Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbrodnia w błękicie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbrodnia w błękicie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 kwietnia 2017

Niedziela pod psem czyli Zgubna Trucizna, Jan Morawski i potencjalny czworonóg

Żeby zaostrzyć i pobudzić Wasz apetyt na początek przypomnę poprzednią książkę Kasi "Zbrodnię w szkarłacie".

Lubicie zagadki, tajemnice rodzinne, stare dwory z tradycjami i ich mieszkańców, którzy dodatkowo mają wyraźnie zarysowane charaktery?  Jeżeli tak to "Zbrodnia w szkarłacie" jest książką właśnie dla Was. A jeżeli jeszcze lubicie jak książka Wam pachnie dobrą kuchnią, taką, że aż ślinka cieknie, jeżeli z rozrzewnieniem myślicie o dawnych spiżarniach zapełnionych frykasami to tym bardziej nie powinniście przegapić tej powieści. A jeśli dodatkowo marzy Wam się możliwość podejrzenia tego jak odbywały się przygotowania do ślubu mieszkanki dworu to... Sami wiecie:) Koniecznie musicie sięgnąć po książkę autorstwa pani Kasi.
A ślub poprzedzają niecodzienne okoliczności. Panna Helena, przyszła panna młoda, nie ma posagu, choć teoretycznie jest on na wyciągnięcie ręki, ukryty gdzieś na terenie posiadłości, przez jej dziadka. Dodatkowo rodzina ma kłopoty finansowe, stoi na skraju bankructwa. Dwór jest zadłużony, przyszła panna młoda z rezerwą odnosi się do narzeczonego a jakby tego było mało w jednym z pokoi dochodzi do morderstwa. Sami przyznacie, że to dość trudne warunki do urządzenia romantycznego ślubu.
I z tym wszystkim będzie musiał poradzić sobie  nietuzinkowy detektyw Jan Morawski (wspominałam już, że uwielbiam Jana :)) , który początkowo miał li i jedynie zająć się poszukiwaniem ukrytego skarbu.  Teraz będzie miał pełne ręce roboty. I on i jego lokaj, Mateusz, który zaraz po Janie jest drugą ulubioną przeze mnie postacią.

Kim jest morderca? Czy dojdzie do ślubu? Dlaczego pruski urzędnik jest tak podejrzanie miły? Czy uda się ocalić dwór, który nie jest tylko majątkiem ale uosabia wszystko to co polskie?  
Cóż nie odpowiem na żadne z tych pytań. Nie mogłabym odebrać Wam przyjemności z odkrywania tych wszystkich tajemnic, ze smakowania każdej strony. Bo "Zbrodnia w Szkarłacie" jest właśnie taką powieścią, którą się smakuje.Można się w niej rozkochać.
Dzięki niej dane mi było przenieść się w czasie do roku 1900, zamieszkać w Jeziorach - wielkopolskim dworze, słuchać zegara wygrywającego w szczególnych momentach Mazurek Dąbrowskiego, zasiadać wraz z mieszkańcami do posiłków, kłopotać się problemami życia codziennego i z zapartym tchem uczestniczyć w poszukiwaniu sprawcy zbrodni.
Katarzyna Kwiatkowska stworzyła barwną i nietuzinkową galerię postaci, splotła ze sobą ich losy i tak je zagmatwała, że nie sposób oderwać się od lektury. Tajemnica goni tajemnicę, napięcie rośnie, bohaterowie co rusz nas zaskakują a ich poczynania sprawiają, że to co początkowo zdawało się oczywiste staje pod znakiem zapytania.
„Zbrodnia w szkarłacie” to nie tylko kryminał ale też świetna powieść historyczna, szpiegowska i przygodowa, z pasjonującym wątkiem miłosnym. To powieść o tym, że nawet gdy Polski nie było na mapach istniała w sercach Polaków. O patriotyzmie, tradycjach skrzętnie pielęgnowanych w polskich domach.  Do końca czytałam z wypiekami na twarzy. A gdy dotarłam do ostatniej strony było mi żal żegnać się z mieszkańcami Jezior i z dworem, w którym nieoczekiwanie dla samej siebie się zadomowiłam.

Tak było. Z nową powieścią jest podobnie. Otworzycie książkę i nie będziecie mogli odłożyć dopóki nie skończycie.

A teraz ostatnie już pytanie konkursowe: Jakiego psa powinien mieć Jan Morawski? Jaka rasa by do niego pasowała i dlaczego?

Cudownej niedzieli Wam życzę! A i jeszcze jedno, podoba Wam się nowa odsłona bloga?

sobota, 1 kwietnia 2017

Mordercza sobota czyli Katarzyna Kwiatkowska i Zgubna Trucizna

No i wszystko jasne. Odgadliście bezbłędnie: chodziło o Kasię Kwiatkowską i Jana Morawskiego. A przywołałam osobę pani Katarzyny i bohatera jej powieści nie bez kozery, bo właśnie w księgarniach ukazała się jej najnowsza powieść  "Zgubna trucizna".

Poznań, luty 1901 roku. Jan Morawski poszukuje znanego fałszerza banknotów, ale gdy dochodzi do morderstwa, zaczyna podejrzewać, że fałszerstwo to zaledwie element wielkiej układanki. Musi znaleźć zabójcę, bo jak na razie jedynym podejrzanym jest właśnie on. 
W towarzystwie nie najlepiej się o nim mówi. Czy to możliwe, żeby Morawski zdradził sprawę polską? Dlaczego pracuje dla Banku Rzeszy? A może ten lekkoduch to żaden detektyw, tylko sprytny bywalec małżeńskiej giełdy, który potrafi jedynie prowokować zwierzenia dam, tańcząc na ostatkowych balach?
Nowa powieść Katarzyny Kwiatkowskiej to nie tylko kolejna znakomicie skonstruowana intryga kryminalna. To także wspaniały portret Poznania z początku XX wieku: ulice, pałace i sale balowe. Opisane tak, że można niemal wyczuć zapach perfum, woń cygar, usłyszeć szelest sukien, stłumione szepty i balową muzykę.

"Opisane tak, że można niemal wyczuć zapach perfum, woń cygar, usłyszeć szelest sukien, stłumione szepty i balową muzykę."
W to akurat nie jest trudno mi uwierzyć. Książki Kasi rzeczywiście pachną, smakują, szepczą i wabią. Niewątpliwie ma dar i świat o którym pisze staje się realny i niezwykle kuszący. do tego stopnia, że nie sposób się mu oprzeć. Przynajmniej ja nie mogę :)



I tutaj właśnie pytanie do Was:

Co Was pociąga w książkach retro? Dlaczego chętnie je czytacie? Piszcie w komentarzach. Na jedną osobę, której odpowiedź wyjątkowo mi się spodoba czeka egzemplarz najnowszej powieści Katarzyny Kwiatkowskiej "Zgubna Trucizna". Na odpowiedzi czekam do jutra, do 23:00.



   



 






środa, 9 grudnia 2015

Uwaga!!! Wyniki makatkowych konkursów!

To już wszystko wiadomo.   I uwaga ogłaszam! Szczęśliwymi posiadaczkami zbrodni zostają:

W konkursie pytaniowym Kasia Piwoda.
Ale, że wybór nie był łatwy dodatkową zwyciężczynią została Monika Płatek. 
 Zwyciężczynią konkursu „Przenosiny w czasie” jest Margotka.

Gratulujemy Wam razem z Panią Kasią bardzo serdecznie. A  zwycięzców poproszę o adres do wysyłki na maila.  

I to już wszystko w makatkowym, pierwszym spotkaniu. Makatka Z Katarzyną Kwiatkowską została wyszyta. Szczerze mówiąc jest mi trochę smutno żegnać się z Panią Kasią, Janem, intrygami. Pozostaje tylko czekać na kolejną powieść. Chciałam jeszcze podziękować Pani Kasi i Wam wszystkim za udział w makatce. Za to, że czytaliście, byliście, komentowaliście. Pani Kasi za cierpliwość, za wyczerpujące odpowiedzi na pytania i za piękne książki i za to, że zechciała być tutaj pierwszym makatkowym gościem. Dziękuję Wam wszystkim. 

wtorek, 8 grudnia 2015

Kasia Kwiatkowska uchyla rąbek tajemnicy... Czyli wywiad.

Zapraszam Was wszystkich do przeczytania wywiadu. Pytania są Wasze, mieliście okazję podpytać o to co naprawdę Was interesuje. Już niebawem ogłoszenie konkursu, zdradzę tylko, że po części już wiadomo do kogo powędruje zbrodnia... Ale wybór jest trudny i dlatego proszę o jeszcze chwilę cierpliwości. A teraz zapraszam do lektury:

Monika Płatek:
1. Który z kryminałów Agathy Christie jest pani ulubioną pozycją, do której pani chętnie wraca i dlaczego?
Najbardziej lubię chyba „Morderstwo w Orient Ekspresie” i „Śmierć na Nilu”. Obie są perfekcyjnie skonstruowane, każda scena coś wnosi, zakończenie jest zaskakujące. I akcja obu rozgrywa się w ciekawym otoczeniu.
2. Nie czytałam dotychczas żadnej pani książki. Jestem ciekawa w jaki sposób, w postaci trzech argumentów, zachęciłaby mnie pani do sięgnięcia po którąś z książek.
Trudne zadanie… Wątpię, czy znajdę aż trzy argumenty. Mogę co najwyżej służyć rekomendacjami:
- jeśli lubi Pani zagadki kryminalne, w których trup nie odgrywa głównej roli, a agresja się nie pojawia,
- jeśli chciałaby Pani zamieszkać na kilka dni w ziemiańskim dworze na przełomie XIX i XX wieku,
- i jeśli chciałaby Pani odrobinę (naprawdę odrobinę) poznać szczegóły życia Polaków pod pruskim butem,
to być może moje książki spodobałyby się Pani.
3. I ostatnie pytanie jak brzmi pani życiowe motto?
Zawsze jest to imperatyw Kanta, sprowadzający się do zalecenia: Traktuj innych, jak sam chciałbyś być traktowany. Lubię też pocieszać się słowami Szekspira: „Pamiętaj, że najlepszych ludzi uformowało naprawianie własnych błędów”.
Aniela Ruczaj:
4. Pisze Pani o zbrodniach i chociaż domyślam się, że raczej nie jest Pani zawodową zbrodniarką (;-)), to czy zdarza się Pani pomyśleć: dobrze by było tą/tego osobnika...
Jasne, że tak J. A od przejścia do czynów powstrzymuje mnie świadomość, że nie potrafiłabym popełnić zbrodni doskonałej.
5. Czy pisząc kryminały, próbuje je pani zaplanować od razy w czasie historycznym, czy też najpierw "dzieją się" one w naszych czasach?
Podstawową kwestię – kto kogo zabił i dlaczego – rozważam w oderwaniu od epoki   historycznej. Dalej jest to niemożliwe, gdyż wszystkie elementy książki uzależnione są od określonego czasu: sposób popełnienia zbrodni zależy od stanu techniki, prowadzenie śledztwa zależy od stanu medycyny i techniki, motywacja od priorytetów społeczeństwa. Do tego dochodzi całe tło – nowinki, wnętrza, kulinaria, cała codzienność – typowe dla ściśle zdefiniowanego czasu.
Jola:
6. Kocham książki utrzymane w klimacie retro i bardzo mnie cieszy każdy kryminał napisany w tej konwencji. Oczywiście nie ma się co dziwić, że mój ukochany kryminał to "Arszenik i stare koronki" Proszę podać tytuł swojego ulubionego kryminału retro?
Szczerze mówiąc, bardziej od kryminałów retro lubię kryminały historyczne – przede wszystkim powieści Stevena Saylora o Gordianusie (zwłaszcza kilka pierwszych części), także niektóre tomy historii o Eraście Fandorinie.
7. Czy wśród naszych współczesnych autorów tego typu kryminałów/a jest ich sporo/ znajduje pani kogoś, kogo twórczość jakoś panią uwiodła?
                Bardzo podobają mi się (niektóre) książki dwóch polskich autorów kryminałów historycznych,                ale nie powiedziałabym, by mnie uwiodły. Przynajmniej nie tak, jak Saylor.    
8. Czy lubi pani i czyta typowo "babską" literaturę, czy też może omija pani ją szerokim łukiem?
Właściwie od kilku lat czytam przede wszystkim powieści, których akcja rozgrywa się w XIX i na początku XX wieku – to pomaga pozostać w kręgu tamtych spraw, lepiej wczuć się w mentalność tych ludzi, by łatwiej potem o nich pisać. Bardzo lubię książki Jane Austen i George Eliot, choć powieści tej ostatniej, zwłaszcza Miasteczko Middlemarch, należą raczej do literatury społecznej.
Ze współcześnie napisanych książek, które można by zaliczyć do literatury kobiecej, przeczytałam dwa tomy Cukierni pod Aniołem, a także Tajemnicę bzów. Bardzo mi się podobały, zatem odpowiedź na pytanie brzmi: nie, nie omijam tej literatury, choć sięgam raczej po książki nawiązujące do przeszłości.
Margotka z Krakowa
9. Czy Jan zaprzyjaźniłby się z krakowianinem? Mam na myśli Kacpra Ryxa.
Marzy mi się spotkanie Jana z innym krakowianinem: Tadeuszem Boyem Żeleńskim, moim ulubieńcem. Kacper Ryx i Jan to trochę odległe epoki, ale ich przyjaźń byłaby teoretycznie możliwa. Na pewno by się nie nudzili.
Anonim:
10. Czy u Pani pomysły na książki rodzą się niejako "na zamówienie". W sensie skończyłam jedną, co by tu teraz napisać? Czy wręcz przeciwnie - siedzą w łowie całymi stadami, a Pani "odławia" jeden z wielu?
Pomysły na książkę rodzą się stopniowo – zbieram drobiazgi, pomysły na motyw, pięknie brzmiące zdania, notuję absurdalne sytuacje, dziwaczne nawyki, ciekawe historie. Pewnego dnia dwa elementy dopasowują się – niczym puzzle – i od tego miejsca zaczynam dokładać kolejne klocki: miejsce, osobę, słowa, wydarzenie historyczne, następną osobę itd. Książka to raczej zbitek bardzo, bardzo wielu drobnych pomysłów, oplecionych wokół wątku głównego.
10A. I czy książka w całości jest zaplanowana, czy niesie Panią historia bez bardziej szczegółowego, wcześniejszego planu?
Myślę, że kryminału nie można napisać bez planu. Te wszystkie zbiegi okoliczności, dozowane prawdy, kłamstwa, zmyłki, tropy i dowody, wszystkie one muszą zostać starannie przemyślane i rozmieszczone. Odpowiadając zatem na pytanie: szczegółowo rozplanowuję każdą powieść. A to planowanie trwa dłużej niż pisanie pierwszej wersji.
Izunia R.
11. Opisze Pani "swoje miejsce na ziemi"?
Jest ciche, jasne i jest w nim pies. A w pobliżu są przyjaźni ludzie, którzy nigdy się nie narzucają.
12. Przypisze Pani do każdej litery imienia cechę, która Panią opisuje?
                K – krnąbrna, A – apodyktyczna, S – sceptyczna, I – introwertyczna, A - ambitna
13. Kocha Pani podróże? Jakie jest najbardziej malownicze miejsce, w którym Pani była?
Kochać to może nie, to trochę za duże słowo. Po prostu lubię podróże. Najbardziej malownicze znane mi miejsce to wyspa Capri.
14. Dzieciństwo. Opowie mi Pani coś o swoim? Jakieś wspomnienie? Zapach, który zawsze będzie się Pani kojarzył z dzieciństwem?
Oto wspomnienia: Złotowłosy pies. Przedszkole w parku. Groszek wyjadany wprost ze strączka. Skakanka. Pyzy z sosem powidłowym i kopytka z cukrem. „Dzieci z Bullerbyn”. Sukienka z kaczuszką. Wujek, który wyglądał jak Julio Iglesias. Plaża. Melodia, którą gwizdał Tata (teraz wiem, że to temat z „Ojca chrzestnego”).
15. Jaka jest Pani ulubiona potrawa?
                Ratatouille.
15A. Jeśli już przy tym jesteśmy, załóżmy, że proces napisania i wydania książki to potrawa. Jakie według Pani powinna mieć składniki?
Staram się komponować tę potrawę z trzech głównych składników: zagadka kryminalna, obyczajowość (z kulturą materialną) i zjawisko historyczne typowe dla Wielkopolski.
16. Co sprawia Pani największą trudność w pisaniu?
                Opisywanie emocji bohaterów.
17. Jakie to uczucie:
* widzieć w księgarni swoją powieść,
                W moim przypadku – żadne.
* wziąć pierwszy raz do ręki swoje dzieło,
                Jak wyżej.
* czytać recenzje swojej książki,
Jest to ogromny stres. Liczyłam, że osłabnie, ale z każdą kolejną książką zdenerwowanie jest większe.
* usłyszeć opinie bliskich o swojej powieści?
                Z założenia nie biorę tych opinii pod uwagę, bo nie są obiektywne.
18. Załóżmy, że mogłaby Pani na chwilę przenieść się do świata przedstawionego w dowolnej powieści, jaką by Pani książkę wybrała i dlaczego? A może żadną?
Gdy czytam książkę, która mi się podoba, zawsze chcę przenieść się w opisywany świat. Ten stan szybko jednak mija, gdy tylko praktycyzm weźmie górę i uświadomię sobie, z jakimi niedogodnościami musiałabym się zmierzyć w tej innej rzeczywistości. Wolę więc pozostać przy znanych sobie kłopotach, niż oswajać nowe. Ale przez kilka lat marzyłam, by móc przenieść się na Wyspę Księcia Edwarda.
19. Jakiego gatunki książki Pani nigdy nie napisze?
                Science fiction. Po prostu nie znam się na tym.
Kasia Piwoda:
20. Okres mikołajkowo-przedświąteczny czuć już na każdym kroku, czy łatwo jest Pani wybrać prezenty dla swoich najbliższych, czy tak jak i ja ma z tym wyborem problemy i kupuje Pani prezenty w ostatniej chwili, nie do końca będąc pewną, czy dobrze Pani wybrała?
Ha! Muszę się pochwalić. Jestem rodzinnym mistrzem w wymyślaniu prezentów (działam również na zlecenie i organizuję prezenty w imieniu wielu osób dla wielu osób), a do tego zabieram się za to z wyprzedzeniem. Tu akurat powód jest prozaiczny – nie znoszę tłumów i zamieszania.
20A.  I czy daje/dała Pani komuś w prezencie choinkowym/mikołajkowym swoją książkę?
Nie. Ani w urodzinowym, imieninowym czy rocznicowym. Prezent kojarzy mi się z czymś cennym, ważnym dla obdarowywanego, a nie chcę samowolnie umieszczać swoich książek w tej kategorii.
21. Czy lubi Pani kończyć pisać daną książkę, czy wręcz przeciwnie, odwleka Pani ten moment, bo jest Pani zżyta ze swoimi bohaterami i ciężko jest z nimi się rozstać?
Tak jak wspomniałam wyżej, kryminał pisze się – czy raczej: ja piszę – według planu. Wydarzenia następują w określonej kolejności, śledztwo się toczy, wszystko zmierza do nieuchronnego finału, którego nie można odwlekać, którego nie da się odwlekać. Przyznaję natomiast, że zdarzają się bohaterowie, którzy w założeniu mieli być postacią trzecioplanową, ale tak dobrze się sprawują, są zabawni lub urozmaicają akcję tak wyśmienicie, że ich rola już w trakcie pisania wyrasta poza plan. To jednak nie ma wpływu na nadejście końca.
22. Jak zachęciłaby Pani kogoś, kto stroni od książek, żeby się przełamał i chociaż spróbował przeczytać właśnie Pani książkę?
Jeśli ktoś stroni od książek, to absolutnie nie zachęcałabym go do rozpoczynania  kariery czytelniczej od moich książek. Bo jeśli ktoś nie czyta, to najprawdopodobniej ogląda filmy i lepiej byłoby podsunąć takiej osobie książkę o bardziej dynamicznej akcji, bez tego dodatku historyczno-społecznego. Zaproponowałabym coś uniwersalnego: klasyk Agathy Christie lub „Co do grosza” Archera.
J.smolarek:
23. Jaki kolor ma Pani szczęście?
                Czerwony.
24. Czy wierzy Pani w duchy i zjawy, w spotkania z nimi i to, że jak się ukazują, to chcą ostrzec?
                Nie.
25. Czy jest pani przesądna?
Nie wierzę w czarne koty, drabiny i pechowe trzynastki, ale bywają dni, gdy zaczynam wierzyć w różna prawa – w prawo serii, prawo Murphy’ego. Istnieją też liczby, które wolę od innych, ale nie wiążą się z tym żadne przesądy.
26. Co pani sądzi o kobiecej intuicji?
Myślę, że intuicja to typowa dla kobiet zdolność do mimowolnego  dostrzegania bardzo wielu szczegółów, które mężczyznom umykają. Przeczucia kobiet nie biorą się z jakiejś nadnaturalnej mocy, lecz są wypadkową poczynionych, nieuświadomionych obserwacji.
27. Czy ma pani jakiś talizman, coś, co przynosi szczęście, pomaga przetrwać gorsze dni?
Nie, nie mam talizmanu. A na gorsze dni polecam rozmowę z psem: wysłucha, popatrzy współczująco i nigdy nie powie: „A nie mówiłem?”.
28. Pani recepta na chandrę.
                Wykonać jakąś pracę, której efekty są od razu widoczne.
29. Pani ukochana książka to… i dlaczego....
                „W poszukiwaniu straconego czasu” – bo tak jak autor uwielbiam dzielić włos na czworo.

Magdalena Kordel:
30. Gdyby dane nam było przenieść się w czasie i trafilibyśmy w lata, w których żył Jan i zupełnie przypadkiem wylądowalibyśmy 24 grudnia w wielkopolskim dworze co byśmy tam zastali? Jakie potrawy tradycyjne przygotowywano na wieczerzę wigilijną?
Myślę, że ze wszystkich dni w roku, ten szczególny – w razie nagłej podróży w czasie – zaskoczyłby  nas najmniej. Wiele codziennych zwyczajów przeminęło, nasz tryb życia zmienił się całkowicie, ale nadal kultywujemy większość wigilijnych tradycji: biały obrus, choinka, Gwiazdor, pierwsza gwiazdka, dzielenie się opłatkiem, śpiewanie kolęd, wspólna wyprawa na pasterkę.
Gdybyśmy więc nagle znaleźli się 24 grudnia 1900 roku w wielkopolskim dworze, najpierw porządnie byśmy zgłodnieli, bo w dniu wigilii od rana obowiązywał post ścisły, czyli dopuszczano jeden posiłek do syta. Posiłek był bezmięsny, więc zjedlibyśmy zapewne ziemniaki z olejem (masło wykluczone) lub chleb z powidłami. Odczucie głodu byłoby szalone, bo zewsząd dochodziłyby upojne aromaty pieczonych ciast.
Do wieczerzy zasiedlibyśmy po ukazaniu się pierwszej gwiazdki i po podzieleniu się opłatkiem.
Najpierw podawano zupy – dwie lub nawet trzy do wyboru: barszcz z uszkami, zupę rybną z łazankami, zupę grzybową, a w niektórych domach także zapomnianą już zupę migdałową.
Równolegle z zupą lub tuż po niej podawano paszteciki drożdżowe lub z ciasta francuskiego, wypełnione farszem grzybowym lub rybnym.
Po tej przystawce nadchodził czas na dwa lub trzy dania rybne, przy czym karp nie był pozycją obowiązkową. Popularne były szczupaki, sandacze, łososie, a w zamożnych domach także turboty. Rybom towarzyszyły ziemniaki i jarzyny, w tym obowiązkowo kapusta z grzybami.
Wieczerzę zamykały desery: kompot z suszu i makiełki, czyli kluski z masą makowo-bakaliową.

Im dom bogatszy lub ambicje pani domu większe, tym bardziej odchodzono od tradycyjnych polskich potraw i przesuwano się w stronę wykwintnej kuchni europejskiej – podawano kawior, sardele, zimne musy i majonezy, a na deser skomplikowane torty.

piątek, 4 grudnia 2015

Gęsi kluskami karmione, zupa żółwiowa bez żółwia i zbrodnię oddam w dobre ręce :)

Kiedyś to się jadało! Bo kiedyś panie dziejaszku to były czasy i uczty i kolacje zacne i obiady obfite... A na śniadania w poczciwych domach podawano istne frykasy... Takie półgęski na przykład... Nic tylko się rozmarzyć...
A oto moi drodzy przepis na zacne półgęski, którymi Jan i Mateusz się delektowali podczas śniadania :)


Proszę bardzo, kiedyś to i gęsi miały lepiej! Widział to kto, żeby teraz gęsi kluskami tuczyć?

A weseliska panie dziejaszku pamiętasz i te zupy, te pieczenie, te frykasy! Taka zupa żółwiowa! Poezja proszę pana, poemat mówię pani:)
I nasz bohater taką przepyszną zupę jadł. Żółwiowa a żółwia w niej ani widu ani słychu... Za to innych, szlachetnych składników mrowie.


A ciasta, wety wszelakie... Co powiecie na ciasto makowe? Dokładnie takie jak na kartach "Zbrodni w błękicie"?


A teraz moje drogie i moi drodzy przyznać mi się tu bez bicia i natychmiast ilu z Was bez problemu przyrządziłoby te wszystkie przysmaki? Bo jeżeli chodzi o mnie to najpierw musiałabym zgromadzić składniki, a potem przeliczyć, a potem... No długo by to trwało:)  Chcecie więcej przepisów? Pani Kasia przygotowała ich większą ilość. Macie ochotę podpatrzeć jak to kiedyś w kuchni było? To piszcie :) Jeżeli będziecie mieli ochotę to jutro pojawią się kolejne. I przypominam, że trwa jeszcze konkurs. Zbrodnie oddam w dobre ręce :) Kto reflektuje niech zajrzy TUTAJ  

Aromatycznie pachnąca intryga czyli będziecie głodni :)

Pamiętacie, wspominałam, że książki Pani Kasi Kwiatkowskiej pachną. To tak jak z książkami Małgorzaty Musierowicz. Tam bohaterowie ciągle coś jedzą, coś pieką, smażą, w kuchni gotuje się rosołek, szare kluski wabią z półmisków...  Tyle tylko, że u Pani Kasi potrawy tak jak wszystko inne mają dodatkowo ten chwytający za serce element świata, który już dawno przeminął a do którego w skrytości ducha większość z nas tęskni. I poza frapującą intrygą kryminalną to kolejny aspekt, który mnie w opowieściach Katarzyny Kwiatkowskiej wabi, przyciąga i cóż tu dużo ukrywać sprawia, że częściej bywam w kuchni:) Teraz korzystając z okazji zajrzyjcie razem ze mną za te ciężkie drewniane drzwi gdzie królują kucharze i kucharki i podejrzyjcie co też jadał Jan i Mateusz... Ale najpierw zadbajmy o scenerię.

"Światła wielkich żyrandoli i bocznych kinkietów odbijały się w srebrnej zastawie stołowej i sztućcach, w kryształowych naczyniach, w szybach witryn, w biżuterii pań. Wniesiono pierwsze danie — solę w sosie holenderskim. Jan zauważył, że Julia nałożyła sobie tylko ozdoby z warzyw i sos."

I zaczynało się ucztowanie. To było zaledwie preludium, bo za moment na stół wjeżdżały kolejne dania:

"(...) w tym momencie służący wnieśli comber sarni z truflami i sosem maderowym. Jadalnię wypełnił zapach dziczyzny i upajający aromat grzybów."

"Wniesiono kolejne danie — przyrumienione kwiczoły i przepiórki, atrakcyjnie udekorowane kompotami i sałatami. Na widok tych smakowitości i na szczęście dla współbiesiadników Wacław natychmiast przerwał swoją anegdotkę i wpatrywał się zahipnotyzowany w półmiski. Po chwili wszyscy mieli już jedzenie na talerzach, nawet Julia, chociaż także i tym razem zrezygnowała z mięsa, zadowalając się kompotem z jabłek, sałatą z roszponki i drugą z selerów."

Przypominam, że nadal jesteśmy przy tej samej kolacji. Wyobrażacie sobie ten zastawiony stół, mnogość potraw? I to, że to wszystko zjadacie?  A to nadal nie koniec, bo oto nadchodzą służący wnosząc:

"(...) karczochy, szparagi i vol-au-vent z groszkiem, poukładane w barwne kompozycje na porcelanowych legumierach."

No i wreszcie przychodzi pora na deser :)

"W tym momencie wniesiono wety, na które składał się imponujący piętrowy tort hiszpański i krem ananasowy, a także salaterki z konfiturami: morelową i truskawkową."

"Jan spojrzał na panią domu. Do deserowej miseczki nałożyła konfitury morelowe, które w gęstym syropie wyglądały jak zakrzepłe w słońcu, i polała je śmietaną. Nałożył sobie to samo, a Julia na ten widok się uśmiechnęła."

Wspomnę tylko, że jesteśmy na 26 stronie "Zbrodni w błękicie" :). Więc takich niespodzianek kulinarnych jeszcze wiele przed nami.

A w tym samym czasie gdy Jan posila się przy stole w jadalni, Mateusz, jego wierny kamerdyner raczy się czerniną. Potem gdy będzie rozmawiał z Janem o kolacji i dowie się, że przy głównym stole nie podano tej zupy nie zawaha się stwierdzić, że to jedyny chyba taki dom, gdzie służbę lepiej się karmi niż państwa i ich gości. Widać Mateusz był wielkim wielbicielem tego dania :). Czernina ma swoje miejsce nie tylko w "Zbrodni w błękicie" ale również w "Zbrodni w szkarłacie" jest o niej wzmianka:

"Wszedł Mateusz z wazą i ruszył dookoła stołu. Wszyscy oprócz Heleny nałożyli sobie gęstej, ciemnej czerniny z jasnymi wysepkami kluseczek.
Milczenie przerwał Engel.
- Pani nie je? - spytał Helenę.
- Nie. Jadłam tę zupę jako dziecko, bo myślałam, że to zupa rodzynkowa. Ale potem dowiedziałam się, z czego jest gotowana i od tej pory jej nie tykam.
- A z czego jest gotowana?
- Z krwi - poinformowała go uprzejmie."

Zacytowałam świadomie, żeby narobić Wam apetytu :). To już prawie koniec. Pozwolę sobie przytoczyć tylko jeszcze jeden, jeden z bardziej ulubionych fragmentów dotyczących przygotowań do ślubu:

"Jan wyszedł z pokoju i pobiegł do piwnicy. Mateusz ruszył za nim. Już na schodach do doszły ich kobiecy śpiew i upojne aromaty. W kuchni prace postępowały pełna parą: pod rządami dwóch kłótnic osiem dziewcząt skubało, kroiło, siekało, rozcierało, mełło, ubijało. Dwie wieśniaczki siedziały na ławie i obierały orzechy. To one śpiewały.
- Czemu tylko one śpiewają? - dziwił się Morawski.
- Żeby kucharki miały pewność, że nie wyjadają orzechów do tortu - wyjaśnił kamerdyner"

Muszę Wam powiedzieć, że takie wyjaśnienie za nic nie przyszłoby mi do głowy :)

A wieczorem zapraszam Was na kilka przepisów potraw, które spożywali nasi bohaterowie. Między innymi: półgęski, które Jan je z Tadeuszem na śniadanie, zupa żółwiowa, ciasto makowe i... Zajrzyjcie :) O receptury wystarała się Pani Kasia :)




czwartek, 3 grudnia 2015

Kolejna, ostatnia już zbrodnia do wygrania :)

To ostatni etap konkursów, choć jeszcze nie koniec spotkań z Panią Kasią. Jutro zajrzymy do kuchni. Podejrzymy co Jan i Mateusz jadali a stołowali się przednio. Jeszcze dziś (to ostatni moment) można wrzucić do sakiewki z pytaniami swoje pytanie do naszej makatkowej bohaterki.
A teraz całkiem nowy konkurs trwający do 5 XII włącznie. Wystarczy odpowiedzieć na pytanie:

„Gdybyś mógł przenieść się w czasie, w jakiej epoce chciałbyś żyć. I dlaczego”.

Najciekawsza wypowiedź zostanie nagrodzona "Zbrodnią w szkarłacie". A w ramach ciekawostek widzieliście już ten filmik? Tak mi się skojarzył ze zmianą czasów:)


środa, 2 grudnia 2015

O drżeniu serca autora i fenomenalny Mateusz czyli makatka wciąż się wyszywa :)

W "Zbrodni w błękicie"  błękitne świece
naprowadzają Jana na jeden
z tropów...
 Kochani moi, wracamy do zbrodni, do zasypanej śniegiem Wielkopolski, do szelestu sukien, koronkowych chusteczek, haftowanych wypraw ślubnych... Ale najpierw zerknijcie, co Pani Kasia powie nam o swojej pracy. Co ją najbardziej cieszy, co sprawia, że czuje drżenie serca... Tutaj to ja z miejsca pokażę winowajców palcem. Cóż ni mniej ni więcej -  Wy... Nie wierzycie? Sami się przekonajcie :) 

W pisaniu przyjemny jest właściwie tylko jeden moment – gdy autor doznaje przebłysku i do głowy wpada mu pomysł. To może być koncepcja całej książki lub tylko rozwiązanie pojedynczej kwestii fabularnej  – w każdym razie na książkę przypada kilka do kilkunastu takich upajających chwil. Cała reszta to praca – lżejsza lub cięższa, w zależności od dnia, nastroju i opracowywanego fragmentu.
Nie czuję wzruszenia, biorąc świeżo dostarczoną z drukarni książkę, na której widnieje moje nazwisko. Ze ściskiem serca czekam natomiast na reakcje Czytelników. To czas nerwowego przeglądania portali czytelniczych i oczywiście blogosfery.
Jest kilka blogów, które regularnie odwiedzam, kilkanaście innych, gdzie zaglądam, szukając recenzji konkretnych książek, których zakup rozważam. Ale w ciągu pierwszych tygodni po wydaniu własnej książki czytam wszystkie opinie, jakie uda mi się znaleźć. I muszę przyznać, że są dwa typy stwierdzeń, które cieszą mnie najbardziej.
1.       Gdy czytam książkę, lubię czegoś z niej się dowiedzieć, poznać jakiś fakt, postać czy zjawisko. Dlatego czuję satysfakcję, gdy Czytelnik po lekturze mojej książki stwierdzi, że czegoś się dowiedział, zwłaszcza jeśli chodzi o historię Wielkopolski.

2.       W każdej swojej powieści zawarłam odniesienia do innych książek, mniej lub bardziej wybitnych. Lubię, gdy Czytelnicy dostrzegą te nawiązania, zwłaszcza te niezbyt oczywiste, ukryte pod powierzchnią. W Zbrodni w szkarłacie umieściłam całą siatkę symboli związanych z pewnym polskim dziełem – są to właściwie anty-symbole, mające odczarować przekleństwo przedstawione w tamtym utworze. Bardzo mnie ucieszyło, gdy kilka osób dostrzegło tę analogię (nie będę wskazywać palcem, ale Pani Wu i Redaktor Na Tropie wiedzą o kogo chodzi J).


Cóż nie pozostaje mi nic innego jak tylko powiedzieć, że ten kto czytał ten sam może stwierdzić jak dużo wynosi się po lekturze książek Pani Kasi a ten kto nie czytał... Musi jak najszybciej to naprawić :)
A teraz wróćmy do zbrodni. Tym razem tej w błękicie. Pomyślałam, że nie będzie recenzji. W poprzednim tekście przedstawiłam Wam Jana, nakreśliłam klimat. Ale pominęłam praktycznie postać Mateusza. Kamerdynera, wiernego druha Jana, przyjaciela. A to ogromne niedopatrzenie. Bo Mateusz jest nie do przecenienia. Nie wyobrażam sobie Jana bez Mateusza. Zresztą kamerdynera lubi się właściwie od pierwszego zdania. Zobaczcie sami. to taki haczyk :) Po pierwsze przedstawia Mateusza, po drugie nie ukrywam, że chciałabym zaostrzyć Wasz apetyt. I jestem pewna, że ten fragment tego dokona. Tak właśnie zaczyna się "Zbrodnia w błękicie":  

—Jesteśmy na końcu świata — padło z narożnika sań.
Jan przytrzymał czapkę i odwrócił się w stronę, skąd dochodził głos. Mateusz, kamerdyner i najwierniejszy przyjaciel, siedział tak opatulony, że przypominał wielki kokon, mumię lub zraz zawijany. 
Mimo ust na wpół zdrętwiałych od mrozu, Jan spróbował pocieszyć malkontenta:
— Wielkie Księstwo Poznańskie to nie koniec świata.
— Już dawno przekroczyliśmy granicę z Królestwem.
.Jan uśmiechnął się w duchu i cierpliwie odpowiedział:
— Do granicy daleko. Poza tym jedziemy w innym kierunku.
— A kto w tej zadymce rozróżni kierunek?
Wątpliwość była jak najbardziej zasadna. Świat skrył się za zasłoną lodowatych płatków, pędzących z
zawrotną prędkością. Wiał tak silny wiatr, że śnieg padał prawie poziomo.
Jan zasłonił dłonią usta — bez tego podmuchy aż zatykały, uniemożliwiając nie tylko mówienie, ale i
oddychanie — i przypomniał:
— Na Alasce na polowaniu nie przeszkadzały ci gorsze zadymki.
— Nienawidzę zimy i nienawidzę wysp. Mają fatalny wpływ na moje samopoczucie. I nienawidzę być
głodny. Mam nadzieję, że mają tam wystarczające zapasy żywności, bo utkniemy na wiele dni — krakał.
— Nikt nam nie pomoże na tym pustkowiu.
— Co ma z tym wspólnego wyspa? — wykrztusił zdumiony Jan, mając jednocześnie nadzieję, że po
solidnej wielkopolskiej kolacji Mateuszowi wróci humor.
— Pałac wśród śniegu i lodu jest jak wyspa. Będziemy odcięci przez lata.
Po przedstawieniu tej krzepiącej wizji Mateusz zamilkł.
Jan wyraźnie nie podzielał nastroju swego towarzysza. Kochał wyzwania, był młody i spragniony
wrażeń, a tych podróż przez zadymkę dostarczała aż nadto. Co prawda, zamiast siedzieć biernie z tyłu
sań, wolałby nimi powozić, z drugiej jednak strony przy takiej pogodzie i na nieznanym terenie lepiej, że
saniami kierował przysłany z Tarnowic fornal.
Im bardziej Jan był podekscytowany, tym bardziej zgryźliwy stawał się Mateusz. Z wnętrza zwoju
dobiegło:
— Czy on wie, gdzie jesteśmy?
— Sprawia wrażenie, że wie. — Jan wierzył w fornala.
— Wrażenie to za mało, jeśli wolno mi zauważyć.
Po rzuceniu tej kwaśnej uwagi Mateusz zakrył sobie twarz pledem i całkowicie zniknął pod stertą
futer.
Jan także cofnął się w głąb sań, gdzie wiatr nie hulał tak bezkarnie. Nie było widać nic i mimo woli
podziwiał doświadczonego woźnicę najwyraźniej odnajdującego drogę dzięki sobie tylko znanym
punktom terenu.
W pewnej chwili pochylił się i krzyknął w głąb kokonu:
— Już prawie jesteśmy. Minęliśmy bramę.
— To na pewno brama innego majątku.Jan wybuchnął śmiechem, natychmiast zdławionym przez wicher. Postanowił zaprzestać prób
podnoszenia Mateusza na duchu.
Zatrzymali się i Jan popatrzył na pałac. Widział właściwie tylko wejście tej prawdziwie
wielkopańskiej siedziby — kilkanaście stopni, szeroki podest, cztery kolumny portyku. Odgarnął z siebie futra i wstał. W tym momencie poczuł tak silny powiew wiatru z boku, że aż musiał chwycić się sań.
Odwrócił się lekko, by sprawdzić, jak idzie Mateuszowi — odkopywał się właśnie spod sterty futer i
koców. Zgięci w pół skierowali się obaj w stronę schodów. Wyraźnie oczekiwano gościa, gdyż
gdzieniegdzie na stopniach dostrzegli ślady odśnieżania, teraz prawie zasypane. Jan z Mateuszem ruszyli
pod górę, natomiast woźnica zeskoczył na podjazd i zakrywając twarz od wiatru i śniegu, przesuwał się
na tył sań.
W chwili, gdy Jan z Mateuszem dotarli na podest schodów, podwójne drzwi wejściowe się otworzyły
i ktoś w nich stanął. W wejściu do pałacu czekał Tadeusz Tarnowski, pan domu i przyjaciel Jana. Objął
przybysza serdecznie, nie bacząc na jego ośnieżone odzienie, poklepał po plecach i wprowadził do sieni. (...)

A tu jeszcze jeden, oczywiście z myślą o Mateuszu. Sami powiedzcie, jak tu nie czuć do niego sympatii?

Jan przebierał się błyskawicznie w wieczorowy strój. Kamerdyner po wzmiance o przebywającej w
pałacu dziewczynie poczuł się upoważniony do wypowiedzenia swej opinii:
— Co do panienki to bardzo mi się podoba. Na pierwszy rzut oka, bo nie miałem czasu przyjrzeć się
dokładniej. Obserwowałem wymianę spojrzeń między gospodarzami.
Zawiesił głos i spojrzał kątem oka, czy udało mu się zaintrygować Jana. Udało. Jan podniósł wzrok i czekał na ciąg dalszy.
— Państwo Tarnowscy popatrzyli na siebie znacząco, gdy pan rozmawiał z panienką. Coś mi się
widzi, że zamierzają zabawić się w swatanie.
— Czyżbyś chciał mnie ożenić?
— Nie zdecydowałem się jeszcze — odpowiedział rzeczowo Mateusz. — Jeśli pana ożenię, wówczas
koniec z podróżami, ale jeśli pana nie ożenię, to nigdy nie będziemy mieli domu.
— Mogę rozwiązać twój dylemat — przynajmniej jeśli chodzi o Tarnowice. Tadeusz wie, że w moim
przypadku małżeństwo nie wchodzi w grę, a poza tym wspominał mi, że panienka jest zaręczona.
— Nie tracę jednak nadziei, że zdecyduje się pan na ten skok na głęboką wodę. Wtedy ja nareszcie
zrealizuję moje marzenie i spiszę nasze przygody. Jak na Watsona przystało — Mateusz już otwierał usta,
aby coś dopowiedzieć, ale Jan rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie. Kamerdyner porzucił więc drażliwy temat, ale nadal miał szampański humor i sam zdradził jego powód:
— Pytałem lokaja, czy dobrze tu karmią służbę.
— I czego się dowiedziałeś?

— Że dzisiaj na kolację dostaniemy czerninę. Jeśli chodzi o mnie, to nie potrzebuję innej rekomendacji. Przy czerninie nie przeszkadza mi nawet towarzystwo nudziarzy. (...)

Już z tego fragmentu można wywnioskować, że Mateusz jest niezłym smakoszem. Zresztą jedzenia, zapachów i smakowitych potraw w książkach nie brakuje. Ale o tym następnym razem :) Jutro natomiast ogłoszenie kolejnego konkursu i kolejna książka do przytulenia :)