Puk, puk! Ktoś tu do mnie zagląda? Jeżeli zerka, bo czeka na orzeczenie Szanownego Jury, to jeszcze musi uzbroić się w cierpliwość. Dziewczyny wprawdzie ogłosiły już werdykt (więc ja wiem i one wiedzą:)) ale na oficjalny post poczekajcie do jutra :) bo ja dziś zamierzam być przede wszystkim mamą :) Umówiłam się z mężem i synem i wyruszamy najpierw na zakupy i to takie poważne, bo Tysiek, który już od dwóch lat wątpił w istnienie Mikołaja (nie rozumiem dlaczego, bo ja wciąż w niego wierzę :)) w tym roku nabrał pewności i postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. W związku z tym wyruszamy po prezenta! Bo trzeba pomóc wybrać coś dla siostry, dla jej Kubusia, dla taty, który ma wtedy zniknąć w jakimś innym miejscu i zapewne dla mnie (i wtedy ja zniknę :)) i jeszcze dla paru osób. A później pospacerujemy po Warszawskim Starym Mieście, wypijemy gorącą czekoladę. Lubię być żoną i mamą :) A do Was mam ogromną prośbę. Zostawicie mi w komentarzu znak sygnał, kto mnie odwiedza? Część z Was często się odzywa, ale część to dla mnie zagadka. Przedstawicie mi się? Jestem Was ogromnie ciekawa. Tak po prostu po ludzku :) Wystarczą dosłownie dwa słowa :)
Buziaki!
Strony
- Strona główna
- 48 tygodni
- Uroczysko
- Sezon na cuda
- Okno z widokiem
- Wino z Malwiną
- Malownicze. Wymarzony dom.
- Wymarzony czas
- Tajemnica bzów
- Nadzieje i marzenia
- Anioł do wynajęcia
- Kontakt
- Świąteczny zakątek
- Telefon zapytania
- Seria Uroczysko - kolejność czytania
- Seria Malownicze - kolejność czytania
- Poza serią - moje książki
- Serce z piernika
- Jak zostać pisarką
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty
sobota, 16 grudnia 2017
środa, 16 grudnia 2015
Noelka wyciągnięta z półki - znaczy do świąt naprawdę już niedaleko :)
Trzeba, byś żył dla innych, jeżeli chcesz żyć dla siebie.
Seneka
Noelka Małgorzaty Musierowicz to mój stały, coroczny punkt wprowadzenia się w świąteczny nastrój. Wyciągnęłam ją z półki dzisiaj rano. I wystarczyło, że spojrzałam na pierwsze zdanie:"Elka była zdrowa i mocna jak orzech." i z miejsca poczułam, że wigilia naprawdę nadchodzi. Nawet nie musiałam czytać dalej (choć oczywiście to uczyniłam) żeby znaleźć się w kuchni Cyryjka i Metodego, wąchać bigos, który każdy ze starszych panów przyprawia po swojemu, lepić z Cyryjkiem pierogi no i czekać razem z Elką na Baltonę. Kto nie czytał może się nieco zdziwić, bo gdzie w tym opisie świąteczny nastrój. Ten jednak kto czytał wie, że w tej książce jest wszystko czym powinno być przesiąknięte Boże Narodzenie. Jest miłość, jest drugi człowiek, zbłąkany wędrowiec, którego ni mniej ni więcej Elka wykopuje za drzwi... Może nie dosłownie ale prawie. Zresztą chyba takich słów użył Tomcio, gdy razem z Elką przebraną za aniołka utknął w windzie. Są prezenty, choinki i wigilia u Borejków, podczas której nie tylko mamie Borejko zaszklą się oczy. Zawsze sięgam po tę książkę, bo w niej znajduję to co najistotniejsze. Jest w niej prawdziwy duch świąt. I cud. I pachnie piernikiem do którego Idusia zamiast miodu wlała smalczyk i są słowa o narodzinach Jezusa, które jeszcze długo po odłożeniu książki tkwią w pamięci i sercach. No i jest mój ukochany Baltona. Nie wiem czy ja już kiedyś się do tego przyznałam, ale Baltona to moja wielka miłość. Marzyłam o takim chłopaku gdy jeszcze byłam nastolatką i zazdrościłam Patrycji z całego serca. Tego, że oni razem nad tym jeziorem mogli siedzieć i słuchać ciszy a ona tak pięknie gładziła go po ostrzyżonych króciutko włosach. Nagrzanych słońcem :) Ale to już było w Pulpecji, kolejnej części. Ale skoro się książki zna na pamięć to skojarzenia same się nasuwają. W Noelce Baltona wyglądał jeszcze inaczej. Posłuchajcie co mówi o nim Elka o orzechowych oczach, która już za momencik zamieni się w anioła o szafirowej twarzy :
Taki był cudowny! - arogancki, pełen dzikiego, beztroskiego wdzięku, obcy i niezwykły. Imponujący i fascynujący. Chudy i niebezpieczny, z takimi wilczymi zębami. Och. Och. I tak zupełnie nie zwracał na nią uwagi! Po raz pierwszy w życiu Elka poczuła się przy kimś aż tak nieważna. Jakby jej w ogóle nie było. Musiała uruchomić całą swą energię i siłę woli, by go skłonić do choćby jednego uważniejszego spojrzenia. Ale niewiele to dało. Rozmawiał z nią tak, jakby musiał się zniżać do jej poziomu. Mówił o filmach Jarmuscha, a ona w ogóle nie wiedziała, kto to Jarmusch. I wspomniał o Gombrowiczu, którego Elka jeszcze nie czytała. Boże, czuła się jak idiotka. A on w dodatku miał takie oczy przenikliwe, z takimi rzęsami. I takie usta cyniczne, gorzkie. Och.
Muszę wam powiedzieć, że gdy po raz pierwszy czytałam Noelkę też nie wiedziałam kim jest Jarmusch i z miejsca rzuciłam się do książek żeby tę wiedzę uzupełnić. Bo przecież marzyłam o takim Baltonie i co by było gdyby nagle się okazało, że tak zupełnie i nieoczekiwanie stanąłby na mojej drodze a ja nie wiedziałabym kim jest rzeczony pan na J :) I miłość przeszłaby mi koło nosa z powodu nieuctwa. Och! :)
Wracając jeszcze do świątecznych aspektów. W Noelce poruszona jest jeszcze jedna ważna kwestia. Taka, która gdzieś tam siedzi w moim sercu i czasem rwie niczym nieusunięta drzazga. Szczególnie w sytuacjach, w których czuję się bezradna. Tak było jakiś czas temu. Rok albo dwa, nie pamiętam już dokładnie. Było zimno, czas okołoświąteczny. Wracaliśmy od znajomych. Późną nocą. Weszliśmy na klatkę, a tam na betonowej podłodze, skulony leżał bezdomny. Spał. I był pod wpływem. Cała klatka nieziemsko cuchnęła (wiem brzmi źle, ale nie ma innego dobrego słowa) długo niezmienianymi ubraniami. Weszliśmy z Kubą do domu i bez słowa popatrzyliśmy na siebie. Ja poszłam do kuchni mój mąż do pokoju. Po chwili byliśmy z powrotem na klatce z grubym kocem, reklamówką pełną jedzenia. Otuliliśmy go i zostawiliśmy pakunek z kanapkami, ciastem, mięsem. Wróciliśmy do domu i tam dopiero się popłakałam. Bo miałam świadomość, że tak naprawdę nie zrobiłam nic żeby poprawić los tego człowieka. Ale z drugiej strony nie wiedziałam co jeszcze mogłabym zrobić. Nie ośmieliłam się zabrać go do domu... I o tym właśnie pisałam w tekście o smutku pustego miejsca. I o tym też bardzo mądrze pisze pani Musierowicz:
- Mnie męczy przykre przeświadczenie - włączyła się Ida - że połowiczna dobroczynność nie ma sensu. Nie poprawiliśmy doli tych dzieci ani odrobinę. Ogrzaliśmy je tylko i nakarmili.
- A czy to aż tak mało? - spytała nieśmiało mama Borejko.
- E tam, mamuś - powiedziała Ida. - Jeszce dzisiaj będą znów brudne, zmarznięte i głodne. Rozumiesz, o co mi chodzi. Gdyby człowiek miał być dobry, tak naprawdę, na serio i konsekwentnie , musiałby po prostu zająć się losem tych dzieci do końca..
- Obawiam się, że do wyboru są tylko działania symboliczne albo bierność - odezwał się Marek Pałys.
- Chcę tylko powiedzieć - ciągnęła Ida -że miłość bliźniego to zadanie bardzo trudne. Kto wie czy nie najtrudniejsze.
- Mnie się zdaje, że rozszczepiacie włos na czworo. Po prostu zawsze można coś zrobić. Symbolicznie czy nie, skutecznie czy tylko troszkę skutecznie, ale... zawsze można coś zrobić. To wszystko.
No właśnie. To wszystko. Tak sobie to usiłuję własnie poukładać w głowie. Że niekiedy można zrobić tylko troszkę. Ale to chyb lepiej niż nic. Tyle tylko, że ta zadra po tym "trochę" zostaje. Na zakończenie chciałabym jeszcze przytoczyć słowa, które chyba powinny stać się dla każdego drogowskazem. I to nie tylko w czasie świąt:
- Więc jak tam sobie usiadłem, na tych schodach, to zrozumiałem, że Bóg nie może nam się ukazać inaczej, jak przez drugiego człowieka.
I właściwie nic więcej nie można tu dodać. Wszystko zostało powiedziane. Chyba już teraz rozumiecie dlaczego Noelka co roku jest moją przedświąteczną lekturą obowiązkową :)
piątek, 11 grudnia 2015
Zimowa magia czyli czar wspomnień...
Dzisiaj nietypowe odliczanie świąteczne. Do wigilii zostało 14 dni a mnie znów naszło na Lwów. Bo tam przedsmak zimy i przedświątecznej magii zaczynał się dużo, dużo wcześniej.
Od momentu gdy pracowałam nad Leośką Lwów na stałe zamieszkał u nas w domu. Nawet Tysiek nuci czasem pod nosem o babci która znów mieszka we Lwowie. Pamiętacie tę piosenkę? Jedna z moich ulubionych.
I tak dzisiaj nagle wszystko do mnie wróciło. Te wspomnienia, które czytałam, te tęsknoty za tym co było i dawna zima... Taka którą widziałam oczami wyobraźni gdy czytałam wspomnienia pana Witolda Szolgini, gdy słuchałam mojej babci i dziadka mojego męża.
Wtedy zimowa magia zaczynała się już w listopadzie. Pierwszym szronem. I właśnie dziś idąc z Tyśkiem do szkoły ten srebrzysty puch oblepiający trawniki i ławki przypomniał mi fragment Leośki.
Ale to nie tylko kawałek z mojej powieści. To wspomnienia moich dziadków i dziadka mojego męża, to dawne obrazy z życia pana Witka gdy był jeszcze małym chłopcem i mieszkał w lwowskiej kamienicy "Pod żelaznym lwem". To obrazy, który wszyscy nosimy w sobie, bo każdy z nas jest jednocześnie częścią przeszłości, która dzięki nam nie przemija. Pozwalam sobie przypomnieć zimę Leontyny - Zosi. A na wigilię lwowską i wspomnienia z nią związane zapraszam późnym popołudniem na Rozkoszną Panią Domu. Zaanonsuję jej pojawienie i tutaj i na fb.
(fragment "Tajemnicy bzów")
Początek zimowej magii zaczynał się
jeszcze w listopadzie. Gdy ziemię zaczynała pokrywać srebrzysto – lśniąca
szadź. Lśniła na brązowych butwiejących i pomiętych liściach, odbijała się
tajemniczym blaskiem od gołych gałęzi i sprawiała, że listopadowa szaruga piękniała
i zamierała w oczekiwaniu na nadchodzący, majaczący już na horyzoncie grudzień.
W powietrzu czuć było daleki, ale wyraźny zapach przyszłego śniegu. Świat na
niego czekał z niecierpliwością. Zosia zawsze odnosiła wrażenie, że końcówka
listopada wprost dyszy tym oczekiwaniem. Bezlistne gałęzie potężnych
kasztanowców, rosnących przy ich ulicy, w proszącym geście wyciągały się do
nieba, dachy skąpane w szarym, ponurym świetle sprawiały wrażenie jeszcze
bardziej kanciastych i ostrych, a dziecięce buzie i nosy każdego ranka z
nadzieją przyklejały się do szyb. Aż w końcu nadchodził ten dzień gdy nawet nie
trzeba było podchodzić do okna, bo ledwo otworzyło się oczy już było wiadomo,
że jest! Nareszcie spadł i miłosiernie otulił gołe gałęzie i złagodził kontury
dachów. Nie wiedzieć czemu ten pierwszy śnieg zwykle padał nocą. Jakby chciał
zrobić dzieciarni poranną niespodziankę. I udawało mu się w stu procentach.
Ponurość jesienna wyparowywała dzieciakom z głów i wstępowało w nie nowe życie.
Nagle nie trzeba było nikogo poganiać i siłą wywlekać z łóżka. Śniadanie
połykało się naprędce tak żeby jak najszybciej znaleźć się na białej i całkiem
odmienionej ulicy. Im wcześniej tym lepiej żeby jeszcze stróże nie zdążyli
zgarnąć go sprzed domów, żeby można było w nim
pobrodzić, posłuchać jak cudownie i tajemniczo chrzęści pod nogami.
Zosia miała od dawna już wypracowany i niezmienny pierwszośniegowy rytuał. Tuż
po wyjściu z domu, co sił w nogach biegła na Głowińskiego. Zadyszana z
zarumienionymi z zimna policzkami dopadała postoju taksówek i z niepokojem
rozglądała się wokół. I nigdy się nie zawiodła. Szoferzy, ośnieżeni, zakutani w
kożuchy bawili się przednio lepiąc wielką śnieżną taksówkę. Samochód był
piękny, miał koła, szprychy, reflektory i kierownicę. Jedyne czego mu brakowało to drzwi, bo gdyby były nijak nie można by
było do niego wsiąść[1].
A na to właśnie liczyła i Zośka i inne miglance[2],
które z zafascynowaniem przyglądały się lepieniu. Jakoś tak trudno jej było
wyobrazić sobie rozpoczęcie zimy bez posiedzenia w białej i mroźnej
taksówce. Oczywiście dawniej, bo teraz
już była za duża na zabawy w przejażdżki śnieżnym autem. Ale i tak biegła
zobaczyć jak kierowcy nagle zamienieni w duże dzieci bawią się pierwszym
śniegiem i jak witają nadchodzącą zimę. Potem przez długie mroźne miesiące
mogły powstawać nie wiadomo jak wymyślne bałwany i śnieżne konstrukcje, ale i
tak najważniejsze było to coroczne szoferskie otwarcie sezonu zimowego.
W tym roku było tak samo. Roześmiane
grono baraszkujących w lekkim puchu mężczyzn sprawiło, że tradycji stało się
zadość. Śnieżny samochód stanął na swoim stałym miejscu i miał tam pozostać aż
do końca zimy. Teraz już w domu, stojąc
przy oknie i patrząc na liczne małe postacie ciągnące za sobą sanki i wędrujące w górę ulicy Zosia mimowolnie
westchnęła. Bycie dużą było niewątpliwie fajne, ale niestety w życiu jak to w
życiu nie można było mieć wszystkiego. Wraz z upływem czasu nie tylko z
przejażdżki śnieżną taksówką trzeba było zrezygnować. Zjeżdżanie na sankach też
przestało być pociągające. A jeszcze nie tak dawno w tym tłumie wędrujących
dzieciaków była i ona z siostrą. Nie było nic przyjemniejszego niż zjazd w
szaleńczym pędzie, spadającą stromo w dół
ulicą Wójtowską… Wracały z tych wypraw posiniaczone, poobijane ale
szczęśliwe. W głębi duszy zazdrościła trochę tym małolatom widocznym zza
okiennej szyby determinacji, mozolnego wspinania się pod górę a potem nagrody w
postaci chwilowego poczucia wolności, gdy sanki z zawrotną prędkością mknęły
przed siebie. Zazdrościła im też magii nocy świętego Mikołaja. Tego drżenia z
którym kładła się spać piątego grudnia. Niepewna czy list napisany i zostawiony
na zaśnieżonym parapecie na pewno dotarł do dobrotliwego staruszka i czy gdy
wstanie o poranku będą na nią czekać podarunki. Zawsze zachodziła obawa, że
Aniołek – listonosz zawieruszy gdzieś po drodze karteczki z prośbami…
- Jeżeli jest choć w części podobny do
ciebie Zosiu, to rzeczywiście masz się czym niepokoić – śmiała się z tych obaw
okrutna mama. – Ale nie martw się, znając Mikołaja zatrudnia na poczciarzy same
solidne i poukładane aniołki… - dodawała natychmiast widząc wydłużającą się
minę córeczki.
I rzeczywiście aniołki musiały być
nieźle przeszkolone, bo listy od dziewczynek zawsze docierały do adresata i
poranek szóstego grudnia nieodmiennie był głośny, pełen ekscytacji i
dziecięcego śmiechu. Mikołaj nigdy nie zawiódł. W małych kolorowych i ręcznie
przez dziewczynki uszytych woreczkach zostawiał coś do schrupania i coś do
zabawy. Nigdy jednak nie dał się
przyłapać. Zosia niejednokrotnie usiłowała przydybać siwobrodego starca i jego
pomocników aniołka i czarnego rogatego diabła, który dla bardzo niegrzecznych
dzieci zostawiał rózgi. Szczerze mówiąc z tej całej trójki najbardziej
interesujący wydawał się Zośce rogaty towarzysz świętego. I to przede wszystkim
z myślą o nim któregoś razu zaczaiła się po zmroku przy oknie, ale nie dość, że
nie ujrzała ni diabła ni anioła to jeszcze podstępny staruszek uśpił ją i tylko
sobie znanymi sposobami przeniósł do łóżka.
- A to już wiem kto tak strasznie w
nocy sapał – skwitował jej żale tata – Biedny Mikołaj, musiał taskać taki
straszny ciężar! Nie masz serca Zosiu!
Tak było oczywiście lata temu. Teraz
już nie dla niej było podglądanie świętego, bo najzwyczajniej w niego nie
wierzyła. Dobrze, że chociaż śnieg przynosił nadal ten sam urok i tak samo
cieszył.
W Mikołaja wprawdzie nie wierzę i
nic już tego nie potrafi zmienić ale jutro pójdę na Kajzerwald – pomyślała
odzyskując dobry humor. – I pozjeżdżam z chłopakami na desce. To dopiero będzie
frajda – zatarła ręce i już całkowicie rozchmurzona poszła do kuchni, gdzie
zanurzona w ciepłym i jasnym świetle siedziała już reszta rodziny. Ania w
skupieniu ściboliła coś z kolorowego papieru, w imbryku bulgotała woda i wokół
pachniało kulikowskim chlebem, który mama kroiła ostrym nożem na równe
kromki. Zosia sięgnęła ukradkiem po
piętkę i z rozkoszą wgryzła się w chrupiącą skórkę. Mama o dziwo udała, że
niczego nie zauważyła, ba nawet przechodząc niby mimochodem pogładziła jej
rozwichrzone włosy. Tak, z całą pewnością Zosia lubiła grudzień i pierwszy
śnieg. I patrząc na ciche zwyczajne szczęście, które rozpanoszyło się w kuchni
chyba nie była w tym lubieniu odosobniona.
- Miasto zostało opanowane przez
świętych Mikołajów wszelkiej maści – poinformował ojciec od progu otrzepując
śnieg z kożucha i tupiąc zaśnieżonymi butami w przedpokoju. – Ależ w tym roku
zrobili wystawy! Oczu nie można oderwać, co jedna to bardziej przepyszna…
Trzeba koniecznie zabrać dziewczynki żeby pooglądały te cuda.
- Zgaduję, że ty przede wszystkim
podziwiałeś tę u „Mamy” Teliczkowej? – sarknęła Marianna znacząco pociągając
nosem. – Tę na której Mikołaj gorszy grzeczne dziatki popijając piwo a pod
pachą dzierży flaszkę wiśniówki Baczewskiego…
- Przed tobą się nic nie ukryje –
roześmiał się Stanisław – Rzeczywiście wpadliśmy do „Mamy” z Leonem i wypiliśmy
po halbie[3]
„Marcowego[4]”
. Ale chyba nie będziesz mi robiła z tego powodu wyrzutów…
Z tego powodu nie, ale z tego, że naniosłeś do domu
tyle błota to już inna sprawa. Chociaż z drugiej strony lepiej teraz niż za
parę dni. Jak już będzie po wiórkowaniu… Swoją drogą sama nie wiem w co
najpierw mam ręce włożyć. Tyle jest pracy przed świętami…
I o tym własnie będzie na Rozkosznej Pani Domu, o przygotowaniach, o zapachach, o wspomnieniach lwowskich wigilii.
[1]
Śniegową taksówkę, tak dużą jak ich własne
rzeczywiście lepili Szoferzy z postoju taksówek przy ul. Głowińskiego.
Stała ona rokrocznie aż do końca zimy w zakolu ogrodzenia szpitaliku
dziecięcego. Opisuje to Witold Szolginia
w książce „Dom pod żelaznym lwem”
[2]
Maluchy.
[3]
kuflu
[4]
Piwo wyrabiane we lwowskim browarze Jana Kleina na Pohulance
sobota, 28 listopada 2015
Kulinarnie :)
Wzięło mnie. Mam wybitnie kuchenny weekend. Dziś upiekłam chleb i bułeczki kardamonowo - cynamonowe. Jutro robię ciasteczka z masą krówkową, bułeczki pszenne i nastawiam piernik staropolski (z myślą o świętach rzecz jasna). Bułeczki kardamonowe są po prostu boskie. Oczywiście zwiodły mnie na pokuszenie. A już tak uroczo przez cały tydzień byłam na diecie. I dzielnie się trzymałam. A teraz pocieszam się mądrością buki:
To tak w ramach rozgrzeszenia ze słodkiej rozpusty :)
A nawiązując do chleba. Piekę go z tego przepisu już od dawna. Zawsze wychodzi, robi się błyskawicznie i smakuje i pachnie... No i jest bez polepszaczy. Przepis za momencik. Najpierw jeszcze kilka słów o bułeczkach. Okazało się, że są spełnieniem wszystkich moich bułeczkowych marzeń. Uwielbiam kardamon, cynamon kocham... Matko jaki one mają aromat! Nie wiem ile mają kalorii i szczerze mówiąc nie chcę wiedzieć. Jeżeli ktoś mnie będzie chciał uświadomić narazi się na mój gniew :) Natomiast pragnę Was nakłonić do bułeczkowej rozpusty. Musicie spróbować! KONIECZNIE! W końcu nie możecie dopuścić żebym sama grzeszyła w towarzystwie raźniej :) A jutro piernik. To już najwyższy czas żeby go nastawić. Robicie ze mną? Zaraz podam wszystkie przepisy najpierw tylko dodam, że makatkowych podpowiedzi przybywa. Jutro jeszcze będą kolejne. Zaglądajcie.
A teraz przepisy. Zaczynamy od chleba. Sami zobaczcie jakie to proste:
Chleb prosty i szybki :)
- 1 kg mąki krupczatki
- 6 łyżek siemienia lnianego
- 6 łyżek ziaren słonecznika
- 1 szklanka otrębów pszennych
- 3 łyżki sezamu
- 4 łyżki pestek dyni – dwie do środka dwie do posypania po wierzchu
- 1,5 łyżki soli
- 5 łyżek cukru (zmniejszyłam troszeczkę)
- 5 dag drożdży
- 1 l ciepłej wody
Mąkę, ziarna, otręby, sól, cukier i pokruszone drożdże dokładnie wymieszać. Zalać ciepłą wodą i wymieszać łyżką. Odstawić do wyrośnięcia na 20 minut. Zamieszać ponownie kilka razy i wylać do foremek. Odstawić na kolejne 30 min. Nagrzać piekarnik do 230 stopni., posypać chleb pestkami dyni i włożyć foremki do piekarnika.
Piec przez 15 minut. Następnie zmniejszyć temperaturę do 200 stopni i piec jeszcze 35-40 minut.
No a teraz bułeczki.. No po prostu mmmmmyyy.....
Składniki:
1 łyżka nasion kardamonu, (użyłam mielonego)
pół litra mleka,
40 g świeżych drożdży,
100 g miękkiego masła,
100 g cukru,
szczypta soli,
1 jajko,
700 - 750 g mąki.
Nadzienie:
2/3 kostki masła,
80 g brązowego cukru,
2 łyżki cynamonu.
Drożdże rozetrzeć lekko z cukrem, po kilku minutach rozpuszczą się. Mleko podgrzać aby było ciepłe, a nie gorące. Wlać do drożdży i cukru, wymieszać. Kardamon wyłuskać z pączków, utrzeć lekko w moździerzu lub rozetrzeć między dwiema łyżeczkami - powinno się udać :)
Do mleka i drożdży dosypać przesianą mąkę, dodać sól, rozgnieciony kardamon i jajko. Wszystko razem zagnieść. Na końcu dodać miękkie masło i dokładnie wszystko wyrobić. Ciasto powinno być dość miękkie i elastyczne. Przykryć i odstawić na około pół godziny do wyrośnięcia. Po tym czasie zbić lekko, żeby ciasto odgazowało i ponownie przykryć na pół godziny. Po drugim wyrastaniu ciasto podzielić na dwie lub trzy części (w zależności od wielkości blachy), jedną część rozwałkować na prostokąt, pozostałe części pozostawić pod przykryciem.
Rozwałkowany prostokąt posmarować obficie stopionym i przestudzonym masłem. Po wierzchu posypać brązowym cukrem wymieszanym z cynamonem. Ciasto zwinąć w wałek wzdłuż szerszego boku. Odkrawać mniej więcej dwu centymetrowej grubości krążki i układać je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Pozostawić na 10 minut, przesmarować stopionym masłem i piec w temperaturze 200 stopni przez około 10 minut.
Kiedy bułeczki będą wyrastały przed pieczeniem, można zacząć przygotowywać drugą część ciasta w identyczny sposób. (Przepis znalazłam TU)
Na piernik przepis dodam jutro. A jutro ruszamy też z Szuflandią. I podpowiedzi do makatki i popołudniu zdradzę kim będzie nasz gość. Jestem niesamowicie ciekawa kto zgadnie :)
To tak w ramach rozgrzeszenia ze słodkiej rozpusty :)
A nawiązując do chleba. Piekę go z tego przepisu już od dawna. Zawsze wychodzi, robi się błyskawicznie i smakuje i pachnie... No i jest bez polepszaczy. Przepis za momencik. Najpierw jeszcze kilka słów o bułeczkach. Okazało się, że są spełnieniem wszystkich moich bułeczkowych marzeń. Uwielbiam kardamon, cynamon kocham... Matko jaki one mają aromat! Nie wiem ile mają kalorii i szczerze mówiąc nie chcę wiedzieć. Jeżeli ktoś mnie będzie chciał uświadomić narazi się na mój gniew :) Natomiast pragnę Was nakłonić do bułeczkowej rozpusty. Musicie spróbować! KONIECZNIE! W końcu nie możecie dopuścić żebym sama grzeszyła w towarzystwie raźniej :) A jutro piernik. To już najwyższy czas żeby go nastawić. Robicie ze mną? Zaraz podam wszystkie przepisy najpierw tylko dodam, że makatkowych podpowiedzi przybywa. Jutro jeszcze będą kolejne. Zaglądajcie.
A teraz przepisy. Zaczynamy od chleba. Sami zobaczcie jakie to proste:
| przed włożeniem do piekarnika :) |
- 1 kg mąki krupczatki
- 6 łyżek siemienia lnianego
- 6 łyżek ziaren słonecznika
- 1 szklanka otrębów pszennych
- 3 łyżki sezamu
- 4 łyżki pestek dyni – dwie do środka dwie do posypania po wierzchu
- 1,5 łyżki soli
- 5 łyżek cukru (zmniejszyłam troszeczkę)
- 5 dag drożdży
- 1 l ciepłej wody
Mąkę, ziarna, otręby, sól, cukier i pokruszone drożdże dokładnie wymieszać. Zalać ciepłą wodą i wymieszać łyżką. Odstawić do wyrośnięcia na 20 minut. Zamieszać ponownie kilka razy i wylać do foremek. Odstawić na kolejne 30 min. Nagrzać piekarnik do 230 stopni., posypać chleb pestkami dyni i włożyć foremki do piekarnika.
Piec przez 15 minut. Następnie zmniejszyć temperaturę do 200 stopni i piec jeszcze 35-40 minut.
No a teraz bułeczki.. No po prostu mmmmmyyy.....
Składniki:
1 łyżka nasion kardamonu, (użyłam mielonego)
pół litra mleka,
40 g świeżych drożdży,
100 g miękkiego masła,
100 g cukru,
szczypta soli,
1 jajko,
700 - 750 g mąki.
Nadzienie:
2/3 kostki masła,
80 g brązowego cukru,
2 łyżki cynamonu.
Drożdże rozetrzeć lekko z cukrem, po kilku minutach rozpuszczą się. Mleko podgrzać aby było ciepłe, a nie gorące. Wlać do drożdży i cukru, wymieszać. Kardamon wyłuskać z pączków, utrzeć lekko w moździerzu lub rozetrzeć między dwiema łyżeczkami - powinno się udać :)
Do mleka i drożdży dosypać przesianą mąkę, dodać sól, rozgnieciony kardamon i jajko. Wszystko razem zagnieść. Na końcu dodać miękkie masło i dokładnie wszystko wyrobić. Ciasto powinno być dość miękkie i elastyczne. Przykryć i odstawić na około pół godziny do wyrośnięcia. Po tym czasie zbić lekko, żeby ciasto odgazowało i ponownie przykryć na pół godziny. Po drugim wyrastaniu ciasto podzielić na dwie lub trzy części (w zależności od wielkości blachy), jedną część rozwałkować na prostokąt, pozostałe części pozostawić pod przykryciem.
Rozwałkowany prostokąt posmarować obficie stopionym i przestudzonym masłem. Po wierzchu posypać brązowym cukrem wymieszanym z cynamonem. Ciasto zwinąć w wałek wzdłuż szerszego boku. Odkrawać mniej więcej dwu centymetrowej grubości krążki i układać je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Pozostawić na 10 minut, przesmarować stopionym masłem i piec w temperaturze 200 stopni przez około 10 minut.
Kiedy bułeczki będą wyrastały przed pieczeniem, można zacząć przygotowywać drugą część ciasta w identyczny sposób. (Przepis znalazłam TU)
| Moje bułeczki i lektura :) Padło na Miniaturzystkę. Wciągnęła mnie totalnie. |
Subskrybuj:
Posty (Atom)



