wtorek, 9 września 2014

Masz zielone? Mam!

Na miejscu tej pani po lewej
natychmiast bym się przebrała:)
Dalszą część tej rymowanki zna chyba każdy:
Grasz w zielone? Gram!
A odpowiedź, w świetle znanych mi faktów, powinna być zgoła inna. Nie gram! Za nic na świecie! Wszystko tylko nie zielone! Bo zielone to niebezpieczne, to zagrożenie, to śmierć! Ale zacznijmy od początku. Czyli od pewnego pomysłowego pana, Carla Schelee. Prowadził on bujne życie naukowca i badacza i traf chciał, że poza najróżniejszymi odkryciami, wyprodukował  zielony barwnik, nazwany od jego nazwiska zielenią Scheelego albo, dla tych co do nazwisk nie mają pamięci, zielenią szwedzką. Piękny to był kolor, soczysty, wiosenny, głęboki. I piekielnie drogi. Na barwione nim suknie stać było jedynie bardziej zamożne damy. Tak więc na balach albo innych spotkaniach wystarczyło rzucić okiem, która z pań ma na sobie zieloną toaletę i już można było mieć pojęcie o jej (albo jej rodziców) zasobności portfela. Nie powiem, bardzo wygodny sposób na wybranie co lepszej partii. Ale zielone suknie poza tym, że były oznaką zamożności kryły w sobie inny, o wiele bardziej niebezpieczny i mroczny sekret. Otóż wyobraźcie sobie taką scenkę:
Nastrojowa muzyka, pan trzyma w objęciach panią ubraną w przepyszną zieloną suknię. Może coś jej szepcze ukradkiem do ucha... I nagle dama pada zemdlona... Czy to namiętne słowa tak na nią podziałały? A może zbyt mocno zasznurowany gorset pozbawił ją oddechu? Nie w tym przypadku moi mili. Winna jest mianowicie suknia nasycona zielenią Scheelego, która nie była niczym innym jak trucizną zawierającą w sobie arszenik. W pewnej próbce zielonego muślinu przeznaczonego na suknię balową analiza potwierdziła ponad 4 gramy Zieleni Scheele’a na metr kwadratowy tkaniny. Dawka toksyczna zaczyna się już od 10 mg substancji, do zabicia człowieka potrzeba ok. 70 mg. To, że damy wystrojone w takie suknie nie umierały natychmiast zawdzięczają li i jedynie temu, że tamtejsze ubiory składały się z kilku warstw a te nasycone morderczą zielenią zakładano na wierzch. Te panie które przeżyły noszenie toksycznych sukien wcale nie mogły się czuć bezpiecznie, czyhały bowiem na nie pończochy, tapety, zasłony, świece... Wszystko to nasycone uroczą arszenikową niespodzianką. Jakby tego było mało kucharze z ogromnym upodobaniem używali zieloności do barwienia swoich potraw... Po jednym z takich bankietów uczestnicy zabrali do domów piękne, zielone, słodkie liście, które podarowali dzieciom. Niestety maluchy nie przeżyły eksperymentu i zmarły. Barwnikiem malowano również dziecięce zabawki. Oczywiście zielona śmierć dotykała nie tylko tych, którzy korzystali z gotowych wyrobów ale też osoby produkujące owe cuda. Do dnia dzisiejszego podejrzewa się, że do śmierci Napoleona również przyczyniła się zieleń Scheelego (Napoleon zażyczył sobie pomalowania ściany na zielono).
Gdy już arszenikowy sekret został odkryty radzono wybierającym się po sprawunki damom noszenie ze sobą flakoniku amoniaku i skrapianie wybranej sukni przed zakupem. Gdy po takim zabiegu tkanina odbarwiała się na niebiesko należało czym prędzej się od niej oddalić.
Cóż na koniec tylko dodam, że właściwie trudno dziwić się tamtym paniom, że nawet wiedząc o niebezpieczeństwie podejmowały ryzyko... Sama chętnie ubrałabym każdą z tych sukien. Oczywiście uszytą ze współczesnych materiałów, bez zabójczej wkładki... A wam podobają się suknie - morderczynie?






   





Zdjęcia pochodzą STĄD i STĄD i STĄD

11 komentarzy:

  1. A wystarczyło tylko w białej sukni wytarzać się w trawie. ;) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu i cieniowanie byłoby piękne, naturalne:)

      Usuń
  2. Bożeee ta ostatnia jest cudowna, i trzecia też i piąta. Ubrałabym, a co tam. może bym się nie otruła. ale są wspaniałe ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie ja też mam takie ciągotki... I też mi po głowie chodzi, że może bym jakoś przeżyła:) No i ci wszyscy panowie cucący mnie solami.... Mmmm ten arszenik staje się coraz bardziej pociągający:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ogólnie zielony to mój "znienawidzony" kolor, ale w tym przypadku chyba zrobiłabym wyjątek :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja uwielbiam zielony, ale nawet gdybym nie przepadała to te suknie kuszą nieodparcie:)

      Usuń
  5. Suknie bez szału, ale generalnie XIX wiek to był ten moment w modzie gdy kiecki były mocno zabudowane i dość toporne przez to. Lubię zielony, nawet pościel mam akurat w takim jasno zielonym kolorze, ale ubrania to już naprawdę trzeba w tym dobrze wyglądać:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O widzisz a ja bym się dała za nie zaarszenikować:) No może bez przesady, troszeczkę nadtruć:) Szczególnie za drugą. Ma bosskie rękawy!

      Usuń
    2. Nieee ja jakos nie. Nawet bym się chyba nie dała zaarszenikować, a było coś trującego w czerwonych kieckach?

      Usuń
  6. zielony zabójczy kolor po prostu;-)
    zieleń zabija, fiolet świadczy o niezrównoważeniu umysłu - jak to dobrze że ja lubuje się w czerni i błękicie hihihihihi;-D
    co do sukni to ta ostatnia zrobiła na mnie największe wrażenie;-)

    OdpowiedzUsuń