Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubione. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubione. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 stycznia 2018

Strzeżcie się czyli "Ogród Zuzanny"

"Ogród Zuzanny" brzmi niewinnie. A tymczasem moi drodzy nie ulegajcie pozorom, nie dajcie się zwieść, krótko mówiąc: strzeżcie się!  Bo w momencie gdy otworzycie książkę i leniwie przesuniecie wzrok po pierwszych słowach przepadniecie i słuch po Was zaginie. Z pełną świadomością zignorujecie głodnego męża, jęczące potomstwo... Ba, żebyście w pełni pojęli co was czeka dodam, że nawet domagający się napełnienia miski kot, nic nie wskóra. A wiadomo, że zignorowanie potrzeb kota to już wyższa szkoła jazdy:). Bowiem "Ogród Zuzanny" wciąga i nie daje się odłożyć.
W tej powieści jest wszystko co kocham i co Wy pokochacie. Trzy pokolenia kobiet: babka, matka i córka, mieszkające pod jednym dachem, w urokliwym domu - Kurzej Stopce. Domu, którego absolutnie nie chce się opuszczać. W kuchni zawsze jest coś pysznego do przegryzienia, najstarsza z pań Czaplicz, Cecylia, piecze i gotuje jak anioł. I ogólnie jest takim domowym aniołem stróżem. Gdy trzeba przytuli, pogłaszcze i pocieszy ale też umie nieźle zmyć głowę. Parzy tajemnicze herbatki, robi motanki, zaczarowuje rzeczywistość. Krystyna, jej córka ma zupełnie inny charakter. Życie jej nie oszczędzało i zapewne dlatego oblekła się w kolczasty, ochronny pancerz. Tylko, czy na pewno jest jej w nim wygodnie? Czy naprawdę jest taka szorstka, czy udaje tak skutecznie, że nawet samą siebie potrafi oszukać? Jest jeszcze Zuzanna, wnuczka Cecylii i córka Krystyny. Mądra, wrażliwa i bardzo pogubiona. Sama wychowuje syna, pracuje jako projektantka ogrodów, które jednocześnie są jej wielką miłością i pasją. Zuzanna kocha rośliny i fascynuje się wiktoriańską mową roślin. Uwierzcie, że znając sekretny język kwiatów, można powiedzieć praktycznie wszystko. Wyznać miłość, oznajmić, że ma się żal a nawet, że skrywa się pewne tajemnice. Zuzanna tęskni za miłością. I choć stara się brać przykład z babci, nie zawsze udaje jej się patrzeć na świat z optymizmem, choć trzeba przyznać, że bardzo się stara.
Polecam z całego serca!!!

Sporo też w tej powieści, barwnych postaci pobocznych (choć właściwie nie wiem, czy można je tak nazwać, bo każda z nich odgrywa w powieści istotną rolę), które sprawiają, że samemu chciałoby się zamieszkać w Starej Leśnej. Proboszcz Fąfara - motocyklista, sąsiad pań Czaplicz, Jacek Wtorek - zwariowany ekolog, cukiernik Stanisław Grzybek- smakosz, Kazia i Wiola - przyjaciółki Zuzanny, Wiesław Koczocik - aptekarz... Można by było jeszcze długo wymieniać. Ale jeżeli nadal nie czujecie się dostatecznie przekonani dodam, że spotkacie tutaj niesamowicie wojowniczą kurę, świnię, która nadmiernie wyrosła, psa, który cierpi na brak miłości... I jak tam czujecie się choć odrobinę zaintrygowani? Powinniście :)
Ta książka pachnie kwitnącym ogrodem i  ciastem, budzi tęsknotę za domem i opiekuńczymi ramionami bliskich. Sprawia, że nagle uważniej patrzymy na przyjaciół, dzieci i współmałżonków. Jest mądra i głęboka, bo mówi o tym co najważniejsze: o lojalności, miłości i przyjaźni. O wybaczaniu i zrozumieniu. O przewrotności losu i tęsknocie za miłością. Jest zarazem zabawna i wzruszająca, ciepła i otulająca.  Emanuje z niej świeżość, radość i przykazanie, by czerpać z życia pełnymi garściami. 
Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że pokochałam bohaterów "Ogrodu Zuzanny". I zachęcam Was byście pozwolili sobie na to samo :) 

Dodatkowo zapraszam Was jutro, bo o książce i trochę o sobie opowiedzą same autorki. Tymczasem tutaj pod tekstem napiszcie dlaczego chcielibyście przeczytać "Ogród Zuzanny". Razem z paniami Jagną i Justyną wybierzemy jedną z odpowiedzi a jej autora obdarujemy powieścią. Pozdrawiam Was serdecznie! 

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Jestem pod wrażeniem i witamy naszych gości :)

Wiecie co? Jesteście boskie! Piszę "boskie" bo chyba żadnego pana wśród nas nie było... Uwielbiam takie akcje, bo Wasze emocje mi się udzielają, ekscytacja, oczekiwanie i entuzjazm. Coś pięknego! Dziękuję, że jesteście tu z nami. Bo teraz, przez najbliższy tydzień dołączą do nas panie Justyna Bednarek i Jagna Kaczanowska. Ale to dla Was żadna niespodzianka, bo idealnie odgadłyście kim będą nasi goście. I tak pierwszy "Ogród Zuzanny" powędruje do Beaty Kandzi. Ale to dopiero początek. Autorki będą z nami przez cały tydzień i jeszcze będzie można przytulić kolejne egzemplarze "Ogrodu Zuzanny". A uwierzcie, że warto. Ale o tym już jutro. Zapraszam Was, zaglądajcie, komentujcie i bądźcie z nami. A tymczasem Jagno, Justyno witamy wśród naszego rozczytanego grona. Kto z zaglądających chciałby poznać obie Panie bliżej? Odezwijcie się w komentarzach, przywitajmy Autorki żeby poczuły się wśród nas jak w domu:) Buziaki wieczorne i ciepłe uściski.
Beato, poproszę o adres do wysyłki na maila: magdakor@vp.pl

niedziela, 2 kwietnia 2017

Niedziela pod psem czyli Zgubna Trucizna, Jan Morawski i potencjalny czworonóg

Żeby zaostrzyć i pobudzić Wasz apetyt na początek przypomnę poprzednią książkę Kasi "Zbrodnię w szkarłacie".

Lubicie zagadki, tajemnice rodzinne, stare dwory z tradycjami i ich mieszkańców, którzy dodatkowo mają wyraźnie zarysowane charaktery?  Jeżeli tak to "Zbrodnia w szkarłacie" jest książką właśnie dla Was. A jeżeli jeszcze lubicie jak książka Wam pachnie dobrą kuchnią, taką, że aż ślinka cieknie, jeżeli z rozrzewnieniem myślicie o dawnych spiżarniach zapełnionych frykasami to tym bardziej nie powinniście przegapić tej powieści. A jeśli dodatkowo marzy Wam się możliwość podejrzenia tego jak odbywały się przygotowania do ślubu mieszkanki dworu to... Sami wiecie:) Koniecznie musicie sięgnąć po książkę autorstwa pani Kasi.
A ślub poprzedzają niecodzienne okoliczności. Panna Helena, przyszła panna młoda, nie ma posagu, choć teoretycznie jest on na wyciągnięcie ręki, ukryty gdzieś na terenie posiadłości, przez jej dziadka. Dodatkowo rodzina ma kłopoty finansowe, stoi na skraju bankructwa. Dwór jest zadłużony, przyszła panna młoda z rezerwą odnosi się do narzeczonego a jakby tego było mało w jednym z pokoi dochodzi do morderstwa. Sami przyznacie, że to dość trudne warunki do urządzenia romantycznego ślubu.
I z tym wszystkim będzie musiał poradzić sobie  nietuzinkowy detektyw Jan Morawski (wspominałam już, że uwielbiam Jana :)) , który początkowo miał li i jedynie zająć się poszukiwaniem ukrytego skarbu.  Teraz będzie miał pełne ręce roboty. I on i jego lokaj, Mateusz, który zaraz po Janie jest drugą ulubioną przeze mnie postacią.

Kim jest morderca? Czy dojdzie do ślubu? Dlaczego pruski urzędnik jest tak podejrzanie miły? Czy uda się ocalić dwór, który nie jest tylko majątkiem ale uosabia wszystko to co polskie?  
Cóż nie odpowiem na żadne z tych pytań. Nie mogłabym odebrać Wam przyjemności z odkrywania tych wszystkich tajemnic, ze smakowania każdej strony. Bo "Zbrodnia w Szkarłacie" jest właśnie taką powieścią, którą się smakuje.Można się w niej rozkochać.
Dzięki niej dane mi było przenieść się w czasie do roku 1900, zamieszkać w Jeziorach - wielkopolskim dworze, słuchać zegara wygrywającego w szczególnych momentach Mazurek Dąbrowskiego, zasiadać wraz z mieszkańcami do posiłków, kłopotać się problemami życia codziennego i z zapartym tchem uczestniczyć w poszukiwaniu sprawcy zbrodni.
Katarzyna Kwiatkowska stworzyła barwną i nietuzinkową galerię postaci, splotła ze sobą ich losy i tak je zagmatwała, że nie sposób oderwać się od lektury. Tajemnica goni tajemnicę, napięcie rośnie, bohaterowie co rusz nas zaskakują a ich poczynania sprawiają, że to co początkowo zdawało się oczywiste staje pod znakiem zapytania.
„Zbrodnia w szkarłacie” to nie tylko kryminał ale też świetna powieść historyczna, szpiegowska i przygodowa, z pasjonującym wątkiem miłosnym. To powieść o tym, że nawet gdy Polski nie było na mapach istniała w sercach Polaków. O patriotyzmie, tradycjach skrzętnie pielęgnowanych w polskich domach.  Do końca czytałam z wypiekami na twarzy. A gdy dotarłam do ostatniej strony było mi żal żegnać się z mieszkańcami Jezior i z dworem, w którym nieoczekiwanie dla samej siebie się zadomowiłam.

Tak było. Z nową powieścią jest podobnie. Otworzycie książkę i nie będziecie mogli odłożyć dopóki nie skończycie.

A teraz ostatnie już pytanie konkursowe: Jakiego psa powinien mieć Jan Morawski? Jaka rasa by do niego pasowała i dlaczego?

Cudownej niedzieli Wam życzę! A i jeszcze jedno, podoba Wam się nowa odsłona bloga?

poniedziałek, 1 lutego 2016

W życiu nie chodzi o to, by przeczekać burzę, a o to, by nauczyć się tańczyć w deszczu.

Jeżeli myślicie, że chcę Wam w ten sposób zasugerować, że będzie o pogodzie to absolutnie nie macie racji :) Choć właściwie może jednak trochę będzie... I o deszczu i o burzach i o pięknych słonecznych dniach. O poczuciu bezpieczeństwa, o herbacie pitej na tarasie, o zapachu szarlotki, o miłości... Tej, która już niejedno przetrwała i tej która dopiero stawia pierwsze kroki. A także o tej, która gdzieś się zgubiła i na nowo trzeba utorować jej drogę. Dodatkowo nie można nie wspomnieć o ciepłym domu, który nieustannie czeka i czuwa nad mieszkańcami. Nawet tymi, którzy już opuścili jego bezpieczne progi. Ale taki dom ma moc przyciągania. I to do niego się wraca gdy zdarza się, że życie daje w kość.  Do domu ale przede wszystkim do ludzi. Bo to oni otwierają najpierw drzwi a potem ramiona, które przytulają zziębnięte serca ukochanych bliskich.

To wszystko właśnie znajdziecie w najnowszej sadze rodzinnej Krysi Mirek "Jabłoniowy sad" "Szczęśliwy dom" (tom pierwszy) i "Rodzinne sekrety" tom drugi. Przyznaje się bez bicia, że mam słabość do opowieści, w których dom odgrywa główną rolę. Być może jest tak dlatego, że w moim sercu mam obraz tego wymarzonego, wyśnionego, wyczekiwanego... Ale przyznacie, że nie jestem wyjątkiem. Każdy chyba nosi w sobie taką wizję domu, który chce lub chciał własnymi rękami zbudować. Jednym się już udało drudzy cały czas na to czekają. I nie chodzi mi tutaj o postawieniu ścian tylko o to co sprawia, że dom staje się nie tylko budynkiem ale azylem, miejscem do którego tęsknimy. Miejscem, na którego widok z naszych piersi wydobywa się głębokie westchnienie ulgi. Dom jest tam gdzie czekają na nas kochający ludzie, bo bez nich nawet najpiękniejsze budynki pozostają martwe. 


Taki dom właśnie stworzyli dla swoich córek państwo Zagórscy. Wprawdzie czas płynął dziewczynki z małych brzdąców z włosami związanymi w kitki zmieniły się w kobiety ale jedno nadal pozostawało niezmienne. Rodzinny dom, otoczony sadem, taras, na którym ich rodzice od zawsze zasiadali by wspólnie wypić aromatyczną herbatę, skrzypiąca gdzie niegadzie podłoga, półki wypełnione książkami i spiżarnia po brzegi zastawiona konfiturami i innymi dobrami, których nie skąpiły czule pielęgnowane i zadbane drzewka owocowe. 
Rodzinę Zagórskich poznajemy w momencie gdy rodzice dziewcząt, Helena i Jan, przygotowują się do uroczystych obchodów czterdziestej rocznicy ślubu. Biorąc pod uwagę ile już lat są ze sobą i to jak bardzo się kochają można by było przypuszczać, że żadna poważna zawierucha im nie grozi.
Z kolei ich córki, niby dorosłe, wychowane w atmosferze troski i z ogromną miłością wyglądają na nieco pogubione. 
Gabrysia od lat starająca się o zajście w ciąże nie umie myśleć o niczym innym. Powoli traci radość życia i nie dostrzega skradającego się, złowróżbnego niebezpieczeństwa. 
Julia pracuje w przychodni weterynaryjnej, kocha swoją pracę i mężczyznę z którym spotyka się od dłuższego czasu. Ba, ma nawet się z nim zaręczyć. Tyle tylko, że w jej głowie żyją cały czas, gorące i siejące zamęt w sercu, wspomnienia związane z całkiem innym chłopcem. Coraz częściej nachodzą ją wątpliwości czy jej obecne uczucie to na pewno miłość? Czy może jednak przyjaźń? 
Maryla ma dwóch synków i byłego męża. I mnóstwo miłostek, które niczym wicher porywają ją, przez moment niosą ogromnym pędem a potem porzucają na pastwę losu. A przecież Maryla pragnie czegoś zupełnie zwyczajnego: miłości i poczucia bezpieczeństwa. Tego czym z taką naturalnością obdarzyli ją rodzice. 
Anielka, najmłodsza z córek jest najbardziej tajemnicza. Nikt nie wie kim jest ojciec jej córeczki. Wszystkie pytania zahaczające o tajemniczą postać jej byłego partnera pozostają bez odpowiedzi. Ale jak wiadomo los nie lubi niedopowiedzeń.

I tak nad rodziną Zagórskich rozpęta się burza. I ta prawdziwa, niosąca zniszczenie w gospodarstwie i ta emocjonalna, która nierzadko w spadku po sobie zostawia porwane na strzępy dusze i serca. 
Czy miłość jest wystarczająco mocnym przeciwnikiem by pokonać przeciwności losu? Już widzę wasze uśmiechy, które mówią, że odpowiedź sama się nasuwa. Ale nie bądźcie tacy pewni, bo w drugiej części "Jabłoniowego sadu" zdarzy się wiele. I nie wszystko zakończy się tak jak by się na początku wydawało. Przyjazd brata Jana wszystko skomplikuje. Stabilność rodziny zawiśnie na włosku. Nie wyjaśnione sprawy z przeszłości cały czas będą dawały o sobie znać. A jak wiadomo gdy coś w ten sposób o sobie przypomina nie można tego zlekceważyć. Trzeba w końcu stawić czoła trudnym sprawom. I to takim, które tkwiły niczym zadra w sercu od ponad czterdziestu lat. 
I tak oto zostawiam Was z pytaniem czy rodzina Zagórskich pomimo wielu przebytych burz nauczyła się tańczyć w deszczu? Czy w ogóle nabycie takich umiejętności jest możliwe? Musicie przekonać się sami :) 
Ja ze swojej strony powiem, że Zagórscy na stałe zamieszkali w moim sercu. A ich dom na czas lektury otworzył przede mną drzwi i pozwolił ogrzać się w cieple mądrości, miłości i poczuciu zrozumienia. 

A na koniec dla wszystkich wytrwałych konkurs. Do przytulenia dwie części "Jabłoniowego sadu", tom pierwszy "Szczęśliwy dom" i tom drugi "Rodzinne sekrety". Książki powędrują do jednej z osób prosto od Krysi Mirek więc będą z autografem :) A żeby je zdobyć w komentarzach napiszcie kilka zdań o szczególnej osobie, która przewijała się w waszym domu. Takiej cioci, babci, sąsiadce, bez obecności której Wasz dom i wspomnienia o nim wiele by straciły :) Dla rodziny Zagórskich takim kimś była ciocia Marta, o której nie wspomniałam w recenzji, ale to jedna z moich ulubionych bohaterek. Jestem przekonana, że Wy również zachowaliście we wspomnieniach kogoś takiego :) Konkurs trwa do piątku, do 24:00. Zwycięską odpowiedź wybierzemy wspólnie z Krysią.   

środa, 16 grudnia 2015

Noelka wyciągnięta z półki - znaczy do świąt naprawdę już niedaleko :)

Trzeba, byś żył dla innych, jeżeli chcesz żyć dla siebie.
Seneka
Noelka Małgorzaty Musierowicz to mój stały, coroczny punkt wprowadzenia się w świąteczny nastrój. Wyciągnęłam ją z półki dzisiaj rano. I wystarczyło, że spojrzałam na pierwsze zdanie:"Elka była zdrowa i mocna jak orzech." i z miejsca poczułam, że wigilia naprawdę nadchodzi. Nawet nie musiałam czytać dalej (choć oczywiście to uczyniłam) żeby znaleźć się w kuchni Cyryjka i Metodego, wąchać bigos, który każdy ze starszych panów przyprawia po swojemu, lepić z Cyryjkiem pierogi no i czekać razem z Elką na Baltonę. Kto nie czytał może się nieco zdziwić, bo gdzie w tym opisie świąteczny nastrój. Ten jednak kto czytał wie, że w tej książce jest wszystko czym powinno być przesiąknięte Boże Narodzenie. Jest miłość, jest drugi człowiek, zbłąkany wędrowiec, którego ni mniej ni więcej Elka wykopuje za drzwi... Może nie dosłownie ale prawie. Zresztą chyba takich słów użył Tomcio, gdy razem z Elką przebraną za aniołka utknął w windzie. Są prezenty, choinki i wigilia u Borejków, podczas której nie tylko mamie Borejko zaszklą się oczy. Zawsze sięgam po tę książkę, bo w niej znajduję to co najistotniejsze. Jest w niej prawdziwy duch świąt. I cud. I pachnie piernikiem do którego Idusia zamiast miodu wlała smalczyk i są słowa o narodzinach Jezusa, które  jeszcze długo po odłożeniu książki tkwią w pamięci i sercach. No i jest mój ukochany Baltona. Nie wiem czy ja już kiedyś się do tego przyznałam, ale Baltona to moja wielka miłość. Marzyłam o takim chłopaku gdy jeszcze byłam nastolatką i zazdrościłam Patrycji z całego serca. Tego, że oni razem nad tym jeziorem mogli siedzieć i słuchać ciszy a ona tak pięknie gładziła go po ostrzyżonych króciutko włosach. Nagrzanych słońcem :) Ale to już było w Pulpecji, kolejnej części. Ale skoro się książki zna na pamięć to skojarzenia same się nasuwają. W Noelce Baltona wyglądał jeszcze inaczej. Posłuchajcie co mówi o nim Elka o orzechowych oczach, która już za momencik zamieni się w anioła o szafirowej twarzy :

Taki był cudowny! - arogancki, pełen dzikiego, beztroskiego wdzięku, obcy i niezwykły. Imponujący i fascynujący. Chudy i niebezpieczny, z takimi wilczymi zębami. Och. Och. I tak zupełnie nie zwracał na nią uwagi! Po raz pierwszy w życiu Elka poczuła się przy kimś aż tak nieważna. Jakby jej w ogóle nie było. Musiała uruchomić całą swą energię i siłę woli, by go skłonić do choćby jednego uważniejszego spojrzenia. Ale niewiele to dało. Rozmawiał z nią tak, jakby musiał się zniżać do jej poziomu. Mówił o filmach Jarmuscha, a ona w ogóle nie wiedziała, kto to Jarmusch. I wspomniał o Gombrowiczu, którego Elka jeszcze nie czytała. Boże, czuła się jak idiotka. A on w dodatku miał takie oczy przenikliwe, z takimi rzęsami. I takie usta cyniczne, gorzkie. Och.   

Muszę wam powiedzieć, że gdy po raz pierwszy czytałam Noelkę też nie wiedziałam kim jest Jarmusch i z miejsca rzuciłam się do książek żeby tę wiedzę uzupełnić. Bo przecież marzyłam o takim Baltonie i co by było gdyby nagle się okazało, że tak zupełnie i nieoczekiwanie stanąłby na mojej drodze a ja nie wiedziałabym kim jest rzeczony pan na J :) I miłość przeszłaby mi koło nosa z powodu nieuctwa. Och! :)

Wracając jeszcze do świątecznych aspektów. W Noelce poruszona jest jeszcze jedna ważna kwestia. Taka, która gdzieś tam siedzi w moim sercu i czasem rwie niczym nieusunięta drzazga. Szczególnie w sytuacjach, w których czuję się bezradna. Tak było jakiś czas temu. Rok albo dwa, nie pamiętam już dokładnie. Było zimno, czas okołoświąteczny. Wracaliśmy od znajomych. Późną nocą. Weszliśmy na klatkę, a tam na betonowej podłodze, skulony leżał bezdomny. Spał. I był pod wpływem. Cała klatka nieziemsko cuchnęła (wiem brzmi źle, ale nie ma innego dobrego słowa) długo niezmienianymi ubraniami. Weszliśmy z Kubą do domu i bez słowa popatrzyliśmy na siebie. Ja poszłam do kuchni mój mąż do pokoju. Po chwili byliśmy z powrotem na klatce z grubym kocem, reklamówką pełną jedzenia. Otuliliśmy go i zostawiliśmy pakunek z kanapkami, ciastem, mięsem. Wróciliśmy do domu i tam dopiero się popłakałam. Bo miałam świadomość, że tak naprawdę nie zrobiłam nic żeby poprawić los tego człowieka. Ale z drugiej strony nie wiedziałam co jeszcze mogłabym zrobić. Nie ośmieliłam się zabrać go do domu... I o tym właśnie pisałam w tekście o smutku pustego miejsca. I o tym też bardzo mądrze pisze pani Musierowicz:

- Mnie męczy przykre przeświadczenie - włączyła się Ida  - że połowiczna dobroczynność nie ma sensu. Nie poprawiliśmy doli tych dzieci ani odrobinę. Ogrzaliśmy je tylko i nakarmili.
- A czy to aż tak mało? - spytała nieśmiało mama Borejko.
- E tam, mamuś  - powiedziała Ida. - Jeszce dzisiaj będą znów brudne, zmarznięte i głodne. Rozumiesz, o co mi chodzi. Gdyby człowiek miał być dobry, tak naprawdę, na serio i konsekwentnie , musiałby po prostu zająć się losem tych dzieci do końca..
- Obawiam się, że do wyboru są tylko działania symboliczne albo bierność - odezwał się Marek Pałys.
- Chcę tylko powiedzieć - ciągnęła Ida -że miłość bliźniego to zadanie bardzo trudne. Kto wie czy nie najtrudniejsze.  
- Mnie się zdaje, że rozszczepiacie włos na czworo. Po prostu zawsze można coś zrobić. Symbolicznie czy nie, skutecznie czy tylko troszkę skutecznie, ale... zawsze można coś zrobić. To wszystko.    

No właśnie. To wszystko. Tak sobie to usiłuję własnie poukładać w głowie. Że niekiedy można zrobić tylko troszkę. Ale to chyb lepiej niż nic. Tyle tylko, że ta zadra po tym "trochę" zostaje. Na zakończenie chciałabym jeszcze przytoczyć słowa, które chyba powinny stać się dla każdego drogowskazem. I to nie tylko w czasie świąt:

- Więc jak tam sobie usiadłem, na tych schodach, to zrozumiałem, że Bóg nie może nam się ukazać inaczej, jak przez drugiego człowieka.  

I właściwie nic więcej nie można tu dodać. Wszystko zostało powiedziane. Chyba już teraz rozumiecie dlaczego Noelka co roku jest moją przedświąteczną lekturą obowiązkową :)  


środa, 21 października 2015

Tamte cudowne lata -cudowne!

Niezwykła historia o wielkiej mocy książek i prawdziwej miłości, porównywana do powieści Carlosa Ruiza Zafóna.

„Tęsknię za czasem, kiedy byliśmy panami życia”, mówi, krzątając się po kuchni, Lola. Jej dawna egzystencja, pełna marzeń, poświęcona była książkom i dyskusjom w kawiarniach, leniwym sjestom i snuciu wizji lepszej Hiszpanii, która w tamtym okresie powoli uczyła się demokracji. Jednakże przyszedł rok 1936, rok wybuchu hiszpańskiej wojny domowej, i życie zamieniło się w walkę. Teraz, po piętnastu latach, Loli i jej mężowi Matíasowi pozostał jedynie mały antykwariat, na wpół ukryty w jednej ze starych madryckich dzielnic, i sprzedawanie przypadkowym klientom romansów i zapomnianych klasyków. To tutaj, w tej skromnej księgarence, pewnego popołudnia roku 1951 Lola pozna Alice, kobietę, która znalazła w literaturze sens istnienia. We dwie, czytając wspólnie jedną książkę, zabiorą nas do Anglii początków XX wieku, gdzie poznamy pewną dziewczynkę, dorastającą w nieświadomości, kim byli jej rodzice. 
Powieść Marian Izaguirre to hołd złożony lekturze, ale również opowieść o dwóch kobietach, które wiedzą o życiu zbyt dużo, by móc o tym mówić."

Nie wiem czy porównałabym "Tamte cudowne lata" z powieściami Zafona. Dzięki Bogu już od długiego czasu nie zwracam uwagi na to do czego lub kogo przyrównują daną powieść wydawcy. Sama muszę się przekonać. W tym wypadku wystarczyło zaledwie kilka stron bym utwierdziła się w przekonaniu, że to książka, która idealnie do mnie pasuje.
Wyobraźcie sobie kobietę. Nie taką bardzo starą, ale siwe włosy dodają jej lat. Jest samotna, dużo spaceruje, przesiaduje na ławkach, podróżuje bez konkretnego celu autobusami. Czasem robi coś co ją samą zaskakuje. To Alice, tajemnicza angielka mieszkająca w Madrycie.  Pewnego dnia ulegając przeczuciu, impulsowi podąża za młodym mężczyzną. Razem z nią wędrujemy zaułkami, przebiegamy ulice mając nadzieję, że mężczyzna jej nie zauważy. I tu pierwsze spostrzeżenie, Alice jest postacią, której bezwiednie zaczyna się kibicować. Ani się człowiek spostrzeże a już trzyma za nią kciuki i przyjmuje wszystko co robi bez zastrzeżeń. Pomimo tego, że jej działania zaskakują i dziwią. Ale właśnie taka jest Alice i za to zaczyna się ją kochać.
Okazuje się, że mężczyzna jest właścicielem antykwariatu. Prowadzi go razem z żoną Lolą. Alice ledwo przekracza próg księgarni i robi kolejną zaskakującą rzecz. Podrzuca księgarzowi książkę "Dziewczyna o włosach jak len". I od tego momentu zaczynamy podróż w czasie. To historia, która przeniesie nas do Anglii i Paryża lat dwudziestych.  Poza tym książkowy podrzutek sprawi, że Alice i Lola (żona księgarza) poczują do siebie sympatię. Rodzące się pomiędzy nimi zaufanie sprawi, że łatwiej im będzie zmierzyć się z tym co było i wraca i z tym co dopiero nadejdzie.
Wyobraźcie więc sobie Alice i Lolę gdy siedzą razem w antykwariacie i wspólnie czytają książkę o dziewczynie o włosach jak len. Wyobraźcie sobie, że ta lektura przenosi was do przedwojennego Paryża, że odwiedzacie z bohaterami kluby, obracacie się wśród bohemy, słuchacie muzyki. I uczestniczycie w dramatach, radościach i tragediach ich życia. I odkrywacie tajemnicę.
"Tamte cudowne lata" to książka o miłości. Tej ludzkiej ale też tej do książek. O lekturach, pisarzach i o tym jak ważne jest by mieć na półkach książkowych przyjaciół, bo czasem czytanie może uratować życie albo ustrzec od popadnięcia w obłęd. To książka o przyjaźni i tęsknocie. O ludzkim okrucieństwie i dobroci. O nadziei i wytrwałości. Czytając ma się wrażenie, że jej lektura przenosi w czasie. Wraca się do opowieści babci, do powolnego cykania zegara, do tego do czego gdzieś tam w głębi duszy się tęskni. Do przeszłości właśnie. Moim zdaniem ta książka nie potrzebuje porównań. Nie trzeba wabić do niej nazwiskiem Zafona. Ona jest sama w sobie piękna, oryginalna i niepowtarzalna. Cóż więcej dodać? Chyba tylko tyle, że polecam :)


niedziela, 18 października 2015

Czarodziej Stasiuk i Wino Truskawkowe

Kto podczytuje tego bloga wie, że "Wino Truskawkowe" przewija się od czasu do czasu w moich wpisach. Jestem uzależniona od tego filmu i od Stasiuka. I dlatego miał być wczoraj  wpis o Jaśliskach. Gdy dowiedziałam się, że to tam kręcili "Wino" wiedziałam, że to kolejne miejsce, które muszę wpisać do listy: muszę zobaczyć. I wpisałam. I zobaczyłam. I wczoraj miałam pisać ale... Wyciągnięto mnie z pieleszy domowych na... Chciałabym napisać, że na wino właśnie, ale wina nie było, za to było doborowe towarzystwo i trochę innego alkoholu :) Więc sami rozumiecie, że pisać nie mogłam. I się poprzesuwało. I tak w ramach wprowadzenia Was w klimat Jaślisk (o których będzie na pewno w kolejnym poście:)) kilka słów o "Winie". Nakręcono je na podstawie "Opowieści Galicyjskich" Stasiuka.  Uparcie  piszę, o tym filmie, bo mam nadzieję, że w końcu ten kto się jeszcze nie skusił obejrzy. W  "Winie truskawkowym" powieść snuta przez bohaterów to zaledwie część filmu. Tam historię opowiada również muzyka, krajobraz - melancholijny, tęskniący Beskid Niski. To trochę taka baśń mocno osadzona w świecie, który istnieje tu i teraz. Baśń, która spokojnie mogła się wydarzyć i każdy z nas mógłby stać się jej bohaterem. Dlatego tak spokojnie i naturalnie przyjmuje się wszystko co tam się wydarza. Nawet pokutujący duch snujący się po miasteczku nie dziwi. Wręcz trudno sobie wyobrazić by go tam miało nie być. To jedna z najpiękniejszych opowieści o miłości, śmierci i tęsknocie. Jednym słowem  o życiu.


Właściwie mogę podpisać się pod słowami reżysera Dariusza Jabłońskiego:

"To, co w "Opowieściach galicyjskich" mnie zafascynowało, to są postaci. Postaci, które mają niezwykłe losy, w obliczu tragedii zachowują godność, a ich filozofia życiowa pozwala im przetrwać życiowe burze. Ci ludzie żyją na ziemi, która oprócz swojego niespotykanego piękna kryje w sobie mnóstwo dramatów, o czym najlepiej świadczą rozsiane wszędzie krzyże i cmentarze - tu polski, tam łemkowski, austriacki, żydowski... Niektórzy tę ziemię nazywają Małymi Bałkanami"

A na koniec dialog bohaterów :) Przy wigilijnym stole gaśnie światło:

"- A trzydzieści lat temu w Żłobiskach to w ogóle nie było światła i ludzie więcej widzieli.
- Coś ty, żeby przy święcie nie przekląć, bez sensu gadasz.
- Widzieli! Moja babka na przykład. Codziennie coś widziała...
- Niby co?
- No, eh, różne takie... A ty w to nie wierzysz? To są rzeczy niepojęte iii muszą to takie widocznie być, bo jakby było inaczej to... To by ich w ogóle nie było. Moja babka to się na tym znała, w biały dzień widziała czego inni ciemną nocą. A potem założyli elektryczność i przestała widzieć."

Piękne prawda?

piątek, 16 października 2015

Szuja specjalnie dla Krysi :)

Krysiu mówisz masz:) (Krysia prosiła o szuję w komentarzu w poprzednim poście :) Obejrzyjcie koniecznie, dla poprawy nastroju. Albo utrzymaniu się w dobrym :)




Jeżeli kochać to nieindywidualnie :)

Dzisiaj weszłam do netu i powitał mnie taki znaczek:

Chyba każdemu kojarzy się z jednym: z Kabaretem Starszych Panów. Uwierzycie, że są z nami już 57 lat? Są niesamowici, bo pokuszę się o stwierdzenie, że nie ma osoby, która nie kojarzyłaby choć kilku ich piosenek. A ten humor, zabawa słowami, klasa... Ehhhh... Niech wśród nas będzie więcej takich starszych panów właśnie. I niech ich piosenki przetrwają nie tylko dla nas, ale też dla naszych dzieci i wnuków i... Tutaj sami sobie dopowiedzcie:) Uwielbiam ich piosenki. Jedną z moich ulubionych jest ta o miłości nieindywidualnej:)

"Jeżeli kochać, to nie indywidualnie, 
Jak się zakochać, to tylko we dwóch. 
Czy platonicznie pragniesz jej, czy już sypialnie, 
Niech w uczuciu wspiera wierny cię druh. 
Bo pojedynczo się z dziewczyną nie upora
Ni dyplomata, ni mędrzec, ni wódz. 
Więc ty drugiego sobie dobierz amatora, 
I wespół w zespół, by żądz moc móc wzmóc."   

Bo pojedynczo się z dziewczyną nie upora... No po prostu miód malina :) A wam Starsi Panowie Dwaj, z którą piosenką się najbardziej kojarzą?


P.S. Dzisiaj pierwsze odpowiedzi w Telefonie Zapytania. Popołudniu :) Może ktoś jeszcze chce o coś zapytać to zapraszam TUTAJ.

środa, 26 sierpnia 2015

Zbrodnia w Szkarłacie, musicie, po prostu musicie przeczytać!

Lubicie zagadki, tajemnice rodzinne, stare dwory z tradycjami i ich mieszkańców, którzy dodatkowo mają wyraźnie zarysowane charaktery?  Jeżeli tak to "Zbrodnia w szkarłacie" jest książką właśnie dla Was. A jeżeli jeszcze lubicie jak książka Wam pachnie dobrą kuchnią, taką, że aż ślinka cieknie, jeżeli z rozrzewnieniem myślicie o dawnych spiżarniach zapełnionych frykasami to tym bardziej nie powinniście przegapić tej powieści. A jeśli dodatkowo marzy Wam się możliwość podejrzenia tego jak odbywały się przygotowania do ślubu mieszkanki dworu to... Sami wiecie:) Koniecznie musicie sięgnąć po książkę autorstwa pani Kasi.
A ślub poprzedzają niecodzienne okoliczności. Panna Helena, przyszła panna młoda, nie ma posagu, choć teoretycznie jest on na wyciągnięcie ręki, ukryty gdzieś na terenie posiadłości, przez jej dziadka. Dodatkowo rodzina ma kłopoty finansowe, stoi na skraju bankructwa. Dwór jest zadłużony, przyszła panna młoda z rezerwą odnosi się do narzeczonego a jakby tego było mało w jednym z pokoi dochodzi do morderstwa. Sami przyznacie, że to dość trudne warunki do urządzenia romantycznego ślubu. 
I z tym wszystkim będzie musiał poradzić sobie  nietuzinkowy detektyw Jan Morawski (osobiście uwielbiam Jana. Bo jak nie kochać kogoś takiego? Inteligentny, przystojny, błyskotliwy. Po prostu marzenie :)) , który początkowo miał li i jedynie zająć się poszukiwaniem ukrytego skarbu.  Teraz będzie miał pełne ręce roboty. 
Kim jest morderca? Czy dojdzie do ślubu? Dlaczego pruski urzędnik jest tak podejrzanie miły? Czy uda się ocalić dwór, który nie jest tylko majątkiem ale uosabia wszystko to co polskie?    
Cóż nie odpowiem na żadne z tych pytań. Nie mogłabym odebrać Wam przyjemności z odkrywania tych wszystkich tajemnic, ze smakowania każdej strony. Bo "Zbrodnia w Szkarłacie" jest właśnie taką powieścią, którą się smakuje.Można się w niej rozkochać. 
Dzięki niej dane mi było przenieść się w czasie do roku 1900, zamieszkać w Jeziorach - wielkopolskim dworze, słuchać zegara wygrywającego w szczególnych momentach Mazurek Dąbrowskiego, zasiadać wraz z mieszkańcami do posiłków, kłopotać się problemami życia codziennego i z zapartym tchem uczestniczyć w poszukiwaniu sprawcy zbrodni.
Katarzyna Kwiatkowska stworzyła barwną i nietuzinkową galerię postaci, splotła ze sobą ich losy i tak je zagmatwała, że nie sposób oderwać się od lektury. Tajemnica goni tajemnicę, napięcie rośnie, bohaterowie co rusz nas zaskakują a ich poczynania sprawiają, że to co początkowo zdawało się oczywiste staje pod znakiem zapytania.
„Zbrodnia w szkarłacie” to nie tylko kryminał ale też świetna powieść historyczna, szpiegowska i przygodowa, z pasjonującym wątkiem miłosnym. To powieść o tym, że nawet gdy Polski nie było na mapach istniała w sercach Polaków. O patriotyzmie, tradycjach skrzętnie pielęgnowanych w polskich domach.  Do końca czytałam z wypiekami na twarzy. A gdy dotarłam do ostatniej strony było mi żal żegnać się z mieszkańcami Jezior i z dworem, w którym nieoczekiwanie dla samej siebie się zadomowiłam.

Koniecznie musicie przeczytać!