poniedziałek, 5 marca 2012

Jak nie napisać książki

Wczoraj odebrałam maila w którym czytelniczka pyta mnie jak napisać książkę. Szczerze mówiąc dość kłopotliwe pytanie sobie Droga Czytelniczko wybrałaś. Bo gdybyś zapytała mnie na przykład jak nie napisać książki, albo jak walczyć z chęcią pisania o tu bym mogła temat rozwinąć i ciągnąć go w nieskończoność. I jeżeli ktoś przypuszcza, że robię sobie żarty jest w błędzie. Uważam, że w temacie "jak nie pisać" jestem po prostu mistrzynią. W tym jak unikać komputera, mieć zerowy kontakt z klawiaturą i jeszcze dodatkowo jak to tłumaczyć osiągnęłam - nie wstydźmy się tego słowa -  perfekcję.
Ale nie jestem jedyna. Z rozmów z moimi koleżankami po fachu wynika, że mają tak samo. Zresztą pozwolę sobie przytoczyć tutaj fragment felietonu Stefani Grodzieńskiej:
"Moim zajęciem zawodowym jest pisanie. Byłabym ostatnia kabotynką, gdybym udawała, że nie lubię pisać. Lubią. A pomimo to chwila, w której siadam do pisania wyzwala we mnie źródło, co mówię! Niagarę energii. Oczywiście nie w kierunku pisania, broń Boże!
Odbywa się to zawsze jednakowo. Siadam do biurka z rozkoszną świadomością, że mam przed sobą kilka godzin spokoju i nareszcie będę mogła popracować. Prosty jednak gest wzięcia do ręki ołówka otwiera automatycznie tamę wyżej wspomnianym potokom energii.
Kilka tygodni temu zepsuł mi się suwak u spódnicy. Od tego czasu spódnicę spinałam agrafką, chwaląc sobie nawet ten system. Wystarczyło jednak  wziąć do ręki ołówek, aby chęć wszycia nowego suwaka stała się silniejsza niż wszystko. Rzucam ołówek. Szukam suwaka. Nie mam. Ubieram się pospiesznie. Wybiegam z domu. Staję w ogonku w Pasmanterii. Za mną starsza kobieta. Z uśmiechem ustępuję jej:
- Pani pewnie zmęczona, proszę niech pani załatwi, ja mogę postać.
Staruszka rozpromienia się:
- Są jeszcze ludzie....
Nie wie, że dzięki niej siądę do pisania jeszcze o trzy minuty później. Kupuje suwak. Wracam do domu. Wszywam starannie, nucąc wesoła piosenkę. Jest mi przyjemnie i lekko. Szkoda, że ten suwak ma tylko 18 centymetrów. I skąd ta legenda, że nie lubię szyć? Niestety. Wszystko co dobre kończy się. Przyszyłam.
Siadam. Biorę ołówek. Nareszcie będę mogła... Rozglądam się po pokoju. Pozornie czysty. Ale należy mu się szlif, o należy! Od czego by tu zacząć? Wydawałoby się, że kiedy postanawiam poukładać wszystkie książki w porządku alfabetycznym według nazwisk autorów - dzień pracy mam załatwiony. Ale i to nie jest takie proste. Przy Brandysie wpadam w  panikę: ja tu się  bawię, a co z robotą. Porzucam rozbebeszona bibliotekę, siadam i biorę ołówek do ręki. Przez okno widać, że sąsiedzi się wyprowadzają. Szybko rozważam: moja praca jest oczywiście ważniejsza niż uporządkowanie książek. Ale czy ważniejsza niż okazanie pomocy ludziom?
Po chwili przenoszę sąsiadom lampę, pilnuję dzieci, podaje doniczki z kaktusami.
- mój Boże pani dla nas tyle czasu traci, dziękujemy, ale pani ma przecież robotę...
- Droga pani, nie można zawsze tylko o sobie myśleć... Gdyby każdy był takim egoistą...
I podaje te doniczki z dobrym ludzkim uśmiechem.
Celowo nie wspominam tu o normalnych zajęciach, które następują po wzięciu ołówka do ręki: skubanie brwi, lakierowanie paznokci, a przede wszystkim wszelakie obcinania: grzywki, rękawów u sukien, frędzli u kilimów, poszczególnych pasków u letnich pantofli. Ale na pewno godne jest zanotowania, że po wzięciu ołówka celem zaczęcia felietonu dla radia pojechałam pomagać przy żniwach, a przy monologu dla "Wagabundy" pobiegłam do szpitala, aby zgłosić się na bezinteresownego krwiodawcę"
Od siebie dodam, że właśnie pracuję nad powieścią i jeszcze nigdy w życiu w domu nie miałam tak lśniącego parkietu, wyszczotkowanego psa, porządku w szafkach itd. itd.
Oczywiście można zwalić ten zapal do różnorodnych zajęć zastępczych na brak natchnienia. Ale i tu niestety nie mogę się z tym zgodzić, bo prawda o natchnieniu jest taka, że natchnienia po prostu nie ma. Pisanie to głównie żmudne uderzanie w klawisze z dość zaskakującymi efektami. Bo w czasie pracy książka zaczyna żyć własnym życiem, po prostu mutuje. King powiedział, że pisanie jest jak odkrywanie skamieliny, nie wiadomo co kryje się za kolejną warstwą. I rzeczywiście często w zaplanowanej fabule pojawiają się zupełnie nieplanowane postacie, wydarzają się zaskakujące dla samego autora zdarzenia. Najzwyczajniej w świecie książka robi nam psikusa. Bardzo często postacie, które tak bezpardonowo wepchną się do naszej własnej książki sprawiają, że powstaje pomysł na kolejną powieść.
I właściwie od tego powinnam zacząć. Od pomysłu. Jak się go już ma i jak już ów pomysł wykiełkuje, rozwinie się , a nawet wypączkuje... To wtedy należy zasiąść do klawiatury, albo chwycić z a ołówek - przedtem jednak upewnić się należy, czy wszystko jest przyszyte, wyczyszczone, wypolerowane. Oczywiście jeżeli Droga Czytelniczko jesteś pomysłowa to i tak nie ustrzeże cię to od różnych przedziwnych wymówek, które skutecznie oddalą cię od klawiatury... Ale zawsze wtedy można z dumą pomyśleć o tym: Jak wiele da się zrobić, byle nie robić tego co się powinno.  




10 komentarzy:

  1. Czy ten post powstał też "w ramach" pisania książki?
    :D Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. elima - skąd wiedziałaś? Rozgryzłaś mnie po prostu:)

      Usuń
    2. nooo, ale podtrzymuję, że urocza:)

      Usuń
  2. Ponieważ mam bardzo BARDZO napięte terminy na dwie książki, właśnie skończyłam trwający ponad miesiąc remont łazienki, a teraz - bo wiosna tuż tuż - biorę się za ogród. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kejt jesteś niczym mróweczka:) Chyba nie pozostaje mi nic innego jak wziąć z ciebie przykład... Z baraku ogrodu wezmę się za balkon:)

      Usuń
  3. ha ha ha :) Pani Magdo uśmiałam się jak norka ;) (nie wiem jak się śmieją norki, ale mam nadzieję, że zwijają się w kłębek ze śmiechu, muszę to kiedyś obadać) ale taka niestety jest prawda, kiedy ja siadam do komputera, uruchamiam worda to wtedy: ktoś zagaduje na chacie, na gg, albo dzwoni telefon - no i wypada odpowiedzieć, tak mija godzina a w wordzie pierwsza litera pierwszego zdania... ale jak już zasiądę i mam pomysł w głowie to staram się go rozwinąć i... znowu powtórka z rozrywki :) a potem się mówi, że Wena wyjechała na urlop ;)

    i powiem jeszcze, że to nie tyczy tylko pisania ale ja to miałam kiedy chodziłam do szkoły, siadałam do nauki a tu... masa innych rzeczy do zrobienia na wczoraj...

    pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. archer, ale nie sądzisz, że to pocieszające, że wszystkie tak mamy? Przynajmniej wiemy, że to normalne:) Albo ewentualnie jesteśmy normalnie nienormalne. Nie wiem jak się śmieją norki, ale właśnie tak to sobie wyobrażam jak opisałaś:)

      Usuń