Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydarzyło się przedwczoraj. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydarzyło się przedwczoraj. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 grudnia 2015

Literatura nad przepaścią

Nie mogłam się powstrzymać. Tyle dyskusji się toczy na temat kryzysu czytelniczego. 
Rokowania są złe żeby nie powiedzieć fatalne. Autorzy zarabiają kiepsko, ludzie nie czytają... Kiedyś to były inne czasy, kiedyś to za książkę by się dano pokroić. Takie głosy się najczęściej słyszy. 
A tymczasem możemy odetchnąć. Skoro czytelnictwo nadal istnieje a autorzy piszą to raczej jakiś szczególny kataklizm nam nie zagraża. Bo o tym wszystkim o czym my dyskutujemy mówiono już przeszło 90 lat temu. Zadziwiające jest to, że czyta się ten artykuł praktycznie tak jakby dotyczył tego co tu i teraz. Przeczytajcie bo warto. Prawie cały udało mi się wklepać :)  

Artykuł z Bluszcza, numer 51-52, rok 1924

Literatura nad przepaścią.

Książka polska zarówno naukowa, jak artystyczna przechodzi wiadomy wszystkim kryzys. Przyczyn tego kryzysu szukamy w drożyźnie papieru, w złej polityce cłowej, w stanowisku większości wydawców i księgarzy chciwem i skąpem, a często też w ich niedołęstwie. Nie ulega wątpliwości, że te wszystkie rzeczy popychają literaturą polską z niechwalebnym pośpiechem ku zastojowi. Lecz one także są częścią zjawiska, nie wyczerpują jego treści. Stan dzisiejszego rynku księgarsko – wydawniczego jest wręcz zastraszający. Najlepsze dzieła najlepszych autorów są bite w kilku tysiącach egzemplarzy. Przeciętny nakład poety lub powieściopisarza wynosi trzy tysiące egzemplarzy – pięć tysięcy, to jest duży nakład. Książki nabierają charakteru jakiegoś niemal prywatnego druku dla przyjaciół i dla znajomych. Nie mówię już o tem, że wszystko drukuje się na złem papierze, który po kilkunastu latach się rozleci.
Ba, cóż mówić o książkach artystycznych, gdy popularne broszury wydaje się dziś w tysiącu lub paru tysiącach egzemplarzy, rzecz chyba nigdy nigdzie na świecie nie słyszana. Równie ciężkie jest położenie autorów. Można na palcach jednej ręki policzyć autorów, którzy w Polsce mogą wyżyć ze swej pracy literackiej, a i toby jeszcze nieco palców zostało.
Śmiało powiedziano –wyżyć! – Powieść, którą się pisze dajmy na to, rok – żywi swojego autora przez dwa do trzech miesięcy. Dobra nowela, wymagająca miesiąca pracy otrzymuje honorarium, za które autor, zależnie od rozgłosu swojego nazwiska, przeżyje cztery do dziesięciu dni. I to da się powiedzieć o autorach już mniej lub bardziej wybitnych. Cóż mają mówić nowe, młode siły, artyści zaczynający karierę. Wszyscy oni muszą nie dorabiać, ale zarabiać na swoje życie, pracując ciężko w biurach, na sposób, do którego nigdy nie potrafią się przyzwyczaić, który wytrawia ich talenty. Rezultat jest ten, że idą żółwim krokiem i mimo świetności talentów czynią ciągle wrażenie początkujących, gdyż dają jedną książczynę na kilka lat. Wszystko prawie, co wyszło pięknego w poezji lub beletrystyce ostatnich lat – napisane zostało w godzinach, odkradanych od przymusowej pracy, od pracy ptaków w jarzmie.
Zbiorek wierszy świetnej poetki Iłłakowiczówny p.t. „Śmierć feniksa” zawiera klasyczne i nieśmiertelne świadectwo tego niewdzięcznego stanu rzeczy w prześlicznych i smutnych wierszach o pracy w biurze.
Polska nie jest w stanie utrzymać bez deficytu jednego miesięcznika literackiego! Nie jest w stanie udzielać stypendiów młodym autorom, ani utrzymać żadnego z weteranów literatury. Lepsza prasa ma deficyt – książki leżą, lub sprzedają się w koszach, podobno niżej ceny kosztu.
Jak widzimy rozmiary klęski są tak wielkie, że trudno się zadowolić przypisaniem ich wyłącznie stanowisku wydawców, polityce celnej, drożyźnie papieru lub kosztom drukarskim.
Ciężkie warunki wydawnicze istnieją – lecz pod tem tai się coś jeszcze, coś szalenie przykrego.
Już z rzeczy mówionych tu na początku widać, że najbardziej przerażający jest poziom, na którym się to wszystko odbywa.
Ależ cały konflikt między autorami i wydawcami, ależ ilość nakładów, wielkość honorariów – ależ to wszystko razem z całej Polski zebrane to jest poziom życia małego miasteczka. W tem nie ma potęgi, siły rozmachu, pochodu naprzód, zwycięstw i porażek, wspaniałej emulacji talentów, konkurencji wydawców; nie ma życia nowoczesnego.
Co jest tą rzeczą, która nadaje rozmach życiu literatury, co stwarza odpowiednie płaszczyzny do walki, do rzucania światu setek tysięcy egzemplarzy drukowanego piękne?
Tą rzeczą, tym kimś, co stwarza podstawę do możliwości istnienia  literatury i wywierania swego wpływu na dusze i serca ludzi jest oczywiście czytelnik.
Polsce brak czytelnika literatury pięknej.
Połowa kraju wciąż nie umie czytać i pisać.
A z drugiej połowy umiejących, kto czyta rzeczy piękne, a choćby tylko pożyteczne? Kto kupuje u nas książki?
Książka – ten wielki, cichy przyjaciel, ten milczący a tak potężny  przewodnik życia – wzgardzona przez tych nawet, co ją dawniej kochali, zajmuje dziś w budżecie ogółu ostatnie miejsce – co tu mówić, nie zajmuje go wcale. To zupełny przypadek, to niemal cudowny zbieg okoliczności, gdy kto kupi książkę – to święto dla autora, jego krewnych i przyjaciół.
Łatwo jest odepchnąć te gorzkie słowa argumentem, że książka jest za droga – jest luksusem. Przypuśćmy. Lecz pomijając literaturę piękną – znam broszury popularne doskonale napisane – które, ci co je czytali, ocenili mnóstwem entuzjastycznych superlatywów i które kosztują 20, albo 30 groszy. Te nie są kupowane.
A jeśli ksiazka dzięki wadliwości gospodarstwa społecznego jest luksusem, to jest to jedyny luksus, którego sobie każdy łatwo, ah! jak łatwo odmawia.
Gdy jakaś firma paryska wprowadzi do ubioru pań modę noszenia tylko jedwabnych, czy jedwabnowełnianych po 20 złotych pończoch – szał woli wszystkich kobiet bogatych, biednych, głupich, mądrych, pięknych, miłych i brzydkich skieruje się na jedwabne pończochy. Każda musi je mieć – chociażby dwie, chociażby jedną parę. I osiągają cel. A z panów! Kto odmówi sobie codziennej cukierni, drogiej przekąski, składki na wystawny obiad itd. Lecz gdy ukaże się powieść, będąca istnem objawieniem, nikt nie uważa za rzecz ambicji chociażby, jeśli już nie potrzeby kupić ją i przeczytać.
Gdybyż, skoro nie idzie inaczej, powstałą moda czytania książek! Jakiemi słowami, w jaki sposób przekonać ludzi, że kto kupuje książki – ten podwaja swoje życie, ten buduje sobie powodzenie, funduje sobie radość, doznaje pierwszorzędnej rozkoszy, wykonywa wielki trening, który mu pozwoli iść w pierwszym szeregu na wszystkich wielkich zawodach o mistrzostwo narodów w cywilizacji.
Gdzie są cudowne zaklęcia, jakieś potężne bajki Andersena, które by otwarły zamknięte oczy i serca na cuda literatury.
Tego nie wiem.
Lecz wiem, że nie mówiąc już o szerokich masach, naokoło nas w szczupłem gronie inteligencji są ludzie, którzy nic nie czytają, albo tacy, którzy czasem coś przeczytają, lecz wcale książek nie kupują. Po prostu czytają książki pożyczone. Żeby to jeszcze żałowali kupować współczesnych autorów, którzy im się wydają podejrzani, lecz jak częste są inteligentne, zamożne rodziny, które nie mogą się zdobyć na to, żeby dzieciom kupić „Pana Tadeusza” albo „Trylogię” – potrzebne im do szkoły.
Naturalnie lepiej jest przeczytać książkę cudzą, niż kupić książkę i nie przeczytać jej. Lecz jak długo istnienie książki będzie się opierało na rozkupieniu jej przez czytelników (bo i pod tym względem może nastąpi jaka rewolucja), tak długo idealnym stanem rzeczy będzie kupić książkę i przeczytać ją. Naturalnie każdy nie może kupić wszystkiego, lecz niech kupuje cośkolwiek, wtedy wzajemne pożyczanie sobie będzie przynajmniej uzasadnione.
Organizacja i propaganda czytelnictwa i zamiłowania do książek, wydaje mi się rzeczą palącą, gwałtowną, niecierpiącą zwłoki.
Gdy książek zaczną pożądać masy tak, jak pożądają dachu nad głową i chleba, wtedy zapali się nowym ogniem nasza najmłodsza literatura, która aż pieni się od świetnych talentów. Na przekór swemu hasłu ”Poezjo na ulice” – owe talenty kręcą się w deptaku zagadnień mogących interesować tylko małe kółko ludzi. Nic to dziwnego. Dla tego koła wybranych oni piszą. Poza niem wyczuwają oni głuchą i niemą pustkę. Pustka ta musi być przerwana. Książka piękna, ten wzgardzony przyjaciel musi znaleźć się znów pomiędzy nami.
Któż to sprawi?
Przede wszystkim prasa, którą się jednak coś nie coś czyta – powinna więcej miejsca poświęcać ukazującym się książkom i to nie tylko ich krytyce, ale ich propagandzie. Obok krytyk fachowych powinny być dobre i mądre propagandystyczne oceny pisane nie dla fachowców, a dla ogółu. (…)
Na koniec, jeśli chodzi o szerokie sfery inteligencji – do kogóż się zwrócić jak nie do kobiety, którą jak wiadomo posyła się tam, gdzie nikt nie poradzi.
Proszę was, piękne panie, wytłomaczcie komu możecie (a któż wam nie uwierzy) – że książki są w życiu nieomal tak samo ważne jak crepe marocain – bilet na wyścigi i lekcje tańca. Że piękna bibljoteka choć niewielka zdobi mieszkanie tak samo, jak stylowe meble i batikowe lampy. Że aby być modnym, pięknie ubranym, wytwornym, wysportowanym – grać w Mah –Jong i tańczyć Jawę – że przy tem wszystkim nie koniecznie trzeba nic więcej nie wiedzieć, niekoniecznie trzeba nie czytać. Przeciwnie trzeba też jeszcze czytać i kupować książki. A mówiąc krótko i poważnie, że od stosunku do książek zależy bardzo, to jedyne dobro dla którego w gruncie rzeczy wszyscy żyjemy, a które się nazywa Kulturą ducha.     


poniedziałek, 14 września 2015

Skoro zaczęliśmy od Tuwima...

No właśnie to zróbmy dzień Tuwimowy. Kiedyś napisałam tekst o jego mamie. O pani Adeli. Smutny to był artykuł. Ale dotyczący Julka. Stanowiący część jego życia. Chciałabym go przypomnieć. Ci którzy już czytali może sobie odświeżą. Albo mogą ominąć. A ci którzy dopiero od niedawna do mnie zaglądają może popadną razem ze mną w lekką zadumę...

Na smutno: o Adeli Tuwimowej, Zofiówce i Otwocku

Zofiówka dawniej (zdjęcie pochodzi stąd)
Posty o Otwocku i Willi Julii sprawiły, że zaczęłam podczytywać o swoim mieście. Niby mieszkam tu od urodzenia, znam uliczki, zaułki, domy, jakieś urywki historii mieszkańców obecnych i dawnych, ale jakoś tak mało mi było tych skrawków opowieści i zapragnęłam więcej. Czytam w sposób niestandardowy i dość charakterystyczny, który moja rodzina rozpoznaje bezbłędnie. Moja córka  weszła  ostatnio do pokoju, przejrzała stertę książek leżącą na stole i zapytała:
- O co chodzi tym razem? O Tuwima? - zgadywała zerkając na tytuły - Andriollego? Psychicznie chorych?
- O Otwock - wyjaśniłam.
- Aha - skwitowała bez zdziwienia.
Ta scenka doskonale obrazuje jak wygląda u mnie zainteresowanie tematem:) Zwykle zaczyna się od jednej książki, albo jakiegoś zagadnienia, a potem gdy zainteresowanie mutuje rozrastają się też moje lektury. Tym razem sterta dotyczyła głównie Zofiówki i matki Tuwima. Tragiczna historia pani Adeli przypomniała mi się gdy przechodziłam koło jednego z domów na ulicy Reymonta. A że zanim wojenne losy zagnały ją do tego miejsca przebywała w otwockiej Zofiówce to tak mi się jedno z drugim skojarzyło i stąd te dwa tematy zaprzątnęły mi głowę (będzie na smutno:( ). Ale zacznijmy od Tuwima i jego mamy. Sam Tuwim tak o niej pisał:

„Była to kobieta o rzadko spotykanej czułości serca a choć w naszym domu, jak to się mówi, »nie przelewało się«, całe życie pomagała ludziom, ucząc też swoje dzieci (mnie i siostrę) uprawiania czynnej, praktycznej dobroci, dającej ludziom istotną pomoc i korzyść. Uczyła nas szacunku dla ludzi pracy, ludzi prostych, wpajała w nas zasady chrześcijańskie (choć oficjalnie nie byliśmy chrześcijanami) i demokratyczne. Całym sercem kochała Polskę, jej kulturę i literaturę, i gdy jeszcze nie umiałem czytać, sama odczytywała mi najpiękniejsze wiersze polskie, nuciła śliczne, stare piosenki... To, że stałem się poetą, Jej przede wszystkim zawdzięczam”.

Ale pani Adela była też osobą znerwicowaną, chorą psychicznie co niewątpliwie odbiło się też na jej synu. Tuwim urodził się z ciemną plamą na policzku. Koledzy nazywali go: "Julek z myszką" (czyli plamą na twarzy). Matka obwiniała się o tę skazę. Co więcej upatrywała pojawienie się jej jako karę za jej przewinienia, za demoniczny znak.  Uważała, że chłopiec jest naznaczony.  Plama była również obiektem drwin i szyderstw ze strony rówieśników a nawet dorosłych. Gdy połączymy obsesję matki na tym punkcie i szyderstwo otoczenia możemy sobie wyobrazić jak wielki wpływ znamię miało na całe życie Tuwima. Ale właściwie nie o tym miałam pisać tylko o Adeli. Otóż jak już wspomniałam matka Julka była znerwicowana i miała skłonności do popadania w melancholie. Pod koniec lat trzydziestych ten stan nasilił się. Niewątpliwie duży wpływ na to miały pogłębiające się w tym czasie w Polsce antysemickie nastroje. Panią Adelę dręczyły koszmary i wizje, w których to świat zostaje opanowany przez "endeków", którzy prześladują i nienawidzą jej syna. W końcu po nieudanej próbie samobójstwa Adela Tuwimowa została przywieziona do Otwocka, do Zofiówki. Był to szpital dla nerwowo i psychicznie chorych Żydów. Nazwę wziął od fundatorki   Zofii Edelmanowej, która sprzedała swoją biżuterię i tak pozyskane środki przeznaczyła na wybudowanie ośrodka.  Początkowo Zofiówka składała się z jednego pawilonu, potem dobudowano następny dla kobiet. Po jakimś czasie dostawiono jeszcze jeden. Żeby zdać sobie sprawę z ogromu przedsięwzięcia trzeba wspomnieć. że w tamtych latach leczenie chorób umysłowych dopiero raczkowało. Podobna placówka była w podberlińskim Zehlendorfie. Do Zofiówki trafiali głównie biedni nie posiadający środków na leczenie Żydzi. Poddawano ich kuracji bezpłatnie. Tylko za niewielką część płaciły rodziny.  Ponadto Zofiówka słynęła z odkrywczych metod leczenia. Między innymi wierzono w uzdrawianie psychicznie skrzywionych pacjentów za pomocą pracy.Przedwojenny publicysta i redaktor Cezary Jelentta  tak o tym pisał:
„Wszyscy – lub prawie wszyscy – a jest ich, płci obojga, przeszło 200, coś robią, wszyscy „spokojni” dają się ująć w karby koordynacji (...), wprząc w jakąś więź solidarności, w jakiś rytm socjalny. Kobiety szyją, coś tam ścibią z kawałków przykrojonych przez instruktorkę i oto wkrótce jest gotowa porządna bluzka” 

O samym sanatorium napisał:

„bogactwo parku leśnego, najpiękniejszego w całym Otwocku, piękne dęby i świerki, jałowce wielkie jak sosny”... 
„Piękne osiedle opieki z białemi, schludnemi w każdym swym zakącie pawilonami – jest największą i przy całej kołowatości myśli swoich pensjonariuszy najoryginalniejszą atrakcją Otwocka”.


Zofiówka (fotografia stąd)
Do tego właśnie miejsca trafiła matka Tuwima. W wielu materiałach opisujących te zdarzenia można znaleźć informację, że tu też zginęła w czasie likwidacji szpitala. Bo nadeszła wojna i w okupowanym przez Niemców Otwocku utworzono Getto. Zofiówka znalazła się w jego obrębie w części nazywanej kuracyjną. Placówka funkcjonowała nadal jako jedyna na terenie Generalnej Guberni zajmująca się chorymi umysłowo Żydami. Jednak warunki panujące na terenie zakładu pogarszały się z dnia na dzień, tak samo zresztą jak w całym getcie. W Zofiówce w ramach prowadzonych przez nazistów akcji T4 (likwidacją życia niewartego życia)  na powolną śmierć głodową zostało skazanych 350 pacjentów. Tych którzy przetrwali rankiem 19 sierpnia 1942  roku  (likwidacja getta otwockiego) spędzono wraz z personelem do pawilonu I i w większości zabito. Resztę wywieziono do TreblinkiLikwidacje szpitala przeżyło jedynie kilku lekarzy, którym udało się uciec sanitarką do Warszawy. Nocą poprzedzającą te wydarzenia pozostały personel - dr Maślanko, dr Lewinówna i kierownik ośrodka dr Włodzimierz Kaufaman, odebrał sobie życie zażywając cyjanek potasu. Ale wśród pacjentów nie było matki Tuwima. Jej los spędzał Jukowi sen z powiek. W roku 1939 tak pisał z Paryża w liście do przyjaciół:
„Gestapo w Polsce znalazłoby z łatwością wszelkie powody, aby mnie odesłać na tamten świat. Szczęśliwy jestem, że moja siostra Irena wraz ze szwagrem (Stawiński) też są w Paryżu. Trapi mnie tylko bezustannie myśl o starej, chorej Matce, którą zostawiłem bez pieniędzy w Otwocku. Ale wyjazd nastąpił tak niespodziewanie... i błyskawicznie. W każdym razie podaje adres: A. Tuwimowa Otwock ul. Słowackiego 16.”

To jeden z niewielu tropów, które naprowadzają na ślad matki Julka. Przypuszcza się, że podobnie jak wielu lepiej sytuowanych Żydów ukrywała się poza terenem getta. Ponoć najpierw mieszkała przy ulicy Ceglanej  (w latach 80 XX wieku przyjechało kilku ludzi na Ceglaną i pytali o to w którym domu mieszkała pani Adela. Właścicielka posesji potwierdziła, że to tutaj i że opowiadała jej o tym nieżyjąca  krewna. Tuwimowa miała przebywać tam wraz z opiekunką, ale jak długo nie wiadomo), do której od Zofiówki było najbliżej. Ostatnim domem i zarazem miejscem, w którym panią Adelę dopadły wszystkie rojące się w jej chorej głowie obawy był dom przy ulicy Reymonta wtedy 1 dziś 7. Tam dopadli panią Adelę Niemcy zastrzelili ją a ciało wyrzucili przez balkon. Matka Tuwima została pochowana na podwórku, na które wyrzuciły ją nieznające litości ręce oprawców... 
Dziś Pani Adela spoczywa na Łódzkim cmentarzu, a Tuwim napisał przejmujący wiersz:

Matka
Jest na łódzkim cmentarzu,
 Na cmentarzu żydowskim,
 Grób polski mojej matki,
 Mojej matki żydowskiej. 

 Grób mojej Matki Polki,
 Mojej Matki Żydówki,
 Znad Wisły ją przywiozłem
 Nad brzeg fabrycznej Łódki. 

 Głaz mogiłę przywalił,
 A na głazie pobladłym
 Trochę liści wawrzynu,
 Które z brzozy opadły.

 A gdy wietrzyk słoneczny
 Igra z nimi złociście,
 W Polonię, w Komandorię
 Układają się liście. 

II

 Zastrzelił ją faszysta,
 Kiedy myślała o mnie, 
 Zastrzelił ją faszysta,
 Kiedy tęskniła do mnie.

 Nabił - zabił tęsknotę,
 Znowu zaczął nabijać,
 Żeby potem... - lecz potem
 Nie było już co zabijać.

 Przestrzelił świat matczyny:
 Dwie pieszczotliwe zgłoski,
 Trupa z okna wyrzucił  

 Na święty bruk otwocki.

 Zapamiętaj, córeczko!
 Przypomnij, późny wnuku!
 Wypełniło się słowo:
 "Ideał sięgnął bruku".

 Zebrałem ją z pola chwały,
 Oddałem ziemi-macierzy...
 Lecz trup mojego imienia
 Do dziś tam jeszcze leży.


Dom w którym ukrywała się Pani Adela nadal istnieje, choć nie ma już balkonu, z którego została zrzucona. Mieści się przy ulicy Reymonta 7. A Zofiówka... Zofiówka straszy ruiną, powybijanymi oknami, ale ponoć nie tylko. Podobno nocami słychać z tych murów krzyki i jęki. Co niektórzy twierdzą, że widzieli tam jakieś cienie i postacie... 

Spóźnione życzenia urodzinowe :)

Wczoraj były a ja przegapiłam. Urodziny Tuwima! Mojego ulubionego Julka. Mam nadzieję, że gdzieś tam siedzi na niebieskiej łące i nadal bazgrze na serwetkach naprędce wymyślane wiersze.
A wiecie jak to u Tuwima się zaczęło? Otóż najpierw Julek rozsyłał swoje poezje do niezliczonej ilości pism. Aż w końcu dostał taką oto odpowiedź:














Warszawa, 21 grudnia r. 1912

Szanowny Panie!

Segregując utwory, nadesłane do noworocznego numeru „Kuriera Warszawskiego”, natrafiłem na Pańskie piękne wiersze, które płyną
ze źródeł prawdziwej czystej poezji.
Wobec tego, że wyróżniają się one wybitnie z całego plonu, żal mi, że Szanowny Pan uczynił zastrzeżenie co do nazwiska. Zapytuję przeto najuprzejmiej, czy nie zechce Pan zastrzeżenia tego cofnąć.
Jednocześnie miło byłoby mi pośredniczyć między Panem a redakcją „Tygodnika Ilustrowanego” celem nawiązania bliższych stosunków.
Raczy W.Pan itd.

Zdzisław Dębicki

Co wtedy czuł? Oddajmy mu głos:

Co się ze mną wówczas, po przeczytaniu tych słów, stało, dziś już nie pamiętam: pokój zaczął wskoczyło do głowy i gdzieś ją daleko poniosło – szał nieprzytomnej radości. Do talerza stygnącej zupy zaczęły kapać łzy.
Bo to trzeba zrozkołować, serce umieć: Łódź w r. 1912, drugi rok w szóstej klasie, „nieszczęśliwie zakochany” i pełna szuflada wierszy, których nikt nie chciał drukować. A posyłałem je do wielu pism…
Odezwał się jeden jedyny:  Zdzisław Dębicki. On też pierwszy, w  styczniu 1913 roku wydrukował w „Kurierze Warszawskim”, wiersz „Jedni niech będą rycerze”, podpisany literkami St.M…

PISMA PROZĄ – Julian Tuwim 

A może wiecie dlaczego wiersz był podpisany takimi właśnie literkami? Jeżeli nie wieczorem Wam powiem:)

A oto debiutancki wiersz wydrukowany 6 stycznia 1913 r.:

PROŚBA 

Jedni niech będą rycerze,
Wojenne niech noszą szaty,
Niech maja miecze, puklerze…
… Inni niech będą jak kwiaty…

Jedni niech będą za czynem,
Niech skroń laurami okręcą…
… Inni – kwitnącym jaśminem,
inni niech cicho się smęcą…

Jedni niech walczą! Niedolę
Gnieść im potęgą swej ręki!
… Inni niech w zmierzch idą w pole
I nucą tęskne piosenki…

Lecz tych i tamtych niech bierze
Słońce dla ducha objaty,
Choć jedni będą rycerze,
A inni będą jak kwiaty.


czwartek, 10 września 2015

Birbant, awanturnik, hulaka, balzakowska wdowa, setki ofert...

Ogłoszenia z dawnej prasy są nie do podrobienia. Tak jak tamte czasy i charaktery. Oto specjalnie dla Was kilka smaczków :)




Sz. paniom, które okazały tak chętną gotowość podzielenia mych losów, nadsyłając prawie setkami oferty, serdeczne dzięki. Nie mogąc jednak odpowiedzieć równą gotowością tylu osobom, wybrałem jedną, resztę ofert według wskazania adresów odesłałem. – Bezinteresowny


„Obelgę rzuconą na Jadwigę B., zamieszkałą przy ul. Grunwaldzkiej 1 Z ŻALEM COFAM. Łucja B.” 




Wdowa w wieku kobiet Balzaca wyszłaby za mąż za człowieka poważnego, wykształconego i ze stanowiskiem, gdyby się znalazł taki. Jest nie ładna i nie brzydka, inteligentna i dystyngowana, a wykształcenie umie pogodzić z praktyczną stroną życia, bez obowiązków lecz i bez wiana.



Tutaj moim zdaniem najciekawsze dla odważnej, gotowej na wszystko samarytanki:

Znudzony nieustannemi nagabywaniami ze strony moich wierzycieli oraz doprowadzony do rozpaczy restauracyjnymi fryturami, pragnę wstąpić w związek małżeński z osobą, któraby od tych plag egipskich uwolnić mnie chciała. Mam lat 31, awanturnik, birbant i hulaka. Po ożenieniu na pewno się ustatkuję. Zdrowie dobre. Od przyszłej żony wymagam głównie dwóch rzeczy: wykształcenia, gdyż w szablonowej gąsce nie mógłbym się rozmiłować, i minimum 15 000 rs. posagu, potrzebnych do uregulowania moich interesów. Bezpieczeństwo dla posagu wskażę później. Fotografja niepotrzebna, gdyż uroda z sympatyczną powierzchownością nie zawsze chodzi w parze. Osoba nie zrażona moją otwartością, która zechciałaby nawiązać ze mną korespondencję celem bliższego poznania oraz omówienia warunków, raczy nadesłać list poste-restante pod adresem.

środa, 26 listopada 2014

Pałac w Młodocinie czyli o tym o czym szepczą stare mury

Pałac w całej swojej okazałości (fot. jkordel)
To było kilkanaście dni temu. Słoneczny dzień. Pod stopami szeleściły kolorowe liście wyzłocone jesiennymi promieniami słońca. Widzicie to? Błękitne niebo, jesień w pełnej krasie, lekki wiatr muskający policzki. Zapomnijcie na chwilę o nadchodzącej zimie, o śniegu, przymknijcie oczy i wyobraźcie sobie gościnnie otwartą bramę, szeroką parkową aleję i przepiękny pałac majaczący na końcu parkowej drogi. Jeszcze chwile się zatrzymajcie i zanim zagłębicie się w pałacowym parku obejrzyjcie się za siebie. Zobaczycie kapliczkę z figurką Matki Boskiej, która uważnie przygląda się wchodzącym. Jakby chciała powiedzieć, że to Ona tu gospodarzy i wszystkiego pilnuje...
Cóż, być może właśnie to Jej ten pałac zawdzięcza ocalenie. Niewątpliwe musiały czuwać nad nim dobre duchy, bo pomimo tego, że jego stan był już opłakany, nie dość że przetrwał to dziś wygląda wprost imponująco. A  jeszcze w 2008 roku pisano o nim tak:

"Gmina Barcin jest uboga w obiekty zabytkowe. Jednym z nielicznych, cennych architektonicznie obiektów jest eklektyczny kompleks pałacowo-parkowy w Młodocinie. Dzisiaj jest już tak bardzo zaniedbany, że tylko efektowny front ze schodami i kolumnami przypomina o tym, że kiedyś mieszkał tutaj zasłużony dla Wielkopolski ród Malczewskich."* 

Aleja aż chciało się nią pobiec:)  (fot. jkordel)
To już wiadomo o czym będę pisać:) Pałac w Młodocinie zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Tak samo zresztą jak jego właściciel, który to pod czujnym okiem Matki Boskiej, strzegącej wejścia, remontował, odnawiał i dbał o to by pałacowi nie odebrać jego duszy. I udało mu się. Pałac choć rozbudowany pamięta. I ten kto do niego wchodzi z miejsca o tym wie. A miejsce to ma o czym opowiadać. Trzeba tylko na powrót przymknąć oczy i powolutku wkroczyć po schodach, pogłaskać kolumny, przystanąć w drzwiach. I wtedy pałac przemówi.
Ile tu musiało się dziać! Ile balów odbyć, ile przyjęć. Ile wyznań miłosnych wyszeptano przy oknach wychodzących na park, ile pocałunków skradziono w cienistych alejkach tego ostatniego. Ile gorących politycznych dyskusji przetoczyło się po salach... Musiały mieć miejsce bo jego twórca i właściciel Tytus Skarbek Malczewski brał udział w Powstaniu Styczniowym. Pan Tytus wywodził się ze znakomitego rodu Adwańców, którego korzenie sięgają przełomu X i XI wieku. Niesamowity musiał być z niego człowiek. Nie dość, że patriota (powstaniec), to jeszcze człowiek, który dokonał wiele dla okolicy, w której mieszkał. To własnie on założył cukrownię w pobliskim Żninie, to dzięki niemu powstała kolejka wąskotorowa, to w końcu przy jego współudziale został założony Bank Ludowy i tu ciekawostka - Bank Ludowy przemieniony dziś na Spółdzielczy istnieje do dziś.
Ile osób wchodziło po tych schodach, ile razy radośnie wbiegano
po nich by jak najszybciej znaleźć się w domu...
 (fot. jkordel)
Ale wróćmy do samego pałacu i jego mieszkańców. Pan Tytus jak można się było spodziewać ożenił się z piękną panną (nie widziałam jej portretu, ale tak ją sobie wyobrażam) Wandą Czernicką. I już wkrótce w pałacu zaczęły tuptać małe pulchne stopy ich dzieci. Doczekali się dwóch synków (Edwarda i Józefa) i czterech córeczek (Mieczysławy, Haliny, Ireny i Izabeli). Gdy na świat przychodziło któreś z dzieci ich dumny ojciec by uczcić powiększenie rodziny sadził drzewo. Chłopcy dostawali dęby, dziewczynki lipy. Do jednej z tych lip można dziś przytulić policzek, przyłożyć ucho i posłuchać. Kto wie może komuś się poszczęści i drzewo szumiście opowie o tym o czym tylko ono do dzisiaj pamięta...
O kobietach mieszkających w pałacu wiemy niewiele. Ot tyle, że tylko jedna z córek wyszła za mąż i że pani Wanda przeżyła swego męża. Długo mieszkała w pałacu razem z synami i niezamężnymi córkami oraz panną o imieniu Ewa. Kim było owe dziewczę - nie wiadomo. Pojawiały się głosy, że jest to jeszcze jedna córka Tytusa i Wandy, ale nigdzie nie znaleziono potwierdzenia by tak było naprawdę. To jedna z zapewne wielu tajemnic jakie kryją pałacowe mury.
...a to jadalnia i nasze śniadanie. Pyszne i ogromne.
Nie zrobiliśmy zdjęcia kolacji, którą zostaliśmy
ugoszczeni poprzedniego wieczoru, to
dopiero była uczta:) Jedno jest pewne: od
Pana Jerzego nikt nie wyjdzie głodny:)
 (fot. jkordel)
Pani Wanda, starsza już kobieta, w czasie wojny musiała opuścić pałac. Wraz z nią podążyła i Ewa. Zginęły prawdopodobnie razem pod koniec wojennej zawieruchy, gdy usiłowały wrócić do swojego domu. Uciekając przed Armią Radziecką szły wprost na drugiego okupanta czyli Niemców. Nie udało im się. Piękny pałac nie doczekał powrotu "swoich". Tęsknił i podupadał. Święcie wierzę w to, że domy też bywają bezludne i marzą o tym by na nowo zaczęło w nich tętnić życie. Szczególnie takie, które poznały śmiech, miłość i dobro. Mury to wszystko w sobie zachowują. Dlatego nie dziwcie się, że pałac w Młodocinie jest szczególny. Przygarnięty przez pana Jerzego, odnowiony, odetchnął. Tak samo zresztą jak Ci, którzy do niego trafią. Uwierzcie tu naprawdę można wypocząć. Stary park otacza pałac i snuje własne opowieści, pokoje z wielkimi wygodnymi łóżkami, z fotelami, które aż zapraszają by na nich usiąść, sprzyjają wypoczynkowi. Ogromny taras kusi by choć na chwilkę na niego wyjść i wypić poranną kawę. Albo wieczorem lampkę wina. A potem spacerując parkowymi alejami można przymknąć oczy i wyobrazić sobie tych wszystkich ludzi, którzy przed nami tędy chodzili, śmiali się i szeptali sobie do ucha słodkie tajemnice. Można też pomyśleć o tym, że być może i echo naszych kroków tu zostanie i że kto wie,  może kiedyś ktoś inny też go usłyszy. Warto tam pojechać choćby na weekend. By odetchnąć tą przesyconą wspomnieniami atmosferą. Każdy z Was może to zrobić, bo w pałacu są pokoje do wynajęcia. A przy okazji pomożecie też samemu pałacowi, bo przecież podarujecie mu Wasz śmiech, myśli, trochę marzeń. A on w przyszłości przekaże to innym, którzy do niego zawitają.
Tutaj sale na parterze
 (fot jkordel)

A tutaj nasz pokój:)
Niestety okazało się, że nie zrobiliśmy fotki beze mnie więc wybaczcie
że będę występować w tle:)
 (fot. jkordel)
 
Jak już wspomniałam pałac zrobił na mnie ogromne wrażenie, ale równie wielkie uczynił na mnie jego właściciel. Pan Jerzy jest dobrym, miłym człowiekiem. I bez niego nic w tym miejscu nie wyglądałoby dziś tak jak wygląda. Dziękuję mu serdecznie za pracę i trud jaki włożył w odbudowę tego miejsca i za to, że dzięki niemu mogłam choć na chwile poczuć jego magię.
Wyjście na taras
 (fot. jkordel)

Fragment jesiennego parku
 (fot. jkordel)

Taras, liście, zaduma...
Cudownie by się w takim miejscu pracowało.
Może kiedyś napiszę tam książkę z pałacem w roli głównej:)
 (fot. jkordel)

Łazienka i wanna, którą pokochałam od pierwszego wejrzenia
a właściwie położenia:)
 (fot. jkordel)

* Cytat i podstawy wiadomości o Tytusie Malczewskim pochodzi STĄD

czwartek, 15 maja 2014

O tym jak pozbawiam rodzinę spokoju i przyznanie się do winy

Ziemianki przy porannej herbacie.
APŁ, Archiwum Rzewuskich z Bratoszewic,
sygn. 59, k. 13.
Właśnie uświadomiłam sobie, że jestem fatalną panią domu. Podejrzewałam wprawdzie, (a czasami nawet podejrzenia przechodziły w pewność) że nie jestem w tym względzie wzorem cnót, ale jednak nie sądziłam, że jest ze mną aż tak źle. Ale niniejszym tutaj pragnę kornie chyląc głowę przyznać się, że jednak jest ze mną przerażająco fatalnie. I to od samego początku a mam wrażenie że i koniec nie będzie lepszy. Nie jestem jeszcze wprawdzie pewna tego końca, bo nie doczytałam publikacji, która to jest odpowiedzialna za uświadomienie mi mojej porażki, ale coś mi mówi, że lepiej nie będzie. Zacznijmy więc od poranka czyli pierwszego śniadania, które jednocześnie jest pierwszym jawnym dowodem na to, że marna ze mnie strażniczka domowego ogniska. Otóż pierwsze śniadanie w naszym domu jest albo i nie. A właśnie zostałam uświadomiona, że:

"Pierwsze śniadanie jest wstępnym akordem w symfonji dnia. Stanowi ono niejednokrotnie o nastroju dalszych godzin, jest niby gradowa chmura zaciemniająca horyzont domowy, lub też bierze na siebie rolę jasnego promienia słońca, który ujmuje w pogodną ramę ten szary dzień "codzienny", pomawiany na ogół o najgorsze instynkty."

I teraz sami możecie sobie wyobrazić co czułam czytając te zdania! Ani chybi jestem niczym ta chmura gradowa, niczym wyrodna pani matka, odmawiająca rodzinie wejścia w dzień w słonecznym nastroju! Chociaż to pomawianie poranne i podejrzewanie nadchodzący dzień o najgorsze instynkty to już może gdzieś tam bym u siebie odnalazła. Szczególnie jeżeli mowa o bardzo porannych godzinach kiedy po wstaniu  z łóżka wyglądam mniej więcej tak:


Ale przyjmijmy, że nie upadłam aż tak nisko, zapomnijmy o mojej prawdomówności i zajmijmy się dniami gdy ów posiłek pojawia się jednak na stole. Wtedy człapiąc i ziewając stawiam na blacie miseczki, płatki i mleko. Czasami nalewając to ostatnie rozchlapie mi się co nieco dookoła, bo przecież te moje niedobudzone oczęta niewiele widzą. Ktoś kto ma ochotę na coś innego musi sam upolować owo inne w kuchni i lodówce, bo ja jedyne czego pragnę to napić się kawy. W świętym spokoju:) Oczywiście mowa tutaj o porankach w dni powszednie. W weekendy i święta bywa lepiej, bo blady świt można zastąpić nieco bardziej przyrumienionym i wtedy jestem jakby przytomniejsza. Ale wracając do tematu. Jeżeli myślicie, że moje poranne płatkowe poświęcenie zmienia mój niezbyt pochlebny wizerunek pani domu, jesteście w w błędzie. Proszę bardzo, będę się pogrążać na własne życzenie i bez znieczulenia:

"Przyzwyczajenie - druga natura - gra tutaj niemałą rolę; jakże często zdarza się bowiem słyszeć z ust człowieka, wolnego od wszelkich gastronomicznych "grymasów", twierdzenie, że bez herbaty, lub kawy rannej nie umiałby się obejść. (To o mnie!)
O skali zadowolenia, jakie przyniesie ten pierwszy spożyty w dniu nektar, decyduje w dużej mierze sposób podania i smak samego napoju, oraz towarzyszących mu dodatków. Pierwszorzędną rolę gra tutaj: przyrządzenie, temperatura, podanie i nakrycie; jako czynniki współrzędne, występują z konieczności: otoczenie, nastrój współbiesiadników i ich wygląd zewnętrzny. (patrz powyższe zdjęcie:))
Pierwsze śniadanie powinno być bezwarunkowo podawane w pokoju sprzątniętym, doskonale przewietrzonym, przy starannie nakrytym stole; w naczyniach skromnych czy luksusowych - zależnie od środków, jakiemi dany dom dysponuje - jednak zawsze odpowiednich, przystosowanych do rodzaju posiłku i jednolitych. Pod słowem "jednolitych" rozumiem tutaj jednakowe filiżanki i spodeczki, dostosowane do nich talerzyki, aby zadać kłam nieszczęsnemu, a tak często u nas spotykanemu twierdzeniu, że "na codzień" obejść się można byle czem.
Uzupełnieniem starannego nakrycia rannego będzie ładny koszyczek do pieczywa, wysłany świeżutką, haftowaną serwetką; masielniczka szklana, lub dostosowana do porcelanowej czy fajansowej zastawy; także naczynia do miodu i marmelady; odpowiednie kieliszki do jaj, wreszcie wiązanka świeżych kwiatów, lub też w braku kwiatów kilka zielonych gałązek zręcznie ułożonych w wazoniku, odcinającym się barwną plamą od tła serwety, lub na jej tło rzuconym."

Że tak powiem wieloznacznie hmmmm. Jajka, marmelada, sprzątnięty pokój, miód, zastawa, kwiaty, albo jakiś inny zielony wiecheć w wazonie... Jakby to powiedzieć... Jednym słowem nie do końca tak to u mnie wygląda. A im głębiej w las tym gorzej. Niedopuszczalne bowiem są jeszcze inne rzeczy. Proszę bardzo wymieniam:

"...Wszelkie nieuczesane głowy, twarze napiętnowane sennością, zniszczone, przydeptane obuwie domowe (tak często w imię "wygody" faworyzowane) powinny i muszą zniknąć z horyzontu, a są, niestety, w wielu jeszcze środowiskach nie tylko tolerowane, ale wprost uświęcone zwyczajem i, jako takie, bezkrytycznie uznawane przy pierwszym śniadaniu."

Koszmar! Ale to jeszcze nie koniec. Bo tak naprawdę najgorsze w tym wszystkim jest to, że tak naprawdę dopiero za chwilę dowiecie się rzeczy najbardziej przerażającej. Otóż ja, jako pani domu jestem odpowiedzialna za to, że moi domownicy pozbawieni owego pierwszego akordu w symfonji dnia są narażeni na wszelkie nieprzyjemności i zgrzyty. Oto dowód:

"Jeżeli nazwałam  śniadanie ranne "pierwszym akordem symfonji dnia" miałam na mysli fakt, że przy tem właśnie rannem śniadaniu spotykają się domownicy poraz pierwszy w ciągu dnia i że powinni odejść od stołu pod wrażeniem, wolnem od wszelkich zarówno moralnych, jak i gastronomicznych rozdźwięków. Ile to razy bowiem źle zaparzona, zimna, brzydko podana herbata, lub kawa, niedbale wybrane pieczywo, masło o niemiłym posmaku, brak niezbędnych szczegółów zastawy - bywają przyczyną nieporozumienia pomiędzy panią domu, a służbą, lub panią domu a domownikami, zależnymi w tym wypadku od jej staranności."

Jedno zmartwienie z miejsca mi odpada, bo nie mam służby i w związku z tym wprost perfekcyjnie unikam nieporozumień z nią:) Z drugiej strony to na dwoje babka wróżyła: albo unieszczęśliwiam moją rodzinę brakiem tego uroczego porannego i dopracowanego posiłku, albo wręcz na odwrót: unikam konfliktów, które by mógł ów posiłek przyspożyć. Bo biorąc pod uwagę, że rano jestem jaka jestem (patrz sowa na obrazku) to marnie widzę przygotowanie śniadania w tak doskonały sposób. I jeszcze bym nie daj Boże podała chłodną herbatę, albo żle zaparzyła kawę, albo o czymś zapomniała i konflikt gotowy! A tak przynajmniej nas to omija:)

Cytaty z publikacji "Co kiedy i jak podawać" Warszawa : Towarzystwo Wyd. "Bluszcz", [1930]

środa, 23 października 2013

Oni też kochali czyli Miłość w Powstaniu Warszawskim

Właściwie powinnam napisać, że oni nie też a  przede wszystkim kochali. Gdyby nie to nie byłoby żadnego oporu podczas wojny. Nie byłoby Powstania. Bo miłość do ojczyzny to jedno, ale ta zwyczajna, ludzka miłość to zupełnie inna sprawa. To właśnie ona napędza i góry przenosi. To ona daje siłę i wiarę i nadzieję. Nawet wtedy gdy świat się wali i leży w gruzach całe dotychczasowe życie. A w tym wypadku to niestety nie przenośnia. To bolesna i okrutna prawda. W Powstaniu Warszawskim ginął świat o który walczyli Powstańcy. Miasto przestało istnieć, a pod jego gruzami pozostały pogrzebane tysiące miłości, łez i pragnień. Tysiące ludzi, którzy mieli plany na przyszłość, którzy kochali i jedyne czego chcieli to normalnie żyć. O nich własnie pisze Sławomir Koper w książce "Miłość w Powstaniu Warszawskim".
Właściwie to tytuł jest nieco zwodniczy. Bo to nie tyle opowieści o miłości, ale o ludziach w ogóle. O uczuciach, które nimi targały, o rozpaczy i pragnieniu życia. O powstańczych ślubach i tęsknocie by choć na chwilę poczuć się kochanym człowiekiem. O miłości i tej co trwała już wiele lat ale i tej zmysłowej, pełnej pośpiechu i rozpaczy. O Warszawie, która z dnia na dzień zmieniała się w wielki cmentarz. O żegnaniu się z bliskimi. Szaleństwie, alkoholu i okrucieństwie. Bo Warszawa w czasie powstania to teren jednego wielkiego mordu, największej zbrodni. Hitlerowcy dość szybko otrząsnęli się z pierwszego zaskoczenia i zaczęli metodyczne wyniszczanie miasta. A to znaczyło nie tylko wyburzanie murów, ale też zagładę ludności cywilnej. Na pierwszy rzut poszła Wola. To co tam się działo przekracza możliwość pojmowania współczesnego człowieka. Człowieka nie mającego styczności z bestialstwem wojny. Zabijano mężczyzn, kobiety i dzieci. Kobiety bardzo często najpierw gwałcono. Gdy ciała nie chciały się palić zmieniono technikę. Zanim ludzi rozstrzelano kazano przywiązywać do nich drewniane sztachety. W ten sposób zapewniano niezbędną podpałkę.
Sławomir Koper opisał dramat stolicy w niezwykły sposób. Pisze krótko, zwięźle ale właśnie ta forma najbardziej łapie za serce i trafia w najczulsze punkty. Opis przejścia kanałami zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Pozwolę sobie zacytować fragmenty:

"Ewa moja szyfrantka, dostała ataku szału(...) Niesiemy ją kolejno, potykając się o trupy, plecaki i porzuconą broń. Niesamowite wycie Ewy łączy się z odgłosami innych, podobnych wrzasków..."

"...Po drodze napotykamy obłakanego nieszczęśliwca biegającego nago wśród trupów i wzywającego swojej >>Basi<<."

Co musieli przeżywać ludzie idący kanałami wiedzą tylko ci, którzy to przeżyli. Potwierdzeniem tego jest reakcja amerykańskich producentów, którzy po pokazie filmu "Kanał" nakręconego na podstawie scenariusza Jerzego Stefana Stawińskiego, który przeżył przeprawę, biegali za panem Stefanem chcąc go natychmiast zatrudnić w Hollywood. Uważali, że Stawiński ma niesamowitą wyobraźnię i wymyślił wojnę w kanałach. Gdy przekonywał, że napisał scenariusz na podstawie własnych przeżyć nikt nie chciał mu wierzyć.
Sławomir Koper poza zgromadzeniem historii nie cofa się przed powiedzeniem niewygodnych dla niektórych prawd. O tym, że powstanie z góry było skazane na niepowodzenie, że ci młodzi ludzie z miejsca zostali skazani na śmierć. Nie mówi o tym czy Powstanie było czy nie było potrzebne, ale nie unika odważnych stwierdzeń. Cała książka jest niesamowitą opowieścią o ludziach, o ich mieście i odwadze. A czy istnieli by ludzie bez uczuć? Czy biliby się gdyby nie kochali i nie chcieli normalnie żyć? Ostatnimi czasy jeden z kolegów mojej córki zapytał mnie dlaczego uważam, że to takie ważne żeby pamiętać o czasach, które już przecież minęły.  Odpowiedziałam, że tylko w ten sposób można ocalić tych ludzi od zapomnienia. Teraz odpowiedziałabym mu cytatem z książki pana Sławomira:
„Spacerując po cmentarzu, jakim jest Warszawa, warto pamiętać, że tutaj ginęli młodzi ludzie, którzy chcieli żyć, kochać, założyć rodziny, a na koniec zestarzeć się przy bliskiej osobie. Zamiast tego spotkała ich śmierć, a w najlepszym wypadku emigracja lub stalinowskie więzienie” 

piątek, 13 września 2013

Skrawek nieba

Janina Dawidowicz urodziła się w zamożnej żydowskiej rodzinie. Razem z rodzicami mieszkała w Kaliszu i niczego jej w życiu nie brakowało. Ojciec ją uwielbiał, matka aczkolwiek trzymająca dystans też niewątpliwie ją kochała.Na co dzień opiekowała się nią pomoc domowa - Stefa, którą Jasia uwielbiała. Jednym słowem dziewczynka miała ciepły, bezpieczny i pełen miłości dom.
Dzieci mają różne marzenia. O tym żeby zostać w przyszłości królewną, piratem. Żeby mieszkać w zamku, wyruszyć w pełną przygód podróż, walczyć ze smokiem. Jasia Dawidowicz natomiast marzyła o tym żeby nagle stać się ubogą, niczym dziewczynka z zapałkami albo Kopciuszek. Wtedy z całą pewnością nie musiałaby jeść co dzień rano znienawidzonej kaszy manny, a w zamian dostałaby na pewno kawałek zwykłego chleba. Nie wie, że już niedługo jej marzenia przeistoczą się w brutalną rzeczywistość. Bowiem nadchodzi rok 1939.
Ale zanim nastał wrzesień życie Jasi płynęło ustalonym rytmem. Uczyła się, rysowała, dużo czytała. Miłość do książek i wyobraźnia pozwalały jej tworzyć alternatywny świat, w którym wszystko jest możliwe. Na wakacje wyjechała do wsi Krzyżówki. Letnie, upalne dni były ostatnim normalnym i pogodnym czasem. We wrześniu wybuchła wojna i nic już nie miało być takie samo. Marzenie Jasi powoli zaczyna się spełniać z tym, że w pewnym momencie nawet tego wytęsknionego niegdyś suchego chleba zabrakło.

"Skrawek nieba" to wojenne wspomnienia dawnej Jasi spisane przez dorosłą Janinę. We wstępie autorka pisze:
"Przez wszystkie lata po zakończeniu wojny unikałam opowiadań o moich wojennych przeżyciach. Każdy, kto przeżył wojnę, mógł opowiedzieć swoją historię. Kiedy inni mówili, ja wolałam milczeć.Ale ci co zginęli? Czy oni nie mieli prawa do głosu? Uświadomiłam sobie, że dla wielu z nich byłam może ostatnim świadkiem ich życia.Ja jedna pamiętałam, jak tam wtedy było... Wraz z moją pamięcią zaginie i pamięć o nich. W roku 1958 zaczęłam pisać."
I dzięki tej decyzji poznajemy całą historię nie tylko rodziny Jasi, nie tylko jej samej, ale też ludzi, którzy odegrali w jej życiu istotną rolę. Pobyt w getcie i opis warunków tam panujących jest wstrząsający. Tym bardziej, że Janina David pisze o tym normalnie. Nie siląc się na wyolbrzymienie tragizmu. I właśnie to opisanie tego życia jako czegoś co po prostu było, czegoś co miało za moment się skończyć sprawia, że ta relacja jest wstrząsająca. Głód, śmierć, pomieszanie zmysłów, a wśród tego zabawy dzieci, pierwsze kroki w dorosłość dojrzewających panienek, marzenia o tym, że jeszcze kiedyś będzie można żyć, będzie normalnie, będzie można czytać książki i spacerować ulicami. Opisanie ucieczek i krycia się w coraz to innych domach w czasie gdy zaczęły się masowe wywózki do obozów, strach przed Niemcami i ciągłe próby stworzenia kawałka normalnego życia, domu, zachowania swojego własnego skrawka nieba, powodują, że człowiek nagle zaczyna widzieć swoje życie w innych proporcjach.
Potem z pomocą ludzi z aryjskiej strony udaje się wywieźć Jasię z getta i ukryć po drugiej stronie muru. Dziewczynka po raz pierwszy musi stawić czoła życiu bez wsparcia rodziny. Mama i tata zostają po drugiej stronie.  Wywiezienie Janiny z getta wcale nie oznacza bezpieczeństwa. W końcu Jasia i stamtąd musi uciekać, bo jak się okazuje donosiciele są wszędzie. Jedynym ratunkiem dla dziewczynki jest pobyt w klasztorze. Janina przestaje być Jasią i staje się Danką. Życie wśród sióstr też wcale nie jest proste. Jedne rzeczywiście kochają ludzi i stawiają miłosierdzie ponad wszystko, ale inne nie są wolne od uprzedzeń. Niektóre wręcz są brutalne i okrutne. Ale dzięki tym bardziej ludzkim Jasi udaje się przetrwać. Ale czy na tym można zakończyć jej historię? Przeżyć a żyć dalej to ogromna różnica...
Sięgając po "Skrawek nieba" miałam poważne wątpliwości. Zawsze je mam gdy biorę do ręki tego typu literaturę. Czytałam już niejedne wspomnienia dotyczące holokaustu, które przede wszystkim skupiały się na oczernieniu którejś ze stron. Nie lubię takiego podejścia, bo doskonale zdaje sobie sprawę, że w czasie wojny wszyscy bez względu na narodowość czy pochodzenie ujawniali różne cechy. Byli Polacy, którzy zdradzali Żydów, ale byli też i Żydzi donoszący na siebie. Byli też tacy, którzy ryzykując życiem swoim, swoich rodzin i sąsiadów ukrywali uciekinierów, uczestników podziemia, przechowywali papiery i broń. Na całe szczęście Janina David wszystkich traktuje równo. Człowiek to człowiek i tyle. Poza tym autorka ma niesamowity dar oddziaływania na wyobraźnie. Pomimo tego, że w książce brak szczegółowych brutalnych opisów to i tak plastyczność z jaką pani Janina przedstawia wydarzenia sprawia, że wszystko widzimy, czujemy i przeżywamy razem z nią.
Na koniec napiszę jeszcze, że moim zdaniem wszyscy powinniśmy sięgać po tego typu książki. Nie ważne czy lubimy okres drugiej wojny światowej czy nie. Ważne żebyśmy nigdy nie zapomnieli i nie dali zapomnieć naszym dzieciom i wnukom. A do pamiętania potrzebne są właśnie takie relacje: mądre, emocjonalne i zarazem wyważone.


środa, 19 czerwca 2013

Klątwa, czary, intrygi. Jednym słowem "Król z żelaza" Druona i rozważania na temat nie nowości

Książkę "Król z żelaza" przytargałam z biblioteki. Czasem mnie coś nachodzi i mam ochotę  na coś co nie jest nowością. Ogólnie rzecz biorąc to nie wiem czy zauważyliście, ale coraz mniej czyta się starszych książek. Pani bibliotekarka stwierdziła, że ogólnie rzadko kto wchodzi w półki. Wszyscy kierują się do nowości. Cóż z ręką na sercu przyznaję, że ja też zwykle od tego działu zaczynam myszkowanie. Chociaż nie unikam starych książek, ba nawet staram się podsuwać wybrane starocie swoim dzieciakom. Jedna z mam widząc jakiś czas temu, że przeglądam książki Popławskiej spytała czy to dla mnie czy dla Zuzy. W sumie było i dla mnie i dla mojej córy. Popławską bardzo lubię, to takie moje ulubione powieści z lat nastoletnich, chętnie do nich wracam. Do tej pory pamiętam z jakimi wypiekami czytałam "Szpadę na wachlarzu"... Ale wracając do wspomnianej wyżej mamy i jej pytania. Otóż na moją odpowiedź pokręciła sceptycznie głową i stwierdziła, że Zuza i tak tego nie przeczyta.
- Coś ty - argumentowała - Tam ani nie ma seksu, ani wampirów. Co tam może zainteresować dzisiejszą nastolatkę?
Nie wiem czy moja nastolatka jest dzisiejsza czy niedzisiejsza, ale Popławską przeczytała. I to nie tylko cykl o Afrze ale też inne książki tej autorki. Fakt, że książki pisane dawniej czyta się zupełnie inaczej niż te pisane obecnie. Inny język, inny styl. Zwykle jeżeli na co dzień obcuje się tylko i wyłącznie ze współczesną literaturą to na ten dawny język trzeba się przestawić, przywyknąć, na nowo oswoić dawno zapomniane słowa. I to ma swój urok, że o korzyściach z tego płynących już nie wspomnę.
No tak miało być o "Królu z żelaza" a jest jak zwykle o wszystkim:) Ale ten cały początek zmierza do tego, że ku mojemu zaskoczeniu mimo, że Królowie Przeklęci mają już swoje lata czyta się Druona fenomenalnie. Historia sama się opowiada. Powieść rozpoczyna się końcem procesu templariuszy. Filip IV zwany Pięknym rozprawił się już z większością członków zakonu. Rozprawił czyli uwięził, skazał na śmierć lub dożywotnie żebracze życie. Teraz do osądzenia pozostało czterech najwyższych rangą templariuszy. 14 marca 1314 r. przed katedrą Notre Dame ogłoszono na nich wyrok dożywotniego więzienia.  Dwóch z nich, wielki mistrz Jacques de Molay i komandor Normandii Geoffroy de Charnay wystąpiło i miast przyznać się do zarzuconych im czynów stwierdziło, że wszystko co poprzednio zeznali, zeznali pod wpływem tortur.

"- Protestuję! 
Głos był tak potężny, że w pierwszej chwili nikt nie uwierzył, że należy do wielkiego mistrza. 
- Protestuję przeciw nikczemnemu wyrokowi i oœoświadczam, że zbrodnie, którymi się nas obciąża, to zbrodnie wymyślone! 
Jakby olbrzymie westchnienie wydobyło się z tłumu. Sąd się ożywił. Osłupiali kardynałowie spojrzeli po sobie. Nikt tego nie oczekiwał. Jan de Marigny zerwał się jednym susem. Omdlewająca poza znikła. Był blady i trząsł się z gniewu: 
- Łżecie! - krzyknął do wielkiego mistrza. - Zeznaliœcie przed komisją. 
Łucznicy oczekując rozkazu odruchowo zwarli szeregi. 
- Tym tylko zawiniłem - odpowiedział Jakub de Molay - że uległem pod wpływem waszych pochlebstw, gróźŸb i tortur. Oświadczam przed Bogiem, który nas słyszy, że zakon bez zmazy jest i nie winien. 
I Bóg rzeczywiście zdawał się go słyszeć, bo głos wielkiego mistrza, rzucony do wnętrza katedry, odbijał się od sklepienia i powracał echem, jak gdyby jakiœ inny, o wiele głębszy głos powtarzał z głębi nawy każde słowo. 
- Przyznaliście się do sodomii! - rzekł Jan de Marigny... 
- Na torturach! - odparł Molay. 
"...na torturach..." - odpowiedział głos, który zdawał się rodzić w tabernakulum. 
- Wyznaliście grzech herezji! 
- Na torturach! "
...na torturach..." - powtarzało tabernakulum. 
- Cofam wszystko! - rzekł wielki mistrz. "
...wszystko..." - zagrzmiała cała katedra."

Na mnie ten protest zrobił ogromne wrażenie. Wręcz słyszałam echo odbijające słowa Wielkiego Mistrza. I to dobitnie powtarzane" "na torturach!" Brrryyy, aż ciarki przechodziły po plecach. A tortury były straszne. Znaleziona w archiwach koronnych Aragonii anonimowa relacja mówi, że kiedy w 1308 r. pokazano więźnia publicznie:

... zrzucił swój płaszcz, zdjął kaftan, obnażył boki i ramiona, a potem [...] powiedział: „Widzicie, tak zmuszali nas do mówienia tego, co chcieli”. A mówiąc to pokazał swe ramiona pokaleczone i zmacerowane [...] Były pozbawione skóry; widzieliśmy same kości i mięśnie. „Panowie — powiedział — w tym samym stanie, w jakim mnie widzicie, są także inne bracia, jak ja niewinni...”

Ale "Król z żelaza" tak jak już wspomniałam rozpoczyna się u schyłku procesu templariuszy. Po wystąpieniu Wielkiego Mistrza dwaj oponenci zostają skazani na śmierć. Mają być spaleni na stosie. Gdy wyrok zostaje wykonywany Molay rzuca sławetną klątwę:

"Papieżu Klemensie!... Rycerzu Wilhelmie!... Królu Filipie!... Przeklinam was! Przeklinam was! Niech wasze rody będą przeklęte aż do trzynastego pokolenia!..."

I klątwa się spełnia.  Wszyscy wyklęci odchodzą kolejno w dziwnych i nie zawsze zrozumiałych okolicznościach. Pisząc "Króla z żelaza" Druon stworzył powieść nie tylko historyczną, ale też sensacyjną i przygodową. Razem z nim wędrujemy po średniowiecznej Francji i Anglii, odwiedzamy dzielnice rzemieślnicze, zaglądamy w ciemne zaułki gdzie można kupić składniki służące do uprawiania czarnej magii i sporządzania trucizn. Uczestniczymy w knuciu dworskich intryg i w schadzkach wielkich dam. Zaglądamy do królewskich komnat i do ciemnych zatęchłych więzień, gdzie dawno zapomniano czym jest litość. W powieści rewelacyjnie oddany jest średniowieczny klimat, momentami można nawet ulec złudzeniu, że sami znaleźliśmy się w Paryżu za panowania Filipa Pięknego. Średniowieczna codzienność składała się niestety również z okrutnych widowisk, publicznych egzekucji i autor nie waha się pokazać również tej strony ówczesnego życia. Sceny tortur opisane są bez znieczulenia, wręcz słyszy się krzyki skazańców i czuje ich cierpienie. Sąd przed którym stają przyłapane na cudzołóstwie księżniczki i ich kochankowie budzi autentyczną grozę. Tak więc jeżeli macie ochotę na powieść historyczną, powieść, którą przeczytacie jednym tchem, serdecznie zachęcam do zapoznania się z serią "Królowie Przeklęci". Ja już mam w planach kolejne części i coś mi mówi, że się nie zawiodę.

P.S. W zakładce "Wczoraj spotkałam..." Znów czekają na was nowości:) Zapraszam!

piątek, 24 maja 2013

Życie zupełnie niecodzienne

Mimo tytułu książki państwa Łozińskich "W Przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne" to dla mnie osobiście było ono zupełnie niezwykłe. Nawet to codzienne nic z naszą współczesną codziennością nie miało wspólnego. Bale, bankiety, kabarety, wyprawy automobilem za miasto, podróże koleją, rodząca się dopiero co niepodległość, rozgrywki sportowe o tym wszystkim opowiada "Życie..." . A że jak już wspomniałam autorami są Maja i Jan Łozińscy to daje nam gwarancję, że książka będzie się czytać jak najlepsza powieść. Państwo Łozińscy bowiem mają ogromny dar opowiadania historii tak, że bez żadnego wysiłku zapada ona w pamięć. Ileż ja bym dała żeby kiedyś wziąć do ręki podręcznik do historii ich autorstwa... Ech... Na przykład takie odzyskanie niepodległości. Moja córka uczyła się o tym ostatnio w szkole. Wkuwała daty, nazwy i nudziła się śmiertelnie. A gdy przeczytała pierwszy rozdział "Życia.." to stwierdziła, że nareszcie te daty ożyły. Bo poza tym, że wiedziała co, gdzie i kiedy to jeszcze uzmysłowiła sobie czym dokładnie była ta niepodległość. Połączenie się Polski, zlikwidowanie zaborów nagle nabrało czysto ludzkiego charakteru. Do tej pory uczono ją głównie o walce, a przecież obok wygranej i likwidacji zniszczeń wojennych jednym z ważniejszych zadań było złączenie rozbitego państwa w jeden sprawnie funkcjonujący organizm. Istotne było zlikwidowanie różnic panujących pomiędzy poszczególnymi częściami kraju i przekonanie ludzi, że ktoś z odrębnej części Polski nie jest już obcym. Bo niby wszyscy tęsknili za scaleniem Polski w jedno i za własnym krajem, ale lata podziału zrobiły swoje. Państwo Łozińscy opisują też warunki panujące w największych polskich miastach. Zabierają nas w podróż do ówczesnej Warszawy,Krakowa, Lwowa, Wilna, Poznania i Gdyni. Przez moment przenosimy się do odbudowywanej stolicy, gdzie po ulicach turkoczą dorożki, podróżni spieszą z jednego dworca na drugi, a za Solcem i ulicą Dobrą  przewijał się półświatek stolicy. Na krakowskim rynku,karmi się gołębie, pije kawę w kawiarenkach i ubija wszelkie interesy z przekonaniem, że tutaj czas płynie wolno i zupełnie inaczej. W Lwowie spaceruje się po parku Kilińskiego "To najbardziej romantyczny zakątek świata. I oczywiście wesoły, bo kawiarenek tu było, cukierni, knajpek, huśtawek, Boże ty mój!" - wspominał lwowianin , Jerzy Janicki. W podobnym duchu i stylu prowadzą nas Łozińscy przez pozostałe miasta. A potem zabierają na biedną wieś polską, wprowadzają w progi dworów, uchylają drzwi pałaców z ich arystokratycznymi mieszkańcami. Opisy balów i zabaw momentami są tak sugestywne, że ma się wrażenie jakbyśmy sami w nich uczestniczyli. Szczególnie przypadły mi do gustu opisy bali sfer artystycznych. "Zostawcie w domu fraki i szelki, strój byle jaki. a grunt to butelki" nawoływał afisz zapraszający na jedną z takich imprez:) I rzeczywiście bawiono się tam zgoła inaczej niż w dworach i pałacach. Zwykle obowiązywało przebranie, a jak ktoś nie daj Boże nieroztropnie pojawił się we fraku zostawał natychmiast schwytany, marynarkę i frak mu odwracano, twarz malowano we włosy wtykano różne ozdoby i dopiero tak wystrojonego delikwenta wpuszczano na salę:) "Włodzimierz Bartoszewicz zapamiętał studenta, który "ubrał się" w blaszany piecyk, tak zwaną kozę, 'tak nałożony, że drzwiczki wypadały w miejscu, na którym normalnie ludzie zwykli siadywać... Na drzwiczkach przyklejony był napis "Nie otwierać!". To wystarczyło, by sporo ciekawskich te drzwiczki otwierało, zamykając je zaraz z pośpiechem..." Jak widać młodzież bawiła się z iście ułańską fantazją:).
Sporą część książki obejmują też opisy podróży i środków lokomocji. Dużo dowiadujemy się o podróżowaniu koleją. Ponoć pociągi kursowały z taką dokładnością, że można było według ich przyjazdów nastawiać zegarki. Co jednocześnie nie znaczyło, że spóźnialski nie mógł liczyć na poczekanie na niego. Dość często bowiem zdarzało się tak, że wiedząc o tym, że ktoś na pociąg się spóźnia czekano na niego, a potem maszyniści nadrabiali stracony czas w trasie:). W dwudziestoleciu zaczęto również podróżować automobilami, choć drogi były bardzo kiepskie (to chyba taka nasza domena:)) i podróże te bywały trudne. Dla mnie dużym zaskoczeniem była wiadomość o samochodzie skonstruowanym przez hrabiego Stefana Tyszkiewicza. Do tej pory nie słyszałam o tym aucie. To fragment znaleziony na ten temat w internecie.
Może i was zaciekawi:

"Następną próbę - już znacznie poważniejszą - podjął hrabia Stefan Tyszkiewicz. W latach 1924 - 1928 skonstruował on bardzo udane podwozie samochodu osobowego, specjalnie przystosowane do użytkowania za złych polskich drogach. Między innymi zaletą tego samochodu marki "Ralf-Stetysz" była możliwość blokowania mechanizmu różnicowego ułatwiające jazdę w grząskim terenie. Samochód ten był wyposażony w 4 lub 6 cylindrowy silnik amerykańskiej firmy "Continental" cenionej w świecie ze względu na niezawodność. Początkowo samochody te były produkowane we Francji a potem w Warszawie przy ul. Fabrycznej 3. Niestety - w pewnym momencie z nieustalonych przyczyn w fabryce wybuchł pożar który strawił urządzenia do produkcji jak również gotową już - przeznaczoną do sprzedaży - dużą serię samochodów. Straty były olbrzymie i hrabia Tyszkiewicz nie zdołał niestety przekonać akcjonariuszy o opłacalności odbudowania fabryki i produkowania samochodów. Zniechęcony, przeniósł swe zainteresowania na handel samochodami zagranicznymi biorąc udział we wprowadzeniu do Polski samochodów koncernu FIAT i MERCEDES. Łączna liczba wyprodukowanych samochodów "Ralf-Stetysz"  w Polsce i we Francji wyniosła ok. 200 sztuk." (Fragment pochodzi STĄD)
Zdjęcie pochodzi STĄD

Po lekturze "Przedwojennej Polski" został mi jak zwykle pewien niedosyt i żal, że ten świat minął bezpowrotnie. Ale dzięki Państwu Łozińskim bogatsza jestem o nowe wiadomości i mam znów za czym tęsknić. A poza tym odkryłam źródło niepowodzenia naszych piłkarzy:) Otóż kochani moi to już taka nasza polska tradycja, a jak wiadomo z tradycja się nie dyskutuje. Na poparcie mojej tezy proszę bardzo fragment:
"Jednak największą widownię gromadziły mecze piłki nożnej w tej bodaj najpopularniejszej dyscyplinie sportu dwudziestolecia, o mistrzowski tytuł rywalizowały krakowskie Wisła i Cracovia, lwowska Pogoń. śląski Ruch Chorzów. Niestety, w rozgrywkach międzynarodowych polska piłka nie liczyła się wcale".
I teraz już wszystko jest jasne:) Tak mamy i już:)

wtorek, 21 maja 2013

Kogo pani wybierze?

Na początku bardzo dziękuję Magdzie K za piękną poranną niespodziankę:) Zobaczcie co zobaczyłam gdy weszłam do niej na bloga (TUTAJ). I to był znak, że dzień będzie udany, bo sami wiecie, że jaki początek tak się musi dalej rozwijać:) A teraz mam nadzieję, że i ja zrobię Magdzie przyjemność, bo wiem, że tak samo jak i ja lubi ona dwudziestolecie międzywojenne:) Właśnie gdybyście żyły, albo na moment zawitały w tamte czasy to ciekawa jestem do kogo byście wzdychały? Pytanie pojawiło się w mojej głowie pod wpływem przedwojennego czasopisma "AS", które sobie podczytywałam przy porannej kawie. Właśnie w nim był artykuł pod tytułem: "A kogo pani wybierze". Z drugiej strony jestem ciekawa co powiedziałyby panie z dwudziestolecia gdyby nagle  znalazły się na naszych ulicach. Obawiam się, że umarłyby z przerażenia. Wnioskuję to  z wypowiedzi, które w owym artykule się pojawiają. Proszę bardzo oto wypowiedź Artystki - rzeźbiarki: 
"Piękność mężczyzny - równie jak kobiety - nie polega tylko na rysach twarzy, lecz obejmuje całego człowieka. Jestem może jednostronna i nieco uprzedzona, bo na piękność mężczyzny patrzę oczami artystki, a nie kobiety. Twierdzę stanowczo, że zwracamy się dzisiaj ku klasycznej piękności. Mężczyzna piękny jest wysoki, smukły i wytrenowany, ale jego piękność ma pewien rys cierpkości, twardości, skupionej woli. Dzisiejszemu mężczyźnie brak antycznej gracji i tego - właściwego Rzymianom - opanowania ciała. Stał się on przyciężki. Najczęściej taki typ spotyka się między robotnikami fizycznie pracującymi, którzy najwięcej wykonują zdrowych ruchów. Twarz pięknego mężczyzny powinna wyrażać moc i harmonię, może być nieregularna, ale daleka od słodkawej, "mydełkowatej" piękności, która z mężczyzny czyni - przebrana kobietę. Jego swobodny niewymuszony chód nie może przypominać tak lubianego przez starszych panów, sztywnego chodu. Piękność mężczyzny nie zależy także od stroju, jednakże musi on go umieć nosić..."   

Jeżeli tamtejszym mężczyznom było brak antycznej gracji to nie wiem co mamy powiedzieć o dzisiejszych:) Stąd moje obawy: wyobraźcie sobie taką panią, która na współczesnych ulicach widzi powyciągane podkoszulki, spodnie z krokiem w kolanach i tak dalej i tak dalej. Toż jej cały poukładany świat runąłby na łeb na szyję! Bardzo podoba mi się ten fragment: "jego piękność ma pewien rys cierpkości, twardości, skupionej woli." Piękny też jest początek: "na piękność mężczyzny patrzę oczami artystki, a nie kobiety."
Ach te artystki!:) I to stwierdzenie, że piękność nie zależy od stroju, ale przecież musi go umieć nosić:) Jest też wypowiedź kobiety w typie stenotypistek. Swoją drogą to jaki to typ? Nie mogę tego rozszyfrować. W każdym razie pani ta jest bardzo niezdecydowana:

"Och! Przecież wielu jest pięknych mężczyzn! Mnie osobiście np. byłoby trudno wybrać sobie ulubieńca między artystami filmowymi. Wszyscy są tak wytworni, piękni, bez zarzutu, wypielęgnowani, że ciężko rozstrzygnąć. Czyż nie prawda, że jeszcze nigdy nie było tylu pięknych mężczyzn, jak w naszych czasach? Moja matka, która ongiś była bardzo piękna - to samo twierdzi. Sądzę, że u pięknego mężczyzny bardzo ważną rzeczą jest ubranie... Powinien mieć sympatyczne ręce, nie być zbyt młodym. Najlepiej podobają mi się lekko przyprószone skronie i melancholijny, a la Menjou uśmiech; ani zbyt kobiecy, ani zbyt męski. Piękne zęby, miły głos, to bardzo ważne rzeczy u pięknego mężczyzny."

Tak to widziały tamte dziewczęta. A wy moje panie kogo wybieracie? Proszę bardzo oto popularne typy z tamtych lat:

Gary Cooper: typ energicznego, stuprocentowego mężczyzny



Rudolf Valentino: donżuan i uwodziciel. Po jego śmierci zrozpaczone fanki popełniały samobójstwa:






Clark Gable: jeden z najprzystojniejszych artystów, wdzięk, szyk i tysiące złamanych serc: