"Zagapił się jeden z drugim na pomnik króla Jana Sobieskiego na Wałach Hetmańskich i nie może się napatrzeć. Aż przenosząc wzrok z pomnika, zobaczył lwowski teatr u wylotu Wałów w ramach alei drzew, zwężającej się w perspektywie. Idzie ku niemu. Im bliżej tym teatr ładniejszy. Coraz ładniejszy. Najpiękniejszy teatr w Polsce. Wnętrze i rozwiązanie przestrzeni imponuje jeszcze bardziej. Po wysłanych marmurowych schodach wejście na pierwsze piętro, gdzie cały front teatru zajmuje foyer, miejsce przechadzek w czasie antraktu, bardziej tłumne niż w rzeczywistości, bo olbrzymie lustra między kolumnami powielają postacie."
Tak o Teatrze Wielkim we Lwowie pisze Kazimierz Schleyen w "Lwowskich gawędach". To budynek, który niejednokrotnie odwiedzicie czytając "Primabalerinę". To tam Nina spojrzy po raz pierwszy w oczy młodej Irmie. Tam pracuje Michaił. Nie wiem jak Wy ale ja czytając lubię zajrzeć do miejsc, które są opisywane, poznać ich historię. Nie ukrywam, że pani Dorota wstrzeliła się doskonale w moją lwowską obsesję. Wiecie jak to było z Leośką. Wraz z wgłębianiem się w jej lwowską historię rozkochałam się w samym Lwowie. W tym dawniejszym, tętniącym dawnym życiem, z gwarą lwowską, batiarami, przekupkami na placach targowych. Teraz chciałabym porwać Was na krótką wycieczkę w przeszłość. Do Lwowskiego Teatru, który teraz odwiedzała Nina. Został, stoi nienaruszony. Posłuchajmy o czym by nam opowiedział gdybyśmy pozwolili ścianom przemówić.
Najpierw kilka słów o samym budynku - Teatrze Wielkim, nazywanym też Teatrem Miejskim i Operą Lwowską. Budowano go zaledwie trzy lata. A efekt był imponujący.
Budynek śmiało mógł konkurować z podobnymi w Wiedniu, Monachium czy Paryżu. Zresztą nie tylko z wyglądu przypomina on inne sławne gmachy. Bowiem podobnie jak pod paryską Operą Garniera najpierw trzeba było osuszyć grunt i wypompować wodę z jeziora tak pod lwowskim teatrem pluszcze, zasklepiona przez architekta Zygmunta Gorgolewskiego rzeka Pełtew. Mówi się nawet, że muzycy w miejscu przeznaczonym na orkiestrę mogą w czasie przedstawień słyszeć, jak szemrze.
A teraz oddajmy na powrót głos Kazimierzowi Schleyenowi. Przymknijmy oczy i posłuchajmy gawędy o Lwowskim teatrze...
Była to sala balowa wielkich rautów i reprezentacyjnych balów. Niestety palić nie można i choć zimno trzeba wyjść na balkon, a warto stąd spojrzeć na sznury świateł wzdłuż Hetmańskich Wałów i panoramę wielkomiejską. We wspaniałym amfiteatrze tylko złoto, biel i purpura. Kolory nie rażą przesadą, lecz podnoszą dostojeństwo przybytku. Imponujący żyrandol rzuca blaski na kurtynę: arcydzieło Siemiradzkiego. Na prawo loża prosceniowa pierwszego piętra, ongiś cesarska. Siadywały w niej rody panujące, najwyżsi dygnitarze rakuscy i namiestnicy c.k. Galicji i Lodomerii. W loży tej siedział austriacki prezydent ministrów hr. Kazimierz Badeni, gdy w czasie przedstawienia operetki aktor Myszkowski miał paść przed cesarzem japońskim i zawołać: Mi-ka-do! Tymczasem padł w kierunku loży premiera wołając: Ba-de-ni! Ukarali go za to jednym dniem aresztu z zamiana na grzywnę, którą z ochotą zapłacił sam premier.
Doczekał się wreszcie Lwów, że pojawił się w tej loży Naczelnik Państwa Józef Piłsudski, który znał tę scenę dawniej ze znacznie skromniejszych miejsc. Potem zasiadali w tej loży późniejsi Prezydenci Rzeczypospolitej, a na codzień przedstawiciel Rządu, lwowski wojewoda. Lewa loża prosceniowa gościła prezydentów miasta, swoich jaśnie wielmożnych wybrańców ze „Strzelnicy".
Największą osobliwością teatru był fryzjer teatralny pan Tomasz Rzeszutko. Szara eminencja, nieomal dyrektor teatru przez lat dwadzieścia. Wtajemniczeni wiedzieli, że wywiera wpływ na obsadę, a nawet wybór sztuk. Z jego zdaniem liczyli się wszyscy, bo ludzi i kulisy znał świetnie. Uchodziło mu wiele, był szczerym entuzjastą lwowskiego teatru, sprawiedliwy w swej opinii nie ulegał zakulisowym wpływom. Do największego rozkwitu doszedł teatr za dyrektury Tadeusza Pawlikowskiego, który do teatru dokładał i Ludwika Hellera, który umiał połączyć sztukę z interesem i wywiózł teatr lwowski daleko zagranicę, aż do samego Paryża i obcy ludzie gęby rozdziawiali z podziwu. Na obu psioczono. Na pierwszego ci, co się nie znali, na drugiego ci, co na teatrze się znali.
Przez lwowską scenę przesunęli się wszyscy giganci polskiej sceny, nieraz długo gnieżdżąc się we Lwowie. Od Modrzejewskiej, Leszczyńskiego, Kamińskiego po Frenkla. Byli jednak artyści, co na długo związali się z lwowską sceną, jak przezacna matrona Anna Gostyńska, kapitalna „Pani Dulska", niezapomniany „Cyrano de Bergerac", Kościuszko i Fryderyk Wielki — Józef Chmieliński, wstrząsający odtwórca Ibsena Karol Adwentowicz, uosobienie kobiecości Irena Trapszo, zbyt młodo zmarły amant Ludwik Wostrowski, arcykomik i tragik Ferdynand Feldman, zawsze czarny charakter Józef Hierowski, piękna jak zjawisko Anna Zielińska, doskonały Albin ze „Ślubów panieńskich" popularny Jaś Nowacki i tylu, tylu innych. Choć opuści Lwów Chmieliński na deski warszawskie czy Nowacki na scenę krakowską, długo zostaną w sercach lwowskich wielbicieli teatru.
Odejdzie ze Lwowa wielka Wanda Siemaszkowa, zawsze natchniona i płomienna. Nie przygasł jej ani ósmy krzyżyk, ani śmierć ukochanego syna Wojtka, obrońcy lwowskiego dworca z 1918 roku, rotmistrza, który zginął na patrolu w kilka godzin po zawieszeniu broni, zanim wiadomość o zaprzestaniu działań wojennych dotarła do ułanów.
Odejdzie na stałe ostatni z wielkiej dawnej szkoły Roman Żelazowski, deklamator na scenie i w codziennym życiu, nieporównany „Otello" i Wojewoda z „Mazepy". Ale Lwów o nim nie zapomni i ślepnącemu starcowi zaofiaruje na własność dworek we Lwowie.
Do tego gmachu niedaleko miał się przeprowadzić dawny lwowski teatr, bo tylko z sąsiedniej ulicy, z gmachu skarbkowskiego, który własnym sumptem ufundował i układania każdej cegły dopilnował pan Aleksander Skarbek.
Gdy wreszcie odeszli lwowscy aktorzy do nowego, piękniejszego gmachu, w skarbkowskim teatrze odbywały się koncerty, Teatr był jeden, więc na tej scenie gościła również opera i operetka. Warto było posłuchać Mefista-Adama Didura, który głosem i grą aktorską mógł ustępować tylko Szaliapinowi i Bandrowskiego w „Pajacach" czy Mimi-Bohuss Hellerową.
Znawcy twierdzili, że operetkę wiedeńską lepiej grali we Lwowie niż w Wiedniu i nie zamieniliby Heleny Miłowskiej na żadną gwiazdę naddunajską.
Lwowski student dokazywał cudów pomysłowości, by zdobyć pieniądze na bilet teatralny. Gotów był nawet sprzedać serię znaczków Jamajki z wodospadem, z której był tak dumny, by zobaczyć po raz trzeci „Kordiana". Wprawniejsi umieli na gapę przedostać się na galerię po dziewięć razy w tygodniu, bo w soboty i niedziele odbywały się przedstawienia popołudniowe. Chełpili się tym, że potrafili zmylić czujność biletera i baczne oko kontrolującego pana Ringlera. Nie wiedzieli o tym, że nie zmylili nikogo, że tylko przymykano oczy, że otwierało furtkę do czarów baśni scenicznej dobre lwowskie serce biletera, który chętnie dał się nabrać i sam się rozgrzeszał w swym sumieniu z nieścisłego wykonywania swych obowiązków.
Kochali lwowiacy twój teatr i chodzili jak mogli najczęściej, łamiąc bez skrupułów prawo szpery. Co było związane z teatrem obchodziło wszystkich. Od tego smarkacza wymyślającego najdowcipniejsze fortele, by bez biletu dostać się na galerię, co w „Bezgrzesznych latach" tak pięknie opisuje osobisty uczestnik tych wypraw Kornel Makuszyński, aż po staruszka emeryta, pamiętającego jeszcze pana Aleksandra Fredrę z ul. Chorążczyzny. Teatr był chlebem powszednim, lecz wybranie się do teatru było zawsze uroczystością, dłużej niż w innym mieście komentowaną. Do teatru trzeba się było wystroić najodświętniej. „Dzisiaj idziemy do teatru" więc i radosny kłopot dla gospodyni. I fryzjer konieczny i trzeba przyspieszyć kolację i zostawić coś w „bratrurze" na „po teatrze". Z teatru przynoszono programy teatralne i składano je pieczołowicie, bo w nich dużo ciekawych rzeczy przeczytać można, a przede wszystkim zawierają fotografie tak dobrze znanych i bliskich sercu aktorów.
Wejdźmy i my do teatru. Usiądźmy cichutko na czerwonym, pluszowym fotelu. Światła przyćmiono. Muzyka stroi instrumenty. Za chwilę popłynie na widownię uwertura z „Halki". Przymknijmy oczy i pomyślmy.. Czy to możliwe? Czy obecna rzeczywistość to może tylko koszmarny sen?
Mam nadzieję, że razem ze mną i powieściową Niną przycupnęliście na czerwonych, pluszowych fotelach. I daliście się porwać lwowskiej atmosferze. Sponsorem podróży była Primabalerina, która sprawiła, że zechciałam na powrót sięgnąć do moich lwowskich książek i raz jeszcze zanurzyć się w uliczkach tego magicznego miasta.
Strony
- Strona główna
- 48 tygodni
- Uroczysko
- Sezon na cuda
- Okno z widokiem
- Wino z Malwiną
- Malownicze. Wymarzony dom.
- Wymarzony czas
- Tajemnica bzów
- Nadzieje i marzenia
- Anioł do wynajęcia
- Kontakt
- Świąteczny zakątek
- Telefon zapytania
- Seria Uroczysko - kolejność czytania
- Seria Malownicze - kolejność czytania
- Poza serią - moje książki
- Serce z piernika
- Jak zostać pisarką
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowieści Lwowskie.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowieści Lwowskie.. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 3 marca 2016
piątek, 11 grudnia 2015
Zimowa magia czyli czar wspomnień...
Dzisiaj nietypowe odliczanie świąteczne. Do wigilii zostało 14 dni a mnie znów naszło na Lwów. Bo tam przedsmak zimy i przedświątecznej magii zaczynał się dużo, dużo wcześniej.
Od momentu gdy pracowałam nad Leośką Lwów na stałe zamieszkał u nas w domu. Nawet Tysiek nuci czasem pod nosem o babci która znów mieszka we Lwowie. Pamiętacie tę piosenkę? Jedna z moich ulubionych.
I tak dzisiaj nagle wszystko do mnie wróciło. Te wspomnienia, które czytałam, te tęsknoty za tym co było i dawna zima... Taka którą widziałam oczami wyobraźni gdy czytałam wspomnienia pana Witolda Szolgini, gdy słuchałam mojej babci i dziadka mojego męża.
Wtedy zimowa magia zaczynała się już w listopadzie. Pierwszym szronem. I właśnie dziś idąc z Tyśkiem do szkoły ten srebrzysty puch oblepiający trawniki i ławki przypomniał mi fragment Leośki.
Ale to nie tylko kawałek z mojej powieści. To wspomnienia moich dziadków i dziadka mojego męża, to dawne obrazy z życia pana Witka gdy był jeszcze małym chłopcem i mieszkał w lwowskiej kamienicy "Pod żelaznym lwem". To obrazy, który wszyscy nosimy w sobie, bo każdy z nas jest jednocześnie częścią przeszłości, która dzięki nam nie przemija. Pozwalam sobie przypomnieć zimę Leontyny - Zosi. A na wigilię lwowską i wspomnienia z nią związane zapraszam późnym popołudniem na Rozkoszną Panią Domu. Zaanonsuję jej pojawienie i tutaj i na fb.
(fragment "Tajemnicy bzów")
Początek zimowej magii zaczynał się
jeszcze w listopadzie. Gdy ziemię zaczynała pokrywać srebrzysto – lśniąca
szadź. Lśniła na brązowych butwiejących i pomiętych liściach, odbijała się
tajemniczym blaskiem od gołych gałęzi i sprawiała, że listopadowa szaruga piękniała
i zamierała w oczekiwaniu na nadchodzący, majaczący już na horyzoncie grudzień.
W powietrzu czuć było daleki, ale wyraźny zapach przyszłego śniegu. Świat na
niego czekał z niecierpliwością. Zosia zawsze odnosiła wrażenie, że końcówka
listopada wprost dyszy tym oczekiwaniem. Bezlistne gałęzie potężnych
kasztanowców, rosnących przy ich ulicy, w proszącym geście wyciągały się do
nieba, dachy skąpane w szarym, ponurym świetle sprawiały wrażenie jeszcze
bardziej kanciastych i ostrych, a dziecięce buzie i nosy każdego ranka z
nadzieją przyklejały się do szyb. Aż w końcu nadchodził ten dzień gdy nawet nie
trzeba było podchodzić do okna, bo ledwo otworzyło się oczy już było wiadomo,
że jest! Nareszcie spadł i miłosiernie otulił gołe gałęzie i złagodził kontury
dachów. Nie wiedzieć czemu ten pierwszy śnieg zwykle padał nocą. Jakby chciał
zrobić dzieciarni poranną niespodziankę. I udawało mu się w stu procentach.
Ponurość jesienna wyparowywała dzieciakom z głów i wstępowało w nie nowe życie.
Nagle nie trzeba było nikogo poganiać i siłą wywlekać z łóżka. Śniadanie
połykało się naprędce tak żeby jak najszybciej znaleźć się na białej i całkiem
odmienionej ulicy. Im wcześniej tym lepiej żeby jeszcze stróże nie zdążyli
zgarnąć go sprzed domów, żeby można było w nim
pobrodzić, posłuchać jak cudownie i tajemniczo chrzęści pod nogami.
Zosia miała od dawna już wypracowany i niezmienny pierwszośniegowy rytuał. Tuż
po wyjściu z domu, co sił w nogach biegła na Głowińskiego. Zadyszana z
zarumienionymi z zimna policzkami dopadała postoju taksówek i z niepokojem
rozglądała się wokół. I nigdy się nie zawiodła. Szoferzy, ośnieżeni, zakutani w
kożuchy bawili się przednio lepiąc wielką śnieżną taksówkę. Samochód był
piękny, miał koła, szprychy, reflektory i kierownicę. Jedyne czego mu brakowało to drzwi, bo gdyby były nijak nie można by
było do niego wsiąść[1].
A na to właśnie liczyła i Zośka i inne miglance[2],
które z zafascynowaniem przyglądały się lepieniu. Jakoś tak trudno jej było
wyobrazić sobie rozpoczęcie zimy bez posiedzenia w białej i mroźnej
taksówce. Oczywiście dawniej, bo teraz
już była za duża na zabawy w przejażdżki śnieżnym autem. Ale i tak biegła
zobaczyć jak kierowcy nagle zamienieni w duże dzieci bawią się pierwszym
śniegiem i jak witają nadchodzącą zimę. Potem przez długie mroźne miesiące
mogły powstawać nie wiadomo jak wymyślne bałwany i śnieżne konstrukcje, ale i
tak najważniejsze było to coroczne szoferskie otwarcie sezonu zimowego.
W tym roku było tak samo. Roześmiane
grono baraszkujących w lekkim puchu mężczyzn sprawiło, że tradycji stało się
zadość. Śnieżny samochód stanął na swoim stałym miejscu i miał tam pozostać aż
do końca zimy. Teraz już w domu, stojąc
przy oknie i patrząc na liczne małe postacie ciągnące za sobą sanki i wędrujące w górę ulicy Zosia mimowolnie
westchnęła. Bycie dużą było niewątpliwie fajne, ale niestety w życiu jak to w
życiu nie można było mieć wszystkiego. Wraz z upływem czasu nie tylko z
przejażdżki śnieżną taksówką trzeba było zrezygnować. Zjeżdżanie na sankach też
przestało być pociągające. A jeszcze nie tak dawno w tym tłumie wędrujących
dzieciaków była i ona z siostrą. Nie było nic przyjemniejszego niż zjazd w
szaleńczym pędzie, spadającą stromo w dół
ulicą Wójtowską… Wracały z tych wypraw posiniaczone, poobijane ale
szczęśliwe. W głębi duszy zazdrościła trochę tym małolatom widocznym zza
okiennej szyby determinacji, mozolnego wspinania się pod górę a potem nagrody w
postaci chwilowego poczucia wolności, gdy sanki z zawrotną prędkością mknęły
przed siebie. Zazdrościła im też magii nocy świętego Mikołaja. Tego drżenia z
którym kładła się spać piątego grudnia. Niepewna czy list napisany i zostawiony
na zaśnieżonym parapecie na pewno dotarł do dobrotliwego staruszka i czy gdy
wstanie o poranku będą na nią czekać podarunki. Zawsze zachodziła obawa, że
Aniołek – listonosz zawieruszy gdzieś po drodze karteczki z prośbami…
- Jeżeli jest choć w części podobny do
ciebie Zosiu, to rzeczywiście masz się czym niepokoić – śmiała się z tych obaw
okrutna mama. – Ale nie martw się, znając Mikołaja zatrudnia na poczciarzy same
solidne i poukładane aniołki… - dodawała natychmiast widząc wydłużającą się
minę córeczki.
I rzeczywiście aniołki musiały być
nieźle przeszkolone, bo listy od dziewczynek zawsze docierały do adresata i
poranek szóstego grudnia nieodmiennie był głośny, pełen ekscytacji i
dziecięcego śmiechu. Mikołaj nigdy nie zawiódł. W małych kolorowych i ręcznie
przez dziewczynki uszytych woreczkach zostawiał coś do schrupania i coś do
zabawy. Nigdy jednak nie dał się
przyłapać. Zosia niejednokrotnie usiłowała przydybać siwobrodego starca i jego
pomocników aniołka i czarnego rogatego diabła, który dla bardzo niegrzecznych
dzieci zostawiał rózgi. Szczerze mówiąc z tej całej trójki najbardziej
interesujący wydawał się Zośce rogaty towarzysz świętego. I to przede wszystkim
z myślą o nim któregoś razu zaczaiła się po zmroku przy oknie, ale nie dość, że
nie ujrzała ni diabła ni anioła to jeszcze podstępny staruszek uśpił ją i tylko
sobie znanymi sposobami przeniósł do łóżka.
- A to już wiem kto tak strasznie w
nocy sapał – skwitował jej żale tata – Biedny Mikołaj, musiał taskać taki
straszny ciężar! Nie masz serca Zosiu!
Tak było oczywiście lata temu. Teraz
już nie dla niej było podglądanie świętego, bo najzwyczajniej w niego nie
wierzyła. Dobrze, że chociaż śnieg przynosił nadal ten sam urok i tak samo
cieszył.
W Mikołaja wprawdzie nie wierzę i
nic już tego nie potrafi zmienić ale jutro pójdę na Kajzerwald – pomyślała
odzyskując dobry humor. – I pozjeżdżam z chłopakami na desce. To dopiero będzie
frajda – zatarła ręce i już całkowicie rozchmurzona poszła do kuchni, gdzie
zanurzona w ciepłym i jasnym świetle siedziała już reszta rodziny. Ania w
skupieniu ściboliła coś z kolorowego papieru, w imbryku bulgotała woda i wokół
pachniało kulikowskim chlebem, który mama kroiła ostrym nożem na równe
kromki. Zosia sięgnęła ukradkiem po
piętkę i z rozkoszą wgryzła się w chrupiącą skórkę. Mama o dziwo udała, że
niczego nie zauważyła, ba nawet przechodząc niby mimochodem pogładziła jej
rozwichrzone włosy. Tak, z całą pewnością Zosia lubiła grudzień i pierwszy
śnieg. I patrząc na ciche zwyczajne szczęście, które rozpanoszyło się w kuchni
chyba nie była w tym lubieniu odosobniona.
- Miasto zostało opanowane przez
świętych Mikołajów wszelkiej maści – poinformował ojciec od progu otrzepując
śnieg z kożucha i tupiąc zaśnieżonymi butami w przedpokoju. – Ależ w tym roku
zrobili wystawy! Oczu nie można oderwać, co jedna to bardziej przepyszna…
Trzeba koniecznie zabrać dziewczynki żeby pooglądały te cuda.
- Zgaduję, że ty przede wszystkim
podziwiałeś tę u „Mamy” Teliczkowej? – sarknęła Marianna znacząco pociągając
nosem. – Tę na której Mikołaj gorszy grzeczne dziatki popijając piwo a pod
pachą dzierży flaszkę wiśniówki Baczewskiego…
- Przed tobą się nic nie ukryje –
roześmiał się Stanisław – Rzeczywiście wpadliśmy do „Mamy” z Leonem i wypiliśmy
po halbie[3]
„Marcowego[4]”
. Ale chyba nie będziesz mi robiła z tego powodu wyrzutów…
Z tego powodu nie, ale z tego, że naniosłeś do domu
tyle błota to już inna sprawa. Chociaż z drugiej strony lepiej teraz niż za
parę dni. Jak już będzie po wiórkowaniu… Swoją drogą sama nie wiem w co
najpierw mam ręce włożyć. Tyle jest pracy przed świętami…
I o tym własnie będzie na Rozkosznej Pani Domu, o przygotowaniach, o zapachach, o wspomnieniach lwowskich wigilii.
[1]
Śniegową taksówkę, tak dużą jak ich własne
rzeczywiście lepili Szoferzy z postoju taksówek przy ul. Głowińskiego.
Stała ona rokrocznie aż do końca zimy w zakolu ogrodzenia szpitaliku
dziecięcego. Opisuje to Witold Szolginia
w książce „Dom pod żelaznym lwem”
[2]
Maluchy.
[3]
kuflu
[4]
Piwo wyrabiane we lwowskim browarze Jana Kleina na Pohulance
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Opowieści Lwowskie. O pewnym starutkim pudełku śniącym o dawno zapomnianej słodyczy
![]() |
| ulica Akademicka (Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego) |
No i mam:) Przybyła do mnie zapakowana w kartonowe pudełko. Wyczyściliśmy ją z Kubą na tyle na ile się dało. Ale to wystarczyło, by puszka odkryła przed nami skąd dokładnie pochodzi.
Kiedyś kiedy była jeszcze młoda i lśniąca stała wśród podobnych sobie puszek i puszeczek. Wdychała przepiękne słodkie zapachy, patrzyła na przylegające do wystawowej szyby dziecięce buzie... Puszka ta bowiem stała na półce cukierni Zalewskiego.
To była cukiernia o której śniły wszystkie lwowskie dzieci. Pełna słodkich cudów, jej wystawa to było istne dzieło sztuki. Szczególnie dwa razy w roku gromadziła dzieciarnię i dorosłych: w grudniu gdy za szybą rozpoczynali swoje panowanie święci Mikołajowie, aniołki i diabły. Z marcepanu, z cukru, pierników powstawała cała zimowa sceneria, domy, ulice, ludzie. Ożywały cukrowe choinki, marcepanowe owoce a wyobraźnia dziecięca szalała. To
![]() |
| Cukiernia Zalewskiego (Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego) |
Tak wspomina ją lwowianka Pani Wanda Niemczycka Babel:
Kiedy nie miałyśmy jeszcze dziesięciu lat najbardziej pociągającym miejscem ul. Akademickiej była oczywiście cukiernia Ludwika Zaleskiego, sklep z zabawkami Klaftena oraz wystawa cukierni Welza, mieszczącej się w gmachu Banku Cukrownictwa, tuż naprzeciw bocznej fasady hotelu George'a.
Do cukierni Zaleskiego wchodziło się z nabożeństwem, tak tu lśniły marmurowe lady otoczone aluminiowymi uchwytami, szklane przegrody, za którymi piętrzyły się sterty najwspanialszych, a przede wszystkim doskonałych ciastek, ciast i tortów oraz np. (zwłaszcza w okresie Wielkanocy ) wyrobów marcepanowych imitujących wszystkie potrawy"Święconego", wykonywanych w skali mini. I ten cudowny zapach migdałów, ponczu, palonych orzechów, a może i kawy sprawiał, że miałyśmy ochotę wciągać powietrze nieomal głośno naszymi nosami. Ze wszystkich ciastek, które rodzice z różnych okazji tu kupowali, najbardziej lubiłam"murzynki"- dwa krążki biszkoptowe spojone masą śnieżno białej śmietany kremówki, oblane grubym lukrem z przepysznej czekolady, których smak pamiętam do dziś, no i oczywiście pączki, które stały się prawie legendą i wizytówką tej znakomitej firmy cukierniczej. Na rok czy może dwa przed II wojną wysyłał je Zaleski samolotem nie tylko do Warszawy, ale nawet do Paryża.
ŹRÓDŁO
ŹRÓDŁO
O tym magicznym miejscu pisał też Stanisław Lem w autobiograficznej książce "Wysoki Zamek". Oto jak zapamiętał cukiernię Zalewskiego:
„W owym czasie z osobliwości i monumentów Lwowa uwagę moją przykuwała cukiernia Zalewskiego przy ulicy Akademickiej. Miałem widać dobry gust, ponieważ od tego czasu nie widziałem doprawdy nigdzie wystaw cukierniczych urządzanych z takim rozmachem. Była to zresztą właściwie scena, oprawna w metalowe ramy, na której kilkakrotnie w roku zmieniano dekoracje stanowiące tło dla potężnych posągów i figur alegorycznych z marcepanu. Jacyś wielcy naturaliści albo i Rubensowie cukiernictwa urzeczywistniali swoje wizje, a szczególnie już przed Bożym Narodzeniem i Wielkanocą działy się za szybami zaklęte w masę migdałową i kakaową dziwy. Cukrowi Mikołaje powozili zaprzęgami, a z ich worów kipiały lawiny smakołyków; na lukrowych półmiskach spoczywały szynki i ryby w galarecie, też marcepanowe z tortowym nadzieniem, przy czym te moje informacje nie mają czysto teoretycznego charakteru. Nawet plastry cytryny, przeświecające spod galarety, były udaniem cukierniczego rzeźbiarstwa. Pamiętam stada różowych świnek z czekoladowymi oczętami, wszystkie możliwe rodzaje owoców, grzyby, wędliny, rośliny, jakieś knieje i wertepy: można było dojść do przeświadczenia, że Zalewski potrafiłby Kosmos cały powtórzyć w cukrze i czekoladzie, słońcu przydając łuskanych migdałów, a gwiazdom lukrowego lśnienia; za każdym razem w nowym sezonie umiał ten mistrz nad mistrze zajść duszę moją, łaknącą, niespokojną i nie całkiem jeszcze ufną, od nowej strony, przeszyć mnie wymową swych marcepanowych rzeźb, akwafortami białej czekolady, Wezuwiuszami tortów rzygających bitą śmietaną, w których jak wulkaniczne bomby nurzały się ciężko kandyzowane owoce. Ciastka Zalewskiego kosztowały 25 groszy, straszny pieniądz, jeśli zważyć, że duża bułka kosztowała pięć, cytryna koło dziesięciu, ale trzeba było widać płacić za jego panoramy, za słodką odświętną batalistykę, kto wie, czy gorszą od tej, jaką ukazywała Panorama Racławicka”.
| A to bohaterka naszej opowieści :) |
Gdy to piszę puszka stoi przede mną. Nie mogę się oprzeć marzeniu i pragnieniu by choć na chwilę mogła przemówić. Opowiedzieć o tym kto ją kupił i do jakiego domu trafiła. Jakimi ulicami ją niesiono. Czy to mąż kupił w niej ciasteczka i zaniósł w niedzielne popołudnie żonie i dzieciom? Czy może zakochany po raz pierwszy chłopak nieśmiało wręczał ją zarumienionej dziewczynie... Co było potem? Jaką drogę przebyła zanim trafiła do mnie? Och gdyby to było możliwe! Użyczyć choć na chwilę głosu przedmiotom... Ciekawe co by nam opowiedziały. Macie takie rzeczy w domu? A jeżeli tak to którą z nich poprosilibyście o opowieść?
czwartek, 2 kwietnia 2015
Opowieści Lwowskie. Kluczyki czyli kilka słów o Lwowie i lwowskiej Wielkanocy.
Pisząc Leośkę siłą rzeczy przeczytałam sporo pozycji o dawnym Lwowie. Zaczynałam z myślą, że skoro podjęłam się tego tematu, to muszę jak najlepiej poznać tamto miasto, jego klimat i mieszkańców. Podchodziłam do tego hmm... Jakby to określić? Poważnie? To chyba dobre słowo. Bo chciałam by Ci, którzy sięgną po książkę, poczuli się w dawnym Lwowie, jak u siebie. By został odczarowany. By nikt nie musiał mówić:"A Lwów to dla mnie zagranica"
Znacie tę piosenkę? Jeżeli nie to wysłuchajcie jej proszę. Od początku do końca. Jest piękna od słów poczynając na wykonaniu kończąc.
Ale żeby temu sprostać najpierw ja musiałam się z Lwowem zapoznać. I im więcej czytałam, słuchałam, oglądałam, tym bardziej miasto, w którym Leontyna przeżyła swoje dzieciństwo mnie oczarowywało. W końcu doszło do tego, że Lwów mnie omamił, zaczarował i rozkochał w sobie. I to na amen. Do tego stopnia, że było mi żal go opuszczać. I tak praca nad Leośką sprawiła, że do moich licznych miłości i tęsknot doszła jeszcze ta jedna: lwowska. Tym gorętsza i bardziej paląca, że nie do zrealizowania. Wszak tamtego dawnego Lwowa już nie ma. Nie będzie można go dotknąć, powąchać posmakować. Więc jednak trochę zagranica... Zmiotła go z powierzchni ziemi wojna. Ale można o nim pamiętać wraz z tymi, którzy o miłości do tego miasta pisali, mówili i o nim śpiewali.
Pojutrze już Wielkanoc. We Lwowie przygotowywano się do niej z ogromnym wyprzedzeniem. Trzeba było nie tylko upiec baby i mazurki, ale także wszystko wysprzątać, wyczyścić, wyprasować. Dom miał pachnieć pastą do podłóg, ciastem i... kwiatami. Właśnie tak, bo symbolem nadchodzącej Wielkanocy był nie tylko cukrowy baranek (często zakupowany w cukierni Zalewskiego, cukierni jedynej w swoim rodzaju, czy wiecie, że codziennie rano wylatywał ze Lwowa samolot dostarczający słodkie cudowności Zalewskich do Warszawy i Paryża? Ale o tym kiedy indziej, bo mam coś co chciałabym Wam pokazać, coś co z cukiernią jest bezpośrednio związane), ale też kwiaty. Bukieciki fiołków, przylaszczek, prymulek zdobiły lwowskie domy. Pomyślcie sobie o Wielkanocy pachnącej fiołkami... Albo o barwach prymulek na świątecznym stole... Z tymi ostatnimi wiąże się sporo opowieści. Ponoć Święty Piotr pewnego razu zgubił klucze od bramy do raju i odnalazł je tylko dlatego, że z upuszczonych kluczy wyrósł pęk prymulek.
Wierzono także, że przypięte do sukni mają moc przyciągania mężczyzn i uwaga! Otwierania ich serc i budzenia ciepłych uczuć. Może stąd wzięła się ich ludowa nazwa "kluczyki"?
W każdym razie prymulki gościły na lwowskich stołach i parapetach. W Wielki Piątek Lwowianie wyruszali w odwiedziny na Boże Groby. Już od godziny 14 ulice wypełniały się ludźmi spieszącymi od kościoła do kościoła i podziwiającymi artystycznie wykonane Boże Groby. Pani Janina Augustyn - Puziewicz w swoich wspomnieniach zawartych w książce "Lwów wspomnienie lat szczęśliwych" tak pisze o tej tradycji:
"Zgodnie z być może tylko naszą domową tradycją należało odwiedzić dwanaście kościołów. Mój wiek nie był przyczyną do złagodzenia zwyczaju.Toteż wędrowaliśmy ręka w rękę, od kościoła do kościoła, od grobu do grobu. W każdym kościele Boży Grób był inny, co jeden to piękniejszy. Wszystkie tonęły w tiulach, muślinach, powodzi świateł i kwiatów. Hiacyntów i hortensji było najwięcej. Majestat cierpienia i śmierci sprawiał, iż charakter tych uroczystości był jedyny w swoim rodzaju".
Pozwolicie, że nie będę opisywać całej wędrówki, ale zacytuję jeszcze jeden fragment:
"Po odwiedzeniu Bożego Grobu w kościele OO. Bernardynów odwiedzaliśmy Boży Grób w kościele OO. Karmelitów na górce i schodziliśmy do kościoła OO. Jezuitów. W tym kościele był zawsze ogromny tłok. Przyczyną były maluchy, których nie sposób było od Bożego Grobu odciągnąć. Tu śpiewały kanarki! Chyba wolno latające. Kwiaty i ptaki sprawiły, że ten Boży Grób był dla mnie zawsze najpiękniejszy i taki, choć w mglistych wspomnieniach, pozostał. Hiacyntów było przy tym Bożym Grobie tak dużo, że cały kościół nimi pachniał. Były nie tylko w kolorach, ale każdy kolor był w odcieniach od najciemniejszego do najjaśniejszego."
Wyobrażacie sobie kościół tonący w kwiatach, dzieci nie mogące oderwać oczu od kanarków? Tłumy ciągnące od kościoła do kościoła? Ci którzy nie zdążyli odwiedzić Bożych Grobów w piątek mogli dokończyć wędrówkę w sobotę do godziny 18...
Jutro u nas też nastanie Wielki Piątek. Duża część z nas spędzi go na zakupach, pieczeniu, gotowaniu... A może ktoś z Was da się skusić i w czasie ostatnich zakupów sięgnie również po doniczkę z kwitnącymi prymulkami? I pomyśli o tym, że kiedyś w wielu domach one kojarzyły się z wiosną, Wielkanocą i świętami. Może dacie się namówić i w ten sposób ocalicie kawałek pachnącego, barwnego Lwowa? Bo ja na pewno ulegnę temu pragnieniu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




