Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o mnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o mnie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 czerwca 2019

A gdzie ten murek, gdzie jezioro?

Stała tuż przy cmentarnym murku
porośniętym gdzieniegdzie mchem
a przed nią rozciągała się panorama jeziora tonącego
w blasku zachodzącego słońca.
Różowozłote pasma kładły się na wodzie, migocząc i drżąc zwodniczo. 
Po ostatnim wpisie i tutaj i na mailu i na fb pojawiły się pytania dotyczące murku, na którym siedzę. I ja już wiem, o co Wam moi kochani chodzi. Otóż znacie mnie jak własną kieszeń i zapewne w duchu zadajecie sobie pytanie, czy z "Antolką" będzie tak jak z Malowniczym, że gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie... I właśnie złapałam się na tym, że nucę:

Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie 
Świat, w którym baśń ta dzieje się, 
Maleńka pszczółka mieszka w nim 
Co wieść chce wśród owadów prym. 

Tę pszczółkę, którą tu widzicie, zowią Mają, 
Wszyscy Maję znają i kochają. 
Maja fruwa tu i tam 
Świat swój pokazując nam. (...) 

Myślicie, że skoro mi się pokojarzyło  właśnie z tym to jestem potwornie stara?  Dziś chyba już mało kto pamięta starą, dobrą Maję i Gucia i pajęczycę Teklę ... Oho, no i odpłynęłam, ale już wracam na właściwy kurs, czyli do Antolki i murku i Janka i zachodu słońca w Kalu... I tutaj właśnie mamy odpowiedź. Murek istnieje (dowód na zdjęciu) 

a w powieści wszystkie miejsca, w których będzie Antolka będą autentyczne, wymienione i całkowicie do zlokalizowania.
Tak żeby Wam przybliżyć klimat powieści wstawiam zdjęcia :) Możecie zerknąć na to, co widziała Antolka.

A poniżej mały fragment, ten jest trochę nostalgiczny, ale nie dajcie się zwieść. Antolka nie jest panienką, która zbyt często popada w taki nastrój, ale tym razem jej się zdarzyło :) 

Buziaki dla Was kochani!

A właśnie okładka Antolki pojawi się trzeciego lipca :) Czyli już nie licząc dzisiejszego, za osiem dni :) 



Z "Pięknego Brzegu" wracali na jacht krętą, wąską ścieżką, z obu stron malowniczo przyozdobioną kwitnącymi dzikimi różami i głogami, które jeszcze gdzieniegdzie pomiędzy liście wplatały ostatnie płatki kwiatów.
- Pięknie tutaj. – Antolka przystanęła i rozejrzała się dookoła. – Zobacz, ile tu rośnie zdziczałych jabłonek! Szkoda, że już przekwitły! 

- A jakie dają jabłka! Tego się nie da opisać. Słodycz nagrzana słońcem i smakująca wspomnieniem lata. –  Uśmiechnął się Janek. – Właściwie chciałbym tu wrócić jesienią i znów zobaczyć jabłonki pochylone pod ciężarem owoców, głóg, który tak pięknie odznacza się purpurą na tle ciemnozielonych liści. Bo teraz ta zieleń jest jeszcze młoda, niepoważna a później, we wrześniu, październiku staje się głębsza, dojrzalsza. Ale to chyba nie jest w dobrym tonie podczas wiosny tak jawnie tęsknić za jesienią. – Roześmiał się. – Lepiej skupić się na tym, co jest tu i teraz. Chodź, pójdziemy kawałek pod górę, pokażę ci coś naprawdę wyjątkowego. – Uśmiechnął się i jak gdyby nigdy nic, wziął ją za rękę. 
To tylko zwykły, miły gest – przekonywała sama siebie, usiłując nie zwracać uwagi na bijące w oszalałym tempie serce. Pewnie robi tak z każdą dziewczyną, którą tutaj zabiera. Ot tak po prostu, zamyka jej dłoń w swojej ręce, żeby im się przyjemniej szło. No i rzeczywiście jest miło… Ale czy jakoś nadzwyczajnie? Usiłując nie dać się ponieść wyobraźni, zajęta swoimi myślami, z oczami wbitymi w ziemię, nie zauważyła, że doszli na szczyt wzgórza.


- Chciałem, żebyśmy dotarli tu tuż przed zachodem słońca, i się udało. To magiczne miejsce, jedno z moich ulubionych – powiedział, podprowadzając ją do kamiennego muru, za którym rozciągał się stary cmentarz wojenny. 
Dookoła niego zasadzono sosny, które zupełnie nie przypominały Antolce tych mazowieckich, długich i strzelistych. Te były niższe, bardziej rozgałęzione, sprawiały wrażenie, jakby wcale im nie zależało na tym, by piąć się do słońca, raczej skupiły się, żeby otulić swoimi pochylonymi ramionami śpiących snem wiecznym wojaków.
- Leżą tu żołnierze wrogich armii – powiedział cicho Janek. – Niemcy, Rosjanie. Jak popatrzysz na nagrobki uważnie, to zobaczysz też i polskie nazwiska. Kiedyś zastanawiałem się, czy teraz, gdy już wreszcie wszystko skończone, umieją dogadać się między sobą.



- Mnie się wydaje, że się całkiem nieźle dogadują – szepnęła nagle wzruszona Antolka, podchodząc do ogromnego, drewnianego krzyża. – Tu jest taki głęboki spokój, taka cisza pełna znaczeń, że inaczej być nie może. To się czuje w powietrzu, że oni już nie są na wojnie, że im tam gdzieś, gdzie teraz są, jest dobrze i spokojnie. Pewnie siedzą na drewnianych ławeczkach, stojących pod bielonymi ścianami domów, i opowiadają swoje wojenne dzieje dzieciom, których nie zdążyli mieć. I nie pozwalają swoim synom nawet myśleć o wojnie. Palą fajki, a wieczorami piją koniak dla kurażu… – Zamilkła, nagle zawstydzona tym, że głośno wypowiedziała to wszystko co w tej chwili ją przepełniało. 


Zerknęła spod oka na Janka, ale w jego twarzy nie było niczego, czego się obawiała. Ani śladu kpiny czy zdziwienia. Za to oczy miał pełne ciepła i zrozumienia. I właśnie w tym momencie dotarło do niej, że oto zupełnie nieoczekiwanie spotkała kogoś, kto po prostu ją rozwiązał jak krzyżówkę, i to mimo tego, że miała tak potwornie trudne hasła. Przed Jankiem nie musiała niczego udawać. Wystarczyło, że jest taka, jaka jest. Ot, po prostu, zwyczajnie. 
- Chodź, bo to jeszcze nie koniec, to jest jedno z tych miejsc, których nie można pominąć, będąc na Mazurach, nie tylko ze względu na to wszystko. – Janek znacząco powiódł wzrokiem wokół siebie, jeszcze mocniej ujął jej dłoń i pociągnął za sobą w stronę murku. – Zamknij oczy i otwórz dopiero, jak powiem. Jeszcze moment, zrób krok, no nie bój się, przecież cię trzymam i nie puszczę. – W jego głosie słychać było czułość i pewność. – Teraz spójrz! – Antolka otworzyła oczy i znieruchomiała.
Stała tuż przy cmentarnym murku porośniętym gdzieniegdzie mchem a przed nią rozciągała się panorama jeziora tonącego w blasku zachodzącego słońca. Różowozłote pasma kładły się na wodzie, migocząc i drżąc zwodniczo. 

poniedziałek, 17 września 2018

O najnowszej powieści, która już wygląda zza rogu

Naprawdę wygląda, troszkę ukradkiem i nieśmiało ale już niebawem objawi się w pełnej krasie :) A już teraz mogę Wam powiedzieć, że to powieść niespodzianka i mam nadzieję, że duża część z Was ucieszy się widząc okładkę (jeszcze chwilkę trzeba na nią poczekać).  To powieść oparta na prawdziwej historii i podczas czytania niejednemu z Was (a przynajmniej mam taką nadzieję) zakręcą się w oczach łzy. To opowieść niosąca nadzieję ale taką opartą na przekonaniu, że o marzenia trzeba zawalczyć. O tym, że czasem trzeba zaryzykować i postawić wszystko na jedną kartę. O miłości, tęsknocie i nadziei. I o wielu, wielu innych ważnych sprawach. I tak to jest gdy chciałoby się powiedzieć więcej a jeszcze nie można :) Dodatkowo jest jeszcze jedna sprawa, o której też jeszcze nie mogę otwarcie mówić, ale poza najnowszą powieścią, będzie jeszcze jedna duża niespodzianka. Muszę Wam powiedzieć, że ja już ją częściowo widziałam i nieskromnie powiem, że jest prześliczna. I naprawdę z niecierpliwości aż przytupuje i nie mogę się doczekać aż dostanę zielone światło by podzielić się z Wami tym wszystkim zupełnie otwarcie, bez kluczenia. 
Ale  żeby jakoś osłodzić sobie i Wam czas oczekiwania na konkrety przez kilkanaście najbliższych dni będę w zawoalowany sposób przybliżała bohaterów najnowszej powieści :) Dziś poznajcie proszę Adę i zajrzyjcie do napisanego przez nią listu:

Kochany panie Bogu, mama mówi, że cię nie ma, a nawet gdybyś był, to i tak nie masz czasu na słuchanie marudnych bachorów. Ale jest już choinka i pani Dusia, podobno ją znasz, bo ona mówi, że zna ciebie, ciekawe prawda, że jak ktoś kogoś zna, to ten drugi ktoś też zna tego pierwszego… I znowu gadam, to moja największa wada to mówienie. Więc pani Dusia powiedziała mi, żebym napisała list do świętego Mikołaja, bo to on przecież przynosi prezenty. Tylko że ja nie mogę do niego pisać. On po prostu nie da rady. A to przecież twoje narodzenie, kochany Bogu, to lepiej napisać od razu do ciebie. To tak:
Kochany Bogu, proszę cię o trzy rzeczy: żeby ktoś mnie pokochał i żebym tak bardzo się nie bała, gdy jestem sama w nocy, i żeby mamusia mnie przytuliła. Chociaż raz. I jeszcze, tak dodatkowo, gdyby się dało, żeby tatuś żył. Chociaż to podobno za trudne nawet dla ciebie. Twoja Ada.


niedziela, 21 stycznia 2018

Jak to jest gdy jest się gapą czyli a miało być tak pięknie

zdjęcie nie nasze ale wiecie, zgodnie stwierdziliśmy,
że przecież mogłoby być :)
Ferie zaplanowaliśmy już jakiś czas temu. Wiedzieliśmy, że chcemy pobyć razem (w okrojonym składzie, bo Zuza ma sesję więc nie dało jej się wyrwać z bezlitosnych szponów nauki), poczytać, pospacerować, spędzać czas tak jak nam się zapragnie... Bez stresu i bez gnania. I wymarzył mi się śnieg. Bo jakoś tak nagle zaczęłam mieć dość tego przedwiośnia, które panowało u nas za oknami. I jeszcze żeby trochę prześlicznych zdjęć przywieźć - marzyłam. Takich zimowych i z ptakami, sarnami, soplami zwisającymi z dachów, szronem na gałęziach drzew... Kuba (mąż mój osobisty) marzył o tym samym. To jest dopiero szczęście mieć takiego męża, który nawet w sferze marzeń jest zgodny. I w związku z tym, nadal zgodnie, zakupiliśmy do naszego aparatu obiektyw. Taki co to miał nam zbliżać te wszystkie cuda natury, których zamierzaliśmy doświadczać, podglądać i szukać. Dostatecznie wcześnie zakupiliśmy żeby nie było problemu z odebraniem. Wypróbowaliśmy jeszcze w domu na kawkach siedzących na sąsiednim bloku, na gołębiu grzywaczu, który się raczył raz pokazać i zasiąść na drzewie widocznym z naszego okna. Fotografie wychodziły świetne. Tysiek zaczął (zgodnie rzecz jasna) podzielać nasze podekscytowanie potencjalnymi zdjęciami. Widać zgodność też bywa dziedziczna. I wszystko było pięknie. Nawet jeden dzień opóźnienia nie zepsuł nam  radości z zaplanowanej eskapady. Nadal byliśmy zgodni, że będzie pięknie. W końcu zapakowaliśmy walizki, potem siebie do auta i pojechaliśmy. Na nasze bezdroża, nasz wymarzony mazurski koniec świata. W połowie drogi zaczął sypać śnieg. Cudownie - ucieszyliśmy się w miarę zgodnie, bo Kuba tym razem przejawił nieco mniejszy entuzjazm, bo ślisko się zaczęło robić na drodze.  W pewnym momencie tak nas bujnęło, że nasza Maryśka (nasze auto, właśnie chyba Wam jeszcze nie mówiłam, że zakończyła się era męskiego samochodowego panowania, dla niewtajemniczonych do tej pory mieliśmy Edmunda, Floriana i Juliusza. W związku z tym, że z Juliusza wyszła niezła gadzina, która w kółko się psuła, teraz nasze auto nazywa się Maryśka i jeszcze ani razu nie sprawiło nam kłopotu :))  zatańczyła i zaczęła tracić panowanie nad kuprem, który niepokojąco gonił przód. Zatchnęło mnie z lekkiego przerażenia. Na całe szczęście z naprzeciwka nic nie jechało i udało nam się przywołać Mańkę do porządku. Plus z tego był taki, że jak ręką odjął przeszła mi ochota na spanie i do końca podróży byłam żwawa niczym skowronek, który poczuł pierwsze promienie słońca. Ale nie wybiegajmy naprzód. Na razie jesteśmy w połowie drogi. I właśnie jakoś tak zaraz po tym, jak Maryśka zapragnęła uprawiać łyżwiarstwo oponowe mignęła mi w głowie niepokojąca myśl. Rozejrzałam się wokół siebie, spojrzałam pod nogi, zajrzałam do schowka. I wypowiedziałam na głos to co mnie zaniepokoiło, jedno małe słowo: aparat!
Przez moment w aucie panowała cisza a potem zgodnie (a jakże) jęknęliśmy z rozpaczą. Aparat bowiem został na regale, na półce z książkami.
I co się później wydarzyło? Ano to co zwykle w takich sytuacjach ma miejsce. Nie mieliśmy aparatu a więc od samego rana za oknami naszego pensjonatu odbywały się szydercze przemarsze najróżniejszych okazów, które moglibyśmy uwiecznić ku naszej radości i pamięci potomności. Ledwo z nostalgią pomyślałam o gilach a tu proszę bardzo, jak za potrząśnięciem czarodziejskiej różdżki całe stada z czerwonymi brzuszkami obsiadły drzewa. Dzięcioły dosłownie paradowały tuż pod naszymi nosami. Jakbyśmy mieli aparat to zapewne dziadygi w ogóle by się nie pojawiły. Sarny? Ależ proszę bardzo, miałam je w ilościach hurtowych, specjalnie na tę okazję wyszkolone, bo nawet nie uciekały i stały na poboczach i mrugały do mnie ciemnymi oczyskami. Mało mi było? To proszę bardzo dostałam jeszcze w prezencie dwa łosie... No dobra właściwie to ich zady, bo reszta ginęła w gęstwinie, ale że łoś zad ma potężny to te dwa działały na wyobraźnię i dawały przedsmak tego co jest z przodu i co na pewno naszym cudownym obiektywem można by było zbliżyć. O topolach całych porośniętych jemiołą i brzozach, których gałązki migotały srebrzystym szronem nie wspomnę.
Ale powiem Wam, że tak czy siak pięknie jest :) Jest bo wyjeżdżamy jutro więc chwilo trwaj jak najdłużej. Wracam bez zdjęć ale z obrazami zapisanymi w pamięci i z genialnym wątkiem do książki, który absolutnie nie pojawiłby się gdyby mnie tutaj nie przywiało. I śnieg był i łosie były i ptaki i długie spokojne wieczory. Dobrze, że można takie obrazy zachować w kadrach pamięci :) Choć łosi żałuję, to by były najładniejsze zady jakie do tej pory sfotografowałam :)
Buziaki dla Was kochani i spokojnej i dobrej nocy i cudownych kolejnych dni.   

sobota, 16 grudnia 2017

Dziś będę przede wszystkim...

Puk, puk! Ktoś tu do mnie zagląda? Jeżeli zerka, bo czeka na orzeczenie Szanownego Jury, to jeszcze musi uzbroić się w cierpliwość. Dziewczyny wprawdzie ogłosiły już werdykt (więc ja wiem i one wiedzą:)) ale na oficjalny post poczekajcie do jutra :) bo ja dziś zamierzam być przede wszystkim mamą :) Umówiłam się z mężem i synem i wyruszamy najpierw na zakupy i to takie poważne, bo Tysiek, który już od dwóch lat wątpił w istnienie Mikołaja (nie rozumiem dlaczego, bo ja wciąż w niego wierzę :)) w tym roku nabrał pewności i postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. W związku z tym wyruszamy po prezenta! Bo trzeba pomóc wybrać coś dla siostry, dla jej Kubusia, dla taty, który ma wtedy zniknąć w jakimś innym miejscu i zapewne dla mnie (i wtedy ja zniknę :)) i jeszcze dla paru osób. A później pospacerujemy po Warszawskim Starym Mieście, wypijemy gorącą czekoladę. Lubię być żoną i mamą :) A do Was mam ogromną prośbę. Zostawicie mi w komentarzu znak sygnał, kto mnie odwiedza? Część z Was często się odzywa, ale część to dla mnie zagadka. Przedstawicie mi się? Jestem Was ogromnie ciekawa. Tak po prostu po ludzku :) Wystarczą dosłownie dwa słowa :)
Buziaki!

sobota, 6 sierpnia 2016

O tym, że chciałabym zaprzyjaźnić się z Lucy Maud Montgomery i o tym, że skończyłam :)


Podczytuję dziennik Lucy Maud Montgomery. I utwierdzam się w przekonaniu, że to była wspaniała i wrażliwa kobieta. I zapewne byłaby cudowną przyjaciółką. Poza tym wiele nas łączy. Na przykład to pisanie w upale :) Też miałam wrażenie, że na moim uroczym poddaszu wyzionę ducha. Mogłabym się założyć, że mój mózg przybierał momentami postać płynną. A przypomnę, że pisałam ni mniej ni więcej opowieść bożonarodzeniową :) Skończyłam i mam nadzieję, że jednak część moich szarych komórek ocalała i nie wszystkie wyparowały :) Powieść jak zwykle nieco mnie zaskoczyła. Bo co innego planowałam a co innego wyszło. Jest o miłości. Takiej szeroko rozumianej. O wybaczeniu i szukaniu szczęścia. O cudach, które tak naprawdę są na wyciągnięcie ręki. I o miłości... Tak wiem, że już o tym wspominałam, ale w tej książce jest jej dużo. I jest też taka klasyczna. Cud odnalezienia. I o tym czym tak naprawdę powinno być Boże Narodzenie. I o pustym miejscu przy stole i zbłąkanym wędrowcu i tęsknocie i dziewczynce bez zapałek i... Mogłabym tak długo ale przecież już niedługo sami się przekonacie.
A teraz powróćmy do Lucy. Mały fragment a jak wiele o niej mówi. Też czujecie, że moglibyście się z nią zaprzyjaźnić?

23 sierpnia 1901
(...) Całe lato spędziłam pracowicie i nienagannie. Pisałam opowiadania i listy, czytałam powieści, dzieła historyczne i encyklopedie, i sumiennie uczęszczałam do kościoła. Zbierałam jagody, zajmowałam się kobiecymi robótkami i fotografią, piekłam ciasta i przyrządzałam puddingi, chodziłam z wizytą i przyjmowałam wizyty. Przygrywałam do tańca i tańczyłam gdy inni grali. Śmiałam się i płakałam, popadałam w radosne uniesienie i jęczałam z rozpaczy - i jestem tym wszystkim zmęczona, zmęczona, zmęczona. Chciałabym usnąć "na wiek lub dwa". Ale to byłaby, mimo wszystko, rozrzutność. Osiem godzin snu wystarczy w zupełności - i obudzę się rano w pełni sił, gotowa do wyścigu.
A moje zajęcia? Pisanie listów? Cóż, piszę je. Nie potrafię się powstrzymać., chociaż w wielu wypadkach, wolałabym tego uniknąć - po cóż bowiem pisać listy, jeśli nie wkłada się w nie ani odrobiny serca? Albo czytać je z taką samą obojętnością?
Są listy, które bardzo lubię pisać. Mam w nich wiele do powiedzenia, a pióro sunie gładko po papierze, wyrażając moje myśli i tworząc epistołę, której nie wstydzę się podpisać własnym imieniem. Ale są również listy, które wstydzę się podpisywać, z uwagi na ich bezmyślność. Nienawidzę pisania podobnych i wyduszam je z siebie machinalnie, odpisując ludziom, z którymi przestałam już mieć cokolwiek wspólnego,lecz nie chciałabym całkowicie zrywać znajomości.
A kościół? Czasami pytam sama siebie, dlaczego mimo wszystko, uczęszczam na nabożeństwa tak regularnie. Cóż, przyczyn jest bardzo wiele, niektóre nader szlachetne, inne błahe i wstydliwe. Tak po prostu wypada - to jedna z błahych przyczyn - i gdybym nie chodziła do kościoła napiętnowano by mnie jako czarną owcę. Ponadto w naszej cichej, spokojnej okolicy kościół jest istotnie jedynym miejscem spotkań towarzyskich, i to regularnych. Wychodzimy z domu, spotkamy znajomych i przewietrzamy odświętne stroje, które w innym przypadku byłyby zdane na łaskę moli i wilgoci.
O, cóż to za żałosne uzasadnienia! Znajdźmy lepsze!
Chodzę do kościoła ponieważ sądzę, że dobrze jest w pewnych chwilach odciąć się od świata i spojrzeć memu duchowemu ja prosto w oczy. Myślę, że należy wszędzie szukać prawdy, nawet jeżeli nigdy jej nie w pełni nie odkryję; a ponadto kościół i msza dobrze na mnie wpływają i wydobywają na powierzchnię to, co najlepsze - wspomnienia dawnych dni, przyjaciół, dziecięce dążenia do piękna i świętości. Wszystko to powraca jak krople duchowego błogosławieństwa - i dlatego chodzę do kościoła.

mapa Avonlea

A prócz tego czytam - o, to mój stary, niezawodny klucz do krainy czarów! Czytam powieści - niektóre są tak zachwycające, że nie usnę póki ich nie skończę. Przysuwam stół do łóżka, okładam się poduszkami i śledzę przygody bohaterów do samego końca, po czym wracam raptownie do rzeczywistego świata i uświadamiam sobie, że nafta już się dopala, bolą mnie oczy i jestem bardzo senna.
Nie czytam jednak wyłącznie beletrystyki. Rozkoszuję się książkami historycznymi i biografami, a także encyklopedią, której dwa lub trzy tomy wypożyczam raz w miesiącu i wertuję w poszukiwaniu rozmaitych informacji. Gdy łaknę słowa pisanego, nawet cała encyklopedia jest lepsza niż nic!
A gdy mowa o moim własnym pisaniu, trudziłam się w pocie czoła przez całe lato i wyciskałam z siebie opowiadania i wiersze w dni tak upalne, że obawiam się, iż mój kręgosłup zupełnie się roztopi, a szare komórki wyparują bezpowrotnie. Ale kocham tę pracę! Kocham wymyślanie fabuł i przesiadywanie przy oknie, gdy moje ulotne fantazje przybierają poetycką formę. Tego lata wiodło mi się dobrze i mogę dopisać do mojej listy kilka nowych czasopism. Każde ma inny charakter i muszę się dostosować do ich odrębnych  wymagań. Piszę mnóstwo opowiadań dla młodzieży. Lubię to, ale wolałabym nie wplatać morałów we wszystkie historie. Nikt jednak nie kupi opowiadania bez morału. A ja chciałabym napisać - a także przeczytać, choć raz - jakąś pyszną, wesołą opowiastkę, napisaną zgodnie z zasadą "sztuka dla sztuki" - a raczej "zabawa dla samej zabawy" - bez morału, dorzuconego podstępnie, niczym łyżka konfitury. Lecz redaktorzy, dbający o "młodego czytelnika", traktują siebie nazbyt poważnie i uważają, że morał jest niezbędny - w jego węższym bądź szerszym znaczeniu, co już zależy od charakteru danego czasopisma.
W przyszłym miesiącu wybieram się do Halifaksu na Wystawę. Czuję, że przyda mi się krótki wypoczynek przed nadchodzącą zimą.


A to Ania i Gilbert. UWIELBIAM!!!


wtorek, 17 listopada 2015

Madeleine Michałowi czy Michał Magdzie?


No właśnie kto komu i co zrobił? Jak myślicie, co uczyniłam z Michałem
i Magdą i ich wymarzonym czasem? I które z nich słucha tej piosenki a na koniec ze złością... I co będzie dalej? Może mnie nie zabijecie :) U Madeleine i Michała sporo się będzie działo.
A to piosenka którą któreś z nich słucha :)


Swoją drogą uwielbiam Bajora :)

wtorek, 3 listopada 2015

Kilka słów o Sezonie na cuda, Leośce, o mnie, o planach...

Dzisiaj dostałam bardzo krótkiego maila. Przytaczam:
A co u Pani tak w ogóle słychać? I co z "Sezonem na cuda"? "Uroczysko" już przeczytałam. A "Sezonu" nigdzie nie mogę dostać.
Lilka.
Niektórzy z Was już pewnie czytali "Sezon". Dla tych, którzy o nim nie słyszeli spieszę z informacją, że to druga część "Uroczyska".
Wyczekiwany powrót do malowniczego Uroczyska. Ciepła opowieść o miłości i walce z samotnością. Maja zadomowiła się na dobre w Malowniczym - urokliwym miasteczku w Sudetach, gdzie uciekła z hałaśliwego miasta od przeszłości i byłego męża. Prowadzi pensjonat i żyje niespiesznym rytmem miejscowości, którą ponoć pod swoje skrzydła wziął jeden z aniołów. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia....
Taka notka widnieje z tyłu książki, która w tej chwili jest już nie do zdobycia. Wiem o tym i mam dwie wiadomości. Jedną dobrą, drugą no nie złą ale powiedzmy średnią. Zaczynam od dobrej: wznowienie będzie. Ta gorsza jest taka, że trzeba jeszcze uzbroić się w cierpliwość. Jedyne co mogę obiecać, to to, że w przyszłym roku "Sezon na cuda" w nowym, pięknym wydaniu trafi w wasze i moje ręce. Szczerze mówiąc też nie mogę się tego doczekać. I ciekawa jestem szaty graficznej, bo ta pierwsza nie bardzo mi się podoba.
"Sezon na cuda" jest dla mnie bardzo ważną książką. Właśnie w tej powieści po raz pierwszy pojawiła się Leontyna. Wtedy jeszcze w ogóle nic o niej nie wiedziałam.  Nie miałam wobec niej szerszych planów. Za to ona miała plany co do mnie. Musiałam wprawdzie poczekać kilka lat zanim starsza pani zechciała opowiedzieć mi o sobie coś więcej. Ale się doczekałam. "Tajemnica bzów" to własnie rezultat jej podszeptów, jej stałej obecności. Brzmi dziwnie? Trochę tak:) Ale cieszę się, że nie od razu zabrałam się za pisanie o Leośce. Przydały mi się te lata. Nauczyłam się sporo i myślę, że wtedy nie umiałabym tak opowiedzieć o losach Leontyny i jej rodziny. Więc jednym słowem, dobrze, że starsza pani zwlekała tak długo z odsłonięciem swojej przeszłości. Gdyby ktoś czytający niniejsze słowa zaczął obawiać się o stan mojego zdrowia psychicznego to zapewniam, że wiem, że to ja piszę książki i że w rzeczywistości postacie z nich.... Miałam napisać, że ich nie ma, ale jakoś nie mogę. Dobrze, kto chce może w takim razie zacząć martwić się o moją psychikę:) Mój mąż już dawno mówił, że jak pracuję nad książką to ma wrażenie, że w naszym mieszkaniu pojawiają się dodatkowi lokatorzy:) Proszę bardzo możecie mnie podziwiać, że na tych 38 metrach mieścimy się z taką zgrają: Majka, Marysia, Madeleine, Leośka.... No tak... To co ja tam chciałam napisać? Że w tej chwili głównie żyję z Madeleine, dziadem proszebnym, starą i młodą Sabiną... To taka okrężna odpowiedź na pytanie co ogólnie u mnie słychać:) Ogólnie pracuję. I pracuję... I pracuję... Po godzinach jestem mamą, przyjaciółką (tutaj ostatnio zaniedbuje nieco moich przyjaciół, bo tak jak wspominałam pracuję i pracuję itd.), staram się żeby czasem z mężem pogadać o czymś innym a nie tylko o moim dziadzie... Swoją drogą to życie z kimś tworzącym nie należy do najłatwiejszych. Przyjaźnienie się z nim też nie. Zdarza się, że na kilka, kilkanaście tygodni wypadam całkowicie z życia. Nie ma mnie, nie wychodzę, nie mam czasu, jestem rozproszona (w sensie trudno ze mną normalnie pogadać)... Dziękuję więc tym wszystkim, którzy mimo to nadal mnie kochają i lubią. :) To prawdziwi bohaterowie cierpliwości i wyrozumiałości.
Przy okazji odpowiadam na jeszcze jedno z pytań. O spotkania autorskie. Otóż kochani moi przez całą zimę i wczesną wiosnę zamierzam pisać. Mam szerokie plany i w związku z tym dopiero od połowy kwietnia wyruszę w trasę. Już mam nawet kilka spotkań zaplanowanych. Na pewno będę w świętokrzyskim. Coś się kroi w Opolskim. Szczegóły bliżej wiosny:)
A właśnie, co myślicie o powieści retro? Ale takiej z klimatem, z emocjami, ze zwyczajami z epoki, z łzami i śmiechem. Takiej prawdziwej, ludzkiej o tym czego już nie możemy doświadczyć, bo takie życie zdmuchnęła nam z powierzchni ziemi druga wojna. Z plejadą wyrazistych kobiet i mężczyzn też:) Jak odbieracie taki pomysł? Bo po Leośce zasmakowałam w takich klimatach a i wy przyjęliście ją serdecznie. No dobrze, kończę bo się rozpisałam. Jak zwykle zresztą. Hemingway to ze mnie nigdy nie będzie. Gdzie mi do jego zwięzłości i oszczędności słów. Serdeczności Wam przesyłam.
Wasza rozrzutna słownie Magdalena.

czwartek, 8 października 2015

No więc Dukla...

Dukielski rynek (zdjęcie STĄD)
No więc Dukla... Przez moment zachodzę w głowę jakim cudem jeżdżąc tam tyle lat, rok po roku tak wielu pobliskich rzeczy nie widziałam. A jednak po zastanowieniu już się nie dziwię. Wtedy nie trzeba mi było niczego więcej. Starczało to co było najbliżej. Codziennie chodziło się w góry. Tak po prostu. Nie myślało się nad sensownością. Nie trzeba było mieć konkretnego szczytu do zdobycia, miejsca do zobaczenia. Zwyczajnie chciało się wejść wyżej i wyżej, żeby pobrodzić w pachnących zielenią trawach. Były takie miejsca gdzie wystarczyło w tej zieloności zanurkować i wpadało się w czerwień i oszałamiający zapach poziomek. Wieczorami cykały świerszcze, pieczone w ognisku ziemniaki parzyły palce zmrok pachniał beskidzkim latem. Czasem wybieraliśmy się do Pustelni Świętego Jana. I to już była wielka wyprawa. Najpierw podróż rozklekotanym autobusem, potem droga poboczem szosy a dopiero później wspinaczka w górę. Po to by obmyć się chłodną cudowną wodą. Ta woda na twarzy, przeciekająca przez palce to było jak dotknięcie magii, posmakowanie baśni. Miała przecież uleczać. Czary w postaci migoczących kropli ściekających po brodzie. Magia w stanie ciekłym. Coś w tym widać jest bo w tym roku nasz syn też się nie mógł od niej oderwać. Kilka razy wracał do źródełka i nabierał ją w ręce. Pił małymi łyczkami. Słuchał opowieści o swoim dziadku, który też tu przychodził. Tak jak potem ja a teraz on... Pokazałam mu w domu zdjęcia. Czarno białe migawki dawnego życia. Mój tata a jego dziadek w pustelni świętego Jana. Ze stareńkim pustelnikiem z długą siwą brodą. Pamięć płata mi figla,bo mam wrażenie, że i ja tego pustelnika widziałam. Ale to niemożliwe. Tata z mamą na zdjęciach są jeszcze tacy młodzi a pustelnik stary. Mnie w ogóle jeszcze nie ma. Nie mam prawa wiedzieć o jego istnieniu. Pewnie żyje we mnie odbitka tego zdjęcia oglądanego od wczesnego dzieciństwa. I mam nadzieję, że udało mi się uprząść tę nić pamięci dalej, podać nieprzerwaną Tyśkowi. Że być może kiedyś on zabierze tam swoje dzieci i opowie im o ich pradziadku, babci i dziadku, którzy tak jak oni w tej chwili, której jeszcze nie ma, której mój synek nawet nie przeczuwa, pili tutaj cudowną wodę... Tak chyba właśnie tworzy się pamięć pokoleń.
No więc Dukla. I zachwyt gdy po raz pierwszy obejrzałam "Wino Truskawkowe". Zanim jeszcze pojawiła się tam wzmianka o dobrze mi znanym końcu świata wiedziałam, że film opowiada o tych miejscach, które na zawsze wyżłobiły ścieżki w mojej pamięci. Wszystko tam było takie moje, tak dobrze znane tak prawdziwie nieuchwytne. I budzące ogromną tęsknotę. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to charakterystyczne dla Andrzeja Stasiuka. Opowiadając o tym co mu w duszy zagrało, melancholijnie zanuciło sprawia, że i my za jego przewodnictwem odkrywamy swoje własne pieśni. Nasze prywatne fado*. Już sam początek książki o tym samym tytule wywołuje dreszcz oczekiwania:

„Najlepsza jest noc w obcym kraju. O zmierzchu porzuca się jakąś okolicę, ponieważ okazała się beznadziejnie nudna, i rusza, powiedzmy, prosto na południe. Ciemność spada na równiny, zakrywa ich smutek i o dziesiątej wieczór jedzie się już przez czystą, czarną przestrzeń. Można wyobrażać sobie różne rzeczy, można odgadywać zarysy niewidzialnego pejzażu, pola, sady, miasta z białego kamienia (...), ale koniec końców zdaje się to psu na budę, bo zostajemy sam na sam z przestrzenią, która jest najstarsza ze wszystkich rzeczy.”

Tak zaczyna się podróż. Nie tylko ta realna ale też ta najbardziej osobista: ruszamy w głąb samych siebie. I już nie ma dokąd uciec, nie ma wyboru. Trzeba spojrzeć prosto w serce. I pozwolić sobie zatęsknić.
Spróbujcie. Przeczytajcie "Fado" Stasiuka albo obejrzyjcie "Wino Truskawkowe" nakręcone na podstawie jego "Opowieści Galicyjskich. Jedno i drugie powoduje nawrót pamięci, potrzebę przeszłości. Nawrót wspomnień. Zobaczycie co tym zyskacie. Ja otrzymałam miejsce, którego przedtem nie znałam.
Jaśliska...
Ciąg dalszy nastąpi :)

*Fado to melancholijna, nostalgiczna portugalska pieśń.

Zdjęcie tylko chwilowo dodane. Dysk z naszymi fotkami został w pracy :) Niedługo zamieszczę nasze własne.

środa, 5 sierpnia 2015

Książka zaklęcie czyli ja i Majka i jak to było z Uroczyskiem

Uwaga będzie o mnie. A raczej o Majce, czyli po części jednak o mnie:). Tak pisałam o tej powieści gdy dopiero co zakładałam bloga i byłam zupełnie zielona. I w kwestii blogowania i w kwestii pisania książek również :) :

Praca nad Uroczyskiem była odtrutką.  Od kłopotów, których wtedy mieliśmy mnóstwo i od rzeczywistości, która nas nieubłaganie dopadła i od tego, że rosół zamarzał w przedpokoju... Ci którzy czytali pierwszą książkę o Majce na pewno kojarzą ten fragment, ale nie wiedzą, że to akurat rosołowo - mroźny wątek autobiograficzny:). Malownicze zaś było miasteczkiem, do którego tęskniłam tak samo zresztą jak do gór, które chyba rzeczywiście mam w genach. Nawiasem mówiąc tęsknię tak do dziś i z niecierpliwością wyczekuję momentu, gdy będę mogła zaprosić Was wszystkich do mojego małego uroczego pensjonatu... Kto wie - może Uroczyska? 
W każdym razie Uroczysko to książka, która pomogła mi przetrwać i ugruntować w sobie poczucie, że trzeba wierzyć, bo skoro wiara czyni cuda - trzeba wierzyć, że się uda! I Majce się udało, a mnie razem z nią. Niniejszym uspokajam wszystkich, że rosół mi już nie zamarza, chyba że własnoręcznie wstawiam go do zamrażalnika...  


Rzeczywiście napisałam "Uroczysko" wyłącznie dla siebie. By ugruntować... Stop. Właściwie nie ugruntować tylko zmusić się do wiary w to, że na pewno za tym ostrym zakrętem, który właśnie nam się przydarzył czeka na mnie kawałek pięknej równej drogi. A zakręt należał do tych mało fajnych. Ten kto napisał, że pieniądze szczęścia nie dają z  całą pewnością nigdy nie przeżył ich całkowitego braku. Szczęścia może i nie dają ale poczucie stabilizacji na pewno. Poza tym gdy człowiek w pewnym momencie musi zmierzyć się z kompletnym brakiem kasy i kombinować za co kupić bochenek chleba (to nie przenośnia, naprawdę to był moment kiedy chleb dzieliliśmy na kromki i był hmm... Jak to określić.. z przydziału żeby wystarczyło na jak najdłużej) to taki człowiek ma dwa a właściwie trzy wyjścia:
1 Popaść w totalne rozmemłanie, zapłakać się na śmierć i zgorzknieć albo...
2 Uratować się poczuciem humoru, zaciśniętymi zębami i powtarzanym niczym mantra: jutro, najdalej pojutrze będzie lepiej.
3 Napisać książkę.
Zastosowałam punkt drugi i trzeci, choć nie ukrywam, że punkt pierwszy też czasami dochodził swych praw. Pisząc "Uroczysko" usiłowałam zaczarować rzeczywistość. Majka ma tę samą, co ja wtedy, wiarę w lepsze jutro a może nawet dziś tylko, że jeszcze nie teraz, ale może wieczorem?
"Uroczysko" pisałam po dwóch odrzuconych książkach, bo po "48 tygodniach" miałam własnie dwie nieudane próby. Właściwie nie wierzyłam już, że jeszcze coś mojego autorstwa pojawi się drukiem. Ale to miała być książka zaklęcie. I udało się. Gdy skończyłam pomyślałam: a co mi szkodzi, wyślę... Wysłałam i zapomniałam o tym kompletnie. Nie czekałam na telefon, ani na maila. Ale telefon zadzwoni po dwóch tygodniach i wkrótce Majka trafiła na półki księgarń. I wtedy stało się coś o czym zupełnie nie pomyślałam: książka pisana wyłącznie dla mnie, mająca mi pomóc uwierzyć w dobrą przyszłość, w moc zaklęcia: i żyli długo i szczęśliwie nieoczekiwanie stała się tym samym dla wielu Czytelników. Posypały się maile, telefony.  Majka wprawiała w dobry humor, dawała poczucie ciepła, odganiała samotność. Cóż, takie miała zadanie od samego początku.
Co o tym myślę po tych kilku latach? Czy nie wstydzę się tej w sumie prostej opowieści? To pytanie zadała mi ostatnio w mailu Czytelniczka. Nie, nie wstydzę się. Nie sądzę też bym chciała jakoś szczególnie "Uroczysko" zmieniać. To była moja druga wydana książka. Fakt nie umiałam jeszcze konstruować zagmatwanej fabuły, wplatać wielu wątków, wprowadzać tajemnic i zagadek. Ale za to też lubię "Uroczysko". Jeżeli by ktoś w tej chwili przeczytał wszystkie książki w kolejności w jakiej zostały wydane zobaczyłby jak zmienia się mój sposób pisania. Jak się uczę i rozwijam (przynajmniej mam taką nadzieję). Majka to był jeden z pierwszych kroków i niech tak zostanie. Teraz piszę zupełnie inaczej ale zawdzięczam to między innymi "Uroczysku". To od niego się wszystko zaczęło. Od książki zaklęcia. Mam nadzieję, że nowe wydanie, ze słoneczną, optymistyczną i piękną okładką Wam też dostarczy dużo radości. Swoją drogą okładka o niebo ładniejsza od poprzedniej, prawda?

środa, 10 września 2014

No to zbieram pytania. Czyli wywiad ze mną samą reaktywacja:)

Reaktywacja bo kiedyś już coś takiego zrobiłam. Tym razem do powrotu do tamtego pomysłu natchnął mnie komentarz Kretowatej. Oto jego fragment:

Acha, napisz coś o tym biurze więcej - piszesz w biurze, czy tylko tam załatwiasz tzw. "sprawy"? Czasami mam wrażenie, że można podzielić ludzi na takich "gabinetowych", co to wszystko tylko w "biurze" i w "gabinecie" i na takich "pozagabinetowych", których ta przestrzeń trochę przeraża, trochę osacza - ja jestem gdzieś pośrodku;) Ale ciekawi mnie, gdzie piszesz swoje książki?


No i przyszło mi do głowy, że może jest więcej osób, które by chciały o coś zapytać. A jak wiecie, u mnie od pomysłu do realizacji jest dość krótka droga tak więc tadam! Ogłaszam, że zbieranie pytań do mnie uważam za rozpoczęte. Można pytać o wszystko i na wszystko odpowiem:) Pytania zostawiajcie pod tym
postem w komentarzach. Czas zbierania pytań do 2 grudnia. Jeżeli ktoś ma bloga i chciałby umieścić notkę o wywiadzie ze mną samą, będę wdzięczna:) Zaraz po prawej stronie pojawi się banerek odsyłający do tego posta. I żeby było fajniej wśród wszystkich zadających pytania zostaną wylosowane dwie osoby, które
otrzymają ode mnie "Wymarzony dom" i "Wymarzony czas". Losowaniem tradycyjnie zajmie się Tymek. Sprawdza się w roli sierotka jak nikt inny.
Pierwsze pytanie od Kretowatej mojej miłej już mamy:) Kto będzie następny?

poniedziałek, 9 czerwca 2014

O potwornej ilości początków czyli tajemnice warsztatu część druga:)

Nawiązując do wczorajszego posta i do tego jak powstaje początek książki chciałabym Wam to pokazać, że tak powiem naocznie:) Odbywa się to mniej więcej tak: piszę, piszę piszę, potem czytam i coś mi nie pasuje. Otwieram kolejny plik, bo przecież nie wiem czy z poprzedniego coś mi się jednak nie przyda i zmieniam koncepcję i piszę, piszę, piszę... Operację powtarzam kilka razy. Rezultaty? Proszę bardzo:

Początek pierwszy (skwitowany westchnieniem: to jednak nie to...)

Stanisław przez długą chwilę stał przed drzwiami pokoju matki przestępując z nogi na nogę. To już drugi raz podczas pięciu ostatnich miesięcy, czuł się tak jakby znienacka cofnął się w czasie i na powrót stał się małym chłopcem, który spłatawszy figla szukał ratunku i sojusznika w tym przestronnym, ciepłym wnętrzu. Tym razem był jeszcze bardziej zdenerwowany niż poprzednio. Ale i sprawa z którą przychodził była poważniejsza. Choć gdyby ktoś przed pięcioma miesiącami powiedział mu, że będzie miał jeszcze większy problem niż wtedy gdy stanął przed matką kurczowo ściskając w dłoni małe misternie zdobione, srebrzone pudełko, pewnie by nie uwierzył. W pudełku spoczywał pierścionek zaręczynowy jego babki. Pierścionek, który absolutnie nie mógł być wręczony Elżbiecie. Stanisław sam nie wiedział jak racjonalnie wytłumaczyć przeświadczenie, że nie powinien wsunąć go na palec przyszłej narzeczonej. Żeby to jeszcze tylko o przeświadczenie chodziło, dałby sobie z tym radę. Do tej pory był racjonalnym i trzeźwo myślącym mężczyzną, który częste wzmianki matki dotyczące  przeczuć czy znaków kwitował kpiącym uśmieszkiem.
- Babskie gadanie – mruczał pod nosem, bo głośno jednak nie ośmielał się mówić tak do matki. 

Początek drugi (tylko fragment żeby Was nie zanudzać, skwitowany lekko podirytowanym tonem - eeee, zupełnie nie tak, nie mówi do mnie)

Jej babka mówiła o niej odmieniec.  A było w jej tonie tyle podziwu i zachwytu, że z miejsca było wiadomo, że w ten dość oryginalny i nietuzinkowy sposób prawi wnuczce komplementy. Być może dlatego że sama babka też była niesztampowa ten nietypowy wyraz uznania w jej ustach nikogo nie dziwił. Tak czy siak Leontyna – Zofia od początku swojego pojawienia się na świecie przyniosła ze sobą coś nieokreślonego ale doskonale wyczuwalnego. Coś co miało za nią podążać przez całe jej życie.

Początek trzeci (zaczynam wchodzić w fazę lekkiej paniki i pojawia się najgorsza zmora tego zawodu, myśl: a co będzie jak mi się nie uda? Jak już nic nigdy sensownego nie napiszę?)

Jesień u Leontyny budziła dwojakie uczucia. Z jednej strony była to jedna z jej ulubionych pór roku. Upały ustępowały chłodniejszym ale nadal nagrzanym słońcem dniom. Nareszcie można było odetchnąć pełną piersią i nie obawiać się, że rozgrzane powietrze poparzy człowiekowi płuca. Poza tym,  świat z przyjściem jesieni piękniał. Nie dość, że zmęczona upalnymi dniami zieleń prawie, że niedostrzegalnie przeistaczała się w istną orgię kolorów mieniącą się od purpury po brązy poprzetykane gdzieniegdzie pomarańczowymi akcentami to jeszcze w tym całym przepychu królowały wszelkie odcienie złota. Leontyna odkąd pamiętała miała słabość do tego koloru. A jesień była jego królową. Współgrała z nim 
Tego ranka specjalnie wyszła z domu wcześniej. Niespiesznie wędrowała po pustych o tej porze uliczkach Malowniczego...

Takich próbnych początków mam jeszcze sztuk cztery. I właśnie siedzę nad kolejnym, choć ten wydaje mi się właśnie tym właściwym. Potem pójdzie już z górki, potem czyli tak pi razy drzwi przy 50 stronie:) I tak mniej więcej wyglądają początki:) Ale jest nadzieja, że może jednak uda mi się jeszcze co nieco napisać. Widzę światełko w tunelu. Trzymajcie więc za mnie kciuki, bardzo, bardzo proszę!

niedziela, 8 czerwca 2014

Najskrytsze tajemnice Magdaleny K, czyli co nieco o pracy:)

Dzisiaj dostałam  maila, w którym to pani pyta między innymi jak wygląda początek pisania książki. Z miejsca skojarzyło mi się z innym pytaniem, które dostałam dawno temu, na samym początku prowadzenia bloga. I właściwie na oba mogłabym odpowiedzieć tak samo:) Odnalazłam więc tekst i postanowiłam się nim posłużyć. Część z Was, tych którzy są ze mną od początku już go zna, ale myślę, że dla części będzie całkowitą nowością. Zapraszam serdecznie, oto odkrywam pierwszą przed Wami najskrytsze tajemnice:)

Jak nie napisać książki:)
Wczoraj odebrałam maila w którym czytelniczka pyta mnie jak napisać książkę. Szczerze mówiąc dość kłopotliwe pytanie sobie Droga Czytelniczko wybrałaś. Bo gdybyś zapytała mnie na przykład jak nie napisać książki, albo jak walczyć z chęcią pisania o tu bym mogła temat rozwinąć i ciągnąć go w nieskończoność. I jeżeli ktoś przypuszcza, że robię sobie żarty jest w błędzie. Uważam, że w temacie "jak nie pisać" jestem po prostu mistrzynią. W tym jak unikać komputera, mieć zerowy kontakt z klawiaturą i jeszcze dodatkowo jak to tłumaczyć osiągnęłam - nie wstydźmy się tego słowa -  perfekcję.
Ale nie jestem jedyna. Z rozmów z moimi koleżankami po fachu wynika, że mają tak samo. Zresztą pozwolę sobie przytoczyć tutaj fragment felietonu Stefani Grodzieńskiej:
"Moim zajęciem zawodowym jest pisanie. Byłabym ostatnia kabotynką, gdybym udawała, że nie lubię pisać. Lubią. A pomimo to chwila, w której siadam do pisania wyzwala we mnie źródło, co mówię! Niagarę energii. Oczywiście nie w kierunku pisania, broń Boże!
Odbywa się to zawsze jednakowo. Siadam do biurka z rozkoszną świadomością, że mam przed sobą kilka godzin spokoju i nareszcie będę mogła popracować. Prosty jednak gest wzięcia do ręki ołówka otwiera automatycznie tamę wyżej wspomnianym potokom energii.
Kilka tygodni temu zepsuł mi się suwak u spódnicy. Od tego czasu spódnicę spinałam agrafką, chwaląc sobie nawet ten system. Wystarczyło jednak  wziąć do ręki ołówek, aby chęć wszycia nowego suwaka stała się silniejsza niż wszystko. Rzucam ołówek. Szukam suwaka. Nie mam. Ubieram się pospiesznie. Wybiegam z domu. Staję w ogonku w Pasmanterii. Za mną starsza kobieta. Z uśmiechem ustępuję jej:
- Pani pewnie zmęczona, proszę niech pani załatwi, ja mogę postać.
Staruszka rozpromienia się:
- Są jeszcze ludzie....
Nie wie, że dzięki niej siądę do pisania jeszcze o trzy minuty później. Kupuje suwak. Wracam do domu. Wszywam starannie, nucąc wesoła piosenkę. Jest mi przyjemnie i lekko. Szkoda, że ten suwak ma tylko 18 centymetrów. I skąd ta legenda, że nie lubię szyć? Niestety. Wszystko co dobre kończy się. Przyszyłam.
Siadam. Biorę ołówek. Nareszcie będę mogła... Rozglądam się po pokoju. Pozornie czysty. Ale należy mu się szlif, o należy! Od czego by tu zacząć? Wydawałoby się, że kiedy postanawiam poukładać wszystkie książki w porządku alfabetycznym według nazwisk autorów - dzień pracy mam załatwiony. Ale i to nie jest takie proste. Przy Brandysie wpadam w  panikę: ja tu się  bawię, a co z robotą. Porzucam rozbebeszona bibliotekę, siadam i biorę ołówek do ręki. Przez okno widać, że sąsiedzi się wyprowadzają. Szybko rozważam: moja praca jest oczywiście ważniejsza niż uporządkowanie książek. Ale czy ważniejsza niż okazanie pomocy ludziom?
Po chwili przenoszę sąsiadom lampę, pilnuję dzieci, podaje doniczki z kaktusami.
- mój Boże pani dla nas tyle czasu traci, dziękujemy, ale pani ma przecież robotę...
- Droga pani, nie można zawsze tylko o sobie myśleć... Gdyby każdy był takim egoistą...
I podaje te doniczki z dobrym ludzkim uśmiechem.
Celowo nie wspominam tu o normalnych zajęciach, które następują po wzięciu ołówka do ręki: skubanie brwi, lakierowanie paznokci, a przede wszystkim wszelakie obcinania: grzywki, rękawów u sukien, frędzli u kilimów, poszczególnych pasków u letnich pantofli. Ale na pewno godne jest zanotowania, że po wzięciu ołówka celem zaczęcia felietonu dla radia pojechałam pomagać przy żniwach, a przy monologu dla "Wagabundy" pobiegłam do szpitala, aby zgłosić się na bezinteresownego krwiodawcę" 
Od siebie dodam, że właśnie pracuję nad powieścią i jeszcze nigdy w życiu w domu nie miałam tak lśniącego parkietu*, wyszczotkowanego psa, porządku w szafkach itd. itd.
Oczywiście można zwalić ten zapał do różnorodnych zajęć zastępczych na brak natchnienia. Ale i tu niestety nie mogę się z tym zgodzić, bo prawda o natchnieniu jest taka, że natchnienia po prostu nie ma. Pisanie to głównie żmudne uderzanie w klawisze z dość zaskakującymi efektami. Bo w czasie pracy książka zaczyna żyć własnym życiem, po prostu mutuje. King powiedział, że pisanie jest jak odkrywanie skamieliny, nie wiadomo co kryje się za kolejną warstwą. I rzeczywiście często w zaplanowanej fabule pojawiają się zupełnie nieplanowane postacie, wydarzają się zaskakujące dla samego autora zdarzenia. Najzwyczajniej w świecie książka robi nam psikusa. Bardzo często postacie, które tak bezpardonowo wepchną się do naszej własnej książki sprawiają, że powstaje pomysł na kolejną powieść.
I właściwie od tego powinnam zacząć. Od pomysłu. Jak się go już ma i jak już ów pomysł wykiełkuje, rozwinie się , a nawet wypączkuje... To wtedy należy zasiąść do klawiatury, albo chwycić z a ołówek - przedtem jednak upewnić się należy, czy wszystko jest przyszyte, wyczyszczone, wypolerowane. Oczywiście jeżeli Droga Czytelniczko jesteś pomysłowa to i tak nie ustrzeże cię to od różnych przedziwnych wymówek, które skutecznie oddalą cię od klawiatury... Ale zawsze wtedy można z dumą pomyśleć o tym:Jak wiele da się zrobić, byle nie robić tego co się powinno.   

*To było kiedyś, obecnie podłoga poszła w odstawkę za to piekę jak szalona:) Ciasta, ciastka, babeczki... Do wyboru do koloru:)