Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 maja 2020

Trzy po trzy...


No tak... Mamy maj, można się było tego spodziewać właściwie, bo skoro dopiero co był kwiecień to logiczne, że potem właśnie pojawi się miesiąc pachnący bzem, wabiący wiosenną, świeżą zielenią, kuszący śpiewem ptaków. Ale w związku z tym, że w ostatnich miesiącach wszystko zostało przewrócone do góry nogami można było popaść w niewiarę i mieć solidne wątpliwości. Kwiecień się skończył, maj się rozpoczął. Można z ulgą odetchnąć. Jak widzicie w tym względzie nas oszczędzono. I to jest moi drodzy pierwszy punkt, który powinien wzbudzić w nas optymizm.
- To znaczy, że niby, że po kwietniu nastał maj ma nas jakoś szczególnie ucieszyć? - zapyta zapewne sceptycznie niejeden z Was.
I właśnie ja stanowczo i twardo odpowiadam "tak". Bo teraz wyobraźcie sobie, że wstajecie, któregoś dnia rano, przeciągacie swoje zastałe kości (no dobra ja mam zastałe i jako autorka tego tekstu, obdarzam Was, chcecie czy nie chcecie, własnymi doświadczeniami. Wszak autor powinien pisać o tym na czym się zna. Nie wiem czy się zorientowaliście ale właśnie siłą rzeczy staliście się współbohaterami tego tekstu...)
Ale wracając do meritum i tego poranka i przeciągania to wyobraźcie sobie, że patrzycie w okno a tam powiedzmy lutowa, smętna szarość... Bo wiadomo, że w ostatnim czasie to zimą śniegu raczej się nie uwidzi. Więc burość i ponurość, nagie gałęzie dramatycznie wyciągają się do ciężkich ołowianych chmur, wiatr świszcze złowrogo i smętnie... Widzicie to oczami duszy i wyobraźni? I czy w tym kontekście nadejście maja nie jest powodem do dzikiej radości? Poza tym wracając do tego co Wam niniejszym uczyniłam, czyniąc Was współbohaterami tej opowiastki to musicie teraz z ręką na sercu odpowiedzieć sobie na pytanie czy chcecie być bohaterami pozytywnymi i optymistycznymi czy raczej skwaśniałymi safandułami? Jako wieloletnia autorka podpowiem usłużnie, że skwaśniałe safanduły nie cieszą się raczej sympatią. Tak więc nie macie po prostu wyboru, musicie zacząć się cieszyć i  tryskać optymizmem. Albo przynajmniej nieśmiało nim emanować. Pierwsza wersja jest dla zdecydowanych i rzeczowych, druga dla nieśmiałych romantyków. No i zupełnie niespodziewanie mamy już początek pracy u podstaw nad zachwianą radością życia. I to jest nasz cel na dziś.
W komentarzach możecie napisać czy będziecie uskuteczniać pierwszą czy drugą wersję :) (zdecydowany czy romantyk?)
P.S. Dacie wiarę, że ten post miał być o zmianie wakacyjnych planów i o czerwcowej powieści? Ale jak zaczęłam to samo mi się napisało :) Buziaki przesyłam i lojalnie uprzedzam, że jeszcze tu wrócę! Ze śmiechem i dobrymi nowinami, bo właśnie tego nam w tej chwili najbardziej potrzeba :)

niedziela, 21 stycznia 2018

Jak to jest gdy jest się gapą czyli a miało być tak pięknie

zdjęcie nie nasze ale wiecie, zgodnie stwierdziliśmy,
że przecież mogłoby być :)
Ferie zaplanowaliśmy już jakiś czas temu. Wiedzieliśmy, że chcemy pobyć razem (w okrojonym składzie, bo Zuza ma sesję więc nie dało jej się wyrwać z bezlitosnych szponów nauki), poczytać, pospacerować, spędzać czas tak jak nam się zapragnie... Bez stresu i bez gnania. I wymarzył mi się śnieg. Bo jakoś tak nagle zaczęłam mieć dość tego przedwiośnia, które panowało u nas za oknami. I jeszcze żeby trochę prześlicznych zdjęć przywieźć - marzyłam. Takich zimowych i z ptakami, sarnami, soplami zwisającymi z dachów, szronem na gałęziach drzew... Kuba (mąż mój osobisty) marzył o tym samym. To jest dopiero szczęście mieć takiego męża, który nawet w sferze marzeń jest zgodny. I w związku z tym, nadal zgodnie, zakupiliśmy do naszego aparatu obiektyw. Taki co to miał nam zbliżać te wszystkie cuda natury, których zamierzaliśmy doświadczać, podglądać i szukać. Dostatecznie wcześnie zakupiliśmy żeby nie było problemu z odebraniem. Wypróbowaliśmy jeszcze w domu na kawkach siedzących na sąsiednim bloku, na gołębiu grzywaczu, który się raczył raz pokazać i zasiąść na drzewie widocznym z naszego okna. Fotografie wychodziły świetne. Tysiek zaczął (zgodnie rzecz jasna) podzielać nasze podekscytowanie potencjalnymi zdjęciami. Widać zgodność też bywa dziedziczna. I wszystko było pięknie. Nawet jeden dzień opóźnienia nie zepsuł nam  radości z zaplanowanej eskapady. Nadal byliśmy zgodni, że będzie pięknie. W końcu zapakowaliśmy walizki, potem siebie do auta i pojechaliśmy. Na nasze bezdroża, nasz wymarzony mazurski koniec świata. W połowie drogi zaczął sypać śnieg. Cudownie - ucieszyliśmy się w miarę zgodnie, bo Kuba tym razem przejawił nieco mniejszy entuzjazm, bo ślisko się zaczęło robić na drodze.  W pewnym momencie tak nas bujnęło, że nasza Maryśka (nasze auto, właśnie chyba Wam jeszcze nie mówiłam, że zakończyła się era męskiego samochodowego panowania, dla niewtajemniczonych do tej pory mieliśmy Edmunda, Floriana i Juliusza. W związku z tym, że z Juliusza wyszła niezła gadzina, która w kółko się psuła, teraz nasze auto nazywa się Maryśka i jeszcze ani razu nie sprawiło nam kłopotu :))  zatańczyła i zaczęła tracić panowanie nad kuprem, który niepokojąco gonił przód. Zatchnęło mnie z lekkiego przerażenia. Na całe szczęście z naprzeciwka nic nie jechało i udało nam się przywołać Mańkę do porządku. Plus z tego był taki, że jak ręką odjął przeszła mi ochota na spanie i do końca podróży byłam żwawa niczym skowronek, który poczuł pierwsze promienie słońca. Ale nie wybiegajmy naprzód. Na razie jesteśmy w połowie drogi. I właśnie jakoś tak zaraz po tym, jak Maryśka zapragnęła uprawiać łyżwiarstwo oponowe mignęła mi w głowie niepokojąca myśl. Rozejrzałam się wokół siebie, spojrzałam pod nogi, zajrzałam do schowka. I wypowiedziałam na głos to co mnie zaniepokoiło, jedno małe słowo: aparat!
Przez moment w aucie panowała cisza a potem zgodnie (a jakże) jęknęliśmy z rozpaczą. Aparat bowiem został na regale, na półce z książkami.
I co się później wydarzyło? Ano to co zwykle w takich sytuacjach ma miejsce. Nie mieliśmy aparatu a więc od samego rana za oknami naszego pensjonatu odbywały się szydercze przemarsze najróżniejszych okazów, które moglibyśmy uwiecznić ku naszej radości i pamięci potomności. Ledwo z nostalgią pomyślałam o gilach a tu proszę bardzo, jak za potrząśnięciem czarodziejskiej różdżki całe stada z czerwonymi brzuszkami obsiadły drzewa. Dzięcioły dosłownie paradowały tuż pod naszymi nosami. Jakbyśmy mieli aparat to zapewne dziadygi w ogóle by się nie pojawiły. Sarny? Ależ proszę bardzo, miałam je w ilościach hurtowych, specjalnie na tę okazję wyszkolone, bo nawet nie uciekały i stały na poboczach i mrugały do mnie ciemnymi oczyskami. Mało mi było? To proszę bardzo dostałam jeszcze w prezencie dwa łosie... No dobra właściwie to ich zady, bo reszta ginęła w gęstwinie, ale że łoś zad ma potężny to te dwa działały na wyobraźnię i dawały przedsmak tego co jest z przodu i co na pewno naszym cudownym obiektywem można by było zbliżyć. O topolach całych porośniętych jemiołą i brzozach, których gałązki migotały srebrzystym szronem nie wspomnę.
Ale powiem Wam, że tak czy siak pięknie jest :) Jest bo wyjeżdżamy jutro więc chwilo trwaj jak najdłużej. Wracam bez zdjęć ale z obrazami zapisanymi w pamięci i z genialnym wątkiem do książki, który absolutnie nie pojawiłby się gdyby mnie tutaj nie przywiało. I śnieg był i łosie były i ptaki i długie spokojne wieczory. Dobrze, że można takie obrazy zachować w kadrach pamięci :) Choć łosi żałuję, to by były najładniejsze zady jakie do tej pory sfotografowałam :)
Buziaki dla Was kochani i spokojnej i dobrej nocy i cudownych kolejnych dni.   

wtorek, 22 sierpnia 2017

O tym, że wodniki mają samice i o tym jak znalazłam się na dachu świata, czyli Czeska Szwajcaria

Moi kochani pytacie gdzie jestem, w jakich górach. Otóż jesteśmy w Czeskiej Szwajcarii.  jest pięknie. Skaliście, zielono, górzyście, trochę dziko. Wróciliśmy tu po raz drugi (napiszę w kolejnym poście o naszej kwaterze, bo naprawdę jest godna polecenia) i właśnie dziś udało nam się to co w zeszłym roku nie wyszło. Ziściło się jedno z moich podróżniczych marzeń. dotarliśmy bowiem w trzy miejsca o których marzyło mi się dwanaście miesięcy: Mariina Skala, Vileminina Stena oraz Rudolfuv Kamen. W zeszłym roku wypatrzyłam je na zdjęciach i poczytałam relacje na blogach i zapragnęłam. Ale z nami już tak jest, że dość często musimy swoje odczekać zanim zdobędziemy to o czym zamarzymy. Tak samo było z Koruną, jedną z moich ulubionych gór (napiszę o niej wkrótce, bo też w tym roku udało nam się na nią wejść). Zobaczyłam ją w momencie gdy Tysiek miał roczek. I wtedy baliśmy się z nim wchodzić. A góra podobała mi się niesamowicie. Odczekałam rok i wspięliśmy się na szczyt :) Ale na razie wróćmy do Czeskiej Szwajcarii. Mariina Skala kusiła mnie niesamowicie. Jeżeli spojrzycie na poniższe zdjęcie pewnie mnie zrozumiecie :)

Skała Mariina (specjalnie dla Krzysia W :"na komin to na komin" nawiązując do ostatnio obejrzanych :Postrzyżyn" :)
Ta chatka na  górze to właśnie nasz cel :)  W 1856 roku książę Ferdinand Kinský polecił zbudować na wierzchołku skały prosty taras z balustradą i zadaszeniem, a jednocześnie skałę nazwał imieniem swojej żony księżnej Marii Anny Kinskiej. Oczywiście altanka, która tam teraz stoi to już kolejna wybudowana. Kilka poprzednich padło ofiarą pożarów.
Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy w Jetřichovicach. Zostawiliśmy tam auto i ruszyliśmy czerwonym szlakiem. I spełniłam swoje marzenie :)
Weszliśmy, widoki boskie, zapierają dech w piersiach. Naprawdę było warto. Następnie podążyliśmy dalej czerwonym szlakiem do Vilemininej Steny (Ściana Wilheliminy). Cała droga przepiękna, skały, podejścia, wąziutkie ścieżki. Te ostatnie niekiedy naprawdę wąskie i prowadzące tuż nad przepaściami, na całe szczęście Tysiek jest już coraz starszy i wie, że w niektórych miejscach nie należy szaleć. Ale mam wrażenie, że dla tych, którzy mają problem z wysokością ten szlak byłby niezłym wyzwaniem. Vileminina Stena przywitała nas przepięknymi widokami. Przez moment miałam ważenie jakbym właśnie znalazła się na dachu świata.
  


A potem dotarliśmy pod Kamień Rudolfa. Na szczyt prowadzą wykute w skale schodki, drabinki, drewniane schody, korzenie... Wchodząc w głowie zabłysła mi myśl, że właściwie to trzeba będzie odbyć tę drogę w drugą stronę i zejść... Ale tak jak Scarlett postanowiłam pomyśleć o tym później :) Na szczycie jest pięknie ale trzeba zaznaczyć, że nie ma tam żadnych barierek zabezpieczających (zobaczcie na zdjęciach poniżej, szczególnie na tym, gdzie Tysiek stoi na szczycie skały) więc jeżeli ktoś boi się wysokości albo zamierza wejść tam z małym dzieckiem trzeba mieć to na uwadze.

Wchodząc w głowie zabłysła mi myśl, że właściwie to trzeba będzie odbyć
tę drogę w drugą stronę i zejść...

Tysiek na szczycie :)

Widok z Rudolfa.

Dzieciaki w komplecie :) Kuba (chłopiec Zuzy, czyli właściwie już moje
trzecie dziecko) Tysiek i Zuza w drodze powrotnej z
kamienia Rudolfa.

A to już widok końcówki szlaku.

Ścieżki gdzieniegdzie są naprawdę wąskie.
I cóż, był moment przy schodzeniu, w którym poczułam serce w gardle ale tu prawdą okazało się powiedzenie "najtrudniejszy pierwszy krok". Potem już jakoś poszło i cała i zdrowa dotarłam na dół. Tak samo jak cała reszta. Swoją drogą muszę Wam powiedzieć, że Tysiek śmiga po górach jak mały koziołek (kozica jakoś mniej do niego pasuje :))
I wróciliśmy do Jetřichovic. A tam moi kochani, tam zjedliśmy najlepszy jak do tej pory obiad. Więc gdy będziecie w pobliżu, zejdziecie utrudzeni ze szlaku koniecznie wejdźcie do Penzion Svycarsky Dvur.
Penzion Svycarsky Dvur.


Karmią bosko, gulasz to nieomal poezja, wołowina w sosie koperkowym cudna, smażony syr (żelazne danie Tyśka po czeskiej stronie) również wspaniale opanierowany :) Obsługa przemiła, uśmiechnięta. Piwo idealnie schłodzone :) Jednym słowem kulinarny raj :)
A potem ruszyliśmy nie do domu tylko na kolejną wędrówkę :) Też czerwonym, wzdłuż rzeki, szlak cudownie relaksujący, z niewiarygodną ilością kładek i mostków i tylko z jednym mocniejszym podejściem. No i napotkaliśmy wodnika siedzącego na drzewie. Tutaj to dość częste, wodników jest sporo ale ten jako jedyny był samicą :) Tak nam się przynajmniej wydawało :) Zresztą oceńcie sami :) 
Buziaki Wam przesyłam i znikam, bo dziś mamy w planach Děčínský Sněžník i okolicę :)
Fotografie autorstwa mojego męża własnego Kuby Kordela.
A post zaczęłam pisać wczoraj, skończyłam dziś, dlatego na początku jest mowa o dniu dzisiejszym czyli tak naprawdę wczorajszym :) Ależ mam talent do gmatwania :)

   
 
Wodnik samica :)

piątek, 11 września 2015

O tym nad czym pracuję... Zapraszam Was na krótki fragment z przeszłości...

zioła, stara chata, na tyłach pasieka...
Mam nadzieję, że brzmi intrygująco :)
Wiem, że już wiecie, że książka, którą teraz pisze będzie zahaczała o przeszłość. I to całkiem odległą, bo cała historia zacznie się od 1835 roku. A rozpocznie się opowieścią o wędrownym dziadzie, który... Tutaj wam nie mogę zdradzić co zrobi, ale mogę zapewnić, że historia jest niesamowita. Mogę pozwolić sobie na tak nieskromne podejście do tematu, bo oparłam ją na prawdziwych wydarzeniach. Opowiedział ją mi nasz przyjaciel, a potem... Moja wyobraźnia zaczęła pracować na najwyższych obrotach. I już wiedziałam, że początkowa koncepcja losów Madeleine (tak, tak, to wszystko się będzie ze sobą wiązało) nieco, no dobrze, powiem prawdę, właściwie całkowicie się zmieni. Od tego momentu siedzę z nosem w starych książkach, opracowaniach i żyję trochę w innym świecie. Lata o których piszę są prawdziwie magiczne, bo to czasy, gdy jeszcze wiara w gusła była nieomal wszędzie obecna. Nie tylko pod strzechami ale przemykała się i do dworów i pałaców. Nawet jeżeli ktoś traktował dawne wierzenia sceptycznie, to i tak gdzieś tam w głębi duszy tkwiły w nim opowieści babek i prababek o klątwach, marach, rusałkach i innych zjawach. A te z kolei mieszały się z opowieściami o świętych. Tworzyła się z tego wybuchowa mieszanka. I niepowtarzalny klimat. Wiem, że jakiś czas temu wrzuciłam króciutki fragmencik, który pozwalał zajrzeć na chwilę do Magdy. Teraz chciałabym zaprosić Was do starej chaty Sabiny. Sabina, Basia, Dziad Wędrowny i sporo komplikacji... Nad tym właśnie pracuję :)

Tak jak to opisał Maciej droga sama zawiodła ją do chaty położonej w lesie. Wyglądała nad wyraz schludnie, pobielona, otoczona drewnianym, świeżo wymalowanym płotem. Tuż pod ścianami rozrósł się dziki bez i kalina otulając dom zieloną, liściastą kotarą. Bluszcz zaglądający do okien sprawiał wrażenie jakby chciał chronić chatę przed wścibskimi spojrzeniami przechodniów.
Basia położyła dłoń na sztachecie płotu i przez moment stała tak pełna wahania. 
-       Niech się dzieje wola nieba – szepnęła w końcu do siebie i zdecydowanym ruchem pchnęła furtkę.
Szybkim krokiem przeszła porośniętą łopianami ścieżką wiodącą do wejścia. Stając przed zamkniętymi drzwiami chaty pomyślała tylko, że chyba źle użyła słów, bo to co robiła, z wolą nieba prawdopodobnie nie miało nic wspólnego.

***
Na pukanie odpowiedział jej głos, który nie był ani niemiły, ani nie budził grozy. Otworzyła drzwi i jej oczom ukazała się przestronna, czysta izba. Na ścianach i przy suficie zawieszone były pęki ziół najrozmaitszych, pod ścianą stały ławy, a przed jedną z nich długi stół, na którym na białej lnianej ściereczce leżał ogromny bochen chleba i porozkładane na kupki wysuszone rośliny. W kącie izby pysznił się wielki piec chlebowy pod którym wylegiwał się czarny kocur.  Za stołem pochylona nad stosem zielska siedziała niemłoda już kobieta. Na widok wchodzącej ledwo uniosła oczy znad roboty i lekko skinęła głową. Nie wydawała się zdumiona niezapowiedzianą wizytą.
Basia wypowiedziawszy słowa powitania zatrzymała się w progu nie bardzo wiedząc co dalej począć. Poczuła się onieśmielona. Sabina, bo zapewne to była właśnie ona, w ogóle nie przypominała tamtej oszustki ze wsi. Barbara podświadomie przygotowała się na brudne wnętrze, jakieś budzący grozę wystrój i kobietę, która będzie przypominała wyglądem wiedźmę z czytanych w dzieciństwie bajek. I paradoksalnie, zapewne gdyby zastała obrazek ze swojej wyobraźni czułaby się pewniej. Tymczasem czysta izba, pachnąca mieszanką ziół, rozleniwiony kocur nie wiedzieć czemu wywołały w niej uczucie obawy. Sabina też jej nie pomagała. Milcząc siedziała za stołem i kończyła sortowanie wysuszonych kwiatów. Basia patrząc na nią dostrzegła, że jej twarz nosi niezatarte ślady dawnej urody. Zadziwiająco gładka, otoczona posiwiałymi lokami, które dodawały jej niesamowitego jakiegoś uroku, wprost promieniała. Basia nie zdawała sobie sprawy, że wygląd Sabina zawdzięcza nie tylko fizycznej urodzie, którą rzeczywiście była obdarzona ponad miarę, ale przede wszystkim mądrości i prawości charakteru. Jej spojrzenie było jasne i uczciwe a jednocześnie zdradzające niepokornego, nie dającego niczym się złamać, ducha. Kilka ledwo widocznych zmarszczek przy ustach świadczyło o tym, że z niejednego pieca chleb jadła i że nie zawsze było jej łatwo. Ale jednocześnie otaczała ją taka specyficzna spokojność, że ktoś bardziej wyczulony, umiejący czytać między wierszami, z miejsca wiedział, że nawet godząc się na wyrzeczenia i zmagając z losem zachowała do siebie szacunek. A tym samym zyskiwała poważanie u innych.
-       Wejdź i usiądź. W końcu jednak przyszłaś… - odezwała się litościwie Sabina.
Na początku czekała aż przybyła się pierwsza przemówi ale widząc jej zmieszanie postanowiła jej nieco dopomóc.
-       W końcu? Skąd… - tu  Basia się zająknęła nie wiedząc jak ma się zwracać do Sabiny.
Mówić bezosobowo, jak do parobków nie chciała, po imieniu nie miała śmiałości. Nigdy czegoś takiego nie czuła. Siedząca w prostej chłopskiej izbie, na twardej ławie, kobieta powodowała u niej ogromne uczucie zmieszania.
-       Mówią do mnie Sabina – uśmiechnęła się pod nosem, a po twarzy przemknął jej wyraz sympatii. – Albo Babka. Ale wolę to pierwsze. Babką niczyją nie jestem. A chciałaś zapytać o to skąd wiedziałam, że przyjdziesz.
-        Tak, rzeczywiście to mnie trochę zdziwiło – przytaknęła przysiadając na brzegu ławy i jeszcze raz obrzucając uważnym spojrzeniem wiszące na ścianach pęki ziół.
-       Nie bój się, jak na Mądrą Babę, bardzo dobrze się prowadzę – roześmiała się Sabina podążając za jej spojrzeniem. – To wszystko jest poświęcone w kościele. Chronić ma moją chałupę od złego. Choć ja może trochę inaczej go postrzegam niż większość… Ale mniejsza z tym. Czekałam aż przyjdziesz – widząc zaniepokojoną minę Barbary zmieniła temat. – Maciej mi cię, jak by to tam u ciebie w dworze powiedzieli? Zaanonsował? – zapytała i na chwilę zamilkła.


   

sobota, 22 sierpnia 2015

Czytam... I chcę być Ziemniaczaną Damą.

Czytam "Tysiąc dni w Toskanii". Lubię książki Marleny de Blasi. Są mądre. Nie przesłodzone. Pachnące włoską kuchnią. Pełne krętych ścieżek, uroczych zakamarków, uśmiechów i najróżniejszych charakterów. Można w nich znaleźć atmosferę domu i zaostrzyć nimi apetyt. Nie tylko na jedzenie ale też na to by marzyć i oddychać pełną piersią. I wierzyć. Poza tym pani Marlena wyznaje tę samą filozofię życiową co ja. Oto fragment, którym chciałabym się z Wami podzielić:

"... - Kiedyś znałam pewną kobietę bardzo podobną do ciebie - mówię.
- Chcesz powiedzieć, że wyglądam na Amerykankę? -pyta nieśmiało Flori,tylko nieznacznie obracając głowę w moją stronę.
- Nie do końca. Widziałam tę kobietę zaledwie raz. Miałam wtedy osiem, dziewięć lat. Byłam z wizytą u przyjaciół albo krewnych mojej babci, na wybrzeżu liguryjskim, nieopodal Genui. Raczej nie bardzo mi się tam u nich podobało. Tak czy inaczej wyruszyłam na spacer po plaży, niedaleko domu naszych gospodarzy, ispotkałam pewną kobietę piekącą ziemniaki w ognisku rozpalonym z kawałków drewna wyrzuconego przez fale. Miała na sobie kilka warstw długich spódnic, cała była owinięta szalami i chustami. Uśmiechnęła się do mnie, a ja usiadłam obok niej na piasku i zaczęłam ją obserwować. Wyciągnęła z kieszeni płaską srebrną butelkę, ujęła moją rękę i nalała na nią kilka kropli gęstego, ciemnozielonego płynu.Następnie wypiła odrobinę tajemniczego napoju, uśmiechając się i zamykając z lubością oczy. Ja zrobiłam to samo. Najpierw pomyślałam, że ten zielony syrop jest okropny - zupełnie jakbym piła krople żołądkowe. Jednak gdy go przełknęłam, poczułam właściwy smak i wtedy na mojej twarzy również pojawił się uśmiech. Pierwszy raz w życiu skosztowałam oliwy. (...) 
- Proszę cię, nie przerywaj, mów dalej.
- Otóż ta Ziemniaczana Dama przykucnęła na piasku podobnie tak jak ty przed chwilą. Na nogach miała grube kalosze widoczne spod spódnic.Wpatrywała się w ogień i co jakiś czas wstawała, żeby cisnąć w morze jakiś kamień albo kawał drewna.A gdy ziemniaki przypiekły się na złoty kolor, obróciła je i namaściła oliwą. Rzuciła też garść soli, którą wyjęła z innego magicznego schowka, rozniecając wielkie płomienie. W końcu wsadziła dwa albo trzy kawałki ziemniaka na patyk i podała mi. Zdążyłam nabrać na nie tak wielkiej ochoty, że jadłam parząc sobie usta - nie mogłam się nasycić ani pieczonymi ziemniakami, ani tą chwilą. Chciałam wtedy być nią. Kobietą z plaży. Nosić takie spódnice, szale, chusty i mieć srebrną buteleczkę. Też chciałam umieć sprawić, że kartofel smakuje lepiej niż czekoladowe ciasteczko. To właśnie ona, bardziej niż ktokolwiek inny, pozwoliła mi poznać samą siebie.Niekiedy zastanawiam się czy ta Ziemniaczana Dama nie była jakimś duchem, który pojawił się, by przekazać mi jedną z największych tajemnic - że o urodzie życia decyduje umiejętność cieszenia się chwilą. Tylko, że ta kobieta istniała naprawdę, Flori. I gdy myślę o niej teraz, uświadamiam sobie, że na pewno miała swoje zmartwienia. Ale znalazła sposób, na to, by jej życie mimo wszystko było piękne, tak jak tamtego popołudnia. Przyszło jej to tak samo łatwo, jak wyciągnięcie z kieszeni srebrnej flaszeczki. To był jej dar dla mnie. Pokazała, że szczęście jest kwestią wyboru."

Wiecie co? Też chce być taką Ziemniaczaną Damą. Zaczarowywać zwykłe dni i cieszyć się codziennością. Głęboko wierzę, że szczęście jest kwestią wyboru. Kto się do mnie dołączy i zostanie Ziemniaczaną Damą?