Dzień dobry, cześć i czołem! Nie wiem jak Was ale mnie coraz bardziej nosi. Już tak mam, że nadchodzi moment, że włącza mi się szwędacz i wtedy się zaczyna. W ruch idą przewodniki, mapy, w przeglądarce internetowej odpalone jest tyle okienek, że mój mąż ukochany na ten widok dostaje palpitacji serca i przepowiada mi, że niechybnie wykończę to biedne urządzenie. W okienkach są strony miejsc, które mnie aktualnie interesują, blogi i właściwie wszystko co tylko w jakiś sposób wiąże się z tematem więc logiczne jest, że nic nie można zamknąć, bo nie wiadomo co może się przydać. Ale ja właściwie nie o tym. Znaczy o tym w kontekście szwendacza a nie tego jak znęcam się nad przeglądarką :) I tutaj, uwaga, szykuję się na wyznanie. Wstydliwe. I szokujące. I jasno dające do zrozumienia, że jestem autorką wędrowną z rodzaju niebezpiecznych.
Otóż moi drodzy zaczęło się już w listopadzie zeszłego roku. Dopadła mnie nagła i niepohamowana chęć spakowania walizek i wyruszenia. Przed siebie. Daleko. Wprawdzie nie tam gdzie oczy poniosą tylko w konkretne miejsce a mianowicie do Wenecji. Koniecznie w grudniu, bo natchnęła mnie lektura "Znaku wodnego" Josifa Brodskiego. Chciałam żeby było dokładnie tak jak on opisywał:
„Wiele księżyców temu dolar był wart 870 lirów, a ja miałem trzydzieści dwa lata. Kula ziemska była również lżejsza o dwa miliardy dusz, a bar przy stazione, na której wysiadłem w ową zimną grudniową noc, był pusty. Stałem w nim, czekając na jedyną osobę, którą znałem w tym mieście i która miała mi wyjść na spotkanie."
A potem:
"Tło składało się w całości z ciemnych sylwetek kopuł kościelnych i szczytów dachów; most wyginał się łukowato nad czarną krzywizną wody, której oba końce ucinała nieskończoność. W nocy poczucie nieskończoności nieznajomych obszarów daje nam ostatnia lampa uliczna, i właśnie taka lampa świeciła dwadzieścia metrów dalej. Było bardzo cicho. Od czasu do czasu pojawiało się mętne światełko grasującej w pobliżu łodzi; śruba mąciła odbicie dużego neonu CINZANO, usiłującego usadowić się na czarnej ceracie powierzchni wody (...) Dość było się po prostu obrócić na pięcie, abym ujrzał stazione w całym jej prostokątnym splendorze neonów i wielkomiejskiej ogłady, abym ujrzał duże litery oznajmujące VENEZIA."
Czujecie to? Grudniowa noc, lekko siąpiący deszcz, albo jeszcze lepiej prószący śnieg i ja romantycznie marznąca na weneckich mostach... No dobrze, przyjmuję, że nie do każdego musi trafiać ta wizja :) Ale mnie opętało. Chciałam wilgotnego wiatru, lekkiego zimna i Placu Świętego Marka skąpanego we mgle. Swoją drogą to nie wiem czy wiecie, ale Wenecjanie kochają swoje mgły i mają na ich określenie wiele słów: nebbia, nebbietta, caligo, foschia... I teraz uruchomcie wyobraźnię, przymknijcie oczy i zobaczcie miasto na wodzie, otulone we mgłę, która sprawia, że ma się wrażenie, że właściwie to wszystko tutaj unosi się lekko w tej białej poświacie. Cisza i spokój i nagle bicie dzwonów, które płynie z wież kościołów i kościółków...
Już mniej się dziwicie, że uparłam się na wenecki grudzień? A dodatkowo kusiła mnie jeszcze perspektywa niewielkiej ilości turystów. No więc od marzeń przeszłam do realizacji. Zamówiłam bilety na samolot. Niby nic, ale to jest kolejna sprawa, do której przyznaję się z lekkim zawstydzeniem. Otóż to był mój pierwszy raz. W życiu nie leciałam. Naprawdę! Zawsze nasz dzielny Manfred pieszczotliwie Maniek(samochód) dzielnie spisywał się w boju i dowoził nas gdzie trzeba. Ale tutaj pomyślałam, że po pierwsze szkoda czasu na podróż, bo wyjazd miał być tygodniowy, a po drugie odpadał kłopot z parkingiem. Więc wzięłam głęboki oddech, pomyślałam "raz kozie śmierć" i że zawsze musi być ten pierwszy raz i klepnęłam bilety. Obłożyłam się przewodnikami, mapami, książkami i zaczęłam planować.
A to jest jeden z najmilszych elementów podróży. Myśleć o tym co, gdzie, kiedy...
Jeszcze nie dotknąłeś, nie zobaczyłeś a jednak już masz przedsmak, już czujesz ten ekscytujący dreszcz na samą myśl o tym, że za momencik, za chwileczkę to wszystko stanie się twoim udziałem. I że w jakiś sposób twoja obecność wpisze się w miejsce, które odwiedzisz. Echo twoich kroków, zamieszka w uliczkach, stolik w knajpce zostanie pogłaskany przez twoją dłoń. To gdzieś musi zostawać, nie może tak zwyczajnie zniknąć. I przez tą ulotną chwilę staniesz się częścią historii, choćby tej dotyczącej jednego dnia...
Kocham to uczucie, ten czas przygotowań chyba na równi z chwilą gdy już jestem na miejscu i przeżywam wszystko realnie. Ale wracając do meritum. Bilety zamówiłam, literaturę zgromadziłam i z niecierpliwością czekałam na grudzień. I przyszedł... I Wenecja zaczęła tonąć. Stało się jasne, że tym razem musimy zmienić plany. Wędrowne. Lotne. Wyczekane. Mgliste. Z pewnym rozczarowaniem patrzyłam na moje notatki, przewodniki, książki... A potem pomyślałam, że w porządku co się odwlecze to nie uciecze i trudno, polecimy w następnym roku. Zaplanowałam wyjazd na wiosnę. Na drugą połowę marca. I co? No chyba nie muszę nikomu tłumaczyć co zatrzymało mnie w domu :) Pandemia nieźle pokrzyżowała plany, zresztą nie tylko te moje (swoją drogą to zauważyliście, że to słowo z miejsca kojarzy się wrednie? Można by było tak dać na imię jakiejś okropnie zgryźliwej i jadowitej bohaterce :) ) No ale wracając do tematu to właśnie zbliżam się do konkluzji: otóż w grudniu chciałam jechać do Wenecji i zatonęła. W marcu chciałam jechać do Wenecji i co? Rozhulał się w najlepsze korona wirus. Hmmm... Obiecuję, że jak będę planowała kolejny raz to uprzedzę :) A wniosek z tego taki, że po pierwsze jestem potwornie przyziemną autorką, bo nie dane mi było polecieć, a po drugie, że jestem wędrownie niebezpieczna :)
P.S. Zaplanowałam już wakacje, w najbliższym czasie uprzedzę gdzie zamierzam jechać :)
P.S. 2 W następnym poście będzie dużo o "W blasku słońca", bo wiecie, że nowa powieść już w czerwcu?
Buziaki i dobrego wieczoru!
Strony
- Strona główna
- 48 tygodni
- Uroczysko
- Sezon na cuda
- Okno z widokiem
- Wino z Malwiną
- Malownicze. Wymarzony dom.
- Wymarzony czas
- Tajemnica bzów
- Nadzieje i marzenia
- Anioł do wynajęcia
- Kontakt
- Świąteczny zakątek
- Telefon zapytania
- Seria Uroczysko - kolejność czytania
- Seria Malownicze - kolejność czytania
- Poza serią - moje książki
- Serce z piernika
- Jak zostać pisarką
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plany. Pokaż wszystkie posty
środa, 13 maja 2020
niedziela, 19 stycznia 2020
Witajcie kochani jak dobrze Was uścisnąć!
Dzień
dobry :)
To po pierwsze, jeżeli ktoś miał wątpliwości czy jeszcze żyje, to owszem, żyję :) Mam nadzieję, że jeżeli ktoś poczuł się rozczarowany tą informacją, to będzie miał na tyle taktu, że się do tego nie przyzna :)
Po drugie postaram się jakoś logicznie opowiedzieć gdzie byłam, jak mnie nie było :) W miarę po kolei, bo po takiej przerwie blogowej inaczej się nie da. To chyba moja największa absencja w historii blogowania.
Od tamtego czasu, gdy tu ostatni raz zaglądałam, jeżeli chodzi o sprawy zawodowe, to zdążyłam napisać "Antolkę" i "Nieświętego Mikołaja". I to zaliczam bezwzględnie do sukcesów. Udało mi się również część z Was zdenerwować informacją, że kontynuacji "Uroczyska" chwilowo nie będzie. Kolejną część też trochę zirytowałam, zapewniając, że "Antolka" i "Nieświęty" też będą pojedynczymi powieściami. Z tego można wyciągnąć wniosek, że mam niebywały dar irytowania innych. I jeżeli chodzi o to, to nie jestem z siebie zbytnio dumna. A chcąc być szczera, to obawiam się, że to nie koniec irytacji, bo pozmieniały mi się nieco plany wydawnicze. Ale to zostawimy sobie na później. Na jutro, albo pojutrze, albo za rok... Tak żebyście mnie nie znielubili zupełnie :)
Z wiadomości bardziej optymistycznych, to nowa powieść się pisze, czego dowodem jest zamieszczony poniżej mały fragment. A kolejna już też mocno zaplanowana i uwaga! częściowo już napisana. Jeżeli ktoś z Was mnie zna to wie, że to fenomen, bo ja nigdy nie miałam niczego zrobionego z tak dużym wyprzedzeniem. W sensie plany, notatki a i owszem, ale taki konkretny tekst, z tym było gorzej. dodatkowo wspomnę, że "Wilczy dwór też już doczekał się kilku pierwszych scen. I tu pytanie do Was: chcielibyście na zaostrzenie apetytu, za czas jakiś, kilka pierwszych stron "Wilczego"? Napiszcie proszę, a ja się dostosuję. Ogólnie rzecz biorąc jeżeli macie pytania dotyczące moich powieści to pytajcie pod tym postem. Odpowiem w przeciągu tygodnia. Z ręką na sercu, bowiem postanowiłam, że ten rok będzie wyjątkowy. W końcu dwudziesty dwudziesty do czegoś zobowiązuje. I dlatego moi kochani, po pierwsze wrócę na bloga, bo mam ogromną potrzebę powrotu, a po drugie będę regularnie odpowiadała na komentarze. No dobrze w miarę regularnie. Znając moją niesubordynowaną naturę lepiej zostawię sobie lekko uchyloną furtkę :)
A teraz trochę z innej beczki, bardziej prywatnie.
Otóż moi kochani jak mnie tu nie było to w moim życiu działo się naprawdę dużo. Po pierwsze się przeprowadziliśmy, do naszego pierwszego, własnego mieszkania. I nareszcie mam własne miejsce do pracy. I tak oto przestałam być kobietą zza biblioteczki (w naszym poprzednim mieszkaniu miałam wciśnięty właśnie za nią stolik) a stałam się kobietą z gabinetem, własnym biurkiem i kredytem - żeby nie było za słodko :) Ale mniejsza o większość. Własny pęk kluczy to coś niesamowitego! Szczególnie po dwudziestu kilku latach tułaczki. Mam nadzieje, że cieszycie się razem ze mną :) To jeden z powodów, dla których tak rzadko się tu pojawiałam. Ci którzy nigdy tego nie przeżyli muszą uwierzyć na słowo: przeprowadzka to coś przypominającego do złudzenia koszmar! Szczególnie jeżeli należy się do ludzi, którzy kochają książki, mnóstwo książek i jeszcze trochę na dokładkę. Dodatkowo uwielbiają starą porcelanę (to ja), szkło (Kuba, mąż mój własny), szklane ryby (Tysiek), anioły różnej maści (ja), wiekowe meble (wszyscy jak jeden mąż) i tak dalej i tak dalej. I nigdy nie wierzcie tym, którzy będą mówić, że przeprowadzka z jednej strony ulicy na drugą jest lepsza niż ta na nieco większą odległość. To złudne i mamiące. Bo jak się przeprowadzacie tak blisko to wydaje się Wam, że właściwie dużą część zrobicie sami. My porwaliśmy się w pierwszej kolejności na przenoszenie książek. Bo właściwie jaki to problem zapakować plecak i dużo wielkich siatek (ikea i takie tam) i je przy okazji przenosić. Żaden, poza tym, że przy trzecim takim kursie czułam, że spokojnie mogę położyć się na środku chodnika i wyzionąć ducha (a zapomniałam wspomnieć - przeprowadzka z trzeciego na trzecie, bez windy). I tak moi drodzy przez cztery tygodnie zostałam wyłączona z życia normalnego i przerzuciłam się na kształtowanie mięśni, tężyzny fizycznej, szorowanie, malowanie i koncentrowanie się na tym, żeby zupełnie nie oszaleć. Jak widzicie przetrwałam :) Choć na widok pudeł z bananami w marketach (idealnie nadają się do pakowania) nadal mam dreszcze i obawiam się, że wyraźnie widoczne, nerwowe tiki. Potem gdy już ogarnęliśmy przeprowadzkę trzeba było błyskawicznie wziąć się do pisania. A potem były wakacje i... Znów trzeba było wziąć się do pisania, bo "Nieświęty" czekał. I tak moją zeszłoroczną powieść zimową pisałam w toskańskim słońcu i na chorwackich plażach. Raz ubrałam moją bohaterkę w kostium i niefrasobliwie wypuściłam ją tak na ulice. Dobrze, że w porę sobie uprzytomniłam, że przecież u niej, na litość boską, jest grudzień, nasz polski, który być może nijak się ma do tych sprzed lat ale jednak do noszenia li i jedynie bikini nie nastraja. A potem wróciliśmy i trzeba się było uporać ze smutkiem, bo pożegnaliśmy się z naszymi kotami Michelem i Mordem. Jeden zginął tragicznie, drugi zachorował na raka i nie dało się go uratować. Byłam stale obecna na fb i na insta ale na bloga nie starczało mi czasu i chyba pogody ducha, bo tutaj staram się zawsze żebyście po lekturze byli choć trochę pokrzepieni.
Otóż moi kochani jak mnie tu nie było to w moim życiu działo się naprawdę dużo. Po pierwsze się przeprowadziliśmy, do naszego pierwszego, własnego mieszkania. I nareszcie mam własne miejsce do pracy. I tak oto przestałam być kobietą zza biblioteczki (w naszym poprzednim mieszkaniu miałam wciśnięty właśnie za nią stolik) a stałam się kobietą z gabinetem, własnym biurkiem i kredytem - żeby nie było za słodko :) Ale mniejsza o większość. Własny pęk kluczy to coś niesamowitego! Szczególnie po dwudziestu kilku latach tułaczki. Mam nadzieje, że cieszycie się razem ze mną :) To jeden z powodów, dla których tak rzadko się tu pojawiałam. Ci którzy nigdy tego nie przeżyli muszą uwierzyć na słowo: przeprowadzka to coś przypominającego do złudzenia koszmar! Szczególnie jeżeli należy się do ludzi, którzy kochają książki, mnóstwo książek i jeszcze trochę na dokładkę. Dodatkowo uwielbiają starą porcelanę (to ja), szkło (Kuba, mąż mój własny), szklane ryby (Tysiek), anioły różnej maści (ja), wiekowe meble (wszyscy jak jeden mąż) i tak dalej i tak dalej. I nigdy nie wierzcie tym, którzy będą mówić, że przeprowadzka z jednej strony ulicy na drugą jest lepsza niż ta na nieco większą odległość. To złudne i mamiące. Bo jak się przeprowadzacie tak blisko to wydaje się Wam, że właściwie dużą część zrobicie sami. My porwaliśmy się w pierwszej kolejności na przenoszenie książek. Bo właściwie jaki to problem zapakować plecak i dużo wielkich siatek (ikea i takie tam) i je przy okazji przenosić. Żaden, poza tym, że przy trzecim takim kursie czułam, że spokojnie mogę położyć się na środku chodnika i wyzionąć ducha (a zapomniałam wspomnieć - przeprowadzka z trzeciego na trzecie, bez windy). I tak moi drodzy przez cztery tygodnie zostałam wyłączona z życia normalnego i przerzuciłam się na kształtowanie mięśni, tężyzny fizycznej, szorowanie, malowanie i koncentrowanie się na tym, żeby zupełnie nie oszaleć. Jak widzicie przetrwałam :) Choć na widok pudeł z bananami w marketach (idealnie nadają się do pakowania) nadal mam dreszcze i obawiam się, że wyraźnie widoczne, nerwowe tiki. Potem gdy już ogarnęliśmy przeprowadzkę trzeba było błyskawicznie wziąć się do pisania. A potem były wakacje i... Znów trzeba było wziąć się do pisania, bo "Nieświęty" czekał. I tak moją zeszłoroczną powieść zimową pisałam w toskańskim słońcu i na chorwackich plażach. Raz ubrałam moją bohaterkę w kostium i niefrasobliwie wypuściłam ją tak na ulice. Dobrze, że w porę sobie uprzytomniłam, że przecież u niej, na litość boską, jest grudzień, nasz polski, który być może nijak się ma do tych sprzed lat ale jednak do noszenia li i jedynie bikini nie nastraja. A potem wróciliśmy i trzeba się było uporać ze smutkiem, bo pożegnaliśmy się z naszymi kotami Michelem i Mordem. Jeden zginął tragicznie, drugi zachorował na raka i nie dało się go uratować. Byłam stale obecna na fb i na insta ale na bloga nie starczało mi czasu i chyba pogody ducha, bo tutaj staram się zawsze żebyście po lekturze byli choć trochę pokrzepieni.
Ale widać uporałam się już z tym jako tako i najzwyczajniej w świecie zatęskniłam. Za pisaniem tutaj, tak odmiennym od tego co pisze się na fb. Za tym, żeby znów pisać o wszystkim i trochę o niczym. Za Wami, którzy tu zaglądacie. Reasumując pora na nowe :) I korzystając z okazji dziękuję, że cały czas tutaj zaglądacie. I że jesteście ze mną na targach, spotkaniach autorskich, fb, Instagramie. To bardzo dużo dla mnie znaczy.
I dobrze, że w tym nowym nie zabraknie też tego starego, dobrze znajomego.
I w myśl tego obiecany fragment tej, która dopiero się pisze :) A zdjęcia nieprzypadkowe. Jak myślicie dlaczego właśnie takie?
Może to właśnie dzięki temu rytuałowi i chybotliwemu światełku Nicoletta zwróciła na figurkę uwagę. A może to, że z signorą Giovanną miały ją na wyłączność sprawiło, że to właśnie ta konkretna Maria zajęła szczególne miejsce w jej sercu. A teraz po raz pierwszy to ona miała zastąpić swoją sąsiadkę i zadbać o to, żeby tradycji stało się zadość.
- Widzisz skarbie, jeszcze tak nie było, żeby w sobotę po zmroku Ona nie dostała swojego światełka. A jak na złość moja kuzynka, Clotilda, raczyła właśnie teraz złamać nogę. To już taki typ, który zawsze, odkąd pamiętam, musiał być w centrum uwagi. Jestem pewna, że tego swojego kulasa, to też pokiereszowała tylko i wyłącznie z nudów! A jeszcze bardziej prawdopodobne, że zwyczajnie chciała mi sprawić kłopot! Bo tylko ja jej zostałam. Wszyscy inni, których Bóg obdarzył choć odrobiną rozsądku i instynktu samozachowawczego uciekli od niej jak najdalej, a tych, którym zbywało rozumu i nie wzięli nóg za pas wpędziła do grobu. Znaczy przepraszam – zerknęła na Nicolettę w popłochu. – Zawsze mi powtarzali, że w domu powieszonego nie mówi się o sznurze… Hmmm, chyba jednak nie polepszam sytuacji – zmitygowała się po niewczasie przytykając pomarszczoną rękę do ust, jakby miała nadzieję, że cieniutka, pergaminowa skóra powstrzyma potok słów, nad którym straciła panowanie.
- Ale naprawdę nic takiego się nie stało. Ostatecznie to, że przemilczy się pewne rzeczy nie sprawi, że znikną – uspokoiła ją i pomyślała, że gdyby mogło być inaczej bez wahania złożyłaby dozgonne śluby milczenia.
Ledwo przemknęło jej to przez głowę z ogromną siłą uderzyło ją, że ostatnio wszystko zamyka się w tych dwóch, konkretnych słowach: „ostatecznie” i „dozgonnie”. Chociaż nie, było jeszcze jedno: „nigdy”, które nagle nabrało zupełnie innego, strasznego znaczenia.
- To dobrze dziecko, że cię nie uraziłam – głos signory Giovanny zmusił ją do oderwania się od niewesołych myśli. – Niestety to jedna z moich głównych wad, plotę trzy po trzy i przez to wpadam w tarapaty. Ale biorąc pod uwagę ile już lat przeżyłam, to nie sądzę, że miałoby się to zmienić. Ale wracając do tematu, to niestety ale byłam na tyle nierozsądna, że odebrałam to cholerne ustrojstwo, które kupił mi mój syn – tu przerwała i wygrzebała z kieszenie rozłożystej, długiej do ziemi spódnicy telefon komórkowy i podsunęła ją pod nos swojej rozmówczyni, z miną jasno mówiącą co myśli o współczesnej technologii. – No i nacisnęłam ten zielony guzik i stało się. Dowiedziałam się o rzekomym nieszczęściu Clotildy. Oraz o wielu innych, z którymi musi się zmagać kulejąc i ledwo wstając z łóżka. O tych, których sama jest sprawczynią, oczywiście jakoś nie kwapiła się opowiadać – parsknęła ironicznie. – Tak czy siak sama, skarbie rozumiesz, że skoro już wiem o tym co się wydarzyło, nie mam innego wyjścia jak pojechać do niej. Bo gdybym nie wiedziała… - marząco zawiesiła głos i z niechęcią spojrzała na trzymany w ręku telefon. – Narzędzie piekieł i szatana – westchnęła głęboko.
- Jak trzeba to trzeba – Nicoletta pokiwała ze zrozumieniem głową.
- Tyle to i ja wiem, ale szkopuł w tym, że do soboty nie wrócę i…
- I trzeba zapalić świeczkę naszej Marii – weszła jej w słowo.
Po plecach przebiegł jej dreszcz podekscytowania. Nagle to o czym myślała od wielu tygodni zaczynało nabierać realnych kształtów. Ostatnia przeszkoda miała zniknąć. A dodatkowo po raz pierwszy i zapewne ostatni będzie mogła przyjrzeć się z bliska figurce.
- Dokładnie, chodzi mi o sobotę – przytaknęła signora Giovanna. – Nie zawracałabym ci tym dziecko głowy, ale obawiam się, że tylko ciebie mogę o to poprosić. Widać mamy coś z nieszczęsną Clotildą wspólnego. Jej zostałam jedynie ja a mi z kolei ty. Oczywiście w grę wchodziliby jeszcze moi chłopcy, ale… Sama rozumiesz, to nie na ich męskie, pragmatyczne głowy – zamachała gwałtownie ręką. – Dobrych mam synów, silnych, przystojnych, mądrych ale to i tak nie zmienia faktu, że o Marię od dawien dawna dbają kobiety i nie wiem jak by bidulka przyjęła gdyby w okolicach jej sukni zaczęły gmerać męskie łapy… Znaczy nic zdrożnego nie miałam na myśli – zachichotała tym samym zaprzeczając dopiero co złożonemu zapewnieniu. – Chodziło mi tylko o brak finezji. Mężczyźni są raczej toporni, jeżeli wiesz co mam na myśli…
Nicoletta nie wiedziała ale rozsądnie postanowiła się do tego nie przyznawać.
- No właśnie – signora Giovanna zinterpretowała jej milczenie po swojemu. – A dodatkowo, pomijając kwestię płci, w tę sobotę w telewizji leci transmisja jakiegoś arcyważnego meczu.
- No tak, tej konkurencji Maria może nie wygrać – uśmiechnęła się przestępując z nogi na nogę z niecierpliwością a jednocześnie z całych sił starając się nie dać po sobie poznać jak bardzo jest poruszona.
wtorek, 16 lipca 2019
Słów kilka o planach i o innych różnościach
Zacznę od tych innych. Otóż moi kochani jutro oficjalna premiera Antolki, choć wiem, że część z Was już ma książkę u siebie, część już przeczytała, część czeka aż doleci.
A ja chciałam jutro Was zaprosić do Wrocławia, do Empiku (Wrocław Renoma) na ulicy Świdnickiej 40 o godzinie 18:00. Będzie to pierwsze spotkanie, na którym będziemy rozmawiać o najnowszej powieści oraz o tym o czym tylko będziecie chcieli :) Kto mnie zna wie, że gaduła ze mnie nieziemska :)
Spotkań w tym roku ogólnie jest niewiele, ale za tydzień będzie jeszcze jedno w Łódzkiej Manufakturze, również w Empiku i również o 18:00.
Poza tym jak zwykle w środku lata u mnie zapanowały listopadowe chłody i za moment zacznie się grudzień. Powieść zimowa rządzi się swoimi prawami i właśnie się pisze. Na dowód, że mówię prawdę poniżej znajdziecie mały fragmencik.
A potem potem moi kochani jadę na urlop i ogłaszam wszem i wobec, że nie napiszę ani słowa (dobra, wiadomo, że kłamię) ale tak na serio zamierzam odpoczywać, leżeć, gapić się w niebo, podglądać ludzi i obserwować toczące się wokół mnie życie. I jeść pyszne sery i pić wino i nagadać się z córką i grać z Tyśkiem w Talizman i w ogóle robić wszystko to na co będę miała ochotę. A z tym podglądactwem i obserwacją to trzymajcie kciuki żeby mi poszło jak najlepiej, bo w przyszłym roku i Wy będziecie czerpać z tego korzyści :) Obiecuję :) Tak, hmmm... To by było tyle w kwestii nie pracowania na urlopie :) Zamysł z góry skazany na niepowodzenie.
Ale tak jakoś samoistnie wrócił temat planów.
Uporządkuję to, jeżeli pozwolicie:
Antolka już jest :)
Powieść zimowa się pisze.
Potem jadę na wakacje i będę sobie układać w głowie powieść majową :)
A we wrześniu... We wrześniu nie będzie żadnej nowej powieści, bo chyba musiałabym zacząć pisać hurtowo ale za to dla tych, którzy czekają na "Wilczy Dwór" będę miała fragment do podczytania. A jedno mogę Wam zdradzić, będzie wstrząsający. Konstancja wróci z podróży, umęczona i ledwo żywa ale nie będzie jej dany wypoczynek i relaks. Zastanie w dworze makabrczną sytuację. To tak w ramach uspokojenia tych wszystkich, którzy podejrzewają, że już nigdy nie doczekają się kontynuacji :)
Potem będzie pisało się ostatnie już "Serce". Tytuł jeszcze nie znany, szczerze mówiąc nie wiem czy uda mi się jeszcze coś sensownego z sercem w tytule wymyślić :) Zobaczymy.
A zapomniałam o jeszcze jednym. Na początku przyszłego roku planowane jest wznowienie "Okna z widokiem".
No i znowu pokręciłam.
Najpierw będzie "Okno", potem "Serce".
A później powieść majowa.
A jeszcze później, w drugiej połowie roku zimowa. Coś mi chodzi po głowie, coś nastrojowego, klimatycznego ale zupełnie innego od dotychczasowych, ale jak na razie nie wybiegam zbytnio naprzód, bo nie chcę żeby mi się poplątało z tym co teraz piszę.
No i oczywiście w przyszłym roku, tak jak wielokrotnie wspominałam pojawi się "Wilczy dwór". Nie wiem jeszcze w którym miesiącu (obawiam się, że jak tutaj zajrzy moja Pani Redaktor, to potem mnie zamorduje, jakbym nagle zniknęła to wiecie kogo pytać w pierwszej kolejności:) ).
Tak to wszystko poplątałam, że nie wiem czy się połapiecie :)
Tak czy inaczej starałam się ze wszystkich sił i bardzo proszę docenić chęci :)
Buziaki przesyłam i do zobaczenia! We Wrocławiu? W Łodzi? Kto przyjedzie?
A poniżej malutki fragmencik tej, która dopiero nabiera kształtów :)
Pucułowaty, niebieskooki chłopiec stał przed zamkniętą furtką, ściskając w rączce nieznacznie wymiętą kopertę. Piegowaty i nieco zadarty nosek miał zsiniały z zimna, czapka, zawadiacko nasunięta na jedno ucho sprawiała, że wyglądał czupurnie ale jednocześnie odsłaniała drugie, które było już solidnie zmarznięte.
Ale co zrobić. Coś za coś. Już dawno zauważył, że dorosłych rozczulała taka zadziorność. A tutaj gra była warta świeczki. Gość, który poprosił go o przekazanie listu wręczył mu dwudziestozłotowy banknot. Julek cały czas nie mógł uwierzyć w tak wielkie szczęście i co chwila sprawdzał, czy pieniądz na pewno jest w kieszeni kurtki. Był i szeleścił obiecująco w zmarzniętych palcach.
Jak dobrze pójdzie to może ta pani, której miał doręczyć list, też dorzuci coś od siebie – rozmarzył się. – Nawet piątka byłaby niezła. A gdyby dała dychę byłby prawdziwym szczęściarzem.
Ale żeby którakolwiek z tych fantazji mogła się ziścić przede wszystkim musiała się pojawić.
- Zwykle wraca koło piątej ale może się trochę spóźnić. To bardzo ważna wiadomość i naprawdę musi trafić we właściwe ręce. Poczekasz? – upewnił się facet wręczając mu kopertę.
- No przecież obiecałem. A ze mnie proszę pana jest solidna firma – odpowiedział poważnie.
Tak zwykle mówił jego tata gdy rozmawiał z potencjalnymi klientami i to zapewnienie zazwyczaj działało. Ale temu Julek w ogóle się nie dziwił. Już dawno zauważył, że jego ojciec miał w sobie coś takiego, co z miejsca przekonywało do niego ludzi. Po prostu, od czubka głowy aż do pięt był wcieleniem stabilności i pewności. Budził zaufanie.
I Julek marzył, że gdy dorośnie będzie do niego podobny. Pewny siebie, zaradny i zawsze gotowy do tego żeby się wziąć z życiem za bary.
Ale niestety. Nie zdążył dorosnąć a już na jego dziewięcioletnie barki spadł ogromny ciężar. Na początku jakoś lepiej sobie radził, ale teraz z dnia na dzień sytuacja coraz bardziej się komplikowała.
I znikąd pomocy – pomyślał ze smutkiem. – Jak tak dalej pójdzie będę musiał rzucić szkołę, a to na pewno nikomu nie wyjdzie na dobre – pociągnął nosem, ale gdy tylko poczuł, że coś drapie go w gardle podniósł głowę i zmusił się do dziarskiego uśmiechu.
Facet, który stał przed nim za nic nie mógł zauważyć, że Julek się smuci. Po pierwsze mógłby uznać go za mazgaja i poszukać kogoś innego do wykonania zadania, a po drugie nie wyglądał na kogoś, kto jest zainteresowany problemami innych. To nie był gość, któremu można by było się zwierzyć. A poza tym nawet gdyby był idealnym słuchaczem Julek doskonale wiedział, że nie może pisnąć o tym co go spotkało ani słówka. Za nic na świecie. Nie teraz.
Skoro wytrzymałem tyle to wytrzymam jeszcze trochę.
Ostatecznie bycie synem takiego ojca zobowiązuje – pomyślał usiłując odgonić od siebie poczucie beznadziejności i potwornego osamotnienia.
- Tak jak mówiłem, nie musi się pan martwić, dostarczę wszystko co trzeba, przekona się pan. Spokojna głowa – odchrząknął wypinając pierś obleczoną puchową kurtką.
Na całe szczęście drapanie w gardle, które zawsze było oznaką zbliżających się łez ustało, sytuacja została opanowana, a na twarzy mężczyzny od koperty pojawił się lekki uśmiech.
- Przekonałeś mnie, tak trzymaj. Takich ludzi nam potrzeba – poklepał go protekcjonalnie po ramieniu i nareszcie sobie poszedł.
Gdy zniknął za rogiem ulicy Julek odetchnął z ulgą. W tym gościu było coś, co mu się nie podobało. Niby elegancki, miły i uprzejmy ale taki jakiś… Picuś glancuś, tak powiedziałaby o nim babcia.
- Pamiętaj Juluś, nie to złoto co się świeci – mówiła mu często. – Bo człowieka to nie po ubraniu poznasz ani nie po tym co mówi.
- A po czym babciu? – zapytał zaciekawiony.
- A po różnych rzeczach, ale tak na pierwszy rzut to po oczach – odpowiedziała po krótkim namyśle.
A ja chciałam jutro Was zaprosić do Wrocławia, do Empiku (Wrocław Renoma) na ulicy Świdnickiej 40 o godzinie 18:00. Będzie to pierwsze spotkanie, na którym będziemy rozmawiać o najnowszej powieści oraz o tym o czym tylko będziecie chcieli :) Kto mnie zna wie, że gaduła ze mnie nieziemska :)
Spotkań w tym roku ogólnie jest niewiele, ale za tydzień będzie jeszcze jedno w Łódzkiej Manufakturze, również w Empiku i również o 18:00.
Poza tym jak zwykle w środku lata u mnie zapanowały listopadowe chłody i za moment zacznie się grudzień. Powieść zimowa rządzi się swoimi prawami i właśnie się pisze. Na dowód, że mówię prawdę poniżej znajdziecie mały fragmencik.
A potem potem moi kochani jadę na urlop i ogłaszam wszem i wobec, że nie napiszę ani słowa (dobra, wiadomo, że kłamię) ale tak na serio zamierzam odpoczywać, leżeć, gapić się w niebo, podglądać ludzi i obserwować toczące się wokół mnie życie. I jeść pyszne sery i pić wino i nagadać się z córką i grać z Tyśkiem w Talizman i w ogóle robić wszystko to na co będę miała ochotę. A z tym podglądactwem i obserwacją to trzymajcie kciuki żeby mi poszło jak najlepiej, bo w przyszłym roku i Wy będziecie czerpać z tego korzyści :) Obiecuję :) Tak, hmmm... To by było tyle w kwestii nie pracowania na urlopie :) Zamysł z góry skazany na niepowodzenie.
Ale tak jakoś samoistnie wrócił temat planów.
Uporządkuję to, jeżeli pozwolicie:
Antolka już jest :)
Powieść zimowa się pisze.
Potem jadę na wakacje i będę sobie układać w głowie powieść majową :)A we wrześniu... We wrześniu nie będzie żadnej nowej powieści, bo chyba musiałabym zacząć pisać hurtowo ale za to dla tych, którzy czekają na "Wilczy Dwór" będę miała fragment do podczytania. A jedno mogę Wam zdradzić, będzie wstrząsający. Konstancja wróci z podróży, umęczona i ledwo żywa ale nie będzie jej dany wypoczynek i relaks. Zastanie w dworze makabrczną sytuację. To tak w ramach uspokojenia tych wszystkich, którzy podejrzewają, że już nigdy nie doczekają się kontynuacji :)
Potem będzie pisało się ostatnie już "Serce". Tytuł jeszcze nie znany, szczerze mówiąc nie wiem czy uda mi się jeszcze coś sensownego z sercem w tytule wymyślić :) Zobaczymy.
A zapomniałam o jeszcze jednym. Na początku przyszłego roku planowane jest wznowienie "Okna z widokiem".
No i znowu pokręciłam.
Najpierw będzie "Okno", potem "Serce".
A później powieść majowa.
A jeszcze później, w drugiej połowie roku zimowa. Coś mi chodzi po głowie, coś nastrojowego, klimatycznego ale zupełnie innego od dotychczasowych, ale jak na razie nie wybiegam zbytnio naprzód, bo nie chcę żeby mi się poplątało z tym co teraz piszę.
No i oczywiście w przyszłym roku, tak jak wielokrotnie wspominałam pojawi się "Wilczy dwór". Nie wiem jeszcze w którym miesiącu (obawiam się, że jak tutaj zajrzy moja Pani Redaktor, to potem mnie zamorduje, jakbym nagle zniknęła to wiecie kogo pytać w pierwszej kolejności:) ).
Tak to wszystko poplątałam, że nie wiem czy się połapiecie :)
Buziaki przesyłam i do zobaczenia! We Wrocławiu? W Łodzi? Kto przyjedzie?
A poniżej malutki fragmencik tej, która dopiero nabiera kształtów :)
Pucułowaty, niebieskooki chłopiec stał przed zamkniętą furtką, ściskając w rączce nieznacznie wymiętą kopertę. Piegowaty i nieco zadarty nosek miał zsiniały z zimna, czapka, zawadiacko nasunięta na jedno ucho sprawiała, że wyglądał czupurnie ale jednocześnie odsłaniała drugie, które było już solidnie zmarznięte.
Ale co zrobić. Coś za coś. Już dawno zauważył, że dorosłych rozczulała taka zadziorność. A tutaj gra była warta świeczki. Gość, który poprosił go o przekazanie listu wręczył mu dwudziestozłotowy banknot. Julek cały czas nie mógł uwierzyć w tak wielkie szczęście i co chwila sprawdzał, czy pieniądz na pewno jest w kieszeni kurtki. Był i szeleścił obiecująco w zmarzniętych palcach.
Jak dobrze pójdzie to może ta pani, której miał doręczyć list, też dorzuci coś od siebie – rozmarzył się. – Nawet piątka byłaby niezła. A gdyby dała dychę byłby prawdziwym szczęściarzem.
Ale żeby którakolwiek z tych fantazji mogła się ziścić przede wszystkim musiała się pojawić.
- Zwykle wraca koło piątej ale może się trochę spóźnić. To bardzo ważna wiadomość i naprawdę musi trafić we właściwe ręce. Poczekasz? – upewnił się facet wręczając mu kopertę.
- No przecież obiecałem. A ze mnie proszę pana jest solidna firma – odpowiedział poważnie.
Tak zwykle mówił jego tata gdy rozmawiał z potencjalnymi klientami i to zapewnienie zazwyczaj działało. Ale temu Julek w ogóle się nie dziwił. Już dawno zauważył, że jego ojciec miał w sobie coś takiego, co z miejsca przekonywało do niego ludzi. Po prostu, od czubka głowy aż do pięt był wcieleniem stabilności i pewności. Budził zaufanie.
I Julek marzył, że gdy dorośnie będzie do niego podobny. Pewny siebie, zaradny i zawsze gotowy do tego żeby się wziąć z życiem za bary.
Ale niestety. Nie zdążył dorosnąć a już na jego dziewięcioletnie barki spadł ogromny ciężar. Na początku jakoś lepiej sobie radził, ale teraz z dnia na dzień sytuacja coraz bardziej się komplikowała.
I znikąd pomocy – pomyślał ze smutkiem. – Jak tak dalej pójdzie będę musiał rzucić szkołę, a to na pewno nikomu nie wyjdzie na dobre – pociągnął nosem, ale gdy tylko poczuł, że coś drapie go w gardle podniósł głowę i zmusił się do dziarskiego uśmiechu.
Facet, który stał przed nim za nic nie mógł zauważyć, że Julek się smuci. Po pierwsze mógłby uznać go za mazgaja i poszukać kogoś innego do wykonania zadania, a po drugie nie wyglądał na kogoś, kto jest zainteresowany problemami innych. To nie był gość, któremu można by było się zwierzyć. A poza tym nawet gdyby był idealnym słuchaczem Julek doskonale wiedział, że nie może pisnąć o tym co go spotkało ani słówka. Za nic na świecie. Nie teraz.
Skoro wytrzymałem tyle to wytrzymam jeszcze trochę.
Ostatecznie bycie synem takiego ojca zobowiązuje – pomyślał usiłując odgonić od siebie poczucie beznadziejności i potwornego osamotnienia.
- Tak jak mówiłem, nie musi się pan martwić, dostarczę wszystko co trzeba, przekona się pan. Spokojna głowa – odchrząknął wypinając pierś obleczoną puchową kurtką.
Na całe szczęście drapanie w gardle, które zawsze było oznaką zbliżających się łez ustało, sytuacja została opanowana, a na twarzy mężczyzny od koperty pojawił się lekki uśmiech.
- Przekonałeś mnie, tak trzymaj. Takich ludzi nam potrzeba – poklepał go protekcjonalnie po ramieniu i nareszcie sobie poszedł.
Gdy zniknął za rogiem ulicy Julek odetchnął z ulgą. W tym gościu było coś, co mu się nie podobało. Niby elegancki, miły i uprzejmy ale taki jakiś… Picuś glancuś, tak powiedziałaby o nim babcia.
- Pamiętaj Juluś, nie to złoto co się świeci – mówiła mu często. – Bo człowieka to nie po ubraniu poznasz ani nie po tym co mówi.
- A po czym babciu? – zapytał zaciekawiony.
- A po różnych rzeczach, ale tak na pierwszy rzut to po oczach – odpowiedziała po krótkim namyśle.
wtorek, 25 czerwca 2019
A gdzie ten murek, gdzie jezioro?
Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie
Świat, w którym baśń ta dzieje się,
Maleńka pszczółka mieszka w nim
Co wieść chce wśród owadów prym.
Tę pszczółkę, którą tu widzicie, zowią Mają,
Wszyscy Maję znają i kochają.
Maja fruwa tu i tam
Świat swój pokazując nam. (...)
Myślicie, że skoro mi się pokojarzyło właśnie z tym to jestem potwornie stara? Dziś chyba już mało kto pamięta starą, dobrą Maję i Gucia i pajęczycę Teklę ... Oho, no i odpłynęłam, ale już wracam na właściwy kurs, czyli do Antolki i murku i Janka i zachodu słońca w Kalu... I tutaj właśnie mamy odpowiedź. Murek istnieje (dowód na zdjęciu)
a w powieści wszystkie miejsca, w których będzie Antolka będą autentyczne, wymienione i całkowicie do zlokalizowania.
Tak żeby Wam przybliżyć klimat powieści wstawiam zdjęcia :) Możecie zerknąć na to, co widziała Antolka.
A poniżej mały fragment, ten jest trochę nostalgiczny, ale nie dajcie się zwieść. Antolka nie jest panienką, która zbyt często popada w taki nastrój, ale tym razem jej się zdarzyło :)
Buziaki dla Was kochani!
A właśnie okładka Antolki pojawi się trzeciego lipca :) Czyli już nie licząc dzisiejszego, za osiem dni :)
Z "Pięknego Brzegu" wracali na jacht krętą, wąską ścieżką, z obu stron malowniczo przyozdobioną kwitnącymi dzikimi różami i głogami, które jeszcze gdzieniegdzie pomiędzy liście wplatały ostatnie płatki kwiatów.
- Pięknie tutaj. – Antolka przystanęła i rozejrzała się dookoła. – Zobacz, ile tu rośnie zdziczałych jabłonek! Szkoda, że już przekwitły!
- A jakie dają jabłka! Tego się nie da opisać. Słodycz nagrzana słońcem i smakująca wspomnieniem lata. – Uśmiechnął się Janek. – Właściwie chciałbym tu wrócić jesienią i znów zobaczyć jabłonki pochylone pod ciężarem owoców, głóg, który tak pięknie odznacza się purpurą na tle ciemnozielonych liści. Bo teraz ta zieleń jest jeszcze młoda, niepoważna a później, we wrześniu, październiku staje się głębsza, dojrzalsza. Ale to chyba nie jest w dobrym tonie podczas wiosny tak jawnie tęsknić za jesienią. – Roześmiał się. – Lepiej skupić się na tym, co jest tu i teraz. Chodź, pójdziemy kawałek pod górę, pokażę ci coś naprawdę wyjątkowego. – Uśmiechnął się i jak gdyby nigdy nic, wziął ją za rękę.
To tylko zwykły, miły gest – przekonywała sama siebie, usiłując nie zwracać uwagi na bijące w oszalałym tempie serce. Pewnie robi tak z każdą dziewczyną, którą tutaj zabiera. Ot tak po prostu, zamyka jej dłoń w swojej ręce, żeby im się przyjemniej szło. No i rzeczywiście jest miło… Ale czy jakoś nadzwyczajnie? Usiłując nie dać się ponieść wyobraźni, zajęta swoimi myślami, z oczami wbitymi w ziemię, nie zauważyła, że doszli na szczyt wzgórza.
- Chciałem, żebyśmy dotarli tu tuż przed zachodem słońca, i się udało. To magiczne miejsce, jedno z moich ulubionych – powiedział, podprowadzając ją do kamiennego muru, za którym rozciągał się stary cmentarz wojenny.
Dookoła niego zasadzono sosny, które zupełnie nie przypominały Antolce tych mazowieckich, długich i strzelistych. Te były niższe, bardziej rozgałęzione, sprawiały wrażenie, jakby wcale im nie zależało na tym, by piąć się do słońca, raczej skupiły się, żeby otulić swoimi pochylonymi ramionami śpiących snem wiecznym wojaków.
- Leżą tu żołnierze wrogich armii – powiedział cicho Janek. – Niemcy, Rosjanie. Jak popatrzysz na nagrobki uważnie, to zobaczysz też i polskie nazwiska. Kiedyś zastanawiałem się, czy teraz, gdy już wreszcie wszystko skończone, umieją dogadać się między sobą.
- Mnie się wydaje, że się całkiem nieźle dogadują – szepnęła nagle wzruszona Antolka, podchodząc do ogromnego, drewnianego krzyża. – Tu jest taki głęboki spokój, taka cisza pełna znaczeń, że inaczej być nie może. To się czuje w powietrzu, że oni już nie są na wojnie, że im tam gdzieś, gdzie teraz są, jest dobrze i spokojnie. Pewnie siedzą na drewnianych ławeczkach, stojących pod bielonymi ścianami domów, i opowiadają swoje wojenne dzieje dzieciom, których nie zdążyli mieć. I nie pozwalają swoim synom nawet myśleć o wojnie. Palą fajki, a wieczorami piją koniak dla kurażu… – Zamilkła, nagle zawstydzona tym, że głośno wypowiedziała to wszystko co w tej chwili ją przepełniało.
Zerknęła spod oka na Janka, ale w jego twarzy nie było niczego, czego się obawiała. Ani śladu kpiny czy zdziwienia. Za to oczy miał pełne ciepła i zrozumienia. I właśnie w tym momencie dotarło do niej, że oto zupełnie nieoczekiwanie spotkała kogoś, kto po prostu ją rozwiązał jak krzyżówkę, i to mimo tego, że miała tak potwornie trudne hasła. Przed Jankiem nie musiała niczego udawać. Wystarczyło, że jest taka, jaka jest. Ot, po prostu, zwyczajnie.
- Chodź, bo to jeszcze nie koniec, to jest jedno z tych miejsc, których nie można pominąć, będąc na Mazurach, nie tylko ze względu na to wszystko. – Janek znacząco powiódł wzrokiem wokół siebie, jeszcze mocniej ujął jej dłoń i pociągnął za sobą w stronę murku. – Zamknij oczy i otwórz dopiero, jak powiem. Jeszcze moment, zrób krok, no nie bój się, przecież cię trzymam i nie puszczę. – W jego głosie słychać było czułość i pewność. – Teraz spójrz! – Antolka otworzyła oczy i znieruchomiała.
wtorek, 17 listopada 2015
Madeleine Michałowi czy Michał Magdzie?
No właśnie kto komu i co zrobił? Jak myślicie, co uczyniłam z Michałem
i Magdą i ich wymarzonym czasem? I które z nich słucha tej piosenki a na koniec ze złością... I co będzie dalej? Może mnie nie zabijecie :) U Madeleine i Michała sporo się będzie działo.A to piosenka którą któreś z nich słucha :)
Swoją drogą uwielbiam Bajora :)
wtorek, 3 listopada 2015
Kilka słów o Sezonie na cuda, Leośce, o mnie, o planach...
Dzisiaj dostałam bardzo krótkiego maila. Przytaczam:
A co u Pani tak w ogóle słychać? I co z "Sezonem na cuda"? "Uroczysko" już przeczytałam. A "Sezonu" nigdzie nie mogę dostać.
Lilka.
Niektórzy z Was już pewnie czytali "Sezon". Dla tych, którzy o nim nie słyszeli spieszę z informacją, że to druga część "Uroczyska".
Wyczekiwany powrót do malowniczego Uroczyska. Ciepła opowieść o miłości i walce z samotnością. Maja zadomowiła się na dobre w Malowniczym - urokliwym miasteczku w Sudetach, gdzie uciekła z hałaśliwego miasta od przeszłości i byłego męża. Prowadzi pensjonat i żyje niespiesznym rytmem miejscowości, którą ponoć pod swoje skrzydła wziął jeden z aniołów. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia....
Taka notka widnieje z tyłu książki, która w tej chwili jest już nie do zdobycia. Wiem o tym i mam dwie wiadomości. Jedną dobrą, drugą no nie złą ale powiedzmy średnią. Zaczynam od dobrej: wznowienie będzie. Ta gorsza jest taka, że trzeba jeszcze uzbroić się w cierpliwość. Jedyne co mogę obiecać, to to, że w przyszłym roku "Sezon na cuda" w nowym, pięknym wydaniu trafi w wasze i moje ręce. Szczerze mówiąc też nie mogę się tego doczekać. I ciekawa jestem szaty graficznej, bo ta pierwsza nie bardzo mi się podoba.
"Sezon na cuda" jest dla mnie bardzo ważną książką. Właśnie w tej powieści po raz pierwszy pojawiła się Leontyna. Wtedy jeszcze w ogóle nic o niej nie wiedziałam. Nie miałam wobec niej szerszych planów. Za to ona miała plany co do mnie. Musiałam wprawdzie poczekać kilka lat zanim starsza pani zechciała opowiedzieć mi o sobie coś więcej. Ale się doczekałam. "Tajemnica bzów" to własnie rezultat jej podszeptów, jej stałej obecności. Brzmi dziwnie? Trochę tak:) Ale cieszę się, że nie od razu zabrałam się za pisanie o Leośce. Przydały mi się te lata. Nauczyłam się sporo i myślę, że wtedy nie umiałabym tak opowiedzieć o losach Leontyny i jej rodziny. Więc jednym słowem, dobrze, że starsza pani zwlekała tak długo z odsłonięciem swojej przeszłości. Gdyby ktoś czytający niniejsze słowa zaczął obawiać się o stan mojego zdrowia psychicznego to zapewniam, że wiem, że to ja piszę książki i że w rzeczywistości postacie z nich.... Miałam napisać, że ich nie ma, ale jakoś nie mogę. Dobrze, kto chce może w takim razie zacząć martwić się o moją psychikę:) Mój mąż już dawno mówił, że jak pracuję nad książką to ma wrażenie, że w naszym mieszkaniu pojawiają się dodatkowi lokatorzy:) Proszę bardzo możecie mnie podziwiać, że na tych 38 metrach mieścimy się z taką zgrają: Majka, Marysia, Madeleine, Leośka.... No tak... To co ja tam chciałam napisać? Że w tej chwili głównie żyję z Madeleine, dziadem proszebnym, starą i młodą Sabiną... To taka okrężna odpowiedź na pytanie co ogólnie u mnie słychać:) Ogólnie pracuję. I pracuję... I pracuję... Po godzinach jestem mamą, przyjaciółką (tutaj ostatnio zaniedbuje nieco moich przyjaciół, bo tak jak wspominałam pracuję i pracuję itd.), staram się żeby czasem z mężem pogadać o czymś innym a nie tylko o moim dziadzie... Swoją drogą to życie z kimś tworzącym nie należy do najłatwiejszych. Przyjaźnienie się z nim też nie. Zdarza się, że na kilka, kilkanaście tygodni wypadam całkowicie z życia. Nie ma mnie, nie wychodzę, nie mam czasu, jestem rozproszona (w sensie trudno ze mną normalnie pogadać)... Dziękuję więc tym wszystkim, którzy mimo to nadal mnie kochają i lubią. :) To prawdziwi bohaterowie cierpliwości i wyrozumiałości.
Przy okazji odpowiadam na jeszcze jedno z pytań. O spotkania autorskie. Otóż kochani moi przez całą zimę i wczesną wiosnę zamierzam pisać. Mam szerokie plany i w związku z tym dopiero od połowy kwietnia wyruszę w trasę. Już mam nawet kilka spotkań zaplanowanych. Na pewno będę w świętokrzyskim. Coś się kroi w Opolskim. Szczegóły bliżej wiosny:)
A właśnie, co myślicie o powieści retro? Ale takiej z klimatem, z emocjami, ze zwyczajami z epoki, z łzami i śmiechem. Takiej prawdziwej, ludzkiej o tym czego już nie możemy doświadczyć, bo takie życie zdmuchnęła nam z powierzchni ziemi druga wojna. Z plejadą wyrazistych kobiet i mężczyzn też:) Jak odbieracie taki pomysł? Bo po Leośce zasmakowałam w takich klimatach a i wy przyjęliście ją serdecznie. No dobrze, kończę bo się rozpisałam. Jak zwykle zresztą. Hemingway to ze mnie nigdy nie będzie. Gdzie mi do jego zwięzłości i oszczędności słów. Serdeczności Wam przesyłam.
Wasza rozrzutna słownie Magdalena.
A co u Pani tak w ogóle słychać? I co z "Sezonem na cuda"? "Uroczysko" już przeczytałam. A "Sezonu" nigdzie nie mogę dostać.
Lilka.
Niektórzy z Was już pewnie czytali "Sezon". Dla tych, którzy o nim nie słyszeli spieszę z informacją, że to druga część "Uroczyska".
Wyczekiwany powrót do malowniczego Uroczyska. Ciepła opowieść o miłości i walce z samotnością. Maja zadomowiła się na dobre w Malowniczym - urokliwym miasteczku w Sudetach, gdzie uciekła z hałaśliwego miasta od przeszłości i byłego męża. Prowadzi pensjonat i żyje niespiesznym rytmem miejscowości, którą ponoć pod swoje skrzydła wziął jeden z aniołów. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia....
Taka notka widnieje z tyłu książki, która w tej chwili jest już nie do zdobycia. Wiem o tym i mam dwie wiadomości. Jedną dobrą, drugą no nie złą ale powiedzmy średnią. Zaczynam od dobrej: wznowienie będzie. Ta gorsza jest taka, że trzeba jeszcze uzbroić się w cierpliwość. Jedyne co mogę obiecać, to to, że w przyszłym roku "Sezon na cuda" w nowym, pięknym wydaniu trafi w wasze i moje ręce. Szczerze mówiąc też nie mogę się tego doczekać. I ciekawa jestem szaty graficznej, bo ta pierwsza nie bardzo mi się podoba.
"Sezon na cuda" jest dla mnie bardzo ważną książką. Właśnie w tej powieści po raz pierwszy pojawiła się Leontyna. Wtedy jeszcze w ogóle nic o niej nie wiedziałam. Nie miałam wobec niej szerszych planów. Za to ona miała plany co do mnie. Musiałam wprawdzie poczekać kilka lat zanim starsza pani zechciała opowiedzieć mi o sobie coś więcej. Ale się doczekałam. "Tajemnica bzów" to własnie rezultat jej podszeptów, jej stałej obecności. Brzmi dziwnie? Trochę tak:) Ale cieszę się, że nie od razu zabrałam się za pisanie o Leośce. Przydały mi się te lata. Nauczyłam się sporo i myślę, że wtedy nie umiałabym tak opowiedzieć o losach Leontyny i jej rodziny. Więc jednym słowem, dobrze, że starsza pani zwlekała tak długo z odsłonięciem swojej przeszłości. Gdyby ktoś czytający niniejsze słowa zaczął obawiać się o stan mojego zdrowia psychicznego to zapewniam, że wiem, że to ja piszę książki i że w rzeczywistości postacie z nich.... Miałam napisać, że ich nie ma, ale jakoś nie mogę. Dobrze, kto chce może w takim razie zacząć martwić się o moją psychikę:) Mój mąż już dawno mówił, że jak pracuję nad książką to ma wrażenie, że w naszym mieszkaniu pojawiają się dodatkowi lokatorzy:) Proszę bardzo możecie mnie podziwiać, że na tych 38 metrach mieścimy się z taką zgrają: Majka, Marysia, Madeleine, Leośka.... No tak... To co ja tam chciałam napisać? Że w tej chwili głównie żyję z Madeleine, dziadem proszebnym, starą i młodą Sabiną... To taka okrężna odpowiedź na pytanie co ogólnie u mnie słychać:) Ogólnie pracuję. I pracuję... I pracuję... Po godzinach jestem mamą, przyjaciółką (tutaj ostatnio zaniedbuje nieco moich przyjaciół, bo tak jak wspominałam pracuję i pracuję itd.), staram się żeby czasem z mężem pogadać o czymś innym a nie tylko o moim dziadzie... Swoją drogą to życie z kimś tworzącym nie należy do najłatwiejszych. Przyjaźnienie się z nim też nie. Zdarza się, że na kilka, kilkanaście tygodni wypadam całkowicie z życia. Nie ma mnie, nie wychodzę, nie mam czasu, jestem rozproszona (w sensie trudno ze mną normalnie pogadać)... Dziękuję więc tym wszystkim, którzy mimo to nadal mnie kochają i lubią. :) To prawdziwi bohaterowie cierpliwości i wyrozumiałości.
Przy okazji odpowiadam na jeszcze jedno z pytań. O spotkania autorskie. Otóż kochani moi przez całą zimę i wczesną wiosnę zamierzam pisać. Mam szerokie plany i w związku z tym dopiero od połowy kwietnia wyruszę w trasę. Już mam nawet kilka spotkań zaplanowanych. Na pewno będę w świętokrzyskim. Coś się kroi w Opolskim. Szczegóły bliżej wiosny:)
A właśnie, co myślicie o powieści retro? Ale takiej z klimatem, z emocjami, ze zwyczajami z epoki, z łzami i śmiechem. Takiej prawdziwej, ludzkiej o tym czego już nie możemy doświadczyć, bo takie życie zdmuchnęła nam z powierzchni ziemi druga wojna. Z plejadą wyrazistych kobiet i mężczyzn też:) Jak odbieracie taki pomysł? Bo po Leośce zasmakowałam w takich klimatach a i wy przyjęliście ją serdecznie. No dobrze, kończę bo się rozpisałam. Jak zwykle zresztą. Hemingway to ze mnie nigdy nie będzie. Gdzie mi do jego zwięzłości i oszczędności słów. Serdeczności Wam przesyłam.
Wasza rozrzutna słownie Magdalena.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















