Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Stasiuk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Stasiuk. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 października 2015

Czarodziej Stasiuk i Wino Truskawkowe

Kto podczytuje tego bloga wie, że "Wino Truskawkowe" przewija się od czasu do czasu w moich wpisach. Jestem uzależniona od tego filmu i od Stasiuka. I dlatego miał być wczoraj  wpis o Jaśliskach. Gdy dowiedziałam się, że to tam kręcili "Wino" wiedziałam, że to kolejne miejsce, które muszę wpisać do listy: muszę zobaczyć. I wpisałam. I zobaczyłam. I wczoraj miałam pisać ale... Wyciągnięto mnie z pieleszy domowych na... Chciałabym napisać, że na wino właśnie, ale wina nie było, za to było doborowe towarzystwo i trochę innego alkoholu :) Więc sami rozumiecie, że pisać nie mogłam. I się poprzesuwało. I tak w ramach wprowadzenia Was w klimat Jaślisk (o których będzie na pewno w kolejnym poście:)) kilka słów o "Winie". Nakręcono je na podstawie "Opowieści Galicyjskich" Stasiuka.  Uparcie  piszę, o tym filmie, bo mam nadzieję, że w końcu ten kto się jeszcze nie skusił obejrzy. W  "Winie truskawkowym" powieść snuta przez bohaterów to zaledwie część filmu. Tam historię opowiada również muzyka, krajobraz - melancholijny, tęskniący Beskid Niski. To trochę taka baśń mocno osadzona w świecie, który istnieje tu i teraz. Baśń, która spokojnie mogła się wydarzyć i każdy z nas mógłby stać się jej bohaterem. Dlatego tak spokojnie i naturalnie przyjmuje się wszystko co tam się wydarza. Nawet pokutujący duch snujący się po miasteczku nie dziwi. Wręcz trudno sobie wyobrazić by go tam miało nie być. To jedna z najpiękniejszych opowieści o miłości, śmierci i tęsknocie. Jednym słowem  o życiu.


Właściwie mogę podpisać się pod słowami reżysera Dariusza Jabłońskiego:

"To, co w "Opowieściach galicyjskich" mnie zafascynowało, to są postaci. Postaci, które mają niezwykłe losy, w obliczu tragedii zachowują godność, a ich filozofia życiowa pozwala im przetrwać życiowe burze. Ci ludzie żyją na ziemi, która oprócz swojego niespotykanego piękna kryje w sobie mnóstwo dramatów, o czym najlepiej świadczą rozsiane wszędzie krzyże i cmentarze - tu polski, tam łemkowski, austriacki, żydowski... Niektórzy tę ziemię nazywają Małymi Bałkanami"

A na koniec dialog bohaterów :) Przy wigilijnym stole gaśnie światło:

"- A trzydzieści lat temu w Żłobiskach to w ogóle nie było światła i ludzie więcej widzieli.
- Coś ty, żeby przy święcie nie przekląć, bez sensu gadasz.
- Widzieli! Moja babka na przykład. Codziennie coś widziała...
- Niby co?
- No, eh, różne takie... A ty w to nie wierzysz? To są rzeczy niepojęte iii muszą to takie widocznie być, bo jakby było inaczej to... To by ich w ogóle nie było. Moja babka to się na tym znała, w biały dzień widziała czego inni ciemną nocą. A potem założyli elektryczność i przestała widzieć."

Piękne prawda?

czwartek, 8 października 2015

No więc Dukla...

Dukielski rynek (zdjęcie STĄD)
No więc Dukla... Przez moment zachodzę w głowę jakim cudem jeżdżąc tam tyle lat, rok po roku tak wielu pobliskich rzeczy nie widziałam. A jednak po zastanowieniu już się nie dziwię. Wtedy nie trzeba mi było niczego więcej. Starczało to co było najbliżej. Codziennie chodziło się w góry. Tak po prostu. Nie myślało się nad sensownością. Nie trzeba było mieć konkretnego szczytu do zdobycia, miejsca do zobaczenia. Zwyczajnie chciało się wejść wyżej i wyżej, żeby pobrodzić w pachnących zielenią trawach. Były takie miejsca gdzie wystarczyło w tej zieloności zanurkować i wpadało się w czerwień i oszałamiający zapach poziomek. Wieczorami cykały świerszcze, pieczone w ognisku ziemniaki parzyły palce zmrok pachniał beskidzkim latem. Czasem wybieraliśmy się do Pustelni Świętego Jana. I to już była wielka wyprawa. Najpierw podróż rozklekotanym autobusem, potem droga poboczem szosy a dopiero później wspinaczka w górę. Po to by obmyć się chłodną cudowną wodą. Ta woda na twarzy, przeciekająca przez palce to było jak dotknięcie magii, posmakowanie baśni. Miała przecież uleczać. Czary w postaci migoczących kropli ściekających po brodzie. Magia w stanie ciekłym. Coś w tym widać jest bo w tym roku nasz syn też się nie mógł od niej oderwać. Kilka razy wracał do źródełka i nabierał ją w ręce. Pił małymi łyczkami. Słuchał opowieści o swoim dziadku, który też tu przychodził. Tak jak potem ja a teraz on... Pokazałam mu w domu zdjęcia. Czarno białe migawki dawnego życia. Mój tata a jego dziadek w pustelni świętego Jana. Ze stareńkim pustelnikiem z długą siwą brodą. Pamięć płata mi figla,bo mam wrażenie, że i ja tego pustelnika widziałam. Ale to niemożliwe. Tata z mamą na zdjęciach są jeszcze tacy młodzi a pustelnik stary. Mnie w ogóle jeszcze nie ma. Nie mam prawa wiedzieć o jego istnieniu. Pewnie żyje we mnie odbitka tego zdjęcia oglądanego od wczesnego dzieciństwa. I mam nadzieję, że udało mi się uprząść tę nić pamięci dalej, podać nieprzerwaną Tyśkowi. Że być może kiedyś on zabierze tam swoje dzieci i opowie im o ich pradziadku, babci i dziadku, którzy tak jak oni w tej chwili, której jeszcze nie ma, której mój synek nawet nie przeczuwa, pili tutaj cudowną wodę... Tak chyba właśnie tworzy się pamięć pokoleń.
No więc Dukla. I zachwyt gdy po raz pierwszy obejrzałam "Wino Truskawkowe". Zanim jeszcze pojawiła się tam wzmianka o dobrze mi znanym końcu świata wiedziałam, że film opowiada o tych miejscach, które na zawsze wyżłobiły ścieżki w mojej pamięci. Wszystko tam było takie moje, tak dobrze znane tak prawdziwie nieuchwytne. I budzące ogromną tęsknotę. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to charakterystyczne dla Andrzeja Stasiuka. Opowiadając o tym co mu w duszy zagrało, melancholijnie zanuciło sprawia, że i my za jego przewodnictwem odkrywamy swoje własne pieśni. Nasze prywatne fado*. Już sam początek książki o tym samym tytule wywołuje dreszcz oczekiwania:

„Najlepsza jest noc w obcym kraju. O zmierzchu porzuca się jakąś okolicę, ponieważ okazała się beznadziejnie nudna, i rusza, powiedzmy, prosto na południe. Ciemność spada na równiny, zakrywa ich smutek i o dziesiątej wieczór jedzie się już przez czystą, czarną przestrzeń. Można wyobrażać sobie różne rzeczy, można odgadywać zarysy niewidzialnego pejzażu, pola, sady, miasta z białego kamienia (...), ale koniec końców zdaje się to psu na budę, bo zostajemy sam na sam z przestrzenią, która jest najstarsza ze wszystkich rzeczy.”

Tak zaczyna się podróż. Nie tylko ta realna ale też ta najbardziej osobista: ruszamy w głąb samych siebie. I już nie ma dokąd uciec, nie ma wyboru. Trzeba spojrzeć prosto w serce. I pozwolić sobie zatęsknić.
Spróbujcie. Przeczytajcie "Fado" Stasiuka albo obejrzyjcie "Wino Truskawkowe" nakręcone na podstawie jego "Opowieści Galicyjskich. Jedno i drugie powoduje nawrót pamięci, potrzebę przeszłości. Nawrót wspomnień. Zobaczycie co tym zyskacie. Ja otrzymałam miejsce, którego przedtem nie znałam.
Jaśliska...
Ciąg dalszy nastąpi :)

*Fado to melancholijna, nostalgiczna portugalska pieśń.

Zdjęcie tylko chwilowo dodane. Dysk z naszymi fotkami został w pracy :) Niedługo zamieszczę nasze własne.