Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dorota Gąsiorowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dorota Gąsiorowska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 marca 2016

Primabaleriny wędrują do... Zapraszam :)

W pierwszych słowach chciałam serdecznie podziękować Pani Dorotce i Wam. Za zaangażowanie, za obecność, za miłe słowa, za ciekawość świata. Dziękuję! I żeby już nie przedłużać oto kilka słów od naszego kochanego gościa:

Kochani, przesłuchałam wszystkie piosenki, które zaproponowaliście. Niektóre nawet kilka razy. Tak jak zawsze wybór był trudny, ale... trzeba było go dokonać. Wybrałam muzykę, którą poleciła Pani Kasia Piwoda, bo zakochałam się w Canonie Pachelbela. A River Flows In You to najważniejszy z utworów w Obietnicy Łucji. To właśnie przy nim poznali się Łucja i Tomasz. Ach... przypomniały mi się klimaty Różanego Gaju, fortepian Tomasza i cała ta historia.
Wszystkim, którzy wzięli udział, serdecznie dziękuję, za to, że podzieliliście się ze mną swoimi wrażeniami, że poznałam Wasze upodobania muzyczne. Jeszcze raz dziękuję i życzę Wam wszystkiego, co najpiękniejsze. Oby zawsze przygrywała Wam piękna muzyka, która zainspiruje Was do twórczego życia i przyciągnie do Was dobrych, kochających ludzi. A Pani Madzi Kordel dziękuję za to, że tak pięknie opowiada nam o Primabalerinie i cudownym Lwowie. Dziękuję!

Ja również dziękuję, mam wrażenie, że ta Makatka pozwoliła mi poznać pokrewną duszę :) A teraz wybór pytania:

Oj, miałam nie lada problem z wyborem tego jedynego pytania, bo wszystkie były ciekawe i chętnie na nie odpowiedziałam. Nad niektórymi musiałam się zastanowić trochę dłużej, na inne, odpowiedzi pojawiły się niemal od razu. Ale... jedno z pytań sprawiło, że przypomniałam sobie piękne sytuacje. Uruchomiło we mnie wspomnienia, które niby pamiętałam, ale nie miałam czasu do nich wracać. A teraz usiadłam, zamknęłam oczy i hop... Powędrowałam w przeszłość do mojego dzieciństwa. To bardzo miłe i takie realne, kiedy odkrywamy, że wciąż jest w nas cząstka tamtego dziecka. Osobą, która sprawiła mi tę jakże wyjątkową przyjemność jest Pani Monika Płatek. Pani Moniko dziękuję bardzo!
 Z całego serca dziękuję wszystkim, którzy poświęcili swój cenny czas, żeby się ze mną skontaktować.
Kochani, życzę Wam, żebyście zawsze potrafili odpowiedzieć na pytania, które sami zadajecie sobie w ważnych, kluczowych momentach Waszego życia. I żeby Wasze decyzje były zawsze trafne. Jeszcze raz dziękuję, że mogliśmy się spotkać gościnnie u Pani Madzi Kordel. A gospodyni dziękuję za troskę i uwagę!

Serdecznie gratuluję i proszę o podesłanie adresów do wysyłki na maila. 

Makatkowy wywiad czyli Primabaleriny tańczą :)

Moi kochani przepraszam Was, że dopiero w tej chwili się odzywam, ale kłopoty z netem skutecznie ograniczyły mi dostęp do bloga. Na całe szczęście dziś wszystko wróciło do normy i nadrabiam. Ale w związku z zamieszaniem pozmienia nam się trochę kolejność. Miało być jeszcze jedno konkursowe pytanie w piątek i będzie ale dopiero jutro :) Dzięki temu Pani Dorota pobędzie z nami kilka dni dłużej. Dziś natomiast zapraszam Was na odpowiedzi na Wasze pytania. Sakiewka wręcz od nich napęczniała :) Zapraszam do lektury.
A o 20:30 zapraszam na ogłoszenie wyników konkursów. Pani Dorota już wybrała dwie odpowiedzi więc ja już wiem kto przytuli Primabaleriny :) A teraz wywiad, który osobiście przeczytałam z ogromną przyjemnością.


1. Monika Płatek27 lutego 2016 11:16
Witam Pani Doroto! Postanowiłam wziąć udział w zabawie, aby wygrać książkę dla naszej Miejsko – Gminnej Biblioteki w Żelechowie. Po przeczytaniu recenzenckiego wydania książki „Primabalerina”, którym się zachwyciłam odnotowując to w recenzji, marzę, aby Pani książka trafiła do szerszego kręgu odbiorców – mam tu na myśli rzeszę czytelników. Korzystając z okazji zadaję garść pytań:

Każdy z nas tęskni za dzieciństwem. Jak Pani wspomina ten czas? Ulubiony kolor, smak, zapach dzieciństwa…
Piękne pytanie. Poruszyło we mnie wiele ciepłych wspomnień, tak od razu, bez głębszego zastanawiania. Moje dzieciństwo to przyjaźnie, które pozostały do dzisiaj. Skakanie w gumę pod blokiem. Wyprawy do maleńkiej biblioteki, która mieściła się na strychu jednego z wieżowców. Gdy chodziłam do podstawówki, to były jeszcze te czasy, kiedy każda książka była dużym rarytasem. Do tej pory pamiętam, jak w jednej maleńkiej księgarence „polowałyśmy” z moją przyjaciółką na „Anię z Zielonego Wzgórza”. Oczywiście udało nam się ją zdobyć, jak i wszystkie pozostałe tomy. To bezcenne uczucie. Myślę, że zapach dzieciństwa towarzyszy mi do dzisiaj. Najbardziej realny, to chyba właśnie zapach tamtych książek. Zapach rodzinnego mieszkania, który od razu wywołuje w głowie miłe obrazy. Ukochana mama i tata, dwóch młodszych braci, łobuziaków, którzy chcieli o mnie wszystko wiedzieć. Wydaje mi się, że nawet zapach wszystkich pór roku był wówczas inny niż dzisiaj. Wiosna pomału przeistaczała się w lato, a zima trzymała siarczystym mrozem. Myślę, że każdy trzyma w sobie takie fajne wspomnienia. Zawsze można do nich wrócić, zwłaszcza jak są kolorowe i pięknie pachną. Moje niewątpliwie należą właśnie do takich.

2. Życie pełne jest nieprzewidzianych zbiegów okoliczności. Potwierdzenie tych słów możemy odnaleźć na kartach Pani najnowszej powieści. Jaki był największy nieprzewidziany zbieg okoliczności w Pani życiu?
Myślę, że w moim życiu nie było jakichś większych zbiegów okoliczności. Osobiście uważam, że wszystko, co nam się przydarza służy czemuś dobremu. Nawet, jeśli często w to wątpimy.  Nawet, jeśli buntujemy się przeciwko temu. Wszystkie pozytywne i mniej fajne wydarzenia prowadzą nas do jakiegoś miejsca. Do jakiego? No właśnie. To my o tym decydujemy. Osobiście nie wierzę w żadne fatum i zrządzenia losu. Uważam, że wszystko zależy wyłącznie od nas. Od tego, jaki ruch wykonamy w danym momencie życia. A możliwości zawsze jest wiele, ogromna liczba potencjałów. Trzeba je tylko dostrzec i odpowiednio wykorzystać. W zależności od tego, co wybierzemy, wynik też będzie różny. Według mnie nic nie jest ani białe, ani czarne i to jest cudowne. Moi kochani, nie wiem jak Wy, ale ja czułabym się okropnie, gdybym wiedziała, że mam z góry ustalony scenariusz mojego życia i właściwie niewiele mogę w nim zmienić. Myślę, że prawdopodobnie nie chciałoby mi się rano wstać z łóżka. Sądzę, że te piękne, znaczące, często przełomowe wydarzenie, które pojawiają się na naszej drodze są raczej wynikiem naszego myślenia i działania, choć dopadają nas nieco później i dlatego często jesteśmy skłonni przypisywać im jakieś górnolotne znaczenie. Dla mnie życie to przeżywanie każdego dnia ze świadomością tego, że to jednak my mamy na nie największy wpływ.

3. Czy lubi Pani podróżować, czy była Pani we Lwowie, gdzie mieści się Pani Magiczne miejsce?
Ostatnio prowadzę nieco „osiadły” tryb życia i rzadko gdzieś wyjeżdżam. Podróżuję raczej wirtualnie. Właśnie w taki sposób odwiedziłam Lwów i zauroczyłam się tym miastem. A moje Magiczne miejsce znajduje się niedaleko mojego domu. To mała, bardzo stara kapliczka, przy rozstajnych drogach. Czasami tam zaglądam. Zauważyłam, że robię to w przełomowych momentach mojego życia.  To miejsce ma dla mnie wymiar magiczny. Często udaję się tam, żeby zebrać myśli, lub po prostu coś sobie uświadomić. Sądzę, że wcale nie trzeba podróżować do odległych krajów, żeby odkryć i zobaczyć coś niepowtarzalnego. A najpiękniejsze widoki często mamy tuż za progiem. Czasem wystarczy przejść miedzę, znajome skrzyżowanie, czy drogę, którą chodzimy od zawsze i dostrzec coś, czego wcześniej po prostu nie zauważaliśmy.
Pani Moniko, a tak na marginesie, to cieszę się, że swoim pytaniem przypomniała mi Pani o tym miejscu. Dawno tam nie byłam. Sądzę, że najwyższy czas, by odbyć „wewnętrzną pielgrzymkę”.

4. Największy czar dnia codziennego… na czym polega, jak wygląda, czym jest?
 
  Największy czar dnia codziennego to umiejętność dostrzeżenia w danej chwili tego „czegoś” i zanurzenia się w tym całkowicie. Bez myślenia, co będzie i co było. Czasem może to być wyjątkowy smak herbaty, który skłoni nas do refleksji nad czymś ważnym. Ptak przelatujący niedaleko naszego okna, zachód i wschód słońca, zapach ziemi po deszczu, rozmowa z bliską osobą, zabawa z ulubionym zwierzakiem... Można by tak wymieniać bez końca. Wszystkie cudowności są częścią naszego życia. A to, co wybierzemy i zauważymy zależy od naszej otwartości na świat, na ludzi, którzy w nim się pojawiają. Każdy zwraca uwagę na coś innego. Dla mnie najpiękniejsze i najbardziej niepowtarzalne są rzeczy najprostsze.

5. O czym będzie kolejna powieść? 

 Nie chcę zdradzać szczegółów. Wolę, aby książka pozostała niespodzianką. Obiecuję, że w odpowiednim momencie uchylę rąbka tajemnicy. Napiszę tylko tyle, że będzie to powieść jesienno zimowa, z szelestem żółtobrązowych liści i śniegiem skrzypiącym pod nogami, a główna bohaterka będzie mieć na imię Emilia. Szepnę jeszcze, że akcja będzie się toczyć w Krakowie i w pewnej uroczej nadmorskiej miejscowości. I jeszcze jedna mała podpowiedź... To będzie książka o książkach.


izabela8127 lutego 2016 12:02

Witam Pani Doroto!
Bardzo się cieszę, że mogę bliżej poznać Pani osobę i Pani twórczość. 

1. W kilku recenzjach "Primabaleriny" przeczytałam, że bardzo klimatycznie zobrazowała Pani pejzaż Lwowa. Czy była tam może Pani osobiście i dlaczego akurat wybrała Pani na miejsce akcji swojej książki to miasto?
Pani Izabelo, niestety nigdy osobiście nie byłam we Lwowie. A to niepowtarzalne miasto zwiedziłam, ale tylko wirtualnie. Moja fascynacja Lwowem zaczęła się nagle. Kiedyś przez przypadek zauważyłam w internecie uroczą lwowską kamienicę. Tak dogłębnie poruszyła ona moją wyobraźnię, że postanowiłam przyjrzeć się temu miastu bliżej. Dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Gdy zaczynałam pisać Primabalerinę, wiedziałam, że będzie to historia z baletem w tle. Najpierw z pejzażu Lwowa wyłonił mi się więc Teatr Opery i Baletu, a potem zaczęłam przyglądać się innym zabytkom.  Wydaje mi się, że przemierzyłam to miasto razem z moimi książkowymi bohaterami. Bo najpierw widziałam te miejsca, troszkę podkolorowałam je w wyobraźni, a potem tchnęłam w nie ducha, umieszczając w nich ludzi, którzy zabarwili je własnymi uczuciami i zostawili w nim własną historię. Przyznam się Pani, że pisząc Primabalerinę nabrałam wielkiej ochoty, by odwiedzić to miasto osobiście.

2. Podobno w "Primabalerinie" przedstawiła Pani bohaterów z szeroką gamą barw, na tle zawiści, zazdrości i podłości innych osób. Czy sprawiło Pani jakąś trudność w przedstawianiu takich negatywnych emocji?
  Moi bohaterowie pojawiali się kolejno na stronach książki i każdy z nich wnosił do historii coś nowego. Wydaje mi się, że łączy ich jedna wspólna zależność, oni nie udają. Są prawdziwi. Nie boją się okazywać uczuć i przyznać do błędów. Nie są idealni. Można nawet rzec, że są niedoskonali. Nie sprawiło mi żadnego problemu opisanie negatywnych emocji, bo wydaje mi się, że emocje i uczucia są stanem tak naturalnym i bliskim każdemu, że łatwo można się z nim zidentyfikować.  A takie wielowymiarowe postaci są jednak bardziej wiarygodne, ludzkie.

3. Nina postanawia odnaleźć swoją tożsamość. Czy czasem naprawdę warto zaryzykować wszystko, co posiadamy, aby odnaleźć w życiu ten wymarzony DOM?
  Zawsze warto ryzykować, żeby odnaleźć szczęście. Sądzę, że nie można godzić się na bylejakość. Tylko, że szukając właściwej drogi często ponosimy ryzyko, że pobłądzimy, albo wejdziemy nie na tę ścieżkę, na którą akurat powinniśmy wejść. Czasem poszukiwania są długie i bolesne. Ale mimo to, zawsze warto szukać.  Ludzie często przyzwyczajają się do stagnacji i niejednokrotnie z lenistwa, albo niewiary we własne możliwości boją się odkrywać nowe „lądy”. Ale na pytanie: Czy nasze życie chcemy przeżyć „jakoś”, czy „wyjątkowo”?” - każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Ja osobiście uważam, że dopóki żyjemy, niezależnie od wieku i okoliczności, wciąż mamy szansę, żeby odkrywać siebie wciąż od nowa. A jeśli naprawdę chcemy odnaleźć ten prawdziwy DOM, to w końcu do niego dotrzemy.

4. Tworzy Pani bohaterów o różnych charakterach - nieśmiałych i wycofanych, a także stanowczych i przebojowych. Które z nich tworzy się Pani trudniej?
  To dla mnie bez znaczenia. Moi bohaterowie pojawiają się kolejno i każdy wnosi coś do powieści. Jednych lubię bardziej, innych mniej, ale każda z postaci maluje historię książki własną paletą barw. Wydaje mi się, że nie mam problemu, by opisać ich zachowanie, ponieważ „umieszczając” ich w książce mam wrażenie, jakbym konfrontowała się z prawdziwymi ludźmi.

5. Które z dotychczas podejmowanych przez Panią tematów okazały się dla Pani najtrudniejsze, wymagające większego wysiłku, skupienia, pracy? 
Nie zauważyłam, żebym którejś z powieści musiała poświęcić trochę więcej czasu niż pozostałym. Piszę mniej więcej w stałym rytmie. Oczywiście są okresy, kiedy praca nad książką idzie lepiej, a czasem spowalnia, ale bez większych „wzlotów i upadków”.
Pozdrawiam :)


Aleksandra27 lutego 2016 16:53

Witam Pani Doroto!
Opierając się tylko na krótkiej recenzji Pani książki już wiem, że będę szukała tej pozycji.

Czy tematyka tej książki jest czystą fikcją, czy może oparte na podobnych wydarzeniach?
Tematyka Primabaleriny jest fikcyjna. Prawdziwe są tylko miejsca, w których poruszają się książkowi bohaterowie. Uroczy Lwów z niepowtarzalnymi zabytkami jest tłem dla historii, która urodziła się w mojej wyobraźni.

Pod wpływem jakich wydarzeń miasto Lwów stało się miejscem akcji?
Pisałam o tym już wcześniej. Zainspirowała mnie zobaczona w internecie kamieniczka, która „połaskotała” moją wyobraźnię do tego stopnia, że wciąż miałam przed oczyma ten piękny budynek. Zaczęłam po trochu podglądać Lwów i pomału tworzyć historię Primabaleriny. Poznawałam to miasto razem z moimi książkowymi bohaterami, przypatrując się mu przez cały okres pisania powieści. A, że jest to historia z baletem w tle, to oczywiście nie mogło zabraknąć Teatru Opery i Baletu. Pojawiają się zabytki i miejsca klimatyczne, które tworzą atmosferę Lwowa. Mam nadzieję, że udało mi się ją oddać. Opisałam Lwów tak, jakby widziała go Nina.

Czy ma Pani jakieś swoje zwyczaje podczas pisania, wiem, że zeszyty, ale czy jest jeszcze coś?
Często słucham muzyki. Przy każdej powieści towarzyszą mi inne utwory. To dziwne, ale w momencie, gdy zaczynam pisać kolejną powieść, natrafiam akurat na wokalistę, lub utwory, których potem słucham do momentu ukończenia książki. One mnie w jakimś sensie napędzają, inspirują. Ale kocham też ciszę. Kiedy piszę nie lubię hałasu i chaosu. Czasem jestem nieznośna, kiedy domownicy mnie dekoncentrują. A, jeśli chodzi o drobiazgi, malutkie przyzwyczajenia, to oczywiście musi być kubek z ulubioną herbatą, kawka, potem jeszcze jedna herbatka, zeszyty, najlepiej z ładnymi okładkami i ulubiony długopis.

Czy sprawia Pani dużo trudność budowanie akcji?
Akcja w moich powieściach rozwija się wraz z kolejnymi kartkami. Raczej powoli. Piszę dość nietypowo, bo bez planu i konspektu. Bohaterowie pojawiają się kolejno i wnosząc coś nowego, inicjują jednocześnie kolejne wydarzenia. To tak, że kiedy pojawia się ktoś nowy, zawiązują się często nieplanowane przeze mnie wątki. Pisząc powieść czasami odnoszę wrażenie, że bohaterowie, których tworzę, żyją naprawdę, a ja tylko spisuję ich losy.

Pozdrawiam

Izabela Łęcka29 lutego 2016 06:56
Dzień dobry. Cieszę się, że mogę zadać Pani pytanie, bo książkę 'Primabalerina' mam i czytałam. 

Chcę się zapytać o Ukrainę i Krym jako miejsce akcji. Czy przed napisaniem tej książki Pani odwiedzała te miejsca? Bo powieść sprawia wrażenie, że zna je Pani dobrze. 
Znam je w miarę dobrze, ale niestety tylko wirtualnie. Pisząc Primabalerinę podziwiałam Lwów na ekranie mojego komputera. Tak jak pisałam już wcześniej, poznawałam to miasto razem z moimi książkowymi bohaterami. Razem z nimi przechadzałam się urokliwymi lwowskimi uliczkami, poznawałam kulturę i zwyczaje panujące na Ukrainie. Zwiedzając w ten sposób to urokliwe miasto, o bogatej historii, starałam się uchwycić to „coś”, co później mogli opowiedzieć książkowi bohaterowie.

W Pani książkach bardzo często występują ludzie związani ze sztuką. Czy jest to zgodne i z Pani zainteresowaniami? 
  Kocham muzykę, która mnie inspiruje, uspokaja, czasem pobudza do działania. Niestety nie nauczyłam się grać na żadnym instrumencie. Dlatego mogę podziwiać tylko czyjąś kreację, od strony widowni. Ale muzyka ma dla mnie duże znaczenie.

Jaki jest Pani ulubiony pisarz lub książka? 
Bardzo cenię sobie twórczość Pani Romy Ligockiej. Według mnie Pani Roma pięknie opisuje uczucia. Pisze mądrze, apetycznie, z rozmysłem, wzruszająco, a ja „połykam” wszystko, co wychodzi spod jej pióra.
             

Kasia Piwoda29 lutego 2016 12:59

Dzień dobry Pani Doroto
Bardzo się cieszę, że mogę zadać Pani kilka pytań, dzięki czemu, mogę bliżej Panią poznać :)

1. Czy lubi Pani kończyć pisać książki, czy jest to dla Pani upragniony, długo wyczekiwany moment, czy raczej odwleka Pani chwilę postawienia ostatniej kropki, bo tak zżyła się Pani z bohaterami, ich relacjami, emocjami, że ciężko jest Pani ich opuścić?
Uwielbiam kończyć pisać książkę. Czuję się wtedy tak, jakbym dotarła do mety.  U mnie przebiega to dwuetapowo, bo najpierw „ogarniam” książkę w zeszytach, a dopiero później przenoszę ją do komputera. Ale w momencie, kiedy już mam gotową historię, to czuję, że już „jestem w domu” i wtedy pomału myślę o kolejnej książce. Mimo to, że lubię moich książkowych bohaterów, to po ukończeniu powieści wypuszczam ich na wolność i zaprzyjaźniam się z nowymi postaciami, które już zaczynają dobijać się do mojej wyobraźni.

2. Czy wśród Pani bohaterów jest jeden, który wzbudził Pani szczególną sympatię, albo wręcz przeciwnie, bardzo go Pani nie lubi, czy raczej wszystkich bohaterów Pani lubi, bo przecież to są Pani bohaterowie?
Pisząc „Obietnicę Łucji” bardzo drażnił mnie Filip. Był namolny, narcystyczny i zbyt pewny siebie. Na pewno nie czułabym się dobrze w towarzystwie kogoś takiego. Pisałam o nim i jednocześnie byłam na niego wściekła. Ale cóż... postacie w książkach, tak jak ludzie w realnym życiu, są różne. Jakiż nieciekawy byłby świat, gdyby wszyscy byli ideałami.

3. Która z Pani książek jest najbliższa Pani sercu, w której znajdziemy najwięcej Pani cech, osobowości, przeżyć, czy pierwsza, bo to debiut, któremu pewnie towarzyszyły wielkie emocje, bo nie wiadomo było, jak przyjmą go czytelnicy, czy ostatnia, bo to najmłodsze dziecko, chociaż być może najbardziej dojrzałe?
Chyba wszystkie powieści traktuję jednakowo, tak jak moje dzieci. Żadna nie jest ani lepsza, ani gorsza. A ocena oczywiście należy do czytelników.  Najbardziej związana jestem z książką, w momencie, kiedy ją tworzę. W chwili, gdy ją „wypuszczam”, ona idzie w świat, zaczyna żyć własnym życiem i dołącza do pozostałych, ja „przytulam” kolejną historię. I wtedy nowi bohaterowie i ich przeżycia są dla mnie numerem jeden. A jeśli chodzi o cechy osobowości, to sądzę, że trochę nieświadomie, autor w każdej ze swoich książek zostawia jakąś cząstkę siebie.

4. Jak Pani uważa, czy nas, Pani czytelników, łatwo jest zadowolić, czy raczej jesteśmy z tych bardziej wymagających, których nie da się zwieść banalną fabułą i niedopracowanym językiem i najpierw trzeba nas przekonać do siebie, zachęcić, by wreszcie skraść nasze serca całkowicie?
To nierealne, żeby zadowolić wszystkich czytelników. Nie możliwe jest nawet to, żeby zadowolić  większą część czytających. Sięgając po książkę każdy oczekuje czegoś innego. To, co podoba się jednemu, wcale nie musi zachwycić drugiego. Każdy pisarz ma własny styl, który nam albo odpowiada, albo wręcz przeciwnie. Myślę, że po przeczytaniu kilku zdań jesteśmy w stanie rozeznać się w tym, czy polubimy czyjąś twórczość, czy też nie. Przyznam się z ręką na sercu, że zdarzyło mi się nie raz oddać do biblioteki nieprzeczytaną książkę, która absolutnie do mnie nie przemówiła. Rozgrzeszam więc z góry wszystkich, którzy nie zaprzyjaźnią się z moimi książkami.

5. Czy w trakcie pisania swoich powieści dzieliła się Pani ich fragmentami z kimś bliskim, rodziną, czy przyjaciółką, by może zapytać o radę, opinię, albo po prostu, dać komuś taką przyjemność z przeczytania, czy raczej do końca trzyma Pani najbliższych w niepewności i nie chwali się nawet najmniejszym fragmentem, bo nie chce Pani się sugerować czyjąś opinią?
Raczej nie mówię wcześniej, o czym jest książka. Czasem opowiadam mojej mamie o tym, co akurat napisałam, ale kiedy orientuję się, że mogę zdradzić za dużo, zamykam usta na klucz. Chcę, żeby mama miała niespodziankę. Jeśli w książce są fragmenty dotyczące dzieci, to czasami czytam je mojej córce, ale to zdarza się raczej rzadko. Często jednak radzę się bliskich, co do imion książkowych bohaterów. Zwłaszcza wtedy, kiedy mam kilka typów i nie mogę się zdecydować.

To tyle :) z jednej strony szkoda, że tylko 5 pytań możemy Pani zadać, ale z drugiej, gdyby nie było limitu, to byłaby Pani pewnie zasypana ogromną ilością pytań!
Pozdrawiam cieplutko w to ponure i deszczowe południe



Jola1 marca 2016 14:37

Witam.
Zawsze mówię,że jako osoba urodzona nietypowo postrzegam świat do góry nogami.Nie wyniosłam z domu wyjątkowego wychowania sama odkryłam,że gdzieś w zakamarkach mojej duszy schowana jest miłość do sztuki,muzyki poezji,opery,operetki czy baletu.Kocham Chopina,Moniuszkę,Bacha i dopiero słuchając muzyki poważnej odpoczywam..Trochę "na wspak" jak mawia moja siostra,którą te rzeczy raczej nie pociągają.Pani Doroto:

Kto u pani zaszczepił miłość do muzyki?
  Myślę, że ze mną jest podobnie jak z Panią. Muzyka jest dla mnie trochę jak łyk orzeźwiającej wody w upalny dzień. Koi, chłodzi, uspokaja. A potrzeba takiego bliskiego kontaktu z dźwiękiem wynika chyba z mojej wrażliwości. Przy muzyce łatwo się wzruszam,dlatego tak jak już wspomniałam we wcześniejszych pytaniach, muzyka jest dla mnie inspiracją w czasie pisania.

Czy to wychowanie czy może pochodzenie zaszczepiło w pani tę "iskrę"?
  Myślę, że ani jedno, ani drugie. Jako dziecko marzyłam, żeby grać na pianinie. Nie spełniłam wprawdzie swojego pragnienia, nie nauczyłam się grać na tym instrumencie, ale swoją fascynację muzyką fortepianową ukryłam pod postacią  Ani, małej bohaterki Obietnicy Łucji. Dziewczynka marzy o tym, by nauczyć się grać na fortepianie i udaje się jej to zrealizować.
 
Primabalerina-intrygujący tytuł, a jak mniemam treść intrygująca. Czy jest ktoś kto był pierwowzorem postaci głównej bohaterki?
  Główna bohaterka, Nina jest postacią czysto fikcyjną. Zewnętrznie wygląda trochę jak Ania z Zielonego Wzgórza, moja ulubiona bohaterka książkowa z dziecięcych lat. Nina też jest sierotą, wychowywaną przez siostry zakonne. Ania miała swoją Marylę, a Nina przeoryszę Anzelmę, która nawet w dorosłym życiu jest dla niej kimś wyjątkowym. Może to właśnie Ania była pierwowzorem postaci głównej bohaterki? Szczerze mówiąc nie zastanawiałam się nad tym wcześniej, ale Pani pytanie daje do myślenia...
Odpowiedz

Monika Wilczyńska2 marca 2016 10:13

Witam Pani Doroto,

Pierwsze dwie Pani powieści to urocze Podkarpacie, "Primabalerina to Ukraina i Krym... do jakich jeszcze ciekawych miejsc planuje Pani w przyszłości zabrać swoich czytelników?
Odpowiadam z ręką na sercu, że nie wiem. W momencie, kiedy podejmuję decyzję o rozpoczęciu pisania kolejnej powieści, dopiero pojawiają się na nią pomysły. Wtedy wybieram miejsce i bohaterów, którzy zwykle do niego pasują. Pisanie książki stanowi trochę taką porozrzucaną układankę. Wszystkie części trzeba cierpliwie pozbierać i ułożyć z nich ładny obrazek. Każdy z puzzli musi zająć właściwe miejsce. Zdradzę tylko, że akcja powieści, nad którą pracuję aktualnie rozgrywa się w Krakowie, a czasami przenosi się do niewielkiej nadmorskiej miejscowości.

Czy myślała Pani o tym, aby nastrojowe i magiczne powieści, które Pani pisze trafiły w przyszłości "na szklany ekran"?
Nie myślałam, ale na pewno fajnie byłoby zobaczyć swoich książkowych bohaterów na szklanym ekranie. Stary pałac Kreiwetsów i nieskażony cywilizacją, Różany Gaj z Obietnicy Łucji. Uroczy Lwów z Niną i Miszą w rolach głównych, a także kawałek Krakowa, gdzie wychowała się główna bohaterka. A w tle oczywiście niepowtarzalna muzyka, która stworzyłaby cudowny klimat.

Czy jest jakaś powieść (ewentualnie pisarz/pisarka), która wywarła jakiś znaczący wpływ na Pani życie? Do czyich powieści ma Pani szczególną słabość i dlaczego?
Myślę, że każda książka, którą czytamy z zapartym tchem ma na nas jakiś wpływ. Tak jak napisałam już wcześniej, autor zostawia w swoim utworze jakąś cząstkę siebie i czytelnik to czuje. Uwielbiam twórczość Pani Romy Ligockiej i Paula Coelho. Myślę, że magiczny „Alchemik” jest właśnie książką do której mam słabość. Tylko to jest tak, że na różnym etapie naszego życia pojawiają się te właściwe książki, z których wynosimy to, co dla nas ważne.

Pozdrawiam serdecznie


Anonimowy2 marca 2016 22:43

Pani Doroto, witam i gratuluję serdecznie! :)
Czytałam o Pani wcześniejszych książkach, urzekła mnie także okładka i recenzja najnowszej powieści, której bohaterka ma na imię tak, jak moja siostra, Nina. Teraz jest w domu z malutką dzidzią w brzuszku, więc pomyślałam, że jeśli los by się akurat do mnie uśmiechnął, to byłaby to dla niej wspaniała niespodzianka, ponieważ uwielbia czytać. Zastanawiałam się, o co mogę zapytać. Cieszę się z takiej możliwości, jednak tylko 5 pytań to trudna sprawa. :) 
Z przyjemnością napisałabym więcej. :) Jeśli któreś pytanie jest zbyt....osobiste, to poproszę o pominięcie go.

1. Czy jest jakaś piosenka, melodia, utwór muzyczny, który w jakiś sposób kojarzy się Pani z Primabaleriną?
  Kiedy pisałam Primabalerinę słuchałam soundtracka z filmu „Amelia”, kompozycji Yanna Tiersena. Ważnym utworem w tej powieści jest też piękny utwór Le cygne, który ma związek z życiem kilku kobiet, bohaterek Primabaleriny.
2. Jakie wspomnienie jest dla Pani najpiękniejsze lub najbardziej wzruszające? 
Na pewno wspomnienia związane z moimi dziećmi, z ważnymi momentami w ich życiu; one tak szybko dorastają, a na naszych „wewnętrznych fotografiach”  wciąż są kilkulatkami. Przechowuję też piękne wspomnienia z mojego dzieciństwa. Wszystkie ważne chwile, kiedy bliskie osoby były obok mnie, gdy ich potrzebowałam.

3. Czy podczas zbierania bądź przygotowywania materiałów do napisania książki zdarzyło się coś niespodziewanego, zaskakującego, coś, co może zapadnie w pamięci....
  Primabalerinę pisałam około pół roku i na pewno w tym czasie zdarzyło się mnóstwo pięknych sytuacji. Niestety nie potrafię przywołać w pamięci żadnej z nich. Zostały tylko ślady na moich brulionach. Daty, moje zapiski, rysunki, bazgroły. Kiedyś moja córka wylała kawę na jeden z zeszytów, więc pozostał zapach kawy. Na pewno moje zeszyty noszą ślady codzienności. Są trochę jak pamiętniki. Gdy spojrzy się na nie, można przypomnieć sobie fragment życia, kiedy dopiero zapisywałam w nich nową historię.

4. Czy pisząc powieść zastanawia się Pani nad okładką, jej wyglądem, czy może chciałaby Pani, by jakaś konkretna osoba stworzyła ją dla Pani?
  Powiem nieskromnie, że jestem zauroczona okładkami moich książek i nie mam nic przeciwko temu, żeby wciąż tworzyła je ta sama osoba. Nie mogłabym wymarzyć sobie ładniejszych. Kiedy pisałam Primabalerinę wyobrażałam sobie baletki i figurkę porcelanowej baletnicy. Do końca nie wiedziałam, jaka będzie wersja finalna. W momencie, kiedy zobaczyłam dziewczynę z okładki, z burzą rudych włosów i tajemniczym spojrzeniem, moje wcześniejsze wyobrażenia od razu się ulotniły.

5. Czy jest jeszcze jakieś ukryte marzenie, które bardzo chciałaby Pani spełnić? Pozdrawiam ciepło :) 
  Mam bardzo przyziemne marzenia. Pragnę zdrowia dla siebie i moich bliskich. Chciałabym, żeby życie nieustannie pięknie mnie zaskakiwało. Żebym potrafiła patrzeć na nie oczyma dziecka, ciesząc się każdą prozaiczną czynnością. Żeby moje serce wciąż było otwarte na potrzeby innych i nigdy się nie zamknęło. Chciałabym za dwadzieścia, trzydzieści, czy czterdzieści lat, móc powiedzieć, że wciąż potrafię zachwycać się światem. A u schyłku życia stwierdzić, że nie żałuję nawet jednej przeżytej chwili, że mimo wszystko było warto. No i oczywiście, chciałabym wciąż dla Was pisać.


 

czwartek, 3 marca 2016

Primabalerina w progach Teatru Wielkiego. Czyli sentymentalny powrót do Lwowa.

"Zagapił się jeden z drugim na pomnik króla Jana Sobieskiego na Wałach Hetmańskich i nie może się napatrzeć. Aż przenosząc wzrok z pomnika, zobaczył lwowski teatr u wylotu Wałów w ramach alei drzew, zwężającej się w perspektywie. Idzie ku niemu. Im bliżej tym teatr ładniejszy. Coraz ładniejszy. Najpiękniejszy teatr w Polsce. Wnętrze i rozwiązanie przestrzeni imponuje jeszcze bardziej. Po wysłanych marmurowych schodach wejście na pierwsze piętro, gdzie cały front teatru zajmuje foyer, miejsce przechadzek w czasie antraktu, bardziej tłumne niż w rzeczywistości, bo olbrzymie lustra między kolumnami powielają postacie."

Tak o Teatrze Wielkim we Lwowie pisze Kazimierz Schleyen w "Lwowskich gawędach". To budynek, który niejednokrotnie odwiedzicie czytając "Primabalerinę". To tam Nina spojrzy po raz pierwszy w oczy młodej Irmie. Tam pracuje Michaił. Nie wiem jak Wy ale ja czytając lubię zajrzeć do miejsc, które są opisywane, poznać ich historię. Nie ukrywam, że pani Dorota wstrzeliła się doskonale w moją lwowską obsesję. Wiecie jak to było z Leośką. Wraz z wgłębianiem się w jej lwowską historię rozkochałam się w samym Lwowie. W tym dawniejszym, tętniącym dawnym życiem, z gwarą lwowską, batiarami, przekupkami na placach targowych. Teraz chciałabym porwać Was na krótką wycieczkę w przeszłość. Do Lwowskiego Teatru, który teraz odwiedzała Nina. Został, stoi nienaruszony. Posłuchajmy o czym by nam opowiedział gdybyśmy pozwolili ścianom przemówić.

Najpierw kilka słów o samym budynku - Teatrze Wielkim, nazywanym też Teatrem Miejskim i Operą Lwowską. Budowano go zaledwie trzy lata. A efekt był imponujący.
Budynek śmiało mógł konkurować z podobnymi w Wiedniu, Monachium czy Paryżu. Zresztą nie tylko z wyglądu przypomina on inne sławne gmachy. Bowiem podobnie jak pod paryską Operą Garniera najpierw trzeba było osuszyć grunt i wypompować wodę z jeziora tak pod lwowskim teatrem pluszcze, zasklepiona przez architekta Zygmunta Gorgolewskiego rzeka Pełtew. Mówi się nawet, że muzycy w miejscu przeznaczonym na orkiestrę mogą w czasie przedstawień słyszeć, jak szemrze.

A teraz oddajmy na powrót głos Kazimierzowi Schleyenowi. Przymknijmy oczy i posłuchajmy gawędy o Lwowskim teatrze...

Była to sala balowa wielkich rautów i reprezentacyjnych balów. Niestety palić nie można i choć zimno trzeba wyjść na balkon, a warto stąd spojrzeć na sznury świateł wzdłuż Hetmańskich Wałów i panoramę wielkomiejską. We wspaniałym amfiteatrze tylko złoto, biel i purpura. Kolory nie rażą przesadą, lecz podnoszą dostojeństwo przybytku. Imponujący żyrandol rzuca blaski na kurtynę: arcydzieło Siemiradzkiego. Na prawo loża prosceniowa pierwszego piętra, ongiś cesarska. Siadywały w niej rody panujące, najwyżsi dygnitarze rakuscy i namiestnicy c.k. Galicji i Lodomerii. W loży tej siedział austriacki prezydent ministrów hr. Kazimierz Badeni, gdy w czasie przedstawienia operetki aktor Myszkowski miał paść przed cesarzem japońskim i zawołać: Mi-ka-do! Tymczasem padł w kierunku loży premiera wołając: Ba-de-ni! Ukarali go za to jednym dniem aresztu z zamiana na grzywnę, którą z ochotą zapłacił sam premier.

Doczekał się wreszcie Lwów, że pojawił się w tej loży Naczelnik Państwa Józef Piłsudski, który znał tę scenę dawniej ze znacznie skromniejszych miejsc. Potem zasiadali w tej loży późniejsi Prezydenci Rzeczypospolitej, a na codzień przedstawiciel Rządu, lwowski wojewoda. Lewa loża prosceniowa gościła prezydentów miasta, swoich jaśnie wielmożnych wybrańców ze „Strzelnicy".

Największą osobliwością teatru był fryzjer teatralny pan Tomasz Rzeszutko. Szara eminencja, nieomal dyrektor teatru przez lat dwadzieścia. Wtajemniczeni wiedzieli, że wywiera wpływ na obsadę, a nawet wybór sztuk. Z jego zdaniem liczyli się wszyscy, bo ludzi i kulisy znał świetnie. Uchodziło mu wiele, był szczerym entuzjastą lwowskiego teatru, sprawiedliwy w swej opinii nie ulegał zakulisowym wpływom. Do największego rozkwitu doszedł teatr za dyrektury Tadeusza Pawlikowskiego, który do teatru dokładał i Ludwika Hellera, który umiał połączyć sztukę z interesem i wywiózł teatr lwowski daleko zagranicę, aż do samego Paryża i obcy ludzie gęby rozdziawiali z podziwu. Na obu psioczono. Na pierwszego ci, co się nie znali, na drugiego ci, co na teatrze się znali.



Przez lwowską scenę przesunęli się wszyscy giganci polskiej sceny, nieraz długo gnieżdżąc się we Lwowie. Od Modrzejewskiej, Leszczyńskiego, Kamińskiego po Frenkla. Byli jednak artyści, co na długo związali się z lwowską sceną, jak przezacna matrona Anna Gostyńska, kapitalna „Pani Dulska", niezapomniany „Cyrano de Bergerac", Kościuszko i Fryderyk Wielki — Józef Chmieliński, wstrząsający odtwórca Ibsena Karol Adwentowicz, uosobienie kobiecości Irena Trapszo, zbyt młodo zmarły amant Ludwik Wostrowski, arcykomik i tragik Ferdynand Feldman, zawsze czarny charakter Józef Hierowski, piękna jak zjawisko Anna Zielińska, doskonały Albin ze „Ślubów panieńskich" popularny Jaś Nowacki i tylu, tylu innych. Choć opuści Lwów Chmieliński na deski warszawskie czy Nowacki na scenę krakowską, długo zostaną w sercach lwowskich wielbicieli teatru.

Odejdzie ze Lwowa wielka Wanda Siemaszkowa, zawsze natchniona i płomienna. Nie przygasł jej ani ósmy krzyżyk, ani śmierć ukochanego syna Wojtka, obrońcy lwowskiego dworca z 1918 roku, rotmistrza, który zginął na patrolu w kilka godzin po zawieszeniu broni, zanim wiadomość o zaprzestaniu działań wojennych dotarła do ułanów.

Odejdzie na stałe ostatni z wielkiej dawnej szkoły Roman Żelazowski, deklamator na scenie i w codziennym życiu, nieporównany „Otello" i Wojewoda z „Mazepy". Ale Lwów o nim nie zapomni i ślepnącemu starcowi zaofiaruje na własność dworek we Lwowie.



Do tego gmachu niedaleko miał się przeprowadzić dawny lwowski teatr, bo tylko z sąsiedniej ulicy, z gmachu skarbkowskiego, który własnym sumptem ufundował i układania każdej cegły dopilnował pan Aleksander Skarbek.

Gdy wreszcie odeszli lwowscy aktorzy do nowego, piękniejszego gmachu, w skarbkowskim teatrze odbywały się koncerty, Teatr był jeden, więc na tej scenie gościła również opera i operetka. Warto było posłuchać Mefista-Adama Didura, który głosem i grą aktorską mógł ustępować tylko Szaliapinowi i Bandrowskiego w „Pajacach" czy Mimi-Bohuss Hellerową.

Znawcy twierdzili, że operetkę wiedeńską lepiej grali we Lwowie niż w Wiedniu i nie zamieniliby Heleny Miłowskiej na żadną gwiazdę naddunajską.

Lwowski student dokazywał cudów pomysłowości, by zdobyć pieniądze na bilet teatralny. Gotów był nawet sprzedać serię znaczków Jamajki z wodospadem, z której był tak dumny, by zobaczyć po raz trzeci „Kordiana". Wprawniejsi umieli na gapę przedostać się na galerię po dziewięć razy w tygodniu, bo w soboty i niedziele odbywały się przedstawienia popołudniowe. Chełpili się tym, że potrafili zmylić czujność biletera i baczne oko kontrolującego pana Ringlera. Nie wiedzieli o tym, że nie zmylili nikogo, że tylko przymykano oczy, że otwierało furtkę do czarów baśni scenicznej dobre lwowskie serce biletera, który chętnie dał się nabrać i sam się rozgrzeszał w swym sumieniu z nieścisłego wykonywania swych obowiązków.

Kochali lwowiacy twój teatr i chodzili jak mogli najczęściej, łamiąc bez skrupułów prawo szpery. Co było związane z teatrem obchodziło wszystkich. Od tego smarkacza wymyślającego najdowcipniejsze fortele, by bez biletu dostać się na galerię, co w „Bezgrzesznych latach" tak pięknie opisuje osobisty uczestnik tych wypraw Kornel Makuszyński, aż po staruszka emeryta, pamiętającego jeszcze pana Aleksandra Fredrę z ul. Chorążczyzny. Teatr był chlebem powszednim, lecz wybranie się do teatru było zawsze uroczystością, dłużej niż w innym mieście komentowaną. Do teatru trzeba się było wystroić najodświętniej. „Dzisiaj idziemy do teatru" więc i radosny kłopot dla gospodyni. I fryzjer konieczny i trzeba przyspieszyć kolację i zostawić coś w „bratrurze" na „po teatrze". Z teatru przynoszono programy teatralne i składano je pieczołowicie, bo w nich dużo ciekawych rzeczy przeczytać można, a przede wszystkim zawierają fotografie tak dobrze znanych i bliskich sercu aktorów.

Wejdźmy i my do teatru. Usiądźmy cichutko na czerwonym, pluszowym fotelu. Światła przyćmiono. Muzyka stroi instrumenty. Za chwilę popłynie na widownię uwertura z „Halki". Przymknijmy oczy i pomyślmy.. Czy to możliwe? Czy obecna rzeczywistość to może tylko koszmarny sen?


Mam nadzieję, że razem ze mną i powieściową Niną przycupnęliście na czerwonych, pluszowych fotelach. I daliście się porwać lwowskiej atmosferze. Sponsorem podróży była Primabalerina, która sprawiła, że zechciałam na powrót sięgnąć do moich lwowskich książek i raz jeszcze zanurzyć się w uliczkach tego magicznego miasta.

poniedziałek, 29 lutego 2016

Gdy książka gra...

Są książki, które przepełnia muzyka,które nucą, śpiewają, mruczą słowa piosenek. Zazwyczaj dzieje się tak wtedy, gdy autor podczas ich pisania słucha, mruczy i czasami podśpiewuje. Specjalnie dla Was podpytałam panią Dorotę jak to wygląda u niej :) Zapraszam, przeczytajcie co nam zdradziła.

  Kochani, każdy pisarz ma swoje sposoby na przywołanie weny twórczej, która niestety czasami jest dość kapryśna. W moim przypadku zawsze sprawdza się muzyka. Kiedy piszę, zazwyczaj namiętnie słucham różnych utworów. One potem znajdują się w moich książkach. To trochę tak, jakbym zasłyszane dźwięki zamieniała na słowa.
  Kiedy pisałam Obietnicę Łucji i Marzenie Łucji, moje wcześniejsze książki, nieustannie słuchałam muzyki fortepianowej. Moja znajoma, skrzypaczka, po przeczytaniu Obietnicy Łucji powiedziała, że właśnie muzyka najbardziej zauroczyła ją w tej powieści i że tę muzykę czuje się od pierwszej do ostatniej strony książki. Zresztą, fortepian to instrument, który zainspirował mnie do napisania tej historii. Obietnica Łucji powstawała przy dźwiękach Yirumy i Lodovico Einaudiego.

  Pisząc Primabalerinę, rozsmakowałam się w utworach Yanna Tiersena. Kiedy Nina spacerowała urokliwymi, lwowskimi uliczkami, kiedy odwiedzała zabytkowe miejsca, słuchała - moimi uszami - muzyki z filmu „Amelia”, skomponowanej przez Yanna Tiersena. Nina, podobnie jak „niedzisiejsza” Amelia, przechadzająca się klimatycznymi paryskimi ulicami, idealnie wkomponowała się w tło Starego Miasta we Lwowie.
  Ciekawe dźwięki zainspirowały mnie także do stworzenia postaci Serge’a, Francuza z ukraińską duszą, który wędrując każdego ranka cichymi lwowskimi ulicami, rozsiewał ze swojego wiekowego instrumentu ulotne dźwięki.
  W Primabalerinie pojawia się też piękny utwór Le cygne. Porusza on serce głównej bohaterki, przywołując zapomnianą przeszłość. Kusi, intryguje i jest katalizatorem zmian w jej życiu.
  Muzyka, podobnie jak pisanie jest dla mnie trochę sposobem na życie, na jego przeżywanie. Piszę, słuchając muzyki. A kiedy słucham muzyki, przyfruwają do mnie różne pomysły, które muszę natychmiast złapać, żeby mi nie uciekły. Zapisuję je wtedy na kartkach moich brulionów, a między kolejnymi słowami plączą się dźwięki. Może uda się wam usłyszeć je w moich książkach?

A teraz, uwaga pytanie do Was: melodia, piosenka, którą nosicie w sobie od tak dawna, że nawet nie pamiętacie skąd się wzięła. Albo pamiętacie, ale nuci Wam w głowie zawsze, bo jest w jakiś sposób szczególna. Opowiedzcie o niej i podajcie tytuł. Zrobimy jedyną w swoim rodzaju listę przebojów. A najciekawsza, najbardziej wzruszająca, ciekawa odpowiedź zostanie wybrana i do jej autora powędruje kolejna "Primabalerina". Na odpowiedzi czekamy z panią Dorotą do piątku do 24:00. Ktoś chętny? 

Primabalerina czyli o smutku pogodzenia


Kochani moi wracamy do naszej Makatki. Dziś kilka słów o powieści. To odsłona południowa :) Będzie jeszcze wieczorna a w niej kolejna możliwość zdobycia "Primabaleriny". 

Nina nic o sobie nie wie. To wszystko co dla większości jest oczywiste dla niej pozostaje jedną wielką niewiadomą. Nie wie kim byli jej rodzice, nie zna swoich korzeni. Jedyne co łączy ją z przeszłością to piękna chusta z wyhafto
wanym imieniem "Nina". To własnie w nią była owinięta gdy znaleziono ją na progu sierocińca prowadzonego przez zakonnice. I od tego momentu to one stają się jej rodziną.
Jednak mylicie się jeżeli myślicie, że dziewczyna ma żal do swoich rodziców, albo, że pragnie poznać przeszłość. Nina już od początku powieści jest pogodzona. Ze sobą, z tym co było, z tym co jest. Ma pracę w Domu Spokojnej Starości, przyjaciółkę, zakonnice, które od czasu do czasu odwiedza. Nie zamierza dociekać, dlaczego dawno temu ktoś zostawił malutką dziewczynkę samej sobie. Na łaskę i niełaskę obcych ludzi.
Jest pogodzona ale czy szczęśliwa?
Nie szuka i nie spodziewa się, że przeszłość sama się o nią upomni. Ale tak własnie się dzieje.
Jedna z pensjonariuszek Domu Spokojnej Starości zaprzyjaźnia się z Niną. I to za jej sprawą dziewczyna wyjedzie do Lwowa. Można by rzec, że to starsza pani w pewien sposób odczaruje dziewczynę. Zdejmie z niej urok smutku pogodzenia i zapali w jej duszy płomyk ciekawości, który stopniowo będzie przybierał na sile i sprawi, że oprócz chęci poznania przeszłości Nina poczuje przypływ nadziei, odwagi i siły. I pozna historię pewnej porcelanowej baletnicy, która nieoczekiwanie zamieni się w realne postacie...
Primabalerina Doroty Gąsiorowskiej jest powieścią, która utwierdza czytelnika w przekonaniu, że w życiu nie należy się bać. Że warto kochać, wierzyć i pragnąć. I nie uciekać, bo to co na nas czeka i tak znajdzie do nas drogę. A czasem warto temu czemuś po prostu wyjść naprzeciw.

Zapraszam wieczorem na kilka słów od pani Doroty. I na pytanie konkursowe i zapowiedź tego co jutro :) Mam nadzieję, że narobiłam Wam apetytu :)

Przypominam o Sakiewce z pytaniami. Niepowtarzalna okazja, by osobiście podpytać Panią Dorotę o to co Was interesuje. Droga do Sakiewki TUTAJ  

sobota, 27 lutego 2016

Sakiewka z pytaniami

Zaczynamy zadawać pytania Pani Dorocie. Jedna osoba może maksymalnie zadać 5 pytań. Pod tym postem w komentarzach. Jedno z najciekawszych, najbardziej intrygujących (wyboru dokona autorka) wygra "Primabalerinę". Pytania zbieramy do środy włącznie (2 marca) To do dzieła :)

piątek, 26 lutego 2016

Pierwsze niteczki, pierwszy taniec igły.. Oto Dorota Gąsiorowska....

Makatka powoli zaczyna się wyszywać :) Oto jej bohaterka: Dorota Gąsiorowska.
Autorka przez wiele lat marzyła o pisaniu, ale musiała to marzenie oswoić, oswobodzić i dopiero wtedy się spełniło. Zresztą musiało się spełnić, jak tylko do tego dojrzała, bo jak sama mówi:

Zawsze jest dobry moment, żeby coś zmienić w swoim życiu. Nieważne, czy ma się dwadzieścia, czterdzieści, czy siedemdziesiąt lat. Chodzi raczej o to, czy jesteśmy gotowi na te zmiany. Ja osobiście nie lubię słowa „kariera”. Pociąga ono bowiem za sobą pewne skojarzenia, nie zawsze dobre. Człowiek robiący karierę to człowiek sukcesu, często zestresowany, starający się dopasować do wizerunku stworzonego przez dzisiejszy świat. A więc trochę taki ... łańcuchowy pies.

Dla mnie najważniejsza jest wewnętrzna wolność – poczucie, że to, co robię jest dobre, podoba się innym, ale jednocześnie robię to w zgodzie ze sobą. Cieszę się tym. 

Zanim ukazała się jej pierwsza książka robiła wiele rzeczy: pracowała w rodzinnej firmie, kończyła różne kursy, była mamą... Aż w końcu nadszedł ten czas na zmiany. I wtedy to padły słowa: teraz albo nigdy! I własnie po nich do Waszych rąk trafiła pierwsza powieść Doroty Gąsiorowskiej "Obietnica Łucji". Pisana w zeszytach, odręcznie, bo tak własnie pracowała i pracuje pani Dorota. Pisze odręcznie, ulubionym długopisem.
Ciekawa jestem ile zeszytów zapełniła tworząc "Primabalerinę".
I czy ma trudności z odczytaniem siebie... Bo ja bym miała:) Nasuwa mi się również wiele innych pytań. Jeżeli też tak macie to już niebawem będziecie mogli zaspokoić swoją ciekawość, bo już niedługo, już za momencik otworzy się sakiewka do której będziecie mogli wrzucać swoje pytania. Jutro rano pojawi się post z sakiewką. Tam w komentarzach będziecie mogli zostawiać pytania. Zapraszam!


Fragment wypowiedzi pochodzi STĄD

czwartek, 25 lutego 2016

Naszym makatkowym gościem...

Jest oczywiście pani Dorota Gąsiorowska. Muszę Wam powiedzieć, że jesteście niesamowici! Tyle emocji emanowało z komentarzy, że aż mi się udzieliło. Pierwszy egzemplarz "Primabaleriny", bo to właśnie tę powieść można było przygarnąć, wędruje do Agusi :) Ale spokojnie mamy jeszcze trzy egzemplarze, które w tym tygodniu będą do przytulenia. Już jutro się zacznie i będzie trwało aż do przyszłego piątku :) Pani Doroto, serdecznie witamy w naszym szerokim i ciepłym gronie!