Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 sierpnia 2020

Zielone wzgórza nad Korčulą czyli mały miszmasz i o tym jak zacząć od środka :)

Miasto Korčula przepiękne! Średniowieczne uliczki, cieniste zaułki, będzie
o nim duży materiał :)
Te wakacje od samego początku stały pod ogromnym znakiem zapytania. Rok dwudziesty dwudziesty postawił wszelkie plany na głowie. Najpierw nie wiedziałam, czy w ogóle gdzieś pojedziemy, potem wraz ze zmianami w sytuacji doszłam do wniosku, że jednak tak, ale w takim razie do Polski. No i rzeczywiście... Pojechaliśmy na wspólny wyjazd z mężem w nasze ukochane Sudety. Na wakacje z synem też mieliśmy tam wrócić. Ale potem przyszły deszcze, padało i padało (mówię tu o wczesnym lecie) i nagle zaczęły nękać mnie wizje nas uwięzionych w kwaterze, wsłuchanych w melancholijną melodię uderzających o dach kropli deszczu, które miarowo przechodziły w jednostajny szum zwiększającej się ulewy. Wizje były bardzo realistyczne i przerażające. Bo o ile ja i Kuba (mąż) nie mamy kłopotu ze znalezieniem sobie zajęcia i właściwie nie istnieje dla nas coś takiego jak zła pogoda, to z Tyśkiem sytuacja przedstawiała się nieco inaczej. Z naszym ukochanym trzynastolatkiem, zamknięci w domu siedzieliśmy już od marca i jakoś tak nie kwapiliśmy się do wakacyjnego uwięzienia na mniejszym metrażu :) Kto ma dzieci, na pewno mnie zrozumie. Ten kto nie ma, cóż, musi użyć wyobraźni, albo dla zwizualizowania sobie tego co byśmy czuli niech obejrzy lub przeczyta jakiś dobry horror :) No i właśnie wtedy wzięłam głęboki oddech i postanowiłam, że będzie jednak Chorwacja.
Podczas pisania tego postu :) Nieco nieuczesana :)

Widok z pokładu promu.


A to chyba opuncja??? Gigant :) Tuż koło naszego domu :) 

Dziwicie się, że zdecydowałam się na wyjazd zagranicę w czasach pandemii? Nie dziwcie się. W niczym ten pobyt się nie różni od pobytu w Polsce. Poza tym, że najpierw się stresowałam czy na pewno wyjedziemy, a potem czy na pewno uda nam się przekroczyć granice, a potem to już odsunęłam na bok wszelkie zmartwienia i zwyczajnie odpoczywam. W miejscach gdzie pod żadnym pozorem nie wejdziecie do sklepu bez maseczki. Nie wystarczy zakrycie ust chusteczką, albo szaliczkiem. Zwyczajnie brak maseczki równa się wyproszeniem. W miejscach, gdzie nie widziałam kelnerów bez maseczek, gdzie wszędzie stoją płyny do dezynfekcji rąk. Nie będę kłamać, że na plażach pustki, bo tak nie jest, ale też ludzie nie leżą na sobie. No, ale post o warunkach podróży i tego co zastaliśmy na miejscu będzie później. Bo powinien być konkretny, a ja własnie dorwałam się do klawiatury i palce mnie świerzbią więc o konkretach i zwięzłości nie ma mowy :) Ale żeby trzymać się konwencji roku dwudziestego dwudziestego to i tu będzie pewien miszmasz. Bo chronologicznie to najpierw powinnam napisać o wyspie Brać. Bo ona była pierwszym (i to osiągniętym) celem naszej podróży. 
Widok z Korčulskiej knajpki.

Odkrywamy Korčulę.

Relaks w barze, już w Lumbardze :)

No to tak jakby dalsza część relaksu :)

Ale, jak już wcześniej wspominałam, wszystko jest postawione na głowie to i tutaj zaczniemy, nie od końca wprawdzie ale od środka :) Bo ja po prostu muszę, no muszę napisać o tym jak po kurortowym Bolu przyjechaliśmy na Korčulę. Bo to są kochani dwa światy! Bol ze swoją promenadą, gwarem, wypasionymi jachtami, najbardziej znaną z pocztówek i zdjęć plażą Złoty Róg; kipi emocjami, gra, hałasuje. Jest energetyczny i piękny w taki trochę bardziej cywilizowany sposób. W porównaniu z Lumbardą, w której się zatrzymaliśmy to Bol jest taką bogatą, ekscentryczną ciotką :) No to wyszło mi porównanie :) Ale tak właśnie to się przedstawia. Korčula to zielone wzgórza (to chyba najbardziej zielona część Chorwacji, jaką do tej pory widziałam), stoki porośnięte winoroślą, oliwkowe drzewa, dzikie zatoczki i zupełnie udomowione, plaże. Każdy znajdzie coś dla siebie. Tutaj jest spokojnie i cicho. Woda jest niebywale przejrzysta, krystaliczny lazur w płynie. Wystarczy się pochylić i tam gdzie wybrzeże jest kamieniste od razu widać jeżowce, małe rybki, ogórki morskie. Po kamieniach spacerują kraby. Pierwszego wieczoru po przyjeździe widzieliśmy jak miejscowy rybak wyciąga z wody złowione ośmiornice. Tu pomimo tego, że nie brakuje turystów życie płynie pierwotnym nurtem. Na poboczach dróg rosną granaty, figi. I wszędzie widać drogowskazy do lokalnych winiarni. Zamierzamy tam wstąpić i oczywiście wszystko Wam opowiedzieć. W mieście - Korčuli byliśmy wczoraj. Ludzi niewiele, knajpki wygodnie usadowione nad brzegiem morza zachęcają do tego żeby przysiąść i zagapić się w wielki błękit. Tak po prostu. Bez żadnego celu. To dopiero pierwszy post o wyspie Korčuli. Wstęp, takie wstąpienie w otwarte bramy wakacyjnej przygody :) Następny będzie już o wiele bardziej konkretny. 
Ot tak, sobie rośnie przy drodze :)

Przerwa w zwiedzaniu Korčuli

A to chwila relaksu w drodze.

O samym mieście Korčuli, o zapomnianej wiosce Dub - o ile uda mi się ją odnaleźć, bo własnie dziś do niej ruszamy, o plażach, które odkryjemy i różnych winach, które zamierzamy pić wieczorami. Zaglądajcie do mnie proszę, może ktoś z Was zarazi się szwędaczem i postanowi, że  koniecznie trzeba ruszyć w świat. No a gdyby już komuś przeszło to przez głowę to podaję kilka przydatnych informacji.
Czyli jednak wbrew poprzednim zapewnieniom będą konkrety :) 

W podróż na Korčulę wyruszyliśmy ze Splitu, promem. Jeżeli byście kiedykolwiek to planowali, pamiętajcie, że promy (przynajmniej teraz w roku 2020) odpływają dwa: jeden o 10:30 a drugi dopiero o 17:30. Bilety kupuje się w porcie w wyznaczonych miejscach, wszystko jest doskonale oznakowane i nie musicie się obawiać zagubienia (ja się bałam potwornie, bo to były nasze pierwsze tego typu przeprawy). I teraz uwaga: 
1) W sezonie, trzeba być sporo przed czasem żeby mieć pewność, że dostaniemy się na prom. My byliśmy o 8:00 i już staliśmy w puli rezerwowej. Udało nam się wjechać jako jednym z ostatnich.
2) Ze Splitu na Korčulę płynie się trzy godziny, warto o tym wiedzieć i uwzględnić czas podróży.
3) Bilet na prom ze Splitu na Korčulę kosztuje w przeliczeniu na złotówki około trzystu złotych (z mojego punktu widzenia to istotna informacja, bo trzeba tę kwotę uwzględnić w budżecie wakacyjnym :))
4) Wracając będziemy płynąć z innego miejsca i wtedy uzupełnię dane (w sensie skąd, jaki czas i jaki koszt) 

Buziaki Wam przesyłam i zapraszam na kolejny post o bezdrożach, odkryciach i zachwytach. 

Kolejka samochodów na prom, a to tylko te za nami,
z puli rezerwowej :) 

czwartek, 9 lipca 2020

Skansen w Suchej - trochę mi smutno, trochę żal...

Mamy tak od czasu do czasu, że odczuwamy ogromną ochotę na sentymentalną podróż. Do miejsc, które w jakiś sposób zapisały się w naszej pamięci, do dróg, na których piasek przechowuje nasze zatarte ślady. Tam gdzie kiedyś coś nas zachwyciło, złapało za gardło, zakotwiczyło się w sercu i nie pozwala o sobie zapomnieć. Chyba to taka osobista mapa dróg prowadzących do naszych prywatnych szczęśliwych chwil. Miejsc czarownych, podszytych tęsknotą. U każdego taka mapa będzie wyglądała inaczej. Pewnie znajdą się na niej leśne ścieżki, małe kafejki, kręte uliczki. Albo wręcz przeciwnie: szerokie, gwarne i zatłoczone ulice, kluby tętniące głośną muzyką, plaże pełne ludzi.
My należymy raczej do tej pierwszej kategorii, jesteśmy wzdychulcami :) Takimi co to kochają ustronne miejsca,  stare przedmioty, domy, których ściany przesiąknięte są dawno przebrzmiałym śmiechem, w których stoły pamiętają wigilie sprzed ponad stu lat, w serwantkach tulą się do siebie porcelanowe filiżanki, czekające na to aż w końcu znajdzie się ktoś, kto pieszczotliwie obejmie ich uszka i rozgrzeje wnętrza gorącą kawą albo herbatą.  Dlatego też zapewne tak lubimy skanseny.



Jednym, który odwiedzamy regularnie jest ten położony w Suchej. Mamy do niego dość blisko, jakąś godzinę jazdy.  Sucha leży w powiecie węgrowskim. To wieś położona pomiędzy Grębkowem a Kopciami. Specjalnie piszę szczegółowo o położeniu, bo to ułatwia zlokalizowanie, a może ktoś się skusi i pojedzie. A mam wrażenie, że jeżeli ktoś ma na to ochotę powinien to uczynić w miarę szybko, bo nie dzieje się tam dobrze.
Gdy pisałam o Suchej w 2012 roku już wtedy znajdowałam opinie, że skansen jest zaniedbany, że chyli się ku upadkowi. Jednak wtedy wydawało mi się, że to zbyt pochopne oceny. Zresztą pozwolę sobie przytoczyć to co wówczas napisałam:
"Szukając wiadomości o Suchej znalazłam wpis o tym, że skansen zaniedbany, że chyli się ku upadkowi, że jak można (...). A ja poczytałam i wiem (od razu zaznaczam, nie znam właściciela, pracowników, nikogo, to moje zupełnie niezależne przemyślenia), że dwór jest finansowany przez prywatnego człowieka, właściciela, który nawiasem mówiąc odbudował go, bo w momencie zakupu, dwór w dużej części był spróchniały zagrzybiony, pozbawiony dachu. Specjaliści z Warszawy powiedzieli, że nie da się z nim nic zrobić, natomiast mieszkańcy wsi stwierdzili, że się jednak da. I się dało! Moim zdaniem nie powinniśmy oceniać w ten sposób jak w tym podlinkowanym wpisie*. Bo wystawiać negatywne opinie łatwo, dużo trudniej zmierzyć się z rzeczywistością i stawić jej czoła. Mnie dwór zachwycił, szczególnym sentymentem obdarzyłam werandę z tyłu, na której w czasie gdy w dworze mieścił się PGR , trzymano - uwaga! Traktor!"

*w tej chwili strona się nie otwiera.



No cóż, wtedy wydawało mi się, że nie jest źle, że trzeba czasu na zdobycie pieniędzy, że prace są prowadzone. Ale z roku na rok to miejsce wygląda coraz gorzej. Zapewne nadal potrzeba gigantycznych środków na odbudowę i bieżące potrzeby ale nie można przymykać oczu na to, że czasu jest coraz mniej. Dwór, który jeszcze kilka lat temu miał nadzieję w tej chwili sprawia wrażenie zrezygnowanego. Naprawdę czuje się w nim takie jakieś smutne pogodzenie się z losem, skulenie i beznadziejność. A przecież to dom z przepiękną, bogatą historią. Pozwolę sobie sięgnąć do mojego tekstu sprzed lat:
Ten budynek jest bardzo dobrze utrzymany,
ktoś chyba w nim mieszka.

"We wnętrzach nie zachował się oryginalny wystrój. Jedyną rzeczą jaką udało się odzyskać jest szafa, którą kiedyś dostała w prezencie ślubnym pokojówka, która tam pracowała i ową szafę udało się odkupić i wstawić z powrotem. Reszta umeblowania pochodzi z prywatnych zakupów pana Kwiatkowskiego (właściciela dworu) i darowizn. W liwskim zamku można obejrzeć piec, który kiedyś w dworze stał. Dlaczego go tam przeniesiono - nie mam pojęcia. Poza dworem na terenie znajdują się jeszcze inne stare chaty, do jednej nawet nas wpuszczono,(to było parę lat temu, teraz wszystkie budynki poza dworem pozostają zamknięte), można było zobaczyć wnętrze i stare przedmioty (mnie rozczulił bujany konik i kołyska), druga starsza chata (chałupa ks, Brzóski, z około 1860 roku, ukrywał się w niej rzeczony Stanisław Brzóska, ostatni uczestnik Powstania Styczniowego) chwilowo zamknięta jest dla zwiedzających. Nawiązując do zaniedbania, to warto wspomnieć ( to wiem z książeczki o Suchej), że właścicielowi nie było łatwo utrzymać obiektów. Pozwolę sobie zacytować pewien fragment:
A na zdjęciu sekretarzyk (ten to współczesna replika). 
52 szufladki jedna na każdy tydzień roku :)





"... Jest to tym samym zabytek historyczny. Pokryłem go strzechą. W izbie umieściłem rzeźby, które ofiatrował mi ich autor Witold Lorentowicz z sąsiedniej miejscowości Polaki. Urokliwe rzeźby, a było ich ponad dwadzieścia, przedstawiały prace ludu podlaskiego m.in. źniwiarz, pasących gąski, wyrabiających masło w maselnicy, etc. Dzieci, ale i dorośli którzy odwiedzali skansen, zachwycali się takiego rodzaju sztuką. W Chałupie tej ponadto zgromadzono przedmioty i narzędzia m.in. unikalny wiejski magiel, posiadający skrzynię, do której wrzucało się kamienie. Poza tym znalazły tu swoje miejsce: stary XIX wieczny warsztat stolarski, pług i drewniana brona. W innym pomieszczeniu urządziłem izbę ks. Brzóski, z różnymi dotyczącymi go pamiątkami.
Piszę o tym w czasie przeszłym, bo wszystko to dnia 19 listopada 2003 roku spłonęło w ogniu, podłożonym przez mojego pracownika, z którym nigdy nie byłem w konflikcie - alkohol odebrał mu poczytalność"
Dalej dowiadujemy się, że nie tylko chata ks. Brzóski uległa wtedy zniszczeniu, ale druga, ta do której obecnie można już wchodzić też została podpalona.  To że po tym wszystkim udało się na nowo je odbudować i jako tako wyposażyć to i tak wielki cud. Ja szczerze podziwiam determinację ludzi, którzy się nie poddali.
Jako ciekawostkę dodam, że Dwór często zmienia się w plan filmowy. „Pornografia” w reżyserii Jana Jakuba Kolskiego czy „Śluby Panieńskie” Filipa Bajona - w większości powstały na terenie skansenu. W superprodukcji Jerzego Hoffmana – „1920. Bitwa Warszawska” – na terenie skansenu powstawały sceny potyczki polskiego oddziału z Armią Czerwoną. Tutaj także stacjonowali Czerwonoarmiści i powstały sceny sądu polowego nad polskimi żołnierzami. "

Wracając do tego co dziś. Widać, że coś poszło nie tak. I o ile poprzednim razem wyszłam z terenu skansenu z poczuciem, że wszystko jeszcze przed nim to teraz... Jest mi żal. I jakoś tak przyszedł mi do głowy fragment wiersza pana Mariusza Parlickiego:

Ad fontes

Szkoda, że ciebie dziś tu nie ma,

bo tu czas w miejscu jakby stanął,

stół stoi z nakryciami trzema

i chleb wyjęty wtedy rano



leży. Firanki w oknach szare,

już po krochmalu nie ma śladu,

na dobre stanął też zegarek,

cicho, jak nigdy u sąsiadów.



Ogródek zarósł bujnym chwastem,

ale gdzieniegdzie ciągle kwiaty,

kaflowy piec nie pachnie ciastem,

brak konfitury i herbaty, (...)


Dlatego jeżeli macie możliwość pojechania do Suchej, zróbcie to.  Nie można takich miejsc opuszczać w gorszych momentach. Przyjaciół poznaje się w biedzie, a to miejsce bardzo potrzebuje przyjaznych ludzi. Przejdźcie się po wnętrzu dworu, pogłaszczcie oparcia krzeseł, przystańcie przed sekretarzykiem. Dajcie temu miejscu nadzieje. Kto wie może jeżeli liczba odwiedzających gwałtownie wzrośnie, coś zacznie się dziać. Może znów drzwi starych chat staną otworem, a dwór odetchnie z ulgą. Tego mu z całego serca życzę.








wtorek, 25 czerwca 2019

A gdzie ten murek, gdzie jezioro?

Stała tuż przy cmentarnym murku
porośniętym gdzieniegdzie mchem
a przed nią rozciągała się panorama jeziora tonącego
w blasku zachodzącego słońca.
Różowozłote pasma kładły się na wodzie, migocząc i drżąc zwodniczo. 
Po ostatnim wpisie i tutaj i na mailu i na fb pojawiły się pytania dotyczące murku, na którym siedzę. I ja już wiem, o co Wam moi kochani chodzi. Otóż znacie mnie jak własną kieszeń i zapewne w duchu zadajecie sobie pytanie, czy z "Antolką" będzie tak jak z Malowniczym, że gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie... I właśnie złapałam się na tym, że nucę:

Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie 
Świat, w którym baśń ta dzieje się, 
Maleńka pszczółka mieszka w nim 
Co wieść chce wśród owadów prym. 

Tę pszczółkę, którą tu widzicie, zowią Mają, 
Wszyscy Maję znają i kochają. 
Maja fruwa tu i tam 
Świat swój pokazując nam. (...) 

Myślicie, że skoro mi się pokojarzyło  właśnie z tym to jestem potwornie stara?  Dziś chyba już mało kto pamięta starą, dobrą Maję i Gucia i pajęczycę Teklę ... Oho, no i odpłynęłam, ale już wracam na właściwy kurs, czyli do Antolki i murku i Janka i zachodu słońca w Kalu... I tutaj właśnie mamy odpowiedź. Murek istnieje (dowód na zdjęciu) 

a w powieści wszystkie miejsca, w których będzie Antolka będą autentyczne, wymienione i całkowicie do zlokalizowania.
Tak żeby Wam przybliżyć klimat powieści wstawiam zdjęcia :) Możecie zerknąć na to, co widziała Antolka.

A poniżej mały fragment, ten jest trochę nostalgiczny, ale nie dajcie się zwieść. Antolka nie jest panienką, która zbyt często popada w taki nastrój, ale tym razem jej się zdarzyło :) 

Buziaki dla Was kochani!

A właśnie okładka Antolki pojawi się trzeciego lipca :) Czyli już nie licząc dzisiejszego, za osiem dni :) 



Z "Pięknego Brzegu" wracali na jacht krętą, wąską ścieżką, z obu stron malowniczo przyozdobioną kwitnącymi dzikimi różami i głogami, które jeszcze gdzieniegdzie pomiędzy liście wplatały ostatnie płatki kwiatów.
- Pięknie tutaj. – Antolka przystanęła i rozejrzała się dookoła. – Zobacz, ile tu rośnie zdziczałych jabłonek! Szkoda, że już przekwitły! 

- A jakie dają jabłka! Tego się nie da opisać. Słodycz nagrzana słońcem i smakująca wspomnieniem lata. –  Uśmiechnął się Janek. – Właściwie chciałbym tu wrócić jesienią i znów zobaczyć jabłonki pochylone pod ciężarem owoców, głóg, który tak pięknie odznacza się purpurą na tle ciemnozielonych liści. Bo teraz ta zieleń jest jeszcze młoda, niepoważna a później, we wrześniu, październiku staje się głębsza, dojrzalsza. Ale to chyba nie jest w dobrym tonie podczas wiosny tak jawnie tęsknić za jesienią. – Roześmiał się. – Lepiej skupić się na tym, co jest tu i teraz. Chodź, pójdziemy kawałek pod górę, pokażę ci coś naprawdę wyjątkowego. – Uśmiechnął się i jak gdyby nigdy nic, wziął ją za rękę. 
To tylko zwykły, miły gest – przekonywała sama siebie, usiłując nie zwracać uwagi na bijące w oszalałym tempie serce. Pewnie robi tak z każdą dziewczyną, którą tutaj zabiera. Ot tak po prostu, zamyka jej dłoń w swojej ręce, żeby im się przyjemniej szło. No i rzeczywiście jest miło… Ale czy jakoś nadzwyczajnie? Usiłując nie dać się ponieść wyobraźni, zajęta swoimi myślami, z oczami wbitymi w ziemię, nie zauważyła, że doszli na szczyt wzgórza.


- Chciałem, żebyśmy dotarli tu tuż przed zachodem słońca, i się udało. To magiczne miejsce, jedno z moich ulubionych – powiedział, podprowadzając ją do kamiennego muru, za którym rozciągał się stary cmentarz wojenny. 
Dookoła niego zasadzono sosny, które zupełnie nie przypominały Antolce tych mazowieckich, długich i strzelistych. Te były niższe, bardziej rozgałęzione, sprawiały wrażenie, jakby wcale im nie zależało na tym, by piąć się do słońca, raczej skupiły się, żeby otulić swoimi pochylonymi ramionami śpiących snem wiecznym wojaków.
- Leżą tu żołnierze wrogich armii – powiedział cicho Janek. – Niemcy, Rosjanie. Jak popatrzysz na nagrobki uważnie, to zobaczysz też i polskie nazwiska. Kiedyś zastanawiałem się, czy teraz, gdy już wreszcie wszystko skończone, umieją dogadać się między sobą.



- Mnie się wydaje, że się całkiem nieźle dogadują – szepnęła nagle wzruszona Antolka, podchodząc do ogromnego, drewnianego krzyża. – Tu jest taki głęboki spokój, taka cisza pełna znaczeń, że inaczej być nie może. To się czuje w powietrzu, że oni już nie są na wojnie, że im tam gdzieś, gdzie teraz są, jest dobrze i spokojnie. Pewnie siedzą na drewnianych ławeczkach, stojących pod bielonymi ścianami domów, i opowiadają swoje wojenne dzieje dzieciom, których nie zdążyli mieć. I nie pozwalają swoim synom nawet myśleć o wojnie. Palą fajki, a wieczorami piją koniak dla kurażu… – Zamilkła, nagle zawstydzona tym, że głośno wypowiedziała to wszystko co w tej chwili ją przepełniało. 


Zerknęła spod oka na Janka, ale w jego twarzy nie było niczego, czego się obawiała. Ani śladu kpiny czy zdziwienia. Za to oczy miał pełne ciepła i zrozumienia. I właśnie w tym momencie dotarło do niej, że oto zupełnie nieoczekiwanie spotkała kogoś, kto po prostu ją rozwiązał jak krzyżówkę, i to mimo tego, że miała tak potwornie trudne hasła. Przed Jankiem nie musiała niczego udawać. Wystarczyło, że jest taka, jaka jest. Ot, po prostu, zwyczajnie. 
- Chodź, bo to jeszcze nie koniec, to jest jedno z tych miejsc, których nie można pominąć, będąc na Mazurach, nie tylko ze względu na to wszystko. – Janek znacząco powiódł wzrokiem wokół siebie, jeszcze mocniej ujął jej dłoń i pociągnął za sobą w stronę murku. – Zamknij oczy i otwórz dopiero, jak powiem. Jeszcze moment, zrób krok, no nie bój się, przecież cię trzymam i nie puszczę. – W jego głosie słychać było czułość i pewność. – Teraz spójrz! – Antolka otworzyła oczy i znieruchomiała.
Stała tuż przy cmentarnym murku porośniętym gdzieniegdzie mchem a przed nią rozciągała się panorama jeziora tonącego w blasku zachodzącego słońca. Różowozłote pasma kładły się na wodzie, migocząc i drżąc zwodniczo. 

niedziela, 21 stycznia 2018

Jak to jest gdy jest się gapą czyli a miało być tak pięknie

zdjęcie nie nasze ale wiecie, zgodnie stwierdziliśmy,
że przecież mogłoby być :)
Ferie zaplanowaliśmy już jakiś czas temu. Wiedzieliśmy, że chcemy pobyć razem (w okrojonym składzie, bo Zuza ma sesję więc nie dało jej się wyrwać z bezlitosnych szponów nauki), poczytać, pospacerować, spędzać czas tak jak nam się zapragnie... Bez stresu i bez gnania. I wymarzył mi się śnieg. Bo jakoś tak nagle zaczęłam mieć dość tego przedwiośnia, które panowało u nas za oknami. I jeszcze żeby trochę prześlicznych zdjęć przywieźć - marzyłam. Takich zimowych i z ptakami, sarnami, soplami zwisającymi z dachów, szronem na gałęziach drzew... Kuba (mąż mój osobisty) marzył o tym samym. To jest dopiero szczęście mieć takiego męża, który nawet w sferze marzeń jest zgodny. I w związku z tym, nadal zgodnie, zakupiliśmy do naszego aparatu obiektyw. Taki co to miał nam zbliżać te wszystkie cuda natury, których zamierzaliśmy doświadczać, podglądać i szukać. Dostatecznie wcześnie zakupiliśmy żeby nie było problemu z odebraniem. Wypróbowaliśmy jeszcze w domu na kawkach siedzących na sąsiednim bloku, na gołębiu grzywaczu, który się raczył raz pokazać i zasiąść na drzewie widocznym z naszego okna. Fotografie wychodziły świetne. Tysiek zaczął (zgodnie rzecz jasna) podzielać nasze podekscytowanie potencjalnymi zdjęciami. Widać zgodność też bywa dziedziczna. I wszystko było pięknie. Nawet jeden dzień opóźnienia nie zepsuł nam  radości z zaplanowanej eskapady. Nadal byliśmy zgodni, że będzie pięknie. W końcu zapakowaliśmy walizki, potem siebie do auta i pojechaliśmy. Na nasze bezdroża, nasz wymarzony mazurski koniec świata. W połowie drogi zaczął sypać śnieg. Cudownie - ucieszyliśmy się w miarę zgodnie, bo Kuba tym razem przejawił nieco mniejszy entuzjazm, bo ślisko się zaczęło robić na drodze.  W pewnym momencie tak nas bujnęło, że nasza Maryśka (nasze auto, właśnie chyba Wam jeszcze nie mówiłam, że zakończyła się era męskiego samochodowego panowania, dla niewtajemniczonych do tej pory mieliśmy Edmunda, Floriana i Juliusza. W związku z tym, że z Juliusza wyszła niezła gadzina, która w kółko się psuła, teraz nasze auto nazywa się Maryśka i jeszcze ani razu nie sprawiło nam kłopotu :))  zatańczyła i zaczęła tracić panowanie nad kuprem, który niepokojąco gonił przód. Zatchnęło mnie z lekkiego przerażenia. Na całe szczęście z naprzeciwka nic nie jechało i udało nam się przywołać Mańkę do porządku. Plus z tego był taki, że jak ręką odjął przeszła mi ochota na spanie i do końca podróży byłam żwawa niczym skowronek, który poczuł pierwsze promienie słońca. Ale nie wybiegajmy naprzód. Na razie jesteśmy w połowie drogi. I właśnie jakoś tak zaraz po tym, jak Maryśka zapragnęła uprawiać łyżwiarstwo oponowe mignęła mi w głowie niepokojąca myśl. Rozejrzałam się wokół siebie, spojrzałam pod nogi, zajrzałam do schowka. I wypowiedziałam na głos to co mnie zaniepokoiło, jedno małe słowo: aparat!
Przez moment w aucie panowała cisza a potem zgodnie (a jakże) jęknęliśmy z rozpaczą. Aparat bowiem został na regale, na półce z książkami.
I co się później wydarzyło? Ano to co zwykle w takich sytuacjach ma miejsce. Nie mieliśmy aparatu a więc od samego rana za oknami naszego pensjonatu odbywały się szydercze przemarsze najróżniejszych okazów, które moglibyśmy uwiecznić ku naszej radości i pamięci potomności. Ledwo z nostalgią pomyślałam o gilach a tu proszę bardzo, jak za potrząśnięciem czarodziejskiej różdżki całe stada z czerwonymi brzuszkami obsiadły drzewa. Dzięcioły dosłownie paradowały tuż pod naszymi nosami. Jakbyśmy mieli aparat to zapewne dziadygi w ogóle by się nie pojawiły. Sarny? Ależ proszę bardzo, miałam je w ilościach hurtowych, specjalnie na tę okazję wyszkolone, bo nawet nie uciekały i stały na poboczach i mrugały do mnie ciemnymi oczyskami. Mało mi było? To proszę bardzo dostałam jeszcze w prezencie dwa łosie... No dobra właściwie to ich zady, bo reszta ginęła w gęstwinie, ale że łoś zad ma potężny to te dwa działały na wyobraźnię i dawały przedsmak tego co jest z przodu i co na pewno naszym cudownym obiektywem można by było zbliżyć. O topolach całych porośniętych jemiołą i brzozach, których gałązki migotały srebrzystym szronem nie wspomnę.
Ale powiem Wam, że tak czy siak pięknie jest :) Jest bo wyjeżdżamy jutro więc chwilo trwaj jak najdłużej. Wracam bez zdjęć ale z obrazami zapisanymi w pamięci i z genialnym wątkiem do książki, który absolutnie nie pojawiłby się gdyby mnie tutaj nie przywiało. I śnieg był i łosie były i ptaki i długie spokojne wieczory. Dobrze, że można takie obrazy zachować w kadrach pamięci :) Choć łosi żałuję, to by były najładniejsze zady jakie do tej pory sfotografowałam :)
Buziaki dla Was kochani i spokojnej i dobrej nocy i cudownych kolejnych dni.   

sobota, 16 grudnia 2017

Dziś będę przede wszystkim...

Puk, puk! Ktoś tu do mnie zagląda? Jeżeli zerka, bo czeka na orzeczenie Szanownego Jury, to jeszcze musi uzbroić się w cierpliwość. Dziewczyny wprawdzie ogłosiły już werdykt (więc ja wiem i one wiedzą:)) ale na oficjalny post poczekajcie do jutra :) bo ja dziś zamierzam być przede wszystkim mamą :) Umówiłam się z mężem i synem i wyruszamy najpierw na zakupy i to takie poważne, bo Tysiek, który już od dwóch lat wątpił w istnienie Mikołaja (nie rozumiem dlaczego, bo ja wciąż w niego wierzę :)) w tym roku nabrał pewności i postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. W związku z tym wyruszamy po prezenta! Bo trzeba pomóc wybrać coś dla siostry, dla jej Kubusia, dla taty, który ma wtedy zniknąć w jakimś innym miejscu i zapewne dla mnie (i wtedy ja zniknę :)) i jeszcze dla paru osób. A później pospacerujemy po Warszawskim Starym Mieście, wypijemy gorącą czekoladę. Lubię być żoną i mamą :) A do Was mam ogromną prośbę. Zostawicie mi w komentarzu znak sygnał, kto mnie odwiedza? Część z Was często się odzywa, ale część to dla mnie zagadka. Przedstawicie mi się? Jestem Was ogromnie ciekawa. Tak po prostu po ludzku :) Wystarczą dosłownie dwa słowa :)
Buziaki!

środa, 11 października 2017

Zwyczajność w Toskanii :) Czyli moja wielka miłość

Zaczęło się od wielkiego marzenia. I zachwytu. I obejrzenia filmu "Pod słońcem Toskanii". Zapewne na to co się we mnie wtedy obudziło miało wpływ wiele czynników. Tęsknota za słońcem, zachwyt radością, nostalgia za własnym miejscem na ziemi... W każdym razie przepadłam. Platonicznie zakochałam się w Toskanii. Pielęgnowałam tę miłość przez kilka lat. Oglądałam, czytałam wszystko co wpadło mi w ręce na ten temat. Zarażałam bliskich entuzjazmem, którego między nami mówiąc miałam mnóstwo więc było się czym dzielić. W końcu udało się! Zarezerwowaliśmy pobyt, kwatera blisko Florencji, w samym sercu Toskanii :) I tu nagle pojawił się problem. Pamiętacie Magdę z "Wymarzonego domu"? I jej lęk przed pojechaniem do ukochanej Francji? Otóż obdarzyłam ją tym samym strachem, który sama odczuwałam. Taka scena wciąż stoi mi przed oczami: ja przy zapakowanym po brzegi samochodzie, otwarte drzwi i nie mogę się zdecydować żeby wsiąść, bo co będzie jeżeli okaże się, że to na co przez tyle czasu czekałam, o czym marzyłam mnie rozczaruje? Ale na całe szczęście te obawy okazały się płonne. Wróciliśmy rozkochani, zachwyceni i z bardzo silnym postanowieniem, że do Włoch będziemy wracać. I wracamy :) I właśnie moi mili znów powróciliśmy. Z październikowego zimna i pluchy wpadliśmy prosto w słoneczne objęcia letniego popołudnia. Bo tutaj nadal jest lato :) I oszałamiająco pachnie rozmaryn, granaty rosną w ogrodach, ludzie piją wino, gestykulują, śmieją się i wygrzewają w popołudniowym słońcu na ławkach, schodach, murkach. Mieszkamy w otoczeniu gajów oliwnych i winnic. Z okna widzę strzeliste cyprysy. W południe z pobliskiego miasteczka dochodzi dźwięk dzwonów. Wczoraj nie chciało nam się nigdzie spieszyć. Zeszliśmy do Poggibonsi. Wypiliśmy kawę. Powłóczyliśmy się po wąskich uliczkach. Wspięliśmy się na wzgórze, na szczycie, którego dumnie rozparł się zamek. Jaszczurki umykały nam spod nóg. Było zwyczajnie. Błogo i dobrze. W drodze powrotnej spotkaliśmy parę: szpakowatego pana i przepięknie uśmiechniętą kobietę. Prowadzili na smyczy roześmianego psa. Ogon mu się tak machał, że mogę przysiąc, że był ucieszony. Wyglądał... No włosko :) Razem z państwem z psem szły dwa koty po kociemu dumne. Pani na nasz widok zatrzymała się i zapytała skąd jesteśmy i czy byliśmy pieszo w miasteczku. O dziwo jakoś się zrozumieliśmy, pomimo tego, że my po włosku mówimy raczej szczątkowo (co zamierzam definitywnie w tym roku zmienić:)) Gdy przytaknęliśmy zgodnie z mężem wykrzyknęli: bravo, bravo! Pożegnaliśmy się i rozeszliśmy w przeciwne strony. Oni z psem i kotami podążyli w swoją stronę a my wróciliśmy do domu. Bo chwilowo to właśnie tutaj jest nasz dom. I znów było zwyczajnie. Błogo i dobrze. I właśnie takiej zwyczajności Wam życzę. Bo to ona jest najcenniejsza. A na koniec garść zdjęć :)