Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stop szuflandii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stop szuflandii. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 grudnia 2015

To ostatnia szuflandia, jutro się rozstaniemy...

No i nadeszła ostatnia szuflandia... Pachnie jaśminem i jaśminem pamięta... Zapraszam :) Ewo odezwij się, bo nie wiem jak mam podpisać opowiadanie.


Ewa Maćkowiak
Rozdział IV - Jaśminowa miłość.

Samochód poruszał się leniwie. Jezdnia lśniła od padającego kapuśniaczku. Wycieraczki tańczyły rytmicznie, zbierając z szyby podniebne łzy. Z głośnika sączyła się muzyka zielonego przylądka. Cesaria Evora ulubiona pieśniarka obydwojga podróżników śpiewała w duecie z Kają.
Nie tylko cierpienie jest na świecie,
Ale jak można uwierzyć w szczęście,
Patrząc w te smutne oczy,
Które tak samotnie toną we łzach?
Na statku naszego losu
Chcemy dobrego sternika,
Co zdąży na czas opuścić żagle przed burzą
I wyrwie nas z głodnych objęć fal rozpaczy.
Pewnie upragniony ląd w oddali
Będzie jak zwykle złamaną obietnicą,
Bo marzenia rodzą się w porcie iluzji,
A coś z niego ciągle wypędza nas w morze.
Nasza przyszłość to nieznany kurs,
Ale ty, wietrze, wiej w żagle
I kieruj naszym statkiem w stronę horyzontu.
Tam, gdzie spokojny i jasny brzeg,
Chociaż go jeszcze nie widać.
Kobieta spojrzała w stronę kierowcy i z uśmiechem, który zarezerwowany był tylko dla niego szepnęła. Uwielbiam te nasze podróże. Z tobą czuję się tak bezpiecznie. Gustaw uśmiechnął się na to wyznanie i patrząc na drogę odpowiedział żonie. Różyczko i ty jesteś moim światem. Każdy port bez ciebie byłby nie do zniesienia. Jesteś moim przeznaczeniem. Roześmiali się na te słowa, no tak, w końcu przecież mama …
– Opowiedz raz jeszcze Gustawku…
– Pamiętam, ten dzień, było jak dziś. Niebo płakało, a ja porzucony i zdradzony, nieszczęśliwie zakochany jechałem na spotkanie z magią. Jedź do wróżki zawyrokowali koledzy. Chodzisz jak cień, schudłeś, zapuściłeś się i przez kogo? Nie warta ta Baśka jednej twojej łzy, stary. Ogarnij się człowieku, bo zostanie z ciebie statek widmo. Masz tu adres i jedź. Może ta czarodziejka odczaruje twój los. A my mamy nadzieję, że wrócisz od niej odmieniony. Łatwo im było się śmiać, a ja wtedy myślałem, że moje życie właśnie się skończyło. Co z tego, że byłem świeżo upieczonym przewodnikiem wycieczek. Kiedy ostatnią rzeczą jaką chciałem robić, to spotykać się z ludźmi. Jakże byłem w błędzie, moje życie dopiero wtedy się zaczęło.
Rozłożyłem mapkę, którą wyrysowali Krzysiek i Paweł, moi wierni pożal się boże przyjaciele.  Droga prowadziła prosto spod mojego domu do miejsca przeznaczenia. Na czystej kartce papieru wiła się czarna, gruba kreska, a przy niej zapiski: najpierw prosto na Warszawę, po drodze mijasz dwie wioski i przed lasem zakręt w lewo i już tylko kilometr do celu. Na prowizorycznej mapce jak dla nieogarniętego turysty narysowane były charakterystyczne punkty, budynek straży, szkoła gminna, mleczarnia, skład budowlany. Na końcu szlaku niczym najsłodszy cukierek odmalowany był dom w kolorze różowej  landryny. Pamiętam, że barwa tej landryny dosłownie wywołała salwę śmiechu. Skąd oni wytrzasnęli takie kredki. I te świerki, Różyczko- Picasso wysiada- zwrócił się do żony, no aż musiałem zwolnić. Zgrywusy, oj zgrywusy, przecież ich znasz. Pomyślałem wtedy: niech no ja tylko do was wrócę, rozśmiałem się na widok tego ósmego cudu świata. Różowej landryny. Jechałem dalej ostrożnie, nie lubię szarżować, choć kusiło wcisnąć gaz. Chciałem jak najszybciej usłyszeć, że kocha, że wróci, że to wszystko co mi zrobiła, to tylko sen. Ale rozwaga wzięła górę. Nie naraziłbym życia ani swojego, ani tym bardziej cudzego. Spiesz się po woli, wryło się w moją głowę. Mama wpajała mi od dziecka. W przysłowiach jest jakaś mądrość. I choć moja niecierpliwość wzrastała z każdym pokonanym metrem, jechałem powoli.
Różyczko, nigdy, do końca swoich dni nie zapomnę zapachu tego dnia, tego domu. Nie muszę zamykać oczu, żeby go przywołać. Pachniał… magią… nie da się tego ubrać w żadne słowa. Samochód podjechał pod samą chatkę, już za zakrętem widziałem jego słomiany dach i ten rozbrajający kolor różu. Oni mówili prawdę. Landrynkowy jak najprawdziwsza landryna. Otwarte okiennice sprawiały wrażenie jakby dom spoglądał na przechodniów. W jednym z okien delikatnie  poruszyła się firanka. A ja miałem wrażenie jakby właśnie dom do mnie mrugnął. Uśmiechnąłem się do niego odruchowo. Pośrodku pomiędzy okiennicami pod niewielkim daszkiem, pyszniły się niebieskie jak modrak drzwi, na których mały, namalowany aniołek w białej koszulce nocnej łapał za klamkę, jakby chciał otworzyć gościowi drzwi, zapraszając do środka. W powietrzu panoszyła się nuta jaśminu wymieszana z truskawkowym aromatem. Miałem wrażenie, że aż gęsto od tego zapachu. A ja sam  poczułem jak wraca do mnie spokój ducha. Jaśmin zadziałał kojąco.
Nagle z ganku usłyszałem głos, który brzmiał niczym muzyka. Pamiętam jak od niego przeszedł mnie po plecach ciepły jak promień słońca dreszcz. Miła pani z kolorową chustą na głowie wołała: Różyczko, skończ już to pielenie, obiad stygnie.
Wtedy zza krzaków jaśminu przepełnionego białymi delikatnymi kwiatuszkami wyłoniła się postać. Już idę mamciu, już idę odkrzyknęła ze śmiechem w stronę dojrzałej pani. A ja na nowo poczułem ten sam ciepły dreszcz przechodzący w górę i w dół po całym ciele. Stanąłem jak wryty. Moja szczęka zawędrowała w dół. Musiałem wyglądać dość osobliwie, bo dziewczyna zmarszczyła nos, zachichotała, po czym zakryła dłonią usta zasłaniając rząd śnieżnobiałych równiutkich niczym klawisze fortepianu zębów. Wszystko we mnie śpiewało jak na tym jaśminowym krzewie białych kwiatów, czerwcową pieśń. Nigdy w życiu nie widziałem takiego widoku. Ognistowłosa, młoda dziewczyna z buzią, którą swą miłością naznaczyło słońce, tak jakby chciało podkreślić jej piękno i upszczyło piegami twarz. Zamarzyłem być wiatrem bym mógł dotknąć każdego z nich. Zliczyć te brązowe plamki jedną po drugiej. Wszystko we mnie śpiewało. Rozśpiewała się dusza i serce, które podpowiedziało myślom słowa.
Róża… cóż za imię..
Czułem się tak jak wtedy, kiedy pierwszy raz jako małe dziecko zobaczyłem tęcze. Byłem nią tak oczarowany, że wyciągałem małe rączki i chciałem jej dotknąć, tak jak w jaśminowym ogrodzie ciebie wtedy.
Pomyślałem, że Róża, podbiła moje serce, ale dla mnie zostaniesz na zawsze Jaśminą. Dziś wiem, że ta nazwa pochodzi od perskiego słowa yasmin, które oznacza „dar od boga”. Tak zapach jaśminu, to miłość od pierwszego powąchania, tak jak i moja miłość do ciebie od pierwszego spojrzenia. Jesteś moim darem od Boga.
Uwielbiała, kiedy opowiadał jej to spotkanie. Spotkanie dusz. Bo już wtedy zaplotły się ze sobą w tańcu przeznaczenia.
Zniknęłaś za modrymi drzwiami zostawiając je lekko uchylone. A moje nogi niosły mnie wprost do ciebie. Zapukałem, popchnąłem je. W malutkim przedsionku czekała na mnie uśmiechnięta pani domu. Pomyślałem, że jest bystra jak górski potok. Od kiedy stała na ganku minęło zaledwie kilka minut, a zdążyła zmienić strój. Miała inną suknię i nie miała kwiatowego turbana. Jej włosy lśniły rozognioną mahonio miedzią. Witam pana, mam na imię Stefania. Czekałyśmy na pana, zapraszam do środka. Moje oczy zrobiły się wielkości spodka, co nie uszło uwadze kobiety, bo roześmiana powiedziała, niech pana nie dziwi młody człowieku...nie słyszał pan? W tej chacie mieszkają wiedźmy. A to oznacza te, które wiedzą. Na moje aaa eee yyy zaśmiała się jeszcze bardziej i popchnęła delikatnie stare drewniane drzwi, które skrzypiąc zaprosiły mnie do wnętrza, które za sobą skrywały. W przestronnym  pokoiku pod oknem stało przepiękne, rzeźbione łóżko, tuż obok czarowny sekretarzyk, a na mim przedziwne przedmioty. Poczułem zmieszanie.
Gospodyni wskazała miejsce przy owalnym stole nakrytym ręcznie robioną serwetą. Na srebrnej paterze pyszniły się ciasteczka w polewie czekoladowej. Poczułem głód, co chyba wyczuła „ta która wie”, bo usłyszałem melodyjne: śmiało, proszę się częstować. Zaraz podamy herbatkę jaśminową. Po czym zniknęła za drzwiami. Nie śmiałem się  ruszyć, a co dopiero zjeść ciasteczek, choć zapach czekolady i migdałów boleśnie przypominał, że od rana nie miałem nic w ustach.
Rozejrzałem się po pokoju, na sekretarzyku leżał dość pokaźnych rozmiarów bursztyn w którego łonie zamknięte było małe stworzonko. Promienie słonka, które wemknęły się do pokoju przez firankę podświetliły jantar, a ten mienił się swoim złotem. Bursztyn,” ten który się pali”, tak, to było idealne tłumaczenie z niemieckiego. Ten okaz właśnie tak wyglądał, jakby płonął złotym płomieniem. Obok niego stała żółta woskowa świeca, częściowo wypalona zamocowana na srebrnym świeczniku z fikuśnie zakręconą rączką. Piękna rzeźbiona skrzyneczka w której leżały różnej wielkości woreczki. Pudełeczko w którym spoczywały jakieś kamyki, na których widniały wyryte dziwne znaki. Piramidka w której leżały srebrnobiałe liście związane w palemkę. Na ścianach obrazy z motywami aniołów. Pomyślałem wtedy, że ten pokój należy do wyjątkowej osoby i wtedy drzwi skrzypnęły znajomo, do pokoju wleciał zapach jaśminu. Wiedziałem, że za moimi plecami stoi ta, którą nazwałem Jaśminą.
Na tacce którą postawiłaś przede mną stał imbryczek z parującym napojem, piękna biała porcelanowa filiżanka, która kiedy patrzeć na nią pod światło odkrywała swoje delikatnie przeźroczyste wzory. Cukiernica, łyżeczka i maleńkie szczypczyki. Pomyślałem, że bałbym się zdradzić drżenia rąk i nie zaryzykowałbym osłodzenia tego napoju dopóki stałabyś tak obok, ty, miedzianomahoniowa piękność. Już wtedy zakochany po uszy uleczyłem rany. Już wtedy zapomniałem co było, po co przyjechałem do landrynkowej chatki, tych które wiedzą. Nie chciałem pytać czy wróci, wyrwałem i odrzuciłem strzępki wspomnień. Zostawiłem zaprzeszłość, teraz chciałem wglądu w przyszłość. Dzisiaj chciałem pytać czy jaśminowa panna przemierzać będzie moim szlakiem. Wczoraj już nie ma. Jest tu i teraz, jest przyszłość. Jadąc na spotkanie z wróżką nie widziałem przed sobą nic...
Moja Róża róż nalała herbatki, podniosła tackę z ciasteczkami i podstawiła mi pod sam nos, wlewając aksamitem swego głosu w moje wnętrze …miłość: proszę skosztować, to magiczne ciasteczka. Już po jednym kęsie poprawiają nastrój. Sięgnąłem odruchowo i wpałaszowałem z takim apetytem, że aż mi wstyd na to wspomnienie. Potem jeszcze jedno i jeszcze. Rzeczywiście świat jakby pojaśniał, a ja rozmyślałem czy to od ciasteczek, czy od pięknej ognistowłosej dziewczyny. Wreszcie do pokoju weszła Serafina, podeszła, podała dłoń i przedstawiła się jestem Antonina. A pan zapewne do mnie i do moich kart z wizyta.  Eee…aaa…yyy Dzień dobry mam na imię Gustaw. Eee..aaa…yyy… przepraszam jak ma pani na imię? Antonia ? Czy ja tracę pamięć? Przed chwilką mówiła pani że na ma imię Stefania. Nie mogłam ci tego powiedzieć, bo nie rozmawiałam z tobą młody człowieku – odrzekła. W tej chwili włos zjeżył mi się na głowie. Raz ma kolorową chustę, za chwilę jej nie ma. Raz jest Stefanią, raz Antoniną. Chyba nie powinienem tu dłużej bawić, ale Róża…
Gustawie, już ci wyjaśniam. Stefanio możesz na chwilkę do mnie zajrzeć krzyknęła w stronę drzwi, a za chwilkę stanęła w nich ona. Pani bez kolorowej chusty na głowie. Matko, aleście do siebie podobne, jęknąłem. Jak dwie krople wody odrzekła Stefania i znikła tak szybko jak się pojawiła. Antonina podeszła do mnie. Wzięła moją dłoń, przyjrzała się chwilkę i powiedziała. – Twoja linia serca zakończona rozwidleniem – szczerość uczuć i dobrotliwość, szlachetność, dobroć i wierność. Dłuższa od linii głowy – osoba kierująca się uczuciem. Przebiegająca blisko linii rozumu – oznacza ścisłe powiązanie z domem i tradycją rodzinną. Przeżyłeś wielkie rozczarowanie uczuciowe, ale pokochasz miłością wielką i to będzie miłość twojego życia. Po czym zamknęła dłoń. A ja wiedziałem, że miłość którą miałem wypisaną na dłoni będzie miała na imię Róża. Pewnego dnia, przypadkiem, choć wiemy, że przypadki nie istnieją zobaczyłem ciebie i już od wtedy nie mogę przestać bez tego widoku. Nie ma początku, ani końca. Nie ma ja, ty nie istnieje. Jest tylko jedno słowo. My. Dziękuję ci za te jaśminowe wspomnienie.  Moja Różo, moja Jaśmino.
Powiedz jeszcze wiersz, kochany mój Gustawku, powiedz – poprosiła męża.
– Ty mój upierdusiu, powiem ci, powiem po raz tysięczny i będę mówił do końca świata i jeszcze jeden dzień – odpowiedział i wyrecytował słowa, które ułożył dla niej.

Zapamiętanie.

Jaśminem cię owieję.
Zapachem jego owładnę.
Pyłkiem jaśminowym oprószę.
Białymi płatkami zapłaczę,
gdy opadać będą, dywanem się ścieląc.
Tak oto, czerwcowym spotkaniom dwojga
hołd składa, ten krzew ozdobny.
Naszych czułości świadek.
Jaśminem cię zapamiętam.

Kobieta podniosła dłoń, pogładziła oszroniałe skronie męża i powiedziała: jestem taka szczęśliwa z tobą Gustawie, moja miłości.

Deszcz siąpił z nieba niekończącymi się zasobami, jakby płakali wszyscy anieli. Deszcz, który zmywa wszystko, nie wszystko jest jednak w stanie zmyć. Nie zmyje śladów miłości. Ich miłości. Zanim zatrzymał się na pobliskim drzewie wbijając się w nie, kolorowy pojazd przekoziołkował, zawirował, zatańczył w powietrzu. Kwiaty na przedniej karoserii straciły swój niepowtarzalny urok.
Teraz wyglądały jakby ktoś zdeptał świeżo zebrany bukiet polnych kwiatów. Ze sobą na zawsze… aż do śmierci. Tę część przysięgi wypełnili niechcący. Tę część wypełnił los. Nie, nie los, los nie byłby tak okrutny, nie zabrałby małemu chłopcu rodziców. To pijany kierowca, który za nic na swoje życie, za nic ma życie innych. To pieprzony, nieodpowiedzialny nawalony idiota, który wypija kilka drinków i wsiada za kierownicę. To pan życia i śmierci. Ignorant życia. Taki co to za pieniądze ma wszystko. Ale rozumu za grosz. Taki co to wypija trunki z najwyższej półki, ale na taxi gdzieżby tam miał wydawać, przecież ma dobrą nową brykę, przecież to tylko kilka drinków. Dojedzie, tak jak dojeżdżał do dziś. Zawsze się udawało.
Wchodzili w zakręt kiedy padły ostatnie słowa ich miłości. Po przeciwnej stronie on, bezmyślny zabójca. Pruł na podwójnym gazie. Nie bacząc na pogodę i promile w żyłach. Gaz, gaz do dechy i wypuszczam czad, gaz, gaz do dechy, aż pulsuje krew. Nagle światła samochodu naprzeciwko i znów gaz, nie hamulec. Amok. Potem poślizg, huk i migotanie świateł.

– Czy pan mnie słyszy? Proszę pana czy pan mnie słyszy? Niech ktoś wezwie karetkę. Na litość boską niech ktoś wezwie pomoc. Trzeba wezwać pomoc, tam jest dwoje ludzi…
Z oddali słychać wycie syren. Deszcz zmywał czerwone ślady. Krew wsiąka w ziemię. Może kiedyś wyrośnie tu krzak róży albo jaśminu…
Policjant zaciskając szczęki powiedział do mężczyzny. – To znów pan?! Tym razem nie ujdzie panu na sucho. Tym razem posunął się pan za daleko. Mężczyzna zamknął oczy, alkohol pozwolił mu odpłynąć… Policjant odwrócił głowę w odruchu złości i dzięki temu zobaczył chłopca. Leżał niedaleko. Z trzepoczącym się sercem podbiegł do dziecka. Boże, niech on żyje, niech ten chłopiec żyje wypowiadał niczym magiczną formułkę. Ciało chłopca leżało bezładnie. Przykucną i drżącą dłonią sprawdził puls. Karetka, gdzie ta karetka wykrzyczał na całe gardło. Pociemniało w oczach. Gdybym mógł własnoręcznie unicestwiłbym tego patałacha pomyślał. Dwa lata temu stracił swoje dziecko myślał, że nigdy się nie pozbiera, że nie wróci do służby. Ale wrócił, wrócił, żeby nie oszaleć i żeby łapać takich łapciuchów, takich bezmyślnych morderców. Wrócił, aby śmierć jego jedynego syna nie pozostała „zbezczeszczona”. Nienawidził pijaków. Nie miał dla takich litości. Klęczał przy chłopcu, nie był w stanie wstać. Wróciły najgorsze koszmary. Żyj chłopaku, żyj. Z oddali słyszał głos syren. Strażacy „szczypcami” cieli blachę samochodu. Wyciągając ciała. Lekarze przekładali dziecko na nosze. Kapitan Sadowski zapytał – co z nim? – Żyje, ale stan jest ciężki. Miejmy nadzieję, że .
Niech pan nie kończy zdania – padło – niech pan uratuje tego chłopca. Tej nocy  Kapitan Sadowski nie zmrużył oka.


Tej nocy nie wypełniło się życie. Nie wykipiało z brzegów. Beztroską nie dotrzymało słowa, nie dopełniło obowiązku. Tyle mieli chwil do przeżycia, historii do opowiedzenia. Tyle zdjęć do pokazania. Zostali tak bezpańsko tam, w miejscu o którym się mówi zakręt przejścia, most na drugą stronę. Na nic ostrożność . Wpadli na drzewo z którego kiedyś stolarz wystruga trumnę. Bo taki jego los, przyjmować to co odebrało. Życie.

Małe dzieci pamiętają wiele. Czasami otwierają się na chwilkę bramy pamięci. Potem zamykają, tak jakby miały za zadanie bronić niewinnych. Serafin potrafił otwierać tą furtkę. Czasami, kiedy usłyszał głos syreny strażackiej, albo kiedy poczuł zapach jaśminu, albo tęsknił za rodzicami przywoływał ten zapamiętany fragment. Ostatni fragment podróży rodziców.

sobota, 5 grudnia 2015

Dziś przeszukujemy szufladę pana Konrada :)

Zobaczmy co tam znajdziemy...
Konrad Rubacha
Fragment rozdziału III

Marcelina spojrzała na nią zaskoczona i lekko otworzyła usta na widok jej potwornie bladej twarzy, ale nie zdążyła nic powiedzieć, bo następnej chwili przestała cokolwiek słyszeć, zrobiło się jej ciemno przed oczami i bezgłośnie opadła na stojącą obok Weronikę, która odskoczyła zaskoczona. Po chwili powoli zaczęły dochodzić do niej spanikowane odgłosy dziewczyn, które Marcin p bezskutecznie próbował uspokoić. Zamrugała oczami starając się skupić wzrok. Uświadomiła
sobie, że podtrzymuje ją Marcin, który wpatrywał się w nią pełnym napięcia spojrzeniem.
-Nic mi nie jest. - wybąkała siląc się na to, aby stanąć o własnych nogach. Zakręciło się jej w głowie i lekko się zachwiała. Nie przewróciła się jednak, bo wciąż podtrzymywał ją Marcin. Zaraz potem z jej nosa spłynęło nieco krwi, na widok której Aśka pisnęła i sama omal nie zemdlała.
-Trzeba wezwać pogotowie! - wrzasnęła Weronika.
-Dajcie spokój! Po prostu muszę napić się trochę wody i... chyba coś zjeść. Chodźmy do środka.
Chwiejnym krokiem, podtrzymywana przez Marcina, przeklinając samą siebie ruszyła w stronę
restauracji. .
-Weronika, twoja mama nie może zobaczyć mnie w takim stanie. Pomyśli, że się upiłam. Boże, co
za wstyd. - jęknęła nagle.
-Nie przejmuj się. Zobaczy przecież, że miałaś krwotok z nosa.
Zaprowadziły ja na zaplecze, gdzie czym prędzej obmyły jej twarz. Niestety, chwilę później do
kuchni weszła Edyta Ostrowska i z naburmuszoną miną rzekła:
-Weronika i reszta, gdzie się podziewałyście? Żadna z was nie zajmowała się gośćmi.
-Mamo, Laura miała krwotok z nos, przez co zasłabła. - odpowiedziała szybko Weronika.
Ostrowska przybliżyła się twarzy Laury i pogładziła ją lekko ze współczuciem.
-Ktoś musi odwieźć cię do domu. Marcin...
-Ja piłem... - odparł nieco zmieszany.
-A tata? - zapytała Weronika.
-Tak! Leć po ojca!
Laura cicho jęknęła na samą myśl, że będzie musiała jechać przez pół miasta z obcym człowiekiem.
Poza tym nie mogła uwierzyć, że spowodowała takie zamieszanie. Weronika wróciła minutę
później prowadząc za rękę swojego ojca, który rzucił krótkie „Dobry wieczór.”
-To ona. - wskazała Weronika, a Laura natychmiast dźwignęła się na nogi. - Mógłbyś ją odwieźć?
-Oczywiście. - kiwnął głową. - Da radę pójść pani sama? - zapytał uprzejmie.
-Marcin, dziewczyny! Pomóżcie, koleżance! - krzyknęła Ostrowska. - Wojciechu, zaprowadź ją pod
sam dom. - dodała zmartwionym głosem. - Może powinnam zadzwonić do twoich rodziców?
-Nie ma takiej potrzeby. - odparła szybko Laura. - Naprawdę. - dodała z naciskiem.
-Bardzo nam dzisiaj pomogłaś. Jak tylko dojedziesz do domu połóż się do łóżka i wypocznij,
kochanie. Dobranoc.
-Dobranoc, pani. - odparła i czym prędzej dała się poprowadzić wszystkim chcącym pomóc jej
osobom.
Kiedy doszli do samochodu Wojciecha Ostrowskiego, Laura natychmiast pomyślała, że
zdecydowanie musi być to typ samochodu, na który pozwolić mogą sobie tylko najbogatsi, mimo iż
kompletnie nie znała się na markach, ani w ogóle się tym nie interesowała, w jakiś sposób zrobił na
niej wrażenie. Marcin otworzył jej przednie drzwi i pomógł zapiąć pasy, choć nie było takiej
potrzeby. Mimo, iż nienawidziła być w centrum uwagi, teraz jej to odpowiadało, zwłaszcza na
widok miny Aśki. Kiedy w końcu Marcin zatrzasnął drzwi Laura kolejny raz upewniła się, że w jej
życiu nic nie dzieję się tak jak wcześniej to sobie zaplanowała. Miało być spokojnie, cicho i szybko.
A póki co spełniło się tylko to ostatnie, choć nie w taki sposób w jaki sobie życzyła. Czekała ją
piekielnie przedłużająca się rozmowa z nieznajomym człowiekiem, który co gorsza, absolutnie nie
wyglądał na kogoś, kto lubi mówić sam od siebie. Krępująca cisza była tym co zazwyczaj
towarzyszyło ją w kontaktach z wszelkimi ludźmi.
-Niech mi pani powie, gdzie mam panią zawieźć. - odezwała się niskim głosem nienaturalnie
sztywno trzymając ręce na kierownicy.
-Mieszkam na Leśnej... Mam nadzieję, że to nie będzie dla pana kłopot...-Skąd... proszę tak nie mówić, zwłaszcza, że jest pani przyjaciółką mojej córki, prawda?
-Właściwie to po prostu chodzimy razem do szkoły... - pomyślała, że w bardziej beznadziejny
sposób nie mogła odpowiedzieć na to pytanie. - Zaproponowała mi udział w otwarciu butiku
pańskiej żony, chętnie skorzystałam, bo akurat szukałam jakiegoś zajęcia po szkole, które dałoby mi
zarobić parę groszy...
-Czyli nie była pani gościem, lecz...
-Hostessą... - dokończyła licząc w myślach ulice, które pozostały im do końca drogi.
-Ale to raczej jednorazowa możliwość zarobku. Trudno mi powiedzieć kiedy moja żona otworzy
kolejny sklep.
-Tak, zdaję sobie z tego sprawę, dlatego poprosiłam znajomego, żeby pomógł mi czegoś poszukać.
-Wojciech Ostrowski wyglądał jakby nagle się zamyślił. Laura spojrzała na niego ukradkiem i
natychmiast pomyślała, że nie ulega wątpliwości po kim Marcin jest tak przystojny. Jak na swoje
lata jego ojciec prezentowała się wyjątkowo dobrze. Nagle zauważył, że przyglądała mu się przez
dłuższą chwilę i ocknął się z zamyślenia.
-Ile czasu w tygodniu byłaby pani w stanie pracować?
-Myślałam głównie o weekendach, ale czasami mogłabym też w dni robocze, oczywiście
popołudniami, po skończeniu lekcji.
-Cóż... być może nieco panią zaskoczę, ale myślę, że w mojej firmie znalazłaby się praca dla... no
cóż... rozumiem, że interesującą panią proste zajęcia.
-Tak, chociażby sprzątanie, wie pan, mycie okien, podłóg, cokolwiek...
-W takim razie proszę zgłosić się pod ten adres w najbliższy piątek. - rzekł wyciągając z kieszeni
wizytówkę.
-Ale jest pan pewny, że zostanę przyjęta? - zapytała zaskoczona.
-Tak, jestem zupełnie pewny, bo to moja firma. - odpowiedział spokojnym tonem.
-Ach... rozumiem. - wymamrotała nieco zdezorientowana. - A czym zajmuje się pańska firma? -
dodała siląc się na normalny ton.
-Transportem. Być może pani o niej słyszała... Ostrowski... po prostu, cóż, być może to faktycznie
mało oryginalna nazwa, co zresztą często zarzucała mi moja żona...
-To naprawdę pańska firma? - wyrwało się jej mimowolnie, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Nazwa nie była jej obca. Wiedziała, że to jedno z największych przedsiębiorstw w okolicy.
-Tak... jestem jej prezesem. - dodała nagle zmieszany jakby obawiał się, że zabrzmiało to trochę tak
jakby się przechwalał. - Da radę pani dojechać do siedziby firmy? A może podjechać gdzieś pod
panią? Moglibyśmy się umówić... - nagle urwał jeszcze bardziej zmieszany.
-Bez obaw, nie musi się pan fatygować. Dojazd tam nie będzie dla mnie żadnym problem. Dziękuję
panu bardzo. - wypaliła z wdzięcznością.
Kiedy minutę później podjechali pod jej dom, Laura nie mogła uwierzyć, że jednak coś się jej
dzisiaj udało. Tak bardzo ją to podekscytowało, że zupełnie zapomniała o swoim niedawnym
omdleniu i jak na skrzydłach wyszła z samochodu zatrzaskując za sobą drzwi nie mogąc doczekać
się, gdy poinformuje o tym rodziców. Wojciech Ostrowski na odchodne zapytał ją jeszcze jak się
czuje, a tak cała rozpromieniona zgodnie z prawdą odparła, że już zupełnie dobrze i jeszcze raz
przeprosiła za całe zamieszanie. Gdy stanęła przed drzwiami nagle uświadomiła sobie, że przez tą
szaloną sytuację zupełnie zapomniała zabrać ze sobą rzeczy, w których pojechała na otwarcie.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że w tylnej kieszeni swoich dżinsów miała klucze od domu.
Nie pozostawał nic innego jak tylko bębnić dzwonkiem do drzwi czekając, aż któreś z wyrwanych
ze snu rodziców wstanie, aby jej otworzyć. Kiedy usłyszała dźwięk jej ojca schodzącego ze
schodów pomyślała, że warto byłoby jednak poczekać ze swoim entuzjazmem i poinformować
rodziców o pracy, którą jej zaproponowano dopiero wtedy, kiedy będzie jej zupełnie pewna.
Rozdział IV
Marzyła, aby cały weekend spędzić w samotności. Niestety, co chwila do jej pokoju wchodzili
rodzice pytając, dlaczego nie łapie, ostatniego październikowego słońca, podczas gdy ona nie
wiedziała jak delikatnie uświadomić ich, że jest to teraz ostatnia rzecz, jakiej potrzebowała.
Przeżywała jeden z tych dni, w którym rozmowa z innym, co gorsza, realnym człowiekiem jest niezwykle irytująca. Musiała myśleć, o sobie, o wydarzeniach z piątku i najbliższej przyszłości – do
tej jak zwykle nie podchodziła w optymistycznym nastroju. Im dłużej myślała patrząc na szybko
przesuwające się wskazówki zegara, tym gorzej się czuła. Przeczuwała, że stanie się coś co sprawi,
że podczas najbliższych dni wszyscy będą o niej szyderczo szeptać. Dlaczego musiała zemdleć
akurat wtedy?!
Spojrzała na sukienkę, którą miała założoną w piątek upewniając samą siebie, że nigdy więcej nie
będzie miała tyle odwagi, aby z własnej woli założyć coś w podobnym stylu. Powróci do szkoły ze
swoim codziennym, nudnym wizerunkiem, a Marcin patrząc na nią, nie będzie mógł uwierzyć, że to
naprawdę ta sama dziewczyna, którą widziała przed weekendem. Wzięła do ręki telefon, a potem
zaczęła bezmyślnie przesuwać wyświetlacz. Kiedy była już bliska rzucenia telefon o ścianę,
niespodziewanie poczuła wibrację. „Pewnie jakaś reklama.” - pomyślała ponuro. Otworzyła
wiadomość, po czym szybciej zabiło jej serce.
„Hej, tu Magda. Zdjęli mi gips. Jutro zobaczymy się w szkole :)”
Natychmiast odpisała:
„Nareszcie! <3 Nie mogłam tam bez Ciebie wytrzymać. :) Powinnam cię zabić. Dlaczego przez
ostatnie dni się nie odzywałaś?!”
„To miała być taka niespodzianka. Wybaczysz mi? :)”
„No pewnie! Nie mogę się doczekać!” - odpisała i położyła się na plecach czując nagły przypływa
radości. - „Mam Ci tyle do powiedzenia, ale to jutro.”
Magda od początku szkoły średniej była jej najlepszą przyjaciółką, właściwie, jedyną. Poznały się
już pierwszego dnia, gdy razem błądzili po szkolnych korytarzach szukając klasy, w której mieli
spotkać się w wychowawcą. Od tamtej pory spędzały razem każdą przerwę i siedziały razem na
każdej lekcji. Laura przez całe życie marzyła o takiej przyjaciółce. Z nikim innym nie dogadywała
się lepiej.
Jeszcze raz sięgnęła po telefon, żeby sprawdzić godzinę. Gdy tylko to zrobiła, natychmiast napisała
do niej Weronika:
„Hej, jak tam? Lepiej się już czujesz?”
„Zdecydowanie.” - odparła.
„To dobrze :)”
„Przepraszam za to całe zamieszanie.” - dodała pospiesznie stukając palcami po wyświetlaczu.
„Daj spokój. Do zobaczenia w szkole. :*”
„Pa :)”
Nagle zorientowała się, że choć bardzo krótko, to tak naprawdę pierwszy raz pisała z Weroniką,
mało tego, właściwie nigdy nie miała okazji rozmawiać z nią zanim ta nie zaproponowała jej
pomocy przy piątkowej imprezie. Z powrotem położyła się na łóżku i szeroko się uśmiechnęła.
Może nie było tak źle jak się jej wydawało. Dlaczego wszystko musi widzieć w czarnych barwach?!
Poniedziałek w szkole, praca u ojca Weroniki, jej przyjaciółki i brat opowiadający innym o
wczorajszej imprezie... KONIEC! Pomyślała nagle, że dobrze byłoby coś zjeść. Zeszła do kuchni,
gdzie zastała rodziców w ponurych nastrojach.
-Wyspałaś się już? - zagadał ją ojciec, po czym głośno siorbając wziął kolejny łyk herbaty.
Laura nieco się wzdrygnęła. Nienawidziła, gdy ktoś cokolwiek głośno spożywał.
-Tak. Tylko trochę boli mnie głowa. Chciałabym wam o czymś powiedzieć. Prawdopodobnie
dostałam pracę. - oznajmiła uznając nagle, że jednak powiedzieć im o tym już zawczasu, aby
poznać ich opinię.
-Gdzie? W tym butiku u matki tej Weroniki? - zapytała zaskoczona matka przerywając zmywanie
naczyń.
-Właściwie to u jej ojca. Jest prezesem firmy transportowej i wczoraj, gdy mnie odwoził,
poinformował mnie, że potrzebują kogoś do sprzątania i ogólnej pomocy.
-Myślisz, że dasz radę? - odparła matka.
-Tak. - dodała pewnie. - Z resztą, po co wszystko widzieć w czarnych barwach. - dodała
niecierpliwie otwierając lodówkę. Sama nie wierzyła w to co mówi. - Jeżeli mi się nie spodoba, to
odejdę. -Może to i dobrze. - rzekł ojciec odstawiając naczynia do zlewu. - Zawsze będzie co w życiorysie
napisać.
-Też tak uważam. Nie martwcie się. Ze szkołą też sobie poradzę. - dodała uprzedzając pytanie
matki. - Idę na górę się pouczyć. - oznajmiła wychodząc z kilkoma pospiesznie zrobionymi
kanapkami. Na szczęście jej nie zatrzymywali. Do końca dnia słuchała smutnych piosenek, aż w
końcu usnęła ze zmęczenia.
Umówiła się z Magdą, że spotkają się pół godziny przed rozpoczęciem zajęć w sklepie, w którym
niemal każdego dnia kupowały jedzenie do szkoły. Magda była dużo od niej niższą, nieco krępą
osóbką z cienkimi włosami, które od niedawana farbowała na czerwono. Podobnie, jak Laura często
narzekała na swój wygląd i na to, że właściwie nie ma żadnego talentu. Ona również nie lubiła
chodzić do szkoły i z trudem przychodziło jej zawieranie nowych znajomości. Razem z Laurą
spędzały prawie każdą lekcje na rozmowach, których nie rozumiał nikt oprócz nich. Często miały
też w zwyczaju wagarować, jednak nie sprawiały większych problemów w szkole, więc prawie nikt
nie zwracał na to uwagi. Kiedy Laura weszła do sklepu i zobaczyła ją w sklepie na dziale z
owocami, gdzie właśnie warzyła banany podbiegła do niej i niespodziewanie ją objęła.
-Nareszcie cię widzę. - powiedziała szeroko się uśmiechając. - Jak twoja noga? Już nie boli?
-Ani trochę. - odparła Magda odwzajemniając uśmiech.
-Myślałaś, że zwariuję w tej szkole bez ciebie. Nigdy nie chce mi się tam chodzić, ale bez ciebie to
już w ogóle jest katorga.
Magda roześmiała się głośno. Pospiesznie chwyciły parę rzeczy z półek, zapłaciły i udały się do
szkoły narzekając na wszystkie lekcje, które je czekały.
Gdy tylko weszły do szkoły, Laura kątem oka zauważyła Weronikę siedzącą jak zwykle z
wianuszkiem znajomych co chwila głośno wybuchających śmiechem. Wolała się z nią nie spotkać,
jednak musiała przejść koło miejsca, w którym siedzieli, aby dostać się do klasy, w której mieli
mieć za chwilę lekcje. Laura spuściła głowę i wstrzymując powietrze starała się przemknąć koło
nich niezauważenie. Gdy była już prawie pewna, że się jej udało, usłyszało za sobą rozbawiony głos
Weroniki i zrezygnowana odwróciła się w jej kierunku głośno wypuszczając powietrze.
-Hej! - zawołała Weronika podchodząc, aby się przywitać. Następnie zrobiła coś, czego nie zrobiła
jeszcze nigdy w życiu. Uścisnęła Laurę i pocałowała ją w policzek. Laura zszokowana cała
zesztywniała. Weronika dostrzegła po chwili Magdę, która przyglądała się temu z zupełnie
zdezorientowaną miną, i uniosła rękę w geście powitania. Następnie odwróciła się wpadając na
swojego brata, który znikąd się za nią pojawił. Laura spojrzała na niego speszona i spuściła wzrok
nie mając pojęcia jak się zachować.
-Nie przywitasz się z Laurą? - zapytała Weronika przerywając krępującą ciszę.
-Z Laurą... znamy się? - spojrzał na siostrę, jakby spodziewał się, że żartuje.
-Poznałeś ją w piątek na otwarciu butiku. Nie pamiętasz? - odparła nieco nerwowo. - Miała ubraną
tę piękną czerwoną sukienkę.
Marcin zmierzył ją długim spojrzeniem, a potem na jego twarzy pojawił się grymas, który
wskazywał, że sobie przypomniał.
-Ach tak... - mruknął cicho. Jego oczy mimowolnie mówiły jak bardzo Laura różni się od tej, którą
poznał w piątek. Laura zastanawiała się czy można poczuć się jeszcze gorzej, niż ona teraz.
-Pewnie byłeś pijany... - starała się uratować sytuację Weronika. - Do zobaczenia na lekcji! -
zwróciła się do Laury z nerwowym uśmiechem, po czym wróciła do swojego towarzystwa.
Laura natychmiast się odwróciła i ruszyła do przodu tak szybko, że Magda z trudem mogła ją
dogonić.
-Możesz mi to wytłumaczyć?
Gdy weszły do klasy, Laura, starając się zachować spokój, o wszystkim jej opowiedziała. W jakiś
sposób czuła się upokorzona. Po tym wszystkim naprawdę nie chciało się jej siedzieć w tej
cholernej szkole.
Nie mogła doczekać się nastania piątku. W środowe przedpołudnie na jednej z przerw zadzwoniła
na numer widniejący na wizytówce, którą dał jej Ostrowski. Zanim to zrobiła kilka razy odetchnęła mając nadzieję, że będzie ją pamiętał. Jednak ku jej rozczarowaniu telefon odebrała jakaś kobieta o
surowym głosie.
-Dzień dobry, z kim mam przyjemność?
-Dzień dobry, z tej strony Laura Kowalczyk. - odpowiedziała nieśmiało.
-Dodzwoniła się pani do firmy Ostrowski. Przy telefonie Zofia Skowrońska, sekretarka pana
prezesa Ostrowskiego. Z jakiej firmy i w jakiej sprawie pani dzwoni? - mówiła tonem tak bardzo
formalnym, że skutecznie zbiła tym z tropu Laurę.
-Pan Ostrowski zaproponował mi u państwa pracę. Polecił mi zadzwonić na ten numer. -
powiedziała szybko mając nadzieję, że mówi zrozumiale. Kiedy się stresowała zazwyczaj mówiła
niezrozumiałym bełkotem.
-Ach tak... wspominał. - odparła - Rozumiem, że jest pani przyjaciółką jego córki, prawda?
-Dokładnie. - ucieszyła się Laura.
-Kiedy kończy pani zajęcia w piątek?
-O czternastej.
-Da pani radę dotrzeć na adres podany na wizytówce?
-Oczywiście, myślę, że w ciągu godziny mogłabym być na miejscu.
-Idealnie.... W takim razie zapraszam. Zapoznam panią z obowiązkami.
-Mogłabym wiedzieć jakie obowiązki ma pani na myśli?
-Proszę się nie obawiać. Proste prace sprzątające.
-Rozumiem. - odetchnęła z ulgą Laura.
-W piątek rano przedzwonię do portierni i uprzedzę, że pani przyjdzie. Zatem do zobaczenia w
piątek.
-Dziękuję, do widzenia.
Oparła się o ścianę i głęboko westchnęła. Pomyślała, że chyba nie jest tak źle jak zawsze się jej
wydaje.
Rozdział V
W piątek zmusiła się do tego, żeby wstać godzinę wcześniej, niż zazwyczaj. Przez cała noc
rozmyślała nad tym jak powinna się ubrać i nadal nic sensownego nie przychodziło jej do głowy.
Kiedy zorientowała się, że ma coraz mniej czasu nareszcie uznała, że w końcu nie jedzie tam
pracować jako sekretarka albo księgowa, tylko sprzątaczka, która nie powinna się rzucać w oczy,
więc strój nie powinien mieć większego znaczenia. Tego dnia lekcje wydawały się nie mieć końca.
Była tak podekscytowana, że na żadnej z nich nie była w stanie skupić, zresztą, nawet nie
próbowała. Gdy lekcje nareszcie się skończyły, pożegnała się z Magdą, która życzyła jej
powodzenia i pospiesznie udała się na najbliższy przystanek autobusowy. Po drodze chwyciła tylko
jakąś bułkę, colę i gumy do żucia. Po pierwszym kęsie tego pożałowała, bo na sweter, który ubrała,
wyprysnął pomarańczowy sos. Przeklinając samą siebie zaczęła energicznie go pocierać, co
wywołało jeszcze gorszy efekt. Co gorsza, ze zgrozą przypomniała sobie, że nie ma przy sobie
żadnych chusteczek. Na szczęście z pomocą przyszła jej siedząca naprzeciwko starsza kobieta,
która wyjęła swoje z torebki. Laura spojrzała na swoje odbicie w szybie okna autobusu i jęknęła
kompletnie nie wiedząc co robić. Na powrót do domu, aby się przebrać, stanowczo nie miała czasu.
Nie chciała sprawić złego wrażenia spóźniając się już pierwszego dnia do pracy. W końcu podjęła
jedyną możliwą decyzję, zdjęła sweter i wrzuciła go to torby. Pod nim miała tylko bardzo cienką
bluzkę, dodatkowo okropnie prześwitującą. Czuła jednak, że mając ją na sobie i tak przeżyje
mniejszy wstyd, niż gdyby byłaby ubrana w poplamiony sweter. Zarzuciła na siebie płaszcz, nawet
w autobusie, czując na każdym skrawku swojego ciała jesienny chłód. W internecie dokładnie
sprawdziła, na którym przystanku powinna wysiąść, aby najszybciej dojść do firmy. Szczelnie się
opatuliła i czym prędzej przeszła wraz z tłumem ludzi na drugą stronę ulicy. Jeszcze raz włączyła
internet a telefonie, aby upewnić się, że dobrze idzie. Szła zgodnie z jego wskazówkami mijając
zabieganych ludzi pędzących w różnych kierunkach. W końcu znalazła się pod siedzibą firmy.
Spojrzała do góry i opadła jej szczęka. Był to wysoki, szklany biurowiec, z którego co chwila
wychodzili mężczyźni ubrani w czarne garnitury i kobiety na wysokich szpilkach wystrojone w
eleganckie żakiety. Przez moment była bliska ucieczki do domu. Szybko odrzuciła od siebie ten pomysł całą siłą woli zmuszając się do tego, aby nie zawrócić i wejść do środka. Chwiejnym
krokiem weszła po schodach i weszła wraz z grupką ludzi między drzwi obrotowe nerwowo
poprawiając płaszcz. Spojrzała na swoje sportowe buty i uznała, że jej wygląd to istna katastrofa.
Podeszła do portierni, gdzie grupa kilku osób co co chwila odbierała telefony i kierowała
interesantów do odpowiednich wind. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, młody mężczyzna, który
właśnie skończył rozmawiać obrzucił ją nieco podejrzliwym spojrzeniem. Starała się jednak
zachować spokój.
-W czym mogę pani pomóc?
-Miałam zgłosić się tu dzisiaj na... rozmowę kwalifikacyjną. - dodała.
-Z kim jest pani umówiona? - zapytał wpisując coś do komputera.
-Z sekretarką pana Ostrowskiego... nie pamiętam jak się nazywa. - dokończyła nieco speszona. - W
każdym razie nazywam się Laura Kowalczyk. Sekretarka pana Ostrowskiego miała państwa
uprzedzić.
-Faktycznie, zgadza się... Winda numer jeden, piętro dwudzieste. - Nie przypadł jej do gustu sposób
w jaki mówił ten chłopak.
Weszła do windy wraz z kilkoma innymi osobami, z której każda patrzała przed siebie z
kamiennym wyrazem na twarzy. Kiedy winda stanęła na jej piętrze, wyszła z niej nieco skulona
razem z kilkoma innymi osobami, z których każda rozbiegła się w swoją stronę. Nie musiała jednak
błądzić, bo sekundę później szła ku niej wysoka, ponad pięćdziesięcioletnia kobieta. Była bardzo
wyprostowana, miała wysokie czoło i okulary na nosie. Ubrana była w granatowy żakiet i ciemne
rajstopy. Obrzuciła ją zawstydzającym, surowym spojrzeniem, po czym wyciągnęła ku niej rękę na
przywitanie.
-Zofia Skowrońska. Miło mi. - rzekła pełnym wigoru głosem mierząc ją od stóp do głów, co nie
dodawało jej otuchy.
-Laura Kowalczyk. Mi również. - mruknęła krzywo się uśmiechając.
-Mogę ci mówić na ty?
-Oczywiście! - odpowiedziała szybko Laura.
Kobieta skinęła głową.
-Zdejmij płaszcz. - poleciła. - Zaprowadzę cię do pomieszczenia, w których będziesz zostawiać
swoje rzeczy.
Laura celowo udawała, że nie słyszała nic o zdjęciu płaszczu. Wolała tego uniknąć tak długo jak
będzie to możliwe. Skowrońska zaprowadziła ją do krótkiego korytarza prowadzącego w bok
piętra, a potem uchyliła drzwi z numerem 20/40 i wpuściła ją do środka. Znalazły się w niewielkim
pomieszczeniu, w którym siedziały dwie około trzydziestoparoletnie kobiety. Były to pracownice
biura, które przyszły tu zrobić sobie kawę. Przywitały się miło z Laurą i po chwili pod surowym
spojrzeniem Skowrońskiej pospiesznie opuściły pomieszczenie. Skowrońska spojrzała wyczekującą
na Laurę, która uznała, że nie może już tego przedłużać i zaczęła powoli zdejmować płaszcz
starając się nie zwracać uwagi na jej minę. Czując na sobie jej oniemiałe spojrzenie podeszła do
wieszaka i zarzuciła na niego płaszcz. Gdy to zrobiła natychmiast założyła nienaturalnie wysoko
ręce łudząc się, że w ten sposób zakryje prześwitujący stanik. Postanowiła udawać przed samą sobą
i przed Skowrońską, że wszystko jest w porządku.
Kobieta cicho odchrząknęła i bacząc na nią zniesmaczonym wzrokiem zaczęła mówić dalej:
-Rozumiem, że będziesz mogła tu dojeżdżać w piątki, soboty i niedzielę, zgadza się?
-Tak. - odparła siląc się na normalny ton Laura.
-W piątki będziesz pracować koło czterech, pięciu godzin. Twoim zadaniem będzie pomoc przy
kserowaniu dokumentów, czasami będę wysyłać cię, abyś załatwiła coś na mieście, poza tym
oczywiście na bieżąco będziesz sprzątać. Natomiast w sobotę i w niedzielę, kiedy nie ma tu prawie
żadnych pracowników, będziesz przychodzić robić porządne porządki z całego tygodnia na całym
piętrze, a także uzupełniać zapas ciastek, kawy i tak dalej... Oczywiście za wszystko będziesz miała
płacone... - wyszły z pomieszczenia kierując się z powrotem na główny korytarz. - W razie
jakichkolwiek wątpliwości zawsze będziesz mogła pytać mnie o... - urwała na widok szerokich
drzwi na końcu korytarza, które ktoś właśnie otwierał. Po chwili ich oczom Laury ukazała się znajoma twarz Ostrowskiego, który obrzucił korytarz wzrokiem, jakby kogoś szukał. Po chwili
dostrzegł Skowrońską i wyprostował się widząc, że ktoś jej towarzyszył.
-Dzień dobry. - powiedziała cicho Laura.
-Dzień dobry. - odparł patrząc na nią dziwnie odległym wzrokiem.
-W czymś panu pomóc, prezesie? - zapytała Skowrońska robiąc krok do przodu.
Nie kwapił się, żeby jej odpowiedzieć. Zamiast tego wciąż przyglądał się Laurze, jakby
zaintrygował go wyjątkowo ciekawy eksponat podczas zwiedzania muzeum. Po chwili ocknął i
nieco zmieszany zwrócił się do Skowrońskiej:
-Tu ma pani dokumenty, które należy natychmiast wysłać na adres wskazany w rogu. Niestety
muszę już iść. Do zobaczenia, jutro.
-Do wiedzenia, panie prezesie.
Spojrzał na Laurę i po chwili milczenia mruknął ciepłym głosem:
-Jednak pani przyszła.
-Tak... - wyjąkała szybko mrugając oczami. - Mam nadzieję, że pana nie zawiodę.
-Jestem pewny, że na pewno nie... - odrzekł z pełnym uroku uśmiechem i szybko odszedł
pozostawiając Laurę ponownie sam na sam ze Skowrońską.
Laura dopiero po chwili uświadomiła sobie, że wyglądała zupełnie inaczej, niż gdy odwoził ją do
domu. Jednak wyglądało na to, że on, w odróżnieniu od swojego syna, rozpoznał ją od razu.
Skowrońska spojrzała na Laurę i oznajmiła:
-Zrób to o co prosił pan prezes. Pokażę ci gdzie znajdziesz kopertę. Jak ją zaadresujesz, tam ci
pieniądze i pójdziesz na pocztę.
Laura patrzała przez chwilę na wejście od windy, za którymi zniknął Ostrowski, a potem
westchnęła i z niepewną miną powędrowała za Skowrońską.

czwartek, 3 grudnia 2015

Kopciuszek, sala gimnastyczna i kłamstwa... Oczywiście szuflandia :)

Niewinne kłamstwa? Czy coś takiego w ogóle istnieje? Moja babcia zawsze powtarzała, że kłamstwo ma krótkie nogi... Jak będzie w tym przypadku?

Małgorzata Gajewska
Niewinne kłamstwa
Co może sprawić największą przyjemność nieśmiałej dziewczynie, takiej jak ja, w deszczowe sobotnie popołudnie, po całym dniu chodzenia z mamą i siostrą po galerii handlowej? Otóż tego popołudnia miałam szczerą ochotę zakopać się pod ciepłym kocykiem i poczytać dobry kryminał.
W ten ostatni weekend wakacji mama zarządziła wyjście po zakup wyprawek szkolnych. Przede mną  klasa maturalna w liceum i ostra harówka.  Niestety, po siedemnastej zadzwoniła Dorotka i przedstawiła mi propozycję nie do odrzucenia.
- Hejka, Madzia, co robisz? – usłyszałam jej głosik w słuchawce telefonu.
- Odpoczywam, a ty? – zapytałam siląc się na uprzejmość.
- Słuchaj, jest sprawa. Paweł zaprosił mnie na dyskotekę do tego modnego klubu za miastem, ale ojciec uparł się, że mnie samą nie puści, tylko muszę pojechać jeszcze z koleżanką. Jakbym potrzebowała przyzwoitki – sarknęła zdegustowana. – Wiesz, że moi rodzice mają do ciebie zaufanie. Paweł wpadnie po ciebie za godzinę, ok? – przyjaciółka jak zwykle narzucała swoją wolę nie licząc się z innymi. Spotykała się z Pawłem,  studentem czwartego roku politechniki, od dwóch miesięcy.  Rodzice Dorotki widocznie jeszcze nie obdarzyli chłopaka wystarczającym kredytem zaufania skoro uważali, że ich jedyna córka potrzebuje opiekunki na randce. Jak zwykle, uległam namowom przyjaciółki i zgodziłam się z nimi pojechać. Z Dorotką przyjaźniłam się od czasów przedszkolnych. Chociaż bardzo różniłyśmy się od siebie, zawsze mogłyśmy na siebie liczyć. Niestety, od pewnego czasu miałam wrażenie, że to ja daję więcej niż otrzymuję. Pewnie będę musiała popracować nad asertywnością – dumałam przygotowując się do wyjścia. Byłam pewna, że Dorota założy ekstremalnie krótką spódniczkę i wydekoltowaną bluzkę. Nie znosiłam być w centrum uwagi i dlatego ubrałam się w zwykłe dżinsy, a na czarny top zarzuciłam błękitną bluzkę mojej mamy. Lekki makijaż i rozpuszczone włosy dopełniły całości.

środa, 2 grudnia 2015

Z szuflady wydobywa się kocia zemsta!

ANDRZEJ MICHAŁ 
„WARSAW”

- Witaj! Zapraszam Cię do miasta Warszawa!
- Nie wiesz? Gdzie ono się znajduję? - Nieważne, ta wiedza przyjdzie z czasem sama.
Teraz słuchaj uważnie, gdyż wbrew swemu zwyczajowi nie będę się powtarzał a czas płynie nieubłaganie – jest już dziesiąta godzina – nie wiem czy to wczesna pora dnia czy zupełnie już późno – to zależy, jak komu się życie układa? Mnie życie układa się wyśmienicie – właśnie się obudziłem. A gwoli ścisłości to zostałem obudzony przez kota – olbrzymią kocicę, amerykankę o imieniu Baset.
Niebieskawa długowłosa kotka gładzi czule moją twarz swą przednią łapą. Jestem jej za to wdzięczny, gdybym tylko spróbował się nie obudzić, kotka użyłaby swoich ostrych nie obciętych pazurów.
Baset najwidoczniej jest głodna a sucha karma dostępna w każdej chwili w karmidełku widocznie jej się znudziła. Ona chce mięsa! No cóż? Moja droga. – Dostaniesz, czego pragniesz, ale nie teraz, za chwilę! Ja muszę się ogarnąć. A na razie wiem tylko, która jest godzina: Tak trochę już po dziesiątej.
Przez szklaną ścianę apartamentu widzę olbrzymią tarczę zegara znajdującą się na odległym o całe pięćset metrów i wysokim na ćwierć kilometra Pałacu Kultury i Nauki. Zegar ten znajduje się w górnej części filigranowej wieży wyrastającej wprost z potężnego cielska budynku, tak, ja wiem? Jakieś dwieście metrów od poziomu chodnika. Ja znajduję się znacznie wyżej.
Mieszkamy z Baset na pięćdziesiątym piętrze w najwyższym budynku mieszkalnym Europy. Do dyspozycji mamy ogromny apartament złożony z niezliczonej ilości pokoi i łazienek. Baset chyba wszystkie już musiała zapaskudzić, czuję unoszący się niemiły fetor w całym mieszkaniu już od pewnego czasu. Jutro podobno ma się zjawić ekipa sprzątająca i coś temu zaradzić. Ale to dopiero jutro. Dziś jest czwartek – powszedni dzień tygodnia.
Ten fetor zaczyna mi doskwierać, chętnie bym otworzył okno i zachłysnął się miejskim powietrzem, lecz nie mogę tego zrobić, bo w całym mieszkaniu nie ma ani jednego uchylnego okna, o balkonie czy tarasie też mogę tylko pomarzyć. Dookoła mnie, wszędzie tylko szklane ściany. Powietrze do wnętrza mieszkania jest dostarczane przez potężne klimatyzory.
Fakt pomieszkiwania z kotem w szklanej klatce ma też swe pozytywne strony. Kotek nam nie ucieknie przez uchylone okno a sami też jesteśmy objęci szczególną, bo anty samobójczą ochroną. Po prostu, kiedy mieszkasz w budynku pozbawionym uchylnych okien i balkonów to nie odbierzesz sobie życia, rzucając się z wysokości na bruk. Owszem jakbyś bardzo chciał to możesz wyjść na dach i stamtąd podziwiając widok z zapartym dechem poszybować trzysta metrów w dół.
Lot z tak dużej wysokości pozwala człowiekowi zastanowić się dogłębnie nad sobą. Tym, dokąd zmierzamy i skąd przyszliśmy. Czy uwierzycie, że wszyscy skaczący z dachów wysokich budynków już po dwóch sekundach lotu chcieliby się znaleźć na owych dachach z powrotem?
Ja i moja kotka nie mamy takiego problemu. My po prostu, kiedy najdzie nas ochota, znów kogoś zabijemy i tym sposobem nabierzemy chęci do życia.
Śliczny koteczek w dalszym ciągu łapką mizia moją twarz.
-Jadłaś łososia o piątej rano, czy ty kobieto nie dbasz o linie?

wtorek, 1 grudnia 2015

Zapachniało latem....

Sam tytuł sprawia, że wręcz czuje się słońce i zapach skoszonej trawy i malwy przytulone do bielonej ściany domu... Znaczy ja to tak widzę. A autorka? Zobaczcie :)

Luana
Ogród malw

Rozdział 1

– Dlaczego ja? – zapytał szefa. – Są inni, którzy mogliby się tym zająć.
– Do tego zadania, najlepiej się nadajesz – odpowiedział Jerzy. Siedział za dużym, ciężkim, starym biurkiem zawalonym tonami papierzysk. Łysiejący mężczyzna z pociągłą twarzą o wklęsłych policzkach porośniętych gęstą brodą, patrzył na pracownika wnikliwie. – Zobacz co tu mam. – Wskazał ręką wszystko to czym został niejako obłożony. – To teksty ludzi chcących stać się pisarzami. Czytam je każdego dnia i mam dość. Nie widzę w nich nic dobrego. – Popukał placem stos wydruków. – Jeden na dwadzieścia ma jakiś potencjał, dopóki nie trafię na pięciostronicowy opis o niebie lub drzewie. Minęły czasy, gdzie oczekiwano na takie właśnie opisy. Teraz ludzie chcą czytać lekkie, proste teksty, interesujące, z miarowymi opisami, a nie ciężkie na miarę Tolkiena. – Jerzy Lasek od dawna słynął z nielubienia wszelkiej twórczości J.R.R. Tolkiena. Jego zdaniem „Władca pierścieni” to przereklamowane dzieło dla dziewczynek. Jednakże z chęcią wydawał podobne dzieła, bo dobrze się sprzedawały, a jemu chodziło o zarabianie pieniędzy. – Niemniej coś naprawdę dobrego spotyka się rzadko, a nie zamierzam wydawać szmiry i tracić renomy.
Darek nerwowo przestąpił z nogi na nogę usiłując zrozumieć do czego dąży jego szef wygłaszając to krótkie przemówienie.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Stop szuflandii, ruszamy pełną parą :)

Pierwszy tekst w tej odsłonie :) Powitajcie Kukumaty i panią Elę dzięki której ich świat zaczął istnieć.

Ela Matusiak
W krainie Kukumatów 

Kiedy nadchodzą mrozy, po mokrej i szarej jesieni, świat szykuje się do zimowego snu. Rośliny hibernują do wiosny, pszczoły zaklejone żółtawym woskiem - leżakują w ulach, a żuki i bąki pochowały się w leśnym runie i śnią o słońcu. Przyroda się wycisza, uspokaja swą krnąbrność i grzecznie czeka na wyższe temperatury. Pogrąża się w głębokim śnie i jest całkiem bezbronna. Jednak nie wszędzie jest tak spokojnie. Dowód na to znajduje się całkiem niedaleko. W miejscowości Senna Mała stoi mały biały domek ze spadzistym dachem. Nieopodal niego, patrząc na północny wschód, rośnie spory sad pełen wiekowych, owocowych drzew, które widziały wiele ciekawych rzeczy i gdyby tylko umiały mówić, opowiedziałyby niesamowite historie.

Warto pobyć tam w zupełnej ciszy, ponieważ przechodząc nieopodal sędziwej śliwy Magdy, można usłyszeć szmer. Jednak kiedy przytknie się swoje ciekawskie ucho do pnia, odnosi się wrażenie, jakby wewnątrz odbywał się jakiś bal. Otóż, pod powierzchnią ziemi, wśród poplątanych korzeni - tętni życie.

W miejscu, gdzie ziemia łączy się z drzewem, 3 cm na wschód od domku kreta Kuty, znajdują się maleńkie drzwi. Żeby dostać się do środka, trzeba poprosić śliwę Magdę o sekretne hasło, dzięki któremu człowiek staje się malutki jak ziarenko grochu. Tuż za nimi znajduje się podziemna kraina zwana Kukumandią. Mieszkańcami tego miejsca są Kukumaty. Bardzo niewiele osób o nich wie, ponieważ chronią swoją prywatność wyjątkowo pieczołowicie.

niedziela, 29 listopada 2015

Szuflandia tym razem naszym ekspertem będzie...

Ktoś kogo osobiście bardzo lubię i za kogo bardzo mocno trzymam kciuki. Prywatnie, zawsze można na nią liczyć, gotuje jak anioł, (wiem bo miałam okazję próbować:)). Zawodowo pisarka, której powieści czytam z ogromną przyjemnością. Przedstawiam Wam naszego eksperta: Oto Renata Kosin. Oddaję jej głos:

Bardzo często jestem pytana o to, czy zawsze chciałam zostać pisarką. Szczerze mówiąc – nie wiem. Z pewnością po głowie kołatał mi się mglisty plan, pośród innych mniej lub bardziej realnych, że być może kiedyś, na emeryturze, kiedy będę miała więcej czasu… Tymczasem los i zbieg wielu różnych okoliczności ku mojemu zaskoczeniu zdecydował za mnie, że będę pisać powieści już teraz, w dodatku zupełnie inne, niż mi się na początku wydawało. A losowi raczej ciężko jest się przeciwstawić, dlatego lepiej jest mu się poddać, iść dokąd zaprowadzi. 
Myślę, że właśnie po to powstało „Stop Szuflandii” - żeby popchnąć do działania tych, którzy wciąż opierają się temu losowi i przez to być może niepotrzebnie odwlekają coś, co i tak nieuniknione.  Nie ma na świecie nic gorszego, niż tkwienie w miejscu, dlatego lepiej jest podjąć ryzyko i zrobić krok na przód. Nawet jeśli się nie wie, czy to był właściwy krok - bo zawsze przecież można zrobić „krok w bok”, albo zawrócić i zacząć wszystko od początku, lepiej iść lub przyjąć też czyjąś pomoc. Dlatego ciszę się, że być może będę mogła komuś pomóc nie tylko przez wskazanie właściwej drogi (twórczej), ale przede wszystkim w podjęciu decyzji, by zebrać się na odwagę, otworzyć wreszcie szufladę i uwolnić z niej to, co powinno ujrzeć światło dzienne, żeby zdarzył się kolejny krok.

poniedziałek, 16 listopada 2015

Krysiu, Joanno ja i szuflandia dziękujemy :)

Już dwukrotnie zaglądaliśmy do Waszych szuflad. Szuflandia ruszyła pełną parą. Kolejna odsłona już niedługo. Ale cała akcja nie byłaby tak wspaniała gdyby nie nasi eksperci. Dlatego bardzo mocno i serdecznie i z całego serca chciałam raz jeszcze podziękować Krysi Mirek i Joasi M. Chmielewskiej. A żeby dać temu wyraz na ich ręce chciałam złożyć oficjalne podziękowania. Oto i one:


Właśnie się drukują i polecą do naszych ekspertów pocztą :)

sobota, 31 października 2015

Ostatnia szuflandia w tym miesiącu. Zapraszam!

Pani Ania przysłała poniższy tekst i wiersze. Wiersze zostawiam na następny raz a dla tych, którzy zajrzą tu jutro w prezencie "O poranku".  To już ostatni tekst w tym miesiącu. Następna odsłona szuflandii w listopadzie. Ostatni tydzień będzie jak zwykle należał do Was i Waszych pouchylanych szuflad.

Anna Gębska Ziarnik


O poranku

Czasem trzeba po prostu usiąść. Aby nogi czuły grunt. Aby chłód trawy porannej rosy pieścił. A myśli zawisną między wschodzącym słońcem a duszą. I nie są ani tu ani tu. I nie martwisz się już. Oddech się wyrównuje. Powietrze wypełnia płuca. Wolność kołysa jak wiatr. Gdyby tak być motylem, którego pieści brak agrofobi. Kolory wypełniają przestrzeń. Wstaje dzień.
Piszę do Ciebie całkiem zwykłym piórem na białym papierze (choć dziś to niemodne). Janek ma pierwszy ząbek. Krzyś chodzi do przedszkola. Antoni znalazł w końcu dobra pracę. Mamy mały domek w moim i Twoim ukochanym miejscu. Dziś posadziłam nową jabłonkę. Sad powolutku rośnie. Widziałam wczoraj Ule. Też ma maleństwo. Chyba córeczkę.
Czasami maluję. Łąki. Jak zwykle. Na fotografiach ciągle góry. Tam gdzie byliśmy. Bo miłości do nich uczę najbliższych. Są pojętnymi uczniami. Mama i tata mają sie dobrze. Z radością wstępują na herbatę i ciasto. Sama dziś piekę.
Pamiętasz pastwisko, gdzie zgubiłam zegarek jak byłam mała. Wstrzymałaś wtedy dnia początek, aby zwierzęta mi go nie poskubały. Dostałam go za pierwszy pasek na świadectwie. Nim wstałam zegarek leżał już spokojnie na kredensie, a zwierzęta nieurażone, że później zaczęły poranek, rozmawiały  nosem w trawie z biedronkami. Teraz biegnie tamtędy polna ścieżka, a naokoło pustka.
Dziś ja ubieram kolorową chustę i udaję babulinkę...tylko zębów nie ściągam bo mam jeszcze własne. Chłopcy z naciąganym przerażeniem uciekają i się cieszą. Antoni ciągle robi coś przy domu. Nie rąbie drewna. Raczej naprawia, maluje, grzebie przy aucie.

Oho budzi się dom. Lecę. Napiszę jeszcze...zostało schować list do latawca i puścić w górę. Zaadresuje "do Anioła Rodu". Złap proszę. Agata

piątek, 30 października 2015

Szuflada w szponach hazardu!

No to dalej zaglądamy do szuflad. Dzisiaj Bukmacherka. Zapraszam.

ANDRZEJ MICHAŁ – „BUKMACHERKA” 

(Początek i fragment przedostatniego rozdziału)


Rozdział I.
Dzisiaj wszyscy postawili na Włochów!



Pan Ekspert obserwował młodego mężczyznę, który najwidoczniej miał zamiar popełnić samobójstwo!
Mężczyzna znajdował się pomiędzy jezdniami, szerokiej śródmiejskiej alei i motał się zapalczywie w swym szaleństwie. Wykrzykując niezrozumiałe kwestie i wykonując dziwne ruchy, ukazujące pełnie swego obłędu!
- Mnie to się nigdy nie przytrafi! Ja nigdy nie zagram „za wszystko”! – Zapewniał Ekspert sam siebie.
A że przyglądał się szaleńcowi z wysokiego na piętro barowego tarasu to wydawało mu się, że góruje nad nim nie tylko emocjami, lecz także i rozumem. W jego mniemaniu ów tamten był zwykłym chciwym głupcem, który chce mieć to wszystko tu i teraz, nie bacząc na okoliczności i swój potencjalny wkład pracy.
Ekspert zapewnił siebie raz jeszcze, iż nie obniży swego poziomu i tak nisko nigdy nie upadnie.
Spojrzał z obrzydzeniem i bez wyrazu współczucia na życiowego skazańca… Tamten w dalszym ciągu szukał śmierci w amoku. Jego wykrzywiona w grymasie bólu twarz podobna była do opętanej osoby, szukającej czy to w śmierci, czy w drugim człowieku, pomocy.
Ekspert nie to, że był zupełnie nie czułym człowiekiem, wręcz przeciwnie! To dosyć romantyczny mężczyzna, słusznej postury, którego los obdarzył tak chwilami radości jak i smutku. Nie mógł on jednak udzielić pomocy tamtemu, gdyż w jego mniemaniu należeli oni do zupełnie innego rodzaju ludzkiego. Tamten był przegrany zupełnie a on Pan Ekspert, był najbardziej znanym bywalcem salonów bukmacherskich w całej okolicy! A że odnosił małe sukcesiki i trafnie podpowiadał wyniki meczów piłkarskich. To i szacunkiem cieszył się w miarę względnym, pośród swego środowiska. Co napełniało go złą dumą i stawiało ponad wszystkimi innymi. A na pewno nie pozwalało zniżyć się do poziomu tamtego szaleńca!

Pan Ekspert mylił się jednak okrutnie. Pomiędzy nim a tamtym wykolejeńcem nie było żadnej różnicy jakości. Owszem ilości tak, ale nie jakości! Obydwaj, byli hazardzistami i obydwaj zmierzali do piekła bram. Z tą różnicą, że tamten pośrodku drogi już tam był jedną nogą a Pan Ekspert szedł jeszcze spokojnym spacerkiem szerokim duktem pośród szemrzących zdrojów – tych małych pieniężnych wygranych, które uśpiły jego czujność, stępiły wzrok i słuch. Bo jak wytłumaczyć, iż ten w miarę rozgarnięty i rozumny facet, nie słyszy diabelskich chórów, trąb grających na czarną nutę otchłani… Pan Ekspert był święcie przekonany, że panuje nad swym żywotem, choć fakty mówiły; co innego.

Kilka godzin wcześniej w obszernym salonie firmy bukmacherskiej, Pan Ekspert właśnie obserwował tego młodego mężczyznę, jak ten stawiał olbrzymie pieniądze „na pewniaka”.
Bardzo dobrze ubrany młodzieniaszek, był wtenczas w zgoła odmiennym humorze. Jego piegowata roześmiana twarz i pewny młodzieńczy głos, odzwierciedlały pełnego życia mężczyznę, który ma świat u swych stóp i dysponuje dużą ilością gotówki, którą zwiększy poprzez postawienie na zwycięstwo reprezentacji Włoch w finałach piłkarskich mistrzostw świata!
- Wiadomo to Włosi! Wielokrotni mistrzowie! Nie jest możliwe by odpadli we wstępnej fazie turnieju! W dodatku grają z jakimiś cieniasami… z nie wiadomo skąd! Wygrają na pewno!” – Przekonywał znajdujących się w salonie bukmachera klientów.
Zwykli to byli mężczyźni, dziś pomiędzy nimi była również kobieta. Nawet śliczna blondynka przed trzydziestką z miłym uśmiechem na twarzy. Podobno miała chłopaka w Barcelonie i tam chodziła na piłkarskie mecze, których wyniki trafnie przewidywała, niestety Katalonka – tak ją nazwał kiedyś jeden pisarz – grała dość ostro i pomimo wygranych notowała też bolesne wpadki, co nie pozwalało jej zająć godnego miejsca w tej opanowanej przez mężczyzn dziedzinie.
Młody mężczyzna, zanim postawił swe pieniądze, mówił tak żarliwie, że można było odnieść wrażenie, iż usiłuje przekonać nie tylko słuchaczy, ale i siebie. Widać miał do tego dar.
Wszyscy obecni hazardziści jak jeden mąż; zgodzili się z jego opinią. Nawet Pan Ekspert, który to w swym zwyczaju, zwykle się z nikim nie zgadzał, wcześniej przeanalizował sytuację i również nie wydawało mu się, aby grający w pełnym składzie ze wszystkimi „zdrowymi wielkimi gwiazdami” Włosi mogli przegrać! A mecz ten musieli wygrać, by wyjść z grupy i tym samym awansować do następnej fazy turnieju.
Tylko Katalonka - jedyna w tym towarzystwie kobitka kręciła noskiem i wyjaśniała:
Że jej kobiece oko nie dostrzega we Włoskiej drużynie ducha zwycięstwa, którym to dysponowali ostatnio, kiedy byli najlepsi i że obecni Włosi raczej przypominają „rozkapryszone panienki”, niż herosów z Rzymskiego Colloseum… w tych to była zakochana do szaleństwa! A ci zniewieściali, nie dość, że jej się nie podobali to dodatkowo nie wzbudzali zaufania… Ale biorąc pod uwagę, kogo dziś mają za przeciwnika to i tak wygrają na pewno!
Mistrzostwa Włosi nie zdobędą, ale z grupy wyjdą! – Dodała.
„W następnej rundzie wpadają na Brazylię! A z Brazylią nie będą mieli żadnych szans!
Już mam pewniaka na następną rundę!” – Przemówił siedzący przy stoliku obok eksperta jego starszy o dwadzieścia lat kolega - Wąsaty.
Włosi są drużyną turniejową, rozkręcają się z meczu na mecz. Brazylia będzie miała z nimi ciężko! - Nie zgodził się Ekspert.
To stwierdzenie tylko utwierdziło młodego człowieka w powziętej wcześniej decyzji. Upewniwszy się, co do swojego postanowienia, włożył właśnie gotówkę do kasy!
Z zadowoleniem odebrał kupon potwierdzający zawarcie zakładu! Cieszył się bardzo, iż wzrósł kurs na Włochów! – Wygrana będzie większa! Jutro odbierze niemalże drugie tyle, co dziś wpłacił!
Nie mógł zresztą zrobić niczego innego, skoro dwóch najbardziej wytrawnych graczy z punktu, spiera się o to jak Włosi wypadną z Brazylią w następnej rundzie.

Teraz już jest po wszystkim! Włosi nieoczekiwanie zremisowali mecz, który powinni wygrać a młodzieniec stracił pieniądze ze sprzedaży domku po swych przodkach.
Pan Ekspert już nie śledził dalszych jego poczynań i udał się do środka baru, gdyż ujrzał nadchodzącego typa, którego nienawidził serdecznie…
Widziałeś jak cieszą się Afrykańczycy z awansu? – Zapytał już we wnętrzu Wąsaty.
Tak, oni się potrafią cieszyć… Don Pedro tu idzie. – Ekspert poinformował i usiadł tak by nikt przy nim nie mógł zasiąść.
Don Pedro wypije jedno piwko i sobie pójdzie, my obejrzymy sobie następny mecz, szkoda, że Włosi zawalili wszystkie kupony. – Wąsaty był nie pocieszony faktem, że następne spotkanie będzie oglądane bez emocji.
Ekspert obserwował jak Don Pedro zamawia piwo przy barze… I tu jego niechęć do to tego typa się znacznie zwiększyła! Bowiem Don Pedro kupił ciemne zagraniczne a nie miejscowe jasne… zagryzł tylko zęby i czekał na rozwój wypadków.
Don Pedro to pedał. – Dało się gdzieś usłyszeć.
Nie, to swój chłop, artysta, książki piszę. – Bronił znajdującego się jeszcze przy barze faceta, Wąsaty.
Ekspert nic się nie odezwał, nie miał zamiaru nikogo bronić, szczególnie jego. Ale też nie mógł potwierdzić oskarżeń, gdyż znał Don Pedra bardzo dobrze a znienawidził go jednej nocy, kiedy to jego własna małżonka przez sen wymówiła imię tego „gościa”!
Wcześniej przez niemalże dwadzieścia lat byli sąsiadami i dobrymi kolegami. Ich drogi się rozeszły, kiedy Ekspert wziął ślub z miłością swego życia w najlepszym okresie swego życia!
Ekspert miał wtenczas nieźle prosperujący interes – sklep z modnymi ciuchami w centrum i nie miał problemu z zakupem dużego mieszkania w sąsiedniej, lepszej dzielnicy, gdzie tuż po weselu przeprowadził się wraz z kochającą go małżonką.
Idylla nie trwała długo. Po roku żona Eksperta urodziła maleństwo. Radość przemieniła się w smutek, kiedy się okazało, że chłopczyk jest niepełnosprawny.
Ekspert cierpiał bardzo, lecz nie potrafił tego okazywać i całymi dniami siedział w swym sklepie. Don Pedro przychodził wtenczas do niego i razem popijali sobie małe, co nieco, które łagodziło ból.
Któregoś dnia Don Pedro przyniósł gazetkę z bukmachera i kilka piw. Ruch w handlu był wtenczas malutki, więc bez przeszkód obstawili swe typy. I stała się rzecz straszna! Oni oboje wtenczas wygrali!
Nie były to znaczne pieniądze, ale dawały one szczęście i radość… Tym sposobem pogrążyli się w nałogu, wiedząc teraz, iż w to można wygrać przestaje się liczyć porażki, które jak czarny ocean otaczają nieliczne wysepki wygranej.
Teraz właśnie Don Pedro podchodził do stolika, przy którym Wąsaty, Ekspert i Zajączek siedzieli od kilku godzin…
Można się przysiąść? – Zapytał Don Pedro.
Siadaj. – Odpowiedział Wąsaty, który lubił również i jego.
Policja zgarnęła z drogi jakiegoś łebka… jak ten się rzucił pod radiowóz. – Don Pedro przyniósł nowinę.
Postawił na Włochów mnóstwo forsy. – Mimowolnie wyjaśnił Pan Ekspert.
Dziewięćdziesiąt dziewięć koma dziewięć procent graczy na świecie postawiło dziś na Włochów. – Don Pedro powiedział to z uśmiechem na ustach i by już nie denerwować towarzystwa dodał cicho: - Ja też.
Za tydzień w środę jedziemy na jeden dzień w góry. – Wyskoczył nieoczekiwanie znajdujący się jeszcze przy stoliku Zajączek.
Kto jedzie? – Zapytał Pan Ekspert i już miał swoim zwyczajem skrytykować ten pomysł, kiedy Don Pedro się odezwał:
Ja nie jadę, za tydzień są mecze…
Za tydzień w środę nie ma żadnych meczy, a postawić kupon można i w górskim kurorcie, prawda Zajączek? – Pan Ekspert był zadowolony z faktu, że przyłapał mądralę na ewidentnej niewiedzy.
Prawda. – Odezwał się Zajączek i od razu dodał: - A ja bym chciał, byśmy wszyscy razem tam pojechali!
Po propozycji Zajączka zapanowała cisza. Zajączek był fajnym ogólnie lubianym gościem. Niestety był doświadczony przykro przez los. - Lekkim kaleką.
Porażenie mózgu, jakie przeszedł w dzieciństwie nie pozwalało mu funkcjonować na równi z innymi, lecz nie przeszkadzało zupełnie w przebywaniu z nimi w barach, czy salonach bukmacherskich, gdzie Zajączek nawet nieźle sobie radził. Nie wygrywał, ale też nie stawiał dużych pieniędzy. Miał odłożony comiesięczny budżet i traktował ten hazardzik jako dobrą zabawę. A za zabawę jak wiadomo; należy płacić!
Pośród tej krótkiej ciszy; Ekspert czekał na to, co powie Don Pedro, by się oczywiście z nim nie zgodzić, Don Pedro jednak nie mówił nic, tylko Wąsaty wyjaśnił, iż nigdzie nie jedzie, bo tu mu dobrze i już!
Na to po zastanowieniu jednak głos zabrał Don Pedro i zaproponował, że można jechać w cztery osoby i tanio to wyjdzie gdyż; Ekspert pojedzie z synem a ten ma wszelakie zniżki i Ekspert nie wyda dużo forsy, bo on w końcu jako rodzic i opiekun też ma ustawowe zniżki na transport i nie tylko!
Młodego, Stara nie da mi pod opiekę… - Zaczął Ekspert.
Ja jej wytłumaczę, że to korzystne i już! Przecież ruchowo to on jest całkiem sprawny. A zresztą na górę wyjedziemy wyciągiem, tylko zejdziemy pieszo.- Don Pedro przedstawił sprawę a Ekspert tylko zgrzytał zębami na myśl, że ten typ będzie rozmawiał z jego żoną!
Ja też przecież mam zniżki jako osoba niepełnosprawna. – Odezwał się Zajączek.
Tak wiem! Ja pojadę jako twój opiekun… jeżeli się zgadzasz?- Don Pedro.
Zgadzam się! – Zajączek był bardzo zadowolony.
No to jesteśmy umówieni! Ja zmykam. – Don Pedro szybko wypił swe piwo i zanim się zaczął mecz na wielkim barowym ekranie, wyszedł z lokalu i podążył piechotą do swego mieszkania.
On mieszka przecież koło Ciebie. – Wąsaty zaczepił zafrapowanego Eksperta.
Dalej… kiedyś mieszkaliśmy w jednej kamienicy, ja teraz mieszkam tu bliżej. – Ekspert odpowiedział mimo woli i zaczął liczyć drobne pieniądze… brakowało mu na piwo.
………………………………………………………………..
………………………………………………………………..
………………………………………………………………..
 Rozdział przedostatni – jego „druga część”.

Robert przyjechał dokładnie minutę później i prawdę mówiąc nie poznał Pisarza, kiedy ten zasiadał w jego samochodzie.
Co żeś brał? Wyglądasz na wypoczętego, jakbyś spał całą noc! – Robert spoglądał na niego z niedowierzaniem.
Przez kwadrans byłem poza czasem i przestrzenią. To wystarczy… Organizm odbiera taki krótki relaksik jako dwugodzinny sen. – Don Pedro.
To coś związane z naukami wschodu? Medytacja i takie inne sprawy. – Robert był ciekawy.
Nie wiem. Prawdę mówiąc doszedłem do tego sam… - Pisarz nie dokończył.
Nie mów, doszedłeś do tego, co Budda i Ghandi?! – Robert z niedowierzaniem.
A ja wiem? Czym tam zajmował się ten Budda? Ja po prostu idę swoją drogą… w swoim świecie żyje. – Don Pedro nie chciał się na ten temat wypowiadać. Nie miał zamiaru wyjawiać wszystkich swoich dziwactw. Zresztą Robert był zajęty prowadzeniem auta na zatłoczonych ulicach i zbytnio też go już nie słuchał. Ostatnie minuty podczas jazdy spędzili bezgłośnie jeden na kierowaniu, drugi na rozmyślaniu.
Na parkingu przed barem o dziwo było mnóstwo miejsca a w środku też znalazłoby się kilka wolnych miejsc. Mecz o trzecie miejsce nie cieszył się zbytnim powodzeniem, jednak Zajączek był bardzo uradowany tym, że sprostał zadaniu i do rozpoczęcia meczu obronił wszystkie zajęte miejsca, które teraz się wypełniły jego dobrymi znajomymi.
A kogóż tutaj dziś widzimy? W kolejności przychodzenia Zajączek zanotował sobie ich wszystkich po kolei! Wszak on pierwszy był i z piwem zimnym na pozostałych oczekiwał. Przychodzili oni w różnych odstępach czasowych; najpierw kędzierzawy Krystian ze swym kolegą, łysawym Lolkiem zajęli miejsca koło Zajączka, po chwili zjawił się Ekspert ze swą małżonką Panią Ekspertową, Robert jak zawsze w trekkingowych wdziankach, Don Pedro elegancko ubrany w czerń, za nimi przyszła Marta ze swym uśmiechniętym mężem, do stolika przysiadła się też taka jedna „przechodzowana parkieciara”, która widocznie znała Zajączka i Wąsatego. Nikt jej nie przegonił a nawet Zajączek zadzwonił po jej wiernego druha – śmiesznego Tadka w jeszcze śmieszniejszej czapeczce. Świniak dopiero, co wyszedł ze szpitala i pił piwo przez słomkę, wiadomo niedawno stracił uzębienie. Młoda wysoka dziewczyna, siatkarka miejscowego klubu pierwszoligowego usiadła najpierw obok Don Pedra i się nawet nim zainteresowała, lecz po chwili została poproszona do sąsiedniego stolika, gdzie zasiadał właściciel tego klubu wraz ze swymi kochankami.
- Ech cóż by mi wypadło? Jest wyższa ode mnie o pół głowy, jej nogi kończą tak wysoko, iż byłyby problemy z „zarządzaniem”… - Pomyślał tylko Don Pedro i zbytnio się tym nie przejmował, gdyż tego dnia znajdował się w sidłach bożka Mamona.
Kiedy rozpoczął się mecz wszyscy byli już na swoich miejscach i wszyscy prawie pili piwo! Piwa i żadnego innego alkoholu nie pili jedynie Robert i Pani Ekspertowa, raczyli się oni colą i sokiem.
- Ja też postawiłem kupę forsy na Brazylię. – Wąsaty, który jako ostatni dotarł do baru usiadł koło Pisarza i cały czas zachowywał się tak jakby mu chciał wyznać jakiś swój sekret, lub poradzić się w jakieś sprawie. Don Pedro zupełnie tego nie dostrzegał, gdyż sącząc powoli zimne piwko znalazł się w stanie samoistnej podniesionej euforii. W przerwie meczu odbędzie się przecież losowanie Lotto, które tylko będzie tylko formalnością i potwierdzi liczby na jego kuponie.
Don Pedro podczas pierwszej połowy meczu znów nabrał rozumu i powrócił do poprzednich swoich ustaleń, co do rozdysponowania ogromnej kwoty, która jako wygrana w sumie już należy do niego. To przecież jest jego dzień! Nie może być inaczej. A w dodatku dzisiaj jest wigilia jego urodzin! Jutro będzie miał urodziny, więc w sumie to nawet normalne, że już dziś dostanie prezent w postaci kilkudziesięciu milionów! Co prawda realnie otrzyma je za kilka tygodni, lecz że nie ma zamiaru z nich w nadmiarze korzystać to nie ma znaczenia kiedy dokładnie wpłyną na jego konto! WAŻNE, ŻE DZIŚ WYGRA I JUŻ!
Pierwsza połowa meczu przebiegała nieoczekiwanie pod dyktando Holandii, która strzeliła dwie bramki i wszyscy hazardziści zamarli w oczekiwaniu na drugą połowę, wszystko było nie tak! Jedynie Pani Ekspertowa się cieszyła i pokazywała swój kupon z zaznaczoną wygraną Holandii. Ekspert był dumny ze swej małżonki i nawet mu to nie przeszkadzało; iż sam postawił odwrotnie. Dla Pani Ekspertowej, niemożnością już było ażeby Holandia straciła ten brązowy medal. Choć jak wiemy takie mecze się zdarzają i wszyscy inni hazardziści byli zdania, że w drugiej połowie Brazylia odrobi straty a oni będą mogli odebrać wygraną. To jednak dzisiaj jak wiemy się nie stanie. Holendrzy dołożą jeszcze po przerwie jedną bramkę i wygrają ten mecz pewnie!… Tak!? WIEM,
 W PRZERWIE BYŁO LOSOWANIE LOTTO!
Don Pedro dziwnie spokojnie oczekiwał losowania… niestety okazało się, że na barowym wielkim telebimie nie będzie ono pokazywane a tylko na tym małym telewizorku nad barem, więc Pisarz udał się kilka kroków by je zobaczyć… i tu niespodzianka! Telewizor się zawiesił! To niczym nie zrażony Don Pedro postanowił w tym czasie udać się zapalić przed bar papieroska, kiedy wrócił było już po losowaniu. Przy barze spotkał Eksperta, który go poinformował, że postawił mu piwo, tak jak wszystkim, Don Pedro uznał to za dobry znak i powtórnie udał się do roześmianego stolika. Na którym Ekspert właśnie położył gazetkę z bukmachera, kilka osób ją przejrzało i gazetka sobie leżała pośród kufli i szklanek.
Kiedy zaczynała się druga połowa Don Pedro postanowił na swym smartfonie, potwierdzić swą dzisiejszą wygraną… i tu znów niespodzianka! Zapomniał doładować baterii podczas dnia, to smarfon się wyłączył. Nie zrażony niczym poprosił Eksperta by ten sprawdził na swym aparacie wyniki dzisiejszego losowania i mu zapisane podał na kartce. Ekspert wykonał tą czynność z wielką ochotą! Sam w końcu też wysłał kupon i teraz był ciekawy… a że o tym zapomniał to teraz wdzięczny był nawet koledze, iż ten mu o tym przypomniał.
Ekspert odczytał na swym smarfonie wyniki losowania Lotto i tylko zaklął pod nosem! Siedzący po drugiej stronie stolika Don Pedro uważnie go obserwował i wydało się mu to zupełnie oczywiste, że Ekspert dzisiaj nic nie wygrał… Ekspert, że nie miał, na czym zapisać wyników losowania to wziął do ręki gazetkę z bukmachera i na jej okładce zapisał wyniki losowania. Don Pedro widział każdy szczegół tej operacji; jak Ekspert klnie pod nosem, zapisuje liczby a następnie podaję gazetkę najpierw Wąsatemu, który zerkając na zapisane liczby też się krzywi pod swym wąsem.
Don Pedro już wie, że też Wąsaty nie postawił takich liczb jak on!… Kiedy gazetka dociera do rąk Pisarza ten… nim odbiera ją z ręki wąsatego kolegi, widzi na niej zapisane numery dokładnie takie same jakie ma na swym wysłanym kuponie! Dokładnie takie same, jakie wymyślił na plaży!
Fala gorąca zalała Pisarza od stóp po czubek głowy! Lecz on dzielny, nie spanikował! Trzymał się! Nie pisnął słówkiem! Choć serce waliło i chciało wyskoczyć mu z piersi, on nie wył z radości! Zachował spokój i względne opanowanie.
Ostatkiem sił woli sprawdził raz jeszcze zapisane na gazetce liczby. Wszystko się zgadzało! Jego data urodzenia, jego imieniny i adres! Odłożył gazetkę na stolik i sięgnął po kufel zimnego piwa, który na moment ostudził rozdygotane do granic wytrzymałości jego doczesne istnienie. Nikt z siedzących przy stoliku nie zauważył jak siedzący w rogu kanapy Pisarz omalże nie zszedł z tego świata na skutek nadmiaru radości. A jeżeli ktoś by uchwycił zmienność nastroju siedzącego w wygodnym kącie kanapy, to i tak zrzuciłby to karb wpływu alkoholu, na jego lub na siebie.
Don Pedro po kilku minutach i kilku łykach piwa ochłonął niemalże zupełnie i zaczął w sumie normalnie myśleć; sprawdził kupon w portfelu – był tam, liczby się zgadzały, schował głęboko do kieszeni portfel z kuponem Lotto w środku, upił znów trochę piwa i rozejrzał się po obecnych przy nim znajomych jak i po całej sali i stwierdził w duchu; „Że w sumie nic wielkiego się nie wydarzyło! Ktoś przecież musi być bogaty, ktoś przecież musiał zgarnąć kumulację! I to, że to będzie właśnie on, to wiedział przecież o tym od samego rana!”
Pozostawała jeszcze tylko jedna nie wyjaśniona kwestia: Ile dokładnie odbierze? Czy tylko będzie jedna główna wygrana? Czy niestety będzie więcej i zostaną one podzielone na równe części. Don Pedro zakładał, że tylko on dziś wygrał i zgarnie całą pulę, milion w jedną czy druga stronę nie robił różnicy. Kwota i tak była ogromna.
- „Tak, dobrze byłoby zgarnąć całość...” – Pomyślał Don Pedro i choć znajdował się w umiarkowanie zatłoczonym barze to zdawało mu się być poza tym wszystkim, zajmował miejsce ciut powyżej tych ludzi dookoła zgromadzonych i z wielką pasją pijących piwo podczas oglądaniu meczu na wielkim telebimie.
Piwa ani innego alkoholu nie pił Robert i Pani w ciąży, czyli Ekspertowa. Meczu natomiast nie oglądał Don Pedro, lecz udawał, że to robi, Pisarz zaczął już grać swą życiową rolę;
- Niczego nie mogą poznać po mnie, bo inaczej będzie źle! Będę musiał zmienić miejsce zamieszkania i zacząć pędzić żywot… bogaty żywot. A tego to ja nie chcę! – Rozmyślał Don Pedro, podczas tego swoistego przyjemnego zawieszenia, cały czas znajdował się poza czasem i przestrzenią, tam hen u góry w stanie podniesionej szczęśliwości, nie zajmowały go w tym momencie sprawy doczesne… a może jednak nie? Jak najbardziej realne zadawał sobie pytania i odpowiedzi mocno ważył; Jak tu dalej żyć? Co robić dokładnie? Co kupić a czego nie?
- Może jednak od razu kupię jakiś dom i się do niego sprowadzę? Nie ważne gdzie, ważne tylko żeby w nim dało się dobrze żyć! Czytać i pisać! Muszę kupić sobie duże biurko! Bo cóż ze mnie za Pisarz? Bez biurka… a do dużego biurka muszę mieć duży dom… - Don Pedro został lekko wytrącony przez Wąsatego, który szturchając go lekko cały czas dawał mu do zrozumienia, że chce mu powiedzieć coś ważnego!
- Chodź idziemy na papierosa! – Wąsaty niemalże za rękę wyprowadził Pisarza z baru głównym wyjściem. Don Pedro nie szedł pośród tłumu! On leciał ponad nimi wszystkimi, nie tylko ponad barowymi stolikami, lecz też ponad całym tym światem. On już był właścicielem wydawnictwa, w którym najpierw wyda sam siebie a następnie będzie wydawał tych wszystkich pisarzy z robotniczych miast, tych, na którzy mądrale w stolicach spoglądają z pogardą, że co? Że nie maja oni żadnych praw, ażeby zaistnieć na księgarskim rynku, tych, którym nikt nie daje żadnych szans…
Co się z Tobą dzieje? Wyglądasz jakbyś się naćpoł… - Głos Wąsatego na chwilę postawił Pisarza z powrotem na ziemi!
Wiesz ja dostałem teraz twórczej weny! Nowa powieść układa mi się w głowie jak film… - Don Pedro wymyślił to na poczekaniu! Wąsaty popatrzył na niego podejrzliwie a jednak z pewną nutką podziwu…
To tak, to wygląda.
Tak, dokładnie, kiedy tworzysz to jesteś ponad światem! Tam z wysoka spoglądasz na świat, jesteś na Olimpie, pośród Bogów a oni mają cię za równego siebie. – Don Pedro mógł już sobie na to pozwolić, by być pisarzem na całego!
Paląc papierosy przed barem Don Pedro unosił się wraz z dymem w górę na szczyty szczęścia, troszkę nieszczęśliwy z powodu niemożności podzielenia się z kimś innym swym szczęściem, więc żeby, choć trochę upuścić skażonego radością powietrza ze swych płuc zwrócił się do Wąsatego:
Będą mnie wydawać.
To świetnie! – Wąsaty okazał szczerą radość.
Nie wiem jeszcze, kiedy? Ale za kilka dni wpłacą mi pieniążki na konto, więc chyba jeszcze w tym roku… - Don Pedro wiedział, że Wąsaty rozpowie to wszystkim, których zna! Etap pierwszy już wykonany!
To dużo ci zapłacą? – Wąsaty nieśmiało zapytał.
Mam napisane pełne dwie duże nowele… trzecia jest już w drodze. To jak zapłacą od razu za te trzy? To będę miał na dom. – Don Pedro już żył innym życiem, on był już poza tymi nieszczęśliwcami, przebywał całym ciałem i duszą w rajskich ogrodach.
To czemuś tego wszystkim nie powiedział przy stoliku? – Wąsaty zapytał ćmiąc następnego peta.
Powoli, powoli, wszystko w swoim czasie, klepałem biedę długie lata. Teraz muszę zachować spokój! – Pisarz tym zdaniem uspokoił samego siebie i kulturalnie zgasił niedopałek papierosa w popielnicy i zostawiając na zewnątrz Wąsatego udał się na swe wygodne miejsce w rogu kanapy.
Pisarz wszedł powtórnie do baru sportowego, ale pierwszy raz zrobił to jako absolutny zwycięzca! Czuł w sobie dumę i radość, tak jakby zdobył właśnie mistrzostwo świata! Szedł pośród stolikowego tłumu pewnie przybierając nadzwyczaj wyprostowaną postawę. Szedł środkiem jako zwycięzca pośród wiwatujących tłumów! Chociaż w zasadzie ten tłum zupełnie nie zwracał na niego uwagi! W sumie to dobrze, oszczędzono sobie w ten sposób obopólnego rozczarowania.
Szczęśliwie pogrążony we swym szczęściu Pisarz, ponownie zasiadł w rogu wygodnej skórzanej kanapy, pośród swych znajomych, którzy jednak nie zwracali na niego zupełnie uwagi! Oglądali w dalszym ciągu mecz i pili piwo… dumny Pisarz przyjrzał im się wszystkim po kolej – trochę za szybko, by wyrazić o kimkolwiek z nich swoją opinię. Nie zdążył! Od tyłu, ktoś słowem jak brzytwą podciął mu gardło:
…w następnym losowaniu będzie można zgarnąć chyba ze sto milionów!
Pisarz cały czas zachowywał spokój, lecz krew z jego szyi tryskała już obfitym strumieniem!
Jak to sto milionów? Przecież ja dziś trafiłem wszystkie liczby! To nie może być! Na następne losowanie będzie podstawowa pula, kumulacji już nie będzie!… Na pewno się pomylili! – Don Pedro pomyślał nawet, że tak ma być!
Specjalnie zarząd Totolotka podaje takie mylne informację, ażeby główny zwycięzca mógł bezpiecznie odebrać swą wygraną… - Don Pedro pomyślał sobie jeszcze, lecz rana była już śmiertelna, upływu krwi nie dało się zatamować.
Dobry Bóg nie pozwolił męczyć się dalej swemu Pisarzowi i go dobił ciosem sztyletu prosto w serce! Don Pedro czuł to śmiertelne i zimne stalowe ostrze jak zagłębia się w jego ciele! Pisarz był już martwym, czyli w dalszym ciągu był duchem…
…Jego wzrok był skierowany na leżącą na stole gazetkę z bukmachera, tej, na której Ekspert zapisał mu dzisiaj wylosowane numery Lotto! Owszem były tam i co więcej; były one poprawne! Lecz zapisane były dokładnie „u góry” po drugiej stronie okładki.
Pół godziny temu, kiedy Ekspert podawał gazetkę Pisarzowi z zanotowanymi zwycięskimi liczbami Lotto, ta najpierw trafiła do ręki Wąsatego a dopiero potem „przekręcona do góry nogami” – czyli poprawnie –  do ręki Pisarza, który w jej dolnym rogu odczytał swoje liczby! Te, które on sam tam umieścił, kiedy około południa przebywał w przyplażowej altanie!
Jego wzrok i umysł odebrał liczby te „swoje” jako zwycięskie również i z tego powodu, że liczby, które zapisał Ekspert znajdowały się w drugim skrajnym rogu i nie dość, że były zapisane „odwrotnie” i całkowicie koślawą dłonią, to na dodatek Don Pedro nie mógł ich zupełnie dojrzeć, gdyż odbijające się światło sprawiało, iż były doń zupełnie niewidoczne.
Don Pedro znalazł się w świecie mroku a przybył tam po krótkim pobycie ze strefy światła!
Prędkość, z jaką odbył on tą podróż wystarczyłaby ażeby doprowadzić do zejścia z tego świata a przynajmniej do pomieszania zmysłów u każdego śmiertelnika. U każdego nawet u niego… kiedyś może, ale nie teraz! Don Pedro został doświadczony przez los w taki okrutny sposób nie pierwszy raz w życiu. Nie umarł z rozpaczy wiele lat temu, to przeżyje i tym razem.
Pisarzowi najbardziej było szkoda, że nie założy wydawnictwa… wstał sztywno od stolika i pośród tłumu udał się do wyjścia. Kroki jego zostały skierowane przez salę główną do wyjścia najpierw na taras… Don Pedro nie wiedział, gdzie idzie!
W uszach słyszał szum, w piersi ucisk miażdżył mu serce i nie pozwolił oddychać a żołądek chciał zwracać wszystko, czym go napełniono. Pośród barowego tłumu, na środku sali stał największy zwycięzca i przegrany zarazem!
Na wielkim telebimie był wyświetlany właśnie mecz o trzecie miejsce na mistrzostwach świata a dobry Bóg sprawił, że w uszach Pisarza zabrzmiała Carmina Burana ze swą Fortuną na początku. A on szedł pośród tłumu stolików jako zupełnie przegrany! Tak, że nie był w stanie iść! On pełznął niczym wąż, jak robak przemykał niezauważony! W ciągu dwóch kwadransów jego położenie zmieniło się diametralnie; z podniebnego szybowania stoczył się do pełzania po podłodze! I nie miało dlań znaczenia, że teraz również nikt na niego nie zwraca szczególnie uwagi!
 Don Pedro zamiast do wyjścia głównego wyszedł wyjściem na taras. I tam znów przystanął… zacisnął pięści a ci, którzy go widzieli, byli przekonani, że pijany jest doszczętnie!
Wzrok jego podniósł się w górę i tuż nad ścianą drzew parku, okalającego lokal zobaczył dobrze sobie znaną wieżę Katolickiego Kościoła. Wieża ta wysoka na ponad sto metrów i oświetlona majestatycznie, wyglądała niczym pojazd do gwiazd, do nieba! Don Pedro cały czas miał skierowany wzrok na nią i pomyślał głęboko o swym upadku i w jednej chwili zapragnął udać się nią już w swą ostatnią podróż, ale zanim to uczyni zapytał:
Panie Boże, dlaczego mi to uczyniłeś?
Bo ja cię nie lubię! – Jakiś żartowniś siedzący przy stoliku obserwował „nawalonego” jak ten wychodził na taras a że ten stał koło niego to i sobie zażartował.
Don Pedro spojrzał na tamtego i się ucieszył, bo zamiast tępego pakera w koszulce z krótkim rękawem zobaczył włochatego czarta z rogami! Nie miał siły i ochoty zagadać do niego i poszedł dalej; przeszedł w amoku cały obszerny taras i zszedł bocznymi schodami do parku, gdzie ukryty za drzewami znalazł małą polankę, na której przykląkł i zaczął uderzać wielokrotnie głową w murawę!
Panie Boże, dlaczego mi to wyrządziłeś? Panie Boże, dlaczego? Dlaczego mnie tak doświadczasz? – Wypowiadał pytania. A chłodna wieczorna rosa zmoczyła już mu całą twarz i całe jego ubranie.
Wieczór w zasadnie jak dzień cały był bardzo ciepły, wręcz upalny, więc Pisarz niemalże od razu poczuł znaczny spadek temperatury. Był na klęczkach pochylony przed siebie i bardzo go zaintrygowało, kiedy zauważył, że z jego ust z każdym wydechem unosi się chmurka pary wodnej. Jego ciało całkiem znalazło się już w strefie przenikliwego chłodu, który docierał do niego na wprost…
Don Pedro podniósł głowę i zobaczył źródło tego zimna. Na wprost o kilka metrów stała ONA! Ta, którą kochał pomimo tego, że od piętnastu lat przebywała w grobie! Ta, która zanim zeszła z tego świata, kochała też i jego! I co więcej chciała z nim dzielić życie swe już do końca! I kiedy ustali już sobie termin ślubu. On pojechał sobie na tydzień w góry! Zresztą Ona sama na to nalegała. – Później Tobie na to nie pozwolę! – Pamiętał to zdanie do dzisiaj zupełnie wyraźnie. Teraz ją też widział jak najbardziej realnie; jak w swej białej obcisłej sukni stała przed nim ta blond włosa piękność!
Don Pedro zauważył; iż chociaż powietrze było nie zmącone żadnym, chociaż to najmniejszym powiewem, to jej długie włosy falowały regularnie jakby cały czas była owiewana lekką nadmorską bryzą.
Nie wiedział, co powiedzieć? Uśmiechnął się a ona odwzajemniła ten uśmiech! W jednej chwili przebiegło mu przez głowę całe wspólne dawne życie, szczególnie ten ostatni tydzień. Kiedy szczęśliwa posiadaczka nowego samochodu podwoziła go na dworzec kolejowy z którego udał się w niedostępne góry, te na południu Polski. Gdzie przez tydzień odcięty od cywilizacji przemierzał górskie szlaki, zdobywając niedostępne szczyty!
Don Pedro dokonywał wtenczas czynów niezwykłych! Zdobył trzy bardzo trudne górskie szczyty dzień po dniu, przechodząc w między czasie najtrudniejszym Europejskim górskim szlakiem. Był niezmiernie szczęśliwy, kiedy schodząc w dolinę po siedmiu dniach jako człowiek niewątpliwego sukcesu napotkał po drodze budkę telefoniczną a że były to jeszcze czasy, w których telefon komórkowy stanowił niezwykłą rzadkość i Don Pedro go też jeszcze nie posiadał. Postanowił zatelefonować do niej, do jej mieszkania, by przekazać; że jest wielki i potężny, że zdobył te góry i wraca już do niej! I nigdy jej nie opuści!
Don Pedro wspominał wielokrotnie tę chwilę i tydzień ją poprzedzający! Nie przypominał sobie, ażeby tam w górach miał jakieś… przeczucie czy cokolwiek coś innego; jakiś znak dany… zupełnie nic.
Kiedy w słuchawce telefonu słuchał jak nieznana kobieta, która najpierw przedstawiła się za jej ciotkę, spokojnym głosem opowiedziała mu historię ostatnich dni, on przez szybę w budce telefonicznej spoglądał w wysokie góry a szczególnie krzyż na szczycie jednej z nich przybliżył się do niego niespodziewanie. Góra ta zresztą, tak jakby na nią spojrzeć z boku; jak śpiący rycerz w zbroi. Don Pedro słuchał kobiety i kiedy ten rycerz stał już przed nim to po jego policzkach płynęły łzy.
Teraz po twarzy Pisarza łzy nie płynęły, owszem był zmoczony kroplami rosy, lecz na jego twarzy widniał uśmiech.
Przyszłaś po mnie? – Zapytał na postać stojącą przed nim, ta pokręciła głową przecząco i odpowiedziała:
Nie czekaj na mnie ja nie przyjdę. A i też się nie śpiesz, ja poczekam.
Don Pedro słyszał jej głos w środku głowy a że odzyskał pełnie swych intelektualnych możliwości i postanowił ducha pociągnąć z język, dowiadując się „jak tam jest?”
Zadał w swym umyśle pytanie:
Co ja mam robić? – I spojrzał na ducha.
Jesteś pisarzem i masz zapomnieć o wszystkim pozostałym czymkolwiek i pisać! To jednak wiesz doskonale!… Postaraj się jednak i ułożyć swe życie. Znajdź sobie żonę, kobietę, która urodzi ci mnóstwo dzieci! – Duch się uśmiechnął a Pisarz zadał podchwytliwe pytanie:
To znaczy? Po zakończeniu ziemskiej kariery się rozdwoję i będę dla Ciebie i tej, której jeszcze nie poznałem?
Pisarz spojrzał na Ducha, a że na sprawach „teologicznie nie z tej z ziemi” zna się w stopniu wystarczającym, ażeby ocenić sytuację, to zdał sobie sprawę, że przed sobą widzi Ją jako ducha, lecz to wcale nie jest ona! Tylko demon, który się pod nią podszywał i zadał temu pytanie zanim ten odpowiedział na poprzednie:
Zagra Pan ze mną w szachy?
Nie jesteś na to gotowy! – Usłyszał męski głos w środku swej głowy, którą znów pochylił i zamoczył w wilgotnej dawno ni przystrzyżonej trawie, miejskiego parku.
Temperatura wokół Pisarza znów się podniosła i kiedy podniósł głowę do góry i powstał na nogach, przed nim nie było już żadnego ducha, tylko stał dość wysoki wąsaty facet w staromodnym ubraniu, to był Lumpik, menel z centrum miasta, Don Pedro poznał go momentalnie. A że po spotkaniu z demonem znacznie mu sił przybyło, to wyciągnął z kieszeni pomiętą paczkę papierosów i poczęstował tamtego, samemu też pozwalając sobie na tą przyjemność.
Wygląda Pan, jakby ducha widział! – Zagadnął Lumpik, który lubił Don Pedra a że i w sumie był porządnym człowiekiem to Don Pedro też nie czuł do niego uprzedzenia.
Bo widziałem! – Opowiedział krótko.
A co się stało? Można wiedzieć? – Zapytał nieśmiało Lumpik a Don Pedro
opowiedział mu jak to „wygrał dziś miliony w Lotto”.
Czyli jak błędnie odczytał liczby. Za wygrane wziął te, które sam rano zapisał! A w rzeczywistości wylosowane, były zupełnie inne.
Opowiedział jak odbył w tym czasie podróż między niebem a piekłem! A kiedy się zorientował w sytuacji to czuł się tak jakby stracił naprawdę to całe bogactwo! O duchu zmarłej tragicznie ukochanej Don Pedro nie wspominał.
Mogło być znacznie gorzej! – Wypowiedział z filozoficzną pewnością Lumpik po wysłuchaniu całej tej historii.
Że co? Gorzej! To znaczy mogłem umrzeć? – Sztachnął się z pełnym oburzeniem Don Pedro.
Nie o to chodzi! – Opowiedział Lumpik z wdziękiem paląc peta. – Mógł Pan wygrać te pieniądze naprawdę! A proszę mi uwierzyć; że to by było największe nieszczęście, jakie mogłoby Pana spotkać obecnie.
TAAAK A CO PAN MĄDRALA MA MI WIĘCEJ DO POWIEDZENIA! – Don Pedro najwidoczniej doszedł do siebie przebytej traumie wygrano- przegraniowej i się mocno zdenerwował.
No, bo ja wiem jak to jest! Ja trzydzieści lat temu wysłałem kupon totolotka u tej ślicznej młodej Żydówki w centrum… - Lumpik nie dokończył…
Ona już jest trochę starsza. – Zauważył Don Pedro.
- … i wygrałem. – Lumpik dopowiedział i wyrzucił żarzącego się kiepa w mrok między drzewami, obaj obserwowali ten niezgrabny lot papierosowego świetlika, Don Pedro Postąpił prawie tak samo, lecz pstryknął umiejętnie z dużą siłą swych palców peta w ciemną przestrzeń, jego żarzący się papierosowy łuk był o niebo zgrabniejszy od niedbałego lotu kiepa jego rozmówcy. Widok tego drugiego lecącego świetlika mógł wprawić w lekki artystyczny zachwyt…
a to że Pana narzeczona zginęła w wypadku to ja wiedziałem! Bo to było, kiedy pracowałem na cmentarzu jako grabarz i wszyscy o tym mówili… - Lumpik nie dokończył i znów został wybity z kontekstu.
Założyłeś przedsiębiorstwo pogrzebowe? – Don Pedro zapytał poważnie.
Nie, gdzie tam! Wtedy już nic nie miałem… - Lumpik.
To ty jesteś tym? Co stawiał piwo całemu miastu a potem wracałeś dwoma taksówkami do domu?
Tak to ja! W tej drugiej jechał mój kapelusz. – Lumpik przypomniał sobie czasy, kiedy był bogaty i posmutniał;
Ta wygrana to było jedne wielkie przekleństwo! Poprzednio pracowałem na hucie i wiodłem spokojne życie. Mieszkałem ze swą żoną w małym pokoiku i byliśmy szczęśliwi. Kiedy odebrałem wygraną to kupiliśmy wielki dom koło jeziora i przestaliśmy chodzić do pracy. Z nudów zaczęliśmy zaglądać do kieliszka i się nie obejrzeliśmy a już byliśmy najbogatszymi alkoholikami w mieście! Zwiedziłem wszystkie drogie lokale w tym kraju. Kupowałem wszystko, co popadnie; zegarki, meble, futra… ubrania zakładało się kilka razy i się wyrzucało lub dawało znajomym. Po nowe do sklepów się jechało, co tydzień, nie liczyłem się z pieniądzem zupełnie! Po pięciu latach forsa się skończyła, ale i wtenczas nie zaznałem umiaru. Kiedy sprzedałem dom zamieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu i przepiliśmy to co zostało. Mojej żonie Bóg nie pozwolił zaznać biedy. Zapiła się zanim eksmitowano nas z mieszkania. To znaczy; wywalili tylko już mnie samego, bo żonę wcześniej pochowałem. – Lumpika wzięło na wspomnienia.
Ja bym nie stracił tych pieniędzy. – Don Pedro powiedział pewnie, Lumpik tylko machnął ręką i dokończył.
Kiedy znalazłem się na ulicy przyjechali do mnie dziennikarze i przeprowadzili wywiad. Okazało się jednak, że moje wspomnienia są mało ciekawe, ponieważ tak postępują prawie wszyscy szczęśliwcy, którym się udaje wygrać ogromne pieniądze.
Ja bym nie stracił tych pieniędzy. – Powtórzył Don Pedro.
Wierzę Ci! Czyli dokładnie byś Pan był zaliczany do tej drugiej kategorii szczęśliwych zwycięzców. – Lumpik.
Tak spożytkowałbym korzystnie i pomnożył! – Don Pedro już się miał zgodzić z rozmówcą.
Nie! takich nie ma! Druga kategoria to taka; odbierasz wygraną… to znaczy wpłacają ci na konto pieniądze i tam one pozostają w całości! Bo ty nie chcesz nic zmieniać i boisz się je ruszyć! I jesteś cały czas nieszczęśliwy! – Lumpik tłumaczył.
Rozsądnie dysponować można. – Don Pedro był trochę znudzony rozmową.
A jeżeli choć trochę ruszysz z konta, to uruchamia się lawina i znajdujesz się w pierwszej kategorii… - Lumpik mówił już w pustą przestrzeń, bowiem Don Pedro podążył w drogę powrotną do baru.