piątek, 19 lutego 2016

Niestandardowa recenzja i kilka słów od samej autorki czyli o sekrecie. Uwaga konkurs!

Jestem maniakalną wielbicielką przeszłości. Stare fotografie, kruchość wyszczerbionej porcelany, kluczyk do nakręcania zegara... to wszystko budzi we mnie eksplozję takiej specjalnej czułości i rozbudza wyobraźnię. Rodzą się pytania: kto przede mną pił z porcelanowej filiżanki kawę? Komu tak nieszczęśliwie się omsknęła, że pojawiło się wyszczerbienie i pęknięcie? Specyficzna porcelanowa blizna... Czy stało się to przez nieuwagę czy raczej wydarzyło się coś takiego, że ręka zadrżała z emocji, może
rozpaczy? A fotografie? Tutaj można totalnie przepaść. Dlaczego ta pani ma takie przepastnie smutne oczy? A ten pan taki wpatrzony przed siebie, poważny, jakby zaniepokojony obecnością fotografa... Jak wyglądał gdy się uśmiechał? Jaką miał żonę? Pulchną i radosną czy raczej poważną, smukłą zazdrośnicę? A z tych dziewczynek z loczkami i kokardkami to zapewne wyrosły niezłe trzpiotki... A może wcale nie wyrosły? Przecież po drodze była wojna... Chociaż takie myśli odsuwam jak najdalej. Wolę wierzyć w dobre zakończenia. Kluczyk od zegarka zostawiłam sobie na koniec, bo jest dopiero od niedawna ze mną. Zegar przybył w tamtym tygodniu. Wygląda dostojnie. Wybija godziny i jego dźwięczny ton rozbrzmiewa echem po mieszkaniu.
Natomiast kluczyk jest wygładzony przez... No właśnie. Przez czyjąś dłoń, a zapewne dłonie. Kto nakręcał go raz w tygodniu? Kto wprawiał w ruch wahadło? W czyim domu odmierzał szczęśliwe i bolesne chwile? Czyj śmiech i czyje łzy rozbrzmiewają w tej chwili w dostojnym ding, dang, dong?
Napisałam o sobie ale uwierzcie, że jest to równocześnie recenzja (niestandardowa, przyznaję bez bicia) powieści "Sekret zegarmistrza". Bo jeżeli lubicie takie klimaty, wsłuchujecie się w przeszłość, intrygują Was historie rodzinne to ta powieść jest właśnie dla Was.
Co więcej poruszona jest tam również bardzo ważna kwestia, która szczerze mówiąc mnie zaskoczyła. A mianowicie równowaga pomiędzy tym co było a tym co jest. Renata Kosin w niesamowity sposób pokazała jak niebezpieczne może być zatracenie się w przeszłości i lekceważenie teraźniejszości. Nawet przy ogromnym umiłowaniu ten złoty środek, ta równowaga pomiędzy tym co tutaj a tym co tam powinna być jednak zachowana. Ale o tym najlepiej przekonacie się czytając "Sekret zegarmistrza".

A teraz mam dla Was niespodziankę. Kilka słów od samej autorki:

Czas w rzeczach zaklęty

„Są w życiu człowieka sprawy, często te najważniejsze, na które nigdy nie ma właściwego czasu, choć jednocześnie jest na nie zwykle czas najwyższy”.
Tak mówi jedna z bohaterek Sekretu zegarmistrza, gdzie nieustannie przewija się właśnie motyw czasu. Odmierzające go zegary pojawiają się tam nieprzypadkowo, ponieważ towarzyszyły mi przez całe życie – budziły i usypiały lub po prostu były, niemal wszędzie wokół. Przyzwyczajały do miarowości tykania, głośnego wybijania godzin, rozumienia, że czas nie jest równoznaczny jedynie z przemijaniem, ale też przypomina o sprawach ważnych. Zobowiązuje do pamiętania. 
Pamiętać można na wiele różnych sposobów i każdy pewnie ma własny, najlepszy, by nie zapominać. Moim sposobem jest pisanie – wkładanie fragmentów czasu między okładki książek. Daję go moim czytelnikom. Dla siebie gromadzę też inne pamiątki, bardzo różne, cenne dla mnie ze względu na historię, które się z nimi wiążą, osoby, których dotyczą, sprawy o których przypominają. Niektóre z nich ustawiam na półkach, wieszam na ścianach, inne zamykam w pudełkach po butach, szkatułkach, blaszanych puszkach, zapisuję w zeszytach, wklejam do albumów, jeszcze inne chowam tylko w mojej głowie, albo w sercu.
Wierzę, że każdy ma takie pamiątki, które pieczołowicie przechowuje po to, by móc kiedyś komuś o nich opowiedzieć, albo po prostu móc samemu do nich wrócić. Dla nich zatrzymać się na chwilę w czasie, albo na moment zatrzymać ten czas dla siebie po to, by przypomnieć sobie o tym, co w życiu jest najważniejsze.


Zegary w "Sekrecie zegarmistrza", zegary w życiu autorki... A u Was jest, był jakiś przedmiot, coś szczególnego związanego z przeszłością, rodzinną historią, co zapadło Wam w pamięci? A może jest z Wami do dziś? 
To własnie jest pytanie konkursowe. Można wygrać dwa pachnące nowością i przepełnione przeszłością "Sekrety Zegarmistrza". Zwycięskie odpowiedzi wybierzemy wspólnie z Renatą. Na odpowiedzi czekam tydzień. Do 26 lutego do godziny 24:00. 
Przy okazji przypominam o konkursie na blogu Reni i zachęcam do zaglądania do niej, bo ostatnio coraz więcej tam się dzieje. Ogólny adres bloga TU, konkurs TU :)   
     

11 komentarzy:

  1. HISTORIA PEWNEJ BROSZKI

    Historia tej broszki jest związana z niezwykłym człowiekiem. Miał na imię Mieczysław. Był ciepłym, cierpliwym i życzliwym człowiekiem. Najukochańszym mężczyzną w moim życiu. Był moim dziadkiem.

    Całe dzieciństwo Madzi, przerywane pobytami w szpitalu, spędziła z Babcią Elżbietą i Dziadkiem Mieczysławem na wsi pod Krakowem. Nie chciała chodzić do przedszkola, pragnęła cały swój czas spędzać z kochanymi dziadkami, wśród zwierząt i przyrody. To był jej raj na ziemi. Już wtedy w jej małej główce zrodziło się marzenie, aby kiedyś w przyszłości zamieszkać w tym domu (spełniło się, 11 lat temu). W czasie pobytu na wsi, każda chwilę spędzała z Dziadziem Mieciem, była jego cieniem, tam gdzie był on, była ona. Oczywiście były też zajęcia koło domu, w których dla jej bezpieczeństwa, nie mogła uczestniczyć, więc czas ten spędzała z prababcią Anielą, która zaraziła ją krawiectwem. (prababcia obszywała wtedy pół wsi).Żadna jednak chwila spędzona z innymi członkami jej rodziny, nie była tak cenna jak te, spędzone z Dziadziem. Tylko on miał wyłączność i przyzwolenie na usypianie małej Madzi, na opowiadanie jej bajek na dobranoc, na czesanie warkoczyków, na robienie najlepszej na świecie jajecznicy i na wiele innych rzeczy. Mogło by się wydawać, że to zwykłe, prozaiczne sprawy. Ale nie dla Madzi. Nie dla małej dziewczynki, wpatrzonej w dziadka jak w obrazek.

    Pewnego dnia, gdy na pewien czas musiała wrócić do rodzinnego Olkusza, z wizytą przyjechał do niej nie kto inny a właśnie ukochany Dziadzio Miecio i wręczył jej swoją ulubioną, złotą broszkę z jamnikiem. Zawsze miał ją wpiętą w kamizelkę. W dniu odwiedzin posadził Madzię na kolanach, zdjął broszkę z kamizelki i przypiął do jej zielonej sukienki. Wiedział, jak bardzo jej się ona podoba. Jakaż radosna była wtedy ta mała pannica, uszczęśliwiona przez dziadka.

    Po niedługim czasie wróciła do dziadków na wieś. Szczęście i idylla trwały by nadal, gdyby nie tragiczne wydarzenie, które zakończyło szczęśliwe dzieciństwo niespełna 4 letniej dziewczynki. Na oczach małej Madzi nastąpiło przebicie i prąd zabił jej ukochanego Dziadka. Do tego doszła jeszcze zapaść serca. To był koniec. Dziadzio, mimo reanimacji, zmarł w wieku 53 lat. Kolory dzieciństwa z barw tęczy, przeistoczyły się w czarne barwy, z czasem dopiero przybrały barwy popielate .

    I tak jest do dziś. Życie bez dziadka ma kolor popielaty, mimo upływu 35 lat. Po dziś dzień przystaję na chwilę w tym miejscu i myślę o dziadku. Mimo upływu tylu lat.

    Broszkę mam po dziś dzień, tak jak i zegarek dziadka. Są dla mnie niczym relikwie. Są dla mnie BEZCENNE.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pod koniec swojego życia w moim domu zamieszkała babcia Eugenia. Wraz z nią pojawił się półmisek rosyjskiej firmy Kuźniecow. Półmisek należał do mamy moje babci Leokadii. Myślę, że stanowił cześć jej posagu i został zakupiony jeszcze w XIX wieku w Warszawie skąd pochodziła moja prababcia. Sama babcia któregoś razu opowiedziała mi o swojej matce i nie pamiętam tego dokładnie, ale wydaje mi się, że powiedziała mi, że ten półmisek jest dla mnie. Póki co ja jestem panną i z domu się nie wyprowadzam, a półmisek znajduje się w szafce z porcelaną mojej mamy. Nawet nie wie, czy mi by go oddała jakbym ewentualnie wyszła za mąż, ale na pewno bardzo bym chciała mieć półmisek po prababce. Ja z ciekawości sprawdziłam tą firmę i jej porcelanę dostępną obecnie na rynku tak polskim jak i rosyjskim. I stwierdzam, że można dostać Kuźniecowa, ale wszystko to co widziałam to są przeważnie płaskie talerze, a ten półmisek po prababce jest naprawdę duży i na żadnej aukcji internetowej takiego nie widziałam i także dlatego chciałabym aby należał do mnie. No cóż pożywim uwidim.

    OdpowiedzUsuń
  3. Od kiedy pamiętam spotkania u babci wyglądały bardzo podobnie- wszyscy spotykaliśmy się wokół starego dębowego stołu. Ciężki mebel pojawiał się w centrum wielu rodzinnych zdjęć. Ale poza spotkaniami z rodziną kojarzą się też godzinami układane puzzle, rysunki tworzone tymi denerwującymi świecówkami. Smaczne babcine posiłki regulujące rytm dnia- nie istniały godziny, tylko posiłki- przed obiadem, po obiedzie... Pocieszające kakao, które leczyło stłuczone kolano i herbata z sokiem malinowym, którą babcia robiła na złamane serce. To część mojej własnej historii, a sam mebel, jawiący się jako ostoja dziadkowie dostali z okazji ślubu od pradziadków już wtedy stary. Babcia często wspominała, jak jako siedmioletnia dziewczynka kreśliła w nim swoje pierwsze litery, była wojna, a u pradziadków odbywały się tajne komplety. Albo jak w czasie wizyty uciekających Niemców wraz z siostrą ukrywała się za zasłoną długiego obrusu. Stół towarzyszył babci i dziadkowi z trakcie różnych przeprowadzek, gdzie tam ich koleje losu rzucały. A kiedy dziadek odszedł babcia przepłakała przy tym stole niejedną noc martwiąc się nad przyszłością swoją i córek. Niestety przy okazji ostatniej przeprowadzki babci stół postanowiono wyrzucić. Że też mnie wtedy tam nie było! Chętnie bym go zatrzynała...

    OdpowiedzUsuń
  4. To niesamowita hostoria z moja babcia w tle. Babcia dostala od dziadka w prezencie slubnym zegar z piekna wypukla szyba, nigdzie nie bylo takiego drugiego zegara. Stal na honorowym miejscu w domu i wszystkim bardzo sie podobal. Nie byloby w sumie nic niesamowitego w nim gdyby nie to ze zegar stanal kiedy dziadek umarl.... Dokladnie o tej samej godzinie... Mimo ze nikt go nie dotykal bo wszyscy byli w szpitalu szyba pękła.. Prosze sobie wyobrazic ze udalo sie go naprawic dopiero w 30 lat po smierci dziadka...
    Dryga taka rzecz to juz moj spadek po babci, poniewaz babcia umierala prawie 40lat kazdy z nas woedzial co po babci dostanie.... Wujek obraczke, mama krysztalowy wazon, moj brat wszystkie dokumenty a ja obraz z Matka Boska Czestochowska ktory dziadek przywiozl babci w prezencie. Kiedy zmarla moja babcia zjechala sie cala rodzina na pogrzeb, wujek gosciom oowiadal jak ja babci pomagalam w zyciu codziennym. W tym momencie obraz spadl ze sciany. Wszyscy struchleli... Wujek do mnie zadzwonil ze mam juz przychodzic po obraz bo babcia kazala go zabrac. Obraz wisi do dzis nad moim lozkiem i dostanie go kiedys moj syn:-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dla mnie też bardzo ważny jest pewien zegar. Jest to zegar wiszący, wybijający pięknie upływający czas i delikatnie miarowo pracujący zawsze gdzieś obok mnie. Zegar ten to pamiątka po moim ukochanym dziadku, a dla niego jedyna rzecz po jego tacie, którego nie wiele pamiętał. Pradziadek bowiem wybrał się w podroż "za chlebem" do, jak kiedyś zwano, "Hameryki" (teraz nazwalibyśmy w skrócie USA, bo wszystko teraz takie na skróty...)i z tej podróży przywiózł piękny wiszący zegar, zegar sporych rozmiarów, drewniany rzeźbiony kunsztownie. A podróż to była wielotygodniowa, męcząca. Sporo ludzi płynęło za chlebem w czasie powojennym (dokładnie między wojennym)a zmuszały ich do tego warunki i chęć poprawy bytu rodzinie. Z drugiej wyprawy pradziadek nie powrócił. Zmarł nagle, zapewne wycieńczony ciężką pracą fizyczną. Rodziny nie było stać na sprowadzenie zwłok. Pozostał po nim zegar, który był pieczołowicie przechowywany. O zegar dbano i naprawiano gdy zachodziła taka potrzeba. Po dziadku ja przejęłam opieką nad zegarem. Poddany kolejnym naprawom i regulacjom działa nadal i wybija pięknie godziny, towarzyszy mi teraz gdy to piszę. Nie uległam namowom odsprzedania go naprawiającemu go zegarmistrzowi, bo jest dla mnie cenny i nie chcę się go pozbyć. Kiedyś nie mogłam zasnąć bez jego miarowego uspokajającego tykania, teraz już potrafię. Zegar ten jest dla mnie bardzo ważny i dbam o niego. Był on ważny i cenny dla pradziadka, skoro zdecydował się go przywieść do domu, przepłynąć z nim tyle km, choć zapewne wtedy brakowało w domu o wiele więcej. Ważny był także dla mojego dziadka, jako jedyna pamiątka po ojcu. Pozostanie on ważny i dla mnie. Oby odmierzał naszej rodzinie jak najwięcej szczęśliwych godzin.

    OdpowiedzUsuń
  6. Moja mama pochodzi z Podlasia.To tam w jednym z okolicznych pod łomżyńskich lasów jej rodzice postawili mały,drewniany domek.BAbcia,panienka z dobrej ,szlacheckiej rodziny miała czelność zakochać się w zwykłym "prostaku"drwalu.Ona panienka kształcona na pensji,szykowana do tego by "Złapać dobrą partię" i żyć jak ludzie z jej sfery popełniła takie życiowe Foux pas.Mało tego ,uciekła z ukochanym penwgo dnia z pensji i zamieszkała w zwykłej ,chłopskiej chacie byle tylko z ukochanym.Tu byli bardzo szczęśliwi.Pracowali obije bardzo ciężko,wspólnie wychowywali siedmioro dzieci.I nagle w wieku pięćdziesięciu pięciu lat mój dziadek zaczyna walkę ze śmiertelną chorobą.Przegrał.Babcia została sama,ale nie samotna.Były obok niej dzieci i wnuki.Moja babcia nigdy nie wyszła powtórnie za mąż.Zawsze,aż do samej śmierci powtarzała,że kochała raz,przysięgała,że do śmierci i jak miało być tak było!Lata mijały.Babcia odeszła do swojego ukochanego Błażeja,a dom osamotniony podupadał.Wreszcie opuszczony zaczął popadać w ruinę,żadne z dzieci nie chciało mieszkać na odludziu żyjąc wspomnieniami.Wreszcie został sprzedany.Kilka lat temu poprosiłam męża by na naszą trzydziestą rocznicę ślubu zrobił mi prezent.Poprosiłam byśmy pojechali na Podlasie i pooddychali wspomnieniami.Oczywiście pojechaliśmy pod dom moich dziadków.Przygotowany do remontu/chyba/przerażał swoim wyglądem Drewniana konstrukcja,i puste miejsca po oknach i okiennicach.Chlewy z pięknej czerwonej cegły były tylko kupką gruzu.Za furtką prowadzącą do ogrodu ujrzałam loszek-piwniczkę,budowaną rękami mojego dziadka pustą i bez śladów jakiegokolwiek życia.A jeszcze tak niedawno ,właśnie w niej przechowywało się mięso,mleko i inne wiktuały.Weszłam do sadu,a tu jak po wojnie.Drzewa umierają stojąc!Obeszłam całe obejście.Łzy jak groch popłynęły mi z oczu.W pewnym momencie na coś nadepnęłam.Była to sterta jakiegoś gruzu,a z niej wystawały stare drzwiczki z chleba chlebowego mojej babci i piękna ,końska podkowa.Wystawały jakby czekały na kogoś kto je znajdzie.Jakby wiedziały,że bardzo,ale to bardzo chciałam znależć jakikolwiek,nawet najmniejszy ślad życia mojej rodziny w tym gruzowisku.Natychmiast zapakowałam drzwiczki i podkowę do samochodu.Po powrocie poprosiłam małżonka,aby pomógł mi moje znalezisko wyeksponować,zagospodarować i pokazać całemu światu fragment historii mojej rodziny.Na podwórku stanął więc piękny piec zbudowany z polnych kamieni.głównym i najcenniejszym dla mnie elementem są wbudowane w drzwiczki z chlebowego pieca moich dziadków.Na przedpokoju powiesiłam podkowę i sierp/o którym zapomniałam Wam powiedzieć,Sierp dziadka również znalazłam/Teraz gdy siadam w letnie wieczory na podwórku i rozpalam w piecu mam wrażenie,że widzę obok na ławeczce duchy moich dziadków.Siedzą sobie razem,trzymają się za ręce i uśmiechają się radośnie .Wokół unosi się zapach chleba pieczonego na chrzanowych liściach.
    KOchani-to co mam najcenniejsze z przeszłości mojej rodziny to nie złoto i cenne bibeloty.To zwykłe ,podrdzewiałe elementy.Drzwiczki,podkowa i sierp.Ale dla mnie są one cenniejsze niż wszystkie skarby świata.Są dowodem,że moi przodkowie byli,żyli,kochali ,a ja jestem jakimś maleńkim elementem historii mojej rodziny.
    jolunia559@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  7. Książki są zawsze cennymi pamiątkami. Często je kupujemy, zabiegamy o autografy autorów. Po przeczytaniu przez lata spoczywają one na półkach biblioteczek. Udręczone kurzem czekają na kolejnego czytelnika.
    Szczególna książka „Prawidła życia chrześcijańskiego”, w której mój dziadek (ze strony ojca) Walenty Konwiński, rocznik 1876 rozpoczął prowadzenie księgi rodzinnej, zapisywał w niej ważne wydarzenia. Adnotacja o przodkach poprzedza zawarcie związku małżeńskiego z Marianną Froelich – był rok 1904. Imiona i daty urodzin dzieci także daty ich pójścia do szkoły, pierwszej komunii, ślubów, narodzin wnuków, daty zgonów członków rodziny i wybuchu oraz zakończenia dwóch wojen światowych, wszystko odnotowane kaligraficznym pismem znajduje się w tej książce.
    W drugiej części są ogłoszone drukiem różne przestrogi dla katolików. Kilkanaście lat wstecz dokument ten oddałam do introligatorni. Tam fachowcy zabezpieczyli go w taki sposób, że kolejne pokolenia z rodzinnego klanu mogą naocznie stwierdzić to samo co ja: moi przodkowie nie byli analfabetami.
    Ponadto mój pradziadek Maksymilian Froelich ur.1859 r.– ojciec babci Marianny, że był piśmienny pozostawił dowody w postaci protokołów, które sporządzał podczas wiejskich zebrań.
    Zapewne podobne informacje mieli i mają inni z tamtego okresu. Ale czy przechowały się one w księdze podobnej do tej, którą uważam za szczególną pamiątkę albo w postaci protokółów pisanych w XIX wieku?

    OdpowiedzUsuń
  8. ( część II) Niestety, podczas powrotu Rosjanie prawie wszystko jej zabrali, traktując z wielkim upokorzeniem. Pozostał ukryty pierścień - to była ostatnia, najcenniejsza rzecz, jaką dostała od gospodarzy. Przyznam, ze gdy babcia to opowiadała, momentami byłam zaskoczona, nie spodziewałam się np. takiej wielkoduszności ze strony Niemców. Po wielu latach w Polsce, gdy jej troje wnucząt: mąż, jego brat i kuzynka mieli po 18 lat, babcia przetopiła wielki pierścień i zrobiono z niego trzy mniejsze. Wszyscy troje dostali je na pamiątkę od babci. Chłopcom zapowiedziała, by wręczyli je swoim przyszłym żonom. Tak też zrobił mój mąż, a ja otrzymałam delikatny, ażurowy pierścioneczek, z subtelnie wkomponowanymi dwoma niedużymi oczkami. Jest bardzo oryginalny i ogromnie mi się podoba. Noszę go już wiele lat. Jest niezmiernie bliski mojemu sercu, ponieważ przypomina mi babcię Stasię. To jakby cząstka Jej zaklęta w pierścionku. Patrząc na niego widzę jej obraz bardzo wyraźnie i słyszę w myślach jej ciepłe, dźwięczne słowa: dziecinko, kochanieńka, Skarbeńku....zawsze mówiła do mnie tak pieszczotliwie, a w jej określeniach było tyle serdeczności. Kiedy odeszła, poczułam, że opuścił mnie ktoś bardzo, bardzo bliski. I choć nie byłyśmy ze sobą blisko spokrewnione, byłyśmy sobie bliższe, niż czasami osoby z rodziny. Płakałam, że odeszła moja ukochana babcia, osoba naprawdę wyjątkowa.
    Cieszę się jednak, że pozostała mi po niej wspaniała pamiątka, ofiarowana z serca i z myślą o mnie, jako żonie wnuczka, choć wtedy jeszcze nie wiedziała, jaka jestem. Ja uwielbiałam ją, a ona bardzo lubiła mnie, mogę chyba powiedzieć, że ta sympatia była naprawdę wyjątkowa, działała w dwie strony. Dla mnie to była "bratnia dusza", jak dla Ani Diana, a pierścionek jest nie tylko przedmiotem, rzeczą, ale swego rodzaju obserwatorem różnych zdarzeń i dni, skrywającym troski i chwile radości, powiernikiem wspomnień. To dla mnie coś nieocenionego, co przypomina pogodę ducha babci, Jej kruchość, delikatność i dobre słowo dla każdego.
    Pewnego dnia ofiaruję go mojej córci, mam nadzieję, że dla niej też będzie wyjątkowy i że połączy kolejne pokolenia delikatną niteczką wspomnień i miłości.
    Ela

    OdpowiedzUsuń
  9. " To, co najcenniejsze"

    Kiedy przeczytałam o pamiątkach rodzinnych, zrobiło mi się trochę przykro. Pomyślałam, że chyba takich nie mam....ale przypomniałam sobie o pewnym uroczym pierścionku. Powróciły wspomnienia osoby, która była dla mnie bardzo ważna, choć nie była ze mną blisko spokrewniona. To babcia Stasia, ale nie moja, babcia mojego męża. Choć ja zawsze mówiłam: moja babcia.....
    Pierwszy raz spotkałyśmy się, gdy mój mąż postanowił przedstawić mnie swojej rodzinie. Pojechałam, pełna obaw i z dygoczącym sercem, razem z nim do jego rodziców. Miałam ich poznać, a oni mnie. Zupełnie nie spodziewałam się tego, co zastałam. Na miejscu była cała rodzina mojego przyszłego męża, ta najbliższa: rodzice, brat, babcie, dziadek, ciocie....Nie należę do osób śmiałych, więc czułam się ogromnie stremowana. Wszyscy na mnie spoglądali trochę obco, a ja czułam się "nieswojo", mając na sobie ich wzrok. I wtedy jedna z osób do mnie podeszła, uśmiechnęła się promiennie, życzliwie, tak z głębi serca, ujęła moje dłonie i powiedziała: - Witaj, dziecinko! To była najstarsza osoba z rodu, drobniutkiej postury, choć dość wysoka. Babcia Stasia. Delikatne rysy twarzy, lazurowe oczy, pełne miłości i radości życia, energia bijąca z każdego ruchu i słowa, ale też spokój i opanowanie, dystyngowana elegancja. Bardzo polubiłam babcię, a ona mnie. Kiedy się spotykałyśmy, miałyśmy sobie zawsze dużo do powiedzenia. Kochałam ją ogromnie, jak moją prawdziwą babcię. Nie mogłam się doczekać, kiedy znowu ją odwiedzimy. Lubiłyśmy pogawędzić o wszystkim i o niczym. Podczas pierwszej wizyty u rodziców męża dostałam od niego pierścionek. Można pomyśleć: pewnie rodowy, z wielkim kamieniem, ogromny, drogocenny, okazały. Nie, on był inny, oryginalny, a jego historia ......Gdy babcia wyjeżdżała do Polski z Niemiec, od Niemców, gospodarzy, u których babcia pracowała w czasie drugiej wojny światowej, dostała wiele rzeczy. Trudno może w to uwierzyć, ale ci Niemcy bardzo polubili babcię i namawiali, by nie wracała do Polski, tylko została u nich. Babcia jednak zdecydowała inaczej, więc obdarowali ją naprawdę hojnie, ( dali pieniądze, trochę biżuterii, kożuszek), by mogła na początek jakoś przetrwać w Polsce. ( część I)

    OdpowiedzUsuń
  10. Rubinowy pierscionek
    Ten elegancki złoty pierścień ma ogromne znaczenie w naszej rodzinie. Z opowiesci i autopsji wiem,ze byl przekazywany z pokolenia na pokolenie. Nalezal do mojej praprapra babki. Wiem,że może brzmi to jak z jakiejs ksiazkowej opowieści. Ale z niecierpliwoscia czekam az przekaze Go mojej corce :) Uwazam, ze to bardzo wazna pamiatka i zycze kazdemu takiej rzeczy przy ktorej choc na chwile mógłby sie zatrzymac i pomyslec co dana rzecz przezyla i w tym wypadku na czyim byl jeszcze palcu ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Mam sentyment do pozytywek;), ale tak naprawdę dopiero ten konkurs uświadomił mi dlaczego. Dotąd jakoś byłam na to ślepa i głucha;). Tymczasem szczególny przedmiot, o którym chciałabym opowiedzieć to właśnie ...pozytywka;). Pierwszy prezent jaki dostałam, jeszcze jako mały bobas, którego się nosi w beciku;). W dodatku nigdy nie było mi dane poznać Darczyńcy i podziękować, bo zmarł na długo przedtem zanim zaczęłam cokolwiek pojmować. Zatem moja pozytywka ma co najmniej tyle lat co ja ( czyli już całkiem sporo;) ), a bardzo prawdopodobne, że jeszcze więcej, bo jest to chyba przedmiot, który powstał we wczesnych latach powojennych ( choć mój Tato od zawsze podejrzewał, że może jeszcze wcześniej ). Dostałam ją od proboszcza parafii moich Dziadków, człowieka, który podobno był niezwykle dobry i skromny. Skromny, ponieważ nigdy o sobie nie opowiadał i jego parafianie bardzo późno dowiedzieli się, że podczas wojny ratował dzieci Zamojszczyzny skazane na wywózki do obozów. Gdy moja Babcia przy okazji jakiejś parafialnej zbiórki pochwaliła się, że urodziła się jej pierwsza wnuczka, ksiądz dał jej dla mnie pozytywkę w prezencie:). Pamiętam ją od zawsze. Pamiętam jak jako mała dziewczynka prosiłam Tatę, żeby mi ją "nakręcił", żebym mogła posłuchać melodyjki, którą wygrywa. Teraz, po latach, patrzę na nią pisząc te słowa:). To pozytywka ścienna, w formie okrągłego pudełka - obrazka. Na obrazku widać chłopca w stylu Jasia Wędrowniczka;): na plecach niesie wiklinowy kosz z kwiatami, pod pachą targa wielki parasol i wielkimi krokami maszeruje przed siebie;). Niemal słyszę jak gwiżdże pod nosem;)! Aby uruchomić mechanizm trzeba pociągnąć za sznureczek zakończony drewnianą kulką. Jestem świadoma, że moja pozytywka prawdopodobnie nie ma jakiejś wielkiej wartości rzeczowej, ale dla mnie ma ogromną wartość sentymentalną. Od zawsze kojarzy mi się z czymś dobrym:) i tak sobie myślę, że być może zachowała się w niej dobra energia człowieka, od którego ją dostałam:). I dlatego to dla mnie jedna z najcenniejszych pamiątek:)...

    OdpowiedzUsuń