której jakaś modna dziewczyna szła do kościoła.
    -Tfu, tfu-fukała na pannę z brzuchem, na pijanego chłopa zataczającego się od rowu do rowu. Taka była-jak dziecko. Wydawało mi się, że gdzieś tam na polu mignęła mi wypłowiała postać starej Janiewskiej.
   
Co za podróż. Jaka piękna ta dzisiejsza droga? Taka niezwykła. Musze to opowiedzieć, wszystko, to, co widziałam. Gdy tylko przyjadę do domu opowiem o niezwykłych zdarzeniach, które mnie dziś tu spotkały. Co za droga? Tyle niezwykłych osób widziałam, każda z nich to wspomnienia. Czy to się da opowiedzieć?
  Za zakrętem, za przydrożną kapliczką, zgromadziła się grupa osób. Wszyscy patrzyli w moim kierunku, machali radośnie rękami, coś wołali. Nie słyszałam nic, bo wokół zaczęły unosić się błyszczące diamenty, okruchy szkła, różnokształtne kawałki gwiezdnego pyłu. To było piękne, bo słońce odbijało się w każdym z nich i tworzyła się wielobarwna tęcza. Uśmiechnęłam się. Cudowne błyski i kolory. Nikt mi nie uwierzy.
  Wtedy przestało być cicho. Usłyszałam głosy ludzi. Wokół mnie było pełno ludzi. Wszyscy mnie znali, wyciągali ręce i cieszyli się, że jestem. Wołali mnie po imieniu… stara Kaniewska… ruda Justyna… moi rodzice ….

Zapisane w pamięci pokoleń
Wczoraj spotkałam gejszę. Ale nie jakąkolwiek gejsze, spotkałam moją gejszę. Mówiąc moją, mam na myśli cząstkę mnie samej, mnie sprzed wielu, wielu lat. Jeszcze teraz, kiedy już ochłonęłam po tym spotkaniu i rozbieram na logiczne kawałeczki całą naszą rozmowę, czuję przy sobie zapach jej perfum, słyszę szelest jej kimona. A kimono było przepiękne. Delikatne niebiesko tło i a na nim kolorowe egzotyczne ptaki. Wszędzie po dwa. A każda para umieszczona w delikatnym różowym serduszku. Już samo to kimono opowiadało o celu jej życia. Wyszła zza skałek, rozciągających się po mojej prawej stronie, idąc małymi, drobnymi kroczkami.
Siedziałam akurat wpatrzona w swoje obolałe nogi zanurzone w morskiej wodzie, gdy nagle poczułam na sobie czyjś wzrok. Kilka długich chwil zajęło mi rozpoznanie jej. Usiadła delikatnie na kamieniu obok, przyglądając mi się z uśmiechem.
- Nie poznałaś mnie, prawda?
- No, nie. Ale musze przyznać, że skądś Cię znam – odpowiedziałam, szukając w myślach osoby, którą mi przypomina. Było w niej coś bardzo, bardzo znajomego. Tak bardzo, iż pomyślałam, że jest to któraś moja znajoma, mocno upudrowana i wystrojona w te egzotyczne szaty. Pomimo iż mój mózg pracował na wysokich obrotach, nie byłam jednak w stanie przywołać obrazu żadnej konkretnej osoby.
- Źle szukasz, to nie ten czas – powiedziała uśmiechając się znowu. Chodź ze mną – mówiąc to wzięła mnie za rękę. Moje ciało ogarnęło uczucie lekkości. Tak mocne, iż pomyślałam, że zrzuciłam całą nadwagę, z którą walczę bez skutku od paru lat. Nasze ciała, po dość długim „locie” w przestworzach gdzie królowała ciepła jasność, powoli opadły na dużym podwórku.
- Zostaniemy tu tylko chwilkę – powiedziała zalęknionym głosem gejsza. Tylko tyle ile potrzeba byś sobie przypomniała – jej ton głosu miał w sobie coś przepraszającego. Nie miałam jednak czasu się nad tym zastanowić, gdyż nasze uszy przebił świdrujący krzyk małego dziecka. Gejsza złapała mnie mocniej za rękę i pociągła w stronę szmaty zasłaniającej wejście do jednej ze stojących chat. Na podłodze, przywiązana do czegoś, co wyglądało jak pień drzewa wyrastający z ziemi, siedziała mała rozczochrana dziewczynka. Nie wyglądała na więcej niż na 3 lata. Jej rączki najpierw starały się pochwycić nóżki, czy też raczej ręce starszej kobiety, ale potem już tylko zaciskały się kurczowo na czymś, co z pewnością było jej zabawką, maskotką, pomimo iż mnie niczego takiego nie przypominało. Moje oczy powędrowały w stronę pochylającej się nad nią kobiety. To, co zobaczyłam zmroziło każdą moją cząsteczkę ciała. Kobieta brała w rękę po kolei każdy palec nogi małej i łamiąc go zawijała pod stopę. W tak makabryczny sposób, na moich oczach zagięła 4 palce lewej nogi. Spojrzałam na prawą, kuląc się w oczekiwaniu na kolejny ból, ale prawa była już szczelnie owinięta kawałkiem szmaty. Zwróciłam uwagę na ciszę, która nagle zaczęła dzwonić w uszach i zobaczyłam, że dziewczynka jest nieprzytomna.
- Obudzi się, to tylko chwilowe – uspokoiła mnie gejsza, biorąc znowu moją rękę w swoją. Nie byłam w stanie nić mówić, o nic pytać. Po moich kończynach rozchodził się niesamowity ból. Ból, który unosił się w powietrzu, ale jednak świdrował moje kości, do tego stopnia, że co i rusz spoglądałam na moje stopy sprawdzając, czy aby nie są zabandażowane. Wędrowałyśmy dalej i dalej, obserwując z wysoka całe połacie zalesionej ziemi. Były miejsca, gdzie gejsza obniżała nasz „lot” i pozwalała mi się przyjrzeć dokładniej okolicy. Z radością wpatrywałam się w ogromną polanę, na której pasły się dzikie konie. Radosne, ciepłe uczucia wywołała we mnie również mała dolina, tuż przy rzece, gdzie kobiety zanurzały swoje ubrania. Powoli jednak opuściłyśmy ten ogromny zielony teren i zaczęłyśmy szybować nad wielką taflą morza. Z uśmiechem obserwowałam pluskające się w wodzie i cudownie kolorowe ryby, wyskakujące wysoko w powietrze. Niestety ta radość nie trwała długo. Poczułam ból w płucach i ogromny lęk. Zaczęło mi brakować powietrza. Dusiłam się, wpatrując się dalej w morze.
- To tylko wspomnienia, tylko pamięć – usłyszałam uspokajający głos gejszy, co pozwoliło mi wrócić do rzeczywistości, aczkolwiek nie całkowicie. Wprawdzie wiedziałam już, że nic mi nie grozi, ale jednak ból z klatki piersiowej nie znikał, paraliżując dużą część mojego ciała, pomimo iż zmierzałyśmy już do brzegu. Kierowana cały czas przez nią usiadłam w przybrzeżnych falach. Dopiero wtedy przyszło ukojenie. Mogłam znowu oddychać normalnie, a fale spokojnie schładzały moje obolałe stopy. Znów zaczęłam się im dokładnie przyglądać, nie mogąc zrozumieć, skąd ten ból. Nie było na nich ran, czy złamań. Gejsza jakby słysząc moje myśli przejechała delikatnie ręką po mojej, stopie zwracając mi uwagę na jej kształt. Patrzyłam z niedowierzaniem jeszcze raz i jeszcze raz.
- Teraz rozumiem skąd u mnie tak małe stópki z tak wysokim podbiciem – uśmiechałam się pod nosem przypominając sobie moje ogromne problemy z zakupieniem ładnych i wygodnych butów damskich na dziecięcy rozmiar stopy.
- Co dalej? Pokaż mi proszę ciąg dalszy – poprosiłam nie wymawiając słów.
Skinęła delikatnie głową i z ciepłym uśmiechem na twarzy skierowała swe kroki w stronę rysującej się w tle wioski.  Na drodze pojawił się jakiś bardzo prowizoryczny powóz konny. Wsiadłyśmy do niego, jak tylko zatrzymał się przed nami. Wydawało mi się, że powóz podąża z powrotem w stronę morza, ale musiałam pomylić kierunki, gdyż nie było ani go widać, ani słychać szumu fal. Wiejskie na początku krajobrazy zastąpił po dłuższy czasie zgiełk czegoś, co przypominało dużą gminę. Kierowca, czy raczej woźnica wysadził nas przed kolorowym domkiem odznaczającym się mocno od reszty papierowych zdawać by się mogło budynków. Jego drzwi rozsunęły się bezszelestnie i pojawiła się w nich postać starej kobiety, pochylającej z szacunkiem głowę. Domek miał jakby piętro, do którego prowadziły schody. Chciałam zapytać o coś gejszę, ale nigdzie nie było jej widać. Zniknęła bezszelestnie tak jak się pojawiła. Zostałam sama. Miałam wrażenie, że cały ten domek tańczy, rusza się, wiruje. Czułam się jak na statku podczas sztormu.
- To tylko złudzenie – usłyszałam gdzieś w mojej głowie – jesteś w domu, rozejrzyj się. Mamy mało czasu.
Stałam niezdecydowana na środku pomieszczenia nie wiedząc, w którą stronę iść. Z prawej strony usłyszałam lekki szmer. Podeszłam tam rozsuwając delikatną, przepięknie zdobioną zasłonę.
- Usiądź, już czas, musimy cię przygotować – powiedziała ubrana w czerwone kimono gejsza. Jej płynne ruchy wskazywały na duże doświadczenie, ale nie sposób było, pod grubą warstwą pudru, określić jej wieku.
- Kąpiel już przygotowana – usłyszałam znowu delikatny głos, który cały czas lekko mnie ponaglał. Zrzuciwszy ubranie zanurzyłam się w pachnącej wodzie, pozwalając na masowanie moich ramion. Podobało mi się to, nawet bardzo, ale nie pozwolono mi pławić się długo w tym cebrzyku. Mała dziewczynka przyniosła mi kolorowe szaty, a starsza zaczęła je powoli na mnie nakładać. Zrobiła mi się gorąco. Były dość sztywne, a samo wiązanie pasa było trochę nieprzyjemne. Miałam wrażenie, że na moich plecach, na wysokości pasa wyrósł mi garb. Z przerażeniem patrzyłam na kolejną pomagającą dziewczynkę, która na czymś, co przypominało poduszkę niosła coś, co chyba było butami. Moimi butami.
- O matko jedyna – wyrwało mi się, ale chyba żadna z nich tego nie usłyszała. Te buty były kolorowe, ale niesamowicie pokraczne i maleńkie. Spojrzałam ze strachem na moje stopy obawiając się katuszy przy ich zakładaniu, ale nic takiego nie nastąpiło. Moje stopy były dokładnie tak pokraczne jak te buty, więc szybko odnalazł swój swego. Po nogach przyszła kolej na moją głowę. Kobieta złapała mój jasny warkocz i upchnęła go pod stogiem czarnych włosów. I zaczęło się staranne malowanie twarzy.
- Ależ miałaś spotkanie – mówi moja przyjaciółka, wpatrując się we mnie z mieszanymi uczuciami. To takie … - zatrzymuje się nie mogąc znaleźć odpowiednich słów.
- Zbyt fantazyjne. Tak, masz rację, sama nie mogę się z tego otrząsnąć, pomimo iż od wczoraj myślę o tym non stop – odpowiadam kierując swój wzrok mimo woli w stronę nóg.
- Tak patrząc na to wydarzenie w bardzo praktyczny sposób, to ty rzeczywiście masz stopy podobne do tych chińskich kobiet sprzed lat – kontynuuje przyglądając mi się dokładnie.
- I nie tylko stopy. Hm, tak prawdę mówiąc to twój wzrost też jest na wysokości ich wzrostu – mówiąc to uśmiecha się szeroko.
- Tak, i zobacz na moje oczy, małe oczy z opadającymi powiekami – dopowiadam coś, na co zwróciłam uwagę wczoraj, tuż po tej dziwnej wizycie.
- No dobrze, nie mogę wykluczyć całkowicie faktu, że rzeczywiście żyłaś wśród Chinek w czasach ich barbarzyńskiego zwyczaju. Ale, ta gejsza? Przecież im nie łamano nóg.
- Tak, masz rację. Ale te dwa fakty nałożyły się na siebie chyba po to, aby mi pokazać, iż były to dwa następujące po sobie wcielenia.
- No dobrze, ale co właściwie zostało ci z tej gejszy. Pamiętasz coś? – Zapytała wpatrując się we mnie z niedowierzaniem.
- Nie, absolutnie nic. Im nie wolno było się zakochać, miały dbać o mężczyzn, którzy je wybrali, być ozdobą swego pana i jego domu. Wychowywano je na inteligentne, ale i bardzo uległe towarzyszki życia. Ja jestem inna. Nie zabraniam sobie być zakochaną. Lubię swobodę, rzadko robię makijaż. Ale, rozpatrując to głębiej dochodzę do wniosku, że może to być wynik umęczenia się tym ciągłym, mocnym pudrowaniem przez tyle lat.
- Tak, to prawda, całą swoją osobowością mówisz: albo mnie ktoś zaakceptuje taką, albo nie. Wszelakie upiększanie zbyteczne – mówi, nawet nie starając się ukryć ironii. I masz zawsze dużo kobiet przy sobie, może to też pozostałość z tamtego wcielenia – dodaje figlarnie.
- Być może, nie wiem, ale brzmi to dość rozsądnie. Prawdą jest również to, że kobiety krążą dookoła mnie cały czas. Ale niestety nie robię furory wśród mężczyzn, a szkoda.
- O nie, nie. Furorę zostaw mnie, ty już miałaś swoje show. Teraz na mnie kolej. W kimonie czy bez, ta cześć życia, do mnie teraz należy – kończy dobitnie tupiąc obcasem w podłogę.
- Dobrze, dobrze – podnoszę ręce w górę w geście poddania się, – ale, żeby było jasne, oddaje ci w posiadanie tylko robienie furory wśród nich, a to wcale nie znaczy, że oddaję ci wszystkich. O kogoś też musze dbać. Chcesz czy nie, coś we mnie z gejszy pozostało – mówiąc to odsuwam się na bezpieczną odległość.
Wykorzystując fakt, że koleżanka odbiera telefon pozwalam sobie na wędrówkę moich myśli. Pojawia się obraz pięknego kimona, które czyjeś ręce nakładają na moje ciało, przeglądam się w misce z wodą, widzę kredowo białą twarz, mocno umalowaną, czując niezadowolenie. Oczy mocno podkreślone z zewnątrz utraciły swój wewnętrzny blask. Czuje się jak lalka, nie kobieta.
- Pamiętaj, że jesteś gejszą, pamiętaj, że nie możesz mu okazać swych uczuć – słowa są ciepłe, nie nakazują a jedynie proszą. Ta kobieta mnie bardzo kocha, tak po matczynemu. Widać to w każdym jej geście, w każdym słowie. Ona się o mnie boi. Wprowadza mnie do pomieszczenia, gdzie już są zebrane inne gejsze, dotrzymujące towarzystwa mężczyznom. Siadam obok tego, który poprosił o moje towarzystwo. Jego obecność dodaje mi odwagi i jednocześnie mnie przeraża. Całe moje ciało biorą we władanie przyjemne dreszcze. Nalewam herbatę tak jak mnie uczono przez tyle lat. Moje ruchy są perfekcyjne, nikt z zewnątrz oprócz mojej „matki” niczego się nie domyśla. Maska z pudru z łatwością kryje moje podniecenie.
- Uważaj na oczy – tylko one mogą cię zdradzić – przypominam sobie jej słowa. Spuszczam, więc głowę niżej by nikt nie mógł w nie spojrzeć. By nikt nie mógł z nich wyczytać jak bardzo chcę wtulić się w jego ramiona, jak bardzo chcę zostać z nim sam na sam. Nakazuję sobie ostro nie myśleć o nas, bo i tak już całe moje ciało płonie. W mojej głowie, grzmią słowa mojej opiekunki – musisz być idealną gejszą, bo tylko taką on zatrzyma przy sobie. Na to by być kobietą musisz zaczekać, aż do czasu, gdy zostaniesz jego żoną.
 - To niesprawiedliwe – krzyczy moje serce. On powinien wiedzieć, że ja go kocham, że chcę go tylko dlatego – przypominam sobie jedną z naszych rozmów.
- Dziecko kochane, to jest życie, to walka gejsz o najlepszą partię. Każda z nich chce mieć dostatnie, spokojne życie. Naszym zadaniem jest być nienaganną towarzyszką życia. Tylko tyle, nikt nie wymaga od nas byśmy kochały.
- Ale przecież to nie jest słuszne. Czy ci mężczyźni nie mają potrzeby być kochanymi? Dlaczego to musi tak wyglądać?  Dlaczego jest to takie głupie i niesprawiedliwe? Dlaczego?
Kobieta nie odpowiada, w jej oczach, które patrzą na mnie tak serdecznie pojawiają się łzy. Jest mi jej żal. Wiem, że sprawiam jej ból, ale gdzieś przecież muszę to powiedzieć. Ona jest jedynym człowiekiem, któremu powierzyłam moją wielką tajemnicę. Zanim wrócę ostatecznie do rzeczywistości przeprowadzam szybką rozmowę ze swoim sercem.
- Zamknij się, idź spać. Pozwól teraz działać umysłowi. Tylko dzięki temu, czego mnie nauczono i zdrowemu rozsądkowi mamy szansę zdobyć to, o co tak bardzo walczymy. Wynoś się więc, znikaj, ma cię tu nie być. Ma cię tu nie być, bo ja mam być, ja muszę być teraz najlepszą z gejsz. Najdoskonalszą – Nabieram powietrza w płuca, z bólem pochylając głowę jeszcze niżej. Ale tylko na chwilę.
Słyszę znów tylko i wyłącznie toczące się obok rozmowy. Moje serce zamilkło. Jestem gejszą. Może nie najpiękniejszą, ale jednak najlepszą ze zgromadzonych. Jestem dobrze wyszkolonym, żywym manekinem wykonującym idealnie każdą czynność. Podnoszę spokojnie oczy i patrzę przed siebie. Wiem, że moja opiekunka zrozumie i przestanie zwijać się z bólu i troski o mnie.
- Hej, jestem tutaj, może byś się do mnie odezwała – słyszę lekko sarkastyczny ton przyjaciółki – wprawdzie nie jestem gejszą, ale chyba zasługuję na odrobinę szacunku – śmieje się głośno.
 Uśmiecham się przepraszająco, ale nie jestem w stanie skoncentrować się na tu i teraz. Jakaś ogromna część mnie pozostała tam. W tym papierowym kolorowym domku. Widzę znowu twarz mojej opiekunki. Bardzo zatroskaną twarz. Już wszyscy wyszli, znowu jesteśmy tylko my. Ona martwi się. Nie, to nie jest tylko to. Ona coś już wie. I to coś nie jest dobre dla mnie. Przytula mnie bez słów i płacze razem ze mną.
- Jest inna. Nie lepsza ode mnie, ale jednak ważniejsza dla niego. Jest inna, ważniejsza dla niego – powtarzam wpatrując się tępo w podłogę.
-  Co? O czym ty znowu bredzisz? – Pyta przyjaciółka, patrząc na mnie zdezorientowana całkowicie.
- Proszę, zostaw mnie samą – mówię wolno nie patrząc na nią. Muszę sobie poukładać pewne rzeczy.
Bierze w rękę torebkę i kieruje się w stronę drzwi, nie mówiąc absolutnie nic. Rozumie, chociaż wiem, że chciałaby usłyszeć coś więcej. Może kiedyś. Teraz jestem zbyt obolała, aby cokolwiek wyjaśniać.
 Historia jednego dnia
Wczoraj spotkałem moją przeszłość. Kim jest? Jak ma na imię? To nie ma znaczenia. Choć minęło tyle lat, ona ciągle wygląda tak samo. Smukła sylwetka, ciemne, falujące włosy i te oczy… Kiedy pojawia się w moich snach, to właśnie je widzę najwyraźniej. Ich błękit stopniowo zmienia się w granat, granat w czerń, a czerń zaczyna mnie wypełniać. Tonę, zapadam się, brak mi powietrza, duszę się, chcę się ruszyć, ale nie mogę, chcę krzyczeć, ale głos więźnie mi w gardle. Wtedy zwykle budzę się z krzykiem, zlany potem. Na szczęście już coraz rzadziej. Minęło tyle lat, a ja ciągle nie mogę zapomnieć. Wydarzenia tamtego dnia zagnieździły się w moim umyśle, sprawiły, że stanąłem w miejscu i za nic nie mogę ruszyć dalej. Umarłem i jednocześnie narodziłem się na nowo. Ciągle zadaję sobie pytanie kim byłem wtedy? Kim jestem teraz? Czy istnieje dla mnie jakaś przyszłość? Zbliża się kolejna rocznica. Filip powiedział, że powinienem wykorzystać ten fakt i zrobić bilans.
-Bilans czego? – spytałem – bilans to zyski i straty, a ja mam same straty. Co mógłbym zyskać na tym, co się stało?
-Pomyśl nad tym – odpowiedział – cofnij się w czasie, przeżyj to jeszcze raz, ale tym razem stań z boku, bądź obserwatorem. Spróbujesz?
-Nie dam rady.
-Dasz. Jeśli jest ci trudno uporządkować myśli to je spisz, bądź jedynie narratorem, nadaj swoim postaciom zmyślone imiona, byle fakty się zgadzały.
-Nie chcę do tego wracać. Chcę w końcu zapomnieć. Minęło tyle lat, a ja ciągle stoję w martwym punkcie. Czy jeszcze potrafię żyć normalnie?
-Jeśli ci na tym zależy – zaryzykuj. W końcu nie masz nic do stracenia.
-Zastanowię się – odpowiedziałem dla świętego spokoju. Pomyślałem, że Filip jest ostatnią osobą, która powinna mi w tej sprawie doradzać.
Gdybym wczoraj znów nie spojrzał w lazur jej oczu, pewnie nadal nie miałbym odwagi przeżyć tego jeszcze raz.
                Od tamtej rozmowy minął miesiąc. Dziś jest 25 marca. Dwanaście lat temu byłem zwyczajnym osiemnastolatkiem. Zwyczajnym? Nie… ja byłem idolem, szkolnym przystojniakiem z czarnym pasem tekwondo. Średnio zdolnym, ale nadrabiałem urokiem osobistym. Zawsze spadałem na cztery łapy. Potrafiłem osiągnąć wszystko, co sobie postanowiłem. Nie było dla mnie rzeczy niemożliwych. Świat stał przede mną otworem, a ja święcie w to wierzyłem. Jakiż byłem głupi. Imprezowałem w każdy weekend. Za każdym razem inna knajpa, za każdym razem inna panienka. Nie było dziewczyny, która nie chciałaby się ze mną umówić. Nie mam pojęcia co we mnie widziały. Może każdej się wydawało, że mnie zmieni? Naiwnie wierzyły, że się zakocham, a właśnie ona stanie się tą jedną jedyną. Do dziś nie mogę zrozumieć, dlaczego dziewczyny wybierają takich chamów. Czym się kierują? Nie widziały, że mnie było dobrze, tak jak było? Nie chciałem zmian. Co się dla mnie wtedy liczyło? Kumple, imprezy, wódka, szybki samochód, a na dodatek panienka na jedną noc. Byle nie przyszło jej do głowy rozmawiać. Zwykle jedna noc mi wystarczała. Rzadko zdarzało się abym wracał dwa razy do tej samej dziewczyny. Chyba, że mnie przypiliło, a nie było pod ręką świeżego towaru. A te idiotki naiwnie wierzyły, że skoro wracam to z pewnością kocham. Nic bardziej mylnego. Tak, taki właśnie byłem: pusty i głupi do granic możliwości. Nie szanowałem nikogo i niczego, nie było dla mnie żadnych wartości, żadnych świętości. Zależało mi tylko na dobrej zabawie i popularności. Nauka była jedynie przykrym obowiązkiem. Przymusowym marnowaniem czasu. Matka niejedną noc przeze mnie przepłakała. Nic nie mówiła tylko płakała. Wtedy odzywały się we mnie wyrzuty sumienia i przez jakiś czas nadrabiałem zaległości. A że inteligencji mi nie brakowało, więc zawsze udawało mi się w końcu uzyskać pozytywną ocenę i zaliczyć kolejny rok, ale zmienić się nie potrafiłem. Teraz widzę, jak bardzo się staczałem. Droga, na którą wszedłem prowadziła do nikąd. Kim byłbym dzisiaj, gdyby nie pewna błękitnooka dziewczyna, która mnie nie chciała?
              No właśnie. Kumple mówili, że i na mnie przyjdzie pora. Spotkam tę jedną jedyną i oszaleję. Nikt inny nie będzie się dla mnie liczył. Śmiałem im się w twarz. Ja – Super Michał, który może mieć każdą, mam poprzestać na jednej? Bzdura.  A jednak… Zobaczyłem ją całkiem przypadkowo, na szkolnym apelu. Wyglądała tak przeciętnie w szarej spódniczce, granatowym sweterku i z tym swoim warkoczem. Z całą pewnością nie przypominała tych dziewczyn, z którymi się najchętniej umawiałem, a jednak stałem jak wmurowany. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Zatonąłem w błękicie jej oczu, zanurzyłem się w nim, jak w chłodnym jeziorze i utonąłem. Nie mogłem spać, straciłem apetyt, przestały mnie bawić imprezy. Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że ona w ogóle nie zwracała na mnie uwagi. Roztaczałem przed nią swój urok, kusiłem, wabiłem, a ona patrzyła na mnie, jak na robaka. Nie, robakowi z pewnością okazałaby jakieś zainteresowanie, a ja byłem dla niej, jak powietrze. Kiedy już naprawdę nie miała wyjścia, obdarzała mnie pełnym pogardy, chłodnym spojrzeniem. A ja szalałem. Banalna historia. Teraz już wiem, że zachowywałem się, jak skończony wariat. Z perspektywy lat widzę, że dziewczyny, które się ze mną umawiały, nie były wiele warte. Tak jak i ja. I wcale się nie dziwię, że ona mnie nie chciała. Cóż… chyba mam pierwszy punkt w bilansie po stronie strat: byłem błaznem. Dlaczego tak się zachowywałem i komu chciałem zaimponować? Do dziś nie wiem.
              Tamtego dnia nie zapomnę nigdy. Była niedziela. Jakaś nieludzka godzina: szósta albo siódma rano. Wracałem z imprezy. Prowadziłem, choć prawdę mówiąc nie byłem zupełnie trzeźwy. Uwielbiałem ten stan, uwielbiałem ryzyko. Całą noc piłem, bawiłem się i tańczyłem, a nad ranem rześki i świeży wracałem grzecznie do domu. Ja - Michał, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Wszędzie panowała niesamowita cisza, która po wyjątkowo hucznej imprezie była jak balsam na moją duszę. Otworzyłem szybę samochodu i chłonąłem ją całym sobą. Widoczność była kiepska. Całą noc padało, a teraz w powietrzu unosiła się  mgła, która cały świat pokryła delikatnymi jak łzy kropelkami rosy. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że wypełnią mnie ona na następne lata. Cisza, wilgoć i błękit jej oczu.
            Zobaczyłem ją, gdy przejeżdżałem obok kościoła. Z czułością prowadziła pod rękę starszą panią, ochraniając ją przed wszędobylską wilgocią granatowym parasolem. Czy mogłem przegapić taką okazję? Oczywiście, że nie. Podkręciłem silnik na maksa, który swoim rykiem zakłócił tak miłą dla ucha poranną ciszę. Wychyliłem głowę przez otwarte okno samochodu i zagwizdałem, jak najgłośniej potrafiłem. Tylko na tyle było mnie stać. Osiągnąłem zamierzony efekt. Zauważyła mnie. Jej wzrok pełen pogardy przeszył mnie na wskroś. Uśmiechnąłem się głupkowato i chciałem coś powiedzieć, ale nie zdążyłem. Jej oczy przed chwilą tak obojętne teraz patrzyły na mnie z przerażeniem. Jej usta dziwnie się wykrzywiły. O co chodzi? Co ona krzyczy?. Odwróciłem głowę i wtedy go zobaczyłem. Przez przejście dla pieszych, na zielonym świetle przechodził starszy mężczyzna. Ja nie byłem już w stanie zahamować. Zdążyłem zauważyć jego przerażone oczy, a potem był już tylko głuchy huk. Choć ta chwila trwała zaledwie kilka sekund, dla mnie czas się zatrzymał.  
           Niewiele pamiętam z tego, co działo się później. Byłem w szoku i nie bardzo dało się ze mną porozumieć. Nie zwariowałem tylko dlatego, że widziałem pogotowie zabierające poszkodowanego na sygnale do szpitala. Uczepiłem się myśli, że on przeżyje. Ostatni raz tak żarliwie modliłem się, gdy byłem małym chłopcem. Myśli same układały się w dawno zepchnięte na dno świadomości słowa:
-„Ojcze nasz, któryś jest w niebie… proszę Cię… niech on przeżyje…”,
-„Zdrowaś Mario, łaski pełna … proszę Cię … niech on przeżyje…”
Nie wiem czy akurat moje modlitwy zostały wysłuchane, w każdym bądź razie on przeżył.
            Jeśli chodzi o wymiar kary to jak zwykle spadłem na cztery łapy. Nie miałem jeszcze skończonych osiemnastu lat i nie byłem karany, a poszkodowany nawet nie wniósł przeciwko mnie oskarżenia. Gdy dowiedziałem się, że jego stan jest stabilny – poczułem ogromną ulgę i wdzięczność do Boga. Jednak chwilę później policjant patrząc mi w oczy powiedział:
-Uszkodziłeś mu kręgosłup. Facet do końca życia będzie jeździł na wózku. Będziesz się miał czym chwalić kolegom. Jesteś zadowolony?
I wtedy to się stało. Popadłem w stan jakiegoś dziwnego odrętwienia. Miałem wrażenie jakby wszystko we mnie w środku umarło. Patrzyłem na siebie w lustrze i widziałem tego samego Michała. Te same włosy, oczy i usta, jednak byłem kimś zupełnie innym. Miotałem się, nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Przygniatały mnie wyrzuty sumienia. Każdego dnia chodziłem pod szpital, jednak nigdy nie odważyłem się wejść. No bo jak miałbym się zachować? Tak po prostu zanieść kwiaty i czekoladki, a potem powiedzieć „przepraszam za to, że nigdy nie będzie pan chodził”? Wydawało mi się to absurdalne. Kiedy wypisali go ze szpitala zacząłem chodzić pod jego blok. Pomagałem nawet pielęgniarce wznosić zakupy. I pewnie ten stan trwałby do dziś, gdybym pewnego dnia, dwa lata od wypadku, nie spotkał go przypadkowo na ulicy. W zasadzie to on spotkał mnie, bo ja przecież tak naprawdę nigdy go nie widziałem. Zatrzymał obok mnie swój wózek, spojrzał mi w oczy i wtedy już wiedziałem. Patrzyliśmy na siebie płacząc jak dzieci. W końcu zaciągnął mnie do pobliskiej kawiarni i postawił kawę, gorzką i mocną.
-Pij – powiedział – tak smakuje życie.
Odtąd zaczęliśmy spotykać się regularnie. Długo rozmawialiśmy. On – dojrzały mężczyzna grubo po pięćdziesiątce i ja – dwudziestolatek z bagażem doświadczeń. Otwieraliśmy się na siebie powoli. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, ale nigdy nie wracaliśmy do tamtego dnia. Z każdym spotkaniem poruszaliśmy coraz bardziej osobiste tematy. Opowiedział mi o swojej samotności, o żonie, którą stracił przez własną głupotę, o córce, która nie chce go znać. Okazało się, że mamy ze sobą wiele wspólnego. W młodości szedł tą samą drogą co i ja. On wybierał imprezy, kobiety i alkohol, a w domu czekała młoda żona i małe dziecko. Domowa rutyna śmiertelnie go nudziła. Ewa wytrzymała z nim całe piętnaście lat. Pewnego dnia spakowała się i odeszła. Wyjechała za granicę i zabrała ze sobą ich córkę. Ostatni raz widział ją dziesięć lat temu.
              Pomyślałem wtedy, że moje życie też mogło tak wyglądać. Byłem na dobrej drodze.  Co prawda od czasu wypadku nie miałem alkoholu w ustach, a imprezowanie zwyczajnie przestało mnie bawić. Zacząłem się uczyć żeby tylko zająć czymś myśli i zagłuszyć wyrzuty sumienia. Zdałem maturę, poszedłem na studia jednak w moim życiu ciągle czegoś brakowało. Sukcesy nie dawały mi satysfakcji. Wręcz przeciwnie. Miałem wrażenie, że nie zasłużyłem na nie. Matka była ze mnie dumna i udawała, że nie zauważa mojej apatii i braku chęci do życia. Jedynie spotkania z nim przynosiły ukojenie. Jednak nic nie było w stanie pobudzić mnie do życia. Nie potrafiłem sobie wybaczyć choć on nigdy nie dał mi odczuć, że to moja głupota popchnęła go na wózek. Czasem próbowałem go przeprosić, ale słowa więzły mi w gardle.
               Dziś, po dwunastu latach niewiele się zmieniło. Skończyłem studia, mam swoją małą firmę, nauczyłem się uśmiechać i cieszyć z drobnostek. Nie mam rodziny. Może ta jedna jedyna nie zjawiła się jeszcze w moim życiu, a może po prostu boję się, ż znów coś zepsuję.  Nadal męczą mnie wyrzuty sumienia, ale on skutecznie je zagłusza. Zaprzyjaźniliśmy się. Stał mi się bliski, jak ojciec, którego nigdy nie poznałem. I tu w zasadzie kończy się moja historia…
            Pozbierałem rozrzucone na biurku kartki, zapakowałem w teczkę i poszedłem na spotkanie z Filipem – moim przyjacielem i moją ofiarą. Człowiekiem, którego skrzywdziłem najbardziej na świecie.
-No, no Michał, jestem z ciebie dumny – powiedział po przeczytaniu moich wspomnień - poradziłeś sobie, przeżyłeś to jeszcze raz i wyciągnąłeś wnioski. Pozwól, że teraz ja przedstawię ci moją wersję zdarzeń. Sam wiesz, jak wyglądało moje życie przed wypadkiem. Kusiłem los, żyłem chwilą, skupiając się wyłącznie na sobie. Nieraz dostawałem od losu ostrzeżenia, ale nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Czasem człowiek jest ślepy na to, co oczywiste i życie musi nim naprawdę porządnie potrząsnąć żeby przejrzał na oczy. Ty tamten wypadek postrzegasz jako tragedię, do której się przyczyniłeś. Ciągle widzisz we mnie skrzywdzonego człowieka na wózku. A ja, chłopcze dzięki tobie zacząłem żyć. Kiedy leżałem w szpitalu szczerze cię nienawidziłem. Krzyczałem, miotałem się i rzucałem przekleństwami na prawo i lewo. Byłem najgorszym pacjentem na całym oddziale. Gdy wróciłem do domu nie miałem już przed kim odgrywać swojego spektaklu. Jedynie samotność pukała do moich drzwi, a cisza zaglądała przez okno. Największą rozrywką były wizyty pielęgniarki. To właśnie ona pewnego dnia powiedziała mi o tobie. Wiedziała kim jesteś, ale nigdy nie dała ci tego odczuć. Bała się, że uciekniesz. Zacząłem cię obserwować. Patrzyłem z satysfakcją na twoją ściągniętą, smutną twarz, opuszczone ramiona i ziejące rozpaczą oczy. Ten widok działał jak balsam na moją znękaną duszę. Chciałem żebyś cierpiał tak, jak ja, a nawet bardziej. Jednak czas działał na twoją korzyść. Widziałem, jak się męczysz, widziałem, że próbujesz mi w jakiś sposób pomóc. Nie zaplanowałem naszego spotkania. Po prostu tak wyszło. Może to był przypadek, a może Ktoś nas ku sobie popchnął. Ale chyba sam przyznasz, że było warto, prawda? Pomogliśmy sobie nawzajem.
-Nigdy nie sądziłem, że patrzysz na to, co się wydarzyło w ten sposób – odpowiedziałem wzruszony do łez – może gdybym wiedział wcześniej… dlaczego nigdy nie chciałeś o tym rozmawiać?
-Cóż, zwyczajnie dochodziłem do tego latami. Trochę też bałem się, że cię stracę. Czasem zastanawiałem się, czy spotykasz się ze mną dla mnie samego, czy też żeby odpokutować tamten wypadek.
-Jak mogłeś tak pomyśleć? Filip, czy ty mi kiedyś … wybaczysz? – w końcu wypowiedziałem słowa, które ciążyły mi przez ostatnie dwanaście lat.

-Wybaczyłem ci już dawno – odpowiedział patrząc mi w oczy - Wiesz co? Zabierz mnie już do domu. Zmęczyłem się. Nie będziemy przecież w kółko wałkować tego samego tematu. Słyszałem, że Twoja mama upiekła sernik. Myślisz, że mógłbym się wprosić? Wyobraź sobie, że zadzwoniłem do mojej córki, a ona pierwszy raz nie rzuciła słuchawki. Pogadaliśmy, jak nigdy dotąd. Może da się namówić na przyjazd do Polski? Ty wiesz, że ona jest tylko kilka lat młodsza od ciebie?

„Spotkanie”
Wczoraj spotkałam się ze swoją facjatą w lustrze. Dzisiaj to samo. Niby nic dziwnego, jednak ledwo się rozpoznałyśmy. Ostatnia impreza była wprost proporcjonalna do zmian na mojej gębie. 
- Hej, to ty? – spytałam swojego oblicza, by się upewnić. Jednak popatrzyło na mnie z tak głupim wyrazem twarzy, że aż mnie zemdliło. Podkrążone sine oczy. Przekrwione białka. Spierzchnięte usta. Blada gęba. I włosy. O, rany! Każdy w inną stronę. Może mnie ktoś w nocy do 220 podłączył i tak mną trzepnęło, że teraz efekty tego oglądam w lustrze?
- No, okej – odezwałam się jak najbardziej przyjaźnie do swojej gęby. Lekko wykrzywiła się w uśmiechu. – Jakoś cię doprowadzimy do porządku. – Liczyłam na to, że może się uśmiechnie. Ale nie. 
Odkręciłam zimną wodę. Przemyłam ją. I znów obejrzałam w lustrze. Niewiele lepiej. 
Trzeba było zastosować grubsze działo. Prysznic. Wlazłam pod zimną wodę. Brr!!! Od razu lepiej. Wyskoczyłam spod strumienia wody jak fryga. Myślenie też się poprawiło. Owinęłam się szlafrokiem i podreptałam do kuchni. Co prawda na jedzenie patrzeć nie mogłam, ale napić się świeżego soku z pomarańczy, to byłoby całkiem nieźle.
Nagle zaskrzeczał dzwonek u drzwi. W końcu muszę zawołać kogoś, by go naprawił, bo brzmiał jak ja podczas zapalenia krtani. Krztusił się i chrypiał. 
Ciekawe, kogo diabli niosą o tak wczesnej porze. Odruchowo spojrzałam na zegar wiszący w przedpokoju. Było po 12, czyli stanowczo później niż sądziłam. Spojrzałam przez wizjer. Młody człowiek stał przed drzwiami. Pewnie jakiś domokrążca, bo twarz, zniekształcona przez szklaną dziurkę w drzwiach, nic mi nie mówiła.
Otworzyłam. Moim oczom ukazał się jakiś młodzieniaszek. Chyba jeszcze nastolatek. Twarz miał dziwnie znajomą, jednak nie mogłam w pamięci przywołać jego imienia i nazwiska. Widać, że chłopak planował zarost, jednak to, co kiełkowało na jego twarzy, wyglądało dość śmiesznie i raczej nie zapowiadało bujnej brody.
- Witaj – odezwał się do mnie. Żadna pani, tylko od razu „ty”. Chociażby ze względu na mój wiek mógłby zachować zasady dobrego wychowania.
- Hej – odpowiedziałam w podobnym klimacie. Wszedł do środka, chociaż wcale go nie zachęcałam i od razu wpakował się do kuchni. Skąd do cholery wiedział, gdzie jest kuchnia?
- Słuchaj, trochę mi się spieszy z tymi dokumentami – zaczął jak gdyby nigdy nic, a ja niby powinnam wiedzieć, o co chodzi. – Załatwiłaś? – spytał, patrząc na mnie z nadzieją. Podejrzewam, że oczekiwał jakiejś reakcji.
- Yyyyy? – zdziwiłam się.
- No, masz je? – powtórzył pytanie.
- Przepraszam - wydukałam w końcu - ale chyba mnie z kimś pomyliłeś.
- Jak to? – spytał. – Kudłata? – zwrócił się do mnie.
- No, tak – odparłam. – tak mówili na mnie tylko przyjaciele. Skąd ten smarkacz o tym wiedział?
- No, to nie pomyliłem. – Usiadł na krześle przy stole. I czekał. Zaczęłam intensywnie myśleć, ale za cholerę nie mogłam sobie przypomnieć, o co chodzi. I jakie dokumenty?
- Chcesz kawy? – spytałam, by mieć trochę czasu na pomyślunek.
- Nie, chcę moje dokumenty. Spieszę się do Hiszpanii, a nie wpuszczą mnie jako niepełnoletniego. Obiecałaś, że będziesz je mieć na dzisiaj.
- No, okej. Dokumenty mówisz? – wysilałam mózgownicę z całej siły i nic. Nagle znów zaskrzeczał dzwonek do drzwi. – Przepraszam, tylko otworzę.
Poszłam do przedpokoju. Nie patrząc przez wizjer, otworzyłam. Oczom moim ukazał się jakiś oryginał w cylindrze i czarnej pelerynie jakby z innej epoki. Kurza twarz, a ten co? Z choinki się urwał?
- Witam – powiedział i od razu wpakował się do mieszkania, nie czekając na zaproszenie. Nie, no ja nie wiem, co wczoraj robiłam. Ale, żeby aż tak…? Owszem, nie wszystko pamiętam, ale ta galeria dziwaków przechodzi moje najśmielsze wyobrażenie.
- Ty też po dokumenty? – spytałam z głupia frant, bo przecież już chyba mnie dzisiaj nic nie powinno zdziwić.
- Nie po, ale z – odpowiedział i od razu pomaszerował do kuchni. Nie zdziwił się małolatem, który siedział przy kuchennym stole. Podali sobie ręce, chociaż chyba nie wyglądali, jakby się znali. – Masz – podał mi jakieś zawiniątko.
Otworzyłam nieufnie. Były to owinięte w papier jakieś dokumenty. Zdążyłam przeczytać tylko głośno: „Ernest Hemingway”, kiedy małolat podskoczył z radości i wyrwał mi z ręki pakunek.
- No, nareszcie! – krzyknął i już znikał w przedpokoju. – Dzięki! Jestem zobowiązany. Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo już zamykał za sobą drzwi. O co tu chodzi? Złapałam się za głowę. Gorączki nie miałam. Uszczypnęłam się w rękę, bo może to sen, ale nie, zabolało, więc to najprawdziwszy real. Wróciłam do kuchni. Nowy gość też już siedział na krześle. Woda w czajniku właśnie się zagotowała. Zapytałam pana, czy napije się kawy. Pokiwał głową. Zdjął cylinder i pelerynę. Zalałam wrzątkiem dwie rozpuszczalne. Postawiłam naprzeciwko gościa kubek i podałam mleko.
- A można cukru? – spytał. Podsunęłam mu więc cukierniczkę. I dopiero teraz dotarło do mnie, że w dokumencie, który przyniósł, było wypisane czarno na białym „Ernest Hemingway”. Prawie poderwałam się z krzesła, by pobiec za małolatem, ale przecież dawno już zdążył wyjść na ulicę. A ponadto to musi być jakiś głupi żart albo w najlepszym wypadku dziwny zbieg okoliczności. Mamy przecież XXI wiek, Hemingway to pisarz amerykański, który od kilkudziesięciu lat wącha kwiatki od spodu, więc niemożliwe, żeby jako nastolatek błąkał się po mojej kuchni.
- Fuj! – wzdrygnął się dziwak numer dwa. – Pytałaś, czy zrobić kawę, a to coś w niczym kawy nie przypomina – powiedział z oburzeniem, robiąc przy tym takie miny, jakbym co najmniej dziegciu mu podała. Smakosz się znalazł.
- To kawa rozpuszczalna, nie najlepsza, ale przecież i nie najgorsza – odpowiedziałam zupełnie bez sensu. Spojrzałam na niego uważniej. Gość też wydawał się jakoś znajomy. Łeb mi już pękał od tego myślenia, kto jest kim i co robi w moim mieszkaniu.
- Jak można to pić? – powiedział z obrzydzeniem.
- Można, można – odparłam z uśmiechem, upijając łyk całkiem niezłej przecież kawki. – Kwestia przyzwyczajenia. A ty co? Nie pijasz rozpuszczalnej?
- Nie wiem, jaka to rozpuszczalna, ale jeżeli tak smakuje, to piję to świństwo pierwszy i ostatni raz.
- A mogę wiedzieć, czemu zawdzięczam tę wizytę? – spytałam, zmieniając temat, chociaż miałam wrażenie, że powoli się przyzwyczajam.
- Potrzebuję Twojej pomocy – odpowiedział.
- Dokumentów? – spytałam sarkastycznie. – To pomyliłeś adres.
- Nie – odpowiedział, nagle nerwowo rozglądając się po mieszkaniu. – Dokumenty to ja przecież przyniosłem Ernestowi.
- A ten Ernest, to Ernest? – spytałam inteligentnie. – W sensie, że Hemingway?
- No, tak – odpowiedział zdziwiony chyba moim pytaniem. – Wiesz, jedzie na wojnę domową do Hiszpanii, a że jest niepełnoletni…
- Hola, hola, stop!!! – krzyknęłam. – Ja wiem, że jestem na kacu, ale bez jaj.
- Ja nie mam żadnych jaj – odpowiedział zmieszany.
- No, tak tu Hemingway, a ty kto? Królowa angielska? 
- Mam na imię Oskar – kiwnął lekko głową i uniósł się z krzesła. Wyciągał do mnie dłoń.
- Anna – odparłam skonsternowana. 
- Potrzebuję twojej pomocy – powiedział, wracając do wcześniejszej pozycji. Znów zamoczył usta w kawie. Jego wyraz twarzy jednak potwierdzał smak czarnego płynu. – Szuka mnie ojciec mojego ukochanego, chce mnie wsadzić do więzienia. Muszę się gdzieś ukryć.
- A co ja mam z tym wspólnego?
- W zasadzie nic, ale pomyślałem, że jeżeli pomogłaś Ernestowi, to możesz i mnie…
Świat chyba zwariował. Co ja instytucja charytatywna czy co? Ponadto nikomu nie pomogłam. Przyszedł gość po dokumenty, wlazł do kuchni, potem przyszedł następny, dał dokumenty, tamten zniknął i tyle. A malutki szczegół, że to był Ernest Hemingway. I nawet z nim nie pogadałam, a przecież chciałabym go zapytać o „Komu bije dzwon”… Od razu jak to pomyślałam, to palnęłam się w łeb. Przecież on dopiero jedzie do Hiszpanii, więc nie napisał jeszcze powieści. Kurwa, czy ja jestem w jakiejś zakręconej czasoprzestrzeni, czy to jakiś popieprzony sen?
- Gdzie mam cię ukryć? Pod łóżkiem? – powiedziałam sarkastycznie i nagle jakaś dziwna myśl zaświtała w mojej zbolałej głowie. – A jak się nazywa ten Twój ukochany?
- Lord Alfred Douglas – odpowiedział, ściszając głos. Nie mogłam uwierzyć, że dobrze słyszę.
- I masz na imię Oskar, a twoja żona to Konstancja? – spytałam, niemalże krztusząc się kawą. – Poczekaj tutaj – powiedziałam i wybiegłam do pokoju. Wzrokiem omiotłam półki z książkami. Wiedziałam, gdzie stoi to, czego szukałam. Wróciłam do kuchni z woluminem w dłoni.
- To ty napisałeś? – spytałam, podsuwając mu książkę pod nos.
- Tak. Podobało ci się?
- Podobało? – odpowiedziałam już z wypiekami na twarzy. – Toż to tylko geniusz mógł stworzyć! – Patrzyłam na siedzącego na moim krześle kuchennym pisarza. Z wrażenia nie wiedziałam, co robić, mówić, ani jak oddychać. Toż to mój ukochany autor „Portretu Doriana Graya”! Teraz wiem, skąd go kojarzyłam. Ze zdjęć w książkach.
- Ale to nie jakiś żart, co? – spytałam w końcu, kiedy wreszcie wydawało się, że rozum zacznie współpracować z odruchami. – To nie jakaś ukryta kamera, czy coś w tym stylu?
- A co to jest ukryta kamera? – spytał.
- Nieważne – odpowiedziałam podekscytowana. – Ukryję cię w mojej piwnicy. Mam tam pralnię, nikt cię nie znajdzie – odpowiedziałam, chociaż przez chwilę zaczęłam się zastanawiać, czy to dobry pomysł, by sam Oskar Wilde, przybywszy do mnie w jakichś tajemniczych okolicznościach, siedział w pralni pomiędzy moimi brudnymi gaciami.
Nagle rozmyślania przerwał dzwonek do drzwi. Oskar poderwał się jak oparzony. Ja również. Na migi pokazałam mu zejście do pralni. Zszedł na dół. A ja niby nigdy nic poszłam otworzyć drzwi, licząc na to, że ojciec lorda Alfreda wkroczy tutaj w poszukiwaniu kochanka swojego syna.
Nawet nie spojrzałam przez wizjer. Otworzyłam drzwi gotowa na spławienie gościa. Jednak moim oczom ukazał się dość przedziwny widok. Naprzeciwko mnie stał olbrzymi jegomość ledwo mieszczący się w futrynę drzwi. W dodatku ubrany w szlachecki kontusz, z szablą w dłoni. W pierwszej chwili pomyślałam, że to markiz Queensberry, John Douglas, ale przecież nie mógłby być w kontuszu szlacheckim. I jeszcze w tak elegancko podgolonej po szlachecku głowie.
- Ha, mam waćpanią! – krzyknął szlachcic i z trudem wpakował mi się do przedpokoju, prawie mnie przy tym tratując. – Biorę, waćpannę w jasyr! – krzyknął i popchnął mnie w kierunku kuchni. Usiadłam wystraszona na krześle.
- A pan z jakiej bajki się urwał? – spytałam. Tego wszystkiego było już za wiele. Jak nie Hemingway, to Wilde, a teraz jakiś gruby jegomość, co mnie w jasyr chce brać. Żeby to Wilde chciał mnie więzić albo młody Hemingway, to rozumiem, ale nie gruby, lekko podstarzały jegomość przebrany jak typowy Sarmata.
- Gładka z ciebie bestyjka i charakterna – odpowiedział.
- Proszę mi tu nie ściemniać, tylko powiedzieć, po co i dlaczego pan nachodzi mnie w moim mieszkaniu.
- Czyż ty Sakowicz się zowiesz? – spytał nagle jakoś tak podniośle.
- No, tak, Sakowicz – odparłam niepewnie.
- No, to ja tu przybył doprowadzić sprawę do końca – odparł. – Kat na ciebie czeka, Sakowicz.
I teraz jak obuchem w głowę spadło na mnie oświecenie. Toż to prawie cytat z „Potopu”. Był tam taki jeden Sakowicz na usługach Bogusława Radziwiłła. Wyjątkowa szuja. Ale przecież ja z tym Sakowiczem nic wspólnego nie mam. To była postać literacka. Chyba, głowy nie daję. Ale przecież ja z innej epoki.
Spojrzałam wystraszona na jegomościa. 
- A pan pewnie Zagłoba się nazywasz?
- Jużci, Onufry Zagłoba – odparł z dumą.
- To może napijemy się, waszmość, bo po trunku, to człowiek bardziej rezolutny się robi?
- Dobrze mówisz, choć żeś Sakowicz. Nalej waćpani wina.
Szybko sięgnęłam do barku. Niewiele było tutaj butelek wina, ale jak sensownie to rozegram, to może uda mi się z tego wyjść obronną ręką i pozbyć się grubasa.
- A masz pan rozkaz, żeby mnie nachodzić? – spytałam, nalewając wino do szklanek.
- Nie mam, ale wróciłem, by dokończyć dzieła i doprowadzić ród Sakowiczów do całkowitej zagłady. Nie może być, żeby takie kanalie nosiła ta ziemia.
- Ależ, panie Zagłoba, przecież ja niewiasta jestem, bogu ducha winna. 
- Obaczy się, dajmy winu do brzucha spłynąć, coby oleum do głowy poszło – odpowiedział, wychylając szklankę wina. Lekko mu to weszło. Otarł twarz dłonią, dał znak, by nalać znów do szklanki. Szablę odstawił. Wypił kolejną porcję. Ja tylko kilka łyków dla niepoznaki. Zastanawiałam się, czy Wilde w tej piwnicy siedzi czy już wyparował w eter.
Zagłoba żłopał wino. Jedna butelka, druga i trzecia, a on tylko lekko wcięty. Zaraz alkohol się skończy, a grubemu nie dam rady, jak przyjdzie do szamotaniny.
- No, dobra, waćpani, teraz muszę jako Onufry Zagłoba wyrok wykonać i w roli kata wystąpić.
- Tak się nie godzi! – krzyknęłam już prawie po staropolsku. – Ja niewinna niewiasta. Od kiedy to rycerz rękę na niewiastę podnosi?
Wstał z krzesła. Lekko się zachwiał, ale szablę pewnie w rękę chwycił. Pomyślałam, że już po mnie, bo przecież jak mi nią zdzieli przez łepetynę, to koniec. Zamknęłam oczy. Niech się dzieje wola nieba. I tak dzisiejszy dzień był na tyle zwariowany, że w zasadzie brakowało mi tylko zdzielenia w łeb szablą.
I nagle słyszę rumor taki, że aż podłoga się zatrzęsła. Otworzyłam oczy z wrażenia. Patrzę. Pod nogami leży jak długi i szeroki waćpan Zagłoba. Nad nim stoi Wilde z jakimś potężnym drągiem. Znajomym mi bardzo, bo w pralni go trzymałam na zaś do pocięcia i spalenia, jak sobie w końcu kominek w domu zainstaluję. 
Obraz przepiękny. Delikatnej postury angielski pisarz nieżyjący od kilkudziesięciu lat uśmiercił (być może) w mojej kuchni bohatera literackiego. Jak jutro znajdę się na pierwszych stronach gazet zakutana w kaftan bezpieczeństwa, to się nie zdziwię.
- I co teraz zrobimy? – spytałam.
- Nie wiem, musimy grubasa się pozbyć – odparł. – Może do pralni go zaciągniemy?
Pomysł nie wydawał się genialny, ale przecież nie mogę trzymać grubego szlachcica w kuchni na podłodze. Na policję nie zadzwonię, bo wezmą mnie za wariata. A nawet gdyby nie, to Zagłoba jest jednym z tych bohaterów literackich, za którego zabicie mogłoby grozić zlinczowanie.
Zabraliśmy się z Oskarem do ciągnięcia ciała. Szło ciężko. Przez godzinę siłowaliśmy się z cielskiem, które nie wykazywało żadnych chęci współpracy. W końcu udało się nam zaciągnąć go na schody prowadzące do pralni. Niestety jedyne wyjście, to spuścić grubasa w dół. Przy takiej ilości sadła katulał się dość wolno. I chyba nic bardziej złego niż śmierć go nie spotkało. Chociaż w zasadzie nikomu z nas nie przyszło do głowy sprawdzić mu pulsu.
Po zakończeniu wysiłku niemalże ponad nasze siły wróciliśmy do kuchni. Na stole stało jeszcze pół butelki wina. Wypiliśmy z Oskarem do dna. A potem poszliśmy do sypialni, by odpocząć. Położyłam się na łóżku, Oskar jako dżentelmen usiadł w fotelu. Z tego wszystkiego zapomnieliśmy, że mieliśmy go ukryć. Potem się pomyśli, teraz należało odpocząć. Zamknęłam oczy. Nie wiem, kiedy, ale zasnęłam. Śniły mi się jakieś dziwne rzeczy. Kiedy się obudziłam, byłam mokra od potu. Oskara nie było w pokoju. Poszłam do kuchni. Tutaj także go nie znalazłam. Zajrzałam ostrożnie do pralni. Cisza, spokój. Ciało Zagłoby zniknęło.
W kuchni na stole stała pusta butelka. Pod zlewem trzy opróżnione przez Zagłobę. Na stole leżał „Portret Doriana Graya”. Wzięłam książkę i wróciłam do pokoju, który stanowił prowizoryczną biblioteczkę. Już chciałam ją odłożyć na odpowiednie miejsce, gdy nagle spojrzałam na wiszący na jednej ze ścian mój portret, namalowany przez pewnego lokalnego artystę podczas wczasów nad morzem. Jakiś dziwny się wydawał. Moja twarz jakby lekko wykrzywiona, chyba brzydsza. Jestem pewna, że portret był dużo ładniejszy. 
Przeniosłam wzrok na książkę, którą trzymałam jeszcze w dłoni. Otworzyłam. Moją uwagę przykuł tekst wypisany odręcznie na stronie tytułowej: „Każda zbrodnia (nawet ta wymierzona przeciwko sobie) zostawia ślady nie tylko na sumieniu. O.W.”.

Tak bardzo cię kocham

Wczoraj spotkałam młodego Wertera. Bo Werter w jakiś sposób zawsze pozostanie młody. Może dzieje się to za sprawą melancholii. Może melancholia odmładza. Chciałam Go o to zapytać, gdy tak siedział na ławce ze wzrokiem utkwionym w horyzont. Nim zdążyłam jednak otworzyć usta, westchną tylko i po prostu odszedł. Odszedł tak jak robi to każdy typowy człowiek – wstał i ruszył w kierunku wiadomym tylko sobie.
Dzisiaj opowiedziałam o tym przyjaciółce. Moja przyjaciółka przywykła do tych rozmów prowadzonych przy kawie czy herbacie. Spytała mnie uprzejmie – tak jak zawsze pyta – czy abym na pewno spotkała Wertera? Przecież dopiero co tydzień temu widziałam się przypadkiem z Lady Makbet. I ja jak zawsze odpowiadam jej, że owszem to na pewno był Werter bo nikt nie roztacza wokół siebie tak specyficznej aury ulotności. Przez chwilę rozmawiałyśmy o tym moim nie zadanym pytaniu. Jej zdaniem melancholia raczej nie może odmładzać, że raczej człowiek w niej pogrążony marnieje, że nawet może w pewnym momencie całkowicie zniknąć. Na poparcie tego zaczęła wymieniać typowe zachowania melancholika : izolacja od społeczeństwa, brak apetytu, nie podejmowanie zbędnego wysiłku fizycznego, problemy ze snem… Wszystko to miało prowadzić do osłabienia ciała, a co za tym idzie pogorszenie ogólnego stanu i wizerunku.
Nie kłóciłam się z nią. Każdy w końcu ma jakieś swoje zdanie zależne od wewnętrznego punktu odniesienia. Ja ze swojej strony uważałam, że melancholia wygładza duszę i to odbija się w twarzy oraz oczach. Dusza melancholika robi się bardziej ulotna, jak gdyby żyło w niej tysiące motyli i tym samym on sam jest jakby lżejszy, chodzi jakby płyną. Nawet siedzi lżej.
Kiedy tak mówię, moja przyjaciółka robi czasami notatki. Nigdy nie wiem dlaczego. To raczej mi zdarza się ciągle coś zapominać. Na przykład nie bardzo mogę sobie przypomnieć czy miesiąc temu w pierwszą niedziele miesiąca świeciło słońce czy padał deszcz. Jest to dla mnie dość ważne, ponieważ tam tego dnia spotkałam na huśtawce starszego Pana. Pan przedstawił mi się imieniem Jan i pięknie mówił o Bogu. Chętnie go słuchałam ponieważ sama od paru lat mam utrudniony kontakt z Bogiem. Starałam się pisać do niego listy w miarę regularnie. Nie długie listy, wiem przecież, że Bóg jest bardzo zajęty. Ot takie na jedną stronę, z prostą informacją jak miną mi dzień, co jadłam na śniadanie, ile kropek miała biedronka, która leniwie spacerowała po firance w porze obiadowej. Słowem, nic niezwykłego. Nigdy jednak nie doczekałam się odpowiedzi. Najpierw poważnie się obraziłam, potem jednak zrozumiałam, że zapewne po prostu zgubiłam właściwy adres i moje listy nie dochodzą.
Słuchałam więc jak Pan Jan mówi, odważyłam się nawet zapytać czy myśli, że jest szansa, żeby zdobyć chociaż numer telefonu do Boga. Pan Jan na to, że zapewne istnieje jakaś błękitna linia. Bardzo rozbawił mnie tym stwierdzeniem, udany żart, odparłam, Błękitna Linia do Nieba. Śmiałam się z tego żartu później całą rozmowę z przyjaciółką. Nie przeszkadzało jej to , zauważyłam, że woli kiedy się śmieję niż kiedy milczę albo płaczę. Spytała tylko czy czasem Pan Jan nie przedstawił się nazwiskiem Twardowski. Z przykrością stwierdziłam, że nic takiego nie pamiętam, ale nie jest to wykluczone.
***
Dzisiaj jest pochmurnie, grzmi, a deszcz zacina za oknem jakby prowadził prywatną wojnę z ziemią. W takie dni nie wychodzę na spacery. To nie tak, że nie lubię deszczu, wręcz przeciwnie, nie wiem czy jest coś porównywalnego do kropel całujących policzki, ramiona, stopy… W takie dni jednak w mojej głowie rośnie Cytadela. Mieszkają w niej Anioły, które strzegą Tajemnic. Nic nie wiem o Tajemnicach ale czasem w tedy płaczę. A kiedy płaczę zaczynam szkicować. Obraz rozmazany przez łzy nabiera dla mnie sensu. A raczej nie tyle dla mnie co dla mojej dłoni, która zamaszyście kreśli ołówkiem portrety. Portrety wydają mi się znajome. Czasem godzinami im się potem przyglądam.
Bywa też, że w takie dni piszę. Długopis zamienia się wtedy w różaniec. W różaniec dlatego, że to co pisze to moje modlitwy. Modlę się za wiele osób. Przebaczam wielu ludziom. Moja przyjaciółka wie o tym i pyta mnie czy modlę się też za siebie, czy przebaczam tez sobie. Tłumaczę jej, że to niemożliwe, ponieważ Anioły wciąż nie dopuszczają mnie do Tajemnic. Nie wiem więc ani dlaczego płaczę ani co muszę sobie wybaczyć.
W takie dni nie spotykam innych osób. Są tylko Anioły i deszcz.
***
Ten poranek jest inny. Czuję, że coś uległo zmianie. Wstaję i patrzę przez okno. Nie ma tam nic niezwykłego, świt już miną, słońce rozświetla wszystko w sposób zupełnie normalny, nie ma w tym widoku nic poetycznego. A jednak jakbym już kiedyś przeżyła właśnie taki poranek. Jak gdybym kiedyś w taki poranek kogoś kochała.
Jeden poranek to za mało na wspomnienie miłości.
***
Ofelia siedzi nad niewielkim oczkiem wodnym w ogrodzie. Trzyma mnie za rękę. A potem tonie. Tak brzmi streszczenie spotkania z ubiegłego tygodnia. Przyjaciółka stara się mnie nakłonić do dalszych zwierzeń ale ja nagle przestaję mieć na to ochotę. Ręce od paru dni trochę mi się trzęsą i wylewam odrobinę herbaty na spodnie. To nic, po herbacie rzadko zostają plamy. Przynajmniej na dżinsach. Przynajmniej po miętowej. Myśląc o tym przestaję słuchać milczenia przyjaciółki. Zazwyczaj lubię słuchać milczenia. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że milczenie szeleści i to szeleści na różne sposoby. Posunę się nawet do twierdzenia, że każdy milczy inaczej.
Po jakichś piętnastu może dwudziestu minutach – czas jest dla mnie trochę nieprzewidywalny i ciężko mi się go nauczyć – podejmuję rozmowę. Wspominam o tym, że Ofelia umarła z miłości. Nie rozumiem tego choć wiem, że wiele osób tak robi. Przyjaciółka kiwa ze zrozumieniem głową – ona też tego nie rozumie, ale może razem wyjaśnimy tą sprawę. Może. Ale raczej nie dzisiaj. Zaczyna mnie boleć brzuch kiedy o tym mówimy. Dopijamy więc resztę herbaty rzucając luźne uwagi na temat pogody.
***
Od kiedy pamiętam uwielbiałam koty. Fascynujące stworzenia. Nie do przewidzenia, nie do okiełznania. W brew temu co wielu ludzi twierdzi koty nie mają w sobie grama fałszu. Koty właśnie są najbardziej szczerymi istotami jakie znam. Kiedy pragną czułości przychodzą po nią same, kiedy pragną spokoju, nie pozwalają by im go zaburzyć.
Kot, który siedział teraz przede mną uśmiechał się szeroko szczerząc białe zęby. Powiedziałam mu, że wygląda na trochę szalonego z tym ogromnym uśmiechem. Jeśli to możliwe na te słowa uśmiechną się jeszcze bardziej i spytał czy byłam kiedyś po drugiej stronie lub w Krainie, bo tam wszyscy są lekko szaleni. A On zawsze pojawia się tam gdzie jest choćby odrobina szaleństwa. Zgodnie z tym co wiedziałam nie byłam i tak właśnie powiedziałam kotu. Kot zamruczał jakbym podrapała go w jakiś niezmiernie przyjemny sposób. Z tego mruczenia wyłowiłam zdanie, które brzmiało jak – czy aby na pewno? Czy nigdy nie byłaś tam gdzie byłem ja? Zaprzeczyłam. Zwłaszcza, że nie miałam pojęcia gdzie bywał kot. Ten popatrzył na mnie i powoli zaczął znikać, a znikając powiedział – Kłamiesz, przecież właśnie byłaś tu zemną, co znaczy, że byłaś tam gdzie ja. I znikną.
Podczas wieczornej rozmowy nie wytrzymałam i zadałam pytanie przyjaciółce – czy ja jestem szalona? Przez chwile nie odpowiedziała. Po czym chciała wiedzieć co rozumiem przez bycie szalonym. Ponieważ nic lepszego nie przychodziło mi do głowy, oznajmiłam, że być szalonym to uśmiechać się tak jakby szczęka nie miała granic oraz bywać w różnych Krainach. Co znaczy, że nie jestem szalona. Nie bywam w Krainach, a mój uśmiech mieści się spokojnie na mojej twarzy.

***
Moja przyjaciółka jest dzisiaj wyjątkowo formalna. Nie jestem pewna czy chodzi mi o strój czy postawę. Po prostu wyczuwam jakby odrobinę powagi w naszym spotkaniu. Oznajmia, że czas spróbować czegoś innego. Pytam czy chodzi o kawę. Czy znalazła może jakiś nowy ciekawy smak. Nie bardzo wiedziałam o co innego mogło jej chodzić. Mówi, że nie i podsuwa mi nieduży karton. Sięgam do środka, wydaje mi się, że właśnie tego się po mnie teraz oczekuje. Wyciągam stosik kopert.
Czuje ciche pukanie w głowie.
Listy są adresowane „Do Sz. P. Boga”.
W mojej głowie zaczynają bzyczeć malutkie muszki.
Wyciągam zdjęcie przystojnego mężczyzny obok, którego stoi drobna ale nie brzydka kobieta.
Muchy brzęczą coraz głośniej. Przenoszą się w okolice klatki piersiowej.
Chyba nie mogę oddychać. Otwieram usta i nie wiem czy krzyczę czy szepczę. Płaczę czy się śmieję.
Niczego nie jestem teraz pewna. Czuje tylko, że Anioły pokazują mi wszystkie Tajemnice naraz. Świat trzęsie się i wiruje. Robi się ciemno. Robi się za głośno, a potem za cicho.
Kiedy otwieram oczy, leżę na swoim niewielkim łóżku, w swoim niewielkim pokoju. Jest chyba wieczór. W uchylonych drzwiach dostrzegam mamę. Rozmawia z moją przyjaciółką. Słyszę drżący głos mamy i spokojny głos przyjaciółki.

- Przykro mi ale nadal nie dopuszcza do siebie wspomnień.
- Pai Doktor… czy jest szansa…czy… czy ona do nas wróci?
- Ciężko powiedzieć. Uciekła głęboko w siebie, rzeczywistość prawie wcale do niej nie dociera.
- Boże… Gdybym w tedy wiedziała, gdybym mogła przewidzieć… Ona Go tak bardzo kochała. Była taka szczęśliwa. A potem to. Tak nagle coś się popsuło. Próbowali, nie wychodziło. Męczyli się wzajemnie. I pewnego dnia coś w niej pękło…
- Tego nie da się przewidzieć. Granica bólu dla każdego człowieka jest inna.
***
Wczoraj spotkałam smutnego chłopca. Piotruś zgubił coś bardzo ważnego ale nie mógł sobie przypomnieć co to było. Chciałam mu pomóc. Pytałam Go o jakieś wskazówki. Wtedy on wyciągną pogniecioną karteczkę na której dość niezdarnie ktoś nakreślił „Tak bardzo Cię kocham Piotrusiu. Dzwoneczek.” Spytałam więc kim może być dzwoneczek. Chłopiec wzruszył tylko ramionami i odparł, że nie wie, że zapomniał. Ciężko było mi uwierzyć, że można zapomnieć kogoś kto tak bardzo nas kocha. Miłość przecież jest po nad wszystko? Nie można jej zgubić. Tak mi się przynajmniej wydaje.




NATALIA


Wczoraj spotkałem Anię z Zielonego Wzgórza. Gdy tylko ujrzałem tę kobietę, na myśl przyszło mi właśnie to określenie. Żadne inne, tylko właśnie to, mimo że nigdy nie lubiłem ani marchewkowowłosej dziewczyny z powieści Lucy Maud Montgomery, ani Megan Follows, która odgrywała ją w filmach.
Jadłem obiad z nowo pozyskanym kontrahentem w jednej z pełnych niepowtarzalnej atmosfery restauracyjek, jakie kryją w sobie kręte uliczki Warszawy, a wie o nich tylko ten, kto się w niej urodził. 
Odruchowo spojrzałem w bok, podnosząc do ust kieliszek z wodą. Po wielkim przeszklonym oknie, sięgającym od podłogi aż po sufit, spływały coraz grubsze krople deszczu. Rozpryskując się o szybę, tworzyły na niej liczne smugi, układające się w esy-floresy.
Przemykający chodnikiem i ulicą przechodnie chowali twarze pod parasolami bądź kapturami płaszczów przeciwdeszczowych. Nie zwracali uwagi na towarzyszy deszczowej niedoli, tak samo jak na kobietę, która płynnym krokiem przemierzała przejście dla pieszych. Nagle stanęła na samym jego środku, nie bacząc na to, iż hamuje ruch uliczny. Delikatnym gestem, bez pośpiechu, zdjęła okrywającą jej ciało kurtkę. 
Bezimienna obracała się wkoło, pośród padających kropli, wznosząc oczy ku niebu. Letnia sukienka, w którą była ubrana, w ciągu kilku sekund przesiąkła wodą, przyklejając się do jej ciała niczym druga skóra. 
Klaksony i niewybredne słowa zdenerwowanych kierowców przerwały wreszcie ten niemy spektakl jednego aktora. Jego bohaterka przeszła na chodnik, odgarniając z twarzy i szyi rude pierścionki włosów. W tym właśnie momencie nasze spojrzenia się spotkały. 
"Ania z Zielonego Wzgórza", jak zdążyłem ją już w myślach nazwać, nie czując skrępowania tym, że stałem się mimowolnym świadkiem jej deszczowego tańca, zwróciła ku mnie wzrok. Jak zahipnotyzowany wpatrywałem się w tęczówki tak niebieskie, jak skrawek nieba nad głową rudowłosej, który wykwitł nagle pośród stalowoszarych chmur. Twarz kobiety rozjaśnił uśmiech, nadając jej delikatnym rysom jeszcze bardziej dziewczęcy wygląd.
Przez nabrzmiałe od deszczu obłoki przedarły się nieśmiałe promienie słońca. Nieznajoma odeszła w sobie tylko wiadomym kierunku.

*

Wspomnienie kobiety o błękitnookim spojrzeniu towarzyszyło mi od tej samej chwili, w której na mnie popatrzyła. Kontrahent najwidoczniej to odczuł, więc pożegnaliśmy się dość szybko i mimo wszystko serdecznie. 
Nie, nie serdecznie. W takim biznesie jak mój, gdzie rolę odgrywają bardzo duże pieniądze, nie ma miejsca ani na serdeczność, ani na sentymenty. Jest za to walka o inwestorów, okupiona ogromnym stresem, i kurtuazyjna nadzieja na "bardzo owocną współpracę".
W pracy, która nie wiedzieć kiedy, skradła mi niemal dziewięćdziesiąt procent życia, osiągnąłem wszystko, co można było osiągnąć. Stałem na czele dużej, dobrze prosperującej i szanowanej na rynku firmy. O pieniądze nie musiałem się martwić. Gdybym ni z tego, ni z owego, nagle chciał przestać pracować, starczyłoby mi ich do końca życia.
Odzwierciedleniem mojej zamożności stał się luksusowy apartament w jednej z luksusowych dzielnic w centrum stolicy. Byłem typem faceta, dla którego projektowanie wnętrz ludzkich siedzib stało się sposobem na życie, i który osiągnął wszystko własnymi rękoma. 
W pracy dbałem nawet o najdrobniejszy szczegół. Chciałem każdemu pomieszczeniu, bez względu na to czy był to gabinet dyrektora międzynarodowej korporacji, czy też salon w niewielkim domku jednorodzinnym, nadać choć trochę cech właścicieli, do których miały należeć. W swoim własnym mieszkaniu postawiłem na bezwzględny minimalizm. Jego wnętrze było surowe, niemal ascetyczne, choć nieliczne sprzęty, jakie w nim umieściłem, opatrywały nazwy firm z najwyższej półki.
To moja była żona lubiła otaczać się zbytkiem, który stanowił jedną z najistotniejszych wartości w jej życiu. Zaraz po nim lubiła mężczyzn, bo obca jej była natura monogamistki, jednakże o tym fakcie dowiedziałem się dopiero w chwili, gdy położyła papiery rozwodowe na biurku w moim gabinecie. 
Pierwsze miesiące mojego małżeństwa były najszczęśliwszym okresem w moim życiu. Nie mieliśmy wtedy prawie nic, z braku lodówki kupowaliśmy jedzenie tylko na jeden dzień, żeby się nie zepsuło, a kochaliśmy się jak szaleni.
Wszystko zaczęło się psuć w momencie, gdy na moje konto wpłynęły pierwsze duże pieniądze, a ja poczułem, co znaczy tak popularne teraz słowo "prestiż". Przyszły pierwsze kłótnie i pierwsze ciche dni. Początkowo starałem się walczyć ze złymi nastrojami mojej drugiej "połówki jabłka", obdarowując ją biżuterią znanych marek, wiedząc, że właśnie takie podarunki sprawiają jej najwięcej radości, i jeszcze więcej pracując. Potem jednak moja praca stała się sposobem na ucieczkę od wiecznie niezadowolonej Małgorzaty.
Bardzo przeżyłem rozstanie z Gosią, jak ją nazywałem jeszcze trzy lata temu. Dobrze, że nie mieliśmy dzieci, bo pewnie cierpiałyby jeszcze bardziej niż ja. Myśli o nieudanym małżeństwie nadal mnie bolały, chociaż przestałem się już zastanawiać, kto ponosi winę za jego rozpad. Wina pewnie leżała pośrodku, tak jak było w prawie każdej podobnej sytuacji. Jeżeli czegoś żałowałem, to chyba tylko tego, że nie walczyłem o nasz związek, że nie próbowałem go naprawić.
Porażce w życiu prywatnym przeczyły coraz większe sukcesy w życiu zawodowym. Tęsknoty za kobietami nie czułem, aż do dziś. Aż do spotkania błękitnookiego spojrzenia. 
Zapadałem w sen z postanowieniem, że następnego dnia wyjdę z pracy dużo wcześniej, by pójść w okolice restauracji, w której dzisiaj spożywałem obiad. Los mi jednak nie sprzyjał, gdyż zamiast udać się w jej okolice, musiałem odwieźć do szpitala moją mamę, ponieważ źle się poczuła. 
Kiedy poszedłem w pobliże restauracji we czwartek, nie spotkałem nieznajomej. Chodziłem tam przez ponad tydzień, łącząc te wizyty z opieką nad chorą mamą. Stwierdziłem, że poniedziałek będzie ostatnim dniem, w którym pójdę odwiedzić miejsce, gdzie ujrzałem "Anię z Zielonego Wzgórza". Szedłem tam bez poczucia radości, jaka towarzyszyła mi w ciągu ostatnich dni. Bez poczucia nadziei, że wreszcie ją zobaczę. A jednak ujrzałem ją. 
Siedziała na ławce w parku, który z jednej strony otaczał lokal Paryskie Marzenie. Przysiadłem koło niej cicho. Bezimienna nie poruszyła się, choć czułem, że wie, iż ktoś jest tuż obok. Usianą drobnymi piegami twarz, jakby bledszą niż wtedy, gdy widziałem ją po raz pierwszy, wystawiła do słońca, chciwie chłonąc jego promienie.
  – A więc jednak pan przyszedł –   odezwała się nagle. Głos miała ciepły i melodyjny.
– W szkole uczono mnie, by nie zaczynać zdania od "a więc" – usiłowałem zdobyć się na żart. Dziewczyna roześmiała się cicho, chociaż wcale mi się on nie udał. – Jak masz na imię "Aniu z Zielonego Wzgórza"? – brnąłem dalej, coraz bardziej pogrążając się we własnych oczach.
– Pewnie pana rozczaruję – rzekła, nie przechodząc na ty – ale daleko mi do rozmarzonej dziewczynki z opowieści Maud z Wyspy Księcia Edwarda. Jestem Natalia –   powiedziała.
– Piotr – przedstawiłem się krótko i delikatnie uścisnąłem jej drobną dłoń. –   Pozwolisz się zaprosić na kawę i ciastko?
– Wolałabym, byśmy pozostali przy bardziej oficjalnych formach i nie mówili sobie na "ty", jednak na kawę i deser dam się zaprosić – Natalia uśmiechem próbowała złagodzić swoje dość ostre słowa. 
Podczas wizyty w Paryskim Marzeniu mówiliśmy niewiele. Natalia ledwo skubnęła ciastko, mimo że naprawdę było bardzo smaczne, i upiła tylko dwa łyki kawy. Proponowałem jej odwiezienie do domu, lecz odmówiła.
Mimo takiego obrotu spraw, postanowiłem przełamać ten dystans, który Natalia starała się utrzymać między nami. Każdego dnia przychodziłem więc na "naszą" ławkę w parku. Stał się to taki swoisty rytuał i dla mnie, i dla Natalii. 
Rytuał ten jednak nie był codzienny, ponieważ bywały dni, w których czekałem na nią bezskutecznie. Gdy pytałem czemu jej nie było, nie odpowiadała. 
Na tych spotkaniach-niespotkaniach upłynęło nam całe lato. Nastał wrzesień, równie gorący jak jego poprzednik sierpień. 
Dziewiętnastego września jak zawsze siedziałem obok Natalii na "naszej" ławce. Zauważyłem, że tego dnia miała na sobie sukienkę w ładnym odcieniu fioletu, który podkreślał kolor jej włosów i oczu. 
Na pogodne do tej pory niebo wypłynęły grafitowoczarne chmury. W oddali słychać było pierwsze grzmoty. Na nasze nieprzygotowane do tego ciała i głowy spadły pierwsze krople deszczu. Było niemal tak jak wtedy. Niemal. 
Do mojego samochodu biegliśmy, choć moja towarzyszka utykała trochę na prawą nogę, lecz nie zwróciłem na to zbytniej uwagi. Trzymaliśmy się za ręce i śmieliśmy jak dzieci. Wkrótce byliśmy przemoczeni do suchej nitki.
Zawiozłem nas prosto do mojego mieszkania. Natalia cała trzęsła się z zimna. W pośpiechu zrzucaliśmy z siebie mokre ubrania. W białym szlafroku, który kazałem jej nałożyć, prawie ginęła. Była bardzo szczupła.
Siadłem obok niej na kanapie, a ona, jakby chcąc przełamać dzielący nas do tej pory dystans, po prostu się do mnie przytuliła.
Tego, co stało się później, nie planowaliśmy. Gdy jakiś czas potem pocałowałem Natalię w policzek, poczułem na ustach słony smak wilgoci. 
– Czemu płaczesz? Co się stało? – zarzuciłem ją pytaniami, jakby wyjętymi z kiepskiego melodramatu.
– Płaczę bo... bo mam dziś urodziny i kończę dwadzieścia osiem lat.
– Rzeczywiście, skoro dwadzieścia osiem lat kończy się raz w życiu, to jest to powód do płaczu, bardzo istotny zresztą – rzekłem na pół żartobliwie, na pół poważnie, ścierając łzy z jej policzków.
– Tak, masz rację. Raz w życiu – poza tymi słowami Natalia nie powiedziała już nic więcej tej nocy. Wtuliła się tylko we mnie, a ja gładziłem jej drżące, szczupłe plecy.
Kiedy następnego dnia Natalia podniosła się z łóżka, zrobiła może dwa kroki i nagle upadła. Zauważyłem, że utyka coraz bardziej.
– Chyba się gdzieś uderzyłam. To przejdzie, nie ma się czym przejmować – taka była jej odpowiedź na moje pytające spojrzenie. Nie drążyłem więcej tematu.
Miałem nadzieję, że spędzona wspólnie noc wiele w naszym życiu zmieni. Że Natalia dopuści mnie do swojego życia, bo tak naprawdę prawie nic o niej nie wiedziałem. Moje nadzieje okazały się jednak płonne, a Natalia dalej pozostała skryta i tajemnicza. 
Właśnie ten powiew tajemnicy tak mnie w niej fascynował, choć jednocześnie miałem wrażenie, że nie chce ona dopuścić mnie do siebie, a dystans między nami jej odpowiada.
Z początku próbowałem naciskać, by ze mną zamieszkała, ale po kilku próbach zaprzestałem tego, widząc, że Natalia staje się coraz bardziej drażliwa i nerwowa. 
Niepostrzeżenie nadszedł słotny, deszczowy listopad. Widywaliśmy się wtedy trochę rzadziej, bo wyjechałem wówczas w podróż służbową do Austrii. Chciałem pokazać Natalii Wiedeń, który jest według mnie piękny o każdej porze roku, ale powiedziała, że jedzie na miesiąc do sanatorium nad morze.
Rzeczywiście, Natalia utykała coraz bardziej, a boląca noga wyraźnie dawała jej się we znaki.
Planowałem, że zrobię jej niespodziankę i odwiedzę ją w Kołobrzegu zaraz po powrocie. Przedtem jednak musiałem zawieźć moją mamę na badania, którym musiała poddawać się co kilka miesięcy, od czasu gdy w lecie wylądowała na oddziale kardiologicznym.
Tamtego pamiętnego wtorku czekałem z mamą na przyjęcie przez lekarza w poradni kardiologicznej. Dla zabicia czasu poszedłem kupić sobie kawę z automatu. Spacerowałem po korytarzu, gorący napój przyjemnie parzył mi usta. Popatrzyłem na drzwi prowadzące w głąb oddziału onkologicznego i poczułem napływającą do ust gorycz. Tekturowy kubek wypadł mi z dłoni.
– Natalia – krzyknąłem, choć głos uwiązł mi w gardle. Tych płomiennorudych włosów nie pomyliłbym z żadnymi innymi. Dognałem ją i z całej siły szarpnąłem za ramię. Spojrzała na mnie z bólem w oczach, po czym równie silnie wyszarpała rękę z uścisku.
Próbowała ode mnie uciec, lecz ja ją dogoniłem. Siedziała na jednym z sześciu łóżek w szpitalnej sali. Twarz miała nienaturalnie bladą, a pod oczami ciemne półksiężyce cieni.
– Co ty tu robisz? Przecież mówiłaś, że będziesz w sanatorium! – krzyknąłem wściekły.
– To jest moje sanatorium. Mam raka, jak pewnie zdążyłeś się już domyślić. Nie chciałam, żebyś wiedział.
– Jak długo jeszcze zamieszałaś mnie okłamywać? – zapytałem. Między nami była tylko cisza.
Wybiegłem. Po prostu stamtąd wybiegłem. A potem chlałem na umór przez cały tydzień, wódą i whisky zalewając gorycz kłamstwa. Natalia próbowała do mnie dzwonić, nie odbierałem jednak telefonów od niej.
Gdy półtora tygodnia później w końcu się przemogłem i nieogolony, w pogniecionym ubraniu, poszedłem odwiedzić ją w szpitalu, leżała na łóżku, podłączona do kroplówki.
– A więc jednak pan przyszedł – wyszeptała, tak jak przy naszym drugim-pierwszym spotkaniu i głos jej się załamał.
– W szkole uczono mnie, by nigdy nie zaczynać zdania od "a więc" – odparłem podobnym tonem. – Nataluś, skarbie, czemu nic mi nie powiedziałaś? – Pogładziłem ją po dłoni.
– Nie chciałam, żebyś wiedział. Być może bałam się też, że się wystraszysz i odejdziesz, podobnie jak mój narzeczony, z którym miałam brać ślub. Przy naszym spotkaniu powiedziałam ci, że niewiele mam wspólnego z Anią z Zielonego Wzgórza, ale to nieprawda. Tak bardzo chciałam jeszcze raz się zakochać. Chciałam mieć domek z ogródkiem i dwoje dzieci. Jeszcze wtedy wierzyłam, że wyzdrowieję, bo nastąpiła kilkumiesięczna remisja. Starałam się żyć normalnie, choć gdzieś w głębi duszy ciągle czaił się strach. I nagle pojawiłeś się ty, a ja po pół roku życia "na kredyt" dowiedziałam się, że rak znowu zaatakował. Wtedy przypomniał mi się cytat z jakiejś książki: "Uważaj o czym marzysz, bo twoje marzenia mogą się spełnić, ale niekoniecznie tak, jakbyś chciała". To nieuleczalny nowotwór kości... 
W tej jednej chwili wszystko zrozumiałem. Dzielący nas dystans. Niedomówienia. Tajemnice. Nawet taniec wśród padającego deszczu.
– Mam pieniądze, znajdę ci najlepszego lekarza...
– Pieniądze nic tu nie zmienią. Piotrze, ja umieram. Lekarze mówią, że zostały mi dwa miesiące życia. Jutro przenoszą mnie do hospicjum – w tym momencie Natalia rozpłakała się jak dziecko, a ja mogłem tylko trzymać ją w ramionach, nic więcej.
Gdy usnęła, wyczerpana płaczem i otumaniona lekami przeciwbólowymi, odbyłem rozmowę z lekarzem. Z reguły nie udzielają oni informacji o stanie chorego osobom postronnym. Dla mnie jednak ordynator opiekujący się Natalią postanowił uczynić wyjątek. Jego słowa nie pozostawiły mi złudzeń, co do stanu, w jakim się znajdowała. Kiedy zapytałem, czy mogę coś dla niej zrobić, z jego ust padły jedynie trzy słowa:
– Być przy niej.
Natalia nie chciała odchodzić w hospicjum. Nie "umierać" a właśnie "odchodzić", tak powiedziała. 
Ostatnie tygodnie swego życia moja "Ania z Zielonego Wzgórza" spędziła w małym dwupokojowym domu pod Warszawą, w którym się wychowała. Towarzyszyli jej starsi, schorowani rodzice, bowiem Natalia była późnym dzieckiem. 
Wszyscy troje żyli bardzo skromnie, a mimo to nigdzie nie czułem się tak dobrze (chyba tylko u mojej mamy), jak w tym domku, w którego okna zaglądały jabłonki. 
Przy Natalii trzymaliśmy fason, i ja, i jej rodzice, bo prosiła nas, byśmy nie płakali. Wyliśmy za to wówczas, gdy tylko opuszaliśmy pokój, w którym leżała. Do opieki nad nią wynająłem dwie pielęgniarki. Sam też pomagałem ją pielęgnować, choć początkowo odmawiała, mówiąc, że czuje się skrępowana. 
Praca przestała mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Liczył się tylko czas, który mogłem spędzić z moim najdroższym skarbem.
Poprosiłem Natalię o rękę, jednak powiedziała "nie", prosząc mnie o uszanowanie jej decyzji. Gdy zapytałem, czemu to robi, odrzekła, że nie chce, bym jeszcze bardziej cierpiał, kiedy jej już nie będzie. 
Dane nam było spędzić ze sobą nasze pierwsze a zarazem ostatnie Boże Narodzenie. 
W Wigilię Natalia poczuła się lepiej, a we mnie na nowo rozkwitła irracjonalna nadzieja, iż wyzdrowieje. Siedzieliśmy przy stole w piątkę, bo do domu jej rodziców zawitała też moja mama. Ta, którą kochałem, była obok mnie, a ja chciałem, by czas zatrzymał się już na zawsze. Uśmiechała się do mnie, co chwilę powtarzając, jak bardzo jest szczęśliwa. Do końca życia nie zapomnę tych chwil. Są one dla mnie dowodem na to, że prawdziwa bezinteresowna miłość, taka, która daje, nie żądając nic w zamian, istnieje. 
Natalia odeszła dwa dni po świętach. Byłem przy niej przez cały czas. Kiedy gasła, po raz pierwszy i ostatni usłyszałem od niej słowa "kocham cię".
Zostawiła mnie z oszalałym z rozpaczy sercem. By jej śmierć nie poszła na marne, założyłem fundację wspierającą finansowo ludzi zmagających się z nowotworami kości. Zostałem też dawcą szpiku. Może chociaż w ten sposób komuś pomogę. Może uratuję choć jedno ludzkie istnienie. Zaopiekowałem się także schorowanymi rodzicami Natalii. Odwiedzam ich, choć początkowo ich widok, widok miejsc, które przypominały mi o jej nieobecności, sprawiał mi nieznośny wręcz ból.
Wierzę, że Natalia czeka na mnie gdzieś tam. Ta myśl i wspomnienie jej błękitnych, pełnych miłości oczu, trzymają mnie przy życiu.
"Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą..."




Nie mam dziś czasu – umieram


Wczoraj spotkałem Tajfuna przyglądającego się ulicom miasta. Zapatrzony przed siebie siedział we wlokącym się powoli tramwaju. Tego dnia padał deszcz, prawdziwa ulewa. Drogi zamieniły się w rzeki i aż dziw brał, że kierowca tak pewnie prowadził połączone ze sobą, wypełnione po brzegi wozy po niewidocznej właściwie drodze. Po szybach spływały strumienie deszczu, zmieniając trochę widoczność za oknem, ale przecież nikt nie potrzebował dziś widzieć nic, ponieważ nikt i tak nie wiedział co znajduje się za oknami tramwaju. Wzdłuż drogi rozciągał się mur cmentarza, wokół którego walały się dziesiątki trupów, którymi nikt się nie przejmował, ponieważ nikt z obecnych ich nie widział.
Pisał się rok dwa tysiące osiemset dwudziesty. Świat, zdawało się, zatrzymał się w rozwoju. Przeludnienie stało się widoczne gołym okiem. Zakaz rodzenia dzieci od lat nękał ludzi, którzy masowo poddawali się sterylizacji. Każdy kto nie przestrzegał w tym przypadku prawa, był surowo karany i przymusowo wysyłany na Pluton, gdzie wysiedleńcy i pierwsi kolonizatorzy, nie nadający się do życia na Ziemi, byli tam wysyłani w celu zasiedlania. Wszyscy bali się Plutona, każdego dnia docierały do nas mrożące krew w żyłach informacje o krwawych walkach wybuchających między żyjącymi tam osiedleńcami oraz o tajemniczych najeźdźcach z Ciemności, atakujących ich dniem i nocą. Pluton nie był dla ludzi dobrą planetą.
Zakaz rodzenia dzieci nie był jednak w moim świecie najważniejszym zakazem. Może teraz, kiedy wam o tym powiem, pomyślicie, że to niemożliwe, jednak sytuacja tu przedstawiona to nic innego jak czysta prawda. Surowe prawo naszej Ziemi zakazywało ludziom umierać. Każdy kto umarł i nie otrzymał na to pozwolenia, zostawał przez społeczeństwo „zapominany”. Ludzie po prostu przestawali widzieć ciało, pozostawione przez duszę i leżące nieruchomo gdziekolwiek tylko się spojrzało.
Ludzie żyli długo. Najsilniejsi dożywali się dwustu lat czy więcej i nadal wyglądali przy tym młodo. Jednak byli to tylko najbogatsi ludzie planety, którzy mogli sobie pozwolić na zakup najdroższych medykamentów. Milionerzy, którzy do największych pieniędzy doszli zakładając nowe cmentarze, wymieniali części swoich ciał za nowe, właściwie, przyznając prawdę, byli już na pół robotami. To właśnie oni tworzyli prawo. Biedni dożywali stu lat, ale umierając wyglądali jakby byli starsi od bogatych ludzi o wiele setek lat.
Żyliśmy w świecie nie przypominającym już dawnej Ziemi. Prawdziwy Stary Świat był szary i zniszczony, ten nowy, wirtualny, był jednym wielkim oszustwem, jednak ludzie pokochali go. Pragnęli się oszukwiać, kłamać sobie prosto w twarz, wierzyć w coś, czego nie było. Z czasem świat się pogrążył. Ludzie przestali ze sobą komunikować, nie potrafili liczyć i pisać, ponieważ to wszystko robiły za nich komputery, rządzące teraz światem. W swoich pokojach człowiek nie posiadał oprócz łóżka żadnego przedmiotu, ponieważ znajdował się w świecie ogłupienia. Brudne ściany za sprawą komputerów przybierały piękne barwy, ich dom był jedną wielką iluzją. Żyliśmy w swiecie ułudy. Ale ludziom to odpowiadało. Ludzie zawsze tacy byli: lubili się okłamywać, dlatego teraz otaczała nas fatamorgana w której wszyscy czuli się dobrze.
Oczywiście wiedziałem, że Tajfun nie widzi tego wszystkiego co widziałem ja. Ja należałem do zupełnie innej kategorii ludzi, ja nie byłem zaszczepiony, mój mózg działał więc prawidłowo i widział wokół całe panoszące się zło.
Tajfun należał do pokolenia dzieci szczepionych jeszcze przed narodzeniem. Wszczepiano im specjalne chipy, dzięki którym ich mózgi były kierowane przez sieć komputerów. Jego oczy widziały świat w dobrych barwach. I kiedy czasem zdarzało się, że niechcąco zachaczyłby nogą o martwe ciało leżące na chodniku, nie zauważyłby go, ponieważ jego oczy zmieniały martwego w zwykłe przeszkody leżące na ziemi, jak kamienie, gruz, konary czy zwykłe dziury, które należało ominąć.
Moja matka była Matką. Wszystkie Matki rządziły Nowym Światem i to one pociągały za sznurki, one ulepiały świat według siebie, władając całą siecią komputerów na ziemi. Ojcowie ginęli zaraz po odbytym stosunku, kiedy stwierdzano że Matka zaszła w ciążę. Wysyłano ich na Planetę Cienia, gdzie ginął po nich ślad. Matki chroniły swoje dzieci, rodziły zawsze tylko jedno, a następnie przeznaczały je Bóstwu. I ja miałem zostać przeznaczony...
Ludzie, aczkolwiek nie wszyscy, łączyli się z robotami tak bardzo przypominających ludzi, że aż trudno było ich rozpoznać. Roboty byli ich najlepszymi przyjaciółmi, doskonałymi kochankami, czytali im, dbali o nich i rządzili nimi, choć ludzie nie zdawali sobie z tego sprawy. Ludzie zamienili się w marionetki, ale również to im odpowiadało. Jak dobrze było robić to, co ci kazano i nie musieć myśleć o niepotrzebnych rzeczach. Wszystko za nich załatwiały roboty.
Tyle o moim świecie. Teraz wrócę do Tajfuna, ponieważ to o nim raczyłem tu wspomnieć przed końcem. Siedział z głową opartą o szybę i patrzył przed siebie. Tramwaj w którym siedział (tramwaje jeździły od setek lat by biednym przypominać o Starym Świecie) zatrzymał się na przystanku i chłopak wysiadł. Ja poszedłem za nim. Przyglądałem mu się od dawna, zaprzyjaźniłem się z nim, choć nie powinienem, pochodziliśmy z różnych sfer, gdzie granice były nie do pokonania. Moja matka nie mogła dowiedzieć się, że spotykam się ze zwykłymi ludźmi, gdyby się tego dowiedziała, pogardzałaby mną do końca życia. Odsunęłaby się ode mnie na zawsze.
Tymczasem Tajfun dopiero teraz zauważył mnie a jego twarz diametralnie się zmieniła. Uśmiechnął się, w jego oczach pojawił się blask.
– Witaj! – powiedział. – Długo się nie widzieliśmy. Nie odzywałeś się...
– Nie mogłem. Wiesz, że nie jest mi łatwo spotykać się z tobą...
– Wiem, dlatego cieszę się, że właśnie dziś cię widzę.
– Masz urodziny, nie mogłem nie przyjść, kiedy już zostałem zaproszony.
Była to prawda, Tajfun, którego matka była białą kobietą nieznanego pochodzenia a ojciec Japończykiem, dzisiaj obchodził swoje osiemdziesiąte urodziny. Jego rodzice dawno już nie żyli, oboje popełnili błąd sprowadzenia na świat kolejnego potomka i wraz z nim zostali usunięci z Ziemi. Wysłano ich na Planetę Cienia...
W domu Tajfuna dziś odbywało się rzadkie w tym świecie spotkanie. Ja i jego dwóch znajomych, zostaliśmy zaproszeni na przyjęcie urodzinowe. W tym świecie ludzie nie mieli przyjaciół, jednak Tajfun miał to szczęście i żył, jak kiedyś setki lat temu żyli ludzie: w przyjaźni z innymi osobnikami tego samego rodzaju.
Wchodząc do klatki schodowej mój kolega wyciągnął pocztę ze skrzynki i windą wjechaliśmy na sto pięćdziesiąte piętro wysokiej budowy. W dzisiejszych czasach już nie było rodzinnych domków a jedynie ogromne, ginące w chmurach wieżowce, często połączone ze sobą i tworzące w górze sieć labiryntów, w ten sposób zdołano pomieścić wszystkich ludzi. Pokój Tajfuna znajdował się dokładnie na poziomie chmur, które przepływały obok jego okna. Żył w chmurach. Dosłownie.
Goście mieli przyjść za dwie godziny, więc mieliśmy jeszcze czas. Wiedziałem na co, przecież od lat spotykam się z Tajfunem i razem oddawaliśmy się naszej tajemnicy. Przez moment popatrzyłem mu w oczy i zadrżałem: zobaczyłem w nich smutek. Wiedziałem, że był szczęśliwy ze spotkania ze mną, ale ten smutek migoczący w jego oczach nosił w sobie od urodzenia. Było mi go żal, tak bardzo chciałbym mu pomóc, ale nie potrafiłem.
Kiedy pewnego dnia wspomniałem Matce o Tajfunie, zamieniła się w furię i zakazała mi się z nim spotykać.
– Nie możesz kalać naszej krwi przyjaźnią z człowiekiem!
– Ja również jestem człowiekiem! – odpowiedziałem na to ze złością.
– Ty nie jesteś człowiekiem! Zostałeś zrodzony z ludzkiego ojca, ale ja jestem Matką! Tworzę ład tego świata, jestem bogiem!
Wiedziałem, że mówi prawdę i płakałem, ponieważ chciałem być człowiekiem. Tylko Tajfun potrafił dać mi swoją przyjaźń, tylko on posiadał w swych oczach odbicie dawnej świetności człowieka, który teraz został złamany i zdeptany. Człowiek już nie miał godności. Człowiek był nikim. A ja chciałem być człowiekiem, ponieważ wierzyłem, że bijące w ich ciałach serca, są zdolne do wielkich poświęceń. To Tajfun przecież uratował mi życie, gdy już nie miałem nadziei. Nie chciałem być ofiarowany bóstwu, choć wszyscy zrodzeni z Matek się na to godzili, ja do nich nie należałem. Dlatego tak bardzo chciałem się stać człowiekiem.
Tymczasem zasiedliśmy w pokoju a Tajfun nacisnął przycisk swojego pilota. Okno zaciemniło się, zapadł mrok a w pokoju nagle zajaśniała mała kropelka światła, która po chwili rozrosła się do wielkich rozmiarów i nagle oto przed nami siedział człowiek na drewnianym krześle z książką na ręku. Hologram Bolesława Prusa. Był to prezent jaki otrzymał ode mnie Tajfun za uratowanie mi życia. Tamtego dnia bowiem utracił swój najcenniejszy skarb: starą i okropnie zniszczoną książkę tego właśnie autora. Książki w naszym świecie zanikły, dotarcie do jakiejś graniczyło niemalże z cudem.
– Była to jedyna rzecz, która pozostała mi po rodzicach – wyszeptał Tajfun, patrząc jak książka spada w dół i znika.
Teraz zaś Bolesław Prus siedział przed nami i czytał kolejny rozdział swojej powieści a my zasłuchani siedzieliśmy w ciszy, rozkoszując się jego głosem.
Kiedy autor skończył czytać, wyłączyliśmy hologram i w pokoju znowu pojawiło się przytłumione światło.
– Mam dla ciebie prezent – powiedziałem i wręczyłem mu zapakowany podarunek.
Tajfun pełen zapału rozerwał papier a kiedy zobaczył co znajduje się w środku, w jego oczach pojawiły się łzy.
– Jak... – chciał coś powiedzieć, ale nie potrafił.
– Zabrało mi to wiele czasu, ale jak wiesz, dla takich jak ja nie ma rzeczy niemożliwych.
– Dziękuję...
Cieszyłem się z jego radości. Co prawda nie była to ta sama książka Prusa, która wtedy wypadła z jego rąk, ale jednak i ta była prawdziwą książką z pradawnych czasów.
Tajfun objął mnie i złożył na moim policzku pocałunek. Był mi wdzięczny, czułem to. Wiedziałem, że spełniłem jego wielkie marzenie, od lat pragnął mieć książkę w domu. Umiał czytać a nasz nowy świat został tak skonstruowany, że literatura poprzez zakazy zupełnie zniknęła z Internetu i ze Świata.
Po chwili, znowu za pomocą paru przycisków pokój zupełnie się zmienił, zalały go barwy, ściany błyszczały, na stole pojawiło się jedzenie. Za chwilę przyjdą jego przyjaciele. Ale wtedy coś się wydarzyło. Tajfun zauważył pocztę przyniesioną do domu. W oczy rzuciła mu się jedna czarna koperta. Podszedł do niej jak zaczarowany i rozerwał ją jednym ruchem. Po chwili jego oczy zrobiły się wielkie ze zdziwienia i radości. Otoczył kartkę i zobaczyłem na niej plan cmentarza z miejscem zaznaczonym czerwonym krzyżykiem.
– Przydzielono mi miejsce na cmentarzu – wyszeptał a potem krzyknął z radości.
– Nie możesz... – pobladłem na twarzy.
– Przepraszam cię – powiedział – ale musimy się pożegnać. Dziś umieram.
Nie chciałem w to wierzyć. Rozumiałem, że każdy z nas odejdzie z tego świata, ja  również zostanę za jakiś czas ofiarowany, ponieważ narodziłem się z Matki i byłem męskim osobnikiem a ci nie mieli w życiu innej drogi.
Wiedziałem, że sytuacja w dzisiejszym świecie była ciężka, jeżeli chodzi o miejsce pochówku. Ludzie masowo umierali nie mając możliwości godnego spoczęcia w ziemi, zaś krematoria zostały setki lat temu zakazane przez prawo. Na miejsce na cmentarzu ludzie czekali dziesiątki lat i często zdarzało się, że się nawet nie doczekali. Ludzie nie wierzyli w Boga, ale jakiś strach przed pozostawieniem ciała po śmierci pozostawał zakodowany w ich umysłach i nie udało się tego zmienić. W urzędach składano wnioski o wydanie miejsca już w dniu urodzenia dziecka. Szczęście uśmiechało się tylko do wybranych. Lub bogatych.
Tajfun już stał w drzwiach i z dwoma rzeczami w rękach: z książką którą mu dałem i z malutką buteleczką. Nie było dla mnie tajemnicy co zawierała owa butelka.
Kiedy zjechaliśmy windą na dół, okazało się, że właśnie nadchodzą jego przyjaciele. Uśmiechali się i coraz bardziej zbliżali, ale Tajfun już biegł w zupełnie innym kierunku.
– Hej! Dokąd biegniesz? Wracaj! Co się dzieje?
– Nie mam dziś czasu! – krzyknął w odpowiedzi Tajfun. – Umieram!
Dwójka ludzi zatrzymała się, od razu zrozumieli o co chodzi. Na ich twarzach pojawiły się uczucia niedowierzania i radości. Każdy z nich chciałby być na miejscu mojego przyjaciela. Ludzie byli zmęczeni życiem. Pragnęli umrzeć i doczekać się godnego pochówku.
Tymczasem Tajfun nakazał mi wracać, podziękował za przyjaźń i życzył wszystkiego dobrego. Powiedział też, że mnie nigdy nie zapomni. Biegł dalej przed siebie i zniknął gdzieś w tłumie ludzi.
Poszedłem za nim spokojnie. Nadal wierzyłem, że to się nie stanie, że nic z tego nie będzie. Wszędzie tłumy ludzi, jeździły stare tramwaje, przypominające gąsienice, statki latały w drogach wyznaczonych nad moją głową, wokół ruch i szum. Ja jakbym tego nie słyszał. Wreszcie dotarłem do wejścia na cmentarz, potrafiłem dokładnie odtworzyć miejsce gdzie miał spocząć mój przyjaciel. Kiedy się już tam zbliżyłem zobaczyłem leżącego na ziemi przed grobem przyjaciela. Oddychał ciężko, książka i pusty flakonik leżały obok. Dziura w której miał zostać pochowany okazała się zakopana przed paroma minutami, spoczęło w niej jakieś inne ciało.
– Spóźniłem się – wyjąkał blady na twarzy Tajfun i podał mi list na którym widniała godzina jego pochówku. Spóźnił się o całe dwadzieścia minut, zbyt późno otworzył wiadomość. Teraz już ktoś inny zajął jego miejsce a on umierał na moich oczach.
– Spóźniłem się – powiedział a z jego oczu trysnęły łzy. Potem umarł na moich rękach.
Zabrałem go do Matki. Nie pozwoliła mi wejść z ciałem człowieka do środka. Nakazała natychmiast to wyrzucić i pójść się oczyścić. Patrzyłem na coraz bardziej ciążące mi na rękach ciało i nie potrafiłem jakoś porzucić go na pastwę losu. Poszedłem do jedynego miejsca gdzie to wszystko się zaczęło. Na Most Biednych, gdzie tamtego dnia zamierzałem skoczyć i zakończyć swoje życie. Tam, gdzie on mnie uratował. Wszedłem na barierkę i nie zastanawiając się, z Tajfunem na rękach skoczyłem w ciemność. Gdzieś w oddali rozległ się krzyk Matki. A ja wreszcie poczułem się wolny.
Kiedy ocknąłem się na dole, dokładnie pod mostem, zdziwiłem się, że jeszcze żyję. Nastał już kolejny dzień. Ciało przyjaciela leżało tuż obok. Resztkami sił wyciągnąłem telefon i nagrałem swoje ostatnie słowa. Zaczynały się tak:

„Wczoraj spotkałem Tajfuna przyglądającego się ulicom miasta...”

Wczoraj spotkałem Bohra


Wczoraj spotkałem Bohra. Wyglądał zupełnie inaczej niż sobie wyobrażałem. Jakby nie spędził długich godzin nad budową struktury atomu, ale właśnie wyszedł z kawiarni po o tyle frapującej co nic nie znaczącej, acz rozweselającej dyskusji. Miał ciemne włosy, poprzetykane nitkami siwizny i bardzo ciepły uśmiech. To od tego uśmiechu nie umiałem oderwać oczu… Mówił coś o kwantach i momencie pędu, a jego oczy błyszczały jakby na ich orbicie krążyły elektrony o energii tuż tuż przed przekroczeniem bariery promieniowania… A może nawet tuż po. 
– Dzień dobry – powiedziałem po angielsku, bo innego języka, poza ojczystym, nie znałem. Bohr spojrzał na mnie i z tym samym wyrazem oczu oraz migrującym po ustach uśmiechem odpowiedział:
– Nie jestem przekonany, czy rzeczywiście. – po czym wyraz jego twarzy zmienił się i bardziej poważnie zapytał – widział Pan może Haisenberga? Miał dojechać późnym popołudniem.
Zdziwiłem się. Co jak co, ale Wernera się nie spodziewałem. Wojna wisiała na włosku, Bohr był jednak naukowcem, a nie politykiem. Spojrzał na mnie przenikliwie i swoim ciepłym głosem dodał:
– A nie, to rzeczywiście dopiero za 3 lata. – ponieważ zupełnie nie wiedziałem co odpowiedzieć uśmiechnąłem się tylko głupio i nieśmiało zapytałem o to, po co rzeczywiście przyszedłem.
– Naprawdę uważa Pan, że Boga nie ma?
– Nie ma. Ale nie muszę tego udowadniać. – odpowiedział spokojnie i sięgnął po cygaro. Nigdy dotąd nie widziałem Bohra palącego. Ani nigdy potem. Muszę tu przyznać, że właściwie nigdy nie widziałem Bohra. Wtedy też nie.

Szedłem uliczką wzdłuż Białej i zastanawiałem się dlaczego właściwie elektron krąży po orbicie. I jak się ma teoria względności Einsteina do gęstości prawdopodobieństwa znalezienia się akurat w danym punkcie i o danym czasie. A co więcej znalezienia w tym punkcie Jej. Nie wiele wiedziałem o falach, jedynie tyle, że robi się na nich niedobrze, albo, że powstają gdy wrzucę kamień do wody, albo gdy po prostu rzucę kamieniem. Wyobrażałem sobie, że taki kamień rzucony gdzieś w przestrzeń zatrzymuje się i tworzy fale. Fale, kolejne fale, jeszcze większe fale i że one, te fale poruszają delikatną pajęczyną współistniejących ze sobą sieci, a z nich spadają ludzkie życia, jak krople rosy z prawdziwej pajęczyny. Kiedy minąłem pomnik Mickiewicza, pomyślałem też (chociaż Mickiewicz raczej nie miał z tym wiele wspólnego, może bardziej wschodzące właśnie słońce), że natura światła jest falowa. Zaraz zadałem sobie pytanie, czy to, w skali makro objawia się właśnie powtarzalnością dnia i nocy z różną amplitudą zimą jesienią, czy latem. Wiedziałem oczywiście, że nie, ale było coś magicznego w widzeniu światła jako fali. W skali mikro – jaka musiała być częstotliwość tej fali, że mózg rejestrował sygnał jako ciągły? Przypomniałem sobie, że kiedyś czytałem o pająkach (notabene), którym, wszystko co widzą migocze. Czy one widzą góry i doliny światła – jasność i ciemność? Nie wiem…
Na ławce tuż za pomnikiem leżał człowiek. Mimo wszystko można użyć tego słowa. Wyglądał zresztą całkiem normalnie, jego zapach był jednak wyjątkowy. Potrząsnąłem nim:
– Halo! Halo! Człowieku. – nie poruszył się. Już miałem nim potrząsnąć raz jeszcze, gdy usłyszałem niewyraźne mruczenie. Mruczenie dobiegało spod kurtki leżącego. Kot. 

Schrӧdinger zrobił głupią minę. 
– Nie mam pojęcia gdzie byłem. Wydawało mi się, że pisałem rozprawę. 
– A Kot? – spytała Anny mrużąc oczy.
– Jaki Kot?
– Mruczek. Mówił, że był z Tobą i że też to widział.
Erwin przekrzywił głowę i zdziwiony szukał potwierdzenia:
– Mruczek mówił?
– Czepiasz się. Dziecko Hildy odziedziczyło po Tobie wiele zdolności i uważa, że rozumie co mówi kot i co mówią kaczki na wsi. 
– Nie słyszę Kaczek – zaprzeczył Erwin energicznie.
– Nie szkodzi. Potrafisz natomiast wytłumaczyć rzeczy niewytłumaczalne. – Annemarie uśmiechnęła się promiennie i poklepała męża po ramieniu. 
– Opowiedz mi jeszcze raz o boskiej cząstce. To fascynujące!
– Nie. – Schrӧdinger nie miał ochoty na filozoficzno–naukowe rozważania z żoną, myślami był już bowiem obok swojej przyjaciółki, o której nie napisał jednak nawet w biografii, sądząc, że to może być zbyt ekstrawaganckie.

Mruczenie kota nasiliło się. Stałem przed zalanym słońcem pomnikiem, a zarazem przy ławce, na której wciąż leżał nieprzytomny lub może śpiący człowiek, spod którego kurtki dobiegało owo mruczenie. Teoretycznie kot mógł tam być i nie być jednocześnie, dopóki bym tego nie sprawdził, mruczenie jednak rozwiewało wszelkie wątpliwości. Kot Schrӧdingera nie mógłby mruczeć. Chyba, że eksperyment już się dokonał. Ze skutkiem dla kota pozytywnym, zresztą.
To mnie zastanowiło i usiadłem na ławeczce obok. Było mi dobrze – z powodu kota przestałem myśleć o Niej, ustało też falowanie w mojej głowie. Położyłem się śladem Mistrza na ławce i zasnąłem. Tuż zanim odpłynąłem w ciepłą mgłę usłyszałem przenikliwy śmiech Heisenberga. 

– A jednak pan przyszedł. – Bohr uśmiechał się po swojemu i był w tym cień prawdziwej satysfakcji. Nie pierwszy raz przewidział coś co nie zaistniało, a mimo to wydarzyło się.
– Bardzo mnie frapuje rozprawa Broglie’a, jest w niej piękno uniwersalne. – Heisenberg nie ukrywał szczerego zachwytu.
– Tak. Rzeczywiście… To bardzo ciekawe ujęcie. – Bohr zamyślił się. Wiele razy spotykał się z próbą interpretacji, czy nawet nadinterpretacji swojej teorii, ale de Broglie posunął się zdecydowanie dalej…
– Uważam, że może mieć rację. – przerwał milczenie Heisenberg. Z opisu matematycznego jasno wynika, że fala stojąca elektronu to nic innego jak jego stan stabilny. Czy odpowiesz na to?
– Nie. – Bohr znów się uśmiechał. Wiedział już co powinien zrobić. Co prawda jego synowie, a zwłaszcza niepokorny Aage domagali się udziału w badaniach, jednak siedzący naprzeciw niego Werner wydawał się być odpowiedniejszy do tej roli.
– Życzyłbym sobie, abyś to ty, odpowiedział de Broglie… – po czym z nutką sarkazmu dodał – jeżeli potrafisz. Hasienberg się żachnął, ale odpowiedział spokojnie…
– Tak zrobię. Ale…
Mimo, że stałem bardzo blisko nie usłyszałem o czym szepnął do Bohr-a. Być może nie było to istotne, zwłaszcza z punktu widzenia ławki w parku w pobliżu pomnika Mickiewicza. 

Gdybym był cząstką elementarną, gęstość prawdopodobieństwa, że znajdę się akurat w tym miejscu, równa by była modułowi funkcji falowej, podniesionemu do kwadratu. Nie miałem pojęcia dlaczego więc kot mruczał. Nie zdziwiłem się jednak gdy potrząsnęła mną czyjąś dłoń i gdy ta dłoń okazała się dłonią Schrӧdingera, a do moich uszu dobiegły słowa zaspanego Heisenberga: „pod powierzchnię zjawisk atomowych leży wewnętrzne podłoże o zadziwiającej urodzie.”

Nie miałem siły protestować, w głowie znów mi falowało i pierwszy raz w życiu zwymiotowałem na kamienne stopy Mickiewicza. 

To ja anioł

Wczoraj spotkałam Scarlett. Tak, Scarlett’OHarę. Siedziała w starodawnym, jak dla mnie oczywiście, fotelu w tej swojej rozłożystej sukni, spinającej żebra do granic możliwości. Siedziała i patrzyła na mnie  wzrokiem, w którym mieszała się figlarność z życiową mądrością.
- Co jest maleńka? Nie dajesz rady? – Zagadnęła mnie. – Odpuść sobie trochę, wyluzuj.  
„Odpuść sobie” – kurcze, łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Bez jakiegoś spowalniacza dla myśli, uczuć, bez mózgowego resetu? Mam udawać, że jest fajnie, że nie boli, że wieczorem bez problemu zasypiam, a rankiem wstaję z uśmiechem?
- Tak, masz udawać! Tyle razy aż sama w to uwierzysz. 
Wiesz co, Scarlett – zamknij się! Wykrzyczałam to prosto w jej nieistniejącą twarz. Mój własny krzyk mnie obudził. Świat wyglądał tak jak parę godzin temu, gdy położyłam się do łóżka. Mój pokój, moje łóżko, moja rzeczywistość, moje durne problemy.

*

- Monika, zrobiłaś zestawienie? – Głowa Michała pojawiła się w drzwiach.
Zrobiłam - fantastyczne zestawienie z własnego życia. Plusy ujemne, plusy dodatnie, minusy minusów, minusy plusów… 
 - Co jest? – Wszedł do pokoju. – Mam się martwić?
- Nie. Spoko. Pogubiłam się trochę.
- No widzę. 
Znamy się od lat. To ten typ znajomości, w której wystarczy spojrzenie i wiesz, że ta druga osoba rozsypała się wewnątrz jak paczka dropsów.
- Dobra, słuchaj. Wytrzymaj godzinę, mam za chwilę spotkanie z jakimś ważniakiem. A potem spadamy stąd.
I spadliśmy, przed siebie, wiatr we włosach, grafit w ołówku – jak to kiedyś wykrzykiwał w filmie Nicholson. 
- Kochasz go prawda? – Zapytał.
- Nie wiem. Michał, co znaczy „kochać”? Wyświechtane słowo.
- No dobra – myślisz o nim, rozmawiasz z nim w myślach, przed zaśnięciem i po obudzeniu widzisz właśnie jego twarz?
- Tak – wyszeptałam.
- To jak to nazwiesz jak nie „kocham”?
- Bo ja wiem? Opętanie? Alkoholik też myśli o wódce po przebudzeniu a to nie jest miłość. Jak ja się mam Michał z tego wyrwać? Jestem już zmęczona.
- Puść to, tak po prostu. Wiesz co się mawia – Puść to. Jeśli do Ciebie nie wróci, to znaczy, że nigdy nie było Twoje.
- Dobre. I tego się chyba boję najbardziej.
- Boisz się puścić?
- Nie, boję się, że nie wróci.

*

Na monitorze komputera miga info od NIEGO „tęsknię”. W otwartym okienku komunikatora kolejno wpisuję i kasuję propozycje mojej odpowiedzi. Stanęło na kulturalnym „oj tam, oj tam”.
ON:  Co za oj tam, oj tam? Naprawdę tęsknię.
JA:  Wiesz co, to chyba mamy inaczej zdefiniowane słowo „tęsknić”.
ON:  To znaczy?
JA:  Jak tęsknię, to robię wszystko, żeby się spotkać, żeby być obok. A tak to jest to tylko słowo, piękne słowo, ale niestety tylko słowo.
Był wieczór, przede mną któryś już kieliszek czerwonego wina. I klawiatura, która aż parzy. Tak, może Michał ma rację, trzeba puścić… Zagryźć zęby i puścić. 

*

Pierwszy dzień mojego nowego życia. Życia bez Niego. A tak naprawdę to życia w czekaniu na to czy wróci to, co puściłam, czy nie. Nie odpalę dziś wieczorem komputera, ani jutro, ani pojutrze, chcę zniknąć z jego pola widzenia. Czasami trzeba coś stracić, żeby móc ocenić czy się tego chce. 
Po pracy poszliśmy z ludźmi z pracy do knajpki. Było wesoło, głośno i zdecydowanie alkoholowo. Piłam może trochę za dużo, śmiałam się może trochę za głośno. A może właśnie tyle ile trzeba. Tak adekwatnie do osoby, której dusza rozsypała się na dwutysięczno elementowe puzzle. 
- I jak młoda? Dajesz jakoś radę? – Nad moją głową pochylił się Michał.
- Jakoś daję – porozumiewawczo mrugnęłam kątem oka, który przecież nie istnieje.

W nocy znowu pojawiła się Ona. Siedziała w tym samym fotelu, z tak samo ściśniętym gorsetem w pasie.
- Zrób przestrzeń dla siebie. Wykreuj swój własny świat, taki, w którym chciałabyś żyć.
Gówno prawda. Świat jest, jaki jest, nie mam na to większego wpływu.
- Mylisz się. Myśli budują Twój świat. Myśląc negatywnie, sama pod sobą kopiesz dołek. 
Jasne, pomyślę o fajnym, kochającym facecie i następnego dnia zadzwoni do moich drzwi. Pierdu, pierdu.
- Spłycasz sprawę. Zatruwasz się tymi myślami, tą chorą rozpaczą, smutkiem. Po co to Tobie? To pierwszy dzień Twojego nowego życia! Uśmiech i do przodu! Wszystko się może zdarzyć. Najpierw musisz Ty sama w to uwierzyć, kto jak nie Ty? Nie pokocha Ciebie nikt, dopóki sama siebie nie pokochasz.
Pierdu, pierdu…

*

Drugi dzień mojego nowego życia.
Dzień jak co dzień, bym powiedziała. Pusto jakoś tak, głowa ćmi po wczorajszym. O co chodzi z tą Scarlett? Dziwne są te sny. 
Sobota. I co tu z sobą zrobić? „Wykreuj swój świat”. W jakim świecie najbardziej chciałabym żyć? Mapa marzeń! Tak, opowiadała o niej kiedyś Kaśka. Trzeba zapytać wujka Googla jak się za to zabrać.

Godzinę później Monika siedziała na dywanie. Wolne przestrzenie wielkiej płachty papieru coraz bardziej wypełniały się treścią. Nazwać, czego się pragnie, przemyśleć każde marzenie czy aby nie kryje w sobie niemiłej niespodzianki… trudna sztuka. Bo każdy kij ma dwa końce.
- Chcę go mieć, chcę żeby mnie kochał! – Powiedziała wklejając jego zdjęcie. 
Zmęczona położyła się na chwilę obok tej swojej mapy.
- Nie!!! Źle robisz. – Scarlett ze zdenerwowania aż wstała z fotela i krążyła po pokoju, wokół śpiącej Moniki. - Musisz mądrze planować, wysyłać w kosmos przemyślane marzenia. Musisz dać szansę na zrealizowanie. Może nie on jest Tobie pisany i co wtedy? To nie on ma Ciebie pokochać. To Ty masz znaleźć miłość, masz kochać, masz być kochana, ale to nie musi być on!!! 

Gdy otworzyła oczy, obok niej oczywiście nikogo nie było. Z podłogi patrzył na nią On. Tak, ona ma rację, to nie musi być ten facet!!! Zdecydowanym ruchem oderwała zdjęcie, aby w jego miejscu narysować piękne, bijące niemal serce.


*

Trzeci dzień mojego nowego życia.
Telefon milczy. Niech milczy. Nie będę się przejmowała rzeczami, na które nie mam wpływu. Nie mam wpływu na rzecz, mam na swoje odczucia i tylko tym się trzeba teraz zająć. Jezu… mówię zupełnie jak Ona, ta dziwna kobieta z moich snów.
- Znowu się Tobie śniła? – Zapytał Michał, gdy opowiedziałam mu o Scarlett.
- Tak. To wszystko jest jakieś kosmiczne, niemal magiczne. Od kilku dni pojawia się każdej nocy i mówi, ona tylko do mnie mówi.
- Co było tym razem?
- Znaki. Mówiła, że mam zaufać swoim aniołom, że one są obok, że czuwają, że wysyłają znaki, tylko że mam wreszcie zacząć obserwować, analizować, wyciągać wnioski. Że każde kolejne zwrócenie uwagi przez anioła będzie wyraźniejsze, że jak się temu opieramy to musi nas czasem nawet dość boleśnie trzasnąć skrzydłem w głowę. Wiesz Michał… jeszcze kilka dni temu wyśmiałabym to, ale nie wiem… jestem wstrząśnięta i zmieszana. Gdzieś…
- … intuicyjnie wiesz, że tak właśnie jest – dokończył za nią. 
Tak. Amen.

    *

A gdyby czwartego dnia mojego nowego życia pękła mi żyłka?
Ale nie pęknie, byłoby za prosto, a przecież musi być najpierw trochę pod górkę. Im większa górka, tym później ciekawszy zjazd. 
Zadzwonił telefon. To był On. Serce – sama już nie wiem – mocniej zabiło czy na chwilę zamurowane zatrzymało się? Oddychaj Monika, oddychaj!
- I czego chciał? – Zapytał potem Michał.
- Nasi znajomi spotykają się na kolacji. Chce żebym z nim poszła.
- A co Ty na to?
- Nie wiem. Waham się.
- Między? – Usiadł wygodnie na biurku stojącym obok i z uwagą wsłuchiwał się w to, co ją męczy.
- Mam dwie opcje – iść albo nie iść, to proste.
- Wybierz trzecią!
- Tzn.? – Na jej twarzy wymalowało się zdziwienie.
- Idź i pokaż najlepszą wersję samej siebie, takie 1000% Moniki w Monice! Bez złości, bez żalu. Pokaż siebie, taką, jaka jesteś. Niech świadomie wybierze, albo wie, co stracił.

Tak, poszłam. I byłam najlepszą wersją samej siebie, jaką kiedykolwiek znałam.
- A on? – Zapytała w nocy Scarlett. – Jaki on był? Czy też był lepszą wersją samego siebie? Ale bądź obiektywna, oceń go z boku, jakbyś nie była tą ćmą, która leci do ognia. Czy jest Ciebie warty?

 *

Któryś z kolejnych dni mojego nowego życia.
Czekała na tramwaj. Pozornie pewna siebie i spokojna, w rzeczywistości rozsypana w środku, potłuczona do granicy bólu. Tak, jakby była tylko opakowaniem. Zdjęła kurtkę. Mijały kolejne minuty, a tramwaju ciągle nie było widać. Jej wzrok wylądował na wewnętrznej metce kurtki, kurtki, którą już przecież wiele razy miała w rękach. Czemu przez tyle czasu nie zauważyła tego wielkiego napisu? EVERYTHING IS POSSIBLE. 
Jak to było? Anioły wysyłają znaki? A więc wszystko jest możliwe?
Tak, wszystko jest możliwe! A problemy? Pomyślę o nich jutro… albo wcale!


Las w środku miasta

Wczoraj spotkałam pewną dziewczynę. Siedziała na ławce i ... płakała.
Gdy podeszłam do niej zobaczyć czy nic się nie stało, odwróciła wzrok i płakała dalej.
Po dłuższej chwili zapytałam się nieśmiało :
- Przepraszam.-Nic . Próbowałam raz jeszcze.
-Przepraszam. Czy coś się stało?
-Nie nic... Chociaż..-i znów rozpłakała się jeszcze głośniej.
-Mnie możesz powiedzieć- Odpowiedziałam.
-Wątpię żebyś chciała mnie do końca wysłuchać. - Odpowiedziała opanowując szloch.
-Możemy spróbować. Uśmiechnęłam się.
Przez chwilę siedziałyśmy w milczeniu, ale po chwili zaczęła:
-To było pierwszego dnia wakacji. Gdy zbudziłam się słońce było już wysoko na niebie.
Przez chwile leżałam w łóżku. Po jakimś czasie wstałam, ubrałam się i zeszłam na dół. Rodziców już nie było, więc wybrałam się na króciutki spacer. Spacerując spotkała dwie koleżanki ze szkoły Aśkę i Julę.
-Cześć, dziewczyny – przywitałam się z uśmiechem. – Słyszeliście o tym lesie w gazecie?
Tak – szepnęła Aśka. – To miejsce mi się nie podoba... mam uczucie, że tam straszy.
- Co ty opowiadasz, Asiu – powiedziała Julita ze śmiechem. – Jesteś przewrażliwiona i tylko tyle. Tam nic nie ma.
-Kto wie – westchnęłam. – Rozsądek mi podpowiada, że tam czai się jakaś ukryta groźba. Nikt nie wie, co tam się znajduje, ponieważ jeszcze nikt nie odważył się wejść w tę puszczę... a może ktoś wszedł i już stamtąd nie wyszedł?
-Och, Monika – jęknęła Aśka. – Nie strasz. Dostaję gęsiej skórki, kiedy słyszę twoje podejrzenia na temat tego lasu.
Nic więcej nie powiedziałam na ten temat. Miałam rację wszystkich w mieście przerażała mroczna, puszcza, która wczoraj wyrosła w środku miasta. Coś czułam, że już wkrótce stanie się rzecz, którą wszyscy zapamiętają do końca życia.
-Monika, idziesz ze mną dziś wieczorem na imprezę? – głos Julity wyrwał dziewczynę z zamyślenia. Skrzywiłam na te słowa. Nienawidzę imprez masowych, gdzie można się nabawić jakiegoś nowego nałogu, albo wpaść w złe towarzystwo. Nigdy nie lubiłam czegoś takiego.
- Nie mogłabyś znaleźć kogoś innego? – spytałam. – Wiesz, że nie lubię tego typu wycieczek, Julita.
- Monika, bardzo cię proszę, tylko ten jeden... jedyny raz – powiedziała błagalnie jej koleżanka. – Nie mam, z kim pójść. Aśka ma inne sprawy.
westchnęłam ciężko. Skoro ona tak ładnie prosi, to, czemu miałabym jej odmówić. Mimo nie lubienia imprez od czasu do czasu można by było na jedną pójść.

Dobrze, zgadzam się. – Ale to pierwszy i ostatni raz...
Julita przytuliła się do mnie tak mocno, że zabrakło mi tchu przez chwilę i o mało bym się nie przewróciła na twardy chodnik.
- Widzimy się dziś koło osiemnastej – powiedziała ze śmiechem Julita, żegnając się z nimi
Wkrótce rozstałam się z Aśką i poszła na chwilę do domu by odpocząć i nabrać sił fizycznych i psychicznych na ten wieczór. Padłam na swoje łóżko, zamykając oczy i zasypiając.

Miałam rację sprawie tego, że w puszczy jest ukryta groźba. W sercu tego lasu Władca Ciemności, Mornár, który zdołał uciec z więzienia poza granicami świata, gdzie był więziony przez sto tysięcy lat. To właśnie on sprawił, że puszcza wyrosła w środku miasta. Chciał w ten sposób sprawić, że bogowie ziemi, nie odkryją jego powrotu tak szybko. Zbudował tam ogromną warownie zwaną Wieżą Cierpienia, gdzie od tej pory miał mieszkać.

Postać w czarnym, powłóczystym płaszczu podeszła do mężczyzny o pięknej twarzy, jego cera była lekko blada. Długie czarne włosy spływały mu na ramiona. Jego czerwone oczy płonęły złem i nienawiścią do całego świata. Postać zatrzymała się i padła na kolana u jej stóp, nie patrząc w jej oczy. Bał się wzroku Mornára, niczym powolnej i bolesnej śmierci.
- Wzywałeś mnie, panie? – głos nieznajomego był głęboki i pokorny.
Po twarzy Władcy Ciemności błąkał się okrutny uśmieszek.
- Sto tysięcy lat niewoli – rzekł z wściekłością. – Nie poznaję tego świata, ale mimo tak ogromnych zmian... chcę nim władać, Lienktum. Chcę byś się dowiedział o nim przez tę noc, jak najwięcej.
- Panie zrobię wszystko, byś był zadowolony – odpowiedział mężczyzna, patrząc się z czcią na swego pana.
Lienktum był wampirem i jednym z najpotężniejszych sług Władcy Ciemności. W lesie czuł się bezpieczny, ponieważ tutaj nie docierały promienie słońca, które są dla wampirów zabójcze. Jego pan spojrzał w jego młodą, bladą twarz, skrytą pod kapturem. Uśmiechnął się, usatysfakcjonowany słowami sługi
- Liczę na ciebie, Lienktum – wyszeptał Mornár z uśmiechem. – Możesz odejść.
- Dziękuję, panie – rzekł wampir i oddalił się.
Wkrótce miał wyruszyć. Powoli w mieście zaczęło się ściemniać. Drzwi Sali tronowej zamknęły się z głośnym skrzypnięciem, a Władca Ciemności został sam.

Kiedy obudziłam się z drzemki ogarnęło mnie rozdrażnienie. Zaspałam i musiałam się spieszyć by spotkać się z Julitą. „ Jak ja nienawidzę imprez” – pomyślałam ze złością, wstając z łóżka i zakładając na siebie soczyście niebieską bluzę z kapturem. Wyszła z domu i poszła do miejsca, gdzie czekała na nią koleżanka. W mieście było coraz ciemniej, widziała ostatnie promienie za chodzącego słońca.
-Spóźniłaś się – rzekła Julita surowym głosem, kiedy się pojawiłam.

Przepraszam cię za spóźnienie, ale zaspałam – powiedziała Monika ze śmiechem.
Kiedy znalazły się przed budynkiem, gdzie odbywała się impreza, ostentacyjnie złożyła kaptur, zaciągając go tak, że niemalże nie widać było jej twarzy. Weszłyśmy razem do lokalu
pełnego ludzi, którzy szaleli na parkiecie, pili alkohol i inne napoje. Muzyka grała bardzo głośno. razem z Julitą znalazłyśmy sobie miejsce siedzące w kącie sali. zamówiłyśmy sobie wodę do picia i sączyłyśmy ją powoli. Wkrótce do Julity podszedł jakiś chłopak, o bardzo jasnej czuprynie.
- Mógłbym cię prosić do tańca? – spytał.
- Bardzo chętnie – szepnęła Julita i spojrzała jeszcze na mnie. – Może też sobie poderwiesz chłopaka.
Po tych słowach dziewczyna poszła z tym nieznanym jej chłopakiem. prychnęłam pogardliwie, na dźwięk jej słów. Czy ona wygląda na atrakcyjną piękność, która tylko i wyłącznie ugania się za chłopakami? Nie lubiła takich rzeczy, które pociągają inne dziewczęta w jej wieku, co w Polsce jest dość częste. Monika interesowała się zupełnie czymś innym. Dlatego rok temu zapisała się do Bractwa Rycerskiego, by nauczyć się rzeczy, która w tym kraju do niczego jej nie jest potrzebna. Ale chce się tego nauczyć dla siebie.
Drzwi lokalu otworzyły się. Wszedł jakiś mężczyzna odziany w czarny powłóczysty płaszcz z kapturem. Nikt nie widział jego twarzy, skrytej w ciemności kaptura. W pomieszczeniu wybuchła salwa śmiechu. Jeszcze nigdy nie widziano w tym lokalu osoby tak dziwnie ubranej. prychnęłam zaciągając niżej kaptur na głowę, uświadamiając sobie, jak żałośni są ludzie w tym miejscu. Śmieją się, ponieważ ten człowiek jest inny niż oni. Tego najbardziej nie znosiłam u ludzi. Ale jednak czułam, że nieznajomy, który właśnie przyszedł jest inny, jakby odległy od reszty tej hałastry, otaczającej ją. A także czuła, że z nim jest coś nie tak. Może on... nie jest człowiekiem! Sama w duchu się skarciłam za takie myśli. Wbiłam wzrok w stół i tak już siedziałam.
Wampir Lienktum spojrzał z pogardą na ludzi, którzy byli w lokalu. Pojął, że świat się zmienił bardziej niż przypuszczał. Czuł zew krwi w żyłach zgromadzonych ludzi. Od tysięcy lat nie pił krwi, nie mógł powstrzymać żądzy by zatopić swe kły w pierwszej napotkanej osobie. W kącie dostrzegł postać osamotnioną. Na twarzy miała kaptur zasłaniający ją częściowo. To był idealny cel dla zaspokojenie pragnienia krwi. Kiedy chciał do niej podejść, jakaś dziewczyna o długich, blond włosach go uprzedziła.
spojrzałam ze złością na Julitę odrzucając kaptur, a wampir ujrzał jej oblicze w całej okazałości. Lienktum pojął, że ma do czynienia z kobietą. Trzeba przyznać, że nie byle, jaką.
- Idziemy stąd! – syknęłam , chwytając koleżankę za ramię i siłą wyprowadziłam ją z lokalu.
Obiecałam sobie, ze nigdy więcej nie pójdę na żadną imprezę. To był najgorszy wieczór w moim życiu. Nawet nie zauważyłyśmy, że wampir wymknął się za nami


Razem z Julitą szłyśmy w ciemną noc przez miasto. Cały czas miały uczucie, że ktoś idzie za nimi. Miałam bardzo złe przeczucia. Odwróciłam się na chwilę gwałtownie do tyłu. Ujrzała tę samą postać, którą widziałam w tamtym lokalu, gdzie była impreza.
- To koleś, którego widziałam w tamtym pubie – szepnęłam do Julity. – Nie wiem, czemu za nami idzie, ale mam złe przeczucia.
- Ja też – szepnęła dziewczyna. – Monika, może pobiegniemy. Wtedy na pewno go zgubimy.
zamyśliłam się nieco. Czuła, że ten, który idzie za nimi nie jest zwykłym człowiekiem. Bałam się, że jeśli spróbują uciec, po gorszą w ten sposób swoją sytuację. Po dłuższym rozmyślaniu podjęłam decyzję.
- Zgoda – rzekłam, ton jej głosu był drżący i niepewny. – Zróbmy to na trzy! Raz… Dwa… TRZY!
rzuciłyśmy się do biegu. Lienktum popatrzył się na nie z niesmakiem. „ Oj, niepoprawne dziewczęta. Czyżby nie rozumiały, że mnie nie zdołają uciec?” – spytał sam siebie. Postawił jeszcze jeden powolny krok, a potem nagle jego ciało zaczęło się rozmazywać pod wpływem prędkości, z jaką się poruszał.
Nagle zatrzymałam się gwałtownie, kiedy on stanął przede mną.
- A dokąd to wam śpieszno, moje drogie – głos nieznajomego był cichy i chłodny, pobrzmiewający jakąś ukrytą groźbą.
- Do domu – rzekła pogodnie Julita, choć jego ton bardzo się jej nie spodobał. – Więc pan, raczej nie powinien nas zaczepiać.
- Doprawdy? – zaśmiał się wampir i uśmiechnął się, odsłaniając swoje długie kły.
W jego słowach było coś szalenie niepokojącego. To bardzo mnie zastanowiło. miałam uczucie, że to wszystko się źle skończy. Zwłaszcza te nienaturalnie długie zęby. Takich kłów nie ma żaden człowiek! To nie mogła być żadna istota ludzka. Koleżanka niestety, nie wykryła zagrożenia, które czaiło
- Czy pan jest głuchy! – wrzasnęła zirytowana. – My chcemy iść już do domu! Co pan sobie wyobraża by nas zatrzymywać w środku nocy!
Ten bez słowa podszedł do niej bliżej, nagle złapał ją wpół jedną ręką. Drugą zaś odchylił jej głowę w bok, odsłaniając jej piękną, delikatną szyję.
- To! – szepnął i pochylił się nad jej szyja, wgryzając się w ciało dziewczyny, ku przerażeniu Moniki…

Odsunęłam się przerażona, trzymając dłoń na ustach, by nie krzyknąć. Byłam zaskoczona i przerażona takim obrotem sytuacji. Po ciele Julity przemknął dreszcz i znieruchomiała w objęciach wampira. Wypuścił ją. Martwe ciało upadło na chodnik u jego stóp. Jej usta były zupełnie sine, nie oddychała. Właśnie pojęłam, że moja przyjaciółka nie żyje. Teraz nabrałam pewności, że to nie jest człowiek, tylko wampir. Nigdy w całym swoim życiu nie zetknęłam się z tymi istotami i nie wiedziałam jak powinna się zachować. Czy próbować uciec czy może próbować walki. Czy może najlepszym wyborem jest poddać się? Nie mogłam tego zrobić, przecież chciała żyć, tak samo jak Julita, która teraz leżała martwa na ziemi. Lienktum patrzył się w milczeniu na mnie, oblizując wargi z krwi jej koleżanki. Od dawna nie czuł w ustach rozkosznego smaku krwi młodej kobiety. Wiedział, że ma okazję odebrać życiodajny płyn następnej młodej, niewinnej istotce. początkowo spokojna czuła, jak serce w jej piersi biło jak szalone, kiedy widziała, jak potwór powoli się do niej zbliża. Dokonała, wyboru. Rzuciłam się do ucieczki, klucząc uliczkami, które tylko ja znałam. Na głowę zarzuciłam kaptur by wampir mnie nie rozpoznał, gdyby zdołał mnie do gonić. Biegnąc szybko zakręciłam w jakąś bardzo ciemną uliczkę. Lecz nie wiedziałam, że żaden śmiertelny człowiek nie jest wstanie dorównać szybkością, z jaką poruszają się wampiry. Nagle wpadłam na kogoś. Kiedy chciałam się od tej osoby odsunąć została zamknięta w mocarnym uścisku. ujrzała długie kły wampira. Zamknęłam oczy i zaczęłam się wyrywać rozpaczliwie, ale daremnie. Potwór był dla mnie zbyt silny. Lienktum był bardzo zaskoczony siłą dziewczyny, która wyrywała się z jego uścisku, niczym motyl z sieci pająka.
- Spokojnie, maleńka... – szepnął mi do ucha cichym, hipnotyzującym głosem.
w jednej chwili przestałam się szarpać. Kaptur spadł z mi głowy, odsłaniając jej piękne brązowe włosy. Nieprzyjaciel odgarnął je i odchylił moja głowę w bok. Przypatrywał mi się w milczeniu. Byłam drobna i delikatna, a zarazem silna. Pochylił się nad moja smukłą szyją. Dotknął mojej skóry wargami, czuł jak me ciało drży pod jego dotykiem. Zanurzył swoje kły głęboko w moją skórę.
poczułam silny ból. Moja krew wypełniła usta Lienktum, który rozkoszował się mym smakiem, a także cieszył się z cierpienia dziewczyny, słabnącej z każdą minutą. Czuł, jak jej mięśnie napinały się do granic możliwości. poczułam dreszcz spływający po mych plecach. Wkrótce wampir poczuł jak mięśnie ciała rozluźniają się, w miarę jak słabła. patrzyłam się na niego mętnym wzrokiem. Świat rozmywał się mi oczach w mętnych barwach. Nagle uświadomiłam sobie, że nie czuje bólu. Ogarnął mnie lęk. Czyżbym umierała? „ Jeśli tak wygląda śmierć, to wcale nie jest aż tak straszna. Nawet bólu już nie czuję” – pomyślałam.
- Zostaw ją! – usłyszał za sobą czysty, władczy głos.
Wampir niechętnie oderwał się ode mnie i odwrócił się w stronę postaci, stojącej za jego plecami. Był to piękny anioł o czarnych skrzydłach. Trzymał w dłoni miecz. Bez ostrzeżenie zaatakował. Lienktum wypuścił mnie z objęć. Upadłam na kolana, trzymając się za lekką ranę na szyi, z której ciekła jeszcze krew. Ostatnią rzeczą, jaką widziałam był wampir, wycofujący się w ciemność. Potem nie widziała już... Straciła świadomość…

Kiedy doszłam do siebie uświadomiłam sobie, że wciąż klęczę w tej samej uliczce, w której dopadł mnie ten wampir. Czułam pod palcami zakrzepłą krew. Czułam w szyi piekący ból, wyczuła palcami dwie niewielkie głębokie ślady. Przy mnie ktoś był. Młody chłopak o czarnych włosach sięgających do pasa. Oczy miał niebieskie, niczym bez chmurne niebo. zaczęłam się rozglądać po uliczce, która była coraz jaśniejsza. Wstawał nowy dzień.
- Dobrze, że się ocknęłaś – szepnął młodzieniec z uśmiechem na ustach, który wyrażał ulgę. – Martwiłem się o ciebie, kiedy cię znalazłem.
- Co się stało? – spytałam nieprzytomnie. – Gdzie się podział ten wampir?
- Umknął, kiedy jeden z boskich wysłanników go znalazł – wyszeptał chłopak i uśmiechnął się do mnie łagodnie. – Jestem Erael.
- Monika – szepnęłam . – Jeśli znasz tego anioła, który mi pomógł przekaż mu moje podziękowanie. Gdyby nie on zginęłabym.
Kiedy stanęłam na nogi zachwiałam się i gdyby Erael mnie nie podtrzymał z pewnością bym upadła. Chłopak spojrzał na mą szyję, w miejscu gdzie był ślad po ukąszeniu wampira. Skóra wokół dwóch niewielkich ranek była zaczerwieniona. Same ranki był głębokie, sączyła się nich jeszcze krew. Widać, że Lienktum wbił się w nią głęboko. Młodzieniec westchnął ciężko. Byłam słaba i potrzebowałam pomocy.
- Zaniosę cię do domu – rzekł chłopak i wziął mnie na ręce ku jej zdziwieniu. – Jesteś zbyt osłabiona by iść o własnych siłach.
- Dziękuję... – wyjąkałam zaskoczona jego uczynnością. Przecież on ledwo mnie zna.
Po kilku minutach byli już na miejscu. Erael pozwolił mi stanąć o własnych siłach. czułam niego sympatię i wdzięczność za to, że mi pomógł, choć nie musiał tego robić. Byłam przecież dla niego obcą osobą. Chwiejnym krokiem podeszłam do drzwi kamienicy, w której mieszkałam, wyjmując klucze. Kiedy otworzyłam drzwi spojrzała jeszcze na Eraela.
- Dziękuję ci za pomoc – szepnęłam z uśmiechem. – Powinnam sobie już poradzić sama.
- Uważaj na siebie i strzeż się tamtego lasu – szepnął Erael i poszedł w miasto, które powoli się rozjaśniało coraz bardziej.
Nie wiedziałam jak mi się udało wejść po schodach. Byłam tak zmęczona, ze trzymałam się mocno obręczy by nie upaść. Kiedy znalazłam się w domu z trudem zdjęłam buty i powlokłam się do swego pokoju. Łóżko było pięknie rozścielone i poprawione dla mnie. padłam na nie zamykając oczy i wtulając się mocno w miękką pościel. Było jmi dobrze. Nawet nie zauważyła, kiedy zasnęłam.



Zostałam obudzona po kilku godzinach przez moja starszą siostrę, Dorotę. Była na mnie zła. Prawie przez całą noc przez tego wampira nie spałam, a ona nawet nie wie, co przeżyłam tamtej nocy.
- Monika, wyłaź z wyra. Jest już godzina szesnasta! Ile jeszcze będziesz spać?! Aśka na ciebie czeka u mnie w pokoju. Martwi się o ciebie! – warknęła Dorota ściągając ze mnie kołdrę.
I wtedy siostra znieruchomiała z zaskoczenia i przerażenia, widząc na mojej szyi dwie niewielkie rany, jakby po ukąszeniu. usiadłam, patrząc się na siostrę. Byłam bardzo smutna i przygnębiona.
- Monika, co ci się stało w szyję? – spytała z niepokojem.
- Powiedz Aśce by przyszła tutaj za pięć minut – poprosiłam siostrę, szybko ścieląc łóżko, bowiem kiedy zapadałam w sen zapomniałam się przebrać i spałam w ubraniu. – Wtedy tobie i jej od razu wyjaśnień o się wczoraj stało. I sądzę, że mi nie uwierzycie, ale to jest prawda.
Dorota skinęła głową bez słowa i wyszła, zostawiając mnie na chwilę samą. Usiadłam ciężko w fotelu. Czułam się trochę lepiej teraz, ale i tak wciąż jest bardzo słaba. Wczoraj straciłam bardzo dużo krwi i o mało nie zginęłam z rąk tego wampira, który na moich oczach zabił Julitę. Nie wiedziałam, że spotkanie z krwiożerczym sługą Władcy Ciemności był początkiem przełomu w mym życiu. Życiu, które już nigdy nie będzie takie jak było...
Kiedy doszłam do siebie uświadomiłam sobie, że wciąż klęczę w tej samej uliczce, w której dopadł mnie ten wampir. Czułam pod palcami zakrzepłą krew. Czułam w szyi piekący ból, wyczuła palcami dwie niewielkie głębokie ślady. Przy mnie ktoś był. Młody chłopak o czarnych włosach sięgających do pasa. Oczy miał niebieskie, niczym bez chmurne niebo. zaczęłam się rozglądać po uliczce, która była coraz jaśniejsza. Wstawał nowy dzień.
- Dobrze, że się ocknęłaś – szepnął młodzieniec z uśmiechem na ustach, który wyrażał ulgę. – Martwiłem się o ciebie, kiedy cię znalazłem.
- Co się stało? – spytałam nieprzytomnie. – Gdzie się podział ten wampir?
- Umknął, kiedy jeden z boskich wysłanników go znalazł – wyszeptał chłopak i uśmiechnął się do mnie łagodnie. – Jestem Erael.
- Monika – szepnęłam . – Jeśli znasz tego anioła, który mi pomógł przekaż mu moje podziękowanie. Gdyby nie on zginęłabym.
Kiedy stanęłam na nogi zachwiałam się i gdyby Erael mnie nie podtrzymał z pewnością bym upadła. Chłopak spojrzał na mą szyję, w miejscu gdzie był ślad po ukąszeniu wampira. Skóra wokół dwóch niewielkich ranek była zaczerwieniona. Same ranki był głębokie, sączyła się nich jeszcze krew. Widać, że Lienktum wbił się w nią głęboko. Młodzieniec westchnął ciężko. Byłam słaba i potrzebowałam pomocy.
- Zaniosę cię do domu – rzekł chłopak i wziął mnie na ręce ku jej zdziwieniu. – Jesteś zbyt osłabiona by iść o własnych siłach.
- Dziękuję... – wyjąkałam zaskoczona jego uczynnością. Przecież on ledwo mnie zna.
Po kilku minutach byli już na miejscu. Erael pozwolił mi stanąć o własnych siłach. czułam niego sympatię i wdzięczność za to, że mi pomógł, choć nie musiał tego robić. Byłam przecież dla niego obcą osobą. Chwiejnym krokiem podeszłam do drzwi kamienicy, w której mieszkałam, wyjmując klucze. Kiedy otworzyłam drzwi spojrzała jeszcze na Eraela.
- Dziękuję ci za pomoc – szepnęłam z uśmiechem. – Powinnam sobie już poradzić sama.
- Uważaj na siebie i strzeż się tamtego lasu – szepnął Erael i poszedł w miasto, które powoli się rozjaśniało coraz bardziej.
Nie wiedziałam jak mi się udało wejść po schodach. Byłam tak zmęczona, ze trzymałam się mocno obręczy by nie upaść. Kiedy znalazłam się w domu z trudem zdjęłam buty i powlokłam się do swego pokoju. Łóżko było pięknie rozścielone i poprawione dla mnie. padłam na nie zamykając oczy i wtulając się mocno w miękką pościel. Było jmi dobrze. Nawet nie zauważyła i, kiedy zasnęłam.
Zostałam obudzona po kilku godzinach przez moja starszą siostrę, Dorotę. Była na mnie zła. Prawie przez całą noc przez tego wampira nie spałam, a ona nawet nie wie, co przeżyłam tamtej nocy.
- Monika, wyłaź z wyra. Jest już godzina szesnasta! Ile jeszcze będziesz spać?! Aśka na ciebie czeka u mnie w pokoju. Martwi się o ciebie! – warknęła Dorota ściągając ze mnie kołdrę.
I wtedy siostra znieruchomiała z zaskoczenia i przerażenia, widząc na mojej szyi dwie niewielkie rany, jakby po ukąszeniu. usiadłam, patrząc się na siostrę. Byłam bardzo smutna i przygnębiona.
- Monika, co ci się stało w szyję? – spytała z niepokojem.
- Powiedz Aśce by przyszła tutaj za pięć minut – poprosiłam siostrę, szybko ścieląc łóżko, bowiem kiedy zapadałam w sen zapomniałam się przebrać i spałam w ubraniu. – Wtedy tobie i jej od razu wyjaśnień o się wczoraj stało. I sądzę, że mi nie uwierzycie, ale to jest prawda.
Dorota skinęła głową bez słowa i wyszła, zostawiając mnie na chwilę samą. Usiadłam ciężko w fotelu. Czułam się trochę lepiej teraz, ale i tak wciąż jest bardzo słaba. Wczoraj straciłam bardzo dużo krwi i o mało nie zginęłam z rąk tego wampira, który na moich oczach zabił Julitę. Nie wiedziałam, że spotkanie z krwiożerczym sługą Władcy Ciemności był początkiem przełomu w mym życiu. Życiu, które już nigdy nie będzie takie jak było...
Gdy skończyła nie wiedziałam co mam powiedzieć. Monika zawiesiła smutno głowę i zaczęła łkać.
-Och- zaparło mi dech w piersiach.
-Nie wiem po prostu nie wiem co mam powiedzieć.
To straszne że to przydarzyło się akurat tobie. Wyrzucałam z siebie potok słów.
- Nie musisz nic mówić- Od razu miała lepszy humor.
- Cieszę się, że mnie wysłuchałaś do końca i nie uciekłaś jak inni i nie pomyślałaś sobie o mnie jak o wariatce.- z ciszyła głos, ale zaraz się uśmiechnęła
-Dziękuje.
-Naprawdę nie ma za co- Odpowiedziałam z uśmiechem
Dopiero teraz zobaczyłyśmy jak późno się zrobiło.
- Przepraszam, ale muszę już późno... i muszę już wracać.- Odpowiedziałam
-Może wymienimy się swoimi numerami?- Zapytałam nieco zmieszana. Przecież jej w ogóle nie znałam.
-No dobrze- odpowiedziała szybko.
Gdy spisałyśmy numery pożegnałyśmy się.
- Miło było Cię poznać- powiedziałam
-Mnie również. Do następnego spotkania- odpowiedziała Monika.
Przytuliłyśmy się na pożegnanie jak stare dobre znajome.
Kilka minut później byłam już w domu. Bardzo dużo myślałam o Monice i jej dawnym życiu.
 


Nieżyjące

Wczoraj spotkałam się z Angeliką. Poszłam do niej około 13, piekła właśnie ciasteczka, więc pomogłam jej, głównie w zjadaniu ich, zanim zdążą wystygnąć, gdy wróciła jej mama z pracy zostało ich z 50 ok 10  (były pyszne). Poszłyśmy do jej ślicznego pokoiku, o turkusowych ścianach i żółtym puszystym dywanie, z żółciutkimi roletami i żyrandolem, wszystko pod kolor, zawsze czuję się tam jak na plaży, lubimy położyć się na podłodze i plotkować udając że się opalamy. Uwielbiam u niej spędzać czas, zwłaszcza w zimę, kiedy mogę się poczuć jak na Karaibach (bo u niej wszystkie pokoje są urządzone w tym samym stylu). Popołudniu wyszłyśmy z domu i wyruszyłyśmy do lasu nad rzekę. Chodziłyśmy tam od dziecka, dlatego zdziwiło nas, że nie dotarłyśmy tam, gdzie chciałyśmy, tylko na szeroką polanę, pierwszy raz ją widziałyśmy, a znałyśmy tamtejsze ścieżki bardzo dobrze. Nagle podskoczyłyśmy słysząc hałas, obejrzałyśmy się i zobaczyłyśmy Dymitra, Roberta i Jaspera (widywałyśmy ich czasami w tym lesie rzadko rozmawialiśmy, ale tym razem było to konieczne), podeszłyśmy do nich i Angelika zapytała:

-Zgubiliście się? – Oni tylko się uśmiechnęli, a Robert odpowiedział:

-My w przeciwieństwie do was wiemy gdzie jesteśmy – zaśmiał się, a Dymitr spojrzał na niego ostrzegawczo i powiedział uspokajającym, łagodnym głosem:

-To polana przeznaczenia, od lat nasze trzy rodziny (wskazał na siebie, Roberta i Jaspera) wysyłają co rok tutaj swoich potomków i czekają, aż w końcu spotkamy tutaj dwie dziewczyny, które pomogą nam zwalczyć nieżyjące - kiedyś były one już zwalczone, ale powracają.

-N-I-E żyjące? – Zapytała Angelika

-Tak – odpowiedział krótko Jasper, nic nie wyjaśniając, jakby to było oczywiste.

-Zakładając, że wam wierzymy… czym jest to nieżyjące coś? Po co my tu jesteśmy? Skąd pomysł na to, że dwie dziewczyny przyjdą tutaj? My tu trafiłyśmy przypadkiem. No i co to jest polana przeznaczenia?? – Zapytałam  i szybko pożałowałam widząc minę Roberta, spojrzał na mnie jakbym była jakąś przeszkodą i z miną pełną gniewu powiedział:

-Wiedziałem, że tak będzie, one nam w niczym nie pomogą. – Po chwili minęło irracjonalne poczucie winy i poczułam złość, przecież to MY byłyśmy tu poszkodowane - Idziemy stąd, to na pewno nie one.

-Nie! – Krzyknął Dymitr, a chłopak jakby zderzył się z niewidzialną ścianą, zawrócił i napadł na drugiego:

-Wierz, że nie cierpię, jak to robisz, to, że ty jesteś bezpieczny, nie znaczy, że ja i Jasper też! – Mogłabym przysiąc, że w jego oku zalśniła łza, ale szybko przetarł oczy i spojrzał w dół. Mimo złości na niego miałam w tym momencie ochotę przytulić go i pocieszyć. Przyłapałam się nawet na tym że zrobiłam krok w jego stronę.

-Nikt nie jest bezpieczny – odpowiedział wręcz beznamiętnie Dymitr.

-Wiesz dobrze, o co mi chodzi – żachnął się Robert, ale trochę uspokojony. Widać Dymitr miał na niego jakiś dziwny wpływ.

-Wiem. – Powiedział i odwrócił się do nas - Tam na łące jest ukryty dom, jak staniemy w rzędzie w odpowiednim ustawieniu i złapiemy się za ręce, powinien się pojawić. –  Uśmiechnął się, więc i my odwzajemniłyśmy uśmiech i poszłyśmy za nim. Żle się czułam mając za sobą pozostałych chłopców, nie miałam do nich zaufania, zwłaszcza do jednego...  – Jesica staniesz tutaj pomiędzy Jasperem a Robertem – Wytrzeszczyłam na niego oczy, ale po chwili posłusznie stanęłam we wskazanym miejscu – Angelika, ty koło mnie w tym miejscu – Stanęliśmy więc tak, jak kazał, tworząc równy rząd – Złapcie się za ręce – Nie byłam w stanie wyciągnąć do nich rąk, ale po chwili ich silne dłonie złapały mocno moje, przeszedł mnie dreszcz. Spojrzałam na Roberta, patrzył wprost przed siebie, jakbym nie istniała, po drugiej stronie Jasper patrzył w ziemię niewidzącymi oczami, przez chwilę pomyślałam, że zemdlał czy coś, ale nie mogłam o tym długo myśleć, bo nagle przeszył mnie jakby prąd, a przed nami stanął najprawdziwszy wielki dom, o dziwnych proporcjach bo parter był wąski a piętro szerokie, nawet nie wybudował się, po prostu pojawił znikąd. Staliśmy wszyscy przed nim przyglądając się z otwartymi buziami, widać nawet chłopcy nie wiedzieli w jaki sposób dom pojawi się na łące. Po chwili Robert powiedział swoim ponurym głosem:

-Chodźmy więc i szybko wylosujmy te pokoje.

-Co? – wymsknęło mi się a chłopak spiorunował mnie spojrzeniem, patrząc mi prosto w oczy, coś w nich (może strach) sprawiło, że jego rysy twarzy minimalnie złagodniały i powiedział.

-Ty i twoja przyjaciółka, będziecie losować, który z nas będzie z każdą z was w pokoju, ten który zostanie będzie…

-…wyrzucony – dokończył flegmatycznie Jasper.

-Jak będziemy losować? – zapytałam ośmielona poprzednią odpowiedzią. Tym razem nie odpowiedział, nawet nie spojrzał i wtedy zdałam sobie z czegoś sprawę. – Dlaczego Dymitr jest bezpieczny? - Chłopcy najwyraźniej zapomnieli, że o tym mówili, bo przyjrzeli mi się zaskoczeni, tym razem odpowiedzi udzielił mi sam zainteresowany:

-Bo jestem prawnukiem tego kto ostatnio zwalczył nieżyjące – nie wydawał się dumny z tego powodu - ale koniec rozmowy, idziemy losować. – Weszliśmy do przestronnego pomieszczenia, na środku był stolik, a na nim leżała mała waza – to z niej macie losować, ale tak naprawdę wszystko jest już wybrane, nie przypadek, a przeznaczenie zadecyduje, Angelika idź pierwsza - moja przyjaciółka ruszyła do wazy zagubiona, gdyby to był ktoś inny modliłabym się, żeby nie wylosował Dymitra, bo on jest najmilszy, ale w jej wypadku życzę jej jak najlepiej. Po chwili wylosowała małą prostokątną karteczkę, przeczytała napis i podała ją Dymitrowi. – Więc będziemy razem w pokoju – powiedział do Angeliki, potem spojrzał na mnie, a ja podeszłam do wazy i miałam nadzieję tylko nie wylosować Roberta, wylosowałam kartkę, spojrzałam na nią i powiedziałam powoli:

-Robert – chłopak wytrzeszczył na mnie oczy, a potem, nie mogłam w to uwierzyć, delikatnie się uśmiechnął. Więc może nie będzie tak źle? Nagle usłyszeliśmy trzaśnięcie drzwi. Jasper uciekł.

Dymitr odchrząknął i powiedział powoli:

-Musimy was jeszcze wiele nauczyć. Z niebezpieczeństwem zmierzymy się dopiero, jak będziemy całkowicie gotowi. W tym domu czas nie płynie, więc możemy tu zostać bardzo długo, w przypadku mojego dziadka było to 15 lat. Będziemy was tu nauczać sztuk walki i „instrukcji obsługi” mocy nadprzyrodzonych, dzisiaj jednak zasłużyliśmy wszyscy na odpoczynek więc proponowałbym iść do kuchni, wziąć picie i jedzenie i rozłożyć się w salonie. Powinienem was też poinformować, że te pomieszczenia oraz dwie sypialnie są tutaj, a na górze jest sala do ćwiczeń, księgarnia i laboratorium, oraz kilka niezagospodarowanych pokoi.  – Tak też zrobiliśmy i było całkiem fajnie, wieczorem jednak musieliśmy iść do swoich pokoi, a że moim „mentorem” był Robert, to musiałam iść za nim. Sypialnie były ładne i jakby podzielone na pół, po jednej stronie było łóżko z błękitną narzutą, żółtym dywanem i turkusowymi ścianami, a po drugiej, czarna narzuta, drewniana podłoga i zielone ściany. Od razu rozpoznałam, która połowa należy do mnie. Położyłam się bez słowa tak jak i mój towarzysz.

W nocy obudził mnie jakiś hałas, otwarłam oczy i zobaczyłam, że Robert siedzi na łóżku, patrząc w ścianę, wzrokiem smutnym i zupełnie innym, niż jak na mnie patrzył, w nocy zawsze czuję się pewniej, jakby to co się dzieje w nocy nie działo się naprawdę, powiedziałam więc cicho, ale wyraźnie:

-Dlaczego mnie nienawidzisz? – Chłopak podskoczył i spojrzał na mnie, ale nie tym wzrokiem co wcześniej patrzył na ścianę, spojrzał zagadkowym wzrokiem i musiałam przyznać, że wygląda tak całkiem słodko. On jednak tylko patrzył się, tym razem odwaga nie odeszła, wstałam i usiadłam na skraju jego łóżka, przyglądając mu się uważnie. W końcu odpowiedział delikatnym głosem, zupełnie innym, niż wcześniej:

-Nie nienawidzę cię, właśnie w tym problem, że chciałbym, to co zrobimy… pokonanie nieżyjącego jest strasznie niebezpieczne, Dymitr wam nie powiedział, że wtedy, kiedy jego pradziadek z nim walczył, tylko on i jego towarzysz przeżyli, a obie dziewczyny…. – spojrzał na mnie smutnym wzrokiem i dokończył łamiącym się wzrokiem – zginęły – Nie mogłam w to uwierzyć. Patrzyłam się zszokowana, a on mówił dalej.  -  Próbowałem was nienawidzić, chciałem, żeby mi nie zależało, na początku próbowałem być zły, bo przez wasze losowanie mogłem odejść. To głupota i nie wasza wina, potem mnie wylosowałaś i… brakło powodów… Jesica ja się w tobie zakochałem – Powiedział szybko, a moje serce na chwilę stanęło, pochylił się nade mną i pocałował delikatnie, ja spojrzałam mu w oczy i powiedziałam:

-Ja ciebie też – kiedy on wyznał mi miłość, zdałam sobie sprawę, że ja też coś do niego czuję, po chwili szepnął mi do ucha:

-Nie pozwolę, żeby ktokolwiek cię skrzywdził!..



Jak woda w strumieniu

   Wczoraj znowu spotkałam tę dziwną staruszkę. To było we śnie – wspomnieniu z czasów dzieciństwa i jeszcze odleglejszych. Dlaczego przyśniła mi się właśnie teraz? Czy chce bym pamiętała o niej, czy może o sobie samej sprzed lat? Czy to wszystko, co pamiętam to tylko wytwór mojej wyobraźni, czy może dziwaczna obsesja? Jakieś trwałe a niedotykalne uczucie we mnie mówi mi jednak, iż jest w tym wspomnieniu jakaś prawda, która dotyczy mnie samej. I choć wcale tego nie chcę, przychodzi czas by o sobie przypomnieć, dotknąć, zawołać raz jeszcze z samej otchłani…

A jaki to był sen? 

  „ …Szłam moim ukochanym, bukowym lasem. Było chłodno, cicho a liliowa mgła unosiła się lekko nad odległymi wzgórzami. Z przyjemnością brodziłam w oceanie ubiegłorocznych liści. Rozgarniałam dłońmi mięciutkie kępy paproci. Zbiegałam w dolinę, by przejść kolejne potoki, obmyć lodowatą wodą twarz i ruszałam dalej. Zawsze tak chodzę, napawając się przestrzenią i wolnością. Tym razem jednak czułam, iż zmierzam do jakiegoś określonego, nieznanego mi jeszcze wówczas celu. Wreszcie doszłam do zwalonego pnia wielkiego buka. Przysiadłam zmęczona na jego gładkiej, srebrzystej korze, zamyślając się nad tajemnicami i dramatycznymi historiami, które skrywa w sobie mój las. W czasie drugiej wojny światowej ukrywało się w nim wiele ludzi. I trwały tu walki z Ukraińcami, Niemcami, Rosjanami. A i po wojnie niejedna tragedia się rozegrała. Kilka na pamiątkę postawionych krzyży przypomina żyjącym o tych, co właśnie tutaj pożegnali się z bólem istnienia.

 -  Tyle tych smutków było, łez i przelanej krwi a ziemia wszystko koi, wszystko swym trwaniem i zielenią przykryje. Trawa porasta dawne czasy po to, by móc spokojnie żyć tym, co jest teraz oraz planami, marzeniami o lepszej przyszłości – dumałam.
Zamyślona nie zauważyłam, że ktoś usiadł obok  mnie. Drgnęłam dopiero wówczas, gdy usłyszałam cichy, dziwnie znajomy głos.

- Znalazłam Cię wreszcie Halinko! – w pobliżu mnie na pniu siedziała pomarszczona, drobniutka staruszka o stalowoszarych, głębokich, zaskakująco młodych oczach. Ubrana była w długą do kostek spódnicę i otulona w ciemną, kraciastą chustę. Patrzyła na mnie z uśmiechem ulgi, tak jakby naprawdę długo mnie szukała i cudem odnalazła. 
- Przestraszyła mnie pani! – wydusiłam z siebie drżącym z lękliwego zaskoczenia piskliwym szeptem, usiłując przypomnieć sobie skąd znam ową dziwną kobietę.
- Nie spodziewałam się tu nikogo spotkać, a tu nagle pani w środku lasu – mówiłam już nieco pewniej – A na dodatek, proszę wybaczyć, ale najwidoczniej pani mnie z kimś myli, bo ja nie mam na imię Halina tylko Alicja!
- Znowu zapomniałaś? A ja już taka jestem zmęczona! – zasmuciła się stara kobieta i westchnąwszy zdjęła z głowy chustkę, a wówczas wysypała się spod niej burza siwych loczków. Aż mi dech zaparło z zachwytu na ten widok, bo od zawsze marzyłam o tak gęstych, kręconych puklach, a złośliwa natura obdarzyła mnie prostymi jak drut, nie należącymi do najgęstszych, rudymi włosami.

- Kiedyś też Ci się podobały. Miały tylko inny kolor. Były czarne jak smoła – szepnęła znowu tajemniczo staruszka i popatrzyła uważnie w moje oczy, usiłując znaleźć w nich jakieś przypomnienie chwil, gdy się znałyśmy.
- Przykro mi, ale naprawdę nie wiem, kim pani jest – powiedziałam znowu, bojąc się, czy aby staruszka nie jest szalona i czy nie ma czegoś złego na myśli. 
- Ale przyznać muszę, że jest jedna, niezrozumiała dla mnie zupełnie rzecz. Pamiętam pani głos…Tak, jakbyśmy kiedyś już rozmawiały – dodałam wbrew sobie samej, gdyż zamierzałam wstać i oddalić się czym prędzej w bardziej ludne, bezpieczniejsze rejony.

W odpowiedzi kobieta uśmiechnęła  się promiennie a oczy jej zalśniły jak węgielki, gdy się zmieniają w żar.
Ujęła moją dłoń. Uścisnęła ją serdecznie i wpatrując się w wody potoku  ni z tego, ni z owego zaśpiewała drżącym, starczym głosem:

Gdzie strumyk płynie z wolna
Rozsiewa zioła maj
Stokrotka rosła polna
A nad nią szumiał gaj…

W głowie mi zawirowało. Ta znana, stara piosenka nagle otworzyła w mym sercu jakąś maleńką, zardzewiałą, bluszczem zarosłą furtkę. Nacisnęłam klamkę. Zaskrzypiało. Pchnęłam mocno i weszłam do jabłoniowego sadu. Tam, pośród owoców klęczała czarnowłosa, śliczna dziewczynka i wpatrywała się w coś leżącego na ziemi. Na mój widok uniosła głowę i zawołała:
- Chodź szybko Halinko! Zobacz, jakie piękne żabki znalazłam!

Pobiegłam boso po miękkiej jak owcze runo trawie i już po chwili kucałam obok tamtej, obserwując mieniące się wszystkimi barwami tęczy maleńkie płazy, brnące wytrwale przed siebie w labiryncie kłosów traw i koniczyny.

- Weźmy je nad strumień. Na pewno chce im się pić! – zawołałam a kruczowłosa dziewczynka, wzięła ostrożnie żabki do kieszeni i już po chwili, trzymając się za ręce biegłyśmy obie w kierunku  strumienia, ukrytego w innej części ogrodu. Delikatne promienie słońca tańczyły tam wesoło, gładząc główki jaskrów i niezapominajek. A wilgotny cień dawał ochłodę spoconym ciałom. 
Przykucnęłyśmy nad strumieniem i położyłyśmy żabki na wielkim liściu łopianu. Zwierzątka nie bardzo chciały zdecydować się na wejście do wody, więc zostawiłyśmy je w spokoju i powędrowałyśmy dalej, tam, gdzie strumień rozlewał się w płytką, szeroką kałużę. Tak lubiłyśmy zawsze wpatrywać się w wodę. Kreślić patykami kręgi. Śmiać się ze swoich min i oblewać się wzajemnie pachnącą miętą wodą. Moczyć stopy. Rzucać płatki kwiatów i śledzić potem w skupieniu ich podróż.
Dziś w lustrze wody ujrzałam wyraźnie nasze odbicia. Ja, Ala – ognistowłosa, niska dziewczynka z cieniutkimi warkoczykami i Weronika – wysoka, szarooka i czarnowłosa przyjaciółka z wakacji na wsi…

- Ostatnie dobre wspomnienie – zaszemrało coś w mojej głowie niepojętym przesłaniem – Potem już tylko strach…

…Gdzie strumyk płynie z wolna, rozsiewa zioła maj… - ze ściśniętego bólem gardła usiłowałam wydusić słowa tej starej piosenki, ale straszliwe, niezrozumiałe wspomnienie ogarnęło nagle me serce. Załkałam nie mogąc uwolnić się od budującej się ze strzępów pamięci odległej, przerażającej przeszłości. I już wiedziałam, co się zaraz stanie. Bezbronna czekałam na falę bólu i strachu. Na osaczający ludzki lęk, smród, gniew, panikę i niemoc ucieczki z tego straszliwego miejsca, z obozu…”

- Nie! Nie chcę! Weronka, gdzie jesteś! Weronka! – szlochałam, miotałam się jak w klatce, chcąc za wszelką cenę uciec przez powracającą falą przypomnienia tego, czego nie powinnam wszak pamiętać.
- Alu, Alu kochana! Obudź się to tylko zły sen! No już dobrze. Nic się nie dzieje.
 - Przytul się i niczego się już nie bój – szeptał czule mój mąż Kacper, w ramionach którego się obudziłam.
- Miałam straszny sen. Śniła mi się taka dziwna staruszka i dziewczynka z czarnymi lokami. I jeszcze coś, ale już nie pamiętam… – ostatnie spazmy szlochu wstrząsały mym ciałem a kojąca mgła ogarniała powoli mój przebudzony umysł.

Bezpiecznie wtulona w śpiącego już po chwili Kacpra leżałam bezsennie aż do świtu a potem wstałam cichutko i zaparzyłam kawę. Siedząc przy kuchennym stole i wpatrując się w malinowo-morelowy wschód słońca usiłowałam poskładać sobie w głowie strzępy wspomnień i snów, które nawiedzały mnie przez całe życie, ale ulatywały zanim zdążyłam sklecić z nich coś sensownego.

   Mam na imię Alicja. Jestem informatykiem. Projektuję strony internetowe.  Mąż jest urzędnikiem w pobliskim miasteczku. Od kilku lat mieszkamy w małym domku na wsi, gdzie mamy ogródek, samochód i psa. Syn studiuje w Anglii, ale często nas odwiedza. Właśnie skończyłam czterdzieści dwa lata a moje życie prywatne i zawodowe jest normalne, szczęśliwe i poukładane. Mam parę dziwactw i nieszkodliwych manii, ale któż ich nie ma? Od dawna zbieram małe, pluszowe misie. Mam już ich dziesiątki.  Pousadzałam je w domu na kredensach, regałach, kanapach i fotelach. Znajomi nie mają problemu z pamiątką z wakacji dla mnie. Zawsze wynajdą jakiegoś nowego misia do kolekcji…Nie lubię dużych psów, tłumów oraz zamkniętych pomieszczeń. Ale nie jest to obsesyjne. Da się z tym żyć.
Skąd jednak we mnie tyle niezrozumiałych pytań o przeszłość? Co kryje się na dnie mojego „ja”? Dlaczego nawiedzają mnie tak dziwaczne sny?

   Na progu kuchni stanął mój Kacper, który ziewając smacznie i przeczesując zmierzwione kłaczki zapytał o godzinę.
- Dopiero piąta rano! Po co tak wcześnie wstałeś Kacperku? Przecież dzisiaj sobota. Masz wolne. Odpocznij! – odparłam, uśmiechnąwszy się na jego widok.
- No tak, ale jak ciebie przy mnie nie ma, to nie mogę spać. Wiesz przecież – poskarżył się mężczyzna mego życia i podszedł bliżej, aby cmoknąć mój policzek.
- I twoja kawa tak ładnie pachnie… - dodał jeszcze znacząco, a ja zrozumiawszy delikatną sugestię wstałam, nastawiłam wodę w czajniku i już po chwili siedzieliśmy razem przy stole milcząc i popijając gorący, wonny napój.

- Wiesz Kacperku, mam takie dziwaczne, niezrozumiałe dla mnie samej wspomnienie z dzieciństwa. I muszę Ci o tym opowiedzieć, bo już sobie z tym sama nie daję rady – powiedziałam wreszcie, oparłszy głowę na jego ramieniu i z rozkoszą wdychając lawendowy zapach mego męża.
- No dobrze Alu, mów! A czy to ma coś wspólnego z Twoim dzisiejszym snem? – zapytał, całując mnie w czubek głowy.
- Chyba ma. A co? Może do tego dojdziemy jakoś razem – odrzekłam, decydując się opowiedzieć Kacprowi niezwykłą historię sprzed lat. Historię, która żyła we mnie i czekała na dzień, w którym nie będę się bała wywlec jej z zakamarków pamięci i podzielić się nią z kimś najbliższym.



 „ …Miałam coś około dwunastu lat i czekając na mamę stałam przed ogromną wystawą jednego z większych w mieście sklepów. Nie chciałam wchodzić dziś do środka. Wiedziałam, że mama kupi tylko kilka  produktów spożywczych i zaraz wyjdzie. Tymczasem tu, na dworze słońce tak cudnie grzało.
     Przeglądałam się w szybie wystawowej. Widziałam drobną, szczuplutką, rudowłosą istotę z cienkimi, marchewkowego koloru włosami, piegowatą i niepozorną. No trudno, już się pogodziłam ze swoim wyglądem. Nawet czasami, w chwilach takich, jak ta potrafiłam docenić dziwną urodę tych ognistych włosów. Słońce tak pięknie się w nich mieniło...
     - Piękne włosy...Halinko! - usłyszałam nagle i wtedy zobaczyłam obok swego odbicia, odbicie bardzo sędziwej, przygarbionej kobiety o głębokich, szarych jak mgła oczach.
     - Nie nazywam się Halinka - odrzekłam, spoglądając podejrzliwie na dziwną staruszkę.
     - Mnie nie oszukasz, kochana...Przecież byłyśmy tam razem, pamiętasz? - zaszeptała nagle gorączkowo kobieta i chwyciła moją dłoń.
     - Ale ja mam na imię Ala! Proszę mnie puścić! Zaraz tu będzie moja mama! Pani mnie z kimś pomyliła! - wykrzyknęłam przerażona. I już miałam wyrwać się i uciec w głąb sklepu, gdy wtem spojrzałam w przepastne oczy tej przerażającej kobiety. Wtedy przypomniałam sobie wszystko. Zobaczyłam biegnące przed siebie przez pusty, zimny plac dwie zziębnięte dziewczynki. Rudowłosą i brunetkę o niezwykłych, szarych oczach.  Strasznie się bały. Usiłowały się gdzieś ukryć. Słyszały szczekanie psów. Ostre, niezrozumiałe krzyki. Jakieś nieprawdopodobnie wychudzone cienie ludzkie płochliwie schodziły im z drogi. Dzieci wpadły do kałuży pełnej ohydnej, śmierdzącej wody. Leżał tam biedny, brązowy, pluszowy miś Halinki. W jego lśniących, koralikowych oczach widać było bezradność i smutek. Dziewczynki nie mogły się jednak zatrzymać i go zabrać. Musiały uciekać. Schowały się za długim, drewnianym barakiem. Serca biły im, jak oszalałe. Lodowate powietrze przenikało płuca. Wtedy ta starsza, o jasnoszarych, wyrazistych oczach szepnęła nagle:
 - Nie uda się nam Halinko. Schowaj się tam, za rogiem. Tam jest ciemno i bezpiecznie.

     Ale tam wcale nie było bezpiecznie. Halinka została schwytana.
 Potem był krzyk, ból, płomienie. I nic więcej.

     Stałam, trzęsąc się, jak osika i wpatrując w szybę wystawową. Wydawało mi się, że widzę tam blask odległych płomieni, że wciąż słyszę ten nieludzki krzyk, że widzę obciągnięte cienką skórą, brutalnie popychane przez żołnierzy ludzkie cienie w pasiakach . 
Lecz nie było już nic. Świat trwał po dawnemu. Słońce wesoło bawiło się promieniami w moich włosach. Mama właśnie wychodziła ze sklepu, rozmawiając z jakąś sąsiadką.  I nigdzie nie było widać staruszki, o dziwnych, szarych oczach. Zniknęła, rozpłynęła się nie wiadomo gdzie, pozostawiając mnie z mnóstwem pytań bez odpowiedzi i z wrażeniem, że kiedyś dobrze się znałyśmy…”

     - Kacperku! Nie chcę Cię straszyć, nie wymyślam dla próżnej rozrywki opowieści z dreszczykiem. Ta historia jest we mnie od wielu lat, ale bałam się o tym mówić, żebyś nie miał mnie za wariatkę. Zresztą dotąd to nie miało większego znaczenia. Teraz jednak to wspomnienie mówi mi, że nie wszystko przemija bez śladu. Czasem ślad odkrywamy w sobie niespodziewanie, wcale tego nie chcąc i nie przeczuwając jego obecności – mówiłam gorączkowo, wpatrując się w zdumione oczy męża i szukając w nich śladów zrozumienia i akceptacji, dla mojego zwierzenia.

- A co ma z tym wspólnego twój dzisiejszy sen? – zapytał skołowany zupełnie Kacper i pociągnął tęgiego łyka kawy, żeby w głowie mu się bardziej przejaśniło.

- Wyobraź sobie, że dzisiaj przyśniła mi się ta sama staruszka! – wykrzyknęłam i pełna emocji wstałam, aby przemierzyć wzdłuż i wszerz naszą małą kuchnię.
- Nazywała mnie Halinką i mówiła, że kiedyś jako dzieci znałyśmy się bardzo dobrze! Że byłyśmy przyjaciółkami i bawiłyśmy się razem w jej ogrodzie!
- No dobrze, ale jak mogłyście się znać, skoro ona była pewnie dzieckiem jeszcze przed drugą wojną światową! To wszystko to są jakieś fantasmagorie i bzdury! – żachnął się Kacper i zauważyłam z przykrością, że powoli tracił chęć na kontynuowanie tego frapującego mnie tematu.

   Mimo wszystko nie ustępowałam.  Usiadłam naprzeciw niego i użyłam najsilniejszego z możliwych argumentów.
- A pamiętasz, jak opowiadałeś mi kiedyś o swoim wrażeniu deja vu? O tej wielkiej sali wykładowej, w której poczułeś się jakbyś już kiedyś dawno temu w niej był i znał ją dobrze, a odwiedziłeś ją przecież pierwszy raz w życiu? Sam przyznasz, że są na tym świecie dziwne i niezrozumiałe rzeczy! – zawołałam tryumfalnie, widząc z ulgą, iż pewność siebie Kacpra nieco słabnie a jego niechęć do mojej pokręconej opowieści znika.

- Aluś! Może i są na tym świecie rzeczy, o których się filozofom nie śniło, ale i tak nie znajdziemy wytłumaczenia dla Twojej znajomości z ową staruszką. Jak jej tam było na imię?
- Weronika, Weronka, tak właśnie ją nazywałam – szepnęłam i nagle zupełnie minęła mi chęć na dalszą rozmowę o niej. Zapatrzyłam się w widoczną na horyzoncie linię lasu bukowego i już wiedziałam, co powinnam dzisiaj zrobić. 
- Ale dajmy już temu wszystkiemu na razie spokój. Sen mara, Bóg wiara! – podsumowałam i wstałam by umyć kubki po kawie.
- No dobra, to ja idę wziąć szybki prysznic a potem pójdę do garażu. Muszę dokręcić jakąś śrubę pod maską naszego opla, bo coś tam się spod samochodu leje. Zrobisz nam jakieś śniadanko, kochanie? -  zapytał z przymilnym uśmiechem Kacper, po czym dał mi serdecznego buziaka i nucąc coś pod nosem udał się do łazienki.

   Po śniadaniu okazało się, że roboty przy samochodzie starczy mojemu mężowi na kilka dobrych godzin. Wzięłam naszego foksterierka Sabę na smycz i poszłam na spacer do bukowego lasu.

   Dobrze znałam drogę. Rozgarniałam kępy jasnozielonych, gęstych paproci. Mijałam brzozowe zagajniki. Przeskakiwałam ponad strumieniami, obserwując jak zawsze uszczęśliwioną długim spacerem Sabę. Aż doszłam do wielkiego pnia zwalonego, czekającego na pocięcie i uprzątnięcie buka. Pies leżał w potoku, rozkoszując się chłodem górskiej wody a ja siedziałam spokojnie na pniu i czekałam…Na co, na kogo?
W pewnym momencie jakaś gałązka głośno zaszeleściła a spłoszony ptak poderwał się raptownie z gałęzi tuż nad moją głową. Serce załomotało mi gwałtownie. Wstrzymałam oddech. Nasłuchiwałam. Ale nikogo nie było. Trwałam tam zjednoczona z lasem, z głębią wspomnień i ukrytych pod powierzchnią ran.
   W niedługim czasie moją duszę ogarnął przyjemny spokój. Przypomniałam sobie dokładnie wszystko, o czym śniłam. I wraz z tajemniczym spotkaniem ze staruszką, jakie miało miejsce w czasach mego dzieciństwa ułożyło się to w mej głowie w jakąś logiczną, zrozumiałą całość. Wpatrzona w wody strumienia zrozumiałam, że to, co wiemy o sobie i pamiętamy oraz to, czym żyjemy, jest tylko fragmentem nas, naszej nieskończonej, wiecznej jaźni. Nic się nie kończy i nic się nie zaczyna. Byliśmy, jesteśmy, będziemy. A odległe wspomnienia z poprzedniego życia mogą nagle przebudzić się w naszych sercach, mówiąc nam, iż jesteśmy właśnie jak woda tego strumienia. Płyniemy nieskończenie, zapominając o kamieniach, które stają na naszej drodze, o patyczkach i płatkach kwiatów mknących z nurtem. O bólu, krzywdach, radościach i zachwytach. To wszystko znika niewidzialnie za fioletową mgłą zapomnienia, ale mimo to nadal jest i niekiedy przychodzi czas, gdy nie wołane odzywa na nowo…
- Saba! Wracamy do domu! Do pana! – zawołałam psa i ruszyłam w górę doliny, zagłębiając się w mgłę oraz delikatny dotyk traw i paproci…

Nowy Dom
Wczoraj spotkałem dziwną istotę. Już od rana czułem, że wydarzy się coś wyjątkowego. Powietrze było przesycone magią i zapachem sosen. Obudziłem się wcześnie, niż zazwyczaj. Za oknem śpiewały ptaki, a przez szybę wbijały się promienie słońca nie pozwalając na dalszy wypoczynek. To była niedziela. Pierwsza niedziela w moim nowym, wymarzonym domu. Dom sam w sobie był wyjątkowy. Usytuowany na krawędzi lasu, drewniany, w środku w salonie kominek. W nowym nabytku na ścianach piętrzyły się stosy książek. W sumie salon, kuchnia i biblioteka, połączona z pracownią. Tutaj również urządziłem sypialnię. Uwielbiałem zasypiać i budzić się patrząc na książki. Czego mogłem potrzebować więcej do szczęścia?  Miałem dosyć wielkomiejskiego gwaru i czułem że właśnie tutaj nabieram sił. Budziłem się w ciszy, nie słyszałem nadjeżdżających śmieciarek i wycia zwiastującego przejazd pogotowia ratunkowego, co było codziennością w mieście. Po rozwodzie straciłem mieszkanie w centrum Warszawy, samochód i dobre imię. Była żona nie pozostawiła na mnie suchej nitki, a znajomych nagle zaczęło ubywać. Postanowiłem niczego nie prostować, czekając na samoistne wyjawienie prawdy. Ostatecznie chciałem zacząć życie od nowa. Wziąłem pożyczkę i zakupiłem skromną chatkę. Celowo zrezygnowałem z telewizora. Wystarczał mi laptop i dostęp do internetu, przez który wysyłałem swoje felietony do poczytnych gazet. Zarabiałem mało, ale wystarczało na jedzenie, skromne życie i spłatę rat. Przewartościowałem swoje myślenie. W pobliżu las, łąki, pola i stary cmentarz. W sumie on mnie intrygował. Nigdy nie wierzyłem w obecność istot z drugiego wymiaru. To miejsce jakoś mnie przywoływało. Wieczorami siadałem przed domem, patrząc w kierunku tamtego miejsca. Było ledwo widoczne, ale rzucające się w oczy za sprawą rzędu krzyży. 
 Po porannej toalecie postanowiłem się wybrać na rekonesans terenu. Wcześniej zjadłem obfite śniadanie, składające się z jajecznicy i wiejskiego chleba. Smakowało wybornie. Wyszedłem przed dom, rozważając zamknięcie drzwi na klucz. Zawołałem mojego jedynego przyjaciela. Wabił się Czarny i był labradorem. Nie lubił zostawiać sam, a nie chciałem zostawiać go samego na czas spaceru. Najbliżsi sąsiedzi mieszkali jakieś trzydzieści minut spacerem przy lesie, a ja do tej pory nie widziałem w pobliżu żywej duszy. To wielodzietna rodzina, która zamierzałem poznać przy nadarzającej się okazji. Na razie nie byłem gotowy nawiązywać nowych znajomości. Może za tydzień, może za dwa? Czas pokaże. Ostatecznie przekręciłam zamek w drzwiach, rzucając za siebie spojrzenie. Czarny był w siódmym niebie hasając i węsząc wokoło. Z początku chciałem iść do lasu, ale perspektywa bliskiego spotkania z kleszczem, albo wilkiem ostudziła moje zamiary. Zerknąłem na zegarek. Dochodziła dziewiąta. Zapowiadał się upalny dzień. Ostatecznie skierowałem wzrok, a następnie kroki w stronę opuszczonego cmentarza. W połowie drogi żałowałem, że nie zabrałem ze sobą wody. Pies oddychał ciężko i zwolnił swoje harce. 
- Czarny, damy radę – powiedziałem do psa, który spojrzał na mnie swoimi mądrymi oczami- Wiem, że chce ci się pić. Za godzinę wrócimy i napijesz się do woli. 
 Czarny, który miał jasną sierść zamerdał radośnie ogonem. Zawsze czułem, że psy rozumieją, co do nich mówimy. Po raz kolejny utwierdziłem się w tym przekonaniu. Nazwałem go „Czarny” na przekór byłej żonie, która szczerze nie znosiła zwierząt. Po części właśnie ta istota stała się przyczyną rozpadu związku. Ale w większej części to wina Sławka – instruktora z siłowni, do której Grażyna tak chętnie uczęszczała. Ich ćwiczenia stawały się coraz częstsze, a pan instruktor chętnie udzielał prywatnych rad mojej żonie, szczególnie chętnie to czynił poza godzinami pracy, w hotelu. 
 Późną jesienią wróciła późno. Oczywiście z siłowni. Ja udawałem że śpię. Dotknęła mojego ramienia, siadając na krawędzi łózka. Pachniała nim. Ile jeszcze czasu mogłem przeżywać katusze bycia rogaczem?
- Śpisz? Wiem, że nie śpisz. Musimy porozmawiać. 
….
- Marcin. Ja mówię poważnie. Szarpnęła mnie za ramię.
- O jesteś… - udałem, że dopiero się przebudziłem – Która godzina? 
- Prawie  północ  - powiedziała  napięciem w głosie, odsuwając się o kilka centymetrów. 
- Marcinie. Musimy porozmawiać – w jej głosie wyczułem strach. Zastanawiałem się, czego się bała? Może że ją uderzę? Nigdy tego nie zrobiłem. Kochałem ją, dbałem o nią, wynagradzałem jak mogłem to, że nie możemy mieć dzieci. Byłem bezpłodny. Zawsze powtarzała, że dla niej nie jest to przeszkodą. 
- Coś się stało? – zapytałem naciągając kołdrę.
- Jestem w ciąży. Chyba wiesz z kim…
 Nie wiedziałem jak mam zareagować. Czułem, że tak może się to skończyć, pozwalałem jej na kochanka, ale teraz czułem pustkę. W jednej chwili kobieta która siedziała obok, stała się dla mnie kimś odległym. Nie chciałem jej nienawidzić. Moje uczucie wygasło w jednej sekundzie. Wstałem z łóżka i udałem się do kuchni. Wyciągnąłem papierosa, zaciągając się głęboko dymem. W dolnej szufladzie trzymałem paczkę Marlboro na „trudne chwile”. 
- Palisz? Znowu palisz? – zapytała stojąc w drzwiach – Nie paliłeś od ślubu.
- Zgadza się, ale jak zauważyłaś wiele się zmieniło. Czego ode mnie oczekujesz?
- Chcę rozwodu. Kocham go. 
W tamtym momencie miałem ochotę biec na siłownię i zabić bydlaka. Ale przypomniałem sobie, że siłownia już dawno zamknięta, a kochanek żony był z nią w hotelu.
- Rozumiem. Mam tylko jedno pytanie… - zbliżyłem się powoli do żony – Dlaczego mi to zrobiłaś?
- Co ja mam tobie powiedzieć? Czułam się taka samotna? Ciągle pracowałeś i nie miałeś czasu dla mnie.
- Pracowałem, abyś miała to, czego zapragniesz.
- A co takiego mam? Małe mieszkanie i stary samochód? Apropos mieszkania. Chciałabym, abyś mi je zostawił. Wiem, że to nie pora na takie rozmowy, ale…
- Już wszystko zaplanowałaś ze swoim kochasiem? – walczyłem ze sobą, aby jej nie uderzyć. 
- To nie kochaś. To ojciec mojego dziecka – odpowiedziała zmęczonym głosem.
- Dosyć tego. Wychodzę – ubrałem się i wyszedłem na pustą ulicę. Chyba wtedy płakałem, ale poczułem też jakiś spokój. Wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do jedynego człowieka, który zawsze mnie ostrzegał przed tym związkiem.
Odebrał po czwartym sygnale.
- Halo – usłyszałem zaspany, cichy głos
- Adam? Ona jest w ciąży – rzuciłem szybko, obawiając się, że za chwilę nie będę do tego zdolny. 
- Marcin? Marcin, gdzie jesteś? – tym razem usłyszałem czujny głos przyjaciela.
- Na ulicy. Mogę u ciebie przenocować? Nie chcę tam wracać.
- Jasne, wpadaj. Adres znasz.
Pół godziny potem byłem pod jego mieszkaniem. Rozmawialiśmy do rana. Adam był psychologiem, ale także człowiekiem pełnym empatii i wyjątkowo dobrym. Pracował w redakcji w dziale porad psychologicznych.  Nie interesowało mnie jego prywatne życie, ani plotki jakie się mnożyły o jego przeszłości. 
W czasie tej rozmowy zaproponował zamieszkanie u niego, jeżeli nie mam ochoty i siły wracać do domu. Nie miałem. Kolejne miesiące spędziłem u kolegi.  Spałem na rozkładanej sofie, chociaż w tym czasie miałem duże problemy z zaśnięciem. W końcu uzyskałem upragniony rozwód zwracając wolność kobiety do której moje uczucia wygasły, po czym zacząłem starania o kredyt. Postanowiłem uciekać jak najdalej od stolicy. Mój nowy adres był znany tylko Adamowi, oraz moim rodzicom, którzy oczywiście na wiadomość o rozwodzie utwierdzili się w przekonaniu, że jestem życiowym nieudacznikiem. 

- Pan tam mieszka? – przez moje myśli przebił się nieznajomy głos
Odwróciłem się za siebie. Zatopiony w przeszłości doszedłem do cmentarza, nie zdając sobie z tego sprawy. Przede mną stała kobieta, niezbyt wysoka, ubrana w dziwny strój, który z pewnością nie należał do kanonu współczesnej mody. Jej skóra była prawie przeźroczysta, a ciało przeraźliwie chude. Na głowie miała zawiązaną do tyłu chustkę, przypominała typową chłopkę z pierwszej połowy XX wieku.
- Dzień dobry. Nazywam się Marcin Stawski. Przepraszam, nie zauważyłem pani. O co pani pytała?
- Czy pan tam mieszka? – wyciągnęła chudy palec w kierunku mojego nowego, starego domku. 
- Zgadza się. Kupiłem ten dom. Nie znam tutaj nikogo. 
We wzroku kobiety było coś , co bym nazwał mieszanką szaleństwa. Po mojej skórze przebiegły ciarki, a może to nagłe ochłodzenie? Tego nie wiedziałem. 
- A pani…? – nie pozwoliła mi dokończyć.
- Przychodzę co rok na grób córki – dostrzegłem że stoi obok szeregu nagrobków – Zamordowali ją. Była taka młoda. Niewinna. W człowieku jest tyle zła. 
- Coś o tym wiem – mruknąłem 
- Nie jest pan szczęśliwy, prawda?
- Skąd takie odczucia?
- Widzę. W pana oczach jest wiele bólu i rozczarowania.
- Jak pani śmie mnie oceniać? – odezwałem się oburzony
- To nie ocena, to fakt. Nie będzie pan szczęśliwy, póki pan nie wybaczy. 
- Co pani może o mnie wiedzieć? – chyba krzyknąłem 
- Coś panu powiem. Kiedy zginęła moja córka, wkrótce potem straciłam męża. Płakałam co noc, byłam na granicy obłędu, inni się ze mnie śmiali. W moim sercu pojawiła się nienawiść. Chciałam umrzeć. Ale nie mogłam. Nie potrafiłam wybaczyć zła tym, którzy to zrobili.
- To takie górnolotne teksty. Nie sprawiają się w praktyce. Może kiedyś.
- Nie trać czasu na to – nagle zaczęła mi mówić per „ty”. Stracisz poczucie rzeczywistości i oszalejesz. Nie stań się więźniem własnej przeszłości. O ile już to się nie stało – spojrzała na mnie dziwnie.
- Kim właściwie pani jest? Czego pani chce? Niech pani da mi spokój? – przez krzyk usłyszałem czarnego. Odwróciłem się na moment poszukując go wzrokiem. Pies zbliżał się.
- To Czarny. Mój pies. Nie musisz się go…- kobiety nie było. Rozglądałem się w panice. Było to o tyle dziwne, że nie było racjonalnego wyjaśnienia do zaistniałej sytuacji. Kobieta nie mogła się schować za żadnym nagrobkiem, ani też nie mogła się oddalić niezauważona. 
- Co to było? – mruknąłem przerażony, w pośpiechu opuszczając to ponure miejsce. Teraz zauważyłem, że słońce schowało się za chmurami, a temperatura znacznie spadła. Wróciłem do domu i zamknąłem drzwi, zasłoniłem szczelnie okna. Rozpaliłem w kominku, zrobiłem drinka. Byłem pewien, że ją widziałem. Przecież nie była duchem. Czarny leżał przy fotelu, dysząc głośno. Na sen było za wcześnie. Postanowiłem obejrzeć stare meble, które dostałem po poprzednich właścicielach, o których nic nie wiedziałem. Stara komoda musiała pamiętać poprzedni wiek. Otwierałem kolejne przegródki. Ostatnia nie poddawała się oporowi moich palców. Ostatecznie podważyłem i szuflada wysunęła się ze specyficznym skrzypnięciem. Na dnie zobaczyłem czarno-białe zdjęcia i stare wycinki z gazet. Podszedłem do kominka, nie zapalając światła. Ponownie napełniłem pustą szklankę i zabrałem się do przeglądania. Na pierwszym zdjęciu zobaczyłem młodą dziewczynę. Była przepiękna. Prawie kobieta, o jasnych włosach, związanych w warkocz opadających na strój z koronkowym zakończeniem pod szyją. Te oczy…Spojrzałem na drugie zdjęcie. Była na nim kobieta z cmentarza z dziewczyną, która była jej córką. Byłem tego pewien. Obie uśmiechnięte. Zdjęcie było zrobione na tle mojego domu. Na odwrocie data. 1948 rok. Zdjęcia wypadły mi z dłoni. Musiałem się napić. Pies dźwignął łeb, skrywając go i wydając pisk. Drżącymi rękami dotknąłem wycinka z gazety. W tle zdjęcie z moim domem i nagłówek „Zmarli wracają z zaświatów”. Niżej opisy ludzi, którzy widzieli nieżyjących mieszkańców tego domu. Nawiedzony dom? Poczułem się nieswojo. Odwróciłem się za siebie i sięgnąłem do kontaktu. Zalewające pokój sztuczne światło zmniejszyło mój lęk. Podświadomie czekałem na jakieś skrzypnięcie, albo na pojawienie się ducha. Obecność psa mi pomagała. Umyłem się, rozebrałem i wśliznąłem do łóżka. Zamknąłem oczy i nakryłem głowę kołdrą. Nie gasiłem światła. Nie wiem o której zasnąłem. Z pewnością nad ranem. Kobieta przyszła w snach. Milczała, uśmiechając się do mnie. Nawet się nie bałem. Rozmawialiśmy.
- Panie doktorze. Czy ja zwariowałem? Pomoże mi pan wybaczyć?



TOTAM CIĘ, MAMO! 
Wczoraj spotkałam moją dawną koleżankę jeszcze z czasów szkoły podstawowej, a to przypadkowe, nieplanowane zupełnie nasze zetknięcie się ze sobą wywołało lawinę wspomnień. Zaczęło do mnie nie po raz pierwszy ostatnimi czasy docierać, że moje życie leci jak szalone, biegnie do przodu, pędzi wręcz, nie pytając mnie o zdanie, czy chcę, czy mogę, czy mam ochotę w tym wszystkim uczestniczyć, jakby działo się to wszystko poza mną, bez mojego udziału, choć to ja przecież jestem jego główną bohaterką. Czy o tym marzyłam, czy tak planowałam spędzić te kilkanaście lat, jakie dzieliły mnie od ukończenia „podstawówki” do owego momentu, do chwili, gdy stałam tu, na środku ulicy i zastanawiałam się, co stało się z tą wiecznie uśmiechniętą, szaloną, śmiałą, wesołą, przebojową dziewczyną?  Kiedy to wszystko uległo zmianie, jak do tego doszło? Miałam ogromne, dalekosiężne plany, tyle chciałam osiągnąć, zostać kimś… Byłam największą przeciwniczką dzieci, szczególnie tych całkiem małych, różowych bobasków, którymi wszyscy się tak zachwycają, do których przemawiają zdrabniając wszelkie słowa, sepleniąc niejednokrotnie. Nie chciałam mieć dzieci, męża, domu z ogródkiem, aż do momentu, gdy pojawił się w moim życiu ON.

ON miał na imię Mateusz, był jasnowłosym, uśmiechniętym młodym mężczyzną. Szczupły, ale umięśniony, wysoki, schludnie ubrany, wesoły, miał mi tyle do powiedzenia, stale spoglądał w moją stronę ukradkowo mnie obserwując. Początkowo nie byłam nim jakoś szczególnie zainteresowana czy zachwycona, nie lubiłam chłopaków, nie w takim sensie, jak można by myśleć, nie zwracałam na nich uwagi, nie kokietowałam.  Nie zauważałam tak naprawdę różnicy między przyjaźnią z chłopcem, a z dziewczyną. Miałam wielu znajomych obojga płci i było mi z tym bardzo dobrze, ale bałam się bliższych kontaktów damsko-męskich, nie byłam do nich przekonana. Uważałam, że na wszystko przyjdzie pora, że nie ma się co spieszyć, nie mogłam też słuchać intymnych opowieści koleżanek czy jeszcze gorzej, kolegów. Ci ostatni tak naśmiewali się z „łatwych” panienek, tak szczegółowo omawiali wszelkie chwile zapomnienia i namiętności chwilowej, że zdecydowanie chciałam się od tego odgrodzić, bo ja to tylko z miłości… tylko i wyłącznie…

Mateusza poznałam w dość dziwnych okolicznościach. Znałam już od kilku lat jego kuzynkę Dominikę, młodszego brata Marcina i młodszą siostrę Paulinę. On nigdy nie przyjeżdżał wraz z nimi, pojawił się dopiero na pogrzebie dziadka. Nie była to wymarzona sytuacja do poznania tego jedynego, zresztą, jak już wspominałam, ja nie zwróciłam na niego większej uwagi. Owszem, pomyślałam, że jest przystojny, podobny był zresztą do młodszego brata, czy też raczej brat przypominał jego. Wyszłam wraz z Dominą przed budynek restauracji, w której odbywała się stypa, by odetchnąć świeżym powietrzem, w środku atmosfera była ciężka i smutna, jak to przy ostatnim pożegnaniu bywa. Wspominano cudownego, niesamowicie dobrego i ciepłego człowieka, który i mi zastępował dziadka, swojego nigdy nie poznałam, nie miałam go, choć marzyłam o nim nieustannie. Może to dlatego tak lgnęłam do tej rodziny? Mama często wypominała mi, że spędzam tam więcej czasu, niż we własnym domu, ale było w tym wiele racji, kiedy tylko nadarzała się okazja jechałam do babci. Po prostu wsiadałam w autobus i już po godzinie byłam na miejscu. Drugiej takiej osoby jak mama mojej mamy, tak żywiołowej, tak życzliwej jak ona nie znałam, była charyzmatyczna, wszystko musiało być tak, jak ona zarządziła, tak, jak sobie zaplanowała, ale kochałam ją całym sercem. Nigdy nie gniewała się na mnie, kiedy wybiegałam do Dominiki, nawet jeżeli wracałam od niej bardzo późno. Na wsi czas płynął zupełnie inaczej, nie było tam laptopów, nikt nie słyszał wtedy o telefonach komórkowych, o mp4, o tabletach, o wi-fi, czy czym tam jeszcze żyje dzisiejsza młodzież. My uwielbialiśmy spędzać czas na świeżym powietrzu, przebywać w swoim własnym towarzystwie, rozmawiać na żywo, nie przez facebooka, naszą klasę, czy inne cuda. Kochałam lasy, łąki, otwartą przestrzeń, dziś zagrodzoną, dzisiaj niedostępną, z wielkimi literami straszącymi wszystkich, że teren prywatny, że wstęp wzbroniony! Kiedyś nie do pomyślenia! Wówczas w letniej sukience biegałyśmy po polanach, zbierając najpiękniejsze polne kwiatki, robiąc z nich kolorowe, barwne, pachnące wianki, które zakładałyśmy sobie na głowę niczym koronę, wyglądałyśmy jak leśne nimfy, wszystkie miałyśmy długie włosy, zaplecione w piękne, grube warkocze. Na źdźbło trawy nakładałyśmy poziomki, robiłyśmy sobie z nich korale, aromatyczne, piękne, smakowite, różowe małe owoce, pamiętam ich zapach, pamiętam ich smak, nawet dzisiaj po tylu latach, wystarczy, że zamknę oczy… 
Wtedy miałam wybujałą wyobraźnię, wtedy układałam najpiękniejsze, najbardziej romantyczne historie miłosne, z tym, że czysto platoniczne. Moi bohaterowie nie zniżali się do jakichkolwiek namiętności, oni byli ponad to, potrafili wyznawać sobie miłość tak pięknie. 

- Mój kuzyn, Mateusz. Majka? 
Ktoś coś do mnie mówi? Na łące leżę przecież, słoneczko mnie ogrzewa, a ja marzę…
- Maja… - otwieram leniwie oczy, w pierwszym momencie nie wiem, gdzie jestem. Poznaję Dominikę, a obok stoi ON.
- Mateusz - chłopak uśmiecha się. Wyciąga rękę w moją stronę.
- Majka. Ach, Mateusz! Brat Marcina i Pauli. Miło mi poznać. Przykro mi jednak z powodu dziadka, bardzo lubiłam go… - miotam się, jak ćma lecąca do światła, w stronę rychłej zguby… 
- Była ulubienicą naszego dziadka, Mat, mówię ci! Zresztą, kto nie lubi Majki? Jej nie da się nie pokochać!
- Taaaak – usta młodego mężczyzny potwierdzają słowa Dominiki. Jacy oni wszyscy są do siebie podobni, cała czwórka, jak rodzeństwo. Ja nie mam nawet kuzynki, babcia urodziła tylko moją mamę, dziadek zmarł jeszcze w czasie II wojny światowej, ukrywał wtedy Żydów i któryś z życzliwych inaczej sąsiadów wydał go, nie zważając na losy dwóch rodzin. Babci udało skryć się w schowku pod podłogą, wraz z dwuletnią wówczas moją mamą, obie słyszały krzyki po niemiecku, strzelaninę, „RAUS!” prześladowało moją rodzicielkę przez długie jeszcze lata. Ani dziadek, ani żydowska rodzina, którą ukrywali moi dziadkowie nie przeżyli. One uciekły pod osłoną nocy i osiedliły się w obecnym miejscu, we wsi spokojnej, wśród ludzi życzliwych naprawdę. Wdowie z maleńkim dzieckiem każdy chciał pomóc. Babcia musiała bardzo kochać dziadka, ponieważ nigdy już nawet nie spojrzała na innego mężczyznę. Zresztą to były inne czasy. 
- Ziemia do Majki! Co z tobą, jeszcze Mateusz pomyśli, że ci odbija! – śmieje się Dominika, chowając za ucho kosmyk rudych włosów. Uwielbiam ten piękny odcień, szczególnie w momencie, gdy odbijają się w nim promienie słońca. Zazdroszczę przyjaciółce niespotykanego koloru, tego, że jest taka unikatowa, niebanalna. Ja jestem taką zwyczajną blondynką, mam proste, długie włosy, niebieskie oczy, nie jestem wysoka, ani szczególnie ładna. Przynajmniej w tamtym momencie tak o sobie myślałam. Pewność siebie przyszła dużo później, za sprawą Mateusza, ale nie tylko. 
- Może i jej odbija… Tak się w ciebie wpatruje, że można by pomyśleć, że się zakochała! – podchodzi do nas Marcin, jak zawsze bezpośredni, szczery aż do bólu.
- Może… - i Dominika przygląda mi się jakoś uważniej, mruczy oczy.
- Nie byłoby to takie głupie, bylibyśmy rodziną! – śmieję się w głos – Wybacz jednak, Mateuszu, nie interesują mnie faceci kompletnie! – kręcę głową najmocniej jak tylko potrafię. 
- To prawda, Mat, jesteśmy bez szans – Marcin udaje zasmuconego tym faktem.
- Jak pozna kogoś odpowiedniego, na pewno jej się odmieni – słychać w głosie Mateusza smutek. Wkrótce okazało się, że niedawno zerwał z dziewczyną, początkowo rozmawialiśmy tylko i wyłącznie o nich. Nie przyjeżdżał tu na wakacje, ponieważ ten czas spędzał u ojca w Stanach, do których wyprowadził się wraz z nową rodziną tata Mateusza. Marcin i Paulina byli dziećmi z drugiego małżeństwa ich mamy. Zmarły dziadek nie był tak naprawdę ojcem jego ojca, ale to nie miało dla nich znaczenia, widywali się czasami i bardzo lubili. 
- Dlaczego się rozstaliście? – pytam, zupełnie nie myśląc o tym, jak wścibsko się zachowuję. 
- Zwyczajnie, spotykała się nie tylko ze mną, wiesz, działała na dwóch frontach, czasem nawet na trzech. 
- Naprawdę? Dla mnie to kompletny kosmos, nie do uwierzenia…
- To życie, nie kosmos, ale ty w ogóle zdajesz się być nie z tego świata. Maja, a gdzie studiujesz?
- W Poznaniu…jestem na moim wymarzonym kierunku.
- Zdradź tę wielką tajemnicę?
- To żaden sekret, chciałabym być prawnikiem, bronić ludzi… słabszych ode mnie.
- Sama zdajesz się być taka krucha. – Mateusz uważnie mi się przygląda, patrzy mi prosto w oczy. Boję się tego spojrzenia, uciekam szybko wzrokiem. Nie potrzebuję teraz komplikacji, ale cała drżę. Co to znaczy? 
- Wiesz… to tylko pozory, jestem silna psychicznie, wewnętrznie. Zahartowana.
- Ech, naprawdę? – widać, że wątpi w moje słowa! Nie chce mi się tego tłumaczyć. Nie tutaj i nie teraz. Niech sobie myśli, co chce. – Może spotkamy się w Poznaniu?
- Może. Muszę już iść. 
Zapomniałam o nim na jakiś czas, wypytywał Dominikę o mnie wielokrotnie, ale nie chciałam się z nim spotykać. Uraził mnie tym, że potraktował mnie z góry, zranił, mówiąc, że nie wiem nic o życiu, bo jestem młoda, niedoświadczona. Szybko jednak okazało się, iż to nie on, lecz ja nie miałam racji. 
Wpadliśmy na siebie pod uczelnią, robił reportaż o studentach prawa. Tak, udało mi się, kończyłam właśnie studia. On pracował już od kilku lat, rodzina była z niego bardzo dumna. Nadal nie w głowie byli mi mężczyźni, nie po tym, jak co wieczór, od najmłodszych lat przysłuchiwałam się awanturom za ścianą. Mieszkała tam wraz z mamą i despotycznym ojcem jedna z moich koleżanek, właśnie ta, którą spotkałam ostatnio na ulicy. 
Z Mateuszem na początku wszystko było bardzo ostrożne, takie delikatne, jak muśnięcie motyla. Bałam się bardzo, tego, jak moje serce próbowało wyskoczyć z piersi na jego widok, jak mogłam gapić się na niego godzinami, nie zdając sobie z tego sprawy, że to robię. Pokochałam go, a on pokochał mnie. Tak po prostu… całym sercem.
Na pytanie koleżanki, co u mnie, odpowiedziałam wczoraj z wielką dumą:
- Jestem mamą.  Skończyłam studia, ale nigdy nie pracowałam. Pomagam skrzywdzonym kobietom w fundacji na zasadzie wolontariatu, lecz najważniejsze na świecie są dla mnie moje dzieci. To dzięki nim wstaję rano z łóżka uśmiechnięta, to dzięki nim chce mi się żyć. Jestem dumna z moich ukochanych szkrabów. Płaczę ze szczęścia, kiedy ukochane maleńkie rączki upaćkane czekoladką przytulają mnie, a słodkie, nie do końca czyste usteczka maleńkie całują mnie i mówią: Totam cię, mamo. Jestem mamą. – kończę z przekonaniem. 





Uwaga tylko dla dorosłych!
Sobota

      Wczoraj spotkałam Witka. Udawał, że mnie nie poznał. Przeszedł obok mnie ze wzrokiem wbitym w chodnik i wyrazem skupienia na twarzy. Że niby zatopiony w swoich myślach. Jasne. Ciekawe, co mu o mnie Darek naopowiadał. Dupek jeden. Pewnie mu powiedział, co robię w soboty i dlatego Witek traktuje mnie teraz jak powietrze. A, nie chce mi się o tym myśleć. Chuj im w dupę. Dzisiaj sobota. Trzeba się zbierać. Iwona wpadnie tu za moment.

*

     Błyskające światła, ogłuszająca muzyka, duszący zapach dymu papierosowego i tłum spoconych ciał wijących się w rytmie techno. Po co ja tu właściwie przychodzę? Co to za przyjemność gnieść się na parkiecie, gdzie zawsze znajdzie się jakiś idiota, który łokciem nabije mi siniaka, albo petem przypali bluzkę. Dusić się w tej wędzarni, pić chrzczone browary, po których zawsze rano łep mi napierdala i oglądać wciąż te same beznadziejne ryje. Po co to wszystko?
     Wciąż zadaję sobie to samo pytanie i wciąż nie mogę znaleźć na nie odpowiedzi. Jest po prostu zajebiście. Człowiek zapomina o swoich problemach. Może się wyszaleć. Na chwilę przestać myśleć. Tak, tak. Nawet siksa w moim wieku, szesnastolatka, miewa problemy, o których chciałaby zapomnieć chociaż na chwilę, a tutaj wychodzi mi to najlepiej. Głośna muza potrafi stłumić nawet najbardziej natrętne myśli. Poza tym kumpel mojego brata stoi tu na bramce, więc oko przymyka na nasz wiek, a i Karola za darmo wpuści.
     Boże, znowu jakiś debil tańczy koło mnie. Pewno mu się wydaje, że wystarczy się trochę pokręcić, posuszyć zęby w głupkowatym uśmiechu i będzie szansa na macanko. Miałam już do czynienia z takimi palantami. Odwróciłam się do niego tyłem i dał sobie chłopaczek spokój. To dobrze, bo zdarzało się, że te napalone, bezmózgie jelenie brały taki gest za zachętę i próbowały się do mnie dobierać. 
     O, znalazła się Iwona. Moja kumpela znikła mi z pola widzenia jakieś pół godziny temu, a teraz zmierza ku mnie chwiejnym krokiem. Pewnie znowu ktoś fundnął jej bronxa, a ta zachłanna suka wypiła je jednym duszkiem. Iwona należy do tych dziewczyn, które nie umieją wypowiedzieć płynnie słowa „nie”. Ta drobna wada wymowy to chyba jakaś plaga, bo pijanych dziewuch dookoła pod dostatkiem.
     Iwona podchodzi do mnie, ale wygląda, jakby zaraz miała zwymiotować. Niedobrze. Chwytam ją pod ramię i prowadzę do toalety. Przeciskać się przez ten tłum to prawdziwa masakra. Niektórzy skaczą i wymachują łapami nie zwracając uwagi na innych. Można nieźle oberwać. Na szczęście kibel już niedaleko.
     - Czekaj tu. Zaraz wracam - mówię do niej i opieram ją o ścianę. Pędzę do naszego stolika modląc się, by Iwona wytrzymała. Karolek siedzi dokładnie tam, gdzie go zostawiłyśmy i przy kolejnym piwie nawija z jakąś panienką. Szturcham go w ramię, by zauważył, że zabieram torebki, moją i Iwony, i wracam. 
     Nie wiem, po jaką cholerę co sobotę biorę ze sobą tego barana. Mój brat nie zauważyłby kradzieży, nawet gdyby mu nasze torebki spod dupy wyjęli. No, ale Karol przynajmniej groźnie wygląda. Nikt nas nie zaczepia, gdy razem wracamy do domu. Nic dziwnego, musiałby być wariatem. Karolek ma prawie dwa metry wzrostu i jest taki wielki, że mam czasem problemy z objęciem go. Fajnie jest mieć takiego brata. 
     Podchodzę do Iwony. 
     - Co piłaś?! - pytam głośno, starając się przekrzyczeć muzykę. 
     - N...nie wiem - Iwona jęczy i opiera się bezwładnie na moim ramieniu. – Będę rzygać...
     - Wiem!
     Wreszcie docieramy do damskiej toalety, przeciskamy się przez kolejkę wypindrzonych panienek krzycząc głośno, że to nagły wypadek i mimo protestów z ulgą wciskam Iwonę do pierwszej wolnej kabiny. Zdążyłam w ostatniej chwili, ponieważ w momencie, gdy zamykam za nią drzwi, dociera do mnie odgłos torsji. Mam nadzieję, że trafiła do kibla i nie zarzygała podłogi jak ostatnim razem. 
     Jakaś dupa rzuca hasło o wpieprzaniu się do kolejki. Wkurwia mnie to nieprzeciętnie.
     - Spierdalaj na drzewo - mówię i mierzę ją wzrokiem. Zamilkła. I dobrze. Jak się odezwie jeszcze raz, to dostanie w pysk. 
     Opieram się o drzwi, za którymi Iwona wydaje z siebie obrzydliwe odgłosy. I znowu będę musiała ją przenocować, bo jak ją starzy zobaczą to dostanie wpierdol. Normalka. Typowe zakończenie sobotniego wieczoru. Zastanawiam się tylko, po co ona stroi się co tydzień, nakłada na twarz taką warstwę tapety, że gdyby ją walnąć w tył głowy, to by płatami odpadło, skoro niemal zawsze kończy zgięta wpół nad kiblem, a jak stamtąd wychodzi, to wygląda jak kurwiszon wywalony z pędzącego tira. Zastanawiam się czasem, co zrobiłby jej ojciec, gdyby choć raz zobaczył ją w takim stanie. I śmieję się wtedy. Ale skurwysyn miałby minę!
     Teraz jednak nie jest mi do śmiechu. Aby pomóc Iwonie zeszłam z parkietu i jak wróci Marek, to nie będzie mógł mnie znaleźć. Szkoda, bo wyglądał na dzianego. I był napalony. Poza tym ładnie pachniał i był przystojny i choć to nie jest najważniejsze, to stanowi miły dodatek. Teraz jak go nie znajdę, to z kasy na dzisiaj może być nici.
     Iwona skończyła i nawet była w stanie spuścić po sobie wodę. To znaczy, że nie jest aż tak źle. Raz była tak pijana, że zarzygała całą kabinę i w tych rzygach zasnęła. Dopiero ochroniarz ją stamtąd wywalił. Nie było mnie przy tym, ale opieprzyłam ją, choć i tak niewiele do niej dociera. Nawet bogacze, tacy jak ona, mogą być nieszczęśliwi, a wiadomo, że człowiekowi nieszczęśliwemu wszystko zwisa. 
     Iwonie na przykład zwisa, że wygląda gorzej niż strach na wróble. Rozmazany tusz, szminka, potargane włosy, dziura w rajstopach...
     - Chodź. Musisz się umyć - mówię i kieruję ją w stronę umywalek.
     - Boże... - jęczy spoglądając w lustro, a potem kieruje wzrok na wiszący po przeciwnej stronie plakat z rudą dupą. Podpis mówi, że to jakaś Gilda. W życiu o niej nie słyszałam. Ale przyznaję – niezła z niej dziunia. Idealna. – Myślisz, że ona miała kiedyś taki dzień?
     - Wątpię – odpowiadam krótko i odkręcam przed nią kran.
     W świetle jarzeniówek twarz Iwony jest kredowo biała, a ubrudzone tuszem oczy wyglądają żałośnie. Wygląda okropnie, a przecież jest taka ładna. 
     Płucze twarz i doprowadza do porządku swoje długie blond włosy. 
     - Masz rajstopy na zmianę? - pyta.
     - Jak zawsze - mówię i wyciągam z torebki zapasową parę rajstop. 
     Nieraz zdarzało się, że rozrywałam je przez przypadek podczas ściągania i dlatego zawsze nosiłam przy sobie parę na zmianę. Iwona nie jest jednak w stanie ubrać ich sobie sama, więc prowadzę ją z powrotem do kabiny, sadzam ją na kiblu i pomagam założyć rajstopy. Powoli zaczyna znów przypominać człowieka. 
     - Co z tym gościem, z którym tańczyłaś? - pyta mnie, gdy wychodzimy z toalety.
     - Nie wiem. Poszedł się odlać, a potem przyszłaś ty. Nie wiem, gdzie jest teraz. 
     - Idziesz go szukać?
     - Sam się znajdzie. 
     Przeciskamy się przez tłum i docieramy do naszego stolika. Karol siedzi tam, gdzie siedział, z tą różnicą, że panienka, z którą rozmawiał, zamiast na krześle obok, siedzi teraz na jego kolanach. Kto jak kto, ale Karol na brak zainteresowania nie może narzekać. Dziewczyny lecą na takich rosłych byków o wielkich mięśniach i twarzy nieskażonej myślą. Może pociąga je ta męska siła i zapach testosteronu. Bo mój brat to tykająca bomba testosteronowa. Ma dopiero osiemnaście lat, ale wygląda na dwadzieścia pięć. Serio.
     Siadamy przy stoliku. Mój browar dawno już wygazował. I dobrze. Smakował jak psie siki. Zostawiam Iwonę i idę do baru. Może jakiś koleś da się naciągnąć na drinka. Chociaż drink to chyba wymówka. Tak naprawdę to idę tam, bo mam nadzieję natknąć się na Marka. Kilkanaście minut później powoli zaczynam tracić nadzieję, gdy nagle ktoś chwyta mnie za ramię.
     - Gośka! Wszędzie cię szukałem! Gdzie byłaś?! - to Marek, stara się przekrzyczeć dudnienie muzyki.
     Uśmiecham się i mówię, że był mały kryzys. On także się uśmiecha i ciągnie mnie na parkiet. Chwilę później zaczynamy się bujać w rytm muzyki. Marek obejmuje mnie i przysuwa do siebie. Nie protestuję. 
     Wcześniej postawił mi malibu z colą i wiem, że ma w portfelu sporo kasy. Wiem też, że jest napalony i reszta jest tylko kwestią czasu. I ceny. Dlaczego to robię? Zwyczajnie, dla pieniędzy. I nie jestem w tym sama. Kilka kumpeli też tak robi. Takie czasy. I robią to z różnych powodów. Iwona na przykład robi to dla zabawy, bo kasy ma w bród. Mogłaby forsą palić w kominku. Wydaje mi się, że chce też w ten sposób zrobić na złość swojemu staremu. Przez lata wmawiał jej, że jest kurwą i że się puszcza, więc zaczęła się puszczać naprawdę. 
     Ja robię to z braku kasy. Moja matka dostaje zasiłek z opieki, a potem idzie i wydaje wszystko w jeden dzień. No i dobra, mamy żarcia na tydzień, ale potem co? Mamy tynk żreć ze ściany? Stara nie potrafi w ogóle liczyć. Z resztą jak można liczyć i planować, gdy ma się mózg wielkości orzeszka? Jej jedyne plany ograniczają się do tego, z kim i kiedy można się nachlać. Gdyby nie moja kasa, nie mielibyśmy na nic. No Karol też dorobi coś od czasu do czasu. To znaczy on twierdzi, że tą kasę zarabia, ale mnie się wydaje, że zwyczajnie kradnie. Tak, jak jego koledzy z osiedla. Ale to nie ich wina. W tym popieprzonym mieście, w którym żyjemy, po prostu nie da się inaczej. Cholerne zadupie. Wkurwia mnie też, że wszędzie trąbią o tym, jaka ta osiedlowa młodzież jest niebezpieczna, zła, pozbawiona ambicji, idei i chuj wie, czego jeszcze, a nie robią nic, by to zmienić. Wszyscy tylko mówią nam, jak mamy żyć. Może zamiast siedzieć w wygodnych gabinetach i pierdolić od rzeczy, pokazaliby nam w końcu, jak to zrobić mając takie perspektywy, jak my? P-E-R-S-P-E-K-T-Y-W-Y - ich ulubione słowo. Jeśli o mnie chodzi to mogą pocałować mnie w dupę. 
     Marek przytula się coraz mocniej. Szkoda marnować czas. Chwytam go za rękę, odciągam na bok i szepcę do ucha kilka brzydkich słówek, których faceci tak bardzo lubią słuchać. Na efekty nie muszę długo czekać.
     - Na parkingu stoi mój samochód - mówi. – Jeśli miałabyś ochotę...
     Bez słowa ciągnę go do wyjścia. Wychodzimy na zewnątrz, gdzie w końcu odetchnąć można czystym powietrzem. Mamy ciepłą, majową noc. W lecie seks w samochodzie, w jakimś zaciemnionym miejscu na parkingu nie sprawia żadnych problemów. Gorzej w zimie. Jeśli wyjątkowo pizga, zgadzam się na toaletę. Ale musi być damska. Do męskiej nie wchodzę.
     Czy lubię to, co robię? Nie wiem. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Pewnie, że wolałabym mieć mnóstwo kasy i nie martwić się, czy znajdzie się jakiś jeleń, który zapłaci mi za ruchanie na tylnym siedzeniu samochodu, bym miała za co kupić bilet do budy, ale w mojej sytuacji człowiek nie bardzo się nad tym zastanawia. Po prostu to robi. Wykorzystuję moje ciało? Jestem niedojrzała? Pierdolenie palantów, którym się wydaje, że z tym swoim wykształceniem znają się na życiu lepiej niż my. Gówno prawda. Moja dupa należy do mnie i mogę robić z nią, co mi się tylko podoba. A te swoje mądrości mogą sobie wsadzić tam, gdzie słońce nie dochodzi. Już niejeden próbował z nami gadać. I co? Wielkie, kurwa, nic. Może spróbują najpierw pożyć trochę z matką alkoholiczką, która czasem zapomina, gdzie mieszka i że ma dzieci. Albo z tatusiem, który lałby ich po ryju i wyzywał od kurw. A potem niech siadają do tych swoich wypocin i dyktują nam gówniane teksty o naszym życiu.
     Marek podchodzi do samochodu i otwiera drzwi. Niezła bryka. I dużo miejsca. Wskakuję do środka, a on gramoli się za mną. Zaczynamy się całować. Kurwa, ależ on się za to zabiera... Facetom się wydaje, że wystarczy pomiętolić dziewczynę za cycki i już będzie gotowa na wszystko. No ale mogę mu to wybaczyć. Biedaczek, stoi mu już od piętnastu minut. Byle tylko ostrożnie zdjął mi...
     - Uważaj na rajstopy - mówię.
     Ściąga je ze mnie całkiem ostrożnie, razem z majtkami. Rozpina rozporek. Trochę za nerwowo. Zaciął się. Nie mogę zapanować nad uśmiechem. W takich momentach kolesiom można pocisnąć każdy kit, namówić ich na wszystko. W takich momentach mówię o cenie.
      - Czekaj. Nie ma nic za darmo.
      - Ile? - pyta dysząc ciężko. Wiem, że nie może się już doczekać. Tak, zgodzi się na wszystko.      
     Mówię cenę.
     - OK.- odpowiada i z niecierpliwością dobiera się do mnie. Ja jednak powstrzymuję go i wkładam mu do ręki prezerwatywę. Jęczy głośno.
     - Muszę?
     - Tak.
     Nie protestuje więcej. Zakłada gumkę i kładzie się na mnie. Ciekawe, co by koleś powiedział, gdyby wiedział, że zamiast udawać, jak mi z nim cudownie, mogłabym równie dobrze piłować w tym momencie paznokcie? Mogłabym leżeć bez ruchu i myśleć o tysiącu innych rzeczy, żuć gumę i słuchać radia, a koleś i tak niczego by nie zauważył.
     W mojej klasie często rywalizujemy ze sobą o to, która z nas przeleci więcej facetów. To bujda, że tylko faceci myślą o seksie. Czasy się zmieniają. Tylko, że oni nadal myślą, że podryw to ich działka, a dziewczyny to powinny być romantyczne dziewice, które tylko wyczekują takiego księcia, jak oni. Tak to właśnie widzą kolesie z naszej klasy. Gadaliśmy o tym raz na wychowawczej. Trudno. Muszą zrozumieć, że nie żyjemy już w średniowieczu. 
     Marek skończył. Nareszcie. Mogę się ubrać. 
     - Dobrze ci było? - pyta.
     Boże, czemu facet zawsze szuka pochwał? Musi wiedzieć, jaki jest dobry? Co z tego, że nie czułam kompletnie nic? Mówię mu, jak było świetnie. Niech się chłopaczek podbuduje. Dostaję kasę i wracamy na dyskotekę. 
     - Spotkamy się jeszcze? – pyta znów przy wejściu. – Będziesz za tydzień?
     Dziwne. Zazwyczaj po wszystkim faceci znikają jak mgła. Mało który jest zainteresowany ponownym spotkaniem. Nic dziwnego, skoro wszyscy marzą o cnotliwych księżniczkach. 
     - Nie wiem. Może - odparłam wymijająco. Nie lubię się umawiać. Wolę być niezależna. Wchodzę i sama łapię jelenia. Żaden jeleń nie będzie mnie miał za kasę na zawołanie.
     Żegnamy się przy toaletach. On idzie na parkiet, a ja do naszego stolika. Iwona śpi już w najlepsze, a Karol poszedł z panienką w ślinę. Fuj. Spoglądam na zegarek. Dochodzi trzecia. Czas do domu.
     - Karol. Zbieramy się – mówię potrząsając go. 
     Nie reaguje. No dobra, niech się poślini jeszcze trochę, bo mi potem żyć nie da. Budzę Iwonę. 
     - Co jest? - jęczy nieprzytomnie.
     - Zbieraj stąd, kurwa, swój tyłek, bo cię znowu ochroniarz wypierdoli. 
     Chyba do niej dotarło, bo podnosi się i zaczyna rozglądać za swoją torebką.
     - Zwijamy się? - pyta. – Która godzina?
    -Trzecia.
    - Kurwa... Gośka, ja nie mogę iść do domu! Jak mnie stary zobaczy...
    -Wiem, wiem.
    - Przenocujesz mnie?
    - A mam inne wyjście? Chodź, zbieramy się. Karol!
    W końcu zareagował. Daję mu chwilę, by się z panienką pożegnał i wychodzimy z dyskoteki. 
    - Masz jakąś kasę? - pyta mnie.
    - Mam, a co?
    - Nic. Tak pytam. Wszystko wporzo?
    - Jasne - odpowiadam.
     I to prawda. Dziś było wyjątkowo spokojnie. Pamiętam, jak raz poszłam z takim jednym kolesiem do samochodu i zrobił się strasznie agresywny. Myślałam, że mnie pobije i zwiałam. Powiedziałam wszystko Karolowi i razem poszliśmy go szukać. Jego już jednak nigdzie nie było. Ale spoko, bo spotkałam go dwa tygodnie później. Od razu pokazałam go Karolowi i dostał synek taki wpierdol po wyjściu z dyskoteki, że karetka przyjechała. Doniósł na Karola i potem mieliśmy problemy. Ale Karol się tym nie przejmuje. Wszyscy muszą wiedzieć, co ich może spotkać, gdyby stała mi się krzywda. I dobrze. Od tego w końcu są starsi bracia, co nie?

*
 W mieszkaniu jest ciemno i cicho. Matka o tej porze z reguły śpi jak zabita. Karol idzie z Iwoną do naszego pokoju, a ja zaglądam do sypialni matki. Jest tak, jak myślałam. Leży rozwalona na łóżku. W pokoju unosi się smród potu i parującego alkoholu. Ktoś leży koło niej. Po cichu podchodzę bliżej i przypatruję się temu żulowi. Nie znam gościa. Do szału doprowadza mnie myśl, że moja matka to zwykła kurwa, która przyprowadza do naszego mieszkania meneli, chleje, a potem się puszcza. Patrzę na jej zaokrąglony brzuch. Prawdopodobnie jest w ciąży od kilku miesięcy i nawet o tym nie wie. Kolejna morda do wyżywienia, kolejny kandydat na wykolejeńca.
     Nie mogę dłużej na to patrzeć. Wychodzę. W pokoju Iwona leży już w łóżku Karola, a on rozłożył się na dywanie. Rozbieram się i kładę na mojej małej kanapie obok Ani. Staram się robić to delikatnie, by jej nie zbudzić, ale mała i tak się odwraca od ściany. 
     - Gosia? – szepce cicho nie otwierając oczu.
     - Tak. Śpij mysza. 
     Siostrzyczka kładzie z powrotem głowę na poduszkę i po chwili śpi już w najlepsze. Specjalnie zrobiłam jej przed wyjściem kolację i kazałam siedzieć w pokoju. Mam nadzieję, że ta stara dziwka i jej menel nie zachowywali się za głośno. Za oknem słychać syreny policyjne. Znowu ktoś coś narobił na tym pierdolonym osiedlu. 
     Jutro niedziela. Matka wstanie z łóżka po dwunastej i przez resztę dnia będzie dochodzić do siebie. Będzie zgrywała dobrą mamuśkę i udawała, że nic się nie stało. Czasami rzygać mi się chce, jak na nią patrzę. Karol pójdzie z kolegami do parku, Iwona zbierze się do domu tylko po to, by dostać w pysk i wysłuchać wyzwisk. A ja? Ja przeliczę kasę, zaplanuję wydatki i będę myśleć, jak przeżyć kolejny tydzień w budzie i nie zaliczyć jakieś pały. Byle do następnej soboty. Byle przetrwać. 
     Znowu przypomina mi się Witek. Lubiłam go. Fajny był. Nie taki, jak kumple Karola. Można z nim było normalnie pogadać. Przy nim czułam, że jestem coś warta. Ale teraz to i tak bez znaczenia. Chłopacy, tacy jak Witek, nie umawiają się z takimi dziewczynami, jak ja. A, do diabła z nim! Niech sobie czeka na swoją księżniczkę! W dupie go mam.
     Tylko dlaczego chce mi się płakać?


I po co mi to było?
Wczoraj ją spotkałam .. Tylko po co? Potrzebne mi było to spotkanie? Dwie minuty wcześniej lub pięć minut później  a nasze drogi nie zeszłyby się tego dnia. Może nawet nigdy by się nie zeszły  Co mnie tam zaniosło  Przypadek, nic więcej, splot okoliczności
Niesprzyjający
Dla mnie. A dla niej?
Zabrakło mi papierosów  musiałam kupić. Zaraz. Natychmiast. Jakbym nie mogła zaczekać  dotrę do domu, do swojego sklepu. Ale nie, palić mi się chciało, więc przystanęłam przed jakimś obcym sklepem po drodze. Prawie jak jakaś narkomanka na głodziePrzecież byłam na głodziegłodzie dymka! Co też nałóg robi z człowiekiem?  Gdybym wtedy zechciała się powstrzymać, gdybym pojechała dalej, nie spotkałybyśmy się. Fatum jakieś? Po co mi to było? Ten dymek i ona sama.
Może właśnie potrzebowała kogoś takiego jak ja, osoby znajomej, ale niezbyt bliskiej, kogoś  kto wysłucha  komu można powiedzieć więcej niż bliskim. Bo bliscy zbyt się przejmują, mogliby płakać albo zmuszać ją do tego, czego tak bardzo chciała uniknąć. Bo bliscy kochają, czasem za bardzo.
Ona chciała tylko pogadać  poszukać zrozumienia, bo chyba podświadomie wiedziała, że na wszystko inne jest już za późno
Tylko... dlaczego akurat ja? 
Dawno się nie widziałyśmy  bardzo dawno. Odkąd zmieniliśmy miejsce zamieszkania, rzadko bywałam w naszej starej dzielnicy. Zresztą  to i tak nie miałoby znaczenia, można mieszkać w jednym domu i nie widywać się miesiącami. Inny plan dnia, inne godziny wyjścia z domu, inne cele, inne środki lokomocji. 
Teraz nagle spotykamy się przypadkiem w obcej dla nas obu części miasta, bo ona przyjechała tu do lekarza, a ja tędy wracałam z pracy. I palić mi się zachciało!
I oto widzę ją przed sobą, zmieniona, szara na twarzy, przygarbiona i zrezygnowana. Prawie jej nie poznałam.
- Pani Aniu, jak miło panią znów spotkać! - hmmm, jakbyśmy były wcześniej nie wiadomo jakimi przyjaciółkami  a przecież dzieli nas cale pokolenie.
- Witam pani Małgosiudawnośmy się nie widziały! - przecież lubię tę kobietę, to sama dobroć – Co u pani słychać?
Posmutniałaspuściła głowęzamilkłaPrzecież nie będę dopytywać, niech nie mówi jeśli nie ma ochoty, widzę jednak, że coś nie gra.
- Mogłybyśmy gdzieś usiąść i porozmawiaćMiałaby pani chwilę czasu?
Ta, jasne! No, niby miałam  ale o czym ja z nią będę gadać? Starsza jest od mojej matki, znam ją jako ciocie naszego przyjaciela, zawsze w towarzystwie swojej siostry, a jego matki. Teraz nagle sama, przypadkowo wpadamy na siebie, a ona prosi o rozmowę. O co tu chodzi?
- Oczywiście, mam czas – jakżeby inaczej? - Tu niedaleko jest przytulna kawiarenka, może usiądziemy przy kawie i spokojnie porozmawiamy?
- Ja umieram... - zaczęła.
Słucham?! - miałam wrażenie, że się przesłyszałam.
- Niewiele mi już zostałochciałam o tym porozmawiać  wytłumaczyć  Wie pani, nie chcę mówić o tym siostrze, ona nie może się denerwować. Nie mam właściwie nikogo, komu mogłabym to powierzyć  a muszę .. No, muszę komuś o tym opowiedzieć  Pani mnie nie będzie oceniać, prawda? Jest pani obca, a jednocześnie tak nam bliska... Nie będzie pani stawiać mi zarzutów .. Na wszystko jest już za późno .. Chcę, żeby ktoś znał całą prawdę  żeby móc ją w odpowiedniej chwili przekazać moim bliskim. - widać było, że mówienie sprawia jej trudność.
 Ufff... - pomyślałam  – ciężki kaliber! Czy ja jestem jakimś spowiednikiem, psychologiem, telefonem zaufania? Boszszsz... nie znoszę takich sytuacji.
DLACZEGO JA??? A tu jeszcze wygląda na to, że zostanie mi powierzona jakaś tajemnica, której nie można było powierzyć najbliższym, a której być może ja wcale nie chcę poznać.  No, coraz lepiej...
Ale, nie powiem, zaintrygował mnie ten wstęp  więc zamieniłam się w słuch  a ona zaczęła mówić, bardziej do siebie, jakby mnie tam nie było

Mieszkali na Śląsku, nie byli jednak ani Polakami, ani Ślązakami. Byli Niemcami. Po zakończeniu wojny cześć jej rodzeństwa  jak większość zamieszkałych na terenie nowej Polski Niemców  wyjechała do Reichu  Ona i jej siostra zostały  Po co? Chyba tylko po to, żeby być narażonym na nienawiść  Za nazwisko, za brak znajomości języka polskiego, za narodowość  Jakkolwiek to zabrzmi, one mimo wszystko kochały ten swój polski heimat, nie chciały nigdzie się stamtąd ruszaćZresztą żyli jeszcze ich rodzice, którzy na wyrwanie z korzeniami byli już za starzy, a ktoś musiał zająć się nimi tam, na miejscu.
Rodzina z Niemiec pomagała im jak mogła  przysyłali paczki i pieniądze  żyło im się nie najgorzej. Lata mijały  rodzice odeszli, a one żyły we dwie nadal w Polsce. 
Nadszedł jednak dzień,  który mógł zagrozić ich siostrzanej symbiozie, pojawił się mężczyzna i zawładnął sercem Małgosinej siostry. Bała się  że zostanie całkiem sama, bo cóż miała do roboty przy młodym małżeństwie? Stalo się inaczej, jej siostra nie wyobrażała sobie, że mogłyby się rozstaćpozostawić siostrę samej sobie – nie, tak się nie godzi. Obydwie pochodziły z głęboko wierzącej rodziny, ich wiara była prawdziwa, nie taka na pokaz, jak to się dzieje teraz. Mąż siostry był równie religijny, więc i dla niego nie podlegało dyskusji, że siostra żony zamieszka razem z nimi. Na świat przyszedł Eryk i gdy jego rodzice pracowali, Małgosia zajmowała się siostrzeńcem, jakby był jej własnym dzieckiem. Zanim poszedł do szkoły  ciotka przez te lata była dla niego drugą matką. Może nawet pierwszą, choć nie biologiczną. Ich wzajemny stosunek był pełen ciepła i miłości, zawsze podkreślał, że miał szczęście być synem dwóch matek.
Lata mijały  Eryk zdał maturę i na początku lat 80-tych wyjechał na stałe do rodziny w Niemczech. Nie chciał żyć w Polsce, nie miał tych sentymentów  co matka i ciotka, miał za to możliwość wygodniej się urządzić za granica, tym bardziej, że język znał od urodzenia, bo w domu rozmawiano wyłącznie po niemiecku. Matka z ojcem, z racji pracy, musieli znać również polski, ciocia Małgorzata nigdy nie nauczyła się dobrze  mówić w tym języku, zawsze go kaleczyła.
Rodzice nadal pracowali w Polsce, podczas gdy Eryk urządzał się i studiował w nowej ojczyźnie  Tęsknota za jedynym dzieckiem zasiała w nich chęć do przeniesienia się za nim do Niemiec. Rozważali wszystkie za i przeciw, wahali się  obawiali przewrócenia swojego życia do góry nogami, rozpoczynania na starość wszystkiego od nowa. Podobnie, jak wcześniej ich rodzice, nie chcieli być przesadzani w inne miejsce, ale czy tak naprawdę mieli wyjście?
Wreszcie postawili wszystko na jedną kartę  sprzedali dobytek i zjechali pod koniec lat 80-tych do miasta, w którym mieszkał już ich syn. 
I tu, po raz pierwszy w życiu  siostry zamieszkały osobno. Tak ich rozkwaterowano, przydzielając każdej rodzinie osobne mieszkanie. Małgosia w swoim bywała i tak tylko w nocy, bo cale dnie spędzała u siostry i szwagra.
I wszyscy byli zadowoleni, żyli długo i szczęśliwie  będąc blisko siebie. W międzyczasie Eryk założył rodzinębyło wesele, rodzina powiększyła się o przeuroczą synową, która obydwie mamy i tato od razu pokochali.

Ale w tym czasie Małgorzata zaczęła się czuć gorzej. Nic jednak nikomu nie mówiła  nie skarżyła się, nie chcąc zakłócać przedślubnych przygotowańPóźniej było boże narodzenie, więc odkładała z dnia na dzień wizytę u lekarza. Bała się  że mógłby zechcieć umieścić ją w szpitalu celem dokonania badań, a to z kolei mogłoby wprowadzić niepotrzebny zamęt do życia rodzinnego. Bo Małgosia myślała przede wszystkim o innych, swoje potrzeby spychając na margines. Wreszcie, jakoś na wiosnę postanowiła zadbać w końcu o siebie i zaklepała sobie wizytę u lekarza domowego. Powiedziała mu o swoich dolegliwościach,  przemęczeniu,  bólach,  a ten zaproponował jej sanatorium i wypisał skierowania do specjalistów,  by u nich poddała się rutynowym przedsanatoryjnym badaniom. I tak, po raz pierwszy w życiu  ta blisko 70-letnia kobieta stanęła przed koniecznością badania ginekologicznego. Nigdy przedtem nie przyszło jej do głowy odwiedzić ginekologa, w swoim mniemaniu nie potrzebowała  była zdrowa, nie miała dzieci, nigdy nie była zamężna i nie miała żadnych dolegliwościMyślę że niemały wpływ na strach przed ginekologiem miała jej wielka religijność  Pewnie wychodziła z założenia  że skoro przetrwała w czystości całe swoje życie,  zbędnym jest obnażać swoje intymne części ciała przed obcym człowiekiem. Teraz jednak nie miała wyjściamusiała poddać się badaniu, nie tylko stricte ginekologicznemu, ale również piersi, które  zawsze podczas wizyty rutynowo badane. I właśnie w czasie badania piersi, lekarz zwrócił uwagę na wysięk z brodawki i pewną asymetrie piersi. Pod palcami wyczul zgrubienia i nierówności tkanki. Od razu padło pytanie, czy nie zauważyła tego wcześniej i dlaczego dopiero teraz pojawiła się u specjalisty. Zawstydzona samym badaniem i wymówkami lekarza, zaczęła się tłumaczyć, że nie było okazji, czasu, że wesele siostrzeńca i święta,  a ona nie chciała psuć im i sobie tych dni, że... że...
Rozpłakała się. Ze wstydu, ze strachu, z żalu nad sobą
Lekarz załamał ręcekręcił głową z niedowierzaniem. Współczuł tej milej, drobnej staruszce, ale w głowie nie mogło mu się pomieścić, że tacy ludzie jeszcze chodzą po tym padole. 
Żeby w tym wieku zaliczyć pierwszą w życiu wizytę u ginekologa – myślał – to nie dzieje się naprawdę.
Ale co mógł zrobićMusiał choćby spróbować ratować to, o czym wiedział  że do uratowania nie jest. Wiedział z doświadczenia,  choć w życiu podobnego stanu u pacjentki nie widział, bo żadna normalna kobieta  tak bardzo nie lekceważy wyraźnych objawów, że wiele dla Małgorzaty zrobić się nie da. Wypisał jednak skierowanie do szpitala i sam pomógł załatwić tam miejsce od zaraz.
A ona w drodze do domu rozmyślała,  co powie rodzinie. Tak naprawdę jeszcze nie do końca zdawała sobie sprawę z powagi swojego stanu, bo lekarz nie nazwał rzeczy po imieniu. Nie stawiał diagnozy na podstawie wyglądu piersi z zewnątrz,  choć intuicyjnie wiedział,  co się święci. Ostateczna diagnoza mogła być postawiona dopiero po badaniach szpitalnych. 
Kiedy pakowała torbęzadzwoniła do siostry, by powiadomić, że jedzie do szpitala, ale żadnych szczegółów jej nie wyjawiła. Nie wspomniała, jak poważny jest stan jej zdrowia.
Jej pojawienie się na oddziale wywołało niemałą sensację, żaden z lekarzy i żadna z pracujących tam pielęgniarek nie widzieli dotychczas podobnie zaawansowanego raka sutka. Już następnego dnia była operowana i zabieg zniosła nadspodziewanie dobrze. Wbrew pozorom, była silną kobietą, nigdy się nad sobą nie rozczulała,  była pogodna i uśmiechnięta,  a leki przeciwbólowe i specjalna dieta wzmacniająca zmyliły co do jej stanu nawet odwiedzającą ją regularnie rodzinę.  Nie było widać na pierwszy rzut oka, że jest tak bardzo chora. Owszem, wiedzieli, że zachorowała na raka piersi, ale nie przypuszczali, że jej stan jest  tak poważny. Może podświadomie nie chcieli znać prawdy, może to jej dobry wygląd ich zmylił
Tym bardziej, że niedługo potem opuściła szpital i wróciła do domu. Czuła się nawet nie najgorzej  wziąwszy pod uwagę rodzaj choroby, bo przepisane leki przeciwbólowe pozwalały jej prawie normalnie funkcjonować
Na chemię nie wyraziła zgody, po rozmowach z lekarzami wiedziała,  że to nic nie pomoże i chciała zaoszczędzić sobie dodatkowych cierpień i niedogodności. Poza tym czas, który jej pozostałchciała spędzić z rodzina, w spokoju.
Siostra nadal nie zdawała sobie sprawy z powagi sytuacji, a Małgosia nie chciała jej uświadamiać,  bo nadal dobro innych bardziej leżało jej na sercu. Nieodmiennie pogodna i pogodzona z losem, częściej tylko bywała w kościele, gdzie żarliwie się modliła o w miarę lekką  i niezbyt bolesną śmierć.

Słuchałam tego wszystkiego i targały mną sprzeczne uczucia. Z jednej strony wściekłość na głupotę i fałszywy wstyd, lekceważenie choroby i doprowadzenie się do takiego stanu, rzekomo dla dobra rodziny. Czy ona nie zdaje sobie sprawy, że jej śmierć przysporzy rodzinie więcej cierpienia, niż gdyby w porę podjęła leczenie, choćby kosztem zakłócenia rodzinnych uroczystości  I dlaczego nie powiedziała im całej prawdy? Dlaczego przez cały czas chce chronić ich spokój swoim kosztem? 
Nie wyartykułowałam jednak ani jednego pytania, zgodnie z umową słuchałam i nie oceniałam  jej poczynań  Co by to dałoZupełnie nic.
Z drugiej strony nie mogłam wyjść z podziwu dla ogromu jej poświęcenia i miłości  Należała do ginącego pokolenia kobiet, które się na nic nie skarżą   silne duchem, zawsze pogodne i gotowe do największych poświęceń. Wraz z nimi odejdzie pewna epoka, a pozostaną osobniki delikatne, wpatrzone w siebie, kapryśne i przesadnie dbające o zdrowie.
- Pani Małgosiu, nie wiem, co powiedzieć... - zaczęłam, ale natychmiast mi przerwała.
Proszę nic nie mówić,  nie wymagam od pani komentarzy ani osądów.  Chciałam się przed kimś wygadaćzrzucić ten balast z serca. Chciałam,  żeby ktoś poznał powody, dla których zwlekałam z wizytą u lekarza, choć wiedziałamczułam,  że coś z moimi piersiami jest nie w porządku.  Sama wiem, że postąpiłam lekkomyślnie. Mam jednak nadzieję, że Bóg pozwoli mi odejść bez zbędnych cierpień, że nie będzie to trwało długo.
- Czy mogłabym pani jakoś pomóc, coś dla pani zrobić?
- Pani mi JUŻ pomogła, bardzo potrzebowałam tej rozmowy.
Taaa, akurat rozmowy, raczej monologu. Jak zwał, tak zwał, jeśli przyniosło jej to ulgę... 

Wczoraj ją spotkałam... A dzisiaj muszę z tym żyć  z tym ciężarem, ze świadomością  ze widziałam  ją prawdopodobnie po raz ostatni w życiu.  Z obawą, że jednak będzie cierpiała, że przyczyni się do wielkiej rozpaczy swojej ukochanej ponad wszystko rodziny. Mówiła,  żebym w odpowiednim czasie przekazała swoja wiedzę jej bliskim. W jakim odpowiednim czasie? Po jej odejściu?  Cóż, mam nie lada dylemat, czy w ogóle informować kogokolwiek o treści naszej rozmowy. Czy rodzina powinna ją znać,  czy powinna znać prawdę
Mam czas na zastanowienie. Ile czasu? Im częściej jednak o tym myślę,  tym rozterki  większeNaprawdę nie wiem, jak mam się zachować
Powiedzieć
Nie powiedzieć
Jeśli powiem, obudzę w nich większą rozpacz, wyrzuty sumienia, że nie zauważyli,  nie zainteresowali się,  zajęci swoimi sprawami.
Wcale się nie cieszę, że zostałam obarczona, tak – obarczona takim zaufaniem. Jakbym swoich problemów miała za mało, to muszę się bujać z cudzymi. Czy znaczy to, że jestem zimną egoistyczną suką? 
I to jeszcze - wyrzuty sumienia!
Nie mogła z tym pójść do swojego księdza?  Oni  mistrzami ciętej riposty: módl się, dziecko. Może ta modlitwa bardziej by jej pomogła?  A może sama w końcu doszła do wniosku, ze bełkot o modlitwie nie ma najmniejszego sensu, a sama modlitwa niewiele pomaga?

Wczoraj ją spotkałam... Dziś zostałam z ciężkim brzemieniem na sumieniu. 

A wszystko przez papierosy!





Tajemnicza kobieta

Wczoraj spotkałam moją babcie, niby nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że zmarła dwadzieścia pięć lat temu. Nie byłam pod wpływem alkoholu, ani innego środka odurzającego.
Wracałam z zakupów, musiałam jeszcze zajść do koleżanki, której obiecałam pożyczyć książkę. Usiadłam na ławce żeby sprawdzić czy na pewno zabrałam ze sobą obiecany tytuł.
I właśnie wtedy, nagle podchodzi do mnie kobieta. Ubrana w czarną, przedwojenną sukienkę, z białym kołnierzykiem. Pomyślałam, że pewnie chce zapytać o godzinę. Jednak było coś dziwnego, ta twarz, łudząco mi kogoś przypominała, gdzieś już widziałam ten uśmiech, spojrzenie...
Nagle uświadomiłam sobie, że osoba stojąca przede mną jest moją babcią! Słabo mi się zrobiło. Przecież umarła! Nie powinno jej tutaj być. Czy ja zwariowałam? Chaotycznie zalewające myśli w mojej głowie przerwał głos... babci.

- Nie bój się mnie. Od razu odpowiem na Twoje pytanie. Nie, nie zwariowałaś, naprawdę tutaj jestem.-odpowiedziała na niezadane pytanie. Mam dla Ciebie tylko kilka dni. Wszystko co się wydarzy musi pozostać tajemnicą. Nikomu pod żadnym pozorem nie możesz powiedzieć, że mnie widziałaś! Może to być dla Ciebie bardzo niebezpieczne!

No tak, pomyślałam sobie, jeżeli komuś powiem, uznają, że już całkiem oszalałam i wsadzą mnie do pokoju bez klamek. Zresztą może jednak powinnam sama się tam udać? Przecież nie mogła powrócić..No właśnie skąd?? Zza światów?! Boże to jakiś koszmar! Zasnęłam na ławce przez przypadek, a to wszystko co się dzieje jest beznadziejną senną marą. Tak, na pewno to tylko sen.

- Dominiko! Słyszysz mnie?! Mam dla Ciebie bardzo ważną informację, musisz mnie posłuchać!
Nie możemy tracić czasu na Twoje rozważania. Rozumiem, że jesteś w rozterce. Jednak musisz mi zaufać. Jak wspomniałam mam niewiele czasu dla Ciebie. Pozwolono mi tutaj przybyć. Uwierz, nie było łatwo dostać aż takie wyróżnienie. Być może już nigdy więcej się nie spotkamy...

- Ależ babciu! Dlaczego? Może wyjaśnisz o co w tym wszystkim chodzi? Niczego nie rozumiem. Jaki jest powód Twojego przybycia?? Co to koniec świata nadchodzi?!

-Dziecko może zacznę od początku. Wy tutaj na świecie, przestaliście żyć. Tak, tak dobrze słyszysz. Biegacie, kłócicie się. Zatracacie w pędzie za pieniędzmi. My tam na górze patrzymy na was i truchlejemy.. Gdzie się podział najważniejszy cel życia? Dlaczego już nikt nie potrafi być bezinteresowny? Co z miłością??


- Miłość? O czym ty mówisz? Przecież kocham rodziców, siostrę. Nie widzę i nie rozumiem problemu z jakim przybywasz. Widać całkiem niepotrzebnie. Przepraszam cię ale bardzo się śpieszę. Muszę jeszcze pozałatwiać parę spraw. Z autem pojechać na przegląd. Możesz wracać spokojnie do swoich Serafinów. Nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Zamiast się tam na górze zamartwiać, zajmijcie się piciem gorącej czekolady oraz spacerami.

- Ależ moja droga! Jak możesz tak mówić? Czy ty słyszysz sama siebie?

Boże co za natrętna istota, nie wiem, duch czy zombie, to bez znaczenia. Nie mam najmniejsze ochoty dłużej dywagować na ulicy. Przecież to jakaś kiepska komedia!

- Przykro mi, ale naprawdę muszę ciebie opuścić, kimkolwiek jesteś... Do widzenia!

Nie czekałam aż zacznie mnie zatrzymywać. Odwróciłam się i po prostu odeszłam.

Wróciłam do domu, nie miałam czasu na rozmyślanie. Nastał wieczór. Zasiadłam przed dokumentami i nagle coś zwróciło moją uwagę. Na parapecie leżało zdjęcie. Stare, bardzo stare, przedstawiało grupę młodych ludzi. Kobiety i mężczyzn, stali objęci, uśmiechnięci. Widać było, że szczęście z nich promienieje. Na odwrocie widniała data oraz notatka. Grybów, czerwiec 1939r.
„Zawsze i wszędzie razem, najwierniejsi”.
Biedni. Pomyślałam sobie, już za kilka miesięcy miało ich spotkać coś strasznego. Czy przetrwali razem wojnę? Czy ją przeżyli? Pytania zaczęły się nasuwać, jedno po drugim.
Przecież nie powinno mnie to obchodzić! W końcu tylu młodych, wspaniałych ludzi spotkała tragedia. W takim razie dlaczego tak mnie poruszył los tej grupy przyjaciół?
Nagle zwróciła moją uwagę jedna z młodych kobiet. Wśród tych roześmianych twarzy była moja babcia! Skąd to zdjęcie znalazło się w moim pokoju na parapecie? Przecież wszystkie stare albumy przebywały w piwnicy, zamknięte w kartonie. Nikt do nich od bardzo dawna nie zaglądał.
Dziwne. Niczego nie rozumiem. Najpierw to spotkanie, teraz zdjęcie? W okolicach kręgosłupa poczułam przebiegające mnie ciarki...
Coś zaczynało się dziać, coś czego nie rozumiałam. Zaczęłam żałować. Tego, że nie wysłuchałam do końca co miała mi do powiedzenia babcia. Jednak było już za późno. Trudno. Może ze zmęczenia zaczynam wszystko wyolbrzymiać.

***

  Minęło kilka dni. Od tamtego zdarzenia nic więcej się nie przytrafiło, nic co mogło by wzbudzić we mnie niepokój. Widać miałam gorszy dzień. Nawet normalnym zdarzają się halucynacje.
Zdjęcie widocznie przypadkiem się zawieruszyło. Nikt w końcu nie powinien przejmować takimi detalami.
Wracałam z pracy do domu. Dzień był piękny, słoneczny. Postanowiłam pójść do parku na spacer. Tak dawno nie byłam na świeżym powietrzu dla relaksu. Zawsze tylko ten pośpiech. Szłam między alejkami, w stawku pływały kaczki z młodymi, dzieci dokarmiały rodzinkę okruszkami chleba albo bułek. Uśmiechnęłam się na ten widok. Sama jako mała dziewczynka biegałam właśnie do tego stawu, ale poza karmieniem, szukałam brzydkiego kaczątka. Tak, baśnie i bajki odgrywały bardzo wielką rolę w moim kilkuletnim życiu. Wszystko było piękne, łatwiejsze.
Usiadłam na ławeczce, pomiędzy dwiema brzozami. Uwielbiam brzozy, emanuje od nich siła, spokój oraz coś mistycznego. Przymknęłam powieki, oddałam się temu błogiemu uczuciu. I nie zauważyłam, że niebo zasnuły ołowiane chmury, choć kilka minut temu nie było nawet obłoczka. Po dzieciach oraz ich rodzicach nie zostało nawet śladu. Byłam całkiem sama.  Zaczął wiać nieprzyjemny wiatr. Moje brzozy już nie wyglądały na spokojne, wiotkie gałązki wyginały się pod wpływem silnych podmuchów.
Postanowiłam wracać do domu. Skoro zbierało się na burzę nie było sensu siedzieć, narażać na niepotrzebne przemoknięcie. Nie chciałam zniszczyć nowych skórkowych pantofelków, kosztowały majątek.
Podniosłam się z ławeczki, poczułam czyjąś rękę na ramieniu. Zmroziło mnie. Pewnie jakiś złodziej albo morderca! Odwróciłam się. Stanęłam twarzą w twarz z mężczyzną. Bynajmniej nie wyglądał na rzezimieszka, z drugiej jednak strony jak wyglądają gwałciciele albo mordercy?? Jednak w tym człowieku było coś. Jego oczy... niesamowicie niebieskie. Powiedziałabym, że była to mieszanina chabru z turkusem! Nigdy, przenigdy czegoś takiego nie widziałam. Wpatrywałam się, nie mogąc wydobyć słowa. Nieznajomy również milczał. Spokojnie prześwietlał mnie swoimi niezwykłymi oczami.
Wiatr się z każdą chwilą wzmagał, huczał w koronach drzew, zrobiło się ciemno. Jakby zaczynało zmierzchać, a  przecież była jeszcze wczesna pora. Mężczyzna przerwał ciszę.

- Możesz mi podać swoją dłoń?
-Aaa - zająknęłam się -  Ale w jakim celu, co chce mi Pan zrobić? O co chodzi?!
-Podaj mi swoją rękę, tylko o to cię proszę...
Posłuchałam go, dosyć niepewnie zrobiłam o co mnie prosił. Tylko czy to była prośba? W jego głosie słychać było zniecierpliwienie.
Położył mi na dłoni zieloną, czterolistną koniczynkę. Zaczęłam się śmiać. Choć wcale nie czułam się rozbawiona.

-Czy to jest jakiś żart?! Proszę mi wszystko wytłumaczyć! Jak będę chciała poszukać głupiej koniczynki pojadę na wioskę!
-Nie rozumiesz, ona jest symbolem. Wiem, każdy może sobie takiej poszukać.
-Chciałem ci powiedzieć, że spotka cię wiele przykrości. Będziesz cierpiała. Znajdziesz się w niebezpieczeństwie, ale w chwili gdy zaczniesz się poddawać masz pamiętać o Niej... Tylko dzięki tej zielonej roślince przetrwasz to co cię spotka...
-Słucham?! Pan mnie ostrzega czy grozi?! Nie wierzę w ani jedno słowo! Co ma do rzeczy jakiś nic nieznaczący chwast?! Widać przeholował ktoś dzisiaj z alkoholem.
-Zapamiętaj moje słowa. Wszystko się ułoży, ale musisz w to naprawdę wierzyć.


Odszedł. Tak po prostu. Nawet nie zauważyłam w którą stronę skręcił. Skąd przybył? Kto chce mnie doprowadzić do załamania?
Słońce z powrotem zaczęło świecić, wiatr ustał. Nawet ptaszki wesoło poćwierkiwały. Boże! To jakiś obłęd! Może w pracy ktoś mi dosypuje narkotyki? Mam zwidy. Koniecznie muszę zrobić badania na wykrycie tego paskudztwa.
A, może te wszystkie zdarzenia mają jakiś cel, najpierw babcia, pojawia się nagle, jakby chciała mi przekazać bardzo ważną wiadomość, teraz ten facet. Dlaczego nie posłuchałam babci?
Muszę to sobie wszystko poukładać w głowie. Najlepiej jak wezmę kilka dni urlopu i wyjadę w góry. Odpocznę, wszystko wróci do normy...



Czy wspominałam, że kocham góry? Nasze Tatry są przepiękne, uwielbiam te widoki! Człowiek w obliczu majestatycznych wzniesień czuję się taki mały. Zdaje sobie sprawę ze swojej bezradności. Docenia przyrodę w pewnym sensie odczuwa szacunek do otaczającego piękna.
Tak, to był wspaniały pomysł. Nic tak dobrze nie wpływa na stan ducha, jak wędrówki górskimi szlakami.
Może w drodze powrotnej pojadę do Krakowa? Przejdę się po mieście, zajdę do jakiejś przyjemnej knajpki.
Jak pomyślałam tak uczyniłam. Piękny Kraków przywitał mnie słońcem, zgiełkiem ulic, ale wszystko miało w sobie pewien urok.
Minęły dwa tygodnie, od pamiętnego zdarzenia. Wszystko wróciło do normy. Przemęczenie jednak potrafi spłatać figla Ważne, że już jest dobrze.
Zaszłam do antykwariatu, miejsca w którym zawsze potrafiłam odpłynąć na wiele godzin. Godzinami buszując między półkami, czułam, że po prostu żyję!
Wybrałam kilka interesujących pozycji, spakowałam do torebki i ruszyłam w stronę restauracji, w końcu od dobrych dwóch godzin, odczuwałam uporczywy głód.
Może to było przeznaczenie, może zbieg okoliczności. Nie miałam czasu się zastanawiać. Wszystko działo się tak szybko, ale w chwili gdy musiałam zareagować... poczułam się jak na zwolnionym tempie filmu..
Dziewczynka biegnąca chodnikiem, balonik odlatujący. Wbiega na ulicę by go złapać i .. HUK!
Nie ma już balonika, okropnie różowego balonika, dziecko leży, w kałuży krwi. Nie wiem czy żyje. Podbiegam do niego. Nogi mam takie ciężkie, jakby ważyły po dziesięć kilo każda.
Zaczynam krzyczeć.
 -Niech ktoś wezwie karetkę! Potrzebna jest pomoc!
Staram się przypomnieć lekcje pierwszej pomocy. Jednak między teorią a praktyką jest ogromna przepaść.
Podnoszę dziewczynkę, ma otwarte oczy. Nie płacze. Pyta się gdzie jest balonik. Krwi jest coraz więcej. Prawa strona główki wygląda strasznie. Ten widok będzie mnie prześladować już zawsze. Lecz na razie błagam w myślach by w końcu nadjechała pomoc!
Dlaczego to musi tak długi trwać! Co mam robić? Gdzie są rodzice tej małej istotki? Jak mogli pozwolić żeby sama szła chodnikiem.
- Dlaczego nie czuję bólu? - przerwała pytaniem, natłok myśli w mojej głowie malutka.
- Jesteś w szoku, to normalne, chyba..- odpowiedziałam dziecku.
- Jak masz na imię? Gdzie są Twoi rodzice? - Musiałam zadać te podstawowe pytania.
- Jestem Julka, moja mamusia poszła do bankomatu po...

To był ostatnie słowa Julci...samochód, który w nią uderzył, pogruchotał część czaszki. Jej włoski były zlepione krwią i.. fragmentami mózgu! Nie było szans, nawet gdyby pogotowie zjawiło się natychmiast. Klęczałam nad ciałem i nie wierzyłam. Nie chciałam dopuścić do swojej świadomości informacji o śmierci Juli. Miała co najwyżej pięć lat. Śliczna blondynka, kręcone włoski opadały na ramionka. Teraz z każdą chwilą robiące się szkarłatne.
Kiedy zjawili się ratownicy medyczni tuliłam do siebie martwą dziewczynkę.
Ból, który odczułam w tamtej chwili był nie do zniesienia. Nie znałam tego dziecka , jednak odczuwałam żal, tak potworny jakbym straciła najbliższą mi osobę.
     Dni mijały, musiałam wrócić do pracy. Straciłam dotychczasowy zapał, nie potrafiłam się na niczym skupić. Zawaliłam kila terminów. Zdawałam sobie sprawę,że jeżeli szybko czegoś z sobą nie zrobię stracę pracę. Coraz częściej moje myśli błądziły do chwili spotkania z babcią. Dlaczego mówiła o miłości, że nie potrafimy kochać?? Nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi. Czy tragedia z Julią miała coś wspólnego z tym wszystkim?
- Pani Dominiko! Szef prosi Panią do siebie..- sekretarka przerwała moje rozważania.
Udałam się do gabinetu Dyrektora, podświadomie czułam co chce mi zakomunikować..
- Dzień dobry, - odezwałam się na przywitanie.
- Witam Pani Dominiko, może od razu przejdę do rzeczy. Zapoznałem się z najświeższymi zestawieniami, Pani efektywność pracy jest niezadowalająca. Rozumiem gorszy dzień. Staram się wczuć w sytuację, którą panią spotkała. Niestety trwa to zbyt długo. Nie mogę pozwalać, aby inni pracownicy zostawali po godzinach, poprawiali błędy zrobione przez koleżankę. Jest mi bardzo przykro. Dostanie Pani dwutygodniowy okres wymówienia. Oczywiście proszę sobie wybrać zaległy urlop. Odprawa będzie jak w umowie... -zawiesił głos.

   Słuchałam tego monologu i z każdą chwilą czułam jak osuwa się grunt pod moimi nogami. Za późno się opamiętałam. Nie miałam do niego żalu. Dba o firmę. Wiadomo. Nie może pozwolić,żeby przez jakąś „głupią” śmierć dziecka, jego pracownica zaniedbywała swoje obowiązki. Z drugiej strony miałam ochotę mu wykrzyczeć w twarz, że nie ma pojęcia co czuję...ale czy to by coś zmieniło?
Wyszłam, nawet się nie pożegnałam, pozbierałam swoje rzeczy. Trochę się tego uzbierało przez te pięć lat. Jak łatwo się kogoś pozbyć. Kiedyś byłam niezastąpiona. A, w chwili kryzysu, wymiana. Na lepszy model?
Snułam się chodnikiem, bez celu. Niosłam te moje klamoty. Nagle usłyszałam szamotaninę. Za rogiem budynku, dwoje nastolatków prowadziło dosyć burzliwą rozmowę, pomagając sobie rękoma. Odeszłabym nie interweniując, ale chłopak zachowywał się brutalnie wobec koleżanki. Trudno było stwierdzić czy byli parą.
Nigdy nie lubiłam wtrącać się w sprzeczki zakochanych. Wychodzę z założenia,że każdy musi się sam umieć dogadać. Natomiast przemocy nie tolerowałam, zwłaszcza na polu mężczyzna – kobieta.
Jednak obyło się bez mojej pomocy, ubiegł mnie starszy Pan. Czym naraził się na serię inwektyw, popchnięciem,a co najgorsze, brakiem wdzięczności ze strony poszkodowanej.
- Taki jest dzisiejszy świat..- usłyszałam komentarz oddalającego się staruszka.
Musiałam mu przyznać w duchu rację.
  W domu czekał na mnie list. Od matki zmarłej Julci. Byłam bardzo zdziwiona. Skąd miała mój adres?
Otworzyła i z zaciekawieniem zapoznałam się z jego treścią. Doznałam szoku.


Droga Dominiko!

Wiem,że trudno Ci będzie uwierzyć, w to co za chwilę się dowiesz. Sama nie byłam pewna czy powinnam się dzielić z Tobą tą informacją. Po długich namysłach postanowiłam napisać lit. Nie mam odwagi zadzwonić..Jesteśmy siostrami. Nasza wspólna matka urodziła mnie dwa lata przed Twoim przyjściem na świat. Niestety w tamtym okresie nie mogła się zająć moim wychowaniem. Dorastałam u kuzynki,  siostry ze strony dziadka Leona, nie miałyśmy ze sobą kontaktu. Rodzina stwierdziła,że nie ma sensu komplikować życia. Mieszkaliśmy tak daleko od siebie.
Jednak teraz po prostu chciałam poczuć,że mam siostrę...
Dwa miesiące temu stwierdzono u mnie raka. Umieram. Wcześniej moją motywacją do walki z tą chorobą była Julia.. ale teraz. Nic mnie nie trzyma na tym świecie. Widziałam Ciebie wtedy na miejscu wypadku. Jeden z funkcjonariuszy policji powiedział jak się nazywasz. Jakie to dziwne,że to akurat TY byłaś tam wtedy..
Ten list jest w pewnym sensie pożegnaniem, chciałam Cię przeprosić,że nie ujawniła się wcześniej, może wszystko potoczyło by się inaczej. Może żyła by Juleńka..
Jest mi niezmiernie przykro,że nie dane nam było być prawdziwymi siostrami..,że nie poznałam drugiej siostry.. najmłodszej. Oszczędź jej prawdy. Czasu nikt już nie cofnie. Wiem,że obarczam Cię dodatkowym ciężarem. Być może postępuję niewłaściwie pisząc do Ciebie. Jednak tak bardzo pragnęłam mieć świadomość,że o mnie wiesz...

Karolina.


Tylko tyle? Tak po prostu się ze mną żegnasz? Gdzie nocne pogaduchy ze starszą siostrą? Gdzie wymiana doświadczeniami? Nie mogę pozwolić jej umrzeć! Nie teraz!
Muszę pojechać do Krakowa! Natychmiast!

***

   Gdzie jest ulica Narutowicza?? Czy  nie mogła zamieszkać w centrum? Biegnę jak szalona, jakby czas,który stracę na zwykły marsz był bezcenny. Dlatego biegnę, gnana wewnętrznym głosem. Szkoda,że tak późno się we mnie odezwał. Jest! Znalazłam adres. Czuję jak serce tłucze się w klatce piersiowej. Nie mogę zapanować nad oddechem.
Pukam do drzwi, otwiera kobieta. Nie jest moją siostrą. Znowu mam wrażenie,że ją znam. Jest ubrana w fartuch taki domowy. Na głowie ma chustkę,takie co noszą babcie.. Wtedy dochodzi do mnie prawda!
- Babciu.. to Ty? - głos więźnie mi w gardle. Czuję,że zaczyna drżeć.
- Tak dziecko. To ja. Nie posłuchałaś mnie, zignorowałaś. Mówiłam,że mamy niewiele czasu. Miałam nadzieję,że zajmiesz się dzieckiem kiedy Karolinka odejdzie...
- Właśnie! Co z Karoliną? Gdzie jest? Muszę z nią porozmawiać! - nie chciałam w tym momencie słuchać wymówek babci, wiedziałam, że źle wtedy postąpiłam.
- Nie ma jej. Odeszła. Wczoraj był pogrzeb.
 - Jaki pogrzeb?! Jak to odeszła?! - zaczęłam krzyczeć, spazmatycznie łapałam powietrze, to nie mogła być prawda! Miałyśmy porozmawiać...
- Ta wasza pogoń za karierą, pogubiliście się. Pytałaś jaką miłość miałam na myśli.
Nie chodziło mi o porywy,charakterystyczne dla zakochania. Miłość dojrzała. Do ludzi, Nie musisz wyznawać im tego uczucia, wystarczy wysłuchać i spróbować pomóc. Ty drogie dziecko zostawiłaś mnie na chodniku, nie interesowałaś się tym co miałam do powiedzenia.
-Co mogę zrobić? - tylko to pytanie przyszło mi w tej chwili do głowy. Czułam wstyd, rozgoryczenia. Okazałam się egoistką. Usłyszałam swój własny szloch. Poczułam jak nogi uginają się i opadam na podłogę. Zwinęłam się w kłębek. Nie potrafiłam pogodzić z tak dotkliwą stratą. Ból pozbawiał mnie oddechu, Był to fizyczny i psychiczny.
Przypomniałam sobie to uczucie kiedy umarła Julka..wtedy nie umiałam wytłumaczyć żalu. Teraz wiem,że nie było to zwykłe rozstanie, ze zwykłym dzieckiem. Serce czuło,że jesteśmy sobie bliskie. Mimo,iż nigdy się nie spotkałyśmy.

Zdjęcie, które znalazłam na parapecie. Poza babcią był na nim mężczyzna z parku. Jeden z przyjaciół. Zginął jako pierwszy, Dzięki niemu przeżyła moja babcia. Nie zastanawiał się ani chwili. To była miłość, do drugiego człowieka. Do jego życia.  Nie myślał o sobie.
Dlaczego właśnie On pojawił się tamtego dnia? Nie wiem, być może chciał mnie przygotować na ten ból. Ostrzec. Wiedział,że babci się nie udało do mnie dotrzeć.
 Do mojego serca.

****
   Wydaje się,że już nic gorszego nie może mnie więcej spotkać. Limit tragedii wyczerpałam. Nic bardziej mylnego. Jeżeli jest źle, pamiętaj, zawsze może być gorzej.
Wracałam do domu. Babci już nie widziałam. Zawiodłam ją. Siostrę oraz moją siostrzenicę. Wyrzuty sumienia z każdą chwilą stawały się coraz uciążliwsze.
Przez kilka dni żyłam na pograniczu rozpaczy. Resztkami sił wyniosłam się z mieszkania Karoliny. Wsiadłam do samochodu i odjechałam.

    Mieszkanie przywitało mnie pustką. Tak, do tej pory nie odczuwałam samotności, jak w tej chwili. Nie miałam przy sobie nikogo. Rodzice w prawdzie mieszkali kilka ulic dalej. Jednak potrzebowałam kogoś innego. Kto by mnie po prostu wysłuchał.
Był i wspierał swoją obecnością. Nie posiadałam takiej osoby, nie miałam przyjaciółek, jedynie koleżanki. Żadnej przyjaznej duszy. Zatraciłam się w robieniu kariery... awanse, siedzenie po godzinach, Co z tego?
Siedziałam w fotelu, Patrzyłam w ścianę. Nie wiem co czułam. Chyba nic.
Przestałam jeść. Wychodzić z domu. Straciłam sens życia.
Nie miałam pracy. Widać byłam kompletnie beznadzieja, Pod każdym możliwym względem. Jaki był sens istnieć?
  Ktoś zadzwonił do drzwi. Z chęcią bym się nie podnosiła z miejsca, ale nogi same poniosły mnie w stronę przedpokoju. Otworzyłam drzwi, nikogo nie było. Na wycieraczce leżała maleńka koperta. W środku
znajdowała się czterolistna koniczynka....



Tacą pana z wąsem

-Wczoraj spotkałam Kryśkę, wiesz?
-No i co?
-Trudno uwierzyć, że jesteśmy rodziną…
Mama zaśmiała się.
-Bo oni po innym ojcu – wrzuciła do wózka kilka paczek chipsów.
-Od kiedy jesz chipsy? – zapytałam zdziwiona.
-Ja nie jem. Ty idziesz na babski wieczór do Ewy, więc pomyślałam, że wam się przyda.
-Jesteś kochana - ucałowałam ją w policzek. – A wracając do tych ojców. Ja wiem, że twoja babcia miała dwóch mężów i że babcia po jednym,  a wujo po drugim. I to widać. Tyle, że oni też byli braćmi. Jak to wyjaśnisz?
-Oni też byli po różnych ojcach
-Jak to?
-Sto pięćdziesiąt sześć złotych dwadzieścia osiem groszy proszę.
-Bo widzisz, babcia Oleśka…
-Dostanę dwadzieścia osiem grosz?
-Słuchaj teraz nie mam czasu– stwierdziła mama podając kasjerce grosze. – Jutro jak wrócisz od dziewczyn to ci trochę poopowiadam o tych twoich prababkach stoi?
-Stoi – zgodziłam się zabierając torby z zakupami.
*
Potężny ból głowy oznajmił mi, że najwyraźniej impreza dzień wcześniej była przednia. Szkoda, że nie bardzo pamiętałam co też się działo. Ambitnie postanowiłam uchylić lewe oko, by przynajmniej zorientować się gdzie spędziłam noc. No cóż bardzo bym się cieszyła gdyby okazało się, że leżę we własnym łóżku, ale zbyt wiele imprez w swoim życiu przeżyłam, by mieć taką nadzieję. I ten zapach… sądząc po aromatach byłam wciąż w pokoju Ewy. Unoszący się wokół odór alkoholu przekonał mnie, że nie muszę narażać się na światło, więc postanowiłam zaprzestać wysiłku w celu rozejrzenia się. Po leżę jeszcze, zaczekam aż świat przestanie wirować i wtedy spróbuję, pomyślałam powoli zapadając w sen.
-A gdzie mi tu leży pod stołem?! – rozległo się tuż koło mojego ucha.
Ucha nieprzeciętnie wrażliwego na wszelkie odgłosy, pozwolę sobie przypomnieć.
-Ciszej… -wysyczałam osłaniając się rękoma.
-Do jasnej Anielki! – rozdarła się znów megiera stojąca nade mną – Wstawać ma! Ale już. Co z tymi młodymi teraz? Pierwszy dzień w pracy i już dała się upoić Antoniemu.  A mówiłam jej, że Antoni lubi młódki upijać. A mówiłam jej, że wstać trzeba przed świtem, zanim się dziedziczka obudzi.
Wciąż powoli, ale docierały do mnie jej słowa. Albo ona jest bardziej pijana niż ja, albo moje ciało, bez mojej wiedzy, znalazło się w miejscu wcale nie odpowiednim. Jaka praca? Jaki Antoni? No w zasadzie znałam jednego Antka. Fakt lubił upijać koleżanki, a potem dyskutować z nimi na tematy filozoficzne, mając przy okazji przednią zabawę. Byłam niemal pewna, że nie widziała się z nim poprzedniego wieczoru.
Silna dłoń złapała moje przedramię i jednym sprawnym ruchem postawiła mnie, na chwiejne co prawda, nogi. Spróbowałam otworzyć oczy, ale ostre światło doszczętnie mnie oślepiło.
-Same z nią problemy. Gdyby nie była Oleśki rodziną, to bym ją wykopała na zbity pysk. Na momencie!
Ta sama ręka o okropnie skrzekliwym głosie pociągnęła mnie w niewiadomym kierunku. Z braku innej możliwości pozwoliłam się poprowadzić. Udało mi się nawet zdrzemnąć w trakcie tej krótkiej trasy.
-Chryste Panie! – ryknęłam.
Wanna zimnej wody z pełnym impetem wylądowała na mojej ciepłej jeszcze od snu głowie. Nie mówiąc już o reszcie ciała. Bez problemu zerwałam się na nogi i rozejrzałam dookoła.
-Kurwa! – ulżyłam sobie klnąc. Amerykańscy naukowcy dowiedli, że to pomaga, więc bez zastanowienia postanowiłam skorzystać z tego dobrodziejstwa. – Czyś ty kobieto do reszty zgłu…
Zaniemówiłam. Jeszcze raz rozejrzałam się po pomieszczeniu w którym mimowolnie zażyłam otrzeźwiającej kąpieli.  Nagie kamienne ściany i taka też podłoga. Po mojej prawej stronie stała olbrzymia bala, a wokół niej poustawiane były tary. Ostatni raz widziałam takie w muzeum w podstawówce i nadmienić muszę, że były zardzewiałe, nie tak jak te tutaj świecące jeszcze nowością. Z drugiej strony wesoło trzaskał ogień w olbrzymim palenisku. Nad rozżarzonymi drwami wisiał wielki kocioł w którym gotowała się woda. Po całym pomieszczeniu porozkładane były kupki ubrań w większości bielizny. Ja sama siedziałam w czymś co nazwać możny by brodzikiem. Niewielki kwadrat w rogu znajdujący się poniżej poziomu podłogi. Pod moimi nogami znajdowała się krata przez którą spłynęła woda.
-Obudziła się? – zaskrzeczała znów moja oprawczyni.
Na oko dobiegała pięćdziesiątki. Twarz miała dość miłą, choć czerwoną. Wcale jej się nie dziwiłam. W pomieszczeniu panowała temperatura godna sauny, a ona miała na sobie sukienkę z długim rękawem, sięgającą do ziemi. Mało tego, upięta była pod samą szyję, a na głowie miała coś jakby czepek.
-No i co się gapi? Niech lepiej zobaczy jak wygląda. Zniszczyła sukienkę i kto ją teraz ubierze, hę?
Spojrzałam na siebie. Faktycznie, nie wyglądało to dobrze. Sukienka z jakiegoś ciężkiego materiału była w strzępach. W dodatku brudna no i mokra. Nie przypominam sobie, żebym miała coś takiego w szafie, pomyślałam. Szybko jednak zaczęłam analizować sytuację. Nie miałam pojęcia gdzie jestem i bynajmniej nie jawiło się to zachęcająco. Zarówno kobieta jak i pralnia wyglądały jakby żywcem przeniesione ze starego filmu.  Albo jeszcze spałam w najlepsze, albo ktoś wsypał mi czegoś do drinka i miałam haluny, ewentualnie… co najmniej prawdopodobne, przeniosłam się w czasie. Co by to nie było, fakt pozostał jeden, mogłam decydować o tym co się działo. Wyjścia miałam dwa rozpłakać się i dopytywać gdzie jestem i jak się tam znalazłam, lub wejść w tę grę niezależnie od tego czym była. Cóż nie zależnie od wszystkiego bardziej opłacała mi się opcja druga. Jeśli śnię, bądź mam halucynacje to przeżyję przygodę, jeśli przeniosłam się w czasie, to cholera muszę się tu jakoś zaklimatyzować!
-Ma szczęście, że dziedziczka klamoty wyrzucała. Ma szczęście, że szmat trochę zostawiłam
Kobieta rzuciła we mnie wygrzebanym z jednego ze stosików kłębkiem ubrań.
-Mam na imię Inga
-Wiem jak ma na imię. Niech nie mle ozorem tylko się ubiera. Swoją drogą, co za imię? Inga. Bo to nie ma naszych ładnych?
Bez dalszych dyskusji ubrałam się szybciutko w atłasową spódnicę i jedwabną bluzkę. Dziedziczka miała dobry gust co do materiałów. Krój zresztą też niczego sobie. Wszystko proste i ładnie skrojone. W moim rozmiarze w dodatku.
-Za strojnie – stwierdziła moja opiekunka. Podniosła nóż leżący na stołku obok.
Cofnęłam się przerażona. Po co jej nóż do gwinta jasnego?
-Niech stoi spokojnie!
Złapała za koronkowy kołnierzyk i podważając delikatnie nożem odpruła go. Następnie odpięła srebrną brochę w kształcie róży i odcięła mankiety.
-Teraz lepiej – uśmiechnęła się do mnie po raz pierwszy – Młoda jest, nie musi włosów chować, ale niech się odwróci to warkocz uplotę.
Pół godziny później biegłam przez podwórze za, jak się okazało, Stasią i pilnie słuchałam co ma mi do powiedzenia.
-Niech pamięta, dziedziczka jest holenderką, po polsku mówi mało. Chorowite to i delikatne. W żadnym wypadku masz jej nie dotykać i mówić też lepiej nie mów, chyba że zapyta. Jeśli coś sknocisz to zwal na Oleśkę. Wszyscy tak robimy. Za każdą głupotę może cię wyrzucić, Oleśki się boi i nigdy jej złego słowa nie powie. Dziedzic jest polak. Jurny ci to chłop – zachichotała – Oj nie to samo co dziedziczka, oj nie. Lubi kobiety.
-Podrywacz?
-Co?
-No… zaleca się do służby?
-Oj zaleca, zaleca – Stasia uśmiechnęła się rozmarzona – To nie chłop dla dziedziczki. On potrzebuje jędrnego tyłka i sprężystej piersi, a nie takiego chuchra bez życia. A jaki on miły, a jaki elegancki – rozpływała się.  - O tak, pan to wspaniały człowiek.
-To czemu są małżeństwem?
-Oj dziecko, skądeś ty się urwała? – zapytała z rozpędu zapominając o mówieniu do mnie w trzeciej osobie. – Dziedziczka pieniądze ma. Dwór upadał, a ona posag dostała, że hoho. Zresztą, jak jej ojciec tu był to mówił, że młoda ona. Zdjęcia pokazywał. No przyznać trzeba, że dziewczyna piękna. No to się dziedzic połasił na kąsek taki. Ino że lichowita nic nie było mowy. No i biedak radzić sobie musi inaczej.
- O Oleśka!- krzyknęła nagle na widok dziewczyny idącej z naprzeciwka. –Przyprowadziłam ci tą twoją kuzynkę.
-Jaką moją kuzynkę? – zdziwiła się tamta.
Była mniej więcej w moim wieku, czyli koło dwudziestki. A niech mnie, faktycznie byłyśmy podobne. Jasnobrązowe, proste włosy opadały jej na ramiona. Oczy w tym samym kolorze co moje, ciemnoniebieskie. Coś w rysach twarzy… Nikt nie uznałby nas za bliźniaczki, ale podobieństwo nawet ślepy by wyłapał.
Przyglądała mi się równie badawczo jak ja jej.
-Jak ci na imię?
-Inga
-Nie znam, aleś podobna, więc musisz być nasza – uśmiechnęła się.- No co tak stoisz? Już do roboty lecimy! – klasnęła w dłonie i ruszyła z powrotem w stronę dworu nie oglądając się na mnie.
Truchtałam za nią rozmyślając gorączkowo. Oleśka… Aleksandra o ile się orientuję. Ale ile Aleksander nazywano Oleśkami? Ja znam tylko jedną, a raczej o niej słyszałam…
-Noł łej. Nie możliwe. To musi być przypadek…
-Co mamroczesz?
-Eee, nic tak tylko.
-Nie wiem jaka rodzina jesteś, skąd i tak dalej, ale dobrze, że jesteś akurat dzisiaj. Słuchaj, na kolacji mamy wielkiego gościa. Pan dziedzic poznał go we Warszawie samej. Każde ręce dzisiaj potrzebne do pomocy. Trza się uwijać.
-Co będziemy robić?
-Znasz się na zegarku? – zapytała Oleśka przystając.
-Znam
- To chodź, tylko cicho.
Wprowadziła mnie głównym wejściem do dworu. Z jej cichych kroków i czujnych spojrzeń wywnioskowałam, że nie powinnyśmy się tam znaleźć. Nie miałam czasu rozglądać się zbytnio, lecz kątem oka dostrzegłam piękno i przepych wystroju. Choć dwór znajdował się na wsi, widać w nim było gust i styl osób obytych. Meble z ciemnego drewna, pasujące do podłóg u okien. Wszystkie rzeźbione w delikatne, kwiatowe motywy. Dookoła panowały bordowa czerwień, głęboka zieleń, odcienie brązu i złota. Sama chętnie urządziłabym dom podobnie. Olbrzymie obrazy zdobiły ściany. Czy to Picasso?
-To zegar – zagadnęła Oleśka zatrzymując się przy zegarze, bez wątpienia. Za to zegarze niesamowitej urody. –Jest… szósta. Kolacja jest o siedemnastej. Teraz idę do pralni wyprać pani bieliznę. Przyjdziesz do mnie po dziewiątej, bo trzeba ją rozwiesić żeby wyschła przed kolacją jak dziedziczka będzie się ubierać na gościa.
-Okej
-Co?
-W sensie, że rozumiem.
-Aha. No dobra. Chodź.
Znów wyszłyśmy na zewnątrz. Obeszłyśmy budynek. Z boku były niewielki drzwiczki. Oleśka otworzyła je i wpuściła mnie przodem do dużego, zaparowanego pomieszczenia.
-Kuchnia- rzuciła konkretnie i bez zbędnych wprowadzeń. – Kaśka!
-Co?!
Rosła kobieta wyłoniła się zza stołu. Mogłabym przysiąc, że była kwadratowa, tak samo szeroka jak wysoka. Twarz miała czerwoną i spoconą. Mimo to wyglądała sympatycznie.
-To Inga. Masz ją do dziewiątej.
-Dobra. Chodź młoda. Wór kartofli czeka na skrobanie.
*
Czas w towarzystwie Kaśki minął jak z bicza. Przez trzy godziny obierałam rozmaite warzywa wysłuchując dworskich ploteczek. Żałowałam, że nie mogę ich zapisać, wprost niesamowicie fascynujące były to historie.
Kilka minut przed dziewiątą pożegnałam się z kucharką i ruszyłam w stronę pralni, by zgodnie z umową pomóc przy rozwieszaniu bielizny dziedziczki.
-Jestem już!- krzyknęłam od progu.
Przywitał mnie niecodzienny obrazek. Otóż Oleśka leżała w kupce brudnej pościeli, a na niej w niedwuznacznej pozycji, ze spuszczonymi spodniami jakiś mężczyzna. Sądząc po stroju miałam do czynienia z dziedzicem we własnej osobie.
-Witam dziedzica – przywitałam się dygając z uśmiechem.
Pan włości sapnął wymownie, a następnie z lekkim trudem dźwignął się na nogi.
-Witam – odpowiedział również uśmiechając się. – Pani nowa widzę?
-A owszem. Przyszłam bieliznę jaśnie dziedziczki zabrać do rozwieszenia.
-Moja żona zapewne wdzięczna będzie – odwrócił się do Oleśki i pomógł jej wstać – Gdybyś chciała go zostawić… - szepnął jej do ucha.
-Panie, ja przed bogiem przysięgała, do śmierci.
-Oleśka, jakaś ty głupia. Oleśka powiedz słowo… wiesz, że jesteś jedyna. Wiesz, że władza twoja nade mną większa o stokroć niż mojej żony.
-Wiem Tomaszu – rzuciła posyłając w moim kierunku wymowne spojrzenie – Inga weź te szmaty spod ściany i do kotła wrzuć. Zamieszaj i wyciągnij na miskę. Zraz pomogę ci wyząć.
Ruszyłam w kierunku kotła, ociągając się jednak, by podsłuchać jak najwięcej z toczącej się rozmowy.
-Olesia, ja bym cię zabrał , umieściłbym cię w innym dworze. Moja żona by o niczym nie wiedziała. Olesia, ja bym panią z ciebie zrobił…
-Za jej pieniądze
Zamilkł zakłopotany.
-Idź Tomaszu. Mnie tak jest dobrze. Nie chce być na wygnaniu z dala od rodziny. I tu cię mam nie będąc panią za pieniądze tej biduli
Tomasz westchnął zasmucony. Przytulił Oleśkę, skinął mi i wyszedł bez słowa.
-Oleśka, czemu nie chcesz uciec z dziedzicem? – zapytałam cicho, gdy podeszła do mnie. Właśnie wyciągałam ostatnią parę majtek z kotła.
-Nie twój interes smarkulo – rzuciła, ale jakoś tak bez złości. Spojrzała na miskę i nieoczekiwanie wybuchnęła śmiechem.
-Czego rżysz głupia? – obruszyłam się.
Oleśka nie odpowiedziała. Przysiadła na podłodze i rechotała dalej obcierając łzy z policzków.
-Krochmal… -wydusiła – Majtki…
-No ale co?
-Jesteś bardzo dokładną kobietą Ingo – powiedziała w końcu, gdy udało jej się trochę uspokoić – Wykrochmaliłaś dziedziczce wyjściowe majtki.
-O matko… - przysiadłam obok Oleśki – O rany… Co my teraz zrobimy? Ona mnie zabije?
-Nie zabije, bo za lichawa jest na to. Nie mamy czasu prać jeszcze raz. Trudno powiem, że to ja. Bierz. No raz dwa. Wieszamy.
*
-Czwarta- wrzasnęła Oleśka nad moim uchem.
Po kilku godzinach różnych prac przykazanych mi przez Stasię, Oleśkę i Kaśkę przypomniałam sobie, że cierpię na potwornego kaca. Moje oczy miały głęboko poważaniu chęci jakimi dysponuję i zamykały się bezlitośnie. Znalazłam więc niewielką przerwę w żywopłocie otaczającym cały teren dworu i wczołgałam się tam, by zdrzemnąć, niezauważona choć parę minut. Jakim cudem ta cholernica mnie znalazła? Diabeł nie kobieta!
-No już, już Inga! Wyłaźże mi stamtąd! Robota jest.
-Harpia wredna, megiera przebrzydła…
-Nie złorzecz tylko szybko chodź – wyszeptała wyraźnie rozbawiona – za pół godziny dziedziczka wyjdzie z pokoju w twoich wykrochmalonych majtkach. Nie możemy tego przegapić!
Bez dalszego namawiania pobiegłam za nią do dworu. Na najwyższych obrotach pracowałyśmy, by o szesnastej trzydzieści być na stanowisku i zobaczyć z bliska tę legendarną chwilę.
-Pani Aleksandro – zawołała cichutko dziedziczka równiutko o podanej przez Oleśkę porze.
Ta z miną pokerzysty stanęła naprzeciwko pani.
-Tak proszę pani?
-Pani Aleksandro, ja w żadnym wypadku nie chciałabym być nie miła – zapiszczała dziecinnym głosem w którym nie było ani odrobiny złości, raczej obawa przed obrażeniem Oleśki – Ale jeśli mogłabym prosić, to niech pani następnym razem… nie krochmali mojej bielizny – skończyła ściszonym głosem, wyraźnie się rumieniąc.
-Oczywiście. Pani wybaczy to niedopatrzenie- schyliła głowę w udawanej pokorze, jednak widziałam iskierki rozbawienia w jej oczach i cień uśmiechu błąkający się po ustach.
-Ależ oczywiście! – zgodziła się dziedziczka.
Skinęła Oleśce i ruszyła korytarzem. Nogi stawiała okrakiem, widocznie bielizna musiała ją uwierać, na domiar złego przy każdym jej ruchu słychać było charakterystyczne szeleszczenie. Służące towarzyszące dziedziczce szły z kamiennymi minami, ale podejrzewam że niewiele im brakowało, by wybuchnąć śmiechem tak jak my to zrobiłyśmy, gdy tylko dziedziczka zniknęła za załamaniem korytarza.
-A teraz chodź się przebrać droga kuzyneczko, popatrzymy sobie na gościa naszych państwa, podając do stołu.
*
Przebrana w odświętną sukienkę i śliczny biały fartuszek należące do Oleśki stanęłam w drzwiach jadalni czekając na znak. Było nas w sumie siedem podających, po jednej na każdego członka uczty. Pan zaproszony przez dziedzica musiał być osobistością niezwykle ważną, gdyż jako eskorta towarzyszyło mu czterech wojskowych. Państwo zaprosili też daleką kuzynkę, piękną Halinę. Zatem pan ów musiał być kawalerem.
-Teraz- szepnęła mi Oleśka do ucha. Na miękkich z podenerwowania nogach wkroczyłam do jasno oświetlonej jadalni. Ja miałam podawać jednemu z panów eskortujących.
-Herrlich! – zaśmiał się gość honorowy.
Dziedziczka odpowiedziała mu płynnym niemieckim. Nie wiele rozumiałam z ich rozmowy. Kątem oka spojrzałam na owego pana, tak sprawnie zabawiającego panią domu. Dość drobny o ciemnych, przylizanych włosach. Z wąsami… Z wąsami? Chryste panie! Ja znam te wąsy!
-Olesia, kochana moja – wyszeptałam łapiąc ją za łokieć – który rok mamy?
-Głupiaś czy co? Tysiąc dziewięćset dwudziesty. Zaćmienie jakieś masz?
-O kurwa! – wyrwało mi się.
-Herr Adolf – Tomasz podniósł kieliszek i skinął w kierunku gościa z wąsikiem.
-O cholera, o cholera, o cholera! – szeptałam nerwowo – Hitler! Adolf Hitler! Szlag, jasna dupa, o matko!
 -Co ty Inga?- Oleśka zaniepokoiła się widząc jak bladłam.
-Wojny jeszcze nie było… I nie będzie!
Jednym susem podskoczyłam do Herr Hitlera i z całej siły uderzyłam go w głowę metalową tacą na której przyniosłam posiłki dla jego obstawy.
-A masz ty zarazo! Ty padalcu! Ty dupku! Skur…
Jeden z żołnierzy rzucił się na mnie i ściął z nóg. Poczułam uderzenie w tył głowy, a potem ogarnęła mnie błoga ciemność.
*
-Cholera – mruknęłam masując tył głowy – Gdzie ja jestem?
-No jak to gdzie idiotko? – odezwał się znajomy głos – Mówiłam Gośce żeby się trochę posunęła, ale i tak pchała tyłek na ciebie dlatego spadłaś.
Rozejrzałam się. Znajome zielone ściany. Pokój Ewki. Wróciłam.
-Co z Hitlerem?
-Hitler kaput – zaśmiała się.
-Serio? – zakrztusiłam się z wrażenia. Czyżby mi się udało?
-No w czterdziestym piątym o ile pamięć mnie nie myli
-A nie w dwudziestym?
-A wojnę to kto by rozpętał za niego?
-Czyli była jednak wojna?
-Oj koleżanko, musiałaś się zdrowo rypnąć jak z tego łóżka spadłaś…
*
-Mamo, jak to był z tym pradziadkiem?
-Ano było tak, że babcia Oleśka pracowała we dworze. Mama mi mówiła, że kiedyś zadała się z dziedzicem. No i tak począł się mój dziadek. Potem dziedzic wyjechał do Holandii z żoną, a babcia urodziła drugiego syna tyle, że już z prawego łoża. Ale podobno swojego czasu była tak zakochana w dziedzicu, że kiedyś przypadkiem dziedziczce majtki…
-…wykrochmaliła.

18 komentarzy:

  1. Gratuluję pierwszym odważnym!

    OdpowiedzUsuń
  2. Super, że opowiadań przybywa! Przez chwilę myślałam, że zatrzyma się na dwóch ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze jak coś takiego wymyślę trapi mnie czy pomysł chwyci:) Ale tym razem chyba będzie dobrze:)
      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Mnóstwo osób o tym wie, a i czasu sporo, więc na pewno pojawi się sporo nowych jeszcze :) super!!!

      Usuń
    3. Właśnie, mnóstwo czasu, a ja się nie mogę doczekać coby książeczkę mieć już w ręku ;)

      Usuń
  3. HIHI cały czas kogoś namawiam do wzięcia udziału ;)))

    OdpowiedzUsuń
  4. Już się dałam namówić, ale jeszcze jestem na etapie rozmyślania. Zobaczymy, co z tego wyniknie. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Odpowiedzi
    1. Dotarło:) Jutro pouzupełniam:)
      Serdeczności

      Usuń
  6. i ja również wysłałam :) mam nadzieje ze sie nada ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ciekawy konkurs, czy każdy może?

    OdpowiedzUsuń
  8. Uff! Przeczytałam wszystkie opowiadania... Są niesamowite :)!!!

    OdpowiedzUsuń
  9. Teraz widzę, że w moim tekście, "Podróż do gwiazd", Słońce i Księżyc napisały się małą literą i pewnie kilka innych podobnych rzeczy też by się znalazło, niedobra klawiatura, hihi:))) Mam nadzieję, że będzie korekta przed wydrukowaniem? Nie podpiszę się, żeby nie było, że łamię zasady konkursu:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Przeczytalam wszystkie opowiadania i musze napisac, ze jestem pod wielkim wrazeniem. Kazde z opowiadan jest wyjatkowe - i jak tu dokonac wyboru ktore jest najlepsze?!
    Gratuluje wszystkim ktorzy wzieli udzial w tym konkursie, macie talent.

    OdpowiedzUsuń
  11. Już w pierwszym akapicie dostrzegłam dwa błędy. I to mnie zniechęciło do dalszego czytania :(

    OdpowiedzUsuń