Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maja i Jan Łozińscy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maja i Jan Łozińscy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 maja 2013

Życie zupełnie niecodzienne

Mimo tytułu książki państwa Łozińskich "W Przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne" to dla mnie osobiście było ono zupełnie niezwykłe. Nawet to codzienne nic z naszą współczesną codziennością nie miało wspólnego. Bale, bankiety, kabarety, wyprawy automobilem za miasto, podróże koleją, rodząca się dopiero co niepodległość, rozgrywki sportowe o tym wszystkim opowiada "Życie..." . A że jak już wspomniałam autorami są Maja i Jan Łozińscy to daje nam gwarancję, że książka będzie się czytać jak najlepsza powieść. Państwo Łozińscy bowiem mają ogromny dar opowiadania historii tak, że bez żadnego wysiłku zapada ona w pamięć. Ileż ja bym dała żeby kiedyś wziąć do ręki podręcznik do historii ich autorstwa... Ech... Na przykład takie odzyskanie niepodległości. Moja córka uczyła się o tym ostatnio w szkole. Wkuwała daty, nazwy i nudziła się śmiertelnie. A gdy przeczytała pierwszy rozdział "Życia.." to stwierdziła, że nareszcie te daty ożyły. Bo poza tym, że wiedziała co, gdzie i kiedy to jeszcze uzmysłowiła sobie czym dokładnie była ta niepodległość. Połączenie się Polski, zlikwidowanie zaborów nagle nabrało czysto ludzkiego charakteru. Do tej pory uczono ją głównie o walce, a przecież obok wygranej i likwidacji zniszczeń wojennych jednym z ważniejszych zadań było złączenie rozbitego państwa w jeden sprawnie funkcjonujący organizm. Istotne było zlikwidowanie różnic panujących pomiędzy poszczególnymi częściami kraju i przekonanie ludzi, że ktoś z odrębnej części Polski nie jest już obcym. Bo niby wszyscy tęsknili za scaleniem Polski w jedno i za własnym krajem, ale lata podziału zrobiły swoje. Państwo Łozińscy opisują też warunki panujące w największych polskich miastach. Zabierają nas w podróż do ówczesnej Warszawy,Krakowa, Lwowa, Wilna, Poznania i Gdyni. Przez moment przenosimy się do odbudowywanej stolicy, gdzie po ulicach turkoczą dorożki, podróżni spieszą z jednego dworca na drugi, a za Solcem i ulicą Dobrą  przewijał się półświatek stolicy. Na krakowskim rynku,karmi się gołębie, pije kawę w kawiarenkach i ubija wszelkie interesy z przekonaniem, że tutaj czas płynie wolno i zupełnie inaczej. W Lwowie spaceruje się po parku Kilińskiego "To najbardziej romantyczny zakątek świata. I oczywiście wesoły, bo kawiarenek tu było, cukierni, knajpek, huśtawek, Boże ty mój!" - wspominał lwowianin , Jerzy Janicki. W podobnym duchu i stylu prowadzą nas Łozińscy przez pozostałe miasta. A potem zabierają na biedną wieś polską, wprowadzają w progi dworów, uchylają drzwi pałaców z ich arystokratycznymi mieszkańcami. Opisy balów i zabaw momentami są tak sugestywne, że ma się wrażenie jakbyśmy sami w nich uczestniczyli. Szczególnie przypadły mi do gustu opisy bali sfer artystycznych. "Zostawcie w domu fraki i szelki, strój byle jaki. a grunt to butelki" nawoływał afisz zapraszający na jedną z takich imprez:) I rzeczywiście bawiono się tam zgoła inaczej niż w dworach i pałacach. Zwykle obowiązywało przebranie, a jak ktoś nie daj Boże nieroztropnie pojawił się we fraku zostawał natychmiast schwytany, marynarkę i frak mu odwracano, twarz malowano we włosy wtykano różne ozdoby i dopiero tak wystrojonego delikwenta wpuszczano na salę:) "Włodzimierz Bartoszewicz zapamiętał studenta, który "ubrał się" w blaszany piecyk, tak zwaną kozę, 'tak nałożony, że drzwiczki wypadały w miejscu, na którym normalnie ludzie zwykli siadywać... Na drzwiczkach przyklejony był napis "Nie otwierać!". To wystarczyło, by sporo ciekawskich te drzwiczki otwierało, zamykając je zaraz z pośpiechem..." Jak widać młodzież bawiła się z iście ułańską fantazją:).
Sporą część książki obejmują też opisy podróży i środków lokomocji. Dużo dowiadujemy się o podróżowaniu koleją. Ponoć pociągi kursowały z taką dokładnością, że można było według ich przyjazdów nastawiać zegarki. Co jednocześnie nie znaczyło, że spóźnialski nie mógł liczyć na poczekanie na niego. Dość często bowiem zdarzało się tak, że wiedząc o tym, że ktoś na pociąg się spóźnia czekano na niego, a potem maszyniści nadrabiali stracony czas w trasie:). W dwudziestoleciu zaczęto również podróżować automobilami, choć drogi były bardzo kiepskie (to chyba taka nasza domena:)) i podróże te bywały trudne. Dla mnie dużym zaskoczeniem była wiadomość o samochodzie skonstruowanym przez hrabiego Stefana Tyszkiewicza. Do tej pory nie słyszałam o tym aucie. To fragment znaleziony na ten temat w internecie.
Może i was zaciekawi:

"Następną próbę - już znacznie poważniejszą - podjął hrabia Stefan Tyszkiewicz. W latach 1924 - 1928 skonstruował on bardzo udane podwozie samochodu osobowego, specjalnie przystosowane do użytkowania za złych polskich drogach. Między innymi zaletą tego samochodu marki "Ralf-Stetysz" była możliwość blokowania mechanizmu różnicowego ułatwiające jazdę w grząskim terenie. Samochód ten był wyposażony w 4 lub 6 cylindrowy silnik amerykańskiej firmy "Continental" cenionej w świecie ze względu na niezawodność. Początkowo samochody te były produkowane we Francji a potem w Warszawie przy ul. Fabrycznej 3. Niestety - w pewnym momencie z nieustalonych przyczyn w fabryce wybuchł pożar który strawił urządzenia do produkcji jak również gotową już - przeznaczoną do sprzedaży - dużą serię samochodów. Straty były olbrzymie i hrabia Tyszkiewicz nie zdołał niestety przekonać akcjonariuszy o opłacalności odbudowania fabryki i produkowania samochodów. Zniechęcony, przeniósł swe zainteresowania na handel samochodami zagranicznymi biorąc udział we wprowadzeniu do Polski samochodów koncernu FIAT i MERCEDES. Łączna liczba wyprodukowanych samochodów "Ralf-Stetysz"  w Polsce i we Francji wyniosła ok. 200 sztuk." (Fragment pochodzi STĄD)
Zdjęcie pochodzi STĄD

Po lekturze "Przedwojennej Polski" został mi jak zwykle pewien niedosyt i żal, że ten świat minął bezpowrotnie. Ale dzięki Państwu Łozińskim bogatsza jestem o nowe wiadomości i mam znów za czym tęsknić. A poza tym odkryłam źródło niepowodzenia naszych piłkarzy:) Otóż kochani moi to już taka nasza polska tradycja, a jak wiadomo z tradycja się nie dyskutuje. Na poparcie mojej tezy proszę bardzo fragment:
"Jednak największą widownię gromadziły mecze piłki nożnej w tej bodaj najpopularniejszej dyscyplinie sportu dwudziestolecia, o mistrzowski tytuł rywalizowały krakowskie Wisła i Cracovia, lwowska Pogoń. śląski Ruch Chorzów. Niestety, w rozgrywkach międzynarodowych polska piłka nie liczyła się wcale".
I teraz już wszystko jest jasne:) Tak mamy i już:)

poniedziałek, 12 listopada 2012

O tym jak mój mąż w ogóle przestał na mnie zwracać uwagę i co ma do tego historia smaku

Ha, gdy twój mąż, wraca do domu omija cię nieprzytomnym wzrokiem i podąża w stronę fotela - wiedz, że coś się dzieje! Gdy mówisz do niego, a on niczym głucha niemowa nie odpowiada, wiedz, że coś się dzieje! I tak dalej i tak dalej.
W myśl powyższych zasad gdy mój szanowny małżonek zaczął wykazywać podobne objawy zaniepokoiłam się nie na żarty. Mój niepokój wzrósł jeszcze gdy pewnego wieczoru, właściwie nocy, gdy już prawie zasypiałam  mój mąż wyrwał mnie z błogiego półsnu pytaniem o to kiedy będę robić pierniczki.
- Chyba w grudniu - odpowiedziałam półprzytomnie, bo w tej chwili już niczego nie byłam pewna - A co?
- A nic, nic, do polewki by się przydały - odparł Kubuś i zasnął gdy tymczasem mi do spania chęć całkowicie przeszła. W najbliższych dniach fundował mi co chwila tego rodzaju zaskakujące atrakcje. Zaproponował między innymi, że może jak już w końcu nabędziemy ten wymarzony dom, najlepiej dwór to na jego imieniny (Kuby - nie dworu) będziemy podawać pieczonego pawia, poza tym zapragnął hodować drób, łowić we własnym stawie ryby i chadzać w wigilijny poranek na polowanie. Zapewniam was, że nie zmyślam i że wbrew pozorom mój mąż nie oszalał. Po prostu... Gdy twój facet zacznie się w ten sposób zachowywać wiedz, że  dorwał się właśnie do książki Mai i Jana Łozińskich zatytułowanej "Historia polskiego smaku. Kuchnia, stół, obyczaje":)
Historia polskiego smaku. Kuchnia stół i obyczaje. Wydawnictwo Naukowe PWN
A książka jest niesamowita! Po pierwsze autorzy dokonali prawdziwego cudu: "Historię..." czyta się jak wciągającą powieść. Gdyby tak pisano podręczniki do historii myślę, że mielibyśmy ją w małym palcu! Państwo Łozińscy opowieści kuchenne zaczynają od panowania Piastów i Jagiellonów. Opowiadają o tym jak wyglądały uczty, jak nakrywano do stołu, co jedzone i pito. A łatwo w tamtych czasach nie było! Nie dość, że Kościół nakazywał ciągłe posty, nie dość, że za złamanie tego zakazu można było stracić zęby (tak moi drodzy Chrobry kazał swoim, łamiącym nakaz postu, rycerzom je wybijać), to jeszcze dodatkowo gdy już post zakończono, biedny wygłodniały człowiek mógł stracić życie z powodu niestrawności! Szczególnie gdy jak Bolesław III, książę brzeski po czterdziestodniowym poście zjadł na Wielkanoc bagatela trzynaście kurcząt popijając je obficie piwem! Zmarło się biedaczynie po tym obżarstwie. Może gdyby zamiast kurcząt zdecydował się na wiewiórki (tak je też jadano!) to miałby szanse na przeżycie. Oczywiście tak tylko mi się wydaje, bo na oko wiewiórka ma chyba mniej mięsa niż kurczak... Ale ręki sobie za to uciąć nie dam, bo jak zapewne się domyślacie wiewiórki nigdy nie jadłam. Tak samo zresztą jak bobrzych ogonów, skowronków albo słowików, którymi w owych czasach się raczono. Poza mięsem jadano grzyby i inne dary lasu. Zdobywanie tych dobrodziejstw należało do dzieci i młodych dziewcząt z tym że nie mogły do lasu chodzić w pojedynkę bo: "Jeśli czyjaś córka idzie na pole lub do lasu po jabłka lub inne rzeczy i zostanie zgwałcona, wówczas płaci się karę [zaledwie] trzysta, gdyż nie wolno, by ona tak się wybierała".  Sporo w tym rozdziale (jak i innych zresztą) poświęcono uwagi trunkom i napojom alkoholowym. Mój mąż stwierdził, że pod tym kontem jestem średniowieczna, bo też potrafiłam dosładzać i doprawiać wytrawne wino:) No i właśnie skoro jesteśmy przy trunkach, to czytając doszłam do kilku wniosków: po pierwsze jeżeli ktoś mi jeszcze kiedyś powie, że nasz naród ma skłonności do nadużywania alkoholu to go po prostu wyśmieje! Po niniejszej lekturze śmiem twierdzić, że  my z nadużywaniem nie mamy nic wspólnego! Nasi przodkowie byliby wręcz zniesmaczeni widząc jak kaleczymy pradawne obyczaje! W rozdziale Od Sasów do króla Stasia czytamy: ... z ust do ust krążyły legendy o ich niezrównanej wytrzymałości na alkohol. W połowie XVIII wieku słynął z podobnych wyczynów generał Konarzewski, który zachowując przy tym absolutną trzeźwość , w godzinę wypijał kosz szampana lub dwoma łykami opróżniał puchar, mieszczący pięć butelek wina!" Inny jegomość krajczy koronny Adam Małachowski witał po raz pierwszy przybyłych gości blisko dwulitrowym kielichem wina, który to nieszczęsny odwiedzający musiał wychylić duszkiem.  Jeżeli mu się to nie udawało dolewano mu do pełna i kazano operację powtarzać. Gdzie nam powiedzcie do prawdziwego pijaństwa??? Poza tym ze skruchą przyznam, że imprezy jakie osobiście urządzam nie tylko nie zdobyłyby uznania w oczach naszych przodków, ale obawiam się, że pogrążyłyby mnie bez reszty. Bo  dawniej "... nic tak nie uszczęśliwiało troskliwego gospodarza jak wiadomość, że żaden z gości domu jego trzeźwy nie opuścił. Kiedy słyszał relację służby: "jako jeden, potoczywszy się wszystkie schody, tocząc się, kłębem przemierzył; jako drugiego zaniesiono do stancji jak nieżywego; jak ów zbił sobie róg głowy o ścianę; jak tamci dwaj, skłóciwszy się, pyski sobie powycinali; jako nareszcie - ten jegomość, chybiwszy krokiem, upadł w błoto, a do tego ząb sobie o kamień wybił" - wiedział na pewno, że i tym razem biesiada była udana!" No więc czarno na białym widać, że marna ze mnie gospodyni! Nikt wychodząc ode mnie nie staczał się ze schodów (biorąc pod uwagę, że mieszkam na czwartym piętrze, to może i dobrze), nikt zębów sobie nie wybijał ani nie brał się za łby. W sumie to może i lepiej, bo nie wiem, czy sąsiedzi narażeni na takie atrakcje byliby w stanie pojąć, że to wszystko czyniłabym w trosce o przywrócenie dawnych tradycji... Kolejną rzeczą która mnie zachwyciła to opowieść o kawie.  Zawdzięczamy jej sporo więcej niż tylko walory smakowe, bo zanim to ona zaczęła królować w czasie porannych posiłków zazwyczaj przed śniadaniem pijano wódeczkę dla rozgrzewki i poprawienia apetytu. Dopiero zwyczaj pijania kawy wyparł raczenie się od samego rana gorzałką. Poza tym stwierdzenie, że: " picie kawy "jest zbawienne dla osób temperamentu flegmistego, które są otyłe, które prowadzą życie próżniacze. Literaci (...) wyborne czynią skutki z kawy"" -  ubawiło mnie do łez:) Już rozumiem dlaczego nie potrafię rozpocząć dnia bez mocnej filiżanki kawusi:)
Przepięknie państwo Łozińscy opisali zwyczaje bożonarodzeniowe i wielkanocne. Pieczenie bab na Wielkanoc było całym rytuałem. Nie można było głośno mówić, trzaskać drzwiami i ogólnie czynić hałasu gdy wyrastały. Gdy już wyciągnięto je z pieca stygły ułożone na poduchach i pierzynach.
Poza tematami stricte kuchennymi pełno w tej książce anegdot, opowieści, fragmentów pamiętników i ciekawych wiadomości zza kulis kuchni.  Czy wiecie na przykład o tym, że w Stawisku u Iwaszkiewiczów placki ziemniaczane sporządzano i jadano w tajemnicy przed kucharką? Zacna kobieta ta uważała bowiem, że pewne potrawy nie są dość godne pańskiego podniebienia i wszelkie dyskusje ucinała krótko: "nie bedom jedli" :)
Ostatni rozdział opisuje jedzenie w PRL-u, a raczej to jak je zdobywano, szmuglowano i ile zachodu kosztowało wyżywienie rodziny. Czytając go przed oczami stanął mi mój tata, który w tamtych latach tuż przed Bożym Narodzeniem przytargał do domu PEŁNĄ torbę mandarynek. Ależ to była zdobycz! Z miejsca też przypomniałam sobie oranżady w woreczkach i małe buteleczki coca - coli którą piło się na raty, nie bacząc na to, że się wygazowuje. Ważne było żeby starczyła na jak najdłużej:)
Cała książka to przepiękna historia o tym jak kiedyś wyglądał świat smaku, jak ten smak się zmieniał jak zmieniały się obyczaje, sposoby przyrządzania i podawania jedzenia i o tym jak zmieniały się nasze gusta. Historia przepięknie ilustrowana, posiadająca szeroki przegląd sprzętów kuchennych i wiktuałów. To podróż w czasie której możemy zasiąść do stołu z Piastami i Jagiellonami, możemy odwiedzić ubogie chaty i z ich mieszkańcami również zjeść posiłek, możemy ukradkiem przemierzyć jadalnie pałaców,  zajrzeć do dworskich kuchni, wziąć udział w wystawnych przyjęciach, powrócić do przedwojennych cukierni i przypomnieć sobie tanie jadłodajnie, które jeszcze duża część z nas pamięta z PRL - u. Po przeczytaniu "Historii..."  już nie dziwię się Kubie, że tak kompletnie się w niej zatracił, bo od momentu otworzenia książki zatraciłam się w niej i ja. I też zatęskniłam za tymi dobrymi starymi obyczajami, niespiesznymi wystawnymi posiłkami, rozmowami toczącymi się przy stole, za gromadzeniem przy nim wielu bliskich sercu ludzi. Tak więc jak już moi kochani zakupimy ten dwór, Historia Smaku będzie naszym przewodnikiem i pomocą w powrocie do dawnych i często zapomnianych tradycji. Wprawdzie nie wiem co będziemy robić z tym drobiem przez nas hodowanym, bo nie wyobrażam sobie żebym mogła zjeść moje własne Balbinki i Pelasie i już wiem, że nie dam ich palcem tknąć, pawia na obiad podawać nie zamierzam, ale to już jakoś udało mi się Kubie wyperswadować, tym bardziej, że wprost napisano, że paw był niesmaczny. Nawet sprawę z polowaniem w wigilię rozwiązałam: po prostu wyślę mojego męża z aparatem i niech łowi co chce:) Tak sobie myślę  że zaiste ten nasz dwór będzie nieco dziwny, ale na pewno pewne rzeczy z Historii Smaku odtworzymy i podzielimy się nimi z naszymi gośćmi, którymi mam nadzieje będzie również część z Was:)

Pani Marto bardzo dziękuję za możliwość zapoznania się z niezwykle smaczną Historią Polskiego Smaku:)