czwartek, 5 lutego 2015

Jak z kapelusza czarodzieja wysypały się nowe opowiadania:) Zapraszam!

Asia Szarańska

Marynia 

Niemcy zjawili się, kiedy kończyli kolację.
Było już po wieczornym udoju i Maryni kleiły się oczy, jednak na pójście do łóżka było za wcześnie. Najpierw należało pozmywać miski po wieczerzy, oporządzić mniejsze dzieci i położyć je do spania. Później zajrzeć do krów i konia, by sprawdzić, czy niczego im nie potrzeba.
Siedziała na swoim stałym miejscu przy starym, okrągłym stole. Po prawej stronie miała matkę, przyciskającą do piersi najmłodszego brata, Janka. Naprzeciw matki siedział ojciec, ponury i milczący, zajadał kaszę ze skwarkami, a jego ciałem od czasu do czasu wstrząsał suchy kaszel. Obok ojca siedział powoli poruszający buzią Kazik, a dalej Irenka. W izbie było przyjemnie ciepło, ale w popękane, poprzetykane szmatami szyby uderzał lodowaty wicher. Był styczeń, zima trzymała mocno i uparcie.
Kiedy załomotano do drzwi, matka podniosła zalęknione oczy na ojca, a ten bez słowa uniósł się zza stołu. Marynia poczuła, że zamiera w niej serce, o tej porze nie składało się sąsiedzkich wizyt, wybuch wojny zniszczył ten zwyczaj zupełnie. Każdy zaszywał się we własnym domu i z lękiem oczekiwał kolejnego dnia, mamrocząc pod nosem zdrowaśki. Marynia odprowadzała spojrzeniem ojca, który posuwistym krokiem zmierzał w kierunku sieni. Odblokował skobel i wpuścił przybyłych do środka, a wraz z nimi zimny podmuch i wirujące płatki śniegu.
To, co nastąpiło później, Marynia pamiętała jak przez mgłę. Rozległy się suche, trzeszczące polecenia, których nie potrafiła zrozumieć, dopiero potem dotarło do niej, że komendy musiały padać po niemiecku. Na dźwięk obcej mowy Matka zerwała się od stołu i wybiegła za ojcem, przyciskając szamoczącego się Jaśka do mlecznej piersi. Marynia wstała i objęła ramionami młodsze rodzeństwo, które już składało buzie do płaczu. Dotarły do niej pełne udręki słowa miejscowego lekarza, który jako jedyny z całej osady znał niemiecki, przez co często był zmuszany pełnić rolę tłumacza.
- Ktoś was podał, że sprzedaliście chleb żydowskiej rodzinie.
Ojciec milczał, skulił ramiona. Marynia zadrżała. Wiedziała, że zarzuty są prawdziwe. Była w domu, kiedy przyszła tamta kobieta. Płakała i tuliła do brzucha maleńkie dziecko. Ojciec bez słowa podał jej jeszcze ciepły bochenek i kazał czym prędzej iść. Ale ona nie szła, tylko rzuciła się ojcu do kolan i łkała. Ponad jej ramieniem mały ciemnowłosy chłopczyk smutno patrzył na Marynię orzechowymi oczyma.
Marynia wyrwała się z zadumy, bo oto już wyprowadzali ojca. Pozwolili mu zarzucić na ramiona pierwszą lepszą kapotę. Matka przestępowała z nogi na nogę, tuląc do ramienia pochlipującego Jaśka. Nie płakała. Nagle spojrzała bystro w kierunku Maryni i skinęła w jej stronę brodą, wskazując niewielką, ciemną kuchnię. Marynia obawiała się, co zaraz usłyszy, ale posłusznie usadziła rodzeństwo na brzegu siennika i weszła za matką do kuchni.

Zrozumiała, że musi to zrobić, kiedy tylko ujrzała współczujące spojrzenie lekarza. Przeniosła oczy na stojącego najbliżej niemieckiego żołnierza i napotkała utkwione w sobie błękitne bryłki lodu. Słyszała, co dzieje się z tymi, których wywożono. Mówiło się, że trafiają do wielkich obozów, gdzie muszą pracować bez chwili wytchnienia, nie dostając nawet porządnej kromki chleba. Wiedziała, że jej mąż sobie sam nie poradzi, od kilku tygodni dokuczało mu solidne przeziębienie, podejrzewała, że przeszło w zapalenie płuc, nie doszedł jeszcze do sił. A jeśli nie będzie mógł pracować, zabiją go. Na samą myśl zadrżała i niespokojnie zerknęła na dzieci. One potrzebowały ojca, przecież wojna nie może trwać bez końca!
Skinęła na Marynię i weszła do kuchni. Marynia była dobrą i rozsądną córką. Wyrastała z niej wspaniała gospodyni, była zaradna, nie bała się ciężkiej pracy. Zajmowała się rodzeństwem z prawdziwym oddaniem. Ale kiedy córka weszła za nią do zadymionego pomieszczenia i stanęła obok okna, nie potrafiła spojrzeć jej w twarz.
- Nie mogę pozwolić, żeby ojciec szedł sam. - wyrzekła wreszcie. - Zajmiesz się domem i dziećmi, Maryniu. - Oderwała pochlipującego Jaśka od ramienia i pospiesznie ucałowała w spocone czoło, a następnie wcisnęła go w ramiona córki. - Ojciec jest chory i słaby. - powiedziała twardo – Nie poradzi sobie beze mnie.
- Mamo! - Marynia przycisnęła brata do siebie i spojrzała na nią żałośnie.
- Opiekuj się dziećmi, Maryniu. Dbaj o krowę, ona was wykarmi. Konia oddaj Młynarczykom, powiedz, że odbierzemy po … po wszystkim.  - głos załamał się jej, kiedy sięgała po znoszoną chustkę przewieszoną przez stary zydel.
Marynia kiwała głową, łzy spływały ciurkiem po jej jasnych policzkach. Przez chwilę się wahała, ale pomyślała o mężu. Nie był już najmłodszy, a ciężka praca, jaką wykonywał na co dzień poważnie podkopała jego siły.
- Bóg da, że spotkamy się niedługo, Maryniu. - szepnęła. Wróciła do pokoju, by przytulić pozostałe dzieci. Kiedy wróciła do sieni, Marynia wyciągnęła w jej stronę niewielkie zawiniątko. Ujrzała bochenek chleba, który upiekły z rana. Pokręciła głową, ale Marynia wcisnęła jej go w ramiona i mocno ją przytuliła.
- Jesteś dobrym dzieckiem, Maryniu. - przytuliła policzek do ciepłego jeszcze chleba – Niech Bóg nad wami czuwa.
- Z Bogiem. - odszepnęła córka.
Wybiegła na podwórko i zaczęła gramolić się na wóz, na którym usadzono jej męża. Spojrzał na nią nieprzytomnie, jego twarz płonęła w gorączce. Lekarz usiłował ją powstrzymać, ale wyrwała mu się i przycisnęła do boku męża. Niemiecki żołnierz wzruszył ramionami i polecił ruszyć.



Tamtej nocy Marynia raz na zawsze pożegnała się z dzieciństwem. Ze starszej siostry zmieniła się w matkę, której obowiązkiem było zadbać o potrzeby trójki rodzeństwa. Z pomocnicy matki zamieniła się w gospodynię, która musiała ogarnąć całą zagrodę: przygotować posiłki, uprać odzież, nakarmić zwierzęta i przytargać wielką stertę opału. A przy tym co rusz powtarzać młodszym dzieciom, że rodzice wrócą do domu, choć sama nie łudziła się, że tak będzie.
Zaraz z rana, kiedy dzieci jeszcze spały ciasno skulone pod pierzyną, weszła do stajni i nakarmiła konia. Kary konik podrzucił grzywą, oczekując kawałka cukru, ale niespokojnie rżał i zerkał za jej plecy. Oczekiwał gospodarza, który codziennie czesał go zgrzebłem. Marynia chwyciła przyrząd i oczyściła konia, a następnie przytuliła twarz do jego pyska i zapłakała. A potem otworzyła drzwi stajni i wyprowadziła konia w ciemność poranka. Poruszając się opłotkami, podeszła pod chatę Młynarczyków, najbogatszych gospodarzy we wsi i przedstawiła, z czym przyszła. Stary Młynarczyk tylko kiwnął głową i poprowadził konia do stajni. Marynia odprowadzała Karego spojrzeniem i płakała, ale po chwili zreflektowała się, że nie ma czasu na łzy, bo musi zająć się dziećmi. Pobiegła do domu, by doić krowę i przygotowywać posiłek.
Od tej pory jej dni przebiegały bardzo podobnie. Wstawała o świcie, zajmowała się zwierzętami i paliła w piecu. Gotowała dla dzieci śniadanie, a potem zlecała im drobne prace, by oderwać ich niewesołe myśli od rodziców.
Kazik i Irena dość szybko pojęli co zaszło i ze spokojem przyjęli jej nową funkcję. Najgorzej było z  Jaśkiem, który był jeszcze mały, a przy tym nauczony na matczynej piersi. W tym jednym Marynia nie mogła zastąpić matki i z bólem serca patrzyła, jak chłopczyk szuka ciepłego ciała, które zapewniało mu pokarm. Dziecko mizerniało z dnia na dzień, nie chciało ssać czystej szmatki zamoczonej w krowim mleku. Marynia wpadała w rozpacz i wtedy zjawiła się sąsiadka, która przed kilkoma miesiącami urodziła własnego syna. Bez słowa przycisnęła Jasia do piersi i nakarmiła. Przychodziła dwa razy dziennie, Marynia wciskała jej w zamian trochę jedzenia, a to kubek orzechów laskowych, które matka suszyła nad piecem, a to garniec ziemniaków. Jasiowi wróciły rumieńce, znikły ciemne obwódki pod oczyma, ale nocami budził się z krzykiem i szukał tej, której zapach piersi znał...
Zgodnie z wytycznymi matki strzegła dzieci, dbała o krowę i skreślała kolejne dni, wycinając na progu szczerby ostrym kozikiem. Zima złagodniała, a następnie odeszła. Z wiosną przyszły gwałtowne deszcze i słomiany dach zaczął przemakać. Marynia wdrapała się na strych i łatała dziury, czym miała. Po deszczowej wiośnie przyszło ciepłe lato. W ogródku zakwitła lipa i pnąca róża na płocie. We wsi krążyły pogłoski, że wojna już się kończy, ale Marynia w to nie wierzyła. Od czasu do czasu widziała niemieckich żołnierzy, którzy zajęli miejscową plebanię. Kiedy mijali ją w samochodzie lub motocyklu, rzucała się do rowu i zaciskała oczy.
Kiedy na progu pojawiła się sto pięćdziesiąta kreska, Marynia straciła nadzieję na powrót rodziców.

Nigdy nie dojechali do obozu, którego tak się bała. Niemieccy żołnierze byli niecierpliwi, nie mieli zamiaru transportować ich w miejsce, skąd wywożono do Auschwitz. Jeszcze we wsi wyrzucili z wozu lekarza, który upadł na bruk z ciężkim jękiem. Obserwowała, jak podnosił się, najpierw na klęczki, a następnie na nogi. Stał przez chwilę w mroku, obserwując oddalający się wóz, a opuszczone wzdłuż tułowia ręce wyrażały rezygnację. Odwróciła oczy, by nie widzieć tej pozy i skupiła się na mężu. Oddychał coraz trudniej, pałał gorączką. Jechali tak kilka godzin, było ciemno i zimno, śnieg uderzał ją w twarz, platforma samochodu tonęła w śnieżnych zaspach. Starała się poruszać palcami u rąk, ale ich nie czuła.
Niemal już świtało, kiedy zajechali na jakąś polanę i żołnierze polecili im zsiąść. Dopiero kiedy zeskoczyła na ziemię, spostrzegła, że pod śnieżnymi zaspami na samochodzie kryli się ludzie. Teraz wszyscy zbili się w ciasną grupkę, jakby szukając ciepła i pociechy drugiego człowieka. Chwyciła pod ramię męża i stanęła nieco z tyłu, chroniąc się przed lodowatymi podmuchami wiatru. Zerknęła w niebo, nad nimi poruszały się wiotkie gałęzie srebrnych brzóz. Kiedy usłyszała terkotliwy dźwięk, nie potrafiła rozpoznać, co to jest. Dopiero upadające ciała uświadomiły jej, że nie przywieziono ich tutaj przypadkowo. To była egzekucja. Poczuła bolesne ukłucie i upadła.

Ocknęła się, kiedy słońce stało już wysoko. Przez chwilę nasłuchiwała, jednak na polanie panowała przerażająca cisza. Jeśli w koronach drzew żyły, jakieś ptaki, ucichły przerażone grozą wydarzeń, których były świadkiem.
Niezdarnie podniosła się na kolana, a następnie na nogi, nieprzytomnym spojrzeniem objęła kłębowisko ciał, którego była częścią. Tuż obok niej leżał mąż, piwne oczy nieruchomo wpatrywały się w niebo, spod przerzedzonych włosów spływała strużka krzepnącej krwi.
- Proszę, nie... - szepnęła, nachylając się nad bezwładnym ciałem, ale dobrze wiedziała, że jest za późno. Jak to się stało, że ona sama przeżyła? Niecierpliwymi ruchami zdrętwiałych z mrozu palców obmacała brzuch, aż natrafiła na skryty pod płaszczem chleb, który Marynia dała im na drogę. Biodro pulsowało tępym bólem, ale postrzał nie był groźny. Zasłoniły ją inne ciała, chleb złagodził impet kuli, można powiedzieć, że uratował jej życie.
Niespokojnie rozejrzała się po polanie. Po żołnierzach nie został nawet ślad, ale wiedziała, że prędzej czy później wrócą.
Nagle odniosła wrażenie, że z oddali dobiega dźwięk nadjeżdżającego samochodu. Nie miała czasu, by sprawdzić, czy jej podejrzenia są słuszne. Pospiesznie ucałowała chłodne policzki męża i kuśtykając, zagłębiła się w brzezinę.

Nie wiedziała, gdzie jest i w którą stronę powinna pójść, by wrócić do domu, więc po prostu szła przed siebie. Srebrzysty, brzozowy zagajnik przeszedł w mieszany las o gęstym poszyciu. Szła z trudem, biodro dawało o sobie znać coraz dotkliwiej, prawa noga drętwiała i momentami odmawiała posłuszeństwa. Starała się kierować tam, gdzie jest najgęściej i kiedy nie była w stanie iść, wczołgiwała się w ciemne jamy lub pod osłonę świerkowych gałęzi. Tam odpoczywała, skubiąc zębami skórkę od chleba i biorąc w usta niewielkie ilości śniegu, które przedostały się przez gęste korony choin.
Kuśtykała tak aż do zmierzchu, a kiedy zrobiło się zbyt ciemno, by cokolwiek dostrzec, zwinęła się w kłębek na poszyciu z brązowych igieł i leżała, nasłuchując odgłosów lasu.
Nad ranem ruszyła przed siebie, ciężko oddychając i przystając co parę kroków. Jedną ręką wczepiała się w pnie mijanych drzew, drugą przyciskała do boku nadgryziony bochenek chleba. Przed południem zauważyła między drzewami wyraźne prześwity i zatrzymała się. Czuła radość na myśl, że to koniec błądzenia po lesie, ale nie miała pojęcia, gdzie poniosły ją nogi i na kogo trafi. Czy mieszkający tutaj ludzie znają wieś, gdzie mieszkała jej rodzina i skierują ją na właściwą drogę?
Powoli ruszyła przed siebie, uważnie patrząc pod nogi. Kiedy stanęła na skraju lasu, jej oczom ukazała się szeroka polana z trzech stron otoczona lasem. Trzy nieduże domki przykucnęły u jej wylotu, z kominów leniwie unosił się siwy dym, za płotem poszczekiwał pies. Rozejrzała się czujnie na boki i ruszyła w stronę opłotek. Kiedy podeszła do furtki zbitej z pokrytych mchem palików, dostrzegła gospodarza, który siedział na pogródce i ciosał coś siekierką. Kiedy oparła się o sztachety płotu, podniósł na nią zdumione spojrzenie.
- Niech będzie pochwalony... - zdołała powiedzieć i padła zemdlona.

Marynia miała zalotnika, tak się we wsi mówiło.
Wojna trwała w najlepsze i o miłości nikt nie myślał. A już na pewno nie dziewczyna, której rodziców Niemcy zabrali w nieznane, która została sama z całym przychówkiem, młodszym rodzeństwem i pracą, na której doby nie starczało. Ale kiedy po wsi rozeszło się, co spotkało jej rodziców, zjawił się Tadzik i bez słowa zajął miejsce u jej boku. Pomagał w obejściu, znosił chrust, kopał w ogródku, czasami przynosił jedzenie dla dzieci. Była zbyt zmęczona, by zaprotestować, a później ze zdziwieniem zauważyła, że cieszy ją jego obecność, że wypatruje go u wylotu ścieżki i coś ja ściska od środka, gdy on nie przychodzi. Niewiele rozmawiali, ale pewnego dnia, kiedy po skończonej robocie usiedli na progu chaty, a ona gładziła opuszkiem palca szczerby poczynione kozikiem, nakrył jej dłoń swoją i mocno ścisnął. I tak siedzieli kilka chwil ze splecionymi palcami nad wzorkiem wycinanym w progu na pamiątkę tych, których zabrano.

Kiedy się ocknęła, nie pamiętała, kim jest, ani gdzie się znajduje. Nad sobą dostrzegła drewnianą powałę, pod którą zawieszono duże, kolorowe święte obrazy. Pod głową miała twardą, zbitą poduszkę, wilgotną i cuchnącą potem. Drżała z zimna. Nagle uświadomiła sobie, co się wydarzyło, przed oczyma ujrzała twarz męża, nieruchomą i zalaną krwią. Usiłowała się podnieść, ale nie mogła. Z jej gardła dobył się żałosny skowyt.
W głębi izby coś się poruszyło. Nad łóżkiem zamajaczyła niewyraźna twarz starej kobiety i rozległ się stłumiony szept.
–  Leż... - usłyszała.
– Gdzie jestem?
– Jesteś bezpieczna. Żyjesz.
– Muszę iść... Moje dzieci...
– Ciii... wszystko będzie dobrze.
Poczuła na włosach szorstką dłoń, pachnącą chlebem i wiórami drewna. Pod wpływem tej ręki zamknęła oczy i zasnęła. Śniła, że idzie wąską wydeptaną ścieżką prowadzącą do chałupy, a krzaki bzu ścielą jej drogę pachnącymi liliowymi płatkami. Na  progu siedział jej mąż, a u jego stóp dzieci radośnie ganiały za rudą kurą. Marynia wychyliła się zza doniczki z czerwoną pelargonią i machała w jej stronę radośnie, a bury pręgowany kot prężył się na ławce pod płotem... Czuła wielką radość, że jest już po wojnie i wszyscy są bezpieczni.

Dostała zapalenia płuc i jak powiedziała jej kobieta, mało co nie umarła. Do tego rana na biodrze nie chciała się goić i odmroziła sobie trzy palce. Musieli je usunąć i teraz spoglądała bez słowa na dziwne czerwone kikuty. Leżała w gorączce kilka tygodni, a kiedy wreszcie powróciła jej jasność umysłu, była zbyt słaba, by wstać. Karmili ją jak dziecko, kaszą na mleku od kozy, która radośnie beczała za ścianą komory. Stara kobieta i jej mąż. Patrzyła na nich wzrokiem pełnym wdzięczności, ale oni nie pozwalali sobie dziękować. Ich jedyny syn zginął zaraz na początku wojny, byli zmęczeni i przerażeni, ale nie zatracili ludzkich odruchów. Nie przyszłoby im nawet przez myśl, by jej nie ratować.
Kiedy na drzewach zazieleniły się pierwsze listki, uparła się, że musi wstać i wyruszyć w drogę do domu.  Kobieta nie sprzeciwiła się, ale stała tuż obok, kiedy podnosiła się z wąskiego posłania w ciemnej komorze. Nie miała sił zrobić nawet jednego kroku i bez tchu zwaliła się na klepisko. Kobieta podniosła ją i pomogła położyć się na lewym boku, a następnie powiedziała coś, co sprawiło, że otworzyła szeroko oczy i zapłakała, sama nie wiedziała czy z radości czy poczucia beznadziei.
- Zostaniesz tu, póki nie urodzisz, a wtedy pomożemy ci dostać się do dzieci...
Nieudana egzekucja, godziny błądzenia po ciemnym i mokrym lesie, zapalenie płuc, odmrożone i amputowane palce. Jej ciało było zmaltretowane i zmęczone, ale jednej rzeczy nie dało sobie wydrzeć: nienarodzonego dziecka. Ostatniego podarunku od nieżyjącego męża.

- Front się przesuwa, musimy jechać. - oświadczył pewnego dnia Tadzik. Marynia utkwiła w nim przerażone spojrzenie.
- Dokąd?
- Na wschód. Wszyscy wyjeżdżają na wschód. Tam są Rosjanie. Ocalą nas.
- A co z domem? Mam zostawić dom? A jeśli matka wróci?
- Musimy się ratować, zrozum. Odbierzemy konia i wyruszymy jutro wieczorem.
- A co z krową?
- Najlepiej byłoby... - zawahał się, ale zrozumiała, co miał na myśli i zaniosła się płaczem.
- Nie! Mama powiedziała: dbaj o krowę, ona was wyżywi! Nie zgadzam się!
Bezradny Tadzik patrzył na szlochającą dziewczynę, na kościste łopatki poruszające w rytm spazmatycznego oddechu, na podskakujący na plecach ciemny warkocz. Wyciągnął ramiona i przytulił ją do siebie, a kiedy podniosła na niego oczy, po raz pierwszy ujrzał w niej nie dziewczynę, którą pokochał, ale przestraszone dziecko, którym wciąż była.

Często myślała o Maryni. Gładziła się po lekko wypukłym brzuchu i przepraszała w myślach najstarszą córkę za brzemię, jakie zrzuciła na jej ramiona. Myślała o młodszych dzieciach, o niesfornym Kaziku, którego wszędzie pełno, o Irence i jej lalce uszytej z kawałka gałganka i Jasiu, którego zielonkawe oczy tak ufnie spoglądały w jej twarz, kiedy przyciskał buzię do piersi. Tak bardzo za nimi tęskniła, tak bardzo żałowała, że tamtego wieczoru zdecydowała się wyruszyć, by ratować męża. Jej ofiara poszła na marne, Józef zginął, a ona tuła się po obcych ludziach, objada ich z resztek jedzenia, którego sami nie mają zbyt wiele i nawet na niewiele się przyda, bo wciąż jest słaba, a pozbawioną trzech palców dłonią nie jest w stanie nawet igły chwycić.
Pewnego dnia do niewielkiej osady wpadli Niemcy, gdzieś od lasu niósł się terkot karabinu. Ostrzeżeni w samą porę wybiegli z domu w czym stali i zaszyli się w gęstym poszyciu lasu. Kiedy po wielu godzinach odważyli się wrócić do zagrody, powitały ich szeroko otwarte wrota stajni i złowróżebna cisza. Żołnierze zabrali niemal wszystko. Cielną krowę, prosiaka i konia, zostały dwie łysawe kury, które z głośnym gdakaniem rozsiadły się na płocie. Gospodyni zapłakała, gospodarz z chmurną miną obszedł obejście, ale wiedzieli, że i tak mieli dużo szczęścia. Chałupa nie została spalona, mieli dach nad głową i jakie takie schronienie. Ona skuliła się w sobie i nie wiedziała, gdzie podziać oczy. Od tej pory jedzenia miało być jeszcze mniej.
Starała się odciążać kobietę, jak mogła. Z czasem nauczyła się większość prac wykonywać jedną ręką, siły również powoli wracały. Brzuch miała niewielki, ale wyraźnie czuła ruchy dziecka. Jeszcze kilka miesięcy, powtarzała. Urodzę dzieciątko, podchowam i wyruszę do domu. Znajdę drogę do dzieci. Czasami nocą, kiedy leżała w ciemności, pojawiała się gryząca wątpliwość, czy dzieciom udało się przeżyć. W te noce modliła się aż do świtu, płakała i tuliła do piersi zasuszoną skórkę od chleba, którego bochenek Marynia dała jej na drogę.

We wsi brakowało jedzenia. Brakowało chleba. Nie było mąki, z której można by go upiec. Nie było ziarna, z którego można byłoby ziarno zemleć. Ludzie nie uprawiali pól, w małych przydomowych ogródkach pod osłoną nocy kopali ziemniaki, kapustę i buraki. Nigdy nie było pewności, czy we wsi nie zjawią się Niemcy i nie każą sobie oddać ostatniej kury czy koszyka jabłek. Czy dla kaprysu nie wycelują czubkiem buta w ostatnią główkę kapusty pod płotem. Sprzeciw groził aresztem i wywiezieniem do obozu. Każdy okruszek chleba, każdy kęs jedzenia, Marynia skrupulatnie zawijała w czyste szmatki i zakopywała pod progiem, by podczas najścia żołnierze nic nie znaleźli.
Tadzik chodził po wsi i okolicznych miasteczkach, czasami przyniósł kostkę cukru, czasem koszyk grzybów, nigdy nie zjawiał się z pustymi rękoma. Dzieci patrzyły w niego jak w obraz. Na jego widok Marynia czuła dziwne ciepło w piersi, czuła się bezpieczna, kiedy był przy niej. Czasami pozwalała sobie na nieśmiałe marzenia, że kiedy w końcu wojna się skończy, wezmą ślub. Ona będzie miała białą sukienkę. I wianek z mirtu na głowie, upięty przez matkę...
Kiedy skończy się wojna, będą szczęśliwi.


Swojego najmłodszego syna urodziła w upalne sierpniowe popołudnie. Kiedy przyszedł jej czas, stara kobieta pomogła jej dokuśtykać do komory i ułożyć się na ciasnym łóżku. Odebrała dziecko, przecięła pępowinę i złożyła umorusane krwią maleństwo w jej ramionach. Po jej policzkach spłynęły łzy, kiedy patrzyła na wątłe ciałko dziecka.
- Wojenne dziecko... - wyszeptała. - Jak go nazwiesz?
- Józuś. Po ojcu... - jęknęła. Była zmęczona, choć poród nie był trudny. Miała wprawę. Piąte dziecko. Trzeci syn, który nigdy nie pozna swojego ojca. Czy pozna starsze siostry i braci?
Przyłożyła dziecko do piersi i patrzyła, jak niecierpliwie ssie. Było bardzo malutkie i słabe. Odkąd Niemcy zabrali inwentarz, nie dojadali. Zadowalali się warzywami, jagodami i grzybami z lasu. W zeszłym tygodniu jedna z dwóch kur zaczęła niedomagać i gospodarz z ciężkim sercem zabrał ją na pieniek. Odzwyczaiła się od smaku mięsa. Czuła się, jakby brała je do ust po raz pierwszy.
Po kilkudziesięciu minutach wstała i zawinęła synka w przygotowane przez kobietę pieluszki z czystych ściereczek. Z chustki zrobiła wielką kieszeń przewieszoną przez szyję i przytroczyła nią dziecko do piersi. Chciała mieć je zawsze pod sercem, by w razie niebezpieczeństwa móc chronić. Czuła, jak porusza się niemrawo i popiskuje. Jeśli zbyt długo spało spokojnie, czuła strach podpełzający do gardła i delikatnie trącała tłumoczek palcem, aż zakwilił.

W październiku Tadzia wzięli do kopania okopów. Coraz częściej mówiło się, że do pobliskich miast zbliżają się Rosjanie. Ludzie z nadzieją spoglądali na wschód, spodziewając się wybawienia. Marynia zachowała ostrożny spokój, bała się kolejnych obcobrzmiących najeźdźców. Bała się o Tadzia, który codziennie spędzał dwadzieścia godzin w ciasnych dołach i nie mógł tak często przychodzić. Czekała na niego, siedząc na progu, a on zjawiał się późną nocą, wykończony, z piekącymi plecami i pokrytymi sączącymi pęcherzami dłońmi i zwijał się w kłębek u jej stóp. Gładziła przykurzone włosy i nuciła pod nosem piosenkę, obserwując, jak po niebie przesuwa się okrąg księżyca. Nad ranem Tadzio zrywał się na równe nogi i biegł na miejsce zbiórki, skąd Niemcy półciężarówką wozili ich na miejsce robót.
Marynia obawiała się, że przyjdzie noc, kiedy ona zasiądzie na progu, a Tadzio się nie zjawi.

Nie wiedzieli dokładnie, którędy powinna iść i jak daleko od domu się znajduje. Namawiali ją, by została z nimi i przeczekała do końca wojny. Józio podrośnie, ona nabierze sił, a kiedy w końcu przyjdzie wolność, wróci do dzieci. Czy wie, jakie trudy czekają ją po drodze, jakie niebezpieczeństwa czyhają za każdym zakrętem?
Wiedziała, ale jedynie kręciła głową i płakała. Czuła, że musi wracać do dzieci, przecież miały tylko ją. Marynia, Kazik, Irenka, Jasiek.. a teraz jeszcze Józio. Mają tylko matkę.
Kiedy zrozumieli, że nie przekonają jej, zapakowali niemal wszystko jedzenie, jakie znajdowało się w chacie i wyprawili ją w drogę. Miała pójść lasem, aż dojdzie do strumienia, a następnie jego brzegiem do najbliższego miasteczka i na plebanię do zaprzyjaźnionego księdza. Jeśli Bóg pozwolił i ksiądz żyje, pokieruje ją dalej. Na pożegnanie przytuliła starszych ludzi, którzy uratowali jej życie i zapłakała ostatni raz. Następnie przytuliła szamoczącego się Józia do piersi i ruszyła.
Po kilku godzinach dotarła do miasteczka, które sprawiało wrażenie wymarłego. Później dowiedziała się, że tego popołudnia wywieziono ponad setkę ludzi, a strwożeni mieszkańcy zaszyli się na strychach i w piwnicach swoich domów, drżąc z obawy, by nie pójść ich śladem. Kościół znajdował się przy głównej uliczce, dostała się do niego przemykając opłotkami. Ostatkiem sił załomotała w drzwi ze stłuczoną szybką.
Ksiądz otworzył i szybko wciągnął ją do środka. Zaprowadził ją do zakrystii, a następnie wąskimi schodami do wilgotnej krypty. W rządku pod ścianą siedziały opatulone w stare płaszcze postaci. Kobiety, mężczyźni i dzieci. Wiedziała, że są żydami. Ksiądz spojrzał na nią znacząco, skinęła głową. Nic nie widziała.
Kiedy nieco odpoczęła, zaczęła mówić. Opowiedziała o wieczerzy, kiedy zjawili się Niemcy, o misji, jaką powierzyła Maryni, o egzekucji w brzozowym zagajniku i wędrówce przez las. Na koniec opowiedziała o swoich wybawcach, pomijając ich imiona i poprosiła księdza, by ochrzcił Józia.
- Na razie nie możesz wyruszyć w drogę, Niemcy są bardzo niespokojni, ponieważ zbliżają się Rosjanie. - powiedział jej ksiądz. - Ale przed Bożym Narodzeniem do Kalwarii pojedzie wóz z pobliskiego folwarku. Ukryjemy cię pomiędzy towarami i pojedziesz do domu. Ale... - zawahał się - … nie jestem w stanie zapewnić, że dotrzesz tam cała i zdrowa.
Bez słowa skinęła głową.

Przed południem Tadzik przywlekł niewielkiego, chudego świerka. Kiedy ustawili drzewko w rogu izby, zapachniało igliwiem. Dzieci radośnie skakały naokoło, Marynia miała mokre oczy. Bez słowa przyniosła stare ozdoby zrobione ze słomy, orzechów i czerwonej tasiemki. Ostatni ogarek świeczki postawiła na stole. Zapalą go, kiedy przyjdzie pora wigilii.

Tak bardzo się bała.
Kiedy położyli ją na dnie wozu i przykryli stertą kożuchów i rosłych choinek, wstrzymała oddech. Józio cichutko kichnął, przeraziła się. A jeśli będzie płakał? Jeśli ich usłyszą i wywloką na drogę, by rozstrzelać gdzieś w rowie? Poczuła delikatne szarpnięcie. Czuła, że synek rusza się niespokojnie i pospiesznie podsunęła mu pierś.
Jej oczy wypełniły się łzami, ale nawet tego nie poczuła. Przed oczyma miała twarze dzieci.

Zasiedli do wigilii i przełamali się suchą skibką chleba, którą przyniósł Tadzio. Nad talerzem ziemniaków życzyli sobie, by wojna nareszcie się skończyła. Marynia zanuciła „Lulajże Jezuniu” i wstała, by pójść do stajni i podzielić się chlebem z chuderlawą krową. Nagle usłyszeli kroki na podwórku i wymienili zaniepokojone spojrzenia. Marynia zacisnęła palce na skórce chleba. Czy nie dość nieszczęścia? Czy nawet w wigilię nie mają sumienia?
Jednak kiedy ujrzała, jak do izby wchodzi matka, jej twarz opromienił pierwszy od bardzo dawna uśmiech. Wszystkie dzieci przypadły do matki, wieszając się zniszczonego płaszcza i mało nie zwalając jej z nóg. Tuliła je wszystkie i całowała, a obudzony Józio darł się wniebogłosy.

Miesiąc później,  24 stycznia, Armia Czerwona wyparła Niemców z okolic Kalwarii Zebrzydowskiej i wojna dla tamtejszej ludności się zakończyła. Co wcale nie oznacza, że skończyły się ciężkie czasy.
Marynia i Tadzio pobrali się wiosną. Marynia miała białą sukienkę uszytą ze starej zasłony i wianek z mirtu, upleciony i upięty ręką matki.
Po wojnie jej matka usiłowała odnaleźć grób swojego męża i dom ludzi, którzy ją uratowali, ale nigdy nie udało jej się trafić w to miejsce.


Powyższe opowiadanie dedykuję mojej dzielnej babci, która wraz z maleńkimi dziećmi przetrwała wojenną zawieruchę i na drabiniastym wozie, zaprzężonym w wiernego Kasztana ruszyła, by wyrwać dziadka z rąk niemieckich żołnierzy. 


Magdalena Bruchal
Miłość na lodzie 

Tamtego dnia lekcja biologii pana White’a wydawała się wyjątkowo nudna. Jak zwykle rozmawiałam z moją przyjaciółką Alice, ale wtedy nie ograniczałyśmy się tylko do szeptu. Gdy w pewnym momencie Alice wybuchła głośnym śmiechem, nauczyciel podszedł do naszej ławki.

- Widzę, że jest Ci do śmiechu panno Jones. powiedział patrząc na Alice. Jednak po chwili spojrzał na mnie dużymi, niebieskimi oczami i dodał.  A panna Evans dzisiaj szczególnie się rozgadała.

I oto ja. „Panna Evans”, a dokładniej Lucy Evans. Mam osiemnaście (prawie dziewiętnaście) lat. Jestem w ostatniej klasie liceum w miasteczku Luton około 50 kilometrów na północ od Londynu. Nie jestem kujonem, ale uczę się dość dobrze. Bardzo mi zależy, aby skończyć szkołę z dobrymi ocenami, ponieważ chciałabym dostać się na studia o wysokim poziomie. Ale akurat w tej chwili byłam więcej niż pewna, że nie dostane piątki na koniec semestru z biologii. Modliłam się, by czym prędzej zadzwonił dzwonek i mogła iść do domu.
- Jako, że lekcja dobiega końca kontynuował swoje kazanie pan White jutro sprawdzę was dokładnie z omawianego dziś tematu. Zrozumiałyście?

- Tak, panie profesorze. Odpowiedziałyśmy razem cichym głosem, a potem zadzwonił długo oczekiwany dzwonek.

***
 Szłam szybkim krokiem w stronę skrzyżowania. Musiałam bardzo uważać, bo na chodnikach był lód lekko posypany piaskiem. Kilka chwil później stanęłam w miejscu myśląc, gdzie mam teraz pójść. Gdy pójdę w lewo dostanę się do mojej ulubionej kawiarni pani Violi. Po prawej stronie mieszkają rodzice z moją młodszą siostrą, Katie i mogę ich odwiedzić. Jednak gdy ruszę przed siebie trafię prosto do mojego własnego domku. Chociaż nie za bardzo własnego, ponieważ dzielę go z moją, o rok młodszą kuzynką, Margaret. W każdy weekend pracuję jako kelnerka w restauracji na rynku. Może nie płacą zbyt dużo, ale na utrzymanie mieszkania wystarcza.

Po chwili namysłu postanowiłam, że odwiedzę rodzinkę. Był tylko jeden mały problem  musiałam zejść w dół po lodzie z dość dużej górki.
Oczywiście, ja taka „mądra” Lucy zamiast przytrzymać się murku, wsadziłam ręce w kieszenie płaszczu i dzielnie (po lodzie) szłam dalej. Rzecz jasna po sekundzie zjechałam z górki na plecach i razem z moim pechem, potrąciłam jakiegoś chłopaka, który po chwili towarzyszył mi na ziemi.

- Bardzo pana przepraszam, powiedziałam.  Poślizgnęłam się i tak jakoś…
- Nic mi się nie stało powiedział z uśmiechem na twarzy – A pani nic nie jest? zapytał z troską w głosie.
- Nie, spokojnie. Już nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz zjechałam z tej górki. Może da się pan zaprosić na ciastko w ramach przeprosin?
- Bardzo chętnie odparł wstając i jednocześnie podając mi rękę abym i ja się podniosła Jestem Beck Dowell.
- Lucy Evans, miło mi. No to… chodźmy.
 Chcąc, nie chcąc musiałam skręcić w lewo do kawiarni. Przez całą drogę nie odzywaliśmy się ani słowem. Czułam się trochę niezręcznie, ponieważ nigdy nie byłam w takiej sytuacji jak teraz.

***

Gdy dotarliśmy na miejsce, zamówiłam dwa duże ciastka tortowe i dwie małe kawy espresso.
- Trzeba było powiedzieć to bym zapłacił za swoją porcję  powiedział z wyrzutem.  Ale dziękuję, to miło z twojej strony.
- Nie ma za co. To ja dziękuję, że w ogóle zgodziłeś się tu przyjść. Mówiąc to czułam, że lekko się czerwienię.

Później rozgadaliśmy się i dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o nim, a mianowicie: ma niecałe dwadzieścia dwa lata, jest studentem ekonomii i jego pasją jest pisanie opowiadań oraz czytanie kryminalnych książek. Ja mu o sobie też co nieco opowiedziałam. Bardzo dobrze mi się z nim rozmawiało, więc wymieniliśmy się numerami telefonów. Na koniec rozeszliśmy się do swoich domów.

***

 Była osiemnasta. Siedziałam przy dużym stole w salonie i odrabiałam lekcję. Do pokoju weszła Margaret z skrzywioną miną i (znowu) zaczęła marudzić.
- Boże, Lucy! Jaki tu jest bałagan! Weź to posprzątaj, bo patrzeć nie mogę!
- Nie musisz. Odpowiedziałam bez namysłu.
- Mam już tego dość! Cały czas tylko ja sprzątam, a ty nic nie robisz!
- Ja nic nie robię?! Ja nic nie robię?! Całkowicie zdenerwowana, wstałam z krzesła i w tym momencie, przestałam panować nad swoimi emocjami.- Wstydziłabyś się, wiesz? Cały czas marudzisz i nic konkretnego nie robisz! Jakbyś zapomniała, to ja utrzymuje mieszkanie, więc w każdej chwili mogę ciebie wyrzucić!
Nastąpiła chwila ciszy. Spokojnie opadłam na sofę przy kominku i schowałam twarz w dłoniach. Margaret usiadła obok mnie i zaczęła mówić spokojnym głosem.
- Lucy, ja… przepraszam cię. Nie wiem co we mnie wstąpiło… Nie powinnam była na ciebie krzyczeć. Wybaczysz mi?
- Oczywiście. Powiedziałam z małym uśmiechem na twarzy. Dobra, zaraz tu posprzątam, a ty idź zrób kolację.
- Już idę.
***
Rano, obudził mnie dzwonek telefonu. Na wyświetlaczu ukazał się nieznany mi numer. Gdy odebrałam, okazało się, że to był Beck.
- Cześć. Obudziłem cię?
- Tak szczerze, to tak. Ale nie przejmuj się, bo i tak muszę wstać.
- A to dobrze. Przez chwilę panowała cisza. Słuchaj, mógłbym dzisiaj po ciebie przyjść po szkole? Zamurowało mnie. Nie wiedziałam co powiedzieć.
- Eee… Tak! Pewnie! Odpowiedziałam po krótkim namyśle.
- Wspaniale. Tylko powiedz, o której kończysz.
- Dzisiaj o piętnastej, ale bądź za dziesięć na wszelki wypadek.
- Dobrze. Do zobaczenia. Po tych słowach rozłączył się, a ja zaczęłam się szykować do szkoły.
***
 Po ostatnim dzwonku, wybiegłam z klasy, by udać się na przód szkoły. Gdy już miałam wyjść z budynku, Alice złapała mnie za rękę.
- Dokąd ty tak pędzisz? Dzisiaj na lekcjach byłaś jakaś dziwna, nieobecna psychicznie. Co się z tobą dzieję? Powiedziała, a ja zastanawiałam się co jej odpowiedzieć. Doszłam do wniosku, że opowiem jej w skrócie całą historię
- A teraz muszę już iść, bo ON na mnie czeka! Powiedziałam nerwowo ostanie zdanie i poszłam.
Beck czekał na mnie przed szkolną bramą. Podeszłam do niego i przywitałam się.
- Zgodziłabyś się na wspólny obiad? zapytał z małym uśmiechem na twarzy.
- Tak, jeśli mi powiesz gdzie.
- U mnie. No chyba, że chcesz iść do restauracji.
- Nie, nie. Mogę iść do ciebie. Nie jestem taką dziewczyną, która chodzi do restauracji na obiad  zrobiłam małą pauzę. Tylko o siedemnastej muszę pójść do domu przygotować się do pracy.
- Masz pracę? zapytał zdumiony.
- Tak, oczywiście! A jak inaczej miałabym utrzymać swoje mieszkanie? Pewnie uznał to za pytanie retoryczne, bo nie odpowiedział.
***
Beck w domu miał bardzo ładnie. Wszystko ze sobą pasowało. Przy posiłku przygotowanym przez niego, czyli kurczak z warzywami, rozmawialiśmy o wszystkim. Wypytywał mnie gdzie pracuje, gdzie mieszkam, czy sama mieszkam, a jak nie to z kim.
Po skończonej kolacji, Beck odprowadził mnie do domu. Na pożegnanie pocałował mnie lekko w policzek, a ja jak to ja zaczerwieniłam się, ale nie lekko, tylko moja twarz wyglądała jak olbrzymi pomidor. Gdy weszłam na górę w drzwiach przywitały mnie pretensje Margaret, która musiała siedzieć sama po powrocie ze szkoły, a za chwilę ja pójdę do pracy i znowu będzie sama. Wtedy zauważyłam, że kłócimy się zupełnie jak młode małżeństwo. Margaret była żoną, a ja, nikim innym jak mężem.
Po skończonej kłótni, poszłam przyszykować się do pracy. Gdy miałam już wyjść, chciałam sprawdzić na telefonie, która jest dokładnie godzina. Po odblokowaniu ekranu zobaczyłam wiadomość od mojej szefowej. „Cześć Lucy. Dzisiaj nie musisz iść do pracy, bo zamykam wcześniej. Dzwoniłam do Ciebie, ale nie odbierałaś, więc postanowiłam napisać SMS-e. Pozdrawiam, Isabella.”
- Kochana żono! Nie idę dzisiaj do pracy, więc mamy wolny wieczór. Powiedziałam męskim głosem.
- Ha ha ha. Bardzo śmieszne. Chociaż dobrze się składa, bo wypożyczyłam fajny film i możemy go obejrzeć.
- Okay, już idę. Tylko się przebiorę. Powiedziałam idąc do swojego pokoju.

***
Miesiąc później

 Ja i Beck, od jakiś dwóch tygodni jesteśmy parą. Moi rodzice uważają, że to bardzo dobry człowiek i odpowiedni partner dla mnie. Myślę, że jego rodzice polubili mnie, ponieważ przy ostatnim spotkaniu cały czas byli dla mnie mili i się do uśmiechali. To chyba dobry znak, prawda?
Sama osobiście uważam, że lepiej już trafić nie mogłam; nie dość, że mój chłopak jest bardzo mądry i na uczelni ma same piątki i czwórki, to jeszcze pomaga mi w lekcjach, jak czegoś nie rozumiem i zaliczyłam semestr z samymi piątkami! To jest niesamowite!  Ostatnio jednak pokłóciliśmy się o błahostkę, ale nie odzywaliśmy się przez dwa dni. A poszło o to, że na półce w jego domu znalazłam zdjęcie, na którym jest ze swoją byłą dziewczyną. Oczywiście jak powiedział mi, kto to jest, ja zrobiłam awanturę, że niby dlaczego trzyma jej zdjęcie w swoim domu, kiedy ma inną dziewczynę. Po wyjaśnieniu całego zdarzenia postanowiłam go przeprosić, a on schował to zdjęcie abym już nie była zazdrosna.
**
Pewnego dnia, gdy wracałam ze szkoły zobaczyłam chłopaka, bardzo podobnego do Becka, i nieznajomą mi dziewczynę. Z ciekawości podeszłam bliżej, aby się upewnić, że to na pewno jest lub nie jest mój chłopak. Gdy już podeszłam, para była zwrócona do mnie przodem. To co zobaczyłam zaparło mi dech w piersiach. Stałam jak słup, patrząc się na nich z wielkimi oczami.
- Beck?! Wydusiłam w końcu z siebie. Kto… kto to jest? To ona? To… to niemożliwe. Już sama rozpoznałam po chwili, że to ta baba ze zdjęcia u niego w domu.
- Lucy, ja ci wszystko wytłumaczę. powiedział Beck zakłopotany. Zaczęłam się domyślać o co chodzi.
- Kto to jest, kochanie? Powiedziała słodziutkim głosem dziewczyna, a ja czułam, jakby gotowało się we mnie.
- JA jestem jego dziewczyną! krzyknęłam do niej  To ja się pytam kim jesteś?!
- No to ładnie powiedział cicho Beck.
- Oho, ja ci zaraz dam ładnie! krzyknęłam. Co to ma być? Kim ty jesteś?
- Ja… ja też jestem z nim. powiedziała młoda kobieta z fotografii.
- Zaraz wam to wszystko wytłumaczę! powiedział Beck.
- Nie, ja nie chce żadnych wyjaśnień. Wiesz co? Mimo, że znam cię tylko około miesiąca myślałam, że jesteś inny od wszystkich. Ale najwyraźniej się myliłam. Tylko nadal nie potrafię zrozumieć, co ja ci takiego zrobiłam, że tak mnie skrzywdziłeś? Albo nie. Nie chcę tego wiedzieć. Wolę żyć w niewiedzy niż wiedzieć coś złego o mnie.  Wyrzuciłam wszystko z siebie prosto mu w twarz .
Po chwili dodałam. A pomyśleć, że ci zaufałam. I najważniejsze, kochałam cię. Żyjcie sobie długo  i szczęśliwie, jak w bajkach. Nie chce ciebie już znać. Cześć.
 Po odejściu już tylko słyszałam, jak Beck mnie woła, ale ja szłam napięcie wśród dużych płatek śniegu i nie odwracałam się. W pewnej chwili dotarłam do miejsca, w którym pierwszy raz się spotkaliśmy. Zaczęłam płakać rzewnymi łzami, lecz chwilę później zrozumiałam, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Nie każda historia musi kończyć się happy endem i nie każdy od razu znajdzie miłość. Czasami trzeba tylko poczekać. Należy iść dalej, przed siebie i starać się omijać wszelkie przeszkody, aż dojdzie się do celu.

Agnieszka Monika Polak

Zamrożone uczucia

-Wychodzę- powiedział Johny.
Matka spojrzała  na niego groźnie z nieskrywanym wyrzutem. Jakby chciała wykrzyczeć: „Jak możesz!!!?”. Tym razem to spojrzenie straciło swoją moc. Wszystko ma swoje granice. Ona je przekroczyła. Nawet on nie mógł już na to patrzeć.  Wiedziała do kogo idzie, ale nie wiedziała gdzie.
-Baba, dzioba, tiu bozia, o , niunia ma.
Do Mery podbiegła szczebiocząc Megi, trzymając w ręce figurkę Matki Boskiej, którą beztrosko przed momentem wyjęła ze żłóbka.
-No widzę, widzę moje słoneczko -powiedziała ciepło. Uważaj kochanie, żeby ci nie upadła, bo się potłucze i Jezusek nie będzie miał swojej mamusi i będzie mu bardzo smutno.
-A ciego ? Ciego mu smutno być?
- Nie mówi się być, tylko będzie smutno, kochanie.- poprawiła ją. W tym jest bardzo dobra. Uwielbia wszystkich strofować i ustawiać, by chodzili tak jak sobie życzy.
-Bo jest mały i małe dzieci potrzebują duuużo, duuużo miłości.
- A dzidzia?
- Co dziadzia, słoneczko? Co dziadzia? - Zapytała. W głosie czuć było poirytowanie.
- On też? On też pociebuje miłości?
- Jego niech piekło pochłonie.
- Cio to ?Cio to pikło? - Zapytała mała .
- Piekło - powtórz za babcią. Pie – kło. – Powiedziała oddzielając wyraźnie sylaby.
-Nie cie , nie cie tego .
- Czego znowu nie chcesz? – Zapytała z rozdrażnieniem. Zrobiło jej się głupio, że wypowiedziała takie słowo do dziecka. Była zła i nie potrafiła już więcej kryć swoich emocji. Mało tego, pomyślała, że Megi podświadomie odebrała jej złość i cały ciężar tego co się za nim kryło.
- Megi, chodź do mamusi, babcia jest zmęczona. – Powiedziała Sandra. Przysłuchiwała się tej rozmowie stojąc za filarem salonu.
- Dziękuję dziecko, masz rację zabierz ją ode mnie, jestem w złym stanie. To przez tego łajdaka.
- Mamo, nie przy dziecku, proszę.
Mery była wściekła. Jak on mógł zostawić ich w taki dzień?! Przecież to Wigilia, zawsze byli w ten dzień razem. Tym razem się nie pojawił. W ogóle nie wiedziała co się z nim dzieje. W zasadzie to nie obchodziło ją to, ale z drugiej strony….? Nie. Przecież on jest jej. Jej własnością, ma się jej słuchać i robić to co ona chce.
Problem w tym, że nie bardzo wiedziała co . Wszystko czego się nie dotknął, gdzie by nie poszedł. Było źle. Wzbudzało jej zazdrość i podejrzenia. Najchętniej widziałaby go przy sobie. Tylko co mieliby całymi dniami ze sobą robić?
Uprawiać seks? Nieee, w tym wieku ? Ja ? To nie przystoi. Zresztą już mnie to nie bawi. Nie wpuszczę go do łóżka, po tym co robił z tymi… Brzydzę się nim.
Tak, ale teraz sobie poszedł. Może na zawsze? Co ze mną będzie? Jak ja będę dalej żyć? Co ludzie powiedzą? – Pomyślała. Nie, nie może mi tego zrobić. Musi być ze mną, tylko ze mną. Przecież ja go kocham. Kocham czy nienawidzę? Sama już nie wiem. Nie znoszę tych jego wyjazdów, zapewne wszędzie się łajdaczy i zdradza mnie na prawo i lewo z tymi dziwkami. Tak, wszystkie one są dziwkami. Parszywe lalunie, zrobione na bóstwo, kuszące i wyzywające. Odbierające mężów porządnym kobietom. Takim jak ja.

Johny szedł świerkową aleją. Każdy jego krok przecinał ciszę skrzypieniem wydobywającym się spod jego stóp. Szedł ciężko ze spuszczoną głową. Ta sytuacja
bardzo go przytłaczała. Poprawił szal i dopiął szczelniej kurtkę. Było bardzo zimno. Wiał silny wiatr. Śnieg spadał mu na powieki i tak ciężkie od łez, których nie potrafił wypuścić ze swoich oczu. Przecież chłopaki nie płaczą. Tak mawiała matka. Słuchał się jej niemal bezkrytycznie, dopóki…dopóki nie uległ jej presji i nie zrobił czegoś, czego nie da się odwrócić i czego teraz bardzo żałował. Zdradził go . Zdradził swojego najlepszego przyjaciela.
Szedł teraz do niego. Tylko on wiedział, gdzie może go znaleźć. To był ich azyl.
Dobrze, że chociaż tego jej nie zdradził.
- Boże, jaki ja byłem głupi. Nie wiem, jak to się mogło stać, że dałem się w to wciągnąć? Tak, jak to się mogło stać? – Zadał sobie w myśli pytanie, na które zaraz sam sobie odpowiedział.
Przecież to była zwykła manipulacja i szantaż emocjonalny, któremu uległem. Dureń. Potworny dureń ze mnie. Przecież ją znałem, wiedziałem, że ona tak działa, a jednak…Tak mi przykro.
Zima była bardzo sroga tego roku. Napadało tyle śniegu, że niektóre samochody w ogóle nie mogły wyjechać z parkingu. Utkwiły w zaspach sięgających do samochodowych okien. Służby miejskie nie nadążały z odśnieżaniem.
Kierowcy pozostawiali więc swoje auta na ulicy i ruszyli do metra. Potem nagle pojawiła się odwilż . Niestety tylko na krótki okres, trwała zaledwie jeden dzień. Ci, którzy nie zdążyli odśnieżyć swoich aut, mieli pecha. Zostały one  następnego dnia przymrożone siarczystym mrozem do ulicy. Na jak długo ? Bóg raczy wiedzieć.
Johny był jednym z tych, którzy nie zdążyli tego zrobić, dlatego teraz szedł piechotą.
Z każdym skrzypiącym krokiem zbliżał się do niego. Nie wiedział jak zareaguje, czy mu wybaczy?
Zastał go siedzącego w fotelu ze szklanką whisky w ręku. Siedział w bibliotece w mieszkaniu starego kumpla. Siedział i …płakał.
Johny wchodząc zahaczył nogą o stojący w holu wieszak, który z dużym hałasem upadł na podłogę.
-Johny? – Zapytał.
-Tak tato, to ja. Mogę wejść?
-Też mi pytanie. Czy kiedykolwiek ci zabroniłem? – Odpowiedział i ukradkiem otarł łzy.
-Przepraszam, głupio się czuję stąd to pytanie.
-Rozumiem. Masz powód, żeby tak się czuć chłopie.
-Tato..- Zaczął.
-Tak?
-Wybaczysz mi? Postąpiłem jak ostatni …
-Zdziwi cię to, co zaraz usłyszysz. Mimo, że to co zrobiłeś jest ze wszech miar niestosowne, nawet karalne. - Zawiesił na chwilę głos, po czym dodał : Chyba zdajesz sobie z tego sprawę synu?
-Tak, wiem i dziękuję ci, że nie zrobiłeś tego co …..
- Nie musisz mi dziękować. To ja tobie dziękuję, mimo wszystko.
Johny spodziewał się wszystkiego, ale nie tego, że ojciec mu podziękuje, za to że wszedł z butami w jego intymność. Stanął i nie wiedział co odpowiedzieć. Tymczasem ojciec mówił dalej.
-Ta sytuacja sprawiła, że inaczej zacząłem na to wszystko patrzeć. Przeanalizowałem sobie całe moje życie i doszedłem do wniosku, że dłużej nie będę w tym tkwił. Dość mam ciągłych intryg, oskarżeń bez podstawy, wiecznych pouczeń, histerii etc. To już koniec. Nie wrócę tam, gdzie nie czuję się kochany, gdzie jestem psem do bicia, osobą bez tożsamości, bez możliwości wypowiedzenie żadnego zdania, które mogłoby zostać zaakceptowane. Temu wszystkiemu dzisiaj mówię NIE!!!! Kategorycznie i nieodwracalnie. Wiesz dobrze, że nie byłem święty...
-Wiem. Może to dlatego matka tak się wściekała.
- Powinna raczej wściekać się na siebie, mój synu, a nie na mnie. Byłem dobry i wierny, do czasu. Myślałem. Miałem nadzieję, że kiedyś z wiekiem, zmieni się, że da mi żyć, normalnie pracować bez ciągłego krytykowania, pouczania, zrzędzenia na wszystko co robię, śledzenia mnie. Niestety im dalej, tym było coraz gorzej. Jakim ja jestem człowiekiem, wiesz sam, nie muszę ci mówić. Znasz mnie, wiesz ilu mam przyjaciół, którzy mnie cenią. Powiem ci tylko jedno, bo może tego jeszcze nie wiesz, nie zaznałeś w swoim życiu, ale zanim …
Ojciec wstał z fotela, zrobił kilka kroków w stronę syna. Chciał wyjść mu naprzeciw. Wiedział, że ten czuje się niezręcznie. Rozumiał go. To poniekąd przez niego cała ta groteska miała miejsce. Gdyby potrafił się jej przeciwstawić, a nie wiecznie uciekać przed nią .. Gdyby, gdyby, gdyby… Najwyraźniej brakowało mu odwagi, ot i wszystko.
-Nie stój tak, wejdź i usiądź na sofie. – Przerwał swój wywód w najbardziej interesującym Johnego momencie.
- Napijesz się? – Zaproponował.
-Tak. Chętnie napiję się czegoś mocniejszego. Zmarzłem jak diabli.
- Czego ci nalać?
-Tego co zwykle. - Odparł.
George podszedł do barku i przyrządzając synowi drinka mówił dalej.
- Najważniejsza w życiu dla każdego człowieka jest miłość. Człowiek, czując się  niekochany traci chęć do życia, czuje się jakby ono z niego ulatywało . Ja się tak czułem w małżeństwie z twoją matką. Rok po roku miałem tych sił coraz mniej, miłości szukałem w ramionach innych kobiet, owszem przyznaję się do tego, ale to była miłość cielesna. Zaspokojenie . Ja pragnąłem miłości i akceptacji, niestety u żadnej z nich tego nie znalazłem. Kiedy zupełnie straciłem nadzieję, że coś zmieni się w moim życiu, spotkałem ją , największą miłość mojego życia.
-To ona?
-Tak , to ona.
-Spałeś z nią?
-Nigdy. Nawet jej nie tknąłem. Choć bardzo bym chciał, ona nie jest dla mnie. Zdaję sobie z tego sprawę. To kobieta Anioł. Wrażliwa, cudowna, dobra i kochana.
-O czym ty mówisz tato?
-Mówię o tym, że można pokochać kogoś całym sercem, całą duszą i na całe życie nie spotykając się z tą osobą, ani nie uprawiając z nią seksu, bo seks jest tylko pięknym dopełnieniem miłości, a nie celem. Wiem, że ona też mnie kocha. Jest to miłość inna, nie z tego świata, ale taka, która daje siłę i wiarę. To jest to czego nie dostałem nigdy od twojej matki.
Sam nie wiem, dlaczego tak się stało. Widocznie to było mi pisane. Twoja mama, a moja żona przez lata swoim postępowaniem, schładzała moje uczucia do niej , choć chyba przyznasz mi, że starałem się o nią , chciałem żeby było dobrze? - Zapytał oczekując potwierdzenia.
-Tak, tato i dlatego bardzo mi przykro, że chcąc zaspokoić  ciekawość mamy…
-Dobrze synu, już nie kończ.
-Dzięki temu co zrobiłeś ja i ona… poznaliśmy całą prawdę o sobie nawzajem. Wiem, że mama zrobi wszystko, żeby mnie zniszczyć, wciągając was w to wszystko, a ja wiem, że nie chcę się temu poddać i narażać was na takie i temu podobne sytuacje. Dlatego podjąłem decyzję: Odchodzę od twojej matki. Moje uczucie do niej zostało zamrożone na zawsze wraz z moją ostatnią z nią rozmową.
-Pójdziesz do tej kobiety?
-Skąd, nawet o tym nie myślałem. Ona była moim Aniołem. Kimś kto pojawił się, by otworzyć mi oczy i ogrzać zmarznięte serce miłością nie z tej ziemi.


Agnieszka Bruchal

Oda do … Snickersa!

Agata stała przed szafą z niezadowoloną miną na twarzy, od jakiegoś czasu do jej głowy wbijały się myśli, które uparcie od siebie odpychała, ale oto nadeszła pora by stawić czoła prawdzie. PRZYTYŁA! I to nie jakieś kilo albo dwa, tym z pewnością by się nie przejęła, ale cholerne dziesięć kilo przygniatało swym ciężarem sumienie dziewczyny. Co gorsza dowodem było brutalne skurczenie się ubrań, żadnym sposobem nie chciały się rozciągnąć z rozmiaru 36 do 40. Klapła rozczarowana na fotel popadając w rozżalenie. Bo przecież była kiedyś taka chudziutka i jadła tyle samo co teraz, więc jak to się stało, że powoli zaczęła się zamieniać w mini wielorybka? Oczywiście mogła zacząć dietę jajkową czy jakąś inna którą katowały się niegdyś jej koleżanki, kiedy ona w tym czasie bezczelnie opychała się pysznymi czekoladowymi wafelkami. Swoją drogą z chęcią by zagryzła jednego, na pocieszenie, w końcu waga i tak brutalnie wskazywała 60 kilo, które pod żadnym kątem nie chciało się zmienić na 50. A mówią, że magia istnieje, ciekawe gdzie. Gorzkie rozmyślanie przerwał dzwonek telefonu – Aga jesteś gotowa? Za chwilę po ciebie podjadę – to była Kaśka. Koleżanka od zawsze, umówiły się na wypad na piwo, a ona stała w samej bieliźnie i rozmyślała nad stanem swojej garderoby z czasów gdy dwa xs bez problemu na siebie wciskała, ale teraz już nie było czasu na ubolewanie. Na prędce wyciągnęła niezawodne leginsy, których nawet nie musiała prasować, i tunikę. Cóż dobrze, że stopa nie przyłączyła się do buntu garderobianego, dlatego też spokojnie wsunęła wysokie szpilki i pobiegła do samochodu czekającego na podjeździe.

**

Ranki po imprezach suto zakrapianych alkoholem nie bywają przyjemne, Agata za każdym razem powtarzała sobie „to ostatni raz”, jednak gdy najgorsze objawy mijały, zaś ona jako tako dochodziła do siebie wpychała postanowienia w najgłębszy zakamarek świadomości, by nie bombardował z każdej możliwej strony. Tego paskudnego ranka wstała nie patrząc w swoje odbicie w lustrze, wiedziała jak wygląda, a raczej nie wygląda. Obraz nędzy i rozpaczy jaki przedstawiała po nocnych tańcach dobijał za każdym razem. Echh starzeje się –powiedziała sama do siebie wstawiając czajnik z wodą, tylko mocna kawa była w stanie otrzeźwić umysł. W prawdzie nie wiedziała co zrobi zresztą dnia, ale od czegoś trzeba zacząć. Wypadałoby posprzątać, jak mówią „na kaca najlepsza praca”, tylko z tym bólem głowy nie bardzo miała ochotę szaleć ze ścierą po mieszkaniu. Poczeka kilka godzin, jak przejdzie, wtedy wróci do problemu bałaganu w swych czterech kątach. Wczoraj po pierwszym drinku stwierdziła, że nie jest z nią jeszcze tak źle, przecież faceci lubią krągłe kobiety, po piątym doszła do wniosku, że biodra ma niczym Jennifer Lopez, gorzej z biustem, ale od czego są odpowiednie staniki. Wychodząc była przekona, że jest miss word w wydaniu dla puszystych w pozytywnym znaczeniu tego słowa, rozmiar czterdzieści jeszcze o niczym nie świadczył, wszyscy wiedzą, że teraz metki są oszukane zaś wagi często się psują czego efektem jest zawyżanie wyniku.
Niestety jak to zawsze bywa ranki brutalnie odzierają ze złudzeń i teraz będąc prawie trzeźwą zrozumiała, że pora skończyć z oszukiwaniem samej siebie. Albo zrobi coś ze swoim pogarszającym się wyglądem, albo nim się obejrzy przywita się z 44, a później 46 i dalej ku jej własnej zagładzie.
Jak pomyślała, tak zaczęła działać, zasiadła przed monitorem laptopa, załączyła stronę allegro. Jak wiadomo sklepy internetowe mają wspaniałe zalety, jedną i to najbardziej ukochaną jest możliwość robienia zakupów nie wyściubiając nosa z domu. Dzięki opiniom można mieć podgląd na potencjalnego nie uczciwego sprzedawcę. Dlatego teraz szalała po sieci w poszukiwaniu narzędzia tortur. Jak podpowiedziały jej usłużne strony z magicznymi sposobami na pozbycie się tłuszczyku tu i ówdzie, najlepszym jest... hula hop. Ale nie taki ze szkół, jaki pamiętamy. Nie, nie, skoro ma być narzędzie tortur to nim będzie. To koło wyposażone zostało w zacne nakładki wypełnione jakimś tam skrawkiem metalu, podczas kręcenia mają obijać o ciało(?!!) i zbijać tkankę tłuszczową. Kliknęła „zamów” przelała odpowiednią kwotę i... nie pozostało nic innego jak czekać aż kurier przywiezie ten wynalazek do domu. Tym czasem z czystym sumieniem wyjęła z magicznego pudełeczka snickersa i wgryzła się w niego z lubością. Za batonika oddała by wszystko! Jedni lubili nadziewane paskudztwa typu Danusie, drudzy kitkaty, a ona wielbiła snickersy. Dlatego zawsze, ale to zawsze, musiała mieć w domu pod ręką choćby jednego. Inaczej mogłoby się to skończyć katastrofą państwową, a nawet globalną. Któż wie do czego jest zdolna kobieta gdy nie znajdzie snickersika, a sklepy będą pozamykane. W prawdzie istnieją jeszcze stacje benzynowe, no ale... kto tam pójdzie?! Kocur zwany Rademenesem jest zbyt leniwy że by podejść do swojej miski, a co dopiero wyjść poza próg mieszkania, nie licząc już na klatkę schodową.

Nie wiedziała, że już pochłonęła całego batona w wersji maxi, z rozczarowaniem odłożyła opakowanie zerkając do pudełeczka sprawdzając ile wynosi rezerwa, widok był przygnębiający. Na dnie leżały zaledwie dwa. Jutro trzeba będzie wyjść po zaopatrzenie. Z tą myślą poczłapała do łazienki, na sprzątanie dalej głowy nie miała, ale wykąpać się trzeba było. Nazajutrz ubierając się do wyjścia otworzyła okna by jak to stwierdziła, naleciało świeże miejskie powietrze. Co było okrutną ironią, w jej mieścinie spaliny zagościły w najlepsze. Dreptała niechętnie omijając witryny sklepowe. Zdecydowała się zakupić „tymczasowe” ubrania zanim lepsze czasy chudości nie powrócą. W końcu dojdzie do tego, że naprawdę nie będzie miała w czym pokazać się ludziom. Nie patrząc na cyferki wrzuciła pierwsze lepsze spodnie oraz kilka bluzek, tak zwanych nietoperków, co by ukryły jej fałdki tu i tam. Zadowolona z siebie ruszyła do miejsca docelowego, gdzie czekały na nią snickersiki. Jesień powolutku ustępowała miejsca zimie, zaś jesień i zima kojarzyły się Agacie tylko z jednym. DEPRESJĄ. Od zawsze czuła się przybita i stłamszona gdy w świecie robiło się szaro buro i ponuro, nawet jako dziecko nie znając jeszcze pojęcia tego słowa snuła się z domu do szkoły i z powrotem jak ciało bez duszy. Czekając na pierwsze wiosenne przebłyski słońca, a później soczystej zieleni. Jak na razie trzeba było przetrwać jakoś te czasy, a pomóc miały jej rzecz jasna snickersy. Władowała więc do koszyka cztery wagoniki po 8 spakowanych w jednej paczce, dorzuciła parę wersji maxi, których niestety nikt nie pomyślał by zapakować w całość. Trudno można kupić pojedynczo razy 10, z uśmiechem zadowolenia na twarzy przechadzała się po sklepie i dorzucała resztę wiktuałów potrzebnych do przeżycia przez najbliższe dni. Zanim dojdzie do jej odchudzania może przekąsić kilka batoników, później będzie po nie sięgała tylko w czasie PMS-a .

Wchodząc do domu przypomniała sobie, że nie kupiła karmy dla tego nicponia kocura. Cóż jeden dzień przeżyje na kiełbasce. Pochowała zakupy na swoje miejsca i zabrała się za odbieranie poczty. Kilka zleceń na przyszły tydzień. Nic specjalnego co wymagałoby więcej poświęcenia niż byłaby wstanie teraz z siebie wykrzesać . Postanowiła włączyć jakiś film. Gdy wtem zadźwięczał domofon. Nikt się nie zapowiadał, a tutaj proszę, pewnie jakieś ulotki. Okazało się, że to Kaśka przyniosła jej parę ciuszków, które ostatnio zostawiła. Wypiły razem kawę. Agata ponarzekała na pluchę i fakt, że przecież teraz odchudzanie jest niemalże niemożliwe gdyż prawa natury nakazują futrowanie, fakt u zwierząt ale człowiek to też jakby zwierze i musi jakoś sobie radzić w zimnie, a jak ma sobie poradzić bez odpowiedniej warstwy tłuszczyku, no ale ona już koniecznie musi zrobić coś, bo do wiosny stanie się nie mini wielorybem, a konkretnym waleniem! Co to to nie, jak z kołem się zaprzyjaźni to może i zdecyduje się na fitness, no ale nie przesadzajmy. Od nadmiaru boli głowa, a jesień słynie z bólów głowy, więc po co sobie jeszcze dokładać. Koło póki co musi wystarczyć.

**

Przyjechał kurier, podpisała przesyłkę i z radością zaczęła rozpakowywać coś co nie wyglądało jak koło. Dopiero po chwili zaskoczyła, było napisane, że koło musi sobie SAMA zmontować. Ale jak?!!! Instrukcja obsługi niby jest, i te inne rzeczy, ale co innego obrazek, a co innego zrobić z kilku plastikowych części narzędzie tortur! Do tego potrzebny był nie kto inny jak.. PRAWDZIWY MĘŻCZYZNA!! Tylko skąd takiego wziąć? Nikt nie wynajmuje na godziny albo coś... Trzeba zadzwonić do Kaśki niech pożyczy męża. W końcu po znajomości może jej to zrobić. I zrobił. Stali oboje patrząc na TO, on śmiał się po cichu aż mu się trzęsły ramiona, ona zastanawiała się ki diabeł namówił ją na wydanie pieniędzy, dobrowolnie na TO! TO natomiast stało sobie oparte o ścianę jako niemy wyrzut sumienia w oczekiwaniu na to co nastąpi. Pożyczony mąż się ulotnił, Agata została sama, no nie całkiem, TO stało i patrzyło, takie miała wrażenie. Zasiadła kolejny raz przed monitorem i wpisała w wyszukiwarkę... „jak ćwiczyć narzędziem tortur” no dobra to nie ta fraza, „jak ćwiczyć kołem przypominającym narzędzie tortu”? O dziwo wyświetliło się kilka linków, weszła zobaczyła, przeczytała. Oczy jej mało nie wypadły. Wyłączyła stronę. Powiedziała A teraz pora powiedzieć B. Z determinacją na twarzy stanęłam przed kołem, zatoczyła jedno okrążenie biodrami, koło spadło, drugie, potem trzecie i powoli wczuwała się w rytm. Ból jaki sprawiało każde uderzenie odbierało jej chęci do dalszych ćwiczeń, ale NIE, nie podda się! Pokręciła tak z kwadrans, gdyż takie było zalecenie na pierwszy raz. Z radością pobiegła do łazienki, w końcu zrobiła pierwszy krok! A przecież pierwszy jest najważniejszy prawda? A nie! Drugi miał być jeszcze gorszy, ale o tym dowiedziała się rano. Kiedy podnosząc się na łóżku odczuła pierwsze „efekty”. Z jękiem opadła na poduszki. To było gorsze niż zakwasy po brzuszkach!! Co robić, co robić? Skoro boli teraz to jak musi napierniczać kiedy TO zacznie obijać się o obolałe mięśnie? Ciarki przeleciały jej wzdłuż kręgosłupa. Chcąc nie chcą wstała. Zaparzyła kawę rozmyślając jak przekonać samą siebie do przezwyciężenia słabości. Przypomniała sobie o snickersach. Przecież należała się jej nagroda za te męki. Sięgnęła więc po dorodnego maxi, Nic tak nie poprawia nastroju porządna porcja cukru z rana, zamiast śniadania...
Tak zwany wyrzut sumienia czekał za drzwiami, zignorowała go jednak nagle stwierdzając, że jej mieszkanie wymaga natychmiastowego sprzątania, takiego na tip top. Chyba już dawno nie wypucowała pomieszczeń jak teraz. Wiadome było, że i tak nie uniknie TEGO. Kiedy nadeszła pora, którą sama sobie ustaliła na popołudnie, włączyła muzykę i zabrał się do ćwiczeń, pierwsze uderzenia wycisnęły z niej łzy, za piątym i szóstym zrozumiała, że nawet ból może okazać się fajny. Wizja płaskiego brzuszka jawiła się pięknymi barwami. Jeszcze o bioderkach musi pomyśleć, ale póki co niech spadną krąglutkie fałdki z brzucha. Już, już oczami wyobraźni ganiała między wieszakami w sklepach, zdejmowała co bardziej kuse ciuszki i inne fatałaszki, już widziała siebie z pięknymi szczuplutkimi nogami na wysokich szpilkach, z wciętą talią, wymodelowaną cała sylwetką. Gdy nagle z wielkim hukiem koło opadło na podłogę. Popatrzyła smętnie na TO stwierdzając w duchu, że przyszła pora na przekąszenie czegoś. Wygrzebała z lodówki owsiankę gotową, z marketu. Sama nawet nie miała pojęcia jak się coś takiego przyrządza. Dobrze, że wymyślili gotowe. Głodu nie zagłuszyła, ale mając wspomnienie siebie w rozmiarze co najmniej 36 przemogła chęć zeżarcia snickersa i po kąpieli położyła się spać.

**

Nadeszła zima, śnieg przykrył wszystko co mógł, czego nie mógł też przykrył bo przecież nie obchodzi go, że akurat spada w miejsce najmniej chcące do ugoszczenia, zimnego puchu. Prawa natury i tak dalej. Agata dzielnie bujała się na swoim kole, podgryzając po kryjomu snickersy. Dziwnie miała wrażenie, że TO śledzi jej niecne postępki. W końcu po miesiącu walki z samą sobą i TYM postanowiła zapisać się do fitness klubu. Nie robiła tego z radością, ale po miesiącu walki nie zauważyła jakiś wielkich zmian, rozczarowanie zaczynało brać nad nią górę, w dodatku powiększające się siniaki nie prezentowały się zbyt seksownie. Z mocnym postanowieniem ruszyła do przybytku zwanym „Piękna figura” gorzej nazywać się nie mogło, ale cóż poradzić, byle mieli dobrych trenerów. Weszła do przestronnego holu, przy recepcji stała szczupła (!!!) kobieta, wyglądała na około 35 lat, ale figury jej pozazdrościć mogła nie jedna nastolatka. Agata też zazdrościła, nawet bardzo. Kiedy już miała odwrócić się i wyjść został przywołana przez tą rudą piękność. Cóż zrobić, jawnie się wycofać toż to wstyd. Zadarła głowę do góry i podeszła, wypytała tej kościstej (jak już ją w duchu złośliwie nazwała) o oferty, słodko podziękowała, skierowała się w stronę drzwi gdy nagle przykuł ją niecodzienny widok, otóż nieziemsko przystojny, ee nie to nie ta bajka, zacznijmy od początku miała wyjść kiedy zobaczyła trenera, spłoniła się niczym dojrzewające jabłuszko i czym prędzej postanowiła uciec. Nie chciała by taki adonis widział wgapiającego się w niego wieloryba.
Agata wyszła na chodnik, wiatr tarmosił okrutnie, śniegiem smagało niczym biczem, ale ona tego nie czuła. W głowie miała przystojniaka, ale co gorsza uświadomiła sobie straszną prawdę, no może nie do końca straszną, ale prawdę. Kochała snickersy!!! Kochała miłością nieustającą, mogła ćwiczyć, mogła się głodzić odmawiając wszystkiego, ale nie snickersów!!! Taka była prawda.
Zziębnięta otworzyła drzwi do mieszkania, na fotelu leżał rozłożony tłusty Rademenes. Temu to dobrze nie musi martwić się o linie. Żre ile wlezie, jest grubszy jak szerszy i w dodatku nie narzeka na brak miłości. Rzuciła płaszcz na krzesło, zrzuciła kozaki i boso poczłapała do pudełeczka, otworzyła snickersa, patrząc na TO – ono perfidnie patrzyło na nią, jakby chciało wykrzyczeć jej w twarz, że przegrała! Agacie popłynęły łzy po policzkach, co miała poradzić? Chciała być szczupła i chciała jeść batoniki co w tym złego? Postanowiła jeszcze raz tam pójść! W końcu nie musi być w grupie przystojnego trenera. Schudnie i koniec.

**

Uczęszczała na zajęcia od kilku tygodni, nawet polubiła ten „obowiązek” nie miała pojęcia, że ruch może sprawiać przyjemność. Tego dnia miała umówione spotkanie z Kaśką, chciała jej się pochwalić widocznymi już efektami ćwiczeń. Opuszczając budynek, w którym znajdował się klub fitness przez przypadek na kogoś wpadła i upuściła torebkę, szybko zbierając kosmetyki zauważyła leżącego snickersa. Już miała szybko go chwycić, gdy męska dłoń podniosła batona... kierując twarz w jej stronę. Przed oczami Agaty ukazała się twarz przystojnego trenera, z batonem w garści! Gorszej kompromitacji mieć nie mogła. Nie dość, że jeszcze należała do grona wielorybów z lekką niedowagą, ale zawsze wieloryb, to akurat w tym miejscu musiała natknąć się na NIEGO i ten snickers... Później się okazało, że Pan trener o imieniu Michał również lubi snickersy, które Agata wielbiła ponad wszystko. Zaś przypadkowe spotkanie nie było pierwszym ani ostatnim.

Miłość do snickersa potrafi zdziałać cuda, no może nie cuda, ale pomóc w znalezieniu tego jedynego!


Agata Katarzyna Przybyłek

Zbyt rzadko trzymasz mnie za rękę
zauważyłam,
że zbyt rzadko trzymasz mnie za rękę
tak po prostu... bez powodu
podczas spaceru czy filmu
kolacji śniadania marudzenia chrapania
bycia

chyba ci o tym nie mówiłam
ale brakuje mi tego -  tej subtelnej rozkoszy
rozsmakowania się roztopienia
zatracenia
życia

wciąż czuję twoje ciepłe dłonie zaciskające się
 na moich zimnych palcach
ciepło skóry kontra chłód zimy
gdy ty we mnie go 
roztapiasz

i nie wiem czy wiesz, ale
zauważyłam,
 że zbyt rzadko trzymasz mnie za rękę
skąpana w śniegu cała do ciebie dziś  krzyczę
- cholera jasna, rób to częściej!



Sabina Kawczyńska

Moja miłość

Boże jak ja kocham góry, gdy tu jestem świat wydaje się łatwiejszy, piękniejszy, po prostu lepszy. Gdyby nie one to chyba by mnie już na tym świecie nie było.

Aniu proszę Cię, nie rób tego, Aniu... - Anna powoli odwróciła się w stronę głosu, który słyszała za plecami – nie możesz tego zrobić.
- Basia – Ania patrzyła na nią nieprzytomnymi z bólu oczami - ale ja już dłużej tak nie mogę, ja nie chcę żyć bez niego. Jak on mógł mi to zrobić? - zadała pytanie na które nikt nie mógł udzielić jej odpowiedzi i rozpłakała się.
- Płacz. Płacz zawsze pomaga - mówiła cicho Basia tuląc ją w ramionach.

Od wypadku minęło półtora miesiąca, ale Anna nadal nie była w stanie się pozbierać. Gdyby Basia nie weszła do pokoju nie wiadomo jak by się to wszystko skończyło. Anna siedziała na swoim łóżku trzymając w ręku garść tabletek na uspokojenie, które przepisał jej lekarz. Po tym incydencje wszyscy na zmianę zaczęli jej pilnować, albo rodzice, albo siostra.
Basia tydzień później przedstawiła rodzicom plan wyrwania siostry z rozpaczy, która niszczyła ją zarówno od środka jak i odbijała się na jej wyglądzie.

Zabiorę ją do cioci Marysi do Karpacza, może tam poczuje się lepiej. Ona uwielbia góry i tam zawsze odżywa, a teraz to wygląda jak własny cień. - Basia była zdeterminowana, bo nie wiedziała już co ma dalej robić.
- Trochę się tego obawiam - odezwała się mama – wiesz przecież, że tam poznała się z Michałem i to było ich ukochane miejsce.
- Wiem, ale zanim się poznali, też tam jeździła i z tym miejscem ma tylko dobrych wspomnień zarówno sprzed poznania Michała jak i później – przekonywała.
- Basia ma rację, warto spróbować, bo za chwilę to będziemy ją odwiedzać w szpitalu, albo... – tata nie dokończył tego czego wszyscy się obawiali.

Decyzja została podjęta trzeba było tylko przekonać do tego pomysłu Anię. Okazało się dużo prostsze niż wszyscy myśleli. Basia przygotowała sobie mnóstwo argumentów, które miały przemawiać na korzyść jej pomysł, ale żadne się nie przydały bo Ania zgodziła się na wyjazd bez żadnego przekonywania. Kilka dni później były już w Karpaczu. Był koniec maja, piękna pogoda, do sezonu jeszcze daleko, wczasowiczów nie wielu, ale prace do otwarcia sezonu letniego trwały w najlepsze. Ania miała się czym zająć, żeby nie myśleć cały czas tylko o Michale. Ciocia Marysia prowadziła w Karpaczu pensjonat więc każda para rąk była tam przydatna, a praca była najlepszym lekarstwem na troski.
Po dwóch tygodniach Basia zaczęła przebąkiwać o powrocie bo kończył jej się urlop, Ania wyglądała dużo lepiej, nawet trochę przytyła, co w jej przypadku było dobrym znakiem. Wszystko zaczynało się jakoś układać, aż do pewnego wtorkowego dnia, Ania akurat przyjmowała gości na recepcji i źle się poczuła.

Dobrze się Pani czuje – w ostatniej chwili podbiegł do niej mężczyzna, który akurat wchodził do pensjonatu, gdyby nie on, Ania by upadła. Zrobił się hałas i zaraz pojawiła się ciocia Marysia, jak zobaczyła półprzytomną siostrzenicę, natychmiast wezwała karetkę.
- Dziękuje Panu za pomoc – odezwała się do nieznajomego i uklękła przy Ani – trzymaj się skarbie, zaraz przyjedzie karetka.

Po piętnastu minutach przyjechała karetka, Ania została zawieziona do najbliższego szpitala i zbadana przez lekarza dyżurnego. Po godzinie pobytu na oddziale ratowniczy czuła się już dużo lepiej, lekarz przyszedł do niej z wynikami i dziwnie jej się przyglądał, aż w końcu zapytał.

Czy jest Pani w ciąży?
- Słucham? – Ania oprzytomniała w jednej chwili.
- Pytam czy jest Pani w ciąży, bo według wyników ma Pani anemię i to dość dużą, a to najczęstsza przypadłość ciężarnych – lekarz patrzył na nią jak na wariatkę, no bo jak można nie wiedzieć, czy jest się w ciąży czy też nie.
- Ja nie wiem, ostatnio miałam ciężki okres w życiu i nawet nie wiem... - Ania zawiesiła głos i zaczęła się zastanawiać.
- Zaraz zawołam do Pani ginekologa na konsultację i wszystko się wyjaśni – pocieszył ją.

Ginekolog pojawił się chwilę później, zbadał ją i wykonał badanie usg, na którym wyraźnie było widać, że Ania jest w ciąży. Był to trzeci lub czwarty miesiąc, lekarz nie mógł stwierdzić dokładnie, bo Anna nie była w stanie podać mu potrzebnych do tego informacji.

Nie wiem jakim cudem nie zorientowała się Pani wcześniej – lekarz był zarówno zaskoczony, jak i zdenerwowany na pacjentkę.
- Dwa i pół miesiąca temu w wypadku zginął mój mąż i po prostu nie zwróciłam uwagi na zmiany w moim organizmie, taka sytuacja nie przyszła mi w ogóle do głowy – Ania próbowała się tłumaczyć – ale z dzieckiem wszystko w porządku?
- Tak z dzieckiem wszystko w porządku – głos lekarza złagodniał – przykro mi z powodu tego co Panią spotkało, ale teraz musi Pani o siebie zadbać nie tylko ze względu na siebie, ale i na dziecko.
- Wiem i zadbam, obiecuję, teraz znów mam dla kogo żyć – uśmiechnęła się kładąc rękę na brzuchu, a lekarz pokiwał głową.
- Proszę jak najszybciej wybrać lekarz prowadzącego, żeby wykonać wszystkie niezbędne badania.

Po kilku godzinach pobytu w szpitalu Basia odebrała Annę i wróciły do pensjonatu. Gdy ciocia ją zobaczyła nie mogła uwierzyć jaka zmiana w niej nastąpiła.

Aniu gdybym nie widziała jak zabierała Cie karetka to podziałałabym, że wróciłaś z sanatorium albo spa, a nie ze szpitala - ciotka nie mogła wyjść z podziwu.
- Ciociu jak się słyszy takie wieści to człowiekowi chce się żyć – Anna promieniała.
- Wiem skarbie, wiem – przytuliła ją – jak Basia do mnie zadzwoniła z wiadomością nie mogłam uwierzyć. Teraz pewnie mnie zostawisz i wrócisz do Warszawy?
- Jak leżałam pod kroplówką zdążyłam sobie trochę rzeczy poukładać i przemyśleć. Doszłam do wniosku, że i dla mnie i dla dziecka będzie lepiej jak zostaniemy u Ciebie, jeżeli oczywiście się zgodzisz – uśmiech cioci mówił wszystko. – Do naszego mieszkania i tak już nie wrócę bo nie mogłabym tam mieszkać bez Michała, w pracy wezmę zwolnienie, bo teraz byłam na urlopie bezpłatnym, a potem zobaczymy.
- Cudownie, cieszę się, że ze mną zostaniesz, będę na Ciebie, przepraszam na Was chuchać i dmuchać – poprawiła się.

Od tego dnia życie Anny całkowicie się zmieniło, znów było widać radość w jej oczach i widziała przyszłość w jasnych barwach. Cieszyła się, że Michał zostawił jej cząstkę siebie, teraz już nie będzie sama. Basia wróciła do Warszawy. Na prośbę siostry uprzątnęła mieszkanie, zabrała wszystkie pamiątki, ubrania i wystawiła mieszkanie na sprzedaż. Pieniądze z ewentualnej sprzedaży miały zostać ulokowane na koncie, bo Ania nie wiedziała na razie czy będzie chciała zostać w Karpaczu czy wróci do Warszawy, dlatego też kupowanie mieszkania nie miało sensu.
Po kilku dniach odpoczynku zdecydowała, że wraca do pracy której się podjęła przyjeżdżając do ciotki, tym bardziej, że rozpoczął się sezon i gości było coraz więcej. Teraz miała energii za dziesięcioro i musiała ją jakoś spożytkować.

Witam Pana, nie zdążyłam podziękować za pomoc – odezwała się Ania zauważając, że mężczyzna, który się właśnie wymeldowuje to ten sam, który jej wtedy pomógł.
- Nie ma za co, Pani Maria mi już tyle razy dziękowała, że nie zliczę – uśmiechnął się – byłem traktowany jak najważniejszy gość, aż szkoda, że muszę już wyjeżdżać bo jest tu naprawdę pięknie.
- Cieszę się, że jest Pan zadowolony z pobytu – odwzajemniła uśmiech – i zapraszamy ponownie. Może dałby się Pan zaprosić na kawę w podziękowaniu za pomoc?
- Bardzo chętnie, ale muszę już jechać, dostałem telefon i muszę jak najszybciej wracać do Warszawy – zdusił przekleństwo, bo naprawdę bardzo chętnie wypiłby tę kawę, ta dziewczyna miała coś niezwykłego w oczach, chociaż teraz były inne niż wtedy gdy w nie pierwszy raz spojrzał.
- Może jeszcze kiedyś nas Pan odwiedzi i wtedy będę mogła zaprosić Pana na tę kawę. Spokojnej drogi – Ania pożegnała gościa.

Czas mijał jej na pracy i na spacerach, ciocia pilnowała, aby nie pracowała zbyt ciężko i jak najwięcej odpoczywała. Wakacje minęły, dzidziuś rósł, wiedziała już, że będzie to syn i oczywiście będzie miał imię po tacie. Odwiedzili ją też rodzice Michała. Bardzo ucieszyli się z wiadomości, że będą mieli wnuka, tym bardziej, że Michał był ich jedynym synem. Ania podjęła też decyzję odnośnie przyszłości jej i jej maleństwa, pomimo że kochała góry całym sercem, postanowiła wrócić do Warszawy, wpływ na to miała między innymi wizyta teściów, widziała ich radość gdy rozmawiali o wnuku, nie chciała zabierać im tej cząstki syna. Zdawała sobie też sprawę, że ciężko będzie jej samej, wiedziała oczywiście, że może liczyć na pomoc cioci, ale rodzice już nie mogli doczekać się jej powrotu. Postanowiła zostać w Karpaczu do 10 grudnia, bo na 20 miała przybliżony termin porodu, miała przyjechać po nią Basia, żeby nie jechała sama tyle godzin, ale jak wiadomo życie pisze różne scenariusze.

Witam Pana, jednak postanowił nas Pan znów odwiedzić – Ania przywitała gościa – będę miała wreszcie okazję zaprosić Pana na kawę.
- To był główny powód mojego przyjazdu – uśmiechnął się Andrzej, bo tak miał na imię gość – nie mogłem sobie darować, że wtedy miałem tak mało czasu i nie było mi dane wypić kawy w tak miłym towarzystwie. Z tego co widzę – spojrzał na jej brzuch – to będziemy pić tę kawę we trójkę.
- Zgadza się, mam obstawę – zaśmiała się.
- Mam tylko nadzieję, że mąż mnie nie pogoni – udał wystraszonego.
- Nie – Ania posmutniała – jestem wdową.
- Przepraszam – Andrzej zmieszał się – nie wiedziałem, naprawdę jeszcze raz przepraszam, zawsze coś walnę.
- Nic się nie stało, skąd mógł Pan wiedzieć – Anna starała się uśmiechnąć, ale średnio jej to wyszło. Rozmowa przestała im się kleić, więc Andrzej przeprosił jeszcze raz i poszedł do swojego pokoju.

Następnego dnia Ania jak tylko natknęła się na Andrzeja zabrała go na obiecaną kawę, widziała, że już może nie być okazji bo za dwa miesiące wracała do Warszawy, a nie lubiła zostawiać niedokończonych spraw. Okazało się, że jej towarzysz przyjeżdża do Karpacza gość często, bo firma w której pracuje ma tu filię i od czasu do czasu musi nadzorować różne projekty, które akurat wdrażają. Ania od śmierci Michała nie spędzała czasu w towarzystwie mężczyzn i na początku była trochę skrępowana, ale po godzinie czuła się jak by znali się od lat. Andrzej też dobrze czuł się w towarzystwie Ani i chociaż wyczuwał dystans jaki miała do niego, nie odstraszało go to, a wręcz było to dla niego zrozumiałe po tym co przeszła. Była piękną i inteligentną kobietą i nie chciał stracić z nią kontaktu, dlatego postanowił zaproponować kolejne spotkanie, a konkretnie kolację.

To nie jest najlepszy pomysł, - Ania wystraszyła się i pośpiesznie wstała od stołu - przepraszam Cię, ale nie mogę.
- Aniu to tylko kolacja, świetnie nam się rozmawia, spędziliśmy miło czas, chciałbym to powtórzyć, nie ma w tym żadnych podtekstów – próbował tłumaczyć swoją propozycję – to nie randka, tylko koleżeńskie spotkanie.
- Pomimo to nie mogę – Ania pożegnała się i odeszła.

Czas spędzony z Andrzejem był miły, ale kolacja nie byłaby już na miejscu, czułaby się jakby zdradzała męża. Michał był jej pierwszą i jedyną miłością, nigdy nie spotkała się z innym mężczyzną niż on i nie chciała tego zmieniać. Postanowiła, że będzie starała się unikać Andrzeja do jego wyjazdu, a po powrocie do Warszawy były nikłe szanse na to, że się spotkają, tym bardziej, że nie mówiła mu, że tam mieszka. Andrzej zauważył, ze Anna go unika i nie naciskał na nią, bo wiedział, że to nic nie da, postanowił poczekać, przyjeżdżał tu dosyć często, może za którymś razem jednak uda mu się zaprosić ją na tę kolację i ich znajomość będzie się rozwijać.
Zima w górach była chyba najpiękniejszą porą roku, nigdzie śnieg nie mógł cieszyć bardziej niż tu. W połowie listopada Anna zaczęła czuć się trochę gorzej, zastanawiała się nawet nad powrotem do domu, ale lekarz się sprzeciwił, kazał poczekać, aż lepiej się poczuje. Poprawa jednak nie następowała, wręcz przeciwnie. Na początku grudnia trafiała do szpitala, sytuacja była na tyle zła, że lekarze podjęli decyzję o wcześniejszym porodzie przez cesarskie cięcie. Maria jak tylko lekarz poinformował ją o sytuacji zadzwoniła do siostry, a matki Ani, aby jak najszybciej przyjechali. Lekarz nie mógł czekać na ich przyjazd, bo zarówno z dzieckiem jak i matką nie było najlepiej. Po godzinie na świecie pojawił się mały Michał, trochę słaby, ale zdrowy. Ania też zaczynała dochodzić do siebie, jak tylko zobaczyła swoje maleństwo jej serce przepełniała ogromna radość, w tym maleńkim człowieku odzyskała swoją utraconą miłość. Był piękny śnieżny dzień, a Michałek był jej mikołajkowym prezentem, bo urodził się 6 grudnia, tego samego dnia którego pierwszy raz spotkała się z jego tatą.
To musiało być przeznaczenie, Ania tego właśnie dnia czuła szczególnie mocno obecność Michała i znów była najszczęśliwszą osobą pod słońcem.


Agnieszka Monika Polak

Bajka o dobrej wróżce

Miałaś rację, Dobra Wróżko,
Zostawiając mnie tam, daleko...
W łanach zbóż spowitych chabrami.
Zostawiając mnie tam, z wiatrem
Sam na sam...
Zostawiając mnie z myślami...
I ukochanym dotykiem Twych ust...
Nie jest mi wcale lepiej,
Ani łatwiej po tym, o czym teraz ptaki tylko śpiewają...
Jedyni świadkowie połączenia tego,
Co los kiedyś rozerwać chciał na wieki.
Miałaś rację, dotykiem swym malując serce na mej dłoni,
Że choć jesteśmy jeszcze bliżej,
To mocniej i bardziej cierpieć mi przyjdzie...
Twój głos jest ukojeniem, a oczy... Słońcem, którego potrzebuję, by żyć...
Chcę patrzeć i czuć Cię
na zawsze...
Miałaś rację...
Dziękuję 
Twe słowa 
Smakują bukietem wytwornego szampana
Miłość twa uderza do głowy 
Budząc uśpione zmysły
Cudownym westchnieniem 
Wytatuuję je sobie w sercu wspomnieniem
Oczami zrobię fotografię
Będę ją oglądać przed snem i po przebudzeniu
Nadawać będą sens memu istnieniu
Nie było nam dane razem być
Możemy tylko śnić
Tęsknić 
I żyć


Agata Rak 

Dwie godziny z życia Renaty.

Za dwie godziny przyjdzie Paweł. Pomyślała Renata, zamykając drzwi za ostatnią klientką. Tego dnia w jej sklepiku z rękodziełem jak nigdy drzwi się prawie nie zamykały. Nic dziwnego w końcu za kilka dni Walentynki. Była wykończona, zaczynała boleć ją głowa i od rana nic nie jadła. Nie zdążyła.
Z Pawłem spotykała się od czterech miesięcy i coraz bardziej się angażowała. Poznali się na targach rękodzieła, gdzie sprzedawała własnoręcznie wykonaną biżuterię. Szukał gustownego drobiazgu dla siostry. Kupił drewniane kolczyki malowane w pawie pióra i wziął wizytówkę. W sklepie zjawił się po kilku dniach. Wybrał komplet świeczników z motywem afrykańskim ozdobionych w technice decoupage. Rozmawiali przez chwilę. Nawet trochę dłużej niż chwilę, bo śnieżyca nie pozwoliła mu opuścić sklepu. Opowiedział jej o mamie malującej obrazy i o siostrze - uczennicy liceum plastycznego. Od tego dnia zaczął czasem wpadać, aż Renata zdała sobie sprawę, że jest z tych wizyt zadowolona, że ich wyczekuje. Po miesiącu przedstawił się i zaprosił ją na kawę do pobliskiej kawiarenki. Nie odmówiła. Spędzili razem dwie cudowne godziny, a później jeszcze dwie, u niej w mieszkaniu. Rozmawiali, śmiali się, aż zrobiło się późno i trzeba było powiedzieć sobie do widzenia. Umówili się na następny dzień i od tego czasu spotykali regularnie, kilka razy w tygodniu. Paweł czekał, aż Renata zamknie sklepik i szli do niej. Ona z radością przygotowywała coś do jedzenia, a później rozmawiali do późnego wieczora przy kominku, kochali się i cieszyli sobą. Poznawali się coraz lepiej. Z czasem rozstania stały się coraz cięższe do zniesienia, a samotne noce nie przynosiły odprężenia.
,,Dziś Paweł ma przyjść później, niż zwykle. Zapowiedział też, że ma dla mnie niespodziankę" – myślała Renata, szczotkując gęste włosy w kolorze miodu.
Przed szóstą wpadła na chwilę jej przyjaciółka Wanda. Przyniosła książkę i indyjskie kadzidełka o zapachu wanilii.
- No i kiedy w końcu go poznam? – rzuciła od drzwi.
- Nie wiem. Na razie nigdzie nie wychodzimy i wystarczy nam własne towarzystwo – odpowiedziała Renata.
- Nigdzie? Coś ty! Może jest żonaty i nie chce się z tobą pokazywać? – dorzuciła Wanda.
- Nie, chyba nie. Wypluj te słowa! Z resztą, przesiaduje u mnie całe popołudnia i wieczory, co by na to powiedziała żona? – przeraziła się Renata.
- Jak bym była na twoim miejscu, spytałabym go wprost, czy ma żonę. W końcu masz prawo to wiedzieć. Możesz przecież wiązać z nim jakieś plany, skoro tak wam dobrze razem. Powinien to zrozumieć – dodała Wanda, wychodząc.
- No nie wiem. Nie chcę go naciskać, ale z drugiej strony nie chcę się spotykać z żonatym facetem. Nie chcę być ta drugą. Nie chcę też budować swojego szczęścia na nieszczęściu innej kobiety –mruknęła Renata. Jeszcze to przemyślę.
- Tylko, nie myśl zbyt długo skarbie i nie daj się oszukać. Czasem jesteś naiwna jak dziecko, a faceci potrafią być wredni – naciskała Wanda.
- Oj, wiem, wiem – skończyła dyskusję Renata, zamykając drzwi.
Paweł przyszedł tuż po dziewiętnastej z bukietem róż i zagadkowym uśmiechem. Na powitanie dłużej przytrzymał jej dłoń i wtulił twarz w jej włosy.
- Muszę ci coś powiedzieć – zaczął. Tylko, wysłuchaj mnie proszę do końca i nie denerwuj się – szepnął.
Zaczął mówić, a Renata słuchała bez słowa, jak zahipnotyzowana – to blednąc, to czerwieniąc się na przemian.
- No, więc tak. Jestem żonaty – powiedział Paweł. Jeszcze. Z Ewą poznaliśmy się w liceum. Na ślub zdecydowaliśmy się po kilku latach bycia razem. To była bardziej przyjaźń niż miłość. Szybko zorientowaliśmy się, że popełniliśmy błąd. Zaczęły się awantury i ciche dni. Z przyjaźni nic nie pozostało. Potem przyszła obojętność. Po kilku latach oddaliliśmy się na tyle, że każde z nas zaczęło żyć swoim życiem. Ewa rzuciła się na głęboką wodę i zaczęła romansować z kolegą, a ja poświęciłem się pracy. Na szczęście dzieci nie mamy. O rozwodzie rozmawialiśmy nie raz, ale jakoś tak nam schodziło i żadne z nas o niego nie występowało. Do wczoraj. Efekt jest taki, że dziś złożyłem pozew o rozwód. Poczekasz na mnie jeszcze trochę? – spytał, przyciągając ją do siebie.
- Chyba tak. O ile dziś nie każesz mi spać samej i obiecasz mi, że nigdy więcej nie będziesz miał przede mną tajemnic – wymruczała Renata już spokojna, tuląc twarz do jego ramienia.
- Nie będziesz spała sama. Obiecuję. Od dziś nie pozbędziesz się mnie już tak łatwo – odpowiedział Paweł z ciepłym uśmiechem.




3 komentarze:

  1. Magdaleno droga zerknij na pocztę i daj znać czy znajdziesz dla nas chwilkę w sobotę wieczorem;-D
    uściski zasyłam serdeczne;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytając opowiadanie "Marynia" aż się popłakałam. Przepiękne.

    OdpowiedzUsuń