Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wędrówki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wędrówki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 lipca 2020

Skansen w Suchej - trochę mi smutno, trochę żal...

Mamy tak od czasu do czasu, że odczuwamy ogromną ochotę na sentymentalną podróż. Do miejsc, które w jakiś sposób zapisały się w naszej pamięci, do dróg, na których piasek przechowuje nasze zatarte ślady. Tam gdzie kiedyś coś nas zachwyciło, złapało za gardło, zakotwiczyło się w sercu i nie pozwala o sobie zapomnieć. Chyba to taka osobista mapa dróg prowadzących do naszych prywatnych szczęśliwych chwil. Miejsc czarownych, podszytych tęsknotą. U każdego taka mapa będzie wyglądała inaczej. Pewnie znajdą się na niej leśne ścieżki, małe kafejki, kręte uliczki. Albo wręcz przeciwnie: szerokie, gwarne i zatłoczone ulice, kluby tętniące głośną muzyką, plaże pełne ludzi.
My należymy raczej do tej pierwszej kategorii, jesteśmy wzdychulcami :) Takimi co to kochają ustronne miejsca,  stare przedmioty, domy, których ściany przesiąknięte są dawno przebrzmiałym śmiechem, w których stoły pamiętają wigilie sprzed ponad stu lat, w serwantkach tulą się do siebie porcelanowe filiżanki, czekające na to aż w końcu znajdzie się ktoś, kto pieszczotliwie obejmie ich uszka i rozgrzeje wnętrza gorącą kawą albo herbatą.  Dlatego też zapewne tak lubimy skanseny.



Jednym, który odwiedzamy regularnie jest ten położony w Suchej. Mamy do niego dość blisko, jakąś godzinę jazdy.  Sucha leży w powiecie węgrowskim. To wieś położona pomiędzy Grębkowem a Kopciami. Specjalnie piszę szczegółowo o położeniu, bo to ułatwia zlokalizowanie, a może ktoś się skusi i pojedzie. A mam wrażenie, że jeżeli ktoś ma na to ochotę powinien to uczynić w miarę szybko, bo nie dzieje się tam dobrze.
Gdy pisałam o Suchej w 2012 roku już wtedy znajdowałam opinie, że skansen jest zaniedbany, że chyli się ku upadkowi. Jednak wtedy wydawało mi się, że to zbyt pochopne oceny. Zresztą pozwolę sobie przytoczyć to co wówczas napisałam:
"Szukając wiadomości o Suchej znalazłam wpis o tym, że skansen zaniedbany, że chyli się ku upadkowi, że jak można (...). A ja poczytałam i wiem (od razu zaznaczam, nie znam właściciela, pracowników, nikogo, to moje zupełnie niezależne przemyślenia), że dwór jest finansowany przez prywatnego człowieka, właściciela, który nawiasem mówiąc odbudował go, bo w momencie zakupu, dwór w dużej części był spróchniały zagrzybiony, pozbawiony dachu. Specjaliści z Warszawy powiedzieli, że nie da się z nim nic zrobić, natomiast mieszkańcy wsi stwierdzili, że się jednak da. I się dało! Moim zdaniem nie powinniśmy oceniać w ten sposób jak w tym podlinkowanym wpisie*. Bo wystawiać negatywne opinie łatwo, dużo trudniej zmierzyć się z rzeczywistością i stawić jej czoła. Mnie dwór zachwycił, szczególnym sentymentem obdarzyłam werandę z tyłu, na której w czasie gdy w dworze mieścił się PGR , trzymano - uwaga! Traktor!"

*w tej chwili strona się nie otwiera.



No cóż, wtedy wydawało mi się, że nie jest źle, że trzeba czasu na zdobycie pieniędzy, że prace są prowadzone. Ale z roku na rok to miejsce wygląda coraz gorzej. Zapewne nadal potrzeba gigantycznych środków na odbudowę i bieżące potrzeby ale nie można przymykać oczu na to, że czasu jest coraz mniej. Dwór, który jeszcze kilka lat temu miał nadzieję w tej chwili sprawia wrażenie zrezygnowanego. Naprawdę czuje się w nim takie jakieś smutne pogodzenie się z losem, skulenie i beznadziejność. A przecież to dom z przepiękną, bogatą historią. Pozwolę sobie sięgnąć do mojego tekstu sprzed lat:
Ten budynek jest bardzo dobrze utrzymany,
ktoś chyba w nim mieszka.

"We wnętrzach nie zachował się oryginalny wystrój. Jedyną rzeczą jaką udało się odzyskać jest szafa, którą kiedyś dostała w prezencie ślubnym pokojówka, która tam pracowała i ową szafę udało się odkupić i wstawić z powrotem. Reszta umeblowania pochodzi z prywatnych zakupów pana Kwiatkowskiego (właściciela dworu) i darowizn. W liwskim zamku można obejrzeć piec, który kiedyś w dworze stał. Dlaczego go tam przeniesiono - nie mam pojęcia. Poza dworem na terenie znajdują się jeszcze inne stare chaty, do jednej nawet nas wpuszczono,(to było parę lat temu, teraz wszystkie budynki poza dworem pozostają zamknięte), można było zobaczyć wnętrze i stare przedmioty (mnie rozczulił bujany konik i kołyska), druga starsza chata (chałupa ks, Brzóski, z około 1860 roku, ukrywał się w niej rzeczony Stanisław Brzóska, ostatni uczestnik Powstania Styczniowego) chwilowo zamknięta jest dla zwiedzających. Nawiązując do zaniedbania, to warto wspomnieć ( to wiem z książeczki o Suchej), że właścicielowi nie było łatwo utrzymać obiektów. Pozwolę sobie zacytować pewien fragment:
A na zdjęciu sekretarzyk (ten to współczesna replika). 
52 szufladki jedna na każdy tydzień roku :)





"... Jest to tym samym zabytek historyczny. Pokryłem go strzechą. W izbie umieściłem rzeźby, które ofiatrował mi ich autor Witold Lorentowicz z sąsiedniej miejscowości Polaki. Urokliwe rzeźby, a było ich ponad dwadzieścia, przedstawiały prace ludu podlaskiego m.in. źniwiarz, pasących gąski, wyrabiających masło w maselnicy, etc. Dzieci, ale i dorośli którzy odwiedzali skansen, zachwycali się takiego rodzaju sztuką. W Chałupie tej ponadto zgromadzono przedmioty i narzędzia m.in. unikalny wiejski magiel, posiadający skrzynię, do której wrzucało się kamienie. Poza tym znalazły tu swoje miejsce: stary XIX wieczny warsztat stolarski, pług i drewniana brona. W innym pomieszczeniu urządziłem izbę ks. Brzóski, z różnymi dotyczącymi go pamiątkami.
Piszę o tym w czasie przeszłym, bo wszystko to dnia 19 listopada 2003 roku spłonęło w ogniu, podłożonym przez mojego pracownika, z którym nigdy nie byłem w konflikcie - alkohol odebrał mu poczytalność"
Dalej dowiadujemy się, że nie tylko chata ks. Brzóski uległa wtedy zniszczeniu, ale druga, ta do której obecnie można już wchodzić też została podpalona.  To że po tym wszystkim udało się na nowo je odbudować i jako tako wyposażyć to i tak wielki cud. Ja szczerze podziwiam determinację ludzi, którzy się nie poddali.
Jako ciekawostkę dodam, że Dwór często zmienia się w plan filmowy. „Pornografia” w reżyserii Jana Jakuba Kolskiego czy „Śluby Panieńskie” Filipa Bajona - w większości powstały na terenie skansenu. W superprodukcji Jerzego Hoffmana – „1920. Bitwa Warszawska” – na terenie skansenu powstawały sceny potyczki polskiego oddziału z Armią Czerwoną. Tutaj także stacjonowali Czerwonoarmiści i powstały sceny sądu polowego nad polskimi żołnierzami. "

Wracając do tego co dziś. Widać, że coś poszło nie tak. I o ile poprzednim razem wyszłam z terenu skansenu z poczuciem, że wszystko jeszcze przed nim to teraz... Jest mi żal. I jakoś tak przyszedł mi do głowy fragment wiersza pana Mariusza Parlickiego:

Ad fontes

Szkoda, że ciebie dziś tu nie ma,

bo tu czas w miejscu jakby stanął,

stół stoi z nakryciami trzema

i chleb wyjęty wtedy rano



leży. Firanki w oknach szare,

już po krochmalu nie ma śladu,

na dobre stanął też zegarek,

cicho, jak nigdy u sąsiadów.



Ogródek zarósł bujnym chwastem,

ale gdzieniegdzie ciągle kwiaty,

kaflowy piec nie pachnie ciastem,

brak konfitury i herbaty, (...)


Dlatego jeżeli macie możliwość pojechania do Suchej, zróbcie to.  Nie można takich miejsc opuszczać w gorszych momentach. Przyjaciół poznaje się w biedzie, a to miejsce bardzo potrzebuje przyjaznych ludzi. Przejdźcie się po wnętrzu dworu, pogłaszczcie oparcia krzeseł, przystańcie przed sekretarzykiem. Dajcie temu miejscu nadzieje. Kto wie może jeżeli liczba odwiedzających gwałtownie wzrośnie, coś zacznie się dziać. Może znów drzwi starych chat staną otworem, a dwór odetchnie z ulgą. Tego mu z całego serca życzę.








wtorek, 26 maja 2020

W pałacu przeszłość tęsknie wzdycha czyli o Bożkowie, Dolnym Śląsku i pewna zapowiedź

Dzień dobry :) Część z Was, którzy zaglądają do mnie na instagrama  widzieli wczoraj to zdjęcie:


Ba, niektórzy nawet odgadli jakie są nasze tegoroczne plany wakacyjne :) Mieliście racje, tym razem padło na nasz ulubiony Dolny Śląsk :) I bliższe i dalsze okolice Kłodzka. Powolutku zaczynają krystalizować się szczegółowe plany. Część miejsc już odwiedziliśmy wcześniej ale wrócimy do nich ponownie, część zobaczymy po raz pierwszy. Na pewno zaczniemy od Srebrnej Góry, bo tam się zatrzymamy. Twierdzę widzieliśmy już kilka razy ale zawsze wracamy, mamy do niej sentyment. Zresztą ze Srebrną Górą wiąże się pewna opowieść o tym jak o mało co nie wyzionęłam ducha, ale o tym opowiem kiedy indziej :) Chcemy też zahaczyć o nasz ulubiony, ogromny wiadukt w Srebrnej Górze i o pozostałe, których jeszcze nie widzieliśmy. Jednym z miejsc, które jest na liście zatytułowanej "na pewno, mus, nic nas nie powstrzyma" jest też pałac w Bożkowie. Byliśmy tak kilkakrotnie. W końcu w 2013 roku udało nam się wejść do środka. I dziś chciałabym zabrać Was w podróż sentymentalną, wspomnieniową, letnio jesienną i przypomnieć Wam tekst, który napisałam właśnie po tej wizycie. I już, awansem, zaprosić Was na kolejną, tegoroczną odsłonę tego miejsca :) Bo oprócz tego, że pojedziemy na wakacje, oprócz tego, że zamierzamy Was ze sobą zabierać i na wędrówki i na penetrowanie zamków i pałaców to dodatkowo zamierzamy spełnić obietnicę daną lata temu... Kochani otóż szykuje się nasza Kordelowa opowieść o Dolnym Śląsku :) Taka książkowa opowieść :) Przewodnik do czytania i zakochania. Nawet nie wiecie jak bardzo jestem podekscytowana na samą myśl o tym nowym, o tym, że będę mogła zabrać Was ze sobą, o tym, że blog zaroi się od ścieżek, ścieżynek, zakamarków, w które będziemy wspólnie zaglądać :) A teraz spójrzcie na Bożków z 2013 roku. Już nie mogę się doczekać aż będę mogła pokazać Wam jak to wygląda dziś... No właściwie jutro czyli w sierpniu :) Ale teraz już milknę i oddaję głos sobie sprzed kilku lat:



"Za oknem jest już jesiennie. Bez obaw nie zamierzam zamęczać Was narzekaniem jak to jest okropnie i ponuro. Nic z tego, bo ja jesień bardzo, ale to bardzo lubię. I to każdą jej odsłonę. I tę złoto - purpurową i tę z nostalgicznie wyjącym wiatrem i zacinającym w szyby deszczem. Zamęczę Was za to czym innym:)

Właściwie nie wiem dlaczego zaczęłam od jesieni. Być może dlatego, że siedzę przed oknem i cały czas widzę rudziejące liście. Albo dlatego, że zamierzałam w tym poście wrócić jeszcze na moment do lata, do wakacji i do pewnego miejsca, które odwiedzamy rok po roku. Oczywiście pewnie większość z Was na samą myśl, że znowu zamierzam nękać wszystkich moją dolnośląską obsesją jęknęła protestująco. Ale zanik krzykniecie: nie, nie chcemy, przeczytajcie choć kawałek, bo pałac o którym chce napisać naprawdę wart jest pamięci. I uwagi. Odkryliśmy go kilka lat temu. Zrobiliśmy wtedy objazd pałaców i dworów dolnośląskich. Po niektórych zostały tylko kupy gruzu (z takiej własnie ruiny wygrzebaliśmy kawałek marmuru i przechowujemy dla potomności:)), inne trzymają się i opierają czasowi, ale widać, że powoli z nim przegrywają, jeszcze inne mają się całkiem dobrze. I własnie wtedy na naszej trasie znalazł się też Bożków. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam poszukiwany przez nas pałac stanęłam przy ogrodzeniu oniemiała z zachwytu. Pałac choć nadgryziony zębem czasu wyglądał jak z bajki. Z białymi cylindrycznymi wieżyczkami, z urokliwymi okienkami, z widocznym zza ogrodzenia zarośniętym parkiem sprawiał wrażenie przeniesionego z jakiegoś innego świata. Przyklejeni do ogrodzenia (ja, mąż i córka) staliśmy usiłując sięgnąć wzrokiem jak najdalej, uchwycić jak najwięcej.  Dopiero po chwili zauważyliśmy, że brama jest uchylona i weszliśmy na teren. Obeszliśmy pałac dookoła, usiedliśmy na schodach przypałacowego parku i nie mogliśmy napatrzeć się na zbudowany w stylu francuskich zamków, przepiękny budynek. Kuba (mąż) poszedł zasięgnąć języka u miejscowych i tak dowiedzieliśmy się, że jest pewien pan, który opiekuje się pałacem i ma klucz. Ponoć czasem jak się go poprosi wpuszcza do środka. Oczywiście z miejsca ruszyliśmy na poszukiwanie owego pana klucznika, ale szczęście nam nie sprzyjało. Nie znaleźliśmy go. Ale pałac w Bożkowie zajął już miejsce w naszych sercach, rozkochał nas w sobie. Wiedzieliśmy, że będziemy do niego wracać, chociażby po to, żeby zerknąć na niego zza ogrodzenia, żeby oczy nasycić podupadającym , ale wciąż dominującym pięknem.  Poza pałacem obejrzeliśmy też kościół. Oczywiście potem ledwo wróciliśmy do domu zaczęłam szukać informacji na temat odkrytego cudu.
Pałac w Bożkowie kryje w swoich ścianach wiele wspomnień, wieczorami zapewne duma nad dawną świetnością, wspomina bale, które tutaj się odbywały, dostojnych gości, którzy bawili w jego wnętrzach. A i gościom i właścicielom rzeczywiście dostojeństwa nie można odmówić.Właścicielami Bożkowa byli Magnisowie, którzy przybyli tutaj w 1780 roku. Był to stary pochodzący ze Szwecji ród. Zanim trafili do Bożkowa mieszkali w Austrii. Ze Śląskiem związali się na dobre po ślubie hrabiego Aleksandra z córką gubernatora Kłodzka. Od tego momentu Magnisowie stali się właścicielami wielu okolicznych wiosek.  W Ołdrzychowicach Kłodzkich położonych niedaleko Bożkowa posiadali wspaniałą rezydencję, w której gościła sama królowa Prus - Luiza. Jej przyjazd wywołał spore poruszenie, żeby nie powiedzieć szaleństwo. Z myślą o szlachetnym gościu w Ołdrzychowicach wokół pałacu założono park, wybudowano grecką świątynię oraz sztuczną grotę i fontannę, którą ochrzczono imieniem pruskiej władczyni. Z myślą o zapewnieniu jej rozrywki Magnisowie zorganizowali też, uwaga! Pokaz dojenia krów, ale że obawiano się, że bez odpowiedniej oprawy widowisko może być zbyt szokujące dla delikatnej niewiasty, pokaz odbywał się w ludowych przebraniach. Ale nie tylko Ołdrzychowice przygotowywały się do przyjęcia królowej. W tym samym czasie i w Bożkowie zaczęto wprowadzać zmiany. Być może brano pod uwagę, że królowa Luiza i tam zechce zajrzeć. Tak czy inaczej wokół pałacu podobnie jak w Ołdrzychowicach założono park, wybudowano bażanciarnie i oranżerie. Zadbano o staw, do którego wpuszczono złote rybki. Na tym nie zakończono, bo po jakimś czasie wybudowano też romantyczne sztuczne ruiny, w których umieszczono wiekowe płyty nagrobne. I tam zwykle spędzano z gośćmi romantyczne i klimatyczne popołudniowe godziny.
Niestety w 1871 roku w pałacu wybuchł pożar i budynek został zniszczony.
Jednak myliłby się ten, kto by przypuszczał, że Magnisowie się załamali i poddali. Nic z tych rzeczy. Szybko otrząśnięto się z szoku i przystąpiono do odbudowy. I już w 1877 roku w miejscu spalonego pałacu stał nowy budynek, z urokliwymi wieżami, tarasami, balkonikami. Uważany był za najpiękniejszy i najbogatszy obiekt w ziemi kłodzkiej. Nie należy się zresztą temu dziwić. Pałac liczył 180 pokoi, jego powierzchnia wynosiła 400 metrów kwadratowych, stajnia mogła pomieścić 60 koni. Już samo to daje wyobrażenie o jego potędze, zasobności i wielkości. Poza tym Magnisowie byli zagorzałymi kolekcjonerami sztuki, w pałacu gromadzono obrazy, gobeliny, rzeźby.
Ale nie zapominajmy, że pałac to nie tylko budynek, ale też mieszkający w nim ludzie. W tym wypadku bogaty ród, który żył i bawił się tak jak na owe czasy przystało. W Bożkowie urządzano wspaniałe bale. Do dziś w pałacu zachowała się półtora kondygnacyjna przepiękna sala balowa, którą moi kochani hip, hip hurrrra, widziałam na własne oczy.
Wspomniana wyżej sala balowa fot jkordel

sala balowa fot jkordel

Bo tak jak wspominałam Bożków zapadł nam się w pamięć i w serca. Przez kilka lat co roku zajeżdżaliśmy pod pałac i co roku szukaliśmy kogoś kto by mógł pokazać nam wnętrze. Mówią, że kto szuka ten znajdzie i w tym wypadku można stwierdzić, że skoro mówią to wiedzą, bo w końcu nam się udało. Zajechaliśmy i pałac był otwarty, a w nim zastaliśmy pana, który oprowadził nas po wnętrzach. Był niesamowity. Opiekuje się pałacem od lat, zna w nim każdy kącik i ma wiele wspomnień z młodości związanych z tym terenem. Opowiadał o świetności pałacu, o tym jak wszystko zaczęło się sypać, zaprowadził nas do miejsca, w środku pałacu, gdzie wjeżdżały powozy, by w razie deszczu lub innych zawirowań pogody przyjeżdżający nie doświadczyli najmniejszego dyskomfortu. Obejrzeliśmy bibliotekę, salę myśliwską ze wspaniałymi płaskorzeźbami, zobaczyliśmy salę balową, która pomimo zniszczeń nadal promieniuje świetnością. Pan pokazał nam też gdzieniegdzie ukryte drzwi. Swoją drogą ciekawe ile jeszcze nieodkrytych tajemnic kryje w swoich wnętrzach bożkowski pałac. Na koniec weszliśmy też na wieżę i popatrzyliśmy z góry na Bożków i pałacowy park.
W pałacu nie ma już gobelinów, obrazów i wspaniałych mebli. Nie ma kosztownej porcelany, w stajniach nie słychać cichego, pełnego zadowolenia rżenia koni. W sali balowej nikt już nie tańczy, a wspaniała niegdyś podłoga straszy gdzieniegdzie dziurami. Ale niewątpliwie pałac nadal urzeka i bije od niego godność i gdziekolwiek się spojrzy widać jego urodę. Nieco w tej chwili przykurzoną, ale cały czas obecną. Warto koło niego przystanąć, popatrzeć, a potem przymknąć oczy i zobaczyć to wszystko takim jakim było kiedyś, gdy do Magnisów zajeżdżali powozami goście, park przesycony był wonią róż i orchidei, a z sali balowej płynęła na całą okolicę muzyka.

W czasie szukania wiadomości o Bożkowie znalazłam opis tego miejsca pochodzący z początków XX wieku, autorem tekstu był niemiecki przewodnik V. Viktor. Jego relację przetłumaczył J. Mądry, opracowała G. Wacławik. Drukowana była w "Wiadomościach Bożkowskich".. Przytaczam ją dla wytrwałych:)
"Równie wspaniałe jak zewnętrzna budowla jest wnętrze zamku. Aby je obejrzeć, należy wejść do zamku przez wspaniałą klatkę schodową. Wysokie okna, które w niej się znajdują, dają dużo światła, dzięki temu wyraźnie widoczne są gobeliny i zbroje. Schody zewnętrzne prowadzą w górę, gdzie przy końcu po ich obu stronach stoją pod kandelabrami posągi sfinksów. Wprost ze schodów idzie się do pomieszczenia, które wraz z pozostałymi tworzy obszerną amfiladę ciągnącą się wzdłuż budynku po lewej i po prawej stronie. Na prawo jest stylowa sala jadalna o owalnym kształcie ozdobiona marmurowymi filarami. Obok znajduje się wielka sala, w której odbywały się uroczystości, a także ważne narady elity krajowej. Pomieszczenie to sąsiaduje z biblioteką, w której było niegdyś tysiące tomów poukładanych w oszklonych regałach. W kolejnej sali znajduje się popiersie królowej Luizy związanej z zamkiem w Ołdrzychowicach. [...]
Zgubiłem się wśród tych wszystkich arcydzieł i dopiero z pomocą przyszedł mi kapelan zamkowy, który pokazał mi kaplicę zamkową. Prowadzą do niej podwójne drzwi [...]. Jest tam kielich, dzieło mistrzowskie starego kunsztu jubilerskiego, ozdobiony ornamentami i kamieniami, jest też wykonany ze srebra sprzęt chrzestny, są dzbanki i talerze. Wszystko to jest zdobione monetami złotymi i srebrnymi, dukatami i talarami. Same talerze maja około 300 takich monet. Sprzęt ten jest szanowany przez ród Magnisów, gdyż od 1821 roku korzysta się z niego przy chrzcie nowego członka.
Ważnym miejscem jest galeria przodków, w której odnosi się wrażenie, że zamek żyje. Wiszą tam obrazy naturalnej wielkości, których twarze zdają się przemawiać do nas, zwiedzających te sale. Gdyby mogły mówić, byłyby to wspaniałe opowiadania. Bracia Magnisowie, których portrety tu się znajdują, opowiedzieliby o wojnie trzydziestoletniej. Pierwszy Franz von Magnis brał udział w bitwie pod Białą Górą, a Johan Baptista von Magnis za czasów Rudolfa dowodził wojskiem katolickim, był szambelanem u biskupa wrocławskiego i biskupa w Brixen, ranny śmiertelnie zginął na polu bitwy. Bracia ich, Rudolf i Philip, walczyli przeciw Turkom. Jest tam też jeden obraz zatytułowany <<Długi mnich>>. Jest to portret Maksymiliana von Magnis, urodzonego w 1856 roku w Mediolanie, który przybrał skromne nazwisko Valerianus. Miał 15 lat kiedy wstąpił do Zakon u Wielkiego Biedaczyny z Asyżu. Za pokojową działalność papież Urban VIII mianował go apostolskim misjonarzem na Niemcy, Polskę i Węgry. Był doradcą cesarzy i królów, szczególnie Ferdynanda II i III oraz Władysława IV, króla polskiego, w imieniu których działał w ważnych sprawach dyplomatycznych. Jego wiedza była ogromna, zyskał sobie nawet podziw hrabiego Ernesta von Hessen, który wziął udział w dyspucie teologicznej w Giessen.
Idąc dalej podziwiamy salę brunatną z boazerią i wykuszami. Dookoła wysokich ścian osobliwy fryz przedstawiający doskonale utrwalone sceny myśliwskie. To własnie tu wracający z polowania zmęczeni myśliwi opróżniali wiele kufli piwa. znajduje się tam puchar szlifowany ze szlachetnego kryształu. Ów puchar został podarowany przez króla opatowi w Kamieńcu z podziękowaniami za to, że przez kilka godzin król mógł być przebrany za brata klasztornego. Dalej są ciekawe obrazki mówiące o dawnym wyglądzie zamku i portrety naturalnej wielkości pięciu czeskich książąt. Wszędzie znajdują się skrzynie, szafy, wazoniki, malowidła i rzeźby, wszystko o wybornym smaku, kosztowne, a przede wszystkim o niepowtarzalnej i nieocenionej wartości.
Dookoła zamku rozciągają się obszerne parki. Ku północy ogromne schody prowadzą do ogrodu ozdobnego. Rośnie w nim na powietrzu tysiące odmian róż, które o tej porze roku mają na sobie słomiane okrycia. W tyle ogrodu widoczne są kopuły oranżerii i bogate szklarnie. Ulubieńcami starego ogrodnika są stojące rzędem orchidee słynne w całym kraju. Za ogrodem rozciąga się park, a na jego końcu mały stawek, który latem stanowi miejsce pływania dzieci. Nieco dalej sztuczna ruina. Składa się na nią brama z 1588 roku oraz kilka tuzinów zwietrzałych grobowców z XVI i XVII wieku. Zebrała to wszystko w celu ocalenia przed zagładą hrabina Luiza von Gotzen, posiadająca zmysł artystyczny. Grobowce przedstawiają chłopów z mleczami i zielonymi kapeluszami, zawoalowane księżniczki z małymi dziećmi. Idąc dalej  napotykamy rząd kamieni. Na każdym z nich wyryte jest imię, począwszy od 1850. Mówiono mi, że są to pomniki pochowanych tu psów, które pilnowały zamku i parku[...]".   

A teraz trochę zdjęć, które zrobiliśmy. Popatrzcie i zobaczcie sami ile zostało ze świetności o której pisze pan V. Viktor. Wszystkie fotki autorstwa jkordela męża mojego.
Przy przygotowywaniu tekstu głównie korzystałam z książek:
Zamkowe tajemnice - Joanna Lamparska
Zamki, twierdze i pałace Dolnego Śląska i Opolszczyzny - Marek Perzyński




















niedziela, 21 stycznia 2018

Jak to jest gdy jest się gapą czyli a miało być tak pięknie

zdjęcie nie nasze ale wiecie, zgodnie stwierdziliśmy,
że przecież mogłoby być :)
Ferie zaplanowaliśmy już jakiś czas temu. Wiedzieliśmy, że chcemy pobyć razem (w okrojonym składzie, bo Zuza ma sesję więc nie dało jej się wyrwać z bezlitosnych szponów nauki), poczytać, pospacerować, spędzać czas tak jak nam się zapragnie... Bez stresu i bez gnania. I wymarzył mi się śnieg. Bo jakoś tak nagle zaczęłam mieć dość tego przedwiośnia, które panowało u nas za oknami. I jeszcze żeby trochę prześlicznych zdjęć przywieźć - marzyłam. Takich zimowych i z ptakami, sarnami, soplami zwisającymi z dachów, szronem na gałęziach drzew... Kuba (mąż mój osobisty) marzył o tym samym. To jest dopiero szczęście mieć takiego męża, który nawet w sferze marzeń jest zgodny. I w związku z tym, nadal zgodnie, zakupiliśmy do naszego aparatu obiektyw. Taki co to miał nam zbliżać te wszystkie cuda natury, których zamierzaliśmy doświadczać, podglądać i szukać. Dostatecznie wcześnie zakupiliśmy żeby nie było problemu z odebraniem. Wypróbowaliśmy jeszcze w domu na kawkach siedzących na sąsiednim bloku, na gołębiu grzywaczu, który się raczył raz pokazać i zasiąść na drzewie widocznym z naszego okna. Fotografie wychodziły świetne. Tysiek zaczął (zgodnie rzecz jasna) podzielać nasze podekscytowanie potencjalnymi zdjęciami. Widać zgodność też bywa dziedziczna. I wszystko było pięknie. Nawet jeden dzień opóźnienia nie zepsuł nam  radości z zaplanowanej eskapady. Nadal byliśmy zgodni, że będzie pięknie. W końcu zapakowaliśmy walizki, potem siebie do auta i pojechaliśmy. Na nasze bezdroża, nasz wymarzony mazurski koniec świata. W połowie drogi zaczął sypać śnieg. Cudownie - ucieszyliśmy się w miarę zgodnie, bo Kuba tym razem przejawił nieco mniejszy entuzjazm, bo ślisko się zaczęło robić na drodze.  W pewnym momencie tak nas bujnęło, że nasza Maryśka (nasze auto, właśnie chyba Wam jeszcze nie mówiłam, że zakończyła się era męskiego samochodowego panowania, dla niewtajemniczonych do tej pory mieliśmy Edmunda, Floriana i Juliusza. W związku z tym, że z Juliusza wyszła niezła gadzina, która w kółko się psuła, teraz nasze auto nazywa się Maryśka i jeszcze ani razu nie sprawiło nam kłopotu :))  zatańczyła i zaczęła tracić panowanie nad kuprem, który niepokojąco gonił przód. Zatchnęło mnie z lekkiego przerażenia. Na całe szczęście z naprzeciwka nic nie jechało i udało nam się przywołać Mańkę do porządku. Plus z tego był taki, że jak ręką odjął przeszła mi ochota na spanie i do końca podróży byłam żwawa niczym skowronek, który poczuł pierwsze promienie słońca. Ale nie wybiegajmy naprzód. Na razie jesteśmy w połowie drogi. I właśnie jakoś tak zaraz po tym, jak Maryśka zapragnęła uprawiać łyżwiarstwo oponowe mignęła mi w głowie niepokojąca myśl. Rozejrzałam się wokół siebie, spojrzałam pod nogi, zajrzałam do schowka. I wypowiedziałam na głos to co mnie zaniepokoiło, jedno małe słowo: aparat!
Przez moment w aucie panowała cisza a potem zgodnie (a jakże) jęknęliśmy z rozpaczą. Aparat bowiem został na regale, na półce z książkami.
I co się później wydarzyło? Ano to co zwykle w takich sytuacjach ma miejsce. Nie mieliśmy aparatu a więc od samego rana za oknami naszego pensjonatu odbywały się szydercze przemarsze najróżniejszych okazów, które moglibyśmy uwiecznić ku naszej radości i pamięci potomności. Ledwo z nostalgią pomyślałam o gilach a tu proszę bardzo, jak za potrząśnięciem czarodziejskiej różdżki całe stada z czerwonymi brzuszkami obsiadły drzewa. Dzięcioły dosłownie paradowały tuż pod naszymi nosami. Jakbyśmy mieli aparat to zapewne dziadygi w ogóle by się nie pojawiły. Sarny? Ależ proszę bardzo, miałam je w ilościach hurtowych, specjalnie na tę okazję wyszkolone, bo nawet nie uciekały i stały na poboczach i mrugały do mnie ciemnymi oczyskami. Mało mi było? To proszę bardzo dostałam jeszcze w prezencie dwa łosie... No dobra właściwie to ich zady, bo reszta ginęła w gęstwinie, ale że łoś zad ma potężny to te dwa działały na wyobraźnię i dawały przedsmak tego co jest z przodu i co na pewno naszym cudownym obiektywem można by było zbliżyć. O topolach całych porośniętych jemiołą i brzozach, których gałązki migotały srebrzystym szronem nie wspomnę.
Ale powiem Wam, że tak czy siak pięknie jest :) Jest bo wyjeżdżamy jutro więc chwilo trwaj jak najdłużej. Wracam bez zdjęć ale z obrazami zapisanymi w pamięci i z genialnym wątkiem do książki, który absolutnie nie pojawiłby się gdyby mnie tutaj nie przywiało. I śnieg był i łosie były i ptaki i długie spokojne wieczory. Dobrze, że można takie obrazy zachować w kadrach pamięci :) Choć łosi żałuję, to by były najładniejsze zady jakie do tej pory sfotografowałam :)
Buziaki dla Was kochani i spokojnej i dobrej nocy i cudownych kolejnych dni.   

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Gęsi Zakręt, miejsce gdzie można dotknąć nieba

Gęsi pod chmurami.
Są takie miejsca, które wpisują się w człowieka. Dopasowują, idealnie leżą, wtulają się w nas. Znalezienie ich nie jest łatwą sprawą. Mi w tym roku się poszczęściło.
Ogólnie uważam, że domy, miejsca dzielą się na te w których niezbędni są ludzie. To pierwszy typ. To oni tworzą klimat, sprawiają, że człowiek przekracza próg, widzi czyjś przyjazny uśmiech, ściska wyciągniętą dłoń i oddycha z ulgą. Bezpiecznie dotarł do celu podróży. Drugi typ to sam dom. Są takie, które specyficzną atmosferą przywabiają. Staje się w drzwiach takiego budynku i nieomal się słyszy słowa powitania. Takie właściwości zazwyczaj mają stare, doświadczone domy. Które już niejedno w życiu widziały i przeżyły. Zdążyły przesiąknąć atmosferą minionych lat ale wciąż niezłomnie trwają i bez lęku czekają na to co im los przyniesie. Nie boją się burz, bo przecież już niejedną przetrwały. Niekiedy typ pierwszy łączy się z drugim. I wtedy powstaje największa w świecie magia.
Jest też typ trzeci. Miejsca, które wyraźnie nie życzą sobie żadnych przybyszów. Dobitnie mówią: idźcie sobie, zostawcie mnie w spokoju. Ale tymi zajmiemy się innym razem, bo w tym roku na całe szczęście nie spotkałam się z takim opryskliwym odludkiem.
A tam wystarczy wejść po schodach i już jest nasz
ulubiony taras.

Natomiast ewidentnie w Bieszczadach trafiłam na typ pierwszy. Takiego miejsca szukałam bardzo długo. Przeglądałam ogłoszenia, oglądałam zdjęcia. Aż w końcu trafiłam na stronę Gęsiego Zakrętu. Najpierw zaintrygowała mnie nazwa, potem fotografie. Ale w związku z tym, że miałam już za sobą niezbyt pozytywne doświadczenia z fatalnymi kwaterami nadal byłam nieufna. Poczytałam opinie gości. Więcej niż pozytywne. Ale przeważyły słowa gospodarzy, które znalazłam na ich stronie:

Jak bardzo bym się nie namęczył, jakkolwiek bym się nie prężył, żeby zgrabnie opisać, co mamy do zaoferowania, to i tak skończy się na tym, że uśmiechniecie się pod nosem z powątpiewaniem. Jak wymienię, czego nie mamy, to niepotrzebnie skupicie się na negatywach. Fakty są takie, że Gęsi Zakręt powstał na bazie naszych przekonań, zamysłów, idei, poczucia estetyki, no i, rzecz jasna, wedle możliwości. Lubimy nasz dom i dobrze nam w nim. Bo kto by chciał mieszkać na końcu wszechświata, wokół wilków, niedźwiedzi, rowerzystów, artystów i innych leśnych stworów, gdyby tego nie lubił. Dodam również, że ludzi też lubimy dlatego... cóż... Zapraszamy. Ania i Paweł.

Trafiły do mnie całkowicie. Zarezerwowałam pokój. I jak się domyślacie nadszedł lipiec i pojechaliśmy. I wrócimy tam jeszcze nie raz. Po to żeby móc choć na chwilę zobaczyć się z Anią i Pawłem, by posiedzieć z innymi gośćmi na tarasie, by o poranku w nieco sennej atmosferze pić kawę i czytać książki, by wyciągnąć się po długiej wędrówce na leżakach, pić piwo i na nowo odkrywać w sobie to wszystko, co pęd życia na co dzień skrzętnie ukrywa pod słowami"trzeba", "muszę", "koniecznie". W Gęsim Zakręcie koniecznie to trzeba oddychać pełną piersią i koniecznie trzeba po prostu żyć.


Gdy wieczory niepostrzeżenie zmieniały się w noc a niebo nad Gęsim Zakrętem rozbłyskiwało milionem gwiazd, miałam wrażenie, że wystarczy wyciągnąć rękę by zanurzyć ją w ciemnym granacie. Chyba nie byliśmy w tym odosobnieni, bo wieczorami taras się zapełniał. I robiło się ciepło, rodzinnie i tak, że nie chciało się wychodzić.
niebo, sami przyznajcie, że nieziemskie :)

Paweł i Ania dokonali czegoś pięknego: sprawiają, że ludziom którzy do nich przyjeżdżają po prostu jest dobrze. Z nimi, pod ich dachem, z innymi gośćmi, którzy nie wiedzieć kiedy stają się zaprzyjaźnioną, zżytą grupą. Przesadzam? Nie sądzę. Na potwierdzenie moich słów dodam, że ludzie których poznaliśmy u Ani i Pawła wracają do nich rok w rok. Bo Gęsi Zakręt przyciąga. Bo kusi i wabi. I ja się temu kuszeniu całkowicie poddaję :) I tęsknię. Za Bieszczadami, cykaniem świerszczy, bocianami spacerującymi tuż koło domu (widzieliśmy nawet czarnego), za tarasem, długimi pogaduchami. Jeżeli szukacie miejsca z duszą to koniecznie zajrzyjcie do Gęsiego. Myślę, że jedynym rozczarowaniem jakiego doznacie będzie to, że czas wam ucieknie zbyt szybko. I że potem będziecie czekać na kolejny raz, na kolejne dotknięcie nieba.

Aniu, Pawle dziękujemy!

A gdyby ktoś planował wybrać się w Bieszczady i chciał sam sprawdzić ile Gęsi Zakręt ma w sobie czaru to podaje wolne terminy (wypytałam Pawła:)):

Terminy na wrzesień
06-11
13-18
20-25
27-30

Tak było kilka dni temu, ale jeżeli ktoś miałby ochotę zajrzeć na stronę "Gęsiorów" to wystarczy kliknąć TUTAJ 

Zdjęcia wycyganione od gospodarzy Gęsiego :)


niedziela, 30 sierpnia 2015

Mój własny bieszczadzki anioł

To tutaj podziwialiśmy i się posilaliśmy.
fot.jkordel
Tak, własnie tak. Poza niesamowitymi wrażeniami z Chocenia, o którym pisałam w poprzednim poście, tej wędrówce zawdzięczam, że bieszczadzkie anioły, o których do tej pory jedynie słuchałam i czytałam nabrały bardziej realnego kształtu. Ale od początku. Opuściliśmy teren wioski i powędrowaliśmy dalej. Z lasu, wielkich, wyrośniętych traw wyszliśmy nagle w miejsce gdzie drzewa już nie zasłaniały widoków i stanęliśmy oniemiali z zachwytu. Wokół nas panowała cisza,szumiał wiatr a przed nami rozpościerały się góry. Kuszące swym bezkresem, wabiące niezdobytymi szczytami. Mogłabym napisać, że staliśmy tak jeszcze długo napawając się pięknem i tą specyficzną atmosferą, która pojawia się zawsze, gdy zdobędzie się jakiś szczyt. Nieważne czy górski, czy ten który wytyczyliśmy sobie w życiu. Mogłabym, ale nie napiszę, bo zwyczajnie bym skłamała. Może i by tak się stało gdyby nie Tysiek. Nasz syn spojrzał dookoła, nareszcie się uśmiechnął (bo większość drogi patrzył na nas jak na osoby, które postradały resztki rozumu i nie wiedzieć czemu ciągną go w skwarze i w pełnym słońcu nie wiadomo gdzie, po co i na co), jemu też spodobało się to co zobaczył i głosem nieznoszącym sprzeciwu zażądał:
- To teraz kiełbasa, musztarda i chleb!
Tysiek najedzony to znaczy szczęśliwy :)
fot.jkordel

urokliwa łąka
fot.jkordel

Sami rozumiecie, że w takich warunkach trzeba było zająć się bardziej przyziemnymi sprawami niż podziwianie widoków. Ale jeżeli byście się skusili i poszli naszym śladem koniecznie trzeba iść z Chocenia dalej, nie zawracać. Widok zapiera dech w piersiach. A kiełbasę i musztardę też koniecznie należy zabrać do plecaka :) Po intensywnym, szybkim marszu smakuje wybornie :) Zjedliśmy, posiedzieliśmy (a zapomniałam wspomnieć, że okolica jest ostoją żubrów, my tylko słyszeliśmy, nie udało nam się zobaczyć, ale może ktoś z Was będzie miał więcej szczęścia) i poszliśmy dalej. W pierwszym momencie trochę się zgubiliśmy, nie mogliśmy znaleźć szlaku, ale czasem warto,bo dzięki temu natrafiliśmy na wspomnianego wyżej anioła. Bieszczadzkie anioły kojarzą mi się głównie z piosenką SDM:

Anioły są takie ciche
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Gdy spotkasz takiego w górach
Wiele z nim nie pogadasz

Najwyżej na ucho ci powie
Gdy będzie w dobrym humorze
Że skrzydła nosi w plecaku
Nawet przy dobrej pogodzie

Anioły są całe zielone
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Łatwo w trawie się kryją
I w opuszczonych sadach

W zielone grają ukradkiem
Nawet karty mają zielone
Zielone mają pojęcie
A nawet zielony kielonek 
najpierw wyłoniły się owce
fot.jkordel

Ten mój jest całkowicie inny. Może ten kielonek by się zgadzał, ale ręki nie dam sobie uciąć bo nie sprawdzałam. Mój anioł pojawił się znienacka. Najpierw wyszły owce. Kilka sztuk, rozpierzchły się po obu stronach drogi, widzieliśmy je z pewnego oddalenia, potem pojawiły się kolejne w towarzystwie wielkiego psa, a potem wyszedł on. Z długim mocnym kijem. Kroczył wśród owiec, wokół niego biegały psy, wyglądał nieziemsko. Naprawdę, to nie jest ekscytacja mieszczucha widzącego owieczki i pasterza. Takie widoki nie są mi obce, natomiast ten... Był szczególny.  I na pewno, wbrew temu co mówi piosenka nie był cichy. Krzyczał, gadał z psami i klął jak szewc. Z nami wymienił uścisk dłoni, zaklął szpetnie, kazał się zatrzymać. Jak anioł stróż dbający o to by każdy pod jego opieką przebył bezpiecznie drogę, która jeszcze przed nim. Nadal klnąc wyjaśnił, że ten .... i ...... kropkuję żeby nie gorszyć wrażliwych uszu, został mu w lesie z ..... i...... A na pewno nie da do siebie podejść, bo tutaj coś niezrozumiale zamruczał. Stawiam na kolejne kropki :) Jak się potem okazało chodziło mu o psa, który został w tyle umizgując się do psiej dorodnej panny. Rzeczywiście pojawił się po chwili, ogromny kudłacz i czarna suczka. Pasterz najpierw wykrzyczał mu co o nim myśli, potem zebrał stado, popatrzył na nas wyblakłymi, mądrymi oczami i uniósł do góry rękę.
Poczułam się jakbym własnie otrzymała błogosławieństwo. Nie powiedział już nic. Odszedł niespiesznie. Wyglądał tak jakby od setek lat przemierzał bieszczadzkie bezludne ścieżki i tak jakby miał tam zostać na zawsze. I właśnie teraz gdy myślę o bieszczadzkich aniołach widzę ten obraz opisany powyżej. Mój Anioł, ma zmarszczki, klnie potwornie i jest tak przesiąknięty Bieszczadami jak tylko można. Wędruje wśród owiec z psami przy boku. Być może i Wam się objawi z ludzko-anielską twarzą... Już pod koniec wędrówki znaleźliśmy starą, powyginaną podkowę. Miałam wrażenie, że to własnie on nam ją zostawił. Nasz prywatny, bieszczadzki anioł.
odchodzące stado
fot.jkordel

oddalający się niespiesznie anioł
fot.jkordel
 
   

czwartek, 20 sierpnia 2015

Późny powrót i o tym jak wykończyliśmy endomodo czyli na sudeckim szlaku

fot. jkordel
Dzisiaj wróciliśmy dosłownie przed chwilą. Dlatego tak późno się odzywam. Jutro napiszę gdzie byliśmy, bo było, nooo fajnie było po prostu:) A teraz o tym co było wczoraj. Otóż najpierw muszę Wam napisać, że w końcu weszliśmy w dwudziesty pierwszy wiek. Do tej pory żadne z nas (mam na myśli siebie i męża, bo córka już dawno w tym dwudziestym pierwszym wieku tkwi) nie posiadało smartfona. No a teraz Kuba sprawił sobie takie cudo, które ma mnóstwo funkcji, gada mu w kieszeni no i (to podoba mi się najbardziej) pozwala na przeliczanie tras, które się pokonało. Dla Was to pewnie żadna nowość ale dla mnie endomodo to odkrycie. I wczoraj je pokonaliśmy :) Wykończyliśmy endomodo:) Zanim wróciliśmy telefon nie wytrzymał napięcia i wyładował się kompletnie. Umarł, na szlaku. Trochę się mu nie dziwię, też miałam moment kiedy odniosłam wrażenie, że za chwilę się wyłączę. Na całe szczęście dotarłam do celu. A właśnie, skorzystajcie z mojego doświadczenia i nie chodźcie na długie wędrówki z rozpuszczonymi włosami. To co mi z nimi wczoraj zrobił wiatr, lekki deszcz i Bóg jeden wie co jeszcze, trudno opisać. W każdym razie rozczesanie ich po powrocie było łagodnie mówiąc bolesne.
początek drogi fot. jkordel

fot. jkordel

A to już nasza mokra droga, woda płynęła :) fot. jkordel

Ale wracając do szlaku. To najdłuższy tegoroczny dystans jaki pokonaliśmy w trójkę. Pojechaliśmy do Jakuszyc, potem poszliśmy zielonym szlakiem. Pięknym, malowniczym, pustym. Tylko my, góry i kilku pojedynczych turystów, których minęliśmy po drodze. No i paru zbieraczy jagód. Swoją drogą ci ostatni wyglądali nieziemsko z pełnymi jagód wiadrami, które dźwigali na plecach. Jagodowi ludzie zbratani z lasem, wyłaniali się z niego niczym duchy. 
fot. jkordel

przeprawa fot. jkordel

Tysiek zdobywca :) fot. jkordel

istne uroczysko fot. jkordel

wędrujemy fot. jkordel 

Po ścieżkach spływała kaskadami woda, drzewa tonęły we mgle, która unosiła się gęstymi kłębami. Najpierw trochę mżyło, potem mgły odeszły, wyszło słońce. A my wędrowaliśmy. Najpierw drewniane kładki, rzeka, skały.. Potem wyszliśmy na Halę Szrenicką a stamtąd powędrowaliśmy na Szrenicę. Siedzieliśmy w chmurach, w wietrze, w słońcu. Pachniało wolnością. Zeszliśmy i powędrowaliśmy na Śnieżne Kotły. Znów przez moment mieliśmy świat u stóp. A potem na dół. Było pięknie. Telefon tak jak wspomniałam zdechł, my przetrwaliśmy, a potem przeliczyliśmy, że przeszliśmy 26 kilometrów. Tysiek był bardzo, ale to bardzo dzielny. No po prostu brawo my:)
Widok na Szrenicę fot. jkordel

we mgle, w chmurach fot. jkordel

na śnieżne kotły fot. jkordel


i widok z góry fot. jkordel

fot. jkordel

chłopaki :) Tym razem fotka moja :)