Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo PWN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo PWN. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 maja 2013

Życie zupełnie niecodzienne

Mimo tytułu książki państwa Łozińskich "W Przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne" to dla mnie osobiście było ono zupełnie niezwykłe. Nawet to codzienne nic z naszą współczesną codziennością nie miało wspólnego. Bale, bankiety, kabarety, wyprawy automobilem za miasto, podróże koleją, rodząca się dopiero co niepodległość, rozgrywki sportowe o tym wszystkim opowiada "Życie..." . A że jak już wspomniałam autorami są Maja i Jan Łozińscy to daje nam gwarancję, że książka będzie się czytać jak najlepsza powieść. Państwo Łozińscy bowiem mają ogromny dar opowiadania historii tak, że bez żadnego wysiłku zapada ona w pamięć. Ileż ja bym dała żeby kiedyś wziąć do ręki podręcznik do historii ich autorstwa... Ech... Na przykład takie odzyskanie niepodległości. Moja córka uczyła się o tym ostatnio w szkole. Wkuwała daty, nazwy i nudziła się śmiertelnie. A gdy przeczytała pierwszy rozdział "Życia.." to stwierdziła, że nareszcie te daty ożyły. Bo poza tym, że wiedziała co, gdzie i kiedy to jeszcze uzmysłowiła sobie czym dokładnie była ta niepodległość. Połączenie się Polski, zlikwidowanie zaborów nagle nabrało czysto ludzkiego charakteru. Do tej pory uczono ją głównie o walce, a przecież obok wygranej i likwidacji zniszczeń wojennych jednym z ważniejszych zadań było złączenie rozbitego państwa w jeden sprawnie funkcjonujący organizm. Istotne było zlikwidowanie różnic panujących pomiędzy poszczególnymi częściami kraju i przekonanie ludzi, że ktoś z odrębnej części Polski nie jest już obcym. Bo niby wszyscy tęsknili za scaleniem Polski w jedno i za własnym krajem, ale lata podziału zrobiły swoje. Państwo Łozińscy opisują też warunki panujące w największych polskich miastach. Zabierają nas w podróż do ówczesnej Warszawy,Krakowa, Lwowa, Wilna, Poznania i Gdyni. Przez moment przenosimy się do odbudowywanej stolicy, gdzie po ulicach turkoczą dorożki, podróżni spieszą z jednego dworca na drugi, a za Solcem i ulicą Dobrą  przewijał się półświatek stolicy. Na krakowskim rynku,karmi się gołębie, pije kawę w kawiarenkach i ubija wszelkie interesy z przekonaniem, że tutaj czas płynie wolno i zupełnie inaczej. W Lwowie spaceruje się po parku Kilińskiego "To najbardziej romantyczny zakątek świata. I oczywiście wesoły, bo kawiarenek tu było, cukierni, knajpek, huśtawek, Boże ty mój!" - wspominał lwowianin , Jerzy Janicki. W podobnym duchu i stylu prowadzą nas Łozińscy przez pozostałe miasta. A potem zabierają na biedną wieś polską, wprowadzają w progi dworów, uchylają drzwi pałaców z ich arystokratycznymi mieszkańcami. Opisy balów i zabaw momentami są tak sugestywne, że ma się wrażenie jakbyśmy sami w nich uczestniczyli. Szczególnie przypadły mi do gustu opisy bali sfer artystycznych. "Zostawcie w domu fraki i szelki, strój byle jaki. a grunt to butelki" nawoływał afisz zapraszający na jedną z takich imprez:) I rzeczywiście bawiono się tam zgoła inaczej niż w dworach i pałacach. Zwykle obowiązywało przebranie, a jak ktoś nie daj Boże nieroztropnie pojawił się we fraku zostawał natychmiast schwytany, marynarkę i frak mu odwracano, twarz malowano we włosy wtykano różne ozdoby i dopiero tak wystrojonego delikwenta wpuszczano na salę:) "Włodzimierz Bartoszewicz zapamiętał studenta, który "ubrał się" w blaszany piecyk, tak zwaną kozę, 'tak nałożony, że drzwiczki wypadały w miejscu, na którym normalnie ludzie zwykli siadywać... Na drzwiczkach przyklejony był napis "Nie otwierać!". To wystarczyło, by sporo ciekawskich te drzwiczki otwierało, zamykając je zaraz z pośpiechem..." Jak widać młodzież bawiła się z iście ułańską fantazją:).
Sporą część książki obejmują też opisy podróży i środków lokomocji. Dużo dowiadujemy się o podróżowaniu koleją. Ponoć pociągi kursowały z taką dokładnością, że można było według ich przyjazdów nastawiać zegarki. Co jednocześnie nie znaczyło, że spóźnialski nie mógł liczyć na poczekanie na niego. Dość często bowiem zdarzało się tak, że wiedząc o tym, że ktoś na pociąg się spóźnia czekano na niego, a potem maszyniści nadrabiali stracony czas w trasie:). W dwudziestoleciu zaczęto również podróżować automobilami, choć drogi były bardzo kiepskie (to chyba taka nasza domena:)) i podróże te bywały trudne. Dla mnie dużym zaskoczeniem była wiadomość o samochodzie skonstruowanym przez hrabiego Stefana Tyszkiewicza. Do tej pory nie słyszałam o tym aucie. To fragment znaleziony na ten temat w internecie.
Może i was zaciekawi:

"Następną próbę - już znacznie poważniejszą - podjął hrabia Stefan Tyszkiewicz. W latach 1924 - 1928 skonstruował on bardzo udane podwozie samochodu osobowego, specjalnie przystosowane do użytkowania za złych polskich drogach. Między innymi zaletą tego samochodu marki "Ralf-Stetysz" była możliwość blokowania mechanizmu różnicowego ułatwiające jazdę w grząskim terenie. Samochód ten był wyposażony w 4 lub 6 cylindrowy silnik amerykańskiej firmy "Continental" cenionej w świecie ze względu na niezawodność. Początkowo samochody te były produkowane we Francji a potem w Warszawie przy ul. Fabrycznej 3. Niestety - w pewnym momencie z nieustalonych przyczyn w fabryce wybuchł pożar który strawił urządzenia do produkcji jak również gotową już - przeznaczoną do sprzedaży - dużą serię samochodów. Straty były olbrzymie i hrabia Tyszkiewicz nie zdołał niestety przekonać akcjonariuszy o opłacalności odbudowania fabryki i produkowania samochodów. Zniechęcony, przeniósł swe zainteresowania na handel samochodami zagranicznymi biorąc udział we wprowadzeniu do Polski samochodów koncernu FIAT i MERCEDES. Łączna liczba wyprodukowanych samochodów "Ralf-Stetysz"  w Polsce i we Francji wyniosła ok. 200 sztuk." (Fragment pochodzi STĄD)
Zdjęcie pochodzi STĄD

Po lekturze "Przedwojennej Polski" został mi jak zwykle pewien niedosyt i żal, że ten świat minął bezpowrotnie. Ale dzięki Państwu Łozińskim bogatsza jestem o nowe wiadomości i mam znów za czym tęsknić. A poza tym odkryłam źródło niepowodzenia naszych piłkarzy:) Otóż kochani moi to już taka nasza polska tradycja, a jak wiadomo z tradycja się nie dyskutuje. Na poparcie mojej tezy proszę bardzo fragment:
"Jednak największą widownię gromadziły mecze piłki nożnej w tej bodaj najpopularniejszej dyscyplinie sportu dwudziestolecia, o mistrzowski tytuł rywalizowały krakowskie Wisła i Cracovia, lwowska Pogoń. śląski Ruch Chorzów. Niestety, w rozgrywkach międzynarodowych polska piłka nie liczyła się wcale".
I teraz już wszystko jest jasne:) Tak mamy i już:)

poniedziałek, 6 maja 2013

O dobroci w filiżance kawy zamkniętej czyli Zapach świeżej kawy


"Małe jasne to jest piwo,
duże jasne to jest słońce,
mała czarna to jest kawa,
duża czarna to jest noc,
Noc odchodzi,słońce wschodzi
chyba nam go nie ubyło
mała miłość - to nie miłość
duża miłość - to jest miłość."

A jeżeliby połączyć wielką miłość z kawą ni mniej ni więcej wyjdzie nam wielka miłość do tego napoju. I własnie gdybym miała jednym zdaniem scharakteryzować "Zapach świeżej kawy" Kordiana Tarasiewicza to brzmiałoby ono: Wielka miłość do kawy i ludzi. Gdy otwierałam książkę spodziewałam się, że owionie mnie aromat kawowy, że poznam historię małej czarnej. Dostałam natomiast nie tylko filiżankę świeżo zaparzonej mokki najlepszej jakości, ale też wypiłam ją w wybornym towarzystwie. Bo "Zapach świeżej kawy" to przede wszystkim historia ludzi, dzięki którym warszawskie ulice (a później również ulice innych miast) zapachniały dopiero co paloną kawą. To również spory wycinek historii naszego kraju, bo pan Kordian Tarasiewicz zaczyna swoją opowieść od przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XIX wieku kiedy to jego dziadek Tadeusz Tarasiewicz na krakowskim rynku założył sklep wielobranżowy. Mimo że interes nie szedł za dobrze pan Tadeusz dbał o robotników, osierocone dzieci, był członkiem Towarzystwa Dobroczynnego. I mimo, że może nie był rewelacyjnym przedsiębiorcą to niewątpliwie był człowiekiem wrażliwym na nieszczęście bliźnich. Nie piszę o tym bez powodu, bo jak się okazuje ta dbałość o drugiego człowieka przechodziła w rodzinie Tarasiewiczów z pokolenia na pokolenie i sprawiła, że firma "Pluton", którą otworzył pan Tadeusz, po upadku krakowskiego sklepu i przeniesieniu się do Warszawy, nie była tylko bezduszną fabryką, ale stała się miejscem gdzie właściciele i pracownicy tworzyli jedną wielką troszczącą się o siebie nawzajem rodzinę. Zakładając palarnię kawy "Pluton" Tadeusz Tarasiewicz sporo ryzykował. Wtedy jeszcze ludzie kupowali surową kawę, którą palono w domu. Oczywiście nie zawsze ziarna po tej obróbce zachowywały swoją doskonałą jakość. Rodziło się jednak pytanie czy klienci docenią udogodnienie w postaci już gotowych, opalonych ziaren. Na całe szczęście docenili. I tak firma "Pluton" zaczęła się rozrastać, zdobywać nowych klientów, zatrudniać ludzi.
Książka doskonale pokazuje rozwój przedsiębiorstwa, sposoby jego prowadzenia, ale też jest historią rodziny Tarasiewiczów. Tym cenniejszą, że prawdziwą. Zero tu fikcji. Tragedia po nagłej śmierci Jana Tarasiewicza (syna Tadeusza) jasno pokazuje ile wyrzeczeń kosztowało utrzymanie firmy rodzinnej. Uzmysławia też jak wielki szacunek miała rodzina do pozostawionego interesu. Mimo iż prowadzenie palarni kolidowało z ich planami "Plutonem" zajęli się bracia zmarłego: Tadeusz junior i Michał (ojciec Kordiana Tarasiewicza). I tak powolutku dochodzimy do historii  samego pana Kordiana, który to w 1934 przejął kierownictwo nad firmą. Tak młodego dyrektora przedsiębiorstwo to jeszcze nie widziało. Ale też młodość przyniosła pewien powiew niezbędnej świeżości  Pan Kordian nowocześniej i bardziej śmiało patrzył w przyszłość. Widział potrzebę zmian i zmiany te wprowadził. Tutaj w czasie lektury nasunęło mi się spostrzeżenie o tym jak tak naprawdę niewiele zmieniło się od tamtego czasu. Na przykład umieszczanie reklam w gazetach i na... firmowych autach, wysyłanie przedstawicieli handlowych, umieszczanie logo firmy na różnorodnych gadżetach... To wszystko moi kochani jest już od bardzo dawna, a pan Kordian niesamowicie ciekawie o tym pisze.
"Moją ogromną siłą było rodzinne dziedzictwo kierowania firmą. Ważny jego składnik stanowiło dobre traktowanie pracowników. Uważam, że to co, co właściwie jest wartościowe w dziedzinie relacji z pracownikami, wyniosłem raczej z domu. Od początku mojego dzieciństwa wyczuwałem, że stosunek moich rodziców do ludzi jest bardzo, bardzo właściwy. I ta tradycja, takiego właśnie stosunku, miała często objawy zewnętrzne."
Ten fragment jest niezwykle istotny, bo oto nieubłaganie nadchodziła wojna. A w czasie jej trwania niejedna rodzina przetrwała dzięki "Plutonowi" właśnie. Firma dbała o to by zapewnić pracownikom posiłki, rozrywki w czasie przerw w pracy, starając się zachować choć wyrywek normalności w tym nienormalnym świecie. Roztaczała opiekę nad młodymi zdolnymi ludźmi zatrudniając ich, a jak wiadomo zaświadczenie o pracy w tamtych czasach często było równoznaczne z "być albo nie być , bo chroniło przed wywózką na przymusowe roboty. "Pluton" pomagał w kształceniu młodzieży, w wysyłaniu i kompletowaniu paczek dla osób wywiezionych do obozów. Jednym słowem był ogromnym wsparciem i strażnikiem zachowania dawnych wartości i zasad. Nie tylko wytwarzano tu kawę, ale też z pietyzmem pielęgnowano ducha patriotycznego i dbano by ludzie nie zapomnieli, że w tych trudnych czasach najważniejsze jest to by pozostać człowiekiem.
"Zapach świeżej kawy" Kordiana Tarasiewicza to bardzo zajmująca opowieść o ludziach, o ich dobroci, o trudzie prowadzenia przedsiębiorstwa o przezwyciężaniu trudności. To po części opowieść o marzeniu pana Kordiana:
A teraz mam tylko marzenie, abym mógł założyć kawiarnię, która byłaby miejscem przechowywania tradycji branży kawowo-herbacianej. By dzięki tej tradycji rozprzestrzeniał się zapach świeżej kawy. Dobrze upalonej...

A TUTAJ adres strony internetowej pana Kordiana. Zajrzyjcie:)

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu PWN i Pani Marcie:)



środa, 20 lutego 2013

O tym jak doszłam do wniosku, że cofnąć się w czasie chcę za jakiś czas czyli rzecz o ziemiańskim świętowaniu.

Ziemiańskie święta i zabawy kusiły mnie od momentu gdy tylko wyjęłam je z koperty, którą zostawił u mnie uśmiechnięty pan kurier. Zresztą zorientowaliście się już zapewne, że lubię opowieści z lat dawnych, lubię zaglądać do starych domów z tradycjami, poznawać obyczaje, których w dniu dzisiejszym już się nie uświadczy  a nawet jeżeli jakieś przetrwały to raczej w szczątkowym zarysie, ledwo słyszalnym echu. Nic więc dziwnego, że gdy w końcu zasiadłam do czytania świętowania zatraciłam się w nim zupełnie. I tu chciałabym z miejsca powiedzieć, że cofam swoją deklarację, którą zapewne gdzieś we wcześniejszych postach zamieściłam, dotyczącą cofnięcia się w czasie i zobaczenia na własne oczy tego życia, które tak mnie pociąga i do którego tęskni jakaś część mej duszy. Cofam i to z absolutną pewnością. Za nic nie chcę się przenieść! Nie w ogóle ale dopóki nie zrobię sobie listy rzeczy, które umieć powinnam i zanim ich nie opanuję przeniesieniu mówię stanowczo nie! Bo to przecież logiczne, że jak już się przenosić, doświadczać dotykać to nie jako panna służąca albo jakaś praczka czy kucharka, tylko panna z dworu jednym słowem arystokratka:) A gdyby tak się stało to z miejsca... Cóż nie ma co ukrywać, że bym się skompromitowała. Bowiem pan Tomasz Adam Pruszak w Ziemiańskich świętach i zabawach sporo miejsca poświęca czasowi karnawału. I to nie tylko tego białego następującego po Bożym Narodzeniu, ale też temu zielonemu, który był karnawałem wiosennym. I opis balów i zabaw dał mi jasno do zrozumienia jak wielka przepaść dzieli tamte czasy od naszej rzeczywistości. Bo moi drodzy kto z Was umie tak po prostu zatańczyć: kadryla, mazura czy walca figurowego? A ta umiejętność była bardzo istotna, bo jak pisała Janina z Puttkamerów Żółtowska: "Taniec zawsze należał u nas do narodowych obrządków, postawa w tańcu decydowała o połowie małżeństw, a najświętobliwsze matrony czuły nieprzeparty pociąg i podziw dla pierwszego mazurzysty wśród młodzieży. ... powodzenie panny ustalało się bardzo prędko i zależało od jej urodzenia, urody i dobrego tańca". Kto z Was wie co wypada a co nie wypada? A wypadało i nie wypadało naprawdę wiele:) Na przykład nie uchodziło żeby panna na balu pokazała się dwa razy w tej samej sukni. Jeden bal - jedna toaleta. Dla tych biedniejszych było to nad wyraz uciążliwe i zmuszało do kombinacji. Helena z Zanów Stankiewiczowa, która miała suknię balową z przezroczystej markizety na obcisłym jedwabnym spodzie tak opisała swój sposób: "[...] farbowałam sukienkę na coraz to inne kolory  i nikt by się nie domyślił, że to wciąż ta sama sukienka. Kupowałam w sklepie kolorową krepinę, bibułkę, z której robiło się abażury, moczyłam ją, a potem do tej wody wkładałam suknię. Raz była zielona, raz niebieska, a jeszcze innym razem -różowa. Po balu gotowałam ją aż znów robiła się biała".
Suknia z 1936 r (pismo Bluszcz)
Poza tym pannom nie można było tańczyć tylko z jednym kawalerem, ponoć zatańczenie dwa razy z tym samym młodzieńcem to było wszystko na co dobrze wychowana panienka mogła sobie pozwolić  Takie przechodzenie z rąk do rąk gwarantowało dziewczęciu, poznanie wielu kawalerów, z których każdy mógł okazać się godnym pretendentem do jej ręki. Bo przecież nie było dla nikogo tajemnicą, że bale karnawałowe w szczególności ważne były dla rodzin posiadających panny na wydaniu. Nie bez kozery zabawy te określano jako: "doroczny targ dziewcząt", albo "rynek małżeński". To jak zadebiutowała i w jakim stylu weszła w świat nierzadko stanowiło o jej powodzeniu w przyszłości. W nie lepszej sytuacji byli kawalerowie (choć oni przynajmniej mieli mniej zachodu z ubiorem - strój odpowiedni na bale był drogi, ale mężczyzna mógł się w nim pokazywać dowolną ilość razy nie rażąc tym nikogo). Chłopcy zaczynający bywać byli bardzo pilnie obserwowani przez starsze panie siedzące zazwyczaj pod ścianami i mające na wszystko oko. Kobiety te, które pilnie śledziły danserki i danserów żartobliwie zwano "matronami kanapowymi" i od nich w dużej mierze zależało to jak kawalera będą postrzegać rodziny panien. Jerzy Odrowąż Pieniążek pisał o tym tak:
"Musiałem się ogromnie pilnować, żeby nie strzelić jakiejś gafy, pamiętać dokładnie, która mama tej lub innej panny - córki, bo trzeba było cmokać bez blefu w rękę. Można zresztą było sobie pozwolić w zamieszaniu na pocałowanie we własny palec, ale... należało zapamiętać  która matka dawała dla córki bal lub przyjęcie, gdzie powinno się było i kiedy lokajowi bezwzględnie wściubić bilet wizytowy[...] Latało się więc z wywieszonym ozorem z jednego balu na drugi, siedząc zawsze z reguły nie krócej niż kwadrans, żeby zdążyć na wszystkie. Nieobecność na jakimś mogła być uważana za przejaw złej formy i lekceważenie kogoś, więc unikano tego".
Suknia z 1936 r (pismo Bluszcz)
Co więcej jeżeli kiedyś, jakimś cudem znaleźlibyście się jednak w tamtych czasach i zupełnie przypadkiem bylibyście pannami na wydaniu to zaproszenie przez waszych rodziców kawalera do kolacji na balu powinno dać wam do myślenia:) Znaczyło to bowiem ni mniej ni więcej, że rodzice są mu przychylni. A jeżeli taka sytuacja powtórzyłaby się jeszcze dwa razy moglibyście być już pewni, że mają wobec takiego panicza poważne zamiary. A jak wiadomo wtedy wola rodziców była święta i rzadko się z nią dyskutowało. Nawet jak przyszły mąż był łysy, brzydki i niewyględny. Z reguły nadrabiał to innymi pozytywami zazwyczaj niestety prozaicznie określanymi zasobnością portfela. O dobieraniu współmałżonków, swatach, zaręczynach, ślubach i weselach pan Pruszak pisze bardzo obszernie i ciekawie. Wspomina na przykład o tym, że bardzo często matki panien na wydaniu miały już upatrzonych odpowiednich młodzieńców i nie wahały się biegać za takim co to im w oko wpadł i wychwalały go pod niebiosa. Niestety zdarzało się, że ów młodzian okazywał się już zajęty i matki wracały z takiej nagonki zdruzgotane i załamane. Swatami jak to zwykle bywa zwykle zajmowały się starsze damy, ale zdarzały się też wyjątki. Na przykład Karol Donimirski miał zwyczaj  zapraszać panny do tańca, a potem po kilku obrotach oddawał je upatrzonemu kawalerowi:) Niestety tak jak już wcześniej wspominałam często o małżeństwie decydowali rodzice nie pytając młodych o zdanie. Maria Czapska pisząc o zwyczajach z połowy XIX w mówi: "o wyborze męża w owe czasy decydowali rodzice.[...] Panna po przekroczeniu lat osiemnastu musiała wyjść za mąż nie zwlekając, bo nie miała innych widoków, jak tylko wegetację przy rodzicach[...]." W końcu XIX w. jedna z dobrze urodzonych panien przed ślubem z zamożnym kuzynem"[...] zalewała się łzami, darła welon i do ołtarza poszła pod przymusem". Jej matka uważała tak jak wiele innych kobiet, że córkę zadowolą "suknie, brylanty i fortuna męża".  Jednak nie zawsze tak się działo. Niekiedy młodzi mimo sprzeciwu rodziny umieli postawić na swoim. Maria Tarnowska opisała rozmowę swojego ojca Włodzimierza księcia Światopełk - Czetwertyńskiego z przyszłym teściem Sewerynem hrabia Uruskim. A było to tak:
"Do mego dziadka romantyzm sytuacji w ogóle nie przemawiał. Gdy przyszły zięć zjawił się, odziany w surdut i cylinder stosowny dla konkurenta, nie został mile przyjęty.
- Preferisco morir mille volte! [po moim trupie] - grzmiał dziadek, który w chwilach wielkiego poruszenia mówił po włosku nawet wówczas, gdy przyszło mu skarcić polskiego kucharza. - Jak pan śmie, młodzieńcze, starać się o rękę mojej córki? O ile mi wiadomo, jest pan bez środków do życia, a pańska przeszłość jest kompromitująca. Nie pozwolę by poślubiła łowcę posagów, z którym będzie nieszczęśliwa po kres swoich dni.
Duma mojego ojca została okrutnie zraniona; jeszcze bardziej ucierpiały jego uczucia patriotyczne, zabrał więc cylinder i odszedł, nie próbując się bronić. Przez wspólnych znajomych przekazał ukochanej, że dostał kosza. Dał także do zrozumienia, że zamierza wyjechać z kraju, by nie stać jej na drodze do szczęścia, ale nigdy się nie ożeni i nie zapomni o swej miłości. Mimo to powiedzenie: <<chcieć to móc>> okazało się prawdziwe"
Fakt. Młoda hrabianka tym razem nie ustąpiła. Po 48 godzinach odmawiania jedzenia i nieustającego płaczu poszukała pomocy i wsparcia u swojej babki i z jej pomocą postawiła na swoim i ślub się odbył:) Swoją drogą wypowiedź strasznego dziadunia bardzo mi się spodobała:) Chyba pokażę ją Kubusiowi z delikatną sugestią nauczenia się jej na pamięć, bo gdyby na przykład Zuzanna miała jakiegoś nieodpowiedniego konkurenta byłaby jak znalazł:) Wyobrażacie sobie jaką by miał minę dzisiejszy młodzian gdyby usłyszał taką tyradę? Rzecz godna przetestowania:)
Poza balami, ślubami i zaręczynami w Ziemiańskich świętach mnóstwo jest informacji i barwnych opisów, polowań, chrzcin, zielonych świątków, sukien panien i strojów kawalerów. Mnóstwo anegdot i historii dotyczących zwyczajów, które były w owych czasach jak najbardziej naturalne i zwyczajne, gdy tymczasem dla nas są całkowicie nieznane choć jak zwykle w takich przypadkach budzące ogromna nostalgię. Książka pana Tomasza warta jest przeczytania tym bardziej, że mogę zagwarantować, że nie jest to lektura jednorazowa. Toksiązka do której chętnie się będzie wracać by za każdym razem znaleźć w niej coś całkowicie nowego i skłaniającego do zadumy i lekkiej tęsknoty za tym co było i minęło.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję pani Marcie i Wydawnictwu PWN

sobota, 16 lutego 2013

Egzekutor - to nie był czas honoru...

Bagnet na broń
Kiedy przyjdą podpalić dom, 
ten, w którym mieszkasz - Polskę, 
kiedy rzucą przed siebie grom 
kiedy runą żelaznym wojskiem 
i pod drzwiami staną, i nocą 
kolbami w drzwi załomocą - 
ty, ze snu podnosząc skroń,
stań u drzwi. 
Bagnet na broń! 
Trzeba krwi! 

Są w ojczyźnie rachunki krzywd, 
obca dłoń ich też nie przekreśli, 
ale krwi nie odmówi nikt: 
wysączymy ją z piersi i z pieśni. 
Cóż, że nieraz smakował gorzko 
na tej ziemi więzienny chleb? 
Za tę dłoń podniesioną nad Polską- 
kula w łeb! 

Ogniomistrzu i serc, i słów, 
poeto, nie w pieśni troska. 
Dzisiaj wiersz-to strzelecki rów, 
okrzyk i rozkaz: 
Bagnet na broń! 

Bagnet na broń! 
A gdyby umierać przyszło, 
przypomnimy, co rzekł Cambronne, 
i powiemy to samo nad Wisłą. 
Bagnet na broń!

Miała być dziś recenzja Ziemiańskich świąt i zabaw, ale traf chciał, że zanim usiadłam do pisania otworzyłam "Egzekutora" autorstwa Stefana Dąmbskiego. Przeczytałam za jednym zamachem. Bez przerw. I stwierdziłam, że nie mogę czekać. Muszę napisać o nim w tej chwili, bez zwłoki, na gorąco.
 "Egzekutor" to wspomnienia Stefana Dąmbskiego, który jako nastolatek trafił do oddziału AK. Został likwidatorem. Zabijał Niemców, Polaków - zdrajców, donosicieli, Ukraińców. Spisując wspomnienia z tamtego okresu był człowiekiem dojrzałym, gdzieś przeczytałam, że patrzącym z dystansem na swoje życie, choć do tego nie jestem przekonana (o tym za chwilę), śmiertelnie chorym i pragnącym przed śmiercią wyspowiadać się z przeszłości.
13 - letni Stefan Dąmbski
Od razu mówię, że sięgając po "Egzekutora" z miejsca należy zapomnieć o bohaterskich i prostolinijnych chłopcach, których znamy z "Kamieni na szaniec", czy z serialu "Czas honoru". Stefan Dąmbski odsłania przed nami całkiem inny obraz ludzi walczących. Tu nie ma miejsca na sentymenty, albo na pytanie o moralność postępowania. Jest zadanie i trzeba go wykonać, a że w tym wypadku zadanie polega na zabiciu człowieka, czasem przyjaciela albo znajomego - cóż taka jest wojenna rzeczywistość. Nie ma miejsca na analizę tego co jest dobre, a co złe - jest za to wódka przed akcją i po i pójście na dziewuchy. Jest minimalizm i okrutna prostota opisów sposobów likwidacji i przebiegu akcji. I chyba ten brak emocji wywarł na mnie największe wrażenie. Zawsze wydawało mi się, że gdy po raz pierwszy ktoś pozbawia życia drugiego człowieka musi to być dla niego wstrząsem. Nie mówię tu o zasadności, nie oceniam, bo nie do mnie to należy. Wojna rządzi się swoimi prawami i doskonale zdaję sobie sprawę, że aby przeciwstawić się wrogowi nie można mu było jedynie grozić paluszkiem i cmokając mówić: "Zły wróg! Niegrzeczny!" Co więcej podziwiam ludzi, którzy nie wahali się oddać życie za naszą wspólną przyszłość. Wiem też, że walka z okupantem i jego zwolennikami wymagała bezwzględności i okrucieństwa. Chodzi mi bardziej o to, że w pierwszej relacji dotyczącej zlikwidowania swojego kolegi, który jak się okazuje ma dość zażyłe relacje z Gestapo, Dąmbski nie ma żadnych wątpliwości. Właściwie zależy mu tylko na dostaniu tego zadania, możliwości wykazania się i kombinacji jak doprowadzić do tego żeby skazany niczego się nie domyślił. Nie ma żadnego współczucia, które biorąc pod uwagę znajomość z przyszłą ofiarą nie byłoby niczym dziwnym.  Jest coś w jego postawie, co wskazuje na bezwzględność i brak hamulców. Co zresztą potwierdza się w dalszej relacji. Dąmbski sam mówi o sobie, że lubi tę robotę, taki zawód i tyle. Czytałam, że Dąmbskiego ocenia się jako sadystę lubującego się w byciu katem. Nie przeczę, że w trakcie lektury też czasami miałam wrażenie, że zezwierzęcenie bohaterów "Egzekutora" jest potworne. Ale... No właśnie tutaj docieramy do drugiej strony medalu. Nie można zapominać, że członkami AK była zazwyczaj młodzież, która pozbawiona możliwości normalnego dorastania chciała przeżyć życie, choćby i krótkie, intensywnie i sensownie. Jest normalną rzeczą, że nastoletni chłopcy szukają wrażeń, buntują się i czują się nieśmiertelni. Jeżeli dodamy do tego patriotyczne wychowanie, które jasno mówiło, że ojczyzna jest wartością nadrzędną, nie ma się co dziwić, że w obliczu wojny w niektórych przypadkach puszczały wszelkie hamulce. Wszak ojczyzna była najważniejsza  warta każdej krwawej ofiary. Nie przypadkiem rozpoczęłam ten tekst wierszem "Bagnet na broń". Przyjrzyjcie się tej zwrotce:
Są w ojczyźnie rachunki krzywd, 
obca dłoń ich też nie przekreśli, 
ale krwi nie odmówi nikt: 
wysączymy ją z piersi i z pieśni. 
Cóż, że nieraz smakował gorzko 
na tej ziemi więzienny chleb? 
Za tę dłoń podniesioną nad Polską- 
kula w łeb! 
Gdyby odrzeć ją z poetyczności wychodzi nam dokładnie to co robił Dąmbski: kula w łeb, bo tak trzeba, bo to walka, bo ojczyzna...
Straszna jest scena opisu odwetu na Ukraińcach. Postać "Twardego", który szlachtuje, wybebesza wręcz szuka ofiar w pierwszym momencie wydaje się odrażająca. Ale gdy dociera do nas, że "Twardemu Ukraińcy wybili całą rodzinę już inaczej patrzymy na tę bezwzględność. Pewnie, że można tu mówić o wybaczaniu, o nie szukaniu zemsty, ale tak jak już wspomniałam na początku - wojna rządzi się swoimi prawami, w których jest mało miejsca na takie gesty, szczególnie gdy ma się w pamięci rozbijane główki niemowlaków, gwałcone matki i siostry.
Reasumując: nie znam historii tamtych terenów, nie wiem, jak przebiegały akcje partyzanckie w tamtych rejonach, ale "Egzekutor" pokazuje nam inne oblicze chłopców walczących. Oczywiście możemy zamknąć oczy i twierdzić, że w szeregach AK byli tylko Zośko i Alko podobni, ale czy nie byłoby to hipokryzją? Przecież nic nie jest tylko czarne albo tylko białe i nie zawsze można mierzyć wszystkich jedna miarą. Na koniec pozwolę sobie zacytować końcówkę książki:
" Przez lata po zakończeniu wojny próbowałem analizować siebie samego i w końcu uznałem, że doszedłem do tego zwierzęcego stadium głównie przez moje wychowanie w młodych latach - w atmosferze do przesady patriotycznej. Każdy z nas rodzi się jak ten prosty kamień, który można uciosać według własnego upodobania. Każdy z nas, bez względu na narodowość, jest taki sam. Gdy się dziecku wpaja od kolebki, jak ważna jest Ojczyzna i że trzeba za nią walczyć z nieprzyjacielem aż do śmierci lub zwycięstwa, to to dziecko, gdy dorośnie, będzie walczyć na rozkaz i strzelać do każdego, kto ma inne poglądy lub jest innej narodowości. Pisząc dziś te wspomnienia, próbuję - podając różne przykłady - usprawiedliwić siebie i takich jak ja, gdy chodzi o ogromne krzywdy, jakeśmy w tym czasie wyrządzili rasie ludzkiej. Za późno dziś, by prosić kogokolwiek o przebaczenie, tak się ludziom życia nie przywróci. Niech to będzie jeszcze jedno ostrzeżenie dla przyszłych pokoleń i różnych organizatorów politycznych. Niech pamiętają, że każda wojna to tragedia, że w niej zawsze giną ludzie młodzi, mający całe życie przed sobą - i to giną niepotrzebnie."
Egzekutor ostatni wyrok wykonał na sobie. Odebrał sobie życie 13 stycznia 1993 roku. Stąd moja uwaga na początku, że chyba jednak nie do końca patrzył na swoją przeszłość z dystansem...

Za możliwość przeczytania książki dziękuję pani Marcie i Wydawnictwu PWN


piątek, 7 grudnia 2012

O tym jak to kiedyś bywało czyli święta w starym dobrym stylu

To był świat 
W zupełnie starym stylu, 
To był świat 
Zza szyb automobilu, 
Śmieszny świat, 
Pasjanse potem koncert, 
W świetle świec 
Ktoś grał na klawikordzie, 
Śpiewał walc w karnecie zapisany, 
Ty i ja znów w sobie zakochani. 
Szalał bal aż do białego świtu. 
To był świat w zupełnie starym stylu. 


To mi się właśnie nuciło przy czytaniu "Ziemiańskiego Świętowania" napisanego przez Tomasza Adama Pruszaka. Może bardziej powinna mi się po głowie snuć jakaś kolęda, albo świąteczna piosenka, ale nic z tego. To właśnie ta melodia do mnie przylgnęła i uważam, że w sumie pasuje do treści "Świętowania", bo książka opowiada właśnie o  dobrym starym stylu, o dworach ziemiańskich, o tym jak to nasi przodkowie nie tylko lubili ale też umieli świętować. Autor już na samym początku mówi co natchnęło go do napisania tej pozycji. Otóż moi drodzy była to nadzieja na ożywienie dawnych tradycji. Tutaj się muszę przyznać, że już od dawna snuje mi się po głowie takie marzenie: wigilia wzorowana na tych obchodzonych dawniej. I tutaj przy czytaniu zaczęłam zastanawiać się (jak zwykle zresztą przy lekturze tego typu książek) o co chodzi z tą chęcią powrotu do przeszłości. Co nas ciągnie do tych dworków, dawnych domów, do tamtego życia, które wydaje nam się bardziej... No właśnie jakie? I tutaj doznałam skojarzeń z opowiadaniami, które pisaliście. Właściwie nie było w nich nic o prezentach, nie było o oczekiwaniu na gadżety, za to w każdym wyczuwało się tęsknotę i nadzieję na bliskość, rodzinność, na bycie razem. I to jest własnie odpowiedź na moje pytanie: my wszyscy jak jeden mąż, świadomie albo podświadomie marzymy o ciepłych, rodzinnych i pełnych miłości świętach. I z tym nam też kojarzą się dawne obyczaje, tradycje. Są gwarantem tego wszystkiego. Ale żeby święta przesycone były magią i żeby pachniały świątecznie niezbędne było i jest odpowiednie do nich przygotowanie. Bo moi kochani świąteczna magia gdzieś tam jednak pachnie wysprzątanym mieszkaniem, jabłkami z cynamonem, kompotem z suszu i smażonym karpiem:) I tak przygotowania do świąt w dworach i siedzibach ziemiańskich rozpoczynano zwykle już pod koniec listopada. W niektórych domach nawet wcześniej. Tak więc nie tylko teraz zaczynamy myśleć o świętach wcześnie. Dawniej też zaczynano gromadzić zapasy, robić sprawunki kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem. Zwykle wiązało się to z wyprawami do miasta, gromadzeniem potrzebnych rzeczy, a jak wiadomo nie było to łatwe. Samo określenie "wyprawa do miasta" daje już pewne wyobrażenie, że nie był to zwykły spacer, ale coś wymagającego dobrej organizacji i przygotowania. Tak więc nastrój świąteczny zaczynał się bardzo wcześnie. Sprzyjało temu również wspólne spędzanie czasu w gronie rodziny. W okresie jesienno - zimowym najczęściej spędzano wolny czas siedząc przy kominku, wokół jednej lampy, w salonie, jadalni lub bibliotece. Takie gromadzenie się w jednym miejscu podyktowane było przyczynami praktycznymi - po prostu zwykle oszczędzano naftę i nie ogrzewano wszystkich pokoi. Jak widać na załączonym obrazku praktyczność bywa bardzo potrzebna:) Nic dziwnego, że rodziny były zwykle tak zżyte. Więź pomiędzy młodymi i starszymi wytwarzała się samoistnie, wszak był czas i na rozmowy i na zabawę i na wspólne czytanie i muzykowanie, a to wszystko zbliżało. Gdyby tak się nad tym głębiej zastanowić to może raz na jakiś czas i w naszych domach powinna pojawić się jedna jedyna lampa... 
Jednym z ważniejszych dni na który czekano był 4 grudnia (imieniny Barbary). z niepokojem wyglądano tego ranka przez okno i obserwowano pogodę. Stara przepowiednia mówiła bowiem, że: "Święta Barbara po wodzie - Boże Narodzenie po lodzie" i na odwrót. Zdaniem Jerzego Rozwadowskiego, który spędził dzieciństwo w latach XX w majątku rodziców w Książenicach koło Grodziska Mazowieckiego ta reguła sprawdzała się prawie zawsze. 

"Jeśli przepowiednia zapowiadała Boże Narodzenie bez śniegu i lodu, bardzo się martwiono." 

Ogólnie w książce pełno jest fragmentów pamiętników, z których szerokim strumieniem płyną do nas  świąteczne  historie obrazujące czas oczekiwania na przyjście świąt.
I tak bardzo ciekawie opisuje Pan Pruszak zwyczaje dotyczące choinki. Ozdoby choinkowe zwykle wykonywały dzieci. Tradycyjnie choinkę ubierano w papierowe, słomiane domowo wyprodukowane zabawki. Na gałązkach wieszano też pierniczki, cukierki, jabłuszka. Tak opisywał strojenie choinki Tadeusz Chrzanowski z majątku Moroczyn:
"[Na choince wieszano] [...] mnóstwo ozdób i smakołyków (wieszano bowiem na niej także jabłka, pierniczki i cukierki w kolorowych papierkach). W tamtych czasach nie było jeszcze tego rozbudowanego <<przemysłu gwiazdkowego>> z tworzyw sztucznych. Owszem: bańki już istniały, były też włosy anielskie i srebrny proszek do posypywania gałęzi, ale cały arsenał ozdób był wytwarzany w domu. Więc przede wszystkim łańcuchy, których ogniwa wycinało się z kolorowych papierów, a następnie sklejało.Robiono też z marszczonej bibułki gwiazdy na usztywniaczu kartonowym, a największej przypinano okazały ogon, wiadomo bowiem, że trzech króli do Betlejem prowadziła gwiazda, a właściwie kometa, która tym razem nie była wróżba wojen czy innych nieszczęść, ale dobrą nowiną. Orzechy włoskie i kształtne szyszki powlekano pozłotką, a wydmuszki z jaj przekształcano na jakieś dziwolążne stwory: ptaszki i zwierzątka czworonożne. Z drucików majsterkowano pająki  lepiono domki i inne zabawki".
Nie wiem też czy wiecie, bo dla mnie była to totalna nowość, że na ubieranie choinki miał też wpływ patriotyzm! I tak w 1918 roku powszechnie nie kupowano baniek (bombek) i nawoływano do strojenia drzewek we własnoręcznie robione ozdoby. Czemu? Otóż chodziło o to, że bombki nie były wytwarzane w Polsce, ale sprowadzane z Niemiec. I w ten sposób bojkotowano niemiecki przemysł i uwypuklano patriotyczne uczucia. Jednym z ciekawszych fragmentów jest opis przygotowań do świąt. To czas, który w sposób szczególny wspominają dzieci. Nie dość, że kuchnia pełna byłą smakołyków, które można było podjadać, nie dość, że przygotowywanie ozdób choinkowych sprawiało ogromną frajdę to jeszcze z każdym dniem przybliżał się dzień gdy próg domu przekroczy święty Mikołaj, Gwiazdor lub Aniołek. W jednym z majątków po 6 grudnia dzieci znajdowały zaczepiony gdzieś anielski włos co było znakiem, że niechybnie do domu zawitał aniołek i trzeba zacząć się bardzo starać, żeby pod choinką znaleźć upragnione prezenty:)
Ale przygotowania do świąt to również porządki, polowanie w wigilijny ranek (polowanie poza tym, że należało do wigilijnych tradycji urządzano też z zupełnie innego powodu... Po prostu panie domu wolały zająć mężów czymś innym żeby nie przeszkadzali im w ostatnich przygotowaniach do wieczerzy:)), przygotowywanie wigilijnych potraw i całej kolacji (przygotowywanie stołów, obrusów itd). Tutaj też można znaleźć wiele ciekawych szczegółów. Kładzenie sianka pod obrusem nie było tak jak dziś symboliczne. Kiedyś sianko znajdowało się na całym stole co powodowało, że naczynia stały niestabilnie i zdarzało się, że kieliszki się przewracały plamiąc zawartością obrusy. Siano służyło też zabawie. Z wyciągniętych ździebeł młodzi wróżyli sobie długość życia, kiedy wyjdą za mąż itd. Jeszcze mniej znany zwyczaj to wkładanie pod obrus karteczek z dowcipnymi wierszykami dla panien i młodzieńców, które po wylosowaniu dawały pretekst do wesołości i przepowiedni. Bardzo ważna była ilość osób zasiadających przy stole. Parzysta liczba była zapowiedzią, że w nowym roku nikogo nie zabraknie, że wszyscy usiądą do stołu w tym samym składzie. Jeżeli liczba była nieparzysta dostawiano do stołu krzesło i nakrycie "dla pana Niewiadomskiego" Dla nieżyjących i nieobecnych często stawiano na stołach talerze. Oczywiście stawiano też nakrycie dla niespodziewanego wędrowca.
Na koniec wspomnę jeszcze tylko o potrawach wigilijnych. W zależności od rejonu różniły się od siebie, ale wszędzie na stołach królowały ryby (których jedzenie przysparzało biesiadnikom ogromnego stresu, bo zdarzały się przypadki niebezpiecznego zadławienia ością - zapewne miało na to wpływ słabe oświetlenie) , potrawy z makiem i kompot zawierający śliwki suszone. Czyli właściwie nic nowego, bo i u nas na większości stołów pojawiają się potrawy zawierające te same produkty. O rybach nie wspominając, bo tak jak królowały one wtedy tak i teraz zajmują pierwsze miejsce na świątecznym stole. Ale już pewną nowością może być znaczenie maku i śliwek. Nie pojawiały się one na stołach bez przyczyny. Otóż mak i śliwki to szczególne produkty, nawiązujące do starych pogańskich wierzeń, które mówiły o obecności na Wigilii dusz zmarłych przodków. I tak śliwki symbolizowały uśpione życie a mak jest symbolem zarówno życia jak i śmierci, współistnienia i żywych i umarłych przy stole wigilijnym. Wiedzieliście? Ja o maku coś słyszałam, ale o śliwkach słyszę pierwszy raz:)
 Ha, tak naprawdę nie napisałam nawet 1/3 rzeczy, których dowiedziałam się czytając książkę pana Pruszaka. Tyle w niej szczegółów dotyczących wspólnego spędzania czasu, dekorowania choinki, salonu, przygotowywania Wigilii i dla siebie i dla służby, przyjmowania kolędników, opisów dni poświątecznych (ach te sanny, kuligi, przyjęcia...), zabaw dzieci, dzielenia się opłatkami i z ludźmi i ze zwierzętami. Eh... Bogate i ciekawe życie mieli ci mieszkańcy dworów. Ale o tym musicie doczytać sami, tak samo jak o Wielkanocy, bo o niej też traktuje ta książka. Ja skupiłam się na Bożym Narodzeniu z wiadomych przyczyn:) W końcu mamy grudzień. Niedługo napiszę też o białym karnawale, o Sylwestrze i Nowym Roku i o jeszcze innych świętach.  Bo w końcu czy istnieje coś milszego niż wspólne rodzinne i blogowe świętowanie?:)

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Pani Marcie.


     

poniedziałek, 12 listopada 2012

O tym jak mój mąż w ogóle przestał na mnie zwracać uwagę i co ma do tego historia smaku

Ha, gdy twój mąż, wraca do domu omija cię nieprzytomnym wzrokiem i podąża w stronę fotela - wiedz, że coś się dzieje! Gdy mówisz do niego, a on niczym głucha niemowa nie odpowiada, wiedz, że coś się dzieje! I tak dalej i tak dalej.
W myśl powyższych zasad gdy mój szanowny małżonek zaczął wykazywać podobne objawy zaniepokoiłam się nie na żarty. Mój niepokój wzrósł jeszcze gdy pewnego wieczoru, właściwie nocy, gdy już prawie zasypiałam  mój mąż wyrwał mnie z błogiego półsnu pytaniem o to kiedy będę robić pierniczki.
- Chyba w grudniu - odpowiedziałam półprzytomnie, bo w tej chwili już niczego nie byłam pewna - A co?
- A nic, nic, do polewki by się przydały - odparł Kubuś i zasnął gdy tymczasem mi do spania chęć całkowicie przeszła. W najbliższych dniach fundował mi co chwila tego rodzaju zaskakujące atrakcje. Zaproponował między innymi, że może jak już w końcu nabędziemy ten wymarzony dom, najlepiej dwór to na jego imieniny (Kuby - nie dworu) będziemy podawać pieczonego pawia, poza tym zapragnął hodować drób, łowić we własnym stawie ryby i chadzać w wigilijny poranek na polowanie. Zapewniam was, że nie zmyślam i że wbrew pozorom mój mąż nie oszalał. Po prostu... Gdy twój facet zacznie się w ten sposób zachowywać wiedz, że  dorwał się właśnie do książki Mai i Jana Łozińskich zatytułowanej "Historia polskiego smaku. Kuchnia, stół, obyczaje":)
Historia polskiego smaku. Kuchnia stół i obyczaje. Wydawnictwo Naukowe PWN
A książka jest niesamowita! Po pierwsze autorzy dokonali prawdziwego cudu: "Historię..." czyta się jak wciągającą powieść. Gdyby tak pisano podręczniki do historii myślę, że mielibyśmy ją w małym palcu! Państwo Łozińscy opowieści kuchenne zaczynają od panowania Piastów i Jagiellonów. Opowiadają o tym jak wyglądały uczty, jak nakrywano do stołu, co jedzone i pito. A łatwo w tamtych czasach nie było! Nie dość, że Kościół nakazywał ciągłe posty, nie dość, że za złamanie tego zakazu można było stracić zęby (tak moi drodzy Chrobry kazał swoim, łamiącym nakaz postu, rycerzom je wybijać), to jeszcze dodatkowo gdy już post zakończono, biedny wygłodniały człowiek mógł stracić życie z powodu niestrawności! Szczególnie gdy jak Bolesław III, książę brzeski po czterdziestodniowym poście zjadł na Wielkanoc bagatela trzynaście kurcząt popijając je obficie piwem! Zmarło się biedaczynie po tym obżarstwie. Może gdyby zamiast kurcząt zdecydował się na wiewiórki (tak je też jadano!) to miałby szanse na przeżycie. Oczywiście tak tylko mi się wydaje, bo na oko wiewiórka ma chyba mniej mięsa niż kurczak... Ale ręki sobie za to uciąć nie dam, bo jak zapewne się domyślacie wiewiórki nigdy nie jadłam. Tak samo zresztą jak bobrzych ogonów, skowronków albo słowików, którymi w owych czasach się raczono. Poza mięsem jadano grzyby i inne dary lasu. Zdobywanie tych dobrodziejstw należało do dzieci i młodych dziewcząt z tym że nie mogły do lasu chodzić w pojedynkę bo: "Jeśli czyjaś córka idzie na pole lub do lasu po jabłka lub inne rzeczy i zostanie zgwałcona, wówczas płaci się karę [zaledwie] trzysta, gdyż nie wolno, by ona tak się wybierała".  Sporo w tym rozdziale (jak i innych zresztą) poświęcono uwagi trunkom i napojom alkoholowym. Mój mąż stwierdził, że pod tym kontem jestem średniowieczna, bo też potrafiłam dosładzać i doprawiać wytrawne wino:) No i właśnie skoro jesteśmy przy trunkach, to czytając doszłam do kilku wniosków: po pierwsze jeżeli ktoś mi jeszcze kiedyś powie, że nasz naród ma skłonności do nadużywania alkoholu to go po prostu wyśmieje! Po niniejszej lekturze śmiem twierdzić, że  my z nadużywaniem nie mamy nic wspólnego! Nasi przodkowie byliby wręcz zniesmaczeni widząc jak kaleczymy pradawne obyczaje! W rozdziale Od Sasów do króla Stasia czytamy: ... z ust do ust krążyły legendy o ich niezrównanej wytrzymałości na alkohol. W połowie XVIII wieku słynął z podobnych wyczynów generał Konarzewski, który zachowując przy tym absolutną trzeźwość , w godzinę wypijał kosz szampana lub dwoma łykami opróżniał puchar, mieszczący pięć butelek wina!" Inny jegomość krajczy koronny Adam Małachowski witał po raz pierwszy przybyłych gości blisko dwulitrowym kielichem wina, który to nieszczęsny odwiedzający musiał wychylić duszkiem.  Jeżeli mu się to nie udawało dolewano mu do pełna i kazano operację powtarzać. Gdzie nam powiedzcie do prawdziwego pijaństwa??? Poza tym ze skruchą przyznam, że imprezy jakie osobiście urządzam nie tylko nie zdobyłyby uznania w oczach naszych przodków, ale obawiam się, że pogrążyłyby mnie bez reszty. Bo  dawniej "... nic tak nie uszczęśliwiało troskliwego gospodarza jak wiadomość, że żaden z gości domu jego trzeźwy nie opuścił. Kiedy słyszał relację służby: "jako jeden, potoczywszy się wszystkie schody, tocząc się, kłębem przemierzył; jako drugiego zaniesiono do stancji jak nieżywego; jak ów zbił sobie róg głowy o ścianę; jak tamci dwaj, skłóciwszy się, pyski sobie powycinali; jako nareszcie - ten jegomość, chybiwszy krokiem, upadł w błoto, a do tego ząb sobie o kamień wybił" - wiedział na pewno, że i tym razem biesiada była udana!" No więc czarno na białym widać, że marna ze mnie gospodyni! Nikt wychodząc ode mnie nie staczał się ze schodów (biorąc pod uwagę, że mieszkam na czwartym piętrze, to może i dobrze), nikt zębów sobie nie wybijał ani nie brał się za łby. W sumie to może i lepiej, bo nie wiem, czy sąsiedzi narażeni na takie atrakcje byliby w stanie pojąć, że to wszystko czyniłabym w trosce o przywrócenie dawnych tradycji... Kolejną rzeczą która mnie zachwyciła to opowieść o kawie.  Zawdzięczamy jej sporo więcej niż tylko walory smakowe, bo zanim to ona zaczęła królować w czasie porannych posiłków zazwyczaj przed śniadaniem pijano wódeczkę dla rozgrzewki i poprawienia apetytu. Dopiero zwyczaj pijania kawy wyparł raczenie się od samego rana gorzałką. Poza tym stwierdzenie, że: " picie kawy "jest zbawienne dla osób temperamentu flegmistego, które są otyłe, które prowadzą życie próżniacze. Literaci (...) wyborne czynią skutki z kawy"" -  ubawiło mnie do łez:) Już rozumiem dlaczego nie potrafię rozpocząć dnia bez mocnej filiżanki kawusi:)
Przepięknie państwo Łozińscy opisali zwyczaje bożonarodzeniowe i wielkanocne. Pieczenie bab na Wielkanoc było całym rytuałem. Nie można było głośno mówić, trzaskać drzwiami i ogólnie czynić hałasu gdy wyrastały. Gdy już wyciągnięto je z pieca stygły ułożone na poduchach i pierzynach.
Poza tematami stricte kuchennymi pełno w tej książce anegdot, opowieści, fragmentów pamiętników i ciekawych wiadomości zza kulis kuchni.  Czy wiecie na przykład o tym, że w Stawisku u Iwaszkiewiczów placki ziemniaczane sporządzano i jadano w tajemnicy przed kucharką? Zacna kobieta ta uważała bowiem, że pewne potrawy nie są dość godne pańskiego podniebienia i wszelkie dyskusje ucinała krótko: "nie bedom jedli" :)
Ostatni rozdział opisuje jedzenie w PRL-u, a raczej to jak je zdobywano, szmuglowano i ile zachodu kosztowało wyżywienie rodziny. Czytając go przed oczami stanął mi mój tata, który w tamtych latach tuż przed Bożym Narodzeniem przytargał do domu PEŁNĄ torbę mandarynek. Ależ to była zdobycz! Z miejsca też przypomniałam sobie oranżady w woreczkach i małe buteleczki coca - coli którą piło się na raty, nie bacząc na to, że się wygazowuje. Ważne było żeby starczyła na jak najdłużej:)
Cała książka to przepiękna historia o tym jak kiedyś wyglądał świat smaku, jak ten smak się zmieniał jak zmieniały się obyczaje, sposoby przyrządzania i podawania jedzenia i o tym jak zmieniały się nasze gusta. Historia przepięknie ilustrowana, posiadająca szeroki przegląd sprzętów kuchennych i wiktuałów. To podróż w czasie której możemy zasiąść do stołu z Piastami i Jagiellonami, możemy odwiedzić ubogie chaty i z ich mieszkańcami również zjeść posiłek, możemy ukradkiem przemierzyć jadalnie pałaców,  zajrzeć do dworskich kuchni, wziąć udział w wystawnych przyjęciach, powrócić do przedwojennych cukierni i przypomnieć sobie tanie jadłodajnie, które jeszcze duża część z nas pamięta z PRL - u. Po przeczytaniu "Historii..."  już nie dziwię się Kubie, że tak kompletnie się w niej zatracił, bo od momentu otworzenia książki zatraciłam się w niej i ja. I też zatęskniłam za tymi dobrymi starymi obyczajami, niespiesznymi wystawnymi posiłkami, rozmowami toczącymi się przy stole, za gromadzeniem przy nim wielu bliskich sercu ludzi. Tak więc jak już moi kochani zakupimy ten dwór, Historia Smaku będzie naszym przewodnikiem i pomocą w powrocie do dawnych i często zapomnianych tradycji. Wprawdzie nie wiem co będziemy robić z tym drobiem przez nas hodowanym, bo nie wyobrażam sobie żebym mogła zjeść moje własne Balbinki i Pelasie i już wiem, że nie dam ich palcem tknąć, pawia na obiad podawać nie zamierzam, ale to już jakoś udało mi się Kubie wyperswadować, tym bardziej, że wprost napisano, że paw był niesmaczny. Nawet sprawę z polowaniem w wigilię rozwiązałam: po prostu wyślę mojego męża z aparatem i niech łowi co chce:) Tak sobie myślę  że zaiste ten nasz dwór będzie nieco dziwny, ale na pewno pewne rzeczy z Historii Smaku odtworzymy i podzielimy się nimi z naszymi gośćmi, którymi mam nadzieje będzie również część z Was:)

Pani Marto bardzo dziękuję za możliwość zapoznania się z niezwykle smaczną Historią Polskiego Smaku:)