Podczytuję dziennik Lucy Maud Montgomery. I utwierdzam się w przekonaniu, że to była wspaniała i wrażliwa kobieta. I zapewne byłaby cudowną przyjaciółką. Poza tym wiele nas łączy. Na przykład to pisanie w upale :) Też miałam wrażenie, że na moim uroczym poddaszu wyzionę ducha. Mogłabym się założyć, że mój mózg przybierał momentami postać płynną. A przypomnę, że pisałam ni mniej ni więcej opowieść bożonarodzeniową :) Skończyłam i mam nadzieję, że jednak część moich szarych komórek ocalała i nie wszystkie wyparowały :) Powieść jak zwykle nieco mnie zaskoczyła. Bo co innego planowałam a co innego wyszło. Jest o miłości. Takiej szeroko rozumianej. O wybaczeniu i szukaniu szczęścia. O cudach, które tak naprawdę są na wyciągnięcie ręki. I o miłości... Tak wiem, że już o tym wspominałam, ale w tej książce jest jej dużo. I jest też taka klasyczna. Cud odnalezienia. I o tym czym tak naprawdę powinno być Boże Narodzenie. I o pustym miejscu przy stole i zbłąkanym wędrowcu i tęsknocie i dziewczynce bez zapałek i... Mogłabym tak długo ale przecież już niedługo sami się przekonacie.
A teraz powróćmy do Lucy. Mały fragment a jak wiele o niej mówi. Też czujecie, że moglibyście się z nią zaprzyjaźnić?
23 sierpnia 1901
(...) Całe lato spędziłam pracowicie i nienagannie. Pisałam opowiadania i listy, czytałam powieści, dzieła historyczne i encyklopedie, i sumiennie uczęszczałam do kościoła. Zbierałam jagody, zajmowałam się kobiecymi robótkami i fotografią, piekłam ciasta i przyrządzałam puddingi, chodziłam z wizytą i przyjmowałam wizyty. Przygrywałam do tańca i tańczyłam gdy inni grali. Śmiałam się i płakałam, popadałam w radosne uniesienie i jęczałam z rozpaczy - i jestem tym wszystkim zmęczona, zmęczona, zmęczona. Chciałabym usnąć "na wiek lub dwa". Ale to byłaby, mimo wszystko, rozrzutność. Osiem godzin snu wystarczy w zupełności - i obudzę się rano w pełni sił, gotowa do wyścigu.
A moje zajęcia? Pisanie listów? Cóż, piszę je. Nie potrafię się powstrzymać., chociaż w wielu wypadkach, wolałabym tego uniknąć - po cóż bowiem pisać listy, jeśli nie wkłada się w nie ani odrobiny serca? Albo czytać je z taką samą obojętnością?
Są listy, które bardzo lubię pisać. Mam w nich wiele do powiedzenia, a pióro sunie gładko po papierze, wyrażając moje myśli i tworząc epistołę, której nie wstydzę się podpisać własnym imieniem. Ale są również listy, które wstydzę się podpisywać, z uwagi na ich bezmyślność. Nienawidzę pisania podobnych i wyduszam je z siebie machinalnie, odpisując ludziom, z którymi przestałam już mieć cokolwiek wspólnego,lecz nie chciałabym całkowicie zrywać znajomości.
A kościół? Czasami pytam sama siebie, dlaczego mimo wszystko, uczęszczam na nabożeństwa tak regularnie. Cóż, przyczyn jest bardzo wiele, niektóre nader szlachetne, inne błahe i wstydliwe. Tak po prostu wypada - to jedna z błahych przyczyn - i gdybym nie chodziła do kościoła napiętnowano by mnie jako czarną owcę. Ponadto w naszej cichej, spokojnej okolicy kościół jest istotnie jedynym miejscem spotkań towarzyskich, i to regularnych. Wychodzimy z domu, spotkamy znajomych i przewietrzamy odświętne stroje, które w innym przypadku byłyby zdane na łaskę moli i wilgoci.
O, cóż to za żałosne uzasadnienia! Znajdźmy lepsze!
Chodzę do kościoła ponieważ sądzę, że dobrze jest w pewnych chwilach odciąć się od świata i spojrzeć memu duchowemu ja prosto w oczy. Myślę, że należy wszędzie szukać prawdy, nawet jeżeli nigdy jej nie w pełni nie odkryję; a ponadto kościół i msza dobrze na mnie wpływają i wydobywają na powierzchnię to, co najlepsze - wspomnienia dawnych dni, przyjaciół, dziecięce dążenia do piękna i świętości. Wszystko to powraca jak krople duchowego błogosławieństwa - i dlatego chodzę do kościoła.
![]() |
| mapa Avonlea |
A prócz tego czytam - o, to mój stary, niezawodny klucz do krainy czarów! Czytam powieści - niektóre są tak zachwycające, że nie usnę póki ich nie skończę. Przysuwam stół do łóżka, okładam się poduszkami i śledzę przygody bohaterów do samego końca, po czym wracam raptownie do rzeczywistego świata i uświadamiam sobie, że nafta już się dopala, bolą mnie oczy i jestem bardzo senna.
Nie czytam jednak wyłącznie beletrystyki. Rozkoszuję się książkami historycznymi i biografami, a także encyklopedią, której dwa lub trzy tomy wypożyczam raz w miesiącu i wertuję w poszukiwaniu rozmaitych informacji. Gdy łaknę słowa pisanego, nawet cała encyklopedia jest lepsza niż nic!
A gdy mowa o moim własnym pisaniu, trudziłam się w pocie czoła przez całe lato i wyciskałam z siebie opowiadania i wiersze w dni tak upalne, że obawiam się, iż mój kręgosłup zupełnie się roztopi, a szare komórki wyparują bezpowrotnie. Ale kocham tę pracę! Kocham wymyślanie fabuł i przesiadywanie przy oknie, gdy moje ulotne fantazje przybierają poetycką formę. Tego lata wiodło mi się dobrze i mogę dopisać do mojej listy kilka nowych czasopism. Każde ma inny charakter i muszę się dostosować do ich odrębnych wymagań. Piszę mnóstwo opowiadań dla młodzieży. Lubię to, ale wolałabym nie wplatać morałów we wszystkie historie. Nikt jednak nie kupi opowiadania bez morału. A ja chciałabym napisać - a także przeczytać, choć raz - jakąś pyszną, wesołą opowiastkę, napisaną zgodnie z zasadą "sztuka dla sztuki" - a raczej "zabawa dla samej zabawy" - bez morału, dorzuconego podstępnie, niczym łyżka konfitury. Lecz redaktorzy, dbający o "młodego czytelnika", traktują siebie nazbyt poważnie i uważają, że morał jest niezbędny - w jego węższym bądź szerszym znaczeniu, co już zależy od charakteru danego czasopisma.
W przyszłym miesiącu wybieram się do Halifaksu na Wystawę. Czuję, że przyda mi się krótki wypoczynek przed nadchodzącą zimą.
A to Ania i Gilbert. UWIELBIAM!!!




