Wilczy Dwór wszystko co związane z powieścią

Słów kilka o tym jak się pisze powieść

Oto przykład jak pisze się powieść :) Miało nie być żadnego pola, ani bryczki ani Pelasi. Konstancja wcale nie miała tego ranka wyjść na ganek i absolutnie nie planowałam, że wypatrzy pod lasem to co wypatrzyła. A jednak to wszystko się stało i to przy mojej całkowitej akceptacji :). Teraz pytanie czy domyślacie się kto siedzi w bryczce? Ja chyba wiem. Biorąc pod uwagę to o czym przed chwilą napisałam słowo "chyba" jest jak najbardziej uzasadnione. Tak samo jak pojęcie pisze się :)

A to początek całkiem nowej powieści. Napiszcie proszę jak się czyta, czy wciąga? Czy czegoś brakuje?

Dzień wstał pogodny. Słońce kwietniowe nie mogło wprawdzie równać się z tym pełnym letnim ale po długiej i mroźnej zimie nawet te blade promienie zdawały się być czystym gorącym złotem.   Pławiły się w jego blasku okoliczne pola, wyzłacał się las. Pierwsze nieco ospałe pszczoły wyfrunęły z uli.
Jestem jak ten owad – pomyślała Konstancja patrząc na nie do końca obudzoną pszczołę, która przysiadła na poręczy okalającej ganek. – Tak samo dałam się wywabić z domu jak on z ula. Chyba dziś wypiję swoją poranną herbatę właśnie tutaj. Tak tu cicho i… - Ledwo ta myśl przemknęła jej przez głowę drzwi za jej plecami otworzyły się z impetem.
Stanęła w nich drobna wręcz zasuszona kobiecina i załamując ręce zaniosła się głośnym lamentem:
- A dobrodziejka chyba Boga w sercu nie ma! Chce się na śmierć zaziębić i nas wszystkich bez opieki zostawić! Kto to widział żeby wychodzić bez żadnego okrycia!
- A niech Pelasia da spokój! Nie czuje Pelasia jak słońce przygrzewa?
- A czuję, czuję! I wiem, że nie ma nic bardziej zdradliwego od kwietniowego ciepła! Już niejeden po takim wietrzeniu kwiatki od spodu wącha! – wykrzyknęła i natychmiast zatrwożona przycisnęła rękę do ust. – A tfu, tfu na psa urok, co ja też gadam najlepszego! Jeszcze nie daj Boże coś wykraczę!  To ja może dla uspokojenia sumienia pelerynę pani dobrodziejce przyniosę, dobrze?
- Pelerynę nosiłam jak były przymrozki. Teraz niechybnie bym się w niej ugotowała.
- Ale ja nie mogę na to spokojnie patrzeć. Pani matce, nieboszczce, święć panie nad jej duszą przyrzekłam, że będę nad panią czuwać! A zamiast tego stoję i gadam głupoty. A moja babka zawsze mi powtarzała, że to co z ust wyfrunie staje się prawdą i może się spełnić. A mówiła mi to nieustannie, bo od najmłodszych lat byłam popędliwa i paplałam wszystko co mi ślina na język przyniosła. A ile przy tym szkód narobiłam! Oj miała ze mną babunia sto pociech, miała! Zapewniam panią dobrodziejkę…
- O tak, wierzę – przerwała jej Konstancja z trudem kryjąc uśmiech. – To może pójdźmy na ugodę i po prostu przynieś mi ten szal z cienkiej wełenki, zostawiłam go w bawialni przy fortepianie – dodała i już miała na powrót wystawić twarz do słońca gdy jej uwagę przykuł mały ruchomy punkt widoczny pod lasem.
Zmrużyła oczy i bardziej domyśliła się niż zobaczyła, że tym czymś jest bryczka. Przez moment wpatrywała się intensywnie czekając czy przypadkiem pojazd nie odbije w bok. Bardzo rzadko, ale jednak zdarzało się, że ktoś przyjezdny, nie znający okolicy błądził i trafiał na tę okrężną, zapomnianą dawno drogę prowadzącą do pobliskiego miasteczka. Ale nie, bryczka trzymała się traktu prowadzącego prosto do dworu. Już po chwili las pozostał za nią a ona sunęła drogą pomiędzy polami przystrojonymi wschodzącym, zieleniejącym zbożem.
- Pelasiu chyba ktoś do nas jedzie – mruknęła do kobieciny, która właśnie na powrót pojawiła się na ganku ściskając w sękatych dłoniach cieniutki, granatowy szal.
- A ki czort? – Pelagia podążyła wzrokiem za spojrzeniem Konstancji.
- Właśnie też się zastanawiam… Nikt się nie zapowiadał.
- A może to znowu od Boguckich ciągną? To by była prawdziwa tragedia, bo od nich zawsze cała chmara przyjeżdża a ja zupełnie nie jestem przygotowana na taką gościnę! Jeszcze po ich ostatniej wizycie mam zrujnowaną spiżarnię! Wiatr i przeciąg zostawili!


Ropucha w płótnie, włosy pod krzyżem czyli najzwyklejszy poranek :)

wyprawa na bagno też będzie :)
Dzień dobry wszystkim. Jak zaczęliście poranek? Ja zaczynam dzień od zawijania ropuchy w płótno i od takiego tekstu:

Zdradź mnie tylko…Wiem gdzie ścieżka!
Da mi brat talara;
Pójdę w bory, a tam mieszka
Czarownica stara. –
                              
A jak ona cię zamówi,
Zapisze na niebie,
Potem włosów twoich złowi,
Pod krzyżem zagrzebie;

Oczywiście to wszystko czynię w sposób pośredni. Jednym słowem a raczej dwoma: pisze się :) I będzie i krzyż i włosy pod nim zagrzebane i czarownica i legenda dotycząca dworu i Pelaśka ( jak ktoś jej jeszcze nie poznał to zapraszam do kliknięcia JAK PISZE SIĘ POWIEŚĆ )i tajemnice. A tych ostatnich będzie sporo. I dwór będzie wiekowy a sami wiecie, że stare domy skrywają wiele sekretów. I tak moi drodzy pierwszy tom całkiem nowej serii nabiera rozpędu, rumieńców i charakteru. A będzie tych tomów... No właśnie. Miało być dwa, już wiem, że na pewno będzie trzy. A patrząc na akcję, która dynamicznie się rozwija może i cztery. A na koniec pytanie: po co ropuchę zawijać w płótno? Jakieś pomysły? 
Buziaki Wam przesyłam i życzę pięknego, słonecznego dnia :) 

Prośba! Mały fragment

Kochani przeczytajcie proszę poniższy, króciutki fragment i powiedzcie czy czujecie klimat? Czytalibyście dalej? 
I nagle ten sam zmrok, który jeszcze przed chwilą jawił się jako przyjazny wydał jej się złowrogi i kryjący w sobie niebezpieczeństwo. Wzdrygnęła się i szybkim krokiem podeszła do drzwi wejściowych. Całą sobą marzyła, żeby na powrót znaleźć się w środku oświetlonego świecami domu i usłyszeć dobrze znajomy gderliwy głos Pelasi. Już przekraczała próg, gdy powietrze przecięło przeciągłe, przejmujące wilcze wycie niosące się echem od lasu, poprzez pola i zahaczające o uchylone podwoje dworu. I Konstancja nabrała pewności, że otwierając drzwi w tym a nie innym momencie wpuściła do domu coś, co do tej pory trzymało się z dala od dającego poczucie bezpieczeństwa wnętrza. Prawie, że biegiem wpadła do środka i mocno zatrzasnęła ciężkie wrota za sobą.
Niewiele to pomogło. Przeszłość nabierała coraz większej pewności siebie i z coraz większą swobodą rozpychała się w życiu Konstancji. 

Wielkimi krokami nadchodzi KONIEC!

Jeszcze chwileczka, jeszcze momencik i napiszę magiczne słowo "koniec". Trzymajcie kciuki, żeby doba była dłuższa, a wszelkie bóstwa opiekujące się piszącymi patrzyły na mnie przychylnie. Jak na razie o powieści mogę powiedzieć tyle, że z pierwotnego pomysłu zostały lata, w których toczy się akcja i dwór, w którym mieszka bohaterka. Reszta... No cóż, nie ma nic wspólnego z początkowym konspektem i założeniami. Poza tym mam wrażenie, że napisałam powieść zupełnie inną, niż wcześniejsze. Jestem bardzo ciekawa, jak ją przyjmiecie. Mogę Wam jeszcze zdradzić, że ten wilk, który pojawia się przy wzmiankach o najnowszej książce, pojawia się nie bez kozery:). Już niedługo zdradzę Wam tytuł, a na razie zapraszam na krótki fragment.

I już w zupełnym milczeniu pokonywały wąziutką ścieżkę, która niczym cienka wstążka położyła się na uginającej się złowrogo powierzchni. 
Nad bagnami zachodziło słońce. Konstancja miała wrażenie, że jego wielka, czerwona kula desperacko chwyta się ostatnimi promieniami powierzchni, usiłując nie zniknąć w ciemnej, gnijącej czeluści. Nagle ciszę przerwał dobiegający z oddali i zwielokrotniony echem śpiew:



A jak ona cię zamówi,
Zapisze na niebie,
Potem włosów twoich złowi,
Pod krzyżem zagrzebie;

Poznasz wtedy jak to zwodzić
Miodowym wyrazem;
Będziesz wiedział, jak to chodzić
Do dwóch dziewcząt razem.

Jeśli puścisz się na wody, 
Łódź z tobą zatonie;
Jeśli puścisz się na gody,
Rozniosą cię konie;

W lesie zginiesz w ciężkim bólu,
Bo cię dąb przywali;
A przy żniwie w ciężkim polu
Piorun cię wypali!

Ach i potem nieraz Stasiu
Z grobu już zapłacze:
Ach! przebacz mi, droga Kasiu!
Lecz ja nie przebaczę!

- Matko Boska, Pelasiu, wyjdźmy już stąd – jęknęła zduszonym głosem. – Mam wrażenie, że  tutaj wszystkie upiorne opowieści, które mi opowiadałaś w dzieciństwie, ożywają. 
- Zaraz będziemy na miejscu – Pelagia całą sobą stłumiła chęć powiedzenia „a nie mówiłam”. 
Co by to teraz dało? – pomyślała, ściskając w rękach zioła, które odebrała od swojej ukochanej dobrodziejki. Ale rację miałam, bagna nie są dla każdego i nie każdy powinien się po nich włóczyć. Szczególnie w zapadających ciemnościach i bez krzyżyka – wzdrygnęła się i sięgnęła do kieszeni kubraka. Wyciągnęła z niej różaniec i wcisnęła kobiecie w rękę.
- Niech dobrodziejka trzyma – mruknęła. – Ja mam krzyżyk na szyi – dodała uspokajająco, nie zdając sobie sprawy, że wbrew swoim intencjom, zdenerwowała Konstancję jeszcze bardziej.

Wilczy Dwór czyli kilka słów o najnowszej powieści

Właściwie żeby napisać o "Wilczym Dworze" powinnam zacząć od słów: dawno, dawno temu... 


Trudno dokładnie określić kiedy dokładnie zbudowano pierwszy Wilczy Dwór. Zawsze jednak, odkąd najstarsi pamiętają, temu miejscu towarzyszyła ta nazwa. I kolejne pokolenia dzieci, wieczorami słuchały tej samej opowieści. Nikt nie wie, ile w niej jest prawdy… Wiadomo jednak, że do dzisiaj w okolicach Wilczego Dworu nikt nie śmie polować na wilki… A i one mieszkańcom tego domu nigdy nie zrobiły krzywdy.

Tak zaczyna się opowieść. Legendą o "Wilczym Dworze". A poniżej kolejny fragment:

Kaśka w te pędy pobiegła do drzwi wejściowych. Całkiem już duże szczenię na jej widok zatańczyło z  radości na tylnych łapach.
      - No co ty, Drzazga – tak nazywała młodą wilczycę Katarzyna. - Gdzie mama, gdzie rodzice. Chodź! - wilk posłusznie wszedł do dworu i podążył do jej sypialni.
Katarzyna szybko ubrała się i podążyła do pobliskiego lasku. Ale jama była pusta. Widać wilki poczuły zew i odeszły i tylko jeden z nich postanowił inaczej. Przywołała Drzazgę i zmierzwiła jej włosy na karku.
-       To co, ty już moja jesteś? 
Szczeniak zapiszczał cicho.
-       No to chyba oznacza że tak.
Minęło kilka miesięcy, za przyzwoleniem księcia Zbigniew i Katarzyna pobrali się. On zakończył zaszczytną służbę, a ona żałobę po utraconym mężu. Nowy dwór rozbrzmiewał głosami służby i nowych, pojawiających się na świecie dzieci. Pamięć o strasznych chwilach powoli bladła, ich dowodem były jedynie wspomnienia, nowe, powoli szarzejące ściany dworu i towarzysząca na każdym kroku najstarszej dziewczynce wielka wilczyca... I nazwa, bo gdy wilki odeszły, Katarzyna postanowiła, że nazwie nową siedzibę ich imieniem – od tego dnia nikt nie mówił o ich dworze inaczej jak Wilczy Dwór.

Całą legendę poznacie gdy otworzycie powieść. To tylko wstęp, bo potem... Potem będzie się działo.  
Wilczy Dwór otworzy przed Wami stare drzwi. Dopuści Was do sekretów, odkryje tajemnice. Choć jeżeli chodzi o te ostatnie to będzie dość oszczędny, bo tajemnic, wątków, sekretów jest mnóstwo.
Na zachętę zapraszam do przeczytania fragmentu :) 

Przybycie pana Dionizego poskutkowało nieoczekiwanie tym, że po raz pierwszy od niepamiętnych dni kuzynka Jadwiga i ciotka Marta nie zaczęły posiłku od skakania sobie do oczu. Najzwyczajniej w świecie nie miały na to czasu, zajęte bawieniem gościa rozmową. Oczywiście nie znaczyło to wcale, że zaprzestały rywalizacji. Co to, to nie, ale tym razem skupiły się głównie na tym żeby odciągnąć uwagę przybyłego od rywalki. Każda robiła to w charakterystyczny dla siebie sposób. Ciotka Marta uśmiechała się i szczebiotała, Jadwiga natomiast usiłowała zjednać go powagą i pilnym słuchaniem. A pan Dionizemu było w to graj. Ewidentnie damskie towarzystwo mu służyło, rozochocił się i prawił paniom komplementy, tak zdatnie, że nawet na wychudłych policzkach kuzynki Jadwigi wykwitł blady rumieńczyk. 
- Nie jesteś zazdrosny? – szepnęła konspiracyjnie Konstancja do Jana i sugestywnie spojrzała na ożywione matrony. – Rano to ty byłeś ich bawidamkiem i ulubieńcem…
- I chwała mojemu wybawicielowi – odszepnął jej rozbawiony. – Chętnie odstąpię mu pola w tym względzie.
- Dobrze, to skoro panie są zajęte, korzystajmy z chwili spokoju i porozmawiajmy o pojedynku, bo…
- Czy ja dobrze słyszę? – widać Dionizy miał niesamowitą podzielność uwagi.– Pojedynek? Jestem znawcą pojedynków, w niejednym brałem udział i nie chwaląc byłem postrachem okolicy! Wyobraźcie sobie mości panowie i panie, że pewnego razu przybyli do mojego dworu Francuzi. To było wtedy, gdy Napoleon jeszcze jawił nam się zbawicielem dla naszego biednego kraju. Jako człowiek szanujący tradycje i obyczaje, sami rozumiecie gość w dom, Bóg w dom, otworzyłem szeroko drzwi przed jego żołnierzami, ugościłem czym chata bogata, nawet piwniczkę zostawiłem do ich dyspozycji. A miałem tam skarby nie lada! Panie może nie docenią, ale panowie na pewno poczują tęsknotę na samą myśl o tych miodach, winach i najprzedniejszych likierach!
- Och – wymknęło się ciotce Marcie. – Nie doceniasz pan niewiast, które też owe czasy pamiętają! Za taką naleweczkę z piwnicy mojego dziadunia to bym i dzień życia oddała!
- Zawsze byłaś rozrzutna ponad miarę. Ciekawe co by było gdyby okazało się, że oddałaś swoje ostatnie godziny. Wszak w twoim wieku jest to wielce prawdopodobne – sarknęła kuzynka Jadwiga robiąc złośliwą minę.
- Ach! Jak to dobrze wiedzieć, że się tak o mnie troszczysz – uśmiechnęła się uroczo ciotka Marta jednocześnie nachylając się w stronę starej panny i z całych sił szczypiąc ją w kościste biodro.
Konstancja z całą pewnością by w to nie uwierzyła, gdyby nie widziała na własne oczy szczypnięcia i tego jak kuzynka Jadwiga, cała purpurowa odpłaca swojej sąsiadce pięknym za nadobne. 
- Ałła! – wyrwało się ciotce Marcie ale wystarczyło jedno spojrzenie rzucone w stronę pana Dionizego żeby w tempie natychmiastowym  przywołała na twarz uroczy uśmiech. – Ehem… - zamarkowała okrzyk  kaszlnięciem. – Domyślam się jakie to było trudne tak zostawić te wszystkie dobra obcym ludziom. I dlatego powtórzę raz jeszcze ała! – dodała a Konstancja pomyślała, że ciotka Marta ewidentnie dysponuje talentem aktorskim połączonym z błyskawiczny refleksem.
- E tam, wtedy to o nich nie myślało się jak o obcych, ale jak o tych, którzy nieśli nadzieję na niepodległość i wolność. Dlatego też nie żal mi było tego dobra. Aż do momentu, gdy okazało się, że drwią ze mnie za plecami, uważają za pierwsze z brzegu byle co! Ale i wtedy nakazałem sobie spokój. Żołnierzem się jest przez całe życie, a wiadomo, że żołnierz musi i wobec siebie umieć stosować najsurowszą dyscyplinę. Tedy zęby zacisnąłem i nakazałem sobie, żeby uwagi na te zbytki i zaczepki nie zwracać. Aż do momentu, gdy dla uciechy wyzwali mnie na strzelanie. Przyszli i powiedzieli, że pułkownikowi ich uchybiłem i stawić się muszę na jego wezwanie. Szczerze mówiąc uchybienia żadnego sobie nie przypominałem i od początku wiedziałem, że to tylko takie niesmaczne żarty się ich trzymają. Nawet trochę rozumiałem skąd to się brało, bo chłopcy unieruchomieni w głuchej wsi, nudzili się okrutnie. Ale wyzwania nie sposób było zlekceważyć.
- I co poszedł pan się strzelać? – ciotka Marta złożyła pulchne ręce na stole i aż cała wychyliła się w stronę Dionizego.
- A pewnie, że poszedłem. Chciałem jeszcze sprawę załagodzić i powiedziałem pułkownikowi, że jeżeli sobie życzy to żeby rozlewu krwi uniknąć ja go pięknie za tę zniewagę, czymkolwiek była, przeproszę. A na to jego żołnierze w głos, że jeżeli już, to na kolanach mam prosić o wybaczenie. I muszę państwu powiedzieć, że o ile do tego momentu brałem to wszystko z przymrużeniem oka to gdy usłyszałem „na kolana”, to krew we mnie zawrzała. O niedoczekanie wasze jak mnie klęczącego przed kimkolwiek poza Bogiem zobaczycie – pomyślałem i wystąpiłem na plac. Wymierzyłem strzeliłem. Pułkownik padł na ziemię zalany krwią…
- Zabiłgoś pan – wyszeptała kuzynka Jadwiga z głośno przełykając ślinę.
- To samo zakrzyknęli przerażeni wojacy. Ale ani oni ani pani nie mieliście racji. Odstrzeliłem mu tylko kawałek ucha. Lewego.  To co wszyscy brali za śmierć było tylko skutkiem ogłuszenia. I od tamtego momentu z miejsca szacunek ich zyskałem a z pułkownikiem przyjaźniłem się długie lata. Niestety odszedł już na drugą stronę i zapewne tam Świętemu Piotrowi pomaga bitwy z czartami staczać… A teraz powiedz mi pan, z jakiej to okazji będziesz się strzelał – zwrócił się następnie do Jana.
I Jan w skrócie mu opowiedział o Sępińskim i zniewadze jakiej w jego domu doświadczył. 
- A no tak, dobrze przynajmniej, że powód jest solidny. Bo jak się teraz słucha o tych wyzwaniach to aż wstyd człowieka bierze – mruknął w zamyśleniu Dionizy. – Ot, wiem, że to zwyczaj starców mówić o tym, że kiedyś bywało lepiej, ale dawniej rzeczywiście inne bywały pojedynki, inaczej krew w żyłach nam grała. Nie przeczę, że od kielicha do szpady nie było daleko, ale nie miało to nic wspólnego ze słabymi nerwami. Może dlatego, że biło się tak jak się żyło i piło. Na całego, z fantazją, z pełnym kielichem… Czasem i krew jak z przepełnionej winem czary się polała ale to też miało głęboki, wyborny smak. A jak się otwierało dom przed gośćmi to jednocześnie otwierało się też serce. I pojęcie honoru było we właściwym miejscu i większe poszanowanie człowieka. Nie tak jak teraz…  Hulaj dusza bez kontusza, szukaj pana bez żupana! Wszystkim wszystko wolno, wstydzić za nic się nie trzeba. Wystarczy spojrzeć na takiego Sępińskiego, o którym tu słyszałem…
- Oj tak, strasznie to wszystko przeżywamy, boimy się o naszego kochanego Sokołosia – wtrąciła ciotka Marta. 
- Strach tu niewiele pomoże, lepiej zdać się na modlitwę – burknęła Jadwiga, zła że to na pulchnej postaci konkurentki zawiesił się wzrok pana Dionizego.
- Dobrze moi drodzy, to sobie pogwarzyliśmy, powspominaliśmy a teraz zajmijmy się przede wszystkim jedzeniem żeby nie rozsierdzić Pelasi – zarządziła Konstancja.
- Skoro gospodyni nakazuje - sprzeciwiać się nie wypada – skłonił się w jej stronę Dionizy i za jego przykładem wszyscy pochylili się nad talerzami. 

Mam nadzieję, że czytało się Wam dobrze i że macie ochotę na więcej :) Dobrej nocy Wam życzę! 

Córka wiatrów zaprasza do błękitnego salonu - czyli w oczekiwaniu na "Wilczy Dwór"

Dzisiejsze popołudnie aż prosi się o to by poczytać. A co powiecie na fragment "Córki wiatrów"? Taki z tajemnicą w tle. Zróbcie więc sobie kawę, otulcie się kocem i wejdźcie razem z Konstancją do błękitnego salonu :)

W zamyśleniu zapatrzyła się na przywieszony naprzeciwko drzwi obraz przedstawiający bladą kobietę z zapadniętymi policzkami. Kąciki jej ust opadały ku dołowi. Nie była ładna, lecz ten, kto ją malował, widocznie umiał patrzeć w głąb duszy, bo poza tym, co było widoczne gołym okiem, uchwycił również głęboki smutek wyzierający z jej spojrzenia. Żałość w oczach sportretowanej rozpraszała się po całym jej obliczu, sprawiając, że patrzący zapominał o bladości i kanciastych rysach wychudłej twarzy. Z rzeczy pewnych Konstancja wiedziała o niej tylko tyle, że była daleką krewną ze strony ojca i mieszkała w Wilczym Dworze na długo zanim Konstancja pojawiła się na świecie. Nazywała się Izabela. I tyle – na tym wiedza o właścicielce smutnego wejrzenia się kończyła. 
Mimo to kiedy już zdarzało jej się bywać w błękitnym saloniku, Konstancja zawsze starała się patrzeć przede wszystkim na nią. Jej zdaniem owa Izabela była najprzyjemniejsza i najbardziej ludzka spośród wszystkich sportretowanych przodków. Teraz też odruchowo popatrzyła właśnie w tym kierunku i nagle wróciło do niej zepchnięte na dno świadomości wspomnienie.
To było tuż po śmierci Tadeusza. Szalała wówczas z rozpaczy, lecz musiała to skrzętnie ukrywać, bo przecież była przede wszystkim matką siedmioletniego chłopca, który właśnie stracił ojca. Jak strasznie wtedy nienawidziła tych wszystkich ciotek i wujów, powtarzających jej na okrągło, że musi pamiętać, iż jest matką. „Nie możesz się załamywać, jesteś matką! Musisz być silna, przecież masz syna!”. Zdawali się zupełnie ignorować fakt, że poza tym, iż była matką, była też żoną, która straciła właśnie najdroższą osobę na świecie. Wraz z mężem z jej życia odeszła miłość i poczucie bezpieczeństwa. 
Całą sobą pragnęła choć na chwilę dać upust rozpaczy i zapomnieć o tym, o czym jej non stop przypominali troskliwi krewni. Chciała po prostu być tym, kim się czuła: zrozpaczoną młodą kobietą. Pragnęła rwać włosy z głowy, tłuc pięściami o podłogę i rozdzierająco krzyczeć. Przez jakiś moment udawało jej się trzymać te wszystkie uczucia na wodzy. Ale do czasu. 
Miała wtedy za sobą nieprzespaną noc. Mały cały czas się budził i dopytywał, czy ojciec do nich wróci. Tłumaczyła mu, że tak naprawdę Tadeusz ich nie opuścił i że zawsze będzie nad nimi czuwał. Powtarzała wszystko to, co powinien usłyszeć mały chłopiec. Mówiła i nie wierzyła w ani jedno słowo. Wręcz przeciwnie – z każdym kolejnym zapewnieniem narastała w niej wściekłość na Tadeusza. Za to, że ją zostawił na pastwę losu, porzucił i ją, i Adasia, a przecież miał się nimi opiekować, miał być i trwać. Gdy w końcu nastał ranek, półprzytomna ze zmęczenia zeszła do jadalni i zastała w niej kuzynkę Jadwigę oraz jedną z ciotek, która po pogrzebie Tadeusza została we dworze na dłużej, by pomóc Konstancji dojść do siebie.
– Słyszałam, że Adaś znów płakał w nocy. Nie wiem, jak ty to wytrzymujesz – kuzynka Jadwiga pokiwała cierpiętniczo głową. 
– Wy, stare panny, nigdy tego nie zrozumiecie. Trzeba być matką, żeby to pojąć – oznajmiła moralizatorskim tonem ciotka Dusia, a Konstancja poczuła, że coś w niej pęka i jeżeli natychmiast się nie wykrzyczy, stanie się coś strasznego.
Przez moment wpatrywała się w ciotkę, myśląc o tym, że najchętniej złapałaby ją za starannie ufryzowane włosy i wywlekła na podwórze, a następnie wytarzała ją w błocie i zakazała jej używania słowa matka. Na myśl o pulchnej pani uwalanej w czarnej, lepkiej mazi zachciało jej się śmiać. Poczuła, że ten histeryczny chichot podchodzi jej do gardła i za moment nie zdoła go powstrzymać. Zerwała się od stołu i obrzuciła jadalnię spanikowanym, lekko szalonym wzrokiem, ale nawet w stanie, w jakim się znajdowała, wiedziała, że tutaj nie znajdzie schronienia. Prawie na oślep wbiegła na schody i wpadła na piętro. I wtedy jej wzrok padł na pokój na końcu korytarza.
Właściwie nie pamiętała, jak się znalazła w błękitnym saloniku. Wiedziała tylko, że drzwi zatrzasnęły się za nią, a ona upadła na sofę i rozpłakała się rozpaczliwe. Miała wrażenie, że nie tylko płacze, ale i krzyczy, i złorzeczy, i wyzywa Tadeusza… Była praktycznie pewna, że tak się stało, ale później Pelasia, która wbiegła za nią na górę, twierdziła, że z salonu nie dobiegał ani jeden dźwięk. 
– Toć stałam pod drzwiami i umierałam z niepokoju, bo nie było nic słychać! Ani szlochu, ani jęku, ani słowa jednego – przysięgała, przyciskając ręce do piersi. – A potem, jakby tego było mało, okazało się, że drzwi nie można otworzyć… 
I właśnie teraz, patrząc na portret Izabeli, Konstancja uświadomiła sobie coś, z czego do tej pory nie zdawała sobie sprawy: wtedy, gdy zrozpaczona schroniła się w błękitnym saloniku, nie czuła strachu ani tej dziwnej, niepokojącej aury. Wręcz przeciwnie – miała wrażenie, że pokój ją przygarnął, otulił, otoczył zrozumieniem i opieką. Ten jeden, jedyny raz, bo potem wszystko wróciło do normy.

Na koniec powiem nielitościwie, że mam nadzieję, że narobiłam Wam apetytu i że na Waszych półkach znajdzie się miejsce dla "Córki wiatrów" :)

5 komentarzy:

  1. Czekam na przypływ by ja kupic:)A kupie na bank:)Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  2. Miejsce się znalazło a jakże i jeszcze znajdzie się na dalsze tomy i historię Antosi. Pani Magdaleno bardzo dobrze się czyta, wciąga i wciąga... :) uwielbiam stare klimaty, przesądy, zabobony. To przecież nasza historia poniekąd . Wszyscy z nas z dziada pradziada pochodzimy z takiego Wilczego Dworu , jesteśmy potomkami lojalnego Hieronima i im podobnym. Gratuluję i dziękuję za pomysł przeniesienia nas w czasy wszak tak odległe :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie przeczytałam i podrzuciłam mamie, aż mnie ciarki przechodziły jak czytałam, przepadłam już po kilku stronicach, kocham takie historie, pokochałam bohaterów, kiedy można się spodziewać II tomu ???Pozdrawia serdecznie.
    Monika

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytam i dawkuję sobie po kawałku, by zbyt szybko nie skończyć. Uwielbiam wilki więc jak Wilczy Dwór mógłby mi się nie podobać?A Pelasia to mój numer one!!
    Pozdrawiam i czekam na drugo tom:)))

    OdpowiedzUsuń
  5. P.Magdaleno kiedy następny tom Wilczego Dworu .Joz nie mogę się
    doczekać.Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń