Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spotkania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spotkania. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 lipca 2019

Słów kilka o planach i o innych różnościach

Zacznę od tych innych. Otóż moi kochani jutro oficjalna premiera Antolki, choć wiem, że część z Was już ma książkę u siebie, część już przeczytała, część czeka aż doleci.
A ja chciałam jutro Was zaprosić do Wrocławia, do Empiku (Wrocław Renoma) na ulicy Świdnickiej 40 o godzinie 18:00. Będzie to pierwsze spotkanie, na którym będziemy rozmawiać o najnowszej powieści oraz o tym o czym tylko będziecie chcieli :) Kto mnie zna wie, że gaduła ze mnie nieziemska :)
Spotkań w tym roku ogólnie jest niewiele, ale za tydzień będzie jeszcze jedno w Łódzkiej Manufakturze, również w Empiku i również o 18:00.
Poza tym jak zwykle w środku lata u mnie zapanowały listopadowe chłody i za moment zacznie się grudzień. Powieść zimowa rządzi się swoimi prawami i właśnie się pisze. Na dowód, że mówię prawdę poniżej znajdziecie mały fragmencik.

A potem potem moi kochani jadę na urlop i ogłaszam wszem i wobec, że nie napiszę ani słowa (dobra, wiadomo, że kłamię) ale tak na serio zamierzam odpoczywać, leżeć, gapić się w niebo, podglądać ludzi i obserwować toczące się wokół mnie życie. I jeść pyszne sery i pić wino i  nagadać się z córką i grać z Tyśkiem w Talizman i w ogóle robić wszystko to na co będę miała ochotę. A z tym podglądactwem i obserwacją to trzymajcie kciuki żeby mi poszło jak najlepiej, bo w przyszłym roku i Wy będziecie czerpać z tego korzyści :) Obiecuję :) Tak, hmmm... To by było tyle w kwestii nie pracowania na urlopie :) Zamysł z góry skazany na niepowodzenie.
Ale tak jakoś samoistnie wrócił temat planów.
Uporządkuję to, jeżeli pozwolicie:
Antolka już jest :)
Powieść zimowa się pisze.
Potem jadę na wakacje i będę sobie układać w głowie powieść majową :)
A we wrześniu... We wrześniu nie będzie żadnej nowej powieści, bo chyba musiałabym zacząć pisać hurtowo ale za to dla tych, którzy czekają na "Wilczy Dwór" będę miała fragment do podczytania. A jedno mogę Wam zdradzić, będzie wstrząsający. Konstancja wróci z podróży, umęczona i ledwo żywa ale nie będzie jej dany wypoczynek i relaks. Zastanie w dworze makabrczną sytuację. To tak w ramach uspokojenia tych wszystkich, którzy podejrzewają, że już nigdy nie doczekają się kontynuacji :)
Potem będzie pisało się ostatnie już "Serce". Tytuł jeszcze nie znany, szczerze mówiąc nie wiem czy uda mi się jeszcze coś sensownego z sercem w tytule wymyślić :) Zobaczymy.
A zapomniałam o jeszcze jednym. Na początku przyszłego roku planowane jest wznowienie "Okna z widokiem".
No i znowu pokręciłam.
Najpierw będzie "Okno", potem "Serce".
A później powieść majowa.
A jeszcze później, w drugiej połowie roku zimowa. Coś mi chodzi po głowie, coś nastrojowego, klimatycznego ale zupełnie innego od dotychczasowych, ale jak na razie nie wybiegam zbytnio naprzód, bo nie chcę żeby mi się poplątało z tym co teraz piszę.
No i oczywiście w przyszłym roku, tak jak wielokrotnie wspominałam  pojawi się "Wilczy dwór". Nie wiem jeszcze w którym miesiącu (obawiam się, że jak tutaj zajrzy moja Pani Redaktor, to potem mnie zamorduje, jakbym nagle zniknęła to wiecie kogo pytać w pierwszej kolejności:) ).
Tak to wszystko poplątałam, że nie wiem czy się połapiecie :)

Tak czy inaczej starałam się ze wszystkich sił i bardzo proszę docenić chęci :)
Buziaki przesyłam i do zobaczenia! We Wrocławiu? W Łodzi? Kto przyjedzie?

A poniżej malutki fragmencik tej, która dopiero nabiera kształtów :)

Pucułowaty, niebieskooki chłopiec stał przed zamkniętą furtką, ściskając w rączce nieznacznie wymiętą kopertę. Piegowaty i nieco zadarty nosek miał zsiniały z zimna, czapka, zawadiacko nasunięta na jedno ucho sprawiała, że wyglądał czupurnie ale jednocześnie odsłaniała drugie, które było już solidnie zmarznięte.
Ale co zrobić. Coś za coś. Już dawno zauważył, że dorosłych rozczulała taka zadziorność. A tutaj gra była warta świeczki. Gość, który poprosił go o przekazanie listu wręczył mu dwudziestozłotowy banknot. Julek cały czas nie mógł uwierzyć w tak wielkie szczęście i co chwila sprawdzał, czy pieniądz na pewno jest w kieszeni kurtki. Był i szeleścił obiecująco w zmarzniętych palcach.
Jak dobrze pójdzie to może ta pani, której miał doręczyć list, też dorzuci coś od siebie – rozmarzył się. – Nawet piątka byłaby niezła. A gdyby dała dychę byłby prawdziwym szczęściarzem.
Ale żeby którakolwiek z tych fantazji mogła się ziścić przede wszystkim musiała się pojawić.
- Zwykle wraca koło piątej ale może się trochę spóźnić. To bardzo ważna wiadomość i naprawdę musi trafić we właściwe ręce. Poczekasz? – upewnił się facet wręczając mu kopertę.
- No przecież obiecałem. A ze mnie proszę pana jest solidna firma – odpowiedział poważnie.
Tak zwykle mówił jego tata gdy rozmawiał z potencjalnymi klientami i to zapewnienie zazwyczaj działało. Ale temu Julek w ogóle się nie dziwił. Już dawno zauważył, że jego ojciec miał w sobie coś takiego, co z miejsca przekonywało do niego ludzi. Po prostu, od czubka głowy aż do pięt był wcieleniem stabilności i pewności. Budził zaufanie. 
I Julek marzył, że gdy dorośnie będzie do niego podobny. Pewny siebie, zaradny i zawsze gotowy do tego żeby się wziąć z życiem za bary. 
Ale niestety. Nie zdążył dorosnąć a już na jego dziewięcioletnie barki spadł ogromny ciężar. Na początku jakoś lepiej sobie radził, ale teraz z dnia na dzień sytuacja coraz bardziej się komplikowała.
I znikąd pomocy – pomyślał ze smutkiem. – Jak tak dalej pójdzie będę musiał rzucić szkołę, a to na pewno nikomu nie wyjdzie na dobre – pociągnął nosem, ale gdy tylko poczuł, że coś drapie go w gardle podniósł głowę i zmusił się do dziarskiego uśmiechu.
Facet, który stał przed nim za nic nie mógł zauważyć, że Julek się smuci. Po pierwsze mógłby uznać go za mazgaja i poszukać kogoś innego do wykonania zadania, a po drugie nie wyglądał na kogoś, kto jest zainteresowany problemami innych. To nie był gość, któremu można by było się zwierzyć. A poza tym nawet gdyby był idealnym słuchaczem Julek doskonale wiedział, że nie może pisnąć o tym co go spotkało ani słówka. Za nic na świecie. Nie teraz.
Skoro wytrzymałem tyle to wytrzymam jeszcze trochę.
Ostatecznie bycie synem takiego ojca zobowiązuje – pomyślał usiłując odgonić od siebie poczucie beznadziejności i potwornego osamotnienia.
- Tak jak mówiłem, nie musi się pan martwić, dostarczę wszystko co trzeba, przekona się pan. Spokojna głowa – odchrząknął wypinając pierś obleczoną puchową kurtką.
Na całe szczęście drapanie w gardle, które zawsze było oznaką zbliżających się łez ustało, sytuacja została opanowana, a na twarzy mężczyzny od koperty pojawił się lekki uśmiech.
- Przekonałeś mnie, tak trzymaj. Takich ludzi nam potrzeba – poklepał go protekcjonalnie po ramieniu i nareszcie sobie poszedł.
Gdy zniknął za rogiem ulicy Julek odetchnął z ulgą. W tym gościu było coś, co mu się nie podobało. Niby elegancki, miły i uprzejmy ale taki jakiś… Picuś glancuś, tak powiedziałaby o nim babcia.
- Pamiętaj Juluś, nie to złoto co się świeci – mówiła mu często. – Bo człowieka to nie po ubraniu poznasz ani nie po tym co mówi.
- A po czym babciu? – zapytał zaciekawiony.
- A po różnych rzeczach, ale tak na pierwszy rzut to po oczach – odpowiedziała po krótkim namyśle.

czwartek, 28 września 2017

Kocham takie spotkania :)

Przepięknie wyhaftowane etui, tajemniczy słoiczek z przepyszną
zawartością i przepis na deser z dyni piżmowej
oraz rzeczona dynia :) Pani Wiesławo
dziękuję! 
Jutro już ostatnie ze spotkań zaplanowanych na ten tydzień. A przecież dopiero co był poniedziałek i pierwsze spotkanie w Czarnem :) A to spotkanie z cyklu tych, których się absolutnie nie zapomina. Energia, uśmiech, ciepło, to wszystko aż promieniowało od Pań, które dane mi było poznać. Z całego serca dziękuję Wszystkim obecnym. Pani Natalii za cudowny temperament, za rewelacyjne prowadzenie spotkania, za ciepło w oczach i uśmiech :) Pani Wiesławie za cudowny prezent i przepis, z którego skorzystam od razu po powrocie do domu (ja także gotuję :) ) Dziewczyny wszystkie razem i każda z osobna byłyście cudowne! Wproszę się do Was zupełnie prywatnie na wino  ciacho :) A wszystkim koleżankom po piórze z ręką na sercu polecam bibliotekę w Czarnem. Jeżeli dostaniecie zaproszenie mówcie "tak" bez namysłu, bo do takich miejsc po prostu trzeba pojechać. DZIĘKUJĘ!!!














środa, 20 września 2017

Podkarpackie spotkania, gorąco dziękuję!

fot. Kinga Kosiek
No to wróciłam. I było pięknie. Jacy Wy jesteście wspaniali! Dziękuję, że byliście razem ze mną w Sanoku i Jaśle. Dziękuję panu Stanisławowi Chmurze. Za poruszające słowa o tym, że każde takie spotkanie przemija ale tak naprawdę zostaje w sercach na zawsze. Pani Wiesławie, która wzruszającą wypowiedź o tym, że będzie przechowywać mój uśmiech w pamięci. Dostaję od Was tak wiele dobrych emocji, tyle ciepła i radości. Dziękuję! Ekipie "Autorskiej" w Sanoku za rodzinną atmosferę, Paniom Bibliotekarkom w Jaśle za ciepło, i Czytelnikom za to, że są razem ze mną.
Kingo, Iwonko, Joasiu cudownie było Was przytulić. Nalewka malinowa - moja ulubiona :) Kinguś podziękuj Mamie i mocno ją uściskaj! Podkarpacie jest bliskie mojemu sercu od zawsze, stamtąd pochodził mój Tato. Teraz na nowo, za Waszą sprawą, zaczęłam za nim tęsknić. I pomimo tego, że spotkania już za mną to wszystkie Wasze uśmiechy, ciepłe słowa, uściski zostaną w moim sercu i pamięci na zawsze. I za to Wam gorąco dziękuję! 

fot. Kinga Kosiek

fot. Kinga Kosiek

Mistrzyni dziwnych min i gestykulacji :) fot. Kinga Kosiek



fot. Kuba Kordel

fot. Kuba Kordel


fot. Kuba Kordel

fot. Kuba Kordel



fot. Kuba Kordel


fot. Kuba Kordel


  

piątek, 9 października 2015

Zaproszenie na spotkanie i targi

A to taki powrót do przeszłości :) Ja i Kuba no... jakiś
czas temu :0
Kochani zapraszam Was na dzisiejsze spotkanie. odbędzie się w Gminnej Bibliotece Publicznej w Pokoju ul. 1 maja 26.

To już ostatnie spotkanie autorskie w tym roku. Będę jeszcze w Krakowie na targach 24 października o godzinie 12 na stoisku Gandalfa.

Zapraszam Was serdecznie!

poniedziałek, 17 listopada 2014

Spotkaniowy szał:)

Wnętrze restauracji "W Starym Kinie"
foto STĄD 
Działo się oj działo na ostatnich spotkaniach. Było ich aż pięć. W Kamieniu Krajeńskim, Barcinie, Solcu Kujawskim, Kruszwicy i Koronowie.  Po pierwsze było świetnie. Zawsze jest. Pewnie dlatego, że ja uwielbiam spotykać się z ludźmi. Ludzi lubię ogólnie i Swoich czytelników darzę ogromną sympatią  i tych, którzy przychodzą tylko posłuchać i pogadać, bo moje książki nie są w ich typie. Po takich spotkaniach zawsze jestem przepełniona energią. Taką dobrą, napędzającą i sprawiającą, że świat wydaje mi się lepszy. Zresztą nie tylko mi się wydaje. On jest lepszy. Już na pierwszym spotkaniu w Kamieniu Krajeńskim spotkała mnie ogromna niespodzianka, bo przyjechała jedna z dziewczyn z którymi do tej pory znałyśmy się tylko internetowo.
I tutaj chciałabym sugestywnie zakrzyczeć: Oxfordko gdybym to ja wiedziała, że to Ty kryjesz się pod swoim imieniem!
Brzmi głupio, wiem, ale taka jest prawda, że ja niektórych z Was nie kojarzę z imion tylko z nicków:) I dopiero w domu zorientowałam się, że Oxfordka to Oxfordka. I w tej chwili na owej fali zrozumienia bardzo serdecznie Cię Oxfordko pozdrawiam:)
Wracając zaś do spotkań to niewątpliwie należą one do szczególnych. Żadne z poprzednich bowiem nie zaowocowały taką ilością wiadomości od Czytelniczek, które miałam okazję poznać. Wszystkim, którzy do mnie napisali serdecznie dziękuję. W szczególności zaś Pani Jadwidze, która to, (uwaga!!!!) już napisała miłosne opowiadanie do miłosnego tomiku:) To dopiero jest tempo!:)
A teraz tak drogą skojarzeń wspomnę o Barcinie (panią Jadwigę poznałam właśnie w tamtejszej bibliotece). Ależ to było miejsce! Biblioteka marzenie! Wystarczył jeden rzut oka i poczułam zachwyt i odrobinę zazdrości. Bo szczerze mówiąc marzy mi się by każda z bibliotek wyglądała tak jak ta barcińska. Nowoczesna ale nie pozbawiona uroku, przestronna, cudownie zaopatrzona... To było pierwsze wrażenie, nie poparte niczym więcej jak tylko obserwacją. Dopiero później dowiedziałam się, że nie tylko mnie olśniło to miejsce. Bowiem Biblioteka w Barcinie zajęła pierwsze miejsce w rankingu "Rzeczpospolitej". W momencie gdy poznałam panie w niej pracujące wszystko stało się jasne. Nie można nie osiągnąć sukcesu gdy pracuje się z taką pasją i zaangażowaniem.
Barcinowi też zawdzięczam zachwyt innego rodzaju. Otóż moi drodzy wiecie już ( a jeżeli nawet wam umknęło to własnie się dowiecie), że na równi z odkrywaniem nowych miejsc, zaprzyjaźnianiem się z ludźmi kocham też kulinarny aspekt podróży. Uwielbiam jeść, gotować, wąchać, smakować... I właśnie w Barcinie odkryłam miejsce o którym do tej pory śnię po nocach i marzę żeby tam wrócić. Na obiad. Śniadanie. Kolację. Wszystko jedno na jaki posiłek. Tym miejscem jest Resteuracja w Starym Kinie. Zarezerwowaliśmy tam nocleg. Dotarliśmy po dwudziestej. Umierałam z głodu i jednego wielkiego pragnienia, które łaziło za mną od kilku dni. Miałam bowiem ochotę... (tutaj wszyscy, którzy spodziewają się, że napiszę o czymś wykwintnym, małokalorycznym i zwiewnym niech raczej zamkną oczy) Miałam bowiem ochotę na golonkę. Nic to, że późno, że miejsce nieznajome, że nie wiadomo czy golonka świeża... Śliniłam się bowiem na samą myśl i widząc w karcie, że obiekt mojego pożądania jest dostępny natychmiast zamówiłam. I cóż ja Wam mam powiedzieć? Jeżeli ktoś wątpi, że golonka może smakować poezją niech koniecznie wstąpi do Starego Kina. To był smakowy odlot! Nie mówiąc o tym, że porcja byłą tak ogromna, że pomimo zachwytu, wygłodzenia a nawet łakomstwa nie dałam jej rady. Kuba zamówił karczek pieczony i wrażenia miał podobne. Z tym, że on z porcją sobie poradził i nie dał zmarnować się mojej golonce:) Fakt faktem, że ledwo potem weszliśmy po schodach:). Ale to nie wszystko. Pan właściciel wieczorem nam już zapowiedział, że na śniadanie będą same specjały. Wędlina własnoręcznie robiona, konfitury domowej roboty... I co? I były. Poranek rozpoczął się smakowicie i miło. Aż żal mi się zrobiło, że na tym ten kulinarny luksus się skończy. Więc wróciliśmy tam na obiad. Pierś z suszonymi pomidorami, fetą, ziemniaczkami smażonymi.... Ehhhh.... Gdyby nie to, że "Stare Kino" Jest tak daleko stołowałabym się tam regularnie i zapewne zamieniłabym się w doskonałość czyli w kulę:).
Tak więc moi kochani POLECAM!!! I DZIĘKUJĘ! Wszystkim, którzy zorganizowali spotkania, wszystkim, którzy na nie przyszli, wszystkim, którzy mnie nakarmili i ugościli. Z całego serca dziękuję!

A jeżeli chodzi o ugoszczenie to serdecznie zapraszam, bo już wkrótce obiecany post o pałacu. A miejsce jest warte poznania. Zajrzyjcie więc do mnie niebawem:)

A poniżej kilka zdjęć ze spotkań:) Przyznaję się bez bicia, zdjęcia są pożyczone ze stron bibliotek w Kamieniu Krajeńskim, Barcinie, Solcu Kujawskim, Kruszwicy i Koronowie:) Mam nadzieje, że nikt mnie ze skóry nie obedrze:)
Biblioteka w Barcinie:)










   

środa, 31 października 2012

Ehhhh chciałaby dusza do raju albo jeszcze lepiej do Krakowa...

A to właśnie Basia, która przejechała taki kawał drogi!
 Zupełnie nie wiem moi kochani jak to się dzieje, że ostatnimi czasy (pisząc o tych czasach ma na myśli  mniej więcej ostatni rok) dni mi uciekają w przerażającym wręcz zabójczym tempie. Nie wiem jak to się dzieje - dopiero był poniedziałek, a tu już okazuje się, że mamy piątek. Mam wrażenie jakby ktoś znienacka wrzucał tryb przewijania mojego życia i przeskakiwał do przodu nie pytając mnie o zdanie. Nie wiem jak wy, ale ja mam wrażenie, że jakiś czas temu inaczej to wyglądało. Dni wlokły się leniwie, a nawet jak mijały szybciej to jednak rejestrowało się środek tygodnia. I tak dopiero byłam na targach w sobotę, a tu dziś już środa mnie dopadła. Niedziela, poniedziałek i wtorek - zaginęły.  Macie tak, czy to tylko mnie ta zadziwiająca dziura w czasie dotyczy?
Z Magdą, dzięki której zawarłam znajomość z książkami pana Kopra:)
Ale wracając do soboty i targów to chciałam niniejszym podziękować stoiskom Granic i Drukarni Opolgraf, za to, że mnie przytuliły i wszystkim, którzy mnie odwiedzili. Teraz już wiem, jak wygląda Magda K-ska, z którą znałyśmy się tylko z komentarzy blogowych, Basia, którą nareszcie osobiście uściskałam:) Basia jechała od trzeciej nad ranem żeby do mnie dotrzeć, wzruszyła mnie tym ogromnie i jeszcze raz dziękuję i jej i całej ekipie towarzyszącej dzięki której Basieńka dojechała. Poznałam też panią Beatę, która przytargała dla mnie pudełko w którym poza słodkościami znalazłam cudny długopis, na własne oczy zobaczyłam Sardegnę i jeszcze wielu, wielu innych czytelników, którzy już teraz nie będą dla mnie anonimowi. Co więcej wróciłam z Targów pełna chęci do pracy i to właśnie dzięki Wam moi kochani, dzięki temu, że przyszliście, pogadaliście, ofiarnie przytargaliście książki do podpisania.
A to z Beatą i jej córą:)
A to uśmiechnięta paczka pełna słodkości:) Dziękuję bardzo!

 Część z was musiał pokonać kawał drogi żeby na targach w ogóle się zjawić, podziwiam i dziękuję z całego serca. Bardzo żałuję, że sobotę miałam tak szczelnie wypełnioną, że już nie dałam rady skoczyć z wami na kawę i pogadać. Cały czas mam nadzieję, że uda mi się to nadrobić (oczywiście trzymam wszystkie wizytówki którymi się powymieniałyśmy z dziewczynami i jak będę w okolicy zamierzam bezwstydnie z nich skorzystać i wyciągnąć Was kochane na jakieś pogaduchy:)). W każdym razie udało nam się z mężem w międzyczasie skoczyć na obiad... No właśnie:) Do Cafe botanica:)
Cafe botanica

 Śmiać mi się teraz chce, bo doczytałam, że tam właśnie odbyło się spotkanie blogerów:) Kurcze jaki ten świat mały:) A raczej w tym wypadku Kraków. Tym bardziej mnie to ubawiło, bo ze skrucha przyznaje, że Kraków znamy w niewielkim stopniu, Botanice wybraliśmy przypadkowo, jakoś tak spodobał nam się szyld i stolik stojący w oknie przy którym właśnie siedziała jakaś para, która sprawiała wrażenie jakby świata poza sobą nie widziała i tak zapewne zresztą było. Lokalik zrobił na nas bardzo ujmujące wrażenie. Jedzenie bardzo dobre, nie nadszarpujące zbytnio twórczej  kieszeni (po której jak wiadomo zwykle hula wiatr:)), obsługa bardzo sympatyczna, uśmiechnięta i pomocna. Wcześniej byłam na spotkaniu w Nowej prowincji i o ile do tamtego lokalu też chętnie wrócę na czekoladę z wiśniówką (musiałam zafundować sobie coś na rozgrzewkę:)), to do Cafe Botanica z całą pewnością będę zaglądać przy każdej bytności w Krakowie.Dobrze smakowicie i miło, czegóż chcieć więcej?

Do domu wracaliśmy w nocy. I o ile w Krakowie było mokro i deszczowo to w czasie jazdy nagle ten deszczowy świat zamienił się w świat bardzo śnieżny. Istna Narnia! Oczywiście nic nowego nie powiem, jak dodam, że w czasie całej drogi spotkaliśmy  piaskarkę sztuk jeden i to dopiero w okolicach Góry Kalwarii, czyli tuż przed Otwockiem. Myślę, że drogowcy to się jeszcze ze snu letniego nie wybudzili po prostu:) Ale na całe szczęście udało nam się wrócić cało i zdrowo, choć momentami jechaliśmy 30 km. na godzinę:)
Tak wyglądał świat gdy wróciliśmy z Krakowa. Istny środek zimy.

Przy okazji pisania tego posta przejrzałam sobie jeszcze raz zdjęcia, popatrzyłam na stoiska z książkami, na was, na Kraków i moje koleżanki po piórze i jakoś tak mi się tęskno zrobiło... Chciałoby się cofnąć czas i choć na chwile jeszcze tam wrócić. No ale o tym to mogę sobie tylko pomarzyć i nie pozostaje mi nic innego, jak tylko poczekać na kolejną tego typu imprezę, a podczas czekania umilać sobie czas pisaniem kolejnej powieści:)
A właśnie skoro o powieściach mowa. Dziewczyny dotarłam w końcu na pocztę i wysłałam książki. Trochę się na nie naczekałyście, przepraszam was za opóźnienie, ale jakoś tak wszystko wychodziło mi ostatnio nie tak jak zaplanowałam. Mam nadzieję, że dotrą całe i zdrowe, dajcie znać, jak przesyłki trafią w wasze łapki.


wtorek, 9 października 2012

O spotkaniu które było słów kilka i kilka innych spraw


Z czytelniczkami a na stole róż, która w domu doczekała się osobnej sesji zdjęciowej:)
 A było, było:). Mianowicie w zeszły czwartek (4 października) spotkałam się z czytelniczkami w Bibliotece przy ulicy Grójeckiej w Warszawie. W kameralnej i ciepłej atmosferze, którą biblioteka zawdzięcza przeuroczym paniom bibliotekarkom, pogadałam od serca z uczestniczkami spotkania, zobaczyłam się z poznaną kilka miesięcy wcześniej Dorotką (Dorota to czytelniczka o której marzy każdy pisarz, na spotkanie ze mną przytargała wszystkie moje książki do podpisu, a oprócz nich miała w torbie książkę, którą właśnie czytała i jakieś inne odebrane właśnie z księgarni. Zgadałyśmy się po spotkaniu, że obie jesteśmy maniaczki i potrafimy zamiast ciuchów kupić książki - jednym słowem pokrewna dusza:)).  Jak już wspomniałam spotkanie było bardzo udane, bo i sama biblioteka ma w sobie to charakterystyczne coś, co sprawia, że miejsce to nie jest tylko pomieszczeniem, ale staje się trochę innym oderwanym od rzeczywistości światem. Wypełnia ją specyficzna przesiąknięta książkowym zapachem magia. To właśnie ona sprawia, że człowiek z lubością zapuszcza się w półki, wertuje, przekłada, podczytuje i zapomina o bożym świecie. Nie każda biblioteka ma w sobie takiego bibliotecznego ducha i muszę przyznać, że bardzo żałuję, że mieszkam ciut za daleko by być czytelniczką właśnie tej placówki. Ale z całą pewnością skorzystam z zaproszenia Pani Dyrektor i przy okazji wpadnę do pań z Grójeckiej na kawę:) 
goście spotkania, w pierwszym rzędzie z aparatem Dorotka, którą pozdrawiam serdecznie:)

A to rzeczona róża zdjęcie pierwsze

Jakby się ktoś nie domyślał - róża zdjęcie drugie, reszty nie będę wklejać, bo jest ich chyba z 30:) Mężowi wyjątkowo spodobał się ten kwiatuszek i chyba nawet mi nie strzelił nigdy jednorazowo tylu fotek:)

Korzystając z tego, że jestem przy temacie spotkań napiszę od razu, że będę na Targach Książki w Krakowie. Zapraszam wszystkich 27 października na stoisko F5 granice.pl - Wortal Literacki od godziny 10 do 11 i od 11 do 12 na stoisko D28 Opolgraf. Będę wiernie czekać w myśl słów piosenki: bo męska rzecz być daleko a kobieca wiernie czekać, czy jakoś tak:)
A teraz kochani będę kończyć, bo właśnie czuję, że środek przeciwgorączkowy przestaje działać i za chwilę będę pisać głupstwa. Właściwie to od tego miałam zacząć wpis. Znaczy nie od głupstw tylko od tego, że złapał katar Magdusinę... Oj złapał i to nie tylko katar ale i gorączka i ból gardła i wszystko co zazwyczaj towarzyszy przeziębieniom. Co więcej w związku z obłożonym gardłem straciłam głos i w  domu panuje sodoma i gomora, bo nie mogę przywołać  do porządku ani zwierząt ani dzieci. Upadek kochani, po prostu upadek na całego. Cała ta sytuacja uświadomiła mi, że na przyszłość muszę poćwiczyć rzucanie morderczych spojrzeń. Tyle się czyta o gromach rzucanych li i jedynie wzrokiem o piorunujących wejrzeniach i innych pacyfikujących środkach nie wymagających użycia aparatu mowy, że chyba jest to do opanowania. Chyba, że to czysta fikcja literacka. Jak na razie bardziej skłaniam się do tego drugiego przypuszczenia, bo mimo wysiłków z moich znaczących morderczych spojrzeń nikt sobie nic nie robi. Jest jeszcze trzecia możliwość, mianowicie taka, że nie nabyłam jeszcze w tym wprawy, a jak wiadomo to ona czyni mistrza. A teraz kończę naprawdę i idę raczyć się mlekiem z czosnkiem i innymi medykamentami, które to mam nadzieję przywrócą mnie i moje gardło do stanu używalności.
Wasza rozgorączkowana i niema Magdalena.